- Opowiadanie: MordercaBezSerca - 1‰.Czarny miś, biały miś

1‰.Czarny miś, biały miś

Fan­ta­sy w re­aliach po­sta­po. Po­nu­re, dość cięż­kie, ale pełne akcji.

 

Nie­któ­re sceny mogą być zbyt bru­tal­ne dla De­li­ka­te­sów ;].

 

Be­to­wa­li: Oidrin, Shan­ti, Fi­li­pWij i Radek. Dzię­ki :D. 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

1‰.Czarny miś, biały miś

***

Moja ulu­bio­na pora dnia. Te kilka, kil­ka­na­ście le­ni­wych minut, kiedy nic nie muszę. Pło­my­ki z trza­skiem prze­ska­ku­ją mię­dzy ga­łąz­kami chru­stu, dym wzno­si się ku że­bro­wa­ne­mu skle­pie­niu wia­duk­tu, sil­nik mo­to­cy­kla ci­chut­ko cyka sty­gną­cym me­ta­lem, a świersz­cze wtó­ru­ją mu z wy­so­kiej trawy po­ra­sta­ją­cej nasyp au­to­stra­dy. Poza tym cisza. Roz­kła­dam skó­rza­ną kurt­kę na be­to­nie, wy­cią­gam nogi w kie­run­ku ogni­ska, a głowę opie­ram o sze­ro­kie tylne koło mojej ma­szy­ny. Jest do­brze. Nawet roz­ha­ra­ta­ne ko­la­na nie bolą już tak bar­dzo. Trze­ba bę­dzie je prze­lać spi­ry­tu­sem, ale to za chwi­lę. Teraz na­cie­szę oczy wi­do­kiem za­cho­dzą­ce­go słoń­ca. Przez mo­ment. Póki życie znowu się o mnie nie upo­mni.

 

***

– Dom ci dwaj­ścia liter bez­oło­wio­wyj. W na­tu­rze albo na talon. Jak se tam wo­lisz. – Bur­mistrz był bar­dzo kon­kret­ny. Zwy­kle pro­ści de­spo­ci kręcą, wiją się jak pi­sko­rze, a praw­dę po­wie­dzą tylko wtedy, kiedy już nie mają in­ne­go wyj­ścia. Widać spra­wa uro­sła do rangi praw­dzi­we­go pro­ble­mu.

– Nie je­stem pierw­szy, praw­da? – Nie mo­głem sobie da­ro­wać. Ne­go­cja­cje to naj­waż­niej­sza część zle­ce­nia.

Aż się skrzy­wił. Po­tarł w za­my­śle­niu pod­bró­dek, ale nie miał od­wa­gi skła­mać mi w żywe oczy. Za­miast tego wstał zza stołu bi­lar­do­we­go, który słu­żył mu za biur­ko i pod­szedł do okna. Po­pra­wił poły wy­świech­ta­nej ma­ry­nar­ki, za­ło­żył dło­nie za plecy i wark­nął:

–  Nie twoja rzecz, od­mień­cu.

Dałem mu chwi­lę. Niech po­czu­je, że to on tutaj roz­da­je karty. Niech się na­pa­trzy przez tę brud­ną szybę, na ten zle­pek ruin i ruder, który na­zy­wa swoim mia­stecz­kiem. Po­na­pa­wa wła­dzą. Czło­wie­ka zde­spe­ro­wa­ne­go się nie kopie. No, może nie za mocno.

Zdją­łem nogi ze stołu, wsta­łem i prze­cią­gną­łem się, jak­bym już był po ro­bo­cie.

– Macie rację, bur­mi­strzu. Nie moja. – Na­rzu­ci­łem kurt­kę na plecy i ru­szy­łem ku drzwiom. Trzy kroki, dwa, je…

– Cze­kej!

Miał przy­naj­mniej tyle god­no­ści, żeby się nie od­wró­cić. Dalej stał przy oknie, ale w za­ku­rzo­nym szkle wi­dzia­łem jego ob­li­cze. Na­stro­szo­ne wą­si­ska nada­wa­ły mu spe­cy­ficz­ny wy­gląd. Gdyby nie to, że z po­stu­ry przy­po­mi­nał niedź­wie­dzia, to wy­da­wał­by mi się po­ciesz­ny.

– Czy­dzie­ści dom. Więcy nie. – Za­ci­snął dło­nie ze zło­ści.

– Do­rzuć­cie piąt­kę spi­ry­tu­su i biorę – za­pro­po­no­wa­łem niby od nie­chce­nia. – Ale na we­ksel. Na gębę nic nie za­ła­twiam.

Prych­nął i po­krę­cił głową, zu­peł­nie jak­bym go tym ob­ra­ził. Do­pie­ro teraz spoj­rzał mi w oczy. Ski­nął na zgodę. To wła­ści­wie by­ło­by wszyst­ko, ale zanim chwy­ci­łem klam­kę, do­biegł mnie jego cichy głos:

– Przy­niś mi dowód.

– Jeśli mała żyje, do­star­czę ją całą i zdro­wą. To część umowy…

– Jo nie o tym – prze­rwał mi takim gło­sem, że po pro­stu nie mo­głem na niego nie spoj­rzeć. – Muszę wie­dzieć, sły­szysz? Muszę…! Że ta wiedź­ma zde­chła!

Wi­dzia­łem go, jak cały czas stał w tym samym oknie, na pierw­szym pię­trze pod­sta­wów­ki peł­nią­cej funk­cję ra­tu­sza. Cze­kał, aż wyjdę na dzie­dzi­niec, za­ło­żę kask, od­pa­lę mo­to­cykl, i dał­bym sobie palec uciąć, że pa­trzył za mną, gdy od­jeż­dża­łem za­ro­śnię­tą ulicz­ką mię­dzy ru­de­ra­mi. Do peł­ne­go ro­man­ty­zmu bra­ko­wa­ło tylko ma­je­sta­tycz­nie za­cho­dzą­ce­go słoń­ca. Cóż, po­czu­cie winy to menda. Wcze­śniej czy póź­niej każ­de­go zeżre od środ­ka. 

 

***

Słoń­ce za­szło, gdy byłem w po­ło­wie drogi. Przez chwi­lę pło­nę­ło w lu­ster­kach i czer­wo­nym bla­skiem wci­ska­ło się pod wi­zjer kasku. Zwol­ni­łem, ale nie dla­te­go. Na au­to­stra­dzie już nie byłem sam. Cie­nie po­je­dyn­czych wra­ków wy­cią­ga­ły się na as­fal­cie dłu­gi­mi pa­sma­mi. Prze­rzu­ci­łem przy­cisk na lewej ma­net­ce i za­pa­li­łem re­flek­tor. Owal ja­sne­go świa­tła wy­ciął z sza­rów­ki frag­men­ty syl­we­tek oso­bó­wek, au­to­bu­sów, woj­sko­wych cię­ża­ró­wek. Czte­ro­cy­lin­dro­wy sil­nik mru­czał na ob­ro­tach pół kre­ski po­wy­żej biegu ja­ło­we­go.

Punkt kon­tro­li epi­de­micz­nej – gło­si­ła prze­chy­lo­na, wy­pło­wia­ła ta­bli­ca. Przed nią tkwi­ły w po­przek obu jezd­ni czte­ry przy­sa­dzi­ste ciel­ska trans­por­te­rów opan­ce­rzo­nych. Jak tama trzy­ma­ją­ca w ry­zach rude morze. Dalej na wschód nie było nic oprócz kłę­bo­wi­ska po­skrę­ca­ne­go me­ta­lu, wci­śnię­te­go po­mię­dzy ścia­ny ekra­nów dźwię­ko­chłon­nych. Wraki, po­rdze­wia­łe, po­gnie­cio­ne, le­żą­ce jeden na dru­gim, cią­gnę­ły się tak da­le­ko, jak się­ga­ło świa­tło. Nie prze­je­chał­bym. Nawet dla mo­to­cy­kla było za gęsto.

Od­bi­łem w za­tocz­kę Miej­sca Ob­słu­gi Po­dróż­nych. Łuski za­chrzę­ści­ły pod ko­ła­mi. A może kości? Tro­chę zbu­twia­łych szmat wa­la­ło się po par­kin­gu. Fo­lio­we to­reb­ki mię­dzy reszt­ka­mi bre­zen­to­wych na­mio­tów, ciem­ne plamy mun­du­rów, ja­śniej­sze – cy­wil­nych kur­tek. Wszyst­ko szare, zgni­łe; le­ża­ło tu dzie­sią­ty rok. Od czasu, gdy roz­pę­ta­ło się tu pie­kło. Gdy lu­dzie go­ły­mi rę­ka­mi roz­dzie­ra­li się na­wza­jem na strzę­py. 

Jeden pro­mil. Cza­sem wię­cej, cza­sem mniej. Trzy­dzie­ści osiem mi­lio­nów zre­du­ko­wa­ne do trzy­dzie­stu ośmiu ty­się­cy w ciągu kilku ty­go­dni. Jeden oca­la­ły na ty­siąc mar­twych. Ze wszyst­kich miast, osie­dli, wsi, domów. Z od­chył­ką sta­ty­stycz­nie nie­istot­ną. 

 Wirus miał zabić wszyst­kich. Pra­wie mu się udało. Wśród tych, któ­rych oszczę­dził, są tacy jak ja. 

Inni.

Od­mie­nie­ni.

Zdją­łem kask i wcią­gną­łem w płuca chłod­ne wie­czor­ne po­wie­trze. Nic. Przy­naj­mniej nic ży­we­go. Ani jed­nej nuty za­pa­chu, więc miej­sce na bazę wy­pa­do­wą rów­nie dobre, jak każde. Roz­ło­ży­łem się obok tru­chła woj­sko­wej cię­ża­rów­ki. Mo­to­cykl opar­łem o burtę, przy­kry­łem ga­łę­zia­mi i ka­wał­kiem plan­de­ki. Mała szan­sa, żeby kto­kol­wiek go wy­pa­trzył, ale pod ba­kiem zo­sta­wi­łem gra­nat. Za­wlecz­ka pod­pię­ta linką do łań­cu­cha, po­pro­wa­dzo­na pod osło­ną zę­bat­ki. Jak ktoś nie wie­dział, gdzie szu­kać, to nie znaj­dzie, a sześć­dzie­siąt gra­mów hek­so­ge­nu de­to­nu­ją­ce tuż przy jaj­cach sku­tecz­nie na­uczy po­sza­no­wa­nia cu­dzej wła­sno­ści. Moja mała, pry­wat­na, pie­lę­gno­wa­na z czu­ło­ścią pa­ra­no­ja. Bo kto niby miał­by mi coś stąd ukraść? Oca­la­li trzy­ma­li się od ta­kich miejsc z dala, a wszy­scy za­in­fe­ko­wa­ni dawno wy­ki­to­wa­li.

Przy­naj­mniej tak są­dzo­no.

Wy­pa­ko­wa­łem naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy, a ple­cak ukry­łem razem z mo­to­cy­klem. W mia­stecz­ku do­sta­łem mapę. Nie wiem, na ile mogę jej wie­rzyć. Łow­czy szli tro­pem wiedź­my aż do sa­me­go lasu. Je­dy­ny, który oca­lał, wra­cał do mia­stecz­ka pra­wie trzy dni. Zła­ma­na ręka, żebra, do tego go­rącz­ka i od­wod­nie­nie. Le­d­wie mógł utrzy­mać ołó­wek. Szko­da, że nie dali mi z nim po­ga­dać. Bur­mistrz za­tłukł go jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ra. Cóż, nie mógł po­zwo­lić żeby wieść się roz­nio­sła. Ro­zu­miem go.

Ko­śla­we linie, prze­ci­na­ją­ce się pod róż­ny­mi ką­ta­mi, cha­otycz­nie za­kre­sko­wa­ne pola, sym­bo­le bu­dyn­ków, rowów, ma­szyn? Ra­czej ogól­ne wska­zów­ki. No, przy­naj­mniej z tech­nicz­ne­go punk­tu wi­dze­nia. Ge­ne­ral­nie gówno warte. Trze­ba bę­dzie po­le­gać na zmy­słach. Tutaj, na od­lu­dziu, z ła­two­ścią mogę wy­wę­szyć i usły­szeć wszyst­ko. Resz­ta to kwe­stia in­stynk­tu.

Prze­ła­do­wa­łem strzel­bę. Na dno dałem czte­ry lo­ft­ki gru­be­go śrutu, na górę do­bi­łem bre­ne­ki. Oło­wia­ny, trzy­dzie­sto­gra­mo­wy walec po­tra­fi otwo­rzyć czasz­kę jak sko­rup­kę jajka. Jeśli chło­pak mówił praw­dę, to mogłem tego po­trze­bo­wać. Razem osiem po­ci­sków. Co, jak nie wy­star­czy? Przy pasie mia­łem dzie­wiąt­kę, ale to jak strze­lać z pi­sto­le­tu na wodę. Jeśli ją za­sko­czę, to strzel­ba wy­star­czy. A jak nie, to… to nie bę­dzie miało zna­cze­nia. Jesz­cze la­tar­ka, nóż, bu­tel­ka wody i ap­tecz­ka. Resz­tę zo­sta­wiłem. Do ro­bo­ty trze­ba iść na lekko.

 

***

Nim mi­ną­łem pierw­sze drze­wa, księ­życ wy­szedł zza chmur. Na grun­to­wej dróż­ce, pro­wa­dzą­cej w gę­stwi­nę, wy­raź­nie od­zna­czy­ły się ślady moich po­przed­ni­ków. Tu szli jesz­cze spo­koj­nie. Na obrze­żach błot­ni­stych kałuż buty od­ci­snę­ły równe, mia­ro­wo roz­ło­żo­ne ślady. Ni­cze­go się nie spo­dzie­wa­li. 

Za­trzy­ma­łem się i za­mkną­łem oczy. Za­pa­chy na­pły­nę­ły sze­ro­ką, wez­bra­ną falą. Pierw­sze­go trupa zna­la­złem tro­chę dalej. Umarł szyb­ko, ale nie bez­bo­le­śnie. Plecy roz­ora­ne do kości, prawe ramię od­gry­zio­ne zaraz przy barku. Coś go wlo­kło po ziemi i chyba ci­snę­ło o drze­wo. Leżał za­wi­nię­ty o pień, na korze bure plamy za­krze­płej krwi. 

Zga­si­łem la­tar­kę. Tro­chę dla­te­go, żeby nie zdra­dzać swo­jej po­zy­cji, a tro­chę, bo twarz nie­bosz­czy­ka, nad­je­dzo­na przez małe tru­po­ja­dy, szcze­rzy­ła się do mnie szpet­nie. Lisy i dzi­kie kun­dle miały na nim uży­wa­nie przez kilka dni. Też by mi było we­so­ło.

Z bro­nią przy ra­mie­niu ru­szy­łem ostroż­nie, trzy­ma­jąc się kra­wę­dzi drogi. Chcia­łem wy­ko­rzy­stać głę­bo­ki cień rzu­ca­ny przez gęste krze­wy i cho­in­ki. Nie mu­sia­łem wę­szyć. Wszyst­ko widać było jak na dłoni. Srebr­na po­świa­ta za­le­wa­ła po­la­nę na stoku ma­łe­go pa­gór­ka. Tu tru­pów le­ża­ło wię­cej. 

Wy­glą­da­ło na to, że bydlę było wy­bred­ne. Ży­la­stych straż­ni­ków, ubra­nych w me­ta­lo­we i skó­rza­ne pan­ce­rze nawet nie na­po­częło. Wolało iść na ła­twi­znę, a do tego lubiło tłu­ste. Za­stęp­cę bur­mi­strza po­zna­łem po bo­ga­to zdo­bio­nej du­bel­tów­ce. Wi­dzia­łem go nie­raz, jak prze­cha­dzał się z nią po mia­stecz­ku, cho­ciaż od ostat­nie­go razu trosz­kę się zmie­nił. W miej­scu okrą­głe­go kał­du­na, który kie­dyś opa­dał mu aż na ko­la­na, ziała wy­żar­ta do czy­sta dziu­ra. Puste oczo­do­ły pa­trzy­ły pro­sto w gwiaz­dy. Się­gną­łem po jego broń i wy­ła­ma­łem ba­ski­lę. Srebr­ne punk­ci­ki spło­nek za­lśni­ły w świe­tle księ­ży­ca. Wy­ją­łem oba na­bo­je i scho­wa­łem do kie­sze­ni. Po­cią­gną­łem nosem nad pustą ko­mo­rą. Tak, jak my­śla­łem, nie zdą­żył wy­strze­lić. Nie to, że gru­bas był szcze­gól­nie do­brym strzel­cem, ale nie dał rady nawet wal­nąć na wiwat w pa­ni­ce. To, co ich do­pa­dło, mu­sia­ło być na­praw­dę szyb­kie.

Po­de­rwa­łem głowę, bo wy­da­wa­ło mi się, że sły­szę ludz­ki głos. Po trzech dniach od ataku ra­czej wszy­scy byli już de­fi­ni­tyw­nie mar­twi, ale za­wsze mógł się na­pa­to­czyć jakiś sza­brow­nik albo zwy­kły włó­czy­kij. Za­mkną­łem oczy. Za­pa­chy znowu ude­rzy­ły ze wszyst­kich stron. Po chwi­li za­wtó­ro­wa­ły im dźwię­ki. 

Tak, to mu­sia­ły być one.

Ru­szy­łem truch­tem w kie­run­ku żwi­row­ni. Wjazd po­wi­nien być tuż za za­krę­tem le­śnej dróż­ki. Gdy tylko po­de­szwy butów za­szu­ra­ły o beton placu za­ła­dun­ko­we­go, sta­ną­łem jak wryty. Pod­rzu­ci­łem broń do oka.

Ktoś śpie­wał.  

Słaby, ury­wa­ny, jakby ga­sną­cy głos. Nie mo­głem roz­róż­nić słów, ale do­bie­gał od stro­ny za­kła­du. Szpa­ler gę­stych jodeł pro­wa­dził pro­sto do bramy. Wokół nie było ni­ko­go. Ani tru­pów, ani śla­dów. Nic. Lekki po­wiew wia­tru niósł woń sta­re­go smaru, rdzy i ba­gni­stej wody, ale po­mię­dzy za­pa­cha­mi wy­raź­nie czu­łem me­ta­licz­ny odór krwi i… cze­goś jesz­cze.

Śpiew roz­legł się znowu od stro­ny ste­row­ni. Pro­sta buda z bla­chy fa­li­stej, wy­nie­sio­na ja­kieś dzie­sięć stóp nad zie­mię na sta­lo­wej kra­tow­ni­cy i wci­śnię­ta mię­dzy przy­sa­dzi­ste ciel­ska kru­sza­rek stoż­ko­wych. Ru­szy­łem ostroż­nie mię­dzy ster­ta­mi złomu i hał­da­mi żwiru, żeby obejść ją z boku. Głos do­cho­dził z dru­giej stro­ny.

Na po­de­ście mię­dzy prze­no­śni­ka­mi zo­ba­czy­łem dwie po­sta­ci. Sku­lo­ne pod ka­wał­kiem ja­kiejś szma­ty, więk­sza le­ża­ła na kra­tow­ni­cy plat­for­my, a mniej­sza sie­dzia­ła z głową opar­tą o bla­chę zsypu. Me­lo­dia pły­nę­ła cichą, nik­ną­cą falą. Zło­wi­łem słowa głu­piej, jar­marcz­nej pio­sen­ki. Jed­nej z tych na­praw­dę den­nych, bo o mi­ło­ści. 

Przy­ci­sną­łem broń do ra­mie­nia. Fos­fo­ry­zu­ją­cy punk­cik musz­ki przy­krył głowę le­żą­cej. 

Śpiew za­milkł. 

– Czego tu szu­kasz, hyclu?!!! – Głos roz­legł się w mojej gło­wie ni­czym wy­strzał ar­mat­ni. Strzel­ba wy­pa­dła mi z dłoni. Z bólu za­kry­łem uszy rę­ko­ma. Zwa­li­łem się na ko­la­na. 

– Czego chcesz, przy­błę­do?!!! – Re­zo­no­wa­ła każda cząst­ka mo­je­go ciała. Nie dość już nas skrzyw­dzi­li­ście?!!! 

Czu­łem, że tracę zmy­sły. Ta wiedź­ma ugo­tu­je mi mózg! Sku­li­łem się na pia­sku, za­ci­sną­łem po­wie­ki naj­moc­niej, jak tylko mo­głem, i ukry­łem głowę w ra­mio­nach. Głos szar­pał mną coraz sła­biej i sła­biej. Po­wo­lut­ku od­ci­na­łem się od niego ka­wa­łek po ka­wał­ku. Wal­czy­łem o od­dech.

Po­trzą­sną­łem głową. Jak wy­rwa­ny ze snu, spoj­rza­łem w górę. Stała tam, na po­de­ście i wska­zy­wa­ła na mnie wy­cią­gnię­tym pal­cem. Mała dziew­czyn­ka, może dzie­się­cio­let­nia. U jej stóp, okry­ta za­krwa­wio­ny­mi łach­ma­na­mi, le­ża­ła ko­bie­ta. W oczach pło­nę­ła nie­na­wiść. Wy­cią­ga­ła ku mnie szczu­płą, tru­pio ­bla­dą rękę i za­ci­snę­ła zęby z wy­sił­ku. Nie miała już sił na nic wię­cej. Nagle za­char­cza­ła i opa­dła bez­wład­nie na plat­for­mę. 

– Biały miś, biały miś… biały… bia… – mam­ro­ta­ło dziec­ko.

Wpa­try­wa­ło się we mnie pół­przy­tom­nie. Nagle za­ci­snę­ło po­wie­ki, wbiło piąst­ki w uszy i za­wy­ło:

– Czar­ny miś, czar­ny miś, cza­aar­ny­yy…!

– Spo­koj­nie mała, już do­brze… – sta­ra­łem się żeby mój głos jak naj­mniej przy­po­mi­nał war­kot, ale ści­śnię­te gar­dło le­d­wie prze­pusz­cza­ło od­dech – …chodź, za­bio­rę cię do taty, tylko zejdź… 

Pod­nio­słem strzel­bę i po­ty­ka­jąc się, ru­szy­łem ku ste­row­ni, ale dziew­czyn­ka osa­dzi­ła mnie w miej­scu, mó­wiąc zu­peł­nie trzeź­wo:

– Stój. On tu idzie.

Po­pa­trzy­łem w górę. Zła­pa­łem spoj­rze­nie wiedź­my, po­cię­te kra­tow­ni­cą po­de­stu. W jej roz­pa­lo­nych go­rącz­ką oczach nie było już nie­na­wi­ści. Tylko sa­tys­fak­cja.

Ryk roz­darł noc gdzieś za moimi ple­ca­mi. Zdą­ży­łem się ob­ró­cić aku­rat w chwi­li, gdy ścia­na jo­de­łek trza­snę­ła i padła pod cio­sem po­tęż­nych łap. Pnie i ga­łę­zie po­le­cia­ły na drogę nie­ca­łe trzy­dzie­ści kro­ków ode mnie. Blask księ­ży­ca za­tań­czył na ułom­ku me­ta­lo­wej ta­bli­cy wbi­tej w ma­syw­ny kark, na zwo­jach drutu kol­cza­ste­go owi­nię­te­go wokół szyi. Niedź­wiedź sta­nął na tyl­nych ła­pach i ryk­nął wście­kle.

Mógł­bym przy­siąc, że w jego śle­piach wi­dzia­łem tę samą sa­tys­fak­cję, co w oczach ko­bie­ty. Miał mnie do­kład­nie tam, gdzie chciał. Na otwar­tym te­re­nie, w po­ło­wie drogi mię­dzy ste­row­nią, a ba­ra­ka­mi. W którą stro­nę bym nie po­biegł, tam on bę­dzie pierw­szy. Spryt­na be­stia.

Po­chy­lił łeb i ru­szył! Żwir pry­skał spod cięż­kich łap. Pa­dłem na ko­la­no i pod­rzu­ci­łem strzel­bę do ra­mie­nia. Huk. Pierw­szy po­cisk tar­gnął bar­kiem stwo­ra i ugrzązł w kłę­bie. Prze­ła­do­wa­łem szarp­nię­ciem. Drugi. Krwa­wy bryzg tuż przy oboj­czy­ku. Trze­ci. Ten go za­trzy­mał. Po­tknął się i zgu­bił krok. Przed­nia łapa ugię­ła się pod cię­ża­rem ciel­ska. No to czwar­ty w łeb! Już nie­mal z przy­ło­że­nia. Szarp­ną­łem za czół­no prze­ła­do­wa­nia i za­mar­łem. Za­cię­cie!!! Zdą­ży­łem tylko za­sło­nić się kolbą. 

Ude­rze­nie przy­szło z lewej. Świat za­wi­ro­wał. Gwiaz­dy, drze­wa, wście­kła be­stia. Ka­mie­nie drogi wal­nę­ły mnie w plecy, w ko­la­na, bark… wresz­cie wszyst­ko się za­trzy­ma­ło. Przy­tu­li­łem po­li­czek do cze­goś szorst­kie­go i… od­pły­ną­łem.

 

***

Głu­pia pio­sen­ka. Słowa tak durne, że aż cierp­ną zęby. Nawet zdech­nąć czło­wie­ko­wi nie dadzą w spo­ko­ju. Cho­ciaż gdy młoda śpie­wa­ła to tym de­li­kat­nym gło­si­kiem, po­wo­lut­ku prze­cią­ga­jąc zgło­ski, to nawet dało się tego słu­chać.

Pod­nio­słem głowę. Lewej stro­ny twa­rzy zu­peł­nie nie czu­łem. Oko za­cho­dzi­ło opu­chli­zną. Pod­cią­gną­łem się na drżą­cych ra­mio­nach i nad­ludz­kim wy­sił­kiem usia­dłem na pię­tach. Obraz roz­je­chał mi się na boki i o mało znowu nie upa­dłem. Do­pie­ro po chwi­li udało mi się zo­gni­sko­wać wzrok na rze­czy­wi­sto­ści.

Księ­życ. Plac za­ła­dun­ko­wy. Ko­śla­wa, kan­cia­sta bryła ste­row­ni. Czar­ny cień po­ni­żej. Nie­ru­cho­my. Wpa­trzo­ny w drob­ną syl­wet­kę, sto­ją­cą na kra­wę­dzi po­de­stu. Śpiew. Cichy, fa­lu­ją­cy, ury­wa­ny.

Pięk­ny.

Wy­ma­ca­łem rę­ko­jeść pi­sto­le­tu przy boku. Drżą­cy­mi pal­ca­mi wy­ją­łem z ka­bu­ry i zło­ży­łem w dwie ręce. Lufa la­ta­ła na wszyst­kie stro­ny, a mucha za nic nie chcia­ła wpa­so­wać się w szczer­bi­nę. Za­mkną­łem oczy i wzią­łem głę­bo­ki od­dech.

Śpiew za­milkł.

Szarp­ną­łem spust. Raz. Drugi. Trze­ci. Świat za­mie­nił się w czar­no-­bia­łą ani­ma­cję po­klat­ko­wą, roz­świe­tlo­ną bły­ska­mi wy­strza­łów. Sła­łem po­cisk za po­ci­skiem pro­sto w ogrom­ny cień. 

Pierw­sze ude­rzy­ły w grzbiet. Niedź­wiedź, jak wy­rwa­ny ze snu, ob­ró­cił się z wy­sił­kiem. Kule rwały futro na barku, na sze­ro­kiej kla­cie. Wię­zły w sta­lo­wych mię­śniach. Każda ko­lej­na szła coraz wyżej i wyżej. Zwierz spiął się do skoku, chciał rzu­cić na­przód, ale do­stał w krtań. Za­rzę­ził i opu­ścił łeb. Zło­ży­łem lufę pro­sto w oko i strze­li­łem. Po­cisk tra­fił łuk brwio­wy i wszedł w czasz­kę krwa­wym bry­zgiem.

Niedź­wiedź sap­nął i padł.

Ści­ska­łem spust raz za razem, cho­ciaż zamek pi­sto­le­tu dawno zo­stał z tyłu. Wresz­cie wy­bi­łem pusty ma­ga­zy­nek. Nowy udało mi się za­ła­do­wać już za trze­cim razem. Upu­ści­łem broń na zie­mię, kul­tu­ral­nie zło­ży­łem się wpół i zwy­mio­to­wa­łem pod sie­bie.

 

***

– Mama umie­ra – po­wie­dzia­ła cicho.

Mia­łem to gdzieś. Jak czło­wie­ka spo­nie­wie­ra, to od razu na­bie­ra dy­stan­su do życia. Są rze­czy ważne i waż­niej­sze, a ja wła­śnie koń­czy­łem po­ran­ną to­a­le­tę. Zszy­wa­nie roz­cię­te­go łuku brwio­we­go to dość zaj­mu­ją­ca czyn­ność. Zwłasz­cza jeśli robi się to wła­sno­ręcz­nie, i kon­tro­lu­jąc pro­ces tylko przy uży­ciu ka­wał­ka lu­ster­ka, pró­bu­je nie wybić sobie oka przy oka­zji.  

Syk­ną­łem z bólu, bo igła we­szła tro­chę za głę­bo­ko, a młoda wzię­ła to chyba za część dia­lo­gu.

– Pomóż.

Zby­łem ją wzru­sze­niem ra­mion i za­ło­ży­łem pę­tel­kę na szew. Pięk­nie to nie wy­glą­da­ło, ale po­win­no wy­trzy­mać. Stan­dard na­pra­wy po­lo­wej, gwa­ran­cja do pierw­sze­go desz­czu.

Po­zbie­ra­łem do ap­tecz­ki ma­ne­le roz­rzu­co­ne na me­ta­lo­wym pul­pi­cie ste­row­ni. Po pod­ło­dze wa­la­ły się pusz­ki, sło­iki i pla­sti­ko­we bu­tel­ki. Widać wiedź­ma ze­bra­ła z tru­pów wszyst­ko, co mogło się przy­dać. Zła­pa­łem flasz­kę z reszt­ką bim­bru na dnie. Do picia się to nie­spe­cjal­nie nada­wa­ło, ale jako od­ka­żacz jak naj­bar­dziej. Za­sło­ni­łem oko pal­ca­mi i prze­my­łem świe­żo po­fa­stry­go­wa­ną ranę.

Młoda aż się wzdry­gnę­ła i sku­li­ła w kącie. No cóż, ryk­ną­łem pew­nie tak gło­śno, że mnie na dru­gim końcu lasu usły­sze­li. Jak boli, zna­czy, że się bę­dzie szyb­ko goić. Tak, cza­sem sam sobie kła­mię . Kie­dyś to na­zy­wali opty­mizm, ale teraz…

– Pomóż!!!

Głos za­wi­bro­wał pod czasz­ką tak mocno, że aż opa­dłem na ko­la­na. Żo­łą­dek pod­sko­czył do sa­me­go gar­dła. Z wy­sił­kiem spoj­rza­łem na małą. Stała w kącie i za­ci­ska­ła pię­ści, a wzrok miała taki, że aż prze­szedł mnie dreszcz.

– Po co, gów­nia­ro? – mruk­ną­łem. – Jak dla mnie to może się prze­krę­cić. Nie płacą mi za nią, tylko za cie­bie. 

– Oca­li­łam cię – po­wie­dzia­ła cicho. Pa­trzy­ła na mnie, a w wiel­kich nie­bie­skich oczach lśni­ły łzy. – Mama roz­ka­za­ła czar­ne­mu mi­sio­wi, a ja cię oca­li­łam. Ty je­steś inny… taki, jak my. 

To był ten mo­ment, w któ­rym po­wi­nie­nem za­ło­żyć jej worek na łeb, spę­tać jak cie­la­ka i za­wieźć do ojca. Wy­peł­nić za­da­nie. Ska­so­wać za­pła­tę. Tak, wła­śnie tak po­wi­nie­nem był wtedy po­stą­pić.

***

Słoń­ce wze­szło nad lasem, zanim ko­bie­ta otwo­rzy­ła oczy. Czub­ki sosen za­lśni­ły złotą rosą, a strzę­py po­ran­nej mgły wsu­nę­ły palce po­mię­dzy wy­so­kie trzci­ny po­ra­sta­ją­ce brze­gi ba­gni­ste­go wy­ro­bi­ska. 

Ko­bie­ta była słaba. Blada twarz, za­pad­nię­te oczy. A jed­nak tlił się w niej pło­mień walki. Gdy tylko roz­chy­li­ła po­wie­ki, po­czu­łem mro­wie­nie z tyłu czasz­ki.

– Mamo, już do­brze. – Mała po­de­szła do blatu i ujęła w pa­lusz­ki jej białą dłoń. – On nam po­mo­że. Obie­cał. – Od­wró­ci­ła ku mnie twa­rzycz­kę, a ja po raz pierw­szy od nie-pa­mię­tam-kie­dy zo­ba­czy­łem w czy­ichś oczach na­dzie­ję. Na­dzie­ję, że to ja spra­wię, że jej los bę­dzie lep­szy. 

– Wy­ją­łem ci dwie kule – od­chrząk­ną­łem, bo coś mnie za­dra­pa­ło w gar­dle. – Jedną z uda, a drugą spod oboj­czy­ka. Wdało się za­ka­że­nie, ale za­apli­ko­wa­łem an­ty­bio­tyk. Go­rącz­ka po­win­na zejść w ciągu kilku dni… 

– Dzię­ku­ję… – Jej głos był tak słaby, że bar­dziej od­czy­ta­łem to słowo z ruchu warg. 

Kiw­ną­łem głową i za­czą­łem pa­ko­wać swoje ma­ne­le. Trze­ba było się zbie­rać. Jeśli nie wrócę do mia­stecz­ka, to bur­mistrz przy­śle tu na­stęp­nych, a wtedy…

 On nas znaj­dzie – roz­le­gło się w mojej gło­wie. Za­sko­czo­ny spoj­rza­łem na ko­bie­tę. Le­ża­ła nie­ru­cho­mo na bla­cie ste­row­ni, a mała tu­li­ła się do jej dłoni. Usta nie­ru­cho­me, jak wy­ku­te w ka­mie­niu, ale ja wy­raź­nie sły­sza­łem słowa. 

Znaj­dzie nas, bo je­ste­śmy mu po­trzeb­ne. Wy­ko­rzy­sta. Użyje. On też jest inny. Od­por­ny, ale po­trze­bu­je nas, żeby kon­tro­lo­wać ludzi, spra­wo­wać wła­dzę. Robić te wszyst­kie rze­czy…

 Po­trzą­sną­łem głową. Chcia­łem uciec od tego uczu­cia. Uczu­cia, że ktoś wszedł mi do mózgu. Mie­szał mi w zmy­słach. 

Zro­zu­mia­ła. Wy­co­fa­ła się, dała ode­tchnąć, ale nie znik­nę­ła zu­peł­nie. Po­cze­ka­ła, aż się uspo­ko­ję, oswo­ję z jej obec­no­ścią. 

A potem wró­ci­ła i wszyst­ko mi po­wie­dzia­ła. 

Gdy skoń­czy­ła, sie­dzia­łem na pod­ło­dze ste­row­ni, gdzieś na brze­gu ba­gien, w samym środ­ku lasu… i pła­ka­łem. Pierw­szy raz od nie-pa­mię­tam-kie­dy. Pro­sta hi­sto­ria, wy­pi­sa­na cie­niem na wy­chu­dzo­nej twa­rzy, bli­zna­mi na ple­cach i drże­niem krzy­wo zro­śnię­tych pal­ców. Pra­wie bez słów. Za to pełna ob­ra­zów – lu­dzie do­pro­wa­dze­ni do sza­leń­stwa, od­cho­dzą­cy od zmy­słów, rzu­ca­ją­cy się sobie do gar­deł, kon­tro­lo­wa­ni, ste­ro­wa­ni, przy­mu­sza­ni. Do tego, by ro­bi­li, co On roz­ka­zał. Bez oporu. Bo tego nie wy­ba­czał. Każdy miał być po­słusz­ny. Bez­względ­nie. Nawet one. 

Wtedy zro­zu­mia­łem. Mała po­de­szła i po­gła­ska­ła mnie po szorst­kim, mo­krym od łez po­licz­ku.

 – Teraz po­mo­żesz? – za­py­ta­ła. 

***

Zo­sta­wi­łem je dwa dni drogi na po­łu­dnie od au­to­stra­dy. Na zu­peł­nym od­lu­dziu miesz­ka­ła tam para sta­rusz­ków. Do­brzy lu­dzie. Od­wie­dza­łem ich od czasu do czasu. Wła­sną ro­dzi­nę po­cho­wa­li w cza­sie za­ra­zy. Ko­bie­tę i jej córkę przy­ję­li jak swo­ich. Pomoc w go­spo­dar­stwie za­wsze się przy­da. Spo­koj­ne życie. Takie, które po­dob­no leczy rany. Może cho­ciaż te płyt­sze. Te głęb­sze har­tu­je. Za­bliź­nia i po­kry­wa zro­go­wa­cia­łą tkan­ką. Two­rzy pan­cerz. Taki, który daje od­wa­gę. Po­zwa­la sta­nąć oko w oko z prze­szło­ścią. Wró­cić. Ze­mścić się.

Za wszyst­ko, co im zro­bił. 

 

Koniec

Komentarze

No i to mi się podobało.

Uruchomił się wewnętrzny wzrok i zamiast widzieć literki, chodziłem sobie po krainie postapo. Mam tak tylko przy niektórych tekstach, zazwyczaj uważam je za bardzo dobre. Tym razem też tak jest.

Co tu jeszcze… No, doktoratu nie mam zamiaru pisać – ale po prostu było bardzo “fajne :-)”

Nie mam szczególnych uwag, proszę o więcej :) Jeśli masz zamiar pisać kolejne części historii, to bardzo chętnie przeczytam. 

PS. Podpowiem, bo po “sugestii” to może nie być jasne. Mnie osobiście nie przeszkadzają drastyczne opisy zwłok itd. Przeszkadza mi BEZPOŚREDNIA obserwacja ludzkiego cierpienia, pokazana z perspektywy narracji, szczególnie w dużym natężeniu. Mówię to za siebie, inni mogą mieć inne zdanie. Ale przyszło mi do głowy, że dla Ciebie jako autora to może być cenna uwaga. 

Polecajka poszła z czystym sumieniem.

Witaj.

Klasycznie, jak zawsze u Ciebie, pokazuje się obraz za obrazem, idealnie opisany, że wyobraźnia nie ma żadnych wątpliwości, co powinna zobaczyć. :)

Piękny opis sumienia głównego bohatera. Takie sumienie zawsze będzie w porzo. :) Komentarze bohatera i jego myśli – genialna sprawa, brawa! :)

Jeszcze jeden Twój tekst, który pokazuje, ile bestii może być w człowieku. Pojąć czasem trudno, jakimi potworami potrafią być ludzie dla innych. Doskonale to potrafisz wydobyć, podkreślić, zasygnalizować, odsłonić i pokazać w jaskrawym świetle, uwydatnić, aby przestrzec innych. :)

 

Z technicznych:

Cóż, nie nie mógł

To był ten moment, w którym powinien(em?) założyć jej worek na łeb, spętać jak cielaka i zawieźć do ojca.

 

Pozdrawiam. :)

 

Pecunia non olet

Cześć!

 

Bardzo klimatyczne opowiadanie ze świetnymi, plastycznymi opisami.

Najbardziej spodobała mi się (w sensie kreacji) postać burmistrza. Dobrze wyszedł zindywidualizowany sposób mówienia i nakreślenie konkretnego szwarccharakteru.

Zabrakło mi może jedynie finałowej sceny pomiędzy bohaterem i jego zleceniodawcą. Historia wiedźmy i córki została domknięta, a narrator to chyba odjechał w stronę zachodzącego słońca. :P

Jako że nie zdążyłem z finałową łapanką, niżej kilka sugestii.

W naturze(-,) albo na talon.

Cóż, nie nie mógł pozwolić(+,) żeby wieść się rozniosła.

Wyciągała ku mnie szczupłą, trupiobladą rękę i zacisnęła zęby z wysiłku.

– Spokojnie mała, już dobrze… – Starałem się(+,) żeby mój głos jak najmniej przypominał warkot, ale ściśnięte gardło ledwie przepuszczało oddech.Chodź, zabiorę cię do taty, tylko zejdź…

Jak boli, znaczy(+,) że się będzie szybko goić.

Nadzieję, że to ja sprawię, że jej los będzie lepszy.

 

Pozdrawiam!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Bardzo dobre. Obrazowe. Przejmujące. Misia ściągnął tytuł :), a potem wciągnęło. Bruce i Silver napisali merytoryczne komentarze pozwalające im polecić tekst do biblio. Miś myśli o tekście podobnie, więc nie będzie tego powtarzał, ale na tej podstawie też zgłosi. 

Cześć Silver 

 

Co tu jeszcze… No, doktoratu nie mam zamiaru pisać – ale po prostu było bardzo “fajne :-)”

Czyli zadanie wykonane :D. Właśnie takie miało być. Tym razem bez niepotrzebnego zadęcia.

 

Nie mam szczególnych uwag, proszę o więcej :) Jeśli masz zamiar pisać kolejne części historii, to bardzo chętnie przeczytam. 

Mam:D. Już się dwa opka gotują, ale trochę mi zajmie zanim doprawię fabułę.

 

Ale przyszło mi do głowy, że dla Ciebie jako autora to może być cenna uwaga. 

No jasne, że tak :D. Też zdałem sobie sprawę, że epatowanie takim tematem prowadzi po prostu do niepotrzebnego zmęczenia Czytelnika. 

 

 

Cześć Ka­ra­te Mistrz :D

 

Pięk­ny opis su­mie­nia głów­ne­go bo­ha­te­ra. Takie su­mie­nie za­wsze bę­dzie w porzo. :) Ko­men­ta­rze bo­ha­te­ra i jego myśli – ge­nial­na spra­wa, brawa! :)

Nar­ra­cja pierw­szo­oso­bo­wa jest czę­sto po­strze­ga­na jako pi­sar­skie di­sco­po­lo ;]. Ja tam lubię, bo wła­śnie można po­ka­zać te ko­men­ta­rze i myśli bo­ha­te­ra. Faj­nie, że tu za­gra­ło :D.

 

Jesz­cze jeden Twój tekst, który po­ka­zu­je, ile be­stii może być w czło­wie­ku. Pojąć cza­sem trud­no, ja­ki­mi po­two­ra­mi po­tra­fią być lu­dzie dla in­nych. Do­sko­na­le to po­tra­fisz wy­do­być, pod­kre­ślić, za­sy­gna­li­zo­wać, od­sło­nić i po­ka­zać w ja­skra­wym świe­tle, uwy­dat­nić, aby prze­strzec in­nych. :)

Tym razem zu­peł­nie się na tym nie sku­pia­łem ;]. Może to praw­da, że jak się czło­wiek nie na­pi­na, to od razu wszyst­ko le­piej wy­cho­dzi :P. Dzię­ki za dobre słowo!

 

Cześć Fi­li­pie

 

Przede wszyst­kim dzię­ku­ję ser­decz­nie za betę i cenne uwagi dot. fa­bu­ły. Opo­wia­da­nie tro­chę się różni od pier­wot­nej wer­sji. 

Ła­pan­kę już po­pra­wi­łem, tylko tu się nie zga­dzam:

 

– Spo­koj­nie mała, już do­brze… – Sta­ra­łem się(+,) żeby mój głos jak naj­mniej przy­po­mi­nał war­kot, ale ści­śnię­te gar­dło le­d­wie prze­pusz­cza­ło od­dech. – Chodź, za­bio­rę cię do taty, tylko zejdź…

To jest ten sław­ny “przy­pa­dek nr 26” ;] 

https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

Pa­so­wa­ła mi tu wła­śnie taka pauza w środ­ku wy­po­wie­dzi.

 

Cześć Koalo

Dobry tytuł to pod­sta­wa mar­ke­tin­gu :D. Cie­szę się, że tra­fi­łem w twe gusta i dzię­ku­ję za po­le­caj­kę.

 

po­zdro

M.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

To ja dziękuję, serdeczne pozdro! :)

Pecunia non olet

Ech, Morderco, umiesz Ty napisać opowieść, która potrafi zdołować czytelnika opisem epizodów, pokazać niedobrych ludzi i ogólną beznadzieję sytuacji, będącej tłem przedstawionych wydarzeń.

Jakkolwiek nie na miejscu to zabrzmi, muszę powiedzieć, że czytałam z przyjemnością i cieszę się z Twojej zapowiedzi, że to nie koniec historii, że tworzysz jej dalszy ciąg.

Mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym odwiedzić klikarnię. ;)

 

Po­pra­wił poły wy­świech­ta­nej ma­ry­nar­ki… → Czy tu aby nie miało być: Po­pra­wił klapy wy­świech­ta­nej ma­ry­nar­ki

Za SJP PWN: poła «dolny fragment jednej z dwóch części ubioru rozpinającego się z przodu»

 

Cie­nie po­je­dyn­czych wra­ków wy­cią­ga­ły się po as­fal­cie dłu­gi­mi pa­sma­mi. → Cie­nie po­je­dyn­czych wra­ków wy­cią­ga­ły się na as­fal­cie dłu­gi­mi pa­sma­mi.

 

Czego tu szu­kasz, hyclu?!!! Głos roz­legł się w mojej gło­wie… → Czego tu szu­kasz, hyclu?!!!  Głos roz­legł się w mojej gło­wie…

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać głosy w głowie, telepatię.

 

Po­de­rwa­łem głowę. Jak wy­rwa­ny ze snu… → Nie brzmi to najlepiej.

 

Wy­cią­ga­ła ku mnie szczu­płą, tru­pio­bla­dą rękę… → SJP PWN twierdzi: Wy­cią­ga­ła ku mnie szczu­płą, tru­pio ­bla­dą rękę

 

– Biały miś, biały miś… biały…bia… → Brak spacji po drugim wielokropku.

 

Ryk roz­dał noc gdzieś za moimi ple­ca­mi. → Literówka.

 

Świat za­mie­nił się w czar­no­bia­łą ani­ma­cję… → Świat za­mie­nił się w czar­no-­bia­łą ani­ma­cję

 

– Mama umie­ra – wy­szep­ta­ła cicho. → Masło maślane – szept jest cichy z definicji.

Wystarczy: – Mama umie­ra – wy­szep­ta­ła.

 

że się bę­dzie szyb­ko goić. Tak, lubię się cza­sem po­okła­my­wać. Kie­dyś się to… → Lekka siękoza.

 

Mała po­de­szła do blatu i ujęła w swoje pa­lusz­ki jej białą dłoń. → Zbędny zaimek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć Reg :]

 

Ech, Morderco, umiesz Ty napisać opowieść, która potrafi zdołować czytelnika opisem epizodów, pokazać niedobrych ludzi i ogólną beznadzieję sytuacji, będącej tłem przedstawionych wydarzeń.

No cóż ja poradzę, że mnie cukierkowe fantasy o wróżkach i jednorożcach usypiają :P. Piszę to, co mnie samemu smakuje, a jak każdy chłop ze wsi, ze słodyczy to najbardziej lubię śledzie! 

 

Poprawił poły wyświechtanej marynarki… → Czy tu aby nie miało być: Poprawił klapy wyświechtanej marynarki

Za SJP PWN: poła «dolny fragment jednej z dwóch części ubioru rozpinającego się z przodu»

Zdecydowanie chodziło mi o poły. Dokładnie o taki gest:

 

Tylko już odpuściłem sobie opisywanie zapinania guzików, żeby niepotrzebnie nie rozwlekać. 

 

Reszta rad, jak zwykle – w punkt :D. Dziękuję i biorę się za poprawianie.

 

pozdro

M.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

No, teraz rozumiem, co robił burmistrz, choć mnie to wygląda raczej na (jakkolwiek to zabrzmi) obciągnięcie marynarki. Ale poprawienie pół też może być.

A skoro masz w planie poprawianie, myślę że już mogę udać się do klikarni. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się. Super wrażenie robią te klimaty postapokaliptyczne w niemal klasycznym fantasy;)

Poruszające, ale też rozrywkowe. 

 

Jedyna uwaga, to brak informacji, w co w ciągnął;)

Zdjąłem kask i wciągnąłem chłodne wieczorne powietrze.

Cześć Hiacynto :D

 

Jedyna uwaga, to brak informacji, w co wciągnął;)

Zdjąłem kask i wciągnąłem chłodne wieczorne powietrze.

Tjaa… SKS, sorki już dopisuję. 

 

Super wrażenie robią te klimaty postapokaliptyczne w niemal klasycznym fantasy;)

 

Chyba rzeczywiście najlepiej się czuję w takiej scenerii. Tak trza pisać ;]. Dzięki za dobre słowo i polecenie do biblioteki.

 

Pozdro

M.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Cześć!

 

Fabuła nie jest rozbudowana, jedno zlecenie z twistem na koniec, ale za to jaki ten tekst ma klimat :D. Jest ciężko, atmosferę można kroić nożem. Bohater jest spójny i interesujący. Pierwsza scena fajnie go definiuje, ale potem ta kreacja się jeszcze pogłębia, dochodzi trochę ironii, a na koniec jednak postępuje słusznie. Może się tego trochę spodziewałam, ale i tak satysfakcja z lektury jest.

Scena z burmistrzem jest świetna pod każdym względem. Piszesz takim mocnym, konkretnym stylem, ale prawie każde zdanie niesie ze sobą coś więcej.

Dałem mu chwilę. Niech poczuje, że to on tutaj rozdaje karty. Niech się napatrzy przez tę brudną szybę, na ten zlepek ruin i ruder, który nazywa swoim miasteczkiem. Ponapawa władzą. Człowieka zdesperowanego się nie kopie. No, może nie za mocno.

W takim jednym krótkim akapicie, przemyciłeś opis miasteczka, charakter burmistrza, odczucia bohatera. To jest już klasa.

Ja z tych czytelników, co nie przepadają za rozbudowanymi opisami, ale tutaj to mnie wciągnęły bez reszty. Każdy szczegół zagrał, to są takie drobnostki, jak na przykład to: Czterocylindrowy silnik mruczał na obrotach pół kreski powyżej biegu jałowego albo to: Na dno dałem cztery loftki grubego śrutu, na górę dobiłem breneki, ale robią klimat. 

Trochę mi zabrakło wyjaśnienia skąd w tym świecie wiedźmy i czym właściwie się charakteryzowali odmienieni.

Jeśli chłopak mówił prawdę, to mogę tego potrzebować. Razem osiem pocisków. Co, jak nie wystarczy? Przy pasie miałem dziewiątkę, ale to jak strzelać z pistoletu na wodę. Jeśli ją zaskoczę, to strzelba wystarczy. A jak nie, to… to nie będzie miało znaczenia. Jeszcze latarka, nóż, butelka wody i apteczka. Resztę zostawiam. Do roboty trzeba iść na lekko.

Tu mnie trochę ten czas teraźniejszy zatrzymał.

Wyglądało na to, że bydlę było wybredne. Żylastych strażników, ubranych w metalowe i skórzane pancerze nawet nie napoczął. Wolał iść na łatwiznę, a do tego lubił tłuste.

Ten opis jest makabrycznie piękny ;), ale coś mi się tu rodzaj nie zgadza.

Świat zamienił się w czarno–białą animację poklatkową, rozświetloną błyskami wystrzałów.

Łącznik powinien tu być.

 

Do biblioteki oczywiście zgłaszam :).

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Cześć Alicello ;]

 

W takim jednym krótkim akapicie, przemyciłeś opis miasteczka, charakter burmistrza, odczucia bohatera. To jest już klasa.

Łoj, bo się rumienię :D. Dzięki, naprawdę doceniam i jeszcze naprawdziej się cieszę. Brzytwa Ockhama, moja prywatna, osobista metoda na nadprzymiotnikozę działa :D. Dokładnie o to mi chodziło –mało słów, dużo treści. Przynajmniej w strategicznych miejscach tekstu. 

 

Trochę mi zabrakło wyjaśnienia skąd w tym świecie wiedźmy i czym właściwie się charakteryzowali odmienieni.

Tak, decyzja podjęta z premedytacją. Wrzucam Czytelnika w sam środek dziwnego świata i nawet nie wyjaśniam o zzzo chozzi :P. Sam nie lubię, jak mi się tłumaczy jak krowie na rowie i dlatego zostawiam to na inną okazję. 

 

Dzięki za łapankę i za polecenie :D.

 

pozdro.

M.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Eee… no… tego, patrz sygnaturka ;)

Mroczne to bardzo. Wbrew zakończeniu IMO nie pozostawia nadziei, może gdybyś nie napisał na końcu o zemście… Ale rozumiem, taki świat.

Napisane dobrze, czyta się świetnie, ale wolę jednak teksty, które dodają skrzydeł, a nie podcinają je. Doceniam tekst, kliczka dam, bo literacko jest dobrze, ale to nie moja bajka.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć Irko

 

Doceniam tekst, kliczka dam, bo literacko jest dobrze, ale to nie moja bajka.

Tym bardziej doceniam :D i dziękuję za obiektywizm. Już tak mam, że najlepiej się czuję w takich słono-gorzkich klimatach. 

 

pozdro

M.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Kurde, naprawdę dobry tekst, takie post-apo to ja lubię. Opisy wykonane świetnie, trochę poetycko, a zarazem lekko.

Nie wiem czy to tylko ja, ale twój styl pisania bardzo przypomina mi Michała Gołkowskiego. Serio, czytając myśli bohatera i opis świata, miałem chwilami wrażenie że czytam coś pomiędzy Komornikiem a Stalkerem. Nie żeby twój styl był odtwórczy czy coś i nie żeby to była wada, uwielbiam jego książki, po prostu macie jakiś wspólny mianownik w pisaniu. Może to ta surowość w kreowaniu świata? Przedstawianie tego co jest brutalne jako brutalne? Nie wiem, ale takie jakieś skojarzenie miałem od początku. (Co bardzo mi się podoba yes)

Historia prosta, ale spełniająca zadanie, dobrze poprowadzona i mimo wszystko jak dla mnie dość świeża. Bardzo dobre tempo narracji. 

Urzekł mnie również wykreowany świat który trochę wymyka się klasycznym kliszom post-apo i bohater. Twardy, surowy, a mimo to ludzki i z całą pewnością śmiertelny co było widać w finałowej potyczce. (Zwłaszcza przy tym gdy zacięła mu się broń, i gdy po całym zajściu zwymiotował ze stresu. No co jak co, ale to jest akurat reakcja jak najbardziej na miejscu. Właśnie w takich małych szczegółach tkwi realność przedstawionego świata, mimo że to fantazy-post-apo)

No po prostu świetne, bardzo, ale to bardzo mi się podobało. Czekam na ciąg dalszy! 

Cześć,

Z reguły unikam postapo, bo rzadko IMO zdarzają się ciekawe i intrygujące pomysły. Tutaj jest kompletnie inaczej, bardzo świeżo, choć oczywiście standardy zostały zachowane. Największą zaletą jest jednak poziom literacki… no, jest wysoko. Nie dałbym rady wyrzucić żadnego słowa; doskonałe i bardzo plastyczne opisy świata i narracja w 1OS, która podkreśla nie tylko beznadzieję, ale również znieczulicę jaka pewnie dotknęła większość ludzi. No i mógłbym spokojnie uczyć się z tego tekstu prowadzenia wartkiej akcji; trudno było zmrużyć oko ;p

Cóż, pozdrawiam! To był satysfakcjonujący tekst.

Zawsze coś da się poprawić

Cześć Pany :]

 

Urzekł mnie również wykreowany świat który trochę wymyka się klasycznym kliszom post-apo i bohater.

Z reguły unikam postapo, bo rzadko IMO zdarzają się ciekawe i intrygujące pomysły. Tutaj jest kompletnie inaczej, bardzo świeżo, choć oczywiście standardy zostały zachowane.

Musze się szczerze przyznać, że się nie spodziewałem takiego odbioru ;]. Cieszę się, że wyszło świeżo i nie do końca sztampowo. Kiedy pisałem ten tekst to właśnie to miałem gdzieś z tyłu głowy – wykreować świat wiarygodny, znany, ale odrobinę inny niż w tzw. “kanonie”. Jeszcze tydzień temu myślałem, że mi się rzeczywiści udało i jaki ja to nie jestem kreatywny :P. Od poniedziałku słucham audiobooka Pawła Majki “Berserker” [polecam, bo naprawdę fajnie napisane!]. Słucham, słucham i, jak to powiedział klasyk: “cały misterny plan w…” :P. Naprawdę, z ręką na sercu, nie znałem jego książki, nie czytałem streszczenia, ani recenzji, a moje opko wygląda po prostu jak plagiat :D. 

Tak na marginesie, to robi nam się niezłą brygada postapo – ostatnio wpadło do poczekalni kilka naprawdę niezłych opków np:

 

Wędrowcy pustkowi 

Ufortyfikowany raj malucha 

Ostatnia krucjata Leszego

Dwa metry pod ulicą 

 

Może pasowałoby zrobić jakiś konkursik? Jest kim robić :D

 

pozdro

M.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Nowa Fantastyka