- Opowiadanie: michalovic - Kopuła

Kopuła

Krótka przypowieść o tym, żeby uważać z marzeniami, bo mogą się spełnić :)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Kopuła

Już jako dziecko znałem wnętrze Kopuły lepiej niż własne odbicie w lustrze. W końcu zapragnąłem zobaczyć więcej. Nocami śniłem o chwili, kiedy wreszcie opuszczam ją i oglądam, odkrywam wszystkie jej tajemnice. Z czasem te fantazje bledły coraz bardziej, przestałem wyobrażać sobie cuda kryjące się po drugiej stronie. Chciałem po prostu wyjść. Porzuciłem stare marzenia, jednak one dogoniły mnie po latach i spełniły się, ku mojej udręce.

Nie byłem jedynym, który palił się do ucieczki spod sztucznego nieba. Wszyscy chcieliśmy stać się na powrót częścią natury, a nie dalej żyć i umierać w brzuchu tej upadłej maszyny, którą od pokoleń nazywaliśmy domem. Odetchnąć prawdziwym, niefiltrowanym powietrzem, napić się prawdziwej wody. Poczuć na skórze ciepło prawdziwego słońca i chłód prawdziwego wiatru. To przecież tak niewiele, a mimo to otwarcie Bramy przyjęliśmy z euforią, z jaką wita się wybawienie. Nie mogliśmy mieć pewności, co czeka nas za jej progiem, ale byliśmy zbyt zachwyceni, a zarazem zbyt zmęczeni. Staliśmy się ślepi na konsekwencje. Wyniki pierwszych testów spełniły oczekiwania i to wystarczyło, byśmy nabrali wiary, że z naszą wiedzą jeszcze uda się wszystko naprostować. W końcu – właśnie dokonaliśmy niemożliwego, zbudowaliśmy kanał wiodący do przeszłości. Naprawienie przyszłości miało być przy tym pestką.

Nie wiedzieliśmy jeszcze, jak dzikim żywiołem jest czas.

Przeszedłem przez Bramę jako ostatni z naszej ekspedycji, a wypadłem z niej – jak się później dowiedziałem – na brzegu Pacyfiku. Miałem szczęście. Wielu przede mną go nie miało. Zdezorientowany, długo szukałem żywej duszy, póki nie przybył komitet powitalny. Ledwie ich poznałem i to nie dlatego, że od lejącego się z nieba żaru byłem bliski udaru.

– Dobrze, że jesteś – powiedzieli, choć bez wielkiego entuzjazmu. – Długo czekaliśmy, potrzebujemy cię.

Wsadzili mnie do latacza, napoili, opatrzyli oparzenia. Kolejnych kilka godzin spędziliśmy w powietrzu. Lecąc, obserwowałem uważnie. W dole – cofnięte linie brzegowe, zasolone połacie ziemi, pustynie usłane szkieletami drzew. Opuszczone miasta i wioski. A naprzeciwko – trzy twarze, dobrze znane, a jednocześnie zupełnie inne.

– Dlaczego…?

Choć osłabiony i skołowany, domyśliłem się już, że Brama była spaczona. Weszliśmy w nią tego samego dnia, jedno za drugim, ale płynący wstecz, niekontrolowany strumień czasu porwał nas, rozdzielił i rzucił, niczego nieświadomych, w różne punkty historii i mapy. Młodzi, silni i zdeterminowani ludzie, których obserwowałem kiedy wkraczali w jasne przejście, teraz okazali się starsi o całe lata i dekady, chorzy i wyniszczeni. Harmon, biolog, ruszył najwcześniej z całej tej trójki, musiał spędzić tu już jakieś pięćdziesiąt lat. Janssensowi, fizykowi, przybyło koło trzydziestu. Tylko Antonova, z którą pracowałem w zakładzie inżynierii, nie postarzała się szczególnie, może rok. Schudła tylko strasznie. W kolejce do Bramy stała tuż przede mną.  

Nie o to jednak pytałem. Chciałem wiedzieć, czemu świat tak wygląda. Miało być przecież inaczej. Odpowiedzieli tylko, że niedługo wszystkiego się dowiem, a spojrzenia mieli przy tym puste jak studnie.

Kilka tysięcy kilometrów przelecieliśmy nad gorącym morzem, większość tej trasy przespałem. Obudzili mnie, gdy dotarliśmy na miejsce.

– To Nowa Zelandia. – Wskazali sunący pod nami kawałek lądu, na którym jeszcze uchowała się płowa zieleń.

Zimny dreszcz niepokoju przepełzł mi po plecach, gdy usłyszałem te słowa. Nowa Zelandia.

Wylądowaliśmy na szczycie płaskiego wzniesienia, między kilkoma prostymi, szarymi blokami. Kiedy mój wzrok przyzwyczaił się do silnego blasku słońca, przed którym nie chronił już cień kabiny latacza, a wzniecony przez silniki kurz opadł, dostrzegłem, że przytulona do zbocza osada – a może i miasto? – rozciąga się dalej i obejmuje brzeg pobliskiego jeziora. Od razu rozpoznałem kształt akwenu. Kolejny dreszcz wstrząsnął moim ciałem. Co się dzieje? Czemu tu jesteśmy, czemu właśnie tu?

Wśród ludzi czekających w jednym z budynków zobaczyłem kilka kolejnych znajomych twarzy. Nietrudno było je wyłowić z tłumu – różnice fizjonomiczne między moimi braćmi a mieszkańcami tego czasu widoczne były jak na dłoni. Mój Boże, myślałem, zadzierając głowę, by lepiej przyjrzeć się przodkom. W jaki sposób ich mózgi mieszczą się w tak małych czaszkach?

Rozmyślania o krętych drogach ewolucji zajęły mnie na chwilę, ale zaraz zostałem sprowadzony z powrotem na ziemię.

– To nasza wina – wymamrotała Meyer, liderka naszej ekspedycji, gdy spytałem o co w tym wszystkim chodzi. Wyglądała, jakby ze starości miała się za chwilę rozpaść w pył.

– Co takiego?

– Wszystko. Nie powinniśmy byli otwierać przejścia. Wszystko zepsuliśmy.

Już wtedy rozumiałem mało, a im dłużej próbowali mi to wyjaśnić, tym większy miałem mętlik w głowie.

– Musisz wiedzieć tylko jedno – warknął przestarzałym angielskim jeden z tuczasowych, jak ich nazwałem. Irytowała go moja nieświadomość. – To wy sprowadziliście na nas te wszystkie plagi. Weszliście tu jak do siebie, zawsze ciągnąc za sobą jakąś katastrofę. Nieważne jak, ważne, że to przez was nasz świat się kończy.

Grobową ciszę, która zapadła po tych słowach przerwałem ja.

– Dlaczego nic nie zrobiliście?

– Próbowaliśmy – padła odpowiedź. – Wszystko jednak miało ledwie doraźny skutek. Nie byliśmy w stanie powstrzymać skutków Rezonansu, każde kolejne przejście wzmagało wibracje w czasoprzestrzeni wzbudzone przez otwarcie Bramy i…

Potrząsnąłem głową. Nie zrozumiałem tego za pierwszym razem, nie zrozumiem za drugim.

– I co teraz?

Wyjaśnili. Powiedzieli, że po tylu latach bezowocnych starań zrozumieli, że by zażegnać katastrofę klimatyczną, zostało im tylko jedno rozwiązanie – stworzenie izolowanego środowiska, na które świat zewnętrzny nie będzie miał wpływu. Gdzie wszystko będzie pod całkowitą kontrolą.

Ale do tego celu potrzebowali mnie. Architekta, który im to wszystko zbuduje.

Odpowiedziałem im wtedy, że to obłęd.

Dziś, gdy z daleka patrzę na wychylającą się zza horyzontu Kopułę, widzę w niej już nie szaleństwo ubrane w kształt, lecz przewrotność losu. To nawet całkiem zabawne, na swój sposób. Wszystko, czego chciałem stało się faktem. Gniję w umierającym świecie – bo pragnąłem oddychać jego powietrzem, pić jego wodę, czuć jego słońce i wiatr na twarzy. Buduję Kopułę, moje opus magnum – bo pragnąłem zobaczyć jej nierealne rozmiary w pełnej krasie, poznać wszystkie jej sekrety. Teraz je znam, bo sam je w niej umieściłem.

Wznoszę więzienie bez wyjścia. Bo pragnąłem z niego uciec.

Za kilka lat będzie gotowa. A gdy już zamknie się nad naszymi głowami, lśniąca i wydęta jak pancerz olbrzymiego skarabeusza, będzie jedynym naszym światem. Uruchomimy elektrownie, zasiejemy pola, puścimy rzeki w ruch. Cokolwiek stanie się poza nią, nie będzie nas już dotyczyć. Przeżyjemy. I w końcu zapomnimy jak powstała, kto ją zbudował, przemilczymy ten kawałek historii, byśmy za setki lat znów mogli naiwnie, dziecinnie marzyć o lepszym jutrze. Albo i lepszym wczoraj.

Koniec

Komentarze

Przyjemny szort, szybko zaciekawia, końcówka zaskakująca. W dywagacje przyczynowo-skutkowe związane z czasem nie będę wchodził, mam natomiast wątpliwości do ostatniego zdania – wydaje mi się, że na tym poziomie zaawansowania zapomnienie jest niemożliwe, co więcej, ogromnych projektów (jak wyjście z Kopuły) nie wykonuje się na chybił trafił, tylko z wieloma testami wcześniej. Ale może się czepiam. W każdym razie mi się podobało :)

Dzięki za komentarz :) Słusznie, że masz wątpliwości – ja jestem z kolei przekonany, że nawet jeśli mamy dane o przeszłych wydarzeniach, to wciąż przejawiamy tendencję (jako społeczeństwo) do wymazywania faktów z naszej świadomości, przekręcania ich i podporządkowywania własnym wizjom i ideologiom :)

Cześć!

 

Udany szort, od początku spodziewałam się tekstu z morałem ekologicznym, ale zakończenie mnie zaskoczyło. Ciekawie pokazałeś konsekwencje podróży w czasie. Styl opowiadanie jest przyjemny i spójny. Czuć w tekście osobowość głównego bohatera i jego emocje, mimo że tekst jest sprawozdawczy. Przyjemna lektura. Moim zdaniem szort zasługuje na bibliotekę. 

Już jako dziecko znałem wnętrze Kopuły lepiej, niż własne odbicie w lustrze.

Bez przecinka

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

@Alicella , dzięki za komentarz :)

Ładne. Fajnie zrealizowana pętla. Nieśpieszne tempo dobrze współgra z nastrojem i długością tekstu. Jedyne, co mi zazgrzytało, to fakt, że potrzebowali architekta żeby zbudować kopułę. Skoro ludzie z ekspedycji pojawili się w przeszłości na dużo wcześniej niż narrator, mieli wystarczająco dużo czasu, żeby przemyśleć budowę, zrobić projekt itp. Szczególnie biorąc pod uwagę ich zaawansowanie technologiczne. I dlaczego akurat Nowa Zelandia?

It's ok not to.

@dogsdumpling.

 

Generalnie ekspedycja składała się ze specjalistów różnych dziedzin (bohatera znajduje biolog, fizyk, inżynierka) – nie wszyscy potrafili projektować. Ponadto jej członkowie trafiali nie tylko w różne czasy, ale też różne miejsca. Bohater sam dopiero później dowiedział się, gdzie trafił, a gdy o tym mówi stwierdza, że wielu przed nim “nie miało szczęścia” – miała to być drobna sugestia, że po prostu nie przeżyli podróży, co uszczupliło możliwości działania.

Pozostali zaś przez cały czas skupiali się na innych środkach ratowania sytuacji, póki nie zrozumieli, że Kopuła jest ich jedynym wyjściem. Nie wydaje mi się, by chętnie brali pod uwagę opcję, przed którą de facto uciekali ;)

Co do Nowej Zelandii to zdaje się, że przy wybieraniu miejsca brałem pod uwagę czynniki takie jak ukształtowanie terenu, ilość wód lądowych i jakość gleb, ale prowadziłem ten research już jakiś czas temu i głowy nie dam, czemu padło akurat na nią. Na coś musiało ;)

 

Dzięki za komentarz. 

Fajne i przewrotne, choć gdzieś tak przed połową przewidziałem, o co kaman. Ale napisane przyjemnie, spójne i ciekawe, więc klikam. Pozdrawiam serdecznie – Q

Known some call is air am

Hej

Podobało mi się zapętlenie tej historii. Było zaskakujące, ale wydaje się spójne. Tekst jest też dobrze skrojony pod przyjętą objętość. Wykonanie całkiem niezłe, może bez wielkich wzruszeń, ale czytało się przyjemnie. ;-)

Poniżej moje drobne spostrzeżenia. ;-)

Młodzi, silni i zdeterminowani ludzie, których obserwowałem(+,) kiedy wkraczali w jasne przejście, teraz okazali się starsi o całe lata i dekady, chorzy i wyniszczeni.

– To Nowa Zelandia. – Wskazali sunący pod nami kawałek lądu, na którym jeszcze uchowała się płowa zieleń.

Zimny dreszcz niepokoju przepełzł mi po plecach, gdy usłyszałem te słowa. Nowa Zelandia.

 

Wydaje mi się, że nie ma sensu powtarzać, że to Nowa Zelandia. ;-)

 

– To nasza wina – wymamrotała Meyer, liderka naszej ekspedycji, gdy spytałem(+,) o co w tym wszystkim chodzi.

Wszystko, czego chciałem(+,) stało się faktem.

I w końcu zapomnimy(+,) jak powstała

 

Pozdrawiam!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Witaj.

Przytłaczające przemyślenia bohatera. Doskonale stworzony fantastyczny świat, brawa. 

Dopowiadam sobie, że lubiąca się powtarzać historia zmusi za jakiś czas kolejnych śmiałków do przejścia Bramy. Koło zamknięte. Nie ma od tego losu ucieczki, wybawienia, wyjścia. Bohaterowie są skazani. 

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Bardzo udany szort.

Mało znaków, ale sporo treści. Historia pętli nienowa ale podana w ciekawy sposób. Podobała mi się narracja i spojrzenie bohatera na świat. Również smutna konkluzja, że możemy uciekać daleko w przyszłość a nawet przeszłość, ale czasem nie uciekniemy od tego co nam pisane.

Napisane sprawnie i płynnie więc klikam. 

Czytałem wczoraj jadąc autobusem i lektura Twojego shorta sprawiła, że jazda stała się nieco mniej nuda :) Fajny tekst, przyjemna klamra – ogólnie: lektura satysfakcjonująca. 

Nie betuję tekstów ze względu na brak czasu.

@Outta Sewer

@FilipWij

@bruce

@Edward Pitowski

@silver_advent

 

Pięknie dziękuję za Wasze komentarze, miło się je czyta ;)

Cześć 

 

Temat pętli czasowej niby ograny, ale tutaj podałeś go w takiej formie, że odbiera się go raczej jako klasyczny ;]. Narracja zgrabna, fabuła spójna, podobało mi się spokojne, nieśpieszne tempo akcji. Gdybym miał się naprawdę przyczepić, to do przedstawienia bohaterów. Mam trochę za mało informacji, żeby ich sobie wyobrazić, ale przy szorciaku to nie ma takiego znaczenia. 

Klików bibliotecznych już nie potrzebujesz, więc nie naskarżam :P.

 

Gratuluję i dzięki za fajne opo :D.

 

pozdro

M.

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Cześć; Noc dobra

 

Wybacz, że nie przeczytałem więcej Twoich opowiadań. Powyższy tekst, jest pierwszym…

 

Zwabiony tagiem SZORT – w sam raz do poduchy – zazwyczaj szybko zasypiam. Powiem tak:

 

 

Zanim zacząłem czytać, senny paraliż otulał lepiej niż kołdra… 

 

Byłem tam… w Twoim opowiadaniu. Ocknąłem się na chwilę… w tym miejscu:

 

 

Wylądowaliśmy na szczycie płaskiego wzniesienia, między kilkoma prostymi, szarymi blokami. Kiedy mój wzrok przyzwyczaił się do silnego blasku słońca, przed którym nie chronił już cień kabiny latacza, a wzniecony przez silniki kurz opadł, dostrzegłem, że przytulona do zbocza osada – a może i miasto? – rozciąga się dalej i obejmuje brzeg pobliskiego jeziora. Od razu rozpoznałem kształt akwenu. Kolejny dreszcz wstrząsnął moim ciałem. Co się dzieje? Czemu tu jesteśmy, czemu właśnie tu?

Pomyślałem dokładnie tak samo – czemu właśnie tu?

 

Kilkukrotnie zacisnąłem oczy, żeby się 'odrobinę wybudzić' , by 'jednym tchem zrozumieć tekst' – dopiero wtedy mogłem kontynuować przygodę – co prawdą wybity z rytmu potrzebowałem dłuższej chwili… nie mniej, warto było. Wrażenia lepsze niż gry na VR (chociaż dawno nie grałem), a końcówka skłoniła do dwóch rzeczy… wewnętrznych rozkmin oraz potrzeby napisania tego komentarza.

 

Dzięki :-) życzę zdrówka oraz sporej ilości wolnego czasu – do tworzenia kolejnych tekstów (zaległe postaram się nadrobić c[_]  )

 

 

"Naucz się zasad jak profesjonalista, by móc je potem łamać jak artysta" - Pablo P.

Ograne.

Kolejna opowieść o podróżniku w czasie psującym to, co wyruszył naprawić. W zasadzie od początku oczekiwałem tego typu finału, co w połączeniu z wolnym tempem tekstu sprawiło, że czytało się bez większych emocji.

Nie pomaga również fakt, że tym razem nie wiadomo nawet w zasadzie co i jak zepsuto, dostajemy na osłodę jedynie ciut technobełkotu – podczas gdy przewrotna, przemyślana intryga, która wyjaśniałaby, co i jak się popsuło mogłaby uratować wtórny schemat.

Bohater pretekstowy, trudno o nim cokolwiek powiedzieć. Podobnie z realiami.

Styl przyzwoity, choć momentami nie zaszkodziłoby wycisnąć z tekstu trochę wody. Końcówka, w zamierzeniu pewnie mocna, mnie zmęczyła – kilka razy powtarzasz w nim te same informacje, by mocniej podkreślić ironię sytuacji. Cóż, spodziewałem się tej ironii, wiec nie trzeba było jej podkreślać, bym pojął.

Podsumowując, sprawne technicznie, ale nijakie.

To jest cholernie inteligentnie napisane. Bardzo zgrabnie podrzucasz nam hasła-klucze (kopuła, ekspedycja), na przestrzeni kilku zdań budujesz tak miły sercu klimat wyrwania się z zaklętego kręgu i eksploracji nieznanego. Przed oczyma stają najbardziej ulubione obrazy z opowieści s-f, ograne, wiadomo, ale podajesz to lekko, mimochodem, tak że z miejsca chce się wejść do środka. I jeszcze to akuratne dozowanie informacji – bohater Architekt i już wszystko wiadomo. W tym aspekcie tekst to perełka, młot dla tych wszystkch narzekaczy na limity i zwolenników jeszcze dodatkowych kilku tysięcy znaków w opowiadaniu. Przychodźcie tu po nauki bracia i siostry. Oto przykład jak stworzyć klimat rasowego sf na przestrzeni kilku tysięcy znaków. Dla mnie bomba i pełna słodycz. Jestem zachwycony. 

Co więc poszło nie tak?

Pomysł nie mógł powalić, ale obroniłby się bez trudu, gdybyś zadbał o konkrety. W zasadzie mogę zacytować:

Nie pomaga również fakt, że tym razem nie wiadomo nawet w zasadzie co i jak zepsuto

Tu tkwi jądro “intrygi”, wokół tego orbituje wszystko w tym opowiadaniu. No i okazuje się, że król jest nagi. Bo:

Weszliście tu jak do siebie, zawsze ciągnąc za sobą jakąś katastrofę. Nieważne jak, ważne, że to przez was nasz świat się kończy.

Właśnie ważne jak, twój bohater się myli. My (czytelnicy) przychodzimy tu właśnie po to żeby się tego dowiedzieć. Szkoda, że nie pokusiłeś się o odpowiedzi, bez tego ta czasowa pułapka, którą nam serwujesz, nie może cieszyc tak bardzo, jak by mogła. Szkoda, ale mimo to i tak uważam tekst za bardzo udany.

Pozdrawiam.

@MordercaBezSerca

@Równowaga Cienia

@None

@Michał Pe

 

Dziękuję za komentarze :)

 

Co do wyjaśnienia co się zepsuło. Nie jestem pewien, czy jest to aż tak ważne, bo sam jako czytelnik przychodzę raczej poznać bohatera i jego sytuację, a nie opisy zjawisk dziejących się wokół niego. Szczególnie, że bohater-narrator sam daje do zrozumienia, że właściwie nie potrzebuje takiej wiedzy. Przyznaję, że taki unik jest wygodny, ale opko powstało na konkurs gdzie warunkiem było zmieszczenie się w 1000 słów, wolałem skupić się na innych kwestiach ;)

 

I jak poszło w konkursie?

Okazało się, że są lepsi kandydaci do wygranej ;)

Całkiem niezły szort, oparty na pomyśle, który trudno nazwać nowym, a jednak opowieść zaintrygowała, przy czym ciekawość utrzymała się do końca.

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą równie zajmujące i równie porządnie napisane. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przytłaczające… Naprawdę ciekawe, intrygujące i dobrze napisane. Bardzo lubię takie klimaty :)

Miś zaciekawiony. Przeczytał ‘na jednym oddechu’. Nie dlatego że krótkie, ale zajmujące i napisane bez zgrzytów. Podobało się. Pozdrowienia :)

Haha zupełnie jak z Tuskiem:) gość wyjechał żeby wszyscy zapomnieli jak za jego rządów było chu….wo:)

A teraz możemy sobie porównać jak było za rządów peło i jak jest teraz. I na pewno nie jest lepiej.

Known some call is air am

@vrchamps

Takiej interpretacji się nie spodziewałem, ale dziękuję za komentarz :P

 

@regulatorzy

@Ramshiri

@Koala75

Wam również dziękuję :)

Co złego to nie ja????

michalovic – no proszę, gdyby był jakiś konkurs, którego tematem jest “Kopuła”, to moglibyśmy stawać w szranki. U Ciebie ktoś chciał wyjść, u mnie wejść :D

Podobało mi się, że chociaż może akcji nie jest wiele, to jednak wszystko rozgrywa się dynamicznie, pobudza ciekawość. Tylko właśnie – o ile w pierwszej części szorta fajnie budujesz napięcie i aż chce się rozwiązać zagadkę, to w drugiej niestety nie wyjaśniasz sprawy, która mnie jako czytelniczkę interesowała najbardziej. Tutaj w całej rozciągłości zgadzam się z Michałem Pe – napompowałeś balonik ciekawości, a potem spuściłeś z niego powietrze, nie było wielkiego BUM! Trochę smuteczek, ale ze wcześniejszych komentarzy wnioskuję, że szorcik był pisany na jakiś konkurs, więc pewnie to wina limitu.

Zrekompensowałeś się za to końcówką, którą nadałeś tekstowi gorzki wydźwięk i zarazem ładnie spiąłeś akcję klamerką. Lubię takie rzeczy, więc cieszyłam się z tej niezwykłej ironii losu ;)

 

Napisane sprawnie, gdzieś mi mignęły powtórzenia, ale generalnie jest dobrze.

Napisane przyjemnie, chociaż motywy znane.

Co mi zgrzytnęło:

Nie podajesz, ilu było członków ekspedycji, więc nie wiedziałam, ilu ludzi nie miało farta, ile było wyjść.

Niby tacy mądrzy, ale wychodzą z Kopuły “na pałę”. Nie pamiętają, że Noe najpierw ptaszki wypuszczał, nie mogą posłać robota z kamerką?

Podczas budowy Kopuły nie przyznają się, że jej opuszczenie miesza w czasie. Ja umieściłabym tę informację w każdym ważnym dokumencie. Jako motto, kurczaki. Żeby w przyszłości nie powtarzać tych samych błędów i jeśli wyjść, to całą bandą i od razu w kosmos. Na przykład.

Babska logika rządzi!

Jak w "Looperze", albo w jednym z odcinkow doktora Who. Milo sie czyta.

Niech twe słowa będą poparte czynem.

Nowa Fantastyka