- Opowiadanie: Krokus - Ręczniczek, kostnica, dziewczyna, śnieżyca

Ręczniczek, kostnica, dziewczyna, śnieżyca

Podziękowania:

Dla betujących...

Shanti – za to, że się czepiała, choć nie tak strasznie jak ostrzegała

FilipowiWijowi – za to, że była krew :D

Alicelli – za ogrom wyłapanych błędów i nie tylko

Radkowi – za zwrócenie uwagi na kilka istotnych aspektów

 

Dla jurków za konkurs i...

Zanaisowi – za wymyślenie tego tytułu

Irce – za to, że myślałem, że to ona wymyśliła :D

 

Tekst zahacza o prawdziwe wydarzenia, które, jeśli nie są komuś znane, łatwo wygulgać.

 

Miłej lektury!

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Ręczniczek, kostnica, dziewczyna, śnieżyca

Po sie­dem­dzie­się­ciu la­tach życia we­dług wszyst­kich cnót, w służ­bie Bogu, Mi­cha­iłowi było głu­pio, że po­że­gnał swój żywot mię­si­stym prze­kleń­stwem. Nie wy­po­wie­dział go umyśl­nie, a przez ten par­szy­wy ręcz­nik, który za­plą­tał się mię­dzy no­ga­mi. Ostat­nim, co za­pa­mię­tał przed śmier­cią, były zie­lo­ne oczy w kącie umy­wal­ni – chwi­lę póź­niej stał już obok sie­bie. Pa­trzył na wła­sną głowę roz­bi­tą o ka­mien­ną po­sadz­kę, na ro­sną­cą plamę krwi wokół ciała, wy­jąt­ko­wo żwawo po­dry­gu­ją­ce­go w ago­nal­nych drgaw­kach. Nawet nie po­czuł żalu, a je­dy­nie zdzi­wie­nie, że wszyst­ko stało się tak szyb­ko i nie­spo­dzie­wa­nie.

Z przy­kro­ścią przy­jął fakt, że mu­siał długo cze­kać, aż ktoś od­naj­dzie zwło­ki. Był zwy­kłym popem, nie Pa­triar­chą Mo­skiew­skim, a cer­kiew w nie­wiel­kim mia­stecz­ku na Uralu to nie Sobór Chry­stu­sa Zba­wi­cie­la, ale wspo­mi­na­jąc wła­sny żywot, li­czył na odro­bi­nę wię­cej pa­to­su w chwi­li śmier­ci. Szalę go­ry­czy prze­lał Ser­giej – wiecz­nie pi­ja­ny cieć – który zna­lazł ciało i bez ce­re­gie­li za­tar­gał je do cmen­tar­nej kost­ni­cy. Trzasnęły ciężkie, metalowe drzwi i zapadła ciemność.

 

***

 

Igor Dia­tłow, or­ga­ni­za­tor i lider stu­denc­kiej wy­pra­wy na górę Otor­ten, przy­sło­nił pa­pie­ro­sa dło­nią, a drugą kilka razy za­krę­cił krze­si­wem za­pal­nicz­ki. Mru­żył oczy. Ulice i domy mia­stecz­ka Iwdel po­kry­wał śnieg.

Sie­mion Zo­ło­ta­riow, prze­wod­nik grupy, wra­cał z do­bry­mi wie­ścia­mi – mimo mrozu, udało się uru­cho­mić cię­ża­rów­kę i zaraz będą mogli ru­szyć w dal­szą drogę.

– Wiżaj jest osiem­dzie­siąt ki­lo­me­trów stąd ­– po­wie­dział. – Jeśli drogi są prze­jezd­ne, bę­dzie­my na miej­scu za dwie, trzy go­dzi­ny.

Igor wy­cią­gnął pacz­kę pa­pie­ro­sów w stro­nę by­łe­go żoł­nie­rza i za­ofe­ro­wał ogień. Sie­mion za­cią­gnął się z wy­raź­ną przy­jem­no­ścią. Wska­zał na po­zo­sta­łych ośmio­ro stu­den­tów, sie­dzą­cych nie­opo­dal na wła­snych ple­ca­kach i za­śmie­wa­ją­cych się w głos.

– Je­steś ich pe­wien? Wszyst­kich? – za­py­tał.

– Nie ma tu żół­to­dzio­bów. Są tward­si, niż ci się wy­da­je – od­po­wie­dział Igor.

– Dziew­czy­ny też?

Dia­tłow spoj­rzał na znacz­nie star­sze­go od sie­bie prze­wod­ni­ka z głup­ko­wa­tym uśmie­chem.

– Jak chcesz sma­lić cho­lew­ki, to uwa­żaj, żebyś za nimi na­dą­żył.

Ciszę prze­rwał hałas nie­roz­grza­ne­go die­sla, zza za­krę­tu wy­je­cha­ła cię­ża­rów­ka. Śli­zga­ła się w po­śnie­go­wym bło­cie i pod­ska­ki­wa­ła na wy­bo­jach. Sta­nę­ła obok prze­wod­ni­ka, a ten krzyk­nął:

– Wska­ki­wać, cel: góra Otor­ten!

– Cel to Ark­ty­ka, Otor­ten to tylko tre­ning – mruk­nął Dia­tłow.

Zo­ło­ta­riow zmie­rzył stu­den­ta wzro­kiem, ale nic nie od­po­wie­dział.

Zza win­kla po­bli­skie­go domu za­ła­du­nek ob­ser­wo­wa­ły uśmiech­nię­te zie­lo­ne oczy.

 

***

 

Mi­cha­iła obu­dzi­ły dziw­ne dźwię­ki. Dusza znów spo­czy­wa­ła w sta­rym ciele. “Zmar­twych­wsta­łem!” – prze­mknę­ło mu przez myśl, ale czerń do­oko­ła w ogóle nie przy­po­mi­na­ła raju.

Spró­bo­wał wstać. Ude­rzył głową w skle­pie­nie, nie po­czuł bólu. Wy­ma­cał oto­cze­nie: z lewej, na dole i od góry – ka­mień, z pra­wej – nic. Do­szedł do wnio­sku, że leży we wnęce roz­mia­rów trum­ny. Prze­krę­cił się na bok, zrzu­ca­jąc naj­pierw nogi znad ka­mien­ne­go progu, te jed­nak tra­fi­ły w pust­kę i Mi­cha­ił runął na ka­mien­ną po­sadz­kę, przy­gry­za­jąc sobie język. Nie są­dził, że Ser­giej mógł­by się tru­dzić, by unieść ciało aż tak wy­so­ko.

Wziął głę­bo­ki od­dech i po­czuł, jak pył wy­peł­nia mu płuca, ale wcale nie dusi. Stra­cił też węch, a w ustach nie za­znał spo­dzie­wa­ne­go po upad­ku, me­ta­licz­ne­go smaku krwi.

Z pew­no­ścią nie był w nie­bie, ale nie wi­dział też ognia i kadzi z bul­go­czą­cym ole­jem, więc nie tra­fił rów­nież do pie­kła. Może to wciąż sta­dium przej­ścio­we? Prze­cież do­brze się pro­wa­dził, Boga mi­ło­wał, żony nie bił, chyba że za­słu­ży­ła. Czyż za takie życie nie powinien dostąpić zaszczytu nie­ba?

Na­słu­chi­wał. Zlo­ka­li­zo­wał kie­ru­nek, z któ­re­go do­cho­dzi­ły nie­wy­raź­ne dźwię­ki. Po­dą­żał za gło­sem, wy­wra­ca­jąc się co chwi­lę w ciem­no­ści i ka­le­cząc mar­twe ciało. W od­da­li do­strzegł blask. Dłu­gim ko­ry­ta­rzem do­szedł do uchy­lo­nych drzwi, zza któ­rych biła łuna i do­cho­dził ja­zgot nie­zli­czo­nej ilo­ści gło­sów. Się­gnął do me­ta­lo­we­go skrzy­dła i od­chy­lił je. Za­mru­gał. Ha­ła­sy uci­chły. Kulka na pusz­czo­nej w ruch ru­let­ce szu­mia­ła jed­no­staj­nie, by po chwi­li pod­sko­czyć, za­chro­bo­tać i usa­do­wić się w czar­nej dzie­siąt­ce.

Z po­miesz­cze­nia, w któ­rym stało mnó­stwo sto­łów przy­kry­tych zie­lo­ny­m suknem, wpa­try­wa­ły się w niego pary oczu, po­je­dyn­cze śle­pia i puste oczo­do­ły. Dzie­siąt­ki umar­la­ków, oświe­tlo­nych bla­skiem lewitujących świec, mie­rzy­ły go wzro­kiem w mil­cze­niu.

– A ty co? Kota spo­tka­łeś? – po­wie­dział ko­ścio­trup sto­ją­cy naj­bli­żej popa i ro­ze­śmiał się ma­ka­brycz­nie. U jego stóp leżał koci szkie­le­tor i ob­gry­zał łu­ko­wa­tą kość. Ludz­kie żebro.

Echo rozniosło rechot po całym po­miesz­cze­niu, bo­le­śnie ka­le­cząc dumę Mi­cha­iła. Wy­ma­cał twarz. Po­ko­na­nie wszyst­kich prze­szkód rze­czy­wi­ście sfa­ty­go­wa­ło skórę. Czuł od­sta­ją­ce płaty i roz­szar­pa­ne dziu­ry, ale z żad­nej nie ciekła krew.

Nim po­now­nie ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu, wró­cił gwar i znów nikt nie pa­trzył na no­we­go przy­by­sza, wszy­scy za­ję­li się ha­zar­dem. Na nie­mal każdym sto­le po­roz­kła­da­ne były karty do gry, ludz­kie szcząt­ki i inne przed­mio­ty roz­dzie­lo­ne na kupki. Ru­let­ka, poker, oczko i wszyst­ko inne co może duszę ludz­ką po­grą­żyć. Umar­li gra­cze rwali reszt­ki wło­sów z głów, gdy prze­gry­wa­li i wy­bu­cha­li dia­bo­licz­nym śmie­chem w chwi­lach try­um­fu. Pop bło­go­sła­wił utra­tę węchu – wśród tylu ludz­kich szcząt­ków mu­siał roz­no­sić się kosz­mar­ny smród, choć z dru­giej stro­ny pa­no­wał tu po­rzą­dek.

Czyli jed­nak czy­ściec. Czy cho­dzi­ło o to jedno prze­kleń­stwo na sam ko­niec życia? Bez­wied­nie zro­bił dwa kroki do przo­du, chciał się ro­zej­rzeć, spraw­dzić czy jest gdzieś miej­sce dla niego, ja­kieś wyj­ście albo może nie­wiel­ki oł­ta­rzyk czy ikona.

Za ple­ca­mi Mi­cha­iła trza­snę­ły drzwi. Od­wró­cił się, chwy­cił klam­kę i szarp­nął. Bez efek­tu. Po­cią­gnął jesz­cze moc­niej i po­le­ciał do tyłu z me­ta­lo­wym uchwy­tem w dłoni. Gruch­nął ple­ca­mi w pod­ło­gę, podnosząc chmurę kurzu.

Wy­lą­do­wał tuż obok stołu do po­ke­ra. Z góry pa­trzył na niego blady je­go­mość z jed­nym okiem. Za­śmiał się i nogą ode­pchnął przy­błę­dę jak naj­da­lej od sie­bie. Pop ze­rwał się i wle­pił prze­ra­żo­ne spoj­rze­nie w jed­no­okie­go, ale ten pal­ca­mi wy­rwał sobie ząb i rzu­cił na kupkę po­środ­ku stołu. Mi­cha­ił zer­k­nął na klam­kę, którą wciąż ści­skał w dłoni, a potem na drzwi. Po­wo­li zni­ka­ły, ustę­pu­jąc brud­nej fak­tu­rze ścia­ny z czar­nej cegły.

Jesz­cze raz po­wiódł wzro­kiem po po­miesz­cze­niu, szu­ka­jąc choć cie­nia na­dziei. Tylko jeden stół stał sa­mot­nie, z drew­nia­nym pu­de­łecz­kiem na środ­ku. Wzdry­gnął się, choć nie wie­dział dla­cze­go. Od­szedł w kąt, usiadł sku­lo­ny i za­pra­gnął pła­kać, ale żadna łza nie chcia­ła ciek­nąć z mar­twych oczu. Za­to­pił się w pa­cie­rzu.

 

*

 

Nie wie­dział, ile czasu mi­nę­ło. To mógł być dzień, ty­dzień lub kil­ka­na­ście lat. Mo­dli­twy roz­my­ły się w cią­głe mam­ro­ta­nie, aż w końcu ich za­prze­stał. Otwo­rzył oczy. Usiadł przo­dem do sali ka­sy­na i przy­glą­dał się wszyst­kim gra­czom. Nie roz­róż­niał ich, zresz­tą czę­sto zmie­nia­li miej­sca. Nie po­tra­fił spa­mię­tać choć­by naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nej twa­rzy czy… czasz­ki.

W końcu wstał. Tępo pa­trząc przed sie­bie, pod­szedł do stołu z ru­let­ką, sta­nął w dru­gim rzę­dzie ob­ser­wu­ją­cych, badał re­ak­cję umar­la­ków. Nikt nie zwró­cił na niego uwagi. Ręce mu drża­ły, zer­k­nął w górę, jakby chciał szu­kać prze­ba­cze­nia w nie­bie, ale uj­rzał je­dy­nie czerń. Cze­kał, śle­dząc krę­cą­cą się raz po raz kulkę w ru­let­ce. Koci szkie­le­tor otarł mu się o łydkę.

Nagle wy­so­ki ko­ścio­trup rąb­nął dło­nią w stół, aż pa­licz­ki po­le­cia­ły we wszyst­kich kie­run­kach, gdy za­miast na ob­sta­wio­nych czer­wo­nych, kulka ugrzę­zła w czar­nej czwór­ce. Wstał i z chrzę­stem po­szedł w stro­nę stołu do po­ke­ra. Mi­cha­ił wy­ko­rzy­stał mo­ment i wśli­zgnął się na wolne sie­dzi­sko, ubie­ga­jąc cał­kiem do­brze za­cho­wa­ne­go tru­po­sza z dziu­rą w brzu­chu. Nikt nie za­opo­no­wał, nikt nic nie po­wie­dział. Gra to­czy­ła się dalej.

Nie miał czego sta­wiać, pust­ka na stole przed nim aż ra­zi­ła w oczy. Ro­zej­rzał się do­oko­ła. Szkie­le­tor sie­dzą­cy obok wy­giął nad­gar­stek, a pal­cem dru­giej ręki wy­pchnął jedną z ko­stek prze­gu­bu.

– Pa­rzy­ste – po­wie­dział, a kru­pier za­gar­nął kość na od­po­wied­nie pole.

Mi­cha­ił zro­zu­miał. Szyb­kim ru­chem ze­rwał płat skóry z twa­rzy i rzu­cił na „nie­pa­rzy­ste”.

Kru­pier z szy­der­czym śmie­chem za­krę­cił ru­let­ką, pop ob­ser­wo­wał kulkę wę­dru­ją­cą po kole. W ocze­ki­wa­niu aż zwol­ni i los wy­bie­rze nu­me­rek, znów po­czuł, jakby serce wpom­po­wa­ło krew w tęt­ni­ce, aż przy­ło­żył dłoń do pier­si. Cisza, bez­ruch. A jed­nak odniósł wra­że­nie, że… znów żyje.

Kulka pod­sko­czy­ła, zwol­ni­ła bieg, sko­czy­ła i wpa­dła w czar­ną trzy­dziest­kę trój­kę, za­bie­ra­jąc się wraz z ru­let­ką w prze­ciw­nym kie­run­ku.

Nie wie­rzył nawet w mo­men­cie, gdy kru­pier pod­su­nął mu pod nos jego płat skóry wraz z kost­ką szkie­le­to­ra. Nie wie­dział, co ma zro­bić z wy­gra­ną, ale szyb­ko skon­sta­to­wał, że oto ma czym ob­sta­wiać, że nie bę­dzie mu­siał już ob­dzie­rać się z tka­nek.

Po kil­ku­dzie­się­ciu grach nie miał przed sobą nic, a po­nad­to kil­ku­krot­nie mu­siał się­gać po wa­lu­tę ze swego ciała.

Wstał od ru­let­ki i ro­zej­rzał się za inną grą, może taką, która przy­nie­sie mu wię­cej szczę­ścia, może taką, gdzie bę­dzie mógł ob­my­ślić sku­tecz­ną stra­te­gię. Jego wzrok padł po­now­nie na sto­lik w kącie. Za­uwa­żył, że drew­nia­nym pu­de­łecz­kiem jest nic in­ne­go jak zło­żo­na sza­chow­ni­ca. Ktoś trą­cił go ni to przy­pad­kiem, ni to ce­lo­wo.

– Dla­cze­go nikt tam nie gra? – za­py­tał, nie kie­ru­jąc słów do ni­ko­go kon­kret­ne­go.

Kilka oko­licz­nych tru­pów zmie­rzy­ło go wzro­kiem.

– Tam się gra o zbyt wy­so­kie staw­ki – od­po­wie­dział ko­ścio­trup bez choć­by ka­wał­ka tkan­ki ucze­pio­ne­go do bia­łe­go szkie­le­tu.

Mi­cha­ił za­sta­na­wiał się, czy wła­śnie tak koń­czą sza­chi­ści-ama­to­rzy w tym czyść­cu? Ale o ja­kich staw­kach była mowa? Prze­cież znał nie tylko za­sa­dy kró­lew­skiej gry, ro­ze­grał ty­sią­ce bitew na plan­szy w czar­no-bia­łe pola.

 

*

 

– Każdy szczę­ściu do­po­mo­że, każdy dzi­siaj wy­grać może – szy­der­czo re­cy­to­wał kru­pier, roz­da­jąc obec­nym przy stole umar­la­kom po dwie karty do gry w oczko.

Mi­cha­ił zer­k­nął na swoją „rękę” i nie po­czuł nic. Który to już raz? Od ja­kie­goś czasu pod­nie­ce­nie to­wa­rzy­szą­ce ko­lej­nym roz­da­niom gasło.

Dzie­siąt­ka i trój­ka, do­bra­nie wy­da­wa­ło się roz­sąd­nym kro­kiem. Ski­nął kru­pie­ro­wi, ob­ser­wo­wał, jak rzu­co­na re­wer­sem do góry karta sunie po gład­kim, zie­lo­nym stole. Po­ło­żył na niej pa­licz­ki. Był mar­twy. Nie prze­ja­wiał żad­nej emo­cji, żad­ne­go stra­chu przed prze­gra­ną. Spoj­rzał na swoje żebro, które le­ża­ło na stole jako staw­ka.

„Za mało. Ob­sta­wiam za mało” – po­my­ślał, ma­ca­jąc pod­sta­wę czasz­ki. Nie­śmia­ło prze­le­ciał wzro­kiem po sto­li­ku do sza­chów. Po­krę­cił głową i wró­cił do oczka.

Obej­rzał trze­cią kartę. Nic nie po­czuł.

 

*

 

Mi­cha­ił za­uwa­żył, że przy stole do po­ke­ra sia­da­ją je­dy­nie szkie­le­to­ry, na któ­rych zo­sta­ły śla­do­we ilo­ści tka­nek. Szyb­ko zo­rien­to­wał się, że tam tru­po­sze ob­sta­wia­ły naj­wyż­sze kwoty. Wkrót­ce zo­stał eta­to­wym gra­czem. Kilka efek­tow­nych prze­gra­nych ogo­ło­ci­ło jego kości.

Pa­trzył na obec­ną roz­gryw­kę pu­sty­mi oczo­do­ła­mi i rad był, że już dawno prze­grał swoje gałki ­– z dwóch czar­nych za­głę­bień w czasz­ce nikt nie mógł od­czy­tać emo­cji. Te to­wa­rzy­szy­ły mu jed­nak coraz rza­dziej, na nic nie zdało się pod­no­sze­nie staw­ki.

Kru­pier roz­dał karty.

Mi­cha­ił wcze­śniej nie tra­fił na taką rękę, ale dawno też mi­nę­ły czasy, gdy mogło go to ucie­szyć.

– Pas – po­wie­dział i prze­su­nął karty na śro­dek.

Wstał bez słowa i sta­nął obok stołu z sza­chow­ni­cą. W ka­sy­nie na­sta­ła cisza. Spe­szo­ny Mi­cha­ił ro­zej­rzał się – wszy­scy na niego pa­trzy­li, łącz­nie z ko­tem-szkie­le­to­rem.

Pop od­wró­cił się i od­szedł w kąt. Tru­po­sze od­ży­ły i gra to­czy­ła się dalej.

 

***

 

– Nie może iść dalej – po­wie­dział Sie­mion.

Na twa­rzy Ju­ri­ja Ju­di­na ma­lo­wa­ła się wście­kłość i nie­do­wie­rza­nie. Igor Dia­tłow przy­pa­try­wał się przy­ja­cie­lo­wi, ski­nął głową. Jurij za­klął siar­czy­ście, ale wie­dział, że prze­wod­nik ma rację – na tak trud­ną trasę nie mogli ry­zy­ko­wać za­bra­nia kogoś z za­pa­le­niem sta­wów.

– Wró­cisz do Wi­ża­ju – po­wie­dział Igor. Jurij opu­ścił wzrok i za­ci­snął usta. – Otor­ten to tylko tre­ning, na­stęp­nym razem pój­dziesz z nami.

Na widok od­da­la­ją­ce­go się od grupy stu­den­ta, zie­lo­ne oczy zwę­zi­ły się wście­kle. Za­miast peł­nej dzie­siąt­ki, zo­sta­ło ich le­d­wie dzie­wię­cio­ro.

 

***

 

Mi­cha­ił, gdy wresz­cie postanowił, zro­bił to szyb­ko. Nikt nic nie po­wie­dział, nikt go nawet nie za­uwa­żył, a pop już sie­dział przed sza­chow­ni­cą i cze­kał na prze­ciw­ni­ka. Po­gła­dził drew­nia­ne pu­deł­ko, otwo­rzył. Fi­gu­ry roz­sy­pa­ły się po stole, czar­ny lau­fer spadł na pod­ło­gę. Pop schy­lił się po niego, a gdy znów pod­niósł głowę, na­prze­ciw­ko sie­dzia­ła ona. W my­ślach bło­go­sła­wił brak oczu, li­czył, że na gołej czasz­ce nie widać cie­nia stra­chu.

A prze­ciw­nicz­ka była oso­bli­wa. Oso­bli­wa jak na miej­sce, w któ­rym się zna­la­zła, bo zu­peł­nie do niego nie­przy­sta­ją­ca.

Biło od niej życie. Skóra przy­brą­zo­wio­na słoń­cem i pod­su­szo­na wia­trem, a jed­nak wciąż gład­ka, hoj­nie nakrapiana pie­ga­mi, jak twarz wie­śniacz­ki, ale ta­kiej, o któ­rej marzą wszy­scy chło­pi w oko­licz­nych wsiach. Nie widać było naj­mniej­szych oznak roz­kła­du ciała, żad­nej otarć, wy­rwa­nych mię­śni, na­rzą­dów, czy kości. W sza­rej, lnia­nej sukni, opi­na­ją­cej biust, ale szczel­nie kry­ją­cej de­kolt, wy­glą­da­ła, jakby szy­ko­wa­ła się na do­żyn­ki. Uśmie­cha­ła się z nie­śmia­ło­ścią nie­pa­su­ją­cą do de­li­kat­nych rysów twa­rzy, a zie­lo­ne oczy mó­wi­ły, że chcia­ła stąd uciec, a prze­cież oczy kła­mać nie mogą.

Mi­cha­ił spo­dzie­wał się in­ne­go prze­ciw­ni­ka, bar­dziej wy­ma­ga­ją­ce­go. Cóż o kró­lew­skiej grze może wie­dzieć chłop­ska dzier­lat­ka? Przy­gar­nął do sie­bie białe fi­gu­ry i za­czął roz­sta­wiać na plan­szy. Opo­nent­ka to samo za­czę­ła robić z czar­ny­mi, ale znacz­nie wol­niej.

– Król i kró­lo­wa – od­chrząk­nął, wska­zu­jąc dwie czar­ne fi­gu­ry pal­ca­mi i ro­biąc ruch dło­nią, jakby za­mie­niał je miej­sca­mi. Ty­po­wy błąd ama­to­ra.

Dziew­czy­na ner­wo­wo chwy­ci­ła dwie bier­ki i wzro­kiem szu­ka­ła po­twier­dze­nia. Pop ski­nął, ale czar­ny het­man wy­padł z pal­ców wieśniaczki.

Gdy wszyst­kie fi­gu­ry stały już na swo­ich miej­scach, ru­szy­ła pion­kiem o jedno pole.

– Białe za­czy­na­ją – po­wie­dział Mi­cha­ił. – I mu­si­my jesz­cze usta­lić staw­kę.

Dziew­czy­na, z niepewnym uśmiechem unio­sła rękę, jakby za­sta­na­wia­ła się, czy cof­nąć ruch.

– Czego sobie ży­czysz? – powiedziała i za­wie­si­ła głos. – Mo­żesz pro­sić, o co chcesz, panie.

Jakże inaczej brzmiał jej głos od sko­wy­tu, jęku i re­cho­tu po­zo­sta­łych gości ka­sy­na. Choć mó­wi­ła cicho, to dźwię­ki me­lo­dyj­nie wi­bro­wa­ły na ko­ściach popa. Po raz pierw­szy od dawna coś po­czuł. Tę­sk­no­tę za swą cie­le­sno­ścią, za mło­do­ścią, za bez­tro­ską. Ważył w my­ślach staw­kę. Dawno nie grał, ale też prze­ciw­nik nie wy­da­wał się sta­wiać po­przecz­ki wy­so­ko. Koci szkie­le­tor otarł się o jego łydkę.

– Chcę znów za­sma­ko­wać wina, tak jak kie­dyś, jak byłem żywy. – Zde­cy­do­wał się za­cząć od niż­sze­go pu­ła­pu.

Spu­ści­ła wzrok. Pa­trzy­ła w stół przed sobą.

– Twoje szó­ste i siód­me żebro z lewej, panie – od­po­wie­dzia­ła. – Tylko tyle. Zga­dzasz się, panie?

Par­sk­nął. To ma być wy­so­ka staw­ka? Ski­nął głową na zgodę.

Za­czął nieco ase­ku­ra­cyj­nie, ba­da­jąc prze­ciw­nicz­kę. Ważył każde po­su­nię­cie, wie­trząc pod­stęp, ale już po ósmym ruchu zro­zu­miał, że żad­ne­go nie bę­dzie. Dziew­czy­na znała je­dy­nie za­sa­dy gry, o stra­te­gii nie mogło być mowy. W końcu za­sza­cho­wał króla ko­niem – je­dy­nym wyj­ściem było ucie­kać, jed­no­cze­śnie po­świę­ca­jąc kró­lo­wą. Dziew­czy­na ner­wo­wo się­gnę­ła ręką, by wy­ko­nać ruch, ale trą­ci­ła sza­chow­ni­cę i roz­sy­pa­ła fi­gu­ry do­oko­ła. Uśmiech­nę­ła się prze­pra­sza­ją­co. Mi­cha­ił wpa­try­wał się w jej prze­stra­szo­ne oczy.

– Nie pa­mię­tam, jak stały fi­gu­ry – po­wie­dzia­ła.

Mi­cha­ił za­śmiał się pod nosem.

– Ale ja pa­mię­tam – od­po­wie­dział, po czym jedną po dru­giej, za­czął usta­wiać białe i czar­ne na od­po­wied­nich po­lach. – Tak łatwo się nie wy­mkniesz.

Gdy skoń­czył, dziew­czy­na przy­gry­zła wargi, po­pa­trzy­ła na plan­szę, potem na prze­ciw­ni­ka. W końcu jed­nym, zde­cy­do­wa­nym ru­chem prze­wró­ci­ła swo­je­go króla i ode­szła od stołu.

– Wino! Gra­li­śmy o wino! – krzy­czał za nią Mi­cha­ił, ale nie re­ago­wa­ła.

Szyb­ko wto­pi­ła się w tłum, a chwi­lę póź­niej już jej nie wi­dział. Gdy znów spoj­rzał na stół, stał na nim gli­nia­ny dzba­nek. Na­chy­lił się, zo­ba­czył swoje od­bi­cie w czer­wo­nym pły­nie i po raz pierw­szy od śmier­ci po­czuł za­pach: kwa­śny i owo­co­wy, lekko cierp­ki. Chwy­cił na­czy­nie obie­ma rę­ka­mi, pod­niósł do ust i za­marł. Czy w ogóle może pić? Zo­stał z niego nie­mal sam szkie­let, żad­ne­go gar­dła, prze­ły­ku, nawet skóry wokół szyi. Czy jeśli wleje sobie napój do ust, ten nie roz­le­je się po bia­łych ko­ściach na pod­ło­gę? A cóż mógł stra­cić? Wzru­szył ra­mio­na­mi i prze­chy­lił dzba­nek.

Cu­dow­ne cie­pło roz­la­ło się po wszyst­kich za­ka­mar­kach wy­bra­ko­wa­ne­go ciała. Świat za­wi­ro­wał nie­współ­mier­nie do ilo­ści al­ko­ho­lu w prze­la­nym trun­ku, znów czuł smak, cie­pło, bez­tro­skę. Wstał i od­szedł w kąt, jak naj­da­lej od in­nych tru­po­szy. Siadł i raz po raz wle­wał w usta wspo­mnie­nia swo­je­go życia.

 

*

 

Pusty dzba­nek po­sta­wił tuż obok sza­chow­ni­cy. Sam zajął miej­sce przy stole i cze­kał. Nagle wpadł na niego jed­no­no­gi ko­ścio­trup, ła­piąc za ra­mio­na i przy­sta­wia­jąc bez­zęb­ną czasz­kę do jego czoła.

– Nie graj – wy­stę­kał.

Mi­cha­ił ode­pchnął nie­pro­szo­ne­go go­ścia i spo­strzegł, że dziew­czy­na sie­dzi już na­prze­ciw­ko. Tak samo nie­śmia­ła, ze wzro­kiem wle­pio­nym w zie­leń blatu.

– Chcę… – po­wie­dział, wlepiając oczodoły w biust skry­ty pod chłop­ską szarą suk­nią. Od­wa­żyć się na aż tyle? Miała ślicz­ną twarz z nie­win­ną miną, nie taką jak Ta­tia­na. Gdy po la­tach wspo­mi­nał żonę, do­strze­gał zimne wy­ra­cho­wa­nie w jej oczach, a w łóżku za­miast na­mięt­no­ści był je­dy­nie obo­wią­zek. Po­trzą­snął czasz­ką. – Chcę być z ko­bie­tą – po­wie­dział, pró­bu­jąc uchwy­cić jej spoj­rze­nie i choć w ten spo­sób za­su­ge­ro­wać to, czego nie po­wie­dział bez­po­śred­nio.

– Twój pierw­szy krąg szyj­ny, panie – po­wie­dzia­ła drżą­cym gło­sem. – Tylko tyle. Zga­dzasz się, panie?

Kot-szkie­le­tor wsko­czył jej na ramię. Mi­cha­ił położył dłoń na po­ty­li­cy i zsu­nął pa­licz­ki w dół, ma­ca­jąc pod­sta­wę czasz­ki. Przeszedł go dreszcz na myśl, że bez tego kręgu od­le­ci mu głowa. Co wtedy? Umrze? Warto w ogóle się za­sta­na­wiać, gra­jąc prze­ciw­ko tak nie­wy­ma­ga­ją­cej rywalce?

– Do­brze – od­po­wie­dział. – Teraz ty graj bia­ły­mi. – I od­wró­cił sza­chow­ni­cę.

Pierw­szych pięć ru­chów dziew­czy­ny nie zwia­sto­wa­ło żad­nej prze­my­śla­nej stra­te­gii, ale ba­cząc na staw­kę, wciąż nie wy­pro­wa­dzał zde­cy­do­wa­ne­go ataku. W trzy­na­stym ruchu za­gro­zi­ła wieży lau­frem. Już miał ucie­kać, gdy spo­strzegł od­sło­nię­tą kró­lo­wą. Z sa­tys­fak­cją strą­cił naj­moc­niej­szą fi­gu­rę dziew­czy­ny. W jego ciem­nych oczo­do­łach nie mogła zo­ba­czyć cie­nia stra­chu, gdy ścią­gał białą kró­lo­wą z plan­szy i do­strzegł lukę, którą otwo­rzył. Ale prze­cież tak słaba za­wod­nicz­ka nie mogła się w tym zo­rien­to­wać, nie wy­glą­da­ło, by po­tra­fi­ła my­śleć kilka ru­chów na­przód. A jed­nak nie zbiła wieży, tylko ru­szy­ła wła­śnie tym pion­kiem, któ­rym trze­ba. To jesz­cze mógł być przy­pa­dek, ale Mi­cha­ił prze­szedł do roz­pacz­li­wej obro­ny. Cały drżał, a kości chrzę­ści­ły jak zęby na mro­zie. Wy­trzy­mał pięć ru­chów. Dziew­czy­na ko­niem zbiła kró­lo­wą.

– Szach mat – po­wie­dzia­ła i po­miesz­cze­nie za­wi­ro­wa­ło wokół Mi­cha­iła.

Łup! Ude­rzył o ka­mien­ną po­sadz­kę. Łup, łup! Zo­rien­to­wał się, że to jego czasz­ka zle­cia­ła z szyi i po­to­czy­ła się wokół stołu. Za­sty­gła tak, że wi­dział swój bez­gło­wy szkie­let, obok któ­re­go stała dziew­czy­na i wpa­try­wa­ła się w krąg szyj­ny, trzy­ma­ny w dwóch pal­cach. Uśmiech­nę­ła się, ale tym razem pa­skud­nie, z za­do­wo­le­niem i wyż­szo­ścią. Scho­wa­ła wy­gra­ną w kie­sze­ni sukni i chwy­ta­jąc obu­rącz za kości po­licz­ko­we, pod­nio­sła czasz­kę Mi­cha­iła. Świ­dro­wa­ła go zie­lo­ny­mi ocza­mi. Teraz sobie przy­po­mniał. Wi­dział te oczy, tam w umy­wal­ni.

– Jeśli chcę, za­wsze wy­gram – za­wie­si­ła na chwi­lę głos. Go­ni­twa myśli pę­dzi­ła po­po­wi we­wnątrz czasz­ki. – My­śla­łeś, że je­stem inna? Śmierć za­wsze jest inna, niż sobie wy­obra­ża­my. I po­tra­fi za­sko­czyć. – Przy­su­nę­ła się bli­żej i po­ca­ło­wa­ła go w białe kości szczęk. – Że­gnaj.

Pu­ści­ła. Łup – łup, łup.

 

*

 

Znów sie­dział pod ścia­ną, ale tym razem nawet nie my­ślał o mo­dli­twie. Trzy­mał rękę na gło­wie le­żą­cej obok resz­ty szkie­le­tu. Nie cho­dzi­ło o kręg czy czasz­kę – zo­stał ob­dar­ty z dumy, ale nie tak jak pierw­sze­go dnia tutaj. Wtedy był nowy, obcy, a teraz prze­grał ze Śmier­cią na wła­snym te­re­nie, gra­jąc w swoją ulu­bio­ną grę. Jak mógł dać się po­ko­nać, dla­cze­go zo­stał tak po­trak­to­wa­ny? Pałał żądzą ze­msty. Chciał od­we­tu dla czy­stej sa­tys­fak­cji – zna­lazł prze­ciw­ni­ka, ja­kie­go trud­no było szu­kać na całym Uralu. Prze­cież nie po­ka­zał pełni swo­ich moż­li­wo­ści, za­sko­czy­ła go, ob­dar­ła z naj­więk­szych atu­tów. Teraz on mu­siał za­sko­czyć ją.

 

***

 

Ośmiu stu­den­tów i prze­wod­nik z tru­dem opie­ra­li się wia­tro­wi, który przy­bie­rał na sile z każdą mi­nu­tą.

– Po­go­da! – prze­krzy­ki­wał szum Igor, krę­cąc głową.

Sie­mion po­ki­wał.

– Je­ste­śmy na prze­łę­czy – od­po­wie­dział. – Po­dejdź­my nieco w górę i roz­bi­je­my na­miot na za­wietrz­nej.

Roz­sta­wie­nie schro­nie­nia w tych wa­run­kach za­ję­ło dru­ży­nie ponad go­dzi­nę. Tuż przed snem Igor i Sie­mion przy­glą­da­li się jesz­cze mapie w świe­tle la­tar­ki.

– Jak bę­dzie trze­ba, po­cze­ka­my i kilka dni. Je­ste­śmy tutaj. – Wska­zał pal­cem.

– Cho­łat­cza­chl. – Igor prze­czy­tał na głos nazwę naj­bliż­sze­go szczy­tu.

– Mar­twa Góra – mruk­nął Sie­mion.

– Co?

– Nic. – Po­krę­cił głową. – Man­so­wie tak mówią na tę górę. Zwy­kła miej­sco­wa nazwa.

Zie­lo­no­oka prze­szła obok na­mio­tu, po­tar­ła opusz­ka­mi pal­ców ma­te­riał – chro­nił na tyle do­brze, że nie miała czego tu szu­kać. Mu­sia­ła zna­leźć spo­sób, by po­ko­nać tę prze­szko­dę.

 

***

 

Mi­cha­ił odło­żył czasz­kę na stół, zwró­co­ną w stro­nę krze­sła i wła­sne­go szkie­le­tu. Gdy już usiadł, a po­zy­cja wy­da­ła mu się do­sta­tecz­nie wy­god­na, znów chwy­cił swój cze­rep i od­wró­cił w stro­nę, gdzie spo­dzie­wał się prze­ciw­nicz­ki. Była już na miej­scu, z kotem na ra­mie­niu.

– Wró­ci­łeś – po­wie­dzia­ła oschle.

Wyraz jej twa­rzy, tych zie­lo­nych oczu, za­sta­na­wiał go naj­bar­dziej. Czy znów bę­dzie grała nie­pew­ną sie­bie wie­śniacz­kę, czy wy­buch­nie ogniem pie­kiel­nym?

Pa­trzy­ła uważ­nie i chłod­no, lekko spode łba.

– My­ślisz, że nie dasz rady być bar­dziej mar­twym, niż je­steś? – za­py­ta­ła. – Że nie stać mnie na wię­cej?

Rzu­cił jej wy­zwa­nie, gdy my­śla­ła, że za­ba­wa skoń­czo­na, że już po nim. Ru­szy­ło ją to. Nie była wy­ra­cho­wa­ną kukłą, jed­nak miała emo­cje. Cał­kiem ludz­kie, jakby nie pa­trzeć.

– Chcę grać o twoje serce – wy­re­cy­to­wał przy­go­to­wa­ną for­muł­kę.

Dziew­czy­na otwo­rzy­ła sze­ro­ko oczy, a kot ze­sko­czył na stół i usiadł obok sza­chow­ni­cy. Sala umil­kła, znów je­dy­nym dźwię­kiem była to­czą­ca się w ru­let­ce kulka. Ko­lej­ne trupy za­czę­ły pod­cho­dzić do sto­li­ka, przy któ­rym za­sia­da­ła wie­śniacz­ka i szkie­le­tor no­szą­cy wła­sną czasz­kę.

– Nie wiesz, o co pro­sisz – wy­sy­cza­ła. – Serce to coś wię­cej niż ko­lej­na tkan­ka, to…

– Mi­łość? Co Śmierć może wie­dzieć o mi­ło­ści?

– A co ty wiesz o praw­dzi­wej mi­ło­ści, popie?

Po­czuł ukłu­cie żalu na myśl o Ta­tia­nie. Żona wy­szła za niego z wy­ra­cho­wa­nia (bo gdzież na Uralu cie­plej niż na ple­ba­ni?), a potem zo­sta­wi­ła i ucie­kła w śnież­ną noc z czer­wo­no­ar­mi­stą. Mi­cha­ił nie od­po­wie­dział na za­czep­kę, mar­twą twa­rzą za­glą­dał w oczy Śmier­ci.

– Od­dasz mi duszę – wy­ce­dzi­ła.

– Prze­cież je­stem mar­twy.

– Czy­ściec to przy­sta­nek w dro­dze nie tylko do góry.

Ze wszyst­kich sił po­wstrzy­mał się przed wzdry­gnię­ciem, pie­kło zaj­rza­ło mu w ciem­ne oczo­do­ły. Ale nie mógł za­prze­pa­ścić ta­kiej szan­sy. Nie w sy­tu­acji, gdy wokół stołu zgro­ma­dzi­li się wszy­scy obec­ni w ka­sy­nie. Nie, gdy wi­dział drżą­ce dło­nie Śmier­ci. Nie uda­wa­ła, był tego pe­wien.

Jedną ręką uniósł czasz­kę ponad sza­chow­ni­cę, drugą prze­su­nął pio­nek na e4. Po­sta­wił na gam­bit kró­lew­ski – par­tia mu­sia­ła być szyb­ka, pod cią­głą pre­sją.

 

*

 

Stra­cił lau­fra i dwie wieże, sa­me­mu bijąc je­dy­nie trzy pion­ki. Udało mu się jed­nak ze­pchnąć Śmierć do de­fen­sy­wy i teraz ini­cja­ty­wa była po jego stro­nie. Ru­szył kró­lo­wą.

– Szach – po­wie­dział.

Dziew­czy­na od kilku ru­chów drża­ła, nie pod­no­si­ła wzro­ku ani na niego, ani na cia­sno oka­la­ją­cych stół ga­piów. Tak cicho w ka­sy­nie nie było nawet wtedy, gdy Mi­cha­ił po­ja­wił się w nim po raz pierw­szy. Śmierć wy­szła z sza­cha, bijąc kró­lo­wą ko­niem, ale mu­sia­ła wi­dzieć, że par­tia jest prze­gra­na. Biały go­niec sta­nął na polu obok czar­ne­go króla.

– Mat.

 

***

 

W jed­nej dłoni trzy­mał wła­sną czasz­kę, w dru­giej serce Śmier­ci. Pom­po­wa­ło nie­wi­dzial­ną krew z wiel­ką za­pal­czy­wo­ścią. Od­sta­wił cze­rep na stół, roz­chy­lił żebra i umie­ścił serce w miej­sce swo­je­go, dawno ro­ze­rwa­ne­go na ka­wał­ki i prze­gra­ne­go w ka­sy­nie.

– Chodź ze mną – po­wie­dzia­ła dziew­czy­na, gła­dząc dło­nią jego kości po­licz­ko­we.

Z twa­rzy dziew­czy­ny znik­nę­ła ner­wo­wość, rysy złagodniały, znów była tą uro­czą wie­śniacz­ką. Wy­cią­ga­ła rękę w za­pra­sza­ją­cym ge­ście. Uległ. Ta­kiej szan­sy nie mógł za­prze­pa­ścić, w końcu wy­grał, nie mogła go spro­wa­dzić do pie­kła. Od­da­ła wła­sne serce, biło teraz tylko dla niego.

Wy­szli z ka­sy­na wprost na Mar­twą Górę, w za­wie­ru­chę. Nie czuł chło­du, wręcz prze­ciw­nie. Od środ­ka ogrze­wa­ła go świa­do­mość, że oto wresz­cie ktoś go kocha, że po tylu la­tach zna­lazł praw­dzi­wą mi­łość, w którą nie mógł zwąt­pić. Po tym, jak Ta­tia­na ucie­kła, żył z prze­ko­na­niem, że nigdy go nie ko­cha­ła. Teraz od­krył to uczu­cie na nowo.

Wśród bieli nie wi­dział nic, ale wie­dział, że nie­da­le­ko pod szczy­tem, nieco ponad bez­i­mien­ną prze­łę­czą, roz­bi­ty jest na­miot, a w nim dzie­wię­cio­ro tu­ry­stów uło­ży­ło się do snu. Po­wie­dzia­ła mu to, nie uży­wa­jąc głosu.

Do­oko­ła za­le­gła noc, gdy po­sta­wił pierw­szy krok w dół zbo­cza. Chcia­ła, żeby to zro­bił, a prze­cież za uczu­cie, któ­rym go da­rzy­ła, za te zie­lo­ne oczy mógł zro­bić wszyst­ko. Mi­łość trze­ba pie­lę­gno­wać.

Szkie­let nie­skrę­po­wa­ny sta­rym cia­łem po­ru­szał się sprę­ży­ście, Mi­cha­ił czuł, jakby mógł prze­no­sić góry. Czym­że miało być dzie­wię­ciu śmier­tel­ni­ków wobec ta­kiej siły? Nie po­trze­bo­wał planu. Wy­star­czy­ło wy­pło­szyć tych ludzi na ze­wnątrz, szyb­ko, tak, by nie zdą­ży­li włożyć ciepłej odzieży. Mróz zbie­rze swoje żniwo, a tych, którzy przeżyją, wykończy osobiście.

Śmierć szła krok za Mi­cha­iłem, wle­pia­ła w ko­ścio­tru­pa zie­lo­ne oczy. Uśmie­cha­ła się z za­do­wo­le­niem. To sztu­ka prze­kuć po­raż­kę w zwy­cię­stwo.

Koniec

Komentarze

Jakoś mnie te kościotrupy i tkanki nie ujęły.

A studentów pod Martwą górą podobno zasypał śnieg.

Hej!

 

Moim zdaniem jest to bardzo fajna opowieść. Przede wszystkim dobrze i bardzo pomysłowo został oddany klimat „nieumarłego kasyna”. Nieźle wychodzi też przeplatanie wątków Michaiła i wyprawy Diatłowa. Zabrakło mi może nieco większego opisu rozwiązania akcji, ale Autor postawił na pewne niedopowiedzenie. ;-)

Dodatkową atrakcją są dla mnie karty i szachy, bo tak się właśnie składa, ze lubię i karty i szachy. ;-) Te fragmenty wypadają całkiem zgrabnie. Choć sam motyw pojedynku między określonymi przeciwnikami (żeby nie spojlerować) jest dość oklepany, to gra była o nietuzinkowe stawki.

Czyta się bardzo dobrze. Nie ma dłużyzn, bohaterowie (Michaił i tytułowa Dziewczyna) zostali wykreowani należycie. 

Z czystym sumieniem mogę zatem polecić do zbioru B. :-)

 

Pozdrawiam, no i powodzenia w konkursie!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Cześć, Ambush!

 

Dzięki za wizytę i komentarz. Liczyłem się z tym, że to może nie wszystkim podejść, choć ograniczyłem treści ocierające się o makabrę.

A studentów pod Martwą górą podobno zasypał śnieg.

Takie jest najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie, ale… tekst wcale nie przeczy takiej kolei rzeczy ;)

 

Witaj ponownie, Filipie!

 

Zabrakło mi może nieco większego opisu rozwiązania akcji, ale Autor postawił na pewne niedopowiedzenie. ;-)

Wiem, wiem :) miałem to na uwadze, ale ostatecznie zdecydowałem się zostawić przestrzeń tym wydarzeniom.

Czyta się bardzo dobrze. Nie ma dłużyzn, bohaterowie (Michaił i tytułowa Dziewczyna) zostali wykreowani należycie. 

No cóż… masz w tym swój udział ;)

Dziękuję jeszcze raz za wzorową betę, za komentarz i polecajkę. A o konkurs się nie martwię – to już teraz zmartwienie jurków :D

 

Pozdro!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Będzie krótko, bo wiele powiedziałam już na becie :)

 

Finalna wersja wyszła naprawdę fajnie – kasyno dla umarlaków, martwy pop, śmierć i Śmierć. 

Biorąc pod uwagę jak trudny miałeś tytuł, to naprawdę ciekawie to ograłeś i to chyba najpierw mnie kupuje w Twoim opowiadaniu. Ten miks i w sumie pokazanie jak oryginalnie można to ograć.

 

Zgłaszam do biblioteki oczywiście :)

Witaj.

Genialny tekst, wielkie brawa, zaraz go zgłaszam, gdzie trzeba. :))

Rewelacyjna sprawa! Jakież emocje! Rozgrywka popa z Zielonooką, stawki w kasynie-czyśćcu, życiorys Michaiła, postępek żony, emocje dwojga graczy podczas kolejnych partii… 

Chyba nigdy nie czytałam jeszcze o zielonookiej Śmierci. :)

Miałam luźne skojarzenia z przeczytanym przed laty, wstrząsającym artykułem o tragicznej wyprawie młodych Rosjan w góry – wszyscy zginęli w tajemniczych okolicznościach, oczywiście media rozpisywały się o Yetim. :) A to mógł być także Michaił z sercem Zielonookiej. :))

 

Z technicznych:

– Wrócisz go Wiżaju – czy tu miało być do?

 

Pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia. :)

Pecunia non olet

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Fajnie, fajnie, ale jest kilka ale. Był już na forum tekst o Przełęczy Diatłowa (bodajże Belli), był o graniu w szachy ze Śmiercią (i to chyba niejeden). Czyli złożyłeś dwa znane wątki. Co gorsza – wiadomo, jak musi się skończyć jeden z nich. Złożyłeś je w sposób nietuzinkowy i interesujący, tylko że po spotkaniu dwóch poważnych wątków wyszła groteska. Jak sobie wyobraziłam tego wybrakowanego kościotrupa latającego po namiotach…

Nie twierdzę, że tekst nie ma zalet, bo ma. Tylko trafiłeś na czytelnika, który za dużo już tu poznał i ta groteska mi jakoś nie siadła.

Acz doceniam dopasowanie do tytułu.

by nie zdążyli ubrać ciepłego odzienia.

Odzienia się nie ubiera. Ani nie odziewa…

Babska logika rządzi!

Uff, trochę się nazbierało, więc po kolei!

 

Shanti,

Dziękuję za pobetową wizytę, a przede wszystkim za samą betę! Cieszy mnie oczywiście również dobre słowo na temat samego tekstu :)

 

Bruce,

Dzięki za wizytę i miły komentarz :)

Chyba nigdy nie czytałam jeszcze o zielonookiej Śmierci. :)

Właśnie taka miała być – nieco inna, mniej stereotypowa, w tekście, gdzie stereotypów i ogranych motywów jest kilka :)

Miałam luźne skojarzenia z przeczytanym przed laty, wstrząsającym artykułem o tragicznej wyprawie młodych Rosjan w góry – wszyscy zginęli w tajemniczych okolicznościach, oczywiście media rozpisywały się o Yetim. :) A to mógł być także Michaił z sercem Zielonookiej. :))

Prawdopodobnie mówisz o tym samym :) Jest sporo artykułów na ten temat, możesz sprawdzić pod wikipedią: Tragedia na przełęczy Diatłowa.

 

A literówkę poprawiłem – dzięki!

 

Irko, Zanaisie,

Witam serdecznie Jurków! Życzę owocnego dedlajnu :D

 

Finklo,

Ani trochę nie próbuję udawać, że jest oryginalnie :P Tutaj o przełęczy Diatłowa nie czytałem, ale to w końcu dość podatny temat. A szachy ze śmiercią to temat ograny nie tylko na portalu :) Fakt, że mogła wyjść niezamierzona groteska – cóż :P nie pykło :D

Z założenia kościotrup nie miał biegać po namiocie, a raczej wspomagać zjawiska, jak np. lawinę – Ambush wspomniała już najbardziej prawdopodobną przyczynę tragedii. Nie chciałem tu pisać wprost co i jak się wydarzyło, bo… nie wiem :)

Acz doceniam dopasowanie do tytułu.

A, dziękuję :D

Dzięki w ogóle za wizytę i komentarz :)

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Irko, Zanaisie,

Witam serdecznie Jurków! Życzę owocnego dedlajnu :D

O, tak, tak, to ten artykuł.

Brawa raz jeszcze i bardzo dziękuję. :)

Pecunia non olet

Hej,

 

Trzeba przyznać Finkli rację, że zarówno temat tragedii na przełęczy Diatłowa, jak i motyw gry w szachy ze śmiercią to nic nowego, niemniej dawno nie czytałem opowiadania z taką przyjemnością. Jest napisane bardzo poprawnie i przystępnie, czytelnik nie ma prawa zgubić się w akcji, ale z drugiej strony nie jest też zbyt proste, lecz w sam raz, przynajmniej jak na moje możliwości percepcyjne. Jedyne, czego mi zabrakło, to odrobinę więcej na temat związku Michaiła z Tatianą, bo jest opisany nieco schematycznie. Puenta nie jest może niesamowitym twistem, ale elegancko zgrywa się z hipotezą o Yeti :)

 

Polecę opowiadanie do biblioteki.

 

Pozdrawiam!

 

Podoba mi się sposób, w jaki piszesz, to czyta się naprawdę bardzo dobrze.

Zgodzę się, że pojedynek ze śmiercią to zgrany motyw, ale że odbywał się w kasynie dla żywych trupów, gdzie funkcję żetonów pełniły fragmenty martwych ciał, nawet tego nie zauważyłem. Ze sporym zaciekawieniem śledziłem grę popa i byłem ciekaw, w jaki sposób połączysz dwa wątki opowiadania. Wyszło nieźle, choć po cichu spodziewałem się czegoś bardziej spektakularnego. Ale nie mam zamiaru narzekać, bo w ogólny rozrachunku to zdecydowanie udany tekst, dobrze się przy nima bawiłem.

Pozdrawiam!

Cześć, Drodzy Czytelnicy :)

 

Helmut,

Tak, postawiłem na ograne motywy, zatem oryginalności tu nie ma. Nawet moment z rozsypaniem figur zaczerpnąłem z “Siódmej pieczęci” Bergmana, choć role są odwrócone.

Jest napisane bardzo poprawnie i przystępnie, czytelnik nie ma prawa zgubić się w akcji, ale z drugiej strony nie jest też zbyt proste, lecz w sam raz, przynajmniej jak na moje możliwości percepcyjne.

Bardzo mnie to cieszy, betujący dołożyli tu swoje cegiełki :)

Jedyne, czego mi zabrakło, to odrobinę więcej na temat związku Michaiła z Tatianą, bo jest opisany nieco schematycznie.

To też ciekawa dla mnie uwaga :)

 

Dzięki za lekturę, komentarz i polecajkę!

 

Adamie,

Podoba mi się sposób, w jaki piszesz, to czyta się naprawdę bardzo dobrze.

Podoba mi się ta opinia :D dziękuję

Wyszło nieźle, choć po cichu spodziewałem się czegoś bardziej spektakularnego.

A, widzisz, jeśli chodzi o finał to na becie też mi to wypomnieli i może trzeba było słuchać :P Chciałem zostawić samą tragedię tak tajemniczą jak jest w rzeczywistości, a może trzeba było pójść nieco dalej.

w ogólny rozrachunku to zdecydowanie udany tekst, dobrze się przy nima bawiłem.

No i to dla mnie najważniejsze :)

 

Tobie również dziękuję za lekturę, komentarz i polecajkę!

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć!

 

Moim zdaniem trudny tytulik sobie wybrałeś. Połącznie w spójną fabułę tak różnych słów to duże wyzwanie, ale udało Ci się. Pomysł na kasyno truposzu jest świetny. Początek opowiadania ma trochę czarnego humoru i zdecydowanie wciąga. Wymyśliłeś też oryginalną postać śmierci, bo ona wygląda jak zwykła dziewczyna i na początku udaje niepewność. Część historii dotycząca wyprawy długo wydaje się niezwiązana z akcją, ale potem wszystko się łączy. Najważniejsze jest dla mnie to, że piszesz tak, że wyobraźnia czytelnika aż buzuje. Czytając, miałam przed oczami wszystko – kasyno, kościotrupy, świece unoszące się w powietrzu.

Pójdę zobaczyć do wątku bibliotecznego, czy masz już uzbierane punkty, jeśli nie to dorzucę swój głos :).

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Cześć, Alicello!

 

Moim zdaniem trudny tytulik sobie wybrałeś.

A ja właśnie wybrałem, bo stwierdziłem, że łatwy :P Aczkolwiek proces obmyślania fabuły, która niejako została przez tytuł ustrukturyzowana, był wymagający, ale też satysfakcjonujący. O, takie pisarskie przemyślenia :)

Fajnie, że początek zaciekawił, to i pewnie później łatwiej było czytać, a Śmierć z założenia miała być właśnie taka niepozorna.

Najważniejsze jest dla mnie to, że piszesz tak, że wyobraźnia czytelnika aż buzuje. Czytając, miałam przed oczami wszystko – kasyno, kościotrupy, świece unoszące się w powietrzu.

To uznaję za komplement z tych mocnych. Dziękuję!

A i nie można nie wspomnieć, że do całości historii dołożyłaś swoją solidną cegłę, za co jeszcze raz serdecznie dziękuję!

 

Dzięki też za powtórną wizytę i klikochęci :D

Pozdrowionka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Średnio mi się podobało. Powiązanie grupy Diatłowa z wątkiem Michaiła jest nieprzekonujące. I po co Śmierci szkielet popa by zabrać czyjeś życie? Sama postać Michaiła jest bardzo niewiarygodna. Mówię to jako pop. Jeśli już pisać o naszej braci, to przydałoby się jakieś rozeznanie, żeby nie popełniać gafy jak ta z czyśćcem, którego w Prawosławiu nie ma w ogóle, a eschatologia jest bardzo rozbudowana.

Cześć, Nikolzollernie!

 

żeby nie popełniać gafy jak ta z czyśćcem, którego w Prawosławiu nie ma w ogóle, a eschatologia jest bardzo rozbudowana.

Uu, błąd z tych poważnych! Jak będę miał czas to przeredaguję. Fakt, że nie zrobiłem zbyt rozbudowanego research’u, a też nie wiedziałem, że sam jesteś popem. Na przyszłość, będę pamiętał, żeby takich głupot nie pisać.

I po co Śmierci szkielet popa by zabrać czyjeś życie?

W koncepcji jaką przyjąłem śmierć nie jest wszechmogącą, niepokonaną siłą. Można się przed nią chronić, w górach np. poprzez ubranie odpowiednie do warunków, namiot itd. A że kostucha bardzo chciała ich dostać, skorzystała z okazji :)

Szkoda, że nie siadło, ale takie życie pisarczyka :) Dzięki w każdym razie za wizytę i komentarz!

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Nieprzekonująca jest też postawa człowieka wierzącego. Michaił zbyt łatwo wtapia się w towarzystwo truposzy, zaczyna się bawić. Nie próbuje zrozumieć, co się dzieje i gdzie się on znajduje. Piszesz, że jest starym kapłanem, który “spędził życie w cnocie”, ale wygląda na to, że w ogóle nie żył wiarą. Zapewniam Cię, że kapłaństwo z biegiem lat mocno odmienia człowieka, choć niekoniecznie czyni go świętym.

Nawiasem mówiąc obecnie słowo “pop” w języku rosyjskim używa się tylko w sensie pejoratywnym (jak “klecha”) lub ironicznym. W Polsce prawosławni też to tak odbierają i uważają, że katolicy o tym wiedzą i specjalnie obrażają ich duchownych.

Nawiasem mówiąc obecnie słowo “pop” w języku rosyjskim używa się tylko w sensie pejoratywnym (jak “klecha”) lub ironicznym.

Pozwolę sobie się nie zgodzić:

https://ru.wiktionary.org/wiki/%D0%BF%D0%BE%D0%BF

w pierwszym i podstawowym znaczeniu to “prawosławny duchowny” (православный священник).

Pop (поп) ma po rosyjsku tylko wydźwięk potoczny, a nie pejoratywny. Po staropolsku “szaleni są popi” ( https://pl.wikisource.org/wiki/Satyra_na_ksi%C4%99%C5%BCy ) ma wydźwięk taki, jak napisałeś.

Natomiast polscy księża prawosławni, rzeczywiście nie lubią słowa “pop”, a katolicy (i ateiści) o tym nie wiedzą. W mowie potocznej używamy określenia pop na duchownego prawosławnego (po polsku), tak samo jak pastor na protestanckiego. Przynajmniej z tym się na co dzień stykam.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Nie będę się odwoływał do wikosłowników, bo jestem Rosjaninem i zostałem wychowany w kulturze rosyjskiej. Słowo “pop” poczynając od XIX wieku ma wydźwięk pogardliwy, choć rzeczywiście wcześniej było powszechnie używane (zresztą w języku staropolskim wszyscy duchowni do czasów sarmackich nazywali się popami, a świątynie chrześcijańskie wszelkich obrządków – cerekiew). Teraz nie usłyszysz od prawosławnych Rosjan słowo pop – od ateistów, zwłaszcza tych agresywnych, owszem

Nawiasem mówiąc obecnie słowo “pop” w języku rosyjskim używa się tylko w sensie pejoratywnym (jak “klecha”) lub ironicznym. W Polsce prawosławni też to tak odbierają i uważają, że katolicy o tym wiedzą i specjalnie obrażają ich duchownych.

Dodam zatem, że oczywiście nikogo obrazić nie chciałem, a w kulturze, w jakiej ja się wychowałem jest to określenie prawosławnego duchownego. W takim razie jak powinno się mówić, żeby nie używać słowa “pop”?

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

To ciekawe pytanie. Teraz w Polsce na wszystkich mówią ksiądz. W Rosji wierni mówią swiaszczennik (kapłan), a zwracają się “batiuszka” (ojcze, ojczulku). W kontekście twojego opowiadania pop może zostać, bo to czasy radzieckie, chyba lata 60, czas kolejnych prześladowań, a Chruszczow obiecał pokazać “ostatniego popa” w telewizji.

(Ojciec) Michaił powinien był zostać wyświęcony przed rewolucją, a żona powinna od niego zbiec (jeśli z czerwonogwardzistą) to w czasie wojny domowej, kiedy był jeszcze bardzo młody. Później plebania już nie była spokojnym i ciepłym miejscem. Do samej II wojny dążono do całkowitej eliminacji cerkwi. Podczas wojny sytuacja nieco się polepszyła, żeby znowu się pogorszyć pod koniec lat 50. To ja do tego, jaki hart ducha powinien mieć twój bohater. Ludzi słabej wiary wtedy wśród duchowieństwa nie było.

W Polsce popi (przepraszam, ale ja się posługuję słownikiem, nie jestem Rosjaninem) życzą sobie, żeby ich nazywać “ksiądz” albo “ksiądz prawosławny”. Tylko IMHO to jest określenie branżowe jak np.: “formacja ignacjańska” u jezuitów a nie potoczne (ros. разговорное – ładniejsze słowo).

Użycie konsekwentnie słowa “ksiądz” w opowiadaniu po polsku o duchownym prawosławnym, moim zdaniem, mogłoby być mylące.

Może uzupełnię wypowiedź przedmówcy o to, że Związek Bezbożników zaprzestał (faktycznie) działalności w 1941 roku po bitwach granicznych. Prześladowania nieco zelżały, ale i tak były makabryczne w porównaniu z naszymi doświadczeniami w Polsce.

Na obronę autora (Krokusa) dorzucę, że Ural to nie Moskwa, Leningrad ani Kijów – mogło być spokojniej, choć w ZSRR tolerancja dla prawosławia była mniejsza niż na przykład dla islamu.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

W kontekście twojego opowiadania pop może zostać, bo to czasy radzieckie, chyba lata 60, czas kolejnych prześladowań, a Chruszczow obiecał pokazać “ostatniego popa” w telewizji.

Właśnie próbowałem dopasować inne określenie, ale uznałem, że byłoby to mylące, co zresztą zauważył również Radek.

Finał opowiadania jest w 1959 roku, ale sam Michaił mógł umrzeć znacznie wcześniej. Nie wiedział ile czasu minęło od chwili śmierci, do momentu gdy zaczął grać. Gdybym poświęcił więcej znaków na tą przemianę, to opowiadanie znacznie straciłoby na dynamice (no i do tego limit konkursowy), ale rozumiem, że może być to dla Ciebie niezbyt wiarygodne.

A wiesz może gdzie znaleźć jakieś przystępne opracowanie prawosławnego podejścia do życia po śmierci? Czyściec poprawię jak znajdę nieco więcej czasu, może póki co bardziej doraźnie, ale to jest temat, który poruszyłem przy research’u, ale po tym jak nie znalazłem informacji, przyjąłem faktycznie, że nie będzie się zbytnio różnił od katolickiego.

Może uzupełnię wypowiedź przedmówcy o to, że Związek Bezbożników zaprzestał (faktycznie) działalności w 1941 roku po bitwach granicznych. Prześladowania nieco zelżały, ale i tak były makabryczne w porównaniu z naszymi doświadczeniami w Polsce.

O prześladowaniach wiedziałem, ale faktycznie oparłem się o “zaściankowość wsi/miasteczka” na Uralu, co współgrało z drugim wątkiem opowiadania. Niemniej dzięki za info!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Radku, w literaturze prawosławnej i o prawosławiu w języku polskim powszechnie i konsekwentnie używa się określenia “ksiądz” i nie jest to mylące. Taki też tytuł obowiązywał w urzędach PRL w stosunku do kapłanów rzymsko-, grecko-, staro– katolickich oraz prawosławnych. Do pastorów zwracano się per pan, gdyż są osobami bez święceń sakramentalnych. Niestety teraz, w wolnej Polsce, co rusz mówią “pan” (brr) choćbyś przyszedł mundurowo.

Krokusie, jak prosiłeś podaje link do opracowania eschatologii prawosławnej

https://swiadectwoprawdy.wordpress.com/2021/05/05/o-serafin-rose-dusza-po-smierci/

https://www.nexto.pl/upload/publisher/Armoryka/PDF/public/osmy_dzien_tygodnia_demo.pdf

 

Z całym szacunkiem (po polsku tym razem):

Od XIX w. czynniki kulturowe i historyczno-polityczne przyczyniały się do ujemnego nacechowania wyrazu pop. Dodatkowo w zaborze rosyjskim zaznaczał się związek popa (jak każdego urzędnika carskiego) z rusyfikacją[3]. Propaganda bolszewicka wzmocniła jeszcze pejoratywne znaczenie tego słowa i współcześnie bywa ono odbierane jako obraźliwe[4], choć ani Słownik Języka Polskiego PWN, ani Wielki Słownik Języka Polskiego nie kwalifikują go jako nacechowanego ujemnie.

To jest trochę tak, jakby w opowiadaniu wymagać stosowanie “branżowego” określenia na księdza katolickiego: prezbiter. Niby dobrze i można, ale nie bardzo.

R.

Pokój – szczęśliwość; ale bojowanie Byt nasz podniebny

Wcale nie wymagam niestosowania w opowiadaniu słowa pop. W tym konkretnym jest w zasadzie na miejscu. Co innego gdyby pisano o dniu dzisiejszym.

Cześć! Wciągające opowiadanie, długość rozdziałów pięknie dawkuje napięcie, dzieje się – mrugnęłam dopiero, gdy przeczytałam :)

 

Czyściec to przystanek w drodze nie tylko do góry.

Hmmm, no technicznie to tak, tylko do góry – ale rozumiem, że tu bezpośrednio ingeruje postać śmierci, więc wychodzimy niejako z kanonu.

 

Co do ostatecznej rozgrywki – myślałam, że Michaił poprosi o przeniesienie do Nieba, ewentualnie powrót do życia, ta miłość była dla mnie zaskoczeniem. Chciał pokochać śmierć? Skąd mu się wzięło to życzenie?

 

Gratuluję biblioteki, zasłużona. :)

...Pan muzyk? Żebym zryżał!

Cześć, Ghlas!

 

Hmmm, no technicznie to tak, tylko do góry – ale rozumiem, że tu bezpośrednio ingeruje postać śmierci, więc wychodzimy niejako z kanonu.

To sprawa, jak się okazało, nieco bardziej skomplikowana – tak, chciałem żeby śmierć nieco przebudowała nasze spojrzenie na czyściec, ale będę musiał przebudować w ogóle życie po śmierci, by dostosować je do wierzeń prawosławnych.

Co do ostatecznej rozgrywki – myślałam, że Michaił poprosi o przeniesienie do Nieba, ewentualnie powrót do życia, ta miłość była dla mnie zaskoczeniem. Chciał pokochać śmierć? Skąd mu się wzięło to życzenie?

Michaił był już mocno zatracony w grze. Jedynym na czym mu zależało, to po prostu wygrać. Stawka trzymała go “przy życiu” i dając taką, a nie inną stawkę zaskoczył śmierć, co dało mu atut w grze, gdzie zastosował taktykę szybkiego ataku. Właśni o to chodziło, żeby zażyczyć sobie czegoś, czego nikt inny by sobie nie życzył, a jednocześnie, żeby dotknęło to śmierć osobiście.

 

Dzięki za lekturę, cieszę się że wciągnęła, bo właśnie coś takiego chcę pisać :)

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

I co z tego, że motywy znane? Mnie ujęło niebanalne połączenie zdarzeń i to już od chwili kiedy ręczniczek dał początek lawince zdarzeń, pozwalających zaistnieć tak kostnicy jak i dziewczynie, że o śnieżycy nie wspomnę. A że włączyłeś do tego jeszcze trupie kasyno oraz wyprawę studentów – cóż, taki miałeś pomysł na tekst konkursowy i, moim zdaniem, zrealizowałeś go naprawdę nieźle. Krokusie, napisałeś bardzo fajne opowiadanie. ;)

 

– Cel to ark­ty­ka, Otor­ten to tylko tre­ning→ – Cel to Ark­ty­ka, Otor­ten to tylko tre­ning

 

stało mnó­stwo sto­łów przy­kry­tych zie­lo­ny­mi ob­ru­sa­mi… → Raczej: …stało mnó­stwo sto­łów przy­kry­tych zie­lo­ny­m suknem

Nie byłam w kasynie, ale nie wydaje mi się, aby stoły do gry przykrywano tam obrusami.

 

…wszy­scy za­ję­li się ha­zar­dem. Na nie­mal wszyst­kich sto­łach… → Nie brzmi to najlepiej.

 

Miała ślicz­ną buzię z nie­win­ną miną→ Miała ślicz­ną twarz z nie­win­ną miną

Buzię ma dziecko, dorosły, tu dziewczyna, ma twarz.

 

gra­jąc prze­ciw­ko tak nie­wy­ma­ga­ją­cej prze­ciw­nicz­ce? → Nie brzmi to najlepiej.

 

Nie cho­dzi­ło o krąg czy czasz­kę… → Nie cho­dzi­ło o kręg czy czasz­kę

 

po­wie­dzia­ła dziew­czy­na, gła­dząc dło­nią jego kości po­licz­ko­we.

Z twa­rzy dziew­czy­ny znik­nę­ła ner­wo­wość, rysy wy­gła­dzi­ły się… → Nie brzmi to najlepiej.

 

szyb­ko, tak, by nie zdą­ży­li ubrać cie­płej odzie­ży. → W co mieliby ubrać ciepłą odzież?!

Winno być: …szyb­ko, tak, by nie zdą­ży­li włożyć cie­płej odzie­ży.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Reg!

 

Dziękuję za wizytę i komentarz. Bardzo się przy tym cieszę, że tekst przypadł Ci do gustu :) Dziękuję również za zwyczajową porcję wyłapanych błędów – już zostały poprawione :)

Tekst czeka jeszcze mały remont ze względów zaznaczonych przez Nikolzollerna, ale to już po wynikach konkursu.

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Jestem pewna, Krokusie, że po remoncie opowiadanie będzie się prezentować jeszcze lepiej. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 

<Detektywa Lowina zapiski z urlopowych sesji czytania „Tytulików”>

Krokus – Ręczniczek, kostnica, dziewczyna, śnieżyca

Tytuł wybrałeś trudny jak uwiedzenie jeżycy-abstynentki.

Mamy tu dwa główne tematy – śmierć i wizyta w zaświatach prawosławnego księdza oraz wypadek na przełęczy Diatłowa. I tu powiem, że jak to bywa z egzotycznym drinkiem, coś gładko weszło, a coś w gardle stanęło.

Większa część, czyli kasyno w zaświatach oddane pięknie. Aż słyszałem brzęk rzucanych kości (tych do gry i tych drugich). Karty, szachy, ruletka – wyszło pięknie, a stawkę podbijałeś umiejętnie, więc emocje, kiedy Michaił grał z rudą panienką, sięgały zenitu.

Druga część, przełęcz Diatłowa nie dorównuje kasynu i, cóż, została trochę dopasowana do głównej fabuły na siłę. Rozumiem, że chciałeś oddać hasła z tematu, ale wolałbym, aby doszło do dziwnych (właściwie jeszcze dziwniejszych) wypadków w salonie gier. Śnieżyca mogłaby być wściekłością Śmierci (osobiście miałem pecha z rudymi, więc wiem, jakie potrafią być złośliwe), a kostnica to na przykład magazyn w kasynie na wygrane części.

Zakończenie nieco… groteskowe?

Podsumowując, bo mi bar zamkną, czytało się bardzo przyjemnie.

 

Cześć, jurku Zana Lowinie!

 

Cieszę się, że klimat kasyna podszedł, a do tego stawka dobrze szła w górę. Rosyjscy studenci byli faktycznie doczepieni, bo pasowali :P całość miała być wytłumaczeniem całej tragedii, gdzie bardziej istotne były wydarzenia pod ziemią. Natomiast rozumiem dlaczego mogło w gardle stanąć. A zakończenie faktycznie wyszło nieco groteskowo, teraz to widzę :P

Najważniejsze dla mnie, że są pozytywy, i że czytało się przyjemnie.

 

Dzięki za komentarz i konkurs!

 

PS. Jak coś to nie pisałem (chyba), że była ruda :P tylko że miała piegi :D

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Tytuł wybrałeś sobie arcytrudny :) I biorąc tę trudność pod uwagę poszło nad podziw dobrze :)

Część ze śmiercią Michaiła oraz pośmiertnym kasynem bardzo mi się podobała. Gra w szachy ze śmiercią, kiedy już człowiek jest martwy i teoretycznie nie ma nic do stracenia poza i tak rozpadającym się ciałem była urzekająco absurdalna ;)

Przełęcz Diatłowa dla odmiany wygląda na klasyczną doczepkę. No dobra, śmierć chciała mieć studentów, ale przecież i tak by ich kiedyś dostała, więc skąd ta niecierpliwość? A zresztą jak chciała pięknych i młodych, to sama też mogła postraszyć. Może po prostu brakuje tu jeszcze jakiegoś elementu, który by uwiarygodnił ciąg zdarzeń.

Ale generalnie czytało się dobrze, kasyno zajefajne, i w sumie zadowolona z lektury byłam, choć nie na tyle, byś znalazł się w czołówce :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Irko!

 

Przełęcz Diatłowa dla odmiany wygląda na klasyczną doczepkę.

Nie Ty pierwsza tak uważasz, zatem nie pozostaje mi nic innego jak przytaknąć ;)

No dobra, śmierć chciała mieć studentów, ale przecież i tak by ich kiedyś dostała

Tu się nie do końca zgodzę, bo przecież nie jeden człek wędrował po zaśnieżonych górach, biegunach itd. – wielu przeżyło, więc wykorzystała szkieletora, żeby jednak przechylić szalę na swoją stronę.

Może po prostu brakuje tu jeszcze jakiegoś elementu, który by uwiarygodnił ciąg zdarzeń.

 A to wydaje mi się bardzo trafne – po prostu powinno to lepiej wybrzmieć.

Ale generalnie czytało się dobrze, kasyno zajefajne, i w sumie zadowolona z lektury byłam, choć nie na tyle, byś znalazł się w czołówce :)

Baaardzo dziękuję za miłe słowa, cieszę się, że tekst przypadł do gustu, a że nie byłem w czołówce… konkurs konkursem, ale dzięki niemu w ogóle zmobilizowałem się do napisania tego tekstu :) Do tego przeczytałem kilka naprawdę świetnych tekstów, także stąd dziękuję Wam za dobry event :)

A tak swoją drogą – to już któraś opinia, że wybrałem trudny tytuł. Kurka, mi się on wydawał najprostszy :P

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Nowa Fantastyka