- Opowiadanie: Światowider - Sto mieczy dla Sull(i)

Sto mieczy dla Sull(i)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Sto mieczy dla Sull(i)

Pierw­szą de­cy­zją, jaką pod­jął Felix Sull po ob­ję­ciu wła­dzy, była li­kwi­da­cja zdal­nych kon­fe­ren­cji pra­so­wych. Nie wy­ni­ka­ło to z przy­czyn tech­nicz­nych – Mar­snet dzia­łał wy­śmie­ni­cie – chyba że za takie uznać stan zdro­wia elona. Sull, od naj­młod­szych lat sie­dzą­cy z nosem w wir­tu­al­nym świe­cie, po­wo­li za­czy­nał od­czu­wać tego skut­ki. Sta­rał się więc ogra­ni­czać do mi­ni­mum kon­takt z ekra­na­mi i ho­lo­gra­ma­mi.

Tra­dy­cyj­ny model spo­tkań po­sia­dał także inne za­le­ty. Ko­niecz­ność fi­zycz­ne­go po­fa­ty­go­wa­nia się do Ter­mi­tie­ry przy­po­mi­na­ła każ­de­mu, kto rzą­dzi pla­ne­tą.

– Panie elo­nie, na­praw­dę trud­no uwie­rzyć, że udało się panu prze­for­so­wać tę re­for­mę. – Pierw­szy re­por­ter otwo­rzył serię pytań.

– Aku­rat pań­stwo nie po­win­ni na nią na­rze­kać.

– To praw­da, bę­dzie­my mogli wresz­cie po­sma­ko­wać wol­no­ści słowa. Ale jak zdo­łał pan prze­ko­nać Kon­tro­le­rów?

– Część Rady przy­ję­ła moje sta­no­wi­sko. Trud­no się zresz­tą dzi­wić, prze­pi­sy o cen­zu­rze były cał­ko­wi­tym prze­żyt­kiem. Bar­dzo mnie cie­szy, że dzię­ki więk­szo­ści se­na­to­rów nie będą one nas już wię­cej krę­po­wać.

– Czy jed­nak za­gro­że­nie ze stro­ny ru­chów wy­wro­to­wych, wi­docz­ne zwłasz­cza na niż­szych po­zio­mach, nie uza­sad­nia ogra­ni­czeń? – drą­żył dalej dzien­ni­karz.

Sull po­krę­cił głową.

– Zu­peł­nie ina­czej na to pa­trzę. Po­dej­rze­wam, że jako „ruchy wy­wro­to­we” ro­zu­mie pan śro­do­wi­ska sku­pio­ne wokół tak zwa­ne­go Fron­tu Na­cjo­na­li­stycz­ne­go i Ligi Pracy. Oczy­wi­ście, nie zga­dzam się z pre­zen­to­wa­ny­mi przez nie po­glą­da­mi, przy­zna­ję, iż wy­da­ją się dość skraj­ne, ale do­pusz­cze­nie ich do głosu to je­dy­ne wyj­ście. Do­dat­ko­wo, pro­szę pa­mię­tać, że owoc sma­ku­je, do­pó­ki jest za­ka­za­ny. Włą­cze­nie tego typu ru­chów do dys­kur­su pu­blicz­ne­go, umoż­li­wie­nie kon­fron­ta­cji ich pro­gra­mu z me­ry­to­rycz­ną kry­ty­ką, może pa­ra­dok­sal­nie do­pro­wa­dzić do spad­ku ich po­pu­lar­no­ści.

Przez zgro­ma­dzo­nych prze­biegł szmer. Część re­por­te­rów na­tych­miast rzu­ci­ła się do wyj­ścia, cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi ge­sta­mi uru­cha­mia­jąc ko­mu­ni­ka­to­ry w feu­ergläse­rach, oku­la­rach wy­świe­tla­ją­cych roz­sze­rzo­ną rze­czy­wi­stość.

Sull rzu­cił ukrad­ko­we spoj­rze­nie w kie­run­ku pra­we­go rogu sali. Sto­ją­cy w nim ko­ści­sty męż­czy­zna miał kwa­śny wyraz twa­rzy, ale nie ru­szał się z miej­sca. Elon od­wró­cił wzrok.

– Sza­now­ni pań­stwo, myślę, że od­po­wie­dzia­łem na wszyst­kie wąt­pli­wo­ści do­ty­czą­ce isto­ty zmian. W dal­sze szcze­gó­ły wpro­wa­dzi pań­stwa mi­ni­ster Cortés.

Wstał. Daw­niej za­pew­ne rzu­ci­ła­by się na niego chma­ra dzien­ni­ka­rzy, chcą­cych wy­szarp­nąć jesz­cze choć jedno słów­ko. Jed­nak już dawno temu dał im do zro­zu­mie­nia, że nie to­le­ru­je po­dob­ne­go za­cho­wa­nia.

Z sali kon­fe­ren­cyj­nej skie­ro­wał się pro­sto do oso­bi­ste­go ga­bi­ne­tu. Kap­su­łą próż­nio­wą po­ko­nał dy­stans pro­wa­dzą­cy na naj­wyż­szy po­ziom ko­lo­nii, okre­śla­ny jako „Eli­zjum”.

Było to miej­sce godne tej nazwy. Tylko stąd dało się na­praw­dę spoj­rzeć w niebo. Sull lubił zwal­niać kap­su­łę, by choć na kilka se­kund móc za­nu­rzyć się w mo­za­ice błysz­czą­cych gwiazd, czy też ru­dych chmu­rach pyłu, do­sko­na­le wi­docz­nych przez ko­pu­łę osła­nia­ją­cą ko­lo­nię. Więk­szość bu­dyn­ków w Eli­zjum nie po­sia­da­ła da­chów, sty­ka­jąc się bez­po­śred­nio z prze­zro­czy­stą jak szkło taflą. Po­dob­nie rzecz się miała z Ter­mi­tie­rą, je­dy­nym gma­chem, który obej­mo­wał swą dłu­go­ścią nie­mal wszyst­kie po­zio­my Ari­spo­lis.

Tym razem elon nie miał czasu na po­dzi­wia­nie prze­stwo­rzy. Le­d­wie opu­ścił kap­su­łę, wcho­dząc bez­po­śred­nio do ga­bi­ne­tu, kiedy prze­ciw­le­głe drzwi otwo­rzył asy­stent z in­for­ma­cją, iż pan Ro­th­fuss z Rady Kon­tro­le­rów czeka w ko­ry­ta­rzu. Sull dał znak, aby go wpu­ścić. Po chwi­li uj­rzał zna­ne­go sobie ko­ści­ste­go męż­czy­znę.

– Od czasu pań­skich suk­ce­sów na rynku gór­ni­czym chcia­łem pana po­znać – za­ga­ił Sull. – Cie­szę się, że pań­ska no­mi­na­cja mi to umoż­li­wi­ła.

– Nie­ste­ty, trud­no mi po­dzie­lić tę ra­dość, sza­now­ny elo­nie. – Ro­th­fuss usiadł na fo­te­lu po­chy­lo­ny, jakby był gotów w każ­dej chwi­li ze­rwać się do biegu.

– A to dla­cze­go?

– Przejdź­my do sedna. Od­wa­żył się pan na da­le­ko idący pre­ce­dens. Usta­wa zo­sta­ła uchwa­lo­na wbrew Ra­dzie.

Sull zmarsz­czył brwi.

– Ależ myli się pan! Gdyby wszy­scy Kon­tro­le­rzy za­gło­so­wa­li prze­ciw, usta­wa nie zy­ska­ła­by więk­szo­ści w Se­na­cie.

Ro­th­fuss prze­wró­cił ocza­mi.

– Niech pan da spo­kój sar­ka­zmo­wi. Obaj wiemy, że „za” za­gło­so­wał je­dy­nie pań­ski sio­strze­niec, który wy­ko­nu­je pańskie polecenia.

– Chyba nie za­bro­ni nam pan kon­sul­ta­cji ro­dzin­nych? – Sull roz­ło­żył ręce.

Ro­th­fuss skrzy­wił się.

– Pro­si­łem, żeby po­rzu­cił pan gier­ki. – Pod­niósł głos. – Niech pan nie za­po­mi­na, kto wy­niósł pana na to sta­no­wi­sko. Otrzy­mał pan tak sze­ro­kie pre­ro­ga­ty­wy w jed­nym, kon­kret­nym celu. Aby zli­kwi­do­wać ra­dy­ka­li­zmy i za­bez­pie­czyć wol­ność eko­no­micz­ną na Mar­sie.

– Chciał pan chyba po­wie­dzieć wol­ność oli­gar­chicz­ną. – Aro­gan­cja go­ścia za­czy­na­ła iry­to­wać Sull’a.

Ro­th­fuss sko­czył wście­kły na równe nogi. Elona wra­że­nie aż wbiło w fotel. Nie spo­dzie­wał się tak gwał­tow­nej re­ak­cji.

– A więc i pan już zo­stał so­cja­li­stą? – Twarz Kon­tro­le­ra po­czer­wie­nia­ła. – Ta usta­wa to ro­bo­ta, za którą Whi­te­he­ad i Oran­je z pew­no­ścią panu będą wdzięcz­ni!

Sull, nadal sie­dząc, uniósł się nieco, i, prze­krzy­wia­jąc lekko głowę, spoj­rzał roz­mów­cy w oczy.

– Niech pan prze­ka­że resz­cie, że jeśli chcą za­cho­wać swoje uko­cha­ne stoł­ki i złote góry, muszą zgo­dzić się na ko­niecz­ne zmia­ny. Je­że­li nie prze­kształ­ci­my tego ba­ra­ku w żywą spo­łecz­ność, je­dy­ną al­ter­na­ty­wą bę­dzie re­wo­lu­cja. A ta zmie­cie nas wszyst­kich.

– Za­wsze pan to po­wta­rza! – nie­mal krzyk­nął Ro­th­fuss. – Kiedy za­pro­po­no­wał pan fun­dusz na trans­fe­ry so­cjal­ne, zgo­dzi­li­śmy się. Kiedy przy­znał pan prawa wy­bor­cze śred­nim po­zio­mom i gór­ni­kom, mil­cze­li­śmy. Ale to, to już krok za da­le­ko!

– Na­praw­dę, takie emo­cje budzi w panu brak cen­zu­ry? Prze­cież i tak macie wszyst­kie media w kie­sze­ni.

– Otwo­rzył pan wła­śnie usta eks­tre­mi­stom!

Sull mach­nął lek­ce­wa­żą­co ręką.

Pa­trzy­li chwi­lę na sie­bie, mil­cząc. Ro­th­fuss dy­szał cięż­ko, ni­czym bok­ser na ringu. Wresz­cie Sull pod­niósł się z fo­te­la.

– Pro­szę wy­ba­czyć, ale mój czas jest cenny. Jeśli nie ma pan nic wię­cej do do­da­nia…

Ro­th­fuss uniósł wy­cią­gnię­ty w ostrze­gaw­czym ge­ście palec.

– Ten ostat­ni raz panu od­pu­ści­my. Ale niech pan nie za­po­mi­na, kto pana zro­bił elo­nem.

Sull wy­krzy­wił twarz w uśmie­chu.

– Nie za­po­mi­nam.

 

*

 

Gdy tylko Ro­th­fuss wy­szedł, Sull zwró­cił się przez za­mon­to­wa­ny w biur­ku ko­mu­ni­ka­tor do asy­sten­ta.

– Pro­szę mnie po­łą­czyć z puł­kow­ni­kiem Ro­ger­sem. Obej­dzie się bez ho­lo­gra­mu.

Chwi­lę póź­niej z gło­śni­ka płyty ho­lo­gra­mo­wej do­biegł twar­dy, żoł­nier­ski głos.

– Elo­nie.

– Panie puł­kow­ni­ku, na mocy ar­ty­ku­łu osiem­dzie­sią­te­go kon­wen­cji mar­sjań­skiej pro­szę o dys­lo­ka­cję moż­li­wie du­że­go od­dzia­łu sił ko­smicz­nych Sta­nów Zjed­no­czo­nych na ob­szar Ari­spo­lis.

– Czy mówi pan w imie­niu Se­na­tu i Rady Kon­tro­le­rów?

Sull stłu­mił ziew­nię­cie. Miał już po dziur­ki w nosie Kon­tro­le­rów.

– Nie.

Puł­kow­nik chrząk­nął.

– To sta­wia mnie w trud­nej sy­tu­acji. Pro­szę pa­mię­tać, że poza wy­jąt­ka­mi wy­mie­nio­ny­mi w kon­wen­cji, mam obo­wią­zek re­spek­to­wać neu­tral­ność po­wierzch­ni pla­ne­ty. Na­ru­sze­nie jej na wy­łącz­ne we­zwa­nie elona wy­da­je mi się błęd­ne, przy­naj­mniej na ile mój ko­sza­ro­wy mózg rozumie prawo mię­dzy­na­ro­do­we.

– Pana obo­wiąz­kiem jest strzec bez­pie­czeń­stwa wszyst­kich ko­lo­ni­stów, jak wy­raź­nie stwier­dza ar­ty­kuł osiem­dzie­sią­ty, w razie gdyby Straż nie mogła temu po­do­łać. Je­że­li po­trze­bu­je pan eks­per­ty­zy praw­ni­ka, można to za­ła­twić.

Puł­kow­nik raz jesz­cze chrząk­nął.

– Je­że­li Senat i Rada Kon­tro­le­rów po­in­for­mu­ją nas o ta­kiej sy­tu­acji, armia Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ry­ki nie bę­dzie obo­jęt­na.

Sull za­bęb­nił pal­ca­mi w biur­ko. Ze­brał w myśli moż­li­we spo­so­by prze­ko­na­nia ofi­ce­ra. Mógł­by za­pro­po­no­wać ła­pów­kę, oczy­wi­ście w spo­sób za­wo­alo­wa­ny, choć­by w po­sta­ci ofer­ty in­trat­ne­go sta­no­wi­ska w Stra­ży Marsa po za­koń­cze­niu pier­wot­nej służ­by. Je­że­li jed­nak Ro­gers oka­zał­by się takim służ­bi­stą, na ja­kie­go wy­glą­dał, taka pro­po­zy­cja zruj­no­wa­ła­by cał­ko­wi­cie szan­se na po­zy­ska­nie jego po­mo­cy. Poza tym Sull nie wi­dział sensu w su­ge­ro­wa­niu, że ma­ją­ce prze­cież obiek­tyw­ne pod­sta­wy żą­da­nie kryje ja­kieś nie­czy­ste in­ten­cje.

– Panie puł­kow­ni­ku – za­czął spo­koj­nym gło­sem. – Prze­cież nie żądam od pana oku­pa­cji mia­sta. Po­trze­bu­ję cho­ciaż stu do­brych ludzi, stu mie­czy. Po­wie­dział pan, że pań­skim obo­wiąz­kiem jest za­re­ago­wa­nie na proś­bę Se­na­tu. Co jed­nak, jeśli Senat nie zdąży ta­kiej proś­by prze­słać?

– Jak to?

– Sy­tu­acja tutaj jest bar­dzo nie­pew­na. Nie­mal każ­de­go dnia na niż­szych po­zio­mach wy­bu­cha­ją roz­ru­chy. Agi­ta­to­rzy krążą mię­dzy gór­ni­ka­mi, pod­bu­rza­jąc ich do straj­ków. Oba­wiam się, że nie­dłu­go po­li­cja prze­sta­nie sobie ra­dzić i bę­dzie po­trze­bo­wa­ła po­mo­cy Stra­ży. A kto wtedy ochro­ni Eli­zjum?

– W takim razie, dla­cze­go se­na­to­ro­wie teraz nie mo­gli­by się do nas zwró­cić?

Sull wes­tchnął.

– Przy­kro mi to mówić, ale se­na­to­ro­wie zu­peł­nie nie myślą o ta­kich spra­wach. Prze­cież po to nada­li mi spe­cjal­ne pre­ro­ga­ty­wy, żeby nie mu­sie­li się dalej mar­twić o bez­pie­czeń­stwo. Sami nie za­przą­ta­ją sobie tym, póki co, głów. I oby nigdy nie mu­sie­li.

Ro­gers od­chrząk­nął po raz trze­ci.

– Przyj­mu­ję pana ar­gu­men­ty, elo­nie. Wyślę jedną kom­pa­nię, sto osób, nie wię­cej. – W jego gło­sie Sull czuł roz­ter­kę. – Pro­szę mi wy­ba­czyć, ale jeśli pla­no­wał­by pan prze­wrót… Prze­cież muszę wziąć pod uwagę taką oko­licz­ność, praw­da?

Woj­sko­wy nie grze­szył ta­len­ta­mi dy­plo­ma­ty, ale nie był też głupi. Wy­da­wa­ło się jed­nak, że po­łknął już ha­czyk. Wy­star­czy­ło po­cią­gnąć za wędkę.

– Puł­kow­ni­ku, myślę, że nie za­słu­ży­łem na takie po­dej­rze­nia.

– Ależ oczy­wi­ście, że nie, jed­nak…

– Jest pan czło­wie­kiem prze­ni­kli­wym. – Sull nie dał wejść sobie w słowo. – Pro­szę po­wie­dzieć, jaką ko­rzyść mógł­by mi dać prze­wrót?

Puł­kow­nik przez chwi­lę się za­sta­na­wiał.

– Aby sa­me­mu spra­wo­wać wła­dzę – wy­rzu­cił wresz­cie z sie­bie.

Choć woj­sko­wy nie mógł tego zo­ba­czyć, Sull od­ru­cho­wo po­krę­cił głową.

– Wła­dza to kło­pot. Szcze­gól­nie tu i teraz, może mi pan wie­rzyć. Przy­ją­łem ten cię­żar na proś­bę moich ko­le­gów z Rady. Je­że­li mi się nie po­wie­dzie, ster przej­mą inni Kon­tro­le­rzy. Ale gdy­bym był dyk­ta­to­rem, zo­stał­bym sam. Sam, sie­dzą­cy okra­kiem na becz­ce pro­chu z tlą­cym się lon­tem.

– Czego więc pan chce, elo­nie?

– Je­stem czło­wie­kiem biz­ne­su i chcę do tego biz­ne­su wró­cić. Zro­bię to na­tych­miast, gdy tylko uznam in­te­re­sy na Mar­sie za w pełni za­bez­pie­czo­ne. Pan może mi wy­dat­nie pomóc w urze­czy­wist­nie­niu tego pra­gnie­nia.

Sull skrzy­wił się w duchu. Nie wie­dział, czy w ostat­nim zda­niu nie prze­sa­dził z po­chleb­stwem. Na szczę­ście oka­za­ło się, że jego słowa w pełni ujęły puł­kow­ni­ka.

– Nie za­wie­dzie się pan na mnie, elo­nie – po­wie­dział woj­sko­wy, tym razem pew­nym, twar­dym jak stal gło­sem.

 

*

 

Wbrew przy­pusz­cze­niom tu­ry­stów i świe­żo przy­by­łych imi­gran­tów, naj­niż­sze po­zio­my Ari­spo­lis, choć no­si­ły nie­zbyt za­chę­ca­ją­ce miano „Pie­kieł”, nie były wcale naj­gor­szą dziel­ni­cą ko­lo­nii. Pra­cu­ją­cy tam gór­ni­cy wpraw­dzie sami by się nigdy do tego nie przy­zna­li, ale za­ra­bia­li cał­kiem nie­źle. Jako ludz­kie wy­sy­pi­sko funk­cjo­no­wał na­to­miast po­ziom środ­ko­wy, na­zy­wa­ny „Cmen­ta­rzem”. Więk­szość miesz­kań­ców Eli­zjum nigdy nie po­sta­wi­ła tu swo­jej stopy, toteż Sull nie dzi­wił się gry­ma­som wstrę­tu, wi­docz­nym na twa­rzach to­wa­rzy­szą­cych mu se­na­to­rów i Kon­tro­le­rów.

On sam od­wie­dził to miej­sce kil­ku­krot­nie, ale roz­ta­cza­ją­ce się przed nim wi­do­ki nadal prze­szy­wa­ły go bólem. Świa­tło słoń­ca, ob­le­wa­ją­ce sła­bym bla­skiem po­ło­żo­ne tuż pod ko­pu­łą Eli­zjum, tutaj nie do­cie­ra­ło wcale. La­tar­nie czę­sto od­ci­na­no od prądu, choć i tak ledwo roz­świe­tla­ły mrok. W pół­cie­niu elon wi­dział rzędy wy­chu­dłych, brud­nych twa­rzy. Wiele z nich no­si­ło na sobie ślady nad­uży­wa­nia roz­po­wszech­nio­nych w tej czę­ści mia­sta ta­nich uży­wek. Nie­któ­re ob­li­cza nie­mal cał­ko­wi­cie za­tra­ci­ły ludz­kie rysy, bo­wiem dla licz­nych nę­dza­rzy je­dy­ną szan­są za­ro­bie­nia na chleb było eks­pe­ry­men­tal­ne przy­ję­cie wsz­cze­pów, prze­mie­nia­ją­cych ich w po­kracz­ne cy­bor­gi.

Cho­ciaż na tych twa­rzach od­bi­ja­ło się zdu­mie­nie wi­do­kiem tak wielu ofi­cje­li „z góry”, po­zo­sta­wa­ły mar­twe, po­zba­wio­ne ja­kiej­kol­wiek na­dziei na po­lep­sze­nie losu. Mimo to w ser­cach tych ludzi jakaś na­dzie­ja tlić się prze­cież mu­sia­ła. Ina­czej nie sta­wa­ły­by się tak żyzną glebą dla na­sion sia­nych przez wy­wro­to­wych agi­ta­to­rów. Sull chciał roz­dmu­chać te oca­la­łe iskier­ki życia i wznie­cić z nich bu­cha­ją­ce ogni­ska.

Zanim jed­nak pod­szedł do usta­wio­nej na pod­wyż­sze­niu, przy­po­mi­na­ją­cej re­kwi­zyt sprzed pół wieku mów­ni­cy, za­trzy­mał go jeden z asy­sten­tów.

– Trans­por­ter z od­dzia­łem Ame­ry­ka­nów opu­ścił bazę or­bi­tal­ną. Ma wy­lą­do­wać za kilka go­dzin. Około pół­no­cy po­win­ni do­trzeć do Ari­spo­lis.

– Do­sko­na­le.

– Am­ba­sa­dor Chin zło­żył pro­te­sta­cję.

Sull wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nowe kon­ce­sje za­mkną mu usta.

Pod­szedł do mów­ni­cy.

– Przy­ja­cie­le! – za­wo­łał.

Już to jedno słowo zjed­na­ło mu uwagę wi­dow­ni. Nie­czę­sto sły­sza­no je na Cmen­ta­rzu.

– Chcę dziś prze­mó­wić do wszyst­kich miesz­kań­ców Marsa, do wszyst­kich bez wy­jąt­ku. Ale szcze­gól­nie do was, naj­bar­dziej po­krzyw­dzo­nych. Do was, wy­rzu­co­nych poza na­wias przez spo­łecz­ną nie­spra­wie­dli­wość.

Przez zgro­ma­dze­nie prze­szedł po­mruk apro­ba­ty.

– Więk­szość z was przy­by­ła tu z Ziemi, nie­któ­rzy z Księ­ży­ca. Opusz­cza­li­ście domy nę­ce­ni obiet­ni­ca­mi no­we­go świa­ta, w któ­rym każ­de­go chęt­ne­go do pracy czeka do­bro­byt. Pa­mię­ta­cie z pew­no­ścią spoty z ha­słem „Tu mo­żesz!”. Tu mo­żesz zna­leźć miesz­ka­nie, nie bio­rąc kre­dy­tu. Tu praca szuka czło­wie­ka, a nie czło­wiek pracy. Tu pa­nu­je zgoda w dą­że­niu do wiel­kich celów, a nie kłót­nie o bła­host­ki.

Tym razem mówcy od­po­wie­dzia­ło bu­cze­nie. Zbyt wielu dało się gorz­ko oszu­kać kam­pa­niom re­kla­mo­wym mar­sjań­skich kon­cer­nów.

– Po­sta­wi­li­ście wszyst­ko na jedną kartę. I co uzy­ska­li­ście? Rynek, na któ­rym pracę znaj­du­ją tylko wy­so­ko wy­kwa­li­fi­ko­wa­ni spe­cja­li­ści albo ro­bo­ty. Mia­sto, które imi­gran­tów spy­cha do slum­sów, w któ­rych skąpi się im nawet pro­mie­ni słoń­ca. Rząd, który za­miast ofe­ro­wać wol­ność, spę­tał was wszyst­kich ty­ra­nią bia­łych koł­nie­rzy­ków z Eli­zjum.

Na placu za­pa­dła cisza. Wszyst­kie oczy prze­wier­ca­ły elona na wylot. Sull po­czuł, że trzy­ma już lejce w dło­niach. Po­zo­sta­wa­ło po­pę­dzić wierz­chow­ca w za­pla­no­wa­nym kie­run­ku.

– Ale nad­szedł czas zmian! – za­wo­łał, pod­no­sząc głos. – Roz­pi­sa­łem nowe wy­bo­ry do Se­na­tu. Wy­bo­ry, które, mam na­dzie­ję, od­mie­nią cał­ko­wi­cie ob­li­cze na­szej pla­ne­ty. To jed­nak bę­dzie za­le­ża­ło od was! Tak! Pod­pi­sa­łem wła­śnie akt wy­ko­naw­czy, udzie­la­ją­cy prawa głosu każ­de­mu do­ro­słe­mu miesz­kań­co­wi Ari­spo­lis. Co wię­cej, znie­sie­nie cen­zu­ry było tylko pierw­szym kro­kiem w kie­run­ku do­pusz­cze­nia do de­ba­ty wszyst­kich ru­chów spo­łecz­nych. Teraz czas zro­bić krok drugi. Gwa­ran­tu­ję, że wszyst­kie or­ga­ni­za­cje speł­nia­ją­ce wa­run­ki for­mal­ne zo­sta­ną do­pusz­czo­ne do star­tu w wy­bo­rach.

Przez zgro­ma­dzo­nych prze­szedł po­now­nie szum po­par­cia. Sull pod­niósł rękę.

– To nie ko­niec! Sama dys­ku­sja nie star­czy, po­trze­bu­je­my ra­dy­kal­nych zmian na już, od zaraz. Dla­te­go chcę za­pre­zen­to­wać wam pro­jekt re­for­my, który przed­ło­żę no­we­mu skła­do­wi Se­na­tu. Pro­jekt nosi nazwę „Po­dziel­cie bo­gac­two!”. Po­my­śli­cie pew­nie, że zo­sta­łem so­cja­li­stą? Nie, nie wie­rzę we wspól­ną wła­sność. Prze­ciw­nie, uwa­żam, że wła­sny dom i praca na swoim to pod­sta­wa wol­no­ści każ­de­go czło­wie­ka. Z tego po­wo­du ko­niecz­na jest cał­ko­wi­ta re­or­ga­ni­za­cja życia w ko­lo­nii.

Ode­tchnął. Wolał nie rzu­cać spoj­rzeń w bok. Sto­ją­cy tam se­na­to­ro­wie i Kon­tro­le­rzy za­pew­ne zie­le­nie­li wła­śnie ze zdu­mie­nia i wście­kło­ści.

– Wa­run­ki spo­łecz­ne Marsa usta­la­no w okre­sie, gdy prze­by­wa­ły tu głów­nie ma­szy­ny – cią­gnął. – Nie­wiel­kie grup­ki ko­lo­ni­stów skła­da­ły się z eks­per­tów za­trud­nio­nych przez kor­po­ra­cje. Czasy się jed­nak zmie­ni­ły. Mimo to naj­wię­cej do po­wie­dze­nia ma nadal grupa skła­da­ją­ca się z za­le­d­wie kil­ku­dzie­się­ciu osób. Je­dy­nie oni cią­gną zyski z eks­plo­ra­cji pla­ne­ty. Ktoś powie, że to spra­wie­dli­we. Prze­cież ci pio­nie­rzy wy­rzu­ca­li ol­brzy­mie sumy na nie­do­cho­do­we przed­się­wzię­cia, by­le­by czło­wiek mógł po­sta­wić stopę na Mar­sie. Mają więc prawo, by dziś ten wy­si­łek im się zwró­cił. Takim ad­wo­ka­tom dia­bła od­po­wiem: po­licz­cie do­brze! Czy ko­smicz­ne kon­cer­ny upa­da­ją? Czy na­praw­dę po­trze­bu­ją ab­so­lut­nej kon­tro­li nad Ari­spo­lis, aby prze­trwać? Nie! Sam udział w pro­ce­sie ter­ra­for­ma­cji przy­no­si ol­brzy­mie do­cho­dy, a jesz­cze więk­sze da im w przy­szło­ści. Nie ma więc żad­ne­go uspra­wie­dli­wie­nia dla ich de­spo­tycz­nych rzą­dów. Czas skoń­czyć ty­ra­nię ko­smicz­nych ba­ro­nów! Czas oddać wła­dzę i wła­sność w ręce zwy­kłych miesz­kań­ców Marsa, ta­kich jak wy!

Mowę zwień­czy­ła burza okla­sków. Tłum po­pa­dał w coraz więk­szy en­tu­zjazm, za­po­mi­na­jąc cał­ko­wi­cie, że prze­cież ten, który na­wo­łu­je do oba­le­nia ko­smicz­nych ba­ro­nów, sam jesz­cze nie­daw­no na­le­żał do ich grona.

– Nie oglą­daj­cie się na so­cja­li­stów i na­cjo­na­li­stów! Jedni sprze­da­ją wam ilu­zje, nie mo­gą­ce się zi­ścić, dru­dzy chcą was wcią­gnąć w kon­flikt z Zie­mią w imię wła­snych fan­ta­sma­go­rii. Mnie zna­cie! Każdy z was może oce­nić moje do­tych­cza­so­we po­su­nię­cia. Dla­te­go pro­szę każ­de­go z was z osob­na, aby wziął udział w wy­bo­rach, oddał głos zgod­nie z wła­sny­mi po­glą­da­mi i po­parł ak­tyw­nie pro­gram „Po­dziel­cie bo­gac­two!”. Dzię­ku­ję!

Okla­ski prze­mie­ni­ły się w okrzy­ki, a wresz­cie w ryk ty­się­cy gar­deł, skan­du­ją­cych na­zwi­sko elona. Sull zszedł z mów­ni­cy mię­dzy tłum. Bez­po­śred­ni kon­takt waży wię­cej, niż setki prze­mó­wień, chciał więc uści­snąć tyle dłoni, ile tylko zdoła.

 

*

 

Na po­now­ną wi­zy­tę Ro­th­fus­sa nie trze­ba było długo cze­kać.

– Jak pan śmie! – Przed­sta­wi­ciel Rady Kon­tro­le­rów ko­lo­rem twa­rzy znów upodob­nił się do mar­sjań­skie­go pia­sku. – Ostat­nio py­ta­łem, czy zo­stał pan so­cja­li­stą. Teraz widzę, że jest pan wręcz bol­sze­wi­kiem! Chce pan ode­brać nam naszą wła­sność i nasze prawa? Kto we­dług pana bę­dzie wtedy utrzy­my­wał i za­opa­try­wał ko­lo­nię? Kto zaj­mie się ter­ra­for­ma­cją?

– Ter­ra­for­ma­cja zaj­mie jesz­cze de­ka­dy, o ile nie stu­le­cia. – Elon prze­glą­dał do­ku­men­ty, z po­zo­ru nie po­świę­ca­jąc go­ścio­wi uwagi. – Zresz­tą, w tej sfe­rze nie doj­dzie do żad­nych zmian.

– Ła­skaw­ca z pana. Wie pan prze­cież, że ten pro­ces ge­ne­ru­je wy­łącz­nie kosz­ty. Kła­mał pan w swoim prze­mó­wie­niu!

Sull spoj­rzał spode łba na roz­mów­cę.

– Jest pan bar­dzo po­chop­ny w rzu­ca­niu oskar­żeń, panie Ro­th­fuss.

– To ra­czej pan po­chop­nie chce nas zruj­no­wać. Dla­cze­go? Prze­cież jest pan jed­nym z nas!

– Panie Ro­th­fuss. – Sull z wes­tchnie­niem pod­niósł głowę. – Nie wiem, czy Rada Kon­tro­le­rów to za­uwa­ży­ła, ale od pierw­szej wi­zy­ty czło­wie­ka na Mar­sie mi­nę­ło kil­ka­dzie­siąt lat. Nie można dłu­żej utrzy­my­wać qu­asi-nie­wol­ni­cze­go sys­te­mu. Re­wo­lu­cja jest ko­niecz­na. Albo prze­pro­wa­dzi­my ją sami, albo… Cóż, zbyt twar­de głowy czę­sto spa­da­ją.

Ro­th­fuss żach­nął się.

– Skoro chce pan wstrzy­my­wać re­wo­lu­cję, czemu wpusz­cza pan ra­dy­ka­łów do Se­na­tu?

– To aku­rat pro­ste. – Sull uśmiech­nął się. – Cią­gle po­wta­rzam, że naj­lep­szym spo­so­bem na eks­tre­mi­stów jest do­pusz­cze­nie ich do wła­dzy. Łatwo wzy­wać do wie­sza­nia bo­ga­czy na la­tar­niach, sto­jąc na brud­nej ulicy w dziu­ra­wym płasz­czu. Ale gdy tylko umosz­czą się w mięk­kich sie­dze­niach se­na­to­rów, cięż­ko im bę­dzie z nich wstać.

Ro­th­fuss za­czął drżeć, jakby w kon­wul­sjach. Sull nie po raz pierw­szy zadał sobie py­ta­nie, po co roz­sąd­ni biz­nes­me­ni drę­czy­li go, na­sy­ła­jąc nań ta­kie­go fu­ria­ta.

– Wiem czego pan chce! – za­wo­łał gość. – Dyk­ta­tu­ry! Chce pan za­prze­czyć wszyst­kim war­to­ściom, na któ­rych wy­ro­sła ta ko­lo­nia!

Sull uniósł brew.

– Takie slo­ga­ny, z pana ust? Wie pan, że nazwa mo­je­go urzę­du nie po­cho­dzi od imie­nia jed­ne­go z na­szych po­przed­ni­ków, ale z pism nie­miec­kie­go zbrod­nia­rza, który wy­słał Jan­ke­sów w ko­smos. Tyle w kwe­stii „war­to­ści”.

– A więc nie za­mie­rza się pan cof­nąć?

– Nie będę scho­dził z je­dy­nej słusz­nej drogi.

– To ozna­cza wojnę, Sull.

Elon wzru­szył ra­mio­na­mi, po­chy­la­jąc się znów ku do­ku­men­tom.

– A więc wojna.

 

*

 

Sull wpadł zdy­sza­ny do ga­bi­ne­tu, do­pi­na­jąc gu­zi­ki ma­ry­nar­ki. Mi­ni­ster już cze­kał.

– Pro­szę wy­ba­czyć – po­wie­dział elon, sa­do­wiąc się na fo­te­lu. – Doba nie jest z gumy, a trze­ba w nią jakoś wci­snąć co­dzien­ne ćwi­cze­nia. Czło­wiek, gdy jest młody, nie przej­mu­je się ob­ni­żo­nym po­zio­mem gra­wi­ta­cji, i za­czy­na od­czu­wać jego skut­ki, kiedy jest już za późno.

Od­chrząk­nął.

– Co tam u na­szych przy­ja­ciół Kon­tro­le­rów?

– Szy­ku­ją się na ostro.

Mi­ni­ster włą­czył rzut­nik ho­lo­gra­mo­wy. Sull za­ło­żył oku­la­ry. Przed jego ocza­mi uka­za­ła się trój­wy­mia­ro­wa mapa Marsa.

– Ścią­ga­ją na­jem­ni­ków i drony ze wszyst­kich ko­pal­ni i po­mniej­szych kopuł. Naj­praw­do­po­dob­niej będą chcie­li stwo­rzyć kor­don wokół Ari­spo­lis, a jed­no­cze­śnie prze­pro­wa­dzić dy­wer­sję we­wnątrz mia­sta i zmu­sić nas do ka­pi­tu­la­cji. Pre­zes Red Pla­net In­du­stry, Mar­tin, za­gro­ził dzi­siaj, że atak może na­stą­pić nawet w ciągu kilku dni.

Sull prych­nął.

– Je­że­li Mar­tin tak mówi, to jesz­cze sobie po­cze­ka­my. Dzie­sięć lat temu obie­cy­wał, że je­ste­śmy rok od za­koń­cze­nia ter­ra­for­ma­cji. A jak tam Jan­ke­si?

– Za­ję­li już po­zy­cje.

– Straż Marsa?

Mi­ni­ster skrzy­wił się.

– To jedna z rze­czy, które mnie nie­po­ko­ją. Whi­te­he­ad i Oran­je za­po­wie­dzie­li wiel­kie de­mon­stra­cje w Pie­kle i na Cmen­ta­rzu. Chyba nasze mi­li­cje ro­bot­ni­cze im się nie spodo­ba­ły. Część Stra­ży bę­dzie trze­ba ode­słać na te po­zio­my, po­li­cja sama sobie nie po­ra­dzi.

– A wła­śnie, jak tam mi­li­cje?

– Re­kru­ta­cja prze­kro­czy­ła nasze ocze­ki­wa­nia. Pań­ska mowa oka­za­ła się strza­łem w dzie­siąt­kę. Ale to mięso ar­mat­nie, nie żoł­nie­rze.

Sull po­ki­wał głową. Mi­ni­ster nie­ste­ty miał rację.

– Mimo wszyst­ko mu­si­my się utrzy­mać.

– Jest pan tego pe­wien? Nawet jeśli zdo­ła­my się jakiś czas utrzy­mać, mają prze­cież ła­dun­ki ato­mo­we.

Elon mach­nął ręką.

– Nie wy­sa­dzą prze­cież całej ko­lo­nii.

– Nadal mają nad nami prze­wa­gę. Może nie w licz­bie, ale sprzęt, do­świad­cze­nie…

– Nie cho­dzi nam o to, żeby ich po­ko­nać. Mu­si­my je­dy­nie do­trwać do in­ter­wen­cji dy­plo­ma­tycz­nej Ziemi.

– A jeśli ta nie na­stą­pi?

Sull wstał.

– Na razie spór może się jesz­cze roz­wią­zać na płasz­czyź­nie po­li­tycz­nej. Aby tak się stało, mu­si­my im po­ka­zać, że kon­tro­lu­je­my dra­bi­nę eska­la­cyj­ną. Że je­ste­śmy go­to­wi na go­rą­cy kon­flikt, nawet jeśli bę­dzie to tylko blef. Pro­szę kon­ty­nu­ować przy­go­to­wa­nia.

Mi­ni­ster po­dzię­ko­wał i opu­ścił ga­bi­net. Sull wy­łą­czył ho­lo­gram, opadł na fotel i przy­mknął oczy. Nie zdą­żył jed­nak nawet ze­brać myśli, gdy usły­szał brzęk ko­mu­ni­ka­to­ra.

– Elo­nie, przy­szli dwaj… – za­czął asy­stent.

– Wpuść ich – prze­rwał Sull.

Nad­szedł naj­wyż­szy czas, aby zmie­rzyć się twa­rzą w twarz ze zmo­ra­mi, które spę­dza­ły mu sen z po­wiek przez ostat­nie lata.

Po chwi­li w drzwiach ga­bi­ne­tu sta­nę­ły dwie po­sta­cie, do­sko­na­le znane elo­no­wi z prze­bi­tek wia­do­mo­ści: Percy Whi­te­he­ad i Cor­ne­lis Oran­je. Dwaj męż­czyź­ni, któ­rzy pierw­si od­wa­ży­li się rzu­cić rę­ka­wi­cę ko­smicz­nym ba­ro­nom.

Oso­bli­wa była to para. Szczu­pły, de­li­kat­ny, cho­dzą­cy za­wsze w ide­al­nie skro­jo­nym gar­ni­tu­rze Oran­je ani tro­chę nie przy­po­mi­nał przy­wód­cy ro­bot­ni­czych wie­ców. Dla­te­go też, zgod­nie z ra­por­ta­mi tra­fia­ją­cy­mi na biur­ko Sull’a, coraz czę­ściej ustę­po­wał Whi­te­he­ado­wi. Także tym razem lider Fron­tu Na­cjo­na­li­stycz­ne­go wy­su­nął się na­przód.

Wy­da­wał się cał­ko­wi­tym za­prze­cze­niem swego to­wa­rzy­sza. Ogrom­na po­stu­ra i wy­tar­ty, dre­li­cho­wy płaszcz, czy­ni­ła zeń ide­al­ny model do por­tre­tu ro­dza­jo­we­go ulicz­ne­go so­cja­li­sty. Do tego długa, czar­na jak smoła broda i głę­bo­kie, hip­no­ty­zu­ją­ce oczy spra­wia­ły, że elo­no­wi trud­no było opę­dzić się od sko­ja­rzeń z Ra­spu­ti­nem.

Sull pod­niósł się.

– Bar­dzo panom dzię­ku­ję za przy­by­cie. Tym bar­dziej uj­mu­je mnie czyn panów, że na wa­szym miej­scu oba­wiał­bym się aresz­to­wa­nia.

– Chyba mu­siał­by pan być sa­mo­bój­cą. – Whi­te­he­ad roz­siadł się na krze­śle na­prze­ciw elona. – Ma pan zbyt wielu wro­gów, by do­ra­biać sobie no­wych.

– To praw­da. – Sull także z po­wro­tem usiadł i na­ci­snął guzik ko­mu­ni­ka­to­ra. – Na­pi­ją się pa­no­wie her­ba­ty? Pre­zent od am­ba­sa­do­ra Chin.

Go­ście wy­mie­ni­li spoj­rze­nia.

– Pew­nie, po­sma­kuj­my owocu pracy chiń­skie­go pro­le­ta­ria­tu. – Wciąż sto­ją­cy Oran­je ode­rwał się od oku­po­wa­ne­go dotąd kąta i zbli­żył do biur­ka.

– Tym bar­dziej, że czeka nas długa roz­mo­wa – do­rzu­cił Whi­te­he­ad.

– Do­praw­dy?

– Mamy panu do za­pro­po­no­wa­nia, elo­nie, pe­wien układ.

– Za­mie­niam się w słuch.

 

*

 

Gdy Sull opusz­czał salę po­sie­dzeń, w jego uszach wciąż dźwię­cza­ły burz­li­we grzmo­ty okla­sków i nie­spo­koj­na wrza­wa de­ba­ty. Senat z Ter­mi­tie­rą łą­czył po­most, przy­po­mi­na­ją­cy tunel próż­nio­wy. Wszedł­szy do niego, Sull uj­rzał idą­ce­go po­śpiesz­nym kro­kiem w prze­ciw­nym kie­run­ku Ro­th­fus­sa. Na widok Sull’a, Kon­tro­ler zbli­żył się do niego nie­mal bie­giem.

– Sull! Jakim pra­wem… – Prze­rwał, ła­piąc od­dech. – Dla­cze­go roz­po­czę­to po­sie­dze­nie bez Rady! Nie mia­łeś prawa!

Sull przy­sta­nął.

– Sko­rzy­sta­łem z pro­ce­du­ry nad­zwy­czaj­nej. Rada Kon­tro­le­rów nie jest w jej ra­mach ko­niecz­na do otwar­cia ple­num Se­na­tu.

Ro­th­fuss sap­nął.

– W takim razie żądam na­tych­mia­sto­we­go za­wie­sze­nia obrad do czasu po­łą­cze­nia Rady z Se­na­tem!

Sull spoj­rzał na roz­mów­cę z po­li­to­wa­niem.

– Nie śle­dził pan wia­do­mo­ści? Go­dzi­nę temu Senat roz­wią­zał Radę.

Ro­th­fuss otwo­rzył i za­mknął usta. Przez chwi­lę nie po­tra­fił wy­krztu­sić z sie­bie słowa. W końcu jed­nak przy­brał z po­wro­tem pewny wyraz twa­rzy.

– Wobec tego chcę zo­stać wy­słu­cha­ny przez Senat.

– Jako kto?

– Jako przed­sta­wi­ciel Ra… – Ro­th­fuss za­ciął się. – Jako jeden z naj­bo­gat­szych oby­wa­te­li Ari­spo­lis!

– Jest pan za­le­d­wie w pierw­szej trzy­dzie­st­ce – mruk­nął Sull.

Ro­th­fuss udał, że nie usły­szał.

– Od­czy­tam przed Se­na­tem nasze ul­ti­ma­tum. Nasze siły ota­cza­ją ko­lo­nię. Chce­my jed­nak jesz­cze dać szan­sę se­na­to­rom na za­sta­no­wie­nie się, czy warto po­dą­żać jak ślep­cy za pań­skim sza­leń­stwem, elo­nie.

Sull po­ki­wał głową. Nad­szedł czas na ujaw­nie­nie gwoź­dzia pro­gra­mu.

– Za moim sza­leń­stwem? Elo­nie? – Uniósł brwi w uda­wa­nym zdzi­wie­niu. – Panie Ro­th­fuss, przed chwi­lą moja re­zy­gna­cja zo­sta­ła przy­ję­ta przez Senat. Je­stem osobą pry­wat­ną.

Ro­th­fuss otwo­rzył sze­ro­ko oczy i cof­nął się o krok.

– Jak to? – wy­krztu­sił.

Sull wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Je­stem czło­wie­kiem in­te­re­su. Chcia­łem uczy­nić życie na Mar­sie lep­szym. Ale wy za­gro­zi­li­ście prze­mo­cą. A wobec mie­czy toga, czy też, jeśli pan woli, gar­ni­tur, musi ustą­pić. – Wska­zał pod­bród­kiem trzy­ma­ną w ręce tecz­kę. – Lecę na Zie­mię. Oba­wiam się, że in­we­sto­wa­nie na Mar­sie w naj­bliż­szym cza­sie bę­dzie dość ry­zy­kow­ne. A ja je­stem już za stary na gry va ba­nque.

Ro­th­fuss zda­wał się nie słu­chać. Prze­bie­rał go­rącz­ko­wo pal­ca­mi, mie­rząc Sull’a wzro­kiem od dołu do góry, jakby nagle prze­stał wie­rzyć w jego ist­nie­nie.

– Kto… kto zatem kie­ru­je rzą­dem?

– W tej chwi­li nikt. Rząd zo­stał cał­ko­wi­cie roz­wią­za­ny. Senat opra­co­wu­je w tym mo­men­cie nową or­ga­ni­za­cję wła­dzy wy­ko­naw­czej. Jest to rze­czy­wi­ście dobra chwi­la, by po­pro­sić o głos. Musi się pan z tym zwró­cić do prze­wod­ni­czą­ce­go obrad, pana Oran­je.

– Co?! – Na czole Ro­th­fus­sa po­ja­wi­ły się kro­pel­ki potu.

– Radzę też się po­śpie­szyć. – Sull nie miał żad­nej li­to­ści. – Nowy elon, czy jak tam się bę­dzie ten urząd na­zy­wał, może nie być tak skory do kom­pro­mi­sów, jak ja.

– Wtedy ude­rzy­my! – Ro­th­fuss nagle od­zy­skał reszt­ki wi­go­ru.

Sull po­krę­cił głową, cmo­ka­jąc.

– Zła od­po­wiedź. Tam – wska­zał pal­cem za sie­bie – nie sie­dzi już dyk­ta­tor o wąt­pli­wej le­gi­ty­ma­cji, ale de­mo­kra­tycz­nie wy­bra­ni przed­sta­wi­cie­li ca­łe­go Ari­spo­lis. Zgod­nie z kon­wen­cją mar­sjań­ską se­na­to­rów strze­że kom­pa­nia wojsk ame­ry­kań­skich. Przed chwi­lą prze­wod­ni­czą­ce­mu zło­żył wi­zy­tę am­ba­sa­dor Chin. Na­praw­dę chce­cie wy­wo­łać mię­dzy­pla­ne­tar­ny in­cy­dent?

Za­pa­dła cisza. Sull przez chwi­lę ob­ser­wo­wał roz­mów­cę z drwią­cym uśmiesz­kiem.

– Życzę panu po­wo­dze­nia w in­te­re­sach.

Ski­nął głową, wy­mi­nął oszo­ło­mio­ne­go Ro­th­fus­sa i ru­szył dalej tu­ne­lem.

Koniec

Komentarze

Witaj.

Opowieść pełna doskonałej fantastyki, ale i politycznych przepychanek, taki fenomenalny kryminał polityczny, zahaczający wręcz o thriller. 

Zadziwia zimna krew głównego bohatera oraz jego stuprocentowa pewność wygrania każdej, doskonale przemyślanej rozgrywki. Czyżby literka z tytułu, zamieszczona w nawiasie, nie tylko przypadkiem nawiązywała do sławnego przywódcy rzymskich optymatów? :)

 

Z technicznych:

tym pewnym twardym jak stal głosem – w tym fragmencie wstawiłabym przecinek

 

Pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia w konkursie. :)

Pecunia non olet

Bruce, bardzo dziękuję za komentarz i wszelkie pochwały!

Czyżby literka z tytułu, zamieszczona w nawiasie, nie tylko przypadkiem nawiązywała do sławnego przywódcy rzymskich optymatów? :)

Imię “Felix” też nie pojawia się w tym kontekście przypadkowo ;)

Aczkolwiek po skończeniu tekstu odniosłem wrażenie, że ostatecznie wyszedł mi bardziej któryś z braci Grakchów niż Sulla.

Starożytny Rzym przewieziony na Marsa? OK, interesujący pomysł. Podejrzewam, że bohater naśladuje zachowania Sulli, ale jestem za cienka w uszach, żeby to stwierdzić.

Jeśli na Marsie równie trudno znaleźć pracę, jak w innych miejscach, to po co kampania reklamowa? Przecież przewożenie niepotrzebnych ludzi nie może być tanie.

Nie często słyszano je

Nieczęsto.

Babska logika rządzi!

Aczkolwiek po skończeniu tekstu odniosłem wrażenie, że ostatecznie wyszedł mi bardziej któryś z braci Grakchów niż Sulla.

laugh Dobrze, że jeszcze nie nadszedł czas na spadający rzęsiście deszcz… dachówek. laugh

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Podejrzewam, że bohater naśladuje zachowania Sulli, ale jestem za cienka w uszach, żeby to stwierdzić.

Trochę tak, trochę nie. Jak wspomniałem wyżej, jest właściwie miksem Sulli i Grakchów (co jest w sumie dość dziwnym połączeniem, ale tak wyszło).

Jeśli na Marsie równie trudno znaleźć pracę, jak w innych miejscach, to po co kampania reklamowa? Przecież przewożenie niepotrzebnych ludzi nie może być tanie.

Myślę, że koncerny marsowe chcą mieć konsumenta. Arispolis nie jest samowystarczalne, ktoś musi różne materiały dowozić i na tym zarabiać. Żeby istniało takie dające pieniądze miasto, musi mieć mieszkańców, czy będą oni produktywni czy nie to już kwestia wtórna (zresztą jakoś tam produktywni mimo wszystko są, choćby jako obiekty eksperymentów, jak wspomniano w tekście).

Przy czym przyznaję, że rzeczywiście nie przemyślałem kwestii kosztów przewozu (choć kiedy raz przewiezieni koloniści zaczną się mnożyć, może nie będzie to taka zła inwestycja). Ale pod względem technicznym cała opowieść jest na słowo honoru, bo podejrzewam, że zbudowanie cyberpunkowego molochu na Marsie w kilkadziesiąt lat jest raczej średnio możliwe… Ale kto wie, może okażę się prorokiem ;P

Dziękuję za lekturę i klika!

 

edit: Bruce, dlatego ewakuował się na Ziemię, co by go jakieś dachówki nie dosięgły ;D

Eeee, co to za konsumenci, których na nic nie stać… Chyba dla dilerów…

Babska logika rządzi!

Eeee, co to za konsumenci, których na nic nie stać… Chyba dla dilerów…

Znacznej części współczesnych ziemskich konsumentów też w rzeczywistości na nic nie stać, bo żyją na kredyt. Na mojego Marsa po prostu jeszcze nie dotarły karty kredytowe ;P

Zresztą nie będę w tej chwili udawał i bronił tej kwestii na siłę. Bardzo dziękuję za zasygnalizowanie tego problemu. Przemyślę go przed dalszym rozwijaniem uniwersum.

edit: Bruce, dlatego ewakuował się na Ziemię, co by go jakieś dachówki nie dosięgły ;D

Spryciarz. laugh

Pecunia non olet

Podoba mi się, bardzo zgrabnie napisane. Chciałbym tylko widzieć większy opór ze strony wrogów politycznych, ale rozumiem, że zabrakło miejsca. 

Zastanawiam się, co chciał osiągnąć Felix Sull. Jego działania w istocie zdestabilizowały sytuację na Marsie, zapewne na dziesięciolecia. Chyba, że sprzedał z zyskiem akcje firm, które teraz stracą na wartości lub wzbogaci się na układzie z Whiteheadem i Oranje. 

 

Podoba mi się, że “sto mieczy” ma wartość polityczną, nie czysto militarną. Stanowi jedynie swoistą legitymizację nowych rządów i sprawia, że w przypadku ew. ataku korporacje wejdą w konflikt z siłami USA, co doprowadzi do eskalacji konfliktu. 

Nie jestem tylko przekonany, czy to się uda. Ziemia będzie wspierać tego, kto ma faktyczną władzę, zapewnia wydobycie lub rynek zbytu i nie ma skłonności niepodległościowych.

Korporacje mogą teraz odpowiedzieć podsycaniem komunistycznego zapału. Doprowadzić do zamieszek, w wyniku których zginęliby czołowi oligarchowie. Najlepiej z konkurencji. Następnie wzmocnić nastroje niepodległościowe, skłonić nowo utworzoną i naćpaną milicję do ataku na “sto mieczy”, których można przedstawić jako macki tyrana. Taki incydent mógłby zapoczątkować wojnę o niepodległość koloni. Dość prawdopodobną, biorąc pod uwagę odległość i opóźnioną zdolność reakcji z Ziemi. Ziemia raczej nie będzie się przejmowała legitymacją rządu, tylko własnymi interesami.

 

– Wobec tego chcę zostać wysłuchany przez Senat,

Powinna być kropka. 

 

Jeśli na Marsie równie trudno znaleźć pracę, jak w innych miejscach, to po co kampania reklamowa? Przecież przewożenie niepotrzebnych ludzi nie może być tanie.

Pewnie mieli jakieś plany, które nie wypaliły. Albo reklamy pochodziły od przewoźników, którzy chcieli sobie zwiększyć obroty, a naiwni ludzie sprzedawali cały majątek, licząc na ziemię obiecaną. 

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Witaj, Dawidzie, dziękuje za wizytę!

Myślę, że stwierdzenie, iż Sull zdestabilizował sytuację, to tylko jedno z możliwych spojrzeń na tę sprawę. On sam w rozmowie z Rothfussem przecież wielokrotnie stwierdza, że destabilizacja jest nieunikniona.

Intencje Sull'a umyślnie chciałem uczynić niejasne, mam nadzieję, że ten zabieg jest na plus dla opwiadania. Wydaje mi się jednak, że można się tu domyślać dwóch scenariuszy. Albo Sull był pewien, że oligarchiczny układ jest nie do utrzymania i postanowił wykorzystać sytuację do ustanowienia opartej na poparciu ludowym dyktatury, gdy zaś się okazało, że opór jest zbyt silny, po prostu wycofał udziały. Albo naprawdę zależało mu na poprawie sytuacji planety i uznał, że postawienie obu stron w stanie patowym, w którym muszą choć spróbować negocjacji, będzie lepsza, niż uparte utrzymywanie starego porządku przez tłumienie buntów. Odpowiedź na pytanie, która z tych twarzy elona jest prawdziwa (może obie?) pozostawiam czytelnikowi ;)

Jeżeli chodzi o kontynuację zdarzeń, to bardzo się cieszę, że moja, bądź co bądź dość prosta intryga, pobudziła Cię do rozważań na ten temat. Przyznam, że chciałbym napisać dalszy ciąg, najlepiej w dłuższej formie. Choć utrzymanie w nim chociaż pozorów zgodności naukowej może być dla mojego humanistycznego mózgu ciężkim wyzwaniem :D

Myślę, że nakręcanie przemocy mogłoby okazać się dla korporacji mieczem obosiecznym. Jeżeli Whitehead i Oranje zgodzą się na "zgniły kompromis", mogą stracić poparcie społeczne, natomiast jasny wróg pozwala im je utrzymywać. Co do interwencji Ziemi, cóż, "szczyty gór są wysoko, a cesarz daleko" ;)

Irko , witam jurorkę!

Odpowiedź na pytanie, która z tych twarzy elona jest prawdziwa

Zapomniałem dodać, że tytuł “elona” był dla mnie najbardziej smakowitym kąskiem w tym daniu. Zwłaszcza biorąc pod uwagę ciekawą genezę i teorię spiskową. Podejrzewam, że to właśnie on mógł stać się impulsem do napisania tego opowiadania.

 

Zostawiam piosenkę o wspomnianym naziście, autorze nazwy tego urzędu.

https://youtu.be/QEJ9HrZq7Ro

Podejrzewam, że to właśnie on mógł stać się impulsem do napisania tego opowiadania.

Akurat nie, choć znając tę ciekawostkę, oczywiście nie mogłem przepuścić okazji do skorzystania z niej ;)

A piosenka świetna, nie znałem :D

Once the rockets are up, who cares where they come down? That's not my department says Wernher von Braun.

xD

 

Najbardziej fascynuje mnie w tej postaci, że pracując dla Amerykanów wcale nie próbował ukrywać swojego wizerunku, tylko zrobił z siebie kosmicznego celebrytę…

Cześć!

 

Pomimo powolnego tempa i skupienia się na kwestiach politycznych, których można mieć przesyt w kontekście naszej szarej rzeczywistości, opowiadanie bardzo mi się podoba. Zawarłeś w nim sporo celnych spostrzeżeń, które dobrze wybrzmiewają przede wszystkim w dialogach. Zabrakło mi trochę bardziej rozwiniętego zakończenia, aby pokazać, jaki interes przyświecał Sullowi w jego politycznych machinacjach. Zakładam interes ekonomiczny, jednak mogłoby się to znaleźć w tekście. Opowiadanie intrygowało przez cały czas, natomiast zakończenie przyszło (jak dla mnie oczywiście) trochę zbyt pospiesznie i skrótowo. Przedstawiony świat na duży plus. Został zaprezentowany wystarczająco sugestywnie, aby poczuć klimat.

Polecam oczywiście do zbioru B.

Poniżej kilka moich spostrzeżeń. To zupełnie subiektywne uwagi, ponieważ opowiadanie jest napisane bardzo porządnie. Być może jednak coś się przyda. ;-)

Część reporterów natychmiast rzuciła się do wyjścia z sali, charakterystycznymi gestami uruchamiając komunikatory w feuergläserach, okularach wyświetlających rozszerzoną rzeczywistość.

Tu lekka ekonomia słowa. ;-)

Ledwie opuścił kapsułę, wchodząc bezpośrednio do gabinetu, kiedy przeciwległe drzwi otworzył asystent z informacją, iż pan Rothfuss z Rady Kontrolerów czeka w korytarzu.

Dodałbym kiedy. Kapsuła pojawia się w każdym z trzech kolejnych akapitów, może to komuś przeszkadzać albo i nie. ;-)

– Niech pan da spokój sarkazmowi. Obaj wiemy, że „za” zagłosował jedynie pański siostrzeniec, który wykonuje pana zalecenia pańskie polecenia.

Tu zalecenia trochę mi nie przypasowały. Jak pisałem, uwagi natury subiektywnej (propozycje zatem). ;-)

Arogancja gościa zaczynała irytować Sull’a Sulla.

Ten apostrof na pewno potrzebny?

Naruszenie jej na wyłączne wezwanie elona wydaje mi się błędne, przynajmniej na ile mój koszarowy mózg potrafi oceniać rozumie prawo międzynarodowe.

Oceniać mi też tu średnio pasuje, ponieważ sugeruje raczej wydanie oceny o prawie międzynarodowym, a nie dokonanie wykładni.

Potrzebuję chociaż stu dobrych ludzi, stu mieczy.

Wiele z nich nosiło na sobie ślady nadużywania rozpowszechnionych w tej części miasta tanich używek narkotyków.

Tu taka propozycja, aby nie było nadużywania używek. ;-)

Jedynie oni ciągną zyski z eksploracji planety zyski.

Bezpośredni kontakt waży znaczy więcej(-,) niż setki przemówień, chciał więc uścisnąć tyle dłoni, ile tylko zdoła.

To oczywiście żaden błąd, ale ten ważący kontakt brzmi trochę sztywno. ;-)

Tym bardziej ujmuje mnie ten czyn panów, że bo na waszym miejscu obawiałbym się aresztowania.

Wszedłszy do niego, Sull ujrzał Rothfussa idącego pośpiesznym krokiem w przeciwnym kierunku Rothfussa

– Wobec tego chcę zostać wysłuchany przez Senat.

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Cześć, Filipie!

Czy w naszej szarej rzeczywistości mamy przesyt wydarzeń politycznych? Ja bym polemizował, bo jednak moim zdaniem to, co dzieje się dzisiaj, bardziej odpowiada słowom pewnego ambasadora:

Rozgrywka z nimi to nie żadna polityka,

To wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse.

Cieszę się jednak, że w ogólnym rozrachunku tekst Ci się podobał. Szczególnie kontent jestem z tego, że świat przedstawiony okazał się dużym plusem, bo to znaczy, że jest na czym budować w przyszłości ;)

Za uwagi techniczne też bardzo dziękuję, niestety tak to się kończy, jak się pisze na ostatnią chwilę :/

 

Przy okazji witam drugiego juniora!

Cześć!

 

Bardzo dobrze napisane opowiadanie i porządnie skonstruowany świat. Jeśli chodzi o fabułę, to mam lekki niedosyt, bo Sull poszedł jak po sznurku, przez cały czas kontrolował sytuację i odniosłam wrażenie, że z łatwością osiągnął cel. Podobało mi się za to zakończenie, bo rezygnacji się nie spodziewałam. Idę zgłosić do biblioteki :).

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Witaj, Alicello!

Tak w pełni do końca po sznurku nie poszedł, bo niezależnie od tego jakie były jego motywacje, raczej nie chciał pierwotnie się wycofywać z gry. Krytykę fabuły oczywiście przyjmuję, bo jest bardzo słuszna, ale z drugiej strony muszę nadmienić na swą obronę, że nie mogłem mocno zaznaczyć tego aspektu niepowodzenia w próbie przekonania Kontrolerów, bo wtedy nie byłoby twistu. Cieszę się natomiast, że ten ostatni zaskoczył.

No i dziękuję za klika, może kiedyś się doczłapię do tej biblioteki :D

Tak w pełni do końca po sznurku nie poszedł, bo niezależnie od tego jakie były jego motywacje, raczej nie chciał pierwotnie się wycofywać z gry.

A, to tego nie wyczułam. Na końcu brzmiał tak, jakby wszystko ukartował od samego początku, ale jeśli potrafił się jednak dostosować tak szybko, to był jeszcze bardziej przebiegły.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Cześć, Światowiderze!

 

Ciekawa intryga polityczna. Ja się zazwyczaj w takich gierkach gubię, ale tutaj (chyba) ogarnąłem :P choć sam bym tego nie wymyślił, czy to jako autor, czy to jako Sull ;) Świat zbudowany wystarczająco rozlegle na potrzeby opowiadania, a jednocześnie bez przesadnego bombardowania informacjami – fajny balans.

Trochę zabrakło kontrataku Rothfussa, bo przecież od samego początku musiał czuć zaciskającą się pętlę. A to w końcu nie początkujący polityk, tylko stary wyga.

W każdym razie kawał dobrego tekstu!

 

Pozdrawiam, polecam, powodzenia w konkursie!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Allicelo, był tak przebiegły, że nawet Ciebie oszukał :P

 

Krokusie, dziękuję wielce za lekturę i komentarz!

choć sam bym tego nie wymyślił, czy to jako autor, czy to jako Sull ;)

Oj, bez przesady, intryga jest raczej prosta, poziom “Pieśni lodu i ognia” to to nie jest ;)

Trochę zabrakło kontrataku Rothfussa, bo przecież od samego początku musiał czuć zaciskającą się pętlę. A to w końcu nie początkujący polityk, tylko stary wyga.

Wydaje mi się, że jednak zebranie całej armii na miano kontrataku zasługuje ;) Ale całkowicie rozumiem, że właściwie w żadnym momencie główny bohater nie mierzy się z jakąś niepewnością, cały czas ma wszystko pod kontrolą. Niestety inny wariant był w tym limicie raczej niemożliwy (abstrahując od tego, czy byłbym w stanie wymyślić coś bardziej skomplikowanego).

Wyjątkowo grzeczny ten marsjański Rzym, ale rozumiem, że mordowanie politycznych wrogów w sektach czy tysiącach zaliczamy już do czasów słusznie minionych. Historia mi się podobała, choć chwyciło mnie dopiero od przemówienia Sulla, jakby na początku brakowało czegoś, co po wrzuceniu mnie w świat, zbuduje odpowiednie napięcie. Opowiadanie jest ciekawe i dobrze napisane, więc zgłaszam do biblioteki i czekam na marsjańskiego Cezara. ;)

Witaj, Palaio!

Wyjątkowo grzeczny ten marsjański Rzym, ale rozumiem, że mordowanie politycznych wrogów w sektach czy tysiącach zaliczamy już do czasów słusznie minionych.

Cóż, możliwie, że grzecznie już było, a teraz dopiero zaczną się listy proskrypcyjne i gilotynowanie wrogów ludu ;)

Cieszę się, że mowa Ci przemówiła do serca. Miałem dużą obawę, że będzie ona raczej nużącym dla czytelnika elementem, ale jak widać udało się tego uniknąć.

A Cezar może się przybędzie, zobaczymy :)

Przybędzie, zobaczy i zwycięży. ;-)

Babska logika rządzi!

Ciekawe wykorzystanie tytułu :). Polubiłam głównego bohatera i choć nieźle Ci wyszło namieszanie w głowach czy jest w porządku czy podstępny, ja jakoś miałam nadzieję, że to pierwsze. I dobrze :). Choć czytałam tekst tej nocy, nie zdążyłam Ci kliknąć, ale fajnie że masz już bibliotekę, bo się należy.

Dziękuję, Monique, za lekturę i komentarz!

Cieszę się, że mój elon zyskał Twoją sympatię, pomimo że ocenić jego intencje nie było łatwo (co zresztą też mnie cieszy, bo taki był plan ;)).

 

<Detektywa Lowina zapiski z urlopowych sesji czytania „Tytulików”>

Światowider – Sto mieczy dla Sull(i)

Wysoko oceniłem to opowiadanie, bo ma urokliwy posmak staroświeckich tekstów. Historia skrojona dobrze pod długość – ani za krótka, ani za długa. Oszczędnie gospodarujesz opisami, a udaje Ci się przedstawić sytuację ciekawie, klarownie i z tłem, które wiadomo, że jest o wiele bardziej rozbudowane, ale nie ma potrzeby go dokładniej pokazywać.

Mariaż science-fiction i polityki ze wskazaniem na politykę.

Bohater jest wciąż o jeden krok przed oponentami, każdy problem okazuje się przewidziany i uwzględniony w Wielkim Planie. Co prawda, końcówka wypada nieco mgliście pod kątem dalszych losów Sulli i nie tłumaczy do końca motywacji, które kierowały jego działaniami na Marsie, ale można snuć pewne teorie.

Gdybym miał na coś ponarzekać, to miałem troszkę wrażenie, że plan Sulli idzie zbyt łatwo. Do tego związek z tytułem jest raczej daleki, a sam tytuł został zmieniony.

Co by nie mówić opowiadanie się zdecydowanie udało.

 

Nowa Fantastyka