- Opowiadanie: adam_c4 - Co pani Bane nosiła pod sercem?

Co pani Bane nosiła pod sercem?

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Co pani Bane nosiła pod sercem?

Wczo­raj zmar­ła Lidia Bane, o czym od rana huczą wszyst­kie media. Opi­nia pu­blicz­na nie wie­dzia­ła o jej cho­ro­bie, któ­rej prze­bieg – jeśli wie­rzyć sło­wom naj­bliż­szych – był szyb­ki i bez­bo­le­sny.

Dobrze, że świat po­zwo­lił jej spraw­nie wy­mknąć się ze swo­ich brud­nych ra­mion. Za­słu­ży­ła na to.

Do dzi­siaj trud­no mi uwie­rzyć w to, co stało się w bloku przy Hope Stre­et. Tak, Lidia była moją są­siad­ką i w końcu, po wielu la­tach, doj­rza­łem do tego, aby opi­sać wy­da­rze­nia tam­tej pa­mięt­nej je­sie­ni. Chciał­bym, aby ni­niej­sze wy­zna­nie ucho­dzi­ło za nie­ofi­cjal­ny wstęp do au­to­bio­gra­fii Lidii Bane. Za­cie­ka­wie­ni?

Nie mam za­mia­ru kła­mać, ani nawet ko­lo­ry­zo­wać. Sta­wiam na praw­dę. Pa­mię­taj­cie jed­nak, że jest to praw­da, którą noszę w gło­wie, więc to nie­moż­li­we, aby ide­al­nie po­kry­wa­ła się z rze­czy­wi­stym prze­bie­giem wy­da­rzeń.

Nie po­tra­fię wska­zać kon­kret­ne­go mo­men­tu, w któ­rym przy­ją­łem do wia­do­mo­ści fakt, że Lidia Bane jest w ciąży. Od dłuż­sze­go czasu krą­ży­ły na ten temat plot­ki, są­sie­dzi prze­ści­ga­li się w do­my­słach.

Za­nu­rza­jąc się we wspo­mnie­nia, czuję na twa­rzy nitki ba­bie­go lata, a przed ocza­mi stają mi ko­ro­ny drzew ob­la­ne pro­mie­nia­mi wrze­śnio­we­go słoń­ca. Tam­te­go roku je­sień była cu­dow­na. Czemu o tym piszę? To prze­cież nie ma żad­ne­go zna­cze­nia. Po­sta­ram się nie przy­nu­dzać. No wła­śnie – nuda. Nasza ów­cze­sna eg­zy­sten­cja, choć oku­pio­na po­tęż­ną nie­pew­no­ścią, była prze­ra­ża­ją­co nudna.

Pi­sząc „nasza”, mam na myśli mnie i miesz­kań­ców z bloku przy Hope Stre­et – nie­ca­łe trzy­dzie­ści osób. W ciągu dwóch lat „za­mknię­cia” zdą­ży­łem po­znać każ­de­go z nich. Szcze­gól­nie bli­sko trzy­ma­łem się z czwór­ką są­sia­dów – mał­żeń­stwem Smi­thów, Ann Flo­wer oraz jej ga­chem Timem. Tak, to zmy­ślo­ne per­so­na­lia. Po­zwól­cie, że będę na­zy­wał ich wła­śnie w ten spo­sób. Robię to ze wzglę­du na sie­bie – praw­dzi­we imio­na i na­zwi­ska tych ludzi budzą we mnie wstręt.

Byłem więc ja, Mary i John Smith, Ann Flo­wer oraz jej part­ner Tim. Gro­mad­ka prze­ra­żo­nych i znu­dzo­nych ludzi. Trzy razy w ty­go­dniu spo­ty­ka­li­śmy się na wie­czor­nych „po­ga­dusz­kach”, któ­rych praw­dzi­wym celem było wy­pi­ja­nie ol­brzy­mich ilo­ści al­ko­ho­lu. Od pew­ne­go mo­men­tu nie pró­bo­wa­li­śmy uda­wać, że cho­dzi o coś in­ne­go. Pań­stwo Smith pra­co­wa­li na uni­wer­sy­te­cie i z po­cząt­ku wy­glą­da­li na nie­ustan­nie spię­tych i wy­co­fa­nych. Do­pie­ro z cza­sem, dzię­ki wy­sił­kom Ann, wy­lu­zo­wa­li. Krok po kroku, słowo po sło­wie, drink po drin­ku, jakoś ich oswo­iła. Inna spra­wa, że oni pra­gnę­li być oswo­je­ni; nigdy nie od­rzu­ca­li jej za­pro­szeń. Ja rów­nież. Czu­łem się wy­róż­nio­ny tym, że prze­bo­jo­wa ak­tor­ka, nie­wy­glą­da­ją­ca na swoje czter­dzie­ści parę lat, ceni sobie moje to­wa­rzy­stwo.

Po­dob­no wszel­kie zbie­gi oko­licz­no­ści to nic in­ne­go jak dzia­ła­nie Siły Wyż­szej, która pra­gnie po­zo­stać in­co­gni­to. Kto wie? Py­ta­nie tylko, czym jest ta „Siła" i czego od nas ocze­ku­je w ob­li­czu prób, któ­rym cią­gle nas pod­da­je. To cie­ka­we, że wła­śnie tego wie­czo­ra, kiedy po­sta­no­wi­li­śmy po­gra­tu­lo­wać Lidii bło­go­sła­wio­ne­go stanu, po raz pierw­szy spró­bo­wa­li­śmy czar­nych grzyb­ków.

Sie­dzie­li­śmy tam, gdzie zwy­kle – w sa­lo­nie Ann. Przy­ga­szo­ne świa­tło, lekki rock w tle, bu­tel­ki i prze­ką­ski na sto­li­ku. Go­spo­dy­ni wy­szła do to­a­le­ty i wró­ci­ła z małą pa­pie­ro­wą to­reb­ką.

– A kuku! – krzyk­nę­ła i rzu­ci­ła ją na stół.

Tim bez słowa po nią się­gnął, wy­łu­skał grzyb­ka i wpa­ko­wał go sobie do ust. In­ten­syw­na czerń ka­pe­lu­sza nie za­chę­ca­ła do kon­sump­cji, ale kiedy pacz­ka tra­fi­ła w moje ręce, rów­nież się po­czę­sto­wa­łem. W mię­dzy­cza­sie Ann za­chwa­la­ła dzia­ła­nie nar­ko­ty­ku.

– Daję słowo, że cze­goś ta­kie­go jesz­cze nie prze­ży­li­ście.

W ciągu ostat­nich mie­się­cy ra­czy­li­śmy się nie­mal wy­łącz­nie al­ko­ho­lem. Tylko raz się­gnę­li­śmy po nie­le­gal­ną używ­kę – było to na wio­snę, kiedy chcie­li­śmy uczcić spa­da­ją­cą licz­bę za­ka­żeń. Ann za­ła­twi­ła skądś pod­rzęd­ny ha­szysz, po któ­rym wszy­scy mie­li­śmy pa­skud­ne­go kaca.

Na je­sie­ni, co na­tu­ral­ne, licz­ba za­ka­żeń rosła i nie­wy­klu­czo­ne, że po­ja­wie­nie się na rynku czar­nych grzyb­ków było zwią­za­ne z tym przy­krym fak­tem. Ha, na­pi­sa­łem „przy­krym", pod­czas gdy tak na­praw­dę był to fakt od­bie­ra­ją­cy chęci do życia. W tam­tym cza­sie na­ukow­cy twier­dzi­li, że szcze­pion­ka do­pie­ro ma­ja­czy na ho­ry­zon­cie, w związ­ku z czym nie­ustan­nie mó­wio­no o ko­niecz­no­ści prze­strze­ga­nia zasad hi­gie­ny, aby nieco wy­ha­mo­wać licz­bę no­wych za­ka­żeń. Wszy­scy mie­li­śmy po­czu­cie, że to wszyst­ko na nic – mimo cią­głe­go trą­bie­nia o dy­stan­sie, de­zyn­fek­cji i ma­secz­kach, każ­de­go dnia przy­by­wa­ło kil­ka­na­ście ty­się­cy cho­rych. Zmie­rza­li­śmy ku ka­ta­stro­fie.

Wróć­my jed­nak do grzyb­ków.

Cią­gle pa­mię­tam pierw­szy haj. O ile eu­fo­rię i po­czu­cie ode­rwa­nia od rze­czy­wi­sto­ści może za­ła­twić nie­mal każdy nar­ko­tyk, tak grzyb­ki gwa­ran­to­wa­ły coś, co okre­ślił­bym jako… spo­koj­ną trzeź­wość my­śle­nia. Po pro­stu chmu­ry krą­żą­ce w mojej gło­wie nagle się roz­wia­ły. Spoj­rza­łem na rze­czy­wi­stość z nowej per­spek­ty­wy – niby wie­dzia­łem, że jest źle i bę­dzie jesz­cze go­rzej, a mimo to czu­łem spo­kój.

Ktoś za­su­ge­ro­wał, że wy­pa­da udać się do Lidii Bane, aby jej po­gra­tu­lo­wać. Nie to­wa­rzy­szył nam en­tu­zjazm spi­te­go to­wa­rzy­stwa, które po­ry­wa się na coś rów­nie śmia­łe­go, co głu­pie­go. W peł­nym spo­ko­ju ru­szy­li­śmy na pierw­sze pię­tro, do miesz­ka­nia numer czte­ry.

Lidia od razu nam otwo­rzy­ła, jakby na nas cze­ka­ła. Była na­praw­dę ładną ko­bie­tą. Nie w moim gu­ście, ale obiek­tyw­nie uro­dzi­wą i pełną wdzię­ku. Fi­li­gra­no­wa, cicha i uprzej­ma.

Miesz­ka­ła sama. Swoje czte­ry kąty urzą­dzi­ła skrom­nie, ale z gu­stem. Wiem, że to nie­wie­le wam mówi, ale wspo­mi­nam o tym, aby za­zna­czyć, że pa­nu­ją­cy we­wnątrz ład oraz dobór mebli i bi­be­lo­tów do­wo­dził, że mie­li­śmy do czy­nie­nia ze spo­koj­ną i zrów­no­wa­żo­ną osobą.

Lidia pod­ję­ła nas z ra­do­ścią, chyba nawet się wzru­szy­ła. Pa­mię­tam, że w pew­nym mo­men­cie przy­sia­dła na fo­te­lu, a Mary i Ann uklę­kły u jej stóp; jedna trzy­ma­ła ją za dłoń, a druga gła­dzi­ła po ra­mie­niu. Ta scena miała w sobie coś ko­ją­ce­go. Jak­bym ob­ser­wo­wał ko­bie­ty pier­wot­ne, ocze­ku­ją­ce na­ro­dzin no­we­go człon­ka ple­mie­nia.

Nie za­ba­wi­li­śmy tam długo. Po wy­lew­nym po­że­gna­niu wró­ci­li­śmy do na­szych miesz­kań. Po raz pierw­szy od wielu mie­się­cy za­sną­łem spo­koj­nie.

Ale rano obu­dzi­ła mnie okrop­na, ła­mią­ca serce myśl: wy­star­czy, że jedno z nas przy­wle­cze wi­ru­sa z ze­wnątrz. A wów­czas Lidia i jej dziec­ko, które do tej pory roz­wi­ja­ło się wzo­ro­wo…

Nagłe pu­ka­nie do drzwi w se­kun­dzie wy­ry­wa­ło mnie z łóżka i ze stanu przy­gnę­bie­nia.

Rzu­ci­łem okiem przez wi­zjer. Uj­rza­łem Ann Flo­wer. Wy­stro­jo­ną i w peł­nym ma­ki­ja­żu.

Po­gna­łem do szafy na zła­ma­nie karku i wrzu­ci­łem na sie­bie czy­ste ciu­chy. Spoj­rza­łem w lu­stro i bez więk­szej po­trze­by prze­cze­sa­łem włosy pal­ca­mi. Zre­zy­gno­wa­łem z mycia zębów.

Na mój widok ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się pół­gęb­kiem.

– Obu­dzi­łam?

– Nie, nie – za­pew­ni­łem.

Zmru­ży­ła oczy. Ko­kie­to­wa­ła mnie, a ja nie po­tra­fi­łem się jej oprzeć. Tak, na­pi­szę to wprost – od­bi­ło mi na jej punk­cie. Czego wła­ści­wie ocze­ki­wa­łem? Nie wiem. Wziął­bym wszyst­ko, co ze­chcia­ła­by mi dać: od jed­no­ra­zo­we­go, szyb­kie­go nu­mer­ku, po wpro­wa­dze­nie się do jej miesz­ka­nia, nawet jeśli mu­siał­bym prze­go­nić stam­tąd gacha. Nie po­tra­fi­łem my­śleć o Timie bez po­gar­dy, choć ten bez­barw­ny, osił­ko­wa­ty koleś ni­czym mi nie za­wi­nił.

Byłem tak za­sko­czo­ny nie­spo­dzie­wa­ną wi­zy­tą, że nawet nie za­czą­łem się za­sta­na­wiać, czemu ją sobie za­wdzię­czam. Ann, nie zwle­ka­jąc, wy­ło­ży­ła, o co cho­dzi:

– Mam zna­jo­me­go na Cop­per Hill. Jego dzie­ciak nie­daw­no skoń­czył rok, więc chce się po­zbyć róż­nych gra­tów. Ma nawet wózek w do­brym sta­nie. Po­mo­żesz mi wszyst­ko prze­wieźć?

Kiedy mó­wi­ła, za­uwa­ży­łem, że błą­dzi wzro­kiem gdzieś ponad moim ra­mie­niem. Wtedy zro­zu­mia­łem, że jest na­ćpa­na.

– Gdzie Tim? – za­py­ta­łem i na­tych­miast ugry­złem się w język.

– Pra­cu­je – od­par­ła Ann, spo­glą­da­jąc mi pro­sto w oczy. Spu­ści­łem spoj­rze­nie, a kiedy po trzech se­kun­dach je pod­nio­słem, uj­rza­łem pa­pie­ro­wą to­reb­kę.

– Na dobry start! – Usły­sza­łem i już chwi­lę póź­niej mia­łem w ustach nar­ko­tyk. Kiedy kro­czy­li­śmy w stro­nę przy­stan­ku, moja to­wa­rzysz­ka za­pro­po­no­wa­ła mi dru­gie­go grzyb­ka. Wi­dząc, że się waham, rzu­ci­ła:

– Daj spo­kój, naj­wy­żej będę cię zbie­rać z chod­ni­ka.

Po­nie­waż ma­secz­ka za­kry­wa­ła jej po­ło­wę twa­rzy, nie byłem w sta­nie orzec, czy nie mówi tego odro­bi­nę serio.

Drugi haj róż­nił się od pierw­sze­go – czu­łem spo­kój, który okrył mnie ni­czym chłod­ny całun, ale rów­no­cze­śnie pa­li­łem się do dzia­ła­nia. Pró­bo­wa­łem pod­py­tać Ann o to, czy nie tę­sk­ni za wy­stę­pa­mi w te­atrze i przed ka­me­rą. Nie chcia­ła pod­jąć te­ma­tu, zbyła mnie ja­kimś iro­nicz­nym ko­men­ta­rzem. O ile sama by­wa­ła wścib­ska, tak nie­chęt­nie mó­wi­ła o sobie.

Całe czter­na­ście przy­stan­ków prze­ga­da­li­śmy więc o Lidii Bane i rze­czach zwią­za­nych z jej wy­jąt­ko­wym sta­nem. Nie­mal pusty tram­waj sunął przez za­mar­łe mia­sto, a my z en­tu­zja­zmem na­wi­ja­li­śmy o ciąży, ma­cie­rzyń­stwie i pie­lę­gna­cji nie­mow­ląt. Do­tar­ło do mnie, że po raz pierw­szy w życiu emo­cjo­nu­ję się po­dob­ny­mi te­ma­ta­mi.

Kiedy nie­ca­łą go­dzi­nę póź­niej sta­nę­li­śmy przed wej­ściem do bloku, moja to­wa­rzysz­ka krzyk­nę­ła cicho i zła­pa­ła mnie za ramię.

Chod­ni­kiem su­nę­ła kil­ku­oso­bo­wa grupa cho­rych. Wy­mię­te ubra­nia, roz­czo­chra­ne włosy, zbo­la­łe twa­rze. Po­my­śla­łem sobie, że ska­zań­cy pro­wa­dze­ni na stry­czek mają w sobie wię­cej wi­go­ru. Ob­sta­wia­łem, że to bez­ro­bot­ni, kie­ru­ją­cy się do któ­rejś z licz­nych ja­dło­daj­ni.

– Na­zwij mnie po­two­rem – szep­nę­ła Ann – ale ci bie­da­cy strasz­nie mnie brzy­dzą. Za żadne skar­by nie po­tra­fi­ła­bym… nie po­da­ła­bym żad­ne­mu z nich ręki, o nie. Wiem, że już nie za­ra­ża­ją, ale i tak…

Drzwi nagle się otwar­ły. Stał w nich męż­czy­zna z za­bu­do­wa­ną przy­łbi­cą na gło­wie.

Kiedy zo­ba­czy­łem, że ów czło­wiek cią­gnie za sobą wózek dzie­cię­cy, w któ­rym po­upy­cha­no kar­to­ny, zro­zu­mia­łem, że Ann mu­sia­ła go we­zwać, a ja nawet tego nie za­uwa­ży­łem.

– Widzę, że nie ba­wisz się w pół­środ­ki – rzu­ci­ła moja to­wa­rzysz­ka.

Facet wy­tar­gał wózek za próg, cof­nął się o dwa kroki i wska­zał pal­cem w kie­run­ku od­da­la­ją­cej się grupy.

– Wi­dzia­łaś ich? – sap­nął. Jego oczy, le­d­wie wi­docz­ne zza szyb­ki, zwę­zi­ły się. – A ty co? Co ci daje taka ma­secz­ka?

– Ej, wy­lu­zuj! – za­śmia­ła się Ann.

– Nie! – krzyk­nął tam­ten. – Nie mam za­mia­ru wy­lu­zo­wać! Wam po­le­cam to samo.

Po czym bez­ce­re­mo­nial­nie za­mknął nam drzwi przed nosem.

– I po­my­śleć, że kie­dyś ce­ni­łam go za po­czu­cie humoru! Co ta pan­de­mia zro­bi­ła z ludź­mi.

 – Ma sporo racji. Jest od­po­wie­dzial­ny za swoją ro­dzi­nę. My w sumie też je­ste­śmy. Teraz… nie wiem, jak ty, ale ja czuję, że mu­si­my zająć się Lidią, za­trosz­czyć się o nią.

Ann wy­ko­na­ła sze­ro­ki gest, obej­mu­ją­cy pcha­ny prze­ze mnie wózek.

– Cie­szę się, że jej po­ma­ga­my – przy­zna­łem.

– Ja też.

W tram­wa­ju zo­sta­łem po­czę­sto­wa­ny ko­lej­nym grzyb­kiem. Za­su­ge­ro­wa­łem, że ze wzglę­du na Lidię fak­tycz­nie po­win­ni­śmy pod­jąć do­dat­ko­we środ­ki ostroż­no­ści. W ciągu wa­ka­cji śred­nia za­cho­ro­wań po­zwa­la­ła na względ­nie nor­mal­ną eg­zy­sten­cję, ale teraz, w ob­li­czu na­głe­go wzro­stu za­ka­żeń, już po­ja­wi­ły się apele o to, aby z domu wy­cho­dzić tylko w celu za­ła­twie­nia nie­zbęd­nych spraw.

Chyba po raz pierw­szy od wy­bu­chu „za­ra­zy" na serio prze­ję­li­śmy się tym, że mo­że­my zła­pać wi­ru­sa i za­ra­zić nim kogoś, na kim nam za­le­ży. Tak, su­ge­ru­ję tym samym, że każde z nas miało swoje wła­sne bez­pie­czeń­stwo w nosie.

Kiedy wy­sze­dłem z windy, w oczy rzu­ci­ły mi się trzy wiel­kie pudła, sto­ją­ce przy drzwiach do miesz­ka­nia Lidii. Ann zaj­rza­ła do jed­ne­go z nich.

– Za­baw­ki! – krzyk­nę­ła.

Ku na­sze­mu zdu­mie­niu otwo­rzył nam Stan Lu­czak, są­siad z dru­gie­go pię­tra. Nasze zdu­mie­nie było tym więk­sze, że Lu­czak – ły­sie­ją­cy urzęd­nik z lekką nad­wa­gą – miał na gło­wie in­diań­ski pió­ro­pusz.

– Go­ście! – uśmiech­nął się od ucha do ucha i wy­ko­nał za­pra­sza­ją­cy gest. Mi­ja­jąc go, sta­ra­łem się zwę­szyć za­pach al­ko­ho­lu. Ni­cze­go nie wy­czu­łem.

To, co zo­ba­czy­li­śmy w sa­lo­nie, było nie mniej za­ska­ku­ją­ce: Lidia sie­dzia­ła w fo­te­lu, zaś na pod­ło­dze, roz­cią­gnię­ta na dy­wa­nie, le­ża­ła Mary Smith. Wokół niej wa­la­ły się roz­ma­ite za­baw­ki; za­uwa­ży­łem parę grze­cho­tek, na­krę­ca­ny sa­mo­cho­dzik, szma­cia­ną lalkę…

Uj­rzaw­szy nas, Mary za­czę­ła pa­plać o tym, jak to ob­dzwo­ni­ła zna­jo­mych, or­ga­ni­zu­jąc za­baw­ki dla ma­lusz­ka.

Nagle do po­ko­ju wszedł jej mąż. John był dla mnie ty­po­wym mę­dr­kiem-oku­lar­ni­kiem, który z lu­bo­ścią ka­to­wał stu­den­tów nud­ny­mi wy­kła­da­mi. Ów nu­dziarz dzier­żył w dłoni pi­sto­let na gu­mo­we strzał­ki. Uj­rzaw­szy nas, krzyk­nął:

– En garde!

A ja, nie na­my­śliw­szy się wiele, od­sko­czy­łem od wózka, pod­nio­słem pla­sti­ko­wy miecz i przy­bra­łem de­fen­syw­ną pozę. Zwi­ja­jąc się ze śmie­chu, pró­bo­wa­łem od­bi­jać po­sy­ła­ne ku mnie po­ci­ski. Nie­ocze­ki­wa­nie do­łą­czył do nas Lu­czak – bie­ga­jąc po po­ko­ju, ude­rzał wnę­trzem dłoni o usta, wy­da­jąc z sie­bie prze­cią­głe za­wo­dze­nie.

Wy­da­je mi się, że ani razu nie spoj­rza­łem ku Lidii, jed­nak ocza­mi wy­obraź­ni widzę jej twarz, wy­ra­ża­ją­cą skraj­ne zdu­mie­nie. Sły­szę szep­ta­ne pół­gło­sem py­ta­nia: Dla­cze­go w moim miesz­ka­niu sza­le­je banda na­ćpa­nych wa­ria­tów? Jakim cudem do tego do­szło?

 

***

 

Na spo­tka­nia to­wa­rzy­skie u Ann przy­cho­dzi­ło coraz wię­cej osób. Nie pi­li­śmy już al­ko­ho­lu. Za­ja­da­li­śmy grzyb­ki, kon­cen­tru­jąc się wy­łącz­nie na Lidii Bane i nad­cho­dzą­cym po­ro­dzie. Odu­rze­ni i ści­śnię­ci po ką­tach sa­lo­nu, dys­ku­to­wa­li­śmy mię­dzy in­ny­mi o tym, który szpi­tal po­win­ni­śmy wy­brać, czy trzy­mać się obec­ne­go gi­ne­ko­lo­ga, jakie wi­ta­mi­ny i su­ple­men­ty diety za­pro­po­no­wać przy­szłej matce, albo czy dłu­gie kar­mie­nie pier­sią to fak­tycz­nie naj­lep­sza opcja.

Po­łą­czył nas wspól­ny cel: pra­gnę­li­śmy przy­chy­lić nieba Lidii oraz jej nie­na­ro­dzo­ne­mu dziec­ku. W moim przy­pad­ku pra­gnie­nie to łą­czy­ło się z obawą o ich zdro­wie. Lęk koiły tylko czar­ne grzyb­ki.

Pew­ne­go po­po­łu­dnia wy­bra­łem się do osie­dlo­we­go spo­żyw­cza­ka. Nagle spo­mię­dzy blo­ków wy­ło­ni­ła się za­ma­sko­wa­na po­stać w kap­tu­rze i sprę­ży­stym kro­kiem ru­szy­ła w moją stro­nę. Pełen naj­gor­szych obaw szy­ko­wa­łem się do walki lub uciecz­ki.

– Nie trze­ba? – Po­stać wy­cią­gnę­ła rękę z kie­sze­ni, ostroż­nie pre­zen­tu­jąc jej za­war­tość.

Ski­ną­łem głową i za­py­ta­łem:

– Ile?

Byłem gotów się tar­go­wać, choć tak na­praw­dę za­pła­cił­bym każdą cenę. Od po­przed­nie­go wie­czo­ra zże­rał mnie nie­po­kój i wie­dzia­łem, że z tego stanu wy­do­być mnie może tylko jedno. Ma­rzy­łem o haju, jed­nak nie mo­głem pójść do Ann i po­pro­sić ją o towar. By­ło­by to rów­no­znacz­ne z przy­zna­niem się do tego, że po­pa­dam w uza­leż­nie­nie. Mniej­sza z tym, co po­my­śla­ła­by o mnie Ann, czuł­bym się głu­pio przed samym sobą. Nie było mi zaś głu­pio, kiedy od razu po trans­ak­cji wy­łu­ska­łem z pacz­ki trzy grzyb­ki. Lu­dzie to do­praw­dy prze­dziw­ne stwo­rze­nia.

Pa­mię­tam, że już ty­dzień póź­niej nie szło opę­dzić się od di­le­rów, towar można było do­stać wszę­dzie. Uka­za­ła się masa ar­ty­ku­łów o sil­nie uza­leż­nia­ją­cym, łatwo do­stęp­nym nar­ko­ty­ku. Wszel­kie prze­stro­gi były mi obo­jęt­ne, choć już wtedy wie­dzia­łem, że nie po­tra­fił­bym rzu­cić grzyb­ków z dnia na dzień. Igno­ro­wa­łem wszel­kie lamp­ki ostrze­gaw­cze. Olał­bym i sy­re­nę alar­mo­wą; jak wspo­mnia­łem wcze­śniej, nie dba­łem o wła­sne zdro­wie i życie.

W przy­pad­ku zdro­wia i życia Lidii Bane, moje po­dej­ście róż­ni­ło się dia­me­tral­nie. Kiedy prze­kro­czo­na zo­sta­ła ko­lej­na ba­rie­ra – dzie­sięć ty­się­cy za­ka­żeń dzien­nie – wie­dzie­li­śmy, że żarty się skoń­czy­ły.

 

***

 

Na­stęp­ne­go dnia po ogło­sze­niu nie­po­ko­ją­cych da­nych epi­de­micz­nych po­szli­śmy do przy­szłej matki we trój­kę – ja, Ann Flo­wer i pani John­son. Ta ostat­nia była naj­star­szą osobą w bloku. Uzna­li­śmy, że po­sia­da sto­sow­ny au­to­ry­tet.

Przed­sta­wi­li­śmy Lidii spra­wę jasno – nie może na­ra­żać sie­bie i dziec­ka, musi więc zre­zy­gno­wać z wy­cho­dze­nia na dwór. Za­pew­ni­li­śmy ją, że je­ste­śmy go­to­wi za­ła­twiać za nią wszel­kie spra­wy: od co­dzien­nych za­ku­pów, po obo­wiąz­ki urzę­do­we.

Nie po­tra­fię od­two­rzyć prze­bie­gu tam­tej roz­mo­wy, ale pa­mię­tam, że Lidia była uprzej­ma, jed­nak od­rzu­ci­ła naszą pro­po­zy­cję. Od­mo­wę tę chcia­ła jed­no­znacz­nie pod­kre­ślić – za­rzu­ci­ła płaszcz i wy­szła z miesz­ka­nia. Po­dą­ży­li­śmy za nią, pro­sząc o zmia­nę de­cy­zji. Jakby nas nie sły­sza­ła. Prze­krę­ci­ła klucz w zamku i ru­szy­ła scho­da­mi na dół.

Z miesz­kań za­czę­li wy­ła­niać się są­sie­dzi, do­łą­cza­jąc do bła­gal­ne­go chóru. Ko­bie­ta przy­spie­szy­ła kroku, ale na dole na­po­tka­ła mur ciał. Żą­da­ła, aby ją wy­pu­ścić, ale nie ro­bi­ło to wra­że­nia na tych, któ­rzy blo­ko­wa­li wyj­ście. Skła­da­jąc dło­nie jak do mo­dli­twy, za­pew­nia­li, że to zły po­mysł. Klat­kę scho­do­wą wy­peł­nił har­mi­der nie­da­ją­cych się zro­zu­mieć próśb.

Lidia nie miała szans w star­ciu z upar­tą masą; ru­szy­ła z po­wro­tem do miesz­ka­nia, a szpa­ler na­ćpa­nych opraw­ców kła­niał jej się w pas i gra­tu­lo­wał zdro­we­go roz­sąd­ku.

Nie wie­rzę w te­le­pa­tię, ani w ideę wspól­nej świa­do­mo­ści, brzmi to nie­po­waż­nie, jak bajki dla tro­chę star­szych dzie­ci. Dla­te­go nie wiem, jak wy­tłu­ma­czyć to, co dzia­ło się ze mną i resz­tą miesz­kań­ców bloku. Coś, co nad­gor­li­wy jun­gi­sta na­zwał­by zbio­ro­wą jaź­nią, oto­czy­ło Lidię Bane prze­dziw­ną tro­ską, któ­rej sobie nie ży­czy­ła, i któ­rej mu­sia­ła się bać.

Kiedy na­stęp­ne­go ranka wy­szła z miesz­ka­nia, przy­cup­nię­ta na scho­dach „czuj­ka" gło­śno ją po­zdro­wi­ła. Wów­czas na klat­kę scho­do­wą wy­sy­pa­li się za­tro­ska­ni są­sie­dzi, wy­krzy­ku­ją­cy proś­by i prze­stro­gi. Ko­bie­ta bez słowa cof­nę­ła się za drzwi, pod któ­ry­mi szyb­ko po­ja­wi­ła się siat­ka z za­ku­pa­mi spo­żyw­czy­mi. Wszy­scy zrzu­ci­li­śmy się na te spra­wun­ki. 

Wcze­snym wie­czo­rem sam przy­sia­dłem na scho­dach, aby pil­no­wać są­siad­ki. Mie­li­śmy się zmie­niać co dwie go­dzi­ny.

Świst otwie­ra­nych drzwi spra­wił, że po­de­rwa­łem się na równe nogi. Lidia zi­gno­ro­wa­ła moje po­wi­ta­nie. Pełne po­gar­dy spoj­rze­nie ude­rzy­ło mnie jak wór ce­gieł. Chcia­łem wy­krzy­czeć jej w twarz, że ona i jej dziec­ko są mi naj­droż­sze na świe­cie, że z utę­sk­nie­niem cze­kam na dzień, w któ­rym zo­sta­nę wuj­kiem, że bez wa­ha­nia od­dał­bym za nią życie… Ja na­praw­dę to czu­łem. Czy tylko wtedy, kiedy byłem na haju? Chyba nie. Ale czy na pewno? Cho­le­ra, czy ja w tam­tym cza­sie w ogóle trzeź­wia­łem?

Za­kła­dam, że w końcu Lidia twar­do sprze­ci­wi­ła­by się aresz­to­wi do­mo­we­mu. Może chcia­ła dać nam parę dni na ochło­nię­cie, po­cze­kać aż sami doj­dzie­my do wnio­sku, że to, co ro­bi­my, jest sza­lo­ne i bez­praw­ne. Gdyby we­zwa­ła po­li­cję, jej re­la­cje z są­sia­da­mi bez­pow­rot­nie by się po­gor­szy­ły; zo­sta­ła­by wów­czas ze swoim nie­na­ro­dzo­nym dziec­kiem po­śród wro­gich ludzi, któ­rzy rów­nie do­brze mogli trak­to­wać ją jak bo­gi­nię.

Do dzi­siaj za­sta­na­wiam się, jak wy­glą­da­ły­by przy­szłe wy­da­rze­nia, gdyby nie głupi przy­pa­dek, ów prze­dziw­ny splot oko­licz­no­ści.

To był ko­niec paź­dzier­ni­ka. Lidia od kilku dni nie wy­cho­dzi­ła z bloku, a jej tro­skli­wi są­sie­dzi spo­ty­ka­li się już co wie­czór. Wszy­scy, któ­rzy do tam­tej pory mieli jesz­cze pracę, zre­zy­gno­wa­li z niej. Ja też. Na­ucza­nie an­giel­skie­go w li­ceum nigdy nie było dla mnie ro­bo­tą ma­rzeń, zwłasz­cza kiedy przy­szło mi to robić zdal­nie. Bra­łem udział w tej far­sie wy­łącz­nie z po­bu­dek ma­te­rial­nych.

Kiedy za­fik­so­wa­łem się na Lidii i jej ciąży, w miarę tego, jak pa­ko­wa­łem w sie­bie coraz wię­cej słod­kie­go nar­ko­ty­ku, tak przy­ziem­ne kwe­stie jak za­ra­bia­nie pie­nię­dzy stra­ci­ły dla mnie ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie. Ostat­nią lek­cję pa­mię­tam jak przez mgłę. Ga­pi­łem się w ekran wy­peł­nio­ny ma­ły­mi kwa­dra­ci­ka­mi, do któ­rych zre­du­ko­wa­ni zo­sta­li moi ucznio­wie.

– Na­spa­wa­ny w chuj – rzu­cił któ­ryś gów­niarz.

Tego sa­me­go po­po­łu­dnia otrzy­ma­łem wia­do­mość od dy­rek­cji – wzy­wa­no mnie na pilną roz­mo­wę. Od­pi­sa­łem w spo­sób zdaw­ko­wy i wul­gar­ny, a przy tym jasno wska­zu­ją­cy na to, że koń­czę moją przy­go­dę z kształ­ce­niem mło­dzie­ży.

Wy­bacz­cie, za­brną­łem w dy­gre­sję. Skup­my się na „przy­pad­ku".

Rzu­ciw­szy pracę, po­czu­łem się wolny. Wresz­cie nic nie stało mię­dzy mną a Lidią Bane oraz jej dziec­kiem. Wie­czor­ne spo­tka­nia u Ann Flo­wer przy­po­mi­na­ły teraz prze­dziw­ne na­bo­żeń­stwa. Na­pru­ta go­spo­dy­ni wi­ta­ła nas ni­czym przy­by­łych do świą­ty­ni wier­nych, a my, upchnię­ci po ką­tach sa­lo­nu, żu­li­śmy grzyb­ki i oma­wia­li­śmy roz­ma­ite kwe­stie.

Tam­te­go wie­czo­ra by­li­śmy w świet­nych na­stro­jach, po­nie­waż wybieraliśmy imię dla dziec­ka. Każde z nas wy­ska­ki­wa­ło z jakąś pro­po­zy­cją, a resz­ta ją opi­nio­wa­ła.

W pew­nym mo­men­cie zna­la­złem się w kuch­ni sam na sam z go­spo­dy­nią. Mu­sia­łem pójść za nią, kiedy wy­szła po nową por­cję prze­ką­sek.

To trwa­ło ja­kieś pięć minut. Zro­bi­li­śmy to na ku­chen­nym stole, świa­do­mi tego, że w każ­dej chwi­li ktoś może nas na­kryć. Po wszyst­kim pra­gną­łem spoj­rzeć jej w twarz, aby do­strzec choć­by ślad eu­fo­rii, która mnie sa­me­go wprost roz­sa­dza­ła. Ann nie dała mi na to szan­sy.

– Mu­si­my wra­cać – rzu­ci­ła, od­wra­ca­jąc się szyb­ko w stro­nę lo­dów­ki. – Idź pierw­szy.

Co zro­zu­mia­łe, dal­szą dys­ku­sję śle­dzi­łem mi­mo­cho­dem, dry­fu­jąc my­śla­mi gdzieś da­le­ko.

Kiedy go­ście za­czę­li się zbie­rać, ze zdu­mie­niem od­kry­łem, że wkrót­ce wy­bi­je pół­noc. Otu­ma­nio­ne to­wa­rzy­stwo roz­peł­zło się po klat­ce. Wciąż upo­jo­ny chwi­la­mi spę­dzo­ny­mi z Ann, le­d­wie u­sły­sza­łem do­bie­ga­ją­ce z dołu, pod­nie­sio­ne głosy. Pomkną­łem na par­ter.

Przy drzwiach do miesz­ka­nia pani John­son tło­czy­ło się kilka osób. Sta­rusz­ka z za­kło­po­ta­ną miną prze­trzą­sa­ła za­war­tość swo­jej to­reb­ki.

– Ale heca… jak słowo daję… – Krę­ci­ła z nie­do­wie­rza­niem głową. – Nie wiem, co zro­bi­łam z tym prze­klę­tym klu­czem.

Po kwa­dran­sie spę­dzo­nym na po­szu­ki­wa­niach, gruby Mike za­su­ge­ro­wał, żeby we­zwać ślu­sa­rza.

Jego pro­po­zy­cję skwi­to­wa­no śmie­chem. Dla­cze­go? By­li­śmy zmę­cze­ni i na­ćpa­ni, cała spra­wa wy­da­ła nam się ko­micz­na. Myślę, że zmył­bym się stam­tąd po an­giel­sku, gdyby nagle nie do­łą­czy­ła do nas Ann. Pod­chwy­ci­ła po­mysł Mike'a i sama wy­cią­gnę­ła te­le­fon, aby za­ła­twić spra­wę. Kiedy po­sła­ła mi prze­lot­ne, kar­cą­ce spoj­rze­nie, do­tar­ło do mnie, że gapię się na nią jak cielę na ma­lo­wa­ne wrota. Zmie­sza­ny, przy­sia­dłem na scho­dach.

Więk­szość są­sia­dów wró­ci­ła do swo­ich miesz­kań, na od­chod­ne za­pew­nia­jąc, że w razie czego po­zo­sta­ją do dys­po­zy­cji. Na klat­ce zostało sześć czy siedem osób.

Spe­cja­li­sta nie kazał na sie­bie długo cze­kać. Już po dwu­dzie­stu mi­nu­tach doj­rze­li­śmy kro­czą­cą chod­ni­kiem po­stać.

To John Smith otwo­rzył mu drzwi do klat­ki. Po­wi­tał go w oso­bli­wy spo­sób:

– Ale jaja! – krzyk­nął.

Resz­ta to­wa­rzy­stwa zdo­ła­ła po­wścią­gnąć ję­zy­ki, choć pani John­son wy­da­ła z sie­bie zdu­szo­ne wes­tchnię­cie.

Ślu­sarz był chory. Wy­glą­dał, można rzec, „pod­ręcz­ni­ko­wo" – na­brzmia­łe wargi, twarz w kro­stach, no i oczy. Dwa czar­ne wę­giel­ki osa­dzo­ne w chu­dej twa­rzy.

– To te? – za­py­tał, wska­zu­jąc pal­cem drzwi.

– Tak… – od­par­ła pani John­son, przy­kła­da­jąc dło­nie do pier­si. – Mój Boże, pan pra­cu­je. I to po no­cach!

Ślu­sarz opadł na ko­la­na i za­czął grze­bać w skrzyn­ce z na­rzę­dzia­mi. Mil­czał.

– Tro­chę to po­trwa – rzu­cił John Smith. Za­czep­ny ko­men­tarz nie spro­wo­ko­wał fa­chow­ca. Dalej prze­trzą­sał za­war­tość skrzyn­ki, aż w końcu wy­do­był z niej cążki, zbli­żył je do oczu, po czym odło­żył z po­wro­tem i kon­ty­nu­ował po­szu­ki­wa­nia.

– Brawo! – rzu­cił John, chi­cho­cząc. Kil­ko­ro są­sia­dów mu za­wtó­ro­wa­ło, za to pani John­son aż syk­nę­ła.

– Daj spo­kój! Mnie się ni­g­dzie nie spie­szy.

– No, masz to szczę­ście – od­parł. – Go­rzej, gdyby za­le­ża­ło ci na cza­sie. Sły­sze­li­ście pro­gno­zy? Nie­wy­klu­czo­ne, że za pół roku za­brak­nie ra­tow­ni­ków me­dycz­nych i będą mu­sie­li do­bie­rać z… nich.

– Coś ty! – Ann, prze­ra­żo­na tą wizją, nie zdo­ła­ła się po­wstrzy­mać. Ślu­sarz nie zwra­cał na nas uwagi; cią­gle szu­kał od­po­wied­nie­go na­rzę­dzia.

– Chło­pie! Ej, chło­pie! – krzyk­nął John.

Chory zwró­cił ku niemu swą brzyd­ką twarz.

– Pomóc?

– Nie… – za­czął tam­ten. – Pro­szę. Się ze mnie. Nie śmiać – wy­szep­tał z tru­dem.

John prze­wró­cił ocza­mi.

– A czy ja się z cie­bie śmie­ję? Chcę pomóc. Czego szu­kasz? 

– Je­stem chory – oświad­czył spo­koj­nie ślu­sarz. – Już. Nie za­ra­żam.

– Kurwa, tego by bra­ko­wa­ło! – par­sk­nął John. Po­my­śleć, że nie­ca­ły rok wcze­śniej po­sta­wił­bym spore pie­nią­dze na to, że ga­po­wa­ty na­uko­wiec wo­lał­by za­milk­nąć na wieki, niż ska­lać język prze­kleń­stwem.

– To le­piej, że ja przy­sze­dłem – cią­gnął „od­mie­niec", świ­dru­jąc Johna parą okrą­głych, czar­nych oczu. – Inny mógł­by za­ra­zić. Ja nie.

– Daj to, pier­do­ło…

John ru­szył w stro­nę ślu­sa­rza, ale za­trzy­mał się w pół kroku. Wszy­scy za­mar­li­śmy, sły­sząc świst otwie­ra­nych drzwi.

Lidia stała na pół­pię­trze. Jedną dło­nią ści­ska­ła po­ręcz, drugą trzy­ma­ła na wy­dat­nym brzusz­ku. Omio­tła nas spoj­rze­niem, po czym od­wró­ci­ła się na pię­cie i wró­ci­ła do swo­je­go miesz­ka­nia.

John, nie cze­ka­jąc na po­zwo­le­nie, za­czął grze­bać w skrzyn­ce, wy­rzu­ca­jąc na­rzę­dzia na pod­ło­gę, a pani John­son go stro­fo­wa­ła. Ob­ser­wo­wa­łem to wszyst­ko z ro­sną­cym nie­do­wie­rza­niem – już w tam­tej chwi­li po­my­śla­łem, że jak na jeden wie­czór, dzie­je się zde­cy­do­wa­nie zbyt wiele.

– Nie ma – rzekł ślu­sarz.

– Co? – wark­nął John.

– Nie wzią­łem. Właćś… ści­wych na­rzę­dzi.

– Nie wzią­łeś?!

– Nie. – Fa­cho­wiec pod­niósł się z klę­czek. – Pro­szę mi to po­zbie­rać. Idę.

– Co ty pie­przysz?! – wrza­snął John, po­py­cha­jąc ślu­sa­rza, który za­to­czył się i ude­rzył ple­ca­mi o ścia­nę.

Tego było za wiele. Pani John­son sta­nę­ła mię­dzy Smi­them a cho­rym, po­zo­sta­li są­sie­dzi też po­stą­pi­li ku obu męż­czy­znom, go­to­wi in­ter­we­nio­wać.

– Wy nie wie­cie? – Ton, któ­rym chory zadał to py­ta­nie, zu­peł­nie do niego nie pa­so­wał. – Nie wi­dzi­cie? Nie wie­cie? – po­wtó­rzył. Ką­ci­ki obrzmia­łych warg za­drża­ły. – Tamta pani jest w ciąży.

Na­sta­ła cisza. Czu­łem pul­so­wa­nie w skro­niach, język wy­sechł mi na wiór.

– Uro­dzi. Pięk­ne dziec­ko – rzekł ślu­sarz, po czym przy­tknął palec wska­zu­ją­cy do czub­ka nosa i szep­nął: – Ja. Je. Czuję.

Nie je­stem pe­wien wielu rze­czy, które na­stą­pi­ły potem. Ale to nie­istot­ne szcze­gó­ły; ważny po­zo­sta­je fakt, że John rzu­cił się ku na­rzę­dziom i wy­do­był spo­śród nich prze­ci­nak.

Gdzie padł pierw­szy cios? Czy ślu­sarz krzy­czał, umie­ra­jąc, a John mil­czał, za­da­jąc śmier­tel­ne rany? Jak za­re­ago­wa­ła Ann, którą cały czas śle­dzi­łem kątem oka? Jak sam zna­la­złem się przy po­ra­nio­nym, za­krwa­wio­nym ciele?

Nie mam po­ję­cia.

Pa­mię­tam czar­ne plamy, pęcz­nie­ją­ce na ro­bo­czym kom­bi­ne­zo­nie i me­ta­licz­ny, świ­dru­ją­cy nos za­pach. Na klat­ce za­czę­li po­ja­wiać się lu­dzie. Przy­szło mi do głowy, żeby we­zwać pomoc, ale wtedy Mary Smith wy­ro­sła jak spod ziemi, trzy­ma­jąc w gar­ści rulon wor­ków na śmie­ci. Jej mąż usiadł tam, gdzie sam sie­dzia­łem przed pa­ro­ma chwi­la­mi.

– Sły­sze­li­ście? Sły­sze­li­ście? – po­wta­rzał raz po raz, krę­cąc głową.

Sta­łem jak wryty, kiedy za­la­ło nas świa­tło sa­mo­cho­do­wych re­flek­to­rów.

– Pod­no­si­my go – rzu­cił ktoś. Po­słusz­nie się schy­li­łem i za­ci­sną­łem palce na śli­skiej po­wierzch­ni gro­te­sko­we­go ca­łu­nu. W kilka osób prze­nie­śli­śmy ciało ku drzwiom, pod któ­ry­mi Gre­go­ry za­par­ko­wał swo­je­go SUV-a. Zwło­ki z mla­śnię­ciem wy­lą­do­wa­ły na dnie ba­gaż­ni­ka.

Paru są­sia­dów za­pa­ko­wa­ło się do wozu i po­mknę­ło w ciem­ną, je­sien­ną noc. Wró­ci­łem na za­tło­czo­ną klat­kę. Nikt nic nie mówił, nie­wy­po­wie­dzia­ne py­ta­nie wi­sia­ło w po­wie­trzu.

– O co mu cho­dzi­ło?

Pod­niósł się szum; są­sie­dzi za­czę­li szep­tać. Bar­dziej do sie­bie, niż mię­dzy sobą. Nikt nie chciał dzie­lić się swo­imi przy­pusz­cze­nia­mi.

– O co mu cho­dzi­ło? – Ann po­wtó­rzy­ła py­ta­nie. John zo­stał od­pro­wa­dzo­ny do swo­je­go miesz­ka­nia, ale na klat­ce zo­sta­ła jego żona. Wy­glą­da­ła, jakby wła­śnie prze­bie­gła ma­ra­ton, ale mimo wy­czer­pa­nia miała dość sił, by za­brać głos:

– Po­wie­dział, że je czuje. Dziec­ko.

Szmer na­ra­stał. Nie­któ­rzy do­słow­nie trzy­ma­li się za głowy, inni me­cha­nicz­nie po­ru­sza­li szczę­ka­mi. Się­gną­łem do kie­sze­ni po grzyb­ki.

– Pew­nie bre­dził – do­da­ła po­spiesz­nie Mary. Widać było, że sama w to nie wie­rzy.

– Oni są jak szczu­ry – za­grzmia­ła stara John­son.

Szum na­tych­miast ucichł.

– Po­tra­fią się zwę­szyć – orze­kła tonem, który mnie zmro­ził.

– To nie­praw­da – za­pro­te­sto­wa­łem. Wie­rzy­łem fak­tom, do­wo­dzą­cym nie­zbi­cie, że wirus oszpe­cał ludzi i ogra­ni­czał ich zdol­no­ści umy­sło­we, a nie czy­nił z nich mu­tan­tów rodem z głu­pich ko­mik­sów.

Nikt nie zwró­cił uwagi na moje słowa, po­nie­waż Eva z trze­cie­go pię­tra za­py­ta­ła:

– Czy wie­cie, kto jest ojcem dziec­ka?

Nikt nie od­po­wie­dział.

– Lidia nigdy o nim nie mówi – kon­ty­nu­owa­ła Eva. – Dla­cze­go?

– Daj spo­kój, to bez­za­sad­ne… – za­czę­ła Mary, ale pani John­son ru­szy­ła na pierw­sze pię­tro, krzy­cząc:

– Lidio! Mu­si­my po­mó­wić!

Za­ło­mo­ta­ła do drzwi. Ktoś zaraz je kop­nął, ktoś inny ude­rzył ra­mie­niem.

– Lidio!

Tłum się­gnął po na­rzę­dzia pe­cho­we­go ślu­sa­rza. Kom­bi­ner­ki, ob­cę­gi, brzesz­czo­ty.

– Lidio!

Ko­lej­ne ude­rze­nia. Mocne, coraz moc­niej­sze. Szmer tłumu prze­ro­dził się we wście­kłe brzę­cze­nie.

W końcu drzwi ustą­pi­ły. Na­pie­ra­ją­ca tłusz­cza we­pchnę­ła mnie do miesz­ka­nia. Czy na pewno? Wy­god­niej mi wi­dzieć sie­bie jako bier­ne­go uczest­ni­ka zda­rzeń, a nie osza­la­łe­go ćpuna, dą­żą­ce­go do… czego?

Mia­łem przed sobą trzy lub czte­ry osoby. Prze­by­li­śmy krót­ki ko­ry­tarz i wpa­dli­śmy pro­sto do sa­lo­nu.

Pierw­szy strzał świ­snął gdzieś ponad na­szy­mi gło­wa­mi. Lidia chy­bi­ła.

Drugi po­cisk się­gnął celu.

Huk-błysk-pi­ru­et. Mary, która wy­sfo­ro­wa­ła się na przód, upa­dła, zwra­ca­jąc ku mnie twarz. Nim rzu­ci­łem się do uciecz­ki, zdą­ży­łem do­strzec czer­wo­ną krop­kę na ob­wi­słym po­licz­ku.

Trze­cia kula się­gnę­ła Stana Lu­cza­ka. Ko­lej­ny strzał był prze­zna­czo­ny dla mnie, ale zdo­ła­łem wy­biec z miesz­ka­nia i paść na pod­ło­gę.

Obu­dzi­łem się w szpi­ta­lu. W ciągu ko­lej­nych dni nie­ustan­nie mi po­wta­rza­no, że mia­łem nie­praw­do­po­dob­ny fart – gdyby ktoś nie wy­tar­gał mnie na dwór, po­dzie­lił­bym los kil­ku­na­stu moich są­sia­dów, któ­rzy spło­nę­li w po­ża­rze.

To wła­śnie ten pożar jest przy­sło­wio­wym trzę­sie­niem ziemi, które otwie­ra au­to­bio­gra­fię Lidii Bane. Czy­tel­nik na pierw­szej stro­nie do­sta­je trzy pro­ste ciosy, jeden moc­niej­szy od dru­gie­go: Pach! – ko­bie­ta traci cały do­by­tek w po­ża­rze. Pach! – jest w ciąży. PACH! – ojcem dziec­ka jest za­ka­żo­ny męż­czy­zna. Uro­dzi więc „cu­da­ka".

Za­sta­na­wiam się, czy Lidia zdra­dzi­ła ko­mu­kol­wiek rze­czy­wi­sty prze­bieg tam­tych wy­da­rzeń. Czy po­dzie­li­ła się hi­sto­rią o zbio­ro­wej, nar­ko­tycz­nej psy­cho­zie, w którą po­pa­dli jej są­sie­dzi. Może w świe­tle jej póź­niej­szej dzia­łal­no­ści ten epi­zod wy­da­je się nie­istot­ny, ale… Sam nie wiem. Nie wiem, czy Lidia ze­chcia­ła­by opo­wie­dzieć o tru­dach wy­cho­wy­wa­nia swo­je­go synka, gdyby nie nasze sza­leń­stwo, które – jak na iro­nię – zu­peł­nie w książ­ce prze­mil­cza­ła. Cza­sa­mi myślę sobie, że pla­no­wa­ła usu­nąć ciążę, ale po tym, jak omal nie roz­dar­li­śmy jej na strzę­py i nie spa­li­li­śmy żyw­cem, po tym, jak sama mu­sia­ła zabić, aby prze­żyć, po­sta­no­wi­ła, na prze­kór na­szym mor­der­czym in­stynk­tom, wy­cho­wać od­mie­nio­ne dziec­ko.

Na jej pro­fi­lu w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych każ­de­go dnia można zna­leźć nowe świa­dec­twa ko­biet i męż­czyzn z ca­łe­go świa­ta, dla któ­rych cien­ka ksią­żecz­ka pod ty­tu­łem „Co pani Bane no­si­ła pod ser­cem?" sta­no­wi za­chę­tę do walki o dobro oka­le­czo­nych przez wi­ru­sa bli­skich.

Czy byłem try­bi­kiem w „Bo­skiej" ma­szy­nie? Czy zło, które wy­rzą­dzi­łem, ob­ró­ci­ło się w dobro, ra­tu­ją­ce ludzi przed śmier­cią i ka­lec­twem? Sza­cu­je się, że samo tylko za­an­ga­żo­wa­nie Lidii w pro­mo­cję szcze­pień oca­li­ło przed za­ka­że­niem kilka mi­lio­nów ist­nień.

Na prze­kór plot­kom nigdy nie do­wie­dzio­no, ja­ko­by cho­rzy od­zna­cza­li się „nad­na­tu­ral­ny­mi zdol­no­ścia­mi” ta­ki­mi jak wy­bit­nie czuły węch. Nie wiem, czemu nie­szczę­sny ślu­sarz po­wie­dział to, co po­wie­dział, jed­nak tra­fił w czuły punkt; prze­cież dziec­ko Lidii, czy też zwią­za­ne z nim na­dzie­je, miało być na­szym re­me­dium na chaos, sym­bo­licz­ną „czy­stą kartą”, któ­rej nie po­zwo­li­my zbru­kać.

Kiedy już przy­dzie­lo­no mi lokum so­cjal­ne, wy­lą­do­wa­łem na de­tok­sie. Jesz­cze kilka ty­go­dni i po­dzie­lił­bym los wielu in­nych ćpu­nów – czar­ne grzyb­ki zro­bi­ły­by mi z mózgu ga­la­ret­kę.

Prze­sze­dłem masę roz­ma­itych badań i choć na pa­pie­rze je­stem zdrów jak ryba, cza­sa­mi trud­no mi w to uwie­rzyć. Zwłasz­cza w dłu­gie, bez­sen­ne noce, pod­czas któ­rych chwie­ję się na po­gra­ni­czu snu i jawy, a ro­sną­cy pod czasz­ką chór szep­tów spy­cha mnie to w jedną, to w drugą stro­nę. Ale to tylko kosz­ma­ry. Mam do nich prawo.

Nigdy nie wró­ci­łem na Hope Stre­et. Nie wiem, jak wy­glą­da szkie­let spa­lo­ne­go bu­dyn­ku.

Nie szu­ka­łem kon­tak­tu z moimi daw­ny­mi są­sia­da­mi.

Wię­cej grze­chów nie pa­mię­tam. Chciał­bym za nie ża­ło­wać, ale nie wiem, czy muszę.

Koniec

Komentarze

Cześć, Adam!

 

Powtórzę opinie z bety, żeby z czystym sercem iść do klikarni – bo co tu dużo mówić: tekst zasługuje na to bardziej niż bardzo ;)

 

Sprawnie napisane, poruszasz też kilka społecznych tematów, wyszło bardzo zjadliwie, jak dla mnie nienachalnie.

Fajnie zarysowani bohaterowie w kamienicy. Dobrze, że skupiłeś się tylko na kilku bohaterach, a nie próbowałeś opisać każdego z osobna.

Najbardziej podoba mi się perspektywa – osoby, która brała w tym udział, ale nie z tej “właściwej” strony. To forma rozliczenia się ze swoim życiem, choć bohater próbuje mówić obiektywnie, to gdzieś jednak siedzi czytelnikowi z tyłu głowy, że to opowieść widziana jego oczami. To dobrze zgrało.

Do tego to dziecko “czystej krwi”, tak wyczekiwane przez społeczność kamienicy. Pod wiele aktualnych wydarzeń można to podciągnąć. Do tego nie wydajesz wyroków – te zostawiasz czytelnikowi.

 

Zatem 3P: Pozdrawiam, Polecam, Powodzenia w konkursie!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej!

 

I ja należę do grona zadowolonych czytelników. Marudziłem trochę na becie, ale finalna wersja jest w mojej ocenie bardzo dobra. Udało się zbudować ciekawy klimat, przywodzący na myśl „Chimerycznego lokatora”. Poruszone faktycznie zostało sporo wątków, ale przy spokojnej lekturze wszystko układa się w zgrabną całość.

W mojej ocenie wiarygodnie wypadają bohaterowie, w tym narrator. Chociaż jest to wątkiem pobocznym, to szczególnie dobrze wybrzmiewa dla mnie jego relacja z Ann.

Czyta się oczywiście płynnie. Sumarycznie jest to bardzo dobry tekst.

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie! Linkuję do zbioru B, rzecz jasna. :)

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Krokusie, Filipie, cieszę się bardzo, że jesteście zadowoleni z lektury tekstu, który bez Waszej pomocy z pewnością byłby gorszy :)

Pozdrawiam!

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej,

To nieco parafrazowany przeklejony tekst z bety.

Podoba mi się jak piszesz, dobrze się to czyta, podobnie jak Twoje poprzednie opowiadania. Historia nie ma za dużo fajerwerków, ale ma coś w sobie choć nie wiem co :). Może to dosyć realistyczni i ludzcy bohaterowie?

Fabuła jest raczej powolna choć mi osobiście to nie przeszkadzało. Raczej budujesz powoli charaktery i odsłaniasz świat. Pandemia jako tło mi nie przeszkadzało, choć porównanie z bieżącą sytuacją jest oczywiste.

Przy drugim czytaniu miałem wrażenie pewnej weirdowości. To taki soft weird z kilkoma mocniejszymi momentami, ale udany. Tekst jest dobry w mojej ocenie więc klikam.

Pozdrawiam!

Hm.

 

Mnie jakoś nie chwyciło. Trochę rozwleczone i myślę, że sporo dialogów można by było zastąpić opisami narratora/bohatera. Było OK, ale choć lubię takie “niepokojące” opka, to zabrakło mi tu klimatu. Spodziewałem się czuć napięcie, ale w praktyce miałem wrażenie, że to trochę obyczajówka z elementem fantastycznym :P.

 

Nie oznacza to w żadnym wypadku, że nie jest dobrze napisane. Jest. Nie miałem się do czego przyczepić, wiedziałem doskonale co, gdzie i kiedy się dzieje, nie zgubiłem się, nie straciłem wątku. Mimo to opko przeleciało przeze mnie jak woda. Było i nima.

 

Może to kwestia wplecionej w fabułę pandemii. Strasznie to uziemiło wydarzenia w naszej rzeczywistości, odbierając bardzo wiele z klimatu. Powiedziałbym nawet, że w opku nie ma nawiązania, tylko opko jest jakimś komentarzem do bieżącej sytuacji.

 

Niby nie ma w tym nic złego, ale jednak nie po to wchodzę na portal o fantastyce, by i tam pandemia waliła do mnie z tekstu i zapewne to jest głównym powodem, dla którego opko mi nie podeszło.

Witam! Opowiadanie bardzo mnie zainteresowało. W ciekawy sposób rozprawiasz się z rzeczywistością.

Pozdrawiam.

Nigdy się nie poddawać

Klimaty epidemiczne zrobiły na mnie duże wrażenie.

Bardzo fajnie opisujesz relacje międzyludzkie.

 

To opowiadanie posiada swój niezaprzeczalny urok. Jest przegadane, to nie ulega wątpliwości. Akcja rozwija się niczym papier toaletowy, długo i konsekwentnie i ogólnie konsekwencja pozostaje we mnie nadrzędnym wrażeniem, gdy pomyśle o tym tekście. Tu nie ma przypadków, autor skwapliwie rezlizuje zamysł, bez mielizn i potknięć, sprawnie prowadząc nas do finału. Wszystko gra. Pomysł i realizacja idą pod rączkę w kierunku zachodzącego słońca, ku w pełni satysfakcjonującemu napisowi THE END. Ale nie, to nie o to tu chodzi. Nie na tym polega urokliwość tego opowiadania.

To co tu jeszcze mamy? Taki a nie inny sposób narracji (subiektywne wspomnienie bohatera) pozwala autorowi pokazywać tylko tyle, ile chce, chowając za zasłonką to, czego spojrzenia gości niekoniecznie powinny dostrzec. Ok, czemu nie. Podobnie jest z wytyrchem tej fabuły – czarne grzybki i narkotyczny haj. No, bohater na haju lub głodzie jest dla autora marionatką na motywacyjnym sznurku, chyba wszystko można z nim zrobić i to się będzie kleić. Zabić niewinnego człowieka? Pestka. Posiekać ciało na kawałki i “zutylizować” je w workach na śmieci? Czemu nie. Kto wie do czego jest zdolna naćpana grupa tak zwanych przeciętnych obywateli. Ja niby nie wiem, ale każdy kto choć raz obejrzał w tv magazyn 997 zna historie typu sąsiad przy flaszce dziabnął sąsiada, bo coś tam, i to wcale nie była patologiczna rodzina. Zresztą to i nie o to chodzi. To nie przemoc sprawia, że ten tekst ma to coś. Jest też tu wprawdzie i sex, więc niby wszystko się zgadza, ale do diabła, punktem wyjścia tej opowieści jest ciężarna kobieta, w tym kontekście seks i przemoc jakoś tak tracą swe rumiane kolorki.

Czyli co?

Plandemia. O matko, trudno o coś bardziej ciężkostrawnego. Tylko że tutaj nie ma bezpośredniego nawiązania. Jest odległe, nawet bardzo, do tego podsunięte ukradkiem, lekko, bez walenia po gałach. Zero moralizatorstwa, czy odniesień do wydarzeń bierzących, zero przynudzania. To jedynie narzędzie do zapędzenia bohaterów w nięzbędną autorowi sytuacje fabularną. Czyli znów, wszystko się zgadza.

Zwolna dobijamy do brzegu. Ale najpierw przerwa reklamowa. Uwaga, kochani, niespodzianka! Nie ma tu fantastyki! Tak jest, słyszę tą eksplozję radości. Po to właśnie przychodzimy na portal fantastyka.pl rzeby czytać obyczaj. A teraz serio. Mi to nie przeszkadza. Dobrze opowiedziana historia to dobrze opowiedziana historia, gatunek to rzecz wtórna. Jeśli ktoś potrzebuje brzytwy Lema, albo przynajmniej dekoracji z Tolkiena to ok, są na świecie bardziej nieuleczalne choroby i ja łączę się w bólu. Bo to jest tak, jak z muzyką, gatunki rozdziela się po to, aby ponazywać pewne rzeczy, ale ostatecznie istnieją tylko dwa jej rodzaje; dobra i zła. To jest dobrze opowiedziana historia, więc cóż więcej trzeba?

Dobra, do rzeczy. Chodzi o to społeczne, krzywe zwierciadło. “Dziecko Rosemary” i pandemia pożeniły się w tym pomyśle pięknie. Plus oczywiście wykon, dlatego ten tekst jest dobry. Nie ultra wyk@#$isty, ale dobry. Osunięcie się dzisiejszego społeczeństwa zero ryzyka w odchłań najbardziej trywialnego uzależnienia, skutkujące odjazdem w kierunku, który kilkadziesiąt lat temu zarezerwowany był jedynie dla kultystów diabła i innych ciemnych mocy. To jest niezłe, ja to kupuje. I to w starciu z przeciwnikiem, z którym walczy się za pomocom maseczek i przymusowego odosobnienia. Patrząc na to z boku, trudno o większy absurd. Patrząc na to z wewnątrz, tak właśnie wygląda nasz świat. I w tak skrojonej rzeczywistości coś tak powszedniego, jak babka w ciąży staje się fetyszem. Cóż, urocze studium upadku. Czy to może się nie podobać?

Witajcie wszyscy!

 

Irko, dziękuję za lekturę!

 

Edwardzie, dziękuję za klika i za pomoc! Cieszę się, że uważasz tekst za udany.

 

Folanie,

 

Spodziewałem się czuć napięcie, ale w praktyce miałem wrażenie, że to trochę obyczajówka z elementem fantastycznym :P.

Nie Ty pierwszy i pewnie nie ostatni zwracasz mi na to uwagę :) Tak mi moja pisanina wychodzi.

 

Nie oznacza to w żadnym wypadku, że nie jest dobrze napisane. Jest. Nie miałem się do czego przyczepić, wiedziałem doskonale co, gdzie i kiedy się dzieje, nie zgubiłem się, nie straciłem wątku.

Dobrze wiedzieć.

 

Może to kwestia wplecionej w fabułę pandemii. Strasznie to uziemiło wydarzenia w naszej rzeczywistości, odbierając bardzo wiele z klimatu. Powiedziałbym nawet, że w opku nie ma nawiązania, tylko opko jest jakimś komentarzem do bieżącej sytuacji.

Rozumiem. Dziękuję za wizytę!

 

Zielonko,

 

W ciekawy sposób rozprawiasz się z rzeczywistością.

Dzięki ;) Cieszę się, że wpadłaś.

 

Ambush,

Bardzo fajnie opisujesz relacje międzyludzkie.

Miło to przeczytać, bo chciałem, żeby to był mocny punkt tego tekstu. Dziękuję za wizytę!

 

Michale,

 

To opowiadanie posiada swój niezaprzeczalny urok.

Jest przegadane, to nie ulega wątpliwości.

Komplement przyjmuję z radością a zarzut z pokorą :)

Jest odległe, nawet bardzo, do tego podsunięte ukradkiem, lekko, bez walenia po gałach.

Taki miałem zamysł i cieszę się, że Twoim zdaniem udało mi się go zrealizować :)

Uwaga, kochani, niespodzianka! Nie ma tu fantastyki!

No, trochę jednak jest, choć oczywiście sam byłbym gotów podpisać się pod zarzutem, że wirus oszpecający ludzi i degenerujący ich umysłowo posłużył mi w tekście jako pretekst. Bo czy narkotyki pozwoliły sąsiadom scalić się we wspólną jaźń, nie wiadomo. Jak wspomniałeś – hajem można wytłumaczyć wszystko, pełna zgoda.

 

Cóż, urocze studium upadku. Czy to może się nie podobać?

:)

 

Michale, jeszcze raz serdecznie dziękuję za pomoc przy becie i ten obszerny komentarz!

 

Pozdrawiam wszystkich!

Historia ciekawa, ale. Pierwsze primo – trochę mało fantastyki. No, niby jest, a jednak wszystko kręci się dookoła pandemii (mamy, może objawowo niepodobną, ale to dziesięć tysięcy przypadków dziennie to chyba nie przypadek) i narkotyków (też mamy, może nie działają dokładnie jak opisane grzybki i nie są aż tak łatwo dostępne i popularne – nie znam się, ale chyba krąży tego po czarnym rynku od groma).

Budowałeś zainteresowanie dzieckiem. Spodziewałam się antychrysta albo czegoś równie spektakularnego, a tu po prostu urodziła i wychowuje. Pewnie niespecjalnie śliczne, ale może jednak wizja ślusarza była prawdziwa.

Doceniam wspomniane wyżej walory tekstu, acz nic mi nie urwał. Jeśli dojdzie do nominacji, to będę na nie.

Babska logika rządzi!

Zakochałam się! Bardzo, bardzo podoba mi się narracja, Twój styl, to jak przyjemnie płynęło mi się przez tekst. Lubię takie balansowanie na krawędzi fantastyki, może trochę dlatego, bo, choć w utworach najważniejszy jest dla mnie dobry język oraz kunszt i im poświęcam uwagę, to ciągle (zapewne z powodu olbrzymiej wdzięczności za to, jaki wywarła na mnie wpływ) staram się łączyć tę pasję z fantastyką; choćby najcieńszą niteczką powiązania.

Świetny jest ten inteligentny humor, świetne jest, ile zawarłeś tu szczegółów, jakie to wszystko dbałe, ale proste. Doceniam to, jak stopniowo robi się dziwnie. Doceniam też to, jak prawdziwy jest narrator, jak prawdziwe są postacie i wszystko, co opisałeś! Jest w tej prawdziwości niewątpliwie jakaś magia.

Oczywiście nie wszystko mnie zachwyciło. Na przykład na początku miałam wrażenie, że akapity są za krótkie, bo niby wszystko jest z nimi w porządku, ale jednak, poustawiane tak gęsto, trochę wybijały z rytmu. Zakończenie natomiast, w porównaniu do reszty opowiadania, jest trochę za szybkie w moim odczuciu. Tak, jakby narratorowi wyczerpały się przemyślenia i postanowił z tą suchotą już dobrnąć do końca swojej opowieści. Wydaje mi się także, że w obliczu choroby, która trwale oszpeca, a nie tylko straszy jakimś ryzykiem śmierci, ludzie powinni być bardziej spanikowani. Serio; bo świat jest dziwny.

Niemniej bardzo, bardzo się cieszę, że postanowiłam dziś wieczorem coś poczytać i że natrafiłam na to opowiadanie. Jest chyba jednym z lepszych, jakie czytałam w tym roku!

Czy można je już nazwać realizmem magicznym?

Hej hej, Adamie.

 

Zacznę od pochwały: przeczytałam opowiadanie do połowy tydzień temu i od tamtej pory chodziło za mną, by je skończyć. Trochę mi to zajęło, ale na pewno na plus można zaliczyć fakt, że nie myślałam nawet, żeby je porzucić. Początek opowiadania jest dobry, zarzucasz haczyki, rozrysowujesz sytuację, wciągasz czytelnika w historię.

 

Podobała mi się nieśpieszna, klimatyczna narracja w pierwszej połowie tekstu. Spodobał mi się charakterystyczny narrator, dodający dużo od siebie. Podobał mi się klimat duszności i sprowadzenia całego świata bohaterów do jednego budynku.

 

Opowiadaniu przydałoby się solidne przystrzyżenie. Wielu początkujących autorów zmaga się z przesadną drobiazgowością, jakby pisząc o otwieraniu drzwi bali się, że jeśli nie powiedzą czytelnikowi, że bohater najpierw podniósł się i podszedł, czytelnik gotów jest wyobrazić sobie lewitujących mnichów. Podaję ten przykład, bo to zdanie na równi z “zeszła na śniadanie” to chyba obowiązkowy element w opowiadaniach początkujących autorów.

 

Pamiętajcie jednak, że jest to prawda, którą noszę w głowie, więc to niemożliwe, aby idealnie pokrywała się z rzeczywistym przebiegiem wydarzeń.

Show, don't tell – nierzetelny narrator to jeden z najpiękniejszych zabiegów literackich, ale ta łopata w łeb mogłaby być nieco mniejsza, bo mi prawie zęby wybiłeś

ceniłam go za poczucie humor!

literówka

Żądała, aby ją wypuścić, ale nie robiło to wrażenia na tych, którzy blokowali wyjście. Przybrawszy zakłopotane miny

Mówisz, że nie robiło to wrażenia, po czym opisujesz, jakie wrażenie to zrobiło.

ponieważ dyskutowaliśmy o wyborze imienia dla dziecka.

wybieraliśmy

pójść za nią, kiedy wyszła

powtórzenie

Zostaliśmy na klatce w sześć czy siedem osób.

"zostać w sześć osób" – nie jestem pewna, czy to w ogóle jest poprawne? brzmi w najlepszym przypadku kłopotliwie

Dzisiaj wydaje mi się, że od razu zauważyłem zmianę. Oszpecona chorobą twarz nie pozwalała na pełne okazywanie emocji, a jednak… Tak, wydaje mi się, że wyrażała satysfakcję.

Pozwalać-okazywać, zauważyć-wyrażać. Niezręczny rytm zdania. Spokojnie możesz część powycinać, bo lejesz wodę.

dążącego do… Czego?

do… czego – to jedno zdanie

Miałem przed sobą trzy lub cztery osoby.

Spuściłem spojrzenie, a kiedy po trzech sekundach je podniosłem, ujrzałem papierową torebkę.

Klimatycznie celujesz w weird fiction, gdzie nic nie jest pewne i konkretne. Takie zdania wybijają z immersji. W jeszcze paru miejscach precyzujesz za bardzo – wystarczy napisać kilka osób, albo nie pisać nic w ogóle, bo dopiero co wspomniałeś, że cała grupa weszła do jej mieszkania.

Czasem mniej znaczy więcej.

Przebyliśmy krótki korytarz i wpadliśmy prosto do salonu.

Czasem masz takie zdania: serie następujących po sobie czynności. To nie jest potrzebne. Wystarczy napisać, że wpadli do salonu. Uwierz czytelnikowi, że ma wystarczająco wyobraźni, by się domyślić, że najpierw musieli kawałek przejść.

Musiałem zwyczajnie wstać z podłogi i pójść za nią, kiedy wyszła po nową porcję przekąsek.

Tu też: wystarczyłoby "Poszedłem za nią".

“Zwyczajnie” jest niepotrzebne.

Czy zło, które wyrządziłem, obróciło się w dobro, ratujące ludzi przed śmiercią i kalectwem?

To fajna myśl przewodnia tekstu, szkoda tylko że tym razem łopata wybiła mi jedynki.

której nie pozwolimy zbrukać

pierwsza połowa zdania w czasie przeszłym, nie możesz skakać między czasami

socjalne lokum

lokum socjalne

 

Scena kulminacyjna pozbawiona napięcia, choć możliwe, że niezręczności językowe wybiły mnie z rytmu. Napięcie wprowadza się poprzez krótkie, dynamiczne zdania. To, co sprawdzało się w pierwszej połowie opowiadania (powolne rozwijanie akcji, długie, klimatyczne zdania) tu cię zawiodło.

 

Fajna myśl przewodnia tekstu, choć można ją było sprzedać czytelnikowi lepiej.

 

Ogółem czytało się miło. Mam nadzieję, że w przyszłości będziesz dalej pracował nad swoim warsztatem.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Witajcie!

 

Finklo,

Budowałeś zainteresowanie dzieckiem. Spodziewałam się antychrysta albo czegoś równie spektakularnego, a tu po prostu urodziła i wychowuje.

Fakt, celowałem w coś mniej zjawiskowego. W sumie zależało mi na tym, aby ukazać przewrotność losu – sąsiedzi pokładają nadzieję w nienarodzonym dziecku, a ono okazuje się uosobieniem ich największego, wypartego lęku.

Doceniam wspomniane wyżej walory tekstu, acz nic mi nie urwał. Jeśli dojdzie do nominacji, to będę na nie.

Jasne, rozumiem. Dziękuję za wizytę!

 

AHTKasprzyk,

Zakochałam się! Bardzo, bardzo podoba mi się narracja,

 

Niemniej bardzo, bardzo się cieszę, że postanowiłam dziś wieczorem coś poczytać i że natrafiłam na to opowiadanie. Jest chyba jednym z lepszych, jakie czytałam w tym roku!

Bardzo mi miło :)

 

Dziękuję Ci za dużo ciepłych słów, Twoje zastrzeżenia również wezmę sobie do serca.

Czy można je już nazwać realizmem magicznym?

Sam się nad tym zastanawiam. Wydaje mi się, że sporo moich opowiadań zahacza właśnie o realizm magiczny, choć gdzie dokładnie przebiega granica między fantastyką a RM trudno powiedzieć.

 

Kam,

 

bardzo dziękuję za wyłapanie baboli i za wiele cennych wskazówek! 

Co do wodolejstwa – przyznaję, że gdyby nie betujący, byłoby tego jeszcze więcej. W pierwszej wersji tekstu miałem jakieś dodatkowe 1,5k znaków, które nic nie wnosiły do fabuły :)

Jeśli chodzi o ,,łopaty", to ciągle szukam złotego środka.

Cieszę się, że mimo mankamentów, czytało Ci się miło.

 

Pozdrawiam!

Cóż to było za opowiadanie!

Niezmiernie podobała mi się narracja, która niespiesznie prowadziła do kulminacyjnego punktu z poczuciem, iż cokolwiek się wydarzy, nie będzie niczym przyjemnym. Przy lekturze towarzyszyło mi poczucie, że panią Bane czekają niezbyt przyjemne przeżycia ze strony sąsiadów. Grał z tym dobrze główny bohater, który prowadził historię w dosyć nierzetelny sposób, będąc przez większość czasu na haju. Nie do końca wiadomo, które elementy zdarzyły się naprawdę, a które były wytworem jego odurzonego umysłu. Kwestie te są już do interpretacji przez czytelnika, co bardzo mi się podoba.

Historia porusza też ważne społecznie tematy, dodając przy tym twist dziwności. Ciekawy zwłaszcza był wątek wykluczenia (tutaj przez chorobę/odmienność) i to, w jaki sposób ludzie postrzegają osoby wykluczone.

Jeżeli chodzi o wady, uważam, że punkt kulminacyjny jest trochę pozbawiony dynamizmu i akcji. Niby bomba wybucha, ale niezbyt spektakularnie. Ogólnie jednak całość zdecydowanie super. 

Witaj, WyrmKillerze!

Niezmiernie podobała mi się narracja, która niespiesznie prowadziła do kulminacyjnego punktu z poczuciem, iż cokolwiek się wydarzy, nie będzie niczym przyjemnym.

Zależało mi na tym, aby w tym klimacie narastającej psychozy czytelnik miał pewność, że wydarzy się coś mało przyjemnego.

…Kwestie te są już do interpretacji przez czytelnika, co bardzo mi się podoba.

Cieszę się, że to doceniasz.

Historia porusza też ważne społecznie tematy, dodając przy tym twist dziwności. Ciekawy zwłaszcza był wątek wykluczenia (tutaj przez chorobę/odmienność) i to, w jaki sposób ludzie postrzegają osoby wykluczone.

Tak, zwłaszcza że przecież chorym należy się współczucie, jednak świadomość tego, że to właśnie na nich – kalekich i na różnych polach niewydolnych – będzie polegać funkcjonowanie państwa, z pewnością napawa zdrową część społeczeństwa lękiem. No i, niestety, niechęcią.

Jeżeli chodzi o wady, uważam, że punkt kulminacyjny jest trochę pozbawiony dynamizmu i akcji. Niby bomba wybucha, ale niezbyt spektakularnie.

Zapamiętam tę uwagę.

Ogólnie jednak całość zdecydowanie super. 

Bardzo mi miło. Dziękuję za lekturę i komentarz!

Spodobało mi się (a nawet bardzo). Spodobał mi się sposób narracji, wykreowanie tej małej społeczności Hope Street i ciekawe podejście do tematu pandemii.

Widziałem w komentarzach zarzuty, że tekst jest przegadany. W moim odczuciu nie jest. Powiedziałbym, że jest to po prostu niespieszne tempo narracji. Z przyjemnością zanurzyłem się w świecie bloku przy Hope Street, nawet nie zauważyłem kiedy te 30k znaków minęło i chciałem, żeby jeszcze choć trochę było dłuższe.

Rzeczywiście w tekście fantastyka jest w śladowych ilościach, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. W końcu to kawał dobrej historii.

Nie mam zamiaru kłamać, ani nawet koloryzować. Stawiam na prawdę. Pamiętajcie jednak, że jest to prawda, którą noszę w głowie, więc to niemożliwe, aby idealnie pokrywała się z rzeczywistym przebiegiem wydarzeń.

To fajny zabieg. Każda opowieść to tylko punkt widzenia.

Adamie, w szczególny sposób przedstawiłeś sytuację mieszkańców bloku w dobie pandemii. Dość osobliwe układy zapanowały miedzy sąsiadami, a ciąża Lidii zjednoczyła ich, rzec można, kuriozalnie. I choć fantastyki tu tyle, co kot napłakał, zupełnie mi to nie przeszkadzało, bo opowiadanie czytało się świetnie.

Nie wiem czy to słuszne skojarzenie, ale kiedy pisałeś o tym, jak sąsiedzi „osaczyli” Lidię, miałam przed oczami niektóre sytuacje z Dziecka Rosemary, choć zdaję sobie sprawę, że to całkiem inna bajka.

 

pod­nio­słem z ziemi pla­sti­ko­wy miecz… → Rzecz dzieje się w mieszkaniu, więc: …pod­nio­słem z podłogi pla­sti­ko­wy miecz

 

Gre­go­ry za­par­ko­wał swo­je­go SUVa. → …Gre­go­ry za­par­ko­wał swo­je­go SUV-a.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć! Nawet nie wiem, od czego zacząć. Powyższy tekst jest zdecydowanie jednym z moich faworytów w konkursie, jeśli nie numerem jeden. Fabuła niby bez fajerwerków, akcja upchnięta w jednym bloku, powtrącane dygresje… a mimo to czytam dalej w napięciu, bez mrugnięcia okiem. Jakie to czary?

Standardowo autor prawdopodobnie napisałby opowiadanie z perspektywy Lidii. Pomysł na to, by odwrócić sytuację, i sposób, w jaki indywidualny narrator przeistacza się w kolektywną świadomość…

Ja chcę ekranizacji. :)

...Pan muzyk? Żebym zryżał!

Witajcie!

 

Zanaisie, dzięki za lekturę.

 

PanDomingo,

Widziałem w komentarzach zarzuty, że tekst jest przegadany. W moim odczuciu nie jest. Powiedziałbym, że jest to po prostu niespieszne tempo narracji.

…nawet nie zauważyłem kiedy te 30k znaków minęło i chciałem, żeby jeszcze choć trochę było dłuższe.

Zdarza mi się pisać rozwlekle i często przy becie sporo wyrzucam. A to opowiadanie miało około 1,5k znaków więcej, trochę przystrzygłem :) Ale cieszę się bardzo, że Ci się nie dłużyło.

W końcu to kawał dobrej historii.

Dzięki! Cieszę się, że zajrzałeś.

 

reg, dziękuję za wyłapanie baboli, zaraz poprawiam.

I choć fantastyki tu tyle, co kot napłakał, zupełnie mi to nie przeszkadzało, bo opowiadanie czytało się świetnie.

Kiedy publikowałem to opowiadanie, właśnie takie opinie mi się marzyły :) Dzięki

Nie wiem czy to słuszne skojarzenie, ale kiedy pisałeś o tym, jak sąsiedzi „osaczyli” Lidię, miałam przed oczami niektóre sytuacje z Dziecka Rosemary, choć zdaję sobie sprawę, że to całkiem inna bajka.

Kultowy horror był dla mnie inspiracją, choć wydaje mi się, że dość odległą.

Dziękuję za wizytę!

 

Ghlas cailin,

Powyższy tekst jest zdecydowanie jednym z moich faworytów w konkursie, jeśli nie numerem jeden.

Szalenie miło to czytać!

Fabuła niby bez fajerwerków, akcja upchnięta w jednym bloku, powtrącane dygresje… a mimo to czytam dalej w napięciu, bez mrugnięcia okiem. Jakie to czary?

Kurczę, co ja bym dał, żeby wszyscy mieli takie odczucia :D Nie no, żartuję. Wiem, że sposób, w jaki prowadzę akcję, nie każdemu przypadnie do gustu, ale bardzo cieszy mnie każdy czytelnik, któremu ten styl pasuje, czy nawet bardzo pasuje.

Standardowo autor prawdopodobnie napisałby opowiadanie z perspektywy Lidii.

Zależało mi na tej przewrotności. Tym bardziej chciałem ją podbić, w pierwszym zdaniu informując o śmierci tej, jak by nie patrzeć, najważniejszej postaci tekstu.

Ja chcę ekranizacji. :)

Czasami marzą mi się takie rzeczy. Lot na księżyc i własna wyspa na Pacyfiku też :D

Dziękuję Ci za wizytę i za miłe słowa!

 

Pozdrawiam wszystkich! 

Cześć!

 

Klimatyczne opko, niby gawęda, a jednak nie brakowało mi tu emocji czy akcji. Atmosfera tajemnicy wyszła bardzo dobrze, towarzystwo pandemicznych imprezowiczów również. Aż strach zagadnąć sąsiada. Trochę zbyt skrótowo imho pokazałeś sądny dzień, ale w sumie dobrze pasuje to do błogości po rozładowaniu napięcia, więc wyszło. Sprytna zagrywka ;-) Wszystko wyszło bardzo naturalnie i ludzko, wielki plus za ten realizm.

Problem mam jedynie z końcówką, bo ten pożar rozgorzał jak bóg z maszyny i od tego miejsca już miałem problem z odbiorem, bo przenosimy się do szpitala/ośrodka. Zbudowałeś cudny, mroczny klimat niepewności i nieco go uciąłeś (domyślam się, że limit maił to coś do gadania, bo ja zrobiłem podobnie, wnioskując po komentarzach)

Napisane bardzo sprawnie, plastycznie. Sama radość z czytania.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

 

<Detektywa Lowina zapiski z urlopowych sesji czytania „Tytulików”>

Adam_c4 – Co pani Bane nosiła pod sercem?

Aż popatrzyłem w sufit. Nad moją sutereną jest kamienica, wielu lokatorów… Brrr. Strach się bać. Przynajmniej ciąża mi nie grozi, ale zmasowany atak mieszkańców? Kto wie, kto wie…

Duszny, gęsty klimat to niewątpliwie największe atuty tej opowieści. Akcję rozwijasz powoli, właściwie główna oś fabuły zaczyna jakby za płotem, a do furtki dochodzisz bez pośpiechu, najpierw skupiając się na wciągnięciu w duszną atmosferę kamienicy.

Ponarzekałbym na brak fantastyki. Epidemia to nic niezwykłego – wystarczy wspomnieć ostatnią mysią ospę albo jeżuszkę plamistę. Zdarza się. Do tego grzybki. Wierz mi, naoglądałem się w pracy wiele rodzajów narkotyków, i nie ma w tym nic niezwykłego. Później spodziewałem się dziwnego dziecka, ale tu również wyszło względnie normalnie. Mimo tego tekst ma tak niesamowitą atmosferę, że potrafi się obronić. Czy byłby lepszy z „czymś” fantastycznym? Kto wie?

Dobry tekst na pograniczu horroru i dramatu psychologicznego. Podobało mi się.

 

Cześć, Krarze!

Problem mam jedynie z końcówką, bo ten pożar rozgorzał jak bóg z maszyny i od tego miejsca już miałem problem z odbiorem, bo przenosimy się do szpitala/ośrodka. Zbudowałeś cudny, mroczny klimat niepewności i nieco go uciąłeś (domyślam się, że limit maił to coś do gadania, bo ja zrobiłem podobnie, wnioskując po komentarzach)

Tak, z racji na dość rozwleczoną formę tekstu przyznaję, że limit nade mną wisiał i przy końcówce musiałem trochę ,,ściaśniać".

Napisane bardzo sprawnie, plastycznie. Sama radość z czytania.

Bardzo mnie ta opinia raduje! Dziękuję za lekturę, pozdrawiam!

 

Witaj, Zanaisie-Lowinie!

Ponarzekałbym na brak fantastyki.

Myślę, że powinienem był mocniej zaakcentować naturę wirusa – to, że odmienia ludzi fizycznie. Tak czy inaczej przyznaję, że fantastyki tu malutko. Może faktycznie większa liczba zjawisk nieprawdopodobnych wyszłaby tej historii na dobre? 

Dobry tekst na pograniczu horroru i dramatu psychologicznego. Podobało mi się.

Bardzo mi miło. Cieszę się, że doceniłeś duszną atmosferę i niespieszne tempo historii. Dziękuję za jurorski komentarz, pozdrawiam!

Opowiadanie jest napisane starannie i z dobrze rozplanowanym tempem. Jest też pewien posmak “lovecraftowości”. To na plus. Na minus z kolei wchodzi tu pewna schematycznosć narracji, takie trochę “poszedłem tu, zrobiłem to”, jakkolwiek… Jakkolwiek to w jakiś sposób jest dopasowane do konwencji, więc można to wybronić i nie traktować tego jako zarzutu.

Co jednak jest istotne i bezpośrednio z tym powiązane – zdecydowanie zabrakło jakiegoś zaangażowania w opisane sceny. Sceny, w których przecież zaangażowanie psychiczne musiało się pojawić, był przecież ten zbiorowy haj, była zbiorowa psychoza. Było dość elementów, które wręcz wymagałyby bądź wprowadzenia emocji “od strony narracji”, bądź przedstawienia ich bardziej reportersko. A jednak zabrakło tu tego. A szkoda, bo gdyby się tym pobawić, gdyby dodac to na końcu, to scena z wtargnięciem do mieszkania mogłaby nabrać sporo dynamiki, ale tez dramatyzmu.

Dwa skojarzenia przy lekturze to scena z wtargnięciem w jednym z odcinków “Z archiwum X” (gdzie była też mowa o sporyszu) oraz “Wioska przeklętych” (dzieci i ich wpływ na otoczenie).

 

No, podobało mi się, nawet bardzo :) Może trochę przegadane na początku i przyśpieszone na końcu, ale ładnie budujesz nastrój i rytm narracji jakoś się wpisuje w wydarzenia. Pani Bane jest powoli osaczana przez sąsiadów, jej życie stopniowo zmienia się w piekło, aż dochodzi do wielkiego bum i wydarzenia przyśpieszają.

Poruszyłeś ciekawy temat w niestandardowy sposób. Takie rzeczy dzieją się, kiedy człowiek staje się dla kogoś uosobieniem nadziei. Klasycznie zdarza się to w układzie rodzice – dziecko, kiedy rodzic wszystkie swoje marzenia i pragnienia przelewa na potomka, i chce, żeby dzieciak osiągnął to, co się rodzicowi nie udało. A tutaj pokazałeś, że w szczególnych sytuacjach – lęku, poczucia beznadziei, izolacji – może się to zdarzyć także z zupełnie obcą osobą. I konsekwencje również będą tragiczne. I byłyby pewnie nawet bez grzybków ;)

Czytało się świetnie, dałam się wciągnąć klimatowi. Bohaterów wykreowałeś bardzo realistycznych, pani Bane było mi żal od początku.

Czemu więc nie ma Cię w czołówce?

Zasady:

Oczekujemy tekstów fantastycznych, przy czym rodzaj fantastyki jest dowolny.

No właśnie dlatego. Jedyne czego Twojemu tekstowi brakuje to fantastyka. Zmiany w wyglądzie ludzi zainfekowanych i grzybki zamiast narkotyków to IMO za mało, żeby tekst uznać za fantastyczny.

A ponieważ ta sama zasada dotyczy Piórek, więc niestety w głosowaniu będę na NIE.

To nie zmienia faktu, że napisałeś naprawdę dobry tekst.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Witaj, Wilku!

Co jednak jest istotne i bezpośrednio z tym powiązane – zdecydowanie zabrakło jakiegoś zaangażowania w opisane sceny. Sceny, w których przecież zaangażowanie psychiczne musiało się pojawić, był przecież ten zbiorowy haj, była zbiorowa psychoza. Było dość elementów, które wręcz wymagałyby bądź wprowadzenia emocji “od strony narracji”, bądź przedstawienia ich bardziej reportersko. A jednak zabrakło tu tego.

Nie byłem pewien, jaką postawę powinien prezentować narrator. W jaki sposób ma mówić o wydarzeniach, które po wielu latach wciąż napełniają go niepokojem i budzą wyrzuty sumienia. W końcu wymyśliłem sobie, że będzie zdystansowany, ale precyzyjny. Nie zgorzkniały, ale świadom własnych przewin. Równocześnie pokrzepiający się myślą, że być może samego siebie traktuje zbyt surowo – w końcu gdyby nie on i jemu podobni, to bardzo możliwe, że Lidia nigdy nie zostałaby autorką popularnej, niosącej ukojenie książki.

Może rzeczywiście dobrym kierunkiem byłoby podbicie emocji, zrobienie bohatera bardziej ludzkim, mniej wykalkulowanym?

Dwa skojarzenia przy lekturze to scena z wtargnięciem w jednym z odcinków “Z archiwum X” (gdzie była też mowa o sporyszu) oraz “Wioska przeklętych” (dzieci i ich wpływ na otoczenie).

Wioski przeklętych nie widziałem, a jeśli chodzi o ,,Z archiwum X", to chciałbym kiedyś nadrobić ten serial – widziałem raptem kilka odcinków na krzyż :)

Dziękuję za komentarz i podzielenie się sugestiami. Pozdrawiam!

 

Cześć, Irko!

No właśnie dlatego. Jedyne czego Twojemu tekstowi brakuje to fantastyka. Zmiany w wyglądzie ludzi zainfekowanych i grzybki zamiast narkotyków to IMO za mało, żeby tekst uznać za fantastyczny.

Przyznam, że zdecydowałem się na minimalne stężenie fantastyki, aby nie rozmyć myśli przewodniej tekstu, którą bezbłędnie odczytałaś (co, nie ukrywam, jest szalenie miłe):

Takie rzeczy dzieją się, kiedy człowiek staje się dla kogoś uosobieniem nadziei. Klasycznie zdarza się to w układzie rodzice – dziecko, kiedy rodzic wszystkie swoje marzenia i pragnienia przelewa na potomka, i chce, żeby dzieciak osiągnął to, co się rodzicowi nie udało. A tutaj pokazałeś, że w szczególnych sytuacjach – lęku, poczucia beznadziei, izolacji – może się to zdarzyć także z zupełnie obcą osobą. I konsekwencje również będą tragiczne.

Tak jest!

I byłyby pewnie nawet bez grzybków ;)

Bardzo możliwe :)

 

Bardzo dziękuję za miłe słowa i za organizację konkursu. Pozdrawiam!

Przyznam, że zdecydowałem się na minimalne stężenie fantastyki, aby nie rozmyć myśli przewodniej tekstu, którą bezbłędnie odczytałaś

I jakkolwiek dziwnie to zabrzmi: dobrze zrobiłeś. Wprowadzanie na siłę elementów fantastycznych by się opku nie przysłużyło. A tak mam satysfakcję z przeczytania dobrego tekstu. I mam nadzieję, że Ty masz satysfakcję przynajmniej z mojej satysfakcji ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

I mam nadzieję, że Ty masz satysfakcję przynajmniej z mojej satysfakcji ;)

Mam, mam :)

Nowa Fantastyka