- Opowiadanie: GreasySmooth - Daleko do gwiazd

Daleko do gwiazd

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

MrBrightside

Oceny

Daleko do gwiazd

Słońce wisiało nisko nad horyzontem. Krzewy rozbrzmiewały muzyką pasikoników i cykad. Wszyscy trzej stali skuleni wokół ogniska i milczeli. Przez ostatnią godzinę opowiadali sobie o tym, że ich kolega Adre dostał w dziób za uganianie się za cudzą dziewczyną, że Balo zrobił dziecko córce niższego urzędnika, i że teraz mieszka w domu i pluje na swoich. A także, że Gele i Ada obrobili świątynię, przez co trzy dni pili, z czego trzeci już na kredyt, po czym właściciel wywalił ich na zbity pysk z "Puszczy". Potem tematy się skończyły.

Wszyscy byli głodni i coraz bardziej męczył ich chłód, ale byli razem, chłopaki z gromady, i to było najważniejsze.

Nagle coś zaszeleściło w okolicznych krzakach. Obrócili się, jak wybudzeni ze snu na jawie. Zaszeleściło znowu i z zarośli wyłonił się Gerh, ich znajomy, niosąc w ręku bloki sojowe. Uśmiechnięty był od ucha do ucha.

– Cześć wam – powiedział.

– Cześć Gerh, co twoje lepkie rączki znalazły? – zapytał Gide.

– Nowa dostawa, tylko zapomniałem zapłacić. Jak dacie coś do picia, to zjecie jak królowie.

– Mam prytę własnej roboty – odpowiedział Gide, który potrafił zrobić alkohol z niemalże wszystkiego.

– Dajcie.

Chwilę później bloki piekły się nad ogniem. Rzucili się na upieczone jedzenie jak wilki i przez chwilę słychać było miarowe mlaskanie czterech głodnych gęb.

A potem powietrze przeszył huk.

– Liniowiec – stwierdził Gide i wskazał na niebo.

Smukły, szaroniebieski kształt statku luksusowych linii pasażerskich wyłonił się zza chmur. Patrzyliśmy na niego dłuższą chwilę, nic nie mówiąc. Statek sunął powoli po nieboskłonie, a dysze silników świeciły jak dwa słońca.

– Chyba "Admirał Auxios", na Serpentis? – zapytał Elim, który fascynował się kosmosem.

– Siedemnasta w czwartek – odpowiedział Gide, patrząc na zegarek – "Generał Willenheim", na Cauda Draconis. Na Serpentis odchodzi za dwie godziny.

Odprowadzaliśmy statek wzrokiem. Widok startujących liniowców towarzyszył nam od najmłodszych lat, ale cały czas miał w sobie coś magicznego.

– Dużo bym dał, żeby tam się wbić na krzywo albo mieć tyle w kieszeni – powiedział rozmarzonym głosem Elim. – W ogóle dałbym wszystko, żeby pięć minut być w kosmosie. Choćby szorując kibel, ale żeby miał okno z widokiem na gwiazdy.

– Te marzenia wnet zadręczą cię – powiedział, jakby recytując, Kyrh, który lubił obracać słowa.

– Co?

– Taki wiersz. – Uśmiechnął się. – Marzyciel z ciebie. Co do kibla, to na pewno się jakiś znajdzie.

– Patrzcie jaki poeta. Masz dla mnie też jakiś wiersz? – zapytał Gide.

– Mam, ale czekam na dobrą okazję – odpowiedział z uśmieszkiem Kyrh.

– Kyrh, a twój starszy nie był w kosmosie? – zapytał badawczo Elim.

– Niedawno wrócił, robił na stacji na Serpentis, dla Yoltsena. Ale to nie to, co myślicie. Wrócił z kasą, ale strasznie ponury, nic nie chciał mówić. I przez kilka dni strasznie pił, ale tak, jakby nie chciał siebie znać.

Rozmowa się urwała. Do Elima doszło, że musi koniecznie porozmawiać ze starym Berhem, ojcem Kyrha. Musiał się dowiedzieć, jak jest w kosmosie.

 

***

 

W przedziale panował półmrok i chłód. Stali przypasani do swoich miejsc, ramię w ramię, od dobrej godziny, a silniki statku nawet nie zostały jeszcze włączone. To oznaczało, że podróż potrwa jeszcze co najmniej kilka godzin.

Powietrze było gęste, wypełnione zapachem potu, trudno się oddychało. Co gorsza, nie było okna z widokiem na gwiazdy. Na suficie migał za to telebim, na którym pokazał się obraz Zolge Yoltsena otoczonego laurami, na tle napisu "Razem ku podbojowi kosmosu". Yoltsen patrzył gdzieś wysoko.

"Geniusz Yoltsen zamierza umożliwić całej ludzkości lot kosmiczny, dlatego też ma prawo domagać się od was pewnego poświęcenia i zniesienia pewnych chwilowych niewygód…" – mówił głos spikerki.

– Ruszać już, na diabła, stoimy jak głupki – krzyknął jeden z pasażerów.

– Tak ci się do roboty śpieszy? – odpowiedział inny. – Jeszcze zatęsknisz za staniem.

Może tak być, pomyślał Berh. Ale rodzina się sama nie wykarmi.

"Yoltsen dla waszego dobra znosi trudy, które ciężko sobie wyobrazić. Nie spędza dwóch dni w tym samym miejscu, ciągle jest w drodze…"

Potem ktoś postanowił powiedzieć coś ryzykownego.

– Niech sobie Yoltsen sam tutaj z nami postoi.

Od razu było słyszeć pomruk niezadowolenia.

– To dzięki niemu latamy w kosmos, frajerze!

– Szanuj Yoltsena, gnido.

– Kim ty jesteś, by go krytykować?

– Dowalić mu!

Ale malkontent nie ujawnił się więcej, nie było też jak go złapać.

"Już jako dziesięciolatek Yoltsen miał w głowie praktycznie całą encyklopedię…" – mówiła dalej spikerka.

Kiedyś Berh oglądał film, jak Yoltsen podjechał limuzyną do grupki siedzącej na opuszczonym parkingu przy Mega-wysypisku. Wysiadł i podszedł do nich. Sam Yoltsen, we własnej osobie!

– Kutwa jesteś Yoltsen – powiedział ktoś z gromady. – I do tego kupa ściemy.

Za coś takiego niejeden urzędnik straciłby swój dobytek i rangę. Ale Yoltsen uśmiechnął się, rzucił coś o autentycznych, wygadanych dziewczynach i chłopakach, dał każdemu po stówce, wsiadł do limuzyny i odjechał.

Berh mgliście pamiętał, jak kiedyś w telewizji porannej jakaś biurwa w garsonce mówiła, że każdy z nas może trafić na jego jacht międzygwiezdny. Trzeba tylko zechcieć i uwierzyć.

Też wolałbym jacht, a nie przedział pełen pracowników tymczasowych, pomyślał Berh. Z drugiej strony i tak mógł mieć gorzej. Wróci za kilka miesięcy jako bohater, tata z kosmosu. Z pieniędzmi, na które zwykle musiałby robić dobry rok, jeśli nie więcej.

Silniki zawyły. Berh był głodny, chciało mu się sikać. Ktoś obok niego zemdlał, ktoś inny go ocucał. Lecieli na Serpentis. Ludzie, którzy nigdy nie myśleli, że oderwą się na więcej niż dwa metry od ziemi.

Lepiej nie opowiadać o tym dzieciom, pomyślał Berh.

Teraz z głośników popłynął męski głos.

– Tu kapłan Bennings, poprowadzę sesję hipnotyczną, żeby przybliżyć was do geniuszu Yoltsena. Kluczowa jest silna wiara w twoje wizualizacje. Pragniesz, by wyniosły cię na szczyt…

Sąsiad Berha zaczął po cichu odmawiać modlitwę, zapewne do samego Yoltsena.

 

***

 

Berh szedł tunelem i dźwigał torbę z przyrządami. Zrobił już pięć kilometrów, zostały mu trzy. Lewitobus był przepełniony, a następny odchodził za godzinę. Los najwyraźniej zadrwił sobie z niego – gdy lewitobus zamykał przed jego twarzą drzwi, usłyszał jeszcze słowa piosenki z radia – “pragniesz biec po drogach tylko swych…”. Jego ubranie było upaćkane smarami i pokryte pyłem. Minął ekran, na którym widniało zdjęcie Yoltsena i hasło "Przyszłość w kosmosie bez ograniczeń".

Przez przezroczyste ściany tunelu widać było powierzchnię planety. Surową, piaszczystą, smaganą wiatrami. "Po bezdrożach hula tylko wiatr" – przypomniał sobie słowa piosenki zasłyszanej przed laty. Ciekawe, czy kiedyś będą tam eleganckie domy, place zabaw ze śmiejącymi się dziećmi, które czeka kariera przy biurku w Yoltsen Inc.

Zza zakrętu wyjechał kosmolot, ale nie taki zwykły, tylko złoty, smukły, jedna z luksusowych marek. Miał na sobie sigil którejś z ważniejszych rodzin na stacji Cauda Serpentis. W oknie mignęła mu śliczna, piegowata twarz. Berh uśmiechnął się do nieznajomej. Może spojrzy na niego łaskawym okiem? Był jeszcze młody, sprawny…

Kobieta zasłoniła twarz wachlarzem, kosmolot przemknął obok niego.

Szedł dalej tunelem, aż po pół godzinie dotarł do celu. Minął ulicznego grajka i stanął przed drzwiami oddziału Yoltsen Inc. Czuł motyle w żołądku i gulę w gardle. Zauważył po chwili, że mimowolnie się zgarbił.

"To fatum bezlitosne wbrew woli twej" – śpiewał grajek zachrypniętym głosem.

Nacisnął klamkę i otworzył ciężkie, zdobione drzwi. Przeszedł długim korytarzem do sali, gdzie za biurkiem siedział humanoidalny droid.

– Yoltsen pozdrawia – powiedział droid. – Co mogę dla pana zrobić?

– Chciałem aplikować na posadę urzędnika – powiedział Berh, przełykając ślinę. Jego brudne, robocze ubranie nie pasowało do sterylnego wystroju biura.

– Pan Yoltsen prawdopodobnie pije teraz drinki z prostytutkami albo rozmawia z największymi wynalazcami naszej epoki. Co mógłby pan mu zaoferować?

Berh zebrał się do odpowiedzi, ale droid nie dał mu dojść do słowa..

– Panie Berh, doprawdy, jest pan na odpowiednim miejscu. Pana praca przy przepompowni tlenu w Bloku 2 będzie doceniona. Ludzie spod Mega-wysypiska z wielu powodów nie zostają urzędnikami. Proszę opuścić biuro w przeciągu minuty, inaczej aktywuję protokoły ochronne.

– Chciałem aplikować za mojego syna – prawie krzyknął, po czym kontynuował na bezdechu. – Jest wygadany, wrażliwy, kiedy trzeba i ostry kiedy trzeba. Jest bystry. Potrafi kraść, potrafi się bić, pisze wiersze. Policzy te wasze wzory, jeśli mu powiecie jak. Odnalazłby się na jednym z jachtów jako towarzysz dla Yoltsena. Może nawet przydałby się w jednym z biur.

– To… bardzo ciekawe. Jest pan bardzo elokwentny jak na fizycznego. Nawet mnie pan zainteresował. W zasadzie dziś jest pan najciekawszym petentem. To łaska z mojej strony… proszę czekać, aplikuję algorytm uczenia maszynowego, symulujący osobowość Yoltsena…

Zapadła cisza.

– Panie Berh, jestem zaskoczony, nawet zszokowany. Pana syn dokładnie pasuje do profilu obecnie poszukiwanego przez pana Yoltsena. Zwinny, zgadza się, szybki, zgadza się, walka wręcz, zgadza się, biedny, zgadza się, Mega-wysypisko albo okolice, zgadza się… otóż pana syn przyda się na polowaniu.

– Pan Yoltsen chce polować z moim synem?

– Nie do końca, panie Berh. Nie z nim.

Berh poczuł ukłucie w kark, po czym stracił przytomność.

– Och, chyba znowu za dużo gadam, tak to jest, gdy nie mam tutaj nikogo dorównującego mi inteligencją – dodał droid.

Gdy Berh doszedł do siebie, leżał na bruku, z uczuciem mocnego kaca. Mgliście pamiętał, jak droid odmówił dwa razy, raz jemu, raz Kyrhowi. Gdy wstawał, nie mógł odgonić od siebie uczucia, że stało się coś bardzo złego, czego nie zdoła w żaden sposób powstrzymać.

 

***

 

Ognisko dogasało. Statek dawno zniknął z horyzontu.

– Mogłeś, Gide, zawinąć więcej tych bloczków – powiedział smutno Kyrh. – Ciągle jestem głodny.

Patrzyli na ognisko, milcząc.

Czarne postacie wyrosły jak spod ziemi, żadna z nich nie wydała nawet szmeru. Otoczyli ich z każdej strony, z bronią w rękach. Chłopacy popatrzyli po sobie, przerażeni. O ucieczce nie było mowy.

Jeden z żołnierzy powiedział:

– Cel z czterema towarzyszami zabezpieczony. Co z nimi zrobić?

Nastała chwila ciszy. Po czym ten sam żołnierz powiedział:

– Przyjąłem, wszystkich pozostałych też na zwierzynę.

Kyrh zanucił cicho któryś ze swoich wierszy czy też piosenek. Ledwo było słychać słowa – “pająk nocy znowu się stąd wkradł…”.

A potem Kyrh rzucił się do ogniska, złapał płonącą belkę i cisnął nią w twarz jednego z żołnierzy. Ten wrzasnął, zasłaniając się, a Kyrh wyrwał mu pistolet z ręki.

– Obezwładnić! – ryknął dowódca.

Dwóch żołnierzy skoczyło w jego kierunku. Gide staranował ciałem pierwszego z nich. Po uderzeniu w pancerz poczuł przeszywający ból w łokciu i barku. Elim uwiesił się na plecach drugiego. Inny żołnierz podbiegł do niego i zaczął go okładać pałką. Gide rzucił butelką w jednego z żołnierzy, zaraz potem padł rażony strzałem. Gerhowi jeden z żołnierzy założył dźwignię i rzucił na ziemię. Opancerzona pięść wbiła się Elimowi w brzuch, upadł na plecy. Wyprostował gwałtownie nogę i trafił żołnierza w piszczel, żołnierz się zachwiał. Kyrh strzelił w jednego z żołnierzy, zaraz potem został trafiony. Wyładowanie elektryczne zatańczyło na jego ubraniu. Ktoś złapał Gide z tylu i przycisnął do ziemi. Nikt już nie walczył. Gerh przeklinał, Gide ciężko dyszał, a Elim charczał. Zostali pokonani.

– Melduję, że sytuacja jest opanowana, ale mam rannego. Jesteśmy gotowi do przekazania zwierzyny – powiedział dowódca.

Przed nami wylądował transportowiec. Obok pilota siedział człowiek, którego widzieli wiele razy w gazetach, w telewizji, na szyldach reklamowych. Uczyli się nawet o nim w szkole. Patrzył na nich i uśmiechał się złowieszczo.

Słońce powoli zachodzi, już dzień okrywa czarny szal nocy. Nadchodzi ciemność, czas łowów.

Koniec

Komentarze

Cześć!

 

Brawo za podjęcie wyzwania, bo ten konkurs jest wyjątkowo trudny. Niestety główne założenie, czyli wykorzystanie wersów, nie wyszło moim zdaniem najlepiej. Fragmenty piosenek brzmią w tekście dość sztucznie, ale, jak już wspomniałem, to było bardzo trudne zadanie.

Samo opowiadanie ma lepsze i gorsze momenty. Na plus zaliczam wykreowany klimat.

Z minusów bohaterowie. Na początku pojawia się sporo imion postaci, które nie mają większego znaczenia dla historii. Mieszana narracja też nie do końca mi podeszła w takim wydaniu.

 

Poniżej moje sugestie, do wykorzystania bądź nie. ;-)

 

Chwilę później bloki piekły się nad ogniem. Musiałem się powstrzymać, żeby nie zjeść surowego, tak mnie skręcało. Ale nie dałem po sobie poznać. Rzuciliśmy się na upieczone bloki jak wilki i przez chwilę słychać było miarowe mlaskanie czterech głodnych gęb.

Powtórzenie.

 

Liniowiec – stwierdził Gide i wskazał na niebo.

Smukły, szaroniebieski kształt luksusowego liniowca wyłonił się zza chmur. Patrzyliśmy na niego dłuższą chwilę, nic nie mówiąc. Luksusowy statek sunął powoli po nieboskłonie, a dysze silników świeciły jak dwa słońca.

Powyżej propozycja, aby uniknąć powtórzenia. Z wypowiedzi wiemy już, że to liniowiec, więc przymiotnik można spokojnie dać dalej.

Chłopaki, którzy nigdy nie myśleli, że oderwą się na więcej jak dwa metry od ziemi.

Chłopaki, którzy nigdy nie myśleli, że oderwą się na więcej niż dwa metry od ziemi.

 

Nacisnął klamkę i wszedł do środka. Przeszedł korytarzem do sali, gdzie za biurkiem siedział humanoidalny droid.

Powtórzenie.

 

– Yoltsen pozdrawia – powiedział droid. – Co mogę dla pana zrobić?

Zwroty grzecznościowe małą literą. Ten błąd powtarza się kilka razy.

 

Policzy te wasze wzory, jeśli mu powiecie(-,) jak.

Po czym ten sam żołnierz powiedział – przyjąłem, wszystkich pozostałych też na zwierzynę.

Po czym ten sam żołnierz powiedział:

Przyjąłem, wszystkich pozostałych też na zwierzynę.

 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Starałam się nie powtarzać tego, co już wskazał Filip.

 

Wróci za kilka miesięcy jako bohater, tata z kosmosu. Z pieniędzmi, na które zwykle musiałby robić dobry rok, jeśli nie więcej. – kilka miesięcy a kilkanaście (w porywach widzę to nawet tak: 9 kontra 12), to nie taka gigantyczna różnica, żeby zostać bohaterem z wielkim zarobkiem. Coś tu nie jest przemyślane. 

 

Nazywam się kapłan Bennings i poprowadzę wizualizację, żeby przybliżyć was do geniuszu Yoltsena. Kluczowa jest silna wiara w twoje wizualizacje. – nazywam się kapłan? Lepiej by to brzmiało jakoś tak: Nazywam się Bennings i jako kapłan poprowadzę… ; druga sprawa – powtórzenie wizualizacji

 

Szedł dalej tunelem, aż po pół godziny dotarł do celu. – po półgodzinie lub po pół godzinie: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/polgodzina;7145.html 

 

trafiłem żołnierza w piszczel, ten się zachwiał – jesteś pewny, że piszczel się zachwiał?

 

Zgadzam się z Filipem, że wersy wrzucone w tekst nie brzmią naturalnie i w sumie, gdyby to wszystko wyciąć, to tekst na niczym by nie ucierpiał. Może nawet by zyskał lepszą spójność stylu. Ale to już jest zmartwienie jurorów, nie moje ;) 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki za uwagi, poprawię, chyba przepiszę jako samodzielne.

https://www.facebook.com/konserwatywnenarzekanie

chyba przepiszę jako samodzielne.

Ale dlaczego? Zostaw w konkursie. Poczekaj na więcej komentarzy. Dwie opinie, nawet jeśli zbieżne, nie znaczą, że są prawdą objawioną ;) To – przynajmniej jeśli o mnie chodzi – prywatne wrażenie, z którym inni czytelnicy (w tym jury) nie muszą się zgadzać. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ok, to teraz przywrócone.

 

Filipwij – dzięki bardzo za uwagi.

 

Z minusów bohaterowie. Na początku pojawia się sporo imion postaci, które nie mają większego znaczenia dla historii. Mieszana narracja też nie do końca mi podeszła w takim wydaniu.

Dodałem po zdaniu dla każdego, tak, żeby pasowało do dialogu.

 

Poniżej moje sugestie, do wykorzystania bądź nie. ;-)

Dzięki, wykorzystane.

 

Śniąca – dzięki za rady i błędy.

 

Starałam się nie powtarzać tego, co już wskazał Filip.

 

Dzięki, naniesione.

 

Nazywam się kapłan Bennings

Niechcący nawiązałem do klasyka.

 

Czekam na ew. komentarze innych userów.

 

Dwie opinie, nawet jeśli zbieżne, nie znaczą, że są prawdą objawioną ;)

Podczas bety wprost o to spytałem i dostałem jedną opinię, że jest ok. Ta piosenka IMO pasuje do tematu, bo bohaterowie mają marzenia, ale jest jasne, że nie będzie im dane ich spełnić. Ale faktycznie do tego rodzaju klimatu i dialogów trudno jest je jakoś przekonująco wpleść. Albo ja jeszcze nie potrafię :)

https://www.facebook.com/konserwatywnenarzekanie

Albo ja jeszcze nie potrafię :)

Absolutnie nie mam zamiaru wyrokować w tym temacie ;) Ale jeśli tak – to i tak nic złego, bo to praktyka czyni mistrza, więc jeszcze wszystko przed Tobą :) 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Szewc zabija szewca, bumtarara bumtarara!

 

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Cześć!

 

Odniosłam wrażenie, że trochę się ta historia rwie, bo zaczynasz od grupy chłopaków marzących o locie w kosmos, potem jest nagły przeskok i to marzenie właściwie się w pewien sposób spełnia, następnie dowiadujemy się o podaniu o pracę i już na sam koniec jest polowanie. Zabrakło mi płynnego przejścia między elementami tej opowieści. Na początku wprowadzasz dużo postaci, a że scena jest krótka, to nie można ich odróżnić. Głównego bohatera też czytelnik nie ma okazji poznać, przez co trudno przejąć się jego losem. Myślę, że pomysł miałeś po prostu na dłuższy tekst, bo widać tutaj całkiem ciekawy świat i jego problemy, ale w tej formie to nie wybrzmiało.

Pierwszy akapit mogłeś spokojnie rozpisać w formie dialogu, wtedy byłoby to bardziej wciągające dla czytelnika i lepiej pokazywało bohaterów.

W końcówce pierwszej sceny nagle przechodzisz na narrację pierwszoosobową, od tego momentu: Chwilę później bloki piekły się nad ogniem. Musiałem się powstrzymać, żeby nie zjeść surowego, tak mnie skręcało. Potem wracasz do trzecioosobowej. Tak się narracji nie miesza. 

Technicznie nie jest najlepiej i musisz jeszcze popracować nad stylem. Trochę mankamentów wyłapałam.

Byli mocno głodni i coraz bardziej męczył ich chłód, ale byli razem, chłopaki z gromady, i to było najważniejsze.

Zaszeleściło znowu i z zarośli wyłonił się znajomy Gerh, niosąc w ręku bloki sojowe.

To znajomy jest zbędne.

– Cześć[+,] Gerh, co twoje lepkie rączki znalazły? – zapytał Gide, jeden z chłopaków.

To doprecyzowanie źle tu brzmi i właściwie nic nie wnosi.

– Siedemnasta w czwartek – odpowiedział Gide, sprawdzając zegarek – "Generał Willenheim", na Cauda Draconis. Na Serpentis odchodzi za dwie godziny.

Raczej spojrzał na zegarek.

– Dużo bym dał, żeby tam się wbić, na krzywo albo mieć tyle w kieszeni – powiedział rozmarzonym głosem Elim.

zbędny przecinek

– Patrzcie, jaki poeta. Masz dla mnie też jakiś wiersz? – zapytał Gide.

"Yoltsen dla Waszego dobra znosi trudy, które ciężko sobie wyobrazić. Nie spędza dwóch dni w tym samym miejscu, ciągle jest w drodze…"

waszego

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Mam wrażenie, GreasySmooth, że to opowiadanie o marzeniach młodych ludzi, które w zderzeniu z rzeczywistością przypierają formę tragicznych zdarzeń, nijak mających się do wyobrażeń chłopaków. Nieco chaotycznie to napisałeś, ale da się dostrzec historię o tym, jak marzenia stają się mrzonkami, jak pragnienia obracają się wniwecz.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Nagle coś za­sze­le­ści­ło w krza­kach obok nich. → Zbędny zaimek.

 

Yolt­sen dla Wa­sze­go dobra znosi trudy, które cięż­ko sobie wy­obra­zić.Yolt­sen dla wa­sze­go dobra znosi trudy, które trudno sobie wy­obra­zić.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

na opusz­czo­nym par­kin­gu przy Me­ga-wy­sy­pi­sku. → …na opusz­czo­nym par­kin­gu przy me­gawy­sy­pi­sku.

Chyba że pisanie o megawysypisku wielką literą jest czymś motywowane.

 

“pra­gniesz biec po dro­gach tylko swych”… → Wielokropek umieszcza się przed zamknięciem cudzysłowu.

 

Za­uwa­żył po chwi­li, że mi­mo­cho­dem się zgar­bił. → Chyba miało by: Za­uwa­żył po chwi­li, że mimowolnie się zgar­bił.

Za SJP PWN: mimochodem «nie przywiązując do czegoś wagi, przy okazji»

 

otwo­rzył cięz­kie, zdo­bio­ne drzwi. → Literówka.

 

Berh ze­brał się do od­po­wie­dzi, ale droid mu prze­rwał. → Skoro Berh jeszcze nie zaczął mówić, to jak droid mógł mu przerwać?

Proponuję: Nim Berh zebrał się do odpowiedzi, droid kontynuował:

 

Kyrh za­nu­cił cicho któ­rychś ze swo­ich wier­szy… → Kyrh za­nu­cił cicho któ­ryś ze swo­ich wier­szy

 

“pająk nocy znowu się stąd wkradł”… → Wielokropek umieszcza się przed zamknięciem cudzysłowu.

 

Opan­ce­rzo­na pięść wbiła mi się Eli­mo­wi w brzuch… → Coś się tutaj przyplątało.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Alicella, regulatorzy – dziękuję, uwagi naniesione.

 

Tak, brakuje tu ciągłości. Za bardzo wczułem się w klimat poszczególnych scen, a za mało zadbałem o całość. Jeśli chodzi o styl, to trudno mi ogarnąć, ile błędów zrobiłem – było wszak czterech betujących i cztery osoby potem łapały błędy w komentarzach.

 

Mega-wysypisko miało być czymś w rodzaju nazwy własnej. Przemyślę to jeszcze.

https://www.facebook.com/konserwatywnenarzekanie

GreasySmooth, dziękuję za wyjaśnienie i pozwolę sobie wyrazić nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą bardziej przemyślane, lepiej skomponowane, a i wykonanie pozostawi mniej do życzenia. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zaliczone wersy: 6

[1]  Już dzień okrywa czarny szal

[2]  Pająk nocy znowu się stąd wkradł

[3]  Niknie wokół cały nędzny świat

[4]  Po bezdrożach hula tylko wiatr

[5]  To postać zła, co władzę ma

[6]  Pochłania wszystkich tak, jak chce

[7]  To fatum bezlitosne wbrew woli Twej

[8]  Drogami swymi niesie Cię

[9]  Czarna dama przędzie długą nić

[10] Tworzy obraz Twoich przyszłych dni

[11] Tego niesie jej zalotny śmiech

[12] Twoją duszą targa cichy gniew

[13] Pragniesz biec po drogach tylko swych

[14] Pragniesz, by wyniosły Cię na szczyt

[15] Te marzenia wnet zadręczą Cię

[16] Jeśli od nich nie uwolnisz się

Hej

Historia ma potencjał. Fajny wstęp do jakiejś większej historii.

Zgadam się z jednym z przedmówców, że trochę brak płynności. Miałem trudność przez chwilę zaczaić co się dzieje w tej środkowej części, a przede wszystkim, jak ona się łączy z pierwszą. Natomiast jej związek z końcówką jest dla mnie jasny.

 

Nie wiem czy ktoś wcześniej zwrócił uwagę, że masz na początku narrację w trzeciej osobie, a potem wskakuje “patrzyliśmy na niego…” albo “przed nami wylądował…”

 

Podobała mi się postać robota, który przyjmował petentów. Niestandardowa postać, niestandardowy automat, który za dużo mówi.:)

Fajna historia. Pozdrawiam

Historia ma potencjał. Fajny wstęp do jakiejś większej historii. Zgadzam się z jednym z przedmówców, że trochę brak płynności.

Dzięki, chyba stworzę odmianę nie-konkursową ze scenami pośrednimi.

 

Wcześniej początek i koniec były w pierwszej osobie, przeoczyłem chyba w kilku miejscach. 

https://www.facebook.com/konserwatywnenarzekanie

Całkiem przyjemnie mi się czytało. Pierwszy fragment skutecznie zarzucił na mnie wędkę, byłem ciekaw świata przedstawionego oraz dalszego rozwoju wydarzeń. Zawiodła mnie niestety struktura tego opowiadania, bo okazało się składać z czterech, dość luźno powiązanych części, które niekoniecznie ze sobą współgrały.

Jak wspomniałem, zainteresował mnie świat przedstawiony, zwłaszcza kult Youltsena. Scena, gdy bohater przychodzi prosić o pracę dla syna, a automat zgadza się po chwili, sugerując jakieś chore rozwiązanie – zaskakująca, duży plus.

Ogólnie sporo tutaj takich pomniejszych plusików, które jakoś nie składają się w spójny, satysfakcjonujący produkt końcowy. Finał odebrałem jako pospieszny i zbyt oczywisty. Jest tu potencjał i podwaliny pod naprawdę ciekawą historię i może wystarczyło zdecydować się wykorzystać po prostu więcej znaków? Tak czy siak, lektura warta poświęconego czasu; dzięki za udział!

Pomysł nienowy, przemielony wielokrotnie. Ma potencjał, ale na zdecydowanie dłuższą formę. Tutaj mamy tylko migawki, nawet scena walki jest strasznie skrótowa.

Wykonanie też zostawia trochę do życzenia – nadmiar bohaterów, trochę kwadratowych wyrażeń, niewłaściwa przecinkologia.

Ciekawa próba, Autorze, ale jeszcze nie tym razem.

Słowa piosenki – aż nadto widoczne, bo użyto ich jako cytatów. Niespecjalnie szczęśliwy zabieg.

 

I obowiązkowe czepialstwo:

– „nie wydała nawet szmeru” – szmery się powoduje, nie wydaje;

– „Chłopacy popatrzyli po sobie” – chłopacy? To brzmi kulawo;

– „Przed nami wylądował transportowiec” – nami? A wcześniej narracja jest trzecioosobowa?

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Tak czy siak, lektura warta poświęconego czasu; dzięki za udział!

Dzięki serdeczne za wskazanie rzeczy do poprawy i za pochwały, dziękuję też za jurorowanie. Na pewno muszę się jeszcze dużo nauczyć.

 

Ciekawa próba, Autorze, ale jeszcze nie tym razem.

Dobrze, że ciekawa, na pewno długa droga przede mną. Dzięki też za uwagi na dole.

https://www.facebook.com/konserwatywnenarzekanie

No, nie popisał się ojciec… Trochę mnie dziwi, że zmodyfikowano mu pamięć. Dlaczego ktoś zadał sobie tyle trudu? Jeśli chodzi o ostrzeżenie chłopaka, to można go było szybciej łapać. Albo dorzucić ojca do puli. To by mogło urozmaicić polowanie.

Czas mi się rozjeżdża – zachodzi słoneczko, grają cykady. Czyli ciepły wieczór, kraj z cieplejszym klimatem niż nasz. A tu za chwilę bohaterom robi się zimno. A potem się okazuje, że jest siedemnasta. Eee?

Babska logika rządzi!

Wszyscy trzej stali skuleni wokół ogniska i milczeli.

Patrzyliśmy na niego dłuższą chwilę, nic nie mówiąc.

Oni czy my? To się powtarza w tekście.

Przyjemne :)

 

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka