- Opowiadanie: Ambush - Komnata za wodospadem

Komnata za wodospadem

Historia pewnego turnieju rycerskiego, opisująca skomplikowane relacje w drużynach, nieco zawirowań miłosnych i od groma czarów.

Dziękuję za betowanie GreasySmooth‘owi i  Helmutowi.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Komnata za wodospadem

W blasku słońca Szklana Góra lśniła jak olbrzymi, przejrzysty diament. Zgromadzeni u podnóża drużynnicy gapili się na nią bez przerwy, jednak w ich oczach nie można było znaleźć śladu najmniejszego zachwytu, a raczej narastającą frustrację. Wszyscy zadzierali głowy, aż do bólu karków, usiłując wypatrzeć zamek ukryty gdzieś wysoko w chmurach, albo chociaż jakiś żleb dający nadzieję na bezpieczną wspinaczkę.

Smętnie skrzypiały zbroje, a rzucane wkoło plugastwa szybko straciły magiczną moc podtrzymywania entuzjazmu, miast tego stały się szarym gruzem bezsiły.

Pokonali tak wiele przeciwieństw, przetrwali niezliczone niebezpieczeństwa, a teraz drogę do wymarzonych nagród i nieśmiertelnej chwały zagradzał im ten szklisty kloc.

Turniej księcia Ulfafa odbywał się już po raz trzynasty. Wszystkie poprzednie edycje zakończyły się niepowodzeniem, to znaczy, że żaden z uczestników nie wyszedł z nich równocześnie żywy i przy zdrowych zmysłach, a co za tym idzie nie było komu odbierać nagród. Łatwo było dostrzec, że co najmniej od kilku lat, zrezygnowano ze ścisłego przestrzegania pierwotnych wysokich wymagań, co do szlacheckiego pochodzenia, sławy i wybitnych osiągnięć uczestników.

Tego chłodnego, lecz słonecznego – siódmego dnia turnieju – można było wręcz odnieść wrażenie, że pozostali w pełni sił uczestnicy, to jakaś przypadkowa tłuszcza. Po obozowisku krążyły uporczywe plotki, że wielu dobrze prezentujących się drużynników, okazało się być chłopskimi synami, wysłanymi do walki w celu spłacenia długów, lub w zamian za odpuszczenie ciążących na nich wyroków. Niejeden z przybyłych zamiast herbu posiadał wypalone na ciele piętno.

Dokoła góry, która wydawała się ostatnią przeszkodą do sukcesu, powoli rozkładano obozy. Jedni zbierali się na narady, inni wysyłali gołębie i sójki, by sprowadzić na pomoc magów. Oczywiście byli i tacy narwańcy, którzy nie czekając na nikogo i na nic, ruszali wprost pod górę.

Właśnie w tej chwili jabłkowity rumak rżąc rozpaczliwie zjechał tyłem przeźroczystą rynną, ciągnąc za sobą drobnego młodzianka z czerwoną wstążką na hełmie i na nodze. Gdy dotarli do podnóża góry koń przez chwilę leżał na grzbiecie, a potem skoczył na równe kopyta i kwicząc uciekł cwałem przed siebie. Rycerz próbował wstać, ale jego wygięta pod dziwacznym kątem noga, nie pozwoliła mu zrobić kroku. Z początku więc siedział na ziemi, siekąc szablą pobliskie krzewy i wrzeszcząc z gniewu, a potem podpełzł do skały i począł wspinać się, wbijając oręż w szczeliny.

Zgromadzeni na dole obserwowali jego starania z uwagą. Ktoś nawet zaczął już przyjmować zakłady. Jednak po krótkiej chwili na rycerza spadł z góry jakiś inny zdobywca szczytów, po czym obaj zjechali z impetem tym razem głowami w dół. Żaden z nich już nie wstał.

– Rycerze to jednak straszne głupki! – parsknął pogardliwie Agat gładząc długą, jedwabistą brodę.

– Miarkuj się – burknął czyszczący miecz rycerz Zamorski, ale tak jakoś bez większego przekonania.

– Nie bierz tego do siebie, ale to głupki!

– Młodzi są… – westchnął z nostalgią rycerz.

– Starzy raczej już nie będą…

– Praktyczne i przyziemne – podsumowała Eloiza wgryzając się z apetytem w pieczoną przepiórkę. – I za to cię Agat lubię. Interesuje cię złoto, żarcie i wygodne posłanie, czyli to, co w życiu bywa najważniejsze…

– Nie mędrkuj księżniczko, bo ci to zaszkodzi – odparował bezczelnie.

Edmundo milczał wpatrując się w ogień.

Znali się od tygodnia. Równo siedem dni temu, po wystawnej uczcie urządzonej przez księcia Uflafa, władcy Czarnoskały, ruszyli opleceni niebieską wstęgą, jako jedna z drużyn trzynastego turnieju.

Wstęga, podobnie jak wszystkie jej wielokolorowe siostry, była magiczna. Nie tylko pozwoliła im się rozpoznać w tłumie drużynników, ale do końca misji miała nie pozwolić drużynie się rozpaść. Już podczas uczty wyjaśniono im, że nawet gdyby członek drużyny padł w boju, pozostali będą musieli zabrać go, ze sobą, bo wciąż będzie z nimi połączony.

Pierwsze spotkanie każde z nich zapamiętało jako spore rozczarowanie.

Oczywiście był wśród nich rycerz, ale w odróżnieniu od rosłych i pełnych fantazji młodzieńców, których można było licznie spotkać na turnieju, Zawisza Zamorski utykał na lewą nogę (niekiedy również na prawą) i walczył głównie z powracającymi napadami duszności.

Niejeden zazdrościł im, że mieli w swoich szeregach prawdziwą księżniczkę. Tyle, że ich dama była najwyższa z całej drużyny niebieskich i miała wśród nich największe stopy. Do tego, można było odnieść wrażenie, że książę Ulfaf wykorzystał wyprawę, żeby pozbyć się jej ze swego dworu, gdzie powszechnie skarżono się, na dziwną woń, którą wydzielała i na to, że wcale się nie myła. Eloiza unikała wody, jak jakiś pustynny demon, za to na każdym postoju wcierała w dziesiątki swoich warkoczy, oleistą substancję, mocno zalatującą rybami. Chodziła w wąskich, atłasowych sukniach zabudowanych od brody, po kostki u rąk i nóg.

Agat wyglądał jak zwykły młodzieniec. Wyróżniała go jedynie długa do pasa, ciemna broda. Jego kolejnymi zaletami bywały kąśliwy język i potężny, choć nieco wyszczerbiony topór.

Ostatnim członkiem drużyny był Edmundo – rudowłosy kapłan, przysłany tu ponoć jako obserwator prawidłowości przebiegu turnieju, przez swoją świątynię. Jak wielu kapłanów odziany był w białe, płócienne spodnie, oraz smoliście czarny kubrak z dużym kapturem, spięty w pasie rzemieniem z klamrą w kształcie lwa. Edmundo już na uczcie usiłował wystąpić przed księciem z przepowiednią, którą dla niego przywiózł, ale nie dopuszczono go do głosu. Młodzieniec był małomówny i skryty. Może dlatego, że jego głos był bardzo wysoki, do tego miał gładkie policzki, bał się myszy, żab, ale za to skutecznie wywijał mieczem.

Z początku czuli wobec siebie głównie niechęć i nieufność. Tyle, że niebieska wstęga splotła ich los w jedno i bez względu na to, co każde z nich skrywało, byli na siebie skazani.

To Agat przyniósł pierwszego wieczora kilka gąsiorków wina i rzekł prosto:

– Jest jak jest, buta nie zjesz. Trzeba się zaznajomić.

Wypili i każde z nich opowiedziało coś o sobie, wyjawiając pozostałym niekoniecznie to, co chcieli.

Edmundo, podkreślił, że zależy mu jedynie na zakończeniu misji i powrocie do pałacu, aby mógł wreszcie stanąć przed uzurpatorem, bo tylko tak nazywał księcia Ulfafa. Agat opowiedział barwnie o pracy w kopalni złota, a potem o mało nie pobił księżniczki Eloizy, gdy pozwoliła sobie na opinię, że krasnoludy są zwykle krępe i jasnowłose i że on jakoś jej do tego opisu nie pasuje…

Sama Eloiza wspomniała, że pochodzi z odległego, nadmorskiego królestwa Perły, oraz że przeniosła się do Czarnoskały, bo miała dość intryg na dworze swego ojca. Wyznała im również, że król Perły doczekał się z licznymi kobietami tuzina synów i niemal czterdziestu córek, oraz że częściej niż sześć razy w roku wyznaczał swego nowego następcę, co powodowało zamieszanie, przetasowanie stronnictw i kolejne spiski. Trudno było dociec, czy sama zdecydowała się wziąć udział w wyprawie i czego po niej właściwie oczekiwała. Rycerz Zamorski miał chyba najmniej do ukrycia, nie licząc może stanu zdrowia i szczerze wyznał, że spośród wszystkich obiecanych nagród najbardziej pociąga go nadanie ziemskie w dolinie Czarnej Rzeki.

Z początku patrzyli na siebie spod oka, nie szczędzili kąśliwych uwag lub, w przypadku Edmunda, demonstracyjnego milczenia. Jednak dni pełne trudów, wspólna walka i wiele bukłaków karminowego wina z okolicznych winnic spoiły ich w drużynę.

Eloiza kilkakrotnie uratowała drużynę, bowiem w zadziwiający sposób wyczuwała zbliżanie się każdej istoty, bez względu na to czy była, czy nie była cielesna. Na Bagnach Zielonego Topielca, kucnęła na powalonym drzewie i za pomocą płonącego łuczywa wskazywała kolejne atakujące strzygi i utopce. Do tego ładnie śpiewała, a kiedy już przywykli do jej dziwacznej woni, okazała się ujmującą towarzyszką.

Zawołanie Zawiszy mogłoby brzmieć: „waleczny i troskliwy”. Choć jego towarzysze codziennie odnosili wrażenie, iż miał problemy ze wstawaniem i chodzeniem, zawsze był gotów do pomocy drużynie. Działo się tak, mimo, że jak powiedziała Eloiza po pierwszym spotkaniu: „od powyginanej i zardzewiałej zbroi odróżniał go jedynie uporczywy kaszel”.

Zawisza dość dobrze zgrał się walce z Edmundem. Młody rycerzyk, przypominający urodą raczej nieletniego giermka, ustępował doświadczonemu koledze siłą i taktyką walki, ale przewyższał go zręcznością i zapałem. Zawisza atakował pierwszy, po czym wydawał młodzieńcowi polecenia, które ten doskonale wypełniał. Kiedy trzeciego dnia olbrzym zastąpił im drogę w wąskim jarze, Zawisza powiedział po prostu:

– Zmęcz go!

Edmund biegał dokoła wielkoluda doskakując do niego i uciekając, wspinając się na zbocze i dźgając go w głowę, jak jakiś utrapiony owad, a potem szybko skrywając się w krzakach. kiedy dyszący jak miech kowalski olbrzym potknął się i upadł, Zawisza dokończył dzieła zatapiając miecz w jego gardle. 

Agat, jeśli tylko nikt nie wyrzucał mu niewłaściwego wzrostu, był równie chętny to walki co do zabawy. Jego rubaszność i bezpośredniość powodowały, że stał się dla niebieskich nieocenionym źródłem plotek i informacji zdobywanych przy ogniskach i podczas urządzanych spontanicznie pijackich biesiad. To właśnie on potwierdził z całą pewnością, że absolutnie żaden z drużynników nie pali się do poślubienia księżniczki Ulfify – córki Ulfafa.

Nie chodziło nawet o to, że dama nie była już  młoda, ani o to, że nie można jej było nazwać pięknością, bardziej o niepokój jaki budziła w ludziach i zwierzętach.

Gdy pojawiła się na uczcie, miała na sobie niezwykle rozłożystą, starannie maskującą sylwetkę suknię. Jej twarz pokryta była tak grubą warstwą białego pudru, że nie dało się określić, jakie właściwie miała rysy twarzy. Za to nie sposób było zapomnieć jej wielkich, okrągłych oczu zielonkawej barwy, które przez całą ucztę wpatrywały się przez zgromadzonych gdzieś w niezmierzoną dal.

Po pierwszych dwóch dniach konkurencji z bagien nie wyszedł ani jeden z czerwonych. Złoci, którzy na początku wydawali się absolutnymi liderami, gdyż mieli w swych szeregach czarodziejkę, dwóch potężnych rycerzy i coś zmiennokształtnego obecnie ciągnęli na mułach dwa trupy. Jak podejrzewano, jednym z mułów, tym opleciony złotą wstęgą, był właśnie ów zmiennokształtny.

 

X

Kiedy obóz pogrążył się w nocnej ciszy przerywanej jedynie jękiem rannych i parskaniem koni, Agat podpełzł do drużyny i szepnął:

– Wstawajcie! Ruszamy!

– Coś ty znowu wymyślił, krasnoludku – sapnęła zaspana księżniczka.

– Że boisz się natrętnych adoratorów, dlatego maskujesz swój magnetyzm rybim smrodkiem…

– Aaa poza tym – Eloiza ziewała.

– Nie będziemy się wspinać, bo się nie da, nie będziemy też czekać, aż ktoś sprowadzi magiczne łabędzie, bo to nie my i przegramy.

– Nie pójdziemy też na grzyby, bo jeszcze przed sezonem – sarknął lekko zniecierpliwiony Zamorski. – Grzbiet mi pęka, stopy pieką, odetchnąłbym chociaż w nocy.

– A ja bym odszukał podziemny korytarz i wspiął się nim na szczyt góry – szepnął krasnolud.

– Co ty mówisz?!

– Mówię tylko to, co wiem… w każdym kamieniu są szczelinki, w każdej górze są jaskinie, lub pęknięcia. Jedna zrobiła woda, inne wykuli moi bracia, a wiele stwory, o których nie chcielibyście usłyszeć. Ważne, że trzeba znaleźć wejścia, a nie każdy wie, jak je odszukać.

Nie było o czym dyskutować. Zostawili w obozowisku konie i większość sakw. Po czym jak cienie w czerwonym poblasku gasnącego żaru ruszyli za Agatem. Mieli wrażenie, że obchodzą górę dokoła i w końcu wrócą do swojego obozu, ale wreszcie Agat dał im znak i zniknął w wąskiej szczelinie.

– Nie mamy światła? – pisnął lękliwie Edmund.

– Nietoperzy też się obawiasz, mniszku?

– Kto ma wyobraźnię, ten ma obawy…

– Musisz wytrzymać jeszcze chwilę. Na razie trzymaj się ścian.

Szczelina była tak wąska i ciasna, że chwilami musieli przeciskać się bokiem.

– Zaklinujemy się i zdechniemy tu z głodu – sarknął Zawisza zaciskając zęby z bólu i świszcząc niepokojąco.

– Bywa i tak – odparł filozoficznie Agat i zaraz dodał: – Uwaga, teraz będzie strome podejście.

Kiedy skończył się rząd schodów krasnolud potarł o ścianę znaleziony gdzieś kamień, a ten rozjarzył się bladoniebieskim światłem.

Drużyna natychmiast próbowała to powtórzyć, ale ich kamienie nie chciały świecić.

Było jednak na tyle jasno, że widzieli przed sobą długi, dość szeroki korytarz. Udało im się również dostrzec pogardliwe wzruszenie ramion Agata, którym skwitował ich bezskuteczne starania.

Potem krasnolud odwrócił się i zniknął za zakrętem, oświetlając drogę przed sobą, więc chcąc, nie chcąc ruszyli gęsiego za nim.

Droga wcale nie była prosta. Korytarze często rozwidlały się i trzeba było wybrać jedną z dwóch, a niekiedy nawet trzech dróg. Jednak dla Agata nie było to żadnym problemem. Patrzył na okrągłe zworniki na skrzyżowaniach, analizując uważnie pokrywające je nieregularne rzędy kropek i bez wahania wybierał jedną z dróg.

– To pismo? – spytał Zawisza.

– Tajny krasnoludzki kod. Zapisujemy nim liczby.

Wreszcie wyszli do miejsca, gdzie lita, przejrzysta skała zmieniła się w coś na kształt muru z blankami. Dostrzegli księżyc, bezludny, olbrzymi zamek, a tuż za nim przepiękny ogród pełny różnokolorowych kwiatów i krzewów. Ze skały do ogrodu spływał niewielki wodospad, a przed wodospadem spał olbrzymi, zielony smok.

– Komnata ze skarbami znajduje się za wodospadem, tak? – upewniła się Eloiza.

– Tak. Wystarczy minąć tego miłego Mruczka, zdjąć czar i można się już ogłosić wygranym – Agat z zadowoleniem kiwnął głową.

– Te posągi w ogrodzie… – westchnął Edmund

– Tak, to ci co nieomal wygrali. Woda z wodospadu zmieniła ich w kamień.

– Trzeba przyznać, że bardzo piękny kamień.

– Tak księżniczko. Jednak zimny i dość nieruchawy.

– I co teraz?

– Pomogłem, jak potrafiłem. Teraz trzeba nam innych talentów. Może czekając na świt opowiemy sobie szczerze kim jesteśmy, co nas tu przygnało i jakie zdolności jeszcze skrywamy. Takie wyznanie od serca, przed bojem, śmiercią, przed tym, jak wszystko się rozstrzygnie… Tak, czy inaczej.

– Cała prawda? – spytał ostrożnie Edmund.

– Zacznijmy może od dużego kęsa – Eloiza uśmiechnęła się nerwowo, poprawiając swoje lepkie warkocze. – Takiego, który nas nasyci, ale nie udławi…

– Ja niczego nie ukrywam. Smocze wyziewy pozbawiły mnie sił i zapału do walki. Chciałbym, żeby ten ostatni wysiłek zapewnił mi sytą starość.

– Ruszyłem na wyprawę chcąc zdobyć klucz otwierający wszystkie wrota. Miałem nadzieję, że kiedy wrócę do swoich i otworzę przejście do kolejnych warstw złota i klejnotów, przestaną mi wypominać mój wzr… moją odmienność.

Edmund westchnął i zaczął cichym głosem:

– Nie jestem wytrawnym mówcą, wiec nie wiem jakie słowa znaleźć…

– Jesteś dziewczyną?

– Jestem córką ostatniego prawowitego króla Czarnoskały! Zwą mnie Zefiryna! – wypięła dumnie pierś i, mimo drobnej postury, spojrzała na nich z góry. 

– I chcesz bez daru wymowy namówić księcia Ulfafa do ustąpienia z tronu?

– Chcę nabić na pal głowę uzurpatora i każdego ranka patrzeć co tym razem wyjadły mu ptaki?!

– Też piękny plan – kiwnął głową Agat. – Nie chciałbym dołączyć do księcia za brak ogłady, aleś mnie tym wyznaniem mocno uspokoiła, bo… dziwnie się przy tobie czułem i już się bałem, żem jest odmienny nie tylko wzrostem…

– Ja też czułam się nie na miejscu, gdziekolwiek byłam – westchnęła Eloiza. – W komnacie za wodospadem ma być coś co da mi wolność i pozwoli odnaleźć miejsce dla siebie.

– Czasem wydaje mi się, że komnata za wodospadem to taka utopia, cel którego nie sposób osiągnąć, marzenie… 

– Czyli grozi nam utopienie się? – nie zrozumiał Agat.

– Będę twoją tratwą ratunkową – szepnęła rozbawiona Eloiza.

– No, ostatnio odnosiłem wrażeniem, że ratowałabyś raczej Zawiszę.

– Szlachetni panie i panowie, szykujmy się zatem do wspólnego boju! – krzyknął poruszony Zawisza i łapczywie wciągnął w płuca haust chłodnego powietrza. – Podobno z zamku przy ujściu Czarnej Rzeki rozciąga się piękny widok na morze i mają klimat doskonały dla płuc…

Dokładnie w chwili, gdy zamierzali zeskoczyć z blanków, na szmaragdowo-zielonej trawie ogrodu wylądowało siedem magicznych łabędzi. Na każdym z ptaków siedział rosły młodzieniec odziany jedynie w koszulkę z pokrzyw.

– Nie wchodźcie nam, w drogę! – krzyknął potężny byczek, ze złotym łańcuchem na szyi. – Walczą zieloni i do nich należy zwycięstwo!

– Fiu-fiu – zagwizdała Eloiza.

– Moja droga – chrząknął surowo Zawisza – dama się tak nie zachowuje.

– Dama czeka na kozy – szepnęła Edmund, obecnie znana jako Zefiryna, płoniąc się nieco.

– Nie ma kozy, jest smok. Patrzcie uważnie. Skoro nie możemy wziąć udziału, to chociaż będziemy mieć piękne widowisko! – skomentował Agat.

Kiedy łabędzie poderwały się do lotu, pokrzywy zamieniły się w zielonkawe zbroje, a młodzieńcy wyciągnęli zza pleców miecze i ruszyli na smoka. Zielona wstęga wiła się dokoła ich nóg i ramion, a oni ruszyli do boju, otaczając smoka z kilku stron.

Potem wszystko poszło już bardzo szybko. Dwóch rycerzy zaatakowało smoka od frontu, a on zaryczał i szybko uderzył w nich upazurzoną łapą. Kiedy kolejni dwaj rycerze przypuścili atak z różnych stron, na zielonej wstędze za nimi falowały ręce, nogi i korpusy towarzyszy.

– Niepotrzebnie się rozdzielili – powiedziała Zefiryna, mrużąc oczy z niesmakiem.

– Że na kawałki, czy źle, że nie uderzyli grupą? – upewnił się Agat.

– Ranili go! – zauważył przytomnie Zawisza.

– W nogę, taka rana na pewno go nie zabije.

– Może się przyłączymy?

– Nie. To ich potyczka. Jeśli się dołączymy, nagroda przypadnie zielonym. Poza tym już chyba nie ma do czego.

Smok uporał się z kolejnymi śmiałkami, ale im udało się zranić go w bark.

Zielona wstęga zleciała w dół, ciągnąc za sobą to co zostało z jej drużyny, a smok zaryczał groźnie, wszedł w wodospad i zniknął.

– Co teraz?

– Może zamiast czekać, walczyć i głupio polec, spróbujemy dotrzeć tam jakoś inaczej? – zaproponowała księżniczka Eloiza.

– Możesz wyjaśnić swój pomysł prostakowi z kopalni?

– Pomoże nam właśnie prostak wprost z kopalni – Eloiza uśmiechnęła się do Agata, a potem rozkazała. – Znajdź nam korytarz!

– Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić – mruknął, gładząc brodę. – Nie wszystkie wykopali nasi, niektóre wcale nie są oznaczone…

– Poczekamy!

 

X

 

Wieczór był chłodny, więc drużyna weszła głębiej w korytarze. Zefiryna poczęstowała ich sucharami i podała bukłaczek.

– Wino? – spytała Eloiza.

– Woda, ale źródlana, bardzo smaczna.

Dama odmówiła kategorycznym gestem ręki. Wyciągnęła swój cuchnący olejek i zaczęła nasączać nim warkocze.

Rycerz czyścił broń i patrzył na nią ukradkiem.

Potem wszystkich zmorzył ciężki sen.

 

X

Obudził ich Agat.

– Sam nie wiem, co mam wam powiedzieć – zaczął. – Znalazłem jakieś przejście, ale na pewno nie jest dziełem moich braci…

– Czyli nie będzie światła? – spytała Zefiryna.

– Ja się nie boję tego, czego tam nie będzie, ale właśnie tego co będzie! Trzymajcie miecze w pogotowiu i niech bogowie mają nas w opiece. 

– Może uda nam się wymyślić alternatywne rozwiązanie?

– Nie wiem co to znaczy, ale brzmi sprośnie – wyszczerzył zęby Agat. – Jednak musimy się śpieszyć. Smok co prawda jeszcze nie wyszedł, ale z tego co słyszę, ktoś wspina się po górze. Niewykluczone, że mają ze sobą maga.

Ruszyli wąskim chodnikiem, najpierw niepokojąco mocno w dół, potem poziomo, zakręcając przeważnie w lewo. Następujące potem podejście okazało się nieskończenie długim szeregiem śliskich i wąskich stopni. Krasnolud nie oświetlał drogi, więc każde z nich wyciągało dłonie na boki, przytrzymując się ścian. Było ciepło i bardzo duszno. Czoła zrosił im pot.

Dość szybko stracili poczucie czasu. Szli za Agatem w absolutnej ciemności, wsłuchując się w swoje oddechy i różne podejrzane szmery. Kiedy Zawisza zaczynał spazmatycznie kaszleć, robili krótkie postoje.

Mniej więcej po godzinie marszu, drogę zastąpiły im upiory, szczerzące ostre, białe zęby i grzechocząc kośćmi. Próbowali atakować je mieczami, ale wtedy liczba zjaw gwałtownie rosła. 

Po krótkiej walce cofnęli się zziajani i szeptem zastanawiali się co robić dalej. Raptem Zawisza włożył miecz do pochwy i najspokojniej w świecie wszedł w przeciwników. 

Nie rozległ się żaden odgłos walki, a po chwili stary rycerz zawołał:

– Chodźcie. Niezbyt to przyjemne, ale nie zraniło mnie, ani nie zabiło.

Przechodzili przez nie kolejno, czując nieprzyjemną wilgoć i woń zgnilizny.

Jedynie na twarzy Eloizy, po minięciu zjaw, pojawiły się brzydkie, czerwone plamy.

Zdenerwowana księżniczka usiadła na kamieniu i zaczęła nacierać twarz olejkami ze swojej torby.

Żeby się nieco uspokoić, zarządzili postój, na którym zjedli resztę zapasów i nieco odpoczęli. Potem ostrożnie ruszyli schodami w górę. Robiło się coraz bardziej niebezpiecznie. Niektóre stopnie zapadały się pod ich stopami, jeden z korytarzy zaczął się niespodziewanie zaciskać, w innym ze ściany wystrzeliły strzały, które na szczęście odbili Zefiryna z Zawiszą.

Na rozwidleniu Agat użył światła i spojrzał na zwornik.

– Czemu nie ma już kropkowego kodu? – przytomnie zauważyła Eloiza.

– Bo nie krasnoludy oznaczyły tę drogę. Nie martw się, czytam i takie kody.

Prowadził ich pewnie, ale raz jednak się pomylił. A może nie pomylił się, tylko szczelina w górze uległa samoistnemu przesunięciu, lub może konstruktorzy tunelu chcieli komuś utrudnić przejście. Dość, że po minięciu kolejnego zakrętu, Agat i Zefiryna wpadli do zbiornika napełnionego lodowatą wodą. Eloizę w ostatniej chwili uratował Zawisza i szarpnięciem pociągnął w korytarz. Rycerz tulił roztrzęsioną księżniczkę, aż usłyszał:

– Wyciągnijcie nas jeśli znajdziecie chwilę – ściany są gładkie, a woda głęboka!

Na szczęście mieli ze sobą wstęgę, a Eloiza okazała się silna, więc wyciągnięcie towarzyszy nie sprawiło im kłopotu.

Zefiryna zostawiła w korytarzu przemoczony kubrak i ruszyła dalej jedynie w przylegającym do ciała, białym stroju kapłańskim.

– Dobrze, że już nie jesteś Edmundem – szepnął Agat, któremu ze spodni, kubraka i brody woda lała się strumieniami.

– Skup się może na czytaniu znaków! – odburknęła szorstko.

Szli dalej w milczeniu, powoli tracąc rachubę czasu, aż do momentu gdy usłyszeli śpiew. Głos, który do nich dotarł był melodyjny, dźwięczny i niewątpliwie należał do kobiety. Agat pokazał im by ściągnęli buty, a sam schował pod kubrak świecący kamień. Otuliła ich ciemność, więc znowu musieli pomagać sobie dłońmi w odnajdywaniu kierunku. Szli powoli, starając się nie wydawać nawet najmniejszego dźwięku. Zawisza został na końcu, usiłując nie kaszleć. Wreszcie dostrzegli subtelny, błękitny poblask i przystanęli. 

Zawisza wskazał na kubrak Agata – pytając bezgłośnie, czy za zakrętem należy spodziewać się kogoś ze świecącym kamieniem. Krasnolud w odpowiedzi wskazał na swoje zęby i uniósł topór nad głowę.

Zrobili jeszcze kilka kroków. Zajrzeli za wyłom muru i zamarli.

Ich oczom ukazała się w pełnej krasie komnata za wodospadem. Błękitny blask emanował z jej ścian. Dokoła leżały skrzynie pełne złotych monet, rubinów, szafirów i nefrytów. Na niskiej ławie pyszniły się kielichy wina i półmiski z pieczonymi prosiakami i jakimś ptactwem. Na środku komnaty stało olbrzymie łoże, a w nim dostrzegli parę splecioną w miłosnym uścisku.

Splątane ciała należały do smoka i… księżniczki Ulfify.

Z tym, że łatwo było dostrzec, że księżniczka również posiadała smoczy ogon, a jej oplatające gada nogi pokrywała zielonkawa łuska.

Zawisza, Agat i Zefiryna skoczyli do boju. Zaskoczony potwór poderwał się na cztery łapy i zaatakował rycząc. Ciosem ogona złamał obie nogi starego rycerza, potem uderzył łapą w Zefirynę, ale ta okazała się dla niego za szybka. Wturlała się pod gadzi brzuch i na czworaka przebiegła do tyłu. Zdumiony smok szukał jej przekrzywiając głowę i rycząc gniewnie. Agat wykorzystał ten moment i ciął go w kark. Tryskająca posoka zalała wszystkich obecnych.

Naga córka Ulfafa, wciąż siedziała w skłębionych jedwabiach miłosnego posłania, krzycząc przeraźliwie. Drobna łuska tworzyła misterne wzory na jej biodrach, łonie i ramionach. Potem, nie zadając sobie trudu by jakkolwiek się osłonić, sięgnęła do jednej ze skrzyń i wyciągnęła kryształowy sztylet, skoczyła z gadzią zręcznością i ugodziła krasnoluda prosto w brzuch.

Agat wizgnął i zastygł w formie szklanego posągu.

– Wszyscy skończycie jako posągi! – wrzasnęła Ulfifa i ruszyła w stronę leżącego bezradnie Zawiszy. – A ja poczekam, aż z jaja, które złożyłam, wylęgnie się nasz potomek!

– Wszystko przepadło! – zaszlochała cicho Zefiryna, wtulając się w ramię Eloizy.

– Nie wszystko! Masz jeszcze tę wodę?

Zefiryna podała jej bukłak, a Eloiza wylała na siebie całą jego zawartość.

Niemal w tej samej chwili długie purpurowe ramię wyrwało sztylet z ręki Ulfify, a drugie spętało ją i unieruchomiło. Ulfifa wiła się, łuski wzdłuż jej kręgosłupa jeżyły się i migotały jak szmaragdy, ale nie zdołała się uwolnić.

Zefiryna wpatrywała się zafascynowana, w tę dziwną walkę, a potem obejrzała się za siebie i szepnęła:

– Ładne rzeczy…

Okazało się bowiem, że wszystkie interweniujące ramiona i jeszcze kilka dodatkowych należały do Eloizy, która zmieniła się w wielką, karminową ośmiornicę.

– Nie martw się – odparła Eloiza. – Zaraz wszystko naprawię. Załóż suknie Ulfify i nałóż na twarz bielidło.

– Gdzie ja tu znajdę bielidło?! – wrzasnęła z pretensją w głosie Zefira, zapominając chyba z kim rozmawia.

– Nasza smocza dama ma tu prywatny buduar. Tylko nie zapomnij o czepcu, masz wyglądać jak ona!

Zefiryna zrzuciła wciąż wilgotny kapłański strój i zaczęła krzątać się w buduarze Ulfiry zakładając kilka warstw halek, gorset i rozłożystą suknię. Na końcu zakryła swoje krótkie, rude włosy, wielką, białą peruką. W tym czasie macki ośmiornicy metodycznie przeszukiwały kolejne skrzynie. Wreszcie jedna z nich wyciągnęła niewielką fiolkę i podała ją odmienionej Zefirynie.

– Polej tym Agata, a potem obmyj nogi Zawiszy! – rozkazała Eloiza.

Po chwili krasnolud rozmasowywał zesztywniałe mięśnie, a rycerz próbował podnieść się na równe nogi.

– Pięknie wyglądałaś – rzucił Agat do Zefiryny – wciąż pięknie wyglądasz. Wybacz Eloizo, ale tobie nie mogę powiedzieć tego samego… Co teraz?

– Bierzcie ze skarbca czego wam potrzeba! Potem wsiądźcie razem do największej skrzyni. Nie planowałam tego, ale teraz muszę wrócić do morza.

– Po co?

– Zapewnię wam zjazd zwycięstwa – powiedziała z rozbawieniem.

– I co? Mamy powiedzieć wszystkim, że wygraliśmy?

– Zabiłeś smoka, a do tego będziecie mieć skarby i uratowaną księżniczkę, któż zabroni wam żądać należnych nagród?!

– Ale ja nie chcę już żyć bez ciebie – stęknął Zawisza.

– Możesz popłynąć ze mną. Tylko, że wtedy będziesz musiał wyrzec się ludzkiego ciała. Mam to po mamusi, kolejnej zdobyczy mego chutliwego ojca. Żeby zachowywać ludzką postać muszę starannie unikać wody. Za to, im więcej wody wokół mnie, tym większa staje się moja moc. Mogę cię uleczyć i będziemy pływać sobie w oceanie po kres czasu.

Stary rycerz bez wahania chwycił za mackę olbrzymią ośmiornicę, a ona rzuciła w sklepienie jaskini sztyletem Ulfify. Wtedy góra eksplodowała rzeką. Rrwąca struga uniosła objętych czule Eloizę i Zawiszę, oraz spętaną smoczą damę.

Ostatni cios macki sprawił, że od głównego nurtu oddzielił się wąski strumyk, który porwał wielką skrzynię pełną skarbów, wraz z oplecionym ciasno w pasie niebieską wstęgą Agatem, obejmującym czule ramieniem całkiem nową księżniczkę.

I żyli długo i szczęśliwie.

 

 

Koniec

Komentarze

Fajny pomysł na zróżnicowaną drużynę i jej związanie.

Fajnie też wychodziły światotwórcze pomysły (krasnoludzkie kody).

Opisy wszystkich postaci w jednym miejscu – czy to na pewno najlepszy pomysł? Opisy miały swoją długość, ale ja ostatecznie zapamiętałem po jednej cesze na postać.

Młodzieniec był małomówny i skryty. Może dlatego, że jego głosy był bardzo, do tego miał gładkie policzki, bał się myszy, żab, ale za to skutecznie wywijał mieczem.

Coś tu się chyba popsuło i czegoś zabrakło.

– Jest jak jest, buta nie zjesz. Trzeba się zaznajomić.

A to powiedzonko mnie rozbawiło :D

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dzięki za wizytę i recenzję.

Faktycznie muszę na przyszłość dawkować opisy, a nie obrzucać czytelników bombą wiedzy;)

W przypadku kodów krasnoludzkich, trochę myślałam o systemie dwójkowym;)

Sympatyczny quest. Zgrabnie powplatałaś motywy z różnych bajek i nie tylko. A i Przedwieczni chyba się wtrącili. Niezła drużyna, pełna niespodzianek.

Mam wrażenie, że struktura jest zaburzona – za dużo znaków poszło Ci na opisywanie zawodników.

Technicznie chyba brakło jednego albo dwóch ostatnich czytań. Masz sporo literówek, interpunkcja kuleje.

Babska logika rządzi!

 Dziękuję za wizytę i polecenie do biblioteki.

Technicznie, wciąż problematycznie;( ale i tak cieszę się, że dowiozłam opowiadanie, bo ostatnio konkursy migały mi jak pendolino…

 

 

Szacownemu jury również dziękuję, licząc na recenzję;)

Wybrałeś jedno z najciekawszych haseł, gdzie tajemnica do rozwiązania, względnie nieodkryta przestrzeń do penetracji aż biją po oczach.

Zapowiadało się bardzo fajnie. Fantasy to nie moje klimaty, ale takie z podanym lekko humorem, dlaczego nie. Szkoda, że dałaś się ponieść, bo na prezentacja bohaterów była tak szeroka, jakby mieli towarzyszyć nam na przestrzeni kolejnych 350k znaków. No i tych znaków później brakło, to widać. Fabuła nie jest zbalansowana, ciąży ku początkowi, a im bliżej końca tym jest sztuplej i prędzej. Aż do finałowego wymyku “i żyli długo i szczęśliwie”. 

Czytało się bardzo dobrze. Kilka fragmentów było naprawdę zabawnych, ale też przeważały one w pierwszej części tekstu. Chyba zabrakło Ci czasu żeby wszystko wygłaskać, prawda? Ogólnie przyjemna rozrywka.

Dziękuję za recenzję.

Oj zabrakło… Tylko przesunięcie terminu mnie uratowało. ;)

 

Fantasy nie moje, za to smoki kocham miłością "nie ma granic, ni kordonów pieśni zew". ;-) Smoki śpiewają, jakże pięknie. Słyszałaś może?

Fajny pomysł na połączenie drużyny – raz na zawsze niebieską szarfą, fajne wplecenie baśni z łabędziami (przypomniała mi opowieści M.Cunninghama "Dziki łabędź i inne baśnie", jeśli nie czytałaś przeczytaj, jak dla mnie strasznie fajnie uwspółcześnione baśnie) i nie tylko.

 

No i masz ci los, uśmierciłaś smoki, trudno, one i tak żyją wiecznie, choć to niedogodność z przeniesieniem się do innej czasoprzestrzeni. Najwidoczniej ta para smoków doszła do wniosku, że należy należy podzielić się miłością i obdarzyć nią inne pary.

 

Drobiazgi, jest ich trochę. Trzy podrzucam:

Jedni zbierali się na narady, inni wysyłali gołębie,(-,) czy sójki(+,) by sprowadzić na pomoc magów.

Podmieniłabym msce przecinka, choć pewności nie mam, bo w tym przypadku dla staje się już wyższą szkołą jazdy.

Jedna zrobiła woda, inne wykuli moi bracia

Literówka.

Ze skały w środek ogrodu spływał niewielki wodospad

Tu chyba kiks?

 

pzd srd i skarżypytuję :-)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dziękuję za recenzję i skarżypytowanie.

Błędy poprawię jak jury przeczyta.

M.Cunninghama przeczytam.

 

 

Pozdrawiam

 

A

Cześć, w końcu zajrzałam i tu :)

 

Ciekawie rozpisane postaci, niby nawiązujące do schematu fantasy team, a jednak mocno indywidualne. Kosztem tego faktycznie ich opisy są długie, a akcja na końcu szybka, pewnie zaprezentowali by się korzystniej w jakiejś serii opowiadań.

 

Poprawki do interpunkcji chciałam wypisać, ale ostatecznie zrobiło się ich za dużo :( W większości przypadków pojawiają się przecinki tam, gdzie ich nie trzeba, ale zdarza się też, że są gdzieś pogubione.

 

Zwróć uwagę na słowo “sarknął”. Jest na tyle charakterystyczne, że używając je kilka razy w niedalekim odstępie tworzy efekt powtórzenia. Może “prychnął”, “sapnął”?

...Pan muzyk? Żebym zryżał!

 

 

Witam zielone jury;)

 

Dzięki za recenzję @Ghlas. Mam wrażenie, że zrobiłam znaczne postępy jeśli chodzi o interpunkcję… widocznie zaczynałam z niskiego poziomu;)

Podobnie jak przedpiśćy zwróciłem uwagę na to, że nieco za dużo miejsca poświęciłaś na ekspozycję bohaterów. Te postacie są ciekawie nakreślone i nawet je polubiłem, ale poczułem przesyt. Dobrze, że w pewnym momencie akcja rusza z kopyta, choć część zmagań bohaterów (walka z pułapkami) opisana jest raczej pobieżnie. Ale nie narzekam już, bo generalnie wyszło Ci przyjemne, ładnie napisane fantasy, które z chęcią zgłoszę do biblioteki.

Pozdrawiam!

Dzięki za recenzję i polecajkę;)

Mam nadzieję, że przełamałam niemoc i teraz będę już pisać coś na bieżąco, a nie jedynie gonić terminy.

Zabawne fantasy w moich klimatach. Lubię czytać o drużynach, a ty na tyle ją udziwniłaś, że stała się niepowtarzalna :). Uśmiechnęłam się w kilku miejscach. Fajny pomysł ze wstęgą, kodem, doborem osób w drużynie, to że każda postać ma swoje cechy i ogólny pomysł na tytuł. Ale dla mnie zbyt poszłaś z tą ośmiornicą, choć faktycznie ratuje sytuację. Trochę zbyt przerysowane.

 

– Niepotrzebnie się rozdzielili – powiedziała Zefiryna, mrużąc oczy z niesmakiem.

– Że na kawałki, czy źle, że nie uderzyli grupą? – upewnił się Agat.

laugh

Zastanawiam się dlaczego władca posłał ludzi do góry smoka i jego córki. Nie wiedział o sekretnym życiu córki, czy też chciał pozbyć się wszystkich rycerzy i osób, które mogły zbuntować się przeciw niemu i odebrać tron?

Na koniec kilka rzeczy, które wyłapałam przy okazji:

 

Nie chodziło nawet o to, że dama nie była już  młoda, ani to to,

 

gdyż mieli swych szeregach czarodziejkę,

 

Kiedy obóz pogrążył się w nocnej ciszy przerywanym jedynie jękiem rannych – przerywanej?

 

Nie wchodźcie na, w drogę

 

– Moja droga – chrząknął surowo Zawisza – dama się tak nie zachowuje.

 

Na szczęście mili ze sobą wstęgę,

 

Szli dalej w milczeniu, powoli trąc rachubę czasu,

 

Splątane ciała należały smoka i… księżniczki Ulfify.

 

potem uderzył łapą, w Zefirynę, – bez przecinka

 

Wturlała się gadzi brzuch i na

 

Ładne rzeczy… Wszystko przepadło! – zaszlochała cicho Zefiryna, wtulając się w ramię Eloizy.– To mi tu w ogóle nie pasuje.

 

Bierzcie ze skarbca czego wam potrzeba! potem wsiądźcie razem do 

 

Idę kliknąć :).

Nie powiem, całkiem mi się podobało. Może zacznę od plusów.

 

Motyw przewodni opowiadania dosyć prosty, a całkiem nieźle zagrany. Dobre kilka razy się uśmiechnąłem, i dobre kilka razy autentycznie zaśmiałem. To co według mnie zasługuje na szczególną uwagę to bohaterowie. Moim zdaniem bardzo fajnie napisani, dialogi między nimi są błyskotliwe i bardzo autentyczne, czuć też wyraźną chemię między postaciami.

– Młodzi są…

-Starzy raczej już nie będą.

 

– Że na kawałki? Czy źle że nie uderzyli grupą? (Te dwa wybitnie dobre laugh)

Podobało mi się też konsekwentność, to jak bohaterowie odmienne się zachowują. Dobrym przykładem jest tutaj Zawisza który jako ten jedyny prawdziwy rycerz odważnie postawił wszystko na jedną kartę i ze stoickim spokojem po prostu przeszedł przez widma. Zawiszę i Agata w ogóle polubiłem, na tyle że “śmierć” krasnoluda nawet wywarła na mnie jakieś emocje, nie bardzo silne co prawda, bo to za krótki tekst aby się przywiązać, ale właśnie, w tak krótkim tekście uważam to za spore osiągnięcie. Podobały mi się też opisy i ogólny styl, fajnie się to czytało, lekko i przyjemnie. A skoro już przy opisach jesteśmy to…

 

Przejdźmy do minusów. Opisy bardzo fajne, świat przedstawiony i wydarzenia dobrze malowały mi się przed oczami, ale w drugiej części widać wyraźnie że trochę już się z nimi śpieszyłaś. Dwie walki ze smokiem opisane całkiem nieźle, dość dynamicznie, ale też wydają mi się trochę nieoszlifowane. Myślę że da jeszcze radę to nieco poprawić. (Ale nie powiem, poradziłaś sobie w moim mniemaniu całkiem nieźle, bo opisy walki osobiście uważam za jedne z najtrudniejszych i sam często przez godziny łamię sobie głowę jak to zrobić lepiej). Gdyby to trochę poprawić, byłoby idealnie. 

 

Jak już przy opisach jestem, to muszę powiedzieć że opis zamku i dziedzińca mi się podoba, ale jak dla mnie, widzą trochę za dużo szczegółów. Chodzi mi konkretnie o te kolorowe kwiaty w ogrodach. Światło księżyca ma to do siebie że ma swoją, srebrzysto-niebieską barwę, i wszystko co w nim widzimy ma właśnie takie odcienie. Nawet czerwone samochody. (Nie traktuj jednak tej uwagi tak do końca poważnie. To bardziej detal, i gdyby nie moje wrodzone czepialstwo, oraz fakt że jestem fanem spacerowania po brzegu Wisły w świetle księżyca to pewnie nawet bym nie zauważył wink btw, polecam na yt sprawdzić filmik “Arkady Saulski – Jak opisywać noc”, moim zdaniem bardzo cenny)

Poza tym, w kilku miejscach zabrakło liter, a w jednym nawet całego przyimka, w jednym miejscu kropka zamiast przecinka. Ogólnie trochę tych pierdółek było. Pamiętam jeszcze że zapadł mi w pamięć ten fragment

“Z początku więc siedział na ziemi, siekąc szablą pobliskie krzewy i wrzeszcząc z gniewu, a potem podpełzł do skały i począł wspinać się, wbijając miecz w szczeliny.”

Być może się mylę, ale szabla to nie miecz. Nie jestem jakoś bardzo obeznany w broni białej ale jestem niemal pewien. (Kolejny drobny błąd, na który pewnie nikt poza takim czepiaczem jak ja nie zwróci uwagi wink)

 

Ogólnie rzecz biorąc, bardzo mi się podobało, daje piąteczkę, aczkolwiek z nadzieją że druga część zostanie dopieszczona, bo trochę za bardzo widać ten pośpiech. Jak to poprawisz to będzie na prawdę fajne, luźne i zabawne opowiadanko fantasy. Powodzenia! 

 

@Monique.M dziękuję za czas poświęcony na czytanie i łapankę. Błędy natychmiast poprawię, bo Jurki już czytały.

 

@Gerlandzie, w Twojej recenzji nawet minusy brzmią jak komplementy;) Uwzględnię uwagi teraz i w przyszłości.

Cześć, Ambush!

 

Na początek to co wyłapałem.

a co za tym idzie nie było komu odbierać nagród. Łatwo było dostrzec, że co najmniej od kilku lat,

Powtórzenie

inni wysyłali gołębie i czy sójki,

Coś poszło nie tak

Jedna zrobiła woda, inne wykuli moi bracia,

jedną/jedne

– Zacznijmy może od dużego kęsa(+.) – Eloiza uśmiechnęła się nerwowo, poprawiając swoje lepkie warkocze.

– Też piękny plan – kiwnął głową Agat. – Nie chciałbym dołączyć do księcia za brak ogłady, aleś mnie tym wyznaniem mocno uspokoiła, bo… dziwnie się przy tobie czułem i już się bałem, żem jest odmienny nie tylko wzrostem…

XD

 

Edmund czy Edmundo? W pierwszym rozdziale jest Edmundo, potem Edmund.

potem poziomo, zakręcając przeważnie w lewo.

Może lepiej “skręcając”

Wturlała się gadzi brzuch i na czworaka przebiegła pod nim.

Tu coś nie tak.

wrzasnęła z pretensją w głosie Zefira, zapominając chyba z kim rozmawia.

Zefira, czy Zefiryna?

 

Przygodówka fantasy, miłe to choć cierpi nieco struktura – na początek zbyt dużo opisów postaci, to trzeba było przebrnąć. Potem szło już bardzo sprawnie. Wydaje się tylko, że tekst jest nieco “surowy”, a że data publikacji pokrywa się z deadline’em konkursu, to chyba się rozumiemy :P

Najpierw mocno akcentujesz, że wstęga łączy ich w jedno, trochę szkoda, że nie jest to wykorzystane w żadnej scenie, a raczej służy za pretekst do powstania więzi między postaciami (to tylko moje marudzenie ;)). Na koniec zaś dzieje się dużo i tekst zawraca co dwa kroki. I to było fajne. Nie ma tu może głębszej myśli, ale jest czysta, przyjemna rozrywka :)

 

Zaś co do panien w tekście:

Eloiza jest z dworu Ulfafa. Jest jego córką?

Ulfifa – córka Ulfafa – czy to nie czasem siostra Eloizy? W takim razie, czy nie wiedziały o sobie, o swoich “właściwościach”?

Edmund – córka ostatniego prawowitego władcy Czarnoskały – jej roli w ostatecznym rozrachunku mi trochę brakuje.

 

Ja zawsze o moich wątpliwościach, ale tekst ogólnie udany :)

 

Pozdrawiam i polecam :)

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Wydaje się tylko, że tekst jest nieco “surowy”, a że data publikacji pokrywa się z deadline’em konkursu, to chyba się rozumiemy :P

Będą Cię zwać Krokus Przenikliwy!;)

 

Dzięki za recenzję i polecajkę. Błędy poprawię. 

Będą Cię zwać Krokus Przenikliwy!;)

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć!

 

Przyjemna i zabawna historia. Na początku postaci trochę mi się myliły, bo podałaś dużo informacji naraz, ale że bohaterowie są ciekawi, to czytałam z zainteresowaniem. Troszkę mi końcówka zgrzytnęła, bo skoro byli połączeni wstęgą, to raczej nie powinni się rozdzielić przed odebraniem nagrody. Miałam też lekki niedosyt, bo dostanie się do zamku i pokonanie smoka poszło dość łatwo. Ogólnie jednak fajne opowiadanie i humor bardzo przyjemny.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Z tą wstęgą to trochę czar kontra czar;)

Dzięki wizytę za miłą recenzję.

Przykro mi to pisać ale treść i wykonanie są równie okropne.

Ech… a jakaś garść szczegółów?;)

A ja myślałem, że środki nasenne to kupuje się w aptece.

Dzięki adbrock, ale Ty nie śpij tylko poprawiaj błędy, które Ci dobra Regulatorzy znalazła;)

 

<Detektywa Lowina zapiski z urlopowych sesji czytania „Tytulików”>

Ambush – Komnata za wodospadem

Uuu, no to jest drużyna. Różnorodność to mało powiedziane.

Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to że turniej w ogóle się jeszcze odbywa. Trzynaście turniejów, gdzie KAŻDY uczestnik traci zmysły lub umiera? Trudno byłoby znaleźć chętnych nawet do drugiej edycji. Jak za rogiem „U Billa” poszła plotka, że jeden szop wyzionął ducha po skosztowaniu tamtejszego burbona, to zwierzaki pół roku się nie pokazywały.

Drużynę, połączoną magiczną wstęgą (dobry pomysł), opisałaś nadzwyczaj dokładnie. Dobrą stroną jest to, że naprawdę czuć tych bohaterów (w przypadku pani unikającej wody, czuć wręcz dosłownie), nie tak dobrą, że poświęciłaś opisowi sporo znaków, przez co ucierpiała fabuła. Po paru dniach z opowiadania pamiętałem bohaterów, ale to, co się działo już nie bardzo.

Może to dobre opowiadanie, by zapoczątkować cykl? Bo wydaje mi się, że Twoi bohaterowie nie rozwinęli jeszcze skrzydeł.

 

Drogi Detektywie, dzięki za recenzję i cenne uwagi. Postaram się, aby wspaniała czwórka nie przepadła.

A w temacie turniejów, a telewizję ostatnio oglądałeś?!

Ludzie robią wszystko za bycie przez tydzień celebrytą, a za pół królestwa i księżniczkę (jaka by nie była)?!

Nie ukrywam, że po przeczytaniu przedmowy spodziewałam opisu perypetii kilku drużyn uczestniczących w turnieju, ale nie jestem rozczarowana skupieniem się na jednej, zwłaszcza że zestaw wydarzeń, z którymi przyszło im się zmierzyć, okazał się całkiem bogaty. ;)

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

inni wy­sy­ła­li go­łę­bie czy sójki… → Literówka.

 

Z po­cząt­ku więc sie­dział na ziemi, sie­kąc sza­blą po­bli­skie krze­wy i wrzesz­cząc z gnie­wu, a potem pod­pełzł do skały i po­czął wspi­nać się, wbi­ja­jąc miecz w szcze­li­ny. → Czy rycerz był uzbrojony w szablę i miecz?

 

par­sk­nął po­gar­dli­wie Agat gła­dząc swoją długą, je­dwa­bi­stą brodę. → Czy zaimek jest konieczny – czy gładziłby cudzą brodę?

 

po­zwo­li­ła im się roz­po­znać w tłu­mie dru­żyn­ni­ków, ale do końca misji miała nie po­zwo­lić im się roz­stać. Już pod­czas uczty wy­ja­śnio­no im, że… → Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

nie­bie­ska wstę­ga splo­tła ich los w jedne… → Literówka.

 

wy­znał, że z po­śród wszyst­kich… → …wy­znał, że spo­śród wszyst­kich

 

stał się dla nie­bie­skich nie­do­ce­nio­nym źró­dłem plo­tek… → Chyba miało być: …stał się dla nie­bie­skich nie­o­ce­nio­nym źró­dłem plo­tek

 

że nie spo­sób było okre­ślić, jakie wła­ści­wie miała rysy twa­rzy. Za to nie spo­sób było za­po­mnieć… → Czy to celowe powtórzenie?

 

co wiem…w każ­dym ka­mie­niu… → Brak spacji po wielokropku.

 

długi, dość sze­ro­ki ko­ry­tarz . → Zbędna spacja przed kropką.

 

mło­dzie­niec odzia­ny je­dy­nie ko­szul­kę z po­krzyw. → Dwa grzybki w barszczyku.

 

Rap­tem Za­wi­sza wło­żył swój miecz do po­chwy… → Zbędny zaimek.

 

scho­wał pod ku­brak swój świe­cą­cy ka­mień. → Zbędny zaimek.

 

Rrwą­ca stru­ga po­rwa­ła… → Dwa grzybki w barszczyku.

 

ople­cio­nym cia­sno w pasie nie­bie­ską wstę­gą Aga­tem , obej­mu­ją­cym… → Zbędna spacja przed przecinkiem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy cieszę się, że wpadłaś;)

Jestem rada, że ostatecznie nie rozczarowałam czytelników;)

Z uzbrojeniem, faktycznie nieco przesadziłam.

Błędy poprawione, a lepsze opowiadanie czeka na kolejnych czytających.

 

Ambush, miło mi niezmiernie, że Cię ucieszyłam i teraz z nadzieją czekam na zapowiedziane opowiadanie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oczywiście piszę kolejne opowiadania i staram się aby były lepsze niż poprzednie, niemniej jednak po Twojej wizycie opowiadania istotnie się poprawiają;) 

Dziękuję, Ambush, i życzę świetnych opowiadań. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

;)

Alfa Ambush,

Oczywiście piszę kolejne opowiadania

No i dobrze, bo nie wiem czy wiesz, ale kolejni komentujący pod “Podoficerem Alfa…” jednak nie będą się zabijać, tylko komentować swoje teksty. Beta Finkla już czeka, by zadać cios skomentować Twoje opko ;)

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Nowa Fantastyka