- Opowiadanie: WyrmKiller - Rób to w mroku po kryjomu

Rób to w mroku po kryjomu

Wersy wykorzystane z utworu: Męskie Granie 2021 – I Ciebie też, bardzo.

 

Dziękuję betującym: Alicella, Shanti i GreasySmooth za uwagi i pomoc przy korekcie tekstu.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

MrBrightside, Chrościsko

Oceny

Rób to w mroku po kryjomu

 

Kit skoczył na łóżko, po czym zarzucił na głowę koc. Przeszukał dokładnie plecak. Był pewien, że zdołał ją zabrać. Zapalił latarkę. Przytłumione światło ukazało trzęsące się dłonie i niepozorną gazetkę ze złotą kulą na okładce. Wziął się czym prędzej do czytania. Pożerał litery. Kąpał się w blasku ilustracji. Niepostrzeżenie mijała wieczność.

Nie usłyszał, gdy drzwi otworzyły się z impetem.

Szpon szarpnął za koc, ukazując dziecko nagie i bezbronne. Gadzie oczy zlustrowały pospiesznie pismo, po czym ścisnęły je w dłoni i zmiażdżyły.

– Skąd to masz? – zapytała matka.

Wlepiła spojrzenie w syna, jakby pragnęła wyrwać z wątłego ciała odpowiedź.

Dopadła do okna. Bezgwiezdna, pochmurna noc. Jedynie księżyc daleko, gdzie mleko rozlewa się wśród gwiazd, spoglądał na życia maluczkich. Miliony sekretów skrywały się w zakamarkach mieszkań.

Miasto usnęło. Nikt nie mógł zajrzeć przez okno, by dojrzeć akty zakazane przez społeczeństwo.

– Nie interesuje mnie, skąd wytrzasnąłeś ten bezwstydny kawałek papieru. Jeżeli jeszcze raz zobaczę cokolwiek podobnego, dobry Boże, nie ręczę za siebie. Masz dzięki mnie dobre życie, dziecko. – Złapała latarkę i zgasiła ją. – Nie pozwól, by skusiła cię ułuda innego życia. Czeka tam jedynie męka i wieczne potępienie. Nie chcesz tego, wierz mi. Pragniesz być jak inni. A teraz zaśnij i potraktuj rozmowę jako sen.

Wyszła z pokoju, zostawiając uchylone drzwi.

Kit przerzucił się na bok, ale nie zdołał usnąć. Nucił w myślach znajomą melodię.

Nie mógł zbliżyć się do światła. Nie mógł błyszczeć.

 

***

 

Kit dorósł. Zamieszkał w wynajmowanym pokoju, gdzie promienie słoneczne, zasłonięte przez bilbordy i kampanie reklamowe, przypominały ogień tlący się w zniczu. Miasto potrafiło zdławić każde piękno, zwłaszcza, gdy go nie rozumiało. W głuchych czterech ścianach Kit mógł jedynie rozmyślać, pływając między myślami niczym w Styksie. Wciąż rozpamiętywał noc, gdy dowiedział się o złotej sferze.

Za dnia pracował, w nocy błąkał się po ulicach. Upewniał się, że nie przechodził przy latarniach. Mijał podobne do siebie, ukrywające się przed niechcianymi spojrzeniami żywe trupy.

Niczego nie szukał. Szedł tam, gdzie prowadziły go nogi. Ufał im bardziej niż spowitemu przez mgłę umysłowi.

Natrafił na boczną uliczkę, archiwa przeżyć ludzi wyciągniętych na margines. Prawie niesłyszalny rytm wibrował wokół budynków.

Kit zarzucił kaptur i przeskoczył nad błotnym jeziorem.

Skinął głową do bramkarza – osiłka z tatuażem, który pilnował wejścia do klubu o uroczej nazwie „NAH”. Ten obejrzał gościa uważnie, fuknął coś pod nosem i odsunął się.

Wejście do przybytku spowijał mrok, oblepiając mackami ściany i drzwi. Odór papierosów i zioła uderzał w płuca. Kit musiał uważać, by schodząc, nie zahaczyć o przyklejonych do ścian bywalców.

Wewnątrz widział niewiele. Jedynie zarysy postaci falujące w rytm techno, oplatające się i łączące w zbitą masę. Jakimś cudem zdołał się przedrzeć, czując spocone oraz cuchnące alkoholem ciała.

Dotarł do baru. Opadł na taboret i zamówił drinka. Kocia para oczu zatańczyła, przyjmując zamówienie.

– Jesteś tu nowy.

Kit usłyszał napadający z tyłu, nieznajomy głos.

– Nie zdążyłem się dobrze rozsiąść – wycedził przez zęby, chcąc spławić typa.

Odebrał od ślepi szklankę.

– Ludzie nie przychodzą tu posiedzieć.

– Wyobrażam sobie.

Nieludzkie, wręcz demoniczne zarysy wciąż wirowały. Przyklejały się do siebie, wyciągały pazury i wbijały w partnera proszącego o więcej. Pod ścianą, gdzie jaśniały zapalone końcówki fajek i skrętów, zastygały we własnych objęciach, wciskając języki w gardła.

– Więc, co cię tu sprowadza? – Głos nie odstępował. Był jednak nieco inny niż duch klubu. O dziwo przyjazny.

– Zapewne to samo co ciebie. – Alkohol smakował jak rozwodniony tonik. Z trudem go przełykał. Najchętniej chlusnąłby zawartością szklanki w twarz barmana, gdyby ten gdzieś się nie ulotnił. – To jedyne miejsce, gdzie mogę poczuć się sobą.

Wiercił paznokciem w blacie, aż udało mu się pozostawić krzyż.

– Trochę ponura wizja. – Szuranie taboretem. Głos dosiadł się obok. – Wszystko może się zmienić. Nie zawsze będziemy żyć w mroku.

Dokończył drinka jednym duszkiem. Nie poczuł się lepiej.

– Jestem Rony. Prawdę powiedziawszy, znalazłem się tutaj przypadkiem. Zazwyczaj unikam zatłoczonych miejsc i takich… ponurych. Ale ostatnio brakowało mi nieco, powiedzmy, że zbliżenia z naturą.

– Kit.

Próbował dojrzeć zarysy Rony’ego. Widział jedynie umykające promyki.

– Człowiek niewielu słów. – Zaśmiał się. – Wybacz, powinienem się przyzwyczaić. Ludzie zapominają języka w gębie albo używają go do innych rzeczy.

– Jeżeli szukasz kogoś do…

– Nie o to mi chodziło. – Głos Rony’ego spoważniał. – Szukam wyjścia.

– Tam. – Kit wskazał palcem.

– Nie takiego wyjścia.

Domyślił się, że to jeden z tych gości, co zarzucają pragnącego spokoju milionem pytań. Ale Kit nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Rony nie pasował do zgnilizny przybytku. Odbijał się od niego pewien komiczny dualizm – zarazem pasował, ale był zbyt przyjazny, by zamieszkać tam na dłużej.

– Nie da się. Próbowałem. Jeszcze bardziej siebie znienawidzisz. Schodź momentami do mroku i wszystko będzie dobrze.

Rony uderzył pięścią w stół. Kit pomasował czoło.

– Nie musimy tak żyć. Jest wyjście, ale ciężkie do znalezienia. Nie dam rady w kilku słowach, wiesz o tym. Nikt nie uczył, jak przeskoczyć granicę. Ale ludzie szeptają do siebie, że mrok nie musi być naszą prawdziwą naturą. Możemy rozbłysnąć i zacząć świecić.

– W snach.

Złota sfera. Piękna, idealna i niedościgniona. Goniła go także na jawie. Nie zasłużył na nią. Był obrzydliwy, ohydny.

– Sprawmy więc, że sny staną się prawdą. Wiem, że nie chcę się już dłużej bać.

– Powinieneś zostać kaznodzieją. Umiesz przekuwać kłamstwa w piękne słowa.

Usłyszał dudnienie. Zbita masa tańczyła dalej, muzyka nie przycichła, jednak był pewien, że słuch go nie oszukał. Coś dało mu znak.

Na twoim miejscu bym stąd zwiewał.

Złapał Rony’ego za dłoń i przyciągnął do siebie. Zarysy rozbłysnęły światłem. Ujrzał zwykłego chłopaka – błękitne oczy, niepozorne lico, różowawe wargi i burza włosów.

– Zbyt długo strachy trzymały mnie za kark – wyszeptał do ucha Rony’ego. – Uciekajmy stąd. Niebezpieczeństwo nadchodzi.

Rony nie zdążył zaprotestować, gdy Kit go pochwycił. W mroku rozeszły się krzyki. Spanikowane kształty powpadały na siebie. Kikuty fajek zgasły. Muzyka ucichła. DJ czym prędzej prysnął. Pomieszczenie wypełniło się dławiącym dymem.

Kit i Rony zniknęli na tyłach. Biegli, uważając, by się nie rozdzielić. Parkiet grzmiał ochrypłymi głosami, błagalnymi modłami i roztrzaskiwanymi głośnikami. Ale oni byli bezpieczni. Musieli być. Boczne wyjście rozświetlało się gamą kolorów. Wybawienie. Ratunek.

Tyle że na nocnym niebie wciąż panował księżyc.

Zamaskowani napastnicy rzucili się na nich. Rozdzielili, skuli nadgarstki, ścisnęli ramiona, rzucili o ścianę jak szmacianą lalkę.

Kit odpływał. Złoty glob dryfował, unosząc się coraz dalej na falach ze smoły, aż przypominał planetę w odległej galaktyce.

– To pomyłka. Trafiłem tu przypadkiem. Nie wiem co to za miejsce – wrzeszczał, a w tym czasie rosły napastnik przyciskał go do ziemi. – Nie jestem jednym z nich. Nie jestem, przysięgam! Musicie mi uwierzyć!

Mrok był przyjemny. Pozwalał się ukryć. Nikt nie miał pretensji, gdy Kit schodził tam na moment. Byle nie za długo. Chwila wystarczyła. Ludzie nie mogli dostrzec go w świetle latarni.

 

***

 

Zostali pojmani. Skutego i posiniaczonego Kita usadzili naprzeciw Rony’ego. Zrobili to umyślnie.

– Wypuśćcie mnie! Już nie będę! – łkał chłopak z kolczykiem w uchu.

– Nic nie zrobiłem. Nie macie dowodów! – wrzeszczał inny poturbowany.

– To prawda. To wszystko prawda – lamentowała kobieta z tyłu pojazdu. – Weszłam na jedną chwilę, zostałam kilka lat. Już mam dosyć. Zróbcie ze mną, co chcecie, ale proszę, naprawcie mnie.

Kit milczał. Skulił się i pozwolił, by niewidzialna siła zadecydowała o losie.

– Macie za swoje – rzekł chrapliwy głos. – Wiedzieliście, na co się piszecie. Nie chcieliście być normalni. Teraz liczcie się z konsekwencjami.

– Nie możecie nas skrzywdzić! Nie macie takiego prawa! – krzyczał Rony.

Klapa rozsunęła się. Para przekrwionych oczu wlepiła spojrzenie w burzącego porządek.

– Prawda, nie mamy – powiedział w końcu służbista. Przeciągał słowa, jakby się nimi delektował. – Ale jesteście zagrożeniem. Co, jeżeli zarazicie innych? Myśleliście o dzieciach? O rodzinach obawiających się, że olśniewająca sfera przybędzie i odbierze im pociechę? Musimy to zniszczyć w zarodku.

– Miałem kiedyś przyjaciela. – Do rozmowy dołączył kierowca. – Nie wiedziałem, że czuł wezwanie tego… światła, czy co tam czujecie w środku. Niczego nie podejrzewałem. Jakże mogłem? Fizycznie ciało jest w porządku, tylko w środku zaczynacie gnić. Jeżeli choroby nie wytnie się za szybko, przerzuca się na resztę organów, później na niewinnych sąsiadów. – Szarpnął furgonetką. Skuci kajdanami obili się o siebie. – Nie mam już przyjaciela. Odszedł na własne życzenie, zanim złapało go światło. Może to i lepiej. Oszczędził rodzinie przykrości. Oho, chyba po drodze minę stary, znajomy brzeg. – Na twarzy urodził się szyderczy uśmiech. – Prawie jesteśmy na miejscu. Chłopacy, dziewczyny, czy jak tam się nazywacie, zaraz wystawimy wam receptę.

 

***

 

– Światło zagraża nie tylko nam, odpowiedzialnym i pragnącym żyć w spokoju obywatelom, ale również wam. Nie widzieliście do czego jest zdolne, gdy zagnieździ się w ciele na dobre. Skrzywdzicie siebie. Skrzywdzicie bliskich. Przyjdzie chwila, gdy nie zdołacie rozpoznać tego, kim jesteście – recytował zapętlony komunikat. – Czy chcecie, by wasze matki płakały z myślą o straconych synach i córkach?

Zimna posadzka. Ściana z wyżłobieniami. Pomimo słów strażników nie był to pokój. Żadna poczekalnia ani bezpieczna przystań. Jedynie pozbawiona ducha i przesiąknięta odorem chloru cela.

Kit przykucnął w rogu. Twarz skrył w zakrwawionych dłoniach. Chciał trafić tam, gdzie życie przestałoby przypominać ciągłe umykanie przed pościgiem.

– Muszą nas wypuścić! – wrzeszczał niewysoki chłopak, robiący kolejne koło po celi.

– Słyszałeś przecież, jesteśmy zagrożeniem – mówiła dziewczyna z wygolonym bokiem głowy. – Co się stanie, gdy nas dopadnie?

– Niczego nie widziałem. Tego… światła, czymkolwiek to jest. Chciałem jedynie zaczerpnąć świeżego powietrza, nic więcej. Nikogo nie zgorszyłem!

Uderzenie pałką w kraty przerwało rozmowę.

– Ciszej tam! – zagrzmiał strażnik.

Jęki odbijały się echem po placówce, niczym skomlenie uderzonego psa. Kit skrył uszy pod bluzą. Nie wiedział, jak długo go przetrzymują. Stracił rachubę czasu. Pragnął pogrążyć się w słodkim śnie.

Wtem poczuł szturchnięcie. To samo ciepło, które poznał już w klubie, wlało się w jego ciało niczym słodki napar.

– Musimy się stąd wydostać. Nie wiem jeszcze jak, ale coś wymyślimy. Nie jesteśmy przecież sami, zdołamy…

– Rony, zostaw mnie – odparł, marszcząc brwi. – Wypuszczą nas, gdy będziemy posłuszni.

– Skąd możesz wiedzieć? Nie zrobiliśmy niczego złego, a i tak potraktowali nas jak zwierzęta.

– Jeżeli nie będziesz się wychylał, zostawią cię. Nie lubią, gdy stajesz w blasku fleszy.

Złoty glob ścigał Kita niczym zwierzynę łowną. Chłopak czuł na barkach jego ciężar – przygniatające wręcz poczucie beznadziei, ale zarazem pewnego rodzaju komfort. Choć zdołał odmrozić palce, a czubek nosa piekł od chłodu celi, ukłucia w sercu przypominały mu o niegasnącym ognisku.

Widział przed oczami światło.

Strażnicy prędzej czy później je wyczują. Zwiążą go jak kukiełkę i zrobią wszystko, by wewnętrzny głos został zduszony.

 

***

 

– Poproście, jeżeli zgłodniejecie lub dopadnie was pragnienie. Mamy określony przydział, ale nie chcemy, by ktokolwiek się rozchorował. Nie jesteśmy przecież waszymi wrogami. Będziemy rozmawiać tak długo, aż dojdziemy do sensownego porozumienia. Jeżeli wam nie szkoda czasu, mi nie szkoda także.

Wysoki jegomość w kitlu zjawił się niepostrzeżenie. Z dżentelmeńską wręcz manierą zaczął, bez wcześniejszych pytań, tłumaczyć zawiłości systemu naprawczego.

– Przepraszam najmocniej w imieniu całego personelu. Zachowanie naszych osiłków było karygodne. Dobre z nich chłopaki, ale niekiedy męski duch przejmuje kontrolę.

Towarzyszący strażnik spuścił głowę na znak pokory, lecz uśmiech z twarzy mu nie zniknął.

– Jak już zapewne wiecie, zawitaliście w ośrodku odnowy. Nasz cel jest prosty – naprawić to, co w was zaległo. Staramy się wciąż zrozumieć, dlaczego choroba ta dotyka zwłaszcza młodych obywateli. – Chodził przed kratami w jedną, to w drugą stronę. – Przez podobnych do was nazywana jest światłością, bo gdy was zdoła pochwycić, rozrywa ciało na strzępy i pozostawia błyskającą poświatę. Niektórzy mówią o złotej kuli objawiającej się w snach. Możliwe, że mamy do czynienia z nawiedzeniem albo sprawkami istot z innego świata. – Wysunął palec i strzelił z niego w kierunku pojmanych. – Ale nie musicie się przejmować. Jeżeli zdołacie zdusić w sobie światło, będziecie tacy sami jak ja lub ten przemiły pan.

Strażnik zarechotał.

– Co to znaczy, że zostaniemy… rozerwani? – zapytał przelękniony głos.

– Na strzępy i bum! Po was. – Klasnął w dłonie. – Tragiczny doprawdy koniec. Niewinne życie stracone w zamian za chwilę błyszczenia niczym gwiazda polarna. Nikt z obecnych nie musi tak skończyć, drogie dzieci. Jeżeli będziecie współpracować, pokonamy okropną przypadłość. Na cóż przyglądać się ponurym ścianom, gdy na zewnątrz czeka zielona trawa, dobre dni przepełnione zdrową miłością?

Zamknięci w celi szeptali między sobą.

– Co więc… powinniśmy zrobić?

– To bardzo proste, wręcz bajecznie proste. Wystarczy, że podacie mi rękę, a rozwiązanie pojawi się jak na tacy. – Zachichotał. – Spójrzcie na to jak na możliwość odpoczynku. Zapewne wielu z was ma pracę, studia, inne obowiązki na głowie. Czemu macie się tym zadręczać? Odpocznijcie w naszych przyjaznych murach. Nie jest to pięciogwiazdkowy hotel, ale lepsze to niż zapyziała nora.

Jeszcze więcej szeptów. Jeszcze więcej chaosu. Wszystko to sprawiało, że na twarzy człowieka w kitlu uśmiech, i tak karykaturalnie umalowany, przeradzał się w złowieszczą maskę.

– Nie możecie nas więzić. To niehumanitarne, to… – odezwał się Rony.

Człowiek w kitlu uniósł z zaciekawieniem brew. Strażnik przygotował pałkę.

– Niehumanitarne, powiadasz. Czy humanitarne jest zarażanie ludzi swoją chorobą? Narażanie ich na ostracyzm społeczny i śmierć? Wszystko, co was spotkało, spisaliście sami. My jedynie staramy się to odkręcić.

– Nie jestem chory i nikt tu z obecnych. Jesteście potworami!

– Jesteśmy normalni, dziecko. Szkoda, że tego samego nie mogę powiedzieć o tobie. – Skinął głową do strażnika. – Zabierz go, przemawia przez niego światło. A reszta niech posłucha. – Zwrócił się w stronę zlęknionych duszyczek. – To przykład waszego opętania – brak poszanowania do zasad panujących w naszym społeczeństwie, obraza tego, co wieczne i prawe. Cieszcie się, że jesteśmy, by was chronić.

Kraty celi zaryczały. W korytarzu zjawiła się grupa strażników.

– Zostawcie mnie, nie macie prawa! – protestował Rony, lecz strażnik zdołał już go pochwycić.

– Nie miotaj się albo znów będziesz gryzł piach, śmieciu!

– Proszę, nie stosuj takich słów. To jedynie zagubione dziecko, które jeszcze nie dostrzegło wyciągniętej dłoni.

Strażnik zamachnął się.

– Zostaw go.

Strażnik pchnął Rony’ego na ścianę i z uśmiechem na tłustej twarzy gotował się do pojmania kolejnego gagatka. Jednak musiał pomylić się w obliczeniach, źle przeszacować szanse. Nie przyjął do wiadomości, że pomimo cierpienia jedna z duszyczek mogła się zbuntować.

Kit uderzył strażnika w potylicę, zamachnął się i przelewając cały gniew w kopniak, powalił rosłego mężczyznę.

Oddech w nim zamarł, jakby cała rzeczywistość porzuciła zasady w niej panujące i uwieczniła Kita w centrum groteskowego obrazu.

Skądś dobiegły przytłumione oklaski.

Pozostali strażnicy rzucili się na niego i w chwilę zdołali powalić.

– Nie róbcie mu krzywdy. – Człowiek w kitlu zakasłał. – Zabijecie go, stworzycie mesjasza. Światło tego tylko pragnie. Spójrzcie na lica biednych dzieciaczków. Są przerażone, nie mają woli walki, a jednak w ich źrenicach błyszczą się iskry.

– Rony, jesteś cały? – zdołał zapytać Kit, zanim strażnik wcisnął kolano w jego szyję.

– Do izolatek ich. Chcą się buntować, niech buntują się w odosobnieniu. Droga wolna, urwisy. Zobaczymy, jak zniesiecie własne myśli.

Kraty zatrzasnęły się. Na posadzce pozostały łzy i ślady krwi.

 

***

 

Sądził, że wzrok zdoła przyzwyczaić się do mroku. Mylił się.

W celi brakowało okna. Jedynie ciasna, klaustrofobiczna przestrzeń. Kit nie mógł wyprostować nóg. Chłód przepełniał ściany, podłogę, sufit, także powietrze, którym oddychał. Zupełnie jakby cela znajdowała się w sercu lodowca. Nie było już krat. Żadnego kontaktu z wolnością. Zabite blachą drzwi zasunięto i przewiązano łańcuchem.

– Szaleństwo – powiedział pod nosem.

Masował mięśnie. Co chwilę dotykał szyi, upewniając się, że nie została uszkodzona.

Mógł przeżyć bolące ciało, ale nie to, że utracił zmysł wzroku. Nie rozumiał, jak to uczynili, ale wszędzie panował mrok tak gęsty, jakby stworzony został z bagiennej mgły. Gdy poruszał dłonią, coś wbijało się pod skórę niczym igły.

Oparł się o ścianę, a godziny mijały. Może minuty, może sekundy. Czas przestawał mieć znaczenie. Wszystko inne także. Liczył się jedynie mrok. Świat, do którego Kit miał się przyzwyczaić.

Uderzał palcami o ścianę, starając się wygrać melodię. Cokolwiek, by móc odciągnąć umysł od bezowocnych poszukiwań. Znał jedną, ale nienawidził jej z całego serca. Zmuszała go do tańca, gdy chciał szybować.

Próbował każdego rytmu. Wszystko kończyło się identycznie.

– Kit, czy to ty?

Stłumiony głos wybrzmiał za ścianą.

– Hej, Rony.

– Myślałem, że przyjdzie postradać mi zmysły. Otwieram oczy, idę, widzę na jeden metr i nagle zderzam się ze ścianą. Patowa sytuacja, ale jest coś ważniejszego. Chciałem ci podziękować, Kit. Co prawda wskórało to niewiele, lecz całej buźki nie mam obitej.

– Nie martw się, noc jeszcze młoda jest. Wydostaniemy się stąd. – Nadzieja. Trzymał się jej niczym tępego ostrza. – Dzięki tobie coś zrozumiałem.

Cisza.

– Śniłem o dniu, w którym mógłbym przestać się bać. Budziłem się i pragnąłem zasnąć ponownie, ale wpadałem tylko w odmęty koszmarów. Wiesz, co było w nich najgorsze? Nie to, że ginąłem lub działa mi się krzywda, ale to, że nie mogłem uciec od ciemności. Każda decyzja była nią podyktowana. Nie dostrzegałem tam szczęścia, jedynie iluzję bezpieczeństwa.

Stukanie przeradzało się w piękną grę na harfie.

– Kiedyś również miałem sen. Ale ten zdawał się inny. Ciężko mi to ubrać w słowa.

– Mów, nie obawiaj się. Jesteś silny, Rony. Silniejszy ode mnie.

Kit skulił się. Gdy oddychał, na wargach osadzał się szron.

– Byłem daleko, gdzie nigdy nie zdołałbym sam zawędrować – zaczął opowiadać Rony. – Inny świat, obcy, niczym z abstrakcyjnego obrazu. Nagle otwieram oczy, idę, przede mną stoisz ty, Kit. Jakby to był proroczy sen. Ale byłeś tam, jestem tego pewien. Byłeś tam wraz ze mną. Obok nas błyszczała kula. Cała pozłacana, piękna. Pragnąłem ją posiąść. Nie, stać się nią. Dlatego wtedy do ciebie podszedłem. Wiem, że to brzmi jak szaleństwo, ale pragnąłem, by mój sen się spełnił. Chciałem zrzucić z siebie okowy. Nie jestem gorszy, dlatego że potrafię pokochać mężczyznę. Nie zasługuję na mrok i ty również. Nie musimy dłużej umykać przed światłem dnia.

 

***

 

Rony’ego zabrali, gdy Kit przysnął. Zdołał usłyszeć jedynie zasuwanie się drzwi. Wołał i wołał, ale nikt mu nie odpowiadał.

Został sam w ciemnościach.

 

***

 

Cóż za okrutny obraz

Przemówił głos z naprzeciwka.

Kit trząsł się z zimna. Nie miał koca, by się nim otulić. Jedynie ubranie z zaschniętymi plamami krwi.

Nawet zabrakło języka w gębie.

– Odejdź.

Wiesz, że nie mogę. Za chwilę mamy spotkać się.

– Kłamiesz.

Może. To, co zrobisz? Zabrali ci Rony’ego, honor, szacunek do siebie, choć tego raczej nigdy nie posiadałeś, także ten ledwo tlący się płomień w serduszku. Jesteś żałosny, Kit.

– Ty również.

Głos poruszał się w ciemności, zupełnie jakby był jej władcą. Wiedział, którą wybrać ścieżkę, by dotrzeć do Kita.

Trudno się z tym nie zgodzić. Więc, co zrobisz? Zbyt wiele ci nie zostało. Jedynie to, co dookoła. Ciągły mrok. Marne to życie, zupełnie bez sensu.

– Za dużo gadasz.

Powtarzam więc, co zrobisz?

Nie chciał już dłużej uciekać. Potrzebował spokoju. Pragnął spotkać przyszłego siebie.

– Nie chcę tańczyć do melodii, którą znam.

Mrok zawirował. Ociężała mgła, niczym przepełniony smołą gar, rozlała się po kątach, by zapewnić miejsce przybyłej błyskawicy. Cela zatrzęsła się w posadach, ściany buchnęły ogniem, a zatrzaśnięte dotychczas wrota otworzyły się z łoskotem.

Mądry chłopiec. Lepiej ruszaj, szkoda czasu, noc niemłoda, wieczność na ciebie nie poczeka.

Cały kompleks zdał się inny. Chociaż fizycznie nic się w nim nie zmieniło, nie był już tak samo mroźny i pozbawiony serca jak wcześniej. W miejsce powróciła dawno wygnana dusza. Przepełniała miejsce zapachem rozkwitających kwiatów, muzyką wygrywaną przez polne insekty. Świat ożył, a razem z nim zbudził się ze śpiączki Kit.

Szedł labiryntem korytarzy, uważając, by nie zostać pochwyconym. Lecz nie napotkał żadnego strażnika. Pomieszczenia świeciły pustkami, jakby istoty ludzkie wyparowały.

Dotarł do jednej z komnat.

Idealna kula wirowała, rozświetlając ponure spojrzenia mężczyzn w kitlach i niedowierzające miny strażników. Im dłużej Kit się jej przyglądał, tym bardziej się rozrastała, jakby czegoś pragnęła.

– Odsuń się od niej, chłopczyku – mówił jeden z zebranych, zapisując kolejne kartki.

– Cokolwiek to jest, musimy zniszczyć tę siłę. Szybko! – grzmiał inny.

– Nie, to może być odpowiedź, której szukamy! Gdy poznamy naturę kuli, zdołamy wpłynąć na zagubionych – wtrącił się trzeci, spisujący notatki na skórze dłoni.

Przy sferze stał niepozorny Rony. Kit dojrzał jego blask. Ten sam, co w klubie. Choć wtedy błyszczał przez chwilę, teraz połączył się ze światłem.

– Miałeś rację. Twój sen był proroczy – powiedział Kit, ignorując słowa innych.

– Kit, pragnąłem tego. Naprawdę marzyłem o dniu wyzwolenia, ale gdy jestem tak blisko boję się. Jestem przerażony jak nigdy.

– Ja również. – Kit przyjrzał się kuli. Identyczna jak ta za młodu. – Podaj rękę szybko, podaj. Zrobimy to wspólnie.

Złota kula otworzyła się i przyjęła ich jak swe dzieci.

 

***

 

Ponure mieszkanie. Przyklejony na taśmę plakat Supermana. Piórnik w kształcie żaby na porysowanym długopisem biurku.

Kit wiedział, gdzie się znalazł.

Zwinięte dziecko płakało na łóżku.

W każdej chwili swego marnego życia wracałeś tu niczym wierny pies.

W mroku uwidoczniły się kształty istoty – ludzkie i znajome, jakby Kit przeglądał się w lustrze.

– Nie potrafiłem tego zrozumieć – przyznał. – Co złego uczyniłem? Byłem tylko dzieckiem, a świat dookoła zdawał się przerażający. Wciąż taki pozostał.

Dlatego siebie nienawidzisz. Nawet wtedy wiedziałeś, że napotkasz idealną kulę.

Dłoń istoty spoczęła na ramieniu Kita.

– Czy to normalne, że się boję? Przeszedłem przecież wiele, nie powinienem tego czuć. A jednak każdy krok w stronę światła sprawia, że pragnę schować się pod łóżkiem.

Dlaczego siebie o to pytasz?

Kształty istoty stały się wyraźne.

Dopóki nie podejmiesz pierwszego kroku, jesteś spisany na straty. Musisz wyjść z cienia.

Kit obejrzał pokój. Nigdy nie mógł czuć się w nim bezpiecznie.

– Chcę być szczęśliwy.

O niczym innym nie marzysz.

Kit pragnął przytulić rozpaczające dziecko i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, że koszmary mijają, gdy wstaje słońce. Ale było to jedynie dalekie wspomnienie, odbijające się echem o pamięć.

Objął za to istotę otuloną przez mrok, do której należał głos z naprzeciwka.

– Za długo z tym zwlekałem – przyznał. – Musisz wiedzieć, że ja ciebie też kochałem. Nie odrzucę cząstki, która zawsze do mnie należała.

Pokój rozmył się. Ciemność odpuściła, pozostawiając z tyłu szpony i gęstą mgłę. W wirującej przestrzeni, zawieszonej między jawą a snem, tkwił tylko on, wtulony w coś, co było niegdyś mrokiem.

Dbaj o siebie, Kit. Nie musisz już dłużej znikać pod płaszczem nocy. Rób to gdziekolwiek chcesz, bylebyś traktował siebie z szacunkiem. Będę tuż obok.

Błyskawice rozbłysnęły, ukazując idealną sferę.

Świat będzie próbować ci wmówić, że nie warto. Ale to już jego problem. Pamiętaj, że i ciebie też, bardzo będę kochać.

Kula pochłonęła Kita, tym razem całego, nierozerwanego na strzępy.

Jaśniejącego.

 

***

 

Obudził się szturchany przez Rony’ego.

– Myślałem, że już nie wstaniesz.

Kit otarł spocone czoło. Nie słyszał melodii. Nie widział zarysów.

– Czuję się… lekki. Jestem wolny, już mnie porwał wiatr.

– Opanuj się trochę. Nie jesteśmy w celi, to dobry początek. – Przyjazny uśmiech Rony’ego zagościł między rumianymi policzkami. – Jesteśmy prawie przy wyjściu.

Kit przetarł oczy. Na końcu tunelu machało do niego radosne słońce.

– Chodź, nie powinniśmy czekać.

Rony złapał go za dłoń i pociągnął. Pod butami strzelała im ziemia. W płucach gnieździło się świeże powietrze.

– Skoszona trawa, nudny dzień – powiedział Rony, przyglądając się okolicy. – Myślałem, że świat choć trochę się zmieni. Niecodziennie spotykasz złotą sferę.

Kit zanurzył dłoń w kieszeni. Wyciągnął z niej kulkę.

– Jest mniejsza niż sądziłem – zauważył Rony.

Kit cisnął ją pomiędzy gęstwiny krzewów.

– Nie będzie nam już potrzebna.

– Możliwe, że masz rację. – Rony pogładził się po podbródku. – Czy powinniśmy porozmawiać o… – Pokręcił głową. – Nie, po co w tym wszystkim grzebać.

Ośrodek odnowy, z wieżami o szarych kominach wbijającymi się między chmury, stał teraz pusty. Korzystając z zamieszania więzieni uciekli i pomknęli w poszukiwaniu własnego światła. Jeżeli chodziło o tych przy władzy, kręcili się wciąż wokół placówki przerażeni błyskami, promieniami i krążącą sferą.

– To nie koniec – powiedział Kit, przyglądając się ruinie.

– Wciąż żyjemy, prawda? Możemy spisać historię na nowo, przejąć narrację.

– Myślisz, że zdołam to zrobić?

– Chyba żartujesz, Kit. Promieniejesz.

Zerwał się podmuch. Wiosenny, przyjemny, zapowiadający lato.

– Więc… gdzie teraz? – zapytał Rony, oczekując na odpowiedź.

– Muszę wrócić do mieszkania. Mam nadzieję, że kaktusy są całe.

– Masz kaktusy? Uwielbiam je. Musisz mnie do siebie kiedyś zabrać.

Ruszyli brzegiem rzeki, zostawiając za sobą czeluść.

Nie musieli skrywać się już w mroku.

 

Koniec

Komentarze

Pierwsza część mroczna i przejmująca, choć nie do końca zrozumiałam przed czym ukrywali się Oni, kto ich ścigał i czemu.

Trudno mi zrozumieć to, że widoczne są jedynie kawałki osób.

Zakończenie optymistyczne, kaktusy zabawne, ale znowu mam poczucie, że nie wiem jak się skończyło.

W mojej ocenie za wiele zostało w głowie autora.

 

 

Kit usłyszał napadający z tyłu, nieznajomy głos.

Napadający głos brzmi dziwnie.

Bardzo weird. Jak dla mnie zbyt surrealistycznie. Przyznaję, że prawie nic nie zrozumiałam… 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Witaj.

Mroczny w przekazie tekst, pełen bolesnych wspomnień, przeżyć bohaterów, ich trudnego dzieciństwa i związanych z nim lęków. Chwilami przypominały mi się sceny historyczne z prześladowań chrześcijan, z działań inkwizycji, z obozów śmierci, z przesłuchiwania, torturowania i mordowania młodych powstańców, szukających światła i wolności… 

Bardzo dramatyczny wydaje mi się opis rozmowy z matką. Jest tu przedstawiona, niczym dręczycielka i kat. Szpon, gadzie oczy, miażdżenie gazety, groźby… A obok odkryte, nagie, bezbronne dziecko… Czytelnik odnosi wrażenie, że to opis potwornego zła i sadyzmu.

Do tego – wielokrotne napomknienie o miłości, uznawanej często za niewskazaną/niedobrą/niesłuszną… I o aktach, zakazanych przez społeczeństwo. 

Pozdrawiam serdecznie i gratuluję dojrzałości w podejściu do tak ważnych kwestii.

 

 

Pecunia non olet

Początek czytałam z pewnym zaciekawieniem, z nadzieją że z czasem rzecz stanie się jaśniejsza, ale cóż… nadzieja okazała się płonna. Innymi słowy, WyrmKillerze, napisałeś opowiadanie,  którego nie zrozumiałam.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Wziął się czym prę­dzej do czy­ta­nia. –> Zabrał się czym prę­dzej do czy­ta­nia.

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

 

Szpon szarp­nął za koc→ Szpon szarp­nął koc

 

Ga­dzie oczy zlu­stro­wa­ły po­spiesz­nie pismo, po czym ści­snę­ły je w dłoni i zmiaż­dży­ły. → Czy dobrze rozumiem, że gadzie oczy miały dłonie, którymi ścisnęły i zmiażdżyły pismo?

 

Nikt nie mógł zaj­rzeć przez okno, by doj­rzeć akty… → Nie brzmi to najlepiej.

 

do­wie­dział się o zło­tej sfe­rze.

Za dnia pra­co­wał, w nocy błą­kał się po uli­cach. Upew­niał się, że nie prze­cho­dził przy la­tar­niach. Mijał po­dob­ne do sie­bie, ukry­wa­ją­ce się przed… → Lekka siękoza.

 

niż spo­wi­te­mu przez mgłę umy­sło­wi. → …niż spo­wi­te­mu mgłą umy­sło­wi.

Coś może być spowite czymś, nie przez coś.

 

Na­tra­fił na bocz­ną ulicz­kę, ar­chi­wa prze­żyć ludzi wy­cią­gnię­tych na mar­gi­nes. → Raczej: Na­tra­fił na bocz­ną ulicz­kę, ar­chi­wum prze­żyć ludzi zepchniętych na mar­gi­nes.

 

Ski­nął głową do bram­ka­rza… → Ski­nął głową bramkarzowi

Głową można skinąć komuś, nie do kogoś, tak jak kłaniamy się komuś, nie do kogoś.

 

Odór pa­pie­ro­sów i zioła ude­rzał w płuca. -. A nie w nozdrza?

 

– Czło­wiek nie­wie­lu słów. – Za­śmiał się. → – Czło­wiek nie­wie­lu słów – za­śmiał się.

Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

 

Jest wyj­ście, ale cięż­kie do zna­le­zie­nia. → Jest wyj­ście, ale trudne do zna­le­zie­nia.

 

rzu­ci­li o ścia­nę jak szma­cia­ną lalkę. → Było ich dwóch, więc: …rzu­ci­li o ścia­nę jak szma­cia­ne lalki.

 

– Macie za swoje – rzekł chra­pli­wy głos. → Głosy nie mówią.

Proponuję: – Macie za swoje – rzekł ktoś chra­pli­wym głosem. Lub: – Macie za swoje.Usłyszeli chra­pli­wy głos.

 

Je­że­li cho­ro­by nie wy­tnie się za szyb­ko, prze­rzu­ca się… → Chyba miało być:  Je­że­li cho­ro­by nie wy­tnie się szyb­ko, prze­rzu­ca się

 

re­cy­to­wał za­pę­tlo­ny ko­mu­ni­kat. → Obawiam się, że komunikat nie może nic recytować.

 

Je­dy­nie po­zba­wio­na ducha i prze­siąk­nię­ta odo­rem chlo­ru cela. → Czy bywają cele z duchem?

 

Zwią­żą go jak ku­kieł­kę… → Jak związuje się kukiełki?

 

Je­że­li wam nie szko­da czasu, mi nie szko­da także.Je­że­li wam nie szko­da czasu, mnie nie szko­da także.

 

Z dżen­tel­meń­ską wręcz ma­nie­rą za­czął… → Co to jest dżentelmeńska maniera?

 

za­py­tał prze­lęk­nio­ny głos. → …za­py­tał ktoś prze­lęk­nio­nym głosem.

 

za chwi­lę błysz­cze­nia ni­czym gwiaz­da po­lar­na. → …za chwi­lę błysz­cze­nia ni­czym Gwiaz­da Po­lar­na.

 

na twa­rzy czło­wie­ka w kitlu uśmiech, i tak ka­ry­ka­tu­ral­nie uma­lo­wa­ny… → Jak można umalować uśmiech?

 

Wszyst­ko, co was spo­tka­ło, spi­sa­li­ście sami. → Co to znaczy, że spisali to co ich spotkało?

 

Kraty celi za­ry­cza­ły. → Jak ryczą kraty?

 

Co praw­da wskó­ra­ło to nie­wie­le, lecz całej buźki nie mam obi­tej. → Co to znaczy, że coś wskórało i w jaki sposób?

 

Cięż­ko mi to ubrać w słowa. → Trudno/ Niełatwo mi to ubrać w słowa.

 

Kształ­ty isto­ty stały się wy­raź­ne. → Ile kształtów miała istota?

 

Bły­ska­wi­ce roz­bły­snę­ły, uka­zu­jąc ide­al­ną sferę. → Nie brzmi to najlepiej.

 

Pod bu­ta­mi strze­la­ła im zie­mia. → Co to znaczy, że ziemia strzelała?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć!

 

Opowiadanie zdecydowanie jest weird, a to nie jest mój ulubiony rodzaj fantastyki, ale uważam, że dobrze sobie poradziłeś i przekaz jest tu widoczny, czyli cel tekstu został osiągnięty. Scena w barze jest bardzo ciekawa, zwłaszcza kocie oczy. Samo uwięzienie już nieco mniej i to jest moment, gdzie moim zdaniem pewne rzeczy są powiedziane zbyt wprost. Nawiązanie do złotej kuli i jej symboliki bardzo ciekawe.

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Zaliczone wersy: 19, ale przekłada się to na 16 punktów. Szkoda, że brakuje jednego wersu, bo byłby bonus za komplet. :c

 

[01]Otwieram oczy, idę, widzę na jeden metr

[02]Skoszona trawa, nudny dzień

[03]Chyba po drodze minę stary, znajomy brzeg

[04]Za chwilę mamy spotkać się

[05]Podaj rękę szybko, podaj

[06]Nie dam rady w kilku słowach, wiesz

[07]Szkoda czasu, noc niemłoda

[08]Musisz wiedzieć, że ja ciebie też

[09]Wiem, że nie chcę się już dłużej bać

[10]Nie chcę tańczyć do melodii, którą znam

[11]Jestem wolny, już mnie porwał wiatr

[12]Daleko, gdzie mleko rozlewa się wśród gwiazd

[13]Weszłam na jedną chwilę, zostałam kilka lat

[14]Strachy trzymały mnie za kark

[15]Otwieram oczy, idę, przede mną stoisz ty

[16]Zielona trawa, dobre dni

[17]Podam rękę szybko, podam

[18]Nie martw się, noc jeszcze młoda jest

[19]Szkoda czasu, mi nie szkoda

[20]I ciebie też, bardzo

 

Ludzie, gdzie wy tu weird widzicie? :p

Ooo, gdzieś mi się to opko zapodziało :(

 

Szewc zabija szewca, bumtarara bumtarara!

 

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Dziękuję za wszystkie komentarze i chęć przeczytania opowiadania. Przepraszam za późną odpowiedź, ale miałem parę spraw na głowie.

Wciąż mam problemy z przekazaniem swoich przemyśleń i bardziej surrealistycznych konceptów w łatwiej przyswajalnie formie, ale będę się starać, by cała ta “dziwność” miała sens.

 

Gdzie tu weird i ja nie widzę. Choć faktycznie, można się tu trochę pogubić. Ba, można w pewnym momencie zinterpretować historię w zupełnie innym kierunku, niż jak się okazuje biegnie. Tu jednak i tytuł i tag “współczesność” dość jasno wskazują, czego historia dotyczy. A i zdanie "Nikt nie uczył, jak przeskoczyć granicę" trochę dopowiada. Skądinąd nie dość, że pasujący do wielu kwestii, to w kontekście tagu “współczesność” bardzo smutno pasujący nie tylko do tendencji wykluczających, ale też do tego, co się dzieje z ludźmi w pasie granicznym…

Natomiast co do samego tekstu – niestety nie został wykorzystał potencjału prób sięgania w “dziwności” (był potencjał zaczerpnięcia w stronę religii).

 

"Dotarł do jednej z komnat."

– komnat? Skąd ta zmiana konwencji?

 

Dziękuję, wilk-zimowy za komentarz. Prawda, wierd nieco grubymi nićmi szyte. Cieszę się jednak, że dostrzegłeś komentarz społeczny zawarty w opowiadaniu. Zależało mi, by tekst dotyczył tematu wykluczenia i narracji jaką stosuje się wobec mniejszości (myślałem głównie o sytuacji osób LGBT). Nie pisałem opowiadania, myśląc o tym, co dzieje się aktualnie na granicy (jeszcze chyba wtedy nie miało to miejsca), ale przerażające jest to, jakie oblicza przyjmuje rzeczywistość.

I wciąż będę się szkolić w “dziwności”, by jak najlepiej całość wyglądała na papierze. 

Nie jest to prosty tekst i przyznam szczerze, że trudno było mi się w niego wgryźć. Kolejne fragmenty ześlizgiwały się po sobie, niby się łączyły ze sobą, a jednak nie do końca. Rozumiem, że niejednoznaczność tego opowiadania może okazać się męcząca. Jednocześnie po zauważeniu kontekstu tej historii, całość nabiera wyraźnego sensu.

Moim zdaniem złota sfera to emanacja nieheteronormatywności. Sugeruje to kilka elementów – od tytułu opowiadania, przez reakcję matki na widok sfery w pierwszej scenie, dalej reakcje „złapanych na gorącym uczynku” po nalocie w barze, aż po taki detal jak nazwa baru – NAH. Pod koniec pojawia się jakaś chora wersja terapii konwersyjnej, która z jednej strony, w zderzeniu z mętną pierwszą częścią opowiadania, wydaje się nieco zbyt oczywista, ale z drugiej, podkreślony jest tutaj mrok, pokazany jako synonim normalności. Mrok nawet przemawia do bohatera, zachęca go, by odrzucił złote światło, pozostał w bezpiecznych objęciach ciemności – ale bohaterowie decydują się wejść do kuli, opuścić mrok. Opuścić swoją szafę. Odrzucają wątpliwości.

Finał odbieram jako moment, gdy bohaterowie akceptują siebie. Zauważają, że sfera wcale nie jest niczym wyjątkowym, czymś, czym można się szczycić, albo czego należy się wstydzić. Ciskają ją w zarośla i chcą spróbować zacząć żyć po swojemu. Bez definiowania siebie przez tę konkretną cechę.

Nie jestem pewien, czy postać Rony’ego istniała naprawdę, czy pojawiała się tylko w umyśle Kita. Mógłbym znaleźć argumenty za jedną i za drugą teorią. Nie sądzę jednak, że ustalenie tego faktu cokolwiek zmieniałoby w interpretacji.

Takie mnie naszły refleksje po lekturze. Początkowo poczułem się znużony niejasnościami, ale finalnie uznaję koncepcję za całkiem zgrabnie ograną. Zdołałeś wywołać u mnie to cenne uczucie, że po lekturze nadal się nad nią zastanawiam, kolejne elementy wskakują na swoje miejsce i tworzą interesującą całość, a przez to mam ochotę przeczytać tekst ponownie, by wyłapać, co mogło mi umknąć. Szkoda, że językowo, mimo łapanki Reg, nadal zostało tyle baboli. Dzięki za udział w konkursie!

Jak młodzi widzą świat…

Oklepane dychotomie: my-oni, dobrzy-źli, młodzi-starzy. W porządku, jeśli podane są w sposób nowy, inspirujący. Tutaj jest nieźle, ale jednak nie nadprzeciętnie. Czyta się nieźle, zapomina jeszcze szybciej.

I ten język: czasem zbyt barokowy, czasem zanadto udziwniony. Ale są to przecież poszukiwania własnego stylu – jeszcze nie teraz, ale może już w następnym tekście? Szlifuj warsztat, Autorze.

Słowa piosenek wplecione bardzo dobrze, niemal niezauważalne.

 

I obowiązkowe czepialstwo:

– „napadający z tyłu, nieznajomy głos” – brzmi kwadratowo;

– „ludzie szeptają” – szepczą;

– „rozeszły się krzyki” – krzyki się nie rozchodzą, a rozlegają;

– „jak szmacianą lalkę” – a tu powinna być liczba mnoga, jak w pierwszej części zdania;

– „zawitaliście w ośrodku” – do ośrodka;

– „błyszczenia niczym gwiazda polarna” – słownik mówi, ze pisownia jest inna – https://sjp.pwn.pl/zasady/Nazwy-obiektow-astronomicznych;629397.html

– „źle przeszacować szanse” – albo przeszacować albo źle oszacować;

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Dziękuję za obszerny komentarz, MrBrightside!

Cieszę się, że wyłapałeś różne nawiązania oraz odkryłeś, co chciałem przekazać w opowiadaniu. Twoja dogłębna analiza tekstu pokrywa się z tym, o czym myślałem, tworząc kolejne sceny. Złota sfera miała być właśnie tym niedoścignionym, wyidealizowanym coming-outem, mającym rozwiązać wiele problemów. Ale życie jest bardziej skomplikowane i jest to droga, gdzie należy samemu wybrać sobie ścieżkę. Jeżeli chodzi o Rony’ego, to nawet przez moment myślałem, czy nie miałby być on wytworem wyobraźni Kita. Więc fajnie, że wyłapałeś nawet takie “smaczki” :)

Wciąż mam duże problemy ze sferą językową tekstu, wielokrotnie gubię się przy interpunkcji, właściwym szyku zdań i pewnie będę musiał napisać nieco tych opowiadań, by się ze wszystkim połapać. Ale wychodzę z założenia, że jak nie będę próbować i upadać, to nigdzie z tym pisaniem nie zajdę, więc cenię sobie wszystkie uwagi i komentarze.

 

Dziękuję za komentarz i uwagi, Staruch!

Będę wciąż szlifować warsztat, szukając swojego stylu.

Jeżeli chodzi o patrzenie na świat, ciężko było mi w tym temacie nie opierać się na dychotomii my-oni. Niestety, ale tak często wygląda rzeczywistość osób LGBT, gdzie nie ma odcieni szarości, a jest nienawiść i niezrozumienie.

tak często wygląda rzeczywistość osób LGBT, gdzie nie ma odcieni szarości, a jest nienawiść i niezrozumienie

Pewnie tak. Czasem. Ale przecież nie wszyscy tak myślą, nie dla wszystkich LGBT jest Szatanem wcielonym.

Inna rzecz, że czasem niektórzy przedstawiciele tego środowiska bardziej szkodzą niż pomagają.

 

A z innego poletka – jeśli brać metalowa (która jest raczej ortodoksyjna z natury) zaakceptowała Roba Halforda czy Roddy’ego Bottuma, to ogólnie nie jest chyba aż tak tragicznie?

O Freddiem Mercurym, Eltonie Johnie czy George’u Michaelu nie wspominając.

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Biorąc pod uwagę ustawę “Stop LGBT”, o której jest dosyć głośno w Polsce (sejm jej nie odrzucił, a politycy wykrzykiwali krzywdzące hasła), niechęć do osób LGBT jest wciąż w kraju ogromnym problemem. Sytuacja w innych krajach też jest często nieprzyjemna, ale ostatnimi czasy w Polsce mniejszości nie mają się najlepiej i nie zapowiada się, by cokolwiek miało się zmienić. Opowiadanie także nie miało na celu atakowanie wszystkich osób heteronormatywnych, a ukazanie z jaką narracją i z jakim zachowaniem spotykają się osoby LGBT.

Jeżeli chodzi o to, że niektórzy przedstawiciele bardziej szkodzą niż pomagają, ciężko mi się do tego odnieść, gdyż nie wiem, o których aktywistach mówisz. We wszystkich środowiskach są osoby, które jakoś szkodzą, nic się z tym nie zrobi. Czy to nagle znaczy, że nienawiść do osób LGBT jest wtedy słuszna?

Co do metalu – nie znam się zupełnie, więc nie będę się zbytnio wypowiadać. Fajnie, że zostali zaakceptowani, ale nie wpływa to zbytnio na sytuację osób LGBT, a tym bardziej młodzieży nieheteronormatywnej, która ze względu na prześladowanie dokonuje wielu, drastycznych czynów.

I to nie bierze się znikąd, zwłaszcza, gdy osoby LGBT są nazywane ideologią z jakiegoś powodu.

To opowiadanie jest jak pokaz iluzji. Pokazujesz tabu, pokazujesz bohatera, który się z tym tabu mierzy, ale istotę owego tabu umiejętnie kryjesz. Przyznam, że bawiłem się świetnie, próbując domyślić się, co właściwie będzie tym tabu.

Początek przywodzi na myśl nastolatka ze świerszczykiem, ale to byłoby zbyt proste, więc to na pewno nie to. Jest mrok i tajemnicza światłość, lecz wszystko jakby na opak. Może to piekło w lustrzanym odbiciu, lub jakiś odwrócony świat mrocznych istot wiedzionych na pokuszenie ku słońcu. Też chyba nie do końca. Akcja płynie, odsłaniasz nowe fakty, lecz subtelnie, tak by się nie zdradzić, a podsycić ciekawość. Odnajduję odniesienia do współczesności, ale jakie konkretnie?…no nie wiadomo. Gdzieś tam tli się ostracyzm społeczny, ale przeciw komu? Może uchodźcy, może zakazana miłość, może heretycy jacyś. Akcja idzie do przodu, a ja wciąż nie wiem… i cieszę się niczym na spektaklu wspomnianego iluzjonisty, że oszukuje mnie on tak kunsztownie…

 

…no właśnie… do czasu, bo w pewnym momencie, w środku spektaklu, iluzjonista wykłada kawę na ławę. Zdradza, co jest wspomnianym tabu, rozbiera swoją sztuczkę na czynniki pierwsze, a ja czuję rozczarowanie, bo czar pryska. I nawet nie chodzi o to, co jest wspomnianym tabu, ale o fakt, że zdradzasz je tak wprost.

Dlaczego? Dlaczego nie pokusiłeś się, by zwodzić do samego końca, lawirować w dwuznacznościach i subtelnie przekazywać swoje przesłanie między wierszami, by to czytelnik musiał utkać odpowiedź z domysłów? Wtedy ten tekst byłby perełką, a tak jest tylko pewnego rodzaju manifestem.

 

Pochwalę Cię jednak za przyjemny styl i za fajne dwuznaczności.

 

Moja ocena: 5.15/6

 

Ps. Ech. Naprawdę żałuję tej końcówki.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Hej, Chrościsko!

Dziękuję za barwny komentarz i miłe słowo. Szkoda, że iluzja prysła. Chociaż nie pisałem opowiadania z myślą, że będzie pełne dwuznaczności i wszystko pozostanie niedopowiedziane, to jednak chciałem, żeby nie wszystko zostało wyłożone na ławę. Z radością napisałbym coś nietypowego i dosyć dziwnego (gdy tylko styl mi się poprawi i zyskam nieco doświadczenia).

Niektóre komentarze wspominały o tym, że tekst był niezrozumiały, więc jestem w sumie rozdarty, którą ścieżką podążyć, czy wyjaśniać więcej, czy też serwować opowiadania opierające się na symbolizmie i dwuznaczności.

 

 

Sorry, Winnetou, ale jestem na NIE.

Przede wszystkim dlatego, że nie zrozumiałam, o co tutaj chodzi. Pierwsza hipoteza była taka, że bohater jest wilkołakiem. Ale wtedy kula powinna być raczej srebrna niż złota. Chociaż pasuje unikanie latarni, żeby nikt nie zobaczył, że się przemienił.

Druga hipoteza – bohater jest gejem. Tu już pasuje więcej elementów, ale nadal nie wszystkie. Na przykład przy pierwszej scenie odniosłam wrażenie, że chłopak jest dzieckiem. Za małym, żeby wiedzieć, czy jest homo czy hetero. No i bycie gejem nie tłumaczy, w jaki sposób wydostali się z Ronym z ośrodka. Tam musiała być jakaś magia zaangażowana, IMO, a gdzie tu magia w kochaniu kogoś?

Czyli tam, gdzie inni narzekali na zbyt jasne postawienie sprawy, ja odrzuciłam hipotezę. Niesłusznie, jak wynika z komentarzy.

Podobno nazwa knajpy jest znacząca. Cóż, mnie się skojarzyła tylko z piosenką “Nah neh nah”. Może należymy do innego pokolenia, bo ja całkiem inaczej odczytuję Twoje symbole. I dopóki mi nie powiesz otwartym tekstem, o co chodzi, to się nie dogadamy. :-(

Babska logika rządzi!

Pierwszy raz zaczęłam czytać na długo przed nominacją i odpadłam mniej więcej w momencie nalotu policji na bar. Zmęczyłam się, bo zwyczajnie nie wiedziałam, co czytam. I z tego wynika podstawowy zarzut, jaki mam do Twojego opka: za długo trzymasz karty przy orderach, nie pokazujesz, o czym właściwie piszesz, a nawet ciągniesz czytelnika na manowce. Podobnie jak Finkli nazwa lokalu nic mi nie mówi, nawet konsultowałam ją z wujciem Guglem i też nic sensownego mi nie pokazał. Gdybym zabaczyła Stonewall, zajarzyłabym od razu, i to mimo muzyczki techno w środku.

Złota kula skojarzyła mi się ze słońcem i myślałam, że znalazłam się w jakiejś ponurej dystopii, która go nie lubi. Tym bardziej, że gdzieś tam masz reklamy zakrywające niebo. Dokąd zmierzasz zorientowałam się dopiero podczas drugiego czytania, w tym momencie:

Nie jestem gorszy, dlatego że potrafię pokochać mężczyznę. Nie zasługuję na mrok i ty również. Nie musimy dłużej umykać przed światłem dnia.

Czyli trochę późno. Rozumiem, że pragnienie błyszczenia, wyjścia z mroku oznacza chęć bycia sobą, życia bez lęku i wstydu, w zgodzie ze swoją orientacją seksualną. Bardzo ładna metafora. Ale widzisz, może dotyczyć praktycznie każdej grupy społecznej, która jest wykluczana i prześladowana. Na dodatek z metafory tworzysz symbol – świetlistą kulę, która pojawia się i na okładce gazetki i później w końcówce. Tylko, że to symbol, który mi nic nie mówi. Może oczywiście być tak, że funkcjonuje on w storzonym przez Ciebie świecie, ale ja jako czytelnik o tym nie wiem, nie informujesz mnie. A żeby móc porozumiewać się przy pomocy symboli, obie strony muszą je rozumieć. I znowu, gdyby gazetka miała tęczową okładkę zajarzyłabym od razu, bo to jest dla mnie czytelny symbol.

I jeszcze zakończenie. Właściwie nie wiem, co się tam stało. Uniwersum, które storzyłeś to nie współczesna Polska, gdzie politycy, księża i różne oszołomy sączą jad w ludzkie umysły. Tutaj to poszło dalej, to system opresyjny, gdzie bycie gejem jest już przestępstwem, a ludzie o odmiennej orientacji seksualnej trafiają do więzień, bo tym de facto jest zakład, który opisujesz. I mam wrażenie, że jest to mocno zamknięty sytem, taki, który nie dopuszcza informacji z zewnątrz, a ludzie są indoktrynowani od dziecka i autentycznie żyją w przekonaniu, że istnieje tylko jedna właściwa orientacja seksualna. Mówi o tym choćby fakt, że z klubu zgarnięto dorosłych ludzi, sam to piszesz:

Kit dorósł (…) Za dnia pracował, w nocy błąkał się po ulicach. 

To nie są nastolatki u progu dojrzałości, które mają problemy z akceptacją siebie, a tak się zachowują. Niektórzy wręcz wierzą, że mogą spłonąć.

Kitowi i Ronowi udało się wydostać (chyba, ale o tym później). Ten konkretny zakład pierdyknął, ale co to zmieniło? System nadal jest taki sam, a oni nie będą lśnić, bo system im na to nie pozwoli. Nawet jeśli sami zaakceptują swoją odmienność, sytem ich zniszczy.

Może zniszczenie zakładu to pierwszy krok ku normalności? Nie widać tego. Zniszczenie Bastylii było początkiem rewolucji, a nie złatwieniem sprawy. I tu jest podobnie, zniszczenie jednego zakładu niczego nie zmieni, ludzie muszą stanąć do walki, a nie martwić się o kaktusy.

Szczerze mówiąc czytając końcową wizję miałam wrażenie, że Kit i Ron nie żyją, że ta mistyczna rozmowa z ciemnością to majaki umierającego umysłu, a światłość to po prostu odejście ze świata, który ich nie akceptuje. I cholernie mi się ta wizja nie podoba.

Myślę, że trochę tu pomieszałeś dwie kwestie: akeptację siebie i akceptację odmienności człowieka przez innych.

Reasumując: dobrze, że nie boisz się poruszania trudnych tematów, ale piórkowy tekst to IMO nie jest.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Przyzwoity tekst, w sensie literackim, z jakimś pomysłem, ale na piórko, moim zdaniem, nie zasłużył. W sumie Irka powyżej napisała wszystko, co ja też mogłabym powiedzieć, musiałabym powtórzyć jej argumenty. Nie brakło wiele – odrobinę z jednej strony jasności w prowadzeniu wątków, z drugiej – mniejszej może alegoryczności – żeby tekst był bardzo dobry. Całkowicie rozumiem i bardzo doceniam pisanie w fantastyce o sprawach aktualnych, ale sam temat nie załatwia literackiej doskonałości dzieła. 

Hej, hej,

 

dla mnie ten tekst jest za bardzo jedno wymiarowy. Skupia się wokół idei traktując fantastykę instrumentalnie, chowając pod jej płaszczykiem. I ta idea jest wzniosła, przyklaskuję jej i życzyłbym sobie, żeby sfera oświeciła nas wszystkich, mimo wszystko czuję niedosyt.

Czytając Twój tekst na myśl przychodzi mi Orwell, myślę, że mógłbyś popatrzeć w jaki sposób on budował swoje światy przekazując podobną weirdowość, ale ubierając ją w bardziej “eleganckie” fabularne szaty. Tworząc żywych bohaterów, zakazane relacje czy nawet dokonując prania mózgu głównego boahtera w “Roku 1984”. Z kolei w “Folwarku zwierzęcym” tworząc wyraziste alegorie oraz cały świat relacji między postaciami nawiązujących do opresyjnego wobec jednostki społeczestwa.

Tego mi u Ciebie zabrakło, tego tła społecznego, tego społecznego “dlaczego”. I może ono być absurdalne (bo przecież takie jest naprawdę), ale żeby było. Orwell się nie patyczkował – były u niego rządzące folwarkiem świnie i sprzedany do rzeźni pracowity koń, było Ministerstwo Pokoju i Ministerstwo Miłości (coś nam te nazwy przypominają, prawda?).

Dodając tego rodzaju społeczną otoczkę i budując taki świat – historia bardzo by zyskała. Wtedy byłbym na TAK dla piórka, a tak jestem na NIE.

 

Na koniec jeszcze jedna uwaga, nie wiem czy to zdanie pojawiło się później w tekście czy było od początku, ale jak dla mnie jest zbyt dosłownym przekazem do czytelnika:

Nie jestem gorszy, dlatego że potrafię pokochać mężczyznę.

Pozdrawiam serdeczenie!

Che mi sento di morir

jeśli brać metalowa (która jest raczej ortodoksyjna z natury) zaakceptowała

Brać metalowa jest bardzo zróżnicowana. Właściwie to nawet skrajnie zróżnicowana.

 

 

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka