- Opowiadanie: BasementKey - Bogu niech będą dzięki

Bogu niech będą dzięki

Hej, hej,

 

Tro­chę to bi­zar­ro, tro­chę weird, a taki w sumie nie wia­do­mo co. Za po­waż­ne na bi­zar­ro i za śmiesz­ne na wierd, takie to klu­czy­zmy wy­my­ślam.

Miej­sco­wo­ści z tek­stu na­praw­dę ist­nie­ją, mam ro­dzi­nę w Bo­gu­sła­wi­cach, cho­dzi­łem do szko­ły w Ko­ni­nie, a uro­dzi­łem się w Ka­li­szu. Jest to zatem opo­wieść na poły au­to­bio­gra­ficz­na, hehe.

 

Dzię­ku­ję be­tu­ją­cym, oba­wiam się jed­nak, że przez te pół roku Wa­sze­go za­an­ga­żo­wa­nia i mrów­czej, co­dzien­nej pracy nie­wie­le się po­pra­wi­ło w tek­ście :/

 

Od­po­wia­dać na ewen­tu­al­ne ko­men­ta­rze będę ra­czej asyn­chro­nicz­nie, a dłu­gość ko­men­ta­rza bę­dzie od­wrot­nie pro­por­cjo­nal­na do szyb­ko­ści mojej od­po­wie­dzi (czy jakoś tak).

 

Po­zdra­wiam wszyst­kich cie­pło!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Bogu niech będą dzięki

 

Bo­gu­sław miał bar­dzo re­li­gij­ną matkę. Znała na pa­mięć całą Bi­blię, dużo się mo­dli­ła, nie grze­szy­ła. Można po­wie­dzieć, że całe jej życie było świa­dec­twem i to takim z pa­skiem. Je­dy­nym nie­pa­su­ją­cym ele­men­tem, za­gię­tym rąb­kiem świa­dec­twa, dziur­ką po pa­pie­ro­sie w pa­pie­rze, brzyd­kim za­pa­chem ta­nie­go druku, oka­zał się wła­śnie Bo­gu­sław. Może dla­te­go matka od­da­ła Bo­gu­sła­wa lu­dziom z ko­lej­ki.

Czym jest ko­lej­ka? Za­cznij­my do tego, że fi­lo­zof i ana­li­tyk biz­ne­so­wy Adam Iwań­ski ze­brał wizje pro­ro­ków, przenajświętsze pisma, re­la­cje, wy­wia­dy do­ty­czą­ce po­now­ne­go przyj­ścia Chry­stu­sa na zie­mię i okre­ślił do­kład­ne miej­sce, w któ­rym ob­ja­wi się Zba­wi­ciel. Wy­pu­ścił do in­ter­ne­tu pod­su­mo­wa­nie swo­ich prze­my­śleń oraz geo­gra­ficz­ne współ­rzęd­ne. Wkrót­ce po­ja­wi­li się pierw­si wy­znaw­cy. Z po­cząt­ku nie­śmia­ło, po­kor­nie jak ba­ran­ki, za­czę­li zaj­mo­wać miej­sca w ocze­ki­wa­niu na po­ja­wie­nie się swo­je­go Pa­ste­rza. Ko­lej­ka.

Wier­ni za­ję­li po­zy­cje w miej­sco­wo­ści Bo­gu­sła­wi­ce, w Wiel­ko­pol­sce, po­mię­dzy Ka­li­szem, Tur­kiem, a Ko­ni­nem. Nie pra­co­wa­li, nie prze­miesz­cza­li się, nie spo­ty­ka­li z ro­dzi­ną czy z przy­ja­ciół­mi; cze­ka­li w ko­lej­ce, cią­gle w tym samym miej­scu, co naj­wy­żej nie­znacz­nie się prze­su­wa­jąc w drep­czą­cym mil­cze­niu. 

Bo­go­boj­ni biz­nes­me­ni fi­nan­so­wa­li za­pa­sy dla wspól­no­ty, a wszel­kie pro­ble­my lo­gi­stycz­ne roz­wią­zy­wał nie­za­stą­pio­ny Adam Iwań­ski, an­ga­żu­jąc pra­cow­ni­ków swo­jej kor­po­ra­cji oraz ko­rzy­sta­jąc z wszel­kiej maści wo­lon­ta­riu­szy. Sam Adam jed­nak nie był człon­kiem wspól­no­ty, nie stał w ko­lej­ce, co wię­cej, nigdy nawet nie po­ja­wił się oso­bi­ście w Bo­gu­sła­wi­cach, żeby po­wie­dzieć "cześć" przy­cią­gnię­tym przez swoje re­we­la­cje ako­li­tom. Nikt nie wie­dział dla­cze­go.

Grupa skła­da­ła się z męż­czyzn oraz ko­biet w róż­nym wieku. Były także dzie­ci, naj­młod­szym był wła­śnie Bo­gu­sław. Wspól­no­ta przy­ję­ła go z ra­do­ścią, wier­ni wy­obra­ża­li sobie Je­zu­sa, który przy­cho­dzi i gła­dzi dzie­cię­cą głów­kę z do­bro­tli­wym uśmie­chem. Nie­mow­lak sta­no­wił gwa­ran­cję do­brych re­la­cji ze Zba­wi­cie­lem, jak ści­ska­ny w ręku bilet na ulu­bio­ny kon­cert czy zie­lo­ny kamyk, nie­od­łącz­ny to­wa­rzysz po­dró­ży po­cią­giem.

Wpraw­dzie opie­ka spo­łecz­na zda­wa­ła się mieć pewne wąt­pli­wo­ści, zwią­za­ne z wy­cho­wa­niem szkra­ba przez nie­mo­bil­nych ko­lej­ko­wi­czów, ale wie­lo­krot­ne kon­tro­le nigdy jakoś nie za­koń­czy­ły się de­cy­zją o ode­bra­niu dziec­ka. Bo­gu­sław miał okrą­głe, ru­mia­ne po­licz­ki, pod­szczy­py­wa­ne przez ko­lej­ko­wi­czów, naj­lep­sze je­dze­nie, fi­nan­so­wa­ne przez Adama i jego spon­so­rów, a nawet ubra­ny był w szwedz­kie ciusz­ki dla nie­mow­ląt, które zda­wa­ły się w oczach in­spek­to­rów osta­tecz­nie roz­wie­wać wąt­pli­wo­ści zwią­za­ne z za­nie­dba­nia­mi w opie­ce nad ma­lu­chem. Ten zaś, wy­da­wał się za­do­wo­lo­ny, zajął miej­sce na końcu ko­lej­ki, pod­trzy­my­wa­ny jesz­cze przez przy­ja­zne ręce, aby wraz z upły­wem lat sta­nąć dum­nie wy­pro­sto­wa­nym w ocze­ki­wa­niu na Zba­wi­cie­la.

A lata mi­ja­ły szyb­ko. Wkrót­ce szko­ły z Ka­li­sza, Turku i Ko­ni­na za­czę­ły ry­wa­li­zo­wać o moż­li­wość na­ucza­nia Bo­gu­sła­wa. Wspól­no­ta pod­ję­ła de­cy­zję, żeby po­cze­kać na ko­lej­ne ofer­ty. Ośrod­ki edu­ka­cyj­ne z in­nych miast w Pol­sce także zło­ży­ły pro­po­zy­cje, po­ja­wi­li się nawet wy­słan­ni­cy szkół za­gra­nicz­nych. Osta­tecz­nie, po kon­sul­ta­cjach ma­ilo­wych i te­le­fo­nicz­nych z Ada­mem, po­sta­wio­no na edu­ka­cję we­wnętrz­ną, dziec­kiem za­ję­li się po pro­stu lu­dzie z ko­lej­ki. Ist­nia­ło zbyt duże ry­zy­ko skazy na tym dro­go­cen­nym klej­no­cie, po­ja­wie­nia się rysy, którą w ela­stycz­nym i po­dat­nym na wpły­wy umy­śle dziec­ka może wy­żło­bić ze­wnętrz­ny świat, agre­syw­nie wcho­dzą­cy z brud­ny­mi bu­cio­ra­mi w ludz­kie wnę­trza, ru­gu­jąc z nich wszel­kie war­to­ści.

Nauka sku­pia­ła się głów­nie na Bogu, a wy­da­rze­nia re­li­gij­ne były kon­tek­stem po­zna­wa­nia świa­ta. Bo­gu­sław uczył się czy­tać na Księ­dze Ro­dza­ju; bio­lo­gia i geo­gra­fia opie­ra­ła się na opo­wie­ściach o wężu, jabł­ku, arce Noego oraz uciecz­ce z Egip­tu; fi­zy­ka opi­sy­wa­ła zja­wi­ska takie jak roz­stą­pie­nie się morza przed Moj­że­szem, zbu­rze­nie murów Je­ry­cha czy cho­dze­nie po wo­dzie przez Je­zu­sa.

Jed­no­cze­śnie ko­lej­ka cały czas się wy­dłu­ża­ła, przy­by­wa­li nowi wier­ni w róż­nym wieku. Do­ra­sta­ją­cy Bo­gu­sław w pew­nym mo­men­cie do­strzegł, czter­na­ście miejsc za sobą, dziew­czy­nę. “Dziew­czy­nę?” – za­py­ta­cie. “Dziew­czy­nę, tak” – od­po­wiem. W końcu krew nie sługa, serce nie woda, a hor­mo­ny nie po­ke­mo­ny… czy jakoś tak.

Dziew­czy­na miała jasne war­ko­czy­ki i dwa duże piegi na nosie. Gdy Bo­gu­sław na nią pa­trzył, czuł cie­pło roz­le­wa­ją­ce się wprost z klat­ki pier­sio­wej na resz­tę ciała. I to cie­pło szło coraz dalej i dalej, aż osią­gnę­ło pew­ne­go dnia ko­niec ję­zy­ka i ślinę na nim, co prze­ło­ży­ło się na pierw­sze nie­zdar­ne słowa ma­ją­ce na celu za­wią­za­nie re­la­cji.

– Chcesz jabł­ko? – krzyk­nął do wła­ści­ciel­ki war­ko­czy­ków Boguś.

– Dzię­ki, mam swoje – od­krzyk­nę­ła.

Było to praw­dą. Mimo że ko­lej­ka ro­bi­ła się coraz dłuż­sza (wów­czas cią­gnę­ła się od Bo­gu­sła­wic aż do Ry­chwa­ła), Adam Iwań­ski nadal dbał o za­opa­trze­nie wspól­no­ty w pro­duk­ty żyw­no­ścio­we, odzież, leki i inne po­trzeb­ne przed­mio­ty.

– A może chcesz ka­wa­łek żebra? – Nie pod­da­wał się Bo­gu­sław.

– Dzię­ki, mam swoje – usły­szał od­po­wiedź.

Jak łatwo się do­my­ślić, edu­ka­cja chłop­ca mocno wpły­nę­ła na jego zdol­no­ści na­wią­zy­wa­nia kon­tak­tów. Przez naj­bliż­szy ty­dzień Bo­gu­sław za­sta­na­wiał się tylko nad jed­nym: za­da­niem py­ta­nia w taki spo­sób, żeby wy­klu­czyć od­po­wiedź “Mam swoje”. Zre­zy­gno­wał z py­ta­nia o imię, kolor oczu, po­cho­dze­nie, za­in­te­re­so­wa­nia. W końcu po­sta­no­wił za­py­tać o coś zu­peł­nie ode­rwa­ne­go od spraw ma­te­rial­nych, a wy­my­ślo­ne py­ta­nie uznał nie tylko za naj­lep­sze, ale rów­nież za godne, takie, któ­rym zyska uzna­nie w oczach wy­bran­ki serca. Ze­brał się zatem w sobie i po kilku dniach mil­cze­nia krzyk­nął czter­na­ście miejsc dalej:

– Jak my­ślisz, kiedy Jezus Chry­stus przyj­dzie do Bo­gu­sła­wic?

– W dupie to mam, mam swoje plany!

Bo­gu­sław był w szoku. Jak można mieć w dupie przyj­ście Chry­stu­sa? Po­cie­szył go facet sto­ją­cy przed nim, czter­dzie­sto­let­ni na oko, pan Mie­cio.

– Nie przej­muj się Boguś. Dziew­czy­na chce zro­bić ka­rie­rę i tyle.

– Jak to, ka­rie­rę?

– Ko­lej­ka od do­brych kilku lat znaj­du­je się w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia me­diów. Przy­cho­dzą zatem tutaj takie różne osoby, pró­bu­ją­ce ogrzać się w bla­sku fle­szy i re­flek­to­rów. Jeśli po­sto­ją wy­star­cza­ją­co długo, to mają szan­sę wy­stą­pić w pro­gra­mie “Ta­niec w ko­lej­ce”, “Ko­lej­ke­rzy”, a kto wie, może nawet za­grać w se­ria­lu “Na Ko­lej­ko­wej” albo “Cierp­nąc od ko­lej­ki”.

– To podłe – obu­rzył się Bo­gu­sław.

– Nie mnie to oce­niać. – Pan Mie­cio wzru­szył ra­mio­na­mi. – Ani tobie, mó­wiąc szcze­rze. Jezus ich oceni, gdy przyj­dzie.

Bo­gu­sła­wo­wi z jed­nej stro­ny zro­bi­ło się smut­no, z dru­giej wizja Je­zu­sa, oce­nia­ją­ce­go na są­dzie osta­tecz­nym za­cho­wa­nie dziew­czy­ny, bar­dzo go po­cie­szy­ła. Zresz­tą po kilku la­tach dal­sze­go ocze­ki­wa­nia w świę­tym ogon­ku, zu­peł­nie za­po­mniał o dziew­czy­nie, cza­sem tylko, kiedy spał na sto­ją­co, ści­śnię­ty po­mię­dzy ludź­mi w ko­lej­ce, śniły mu się dwa duże piegi we­so­ło ba­rasz­ku­ją­ce ze sobą na nie­wiel­kim i śmiesz­nie za­dar­tym nosie.

Co jakiś czas młody Bo­gu­sław prze­su­wał się w ko­lej­ce. Drep­tał kilka kro­ków i za­trzy­my­wał się cen­ty­me­try od ple­ców pana Mie­cia ob­cią­gnię­tych, w za­leż­no­ści od pory roku, ma­te­ria­łem ba­weł­nia­nej ko­szul­ki, weł­nia­ne­go swe­tra czy go­re­te­xem szwedz­kiej kurt­ki nie­prze­ma­kal­nej (dar­czyń­cy ze Skan­dy­na­wii byli za­wsze naj­hoj­niej­si). Wy­cho­wa­nek ko­lej­ki nie wie­dział jak to się dzie­je, że zy­sku­je ko­lej­ne miej­sca, ale cie­szył się, że bę­dzie bli­żej Je­zu­sa, gdy ten zstą­pi na tę zie­mię i od­no­wi jej ob­li­cze. 

Któ­re­goś mroź­ne­go ranka chło­pak obu­dził się z drzem­ki, aby spo­strzec, że przed nim stała obca osoba, niska ma­tro­na w fu­trze.

 – A gdzie pan Mie­cio? – spy­tał Boguś.

– Widzi się z Je­zu­sem.

– Jak to, Pan nasz przy­jął go do sie­bie poza ko­lej­no­ścią? To obu­rza­ją­ce!

– Ano, na to wy­glą­da. Że przy­jął.

Osoby sto­ją­ce za Bo­gu­siem wy­ja­śni­ły mu, że Mie­cio umarł. Nad ranem za­bra­li go wo­lon­ta­riu­sze Iwań­skie­go, któ­rzy roz­no­si­li cie­płe na­po­je, koce i le­kar­stwa. Chło­pak bar­dzo się zmar­twił: naj­pierw skom­pro­mi­to­wa­na dziew­czy­na, teraz bli­ska mu osoba, którą jako je­dy­ną mógł tutaj na­zwać przy­ja­cie­lem. Zo­stał mu już chyba tylko sam Jezus Chry­stus.

W isto­cie wy­da­wa­ło się, że tak wła­śnie się stało. Mimo że skład oso­bo­wy ko­lej­ki cią­gle ro­to­wał, Boguś sta­rał się nie oglą­dać za sie­bie i nie do­strze­gać ni­cze­go poza ple­ca­mi ko­bie­ty w fu­trze. Nie na­dą­żał, a może nie chciał na­dą­żać, za wciąż zmie­nia­ją­cy­mi się twa­rza­mi, za wie­kiem, za ko­lo­rem wło­sów, za ubio­rem, po­sta­wą, dłu­go­ścią rąk, nóg, pal­ców u dłoni. Ko­lo­ro­wy stru­mień osób pły­nął przed jego ocza­mi, Vi­stu­la of hu­mans, Oder hominum, Warta ludz­ko­ści. Bo­gu­sław nie zwra­cał na to uwagi, czę­sto po pro­stu stał z za­mknię­ty­mi ocza­mi i mo­dlił się do je­dy­nej bli­skiej mu osoby: "Jezu ła­ska­wy w ko­lej­ko­wym ko­ście­le, zwra­cam się do Cie­bie, Ty jeden przy­no­sisz mi na­dzie­ję. Przed­sta­wiam Ci, Jezu, wszyst­kie tro­ski mo­je­go serca: ma­rze­nie o dziew­czy­nie z wło­sa­mi w ko­lo­rze złota oraz z panem Mie­ciem na roz­mo­wę ocho­ta. Z po­ko­rą i wiel­ką uf­no­ścią, modlę się do Cie­bie, bo Tyś mą je­dy­ną mi­ło­ścią".

Lu­dzie już nie tylko że­gna­li się w ra­mach co­dzien­nych mo­dli­tew­nych aktów; po kil­ku­dzie­się­ciu la­tach cze­ka­nia coraz wię­cej z nich po pro­stu że­gna­ło się z ży­ciem. Nie­śmiesz­ne, wiem, ale tak wła­śnie było. Inni po­rzu­ca­li ko­lej­kę, wy­ry­wa­ni z niej przez agre­syw­ną co­dzien­ność, in­ten­syw­ną sza­rość co­dzien­ne­go dnia, czy za­bor­czą nudę roz­kła­da­ją­cą duszę od środ­ka. Na ich miej­sce przy­cho­dzi­li nowi i tylko Bo­gu­sław wciąż trwał. Już nie dziec­ko, nie mło­dzie­niec nawet, a męż­czy­zna w śred­nim wieku, który całe życie spę­dził w ko­lej­ce.

W czter­dzie­ste dru­gie uro­dzi­ny Boguś usły­szał za ple­ca­mi roz­mo­wę o Ada­mie Iwań­skim.

– Dla­cze­go nasz do­bro­czyń­ca nigdy się nie po­ja­wia oso­bi­ście?

– Bo tak na­praw­dę go nie ma.

– Jak to nie ma?

– Nor­mal­nie, nie ist­nie­je.

– Umarł?

– Nie, nigdy go nie było, to wy­mysł Żydów, któ­rzy chcą nas po­gnę­bić. Chcą, że­by­śmy stali bez­czyn­nie w ko­lej­ce, za­miast pra­co­wać na swoje zba­wie­nie.

– Ale prze­cież, sto­jąc w ko­lej­ce, mniej grze­szy­my.

– Po­wiedz to Je­zu­so­wi, kiedy przyj­dzie.

– Więc wie­rzysz, że jed­nak przyj­dzie?

– Aaaa, sam już nie wiem, w co mam wie­rzyć.

Za­sad­ni­czo Boguś też nie wie­dział, ale jaki miał wybór? Stał w ko­lej­ce od uro­dze­nia, to było je­dy­ne życie, jakie znał. Gdzie miał pójść, co miał ze sobą zro­bić?

Roz­mów o Ada­mie Iwań­skim sły­szał jesz­cze wiele. Nie­któ­rzy twier­dzi­li, że Adam to sztucz­na in­te­li­gen­cja, po an­giel­sku: “Ar­ti­fi­cial In­tel­li­gen­ce”, na co miały wska­zy­wać jego ini­cja­ły. Inni twier­dzi­li, że musi być ma­so­nem. Jesz­cze inni mó­wi­li, że z pew­no­ścią jest wy­słan­ni­kiem zgni­łej, za­chod­niej ide­olo­gii. Bo­gu­sław nie wie­dział, kim na­praw­dę jest Adam. Wie­dział za to kim jest Jezus, na któ­re­go cze­kał w ko­lej­ce.

Okry­cie ma­tro­ny, która stała przed nim, po kilku la­tach kom­plet­nie wy­li­nia­ło. Ona sama nie znio­sła tru­dów ocze­ki­wa­nia i pew­ne­go wie­czo­ru jej mar­twe ciało za­bra­li wo­lon­ta­riu­sze Adama, odzia­ni w kom­bi­ne­zo­ny z ini­cja­ła­mi A.I. Po tym wy­da­rze­niu Boguś już cał­ko­wi­cie za­mknął się w sobie. Mo­dlił się do Je­zu­sa, wspo­mi­nał Mie­cia i dziew­czy­nę, śnił o wło­skach futra de­li­kat­nie mi­zia­ją­cych mu twarz w trak­cie od­po­czyn­ku na sto­ją­co. Nawet się nie zo­rien­to­wał, że jest pierw­szy w ko­lej­ce, do­pó­ki nie przy­szedł Jezus Chry­stus.

Jezus był odzia­ny w biel, czy może sam był bielą. Takim ko­lo­rem, który jest matką wszyst­kich ko­lo­rów, czy­stym pięk­nem i pięk­ną czy­sto­ścią. Zba­wi­ciel miał spa­da­ją­ce na ra­mio­na mie­dzia­ne włosy i brodę o nieco ciem­niej­szym ko­lo­rze, kon­tra­stu­ją­cą z jasną szatą. Jego oczy przy­wo­dzi­ły na myśl prze­le­wa­ją­ce się wody oce­anów; Bo­gu­sław, kiedy zaj­rzał w te oczy, po­my­ślał o pierw­szych dniach two­rze­nia świa­ta, dźwi­ga­nia kon­ty­nen­tów z wody i za­peł­nia­nia ich ży­ciem.

Mru­gnął i wtedy zo­ba­czył coś wiel­ce oso­bli­we­go. Na­prze­ciw­ko niego stał czło­wiek w czap­ce i ko­żu­chu, opa­tu­lo­ny brą­zo­wym sza­li­kiem. Za tym czło­wie­kiem zaś roz­cią­ga­ła się jak okiem się­gnąć ko­lej­ka in­nych ludzi: od Bo­gu­sła­wic przy­naj­mniej do Ostro­wa Wiel­ko­pol­skie­go. Jezus zwró­cił spoj­rze­nie na sza­li­kow­ca, ten zaś krzyk­nął z ca­łych sił:

– Pan tu nie stał!

Bo­gu­sław zre­flek­to­wał się, że ten oto uzur­pa­tor wal­czy o uwagę Zba­wi­cie­la, o ode­bra­nie łask, przy­na­leż­nych Bo­gu­sio­wi od uro­dze­nia, nie­mal­że od po­czę­cia, a może jesz­cze wcze­śniej – od mo­men­tu, kiedy myśl o nim po­wsta­ła w gło­wie jego bło­go­sła­wio­nej matki. Skur­wy­syn, za­bie­rze mu Chry­stu­sa na za­wsze.

Jezus spoj­rzał na obu męż­czyzn, a na jego kla­sycz­nie pięk­nym ob­li­czu od­ma­lo­wa­ła się za­du­ma, aż mie­dzia­ne włosy unio­sły się nieco od świę­te­go wes­tchnie­nia.

– Fak­tycz­nie nie sta­łem – po­wie­dział i uniósł się wprost do nieba wśród dźwię­ków harf, trąb oraz in­nych in­stru­men­tów szar­pa­nych oraz dę­tych.

Nie­któ­rzy świad­ko­wie tego zda­rze­nia twier­dzą, że aniel­skie chóry od­śpie­wa­ły jesz­cze “Idź­cie w po­ko­ju Chry­stu­sa”, nie ma jed­nak zgody, czy fak­tycz­nie tak się stało.

Koniec

Komentarze

Trochę absurdalne, trochę prawdziwe, trochę straszne.

A trochę przypomina kawał o rycerzu jeżdżącym na koniu, żeby zyskać uwagę księżniczki.

Czytało się przyjemnie.

Babska logika rządzi!

Cześć! 

 

Nie masz łatwo, Kluczu, bo Twój tekst został przytłoczony przez falę grafomańskich dzieł, ale to dobry tekst jest, więc zasługuje na uwagę. Jak nie przepadam za motywami religijnymi, to ten tekst mi się podobał, chyba jestem fanką kluczyzmu. Momentami opowiadanie jest absurdalne, ale zza tego absurdu wyglądają naprawdę poważne wnioski dotyczące ludzkiej natury. Kolejka jest bardzo osobliwa i po przeczytaniu wiele elementów można sobie zinterpretować po swojemu, jak chociażby postać Adama. Udało Ci się zbudować opowieść na wielu płaszczyznach i taką, która nawiązuje do współczesnych problemów społecznych i to nie tylko w kontekście religii czy skrzywionego obrazu moralności. Napisałeś ten tekst tak, że jest po prostu wciągający i zaskakujący, choć wydawać by się mogło, że temat jest dość popularny. Pokazanie go w sposób świeży nie jest proste, więc to też zasługuje na uznanie. Zgłaszam do biblioteki.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Witam pierwszych produkcyjnych czytelników.

 

Finklo, podoba mi się ta interpretacja, własnie takie miało być. A że jeszcze się przyjemnie czytało, to mnie równie przyjemnie jest czytać o tym. Dziękuję!

 

Alicello, tak wpadłem w falę grafomanii, ale nic to, poczekam w kolejce ;)

Bardzo mi miło, że tekst Ci się spodobał, chyba to najbpochlebniejsza Twoja opinia do tej pory, jaką miałem przyjemność otrzymać.

Zmagałem się z tym polem do interpretacji, również z postacią Adama, ale ostatecznie zdecydowałem, że zostawię takie niedopowiedzenie, mi to pasuje, cieszę się, że Tobie również <3

 

Dziękuję Wam, moje drogie za kliki :)

 

Pozdrawiam serdecznie!

Che mi sento di morir

Hej!

 

Filozof i analityk biznesowy jest idealnym materiałem na przywódcę sekty – tworzy jakieś duchowe “mumbo jumbo”, robi ludziom pranie mózgu, a potem kasuje zyski. Ale w przedstawionym świecie sprawy są bardziej złożone i nie można być pewnym motywów Adama Iwańskiego. Co więcej, Adam mógł w ogóle nie istnieć, mógł być postacią stworzoną przez bliżej nieokreślone siły (AI, masonów, albo coś jeszcze innego), po to, żeby manipulować ludźmi. A może nie do końca manipulować, bo Jezus się ostatecznie ukazuje?

Bogusław chciał sławić Boga, i w końcu doczekał się spotkania z Jezusem. Niestety trwało ono krótko, bo ktoś potraktował Zbawiciela jak zwykłego natręta. Albowiem:

Na świecie było [Słowo], a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał.

 

Odebrałem tekst jako nieco pesymistyczną metaforę zagubienia człowieka w świecie. Całe życie stoimy i czekamy, ale nikt do końca nie wie na co i po co (na godota). Podczas czekania w Kolejce, ludzie zachowują się różnie i kierują nimi dziwne motywy (od wzniosłych do materialistycznych).

Podobał mi się tekst. Jest dobrze napisany i trafnie pokazuje “przypadłościowy” charakter istnienia. Zabrakło bardziej optymistycznej konkluzji. No i prawdziwy Jezus myślę, że tak szybko by się nie ulotnił. ;-)

Rozmów o Adamie Iwańskim słyszał jeszcze wiele różnych opinii.

Czegoś brakuje w tym zdaniu.

Witaj, Kronosie!

 

Dziękuję za wskazanie tego feralnego zdania, coś tam zostało z poprzednich wersji :)

 

Ciekawie zreferowałeś tę historię, byłby z tego niezły wstęp, na pewno lepszy niż ja napisałem (nie umiem pisać wstępów).

 

Co zrobiłby prawdziwy Jezus? Interesująca kwestia. Czym/kim zatem był ten Jezus, który się objawił? A może to był jednak on, tylko członkowie kolejki okazali się niegodni łaski obcowania z nim?

 

Cieszę się, że mimo ty h otwartych kwestii, jednak się podobało.

 

Serdecznie pozdrawiam!

 

 

 

 

Che mi sento di morir

Cześć!

 

“Przepiękne” religijne bizarro (piszę to jako średnio praktykujący katolik)! Alegoria z kolejką jest taka polska i całkiem celna, a postawa bohatera dziwnie znajoma. Smutne, miejscami przejaskrawione ale momentami boleśnie prawdziwe. Dobry materiał na kazanie dla księdza o męczenniczych aspiracjach (albo takiego, który chce sprawdzić, czy ktokolwiek jeszcze słucha). Ciekawie – z mojej perspektywy – dobrałeś imiona bohaterów, Bogusław pasuje jak ulał. Końcówka dołuje, bo ludzie dobitnie pokazują swoją ludzką naturę, ale też zachowanie “zbawiciela” jest dosyć niespotykane (Jezus rzadko kogokolwiek słuchał, jedynie czasem zachowywał stoicką wręcz bierność). 

Napisane bardzo zgrabnie, niby z jajem i dystansem, a zarazem pokazuje tragizm położenia bohatera. Początek wręcz bawi, środek wciąga coraz głębiej a końcówka wywołuje gorycz.

 

Pozdrawiam i Polecam do Biblioteki!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Cześć :)

 

Dziękuję Ci pięknie za tak miłe słowa. Gdyby to opko odczytali w kościele, to byłoby naprawdę nieliche wydarzenie :)

 

Moja ulubiona historia z Jezusem, to ta, w której wypędza kupców ze świątyni, może coś kiedyś napiszę o tym, ale to już pewnie będzie (bardziej) obrazoburcze.

 

Końcówka może wywoływać gorycz, ale jest też w pewien sposób otwarta. Wielkie plany i ambitne cele rzadko są tym czym się wydają, kiedy przychodzi do realizacji, to prawda, ale zawsze potem następuje nowe otwarcie (takie lub inne).

 

Dzięki również za kliczka.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Gdyby to opko odczytali w kościele, to byłoby naprawdę nieliche wydarzenie :)

Żyjemy w ciekawych czasach, więc może i do tego dojdzie.

Moja ulubiona historia z Jezusem, to ta, w której wypędza kupców ze świątyni, może coś kiedyś napiszę o tym, ale to już pewnie będzie (bardziej) obrazoburcze.

Będę wypatrywać.

 

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Przeczytałem komentarze, bo przyznaję, że nie zrozumiałem przesłania. Niestety po ich przeczytaniu wiem niewiele więcej. Są jakieś interpretacje, ale nie mniej w nich pytań i gdybań, a sam wylewny nie jesteś. :)

Więc po przeczytaniu nie wiem, jakie powinienem zdać sobie pytanie i jaką refleksję wyciągnąć. Wydaje mi się, że rozumiem, jakiego bohatera chciałeś pokazać. Wtłoczonego w religię, na poziomie niezachwianej wiary, bardziej ze względu na przyjęte wychowanie, niż z własnego wyboru. Widzę w nim odzwierciedlenie części społeczeństwa, która co niedziela drepcze do kościoła na tą samą godzinę i siada w tej samej ławce. Czytając opowiadanie i zachowanie bohatera, miałem wrażenie, że chciałeś przedstawić ich jako osoby bezkrytyczne, o niezachwianej i nieuzasadnionej wierze. I teraz powstaje pytanie, czy rzeczywiście tak jest, a jak nie, to jak jest? I finalnie – po co?

Zwiodłeś mnie weird, ale inaczej go sobie wyobrażam.

Pozdrawiam.

 

Krarze, raczej jakiś drobiazg to będzie. Ale będzie mi miło, jeżeli zajrzysz.

 

Witaj, Darconie!

 

Przykro mi, jeżeli poczułeś się zwiedziony czy wręcz zawiedziony tekstem. Nie było to moim zamiarem.

Weirdiwość tego opowiadania upatruję w swoistym fatum, sile, która wtłoczyła bohatera w jego życie i karmi go okruchami sensu. To taka „dziwność” bardziej kafkowska niż lovecraftowa, choć wiadomo, że poziom inny.

Historia ta związana jest z religią, ale może dotyczyć również innych ważnych kwestii, wokół których ludzie zwykli budować sens swojego życia – pieniędzy, kariery, miłości, a nawet rodziny. W pewnym momencie ten sens może zostać skompromitowany, albo „zabrany”, i co wtedy?

Z drugiej strony trudno mówić o wierze „krytycznej”, wyznawcy mogą zrobić bardzo wiele, żeby sens swojego życia utrzymać, nawet pomimo wyraźnych sygnałów, że jest to droga donikąd. Wg mnie najczęstszym chwytem dla zachowania sensu jest zrzucanie winy na innych – chciałem to oddać w finałowej scenie, można ją interpretować w ten sposób, że facet z drugiej kolejki w bezczelny sposób spłoszył Jezusa, to nie Jezus jest winny, tylko ten drugi, obcy, rywal. Bo zawsze gdzieś jest druga kolejka, o której możemy się dowiedzieć, gdy już będzie za późno.

Tak to sobie umyśliłam, opierając się na swoich i obserwacjach i doświadczeniach, chcę jednak, żeby tekst był otwarty na różne interpretacje, dlatego wiele kwestii pozostawiłem bez odpowiedzi. 

Dziękuję za komentarz, doceniam, że mimo braku „chemii” postanowiłeś dać znać o swoich przemyśleniach.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Sporo z tego co napisałeś można w tekście odnaleźć. Trochę mnie wczoraj przymuliło, inna sprawa, że cały czas zastanawiałem się, czy chcesz tym tekstem wyrazić krytyczny stosunek do wiary i wyznawców (mam na myśli tych bezgranicznie ufnych). Jezusa odnotowałem, choć interpretowałem to w inny sposób. Gdy sama wiara we własną wiarę zaślepia nam wszystko inne. Jak w tym dowcipie.

 

Powódź, wszyscy się ewakują, Jan siedzi samotnie na dachu małego domostwa. Przepływa łódka i ludzie oferują mu pomoc. 

– Chodź z nami, Janie. Jest jeszcze miejsce.

– Nie, Pan Bóg mnie uratuje.

Ludzie odpłynęli, ale po godzinie pojawiła się inna łódka i z niej również oferowano Janowi pomoc.

– Nie, dziękuję. Mnie uratuje Pan Bóg.

W końcu woda zalała domostwo i Jan utonął. Stanął więc z pretensjami przed Panem Bogiem. 

– Boże, dlaczego mnie nie uratowałeś i pozwoliłeś mi umrzeć?

– Dwie łódki po ciebie posłałem, co jeszcze miałem zrobić?

 

Pozdrawiam

Tak, coś w tym jest. Znam przykłady ludzi z mojego otoczenia, którzy uważali się niemal za świętych. Istotą wiary, wg mnie, nie powinna być ona sama, czy kult boskich osób jak Jezus, tylko wartości, które z niej wynikają. Tych wartości raczej nie da się realizować odcinając się od świata i czekając na Jezusa w kolejce. Sądzę, że bóg (Bóg) to inni, to świat a osobista relacja ze światem i ze samym sobą to swoiste wyznanie wiary.

W tym kontekście tekst jest krytyczny wobec wiary praktykowanej jako sztuczny twór, złoty cielec, któremu wierni bezrefleksyjnie oddają cześć na podobieństwo Izraelitów na pustyni pozbawionych opieki Mojżesza.

Nie chciałem jednocześnie, żeby tekst był jednowymiarowy czy bezwględnie krytyczny. Czekanie w kolejce jest w pewnym sensie również poświęceniem i sprawdzianem wierności. Raczej nie ma w niej również fanatyzmu, czy skrajnego wykluczenia członków wspólnoty, np. za grzechy.

Liczę na to, że czytelnik przyłoży pryzmat swoich doświadczeń i oceni bohaterów.

 

Dzięki za dyskusję!

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Doskonale mi się czytało. Trochę groteski, ale chwilami smutnej, trochę złośliwości, bizarro nie bardzo dominuje nad ogólną dziwnością, tym fajniejszą, że wyciągniętą z takiego przyziemnego i mocno w polskim (choć pewnie nie tylko) doświadczeniu kolejkowej wspólnoty i rywalizacji zakorzenione. Podobało mi się, zdecydowanie.

Dziękuję Ci bardzo, Ninedin :) Jest to dla mnie świetna motywacja, kiedy widzę, że się czytelniczce podoba.

Pozdrawiam serdecznie!

Che mi sento di morir

Trudne zadanie mi postawiłeś, BasementKeyu.

Trudne, bo jak tu napisać komentarz, kiedy wszystko w opowiadaniu mi się podobało?

Przede wszystkim tekst jest świetnie napisany. Dawno nie czytało mi się czegoś tak dobrze. Co prawda, jest kilka momentów, w których odczułem, że przeszarżowałeś, jak chociażby te:

W końcu krew nie sługa, serce nie woda, a hormony nie pokemony… czy jakoś tak.

Nieśmieszne, wiem, ale tak właśnie było.

…ale są tak nieliczne, że w ogóle nie rzutują na całość. Sposób wypowiadania się narratora przesycony jest ironią, z odrobiną cynicznego spojrzenia na świat, przenikliwymi, błyskotliwymi spostrzeżeniami dotyczącymi dzisiejszej religijności.

I choć nic nie mówisz wprost – wiadomo, co chcesz przekazać.

Fabuła jest genialna w swojej prostocie, okraszona smaczkami w postaci rozważań nad Andrzejem Iwańskim, pozbawionym sensu i jakże prawdziwym opisem postępowania ludzi, którzy sami powątpiewają w sens kolejki, a jednak w niej stoją, oraz twistem na koniec – klarownym, ale subtelnym. Mamy w nim wgląd w duszę Bogusława, mamy spojrzenie na innego kolejkowicza i obserwujemy reakcję Jezusa. Każda scena jest na miejscu, każda coś nam mówi o nas samych (czy o ludziach, których spotykamy), każda jest niezbędnym elementem całości i przy tym każda jest oryginalna, interesująca. Więcej nie trzeba.

Niedawno na SB toczyły się rozmowy na temat tekstów złożonych z li tylko opisu wydarzeń, czy prawie tylko opisów wydarzeń – i ktoś postawił tezę, że na takie teksty ludzie tu patrzą krzywym okiem, podczas gdy mi wydawało się, że może rzadko trafia się tekst, który jest dobrze napisany w ten sposób? Ty udowodniłeś, że miałem rację.

Podsumowując: błyskotliwe, inteligentne, dopracowane opowiadanie, świetnie napisane, przemyślane i zawierające w sobie dokładnie to, co trzeba. Satyra z umiejętnie dobranym tematem, masą trafnych spostrzeżeń, doskonale wybranymi scenami pod właśnie taką formę, na jaką się zdecydowałeś. Wybitne, choć proste.

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Piwniczański Kluczu!

Śmieszne, absurdalne i… prawdziwe. Tak to wygląda przynajmniej.

Ludzie, wychowani by rywalizować i umniejszać drugiemu człowiekowi szukają Zbawcy, w czego wyniku rywalizują nawet z nim.

Jakaś taka kultura świętoszkowania wśród Polaków ma też miejsce, gdzie ludzie czują się predestynowani do Niebios, bo tak.

Bo oni są cudownymi ludźmi (tyle, że nie), a inni to grzesznicy o dupę roztrzasł.

Dzięki za opko.

 

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Witam kolejnych czytelników!

 

Gekikaro, głupio pewnie się kłócić z tak pozytywną opinią, więc po prostu podziękuję :) To wiele dla mnie znaczy, może w końcu uda mi się nieco uciszyć wewnętrznego marudę, a w konsekwencji tworzyć i publikować więcej tekstów.

Czy przeszarżowałem miejscami? Pewnie tak. Szukam swojej formy, takiej mieszanki weirdu i bizarro, bo taką tematyką ostatnio się interesuję. Czy może lepiej powiedzieć – ta forma mnie znajduje, a ja daję się niekiedy nieco ponieść. 

Dzięki za rozbudowany komentarz i ciepłe słowa! Zostaną ze mną na pewno na dłużej :)

 

Barbarzyński Katafrakcie!

Wydaje mi się, że dotknąłem tym tekstem pewnego rodzaju wspólnych doświadczeń, cieszę się, że znajdujesz tutaj jakieś (może nieco krzywe, ale jednak) odbicie społeczeństwa.

Ja sam nie czuję się wolny od opisanych w tekście przypadłości, w pewien sposób chciałem, żeby to była historia nie tylko “o nich”, ale też “o nas” ;)

 

Pozdrawiam serdecznie!

 

 

Che mi sento di morir

Dziękuję wszystkim klikającym za bibliotekę!

Che mi sento di morir

Ja sam nie czuję się wolny od opisanych w tekście przypadłości, w pewien sposób chciałem, żeby to była historia nie tylko “o nich”, ale też “o nas” ;)

Przydatna sprawa – przeczytać/napisać tekst, który zmusza nas także do refleksji nad swoimi czynami! ^^

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Cześć, Kluczu!

 

Przegryzłem się z tym opowiadaniem :) podoba mi się chyba bardziej niż przy pierwszym czytaniu, bo gdzieś w pamięci zakodowałem, że miałem mieszane uczucia, albo przynajmniej coś mi nie pasowało, a teraz uważam, że to bardzo fajny tekst. Jest swego rodzaju komentarzem do tego jak KK działa, jak bardzo gubią się wartości, które mają być jego fundamentem.

Zresztą patrzę sobie na mój betowy komentarz i teraz napisałbym w sumie to samo, ale już bez marudzenia :P

Kliczków już nie trzeba, więc cóż… Powodzenia w dalszej pracy twórczej!

 

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Prosta i klarowna wizja, wywołująca ciarki na grzbiecie.

Dodam, że ja też nie skończyłam od razu.

Początek przypomina fabularyzowane wywiady z ofiarami rozmaitych sekt, przez co budzi frustrację. Chyba łatwiej byłoby wystartować przy żartobliwej formie. Niemniej jednak czyta się bardzo dobrze, a i zakończenie jest satysfakcjonujące.

Cześć, Krokusie!

 

Fajnie, że się przegryzło, trochę jak z bigosem ;) Mam tylko nadzieję, że nie będzie po jakimś czasie niestrawności czy innych negatywnych konsekwencji.

A tak bardziej serio – chyba tak jest, że ten tekst jest nieco inny. Być może czegoś mu brakuje, choć dla mnie stanowi już taką całość, że zdecydowałem dalej nad nim nie pracować.

Dzięki za ponowne odwiedziny i komentarz! Życzę również powodzenia!

 

Hej, Ambush!

 

Dodam, że ja też nie skończyłam od razu.

W sensie na raty czytałaś? Cóż, cieszę się, że wróciłaś do tekstu zatem.

 

Początek przypomina fabularyzowane wywiady z ofiarami rozmaitych sekt, przez co budzi frustrację. Chyba łatwiej byłoby wystartować przy żartobliwej formie.

Być może, jest tam też mała dynamika, więcej opisu niż pokazywania, zero dialogów. Otwarcie żartobliwe? Może lepiej by się sprawdziło…

 

Pozdrawiam!

 

 

Che mi sento di morir

Teksty zahaczające o sprawy związane z Bogiem budzą we mnie niechęć, więc kiedy w tagach zobaczyłam bizarro, religię i jeszcze weird fiction, zjeżyłam się mocno. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że to bardzo zacne opowiadanko, nasycone szczególnym rodzajem humoru, a kwestie religijne podane zostały w niezwykle przystępnej, by nie rzec atrakcyjnej formie, skutkiem czego lektura okazała się naprawdę satysfakcjonująca. ;)

 

Znała na pa­mięć całą bi­blię… → Znała na pa­mięć całą Bi­blię

 

coraz dalej, do­szło pew­ne­go dnia do… → Nie brzmi to najlepiej.

 

– Chcesz jabł­ko? – krzyk­nął do wła­ści­ciel­ki war­ko­czy­ków Boguś. → A może: – Chcesz jabł­ko? – krzyk­nął Boguś do wła­ści­ciel­ki war­ko­czy­ków.

 

boś Ty mą je­dy­ną mi­ło­ścią." → boś Ty mą je­dy­ną mi­ło­ścią”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

całe swoje życie spę­dził w ko­lej­ce W swoje czter­dzie­ste dru­gie uro­dzi­ny… → Czy te zaimki są konieczne?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Regulatorzy!

 

Dziękuję Ci bardzo za tak miłe słowa, to chyba najlepiej przez Ciebie oceniony mój tekst, co bardzo mnie cieszy :)

 

Dziękuję również za garść przydatnych uwag. Zmiany naniesione.

 

– Chcesz jabłko? – krzyknął do właścicielki warkoczyków Boguś. → A może: – Chcesz jabłko? – krzyknął Boguś do właścicielki warkoczyków.

Tutaj pozwoliłem sobie zachować ten nietypowy szyk, ponieważ dziwnie mi pasuje do stylu opowieści.

 

Pozdrawiam serdecznie i życzę dużo zdrowia!

Che mi sento di morir

Bardzo proszę, BasemencieKeyu, i pozwolę sobie raz jeszcze wspomnieć, że jestem nad wyraz zadowolona z lektury. :)

 

Tutaj pozwoliłem sobie zachować ten nietypowy szyk, ponieważ dziwnie mi pasuje do stylu opowieści.

W pełni rozumiem Twoją chęć zachowania zdania w pierwotnym brzmieniu

 

Dziekuję za życzenia – przydadzą się bardzo, bo ostatnio dręczy mnie ustawiczne zmęczenie, ale mam nadzieję, że wszystko się poprawi, kiedy zamiast szarości będę widzieć za oknem zieleń.

Moc serdeczności. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zieleni coraz więcej, mam nadzieję, że będzie lepiej.

Dzięki raz jeszcze i życzę wszystkiego dobrego!

Che mi sento di morir

Czołem!

 

Bardzo mi się podobało. Stworzyłeś uniwersalną, wielopłaszczyznową, a jednocześnie przystępną w odbiorze metaforę. Szczerze winszuję.

Jest trochę śmiesznie, trochę złośliwie i smutno bardziej, niż bym się z początku spodziewał.

Fantastycznie wyszła kolejka – tak po polsku kojarząca się z komuną – jako jałowe, zmarnowane na głupotach życie. Subtelna krytyka materializmu również świetnie dopełnia całości.

Finał z odchodzącym Jezusem godny reszty tekstu, jest jego znakomitym zwieńczeniem i puentą “na dobicie”.

Nie wiem, czy słusznie, ale w Adamie Iwańskim widziałem Boga, a późniejsze wprowadzenie AI jako sugestię, że AI tegoż Boga nam zastąpi. Możesz mi podpowiedzieć, czy mam rację :)

Co do technicznych aspektów – lektura płynna, opko napisane ze swadą i lekkością.

Jedyne, na co zwróciłbym Ci uwagę, to na powtarzające się w opku chyba 2 razy “mimo, że”. Według mojej wiedzy powinno być ono zapisane bez przecinka.

 

Jeszcze raz gratuluję tekstu.

 

Pozdrawiam,

fmsduval

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Cześć,

 

dzięki za wizytę i komentarz :) Miło mi, że się podobało. W zamyśle tekst miał być taki “życiowy”, trochę smutny, trochę wesoły, trochę bez sensu, wypełniony działaniami, które wydają się ważne, ale takie nie są. No i ten finał jest w moim zamyśle spełnieniem marzeń, które okazuje się tych marzeń odwrotnością.

Czy Adam Iwański jest taką pseudoboską postacią? Zdecydowanie taki może być, podobnie jak Bóg działa przez “narzędzia”, przez swoje sługi, proroków, itd :)

Co do technicznych aspektów – lektura płynna, opko napisane ze swadą i lekkością.

Dzięki, cieszę się, zasługa duża w tym betujących i komentujących :)

Jedyne, na co zwróciłbym Ci uwagę, to na powtarzające się w opku chyba 2 razy “mimo, że”. Według mojej wiedzy powinno być ono zapisane bez przecinka.

Poprawione, dzięki.

 

Pozdrawiam serdecznie!

Che mi sento di morir

Hej Kluczu ;)

 

Szalony tekst, ale uwielbiam dziwaczne opka ;) Kupiłeś mnie całkowicie, wciągnęło od razu, nie puściło do końca. Zastanawiałam się, jak to rozwiążesz i końcówka bardzo mnie zadowoliła. Zmieściłeś tu wiele znaczenia w niewielu znakach. 

Wprawdzie nie znam konwencji, ale zdziwiło mnie, że Boguś zupełnie z nikim nie rozmawiał, choć ktoś przecież musiał go wychowywać, tak samo z zainteresowaniem mediów. Nie wierzę, żeby interesowały się czymś dłużej niż 2/3 miesiące. Ale całkiem możliwe, że to taka konwencja. W każdym razie, mi to nie przeszkadzało ;)

Miejscami było śmiesznie, miejscami smutno, nieźle operowałeś emocjami czytelnika, bo tekst niewielki, a przeżyłam całą paletę emocji ;)

Podoba mi się i kolejka, marnowanie życia bez większego powodu, bo po prostu nie ma co innego robić, ale boi się coś zmienić. I na koniec, kiedy Jezus nadszedł, jaki to piękny obraz społeczeństwa i ludzi. Odebrałam ich jako ten typ człowieka, który uważa, że jeśli wierzy, to już jest dobrym człowiekiem i starać się nie trzeba ;)

Pewnie, gdyby się zastanowić, jest tu jeszcze wiele płaszczyzn do odkrycia, a i każdy interpretuje wszystko po swojemu, szukając nawiązań bliskich jego sercu, więc na tym skończę.

Tekst, jeśli jeszcze mogę, zgłaszam ;)

 

Dziękuję za lekturę!

Pomysł więcej niż zacny, sposób opowiedzenia historii, lekko przyciężkawy na początku, potem się rozwija, a i początkowemu infodumpowi wystarczyłoby minimalne podkręcenie tego bardzo fajnego ironicznego sposobu narracji, żeby nabrał lekkości i stał się elementem ogólnej ironii tego tekstu.

Świetna metafora pustej religijności, groteskowa i mądra.

Przyznam, że zwabiła mnie tu nominacja użytkownicza, bo mam zwyczaj odwiedzać teksty, które mają ten jeden głosik albo kilka, ale nie pięć, żeby zobaczyć, czy nie są warte nominacji.

I jeszcze nie zdecydowałam, przyznam, bo jakkolwiek pomysł i jego realizacja “fabularna” (parafabularna?) mi się bardzo podobały, o tyle wykonanie pozostawia trochę do życzenia. Ale to dla mnie zazwyczaj nie jest przeszkodą w nominacji, więc kto wie.

Jedynym problemem “większego kalibru”, jaki tu miałam, było zawieszenie między realizmem a absurdem. Tzn. troszkę za dużo realizmu: z tą szkołą itp., cały kawałek, kiedy usiłujesz nam pokazać, że kolejka jednak jakoś funkcjonowała w realnym świecie. Wydaje mi się on niepotrzebny, zwłaszcza że gryzie się z tym, że oni jednak po prostu stoją jeden za drugim – realnie, choć w wymiarze absurdalnym. I kiedy się na to patrzy, to nagle jest zgrzyt: jak uczyć kogoś, kto tkwi między dwiema osobami, jak w ogóle wychowywać dziecko. (I zaraz pojawia się problem załatwiania potrzeb fizjologicznych itd.) Spróbowałabym skrócić ten fragment, żeby pasował do groteskowo bizarrowej rzeczywistości kolejki, a nie próbował być na siłę realistyczny.

Nieco mniejszy problem to dlaczego matka uznała Bogusława za przeszkodę. Mam wrażenie, że to jest troszkę narrative device, żeby go tam umieścić bez matki, bez rodziców. Żeby było zabawniej, ta matka bez ojca nagle sprawiła, że zajrzałam na zakończenie, czy przypadkiem Boguś nie jest Jezusem ;) Niemniej to bym też jakoś lepiej w obrębie tekstu uzasadniła.

Technicznym problemem jest głównie interpunkcja, która mocno kuleje. Stylistycznie jest okej, choć jakieś tam drobne babolki wypisałam.

 

Merytoryczne (sorry, że kolejność przypadkowa)

sakralne pisma

→ święte pisma

 

Odrum humanum

Tu mam problem, bo sama nazwa powinna raczej brzmieć na moje wyczucie, nawet po łacinie, Oder. Flumen (rzeka) jest rodzaju nijakiego, więc niby humanum byłoby dobrą formą, ale poszczególne rzeki są różnych rodzajów, jeśli bez flumen. Dałabym Oder humanus albo lepiej Oder hominum (Odra ludzi, nie “ludzka”)

 

na jego klasycznym obliczu

Klasycznie pięknym albo coś w tym rodzaju. Samo “klasyczny” w odniesieniu do oblicza nic nie znaczy.

 

Przez najbliższy tydzień Bogusław zastanawiał się tylko nad jednym: zadaniem pytania w taki sposób, żeby wykluczyć odpowiedź “Mam swoje”. Zrezygnował z pytania o imię, kolor oczu, pochodzenie, zainteresowania.

Akurat te pytania, które wykluczył, średnio pasują do “mam swoje”, więc się troszkę zawies

 

Stał w kolejce od urodzenia,

No, niezupełnie ;)

 

Interpunkcja i technikalia:

Bogusław miał okrągłe, rumiane policzki, podszczypywane przez kolejkowiczów; najlepsze jedzenie, finansowane przez Adama i jego sponsorów; a nawet ubrany był w szwedzkie ciuszki dla niemowląt, które zdawały się w oczach inspektorów ostatecznie rozwiewać wątpliwości związane z zaniedbaniami w opiece nad maluchem.

Średniki są tu błędem.

 

Zresztą po kilku latach dalszego oczekiwania w świętym ogonku[-,] zupełnie zapomniał o dziewczynie

Święty ogonek heart

 

Wychowanek kolejki[-,] nie wiedział jak to się dzieje

bliżej Jezusa, gdy ten zstąpi na tę ziemię i odnowi jej oblicze. 

Któregoś mroźnego ranka, gdy chłopak obudził się

Nad ranem[-,] zabrali go wolontariusze Iwańskiego

Chłopak bardzo się zmartwił, najpierw skompromitowana dziewczyna, teraz bliska mu osoba, którą jako jedyną mógł tutaj nazwać przyjacielem.

A tu akurat pierwszy przecinek jest niedobry. Albo dwukropek, albo średnik.

Przedstawiam Ci, Jezu, wszystkie troski mojego serca, marzenie o dziewczynie z włosami w kolorze złota oraz z panem Mieciem na rozmowę ochota.

Tu po “sercu” też lepszy byłby dwukropek. Poza tym całe zdanie jest troszkę nieskładne, na końcu coś się pomieszawszy. Niby może to być niegramotność Bogusia, ale mnie zatrzymało.

 

Ludzie już nie tylko żegnali się w ramach codziennych modlitewnych aktów, po kilkudziesięciu latach czekania coraz więcej z nich po prostu żegnało się z życiem.

Znów: zamiast przecinka tym razem średnik.

Inni porzucali kolejkę[+,] wyrywani z niej przez agresywną codzienność

Na ich miejsce przychodzili nowi[-,] i tylko Bogusław wciąż trwał.

Hmm. Rzeczywiście wszyscy się nagle zaczęli zmieniać?

Ale przecież, stojąc w kolejce[+,] mniej grzeszymy.

sam już nie wiem[+,] w co mam wierzyć.

Bogusław nie wiedział[+,] kim naprawdę jest Adam. Wiedział za to[+,] kim jest Jezus, na którego czekał w kolejce.

Nawet się nie zorientował, że stanął pierwszy w kolejce,

→ że jest pierwszy w kolejce. Stanął w niej lata temu.

 

Jego oczy przywodziły na myśl przelewające się wody oceanów, Bogusław, kiedy zajrzał w te oczy, pomyślał

Po “oceanów” albo kropka, albo średnik. I znów zdanie troszkę niezgrabne. Lepiej byłoby:

Jego oczy przywodziły na myśl przelewające się wody oceanów. Kiedy Bogusław w nie zajrzał, pomyślał…

Domyślam się, że powtórzenie miało być trochę stylizacją, ale stylizacji tu nie ma za wiele i imho wychodzi po prostu niezgrabnie.

 

Za tym człowiekiem zaś[-,] rozciągała się jak okiem sięgnąć kolejka innych ludzi; od Bogusławic przynajmniej do Ostrowa Wielkopolskiego.

Znów źle użyty średnik. Tu może być dwukropek, myślnik, przecinek, ale nie średnik ;)

 

nie ma jednak zgody[+,] czy faktycznie tak się stało.

http://altronapoleone.home.blog

Hej Gruszel, lambadziaro moja droga :)

 

Jak nie puściło, to bierz pół, albo zmień dilera :) [Nie powstrzymałem się, wybacz ;)]

 

Wprawdzie nie znam konwencji, ale zdziwiło mnie, że Boguś zupełnie z nikim nie rozmawiał, choć ktoś przecież musiał go wychowywać, tak samo z zainteresowaniem mediów. Nie wierzę, żeby interesowały się czymś dłużej niż 2/3 miesiące. Ale całkiem możliwe, że to taka konwencja. W każdym razie, mi to nie przeszkadzało ;)

Trochę mnie masz, a trochę jest to faktycznie taka konstrukcja fabularna, takie przedstawienie introwertyzmu, kiedy czaisz się, kiedy zagadujesz do jednej dziewczyny, ale kończy się to fiaskiem, kiedy Twoim najlepszym przyjacielem jest Mietek, który ostatecznie umiera. Pod górkę i piasek w oczy…

 

Podoba mi się i kolejka, marnowanie życia bez większego powodu, bo po prostu nie ma co innego robić, ale boi się coś zmienić. I na koniec, kiedy Jezus nadszedł, jaki to piękny obraz społeczeństwa i ludzi. Odebrałam ich jako ten typ człowieka, który uważa, że jeśli wierzy, to już jest dobrym człowiekiem i starać się nie trzeba ;)

Tak, jest tutaj i buta i bezsens, ubrany w piórka wyższej idei., papierowa świętość. Jednocześnie pewnego rodzaju konsekwencja, życie poświęcone celowi, który został na końcu skompromitowany, ale czy ten wysiłek jest przez to mniej ważny, pusty? Pozostawiam do rozważenia.

 

Pewnie, gdyby się zastanowić, jest tu jeszcze wiele płaszczyzn do odkrycia, a i każdy interpretuje wszystko po swojemu, szukając nawiązań bliskich jego sercu, więc na tym skończę.

Chciałem, żeby tekst pozostał otwarty, ale chętnie bym jeszcze poczytał Twoje przemyślenia, bo są bardzo ciekawe :)

Tekst, jeśli jeszcze mogę, zgłaszam ;)

Jeżeli ucieszył Ciebie, to już wystarczy, nie trzeba dalej zgłaszać ;)

Dziękuję za lekturę!

To ja dziękuję!

 

 

 

Che mi sento di morir

Hej Gruszel, lambadziaro moja droga :)

No hej, to ja ;)

 

Jak nie puściło, to bierz pół, albo zmień dilera :) [Nie powstrzymałem się, wybacz ;)]

Wygląda na to, że Ty tu dilujesz ;P

 

Tak, jest tuta i buta i bezsens, ubrany w piórka wyższej idei., papierowa świętość. Jednocześnie pewnego rodzaju konsekwencja, życie poświęcone celowi, który został na końcu skompromitowany, ale czy ten wysiłek jest przez to mniej ważny, pusty? Pozostawiam do rozważenia.

No racja, nie spojrzałam na to od tej strony. Po prostu nie potrafię czegoś robić, kiedy nie widzę w tym sensu, to moje osobiste klapki na oczach, więc tego nie zauważyłam. 

 

Chciałem, żeby tekst pozostał otwarty, ale chętnie bym jeszcze poczytał Twoje przemyślenia, bo są bardzo ciekawe :)

Pewnie strzelę sobie opko drugi raz, może wtedy coś więcej wyłapię ;P

 

Jeżeli ucieszył Ciebie, to już wystarczy, nie trzeba dalej zgłaszać ;)

Bo odgłoszę!

Drakaino, dzień dobry!

 

Jesteś zbyt łaskawa dla mnie, doprawdy.

 

Pomysł więcej niż zacny, sposób opowiedzenia historii, lekko przyciężkawy na początku, potem się rozwija, a i początkowemu infodumpowi wystarczyłoby minimalne podkręcenie tego bardzo fajnego ironicznego sposobu narracji, żeby nabrał lekkości i stał się elementem ogólnej ironii tego tekstu.

Można powiedzieć, że jest to taki kamień, który nie pozwala odlecieć fabule ;) Trochę tak ma być, to nie jest do końca tekst ironiczny, to nie jest tekst w 100% lekki. Mówi o bardzo poważnych sprawach, traktuje o rzeczach, które jeszcze niedawno były dla mnie istotą, korzeniem życia ;)

 

Świetna metafora pustej religijności, groteskowa i mądra.

Poświęcenie się religii, pustej doktrynie, która nie bierze pod uwagę człowieka, musi być groteskowa, Ale też nie chciałem, żeby była jawnie prześmiewcza, bo jednak w pewien sposób jest czy może być ważna dla jednostki, która poszukuje sensu, wyższej prawdy. Inną sprawą jest ostateczna kompromitacja tej prawdy, czego wyraz daje końcówka historii. Choć i tutaj jest pewnego rodzaju otwarte zakończenie.

 

Przyznam, że zwabiła mnie tu nominacja użytkownicza, bo mam zwyczaj odwiedzać teksty, które mają ten jeden głosik albo kilka, ale nie pięć, żeby zobaczyć, czy nie są warte nominacji.

Tylko chwalić takie podejście :) Aczkolwiek, jako wyżej wspomniałem, jesteś nader łaskawa :)

 

Jedynym problemem “większego kalibru”, jaki tu miałam, było zawieszenie między realizmem a absurdem. Tzn. troszkę za dużo realizmu: z tą szkołą itp., cały kawałek, kiedy usiłujesz nam pokazać, że kolejka jednak jakoś funkcjonowała w realnym świecie. Wydaje mi się on niepotrzebny, zwłaszcza że gryzie się z tym, że oni jednak po prostu stoją jeden za drugim – realnie, choć w wymiarze absurdalnym. I kiedy się na to patrzy, to nagle jest zgrzyt: jak uczyć kogoś, kto tkwi między dwiema osobami, jak w ogóle wychowywać dziecko. (I zaraz pojawia się problem załatwiania potrzeb fizjologicznych itd.) Spróbowałabym skrócić ten fragment, żeby pasował do groteskowo bizarrowej rzeczywistości kolejki, a nie próbował być na siłę realistyczny.

Ha! Po dwakroć nawet: haha! Cóż mogę rzec? Życie przegrywa w tym aspekcie z fabułą, bo jest nawet bardziej groteskowe niż fikcja, dziś właśnie widziałem księdza, który prowadził kilkunastoosobową grupkę dzieci w czeluści kościoła – to jest właśnie świat w którym żyjemy. Realizm miesza się ze scenami tak absurdalnymi, że mózg staje. Ale oczywiście nie autor jest tutaj nośnikiem sensu, lecz czytelnik, więc nie ma co dyskutować ;)

 

Nieco mniejszy problem to dlaczego matka uznała Bogusława za przeszkodę. Mam wrażenie, że to jest troszkę narrative device, żeby go tam umieścić bez matki, bez rodziców. Żeby było zabawniej, ta matka bez ojca nagle sprawiła, że zajrzałam na zakończenie, czy przypadkiem Boguś nie jest Jezusem ;) Niemniej to bym też jakoś lepiej w obrębie tekstu uzasadniła.

Tak, to jest troszkę większy problem grzechu ludzi bogobojnych. W tym kontekście słuszna była Twoja intuicja związana z niepokalanym poczęciem, ale sprawa była dużo prostsza, pokusa, cielesność zwyciężyły. W pewnym sensie jest to dodatkowy przytyk w kierunku ortodoksyjnych chrześcijan, czy innych wyznawców, często nie są oni gotowi na konsekwencje swoich czynów. Religia bywa dość jednoznaczna w swoich osądach, np. nie godząc się na seks pozamałżeński czy antykoncepcję, wyznawcy jednak, zamiast pogodzić się z tym, że nie mogą być prawdziwie wierni, próbują obchodzić zakazy i takim właśnie obejściem (nieco przesadzonym) jest oddanie Bogusia kolejce.

 

Technicznym problemem jest głównie interpunkcja, która mocno kuleje. Stylistycznie jest okej, choć jakieś tam drobne babolki wypisałam.

Głowę popiołem posypuję ;)

 

sakralne pisma

→ święte pisma

Ja wiem, że przaśnie, ale tak ma być. O wybaczenie nie proszę, ale o kapkę zrozumienia ;)

 

Odrum humanum

Tu mam problem, bo sama nazwa powinna raczej brzmieć na moje wyczucie, nawet po łacinie, Oder. Flumen (rzeka) jest rodzaju nijakiego, więc niby humanum byłoby dobrą formą, ale poszczególne rzeki są różnych rodzajów, jeśli bez flumen. Dałabym Oder humanus albo lepiej Oder hominum (Odra ludzi, nie “ludzka”)

I tutaj ponownie, przaśność, tak jak w religii; nie chodzi nawet o poprawność, ale o rym, tak po prostu lepiej brzmi.

 

Klasycznie pięknym albo coś w tym rodzaju. Samo “klasyczny” w odniesieniu do oblicza nic nie znaczy.

Yep, poprawione :)

 

Przez najbliższy tydzień Bogusław zastanawiał się tylko nad jednym: zadaniem pytania w taki sposób, żeby wykluczyć odpowiedź “Mam swoje”. Zrezygnował z pytania o imię, kolor oczu, pochodzenie, zainteresowania.

Akurat te pytania, które wykluczył, średnio pasują do “mam swoje”, więc się troszkę zawies

Heh, no jak to? Każdy ma swoje imię, kolor oczu, które jest swój i jedyny w swoim rodzaju (na tym punkcie mam lekkiego fioła, więc wybacz), pochodzenie i zainteresowania też każdy jakieś tam ma (swoje) ;) Tutaj ukłon w stronę narcystycznych oraz nacjonalistycznych upodobań, lekko ironiecznie ;)

Stał w kolejce od urodzenia,

No, niezupełnie ;)

Czepiasz się :D

 

 

Bogusław miał okrągłe, rumiane policzki, podszczypywane przez kolejkowiczów; najlepsze jedzenie, finansowane przez Adama i jego sponsorów; a nawet ubrany był w szwedzkie ciuszki dla niemowląt, które zdawały się w oczach inspektorów ostatecznie rozwiewać wątpliwości związane z zaniedbaniami w opiece nad maluchem.

Średniki są tu błędem.

Tia, wyrzuciłem jej. Po prostu tak długie zdania aż dopominały się o średnik ;) My bad!

 

Zresztą po kilku latach dalszego oczekiwania w świętym ogonku[-,] zupełnie zapomniał o dziewczynie

Święty ogonek heart

Dzięki! Miło, że te smaczki są doceniane :D

 

A tu akurat pierwszy przecinek jest niedobry. Albo dwukropek, albo średnik.

 

Ok.

 

Tu po “sercu” też lepszy byłby dwukropek. Poza tym całe zdanie jest troszkę nieskładne, na końcu coś się pomieszawszy. Niby może to być niegramotność Bogusia, ale mnie zatrzymało.

Racja!

 

Ludzie już nie tylko żegnali się w ramach codziennych modlitewnych aktów, po kilkudziesięciu latach czekania coraz więcej z nich po prostu żegnało się z życiem.

Znów: zamiast przecinka tym razem średnik.

Ok. poprawione. I tutaj jest świadoma przaśność, cieszę się, że nie razi ;)

 

Przecinki żem również poprawił, całuję rączki!

 

 

Jego oczy przywodziły na myśl przelewające się wody oceanów, Bogusław, kiedy zajrzał w te oczy, pomyślał

Po “oceanów” albo kropka, albo średnik. I znów zdanie troszkę niezgrabne. Lepiej byłoby:

Jego oczy przywodziły na myśl przelewające się wody oceanów. Kiedy Bogusław w nie zajrzał, pomyślał…

Domyślam się, że powtórzenie miało być trochę stylizacją, ale stylizacji tu nie ma za wiele i imho wychodzi po prostu niezgrabnie.

Średnik zawsze na proposie – popawione. Powtórzone oczy zostawiam, bo mi tak pasuje (wybaczenia proszę!)

 

Przecinki i średniki na końcu również poprawione.

 

Dzięki raz jeszcze za wizytę, poświęcony cenny czas i komentarze :)

 

Pozdrawiam serdecznie!

 

 

Che mi sento di morir

hejka z powrotem i dzięki za wyjaśnienia :) Pozwolę sobie odkomentować jednakowoż to, z czym nie do końca się zgadzam, mówiąc dyplomatycznie. Ale na początek coś, z czym się zgadzam, tylko zostałam źle zrozumiana:

 

to nie jest tekst w 100% lekki

Ani przez moment tak nie uważałam. Uważam, wręcz przeciwnie, że ten tekst ma bardzo poważny kaliber, jest znakomitą metaforą poważnego problemu społecznego. Naprawdę. Chodziło mi wyłącznie o styl, żeby to lżej wchodziło.

 

słuszna była Twoja intuicja związana z niepokalanym poczęciem

Ekhem, ekhem. Nie wiem, czy startowałeś z pozycji katolicyzmu, ale “niepokalane poczęcie” to jest koncept zakładający, że Maria była urodzona bez zmazy grzechu pierworodnego, a nie że zaszła w ciążę bez seksu ;) Katolicy nagminnie tego nie wiedzą, choć dogmat ma już (albo dopiero, bo tak naprawdę jest strasznie późny, choć sama idea istniała wcześniej) prawie dwieście lat (1854, wiem dlatego, że to “moje” czasy). Chodzi w każdym razie o poczęcie Marii, a nie Jezusa.

 

sakralne pisma

Tu się nie zgadzam z przasnością, bo to jest po prostu błędny frazeologizm, a na dodatek nie wydaje mi się, żeby to był popularny, łatwy do popełnienia błąd. Jeśli chcesz mieć przasność, to idź w jakiś przesadzony epitet, typu przenajświętsze, prześwięte czy co tam.

Skądinąd wystylizowanie tego tekstu na większą przasność mogłoby być niezłym pomysłem, ale to musiałoby być konsekwentne. Nieźle łączyłoby się z ironią.

 

Odra/Oder/Odrum – tu też się nie zgodzę. Gdyby to było w wypowiedzi bohatera, uznałabym rację autorską. W narracji – nie bardzo. Gdyby narracja była mocniej stylizowana: i na przasność, i na ironię, też bym strawiła. W narracji, która przeważająco jednak jest dość zwyczajna, razi. Oczywiście to Twój tekst, ja tylko wyrażam zdanie eks-klasyka ;)

 

A co do łaskawości, dyżurny mnie wybawił od konieczności decyzji, a raczej ją odwlekł w czasie ;)

http://altronapoleone.home.blog

 

Ani przez moment tak nie uważałam. Uważam, wręcz przeciwnie, że ten tekst ma bardzo poważny kaliber, jest znakomitą metaforą poważnego problemu społecznego. Naprawdę. Chodziło mi wyłącznie o styl, żeby to lżej wchodziło.

Okej :) Właśnie może niech się nieco cofa :) Taki styl mi pasuje, wybacz, taki mam klimat.

Ekhem, ekhem. Nie wiem, czy startowałeś z pozycji katolicyzmu, ale “niepokalane poczęcie” to jest koncept zakładający, że Maria była urodzona bez zmazy grzechu pierworodnego, a nie że zaszła w ciążę bez seksu ;) Katolicy nagminnie tego nie wiedzą, choć dogmat ma już (albo dopiero, bo tak naprawdę jest strasznie późny, choć sama idea istniała wcześniej) prawie dwieście lat (1854, wiem dlatego, że to “moje” czasy). Chodzi w każdym razie o poczęcie Marii, a nie Jezusa.

Aż tak się nie zagłębiałem w temat :D Coś tam było zdaje się o “poczęciu z Ducha Świętego”, no bo jak to Jezus byłby poczęty, fizycznym czymś? To się w głowie nie mieści ;)

 

Tu się nie zgadzam z przasnością, bo to jest po prostu błędny frazeologizm, a na dodatek nie wydaje mi się, żeby to był popularny, łatwy do popełnienia błąd. Jeśli chcesz mieć przasność, to idź w jakiś przesadzony epitet, typu przenajświętsze, prześwięte czy co tam.

Skądinąd wystylizowanie tego tekstu na większą przasność mogłoby być niezłym pomysłem, ale to musiałoby być konsekwentne. Nieźle łączyłoby się z ironią.

Przenajświętsze mi się podoba, podkradam :)

Większa przaśność? Być może, ale trudno byłoby mi teraz to odpowiedni zbilansować, bo już zbilansowałem po swojemu :)

 

Odra/Oder/Odrum – tu też się nie zgodzę. Gdyby to było w wypowiedzi bohatera, uznałabym rację autorską. W narracji – nie bardzo. Gdyby narracja była mocniej stylizowana: i na przasność, i na ironię, też bym strawiła. W narracji, która przeważająco jednak jest dość zwyczajna, razi. Oczywiście to Twój tekst, ja tylko wyrażam zdanie eks-klasyka ;)

Dlaczego “eks”? Jesteś dla mnie klasykiem (klasyczką?) pełną gębą :)

Tutaj chyba się nie wytłumaczę, może jedynie tym, że narrator sam jest dość mocno uwikłany w fabułę i taki błąd niech będzie nie tylko świadectwem jego i autora ubóstwa intelektualnego, ale również ubóstwa intelektualnego obecnych czasów (co jest też trochę ironiczne).

 

A co do łaskawości, dyżurny mnie wybawił od konieczności decyzji, a raczej ją odwlekł w czasie ;)

Zaiste, dokonało się :)

 

 

 

 

Che mi sento di morir

Poczęcie z Ducha Św. i niepokalane poczęcie to dwie różne sprawy, ale nie pytaj mnie o teologię tego wszystkiego, bo po pierwsze jestem wrogiem teologii, a po drugie na niej się nie znam. Znam tylko powierzchowne fakty ;)

 

Co do Odry pozostaję całkowicie nieprzekonana, ponieważ nie zgadzam się z tym, że błąd świadczy o narratorze. Nikt, kto zna łacinę, tak nie uzna, a jakkolwiek jesteśmy w mniejszości populacyjnej, to jednak to najzwyczajniej pod słońcem razi. Z kolei ten, kto nie zna, nie załapie przedstawionych przez Ciebie intencji, co najwyżej utrwali mu się błąd.

http://altronapoleone.home.blog

Poczęcie z Ducha Św. i niepokalane poczęcie to dwie różne sprawy, ale nie pytaj mnie o teologię tego wszystkiego, bo po pierwsze jestem wrogiem teologii, a po drugie na niej się nie znam. Znam tylko powierzchowne fakty ;)

To jest niezwykle ciekawe zagadnienie, niepokalane poczęcie NMP, warto poczytać. Niesamowite są te założenia, jest potencjał na kolejne opowiadania.

 

Co do Odry pozostaję całkowicie nieprzekonana, ponieważ nie zgadzam się z tym, że błąd świadczy o narratorze. Nikt, kto zna łacinę, tak nie uzna, a jakkolwiek jesteśmy w mniejszości populacyjnej, to jednak to najzwyczajniej pod słońcem razi. Z kolei ten, kto nie zna, nie załapie przedstawionych przez Ciebie intencji, co najwyżej utrwali mu się błąd.

Przekonałaś mnie, zaraz poprawię.

 

Dzięki za uwagi!

Che mi sento di morir

Bo odgłoszę!

 

Che mi sento di morir

Yo!

 

Przeczytałem Twoje opowiadanie wczoraj i musiałem je przeprocesować, żeby coś Ci napisać, bo wczoraj nie miałem pomysłu. I nadal nie mam, więc będzie – w miarę – krótko.

Ogólny zamysł mi się podoba. Ludzie stojący w kolejce, czekający bezrefleksyjnie na przyjście Jezusa, bo ktoś cośtam wyliczył. Trwają w tej kolejce latami, nawet dziesięcioleciami, rosnąć, starzejąc się, a w końcu umierając – to jest weirdowe, trochę mi coś przypomina, ale nie mogę sobie przypomnieć co… Mam jednak nieodparte wrażenie, że coś podobnego gdzieś kiedyś czytałem/widziałem/słyszałem. Więc żyją sobie tam, w tej kolejce, nie pracując, bo ktoś im daje środki do tego nicnierobienia i jest im dobrze. Tacy jakby przedstawiciele stanu duchownego moim zdaniem z nich są ;)

Główna postać jest… no, jest, ale nie potrafię po jednym dniu powiedzieć, że cokolwiek z tej postaci zapamiętałem. Bo zapamiętałem kolejkę i dziewczynę z piegami, i pana Miecia, i kobietę w futrze, ale niespecjalnie główną postać. Mógłbym zajrzeć wyżej, do tekstu, żeby sprawdzić jak ma bohater na imię, bo naprawdę nie pamiętam <ulubiona_emotka_Baila>. Sprawdziłem – Bogusław, w sumie pasuje :)

Końcówka. No, ona też jest, ale moim skromnym zdaniem ostatnie zdanie jest niepotrzebne, w jakiś sposób rozmywa puentę.

Reasumując: po lekturze pozostaję z odczuciem, że przeczytałem coś dobrego, ciekawego, co można interpretować na wiele sposobów, jednak zabrakło mi czegoś, jakiejś iskry, efektu wow, fajerwerków, czy jak tam to nazwać.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Q

Known some call is air am

Hej, hej,

 

Tacy jakby przedstawiciele stanu duchownego moim zdaniem z nich są ;)

Haha, w sumie, jakby się zastanowić :)

 

Końcówka. No, ona też jest, ale moim skromnym zdaniem ostatnie zdanie jest niepotrzebne, w jakiś sposób rozmywa puentę.

Ostatnie zdanie koresponduje z tytułem, nawiązuje do mszy świętej. Jest więc jakiś tam element zamysły autora, a że nieczytelny, no cóż zdarza się :)

 

Reasumując: po lekturze pozostaję z odczuciem, że przeczytałem coś dobrego, ciekawego, co można interpretować na wiele sposobów, jednak zabrakło mi czegoś, jakiejś iskry, efektu wow, fajerwerków, czy jak tam to nazwać.

Fajnie, cieszę się, nadal jest to pozytywna opinia, za którą dziękuję.

Efekt wow jest przereklamowany, IMHO ;)

 

Dzięki za wizytę, pozdrawiam serdecznie!

Che mi sento di morir

Hej. Przeczytane. Ciekawa wizja, jak to jest z nami ludźmi, czekającymi na nadejście Pana Jezusa:) “Dziewczynę?” – zapytacie. “Dziewczynę, tak” – odpowiem. ---– to zdanie mnie troszkę wybiło z rytmu. Nie pasuje do całości. Zastanawiałem się nad powiązaniami że Szwecją, ale nie dostałem odpowiedzi. Może pisane na emigracji?;)

Witaj, vrchamps,

 

dzięki za wizytę i komentarz :)

 

o zdanie mnie troszkę wybiło z rytmu. Nie pasuje do całości.

W założeniu narracja miała nieco wybijać z rytmu, być może wyszło nieco niespójnie, może w innych miejscach zbyt płynnie :)

 

Zastanawiałem się nad powiązaniami że Szwecją, ale nie dostałem odpowiedzi. Może pisane na emigracji?;)

W sensie, czy pisałem tę historię na emigracji? Można powiedzieć, że moje życie jest emigracją od ludzi, więc w pewnym sensie tak :) W Szwecji byłem kilka razy, jest to taki “luksusowy kraj” dla mnie, choć kiedyś bardziej niż teraz.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

No, jak to ja, zawsze widzę co innego niż większość ;) Dla mnie to nie jest opowieść o pustej religijności, ale o skradzionym życiu. Bogusław niczego innego nie poznał i dlatego jego religijność była autentyczna. Kurczę, z tego co czytałam, nawet amisze pozwalają dorastającym dzieciom zakosztować życia poza społecznością, żeby miały świadomość z czego rezygnują. Boguś tej świadomości nie miał. Jeśli spotkał się z czymś poza “oficjalną doktryną” kolejki, to nie było to nic miłego (dziewczyna). On właściwie nie miał wyboru, nie znał niczego innego, nawet nie miał za bardzo świadomości, że istnieje coś innego. Skradziono mu życie. I sposób, w jaki to zrobiono jest cholernie przygnębiający.

A jeszcze bardziej przygnębiająca jest końcówka. Kibol trochę odwraca uwagę, ale w sumie rozumiem, że chodziło Ci raczej o tę zawiść, którą – przynajmniej myślą – okazał Bogusław. Twój Jezus spogląda na obu mężczyzn i dopiero potem sobie idzie. Ocenia ich obu i wygląda na to, że obu ocenia podobnie, skoro sobie idzie. Czyli jedna myśl przekreśliła całe lata czekania i poświęcenia. Z bardzo ludzkiego punktu widzenia: do dupy z taką religią ;) I tak się zastanawiam, co chciałeś tą końcówka pokazać. Właśnie to, że nie warto, że religia żąda od nas zbyt wiele, niewiele przy tym dając?

Mam podobnie, jak Outta, w pamięć zapadła mi dziewczyna z kolejki, pan Miecio, kobieta w futrze. Natomiast na tle tych postaci Bogusław wydaje się nijaki. Mam jednak wrażenie, że taki właśnie miał być, nie ma w nim niczego charakterystycznego, bo być nie może, bo on właściwie nie jest sobą, jest produktem kolejki. I to kolejna przygnębiająca rzecz w Twoim opku.

No, i jeszcze trzeba wspomnieć o mamusi, która własne grzechy (bo z niepokalanym poczęciem mi się to ni cholery nie skojarzyło) chce odkupić rękami dziecka. I coś w tym chyba jest, nawiązanie do obecnej sytuacji, gdy ludzie Kościoła zamiast krzyżem leżeć i o wybaczenie błagać, chcieliby inkwizycję wprowadzić. Sami kolejkowicze wydają mi się bezmyślni, choć niepozbawieni dobrych chęci, takich, jakimi jest droga do piekła wybrukowana ;)

Generalnie całość piekielnie przygnębiająca. Czytało się jednak dobrze. Tekst zmusza do refleksji. Jest w nim pomysł, fabułę prowadzisz konsekwentnie, możliwości interpretacji pozostawiasz wiele. Opko zapada w pamięć, wiem, bo czytałam już jakiś czas temu. Tak :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Zasadniczo, to absurd, bizarro, weird a w szczególności religia nie są moją bajką, więc do Twojego opowiadania podchodziłam z lekkimi obawami. Choć obawy szybko zmieniły się w ciekawość, gdy okazało się, że Bogusław został oddany przez religijną matkę do kolejki (kolejka? wtf is kolejka?;)).

Mimo niespecjalnie lubianej przeze mnie tematyki, muszę przyznać, że ładnie Ci się udało odmalować w krzywym zwierciadle sporo ludzkich (polskich?:P) przywar, z końcówką ‘pan tu nie stał!’ włącznie. Myślę, że chyba każdy znajdzie w tym tekście zachowania, z którymi się spotkał, choć to w dalszym ciągu, niewątpliwie fantastyka. Udało Ci się tu nawet przemycić niebanalny humor (rozmowa z dziewczyną) i przesłanie. Mimo bizarro i absurdu, jest w Twoim opowiadaniu pewna mądrość. Myślę, że dobrze by wyglądało w Fantastycznych Piórach, będę na tak.

Nowa Fantastyka