- Opowiadanie: Helmut - Jak pewien kustosz i Paplacy łapali wampira

Jak pewien kustosz i Paplacy łapali wampira

Chętni mogą zgadywać, czym inspirowałem się pisząc ten tekst ;)

Dziękuję za wskazówki Ambush i GresySmooth. 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Jak pewien kustosz i Paplacy łapali wampira

 – Byłem wtedy chłystkiem, ledwie mi się wąs puścił. Gówno, za przeproszeniem, wiedziałem o świecie. Ludzie powiadają: wiesz, ile zjesz, a ja jadałem tyle, co nic. Na śniadanie łapałem wiatr w polu, na kolację piekłem babki z piasku. Jeśli znalazłem czasem liść szczawiu albo pokrzywy, to było święto! Bieda u nas straszna panowała, a kiedy mówię „nas”, to mam na myśli mnie i czterech braci, bo ojca przecie nie znałem, a matka umarła, zanim się urodziłem… – gderał niski, pulchny człowieczek, podskakując w siodle.

– Proszę cię, Paplacy, przymknij się wreszcie, bo od tych bredni koń mi gotów osiwieć. – Jadący z przodu, wysoki i umięśniony mężczyzna poklepał czarnego jak smoła wierzchowca po szyi.

Podążali gościńcem przez sosnowy bór. Słońce stało w zenicie, ogrzewając twarze podróżnych, a w powietrzu latały chmary skrzydlatego robactwa, które szczególnie upodobało sobie żółtawy kubrak Paplacego. Człowieczek raz po raz machał rękoma, odganiając natrętne owady.

– Kiedy prawdę powiadam, niech skonam! – zapewniał, wydłubując z ucha ciekawską muchę. – Droga się dłuży, tom pomyślał, że umilę czas opowieścią, jak to z ubożuchnego pielgrzyma…

– Kradnącego po wsiach schnące gacie dziewkom – wtrącił mężczyzna na karoszu.

– …stałem się prawą ręką wielkiego łowcy czarownic i monstrów wszelakich, a do tego mędrca, podróżnika i, co nie najmniej ważne, łamacza serc niewieścich, samego Sutenera… – perorował dalej Paplacy.

– Suretena!

– …o właśnie, samego Suretena z Lupanaru – poprawił się jego pomocnik.

– Z Lunaparu! – poprawił urażony mężczyzna. – Poza tym nie jestem żadnym łowcą czarownic.

– Tak? A kim?

– Pracownikiem terenowym Muzeum Historii Ponadnaturalnej Uniwersytetu w Pardwie. Przy ludziach mów do mnie „panie kustoszu”.

– A te wszystkie trolle, gremliny i trombołaki ubiłeś w imię nauki? – podpuszczał Paplacy.

– Żebyś wiedział – uciął kustosz, zwany Suretenem. – Zawrzyj już jadaczkę, na tych ziemiach roi się od wszelkiego plugastwa, a i ludzie tu niezbyt przyjaźni.

– Czyli musimy być czujni jak bromba! – Paplacy przywarł do grzbietu konia i rozejrzał się dookoła dzikim wzrokiem, prezentując swoją czujność.

– Bromby to bajka dla dzieci. Nikt ich nigdy nie widział – zauważył Sureten.

– Otóż to! Skubane zawsze zdążą się schować.

Las robił się coraz rzadszy, aż w końcu ustąpił miejsca łące, porastającej niezbyt wysokie wzgórze. Trakt powiódł wędrowców na szczyt wzniesienia, skąd rozpościerał się widok na pagórkowatą krainę, soczyście zieloną od trawiastych pastwisk i brzozowych zagajników.

– No, wreszcie dotarliśmy – stwierdził z zadowoleniem Sureten. – Oto Sandżak, kraj tysiąca bratnich plemion, skłóconych ze sobą jak rodziny w klasycznej tragedii. Co tydzień wybucha tu nowa wojenka, ale gdzie panują chaos i zamęt, tam najlepiej szukać okazów do muzeum, toteż my nie mamy co narzekać.

– Na wojnie to ja się cosik znam, w młodości niemało wojowałem, dopóki mnie strzała nie trafiła w kolano – pochwalił się Paplacy. – Mój kapitan zwykł mawiać, że wojna to niczyja wina. Kiedyśmy palili, grabili i mordowali, ale też i kiedy nas palili, grabili i mordowali, zwykł mawiać: „widocznie tak było zapisane w górze”.

– A co jeszcze jest zapisane w górze? – zaciekawił się Sureten.

– Że dziś wreszcie wyśpimy się na porządnych siennikach – odparł Paplacy – a przynajmniej taką mam nadzieję.

 

Słońce chowało się już za rozciągnięte na horyzoncie wzgórze, gdy wjechali do położonej po obu stronach traktu wsi. Paplacy szerokim uśmiechem skwitował zwieszający się z jednego z budynków szyld z rysunkiem kufla.

– A jednak łaskawa jest nasza dola! – Zeskoczył z konia zupełnie zgrabnie jak na inwalidę wojennego.

– Popilnuj koni, ja załatwię nocleg. – Sureten pewnym gestem otworzył drzwi gospody i wszedł do ciemnego wnętrza.

W środku, na gołym klepisku, ustawionych było zaledwie kilka stołów ze zgrubnie oheblowanych desek. Przy jednym kilku ciemnowłosych mężczyzn w lnianych koszulach popijało piwo z cynowych kufli. Drugi stół zajęty był przez dwóch jegomościów ubranych w lepsze, barwione stroje. Ci jedli drewnianymi łyżkami parującą potrawkę. Pachniało mięsem i szałwią, aż Sureten poczuł skurcz w okolicy żołądka.

Po chwili zza drewnianego przepierzenia wyłoniła się kobieta ni stara, ni młoda, odrobinę tęga, jeżeli już coś trzeba o niej powiedzieć.

– Witajcie – przywitała go, rzucając taksujące spojrzenie na podróżny strój i przypięty do pasa długi nóż, z którym Sureten nigdy się nie rozstawał. – Pan z daleka?

– Tak. Z zachodu – odrzekł mężczyzna, niewiele wyjaśniając. – Potrzebuję noclegu dla dwóch ludzi i dwóch koni.

– Znajdzie się. Zaraz pokażę.

 Zaprowadziła go do położonej z tyłu, ciasnej stajenki, gdzie stały już dwa wierzchowce, oporządzane przez jasnowłosego wyrostka. Po rozsiodłaniu koni Sureten i Paplacy zanieśli wyjęte z juków toboły do izby z dwoma podniszczonymi siennikami. Przez wąski lufcik pod sufitem wpadały ostatnie promienie słońca.

– Straszna tu stęchlizna, a w materacach ani chybi harcują pluskwy, ale lepszy robaczywy rydz, niż bez robaków nic – stwierdził Paplacy.

Sureten tylko westchnął i zwalił ciężkie pakunki na ziemię.

– Panowie pewnie głodni, proszę na salę, podam strawę – gospodyni zaciągnęła ich do stołu. Za parę chwil postawiła przed nimi dwie drewniane miski pełne mięsa w zawiesistym, pachnącym ziołami sosie, a do tego po kawale chleba. Na popitkę dostali dzban zsiadłego mleka.

– Kraj może biedny, ale jedzą tutaj dostatnio – rzekł po posiłku Paplacy, wymownie popuszczając pasa.

– Bo to bogaty kraj biednych ludzi – gospodyni posłyszała jego słowa i przysiadła się, podając im jednocześnie kufle z piwem. – Ziemię mamy żyzną, wody pod dostatkiem i tylko nie ma komu pola obrabiać, bo ludzie ciągle giną.

– A co, zalęgł się tu w okolicy potwór jakiś? – zainteresował się Sureten. – Wąpierz może?

– A gdzie, toć nie potwory tutaj zabijają, jeno ludzie – prychnęła kobieta. – Choć niektórzy powiadają, że pani Anica pija krew swoich wrogów, a z grodu wychodzi tylko w nocy – gospodyni ściszyła głos do szeptu.

– A kto to jest, ta pani Anica? – dopytywał muzealnik. 

– Kniaziówna z Wyszegrodu. Jej rodziców podobno porwali i ubili gdzieś na obcej ziemi. Od tego czasu mści się straszliwie, zbiera haracze w plonach albo ludziach, a nieposłusznych wyrzyna. Tytułuje się kraljicą, znaczy: królową. Króla u nas nigdy nie było, każde plemię rządzi się po swojemu, w tej krainie przeklętej, którą nawet bogowie opuścili.

– A tak, mijał nas jeden po drodze – wtrącił się Paplacy.

Gospodyni rzuciła mu pogardliwe spojrzenie.

– Jak na wschód jedziecie, to radzę zaprzestać brewerii. Kto był w Sandżaku, ten się nie śmieje. Już nigdy – stwierdziła, po czym, na przekór własnym słowom, roześmiała się perliście.

Wstała od stołu. Po jej odejściu Sureten zaczął dywagować na temat samozwańczej królowej Anicy.

– Coś mi się nie widzi, żeby kniaziówna nagle przerodziła się wąpierza. Słyszałem jednak o przypadkach, kiedy pragnienie zemsty potrafiło zmienić normalnego człowieka w potwora.

Oczy zaszły mu mgłą, gdy zaczął przypominać sobie dawne dzieje.

– A nie macie tam już jakichś wąpierzy w muzeum? Trzeba następnego przywozić? – Paplacy nie palił się do polowania na trzęsącą całą okolicą władczynię Wyszegrodu.

– Wąpierza, a właściwie wampira, jak go się naukowo określa, nie mamy, tym większa jest to gratka – muzealnik zignorował nieszczęśliwy grymas swojego giermka. – Zasadniczo większość doniesień o wampirach jest nieprawdziwa, przeważnie są to po prostu ludzie chorzy albo przeklęci, lecz niegroźni. W starożytnych księgach nazywali to porfirią. Dotkniętego nią człowieka promienie słońca palą niby kwas, a jego fizjonomia staje się powoli szkaradna. Złapałem raz takiego i umieściłem w muzeum. Pokazywaliśmy go jako osobliwość, ale po pół roku zdechł, biedaczysko.

– Jeśli trzymaliście go w klatce, to może i dobrze dla niego – wtrącił Paplacy.

– Gdyby nie ja, to wieśniacy by go roznieśli na widłach. Jednakże istnieją również prawdziwe wampiry. – Sureten wrócił do wykładu. – Zwykle potężne, posiadają nadludzką siłę i ponadnaturalne zdolności, toteż nierzadko stają się lokalnymi watażkami, lordami czy nawet władcami. Niedawno prawie jednego schwytałem, bo bawił u nas w kraju incognito, udając kupca, choć wyglądał na szlachetnie urodzonego. Przebiegły był i wiele mnie wysiłku kosztowało, żeby go znaleźć i dopaść. Tylko, cholera, kiedym już go miał skrępowanego, motłoch się o tym zwiedział. Mnie profilaktycznie zdzielili lagą przez łeb, żebym nie przeszkadzał, a jemu osikowy kołek wrazili…

– He, he – Paplacy uśmiechnął się od ucha do ucha.

– …w serce – dokończył Sureten, gromiąc sługę wzrokiem.

– Była u nas taka hrabina, co ją wampirem nazywali – przypomniał sobie giermek. – Kto tylko się przy niej znalazł to zaraz miał nos zwieszony na kwintę, jakby krew z niego wyssała, a hrabia to już w ogóle ponury chodził i od ślubu zaprzestał wszelakich polowań i hulanek, a przeca nieraz u niego w nagonce chodziłem.

– To brzmi jak typowy wampir energetyczny.

– Czyli?

– Czyli zwykła prukwa.

Głowy kiwały im się już ze zmęczenia, toteż zalegli w ciasnej izbie i, mimo pluskiew wesoło harcujących w sianie materacy, spali jak zabici.

 

Obudzili się, kiedy słońce już dawno wstało, a w izbie zaczęła panować duchota i gorąc. Zapowiadał się upalny dzień, więc czym prędzej ruszyli na szlak, zapełniwszy uprzednio juki chlebem i wędzoną kiełbasą. Według gospodyni do Wyszegrodu były niecałe dwa dni jazdy, a po drodze kilka wsi odpowiednich na popas.

– Czy my naprawdę planujemy schwytać królową do klatki jak jakąś nielotną kurę? – niedowierzał Paplacy. – Przecież pilnują jej pewno całe zastępy wojów!

– Ciszej! – skarcił go muzealnik. – Lepiej żeby nikt nie wiedział o naszych planach. Zajrzymy do miasta, rozejrzymy się, może znajdziemy jakiś sposób, żeby ominąć straże. A jak nie, to trudno, popytamy o inne potwory. Zresztą może ta cała Anica nie jest wcale wampirem, tylko zwykłą ludzką bestią.

Nagle Sureten zamilkł i gestem nakazał ciszę, tak, jakby wyczuł zagrożenie. Po chwili konie również zrobiły się niespokojne, zeskoczyli więc z nich i za uzdy sprowadzili z traktu w gęsty podszyt lasu. Intuicja nie zawiodła kustosza. Na gościńcu, od strony, w którą zmierzali, rozległ się stukot podków. Drogą spieszyła zbrojna drużyna. Okrągłe tarcze wojów zdobiły czerwone, wilcze głowy. Było ich kilkunastu, a za nimi mozolił się wóz, za którym na postronkach biegły dwa luzaki.

– Pewnie jadą po haracz – stwierdził Sureten, gdy tamci zniknęli za zakrętem. – To się nasza gospodyni zdziwi.

– Cholera, mrówki mnie oblazły – marudził tymczasem Paplacy, wyłażąc spod paproci, pod którymi się skrył. – Cały jestem pogryziony.

– To podobno dobrze robi na reumatyzm, może na kolano też ci pomoże. Albo chociaż na twój niewyparzony jęzor.

Muzealnik wskoczył znów na konia.

– Chodź, może skoro drużyna wyjechała, pani Anica będzie dla nas bardziej gościnna.

Nie ujechali jednak daleko. Za kolejnym wzniesieniem ich oczom ukazał się widok, od którego nawet Paplacy stracił rezon, a jego twarz przybrała barwę czystej kredy. Po jednej i drugiej stronie drogi do drzew przywiązano nagie ciała mężczyzn. Tyle że nie były one skrępowane liną, a obwiązanymi wokół drzewa jelitami, należącymi do trupów. Dookoła unosiła się charakterystyczna, ciężkawa woń wnętrzności.

– Spójrz… – Sureten wskazał na twarze zabitych.

– Wolałbym nie – odpowiedział Paplacy.

– Czy to nie są przypadkiem tamci dwaj z karczmy? – Sureten rozejrzawszy się dookoła swym sokolim wzrokiem, zeskoczył z konia i przyjrzał się bliżej truposzom. – Słyszałem o takich torturach. Ofierze otwiera się jamę brzuszną, przybija jeden koniec jelita do drzewa, a potem gania ją dookoła drzewa. Zawsze zastanawiałem się, czy tak się da.

– Teraz będziesz badał tutejsze zwyczaje? – Paplacy wyraźnie nie miał zapędów etnograficznych. – Pewnie najpierw ich zabili, a potem wypatroszyli, na postrach.

– Patrz.

Sureten wskazał wycięty na czołach obu ofiar symbol przedstawiający rybę. I na wilczy łeb, wymalowany krwią na gładkiej korze drzewa.

– To nie był zwykły mord dla pieniędzy czy zabawy. To była zbrodnia z nienawiści.

– Biedacy, wybrali sobie zły totem. Wszyscy wiedzą, że wilk zjada rybę – stwierdził Paplacy, na którego twarz powoli zaczęły wracać kolory. – Ale pal licho ich zwierzątka, lepiej się stąd zmywajmy, nim nadejdą prawdziwe wilki. Albo bromby.

 

Wyszegród w porównaniu do kamiennych, gwarnych miast Zachodu wydawał się po prostu przerośniętą wsią. Na pagórku wznosił się otoczony palisadą gród, a u jego podstawy rozciągała się osada, przecięta na pół wartko płynącą rzeką. Zbliżając się od południowej strony, muzealnik ze swoim giermkiem wjechali najpierw do części oddzielonej od kasztelu rzeką. Ludzi prawie tu nie było, a wiele domów stało pustych. Na futrynach wyłamanych drzwi wymalowano ryby.

Brzegi rzeki spinał drewniany most, na którego końcu podróżników zatrzymali uzbrojeni we włócznie strażnicy.

– Stać! Kto jedzie i w jakiej sprawie?

– Podróżni, w sprawie noclegu i jadła. Jesteśmy w drodze na wschód, do Afioru – odpowiedział Sureten.

– Z daleka?

– Z Pardwy.

Sądząc po minie, strażnik, barczysty chłop o spojrzeniu niezdradzającym ni inteligencji, ni wykształcenia, o Pardwie nie słyszał, uznał więc, że to daleko.

– Za przejazd należy się myto. A, no i trzeba odbyć lekcję – przypomniał sobie.

– Jaką lekcję? – zdziwił się Paplacy.

– Pokory – odrzekł strażnik, po czym wskazał palcem na stojącego nieopodal mężczyznę, który smarował jakiś kołek ciemną substancją. – Każdy z was ma zastrugać po palu, raz dwa.

Opłaciwszy więc myto, podeszli do pracującego mężczyzny.

– Czołem waszmościowie, tamoj dla was kołki leżą – kat skinął głową w kierunku stosu młodych drzew, zgrubnie ociosanych z gałęzi.

– Takie cienkie? – zdziwił się Paplacy, biorąc do ręki pal gruby na szerokość dłoni.

– Ano, jak kto nie widział palowania to się dziwuje, ale jak chłop ma na kijku trochę pofikać, to nie można go od razu rozerwać tą, jak jej tam, kłodą – wyjaśnił oprawca. – Cała sztuka w tym, żeby jeszcze sobie trochę pożył, z kołkiem w rzyci. Za to pani Anica daje tą, jak jej tam, premię.

– A często pani Anica każe na pal nabijać? – indagował Sureten.

– Oj tak, od czasu jak kniazia ubili, to co niedziela kaźń urządzamy. Tradycja to już, można rzec.

Podróżnicy niechętnie zabrali się do ociosywania pali wedle wskazówek kata. Czubek miał być gładki i zaokrąglony na końcu, żeby szpicem żył nie porozcinać, wyjaśnił oprawca. Robota szła sprawnie, więc po chwili strażnik zezwolił Suretenowi wraz z giermkiem wejść do miasta.

– Tylko jak dostaniemy się do grodu? – Zapytał Paplacy, spoglądając wymownie na bramę w palisadzie, zamkniętą i strzeżoną.

– Spokojnie, mam plan – odrzekł muzealnik.

– Tego się właśnie obawiałem.

Ciągnąc za sobą wierzchowca, Sureten spokojnym krokiem podszedł do pilnujących bramy wojaków i zanim tamci zdążyli się odezwać, wypalił:

– Słuch idzie, że w zamku tym mieszka wielka i potężna królowa, zali to prawda?

Strażnicy spojrzeli po sobie zmieszani, bo jakkolwiek oficjalnie Anicę tytułowali królową, to patrząc na marny, drewniany gród, było to miano nad wyraz pochlebne.

– A tak, nie masz większej i potężniejszej w całym Sandżaku – odrzekł w końcu jeden z nich i trzeba przyznać, że nie mijał się z prawdą.

– Ha, a co wyróżnia władczynię szlachetną i dostojną spośród tłumu poślednich władyków? Wiecie aby? – podpytywał Sureten.

– No co?

– Klejnoty, rzecz jasna! – rzekł muzealnik, jakby to była oczywistość. – Każda królowa ma klejnoty. A ja, nie chełpiąc się, mistrz jubilerski Faber Cher z dalekiego Frydlandu, najprzedniejszą wyrabiam biżuterię w całym świecie. Moje dzieła noszą królowe i księżniczki od nieprzebytego morza na najdalszym zachodzie aż po bezkresne pola wschodu!

– Taa, niby taki mistrz samowtór po świecie jeździ, jak obwoźny sprzedawca garnków – szydził strażnik. – Pewno jeszcze mi powiecie, że klejnoty za pasem wozicie.

– A żebyście wiedzieli. Patrzcie jeno, dobrzy ludzie.

I Sureten wyciągnął z mieszka pierścień, złoty i gruby, z wielkim i lśniącym rubinem. Strażnicy zbaranieli.

– Więcej nie pokażę, bo jeszcze wam co głupiego przyjdzie do głowy. No, a teraz niech no który prowadzi do królowej, bo coś mi się widzi, że będzie mieć więcej rozumu od swoich pachołków.

– Zaraz, zaraz – zmitygował go strażnik, najwyraźniej urażony „pachołkiem” – Brnaba, poślij Petkę do królowej, niech zapyta czy wpuszczać tego… jubilera.

Petko uwinął się szybko, bo już po paru chwilach podróżnicy zdawali konie stajennemu. Broń musieli zostawić Brnabie, co jednak nie zmartwiło szczególnie Suretena. Paplacy podejrzewał, że ten miał w zanadrzu coś lepszego na wampiry niż miecz, aczkolwiek pewniej by się czuł ze znajomym ciężarem u pasa.

Audiencja odbywała się w sali tronowej, będącej jednocześnie biesiadną. Na środku ustawiono w kształcie podkowy stoły z ciemnego drewna, przy których spokojnie pomieściłaby się setka ludzi. Z powały zwisały mosiężne, zdobne żyrandole. Płonące w nich świece jako jedyne rozpraszały panującą w sali, duszną ciemność, gdyż w ścianach brakowało okien.

U szczytu stołu, na fotelu ostentacyjnie pokaźniejszym niż pozostałe, z podłokietnikami zwieńczonymi rzeźbami wilczych łbów, siedziała kobieta. Jej blada, nieskazitelna skóra kontrastowała ze splecionymi w warkocz, czarnymi jak krucze pióra włosami i równie czarną suknią. Długi, lekko haczykowaty nos, cienkie brwi i wąskie usta sprawiały, że oblicze przywodziło na myśl drapieżnego ptaka. Ciemne oczy przeskakiwały pomiędzy jednym a drugim przybyszem. Anica przyglądałą się im, niczym orzeł kołujący nad polaną przypatruje się myszy, na którą zaraz spadnie niby skrzydlata śmierć.

Co jednak najdziwniejsze, królowa wyglądała na nie więcej niż piętnaście wiosen.

– Złóżcie pokłon Anicy, królowej całego Sandżaku, władczyni Łupańców i Certów, pani na Wyszegrodzie, zwierzchniczki Brczka i Białej Doliny! – Prowadzący ich Petko okazał się nie tylko chłopcem na posyłki, ale i heroldem.

Muzealnik złożył wytworny ukłon, Paplacy natomiast zgiął się w pasie bez krztyny gracji.

– Wasza Wysokość, jestem mistrz jubilerski Faber Cher… – zaczął przedstawiać się Sureten, Anica szybko uciszyła go jednak, władczym gestem wyciągając przed siebie dłoń.

– Oszczędźcie nam tych łgarstw, a sobie sromoty – powiedziała królowa, tonem nad wyraz spokojnym i pozbawionym emocji. – Prawdziwa twa tożsamość jest mi znana od kiedy przekroczyłeś granicę mych włości. Jaka byłaby ze mnie władczyni, gdybym nie wiedziała, że oto nawiedził mnie sam Sureten z Lunaparu, światowej sławy awanturnik i łowca potworów.

Światowej sławy awanturnik nie dał po sobie poznać zaskoczenia.

– Wielka jest mądrość Waszej Wysokości – odrzekł spokojnie. – Niech wolno mi będzie zatem przypuścić, że i powód mej wizyty jest Waszej Wysokości wiadomy.

– Wiem co cię przywiodło w te strony, może nawet lepiej niż ty sam – odparła Anica. – Ba, wiedzą tą, dotyczącą pewnego listu i jego treści, mogłabym się podzielić. Lecz moja wiedza ma swoją cenę.

– Cokolwiek rzekniesz królowo, z chęcią dostarczę, w miarę mych wątłych możliwości. – Sureten powtórnie zgiął się w wytwornym ukłonie, co natychmiast powtórzył, nieco karykaturalnie, jego sługa.

Zanim Anica zdradziła, w czym rzecz, nakazała opuścić salę całej służbie. Został tylko jeden, najbardziej zaufany, zdaje się, wojownik. Teraz ją dopaść możemy, pomyślał Paplacy. Lecz Sureten stał nieporuszony, nie zdradzając żadnym gestem chęci natychmiastowego porwania królowej. Tymczasem owa wstała ze swego tronu i wolnym krokiem przechadzała się po sali.

– Jak wam zapewne wiadomo, w Sandżaku liczne plemiona prowadzą ze sobą wojny od zarania dziejów. – Anica zaczęła przemawiać tonem mentorskim, co drastycznie kontrastowało z jej dziewczęcą fizjonomią. – Walki trwały przez wieki ze zmiennym natężeniem, ale ja postanowiłam położyć im kres, aby zapanowała jedność i pokój. Moi wojowie noszą znak Czerwonego Wilka, lecz wszystkie plemiona mogą mi służyć, o ile będą posłuszne. Jednak nie wszystkie są lojalne.

Królowa zrobiła pauzę, podczas której Paplacy przypomniał sobie okręcone wokół drzew kiszki przedstawicieli nieposłusznych plemion.

– Szczególnie we znaki daje mi się jedno z plemion, którego przywódca jest mym wrogiem również z osobistych powodów – dodała Anica, a Suretenowi zdało się, że wie, co to za osobiste powody.

– Tedy życzyłaby sobie Wasza Wysokość, żebym się owego wroga pozbył? – zgadywał Sureten, a nie słysząc sprzeciwu, kontynuował. – Nie rozumiem wszakże, czemu dokonać tego ma przejezdny awanturnik i łowca potworów, a nie, dajmy na to, zbrojna drużyna Waszej Wysokości.

– Rzecz w tym, że ów wróg, to sprawa prędzej dla łowcy potworów, niźli dla zwyczajnych wojów – odrzekła Anica.

– Kim… Czym on jest? – zapytał Sureten.

Królowa zasiadła z powrotem na tronie i potarła wyrzeźbioną na jego poręczy głowę wilka.

 

 – Nic z tego nie pojmuję – stwierdził Paplacy, gdy następnego dnia, po noclegu w zajeździe na podgrodziu, znów wyruszali w drogę.

– Czego tu nie pojmować – westchnął Sureten. – Nasz cel jest solą w oku władczyni, nic więc dziwnego, że chce go zgładzić.

– Ale czemu, u licha, naszymi rękami? – dziwił się dalej jego pomocnik. – Skoro sama powiedziała nam, gdzie go szukać, cóż prostszego niż nasłać nań swoich wojów, których ma tu przecie całe mrowie. Tylu to i nawet takiego wilkołaka na strzępy rozniesie.

– A co owi wojowie noszą na tarczach?

– Aaa…

– A no właśnie. Anica prawi o jedności, a tak naprawdę napuszcza jednych na drugich – tłumaczył dalej Sureten. – Przypuszczam, że w tym społeczeństwie zwierzęta totemiczne mają duże znaczenie. Lud tu ciemny i zabobonny. Gdyby zobaczyli człowieka zdolnego do przemiany w wilka, prędzej by go obwołali nowym królem, niż zabili.

Zmierzali znów tym samym gościńcem, dalej na wschód. Według wskazówek dostarczonych przez królową, wilkołak krył się w jednej z jaskiń na północnym krańcu doliny przecinającej w poprzek trakt, odległej od Wyszegrodu o trzy dni jazdy. Mieli więc czas, aby wszystko przemyśleć i zaplanować. Paplacy jednak, z natury w gorącej wodzie kąpany, od razu pierwszego dnia zapytał:

– To jak się owemu potworowi dobierzemy do włochatej skóry?

– Najpierw trzeba będzie się rozpytać i stwierdzić, z czym mamy do czynienia. Po tym co przed chwilą ustaliliśmy, wnioskuję, iż rzeczony lykantrop jest niezwykły. Potrafi zmieniać swą postać na zawołanie, inaczej wystarczyłoby wysłać wojaków, kiedy księżyc stoi w nowiu – rozumował Sureten. – Tak czy siak, mam kilka sprawdzonych środków. Srebro, amulety i wyciąg z jemioły powinny podziałać.

– Oj tak, u nas we wsi znachorka była, stara i pomarszczona jak suszona śliwka. A na wszystko jemiołę zalecała, czy to kurzajki, koklusz czy dyfteryt nawet, zajedno dawała eliksir z jemioły. To i na wilkołaka pewnikiem podziała – stwierdził z przekonaniem Paplacy.

Muzealnik nie kwapił się do komentowania metod leczenia znachorki, więc chwilę jechali w ciszy, zagłuszanej jedynie przez stukot podków i szum liści na przydrożnych topolach.

– A zapytać jeszcze miałem – przypomniał sobie w końcu Paplacy. – Jest ta pani Anica wąpierzem czy nie?

– Pewny nie jestem. Próbowałem sprawdzić, czy odbija się w lusterku, ale za daleko staliśmy. W każdym razie na normalną młódkę nie wygląda – rzekł Sureten.

 – Ani jak normalna młódka nie mówi – zauważył pomagier. – Chyba że królowe tak dostojnie gadają w każdym wieku.

– Wątpię.

 

Trzeciego dnia wjechali na przełęcz rozpiętą między dwoma potężnymi masywami, wystawiającymi pokryte trawiastymi halami szczyty ponad kobierzec puszczy. Późnym popołudniem stanęli w dolinie, której środkiem płynęła rzeka o dnie usłanym okrągłymi kamieniami. Na opadających ku niej stokach wypasano kierdel liczący dobrze ponad dwie setki owiec. Ponurzy juhasi nie byli zbyt skorzy do rozmowy, mruczeli tylko coś pod nosem, obserwując przejezdnych spod nasadzonych na oczy futrzanych papach.

Sureten wraz z Paplacym skierowali więc konie brzegiem rzeki na północ, przeciwnie do rwącego na południe nurtu.

– Pamiętaj, najpierw pytamy, a dopiero potem strzelamy. – Sureten pouczał swojego pomagiera, któremu wręczył po drodze małą kuszę i srebrne bełty. – I to dopiero kiedy będziesz pewny strzału, bo napiąć ponownie raczej nie zdołasz.

– A jak chybię?

– Wyciągnij miecz i miej nadzieję, że nie wszyscy bogowie opuścili tę krainę.

– Kiedy ja mam żelazny miecz, a nie srebrny.

– Nie martw się, akurat jeżeli chodzi o obcinanie kończyn tudzież głów, żelazo sprawdza się lepiej niż srebro.

Dolina kończyła się stromym, pełnym skalistych urwisk i kamienistych piargów stokiem. Spętawszy konie, ruszyli na poszukiwania kryjówki wilkołaka. Obwieszeni amuletami i nasmarowani od stóp do głów jemiołową esencją, zakosami wspinali się po zboczu. W milczeniu, choć muzealnik uważał, że wilkołak i tak ich usłyszy z daleka. Albo wywęszy.

Sureten prowadził dalej wzdłuż spadającej kaskadami rzeki, szedł prosto, nie klucząc i nie wypatrując śladów, jakby prowadzony tajemnym zmysłem łowcy wyczuwał potwora. I rzeczywiście, trafili w końcu na kurtynę wodospadu, za którą kryła się niewielka nisza, a w jej tylnej ścianie rozległe pęknięcie, szpara w skale, przez którą człowiek mógł się przecisnąć tylko bokiem. Była to kryjówka nie tylko trudna do wypatrzenia, ale przede wszystkim piękna. Można by rzec: podręcznikowa, pod warunkiem, że do podręczników zaliczy się bajki o złych rozbójnikach, co zabierają bogatym, a biednym rozdają.

Sądząc po wypływającym ze szczeliny smrodzie rozkładającego się mięsa i flaków, bardziej prawdopodobne było, że jej lokator bogatym zabierał, a biednych zjadał.

Tymczasem Paplacy trzymał kuszę pewną ręką, celując w wejście do jaskini, a Sureten wyciągnął przygotowane zawczasu utensylia: krzesiwo, hubkę, garść cienkich patyczków oraz szaroczarną kulę wielkości jabłka, wyglądającą jakby była ulepiona ze sklejonego prochu strzelniczego. Minęło jednak parę chwil, nim zajęła się od prowizorycznego ogniska, a i wtedy żarzyła się, miast wybuchnąć. Zaczęła wydzielać gęsty, gryzący dym sinawej barwy. Wtedy Sureten szybkim ruchem poturlał ją prosto w ziejącą w skale dziurę.

– Wyłaź z rękami w górze albo sczeźnij w tej jamie! – zakrzyknął muzealnik.

– A co jak jest inne wyjście? – zauważył trzeźwo jego pomagier.

– Spokojnie, mnie nie podejdzie. Wyczuję go.

Paplacy zdziwił się, ale nie wątpił w swego chlebodawcę. W końcu różne ludzie mają talenty, nieraz prawie magiczne. Przypomniał sobie, jak raz przez wieś przejeżdżała trupa cyrkowa, a na samym przedzie…

Nie dane mu było jednak pogrążyć się we wspomnieniach, bo ze szczeliny dobiegł odgłos całkiem ludzkiego, choć silnego kaszlu, a po chwili wyłonił się z niej, trzymając ręce w górze, mężczyzna. Był wysoki, wyższy od Suretena, który sam miał prawie sześć stóp wzrostu i większości miejscowych mógł napluć na czubek głowy. Poza tym wilkołak nie wyglądał jakkolwiek wilczo, fizys miał najzupełniej ludzką i przeciętną, choć pokrytą czarniawym zarostem, na ramiona spadała zaś czupryna tej samej barwy.

– Poniechajcie mnie panowie, nie ubijajcie jak psa – poprosił mężczyzna, choć w jego głosie nie było słychać błagalnego tonu. – Jestem bezbronny.

Sureten wiedząc, co Anica zwykła robić z jeńcami przeczuwał podstęp. W końcu nikt normalny nie poddawał się bez walki, mając w perspektywie pal, i to w najlepszym wypadku. Kazał mężczyźnie się odwrócić i ostrożnie skuł mu ręce za plecami. Kajdany zalśniły srebrem na przegubach dłoni.

– To powinno powstrzymać cię przed sztuczkami ze zmianą kształtu – stwierdził z zadowoleniem. – Ale dla pewności dam ci coś do wypicia.

Wyciągnął z kieszeni niewielką fiolkę z grubego szkła.

– No, to do dna!

 

Droga powrotna do Wyszegrodu upłynęła w ciszy. Pojmany wilkołak milczał, zapewne rozpatrując swe niezbyt szczęśliwe położenie. Sureten planował następne ruchy, Paplacy natomiast sprzeniewierzył się rubasznej naturze i trwał podczas jazdy w niemym stuporze co, jak twierdził, pozwalało mu kumulować energię słońca.

 Lecz w końcu dotarli do położonego na wzgórzu grodu, co wszystkich trzech przyprawiło o niepokój. Tak musi czuć się mysz wchodząca w paszczę kota, pomyślał Paplacy. Tylko czego ona tam szuka?

Strażnicy spoglądali z wyraźną niechęcią na więźnia, popychali go, prowadząc do sali tronowej. Tam czekała już Anica, tym razem przyodziana w szaty koloru jarzębiny. Na jej szyi lśnił sznur pereł. Wojowie pchnęli jeńca na kolana i stanęli za nim, sprawiając wrażenie, że w każdej chwili z przyjemnością użyją wobec niego środków przymusu bezpośredniego.

– Witajcie – rzekła bez cienia emocji królowa. – Widzę, że misja, jaką wam powierzyłam, została wypełniona bez przeszkód. Zbliż się Suretenie, winna ci jestem nagrodę.

Muzealnik powoli, może nawet wolniej niż wskazywałaby etykieta, podszedł do tronu. Stanął przed królową, która wstała, zbliżyła twarz do jego twarzy i uśmiechnęła się, ukazując białe jak mleko zęby. Białe jak mleko, długie i ostre kły.

Sureten zareagował bezwiednie, wyuczone latami treningów i przygód ciało odskoczyło do tyłu, a urękawiczone ręce sięgnęły do pasa po imitujące ozdobną klamrę, inkrustowane srebrem kastety. Paplacy również miał niezły refleks, a przynajmniej odrobinę lepszy od stojącego obok strażnika, który natychmiast zgiął się wpół, otrzymawszy silny cios łokciem w splot słoneczny. W sali pozostało ich jednak jeszcze czterech, uzbrojonych w krótkie, idealne do walki w pomieszczeniach miecze.

Legenda Suretena nie była wszakże całkiem bezpodstawna. Ruszył w kierunku pary strażników, w odpowiednim momencie rzucił się na prawo, odgradzając się od jednego z nich drugim. Ten składał się już do ciosu, biorąc zamach. Błąd. Nim zdążył ciąć, Sureten rąbnął go prawym prostym w kulfoniasty nos, po czym bez problemu uniknął idącego już tylko siłą rozpędu miecza. Drugi strażnik nie chciał skończyć jak znokautowany towarzysz, wykonał więc groźne pchnięcie na wysokości pępka. Ale i ten sztych chybił celu. Sureten niewiadomym sposobem znalazł się na prawo od miejsca, gdzie był jeszcze przed chwilą, zbrojną w kastet prawicą zbił głownię, skrócił dystans i strzelił woja lewym podbródkowym. Od razu odskoczył, unikając ostrza.

W międzyczasie z odsieczą przybył Paplacy, wymykając się pozostałym strażnikom z niespodziewaną zwinnością. Błyskawicznie podniósł oręż powalonego wojownika i zaatakował gwardzistę, który, oszołomiony i ze złamaną szczęką, nie zdołał się obronić. Oberwał płazem w bok głowy, co wykluczyło go z dalszej walki. Ciało ciężko grzmotnęło o dębową klepkę podłogi, a miecz natychmiast przeszedł w ręce Suretena. Teraz siły stały się wyrównane, dwóch na dwóch.

Pary stanęły naprzeciwko siebie u szczytu stołu, a Sureten od razu ruszył z natarciem, pomny, że w każdej chwili, zaalarmowani hałasem, do sali mogą wejść następni gwardziści. Walka nie trwała długo, w końcu słynny łowca potworów był niezłym szermierzem, a i Paplacy w niejednej potyczce brał udział. Strażnicy zaś, nawykli do straszenia chłopów i walki z prymitywnie uzbrojonymi partyzantami, machali mieczami na odlew, co rusz się odsłaniając.

Po chwili legli więc ogłuszeni, a Sureten skierował wzrok na stojącą cały czas w tym samym miejscu wampirzycę.

– Zarygluj drzwi! – rozkazał Paplacemu.

Odrzuciwszy zdobyczny miecz, który z brzdękiem uderzył o posadzkę, uwolnioną ręką wyciągnął z kieszeni błyszczący jak księżyc łańcuszek. Wysnuwał go i wysnuwał, a ten zdawał się nie kończyć. Po chwili z prawej dłoni Suretena zwisał długi na pół sążnia odcinek łańcuszka, zdający się wić i skręcać niby srebrzysty robak. Lewa dłoń muzealnika, zwinięta była we wciąż zwieńczoną kastetem pięść.

Był już o parę kroków od wampirzycy, gdy usłyszał pojedyncze, stłumione łupnięcie, a zaraz potem charakterystyczny łoskot upadającego ciała. Zaryzykował szybkie spojrzenie w tył, dzięki czemu zobaczył pędzącego nań wilkołaka, wciąż w ludzkiej postaci, ale wyzwolonego z kajdan. W ferworze walki zapomnieli o swoim jeńcu! Tylko jakim cudem…

Nie zdążył dokończyć myśli, kiedy pod dotykiem chłodnych jak woda w górskim strumieniu dłoni, własne mięśnie przestały go słuchać, a on sam opadł na podłogę z rozrzuconymi bezwładnie kończynami, jak szmaciana lalka.

– Śpij, nie bój się – usłyszał. – Przecież cię nie ugryzę.

Zapadł w ciemność.

 

Obudził się wychłodzony i obolały od leżenia na kamiennej posadzce. W dodatku na nadgarstkach i kostkach zapięte miał masywne, krępujące ruchy kajdany, przez co powrót do pozycji pionowej udał się dopiero przy drugiej próbie. Przy pierwszej nogi odmówiły posłuszeństwa i rymnął prosto na leżącego obok Paplacego, który tylko coś wystękał i leżał dalej.

Sureten rozejrzał się po celi. Może i gród nie jest zbyt okazały, ale za to loch mają pierwszorzędny, pomyślał. Brudny, zatęchły i zupełnie pozbawiony słabych punktów, nic tylko solidna, murowana ściana, a w kracie pręty grube jak żmije. Człowiek nie ma prawa się stąd wydostać.

– Pewnie zastanawiasz się jak do tego doszło?

Za kratą stała Anica, ukazując w bezczelnym uśmiechu wampirze kły. Jej głos nie był już beznamiętny, zdradzał zadowolenie, może nawet wesołość.

– Obiecałam wyjaśnić sprawę listu, który dostałeś jeszcze w Pardwie i dotrzymam słowa – kontynuowała kraljica. – Otóż wysłałam go ja.

 – Tego akurat zdążyłem się już domyślić – odparł Sureten. – Wiedziałaś, że słynny łowca potworów nie przepuści takiej okazji i zapoluje na prawdziwego wampira. Tylko po co zastawiłaś na mnie tę pułapkę?

Z twarzy Anicy spełzł uśmiech, a zamiast niego pojawił się grymas złości.

– A dlaczego ty złapałeś w pułapkę pewnego wampira zimą zeszłego roku, w Rivanno? – wycedziła jadowicie. – W jakim celu wydałeś go na pastwę krwiożerczego motłochu?

Sureten spuścił wzrok.

– To był twój ojciec – zrozumiał po chwili.

– Tak. Przynajmniej oficjalnie – odparła Anica, a przez jej twarz przemknął cień bólu. – To on uczynił mnie tym, czym jestem.

– Rozumiem. Wybacz, nie chciałem, żeby zginął.

Zapadła cisza, przerywana tylko płytkim oddechem Paplacego.

– A co z tym wilkołakiem? – zapytał po chwili Sureten. – To on cię ocalił.

– Widzisz, postanowiłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Kiedy zostałam sama, szalałam z rozpaczy. Poznaliśmy się jak dwie bestie, w nocy, w lesie. Tylko on mógł mnie zrozumieć, też był odmieńcem, monstrum niepasującym do świata ludzi.

– Więc razem wywołaliście wojnę, żeby patrzeć jak normalni ludzie wyrzynają się nawzajem?

– Nie. Może i jestem potworem, ale nie czerpię satysfakcji z mordu. Bezsensowne wojny toczyły się tu od zawsze, ale ta położy im kres. Wzmocniłam swoją władzę, zapełniłam skarbiec, a teraz mogę wspaniałomyślnie zarządzić pokój. Ludzie będą kochać władczynię, która przerwała rozlew krwi.

– No tak, przecież szkoda żeby marnowało się tyle dobrego trunku. – Sureten puścił do Anicy oko, ale ona nie odpowiedziała na zaczepkę. – Tylko jak pogodzić ludzi, w których najpierw wzbudziło się nienawiść?

– Nienawiść nie wygaśnie z dnia na dzień, ale rozejm można zawrzeć, szczególnie, jeżeli oznacza to koniec haraczy i bezprawia. Potrzeba jedynie pretekstu, a ten dałeś mi właśnie ty.

– Jak to?

– Herszt bandytów z wrogiego plemienia ratuje królową przed zamachem, w dodatku dokonanym przez przybysza z innego kraju, nietutejszego. Czy to nie idealny powód, by zjednoczyć się przeciwko obcym najeźdźcom?

– A rozejm przypieczętować unią personalną…

– Dobrze zgadujesz. Piękne wesele połączone z wbiciem zamachowców na pale, które sami dla siebie zastrugali.

– A potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

– Oczywiście oprócz was. Wy będziecie żyć krótko, ale za to w męczarniach.

Sureten przysunął się do kraty oddzielającej go od rozmówczyni i spojrzał jej prosto w oczy.

– Tak, to naprawdę sprytny plan. Jestem pod wrażeniem. Aż mnie korci, żeby ci na to pozwolić.

Tym razem to ona nie rozumiała. Zmarszczyła brwi.

– Nie, niemożliwe, blefujesz – stwierdziła, choć jej głos nie brzmiał pewnie. – Nawet taka legenda jak ty nie sforsuje tej kraty i nie pokona dziesiątek strzegących mnie ludzi. Musiałbyś znać czary.

Sureten zachichotał, nie ostentacyjnie, lecz jakby usłyszał po prostu udaną dykteryjkę.

– Czary? Nie. Lecz jak zapewne sama najlepiej wiesz, wśród wampirów, prawdziwych wampirów, rozpowszechnione są pewne zdolności. Ty na przykład potrafisz uśpić każdego jednym dotknięciem dłoni, o czym przekonałem się na własnej skórze.

Przerwał, delektując się wykwitającym powoli na twarzy Anicy wyrazem zrozumienia, po czym wyparował, w znaczeniu całkiem dosłownym, zmienił się bowiem w obłoczek pary, mgiełkę, która pozostawiwszy za sobą luźną kupkę ubrań przefrunęła na drugą stronę kraty i skondensowała się w postać nagiego Suretena przed samym nosem Anicy.

– I to nie jest jedyna moja umiejętność – rzekł muzealnik. – Bądź więc tak miła i zaprzestań grozić mi zaostrzonym kołkiem. I otwórz tę kratę, bo wolałbym się jednak ubrać, zanim podyskutujemy o tym co wolno młodej wampirzej damie, a czego nie wolno.

 

Kilka dni później Sureten i Paplacy opuścili Wyszegród odkarmieni, wypoczęci i gotowi na nowe przygody. Ruszyli dalej, w stronę wschodzącego słońca i dzikich krain, które dla ludzi cywilizowanych są jedynie białymi plamami na mapie świata.

– Jednego tylko dalej nie rozumiem – rzekł Paplacy, rzucając ostatni raz okiem na niknący za wzgórzami gród.

– Czego znowu? – zdziwił się Sureten.

– Dlaczego Anica zmieniła zdanie? Z tego co słyszałem mieliśmy być nabici na pal, jak nie przymierzając kurczęta na rożen.

– Chyba wiem, dlaczego – odpowiedział Sureten z kamienną twarzą.

– No to mów!

– Widocznie tak było w górze zapisane – odpowiedział Sureten i popędził konia, gdyż nie mógł już dłużej powstrzymać uśmiechu.

Uśmiechu ukazującego białe jak mleko, długie i ostre kły.

Koniec

Komentarze

Już w trakcie bety mi się podobało. Smakowita opowieść, barwne postacie.

Witaj.

 

Jestem pod ogromnym wrażeniem humoru oraz pomysłu. 

Wspomniane “bromby” przypomniały mi bajki, czytane w dzieciństwie i audycje telewizyjne, stworzone na ich podstawie. 

Jeszcze doczytuję, a na razie pierwsza część uwag. :)

Zakończenie świetne, trzymałeś czytelnika w napięciu do ostatniego momentu, brawa! :))

 

Z technicznych dostrzegłam:

niedowierzał

– Tylko jak dostaniemy się do grodu? – Z(z)apytał Paplacy,

oto nawiedził mnie sam Sureten z Lunaparu – czy błąd królowej celowo? 

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Trzeba powiedzieć, że bardzo dobrze napisany tekst. Do strony technicznej nie mam jak i nawet nie chcę się doczepiać. Fabularnie troszkę zazgrzytało w środku tekstu, lekko się zdekoncentrowałem. Mógłbyś pomyśleć nad jakimś uatrakcyjnieniem przygód, przeniesieniem akcentu z początku w środkową część, albo przemyśleć trochę cięć tekstu. To takie moje luźne zrzędzenie, bo ogólnie uważam, że tekst jest dość fajny i czytało się całkiem przyjemnie. Humor może salw śmiechu nie wywoływał, ale lekki uśmieszek cały czas był. 

Mam bardzo luźne skojarzenia z twórczością Piekary (cykl inkwizytorski), tudzież z Don Kichotem, przez postać przaśnego giermka. 

Opowiadanie napisane przyzwoicie, więc idę zrobić polecajkę do biblioteki. 

Klasyczne fantasy, z lekka wesołe. Czytało się przyjemnie, Paplacy zabawny, acz w obcowaniu by mnie wkurzał. Twisty zaliczone i tylko nie wiem, w jaki sposób wilkołak uwolnił się z kajdan.

Babska logika rządzi!

Witajcie!

 

Bruce, dzięki za słowa uznania. Właśnie niedawno przypomniałem sobie o brombie i wzięła mnie nostalgia, którą postanowiłem się tutaj podzielić. Cieszę się, że skutecznie :)

 

silver_advent, brakuje mi jeszcze cierpliwości i opanowania, by spojrzeć na tekst z dystansu i dokonać właśnie cięć czy modyfikacji w kompozycji. Mam nadzieję, że z czasem się tego nauczę. Piekary nie czytałem, ale chętnie po niego sięgnę. No i dzięki za klika!

 

Finklo, to, że czytało Ci się przyjemnie, poczytuję za wielki komplement :) A co do tego, jak uwolnił się z kajdan, to odpowiedź jest chyba jedna – jakimś cudem… :) A tak serio, to możliwe że strażnicy byli wtajemniczeni w plan Anicy i gdy Sureten nie patrzył, rozkuli więźnia. Tylko skąd mieli klucz? 

 

Pozdrawiam!

 

Cześć!

 

Kawał porządnego opowiadania fantasy :). Wampiry, wilkołaki, intryga i do tego tajemniczy kustosz i jego giermek, a to wszystko doprawione humorem, no klasyk. Była do bardzo dobra lektura. Paplacy mnie urzekł od pierwszej wypowiedzi.

Gdy pojawili się zamordowani mężczyźni, trochę mnie to wybiło z rytmu, bo taka okrutna scena bardzo kontrastowała z lekkim i humorystycznym klimatem tej opowieści, ale na szczęści nie poszedłeś w brutalność. Jedyne, co pozostawia lekki niedosyt, to zakończenie, bo choć jest zaskakujące, to jakoś tak się wszystko samo rozwiązało i do tego nasunęło mi się pytanie, dlaczego kustosz polował na wampiry i inne stwory skoro był jednym z nich.

Tekst jest dobrze napisany i zasługuje na bibliotekę. Parę drobnostek wyłapałam.

Za chwilę zza drewnianego przepierzenia wyłoniła się kobieta, ni stara, ni młoda, odrobinę tęga, jeżeli już coś trzeba o niej powiedzieć.

Po rozsiodłaniu koni, Sureten i Paplacy zanieśli wyjęte z juk toboły do izby z dwoma podniszczonymi siennikami.

 Tyle, że nie były one skrępowane liną, a obwiązanymi wokół drzewa jelitami, należącymi do trupów.

Brzegi rzeki spinał drewniany most, na końcu którego podróżników zatrzymali uzbrojeni we włócznie strażnicy.

na którego końcu

Sądząc po minie, strażnik, barczysty chłop o spojrzeniu nie zdradzającym ni inteligencji, ni wykształcenia, o Pardwie nie słyszał, uznał więc, że to daleko.

niezdradzającym

 Anica szybko uciszyła go jednak[+,] władczym gestem wyciągając przed siebie dłoń.

– Rzecz w tym, że owy wróg, to sprawa prędzej dla łowcy potworów, niźli dla zwyczajnych wojów – odrzekła Anica.

ów

Gdyby zobaczyli człowieka zdolnego do przemiany w wilka, prędzej by go obwołali nowym królem[+,] niż zabili.

Muzealnik powoli, może nawet wolniej, niż wskazywałaby etykieta, podszedł do tronu. 

Strażnicy zaś, przywykli raczej do straszenia chłopów i walki z prymitywnie uzbrojonymi partyzantami, machali mieczami na odlew, co rusz się odsłaniając.

Może lepiej zamienić na “nawykli”. I usunęłabym “raczej”, bo woła jeszcze o “niż” dla równowagi.

Tylko on mógł mnie zrozumieć, też był odmieńcem, monstrum nie pasującym do świata ludzi.

niepasującym

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Witaj Alicello,

 

Bardzo cieszy mnie Twoja opinia. Moim założeniem było napisanie porządnego, klasycznego fantasy, wnioskując po Twoim komentarzu – udało się :) Byłem bliski zabicia kogoś w zakończeniu, w tej wersji pozostaje może lekki niedosyt, ale przynajmniej jest furtka do kontynuacji.

Dzięki za łapankę, już poprawiłem. Za klika również dziękuję, mam nadzieję, że wpadnie tu jeszcze jakiś czytelnik i będę się mógł cieszyć z biblio :)

 

Pozdrawiam!

 

Fantasy z humorem. Wampiry nie przerażające lecz zaciekawiające. To się misiowi podoba. Scena z lekcją strugania kołków rozbawia. Twisty podkręcają i rozwiązują fabułę. Miejsca ich wystąpienia są logicznie uzasadnione. Poszczególne składowe opowiadania łączą się swobodnie w całość. Miś nie widzi wskazań, żeby opowiadanie nie mogło się znaleźć w bibliotece. Daje zaraz klika polecającego. 

Autora cieszy opinia misia :) Polecam się na przyszłość i pozdrawiam wszystkie torbacze!

Co prawda nie przepadam za wampirami, ale historię kustosza Suretena i Paplacego czytało się fajnie, bo to całkiem zabawna opowiastka, choć nie obeszło się bez dramatycznych widoków, których doświadczyli wędrujący panowie. Szczególnie ujęła mnie lekcja strugania pali. ;)

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

–…sta­łem się prawą ręką wiel­kie­go łowcy… → Brak spacji po półpauzie.

 

Trakt po­wiódł wę­drow­ców na szczyt wznie­sie­nia, gdzie roz­po­ście­rał się widok→ Trakt po­wiódł wę­drow­ców na szczyt wznie­sie­nia, skąd roz­po­ście­rał się widok

 

Za chwi­lę zza drew­nia­ne­go prze­pie­rze­nia wy­ło­ni­ła się ko­bie­ta→ Po chwili zza drew­nia­ne­go prze­pie­rze­nia wy­ło­ni­ła się ko­bie­ta

 

za­nie­śli wy­ję­te z juk to­bo­ły→ Juk jest rodzaju męskiego, więc: …za­nie­śli wy­ję­te z juków to­bo­ły

 

– Ci­szej! –Skar­cił go mu­ze­al­nik. → – Ci­szej! – skar­cił go mu­ze­al­nik.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi.

 

Zaj­rzy­my do mia­sta, ro­zej­rzy­my się… → Nie brzmi to najlepiej.

 

Na nie­wy­so­kim pa­gór­ku wzno­sił się… → Zbędne dopowiedzenie. Pagórek jest niewysoki z definicji.

 

osada, prze­cię­ta pły­ną­cą wart­ko rzeką na pół. → Czy dobrze rozumiem, że rzeka płynęła wartko na pół?

A może miało być: …osada, prze­cię­ta na pół wartko pły­ną­cą rzeką.

 

Jadąc od po­łu­dnio­wej stro­ny, mu­ze­al­nik ze swoim gierm­kiem wje­cha­li naj­pierw… → Nie brzmi to najlepiej.

A może: Zbliżając się od po­łu­dnio­wej stro­ny

 

nie­chęt­nie za­bra­li się za ocio­sy­wa­nie pali… → …nie­chęt­nie za­bra­li się do ociosywania pali…

 

że bę­dzie mieć wię­cej ro­zu­mu od jej pa­choł­ków. → …że bę­dzie mieć wię­cej ro­zu­mu od swoich pa­choł­ków.

 

bo po już po paru chwi­lach… → Dwa grzybki w barszczyku.

 

Z po­wa­ły zwi­sa­ły mo­sięż­ne, zdob­ne kan­de­la­bry. → Z powały nie mogły zwisać kandelabry, gdyż  są to kilkuramienne świeczniki stojące.

A może miało być: Z po­wa­ły zwi­sa­ły mo­sięż­ne, zdob­ne żyrandole.

 

z pod­ło­kiet­ni­ka­mi uwień­czo­ny­mi rzeź­ba­mi wil­czych łbów… → Podłokietniki mogły być zwieńczone rzeźbami, ale nie mogły być nimi uwieńczone.

 

i rów­nie czar­nym ma­te­ria­łem sukni. → Wiadomo, że suknia jest uszyta z jakiegoś materiału, więc wystarczy: …i rów­nie czar­ną suknią.

 

Anica przy­pa­try­wa­ła się im, ni­czym orzeł ko­łu­ją­cy nad po­la­ną przy­pa­tru­je się myszy… → Czy to celowe powtórzenie?

Proponuję: Anica przyglądała się im, ni­czym ko­łu­ją­cy nad po­la­ną orzeł, przy­pa­tru­jący się myszy

 

co dra­stycz­nie kon­tra­sto­wa­ło z jej na­sto­let­nią fi­zjo­no­mią. → To słowo nie ma racji bytu w tym opowiadaniu, albowiem powstało w drugiej połowie XX wieku.

Proponuję: …co dra­stycz­nie kon­tra­sto­wa­ło z jej dziewczęcą fi­zjo­no­mią.

 

tra­fi­li w końcu na kil­ku­me­tro­wą kur­ty­nę wo­do­spa­du… → Skąd w czasach tej opowieści wiedziano, co to metry?

 

po­zwa­la­ło mu ku­mu­lo­wać w ener­gię słoń­ca. → Czy tu aby nie miało być: …po­zwa­la­ło mu ku­mu­lo­wać ener­gię słoń­ca.

 

który na­tych­miast zgiął się w pół… → …który na­tych­miast zgiął się wpół

 

z pra­wej dłoni Su­re­te­na zwi­sał po­nadme­tro­wy od­ci­nek łań­cusz­ka… → Czy na pewno ponadmetrowy?

 

Lewa dłoń mu­ze­al­ni­ka, zwi­nię­ta była we wciąż uwień­czo­ną ka­ste­tem pięść.Lewa dłoń mu­ze­al­ni­ka, zwi­nię­ta była we wciąż zwień­czo­ną ka­ste­tem pięść.

 

a on sam opadł na zie­mię z roz­rzu­co­ny­mi bez­ład­nie koń­czy­na­mi… → …a on sam opadł na podłogę, z roz­rzu­co­ny­mi bezw­ład­nie koń­czy­na­mi

 

dzie­sią­tek strze­żą­cych mnie ludzi. → …dzie­sią­tek strze­gą­cych mnie ludzi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej regulatorzy,

 

Cenię sobie Twoje opinie, tym bardziej cieszy mnie, że fajnie Ci się czytało. Za błędy najmocniej przepraszam i natychmiast je poprawiam.

 

Pozdrawiam!

 

 

Miło mi, Helmucie, że moja opinia jest dla Ciebie cenna. A za błędy, skoro je poprawiłeś, nie przepraszaj, ale też staraj się nie popełniać ich w przyszłości. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka