- Opowiadanie: fizyk111 - Smakując myśli

Smakując myśli

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Smakując myśli

Powiadają, że w samym środku wszechświata znajduje się miejsce, które przyciąga wszystkie myśli w nim zrodzone. Opadają one na powierzchnię porośniętej gęstym lasem planety i wraz z ciągle padającym deszczem przenikają do gleby. Stamtąd są wchłaniane przez korzenie drzew i kumulują się w owocach, które dojrzewają przez okrągły rok, po czym spadają na żyzną glebę. Nie mając jednak nasion, nie wydają na świat nowych drzew, a myśli i idee w nich zawarte przenikają do najgłębszych warstw globu. Jeśli ktoś zerwie i zje taki owoc, może poznać myśli milionów ludzi.

W samym zaś centrum tego lasu znajduje się polana, a na niej jedno szczególne drzewo, zwane drzewem poznania, którego korzenie sięgają do samego jądra planety. Wchłania ono idee i myśli opadające ze wszystkich drzew. Karmi się nimi i wydaje swoje własne, niezwykłe owoce zawierające skumulowaną wiedzę całego wszechświata. Powiadają, że ten kto zerwie i zje taki owoc, osiągnie zrozumienie absolutne i nie będą miały przed nim tajemnic ani mechanizmy wszechświata, ani sens jego istnienia. Niestety nie ma nikogo, kto mógłby korzystać z tego pokarmu, bowiem stwórca jeszcze tam nie zawitał.

***

Michaś zamieszkiwał wraz z rodziną Biezę, niewielką, bardzo ciepłą, skalistą planetę w dość gęsto zaludnionej galaktyce o wdzięcznej nazwie Poranek.

Prawie wszyscy jego krewni zajmowali się rzeźbieniem sztucznych gwiazdozbiorów. Z odłamków bazaltu, granitu i marmuru układali przepiękne kompozycje, które odpowiednio podświetlone, jaśniały na nocnym niebie umilając życie mieszkańcom. Profesja ta przechodziła z ojca na syna i z matki na córkę Jednak Michaś, pomimo że oboje rodzice byli rzeźbiarzami, nie przejawiał ani chęci, ani zdolności rzeźbiarskich. Tworzone przez niego gwiazdozbiory były koślawe, źle oświetlone i co najgorsze, źle powiązane, przez co już po kilku latach rozlatywały się po całym niebie. Martwili się tym rodzice, martwiły ciotki, wujowie i cała dalsza rodzina.

Michaś za to, o zgrozo, uwielbiał myśleć. Ciągle zadawał pytania wszystkim członkom rodziny. Ci, którzy na stałe zamieszkiwali Biezę, z czasem przyzwyczaili się do jego dziwactw, jednak przybywający od czasu do czasu w odwiedziny dalsi krewni czuli się napastowani i nierzadko zdarzało się, że zrywali wszelkie kontakty, aby nigdy więcej nie pojawić się na Biezie. Zarówno rodzice, jak i rodzeństwo próbowali wytłumaczyć mu, że myślenie nie przystoi człowiekowi. Jednak wszelkie argumenty, że do tak prymitywnych zajęć jak matematyka, fizyka czy filozofia nie trzeba zatrudniać ludzi, bo sztuczne inteligencje robią to sprawniej, lepiej i szybciej, nie trafiały do Michasia. Najbardziej fascynowało go pytanie “Po co wszechświatowi ludzie?” Wyobrażał sobie planety, układy planetarne, galaktyki i całe wszechświaty, które bez materii organicznej mogły być piękniejsze, bardziej funkcjonalne i tak po prostu optymalne.

 

Życie na Biezie przez dziesiątki lat toczyło się swoi torem. Michaś myślał i starał się pobudzać do myślenia rodzinę, ta zaś tolerowała jego ekscesy, mając nadzieję, że kiedyś wreszcie dorośnie i zajmie się sztuką rzeźbiarską lub innym równie godnym zajęciem. Aż pewnego dnia przybył na Biezę człowiek o imieniu Korolan. Był on wędrownym trubadurem, który wskutek zderzenia sąsiednich galaktyk utracił rodzinną planetę. Jego przywiązanie i tęsknota za domem sprawiły, że nigdzie nie potrafił się zaaklimatyzować i od setek już lat przemierzał ten zakątek wszechświata, opowiadając niezwykłe historie. Cóż było takiego w tych historiach, co sprawiało, że opowiadane wieczorami, przyciągały wiele okolicznych rodzin, podczas gdy nikt nie chciał oglądać przepięknych spektakli tworzonych przez sztuczne inteligencje? One nigdy nie były takie same. Każda opowieść prowadziła słuchaczy przez inną rzeczywistość, ukazywała inny wszechświat i za każdym razem dawała inną odpowiedź na to samo pytanie.

Korolan został ugoszczony, jak nakazywała tradycja. Zamieszkał na gościnnym kontynencie, gdzie mógł pozostać przez najbliższe sto lat, ponadto otrzymał pełne wsparcie lokalnej SI oraz zapewniono mu stałą obecność członka rodziny. W zamian za to był zobowiązany do opowiadania przynajmniej przez jedną pełną noc w roku.

Michaś nie mógł się doczekać pierwszej opowieści. Bardzo nalegał, aby była to historia o drzewie poznania. Kiedy tylko mógł się spotkać z Korolanem, prosił go właśnie o to. Nadszedł wreszcie ten dzień, gdy na Biezę przybyli krewni i znajomi gospodarzy. Nikt nie spodziewał się takich tłumów. Przybyło ponad sto osób i trzeba było dodrukować wiele stołów, krzeseł i innych mebli, oraz znacznie powiększyć salon. Pomimo wielkiego tłoku i innych niedogodności, wszyscy z wielką cierpliwością oczekiwali na pojawienie się barda.

Korolan przybył punktualnie, zajął swoje miejsce i rozejrzał się dookoła i odezwał w te słowa:

– Powiadają, że w samym środku wszechświata znajduje się miejsce, które przyciąga wszystkie myśli w nim zrodzone. Miejsce to jedni zwą Eden, inni Jannat a jeszcze inni Raj.

Już po pierwszych słowach Michaś zorientował się, że jest to opowieść o drzewie wiedzy. Korolan mówił o nim w taki sposób, jakby sam zrywał z niego owoce poznania dobra i zła. Opowiadał o planecie, która znajduje się w samym sercu wielkiej pustki, ale żeby do niej dotrzeć, trzeba przedostać się przez najgęstsze rejony wszechświata, i pokonać najsilniejsze oddziaływania. Mówił jeszcze, że spotkał kiedyś człowieka, który twierdził, że odnalazł tę planetę, wylądował na niej i zerwał całe mnóstwo owoców z drzewa poznania, a jeden z nich dał mu do spróbowania.

– Wielu było śmiałków – kontynuował Korolan – którzy skuszeni wizją boskiej niemal mądrości, wyruszyli na poszukiwanie, ale słuch po nich wszystkich zaginął. Jedni skończyli w głębinach międzygalaktycznych czarnych dziur, inni zniknęli za horyzontem zdarzeń albo zagubili się w ogromnych obszarach ciemnej materii. Jednak większość z nich znalazła swoje miejsce na jednej z niezliczonych planet. Bo samych galaktyk jest we wszechświecie dużo więcej niż zamieszkujących go ludzi. I nawet, gdyby ich wszystkich umieścić w jednej tylko galaktyce, to każdy człowiek mógłby mieć swoją planetę i jeszcze sporo by ich zostało bez właściciela.

– Wierzcie, jak chcecie, a jak nie, to nie wierzcie, ale zapłaciłem za jeden malutki owoc całą fortunę. Zjadłem go. Miał przeraźliwie kwaśny smak z lekką nutą goryczy. Poznałem przez niego wszystkich, których myśl kiedykolwiek została ubrana w słowa “chciałbym wiedzieć”. – Tu spojrzał przenikliwie w oczy wpatrzonego i wsłuchanego w opowieść Michasia. – Młody człowieku, nie próbuj tego, co ci chodzi po głowie.

 

A jednak Michaś uparł się, aby spróbować.

Przez cały rok studiował mapy galaktyczne i zbierał zapasy energii. Aż wreszcie pewnego dnia wyruszył w stronę skrywającej wiele tajemnic i niezbadanej Megalaktyki, wybierając zawsze kierunek, w którym odpychanie było największe. Mijały dni, miesiące i lata, a Michaś nie napotkał na swojej drodze ani gwiazdy, ani planety, ani nawet najmarniejszego skrawka planetoidy. Mógłby odpocząć na jednej z niezliczonych planet, które mijał, ale miał przeczucie, że nie byłby w stanie ruszyć z niej w dalszą podróż. Parł więc przed siebie, nie zważając na opór, jaki stawiał mu wszechświat ani na kurczące się w szybkim tempie zapasy energii. Parł do przodu, aby dotrzeć do planety myśli, do drzew mądrości, do owocu wiedzy wszelakiej.

A kiedy pozostał mu już jeden, jedyny, ostatni dżul energii, kiedy stracił ostatnią nadzieję na znalezienie drzewa wiedzy, z gęstwy gwiazd wypadł nagle w pustkę kompletną, która wypełniała wnętrze Megalaktyki. W samym jej środku oddalona o niezliczone parseki migotała ciepłym czerwonym światłem samotna gwiazda. Wokół niej krążyła samotna planeta, połyskująca wszelkimi odcieniami zieleni, a wokół planety krążył samotny księżyc opalizujący wszystkimi kolorami tęczy. Odpychanie ustało, oddziaływania nie były już skierowane przeciwko niemu, Michaś wiedział, że wreszcie znalazł mityczny Eden. Ruszył więc uradowany w stronę gwiazdy i w stronę planety, zużywając resztkę pozostałej energii. Nie miał już na nic wpływu. Nie mógł o niczym decydować. Brak energii sprawiał, że mógł jedynie poddać się oddziałującym na niego siłom wszechświata.

Wolno, bardzo wolno zbliżał się do zielonej planety. Z każdym dniem stawał się coraz słabszy, z każdym dniem gasła nadzieja, że dotrze do celu. A jednak udało się. Jakaś zabłąkana planetoida minimalnie zaburzyła pole grawitacyjne planety, które przechwyciło go i zaczął spadać.

Traktując Michasia jako kawałek zwykłej materii, można powiedzieć, że się rozbił. Traktując go jednak jako człowieka, trzeba stwierdzić, że przejął planetę w posiadanie.

***

 Leżał na miękkim, zielonym dywanie. Był bardzo słaby, nie wiedział, gdzie jest ani nie pamiętał, jak się tu znalazł. Z trudem uniósł się do pozycji siedzącej i rozejrzał dookoła.

Otaczał go gęsty las. Gałęzie drzew wyrastały jakieś półtora metra powyżej gruntu, tworząc nieprzenikniony gąszcz. Były obsypane mnóstwem idealnie kulistych, czerwonych owoców wielkości dorodnych moreli. Jeszcze więcej ich pokrywało całą powierzchnię gruntu pod drzewami. Były w różnym stadium rozkładu. Usiadł, podniósł jeden z nich, rozłamał i powąchał. Miąższ był jędrny, granatowy, przetykany złotymi pasemkami a zapach zachęcał do skosztowania. Nie oparł się i włożył czerwoną kulkę do ust.

Na języku poczuł mieszankę piołunu i pieprzu, pod powiekami łzy, na całym ciele ból a w głowie myśl miliardów ludzi skrystalizowaną w słowach “Musisz ponieść karę”. Owoc przesuwał się palącą ścieżką wzdłuż przełyku, aby po chwili eksplodować falą gorąca w żołądku. Michaś poczuł przypływ energii, a przykre doznania fizyczne natychmiast minęły. W głowie pozostały tylko myśli wszystkich ludzi, którzy podczas dojrzewania owocu pragnęli wymierzyć komuś karę, a było ich dokładnie dwa miliardy trzysta dwadzieścia jeden milionów sto osiemdziesiąt tysięcy pięć.

Podniósł się i rozejrzał dookoła. Drzewa tworzyły zwarty gąszcz, przez który nie były w stanie przedrzeć się promienie słońca. Wstał i po kilku próbach wyruszył w kierunku, w którym kroki wydawały się sprawiać największy trud. Gdy tylko marsz stawał się zbyt łatwy, korygował kierunek na taki, który stawiał największy opór. Pomimo że teren był płaski, miał wrażenie, że idzie pod górę. Po pewnym czasie osłabł na tyle, że musiał usiąść pod drzewem i odpocząć. Sił jednak nie przybywało i nie widział innego wyjścia, jak tylko sięgnąć po następny owoc. Zerwał ich więcej, wypełniając kieszenie. Rozłamał jeden z nich i zobaczył srebrny miąższ, przetykany purpurowymi włóknami. Włożył czerwoną kulkę do ust. Na języku poczuł słodki, lekko kwaskowy posmak poziomek oraz lekko szczypiący efekt gazowych bąbelków, gdzieś we wnętrzu łaskotanie motylich skrzydeł, a w głowie myśl bilionów ludzi ubraną w słowa „Bądźmy razem”. Owoc spłynął łagodnie do żołądka i napełnił Michasia energią i nadzieją na dotarcie do celu.

Poczuł przypływ sił i wyruszył w kierunku, który stawiał największy opór. Stopy zapadały się w błocie najpierw po kostki, potem po łydki, aż wreszcie bagno sięgnęło mu do kolan i nie był już w stanie wykonać następnego kroku. Sięgnął więc do kieszeni i wyciągnął czerwony, idealnie kulisty owoc. Rozłamał go i zobaczył idealnie gładki, soczysto-czerwony miąższ. Włożył owoc do ust i poczuł wszystkie smaki świata, ciało przeszył orgazm i ból, a w głowę wypełniły nieubrane w słowa uczucia wszystkich ludzi. Owoc eksplodował mu w ustach, rozrywając głowę na strzępy, które rozniesione zostały wraz z jego umysłem na cały wszechświat. Jego istota pozostała jednak w miejscu. Każda myśl, każdy logiczny ciąg zdarzeń miał umocowanie w dążącej do celu strukturze, która parła w kierunku stawiającym największy opór.

Być może jakaś zmiana w układzie cieni, a może zwykła intuicja, podpowiedziały mu, że jest już blisko celu. Wytężył wszystkie siły i ruszył w kierunku, który stawiał największy opór, aby po kilku minutach dotrzeć do skraju lasu i utraciwszy opór nieznanej siły, paść na roztaczającą się przed nim polanę. Na jej środku stało najdziwniejsze drzewo, jakie mógł sobie wyobrazić. Miało prosty, cylindryczny, ciemnozielony pień rozszczepiający się na samym czubku na pięć łukowatych, ostro zakończonych elementów. Prostopadle do pnia wyrastały błękitne, choinkowe gałęzie porośnięte jasnozielonymi, mięsistymi, bulwiasto–krzaczastymi liśćmi. Pośród nich błyskały krzykliwymi kolorami owoce o najdziwniejszych kształtach. Można było dostrzec spirale, toroidy, sześciany, wstęgi Moebiusa, a nawet butelki Kleina. Wszystkie one w intensywnie świetlistych kolorach żółci, czerwieni i zieleni. Wokół drzewa znajdowało się sześć standardowych zasobników energii. Trzy zawierające materię i trzy zawierające antymaterię, rozmieszczone na planie heksagramu.

Wstał i powoli zaczął zbliżać się do pnia. Z każdym krokiem coraz silniej odczuwał emanację drzewa. Wszystkie zmysły coraz mocniej reagowały pełnym spektrum odczuć. Wzrok, słuch, smak, węch, dotyk i szósty zmysł przekazywały do mózgu wszystkie możliwe kombinacje bodźców. Przystanął przy jednym z zasobników materialnej energii. Odczuwał jednoznaczny przymus wyboru. Mógł albo pobrać energię i opuścić planetę, albo dotrzeć do drzewa poznania i zerwać z niego wybrany przez siebie owoc.

 

Stał wpatrzony w połyskujące pomiędzy jasnozielonymi liśćmi owoce, napęczniałe wiedzą wchłoniętą z całego wszechświata i nie miał żadnych wątpliwości. Po to tu przybył, tego właśnie chciał, zrozumienia ludzkich myśli, zrozumienia wszechświata. Minął zasobniki energii i podszedł do drzewa. Wybrał jasnoczerwony owoc w kształcie spłaszczonej elipsoidy, opalizujący metalicznym błękitem z pasemkami fioletu. Ten kształt i kolor wydał mu się najbliższy jego pragnieniu poznania. Chciał dowiedzieć się, jaką rolę mają we wszechświecie do spełnienia ludzie. Ujął go delikatnie w obie dłonie, pociągnął do siebie i zerwał z gałęzi. Przez chwilę zastanawiał się, czy owoc będzie miał pestkę, po czym ostrożnie wbił w niego zęby i odgryzł mały kawałek. Smakował trochę brzoskwinią, trochę jabłkiem i śliwką. Przełknął pierwszy kęs i trochę się zdziwił, że nic się nie stało. Odgryzł następny i następny kawałek, aż zjadł ostatni kęs, po którym zanurzył się w całkowitej ciemności. Nie było kierunków, nie było sił, nie było materii ani niczego oprócz słów „Myślę, więc jestem”.

Wśród tej ciemności pomyślał więc „Niechaj się stanie światłość”.

Koniec

Komentarze

Fajne!

 

Oryginalny pomysl, satysfakcjonujace zakonczenie. Piekny jezyk, plynne zdania. Czytalam z przyjemnoscia i z przyjemnoscia klikam biblioteke :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Dzięki @Kam.

To jeden z najmilszych komentarzy, jakie tu otrzymałem. heart

Cala przyjemnosc po mojej stronie heart

www.facebook.com/mika.modrzynska

Bardzo plastyczne opisy, opowiadanie dało się chłonąć każdym zmysłem. Z początku zastanawiałam się, do czego całość dąży, a potem niebanalne zakończenie wszystko pięknie domknęło. Tak jak poprzedniczka czytałam z przyjemnością. :)

 

Ujął go delikatnie w obie i pociągnął do siebie i zerwał z gałęzi.

W obie… dłonie? Chyba przez przypadek wyleciało słówko. Fajnie też, gdyby pierwsze “i” zastąpić przecinkiem.

...Pan muzyk? Żebym zryżał!

Piękna kosmiczna bajka. Zakończenie nie może zaskakiwać, ale jest tak akuratne, jak to tylko możliwe. Gratulacje. Kapitalny tekst.

@Ghlas cailin

Dziękuję za miłe słowa. Słówko powróciło już do gniazdka, dzięki.

 

@Michał Pe

Również dziękuję, za przeczytanie, komentarz i kliczka.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć!

 

Świetny pomysł na smak myśli. Pierwszą scenę przeczytałam kilka razy, bardzo mi się podobał opis planety w centrum wszechświata. Najmniej wciągający był fragment opowieści o trubadurze, ale to dobre rozwiązanie fabularne, bo coś Michasia do tego śmiałego czynu musiało popchnąć. Nie do końca zrozumiałam ten fragment z eksplozją głowy, to mnie trochę wybiło z rytmu. Czy on się stał niematerialny?

Fajnie się układały poszczególne elementy odkrywane przez Michasia na planecie. Napięcie rosłą w miarę zbliżania się do drzewa i trochę się obawiałam, że zakończenie nie udźwignie tej tajemnicy, którą podsycałeś przez cały tekst, ale dało radę, nie zawiodłam się.

Opowiadanie czytało się bardzo przyjemnie, opisy są płynne, ale mam kilka sugestii.

Powiadają, że w samym środku wszechświata znajduje się miejsce, które przyciąga wszystkie myśli w nim zrodzone.

To zdanie za pierwszym razem mnie zmyliło, bo jakoś tak brzmi, jakby miejsce przyciągało myśli zrodzone w miejscu. Ja bym usnęła tę końcówkę.

Z odłamków bazaltu, granitu i marmuru układali przepiękne kompozycje, które odpowiednio podświetlone, jaśniały na nocnym niebie[+,] umilając życie mieszkańcom.

Najbardziej fascynowało go pytanie[+:] “Po co wszechświatowi ludzie?”[+.]

Na końcu zabrakło kropki i ja bym przed cytatami dawała dwukropek.

Życie na Biezie przez dziesiątki lat toczyło się swoi torem.

swoim

Był on wędrownym trubadurem, który wskutek zderzenia sąsiednich galaktyk utracił rodzinną planetę.

Trubadur to z definicji wędrowny poeta.

Opowiadał o planecie, która znajduje się w samym sercu wielkiej pustki, ale żeby do niej dotrzeć, trzeba przedostać się przez najgęstsze rejony wszechświata, i pokonać najsilniejsze oddziaływania.

Nie widzę uzasadnienia dla tego przecinka.

– Wielu było śmiałków – kontynuował Korolan – którzy skuszeni wizją boskiej niemal mądrości, wyruszyli na poszukiwanie, ale słuch po nich wszystkich zaginął.

Chyba powinno być: niemal boskiej mądrości.

Tu spojrzał przenikliwie w oczy wpatrzonego i wsłuchanego w opowieść Michasia.

Był wpatrzony w opowieść?

Ruszył więc uradowany w stronę gwiazdy i w stronę planety, zużywając resztkę pozostałej energii.

Moim zdaniem to “pozostałej” jest zbędne.

Sięgnął więc do kieszeni i wyciągnął czerwony, idealnie kulisty owoc. Rozłamał go i zobaczył idealnie gładki, soczysto-czerwony miąższ.

Można by się pozbyć powtórzenia.

 

Zgłaszam do biblioteki :)

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Bardzo dziękuję Alicello za komentarz, poprawki stylistyczne i kliczka do biblio.

Co do eksplozji głowy, to muszę powiedzieć, że wracając myślami do procesu twórczego, nie bardzo potrafię sobie przypomnieć, co spowodowało, że zamieniłem kolejną myśl na coś takiego. Wydaje mi się, że chciałem zwiększać liczbę ludzkich myśli zawartych w owocu i postanowiłem zawrzeć wszystkich, a więc nie mogłem zacytować konkretnej myśli. “Eksplozja głowy” na pewno do zmiany – być może na “eksplozję myśli”? a może w ogóle na jakąś konkretną myśl?

 

Cześć, Fizyku!

 

Baśń to i mit zarazem. Mit o stworzeniu i stworzycielu. Może jeszcze zabrakło, że na początku było słowo ;)

Ta eksplozja mnie też wyrwała na chwilę i nie mogłem ogarnąć, choć z drugiej strony piszesz o rzeczach nie do ogarnięcia dla zwykłego śmiertelnika ;)

Ciekawe podejście do tytułu, ale zdecydowanie udane – pod koniec ledwo się powstrzymałem, żeby z wyprzedzeniem nie przeczytać ostatniego wersu, bo czułem, że właśnie tam będzie coś ważnego. Wytrzymałem i nie myliłem się ;)

 

Pozdrawiam, polecam, powodzenia w konkursie ;)

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Ładne, klimat trochę jak u Lema!

Krokusie, dzięki za odwiedziny i miłe słowa. Jeśli chodzi o słowo,

Może jeszcze zabrakło, że na początku było słowo ;)

to muszę się nie zgodzić, bowiem, jak jasno wynika z tekstu, na początku była światłość. A…. nie, na początku była myśl! A może owoc??? Chyba sam się już pogubiłem. wink

 

Zanaisie, mam nadzieję, że się podobało.

 

Sabino, porównania do Lema zawsze na propsie – dzięki.

Fajna baśń i ładnie ją prowadzisz. Z fizyką lekko uprościłeś zakresowo, ale w takich klimatach, chyba dozwolone. ;-) 

Jedno pytanie mnie nurtuje – skąd on wiedział, że staje przed wyborem, że jedno bądź drugie?

 

Z drobiazgów:

,Sięgnął więc do kieszeni i wyciągnął czerwony, idealnie kulisty owoc. Rozłamał go i zobaczył idealnie gładki, soczysto-czerwony miąższ.

Jedno podmieniłabym. 

 

Skarżypyctwo jeszcze potrzebne, więc je popełnię, a jak się trafi ktoś wcześniej, nic nie szkodzi. :-)

 

pzd srd i powodzenia w konkursie!

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki Asylum za wizytę i kliczka. 

Jedno pytanie mnie nurtuje – skąd on wiedział, że staje przed wyborem, że jedno bądź drugie?

Heksagram z zasobników energii, czysta magia telepatyczna. devil

 

Co do powtórzeń, to sam jestem zły na siebie, że w końcówce aż tyle się tego nagromadziło. Jesteś bardzo litościwa, wybierając tylko to jedno.

Właściwie, to jurki już były i mógłbym pogmerać coś w tekście, ale poczekam do wyników.

 

Witaj.

Najbardziej podoba mi się pomysł na owoce, drzewa, kosztowanie zerwanych owoców, wędrówka Michasia i jego imię w takim właśnie brzmieniu. :)

Doskonale poradziłeś sobie z nader trudnym tytułem. 

 

Z technicznych:

Najbardziej fascynowało go pytanie “Po co wszechświatowi ludzie?” – brak kropki

Życie na Biezie przez dziesiątki lat toczyło się swoi torem. – literówka

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie. :)

Pecunia non olet

Bardzo dziękuję, bruce, za przeczytanie i miłe słowa. smiley

Wyłapywanie potknięć technicznych, również mile widziane.

Bardzo podobają mi się dwa pierwsze akapity, zaintrygowały mnie. Ciekawy miałeś pomysł na zaawansowaną cywilizację, która myślenie uważa za czynność zbyteczną. Baśniowy klimat i zakończenie również wypadają na plus. Udany tekst. Poleciłbym do biblioteki, ale, z czego widzę, już nie trzeba.

Pozdrawiam!

Cała przyjemność po mojej stronie. Stworzyłeś tekstem cudowny świat baśni fantasy, a tu lubię najbardziej. :)

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Adamie, bardzo dziękuję i cieszę się że zdołałem zaintrygować od początku, bo wydaje mi się to bardzo ważnym elementem opowiadania.

Tobie, bruce, dziękuję powtórnie. 

Niespieszne tępo, barwne opisy i lekki klimat – bardzo ładny, odprężający tekst. Początek mocno przykuł moja uwagę ciekawymi wizjami drzewa i zamieszkujących kosmos ludzi, a przy tym jasno dał do zrozumienia, że zmierzamy do interesującego finału. Bardzo dobry zabieg, biorąc pod uwagę ton opowieści, brak akcji i dialogów, które mogą nieco znudzić czytelników nastawionych na bardziej dynamiczną kosmiczną przygodę, a tak wiadomo, że warto zacząć i że opłaca się zostać :) a i w środku opowiadania czają się i napięcie i tajemnica, wszystko opisane pięknym językiem. Bardzo przyjemny tekst!

Reinee, zaczyna mi powoli brakować słów na podziękowania. Zastanawiam się, czy Ty miałeś większą przyjemność, czytając tekst, czy ja, czytając Twój komentarz. Bo komentarz jest przedniej urody. Dzięki. smiley

 

<Detektywa Lowina zapiski z urlopowych sesji czytania „Tytulików”>

Fizyk111 – Smakując myśli

Czasem muszę ściemniać i opowiadać niestworzone historie. Ostatnio jedna damulka w barze przy Jeziornej, na koniec mojej gadki dmuchnęła mi w pysk dymem z igły modrzewia i burknęła: “Ale bajki opowiadasz”. Trafiony w samo serce…

Ty z kolei bajki opowiadać potrafisz. Od pomysłu do wykonania wszystko ładnie zagrało. No, jedna fałszywa nuta, ale o tym później. Piszesz ładnym, spokojnym stylem, jednocześnie długim, ale nie męczącym. Płynie się po tekście jak po spokojnym jeziorze. Praktyczny brak dialogów to często zmora dla takiego amatora akcji jak ja, a tu proszę! Nie nudziło. Losy Michasia były autentycznie ciekawe, a jego podróż na planetę bardzo obrazowa. Już w samym Raju nastąpiła ta fałszywa nuta, czyli wybuchająca głowa. Nie wiem, co to miało być i przez moment zacząłem się zastanawiać, czy jest już duchem, czy to wszystko mu się wydaje, ale chyba nie…

W każdym razie finał był bardzo satysfakcjonujący.

PS W barze przy Jeziornej za takie gładkie bajki postawią ci piwo albo i dwa. Polecam.

 

Nowa Fantastyka