- Opowiadanie: Joker246 - Życzenie za opłatą

Życzenie za opłatą

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Życzenie za opłatą

Jego ciężkie kroki odbijały się echem w całej karczmie. Zgromadzeni zerkali na niego znad swoich posiłków, mrucząc coś pod nosem. On nie zwracał na nich uwagi. Podszedł prosto do szynkwasu, powoli opadł na stołek i dwa razy puknął w blat. Karczmarz, starszawy jegomość o długiej brodzie i przenikliwym spojrzeniu, zbliżył się do nowego klienta, nie przestając wycierać trzymanego talerza.

Karczmarz najpierw westchnął głośno, potem odsunął o krok. Nieznajomy, choć wyglądał na młodzika, miał całą twarz pooraną większymi i mniejszymi bliznami. Największa z nich biegła od prawej skroni do lewej części podbródka, zahaczając o nos i usta. Choć była to stara blizna, dawno zasklepiona, to i tak niezwykle szpeciła wizerunek klienta. Ale gdy ten uniósł wzrok, karczmarz zobaczył coś gorszego od blizn, gorszego nawet od tych przepołowionych warg. Oczy gościa były całkiem białe, można nawet powiedzieć: mleczne. Żadnej źrenicy, żadnej tęczówki. Tylko biel.

– Pokój – wychrypiał gość. Jego głos był opanowany, niemal bezduszny, jakby pozbawiony jakichkolwiek emocji. Gdy mówił, blizny na jego twarzy delikatnie się rozszerzały, powodując u karczmarza odruch wymiotny. Chwilę trwało, zanim mężczyzna odzyskał panowanie nad sobą.

– Mamy… kilka wolnych izb. – Karczmarz szybko uniósł wzrok. Pozostali goście nie przestawali szeptać o nieznajomym. – Ile nocy raczy pan spędzić w Lunarch?

– To się jeszcze okaże. Podaj mi wódkę.

Karczmarz błyskawicznie wyciągnął butelkę spod szynkwasu i nalał trunek do kieliszka. Nieznajomy chwycił go pewnie dwoma palcami, jednym haustem opróżnił zawartość. Karczmarz chciał polać następną kolejkę, ale gość tylko uniósł dłoń.

– Chciałbym coś najpierw zjeść – oznajmił. – Nie piję na pusty żołądek.

– Naturalnie, panie! Kto pije?! – Karczmarz zaśmiał się niepewnie, ale mina mu zrzedła, gdy nieznajomy się nie dołączył. Pospieszył więc do spiżarni przynieść coś do jedzenia. Wrócił po pięciu minutach i położył przed gościem talerz z udkiem kurczaka. Obok leżała pokaźna pajda chleba. – Nie jest to wiele i na pewno nie smakuje po królewsku… ale to wszystko, co mamy.

– Nie jestem królem – powiedział nieznajomy, biorąc do ręki udko. – Nie muszę jeść homarów. Możesz polać…

Nie zdążył dokończyć, gdy drzwi karczmy otworzyły się ponownie, tym razem gwałtownie. Do budynku wszedł potargany mężczyzna w podartym ubraniu. Zataczał się, jakby wypił naraz beczkę piwa. Załzawionymi oczami rozglądał się po lokalu, w końcu pisnął i zaczął biec w stronę jednego z gości. Gdy przechodził obok szynkwasu, nieznajomy poczuł intensywny odór gorzałki.

– Tu jesteś, panie! – zakrzyknął zataczający się wieśniak łamliwym głosem, padając na kolana przed stolikiem.

Na stołku siedział mężczyzna ubrany w czerwoną zbroję od stóp do głów. Rycerz ze wstrętem odrzucił pałaszowanego śledzia i popatrzył na pijaka.

– Błagam, nie zbywaj mnie ponownie. Ja muszę wiedzieć!

– Odejdź stąd, Odrin – ostrzegł go rycerz – bo nie ręczę za siebie.

– Proszę, panie! Ja naprawdę odchodzę od zmysłów. Musisz mi pomóc znaleźć moją córeczkę, musisz!

– Jestem w trakcie jedzenia – powiedział rycerz, ledwo powstrzymując się od wybuchu. – A nienawidzę, gdy ktoś wchodzi pomiędzy mnie, a mój talerz. A teraz grzecznie odstąp, albo każę cię wybatożyć na środku wsi!

– Nie odejdę! Nie odejdę, dopóki nie uzyskam pomocy!

– Dosyć tego, ty…

– Wystarczy!

Wszyscy spojrzeli na nieznajomego z bliznami, który nagle wstał i zaczął iść w kierunku rycerza. Mężczyzna zmierzył go spojrzeniem, jego wzrok na chwilę zatrzymał się na wiszącym u pasa nieznajomego mieczu. Zaraz potem jednak wstał, odtrącając brutalnie Odrina i stając naprzeciw przybysza.

– A ty kim właściwie jesteś? – zapytał, opluwając przez przypadek swojego rozmówcę. – To spokojna wieś i nie powinien się tu kręcić taki, jak ty!

– Taki, jak ja? – zapytał nieznajomy, zaciskając pięści. – Możesz rozwinąć?

– No, ja… – Rycerz zawahał się, spojrzał na Odrina. Zmrużył oczy i skrzyżował ręce na piersi. – A właściwie co ci do tego, czy go wybatożę, czy nie? To jakiś twój znajomy, albo rodzina?

– Nigdy wcześniej nie widziałem tego człowieka – przyznał nieznajomy. – Ale czuję, że jestem w stanie mu pomóc. Jestem Redrick Orlock i zajmuję się rozwiązywaniem cudzych problemów.

– Jesteś najemnikiem? 

 Redrick nieznacznie skinął głową. Rycerz uważniej przyjrzał się jego białym oczom. 

– Wyglądasz na upośledzonego. Jakim cudem widzisz coś przez ten mleczny nalot?!

– Nie widzę – odparł Redrick i wyminął rycerza.

Pomógł Odrinowi wstał, po czym ruszył z nim w stronę wyjścia z karczmy. Jak na osobę, która była niewidoma, poruszał się całkiem sprawnie. Gdyby ktoś nie widział jego straszliwych oczu, w ogóle by nie pomyślał, że coś jest z nim nie tak.

Gdy tylko wyszli na powietrze, Odrin zwymiotował żółcią. Redrick poczekał cierpliwie, aż jego towarzysz się uspokoi. Przyjemna nocna bryza targała jego krótkimi, czarnymi włosami. Przeczesał je dłonią, ale lewą. W prawej brakowało serdecznego palca, co zawsze wprawiało Redricka w ponury nastrój. Po chwili Odrin wyprostował się i popatrzył na najemnika. Redrick wpatrywał się gdzieś w przestrzeń, jakby w ogóle nie pamiętając, że jest tu w konkretnym celu.

– A więc słucham – powiedział w końcu Redrick, nie patrząc jednak na Odrina. – O co poszło tam, w karczmie?

– Wilbur, znaczy się, kapitan straży… po raz kolejny wypiął się na mnie! – Głos Odrina znowu zaczął się łamać.

Redrick przeszedł obok niego i usiadł na ławce obok karczmy. Wyciągnął z kieszeni długą fajkę i włożył ją do ust, po czym zaprószył ogień i zaczął cmokać. Odrin patrzył na wszystko z fascynacją.

– Panie… jak wy to robicie?!

– To proste – wydukał po chwili Redrick. – Wystarczy napchać fajkę zielem i podpalić. Niezdrowy nałóg, ale dość miałem w życiu wyrzeczeń. Dobrze jest mieć coś, na co sam się zdecydowałem, wiesz?

– Chodzi mi o wzrok. – Redrick westchnął. Oczywiście wiedział, o co pyta Odrin, to było oczywiste. – No bo… nic nie widzicie. Znaczy się… kompletnie nic! A mimo to omijacie przeszkody, znajdujecie ławki… a przy pasie nosicie miecz! Nigdy nie widziałem, żeby ślepiec wywijał mieczem.

– I przy odrobinie szczęścia nie zobaczysz. – Redrick liczył, że to załatwi sprawę, ale Odrin wciąż milczał, czekając na satysfakcjonującą odpowiedź. Redrick poruszył się niespokojnie. – Płynie przeze mnie magia, dzięki mojemu przyjacielowi, magowi. Nic nie widzę, ale czuję… wszystko. Jakby świat przemawiał wprost do moich uszu, udzielając mi wskazówek. Wystarczy? – Odrin niepewnie pokiwał głową. Redrick, choć tego nie widział, wyczuł delikatne wibracje powietrza. – Dobrze. A teraz do rzeczy. Z tego co zrozumiałem, zgubiłeś córkę.

– Tak, panie. – Głos Odrina na powrót załamał się. – Raptem cztery miesiące temu zmarła mi ukochana żona, na jakieś pieprzone choróbsko, a teraz to! Sylvie… Sylvie jest jedyną osobą, która mi została. Proszę, panie. Ja bez niej nie mam po co żyć!

– Ile lat ma twoja córka?

– Dziewięć, panie. – Redrick pokiwał głową. Bunt i ucieczka odpadały. Chyba że ojciec znęcał się nad córką… ale dziewięciolatka nie zdołałaby uciec bez niczyjej pomocy. A jeśli już zdecydowała się na ten krok, pewnie zginęła gdzieś na bagnach, otaczających te tereny.

– Ile dni minęło, odkąd zaginęła?

– Dzisiaj był już szósty dzień, panie. Odchodzę od zmysłów! – Odrin zaczął krążyć wokół ławki. – Musiał ktoś ją porwać, bo co innego się mogło stać?! Tylko kto? I po co? Powiedz, panie, po co ktoś miałby porywać dziewięciolatkę?!

– Widziałem już takie rzeczy – odparł po chwili Redrick, zaciągając się fajką. – Kiedyś jedna kobieta porwała sześciolatka po to, by go usmażyć i zjeść. Innym razem pewien mężczyzna porąbał dwunastoletniego chłopca na kawałki. Gdy zapytałem go, dlaczego to zrobił, po prostu wzruszył ramionami. Świat jest pełen złych ludzi… nic na to nie poradzimy.

– Bogowie – wydukał Odrin i padł na kolana przed Redrickiem. Błagalnie ścisnął dłonie najemnika. – Ale przysięgnij, panie… przysięgnij, że nic jej nie jest!

– Nie składam takich obietnic – powiedział Redrick z nutką niecierpliwości i odtrącił Odrina. Zrozpaczony ojciec opadł na tyłek. – Powiedz lepiej, czy masz jakichś wrogów. Kogoś, kto może chcieć ją skrzywdzić, żeby ukarać ciebie.

– Panie, skądże! To mała wieś, wszyscy tu się znamy i szanujemy… nikt nie porwałby mojej Sylvie. No i nikt nie zdołałby jej tu ukryć… to raptem kilka domów.

– Tym gorzej. Jeśli zrobił to ktoś z zewnątrz, przez sześć dni mogli dotrzeć niemal wszędzie. Jeśli podróżowali konno, mogli już przekroczyć granicę, a wtedy nawet ja nie pomogę. – Zanim Odrin zdążył wybuchnąć płaczem, Redrick wstał. Przeciągnął się, aż jego kości zagruchotały pod ciężkim kaftanem. – Jeszcze jedna kwestia… czym zapłacisz?

Odrin zamrugał, jakby sprawiało mu trudność zrozumienie tych słów. Dopiero po chwili iskierka zrozumienia zapaliła się w jego umyśle.

– Znaczy… nie wiem, ile bierzesz, panie. Tak normalnie. Bo ja zamożny nie jestem, ale trochę tam mam.

– Teoretycznie zlecenie nie należy do najtrudniejszych. – Redrcik zastanowił się. – Trzysta złotych pinów wystarczy.

– Trzysta?! Znaczy… panie drogi, nie wiem, czy akurat tyle… ale możliwe… znaczy…

– Masz, czy nie?

Odrin pokiwał powoli głową i mruknął potakująco. Redrick nie musiał mieć wzroku, by wiedzieć, że mężczyzna kłamał. Zbliżył się do niego, Odrin skurczył się, jakby ktoś się na niego zamachnął. Redrick białymi oczami wpatrywał się gdzieś w przestrzeń, ale bił od niego niepowstrzymany gniew. Odrin głośno przełknął ślinę.

– Mam przyjaciół – powiedział w końcu, unosząc ręce w obronnym geście. Ale Redrick tego nie widział. – Ja mogę załatwić… sam mam około dwustu, ale mogę mieć trzysta! Tylko błagam, panie… znajdźcie moją Sylvie!

– Zaprowadź mnie do waszego domu. Jeśli będziemy mieli szczęście, znajdziemy tam jakieś poszlaki.

Odrin natychmiast się ożywił i niemal pędem puścił się przez wieś. Redrick kroczył za nim spokojnie, strzykając palcami i delektując się wzmagającym się wiatrem. Nie zwracał uwagi na niecierpliwie westchnienia wieśniaka. Nie musiał się spieszyć. Jeśli dziewczynka wciąż żyła, porywacz musi mieć w tym interes. W innym wypadku, dawno ją zabił i zakopał na rozległych polach.

Wyczulone zmysły Redricka wychwyciły setki bodźców. Mężczyzna umiał już nad nimi panować, oddzielać potrzebne rzeczy, od zbędnych. Z początku, gdy otrzymał magiczny dar, czuł się zagubiony. Tyle bodźców, tyle zmiennych docierających do jego myśli. Intensywne treningi umysłowe były bardzo trudne, ale pozwoliły mu zapanować nad własnym umysłem. Teraz potrafił widzieć więcej, niż pozostali ludzie, mimo iż był pozbawiony wzroku.

Niecałe pięć minut zajęło dotarcie do chatki. Redrick wkroczył do środka, ale zagrodził drogę Odrinowi. Zrozpaczony ojciec spojrzał na niego pytająco, co Redrick wyczuł. Ze wszystkich umiejętności, najbardziej uwielbiał wyczuwanie emocji jego rozmówców… a emocje Odrina były wyjątkowo silne i bolesne. Naprawdę tęsknił za córką i zmarłą żoną.

– Idź się przejdź – poradził Redrick. – Jesteś niespokojny, a to zakłóca mój rytm pracy. Wrócę do ciebie z twoją córką… lub jej truchłem.

Odrin zakrył usta i uciekł, wybuchając płaczem. Redrick nie poczuł wyrzutów sumienia. Musiał zawczasu uświadomić klienta o takiej możliwości, nie mógł go trzymać w płonnej nadziei.

Dom był niewielki. Redrick, potrafiący wyczuć kontury przedmiotów, przemieszczał się po nim niemal jak po własnym. Przejeżdżał palcami po przedmiotach, starając się wyczuć jakieś emocje, wspomnienia z nimi związane. Wysyłał drobne impulsy po całym pomieszczeniu, szukając cennych wskazówek. Jedna z nitek była wyjątkowo silna… Redrick poszedł jej tropem.

Przeszedł przez niskie drzwi, zahaczając czubkiem głowy o futrynę. W tym pokoju uderzyła go dziecięca wesołość. Czuł się niemal, jakby otoczony był grupką szczęśliwych dzieciaków. Zatem musiał być to pokój Sylvie. Redrick podszedł do łóżka, które silnie promieniowało. Emocje na łóżku były zmieszane. Te szczęśliwe, pełne uśmiechu, były jakby przygaszone, zapomniane. Na wierzch wyzierały te negatywne. Strach, niepewność, gniew. Tęsknota. Mała musiała często płakać do poduszki w ostatnich dniach.

Redrick cmoknął i podszedł do parapetu. Dotknął oprawionego w ramkę rysunku. Miłość, szczęście… a bliżej strach, niepewność, gniew. Tęsknota. Sylvie musiała narysować swoją matkę jeszcze za jej życia. Po jej śmierci często rozpaczała, ściskając rysunek.

Redrick wypuścił więcej wiązek, próbując odczytać pokój. Choć z początku zdawało się, że był on pełen szczęścia, najemnik się mylił. Dopiero teraz poczuł setki negatywnych myśli, jakie przewinęły się przez to pomieszczenie. Sylvie pogrążała się w otchłani własnego umysłu. Po śmierci matki wpadała tam głębiej i głębiej i głębiej…

Ale co z ojcem? Nie był jej podporą?

Redrick zawrócił i opuścił pokój córki. Naraz emocje zmieniły się. Wszechobecny smutek i żal zostały zastąpione przez gniew, frustrację i złość. Tęsknota pozostała. Redrick pociągnął nosem. Nie musiał używać zdolności, by wyczuć odór alkoholu. Całe mieszkanie jakby nim przesiąkło. Redrick wysłał wiązkę, by znaleźć wódkę. Od razu znalazł drogę. Zajrzał do małej szafki w okolicach drzwi. Zabrzęczały puste butelki, było też kilka pełnych.

Redrick wstał i coś poczuł. Zbyt wyraźne wibracje powietrza, nie mogły powstać przez kogoś na zewnątrz. Zatem ktoś był w środku… Redrick powoli wszedł do pokoju Sylvie, kładąc dłoń na mieczu. Wciągnął powietrze i skoczył w stronę łóżka. Padł na kolana i wyciągnął spod niego małego chłopca. Dzieciak wrzasnął przerażony i próbował się wyrwać. Redrick rzucił go brutalnie na łóżko.

– Nie wierć się! – warknął, a dzieciak zastygł w miejscu, przyglądając się najemnikowi ze strachem. Był przerażony białymi oczami… – A teraz gadaj, kim jesteś.

– Ja… ja jestem Irco – westchnął dzieciak, oddychając z trudem. Redrick wyczuł naprawdę wielki strach, bijący od chłopca. – Proszę, nie krzywdź mnie! Ja nic nie ukradłem, jestem tu przypadkiem!

– Nie jesteś. Jesteś tu z tego samego powodu, co ja. – Irco rozdziawił paszczę. – Co cię łączyło z Sylvie? Znałeś ją?

– Nie! Nie wiem nawet, kto to jest!

– Nie łżyj. Czuję, jak się pocisz… lepiej mnie nie okłamuj, dzieciaku. Dla mnie zlecenie jest najważniejsze… nie zawaham się ciebie skrzywdzić, byle znaleźć tą dziewczynę. To jak będzie? Pogadamy?

Irco bez wahania pokiwał głową. Redrick nie zauważył tego, ale poczuł uległość w emocjach chłopca. Rozluźnił się i oparł o ścianę, krzyżując ręce na piersiach. Irco przysunął się na krawędź łóżka.

– To jak dobrze znałeś Sylvie?

– To była moja przyjaciółka – wydukał Irco, nie spuszczając rozmówcy z oczu. – Bawiliśmy się odkąd byliśmy tacy mali! – Pokazał, jacy. – Ale teraz Sylvie odeszła, a ja chciałem… chciałem zabrać jej lalkę. No bo nigdy nie pozwalała mi się nią bawić, a teraz jej nie ma!

– A wiesz, gdzie odeszła? – Chłopiec milczał. Redrick puścił wiązkę i poczuł kłamstwo. Słodkie, obrzydliwe kłamstwo. – Gadaj! Albo połamię ci rękę!

– Nie, stój! Wiem gdzie poszła, sam ją tam wysłałem! – Redrick wytężył słuch. – Mój stryj kiedyś opowiadał mi o takim człowieku, co potrafi sprawiać cuda. Mieszka w okolicznej wsi… mówią na niego Błazen. I mój stryj kiedyś potrzebował pieniędzy, to poszedł do Błazna i dostał! Błazen ponoć tylko pstryknął palcami i tyle, pieniądze się pojawiły!

– Nic nie pojawia się znikąd, nie tak działa magia.

– Mówię, co mi stryj opowiadał, a on nigdy nie kłamie. – Redrick w to wątpił, ale nie przerywał. – A Sylvie chodziła taka smutna i cały czas płakała. Strasznie mnie to denerwowało. To powiedziałem jej, żeby poszła do Błazna, bo on pomaga ludziom z różnymi sprawami. No to wzięła pajdę chleba i poszła.

– I nie wróciła.

– No… nie.

– Co to za wieś?

– Tu, niedaleko… Żelazny Stok. Rodzice opowiadali mi kiedyś, że to dziwne miejsce, że ponoć ludzie tam kompletnie powariowali!

– Jeśli mają błazna, który potrafi wyczarowywać pieniądze, nic dziwnego, że im odbiło. – Redrick machnął ręką na chłopca. – A teraz zmykaj! I żebym cię tu nie widział, jasne?!

Irco zerwał się szybko i wyskoczył przez okno. Redrick ruszył w stronę drzwi i wyszedł na rześkie powietrze. Zabrał swojego konia ze stajni i wyjechał ze wsi.

Więc Sylvie czuła się okropnie, wciąż płakała i chodziła przygaszona. Musiała wpaść w depresję po śmierci matki. Sytuacji nie poprawił ojciec, który zaczął pić, by zagłuszyć traumę i smutek. W domu było tyle gniewu… Odrin musiał się jakoś wyładowywać. Na córce? Na meblach? Nic nie było zniszczone, więc to raczej odpadało. W każdym razie Sylvie, nie mogąc poradzić sobie ze stratą, chwyciła się ostatniej deski ratunku. Szarlatan imieniem Błazen mieszkający we wsi pełnej szaleńców. Redrick niejedno już widział i nie wierzył w cuda. Dziewczyna na pewno srodze się zawiodła, gdy mężczyzna nie potrafił jej pomóc. Tylko czemu już nie wróciła do domu?

Pół godziny trwała droga do wsi. Kilka domów, otoczone płotkiem, na samym skraju wielkiego lasu. Redrick zeskoczył z konia, gdy poczuł że ludzie wychodzą z domów. Czuł podejrzliwość i złość. Mnóstwo złości. Ale było też coś dziwnego… coś jakby zakłócało jego postrzeganie, jego zmysły. Wszystko wydawało się przygaszone i pokręcone. Redrick odrzucił od siebie tę myśl i stanął naprzeciw ludu.

Naprzód wyszedł starszy człowiek. Redrick dokładnie słyszał jego ciężki oddech, spowodowany przez uraz lewego płuca. Mężczyzna musiał być lokalnym przywódcą.

– Witaj, panie – powiedział starzec, siląc się na przyjacielski ton. Ale z jego głosu emanował chłód i niechęć. – Mogę wiedzieć, czego szukasz w Żelaznym Stoku?

– Przyszedłem na spotkanie z Błaznem – oznajmił Redrick, robiąc krok wprzód. Poczuł jak niepokój mieszkańców nagle się wzmógł. Niektórzy zaczęli między sobą szeptać. Przywódca odchrząknął.

– Przykro mi, ale nie wiemy, o czym mówisz. I prosimy, żebyś opuścił…

Starzec urwał. Redrick wyczuł coś dziwnego. Jakby wiązka mocy… której nie wypuścił. Wiązka była o wiele potężniejsza od tej, które on potrafił wypuścić. Po kolei trafiała kolejnych ludzi. Ich emocje wtedy zaczęły się mieszać, jakby przemieszczać. Redrick napiął mięśnie. Starzec nagle się odezwał.

– Tak, lordzie – powiedział, a słowa z pewnością nie były skierowane do Redricka. – Będziemy umierać w twoim imieniu, jeśli tego pragniesz! Chłopcy, wyprowadźcie obcego z naszej wsi!

Chłopi bez wahania rzucili się na Redricka. Mężczyzna nie zwlekał ani chwili. Skoczył do przodu i złapał pierwszego wieśniaka za rękę. Wykorzystał jego pęd, przerzucił go na ramieniem i pociągnął. Trzask i krzyk zwiastowały złamaną rękę.

Dwóch naraz natarło na Redricka. Najemnik uchylił się przed ich ciosami i wymierzył kopnięcie w kolano jednego z nich. Na drugiego skoczył w ostatniej chwili omijając jego uderzenie i zdzielił go pięścią w potylicę. Gdy mężczyzna upadł, Redrick kopnął go mocno w twarz, wybijając kilka zębów.

Pozostali chłopi cofnęli się o krok. Naprzód wyskoczyła starsza kobieta, która z wrzaskiem rzuciła się na Redricka, dzierżąc nóż. Najemnik nie zastanowił się ani chwili. Złapał kobietę za ramię, wykręcił je i wbił ostrze w jej brzuch. Kobieta splunęła krwią i padła na ziemię, chwile później konając.

Chłopi patrzyli na to z przerażeniem. Redrick otarł twarz, na którą wytrysło kilka kropel krwi. Na jego ustach tańczył wściekły grymas.

– No dalej – zachęcał, podwijając rękawy. – Mamy czas, ja mam czas. I tak porozmawiam sobie z waszym Błaznem. Nie obchodzi mnie wasze nędzne życie… zlecenie jest najważniejsze.

Starzec chciał coś powiedzieć, ale nagle potężna wiązka uderzyła go po raz drugi. Mężczyzna uśmiechnął się, po czym zaczął się histerycznie śmiać. Po chwili dołączyli do niego kolejni i kolejni, wkrótce cała wieś zaśmiewała się do rozpuku. Redrick skrzywił się, hałas był ogłuszający. Ludzie padali na ziemię i śmiali się, ale w ich aurach nie było wesołości. Był strach. Śmiali się, choć wcale tego nie chcieli… ich przepony pękały od śmiechu, nie mogli nawet zaczerpnąć tchu. Redrick przyspieszonym krokiem ruszył za uciekającą wiązką.

Dotarł na cmentarz za wsią. Powoli ominął groby i dotarł do sporej, rozpadającej się krypty. Trzy razy odetchnął i wkroczył do środka, schodząc po schodach. Im niżej był, tym bardziej atakował go niepokój. Coś czaiło się w mroku… coś, co sprawiało, że jego zawsze spokojna aura zaczęła się burzyć. Chciałby odwrócić się i uciec, tak wielki strach go ogarnął. Ale zlecenie jest najważniejsze. Zszedł więc na samo dno i wkroczył do obszernego pomieszczenia.

Poczuł Sylvie, jeszcze zanim ją usłyszał. Dziewczynka siedziała na ziemi, bawiąc się wykopanymi z cmentarza kośćmi. Śpiewała coś cicho spokojnym, dziecięcym głosem. Zdawała się w ogóle nie widzieć Redricka. Jej aura była taka… nijaka. Jakby pozbawiona człowieczeństwa.

– Bardzo surowo potraktowałeś moich wyznawców – powiedział głos. Zimny głos, ale jednocześnie niemal ojcowski. Redrick poczuł dreszcze i… miłość? Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że nie wyczuwa innej aury. Ale mimo to ktoś do niego mówił. Redrick wyciągnął miecz. – Ta broń na nic ci się nie zda, młodzieńcze. Dlaczego zamiast tego nie porozmawiamy?

– Niby o czym?!

– Jeśli tu jesteś, masz do mnie sprawę. Nikt nie odwiedza starego Błazna dla przyjemności, prawda?

Redrick skinął głową w kierunku wyjścia.

– Czemu kazałeś im mnie zaatakować? I po co ten śmiech? – zapytał. Błazen chwilę milczał.

– Powiedzmy, że wiem, kim jesteś. Wyczułem to, gdy zbliżyłeś się do wsi. Chciałem sprawdzić, jak silny jesteś… zaimponowałeś mi. A śmiech? Każdy czasami potrzebuje odrobiny śmiechu, prawda? – Chwilę milczeli. – A ty? Czego ty potrzebujesz?

– Przyszedłem po dziewczynkę. – Redrick wskazał podśpiewującą Sylvie. – Oddaj mi ją, a odejdę. Inaczej… zginiesz.

Błazen zaśmiał się, a Redrick poczuł wstyd. To było oczywiste, nie można go zabić. Redrick nawet nie czuje jego aury… kim, do cholery, była ta istota?! Chwilę trwało, nim Błazen przestał się śmiać.

– Jesteś zabawny, wiesz? Tak… brakowało mi ostatnimi czasy śmiechu, wojowniku. – Redrick otworzył usta, ale nie pozwolono mu dojść do głosu. – Dziewczynka przyszła tu pełna żalu i tęsknoty. Płakała za swoją mamusią, prosiła mnie, błagała, bym przywrócił ją do życia. Obiecała mi, że da wszystko, czego zapragnę. Zgodziłem się. A nie prosiłem o wiele…

– O co prosiłeś?

– Żeby Sylvie dotrzymała mi towarzystwa… przez jeden dzień. Niska cena za powrót matki, prawda?

– Dzień już minął, oddaj dziewczynkę!

– Czyżby? – Redrick poczuł, jak silny podmuch wiatru przetacza się po pokoju, kierując się w stronę dziewczynki. Sylvie przestała śpiewać, ale jej aura się nie zmieniła. Jakim cudem ona się nie bała?! – Sylvie, moja droga… czy dzień dobiegł już końca?

– Jeszcze nie, panie Błaźnie! – zawołała radośnie dziewczynka. Redrick wyczuł ją. Jej umysł był kompletnie pusty… – Wciąż zostało wiele godzin, ale potem zobaczę mamę!

– Widzisz, wojowniku? – zapytał Błazen, a Sylvie wróciła do zabawy. – Ona chce tu jeszcze zostać.

– Odebrałeś jej rozum… zabiłeś wnętrze tej dziewczynki! – Redrick zrobił krok do przodu, choć czuł się całkowicie bezsilny w starciu z tą istotą. – Nie dotrzymałeś umowy!

– Nie? Jesteś żałosny… dziewczyna sama wie, że dzień jeszcze się nie skończył. Przecież nie obiecywałem jej, że zostanie przy zdrowych zmysłach, prawda? A kiedy ona uzna, że dzień się skończył…

– Co nigdy nie nastąpi!

– …odzyska ukochaną matkę.

Rozległ się trzask, potem przyspieszone kroki. Redrick wyczuł Odrina, chyłkiem zbiegającego po schodach. Najemnik wiedział już, że za chwilę może się zrobić nieciekawie.

Odrin dotarł na dno i ujrzał córkę. Łzy stanęły mu w oczach, podbiegł do dziewczynki, nie zważając na ostrzeżenia Redricka. Chwycił Sylvie w ramiona i okręcił ją dookoła, płacząc ze szczęścia. Ale Sylvie zwisała bezwładnie z jego rąk, niczym szmaciana lalka. Odrin postawił ją na ziemi i przyjrzał jej się uważnie. Zauważył to… pustkę w jej oczach. Spojrzał na Redricka.

– Co… co się z nią stało? – krzyknął, potrząsając córką. – Sylvie! Sylvie, przebudź się! Słoneczko, proszę… błagam… co ci jest?!

– Ona tylko czeka – odezwał się Błazen. Odrin zerwał się i cofnął o krok. Rozglądał się niespokojnie, po chwili coś dostrzegł. Redrick był wściekły, że i on nie może zobaczyć demona! – Obiecałem, że dostanie matkę z powrotem… i dotrzymam słowa.

– O czym ty mówisz? – zapytał Odrin, patrząc to na Błazna, to na Redricka. – Najemniku, kim on jest?!

– Nie jestem pewien – mruknął Redrick. Pot zaczynał rosić mu czoło. Błazen zaśmiał się serdecznie.

– Usiądź, przyjacielu – powiedział Błazen do Odrina. – Poczekamy razem, że trojkę! Odpraw najemnika, już nie będzie potrzebny, prawda?

– Nie rób tego – warknął Redrick. – To demon, dziwna istota, o jakiej nigdy nie słyszałem. Okpił twoją córkę, obiecał jej spełnienie cudu, jakiego nikt nie jest w stanie dokonać. Weź córkę i chodźmy stąd.

Odrin rzucił się w stronę Sylvie.

– Zrób to – odezwał się Błazen – a już na zawsze pozostanie warzywem. Ja odebrałem jej zmysły i tylko ja mogę je przywrócić… za opłatą.

– Za… opłatą?

– Oddaj mi coś, co jest dla ciebie najcenniejsze, a oddam ci córkę. Oddam jej rozum i będziecie mogli odejść do domu.

– Bierz wszystko, co chcesz! Żadne skarby, czy majątek nie jest dla mnie ważny, tylko oddaj mi córkę.

– Zgadzasz się zatem?

– Tak!

– Nie! – krzyknął Redrick, ale było za późno.

Przez pomieszczenie przetoczyła się ogromna siła, która niemal zwaliła ich z nóg. Wyostrzone zmysły najemnika prawie rozerwały go od środka, takie było natężenie magii. Trwało to zaledwie chwilę, potem zapadła głucha cisza. Redrick wiedział, że istota odeszła. Nie czuł już jej obecności, niepokój zniknął także.

– Tato? – Odrin rzucił się w stronę córki. Dziewczynka rozglądała się niespokojnie, w jej oczach tańczyły łzy. Ze wstrętem odrzuciła brudne kości. – Tatusiu… przepraszam. Tak bardzo przepraszam! Ja tylko chciałam, żeby mamusia była z nami i…

– Już cicho – mruknął Odrin, tuląc do siebie córkę. Łzy płynęły z jego oczu wartkim strumieniem. Ściskał ją, jakby już nigdy nie miał jej puścić. – Już dobrze, mała. Wracamy do domu… nie będę już pił. Razem… razem przez to przejdziemy, tak?

Wtedy Redrick to wyczuł. Dużo wcześniej, niż Odrin. W krypcie jaśniała tylko aura ojca… aura córki nagle wygasła, jakby ją ktoś zdmuchnął. Odrin poczuł, że trzyma sztywne ciałko i spojrzał na córkę. Jej oczy były puste, ale tym razem nie oddychała. Stawała się coraz zimniejsza.

– Nie – powiedział Odrin. – Nie… co się dzieje? Najemniku, co się dzieje?!

– Oddałeś mu to, co jest dla ciebie najcenniejsze – odparł Redrick, cofając się o krok. – Oddałeś mu… Sylvie.

Odrin chwilę milczał. Potem eksplodował emocjami. Dla Redricka było to wystarczająco dużo. Nie czekając na zapłatę, wdrapał się po schodach i uciekł z cmentarza. Po drodze do konia minął jeszcze wiele ciał. Wszystkie emanowały śmiechem… ci ludzie po prostu się podusili.

Redrick wskoczył na konia i odjechał, jak najszybciej. Nie chciał mieć nic wspólnego z tą wsią, z tym człowiekiem… z tą istotą. Cokolwiek to było, mężczyzna nigdy nie spotkał się z czymś takim. Bestia, czy demon, było zbyt potężne dla kogokolwiek. A choć strach rzadko przejmował niewidomego najemnika, tym razem Redrick po prostu drżał z przerażenia, galopując przez puste pola, ciemną nocą.

Koniec

Komentarze

WItaj

 

Jesteś zdecydowanie na początku pisarskiej drogi.

Dlatego polecam portal dla żółtodziobów

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842842

Istnieje tu również opcja betowania, czyli wrzucania niegotowego opowiadania. Betujący znajdą Ci błędy, zasugerują poprawki i publikowane opowiadanie wiele na tym zyska.

 

W Twoim opowiadaniu jest mnóstwo błędów.Źle zapisujesz dialogi, nieprawidłowo używasz słów – niekiedy tworząc bardzo zabawne konstrukcje.

 

Wymyślona przez Ciebie historia ma potencjał. Jest nieco schematyczna, ale zakończenie jest przejmujące. Zresztą końcówka opowiadania jest lepsza, niż początek.

Nieźle wychodzą Ci sceny batalistyczne, co jest ważne, bo wiele osób ma z tym problemy.

 

 

Najpierw karczmarz westchnął głośno, potem odsunął o krok.

Zły szyk. Karczmarz najpierw westchnął.

Nieznajomy, choć wyglądał na młodzika, był poorany mniejszymi i większymi bliznami na całej twarzy.

Raczej miał pooraną twarz, bo jakby był poorany byłoby naprawdę źle????

Największa z nich biegła od prawej skroni do lewej części podbródka, zahaczając o nos i usta. Choć była to stara blizna, dawno zasklepiona, to i tak niezwykle szpeciła wizerunek klienta. Ale gdy ten uniósł wzrok, karczmarz zobaczył coś gorszego od blizn. Gorszego nawet od tych przepołowionych warg.

Po poprzednim zdaniu wychodzi na to, że gość miał kilka twarzy, a największa z nich…

„Wizerunek klienta” brzmi przekomicznie????

„Gorszego nawet od tych przepołowionych warg.” – to nie jest zdanie. Powinno być połączone z poprzednim.

– Pokój – wychrypiał gość. Jego głos był opanowany, niemal bezduszny, jakby pozbawiony jakichkolwiek emocji. Chwilę trwało, zanim mężczyzna odzyskał nad sobą panowanie.

Jego głos, powinien być w poprzednim zdaniu.

Powinno być „panowanie nad sobą”.

Trochę nie wiadomo, który z mężczyzn się uspokoił????

 

– Mamy… kilka wolnych izb. – Karczmarz szybko uniósł wzrok.

A nie opuścił?

 

Kieliszki trochę nie pasują do stylizacji.

 

– Nie jestem królem – powiedział nieznajomy, biorąc do ręki udko. – Nie muszę jeść homarów, żeby się porządnie najeść. Możesz polać…

Powtórzenie.

 

Zataczał się, jakby wypił naraz beczkę piwa. Załzawionymi oczami rozglądał się po lokalu, w końcu pisnął i zaczął biec w stronę jednego ze stolików.

To nie są zdania, bo nie ma pomiotu.

Stoliki to są w kawiarni, nie pasuje do stylistyki.

 

– Tu jesteś, panie! – zakrzyknął przybysz łamliwym głosem, padając na kolana przed stolikiem. Na stołku siedział mężczyzna okuty w czerwoną zbroję od stóp do głów. Ze wstrętem odrzucił pałaszowanego śledzia i popatrzył na pijaka. – Błagam, nie zbywaj mnie ponownie. Ja muszę wiedzieć!

Dla mnie przybysz to również ten pierwszy gość.

Okutego mężczyznę chętnie bym zobaczyła????

Pałaszowany ujmuje mu godności. Nie wiadomo, kto odrzucił.

Całe na stołu siedział powinno być zdaniem od nowego akapitu,  bo nie jest częścią dialogu.

Za do błagam od nowego akapitu.

 

– A ty kim właściwie jesteś? – zapytał, opluwając przez przypadek swojego rozmówcę. – To spokojna wieś i nie powinien się tu kręcić taki, jak ty!

Skoro wie kim jest, to po co pyta?

 

– Taki, jak ja? – zapytał nieznajomy, zaciskając pięści. Rycerz cofnął się o krok. – Możesz rozwinąć?

Cofający się rycerz powinien wylecieć poza wypowiedź obcego gościa.

 

– No, ja… – Rycerz zawahał się, spojrzał na Odrina. Zmrużył oczy i skrzyżował ręce na piersi. – A właściwie co ci do tego, czy go wybatożę, czy nie? To jakiś twój znajomy, albo rodzina?

Rozmawiają o tym, kim jest nieznajomy, aż tu nagle wchodzi kwestia batożenia Odrina…

 

– Jesteś najemnikiem? – Redrick nieznacznie skinął głową. Rycerz uważniej przyjrzał się jego białym oczom. – Wyglądasz na upośledzonego. Jakim cudem widzisz coś przez ten mleczny nalot?!

Kiwanie głową Redrika nie jest elementem wypowiedzi rycerza. Powinno wylecieć do nowego wersu.

Gdy tylko wyszli na powierzchnię, Odrin zwymiotował żółcią. Redrick poczekał cierpliwie, aż jego towarzysz się uspokoi. Przyjemna nocna bryza targała jego krótkimi, czarnymi włosami. Przeczesał je dłonią, ale lewą. W prawej brakowało serdecznego palca, co zawsze wprawiało Redricka w ponury nastrój. Po chwili Odrin wyprostował się i popatrzył na najemnika. Redrick patrzył gdzieś w przestrzeń, jakby w ogóle nie pamiętając, że jest tu w konkretnym celu.

Jeśli byli pod powierzchnią, to to była podwodna karczma?;)

Czemu czekał aż się uspokoi, mógł poczekać na koniec rzygania…

Czyimi włosami targała? Jak się uczesać czterema palcami????

I powtórzenie.

– Wilbur, znaczy się, kapitan straży… po raz kolejny wypiął się na mnie! – Głos Odrina znowu zaczął się łamać. Redrick przeszedł obok niego i usiadł na ławce obok karczmy. Wyciągnął z kieszeni długą fajkę i włożył ją do ust, po czym zaprószył ogień i zaczął cmokać. Odrin patrzył na wszystko z fascynacją. – Panie… jak wy to robicie?!

Znowu w wypowiedzi jednego człowieka dzieje się dużo z innymi. To dezorientuje czytelnika.

Przy zaprószeniu ognia już się popłakałam.

Głos łamie się za często.

– Dzisiaj był już szósty dzień, panie. Powoli odchodzę od zmysłów! – Odrin zaczął krążyć wokół ławki. – Musiał ktoś ją porwać, bo co innego się mogło stać?! Tylko kto? I po co? Powiedz, panie, po co ktoś miałby porywać dziewięciolatkę?!

Czemu powoli?

– Widziałem już takie rzeczy – odparł po chwili Redrick, zaciągając się fajką. – Kiedyś jedna kobieta porwała sześciolatka po to, by go usmażyć i zjeść. Innym razem pewien mężczyzna porąbał dwunastoletniego chłopca na kawałki. Gdy zapytałem go, dlaczego to zrobił, po prostu wzruszył ramionami. Świat jest pełen złych ludzi… nic na to nie poradzimy.

Pocieszyciel z niego????

Przeciągnął się, aż jego kości zagruchotały pod ciężkim kaftanem, jaki na sobie nosił. – Jeszcze jedna kwestia… czym zapłacisz?

Jak komuś gruchotają kości, to raczej jest z nim kiepsko. Pisanie, że nosił na sobie kaftan, który ma na sobie jest raczej nadmiarowe.

 

Odrin zamrugał oczami, jakby sprawiało mu trudność zrozumienie tych słów.

Niewielu mruga czym innym????

Odrin natychmiast się ożywił i niemal pędem puścił się przez wieś. Redrick kroczył za nim spokojnie, strzykając palcami i delektując się wzmagającym się wiatrem.

Strzykać można śliną. Delektowanie się też mi tu nie pasuje.

Treningi umysłowe, też zabawne.

Dziecięca fascynacja nie brzmi dobrze.

 Redrick odrzucił od siebie tę myśl i stanął naprzeciw ludu.

Król może stanąć naprzeciw ludu. To oznacza jakieś wielkie zgromadzenie. Te wsie były małe.

Starzec urwał. Redrick wyczuł coś dziwnego. Jakby wiązka mocy… której nie wypuścił. Wiązka była o wiele potężniejsza od tej, które on potrafił wypuścić. Po kolei trafiała kolejnych ludzi. Ich emocje wtedy zaczęły się mieszać, jakby przemieszczać. Redrick napiął mięśnie. Starzec nagle się odezwał.

Jak emocje mogą się przemieszczać?

Pozostali chłopi cofnęli się o krok. Naprzód wyskoczyła starsza kobieta, która z wrzaskiem rzuciła się na Redricka, dzierżąc nóż. Najemnik nie zastanowił się ani chwili. Złapał kobietę za ramię, wykręcił je i wbił ostrze w jej brzuch. Kobieta splunęła krwią i padła na ziemię, chwile później tracąc życie.

Ciężko powiedzieć, że straciła życie chwilę później, raczej później skonała.

Chłopi patrzyli na to z przerażeniem. Redrick otarł twarz, na którą wytrysło kilka kropel krwi. Na jego ustach tańczył wściekły grymas.

Tu jest niekonsekwencja, bo skoro się rzucili na niego, to jak mogli stać i się gapić.

– Zrób to – odezwał się Błazen – a już na zawsze pozostanie warzywem. Ja odebrałem jej zmysły i tylko ja mogę je przywrócić… za opłatą.

Określenie warzywo jest używane współcześnie, poza tym nie pasuje do sytuacji.

Przez pomieszczenie przetoczyła się ogromna siła, która niemal zwaliła ich z nóg. Wyostrzone zmysły najemnika niemal rozerwały go od środka, takie było natężenie magii. Trwało to zaledwie chwilę, potem zapadła głucha cisza. Redrick wiedział, że istota odeszła. Nie czuł już jej obecności, niepokój zniknął także.

Te zmysły rozrywające brzmią słabo.

 

Ambush, na wstępie dziękuję za rozbudowany komentarz i mnóstwo uwag. Już się biorę za poprawianie tekstu. Dla jasności jednak muszę zaznaczyć, że niektóre z tych rzeczy, które wymieniłaś, były wprowadzone naumyślnie. Częste łamanie się głosu, niepoprawny szyk w wypowiedziach wieśniaków, niektóre powtórzenia. Mimo to dzięki za wszystkie rady i postaram się, żeby moje następne teksty były zdecydowanie bardziej dopracowane.

Polecam betowanie. Za mój tekst bez bety zebrałam srogie baty, za kolejne już trochę pochwał;)

Poza tym betujących jest mniej, więc proporcje wstydu do chwały są bardzo fajne;)

Joker246

 

No powiem ci, że ciekawy pomysł. Bardzo dobrze uważam zarysowałeś postacie. Opowieść, która na początku wydawała mi się zwyczajna potem stała się naprawdę ciekawa. Dużo fajnych, oryginalnych pomysłów.

 

Pozdrawiam. :)

Jestem niepełnosprawny...

Wiedźmin + Daredevil + (Mordimer Madderdin – religia) – altruizm = Twoje opowiadanie

 

Tak ja to mniej więcej widzę. To co również widzę, to fakt, że rzeczywiście chyba jesteś na początku swojej drogi pisarskiej, bo Ci z głownego bohatera Marry Sue wylazła, choć końcówką nieco zacierasz to wrażenie.

Masz w tekście całe mnóstwo niezgrabności językowych, poprzestawiane szyki, niedoszlifowane zdania i powtórzenia – typowe błędy początkującego, które z czasem będą zanikać, jeśli tylko będziesz miał nadal ochotę pisać i uczyć się, jak robić to dobrze. Mnie jednak bardziej przeszkadzały nielogiczności oraz anachronizmy, które wplotłeś do fabuły.

Piszesz, że to niewielka wioska, skąd więc w niej całkiem przyzwoita karczma, ponadto jakiś rycerz w czerwonej zbroi, będący kapitanem straży (w wiosce straż?). Dodam jeszcze, że Odrin mówi do głównego bohatera, że ta wioska to zaledwie kilka chat, a potem wspominasz, jako narrator, że dotarcie do chaty Odrina zajęło niecałe pięć minut. Te kilka chat jest tak mocno porozrzucanych?

Potem lecisz anachronizmem, bo chcesz, żebyśmy wierzyli, że to klimat mniej więcej średniowieczny, a córka Odrina ma swój własny pokój w chacie, bawi się lalkami jak współczesne dzieciaki a nie zapiernicza w polu, bo w końcu ma juz dziewięć lat. W pokoju ma łóżko i obrazek oprawiony w ramkę – tutaj mocno przegiąłeś, bo to oznacza, że papier jest powszechny, Odrina na niego stać, a w dodatku jeszcze ma skądś przybory piśmiennicze i oprawia w ramki bazgroły córki. Mieszasz współczesne realia ze średniowieczem i to cholernie źle wygląda, brzmi i jest nie teges.

Chłopczyk pod łóżkiem to kolejne przegięcie – skąd on się tam wziął? Czekał od kilku dni? Nawet jeśli przylazł po lalkę, jak deklaruje, ale Ty napisałeś, że to było kłamstwo, to czemu dopiero teraz po nią przyszedł? On tam jest, bo tak pasuje autorowi, który chce jakoś śledztwo pchnąć naprzód, a nie bardzo wie jak. W dodatku motywacja chłopca, kiedy już ją wyjawia bohaterowi, jest śmieszna, nielogiczna i infantylna.

Potem jest Żelazny Stok, do którego – to wynika z narracji – bohater pojechał sam, potem powalczył z kukiełkami antagonisty, a na koniec odnajduje Sylvie i wdaje się w pyskówkę. Skąd tam się wziął Odrin? Biegł za bohaterem i dlatego dotarł później? Skąd wiedział, że bohater jedzie do Żelaznego Stoku?

Sposób oszukania dziewczynki przez demona, czy co to było, też jest dziwny i mi nie leży. Pomysł ograny, ale Ty ograłeś go dość nieporadnie, dlatego się czepiam.

Jedyne, co tak naprawde mi się podoba to końcówka, ta nieświadomie złożona przez ojca ofiara, to jest dobre. Szkoda tylko, że wcześniej jest słabo.

Pomarudziłem, powytykałem i pewnie Cię trochę zniechęciłem. Ale nie o to mi chodzi, żeby cię zniechęcać, tylko o to, by wskazać gdzie popełniasz błędy – Ambush pokazał Ci gdzie językowo kuleje, ja pokazuję gdzie konstrukcja fabularna stoi na lichym fundamencie. Popracuj nad tym, zaplanuj kolejną fabułę, spróbuj krótszej formy na początek, na przykład szorta. Jesli będziesz ćwiczył to się wyrobisz, wiele osób tutaj zaczynało podobnie do Ciebie, a później – jesli zostawali – było tylko lepiej. Więc trzymam kciuki i pozdrawiam serdecznie.

Q

 

Known some call is air am

Outta Sewer…

Dzięki za długi komentarz i pokazanie mi, gdzie jeszcze muszę nadrobić swój warsztat. Jednakże chciałbym również dokonać kilku sprostowań, odnośnie tego, co powiedziałeś.

  1. Nie wiem, dlaczego wydaje ci się, że Redrick jest Mary Sue. To człowiek, który zrobi wszystko, by zrealizować zlecenie, włącznie z krzywdzeniem innych. Z założenia natomiast Mary Sue to bohater, który ma same zalety i jedynie drobne wady. Wydawało mi się, że Redrick to bardziej negatywny bohater, ale może ja się mylę?
  2. Rycerz w wiosce może rzeczywiście nieprzemyślany, natomiast długi czas potrzebny na dojście do chaty został wyjaśniony. Redrick ociągał się, jak tylko mógł, co nawet zauważył Odrin, który zaczął niecierpliwie wzdychać.
  3. Co do wystroju pokoju córki, może rzeczywiście przesadziłem z tym obrazkiem i oddzielnym pokojem, ale wydaje mi się, że nawet w średniowieczu dzieci miały lalki (takie z drewna i jakichś starych szmat).
  4. Chłopiec początkowo miał podglądać zza okna, ale ostatecznie postawiłem na aspekt z łóżkiem (widocznie niepotrzebnie). Jego motywacja jest infantylna, bo to w końcu mały chłopiec, który chciał tylko pobawić się lalkami!
  5. Myślałem, że to oczywiste, że Odrin śledził bohatera do Żelaznego Stoku. Jako zmartwiony ojciec po prostu nie mógł po prostu siedzieć i czekać z założonymi rękami.
  6. A co do Twojego początkowego równania, może masz trochę racji. Kiedy teraz to czytam, zalatuje trochę Wiedźminem, to prawda. Co do Daredevila jednak, nie zgodziłbym się. To, co ich łączy, to brak wzroku, ale Redrick ma mnóstwo umiejętności, których Matt Murdock nie posiada (jak chociażby czytanie emocji z przedmiotów, czy częściowe wyłapywanie myśli).

No to tyle, co chciałem napisać. Oczywiście zgadzam się z Tobą, że przede mną długa droga i sam zauważyłem dużo nieścisłości, ale mam nadzieję, że mój komentarz trochę przekona Cię do mojego tekstu. Tymczasem ja wracam szlifować warsztat!

Pozdrawiam

Yo! :)

 

  1. Marry Sue to też postać, która umie wszystko, wszystko jej wychodzi, nikt nie podskoczy, ma jakieś niesamowite cechy i tak dalej. Końcówka, jak wspominałem, zaciera to wrażenie, bo Reddick (Riddick? W sumie pasuje) jednak ucieka i nie daje sobie rady z demonem.
  2. No dobra, ociągał się Reddick. Mam siedmioletniego syna, który nawet jak sie ociąga to w pięć minut jest w stanie przebyć spory kawałek drogi. U Ciebie te “kilka chat” to musi być w sporej odległości od siebie, skoro idąc wolno dorosły mężczyzna musi mieć pięć minut na dojście do którejś od karczmy. A jesli chaty są tak porozrzucane, to ja nie wiem, czy to można wsią – jak na śrdnioweczne standardy – nazwać.
  3. Miały. Ale dzieci wieśniaków raczej zapierniczały w polu od najmłodszych lat, zamiast bawić się z rówieśnikami lalkami. No dobra, tę lalkę jeszcze przełknę.
  4. Nawet jesli chłopak podglądał zza okna, to ciekawe, że akurat, kiedy był tam Reddick. To nadal się logicznie nie skleja, to jest ciąg przypadków, które leżą autorowi, bo pchają fabułę naprzód. I iwerz mi, dziewięciolatek potrafi mieć o wiele silniejszą i mniej infantylną motywację, niż ta zaprezentowana. A już na pewno średnioweczny dziewięciolatek, nawykły do pracy i zachowywania się powoli jak dorosły.
  5. Nie, to nie jest oczywiste. Druga sprawa taka, że Reddick jedzie do wioski Błazna konno – co on, sobie spokojnie tak jechał? Odrin musi pylac pieszo. Zaznacz w tekście, że zaczął śledzić Reddicka, to problem zniknie.
  6. Nadal Matt Murdock, tylko z featurami Mordimmera Madderdina z cyklu Piekary. Jeszcze “ślepa furia” przychodzi na myśl. No i “Pitch black” skoro już mamy Reddicka ;)

Niestety, Twój komentarz mnie do tekstu nie przekonał. Jedyne, co mogłoby mnie przekonać, to przebudowanie kilku motywów, umocowanie ich logicznie w świecie i doszlifowanie. I powtórzę raz jeszcze: niech Cię mój nie najlepszy odbiór nie zniechęca :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Nowa Fantastyka