- Opowiadanie: Edward Pitowski - Przyszłość, którą zabraliśmy

Przyszłość, którą zabraliśmy

Tekst be­to­wa­li: oidrin, Sa­ra­Win­ter i Radek za co jesz­cze raz ser­decz­nie im dzię­ku­ję!

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Przyszłość, którą zabraliśmy

1

 

Ludz­ka rzecz umie­rać. Re­pu­bli­ki rzecz ten fakt przy­spie­szać

Napis na murze Eko­lo­gicz­ne­go Sądu Bły­ska­wicz­ne­go

 

*

 

Śniło mu się, że ce­lu­je do cię­żar­nej ko­bie­ty.

Se­kun­dę póź­niej obu­dził się zlany potem. Było wcze­śnie rano, ale już pa­no­wał strasz­li­wy upał. Je­re­mi ru­szył do mo­te­lo­wej ła­zien­ki, ścią­gnął majt­ki i wszedł do wanny z brud­ną, let­nią wodą. Pod­cią­gnął ko­la­na i skrył twarz w dło­niach. Sie­dział tak długo.

W końcu wstał, wy­tarł się i wró­cił do po­ko­ju. Te­le­fon wi­bro­wał niemo. Na wy­świe­tla­czu dzie­więć nie­ode­bra­nych po­łą­czeń od nie­zna­ne­go nu­me­ru. Wes­tchnął, od­na­lazł pacz­kę i za­pa­lił pa­pie­ro­sa.

Od­chy­lił za­sło­ny i po­pa­trzył przez okno. Bil­bord tonął w bez­li­to­snym słoń­cu, przy­cią­ga­jąc po­now­nie jego uwagę. „Czu­jesz się źle?”, py­ta­ły czar­ne li­te­ry. „Nic nie­wart? Uwa­żasz, że je­steś nie­po­trzeb­ny i że to wszyst­ko bez sensu? Chyba masz rację. Śmierć to dobre roz­wią­za­nie. Szcze­gól­nie dla Cie­bie”.

Kon­tem­pla­cję ba­ne­ru, prze­rwał te­le­fon ko­mór­ko­wy, który po raz ko­lej­ny roz­błysł ma­to­wym świa­tłem. Ten sam nie­zna­ny numer. Ode­brał.

– Słu­cham?

– Je­re­mi? – spy­tał głos w słu­chaw­ce. – To ja.

– Czyli?

– Mi­ko­łaj. Twój brat – po­wie­dział tam­ten. Je­re­mi się roz­łą­czył i rzu­cił te­le­fon na łóżko. Dy­szał gło­śno i wpa­try­wał się w ko­mór­kę. Cze­kał. Po chwi­li te­le­fon za­dzwo­nił po­now­nie. Je­re­mi za­klął, cmok­nął, w końcu znowu ode­brał.

– Czego? – syk­nął.

– Oj­ciec… – za­czął Mi­ko­łaj i zaraz urwał.

– Co oj­ciec?

– Zmarł w ze­szłą środę. Jest po­grzeb. Pró­bo­wa­łem się do cie­bie do­dzwo­nić. – Przez chwi­lę mil­cze­li. Sły­chać było tylko dy­sze­nie Je­re­mie­go w słu­chaw­ce.

– My­śla­łem, że skoro je­steś na prze­pu­st­ce, to bę­dziesz chciał wziąć udział… – wzno­wił Mi­ko­łaj.

– Na prze­pu­st­ce… – po­wtó­rzył Je­re­mi, ale urwał i za­klął. Wes­tchnął i po­krę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem. – Nie mam za­mia­ru ni­g­dzie przy­cho­dzić.

Znowu mil­cze­nie. Jakby obaj wy­cze­ki­wa­li na coś, co nigdy się nie wy­da­rzy.

– Wiem, że nie chcesz. Wiem, że nie wi­dzie­li­śmy się od trzech lat, ale to na­praw­dę ważne – stwier­dził w końcu Mi­ko­łaj i za­wie­sił głos na chwi­lę. – Zresz­tą znam cię tro­chę, więc jutro pod­sta­wię sa­mo­chód. Obaj prze­cież wiemy, że przyj­dziesz.

A potem się roz­łą­czył bez po­że­gna­nia. Je­re­mi za­klął gło­śno. Chciał rzu­cić te­le­fo­nem, ale osta­tecz­nie kop­nął krzy­wy sto­lik, strą­ca­jąc pusty wazon. Huk i setka ka­wał­ków por­ce­la­ny roz­sy­pa­na na pod­ło­dze. Pod­niósł po­dusz­kę i przy­sta­wił sobie do twa­rzy. Długo w nią wrzesz­czał.

W końcu się opa­no­wał. Opu­ścił ra­mio­na wzdłuż ciała, jakby się cze­muś pod­da­wał. Te­le­fon po­now­nie roz­błysł ma­to­wym świa­tłem, oznaj­mia­jąc przy­by­cie nowej wia­do­mo­ści.

 

2

 

Eu­ro­pej­ska Agen­cja Wy­wia­dow­cza (EAW): cen­tral­na agen­cja zaj­mu­ją­ca się zbie­ra­niem i ana­li­zą in­for­ma­cji o pod­mio­tach fi­zycz­nych i praw­nych celem za­pew­nie­nia bez­pie­czeń­stwa w Eu­ro­pej­skiej Re­pu­bli­ce Eko­lo­gicz­nej. Po­dej­rze­wa się, że od kil­ku­na­stu lat głów­nym celem or­ga­ni­za­cji jest in­wi­gi­la­cja i re­pre­sja osób o nie­eko­lo­gicz­nych po­glą­dach.

 

Ar­chi­wal­ny frag­ment ar­ty­ku­łu z por­ta­lu fckecolog8y53r6t.onion

 

*

 

Na­stęp­ne­go dnia sa­mo­chód przy­je­chał punk­tu­al­nie o ósmej rano. Je­re­mi skoń­czył palić i wsiadł do auta. Ru­szy­li. Kie­row­ca nie od­zy­wał się ani nie ob­ra­cał w jego kie­run­ku.

Po­wo­li wy­jeż­dża­li z mia­sta. Po lewej pas pa­ne­li sło­necz­nych cią­gną­cych się aż po ho­ry­zont. Dalej fa­bry­ka syn­te­tycz­ne­go je­dze­nia, w od­da­li farmy wia­tra­ków. Przy dro­dze seria bil­bor­dów za­chwa­la­ją­ca bez­dziet­ność i ko­lej­ne pro­mu­ją­ce pa­pie­ro­sy, he­ro­inę, al­ko­hol. Leki na bazie benzodiazepiny i bar­bi­tu­ra­nów.

Je­re­mi pa­trzył na to bez­na­mięt­nym wzro­kiem. Elek­trycz­ny sa­mo­chód trze­ciej ge­ne­ra­cji nie wy­da­wał żad­ne­go dźwię­ku.

– Cisza przed burzą – szep­nął męż­czy­zna, za­my­ka­jąc oczy.

 

*

 

Go­dzi­nę póź­niej byli na miej­scu. Je­re­mi wy­siadł z sa­mo­cho­du i ru­szył w kie­run­ku cmen­ta­rza. Ty­sią­ce drzew po­sa­dzo­nych na cia­łach zmar­łych cią­gnę­ły się w nie­skoń­czo­ność. Obok nich bio­de­gra­do­wal­ne na­grob­ki, roz­pa­da­ją­ce się z cza­sem jak pa­mięć po sa­mych zmar­łych.

Po chwi­li do­strzegł Mi­ko­ła­ja, który mach­nął do niego ręką. Je­re­mi nie od­po­wie­dział w żaden spo­sób, tylko ru­szył w jego stro­nę. W nie­da­le­kim są­siedz­twie brata do­strzegł czte­rech dry­bla­sów, ochro­nia­rzy, któ­rzy przy­słu­gi­wa­li Mi­ko­ła­jo­wi ze wzglę­du na pia­sto­wa­ne przez niego sta­no­wi­sko.

Gdy się zrów­na­li, Je­re­mi nie ści­snął wy­cią­gnię­tej dłoni brata, tylko za­pa­lił pa­pie­ro­sa. Mi­ko­łaj się uśmiech­nął. Miał chudą twarz i gład­ko za­cze­sa­ne włosy. W zie­lo­nych oczach błą­dzi­ła pew­ność czło­wie­ka, który wie i może bar­dzo wiele.

Stali tak przez chwi­lę w mil­cze­niu. W końcu Je­re­mi skoń­czył palić i we­szli do środ­ka bu­dyn­ku, a potem do małej sali. W ja­snym, mi­ni­ma­li­stycz­nym po­miesz­cze­niu stało dwa­na­ście krze­seł, a przy ścia­nie zdję­cie ojca z czar­nym pa­skiem w pra­wym rogu. Usie­dli. Byli sami. Je­re­mi ner­wo­wo ru­szał nogą, Mi­ko­łaj zda­wał się opa­no­wa­ny. W po­wie­trzu tężał fetor po­przed­nich ża­łob­ni­ków, któ­re­go nie po­tra­fił zmyć nie­sku­tecz­ny eko­lo­gicz­ny de­ter­gent.

Do sali wszedł męż­czy­zna ubra­ny w czar­ną ko­szu­lę. Pod pa­cha­mi brud­ne plamy od potu, wi­docz­ne, nawet gdy miał opusz­czo­ne ręce. Ro­zej­rzał się do­oko­ła i zmarsz­czył brwi, wi­dząc tylko ich dwóch.

– To wszy­scy? – spy­tał.

– Tak – po­twier­dził Mi­ko­łaj. – Mo­że­my za­czy­nać.

Męż­czy­zna kiw­nął głową. Za­czął re­cy­to­wać ży­cio­rys ojca, naj­wy­raź­niej był mi­strzem ce­re­mo­nii, czy kimś po­dob­nym. Je­re­mi za­ci­skał zęby i pię­ści. Od­dy­chał cięż­ko, wpa­tru­jąc się w zdję­cie ojca.

W końcu pro­wa­dzą­cy skoń­czył i spy­tał, czy ktoś chce coś dodać. Je­re­mi prze­czą­co po­krę­cił głową, Mi­ko­łaj po chwi­li wa­ha­nia rów­nież. Mistrz przy­jął to ze zro­zu­mie­niem, wy­re­cy­to­wał koń­co­we zda­nie, prze­ka­zał zdję­cie ojca Mi­ko­ła­jo­wi i wy­szedł. Ru­szy­li za nim. Przed salką stała grupa ludzi ocze­ku­ją­cych na ko­lej­ny po­grzeb.

Wy­szli na ze­wnątrz. Przez chwi­lę mil­cze­li.

– No dobra – po­wie­dział w końcu Je­re­mi. – Mów i miej­my to z głowy. Nie rób ta­kiej miny, nie spo­tka­li­śmy się tu prze­cież przy­pad­kiem. Nie do­sta­łem prze­pust­ki przez jakiś ko­smicz­ny zbieg oko­licz­no­ści. Je­stem tu, bo chcesz, żebym tu był. Więc mów czego chcesz, ja ci od­mó­wię i bę­dzie­my mogli się ro­zejść.

– Wiesz Je­re­mi – za­czął Mi­ko­łaj. – Ja na­praw­dę się sta­ram. Ta roz­mo­wa mogła wy­glą­dać zu­peł­nie ina­czej. Nie mu­sia­łem pro­sić, nie mu­sia­łem do cie­bie wy­dzwa­niać. Mo­głem cię tu przy­wieźć w kaj­dan­kach z wor­kiem na gło­wie.

Je­re­mi mil­czał, za­ci­ska­jąc pię­ści.

– Ale tego nie zro­bi­łem. Bo to po­grzeb na­sze­go ojca. Bo je­ste­śmy ro­dzi­ną, może prze­klę­tą, ale jed­nak. A ten drugi powód to… – prze­rwał i przez chwi­lę jakby wa­rzył słowa. – Piotr znik­nął.

– Piotr znik­nął trzy lata temu.

– Ale teraz po­now­nie tra­fi­łem na jego ślad.

– No to mów. Co się z nim dzie­je? Gdzie jest?

– To nie­ste­ty tajne.

– Tajne? Nie no, ty na­praw­dę dobry je­steś.

– To chcesz wie­dzieć co się z nim dzie­je czy nie?

Je­re­mi otwo­rzył usta, by coś od­szczek­nąć, ale się po­wstrzy­mał. Długo wy­pusz­czał po­wie­trze, w końcu kiw­nął głową. Mi­ko­łaj od­chrząk­nął i za­czął mówić.

Przy­po­mniał jak Piotr wy­je­chał na An­tark­ty­dę, jak do­łą­czył do eks­pe­dy­cji zaj­mu­ją­cej się re­kon­struk­cją brył lo­do­wych, po tym, jak roz­stał się z Ma­ry­sią. Po tym, jak mu ją ukra­dłeś, dodał Je­re­mi, co brat skwi­to­wał wes­tchnie­niem. Potem Mi­ko­łaj opo­wie­dział, jak Piotr utrzy­my­wał re­gu­lar­ny kon­takt z byłą żoną i dzieć­mi, ale też jak ten kon­takt słabł z każ­dym ty­go­dniem i mie­sią­cem, aż w końcu zu­peł­nie się urwał.

Mi­ko­łaj użył wtedy swo­ich wpły­wów i po­twier­dził, że z Pio­trem wszyst­ko było w po­rząd­ku. Po pro­stu nie chciał już z nikim roz­ma­wiać.

Je­re­mi nie sko­men­to­wał, tylko słu­chał z za­ci­śnię­ty­mi zę­ba­mi.

– Trzy mie­sią­ce temu tra­fi­łem na jego zdję­cie – wzno­wił Mi­ko­łaj. – Piotr wy­glą­da na nim, jakby ktoś go tor­tu­ro­wał. Ma siwe włosy i ciało po­kry­te bli­zna­mi. Obok niego stoją człon­ko­wie So­ju­szu In­du­strial­nych Re­be­lian­tów.

– Je­steś pe­wien, że to on?

– Tak. Myślę, że jest kartą prze­tar­go­wą. I wkrót­ce wy­ko­rzy­sta­ją go, by mnie w jakiś spo­sób szan­ta­żo­wać.

– Nie wszyst­ko na świe­cie dzie­je się z two­je­go po­wo­du.

– Może nie wszyst­ko. Ale bar­dzo wiele.

– Zresz­tą co ja w ogóle mam z tym zro­bić? Czego ty ode mnie ocze­ku­jesz? Że co, po­ja­dę go szu­kać w to tajne miej­sce, któ­re­go nie chcesz mi nawet wy­ja­wić?

– Mniej wię­cej – po­twier­dził Mi­ko­łaj. – Za­bie­rzesz się z Zie­lo­ny­mi Służ­ba­mi pod przy­kryw­ką stan­dar­do­wej akcji wy­wia­dow­czej. I nie po­zwo­lisz im go zabić. Przy­pro­wa­dzisz go do mnie. A ja z nim po­roz­ma­wiam.

– Ze służ­ba­mi, co? Prze­cież obaj wiemy co to za akcje. Z nich nie przy­pro­wa­dza się jeń­ców.

– Tym razem bę­dzie ina­czej. Mu­sisz go tylko roz­po­znać.

– Nie ma mowy.

– To twój brat – stwier­dził po dłu­giej chwi­li Mi­ko­łaj. – Je­ste­śmy mu to winni.

– Ty na pewno. Ja nie­ko­niecz­nie. Zresz­tą… – urwał i się za­wa­hał. – Po­my­li­łeś mnie z kimś innym. Ja nie je­stem ni­czy­ją szan­są na nic.

Mi­ko­łaj chciał coś od­po­wie­dzieć, ale urwał, bo brat mach­nął ręką i od­szedł kilka kro­ków w bok. Drża­ły mu dło­nie, cały był po­chło­nię­ty przez jakiś niemy dygot, który zże­rał go od środ­ka.

Długo mil­cze­li. W końcu przy­je­chał sa­mo­chód. Je­re­mi wsiadł i ru­szył z po­wro­tem. Roz­sta­li się bez po­że­gna­nia, bez jed­ne­go słowa, bez jed­ne­go gestu.

 

3

 

Nie wiem, gdzie do­kład­nie je­steś i co tam w ogóle ro­bisz. Ja pra­cu­ję, w za­kła­dzie kar­nym przy prze­rób­ce śmie­ci. Mi­ko­łaj za­ła­twił mi ro­bo­tę, by uchro­nić przed śmier­cią. Nie wiem, czy to lep­sze niż śmierć. Chyba nie­spe­cjal­nie. To miej­sce to odbyt świa­ta, który po­tra­fi zła­mać każ­de­go. Mnie zła­mał dawno temu.

Mam na­dzie­ję, że Ci le­piej na tej An­tark­ty­dzie, że od­na­la­złeś tam spo­kój. Po tym, co zro­bi­li Mi­ko­łaj i Ma­ry­sia. Po tym, co zro­bi­li­śmy wszy­scy. Bo ja wi­dzia­łem, że mają się ku sobie. A raz na świę­ta, jak jesz­cze by­li­ście razem, wi­dzia­łem jak on i Twoja żona się ca­ło­wa­li.

Byłem pi­ja­ny i nie za­re­ago­wa­łam. Nie spy­ta­łem ich wtedy, co robią. Nie po­wie­dzia­łem nic Tobie. Nie zro­bi­łem awan­tu­ry. Nic nie zro­bi­łem.

Jak to o mnie świad­czy? Nie wiem, ale myślę, że nie naj­le­piej. Że bar­dzo źle. Bier­ność to naj­bar­dziej nie­do­ce­nia­nia forma skur­wy­syń­stwa.

 

Frag­ment wia­do­mo­ści ma­ilo­wej od Je­re­mie­go do Pio­tra prze­chwy­co­nej przez EAW dwa lata temu

 

*

 

Je­re­mi sie­dział w mo­te­lo­wym po­ko­ju. Opróż­niał bu­tel­kę ta­niej whi­sky i palił dru­gie­go skrę­ta, pró­bu­jąc się uspo­ko­ić.

Nagle z ko­ry­ta­rza do­bie­gły go hałas i krzy­ki. Wstał i po­pa­trzył przez ju­da­sza. Eko­lo­gicz­na po­li­cja wy­wle­ka­ła z po­ko­ju obok star­szą parę. Część wło­sów męż­czy­zny po­kry­wa­ła czar­na farba, którą za­pew­ne pró­bo­wał przy­kryć si­wi­znę. Je­re­mi pa­trzył na to przez chwi­lę. W końcu wszyst­ko się uspo­ko­iło.

Po­ło­żył się i pod­niósł z noc­nej szaf­ki stare zdję­cie. Cała ro­dzi­na razem. Oj­ciec, matka i ich trzech. Pierw­szy z lewej Piotr z za­ci­śnię­ty­mi jak zwy­kle usta­mi. Potem on i Mi­ko­łaj. Długo po­cie­rał frag­ment fo­to­gra­fii ze star­szym bra­tem.

Odło­żył zdję­cie i za­mknął oczy. Był pi­ja­ny i na­ćpa­ny. Zmę­czo­ny. Prze­wra­cał się z boku na bok przez ponad go­dzi­nę, aż w końcu udało mu się usnąć.

 

*

 

Mę­czy­ły go cięż­kie sny.

Naj­pierw o ojcu wci­śnię­tym do cia­sne­go po­cią­gu. Sie­dział sku­lo­ny, brud­ny i chudy w tłu­mie ludzi ta­kich sa­mych jak on. Se­nio­rów, któ­rzy prze­kro­czy­li sześć­dzie­siąt­kę i zde­cy­do­wa­li się na mor­der­czy obóz pracy, za­miast spo­koj­nej i bez­bo­le­snej eu­ta­na­zji, którą ofe­ro­wa­ła re­pu­bli­ka.

Potem prze­skok i Je­re­mi jest małym chłop­cem, któ­re­go oj­ciec bar­dzo mocno ude­rza czymś w brzuch. Prze­waż­nie nie był złym ro­dzi­cem, ale cza­sem mu­siał od­re­ago­wać za­ci­ska­ją­cą się na nim rze­czy­wi­stość. I wtedy bił spra­wie­dli­wie, jego, Pio­tra i Mi­ko­ła­ja – ich przy­rod­nie­go brata.

Potem scena jak Piotr po­sta­wił się po raz pierw­szy ojcu. Od tego mo­men­tu brał na sie­bie ciosy, przej­mo­wał i zbie­rał gniew, od­cią­gał od nich uwagę. Pa­trzy­li na niego z po­dzi­wem. Był ich bo­ha­te­rem. Potem, w ko­lej­nych la­tach, zma­lał, skur­czył się. Uby­wa­ło go po tro­chu.

Je­re­mi wy­rwał się ze snu z ło­mo­czą­cym ser­cem. Za­klął gło­śno i długo uspo­ka­jał od­dech. Po­ło­żył się znowu w mo­krej po­ście­li, ale już nie za­snął.

 

4

 

Prze­klę­ta ro­dzi­na. To dobre pod­su­mo­wa­nie. Bo jak to ina­czej na­zwać? Oj­ciec dzie­cię­cy bok­ser. Przy­rod­ni brat krad­ną­cy bratu żonę. I ja naj­czar­niej­sza owca wśród stada czar­nych owiec. Za­gu­bio­ny, po­szu­ku­ją­cy i nie­ustan­nie wście­kły. Jak­bym miał o co. Jak­bym się jesz­cze nie na­uczył.

Dziwi mnie cza­sem, że Mi­ko­łaj wy­słał wła­sne­go ojca do obozu śmier­ci, a nie po­win­no. To nawet nie miała być ze­msta. Tylko część planu. Wiel­kie­go planu Mi­ko­ła­ja. Miał głowę do ro­bie­nia lu­dziom krzyw­dy. Od za­wsze. Da­le­ko na tym za­szedł. I trze­ba mu oddać, że wszyst­ko za­wdzię­cza tylko sobie.

 

Frag­ment pa­mięt­ni­ka Je­re­mie­go zna­le­zio­ny w jego celi, w kar­nej sor­tow­ni śmie­ci

 

*

 

– Dzi­siaj koń­czy mi się prze­pust­ka – po­wie­dział Je­re­mi przez te­le­fon. – Poza tym muszę się mel­do­wać co dwa­na­ście go­dzin.

– Nie martw się, za­ła­twię to – uspo­ka­jał głos Mi­ko­ła­ja w słu­chaw­ce. – Sa­mo­chód już czeka.

– Skąd wie­dzia­łeś, że się zgo­dzę?

– Nie wie­dzia­łem. Po pro­stu mia­łem na­dzie­ję – od­po­wie­dział i przez chwi­lę mil­cze­li. W końcu chrząk­nął i dodał: – Słu­chaj, po­je­dzie z wami jesz­cze Bła­żej. On też znał Pio­tra. Po­mo­że ci do­ga­dać się z chło­pa­ka­mi ze służb.

– W po­rząd­ku – stwier­dził Je­re­mi i się roz­łą­czył. Za­klął gło­śno. – Bła­żej. Jesz­cze jego tu bra­ko­wa­ło.

 

*

 

Pół go­dzi­ny póź­niej Je­re­mi je­chał sa­mo­cho­dem. Pro­wa­dził ten sam kie­row­ca nie­mo­wa, co wcze­śniej. Mil­cze­li przez czte­ry go­dzi­ny jazdy i dwa po­sto­je. Po­ru­sza­li się bar­dzo wolno, bo tylko takie tempo było moż­li­we w sa­mo­cho­dzie elek­trycz­nym trze­ciej ge­ne­ra­cji. W końcu do­je­cha­li na pu­sty­nię, ja­ło­wą zie­mię, która kie­dyś tęt­ni­ła ży­ciem.

W od­da­li po­go­rze­li­sko daw­ne­go świa­ta. Roz­pa­da­ją­ce się bu­dyn­ki, sucha zie­mia, mar­twe drze­wa. Na jed­nym z blo­ków ogrom­ny wy­bla­kły napis: „To wszyst­ko nasza wina”. Je­re­mi w ciszy kon­tem­plo­wał ten obraz. Przez chwi­lę zda­wa­ło mu się, że sły­szy jakiś od­głos, jakby śpiew ptaka, ale wie­dział, że to tylko miraż, po­nu­re echo nie­ist­nie­ją­ce­go świa­ta.

Nic tu już prze­cież nie żyło.

Pięć minut póź­niej na miej­sce przy­je­cha­ła czar­na fur­go­net­ka. Wy­siadł z niej po­staw­ny męż­czy­zna z wło­sa­mi przy­pró­szo­ny­mi si­wi­zną. Mimo że nie wi­dzie­li się od lat, Je­re­mi bez trudu po­znał Bła­że­ja. Po­da­li sobie dło­nie i nie­zgrab­nie przy­wi­ta­li. Wsie­dli do fur­go­net­ki. Sa­mo­chód miał tak ciem­ne szyby, że na ze­wnątrz nie było nic widać. Bła­żej mil­czał, Je­re­mi otwo­rzył usta, by coś po­wie­dzieć, ale uprze­dził go te­le­fon.

Ode­brał.

– Gdzie ty je­steś? – spy­tał głos w ko­mór­ce. Je­re­mi roz­po­znał swo­je­go szefa, kie­row­ni­ka z sor­tow­ni śmie­ci.

– Jak to gdzie? Jadę do…

– Nie ob­cho­dzi mnie, gdzie je­dziesz. Chcę wie­dzieć, czemu cię tu nie ma.

– Nie dzwo­ni­li do cie­bie? Mi­ko­łaj miał…

– Jaki Mi­ko­łaj? O czym ty mó­wisz? Ja chcę wie­dzieć, o któ­rej tu bę­dziesz!

– Nie mam po­ję­cia.

– Co?

– Po­wie­dzia­łem, że nie mam po­ję­cia – stwier­dził i urwał po­łą­cze­nie. Od­dy­chał cięż­ko, w końcu spoj­rzał na to­wa­rzy­sza po­dró­ży, który wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie martw się – uspo­ko­ił Bła­żej. – Mi­ko­łaj to za­ła­twi.

Je­re­mi po­ki­wał głową i par­sk­nął.

– A więc to tak – stwier­dził cicho. Bła­żej nie sko­men­to­wał. Elek­trycz­ny sa­mo­chód nie na­ru­szał ciszy.

 

*

 

Je­cha­li w mil­cze­niu przez ko­lej­ną go­dzi­nę. Bła­żej uni­kał wzro­ku Je­re­mie­go, ten z kolei pró­bo­wał coś doj­rzeć przez czar­ne szyby, które sku­tecz­nie blo­ko­wa­ły wi­docz­ność.

– Gdzie je­dzie­my? – spy­tał w końcu Je­re­mi.

– Po służ­by.

– A potem?

– Na akcję.

– A kon­kret­niej?

– Kon­kret­niej nie mogę. Ja po pro­stu mam z tobą nie gadać. Mam mówić tylko to, co mu­sisz wie­dzieć.

Je­re­mi wes­tchnął w od­po­wie­dzi. Je­cha­li dalej w mil­cze­niu.

 

*

 

Dwie go­dzi­ny póź­niej sta­nę­li. Drzwi fur­go­net­ki się otwo­rzy­ły i do środ­ka we­szło ośmiu po­tęż­nych męż­czyzn z wiel­ki­mi tor­ba­mi. Po ry­sach twa­rzy roz­po­zna­wał Hisz­pa­nów lub Wło­chów i kilku sze­ro­ko po­ję­tych Sło­wian.

Szep­ta­li po an­giel­sku, klęli po swo­je­mu. Ostrzy­że­ni na krót­ko, z gę­sty­mi bro­da­mi. Ta­tu­aże na umię­śnio­nych ra­mio­nach. Czar­ne jed­no­li­te uni­for­my bez żad­nych ozna­czeń czy in­sy­gniów. Pół­księ­ży­ce brudu za pa­znok­cia­mi. Smród nie­my­te­go ciała, który mo­men­tal­nie wy­peł­nił wnę­trze.

Krój ich uni­for­mów zmie­nił się nieco, odkąd Je­re­mi je pa­mię­tał, ale nie było wąt­pli­wo­ści, że to Zie­lo­ne Służ­by Spe­cjal­ne.

– Te­le­fon! – wark­nął jeden z nich do Je­re­mie­go po an­giel­sku. Miał kru­czo­czar­ną brodę i są­dząc po spo­so­bie po­ru­sza­nia się, był ich do­wód­cą. Je­re­mi oddał ko­mór­kę, tam­ten wy­łą­czył ją i scho­wał do czar­ne­go fu­te­ra­łu, który na­stęp­nie za­mknął na klucz. Potem usiadł na naj­dal­szym z moż­li­wych miejsc.

Bła­żej od­wró­cił wzrok. Je­re­mi chciał o coś spy­tać, ale dał sobie spo­kój. To nie było roz­mow­ne to­wa­rzy­stwo. Za­po­wia­da­ła się długa, cicha trasa.

 

5

 

Nie wiem, czy czy­tasz te wia­do­mo­ści. Nie od­po­wia­dasz, ale to w po­rząd­ku. Może nawet le­piej. Jesz­cze byś na­pi­sał coś, czego nie chcę wiedzieć. Ja będę pisał i tak.

My­ślisz cza­sem o Mi­ko­ła­ju? Ja myślę czę­ściej, niż bym chciał. Naj­bar­dziej mnie za­sta­na­wia jedna rzecz. Czy w życiu mu się uło­ży­ło dla­te­go, że był z in­ne­go ojca? Że to inna krew. Że nie był ska­żo­ny na­szym sta­rym jak my dwaj? Czy gadam głu­po­ty? Pew­nie gadam. Na pewno tak.

Prze­cież się z nami wy­cho­wy­wał i do­sta­wał lanie tak samo, jak my. Był z in­ne­go ojca, ale trak­to­wa­no go równo. Przy­naj­mniej pod tym wzglę­dem. Zresz­tą czemu krew mia­ła­by co­kol­wiek de­ter­mi­no­wać? To głu­pie ga­da­nie. Wiem. Nie zdzi­wił­bym się, jeśli tego nie czy­tasz. Bo piszę same głu­po­ty. Ale będę pisał dalej.

Bo do­brze się z Tobą roz­ma­wia.

 

Frag­ment wia­do­mo­ści ma­ilo­wej od Je­re­mie­go do Pio­tra prze­chwy­co­nej przez EAW trzy­na­ście mie­się­cy temu.

 

*

 

Je­cha­li długo i wolno. W ciągu dnia za­trzy­my­wa­li się nie­mal równo co sześć go­dzin. Wy­sia­da­li, jedli i ła­do­wa­li aku­mu­la­to­ry sa­mo­cho­du elek­trycz­ne­go. Czę­sto cze­ka­li ponad go­dzi­nę, aż pa­ne­le sło­necz­ne na dachu wy­ła­pią wy­star­cza­ją­co dużo ener­gii, by móc ru­szyć dalej.

Nie miał po­ję­cia, dokąd zmie­rza­li. Wszę­dzie były pu­sty­nie, zie­mie ja­ło­we, które po­wsta­ły w ostat­nich dzie­się­cio­le­ciach. Ra­chu­nek wy­sta­wio­ny przez na­tu­rę. Smut­ne dzie­dzic­two ludz­ko­ści. Bez­kre­sne nie­na­da­ją­ce się do życia miej­sca.

Mogli być gdzie­kol­wiek.

Nikt nie pre­cy­zo­wał celu po­dró­ży, a on prze­stał już pytać. Naj­wy­raź­niej miał wie­dzieć jak naj­mniej. Nie roz­po­czy­nał więc roz­mów. Sku­pił się na słu­cha­niu.

Bła­żej szyb­ko zna­lazł sobie in­ne­go roz­mów­cę: ły­se­go dry­bla­sa, z wi­docz­ny­mi śla­da­mi po nie­za­le­czo­nej ospie. Mówił mu o rze­czach po­wszech­nych i wia­do­mych, a tam­ten słu­chał, albo sku­tecz­nie to uda­wał.

– Bo ty może nie pa­mię­tasz – wy­ja­śniał Bła­żej. – Ty mo­żesz nie pa­mię­tać tych dzie­cia­ków, które kie­dyś wrzesz­cza­ły o eko­lo­gii, które straj­ko­wa­ły, pła­ka­ły i wyły z bez­sil­no­ści, bo nikt nie trak­to­wał ich po­waż­nie, a za szczyt suk­ce­su uzna­wa­li po­ja­wie­nie się w te­le­wi­zji za­miast prze­rwy na re­kla­mę. Ale tak nas wtedy trak­to­wa­no. Więc kry­li­śmy się po ką­tach i ro­śli­śmy w siłę, a w gło­wie pu­chła nam tylko jedna myśl: jak ich wszyst­kich obe­drzeć ze skóry, za to, co nam za­bra­li.

A potem się za­czę­ło, z przy­tu­pem, od zor­ga­ni­zo­wa­nej eg­ze­ku­cji pre­ze­sów firm, które dalej ge­ne­ro­wa­ły naj­wię­cej za­nie­czysz­czeń do at­mos­fe­ry – prze­rwał na chwi­lę, nie pa­trząc na roz­mów­cę. Ospo­wa­ty miał bez­na­mięt­ny wyraz twa­rzy.

– Pla­no­wa­li­śmy to od dawna – wzno­wił Bła­żej. – Ale bra­ko­wa­ło nam od­wa­gi. Ale gdy w końcu za­czę­li­śmy, to już na dobre się roz­krę­ci­li­śmy. I to wła­śnie my, ci eko­lo­dzy, we­ga­nie i le­wa­cy w rur­kach zgo­to­wa­li­śmy naj­więk­szy ar­ma­ge­don w dzie­jach ludz­ko­ści.

Bła­żej urwał, by upić wody z ma­nier­ki.

– Ale to była i jest je­dy­na droga – kon­ty­nu­ował. – Wziąć za pysk, urżnąć ręce i po­wie­dzieć: teraz ja rzą­dzę. Bo nikt, ro­zu­miesz, nikt na to nie zwa­żał. To nie jest tak, że my za­snę­li­śmy za kół­kiem, że coś nam umknę­ło. My świa­do­mie, na peł­nej kur­wie, wje­cha­li­śmy w mur, do­ci­ska­jąc w ostat­nich se­kun­dach gaz do dechy.

Bła­żej kon­ty­nu­ował, mówił coraz gło­śniej, plu­jąc dro­bin­ka­mi śliny na za­koń­cze­nie każ­de­go zda­nia.

– Bo mało było zna­ków ostrze­gaw­czych? Wojny wodne od dwu­dzie­ste­go dzie­wią­te­go? Kry­zys ży­wie­nio­wy kilka lat póź­niej? Dwa wiel­kie kry­zy­sy kli­ma­tycz­ne i ty­sią­ce spo­tkań na szczy­tach wła­dzy, które nic nie zmie­ni­ły. Co z tego, że już wtedy je­dli­śmy sztucz­ne mięso, ge­ne­tycz­nie mo­dy­fi­ko­wa­ne wa­rzy­wa i ro­ba­le przy­rzą­dzo­ne na ty­siąc spo­so­bów. Co z tego, że morza za­to­pi­ły mnó­stwo te­re­nów. Co z tego, że mie­li­śmy takie mi­gra­cje kli­ma­tycz­ne, że nagle wszy­scy za­po­mnie­li słowa hu­ma­ni­ta­ryzm. My za­wsze orien­tu­je­my się za późno i re­agu­je­my za słabo. Jak­by­śmy się bali, że mo­że­my ze­psuć pa­lą­cy się dom.

I tak dalej. Szum jego głosu uspo­ka­jał. Ko­ją­ce dzia­ła­nie beł­ko­tu, te­ra­pia przez sło­wo­tok. Może to był jakiś spo­sób, by prze­trwać nie­koń­czą­ce się go­dzi­ny tej cho­ler­nej po­dró­ży?

 

*

 

Wle­kli się po po­zo­sta­ło­ściach daw­nych dróg, strzę­pach znisz­czo­ne­go i od­kształ­co­ne­go as­fal­tu. Sta­nę­li po pra­wie dwu­dzie­stu go­dzi­nach. Wy­szli w noc, w ciem­ność, w upał. Byli na ko­lej­nej pu­sty­ni. Isaac, czar­no­bro­dy Hisz­pan, ten, który za­brał Je­re­mie­mu te­le­fon, roz­ma­wiał cicho z Bła­że­jem. W końcu ten ostat­ni po­twier­dził głową.

– Idzie­my! – za­rzą­dził czar­no­bro­dy po an­giel­sku i od­dział wy­szedł z fur­go­net­ki. Za­ło­ży­li nok­to­wi­zo­ry, do­pię­li ke­vla­ro­we ka­mi­zel­ki, spraw­dzi­li ka­ra­bi­ny i łącz­ność. Potem ru­szy­li przed sie­bie w usta­lo­nym kie­run­ku. Je­re­mi ob­ser­wo­wał od­da­la­ją­ce się syl­wet­ki, aż zu­peł­nie znik­nę­ły w ciem­no­ściach nocy. Bła­żej stał obok i rów­nież pa­trzył w ich stro­nę.

– My­śla­łem, że mam być obec­ny na akcji – stwier­dził Je­re­mi. – Żeby roz­po­znać Piotr­ka.

– Tutaj to nie ma sensu. Za wcze­śnie. Na pewno go tu nie ma.

– To zna­czy, że wie­cie, gdzie jest?

– Mniej wię­cej.

– Czyli? – do­py­tał Je­re­mi, ale Bła­żej tylko po­krę­cił głową i udał, że za­pi­na usta zam­kiem bły­ska­wicz­nym. Uśmiech­nął się, a Je­re­mi wes­tchnął.

Cze­ka­li. Noc była dusz­na i zda­wa­ło się im, że są w ja­kiejś wolno go­tu­ją­cej się zupie. Potem usły­sze­li przy­tłu­mio­ny strzał, po któ­rym na­stą­pi­ły ko­lej­ne serie, ni­czym ciche kla­śnię­cia. Kilka minut póź­niej żoł­nie­rze wró­ci­li w peł­nym skła­dzie.

– I jak? – spy­tał Bła­żej.

– Sied­miu pod zie­mią – od­po­wie­dział Isaac.

– Szyb­ko po­szło – skwi­to­wał Bła­żej, na co tam­ten wzru­szył ra­mio­na­mi. We­szli do sa­mo­cho­du i ru­szy­li dalej.

 

6

 

Po­my­sły do prze­dys­ku­to­wa­nia:

Za­ka­zać te­ra­pii psy­chia­trycz­nej i psy­cho­lo­gicz­nej

Wzmoc­nić pro­mo­cję i do­stęp­ność al­ko­ho­lu, opio­idów, bar­bi­tu­ra­nów i całej resz­ty

Roz­po­cząć prze­ka­zy pod­pro­go­we o sa­mo­bój­czym pod­tek­ście

Wy­zna­czyć sześć­dzie­siąt lat jako gra­nicz­ny wiek. Po upły­wie wybór: albo eu­ta­na­zja, albo obóz pracy o eks­tre­mal­nych wa­run­kach

Karne sor­tow­nie śmie­ci za­miast wię­zień

Zwięk­sze­nie po­dat­ków od po­tom­stwa

Na­ło­że­nie o wiele bar­dziej dra­stycz­nych kar za lek­kie prze­stęp­stwa eko­lo­gicz­ne

 

Frag­ment ko­re­spon­den­cji Mi­ko­ła­ja do kie­row­nic­twu re­pu­bli­ki. Prze­chwy­co­ny i opu­bli­ko­wa­ny na stro­nie fckecolog8y53r6t.onion trzy lata temu

 

*

 

Po­stój, wy­marsz, bły­ska­wicz­na eks­ter­mi­na­cja i szyb­ki po­wrót. Po­wta­rza­li to jesz­cze kil­ka­krot­nie przez ko­lej­ne dwie doby. Zdaw­ko­wa wy­mia­na zdań po­mię­dzy czar­no­bro­dym i Bła­że­jem, któ­rzy wy­glą­da­li, jakby nu­dzi­ły ich te eli­mi­na­cje.

Je­cha­li dalej.

 

*

 

Na ko­lej­nym po­sto­ju było ina­czej. Gdy zo­sta­li sami, po tym, jak żoł­nie­rze już się od­da­li­li, Bła­żej prze­ka­zał Je­re­mie­mu ke­vla­ro­wą ka­mi­zel­kę i nok­to­wi­zor.

– Idzie­my – rzekł, a potem wrę­czył mu pi­sto­let. – Tylko nas nie po­za­bi­jaj.

Ru­szy­li. Noc była jesz­cze cie­plej­sza niż po­przed­nia i Je­re­mi czuł, jak pod­ko­szu­lek lepi się od potu. W nok­to­wi­zo­rze pu­sty­nia to­nę­ła w zie­lo­nych od­cie­niach. Nie­mal pła­ska, po­zba­wio­na cze­go­kol­wiek aż po ho­ry­zont. Co tu niby miało być?

Bła­żej dał znak i za­czę­li się czoł­gać. Je­re­mi od­dy­chał cięż­ko, prze­kli­na­jąc wszyst­kie pa­pie­ro­sy świa­ta. Sucha i szorst­ka zie­mia. Dziw­ny za­pach w po­wie­trzu. Po­wo­li po­su­wa­li się do przo­du.

W końcu doj­rze­li Isa­aca, który po­ka­zał im pod­nie­sio­ny kciuk. Wsta­li, otrze­pa­li się i ru­szy­li w jego kie­run­ku. Wska­zał im dziu­rę w ziemi. We­szli do środ­ka i dalej na dół, po wą­skich wy­drą­żo­nych w ziemi scho­dach.

Wkro­czy­li w słabo oświe­tlo­ną prze­strzeń. Smród krwi, śmier­ci i eks­kre­men­tów. Je­re­mi zdjął nok­to­wi­zor i zo­ba­czył czer­wo­ne ślady na ścia­nach i od­no­gach licz­nych ko­ry­ta­rzy, które roz­cho­dzi­ły się z głów­ne­go po­miesz­cze­nia. Pod naj­szer­szą ścia­ną klę­czał męż­czy­zna. Obok niego stał ospo­wa­ty z bro­nią go­to­wą do strza­łu. Nad nimi, na ścia­nie wid­niał ulu­bio­ny slo­gan re­be­lian­tów: „Pier­do­lić eko­lo­gię”.

Je­re­mi pod­szedł bli­żej i przez chwi­lę pa­trzył na poj­ma­ne­go męż­czy­znę.

– To nie on – stwier­dził w końcu Je­re­mi. – Gdzie resz­ta?

– Nie pa­so­wa­ła – od­po­wie­dział ospo­wa­ty.

– Nie pa­so­wa­ła?! A skąd wy mo­że­cie to wie­dzieć?

– Spo­koj­nie – mi­ty­go­wał Bła­żej. – Oni wie­dzą, co robią – Je­re­mi chciał mu od­py­sko­wać, ale nagle klę­czą­cy za­czął się drzeć.

– To nie wy szu­ka­cie jego! To on szuka was. Czeka na was!

– Znowu za­czy­na – stwier­dził ospo­wa­ty.

– Nie macie po­ję­cia, kogo szu­ka­cie – cią­gnął klę­czą­cy. – Nie macie po­ję­cia, kim on jest, na kogo wy­rósł, w kogo się prze­obra­ził!

Krzy­czał coś jesz­cze przez chwi­lę, a potem ze­rwał się z kolan, ode­pchnął ospo­wa­te­go i sko­czył na Je­re­mie­go z krót­kim nożem wy­cią­gnię­tym nie wia­do­mo skąd. Je­re­mi od­sko­czył, kop­nął z ca­łych sił prze­ciw­ni­ka i oddał trzy strza­ły, dwa w klat­kę, trze­ci w głowę.

Przez chwi­lę nikt nic nie mówił ani się nie po­ru­szał.

– Kurwa mać! – wrza­snął Isaac. – Jak go spraw­dza­li­ście?! – A potem krzy­czał coś dalej, ale Je­re­mie­mu to umknę­ło. Usiadł na ziemi i przez kil­ka­dzie­siąt se­kund pa­trzył w ścia­nę, pró­bu­jąc opa­no­wać od­dech.

 

7

 

Nie wiem, czemu to piszę. To po­dob­no po­ma­ga. Może fak­tycz­nie tak jest. Co mnie teraz boli? Nie wiem. Chyba wszyst­ko. Więk­szość myśli to kłu­ją­ce pu­łap­ki. Nie wiem, jak można ni­cze­go nie ża­ło­wać. Ja ża­łu­ję wszyst­kie­go.

Cią­gle śnię o tej ko­bie­cie. Tej w ciąży, któ­rej nie za­bi­łem. Pa­mię­tam jej wyraz twa­rzy. Wrył mi się w pa­mięć. Nigdy mi nie po­dzię­ko­wa­ła. Bo mnie przej­rza­ła. Wie­dzia­ła, że ura­to­wa­łem ją ze stra­chu. Ze stra­chu przed tym, kim się stanę, jak po­cią­gnę za spust. Mądra była z niej ko­bie­ta. Na pewno mą­drzej­sza ode mnie.

Bar­dzo czę­sto o niej śnię i mnie to męczy. Bo prze­cież jej nie ura­to­wa­łem. Od­wle­ka­łem tylko to w nie­uchron­ne. To nie­wie­le. Tyle, co nic. Choć ona twier­dzi­ła, że to bar­dzo dużo. Że to wła­ści­wie je­dy­ne co mo­że­my zro­bić.

Uciec przed nie­unik­nio­nym, choć na jedną noc.

 

Frag­ment pa­mięt­ni­ka Je­re­mie­go zna­le­zio­ny w jego celi w kar­nej sor­tow­ni śmie­ci

 

*

 

– Już nikt inny nie chce cię słu­chać? – spy­tał Je­re­mi, gdy Bła­żej usiadł obok niego. – A co z tym roz­ka­zem, który za­bra­nia ci ze mną gadać?

Tam­ten wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Naj­wy­raź­niej wy­czer­pa­łem limit na jego słu­cha­nie.

– Na twoim miej­scu bym ze mną nie roz­ma­wiał. Cały od­dział pa­trzy na mnie, jak­bym im wy­ma­zał ro­dzi­nę trzy po­ko­le­nia wstecz. Na­ra­zisz im się.

– Po pro­stu są nie­uf­ni. Sły­sze­li o tobie te wszyst­kie hi­sto­rie.

– Jakie hi­sto­rie?

– No różne. Że jak byłeś w służ­bach, za­bi­łeś swój od­dział. Że spi­sko­wa­łeś z wro­giem, że tor­tu­ro­wa­łeś swo­ich, ale za­miast cię za to zabić, to ze­sła­no cię do kar­nej sor­tow­ni śmie­ci, bo masz plecy. Bo twój brat jest Se­kre­ta­rzem Stanu w Kan­ce­la­rii Re­pu­bli­ki i ci to za­ła­twił, co w sumie do ja­kie­goś stop­nia jest praw­dą.

– Cie­ka­we.

– No może i cie­ka­we – stwier­dził Bła­żej, mie­rząc go wzro­kiem. – Ale ja wiem, co zro­bi­łeś i to wcale nie jest strasz­ne, tylko śmiesz­ne. Bo ty nie tylko nie za­bi­łeś tej ko­bie­ty w ciąży, nie tylko nie wy­ko­na­łeś roz­ka­zu, ale rów­nież ukry­wa­łeś ją przez kilka ty­go­dni. Przy­wią­za­łeś się do niej, bo może aku­rat mu­sia­łeś się wtedy do kogoś przy­wią­zać, a jej wdzięcz­ność po­my­li­łeś z ja­kimś uczu­ciem, z ja­kimś cie­płem. I trwa­ło to wszyst­ko ze dwa mie­sią­ce. A potem i tak was zła­pa­li, a ona do­sta­ła kulkę. Więc po co ci to było?

Je­re­mi pa­trzył na roz­mów­cę z za­ci­śnię­ty­mi zę­ba­mi. W jego wzro­ku było coś ta­kie­go, co ka­za­ło Bła­że­jo­wi się cof­nąć.

– Nie wiem – stwier­dził w końcu Je­re­mi. – Może po pro­stu nie za­bi­ja się ko­biet w ciąży.

– To było jej czwar­te dziec­ko. Sama pod­pi­sa­ła na sie­bie wyrok. Takie mamy prawo.

– Iry­tu­je mnie takie ga­da­nie.

– Wiem.

– A i tak słowa wy­cho­dzą ci z ust.

– Jezu Je­re­mi. Czy nie mo­że­my po­roz­ma­wiać jak sta­rzy kum­ple?

– Nie je­ste­śmy sta­ry­mi kum­pla­mi.

– My je­ste­śmy prze­cież de­fi­ni­cją sta­rych kum­pli – za­śmiał się Bła­żej. – Co, może nie pa­mię­tasz, jak za ma­ło­la­ta roz­ma­wia­li­śmy o kry­zy­sie eko­lo­gicz­nym do póź­nych go­dzin? Wtedy gdy po­dzie­la­łeś te same po­glą­dy co ja.

– Do póź­nych go­dzin to myśmy pili wódkę. Byłem młody, to prze­ciw cze­muś mu­sia­łem się bun­to­wać. To, że ty do­ro­słeś i dalej w to wie­rzysz, to nie wiem jak okre­ślić.

Bła­żej po­krę­cił głową i par­sk­nął.

– Dalej nie­na­wi­dzisz ca­łe­go świa­ta, co? – stwier­dził po chwi­li.

– Na nic in­ne­go nie za­słu­gu­je – od­parł Je­re­mi, za­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa. Pa­trzy­li przez chwi­lę w mil­cze­niu, jak dym wę­dru­je w niebo usia­ne gwiaz­da­mi. Wy­mie­ni­li jesz­cze kilka zdań, ale w końcu czar­no­bro­dy za­rzą­dził zbiór­kę i ru­szy­li dalej.

 

8

 

Bio­rąc pod uwagę fakt, że wszel­kie te­ra­pie są obec­nie ka­ral­ne, a środ­ki prze­ciw­de­pre­syj­ne prak­tycz­nie nie­do­stęp­ne za­le­ca­my tak zwane pi­sa­nie eks­pre­syw­ne. Me­to­da ta, jak sama nazwa wska­zu­je, po­le­ga na re­gu­lar­nym pi­sa­niu o rze­czach oso­bi­stych, in­tym­nych i czę­sto trau­ma­tycz­nych.

Klu­czo­wym za­ło­że­niem tej me­to­dy jest pi­sa­nie dla sie­bie, a więc no­tat­ki takie nie po­win­ny być prze­zna­czo­ne do czy­ta­nia przez osoby po­stron­ne. Me­to­da ta ma swoje po­twier­dze­nia w ba­da­niach z lat dzie­więć­dzie­sią­tych a w obec­nej sy­tu­acji to wła­ści­wie je­dy­ny do­stęp­ny śro­dek te­ra­peu­tycz­ny.

Dla­te­go szcze­rze ją re­ko­men­du­je­my. Po­ni­żej lista za­ło­żeń i prak­tycz­nych kro­ków…

 

Frag­ment re­ko­men­da­cji Pod­ziem­ne­go To­wa­rzy­stwa Psy­chia­trycz­ne­go „Nadal warto" opu­bli­ko­wa­ne­go na stro­nie fckecolog8y53r6t.onion

 

*

 

Mi­ja­ły ko­lej­ne go­dzi­ny. Je­re­mi od ja­kie­goś czasu trzy­mał się za głowę i brzuch. Twarz wy­krzy­wiał mu gry­mas. Bła­żej spy­tał go, czy wszyst­ko w po­rząd­ku, na co tam­ten skła­mał, że tak.

Za­trzy­ma­li się nagle, tak że za­trzę­sło fur­go­net­ką. Isaac zmarsz­czył brwi, kiw­nął głową do ospo­wa­te­go. Ten ostat­ni za­krę­cił gałką i struk­tu­ra okna zmie­ni­ła się, z czar­nej na prze­zro­czy­stą, uka­zu­jąc widok na ze­wnątrz. Był śro­dek dnia, znowu byli na pu­sty­ni. Roz­glą­da­li się, ale nie do­strze­gli ni­ko­go wokół sa­mo­cho­du.

Czar­no­bro­dy za­wo­łał kie­row­cę, ale tam­ten nie od­po­wie­dział. Dwóch żoł­nie­rzy wy­ce­lo­wa­ło w drzwi, resz­ta wy­cią­gnę­ła broń w go­to­wo­ści. Bła­żej mru­gnął do Je­re­mie­go i uśmiech­nął się ner­wo­wo.

Je­re­mi ukląkł. Chwy­cił się za brzuch, za­czął char­czeć, jakby miał zwy­mio­to­wać. Ktoś wrza­snął, ktoś prze­klął, roz­le­gły się strza­ły. Je­re­mi upadł na zie­mię i za­czął krzy­czeć. Od­ru­cho­wo się­gnął po pi­sto­let i wy­ce­lo­wał przed sie­bie.

W końcu prze­stał wrzesz­czeć. Otwo­rzył oczy. Dzie­więć nie­ru­cho­mych ciał. Z ust, nosa i uszu pły­nę­ły im struż­ki krwi. Spraw­dził puls, od­dech. Nie żyli. Isaac, ospo­wa­ty i Bła­żej. Cała resz­ta. Wszy­scy byli mar­twi.

Ale nie. Jeden z nich nadal coś char­czał.

– To jakiś gaz albo broń che­micz­na – stwier­dził Je­re­mi, przy­su­wa­jąc się do niego. – Mu­si­my się stąd za­bie­rać – dodał, ale już nie miał do kogo. Tam­ten leżał nie­ru­cho­mo z wy­wró­co­ny­mi ocza­mi.

Je­re­mi za­klął brzyd­ko. Pod­niósł ka­ra­bin, na­ło­żył ka­mi­zel­kę i za­czął prze­szu­ki­wać fur­go­net­kę. W końcu zna­lazł. Na­ło­żył na twarz maskę prze­ciw­ga­zo­wą i klęk­nął, ce­lu­jąc w drzwi. Otwo­rzył je i wy­mie­rzył w miej­sca, gdzie spo­dzie­wał się prze­ciw­ni­ków. Ni­ko­go nie było. Wy­sko­czył z sa­mo­cho­du i wszedł pod niego. Ro­zej­rzał się na boki. Prawo, lewo. Nic. Mu­sie­li strze­lać z da­le­ka.

Wy­cze­ki­wał. Był śro­dek dnia i upał mo­men­tal­nie do­kle­ił mu pod­ko­szu­lek do ple­ców. W końcu do­strzegł ma­ja­czą­cą w od­da­li po­stać. Wy­ce­lo­wał i wy­strze­lił. Raz, drugi. Tam­ten padł. Je­re­mi cze­kał dalej, roz­glą­da­jąc się po oko­li­cy.

Po pół go­dzi­nie wy­grze­bał się spod sa­mo­cho­du. Po­pa­trzył do­oko­ła. Ni­ko­go. Nagle po­czuł jak ktoś z góry przy­ło­żył mu me­ta­lo­wy, roz­grza­ny przed­miot do głowy.

– Jak dziec­ko – stwier­dził, a potem coś go ude­rzy­ło i stra­cił przy­tom­ność.

 

9

 

Coś mnie zjada. Od dawna. Po­wo­li i me­to­dycz­nie. Skru­pu­lat­nie. Cal po calu. Dziw­nie mieć świa­do­mość tej cho­ro­by. Czy ja w ogóle je­stem chory? Nie wiem. Mam wra­że­nie pew­nej sym­bio­zy. Jakby to coś mnie czy­ta­ło. Jakby jadło mój gniew. Rosło na nim. Wy­ra­sta­ło na coś po­tęż­ne­go. Więk­sze­go niż ja sam. To pewne.

Czuję, że zbli­ża się ko­niec. Wy­czer­pał się mój czas. I siły wi­tal­ne. I…

(seria nie­zro­zu­mia­łych zna­ków)

Czy zo­sta­łem opę­ta­ny przez ko­smicz­ną moc? Albo cho­ro­bę? Albo…

(seria zna­ków, część na­pi­sa­na krwią)

To i tak bez zna­cze­nia. Teraz cze­kam, aż on przyj­dzie i dam mu wszyst­ko, na co za­słu­żył. Oboje mu damy.

 

No­tat­ka Pio­tra za­pi­sa­na cha­otycz­nym pi­smem na brud­nej kart­ce pa­pie­ru, zna­le­zio­na przez EAW w sie­dzi­bie In­du­strial­nych Re­be­lian­tów

 

*

 

– Otwórz oczy Je­re­mi – po­wie­dział ktoś. Miał szorst­ki i suchy głos. – Jak otwo­rzysz, to po­czu­jesz się le­piej. Na­strój ci się od razu po­pra­wi. Zwłasz­cza że jak ich nie otwo­rzysz, to każę ci wy­ciąć po­wie­ki – dodał tam­ten i za­śmiał się ner­wo­wo.

Je­re­mi za­mru­gał by przy­zwy­cza­ić się do świa­tła. Był w małym, su­ro­wym po­miesz­cze­niu bez okien. Sie­dział na krze­śle, nie­skrę­po­wa­ny. Na­prze­ciw niego w sła­bym świe­tle mi­ga­ją­cej lampy ry­so­wa­ła się po­stać.

– No i co? – spy­tał tam­ten, zbli­ża­jąc się tro­chę. – Le­piej?

Je­re­mi przy­tak­nął. Piotr. Włosy miał białe, był prze­raź­li­wie chudy, przed­ra­mio­na i twarz szpe­ci­ły bli­zny. Ale to na pewno był on.

– Po co tu przy­je­cha­łeś? – spy­tał po chwi­li Piotr.

– Mi­ko­łaj mnie przy­słał.

– By mnie zabić?

– By cię ura­to­wać.

– Ura­to­wać, co? A to dobre. Na­praw­dę dobre – Piotr wstał i się prze­cią­gnął. Za jego ple­ca­mi widać było ścia­nę po­kry­tą wzo­ra­mi i zna­ka­mi. Czer­wo­ne i czar­ne. Dziw­ne. Nie­zro­zu­mia­łe, a jed­nak bu­dzą­ce re­spekt.

– Wy­słał tu już trzy ekipy – wzno­wił Piotr. – Pew­nie ci nie wspo­mi­nał? Tamte, tak samo, jak i twoja, też miały mnó­stwo hu­ma­ni­tar­ne­go sprzę­tu i mi­łych le­ka­rzy go­to­wych, by mnie ule­czyć. By mi pomóc, jeśli był­bym w po­trze­bie. Sza­le­nie sym­pa­tycz­ni i po­moc­ni lu­dzie.

Je­re­mi nie sko­men­to­wał.

– Po­lu­je na mnie od dawna – kon­ty­nu­ował Piotr. – My­śla­łem, że w końcu po mnie przyj­dzie oso­bi­ście, li­czy­łem, że w końcu bę­dzie chciał to za­ła­twić jak męż­czy­zna. Za­miast tego przy­słał cie­bie. Może na pewną śmierć, może na tor­tu­ry, nie ma prze­cież po­ję­cia, co ci zro­bię.

Urwał i po­pa­trzył na brata. Je­re­mi od­chy­lił się, jakby chciał zna­leźć się jak naj­da­lej od tego wzro­ku.

– Nie był z cie­bie nigdy zły czło­wiek – wzno­wił Piotr. – Nawet jak wstą­pi­łeś do tych służb spe­cjal­nych to i tak sta­ra­łeś się za­cho­wy­wać przy­zwo­icie. Po­praw­nie. Tak jakby świat był spra­wie­dli­wym miej­scem. Na ze­wnątrz kolce, a w środ­ku chło­pak, który dalej wie­rzy w ide­ały. Mimo wszyst­ko.

– To do cze­goś pro­wa­dzi? – spy­tał Je­re­mi. – Te twoje pa­ra-psy­cho­lo­gicz­ne ana­li­zy?

– Py­sko­wać po­tra­fisz, a nie wi­dzisz oczy­wi­stych fak­tów. Bo prze­cież Mi­ko­ła­jo­wi cho­dzi­ło o to, byś mnie zna­lazł. Ale nie dla­te­go, że je­ste­śmy brać­mi czy z po­wo­du ja­kichś bła­hych sen­ty­men­tów. Nie za­le­ży mu na moim życiu czy śmier­ci. Cho­dzi o to, co wiem. Co zna­la­złem.

– A co mo­żesz po­sia­dać w tym kró­le­stwie pia­chu i kurzu? Co tu mo­głeś zna­leźć?

– Ale on się myli – kon­ty­nu­ował Piotr. – Bo nie cho­dzi o to, co wiem. Tylko o to, co mam. Kim je­stem. Bo coś stam­tąd wy­la­zło i do mnie przy­szło. Nie wo­ła­łem tego, nie pro­si­łem, ale wy­bra­ło aku­rat mnie. I teraz to mam.

– O czym ty mó­wisz?

Piotr wstał i prze­szedł się wzdłuż po­miesz­cze­nia. Dziw­nie się po­ru­szał. Przez chwi­lę szep­tał coś w me­lo­dyj­nym, obcym ję­zy­ku. W końcu usiadł po­now­nie na­prze­ciw­ko brata.

– Na An­tark­ty­dzie przy reszt­kach lo­dow­ców – kon­ty­nu­ował. – Coś było za­mar­z­nię­te przez ty­siąc­le­cia, ale się roz­to­pi­ło, wy­la­zło i za­bi­ło całą eks­pe­dy­cję. Wszy­scy padli jak muchy. Tylko ja zo­sta­łem, ja prze­trwa­łem. Tylko ja do­sta­łem ten czar­ny, lepki pre­zent. A teraz mogę go dawać innym. Ciem­na po­lew­ka pro­sto z mo­je­go serca. I ty prze­ka­żesz ją Mi­ko­ła­jo­wi. Prze­ka­żesz mu czar­ną wia­do­mość ode mnie na pe­wien temat. Na bar­dzo wiele te­ma­tów. On za­brał mi przy­szłość, ja ukrad­nę jego.

Piotr prze­stał mówić. Mil­czał, wpa­tru­jąc się gdzieś w bok.

– Po­słu­chaj Piotr – za­czął Je­re­mi. – To nie musi tak się koń­czyć. Masz dzie­ci i byłą żonę, która nadal się o cie­bie trosz­czy. To nie musi…

– Są bez zna­cze­nia. Maria i dzie­ci już dla mnie nie ist­nie­ją. Ona trak­tu­je go jak męża, one jak ojca. Więc nie ma ich, są złym wspo­mnie­niem, źle za­bliź­nio­ną raną.

Je­re­mi chciał prze­rwać, ale się po­wstrzy­mał.

– Wszyst­ko jest bez zna­cze­nia. Tak jak i reżim eko­lo­gicz­ny, tak jak walka z nim. Tak jak ci lu­dzie, do któ­rych teraz rze­ko­mo przy­na­le­żę, ten ruch po­my­lo­nych re­be­lian­tów. To głup­cy z idio­tycz­ny­mi ha­sła­mi i bra­kiem po­my­słu na ich wdro­że­nie. Ja ich tylko wy­ko­rzy­stu­ję. By się do­stać do Mi­ko­ła­ja. W sumie w jakiś dziw­ny spo­sób po­mo­gę mu wy­peł­nić ten jego plan.

– Jaki plan?

– Spy­taj go – stwier­dził Piotr. – Spy­taj, gdy już go spo­tkasz. Bo Mi­ko­łaj chciał mnie. Ale ja dam mu coś o wiele lep­sze­go. A wła­ści­wie ty mu to dasz. Ja nie prze­trwam po­dró­ży po­wrot­nej, ra­czej zła­mię się w ciągu kilku dni jak trzci­na na wie­trze. Już nie mogę tego zdzier­żyć, to mnie zżera zbyt długo, pękam od tego wszyst­kie­go, zaraz i tak wy­buch­nę.

Prze­rwał i za­czął łapać po­wie­trze krót­ki­mi od­de­cha­mi. Jakby się dusił, jakby bra­ko­wa­ło po­wie­trza. W końcu się uspo­ko­ił.

– Ale gdy prze­ka­żę to tobie, to bę­dzie ko­lej­ny etap – wzno­wił. – To ewo­lu­uje. Ro­śnie. W tobie bę­dzie o wiele bar­dziej za­bój­cze. Wiem to, bo z tym roz­ma­wiam. Szep­cze mi czar­ne słowa pro­sto do środ­ka głowy.

– Ty na­praw­dę osza­la­łeś.

– Wy­star­czy, że po­dasz mi dłoń, że razem po­de­tnie­my sobie żyły – Zi­gno­ro­wał go Piotr. – A potem bę­dziesz wie­dział co robić. Bo wi­dzisz my to ta sama krew. On już nie. On jest kimś innym, mimo że myśli, że jest jed­nym z nas.

Je­re­mi zmarsz­czył brwi. Piotr wstał. Zza ple­ców wy­cią­gnął nóż. Prze­ciął swoje przed­ra­mię wzdłuż tęt­ni­cy. Do­sko­czył do Je­re­mie­go, zła­pał go za dłoń. Prze­ciął rów­nież przed­ra­mię brata i przy­ci­snął do swo­je­go. Je­re­mi pró­bo­wał się wy­ry­wać i bić Pio­tra po twa­rzy. Tam­ten się nie bro­nił, ale też nie pusz­czał. Krew pły­nę­ła z obu ran, mie­sza­jąc się po­wo­li. Je­re­mi się sza­mo­tał, ale Piotr trzy­mał go w sta­lo­wym uści­sku

– Masz – syk­nął Piotr. – Bierz i pij! Pij do dna!

Je­re­mi wal­czył bez­sku­tecz­nie. W końcu jego biał­ka za­szły czymś czar­nym, a on sam krzyk­nął prze­raź­li­wie i na kilka se­kund stra­cił przy­tom­ność.

 

*

 

Ko­lej­ne go­dzi­ny zda­wa­ły się brzyd­kim snem.

Piotr prze­ka­zał mu kilka rze­czy przy­ci­szo­nym gło­sem, a potem umarł bez po­że­gna­nia. Przy­bie­gli lu­dzie z So­ju­szu In­du­strial­nych Re­be­lian­tów. Krzy­cze­li i ma­cha­li rę­ka­mi. Gro­zi­li i przy­ty­ka­li broń do głowy Je­re­mie­go. On wpa­try­wał się tępo w ścia­nę, nie re­agu­jąc na ich py­ta­nia i wrza­ski.

W końcu otwo­rzył nożem do­pie­ro co za­skle­pio­ną na przed­ra­mie­niu ranę. Człon­ko­wie so­ju­szu po­pa­trzy­li na niego, marsz­cząc brwi. Znali ten ry­tu­ał, nie bali się go. Piotr robił to wie­lo­krot­nie i nic się im nigdy nie stało.

Tym razem było ina­czej.

Opa­dli na ko­la­na, potem zwi­nę­li się na ziemi. Wrza­ski i jęki. Bicie dłoń­mi o po­sadz­kę i ścia­ny, by choć na chwi­lę za­głu­szyć ból. Pę­ka­ją­ce tęt­ni­ce i żyły. Ciała po­wy­krę­ca­ne przez ago­nię. Pry­mi­tyw­ne krzy­ki przy­po­mi­na­ją­ce tor­tu­ro­wa­ne zwie­rzę­ta. Krew le­ją­ca się z ust, uszu, nosa. Ostat­nie tchnie­nia.

W końcu cisza.

Je­re­mi wstał i wy­szedł na ze­wnątrz. Za­brał tyle aku­mu­la­to­rów, ile zmie­ści­ło się do fur­go­net­ki służb i ru­szył w drogę.

 

10

 

Na pod­sta­wie badań prze­pro­wa­dzo­nych na prób­kach krwi od de­na­tów z An­tark­ty­dy mamy pod­sta­wy są­dzić, że czym­kol­wiek jest to, co wniknęło w Pio­tra, to ten sam ro­dzaj mu­ta­cji lub sym­bio­zy, z któ­rym mie­li­śmy do czy­nie­nia już kil­ka­krot­nie.

Od­mia­na, która zin­te­gro­wa­ła się z Pań­skim bra­tem, wy­da­je się jed­nak mieć nie­spo­ty­ka­ną dotąd siłę i skalę ra­że­nia. Do­tych­czas no­si­cie­le po­wo­do­wa­li u in­nych za­wro­ty głowy lub dys­kom­fort żo­łąd­ko­wy. Tutaj mó­wi­my o śmier­tel­no­ści w ciągu kil­ku­dzie­się­ciu se­kund i to ta­kiej, przed którą nie da się za­bez­pie­czyć.

(…)

Po­twier­dza się rów­nież teo­ria, która głosi, że osoby o bli­skim po­kre­wień­stwie z no­si­cie­lem mają za­pew­nio­ny ro­dzaj ochro­ny. Nigdy nie za­ob­ser­wo­wa­li­śmy ta­kie­go dzia­ła­nia przy oka­zji żad­ne­go ze zna­nych nam przy­pad­ków na ziemi, ale tutaj ta ko­re­la­cja wy­stę­pu­je bez naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści.

(…)

Udało się rów­nież wy­ja­śnić powód dla któ­re­go człon­ko­wie In­du­strial­nych Re­be­lian­tów nie za­ra­ża­li się od Pio­tra. To za­brzmi dosyć nie­praw­do­po­dob­nie, ale mamy wszel­kie prze­słan­ki by wie­rzyć, że no­si­ciel wi­ru­sa może do ja­kie­goś stop­nia de­cy­do­wać kto się za­ra­zi.

 

Frag­ment ra­por­tu EAW prze­sła­ny do Mi­ko­ła­ja trzy mie­sią­ce temu

 

*

 

Na jed­nym z po­sto­jów Je­re­mi od­na­lazł pudło, w któ­rym czar­no­bro­dy scho­wał jego te­le­fon. Wy­ła­mał zamek i wy­cią­gnął ko­mór­kę. Wy­szu­kał numer Mi­ko­ła­ja. Cho­dził tam i z po­wro­tem szu­ka­jąc za­się­gu. W końcu zna­lazł. Na­ci­snął przy­cisk z zie­lo­ną słu­chaw­ką.

Mi­ko­łaj ode­brał za trze­cim razem. Je­re­mi po­wie­dział mu, że ma to, po co go wy­słał i że je­dzie, by mu to dać. Roz­łą­czył się i wy­rzu­cił te­le­fon naj­da­lej, jak po­tra­fił.

Potem usiadł na ziemi i szep­tał coś w obcym ję­zy­ku.

W końcu ru­szył dalej. Je­chał dzień i noc, bez snu i nie­mal bez od­po­czyn­ku. Po dwu­dzie­stu go­dzi­nach na jego dro­dze sta­nę­ły dwie fur­go­net­ki. Za­trzy­mał sa­mo­chód. Z dwóch woj­sko­wych po­jaz­dów wy­sy­pa­ło się czter­na­stu męż­czyzn ubra­nych na czar­no, w ke­vla­rach i ma­skach prze­ciw­ga­zo­wych.

Je­re­mi nie wy­siadł, tylko opu­ścił szybę. Trzech żoł­nie­rzy zbli­ży­ło się, cały czas w niego ce­lu­jąc.

– Gdzie twój brat? – spy­tał jeden, naj­pew­niej ich do­wód­ca. – Po­dob­no mie­li­ście wró­cić we dwój­kę.

– Jest mar­twy – od­po­wie­dział Je­re­mi. – Oni wszy­scy są mar­twi. Tak samo, jak wy. Tak samo, jak ja.

Do­wód­ca opu­ścił broń. Chwy­cił się za brzuch, potem za głowę. Od­dy­chał szyb­ko, jakby nie mógł zła­pać tchu. Ryba bez wody. Ofia­ra nie­wi­docz­nej tru­cizny. Po chwi­li wszy­scy padli jak muchy. Z oczu, ust i nosa są­czy­ły się im struż­ki krwi.

Je­re­mi pa­trzył na to bez­na­mięt­nie. Potem za­ło­żył opa­tru­nek na nowe, głę­bo­kie na­cię­cie na ra­mie­niu, które wła­śnie sobie zro­bił. Zmru­żył oczy, jakby do­strzegł tok­sy­nę uno­szą­cą się z czer­wo­nej rany.

Wy­siadł i po­ło­żył się na ziemi wśród ciał. Na prze­mian za­my­kał i otwie­rał oczy, jego biał­ka zda­wa­ły się zu­peł­nie czar­ne. Usta po­ru­sza­ły się, jakby coś re­cy­to­wał. Niemy szept w nie­skoń­czo­nej ciszy. Mo­dli­twa do ni­ko­go o nic. Trwa­ło to jakiś czas, może kwa­drans, może dwie go­dzi­ny.

Gdy otwo­rzył oczy, uj­rzał człe­ko­kształt­ne po­sta­cie. Wy­chu­dzo­ne i brzyd­kie. Śmier­dzą­ce i brud­ne. Wy­szar­py­wa­li sobie ka­ni­stry z wodą. To nie byli żoł­nie­rze, ra­czej ucie­ki­nie­rzy, któ­rzy ukry­wa­li się przed czymś na pu­sty­ni, a któ­rych przy­cią­gnął nie­ru­cho­my teraz pa­trol.

Je­re­mi wstał i ru­szył do sa­mo­cho­du. Tamci uspo­ko­ili się i roz­pierz­chli, scho­dząc mu z drogi. Nie po­świę­cał im uwagi, nie było sensu. Oni i tak byli już mar­twi.

Gdy od­jeż­dżał, wi­dział w lu­ster­ku jak człe­ko­kształt­ne po­sta­cie wzno­wi­ły walkę o wodę.

 

*

 

Potem były jesz­cze dwa pa­tro­le, licz­niej­sze i ostroż­niej­sze. Wszyst­ko w grun­cie rze­czy skoń­czy­ło się tak samo.

 

*

 

Za czwar­tym razem było ina­czej.

Nagle coś prze­wró­ci­ło jego sa­mo­chód. Zmia­na ho­ry­zon­tu, ko­zioł­ku­ją­ca fur­go­net­ka i dro­bi­ny szkła fru­wa­ją­ce w po­wie­trzu. Chwi­lo­wa utra­ta orien­ta­cji. Za­pach potu i wła­snej krwi.

Wy­wlókł się z fur­go­net­ki i doj­rzał elek­trycz­ny wóz bo­jo­wy, który wła­śnie na­wra­cał, po tym jak prze­wró­cił jego po­jazd, ude­rza­jąc z wiel­ką pręd­ko­ścią w jego bok. Z wozu wy­sko­czy­ło kil­ku­na­stu męż­czyzn w opan­ce­rzo­nym rynsz­tun­ku i za­czę­li do niego strze­lać.

Je­re­mi wstał i roz­ło­żył ręce na boki. Wśród świsz­czą­cych kul, wy­glą­dał jak bóg wojny i śmier­ci, jed­no­oso­bo­wa apo­ka­lip­sa. Zwia­stun końca ludz­ko­ści. Może w isto­cie nim był.

Tamci cały czas na­pie­ra­li i nie prze­sta­wa­li strze­lać. Może wła­śnie to bę­dzie jego ko­niec. Może wła­śnie tutaj umrze. Uśmiech­nął się do tej myśli.

Upadł, czu­jąc roz­le­wa­ją­ce się cie­pło. Jego krew, mnó­stwo krwi do­oko­ła z dzie­sią­tek ran. Czuł, że wpada do ja­kiejś stud­ni. Nad­cho­dzi­ła cisza i ciem­ność. Spo­kój. Wiecz­ność. Nie­mal nie sły­szał już świsz­czą­cych w po­wie­trzu kul.

Chyba się uśmie­chał.

W końcu prze­sta­li strze­lać. Wstał po­wo­li i ro­zej­rzał się po oko­li­cy. Mar­twa zie­mia za­sła­na mar­twy­mi cia­ła­mi, które jesz­cze przed chwi­lą wie­rzy­ły, że mogą go po­ko­nać lub zabić. Krew wy­pły­wa­ją­ca spod tak­tycz­nych woj­sko­wych ka­sków. Ten sam ko­niec, inne miej­sca, inne ofia­ry.

Prze­szedł obok nich, wi­dząc wła­sną krew na przed­ra­mio­nach i no­gach le­ją­cą się z wielu ran. Miał wra­że­nie, że się goją, że nie na­ru­szy­ły go wcale. Wszedł do wozu bo­jo­we­go i ru­szył przed sie­bie.

Wie­dział, że jest bar­dzo bli­sko.

 

*

 

Minął ogrom­ną ludz­ką elek­trow­nię i plan­ta­cję ja­dal­nych ro­ba­ków na obrze­żach miast. Na uli­cach pusto jak zwy­kle o tej porze dnia.

W końcu za­je­chał w oko­li­cę domu Mi­ko­ła­ja, pod adres, który prze­ka­zał mu Piotr. Nie­wiel­kie rzą­do­we osie­dle, które zaj­mo­wa­li człon­ko­wie naj­wyż­sze­go kie­row­nic­twa re­pu­bli­ki, zda­wa­ło się teraz puste. Ani służb, ani po­li­cji, ani ochro­ny. Ni­ko­go.

Je­re­mi przez pół go­dzi­ny ob­ser­wo­wał oko­li­cę, wy­ła­pu­jąc bez­ruch, szu­ka­jąc tego, co mu­sia­ło tam gdzieś być.

– Pięk­na pu­łap­ka – stwier­dził w końcu. – Szko­da by­ło­by w nią nie wejść.

Ru­szył przez pustą ulicę, za­glą­da­jąc przez okna do­mostw. Do­strze­gał nie­ru­cho­me po­sta­cie, które wy­glą­da­ły, jakby za­snę­ły w trak­cie wy­ko­ny­wa­nia czyn­no­ści. Dziec­ko le­żą­ce na za­baw­kach. Męż­czy­zna z twa­rzą w ta­le­rzu. Ko­bie­ta spo­czy­wa­ją­ca na sofie z książ­ką upusz­czo­ną na pod­ło­dze.

To samo w ko­lej­nych do­mach. Spo­glą­dał na to z nie­ru­cho­mą twa­rzą.

W końcu wszedł do domu Mi­ko­ła­ja. Prze­szedł przez ko­ry­tarz do naj­więk­sze­go po­miesz­cze­nia. Brat sie­dział na krze­śle w sa­lo­nie i wpa­try­wał się w widok za oknem. Gdy zdał sobie spra­wę z obec­no­ści Je­re­mie­go, po­wo­li się ob­ró­cił.

– Ćwi­czy­łem w gło­wie, co po­wie­dzieć jak się po­ja­wisz – za­czął Mi­ko­łaj. – Ale dalej nie mam pew­no­ści.

Je­re­mi nie sko­men­to­wał.

– My­śla­łem, by opo­wie­dzieć ci, że znowu się prze­li­czy­li­śmy, że mimo na­szych naj­szczer­szych chęci i naj­gor­szych re­stryk­cji jest już za późno. Że cią­gle ga­si­my kub­kiem wody pa­lą­cy się las. My­śla­łem też, by ci po­wie­dzieć, że lu­dzie, któ­rych od lat gnę­bi­my, są na skra­ju za­ła­ma­nia. Że już nie­ba­wem się zbun­tu­ją. Że grup ta­kich jak ci in­du­strial­ni re­be­lian­ci są ty­sią­ce w całej Eu­ro­pie, a re­pu­bli­ka eko­lo­gicz­na wkrót­ce stra­ci wła­dzę.

Urwał i po­pa­trzył na brata, który nadal nic nie mówił.

– Mógł­bym ci opo­wie­dzieć, że już nie mam siły z tym wszyst­kim wal­czyć – wzno­wił. – Że mam dosyć. Że dla­te­go uśpi­łem całe osie­dle, aby w spo­ko­ju wszy­scy ocze­ki­wa­li two­je­go przyj­ścia. I tak Ma­ry­sia i dzie­ci też. Tak bę­dzie dla nich naj­le­piej – wziął głę­bo­ki od­dech i długo wy­pusz­czał po­wie­trze.

– Mógł­bym też ci po­wie­dzieć, jak chcia­łem abyś wlał w serce ludzi strach, by się cie­bie bali. Abyś był apo­ka­lip­są, na jaką za­słu­ży­li­śmy. Czy­stą i na­tu­ral­ną. Eko­lo­gicz­ną. Chcia­łem ci też po­wie­dzieć, że waham się, czy to dobry po­mysł, ale lep­sze­go już nie mam. Może zresz­tą na lep­szy nie za­słu­ży­li­śmy.

Je­re­mi za­ci­snął zęby. Chciał coś po­wie­dzieć, ale Mi­ko­łaj pod­niósł dłoń w dziw­nie przy­ja­znym ge­ście.

– I wiem, że zginę, bo nie je­stem z tej samej krwi co ty i Piotr. Wiem to. Nie za­szedł­bym tak da­le­ko, gdy­bym nie wie­dział ta­kich rze­czy. O tym też mia­łem ci po­wie­dzieć. Wy­ja­śnić za­wi­ło­ści tego, co masz w środ­ku i jak to od­dzia­łu­je na rze­czy­wi­stość. Ale chyba jed­nak tego nie zro­bię. Bo to coś w tobie nie chce wcale o tym słu­chać, praw­da? I za to cię cenię. Za to za­wsze cię ce­ni­łem. Po pro­stu szcze­rze chcia­łeś nas wszyst­kich po­za­bi­jać. A teraz masz oka­zję.

Je­re­mi chciał od­po­wie­dzieć, ale wtedy Mi­ko­łaj wy­cią­gnął pi­sto­let i strze­lił mu w ramię. Dra­śnię­cie, które wy­star­czy­ło, by krew za­czę­ła się ob­fi­cie są­czyć z rany. Je­re­mi pod­szedł do brata, ale ten spadł z krze­sła na pod­ło­gę. Dwie struż­ki krwi są­czy­ły mu się z nosa.

– Wy­obra­żam sobie te na­głów­ki w wia­do­mo­ściach – za­char­czał Mi­ko­łaj, pa­trząc gdzieś w dal. – Na ster­tach ciał pisze się naj­lep­sze hi­sto­rie. Szcze­rze mó­wiąc…

Urwał i prze­stał od­dy­chać. Je­re­mi spraw­dził puls, któ­re­go nie było.

Cisza i spo­kój. Pust­ka. Je­re­mi usiadł po tu­rec­ku obok brata i pa­trzył przez okno w niebo. Z od­da­li sły­chać było zbli­ża­ją­ce się sy­re­ny. Sie­dział nie­ru­cho­mo i pa­trzył na krew wy­pły­wa­ją­cą z rany.

W spo­ko­ju cze­kał na przy­szłość, która nie na­dej­dzie, bo dawno mu ją za­bra­no.

Koniec

Komentarze

Po tym, co zrobili Piotr i Marysia. Po tym, co zrobiliśmy wszyscy. Bo ja widziałem, że mają się ku sobie. A raz na święta, jak jeszcze byliście razem, widziałam jak Piotr i Twoja żona się całowali.

Skoro to Jeremi pisze do Piotra, to pomyliłeś płeć.

I pomyliłeś tez imiona, bo powinno być Mikołaj i Marysia.

 

i Mikołaja ich przyrodniego brata.

Po mikołaju postawiłbym półpauzę.

 

Wielkiego planu Mikołaju.

Literówka.

 

Jechali długo i wolno. Zatrzymywali się niemal równo co sześć godzin. Wysiadali, jedli i ładowali akumulatory samochodu elektrycznego. Często czekali ponad godzinę, aż panele słoneczne na dachu wyłapią wystarczająco dużo energii, by móc ruszyć dalej.

Pustynia, ekologia… nie prościej użyć wielbłądów?

 

Fragment korespondencji Mikołaju do kierownictwu republiki.

Literówki.

 

Wiedziała, że uratowałam ją ze strachu

Literówka.

 

ubrał kamizelkę

Regionalizm. I to, moim zdaniem, wyjątkowo brzydki.

 

Nagle poczułm

Literówka.

 

– Na Antarktydzie przy resztkach lodowców – kontynuował. – Coś było zamarznięte przez tysiąclecia, ale się roztopiło, wylazło i zabiło całą ekspedycję. Wszyscy padli jak muchy.

 

 

W tekście nadal czają się błędy, część z nich wypisałem powyżej. Gdzieniegdzie tez brak przecinków, trafiają się tez powtórzenia. Jak przyjdzie Reg albo Tarnina, to będziesz miał robotę. :)

…ale nie jest znowuż tego dużo jak na tekst o takiej długości.

Bardzo dobry tekst, muszę zaznaczyć.

Zbudowałeś dystopijny klimat z ciekawych klocków i chyba obecnie – w czasie globalnego kryzysu gospodarczego, który w wielkiej mierze sami na siebie sprowadziliśmy próbując takim hegemonom jak Chiny mówić jak mają produkować energię, by zmniejszyć ślad węglowy – działa to wyjątkowo mocno. Mnie zaintrygowało, przestraszyło i urzekło.

Pięknie wykreowałeś bohatera, a w zasadzie to bohaterów. Są świetnie skonstruowani, dla mnie wiarygodni i żywi. Fabuła, choć jak ją sobie przedstawić w głowie, ma dość prostą konstrukcję, jest wciągająca i nawet udało ci się mnie zaskoczyć z tym wirusem. A przez chwile myślałem, że znalazł tam jakieś UFO. :P

Do tego podoba mi się to ukazanie beznadziei i braku ratunku, coraz większych okropieństw, do jakich człowiek się może dopuścić i braku dobrej strony barykady.

Do tego, mimo błędów, powiadanie jest napisane świetnym stylem a czytanie było prawdziwą przyjemnością.

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Rany, bardzo dobry tekst.

Przyznam, że z początku mocno mnie zniechęciło, bo bałem się, że chcesz sprzedać kolejną bajeczkę o złych lewakach i dobrej, prawicowej opcji. Ale na szczęście dałem tekstowi szansę, bo było dobrze napisane i nie żałuję.

Chociaż tekst jest ciężki, to podobał mi się. A może właśnie dlatego mi się podobał? XD

Kupiłeś mnie, mimo, że kompletnie nie umiałem uwierzyć w poziom dewastacji, który przedstawiłeś. Ale poziom emocjonalny tekstu, przekaz itd – bardzo mnie poruszył. Mimo, że nie były to miłe doznania (w sensie przeżywanych emocji, nie odbioru estetyki), to raczej zapamiętam to opowiadanie na długo.

 

Hej Gekikara 

No tak błędów z pewnością jest wiele. Czytam i poprawiam wielokrotnie tekst ale mam wrażenie że z każdą własną poprawką generuję dwa błędy :) No ale to w sumie dzień jak co dzień dla mnie :)

Co do wielbłądów to faktycznie nie przyszło mi to do głowy :) W sumie ma to sens pytanie tylko czy wielbłądy będą jeszcze wtedy żyć. Niemniej jednak dzięki za celną uwagę. Na chwilę obecną zostawię już jak jest bo to by pewnie wymagało zbyt wielu przeróbek w tekście.

A tymczasem bardzo się cieszę że tekst się podobał, udało się zaskoczyć wirusem a nawet konstrukcja bohaterów była w porządku :) Oryginalną część tekstu napisałem dwa lata temu z powodu pewnego przestraszenia kierunku w którym zmierzamy. Stwierdziłem, że wyleje to na papier to trochę pomoże przynajmniej jeśli chodzi o moje samopoczucie, bo jeśli chodzi o sytuację na świecie to nie bardzo.

Dzięki piękne za komentarz, uwagi, klika i obrazek :)

Poprawki naniosłem.

 

Hej silver_advent

Dzięki za odwiedziny. Cieszę się, że tekst się podobał i że doczytałeś do końca mimo że początek zniechęcił. Chodziło mi tutaj o pewną przewrotność, którą mam nadzieję udało się zawrzeć. Pomysł wziął się z faktu, że stwierdziłem kiedyś, że człowiek nigdy nie zabierze się za poprawę klimatu dopóki nie pojawi się jakaś forma dyktatury ekologicznej, która narzuci radykalne rozwiązania.

Zdaję sobie sprawę, że dewastacja jest w dużym stopniu doprowadzona do ekstremum i raczej to nie będzie tak wyglądać. No ale to dla mnie do jakiegoś stopnia zadanie dystopii , wziąć sobie jakieś zjawisko i dokręcić mu śrubę do samego końca.

 

Pozdrawiam!

Ja też przyznam, że mam lekką alergię na opowiadania o złych ekologach (choć, surprise, poniekąd o tym jest jedna z moich ulubionych powieści SF, “Carnival” Elizabeth Bear), zwłaszcza narysowanych tak czarnymi, grubymi kreskami, jak twój rząd republiki. Ale tekst jest – znakomity, mimo tej jednoznacznie prosto czarnej wizji rządu. Nie idziesz wbrew pozorom w prostą dychotomię dobrzy/ źli, świetnie ogrywasz klasyczną ideę “coś złego obcego w formie czarnej mazi siedzi w wiecznej zmarzlinie”, dodajesz wiarygodną, niebanalną psychologię postaci, spójną fabułę ujętą w konsekwentną narrację, a do tego – klimat, ciemny i ponury, który trudno zapomnieć. Jestem pod dużym wrażeniem.

Hej ninedin

No tak. Użyłem złych ekologów jako pewnego rodzaju przewrotnego sposobu na opis problemu. Czytając jakiś czas temu z rosnącym przerażeniem ilość dewastujących informacji odnośnie kryzysu ekologicznego (od którego mówimy od dziesięcioleci) i faktu że w sumie stosunkowo niewiele się dzieje by coś z tym zrobić przyszedł mi do głowy pomysł z tym radykalnym rozwiązaniem narzucenia dosyć szokujących restrykcji by uratować to co jeszcze zostało.

Cieszę się bardzo, że mimo tej alergii na taką tematykę uznałaś tekst za wartościowy, podobał Ci się klimat, fabuła i postacie :)

Dziękuję pięknie za komentarz i klika!

Pozdrawiam! 

W zaskakującą stronę zwróciła się ekologia. Nigdy nie przypuszczałam, że może mieć tak radykalnych wyznawców, a sprawy z nią związane przyjmą niezwykle dramatyczny obrót, staną się tak opresyjne, wręcz makabryczne. Twoi bohaterowie zdają się trwać, o ile to możliwe, po trzech stronach barykady i żaden z nich nie wychodzi na tym dobrze.

Pokazałeś  świat paskudny i odpychający, opisałeś zdarzenia brutalne, nie żałowałeś krwi, a jednak tę historię czytałam z ogromnym przejęciem, mocno zainteresowana losami braci, zaintrygowana wirusem i pokazanym obrazem świata. Bardzo satysfakcjonująca lektura.

Chciałabym móc polecić opowiadanie do Biblioteki, a może i nominować do piórka, ale na razie muszę się powstrzymać, albowiem wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Od­sło­nił za­sło­ny i po­pa­trzył przez okno. → Brzmi to fatalnie, zwłaszcza że zasłony nie były zasłonięte – to zasłony zasłaniały okno.

Proponuję: Odsunął/ Odchylił za­sło­ny i po­pa­trzył przez okno.

 

po raz ko­lej­ny roz­błysł ma­to­wym bla­skiem.Blask nie może być matowy, albowiem jest mocny i jaskrawy z definicji.

 

Je­re­mi za­prze­czył głową, Mi­ko­łaj po chwi­li wa­ha­nia rów­nież. Mistrz kiw­nął im głową… → Czy to celowe powtórzenie?

Proponuję: Jeremi przecząco pokręcił głową, Mi­ko­łaj po chwi­li wa­ha­nia rów­nież. Mistrz przyjął to ze zrozumieniem

 

Przed salką cze­ka­ła grupa ludzi ocze­ku­ją­cych na ko­lej­ny po­grzeb. → Brzmi to fatalnie.

Proponuję: Przed salką stała grupa ludzi ocze­ku­ją­cych na ko­lej­ny po­grzeb.

 

Je­re­mi sie­dział w mo­te­lo­wym po­ko­ju. Opróż­niał bu­tel­kę ta­niej whi­sky i palił dru­gie­go skrę­ta, cho­dząc ner­wo­wo po po­ko­ju. → To siedział czy chodził?

 

W końcu do­je­cha­li na pu­sty­nie… → Literówka czy było tam kilka pustyni?

 

Mam mówić tylko to, co mu­sisz wie­dzieć.

Je­re­mi wes­tchnął tylko w od­po­wie­dzi. → Czy to celowe powtórzenie?

Proponuję w drugim zdaniu: Je­re­mi wes­tchnął w od­po­wie­dzi.

 

Po ry­sach twa­rzy roz­po­zna­wa­ła Hisz­pa­nów… → Literówka, czy zjawiła się tam kobieta?

 

Ich krój nieco zmie­nił się, odkąd Je­re­mi je pa­mię­tał, ale nie było wąt­pli­wo­ści, że to Zie­lo­ne Służ­by Spe­cjal­ne. → Krój czego się zmienił, bo nie przypuszczam, że zmienił się krój Zielonych Służb Specjalnych?

A może: Krój ich uniformów/ mundurów/ strojów nieco zmie­nił się, odkąd Je­re­mi je pa­mię­tał, ale nie było wąt­pli­wo­ści, że to Zie­lo­ne Służ­by Spe­cjal­ne.

 

nikt nie trak­to­wał ich po­waż­nie, a szczy­tem ich suk­ce­su było po­ka­za­nie ich w te­le­wi­zji… → Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Proponuję: …nikt nie trak­to­wał ich po­waż­nie, a za szczy­t suk­ce­su uznawali pojawienie się w te­le­wi­zji

 

naj­więk­szy ar­ma­ged­don w dzie­jach ludz­ko­ści. → …naj­więk­szy ar­ma­ged­on w dzie­jach ludz­ko­ści.

 

Bła­żej urwał, by upić wody z me­naż­ki. → Chyba: Bła­żej urwał, by upić wody z manierki.

Za SJP PWN:

 

Co z tego, że za­to­pi­ło mnó­stwo te­re­nów. → Co zatopiło tereny?

 

Ubra­li nok­to­wi­zo­ry, do­pię­li ke­vla­ro­we ka­mi­zel­ki… → W co ubrali noktowizory i dlaczego?

A może miało być: Założyli nok­to­wi­zo­ry, do­pię­li ke­vla­ro­we ka­mi­zel­ki

Przyrządów, tak jak ubrań, nie ubiera się! Za ubieranie noktowizora grozi surowa kara – trzy godziny klęczenia na grochu, w kącie, z twarzą zwróconą ku ścianie i z rękami w górze!

 

– My­śla­łem, że mam być obec­ny na akcji? – spy­tał Je­re­mi. → Jeremi nie zadał pytania, wyraził przypuszczenie.

 

W końcu doj­rze­li Isaac’a, który… → W końcu doj­rze­li Isaaca, który

 

ulu­bio­ny slo­gan re­be­lian­tów: „Pier­do­lić eko­lo­gię”. → Cytat ujmujemy w cudzysłów, albo cytujemy kursywą. Nie używany jednocześnie cudzysłowu i kursywy.

 

Spo­koj­nieuspo­ka­jał Bła­żej. → Brzmi to fatalnie.

Proponuję: – Spo­koj­nie – mitygował/ hamował Bła­żej.

 

Je­re­mi od­chy­lił się na fo­te­lu… → Wcześniej napisałeś: Sie­dział na krze­śle, nie­skrę­po­wa­ny. –> Kiedy Jeremi przesiadł się z krzesła na fotel?

 

osoby o bli­skim po­kre­wień­stwu z no­si­cie­lem… → …osoby o bli­skim po­kre­wień­stwie z no­si­cie­lem…

 

Trzech żoł­nie­rzy zbli­ży­ło się do niego, cały czas w niego ce­lu­jąc. → Pierwszy zaimek jest zbędny.

 

Ofia­ra w nie­wi­docz­nej tru­ciź­nie. → Można stać się ofiarą trucizny, ale nie wiem, jak można być ofiarą w truciźnie?

 

Jego krew, mnó­stwo krwi do­oko­ła z dzie­sią­tek jego ran. → Zrezygnowałabym z drugiego zaimka.

 

Dziec­ko le­żą­ce na za­baw­kach. Męż­czy­zna z twa­rzą w ta­le­rzu. Ko­bie­ta le­żą­ca na sofie… → Czy to celowe powtórzenie?

Proponuję w ostatnim zdaniu: Ko­bie­ta spoczywająca na sofie

 

Że grup ta­kich jak ci in­du­strial­ni re­be­lian­ci jest ty­sią­ce→ Że grup ta­kich jak ci in­du­strial­ni re­be­lian­ci ty­sią­ce

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witam regulatorzy :)

Jak zwykle dziękuję pięknie za nieocenione poprawki. Cieszę się, że lektura okazała satysfakcjonująca mimo sporej ilości błędów. Faktycznie nie jest to zbyt pozytywna historia i nie ma w niej wygranych.

Dziękuję bardzo za komentarz i miłe słowo. Poprawki naniosłem.

 

Przyrządów, tak jak ubrań, nie ubiera się! Za ubieranie noktowizora grozi surowa kara – trzy godziny klęczenia na grochu, w kącie, z twarzą zwróconą ku ścianie i z rękami w górze!

Surowa ale zasłużona kara. Muszę o tym pamiętać, a tymczasem rozrzucam groch i idę do kąta bo w sumie to przeze mnie próbowali ubrać te noktowizory ;)

 

Pozdrawiam!

Myślę, Edwardzie, że szczera skrucha i solenne obiecanie poprawy może Cię od rzeczonej kary uchronić. ;)

Miło mi, że uznałeś uwagi za przydatne. Daj znać, kiedy poprawisz tekst, bym mogła odwiedzić wiadome miejsca. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To posypuje głowę popiołem i postaram się poprawić na przyszłość :) Dzięki za wyrozumiałość i jeszcze raz za nieocenioną pracę!

Poprawki naniosłem :)

Dziękuję!

W takim razie pędzę do klikarni i do nominowalni. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć!

 

Niestety z trudem dotrwałam do końca. Tekst z tak na siłę wciśniętą tematyką ekologiczną to nie jest to czego oczekuję od fantastyki. W dużej mierze fabuła to opis tego jak oni jadą w ciszy i nic się nie dzieje. Pogrzeb ojca właściwie nie miał żadnego znaczenia i był tylko sztucznym powodem do ubarwienia spotkania. Relacja braci jest ciekawie zarysowana, a fragmenty dokumentów to fajny smaczek. 

Bardzo mi się nie podoba styl tego opowiadania, nie różnicujesz zdań i to po prostu usypia, podejrzewam, że chciałeś postawić na surowość tekstu, ale niektóre fragmenty są wręcz nie do przebrnięcia. Na przykład te trzy poniżej, to takie sprawozdanie z nic nieznaczących czynności. 

Jeremi przecząco pokręcił głową, Mikołaj po chwili wahania również. Mistrz przyjął to ze zrozumieniem, wyrecytował końcowe zdanie, przekazał zdjęcie ojca Mikołajowi i wyszedł. Ruszyli za nim. Przed salką stała grupa ludzi oczekujących na kolejny pogrzeb.

Wyszli na zewnątrz. Przez chwilę milczeli.

Długo milczeli. W końcu przyjechał samochód. Jeremi wsiadł i ruszył z powrotem.

Pięć minut później na miejsce przyjechała czarna furgonetka. Wysiadł z niej postawny mężczyzna z włosami przyprószonymi siwizną. Mimo że nie widzieli się od lat, Jeremi bez trudu poznał Błażeja. Podali sobie dłonie i niezgrabnie przywitali. Wsiedli do furgonetki. Samochód miał tak ciemne szyby, że na zewnątrz nie było nic widać. Błażej milczał, Jeremi otworzył usta, by coś powiedzieć, ale uprzedził go telefon.

Przypomniał jak Piotr wyjechał na Antarktydę, jak dołączył do ekspedycji zajmującej się rekonstrukcją brył lodowych, po tym, jak rozstał się z Marysią. Po tym, jak mu ją ukradłeś, dodał Jeremi, co brat skwitował westchnieniem. Potem Mikołaj opowiedział, jak Piotr utrzymywał regularny kontakt z byłą żoną i dziećmi, ale też jak ten kontakt słabł z każdym tygodniem i miesiącem, aż w końcu zupełnie się urwał.

Mikołaj użył wtedy swoich wpływów i potwierdził, że z Piotrem wszystko było w porządku. Po prostu nie chciał już z nikim rozmawiać.

Ten zaznaczony fragment powinien być albo dialogiem albo cytatem. Cały opis jest mało zajmujący w takiej formie.

Mam nadzieję, że Ci lepiej na tej Antarktydzie, że odnalazłeś tam spokój. Po tym, co zrobili Piotr i Marysia. Po tym, co zrobiliśmy wszyscy. Bo ja widziałem, że mają się ku sobie. A raz na święta, jak jeszcze byliście razem, widziałem jak Mikołaj i Twoja żona się całowali.

Tu chyba się imiona pomieszały, bo to był list do Piotra.

– Bo ty może nie pamiętasz – wyjaśniał Błażej. – Ty możesz nie pamiętać tych dzieciaków, które kiedyś wrzeszczały o ekologii, które strajkowały, płakały i wyły z bezsilności, bo nikt nie traktował ich poważnie, a za szczyt sukcesu uznawali pojawienie się w telewizji zamiast przerwy na reklamę. Ale tak nas wtedy traktowano. Więc kryliśmy się po kątach i rośliśmy w siłę, a w głowie puchła nam tylko jedna myśl: jak ich wszystkich obedrzeć ze skóry, za to, co nam zabrali.

A potem się zaczęło, z przytupem, od zorganizowanej egzekucji prezesów firm, które dalej generowały najwięcej zanieczyszczeń do atmosfery – przerwał na chwilę, nie patrząc na rozmówcę. Ospowaty miał beznamiętny wyraz twarzy.

To jest zbyt wprost podane, jak na tacy, i od razu odrzuca od tekstu.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

@ regulatorzy: Dziękuję za docenienie tekstu :)

 

Cześć Alicella

Dziękuję że mimo tego że nie podobała ci się tematyka, fabuła ani styl dobrnęłaś do końca. Cieszę się że chociaż relacje braci i fragmenty dokumentu były w porządku w Twoim odbiorze.

Styl faktycznie jest surowy i rozumiem, że może się nie podobać.

Dzięki za poprawkę co do imion, faktycznie trochę tam namieszałem. Co do pozostałych uwag przyjmuję je, ale pozwolę sobie pozostawić tekst bez zmian.

Dzięki za szczery komentarz i pozdrawiam!

Bardzo proszę, Edwardzie. Opowiadanie jest warte docenienia. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ok. Wszystko fajnie, bardzo fajny tekst, jeszcze tu wrócę, ale czy nie brakuje przecinka w tytule?

Po przeczytaniu spalić monitor.

@regulatorzy: :)

 

Witam Panie Marasie: Bardzo się cieszę, że tekst jest fajny. Dzięki piękne za klika. A co do przecinka w tytule to chyba jest to jakaś forma ukoronowania mojej nieudolności w tym temacie :). Z tego co zerknąłem faktycznie tytuły powinny zawierać przecinki jeśli nie są złamane w składzie w miejscu gdzie przecinek powinien się znaleźć. Poprawiam więc. Dzięki.

Interesujący tekst. Bardzo fajny pomysł, żeby opisać ekologiczną dystopię. Mocna rzecz, bo miotałam się między kibicowaniem władzy i opozycji. Udało Ci się przerzucić dylemat moralny na czytelnika, a to spore osiągnięcie.

Bohaterowie – trzej bracia-niebracia – dobrze zbudowani. Każdy inny, każdy skonfliktowany z pozostałymi. I każdego jestem w stanie w jakimś stopniu zrozumieć. Ludzcy ludzie z nich.

Podróż mnie nie przekonuje. Zatrzymują się co sześć godzin i ładują akumulatory za pomocą paneli słonecznych. OK. A czym ładują w nocy?

Fajne zagranie z mottami-wprowadzeniami do poszczególnych rozdziałów. Ładnie różnicuje narrację, a przy okazji dostarcza wielu informacji.

BTW, nie przemówił do mnie infodumpowy monolog Błażeja. Wydawał się strasznie sztuczny.

Dwie stróżki krwi sączyły mu się z nosa.

Ojjj. Wstydź się.

Babska logika rządzi!

Hej Finkla!

No tak faktycznie trudno ładować panele słoneczne w nocy :). Zrobiłem małą poprawkę, która mam nadzieje nie zepsuje tekstu. Dzięki za wyłapanie.

Co do tego monologu to to ciąłem i strzygłem go na kilka sposobów tuż przed opublikowaniem, ale ostatecznie zostawiłem w takiej formie bo jakoś nie umiałem z tego wybrnąć (żeby coś z niego zostawić np. a by było bardziej naturalne). Alicella też o nim wspomniała i jeszcze mi się pewnie dostanie. Pomyślę czy jeszcze uda mi się to jakoś zmienić, choć pewnie polegnę :).

Cieszę się za to bardzo że tekst jest interesujący, a szczególnie, że udało się wywołać u Ciebie dylemat moralny i że bohaterowie są ludzcy, bo to zazwyczaj mocno u mnie kulało. 

Ojjj. Wstydź się.

Wstydzę się. Nawet bardzo. Tym bardziej, że patrzę i patrzę na to co jest nie tak i nie wiem :( Poproszę o telefon do przyjaciela i małą podpowiedź?

Dzięki wielkie i pozdrawiam :)

Ech, i ja się wstydzę, że stróżki uszły mojej uwadze.

Edwardzie, sprawdź co znaczą słowa stróżka i strużka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No tak teraz rozumiem. Poprawione.

regulatorzy: Daj spokój :). Twoja pomoc w łapankach jest nieoceniona i bardzo wyczerpująca temat. Wszystkie zaś błędy w tym opowiadaniu to tylko i wyłącznie moja wina. 

Edwardzie, jesteś bardzo miły – pięknie dziękuję. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, widzę, że daliście radę, zanim przeczytałam odpowiedź.

Babska logika rządzi!

@regulatorzy: Proszę bardzo. Ja w sumie tylko stwierdzam fakty :)

 

@Finkla: Tak udało nam się (choć moja żadna w tym zasługa). Ale bez Ciebie z nosa by się sączyły dwie kobiety stróż lub dwie żony dozorcy domu, a wtedy to z pewnością bym musiał dodać Tag absurd żeby to jakoś wytłumaczyć :)

Cześć :)

bardzo podobała mi się pierwsza cześć tekstu, od momentu spotkania z bratem i toną trupów już kapkę mniej, ale to i tak świetnie opowiadanie.

Kupiła mnie przede wszystkim wizja świata – ponura, przytłaczająca, dystopijna, ale jednak dla mnie niepokojąco realna. Bilboardy o samobójstwie, zakaz terapii, ograniczenie liczby posiadanych dzieci. Kupuje mnie to. Udało Ci się też zbudować klimat i naprawdę żywego bohatera (Jeremi) – Mikołaj przekonał mnie o wiele mniej, nie do końca rozumiem co chciał osiągnąć, dlaczego dołożył swoją cegiełkę do apokalipsy. Niemniej Jeremi – czułam jego złość, poczucie beznadziei, to złamanie. Zrobiło na mnie wrażenie backstory o kobiecie w ciąży, mimo że wspomniane krótko, ale dobrze, w odpowiednim doborze słów.

Piotr i jego kierowanie rebeliantami wydaje mi się jednak mocno naciągane. Był człowiek znikąd, z drugiej strony barykady i w sumie dość szybko doszedł do czegoś, choć szaleństwo zaglądało mu mocno w oczy. 

Niemniej całość poskładana bardzo dobrze, bez rażących braków logiki, ciekawy bohater i dystopijny świat. Przekonuje mnie to.

 

Normalnie cytuje czepy, ale te kawałki zrobiły na mnie szczególne mocne wrażenie:

Podniósł poduszkę i przystawił sobie do twarzy. Długo w nią wrzeszczał.

Pomyliłeś mnie z kimś innym. Ja nie jestem niczyją szansą na nic.

Bierność to najbardziej niedoceniania forma skurwysyństwa.

Cześć Shanti :)

 

Dzięki za komentarz i wizytę.

Bardzo się cieszę, że ogólnie się podobało aż tak, że doceniłaś tekst w wątku piórkowym.

Super, że wizja świata Ci się spodobała, ale chyba najbardziej cieszę się z tego bohatera, że tym razem jakoś się udał, bo zazwyczaj to u mnie kulało :)

Co do Mikołaja, to moje założenie było takie, że on już trochę nie ma siły na walkę z kryzysem ekologicznym. Dostrzega, że to co robią jest spóźnione, niewystarczające nie ma już kolejnych pomysłów jak sobie z tym radzić. Dlatego stwierdza, że może pomoc w szerzeniu zarazy, która jest w Jeremim, będzie jakąś drogą. I choć sam nie wie czy to dobry pomysł, lepszego już nie ma.

No tak w sumie pomysł że Piotr kieruje rebeliantami może wydawać się nieco naciągany. Mój zamysł był taki, że trafili na siebie (Piotr i rebelianci), a gdy Piotr ujawnił swoje "umiejętności" to w jakiś naturalny sposób został ich przywódcą. Założyłem że rebelianci to bardzo zdesperowana grupa, a gdy pojawia się człowiek, który potrafi takie rzeczy jak Piotr to nawet traktują go jako jakąś formę wybawcy.

Ale zarzut przyjmuję bez uniku, bo rozumiem go i ma sens.

Dzięki, że wymieniłaś cytaty, to zawsze bardzo miłe :)

 

Pozdrawiam! 

Edward,

to bardzo dobre opowiadanie, cóż mogę dodać :) plus łatwo mnie kupić światotwórstwem / ciekawym pomysłem, a u Ciebie to znalazłam.

 

Ok, rozumiem podejście Mikołaja, nie było to wyeksponowane, ale też automatycznie najbardziej skupiamy się na Jeremim. 

Jak chodzi o Piotra, to też rozumiem tą decyzję, choć jak mówiłam, nie przekonuje mnie do końca. Niemniej, przy takiej długości i limicie uproszczeń się nie uniknie. Grunt to wybrać takie, które będą miały mały wpływ na całość i nie będą za bardzo gryźć czytającego. 

 

Trzymam kciuki za wątek piórkowy :)

Dzięki Shanti :)

Rozumiem że może nie przekonywać wątek Piotra. Często w głowie autor ma dopowiedziany cały background, ale potem na papierze / publikacji wychodzi jak wychodzi :)

Cieszę się natomiast bardzo że się podobało :)

Cześć!

 

Przeczytałem i zdecydowanie muszę pochwalić pomysł. Dystopijny świat przyszłości zniszczonej przez zmiany klimatu. Koncepcja tego świata mi osobiście już nie podeszła, jest zbyt dopasowany do wzajemnych relacji bohaterów i potrzeb opowiadania (republika ekologiczna, zabijanie ludzi za ciążę, ekorewolucja w rurkach…). Wybacz, ale jakoś nie kupuję tego. Nie jestem targetem.

Napisane porządnie, wszystko jest jasne i nastawione na wywołanie emocji czytelnika, i to wyszło. Coś mi tam jeszcze wpadło, ale to już drobnostki (poniżej). Od strony logiki i fizyki niestety jest trochę wtop (zasilanie słoneczne, odbudowa lodowców), i to trochę razi. Przydałby się tu jakiś research.

Bohaterowie zarysowani bardzo dobrze. Niby krótko, ale nie mam problemu, by ich sobie wyobrazić. Relacja trzech braci wysuwa się na pierwszy plan, i to fajnie pokazałeś, natomiast reszta świata jest dla niej tylko tłem (rodzina, dzieci), jak przedmioty. Tak, jakby cała planeta kręciła się wokół trzech skłóconych. To też mi jakoś nie podeszło, bo ludzie są “jedynie” elementem świata, a nie jego centrum (ale może tylko ja szukam nawiązań do świata realnego w opowiadaniach).

Morderczy wirus (kosmita?) z końcówki, który w suchym powietrzu, w pełnym słońcu w kilka sekund pokonuje oddziały specjalne, czyniąc bohatera nieśmiertelnym. Znowu zgrzyta logicznie, jednocześnie bardzo pasując do “potrzeb” fabuły. Troche naciągnięte imho.

 

Podsumowując: dobrze napisane, z pomysłem, ale mi nie podeszło, nie moje klimaty. Poniżej jeszcze garść fragmentów, które wyłapałem (albo wzbudziły wątpliwości):

 

Jeremi ruszył do motelowej łazienki, ściągnął majtki i wszedł do wanny z brudną, letnią wodą. Podciągnął kolana i skrył twarz w dłoniach. Siedział tak długo.

Może nie wszedłem w klimat opowiadania/bohatera, ale po co on to zrobił?

Przypomniał jak Piotr wyjechał na Antarktydę, jak dołączył do ekspedycji zajmującej się rekonstrukcją brył lodowych,

Zakładam, że chodzi o rekonstrukcje lodowców. Nieco to osobliwe, pytanie skąd na to wziąć energię?

 Po prostu nie chciał już z nikim rozmawiać. → Po prostu nie chciał już z nikim rozmawiać.

Nie spytałem ich, wtedy co robią.

Coś tu jest nie tak.

Jechali długo i wolno. W ciągu dnia zatrzymywali się niemal równo co sześć godzin. Wysiadali, jedli i ładowali akumulatory samochodu elektrycznego. Często czekali ponad godzinę, aż panele słoneczne na dachu wyłapią wystarczająco dużo energii, by móc ruszyć dalej.

Ze słońca można wyciągnąć 1 – 1.1 kW/m2 panelu. Hipotetycznie, zakładając, że nie ma strat, a panele są zamontowane optymalnie. A straty ZAWSZE są. Przez godzinę z powiedzmy 10m2 panelu można by więc wydębić 10kWh (hipotetycznie, bo w praktyce pewnie 4 – 5, może 6; obecnie produkowane panele nawet tyle nie wyciągną). 6 kWh przez 6 godzin to średnio 1kW mocy, moc odkurzacza elektrycznego, to do roweru, czy skutera się nadaje, jadącego po drodze dobrej jakości, a nie do samochodu.

Wlekli się po pozostałościach dawnych dróg, strzępach zniszczonego i odkształconego asfaltu.

Furgonetką z takim ładunkiem to będzie ze 15, 20, może nawet 30 kWh/100km.

– Planowaliśmy to od dawna – wznowił Błażej. – Ale brakowało nam odwagi. Ale gdy w końcu zaczęliśmy, to już na dobre się rozkręciliśmy. I to właśnie my, ci ekolodzy, weganie i lewacy w rurkach zgotowaliśmy największy armagedon w dziejach ludzkości.

Wybacz, ale to brzmi trochę jak mokry sen Grety Thunberg.

 

Pozdrawiam!

 

 

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

A nie można mieć cienkich i elastycznych paneli, które się rozwija i rozkłada na dużej powierzchni?

Babska logika rządzi!

Cześć Krarze!

 

Dzięki za konkretny komentarz. Cieszę się, że niektóre elementy były w porządku. Co do reszty postaram się odnieść.

natomiast reszta świata jest dla niej tylko tłem (rodzina, dzieci), jak przedmioty. Tak, jakby cała planeta kręciła się wokół trzech skłóconych.

Trudno się z Tobą nie zgodzić. Skupiłem się na nich bo zależało mi aby przedstawić historię z ich perspektywy. Rozwinięcie osób postronnych, dalsza eksploracja świata wymagałoby, wydaje mi się, znacznego poszerzenia limitu opowiadania, czego nie chciałem robić (i tak jest bardzo długie).

 

Morderczy wirus (kosmita?) z końcówki, który w suchym powietrzu, w pełnym słońcu w kilka sekund pokonuje oddziały specjalne, czyniąc bohatera nieśmiertelnym. Znowu zgrzyta logicznie, jednocześnie bardzo pasując do “potrzeb” fabuły. Troche naciągnięte imho.

No tak ten "wirus" nie jest może zbyt realistyczny, ale ponieważ to opowiadanie fantastyczne pozwoliłem sobie na to aby miał pewne nienaturalne właściwości :) (w tym fakt, że osoba która go ma może do jakiegoś stopnia sterować kto się zarazi).

 

Może nie wszedłem w klimat opowiadania/bohatera, ale po co on to zrobił?

Aby się schłodzić.

 

Zakładam, że chodzi o rekonstrukcje lodowców. Nieco to osobliwe, pytanie skąd na to wziąć energię?

Przyznam się, że nie pochylałem się jakoś bardzo nad tym tematem. Założyłem, że jest na to wiele pomysłów a w przyszłości kiedy problem będzie o wiele większy (czy właściwie mniejszy bo będzie mniej lodu) niektóre z nich będą mogły być wdrożone. Niektóre pomysły wymagają ogromnego zapotrzebowania energetycznego, niektóre (jak np. przykrycie lodu kocem który będzie trzymał chłód i odbijał promienie słoneczne) może mniej.

Oczywiście cała ta geoinżynieria generuje również problemy i nie rozwiązuje przyczyn. Niemniej jednak jak wspomniałem nie zagłębiałem się bardzo w ten element jak to będzie dokładnie wyglądać więc rozumiem, że mógł on wzbudzić Twoje wątpliwości.

 

Furgonetką z takim ładunkiem to będzie ze 15, 20, może nawet 30 kWh/100km.

Dzięki wielkie za te wyliczenia i pochylenie się nad temat! Ja po prostu założyłem że w tym obszarze nastąpi spory rozwój przez następne dziesiątki lat. Stąd "Elektryczny samochód trzeciej generacji". Pomysł Finkli też mi się podoba :) Niemniej jednak nie wytłumaczyłem tego w szczegółach więc rozumiem również tutaj Twoje wątpliwości.

 

Wybacz, ale to brzmi trochę jak mokry sen Grety Thunberg.

No tak :). To dystopia więc pewne elementy są doprowadzone do ekstremum. Triggerem dla tego opowiadania była myśl, że jedyny sposób aby faktycznie pochylić się nad tematem klimatu to jakaś forma dyktatury ekologicznej. Stąd wzięła się cała koncepcja. A że jest ona nierealna, to trudno z tym polemizować.

Myślę że rachunek wystawiony przez naturę nadal będzie wysoki ale zapłaci go kto inny i w inny sposób.

Dzięki raz jeszcze za szczegółowy komentarz i dwie uwagi, które już poprawiłem.

Pozdrawiam!

Witaj.

 

Strasznie dużo tu wstrząsających obrazów, a sama wizja świata przyszłości wygląda wręcz makabrycznie – jadalne robactwo (jedyne bez modyfikacji?), zniszczona natura, mordowanie kobiet w ciąży, skazywanie ludzi po 60-tce na wybór, jakiego praktycznie nie ma, powolne umieranie wszystkiego… A w tle wiele bolesnych wspomnień, rodzina, rozbita przez zdrady i nikczemność, tłumiona w jej członkach chęć odwetu i niewyobrażalne zło… Myślę, że czytelnik powinien współczuć w sumie każdemu z braci, bo każdy został skrzywdzony czy to przez człowieka, czy los, czy okoliczności, czy samego siebie. Całkiem obok pojawia się też problem katowania dzieci przez sadystycznego ojca, zmiana ich psychiki, próby przeciwstawienia się i ich efekty, chęć odwetu w przyszłości. Trudno tu jednoznacznie coś stwierdzić (a tym bardziej – usprawiedliwiać), ale wielu biografów jest zdania, że sadyzm postaci historycznych (np. Stalin) miał swe źródło w ich dzieciństwie i katowaniu ich jako dzieci przez ojców czy ojczymów. 

Wątek zabranej podstępnie żony przez przyrodniego brata oczywiście z miejsca przypomniał mi genialny “Trójkąt Bermudzki”. Tam jednak, o dziwo, to podstępny brat szuka możliwości zabicia porzuconego męża. Z kolei fragment o “czymś w lodowcu” , co wylazło i zabiło ekspedycję, nasunął mi w pamięci dawno temu oglądany horror “Coś” z 1982 r. z Kurtem Russelem. 

 

Opowiadanie niezwykle bogate w rozmaite akcje, zdarzenia, sytuacje, miejsca, odkrywane tajemnice i mroczne sekrety, zapiski czy raporty, a także kolejne etapy zmiany zachowania rozwścieczonego w głębi duszy Jeremiego, traktowanego – jak mogłoby się zdawać – przez każdego bohatera opowieści w sposób pozytywny/zwyczajny/normalny, bo jest on przecież w gruncie rzeczy dobrym człowiekiem (czego sam Jeremi bynajmniej nie potwierdzał).

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Witaj bruce

 

Dzięki wielkie za tak dogłębną analizę tekstu. 

Faktycznie nie jest to zbyt wesołe opowiadanie zarówno pod kątem świata przedstawionego jak i bohaterów. Dziękuję że wypisałaś tak wiele elementów z jednego i drugiego obszaru i zwróciłaś na nie uwagę.

Dzięki też za tą wzmiankę odnośnie postaci historycznych i źródła ich sadyzmu. Nie słyszałem o tym.

Fajnie że fragmenty opowiadania przypomniały Ci filmy. "Coś" oczywiście widziałem, “Trójkąt Bermudzki” muszę nadrobić.

 

Dzięki serdeczne raz jeszcze i Pozdrawiam!

To ja bardzo dziękuję. :)

“Trójkąt Bermudzki” polecam serdecznie, bo zachwyca w nim nie tylko plejada polskich aktorów, ale i znakomity pomysł na scenariusz.

 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Duży plus za świat. Za wykorzystanie współczesnych czarnych wizji klimatycznych. Za konflikt ekolodzy vs przemyślidzi.

 

Mniejszy plus, ale wciąż plus, za fabułę. Dobra konstrukcja, nie jest to może historia, od której nie można się oderwać, ale wzbudza ciekawość i – co ważniejsze – nie męczy.

 

Stylistycznie jest dobrze, miejscami bardzo dobrze (trafiło się kilka zdań perełek), miejscami mogłoby być lepiej, ale są to raczej pojedyncze akapity do kosmetycznych poprawek niż babole.

 

Co mi się nie spodobało? Moment, w którym dowiadujemy się, że istnieje jakaś nadprzyrodzona istotna uwolniona z antarktycznych lodów. Bo do tej pory serwowałeś takie czyste postapo bez elementów nadprzyrodzonych i to się bardzo ładnie broniło. Wprowadzenie tego elementu nadprzyrodzonego troszkę “zepsuło” ten świat, bo tu dla mnie już było za dużo fantastyki w fantastyce. Jako czytelnik nie byłem na to przygotowany.

Nie mniej muszę Ci oddać, że całość opowiadania jest skonstruowana tak, że ten dodatkowy element się broni i dobrze współgra z zakończeniem. Niech więc już Ci będzie.

 

Ogólna ocena jest pozytywna i wysoka. Tekst jest kompletny, przemyślany i zdecydowanie wart wyróżnienia.

 

Ocena: 5.28/6

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Hej Chrościsko

 

Dzięki za komentarz. Bardzo mnie cieszy Twoja pozytywna ocena i super że doceniłeś sporo elementów.

 

Co do istoty/wirusa wyłaniającego się z lodowca to poniekąd to rozumiem. Pamiętam, że trochę głowiłem się od któregoś momentu w którym kierunku pociągnąć opowiadanie i w końcu coś takiego przyszło mi do głowy. Zdaję sobie, że odstaję to do jakiegoś stopnia od pierwszej części opowiadania czy ogólnie świata przedstawionego. Ale dobrze, że mimo wszystko to jakoś razem zagrało :)

 

Dziękuję i pozdrawiam! 

Skupiłem się na nich bo zależało mi aby przedstawić historię z ich perspektywy.

Tak, i to wyszło. Tylko, że tutaj dodatkowo cała reszta świata kręci się wokół nich, a wpływ reszty świata na wydarzenia jest jakby marginalny.

No tak ten "wirus" nie jest może zbyt realistyczny, ale ponieważ to opowiadanie fantastyczne pozwoliłem sobie na to aby miał pewne nienaturalne właściwości :)

Taki nagły zwrot, bohater zyskuje super moc “zabij wszystkich”. Ale jak napisałeś, to fantastyka, więc czemu nie.

Oczywiście cała ta geoinżynieria generuje również problemy

Geoinżynieria w ogóle wydaje się ciekawa wizją, jednak spoglądając na dotychczasowe projekty wielkoskalowe, to tylko efekt cieplarniany się nam udał (jako ludzkości, zakładając, że to ludzie są jego źródłem), a i tak wymagało to wielkich nakładów i kontrybucji działania całej ludzkości ;-) Więc ewentualne cofnięcie skutków będzie wymagało podobnych (albo i większych) nakładów.

Dzięki wielkie za te wyliczenia i pochylenie się nad temat! Ja po prostu założyłem że w tym obszarze nastąpi spory rozwój przez następne dziesiątki lat.

Ok, tylko zawsze warto jeszcze sprawdzić warunki odcięcia. Ze szklanki o pojemości litra nie nalejesz dwudziestu litrów za jednym razem, bo się tam tyle nie zmieści. Rozkładane panele, ok, to już brzmi lepiej. Kilkaset metrów czegoś takiego robiłoby robotę (tylko jak to zaizolować elektrycznie i chłodzić… przepraszam, zboczenie zawodowe ;-) )

Triggerem dla tego opowiadania była myśl, że jedyny sposób aby faktycznie pochylić się nad tematem klimatu to jakaś forma dyktatury ekologicznej.

Dyktatura ekologiczna jak najbardziej, pomysł świetny i niepokojący, tylko jej przedstawienie (rewolucja w rurkach) zgrzyta (przynajmniej mi). Buldożer żartu miażdży klimat opowiadania. Z tego trzeba by zrobić filozofię, wręcz religię może (i zaangażować w to jeszcze tego kosmitę) to by to spójnie (realniej) wyglądało, bo tak szybko przechodzimy do położenia, że to zbyt absurdalne, by było możliwe i przekaz siada imho.

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Bardzo mi się podobało w jaki sposób konstruujesz postacie. Jeremi wyszedł naturalny, żywy, przekonujący z tym buntem przeciw światu i wyrzucaniem sobie różnych rzeczy. Przewijający się motyw strzelania do kobiety w ciąży spełniał rolę haczyka, a wyjaśnienie jej historii jest dobrym wątkiem pobocznym. Relacje braci ciekawie zarysowane. To, co mi nie podeszło, to wyjaśnienie a’la “Coś” i końcówka – z jednej strony pośpieszna, z drugiej, miałam wrażenie, że Mikołaj za dużo gada.

Za to mam problem z ustaleniem pokrewieństwa i faktów. Kto był najstarszym bratem? Mikołaj? Czy Piotr? Nie wynika to z tekstu wprost. Najpierw wydawało mi się, że Mikołaj, ale skoro ‘wysłał własnego ojca na śmierć’, to by znaczyło, że ojciec którego pogrzeb przedstawiłeś (bo to ten sam, wysłany na śmierć, prawda?) jest rodzonym ojcem Mikołaja i nielogiczne jest, żeby rodzinę tworzył ojciec najstarszego dziecka z matką mającą dwójkę młodszych dzieci z innym. Jeśli to Piotr był najstarszym, to Mikołaj wtedy jest najmłodszym. I mam problem z tym fragmentem: “Potem przeskok i Jeremi jest małym chłopcem, którego ojciec bardzo mocno uderza czymś w brzuch. Przeważnie nie był złym rodzicem, ale czasem musiał odreagować zaciskającą się na nim rzeczywistość. I wtedy bił sprawiedliwie, jego, Piotra i Mikołaja – ich przyrodniego brata.” – tu by wynikało, że ojciec był rodzonym ojcem Piotra i Jeremiego. No i jeśli ojciec nie był prawdziwym ojcem Jeremiego, to czemu miałby jechać na ten pogrzeb? No nie zgadza mi się coś. Jak rozjaśnisz, będę wdzięczna ;)

Witam ponownie Krarze!

Taki nagły zwrot, bohater zyskuje super moc “zabij wszystkich”. Ale jak napisałeś, to fantastyka, więc czemu nie.

No tak rozumiem. Również Chrościsko i Bellatrix nie do końca to podeszło, więc przyjmuję krytykę i postaram się na przyszłość to lepiej ogarnąć.

 

Więc ewentualne cofnięcie skutków będzie wymagało podobnych (albo i większych) nakładów.

Zgadza się. Ogólnie takie też miałem założenie w tym opowiadaniu, że ta cała rewolucja która wydarzy się powiedzmy za kilkadziesiąt lat już będzie spóźniona. I dlatego też Mikołaj się w jakiś sposób poddaje bo też widzi, że to co robią, też już jest spóźnione.

Spotkałem się też z tą teorią że w sumie człowiek się aż tak bardzo nie przyczynił do zmian klimatycznych. Ja raczej przychylam się do tego że ma z tym coś wspólnego :)

 

Kilkaset metrów czegoś takiego robiłoby robotę (tylko jak to zaizolować elektrycznie i chłodzić… przepraszam, zboczenie zawodowe ;-) )

No widzisz zawsze jakiś Fantasta przyjdzie z pomocą i poda pomysł (dzięki raz jeszcze Finkla). Podobno najwięcej dyskusji na forum generują szczegóły techniczne / rozwiązania przyszłości więc nie dziwię się, że to rodzi więcej pytań niż odpowiedzi :)

 

Dyktatura ekologiczna jak najbardziej, pomysł świetny i niepokojący, tylko jej przedstawienie (rewolucja w rurkach) zgrzyta (przynajmniej mi). Buldożer żartu miażdży klimat opowiadania. Z tego trzeba by zrobić filozofię, wręcz religię może (i zaangażować w to jeszcze tego kosmitę) to by to spójnie (realniej) wyglądało, bo tak szybko przechodzimy do położenia, że to zbyt absurdalne, by było możliwe i przekaz siada imho.

Ok rozumiem i przyjmuję. Przy którejś tam poprawce myślałem żeby nawet wyrzucić ten fragment tłumaczący genezę, ale go ostatecznie zostawiłem. Religia też ciekawy pomysł.

No nic. Dzięki serdeczne za wszystkie wspomniane elementy i dyskusję :)

 

Hej Bella :)

 

Cieszę się bardzo, że postacie wyszły w porządku bo w przeszłości wychodziły mi chyba raczej dość płaskie. Rozumiem że z kolei ten "wirus" mógł nie podejść czy nie pasować do całokształtu. Parę osób już wspomniało o tym więc na pewno coś w tym jest.

i końcówka – z jednej strony pośpieszna, z drugiej, miałam wrażenie, że Mikołaj za dużo gada

Teraz to nic :) Jakbyś zobaczył ile gadał w pierwotnej wersji i przed betą… :)

A tak poważnie to rozumiem zarzut i przyjmuję. Na przyszłość spróbuję lepiej to rozegrać aby jeden z bohaterów nie tłumaczył na koniec wszystkiego.

Za to mam problem z ustaleniem pokrewieństwa i faktów.

No tak trochę tu mogłem namieszać. A przycinanie / zmienianie w nieskończoność różnych fragmentów tego opowiadania na pewno nie pomogło.

Ale do rzeczy.

Najstarszy jest Piotr. Jeremi i Piotr to bracia z tego samego ojca i matki. Mikołaj jest bratem przyrodnim. W którejś tam wersji tekstu w pierwszej rozmowie Mikołaj nakłaniając Jeremiego do pojawienia się na pogrzebie mówi: "Choć powinieneś, to w końcu bardziej twój ojciec niż mój." Czyli Mikołaj wysłał swojego ojczyma na śmierć. Założenie było takie, że “wirus” nie zabija osób z tej samej krwi. Ale Mikołaj nie jest do końca z tej samej krwi bo jest z innego ojca.

Jakby coś było niejasne daj znać :)

 

Pozdrawiam!

To teraz niejasne jest już tylko, czemu ojciec Piotra i Jeremiego tworzył rodzinę z matką, która w trakcie małżeństwa urodziła dziecko innego mężczyzny (i co się z nim stało;p).

No tak aby to wyjaśnić to muszę cofnąć się do wersji tego tekstu z końca 2019 i pozwolę sobie zacytować wycięty fragment:

 

Bo Mikołaj to zupełnie inna historia, tak absurdalna jak to, że ich matka jakimś cudem zdobyła się na romans z innym facetem, że z tego romansu pojawił się właśnie Mikołaj, a potem ich ojciec, mimo że wiedział, że to nie jego syn to go przygarnął bez słowa i dodatkowej porcji ciosów. Ba nawet traktował Mikołaja lepiej, jakby bał się bić nieswoje dziecko, jakby nie miał do tego prawa. A może po prostu chciał byśmy go znienawidzili, za to że jest specjalnie traktowany, mimo że powinien zbierać dodatkową porcję ciosów? No może był w tym jakiś zamysł, a może nie. W każdym razie zadziałało.

 

Czyli matka była wspólna dla całej trójki, ale Mikołaj był z innego ojca, który to ojciec po zakończeniu romansu miał przepaść gdzieś bez wieści.

Dzięki za dociekliwość :)

I ja dziękuję za wyjaśnienia :)

Hej, hej

Kurczę, mam problem z tym opowiadaniem. I to nie dlatego, że jakieś błędy czy coś (choć z przecinkami to trzeba by coś zrobić), tylko dlatego, że to praktycznie dwa opowiadania w jednym. Najpierw mamy dystopię, poszukiwanie brata, trudne relacje rodzinne, a potem coś w rodzaju wariacji na temat, co by było, gdyby stwór z “Coś” przedostał się do cywilizacji.

I nie zrozum mnie źle, sądzę, że oba “opowiadania” wyszły Ci bardzo dobrze. Postacie są świetnie zarysowane – choć wiele dowiadujemy się o nich z notatek czy wspomnień – i nadajesz im solidną głębię oraz realizm. Świat tak samo dobry. Dystopia pełną gębą, ale taka, która może się ziścić.

Bardziej do gustu przypadła mi pierwsza część, druga – subiektywnie – zbyt przypominała jakiś film o superbohaterze. Wiem, że to dziwne, no ale takie miałem wrażenie.

Podobał mi się styl. Krótkie zdania, a jednak naładowane emocjonalnie, wystarczające, aby pokazać świat, w którym praktycznie nie ma nic dobrego, dążący do zagłady niezależnie od działań czy to ekologów, czy industrialistów. Grimdark pełną gębą.

Bardzo dobre opowiadanie.

Pozdrawiam

Hej Zanais

 

Cieszę się że ogólnie odbiór jest pozytywny mimo dwoistości tej historii. Przecinki to moja plaga wiem :). Fajnie, że bohaterzy są dobrze zarysowani i fajnie, że podobał się styl. Nie jesteś pierwszym któremu mniej podobała się ta część z wirusem wychodzącym z lodowca, ale jakoś nie mogłem wymyślić lepszego zakończenia, a jak się w końcu pojawił się ten wirus, to już nie chciał się odczepić i został :)

 

Dzięki wielkie za komentarz i pozdrawiam! 

No, kurczę, już dawno mi się tak czytelnicza opinia nie bujała, jak przy Twoim opku ;)

Początkowo myślałam, że będzie to tekst o wstrętnych ekologach i na pewno pojawią się też ci dobrzy i eee… prawi, którzy się im przeciwstawią. Czytałam, ale nikt taki się nie pojawił, i z pewnym zdumieniem zauważyłam, że wciągnęła mnie ta historia. Byłam autentycznie ciekawa, dokąd mnie prowadzisz i co chcesz mi pokazać. Aż dotarłam do tego czegoś z Antarktydy i krzywa zainteresowania zaczęła gwałtownie spadać. Dotarłam do końca lekko skonsternowana, bo nie wiem, co chciałeś opowiedzieć. Za dużo wątków, za bardzo poplątane.

Sama dystopia mi się podobała. W gruncie rzeczy każdą ideę, nawet najbardziej przyjazną ludziom, można doprowadzić do takiego stanu, w którym stanie się mrocznym totalitaryzmem. I udało Ci się to pokazać. I nawet zasady rządzące tym światem są na swój popieprzony sposób całkiem logiczne. Ale jednocześnie mam wrażenie, że dystopia jest tutaj tylko tłem, na dodatek niewykorzystanym, dla historii trzech braci, którzy nie potrafią się wyrwać z traumatycznego dzieciństwa. W sumie ta historia mogłaby się toczyć także w naszym świecie, dystopia jest tylko dekoracją. Wiąże się to po pierwsze z bohaterami, a po drugie z zakończeniem.

Mimo że opko piszesz z punktu widzenia Jeremiego, tym najbardziej rzucającym się w oczy z braci jest Mikołaj. Początkowo wydaje się, że Mikołaj jest kimś ważnym, twórcą i może nawet przywódcą republiki. Wzmagasz to wrażenie:

– Tak. Myślę, że jest kartą przetargową. I wkrótce wykorzystają go, by mnie w jakiś sposób szantażować.

– Nie wszystko na świecie dzieje się z twojego powodu.

– Może nie wszystko. Ale bardzo wiele.

ale pod koniec doszłam do wniosku, że jest tylko jednym z wielu aparatczyków. Za mało tutaj polityki, żeby było inaczej. Poza tym… ludzie, którzy tworzą i rządzą w totalitaryzmach wierzą, autentycznie wierzą w to, co robią. Nawet jeśli ich ustrój nie funkcjonuje, są przekonani, że to wina wrogów, a nie samej idei, że jeszcze tylko trochę, jeszcze trzeba się tych i tamtych pozbyć i w końcu dojdziemy do raju na ziemi. Tacy nie stracą wiary, a jedynie zaczną dokręcać śrubę. Wierzą do śmierci. Weź dla przykładu Hitlera i dla równowagi Honeckera. Oczywiście, tam w grę wcchodzi jeszcze chęć utrzymania władzy i przywilejów, ale wiara jest w nich wbudowana. Natomiast w Mikołaju widzę jedynie kogoś, kto kieruje się nienawiścią do siebie i do innych ludzi. To nie idealista, raczej facet, który którymś momencie weźmie giwerę i pójdzie strzelać do ludzi na ulicy, a na koniec palnie sobie w łeb.

Jeremi z kolei to urodzony buntownik. Cała trójka jeśli dołączyła do ekologów to bardziej dlatego, że poszukiwali swojego miejsca na ziemi, grupy, do której mogliby przynależeć, niż z przekonania.

 

 W zakończeniu, niczym królik z kapelusza pojawia się to coś z Antarktydy. Piszę to coś, bo właściwie nie wiadomo, co to jest. Z jednej strony gada do Piotra, a więc jest świadome. Obcy? Z drugiej strony mutuje. Wirus? Do tego czyni cuda: zamyka rany. Bóstwo? I nie ma żadnego fabularnego uzasadnienia dla pojawienia się tego czegoś. Wręcz przeciwnie. Piszesz:

Przypomniał jak Piotr wyjechał na Antarktydę, jak dołączył do ekspedycji zajmującej się rekonstrukcją brył lodowych

i to zgrzyta. Bo jak niby oni chcieli te lodowce rekonstruować. Nie potrafili sobie poradzić ze zmienianiem się ziemi w pustynię, a mieli technologie, by poradzić sobie z rekonstrukcją brył lodowych? Pojawia się, bo Ci pasuje, albo raczej zabrakło pomysłu na pociągnięcie opka, bo pasuje no… niespecjalnie.

Reasumując: na bibliotekę bym klikła, ale w głosowaniu piórkowym będę na NIE.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej Irko!

 

Cieszę się, że tekst Cię autentycznie zaciekawił. Trochę mniej się cieszę, że potem krzywa zainteresowania gwałtownie spadła.

Rozumiem i przyjmuję Twój zarzut, bo nie jesteś w nim odosobniona. Wygląda na to, że element z czymś tajemniczym co wychodzi z lodowca wielu osobom się nie podobał i najwyraźniej jest jednym z większych mankamentów opowiadania.

Natomiast w Mikołaju widzę jedynie kogoś, kto kieruje się nienawiścią do siebie i do innych ludzi.

Rozumiem, że tak mogłaś to odebrać. We wcześniejszych wersjach było tam przynajmniej dwa elementy, które miały pokazać, że on w to jednak wierzy. Była notatka gdzie skazywał wiceministra ds. depopulacji za zbrodnie przeciw środowisku. I fragment przemowy gdzie opowiadał jak środowisko jest ważne. Ale ostatecznie zostały usunięte.

W moim zamierzeniu ocieplenie klimatu roztopiło lodowce a wraz z nimi to coś co weszło w Piotra a potem w Jeremiego. Ale rozumiem, że możesz mieć wrażenie, że to nie za bardzo tu przystaje.

Dziękuję Ci bardzo za rozbudowany komentarz i przekazanie mi swojej decyzji.

 

Pozdrawiam!

Ciekawa sytuacja, bo choć jestem dość mocno zaangażowany w tematy ekologiczne, w zasadzie nie odczułem początku tak, jak niektórzy wyżej wspominali (czyli nie miałem wrażenia “bajki o złych lewakach”). To znaczy owszem, był raptem jeden akapit, który można tak było odebrać (plus drugi gdzieś w połowie tekstu), ale dosłownie zaraz po nim bardzo sensownie, realistycznie, nieoceniająco ponura wizja świata, w którym przy okazji było widać, ze albo interesujesz się tematem albo było trochę researchu (choćby wzmianka o drzewach robiących za cmentarz – to w ogóle temat rzeka, bardzo wielowątkowy).

Z jednej strony każda władza deprawuje. W dodatku szersza osłabia efektywność, skupiona w wąskim gronie – przyczynia się do decyzji mających efekty uboczne. a na to wszystko jeszcze dochodzi nakładka, o której wspomniałeś w komentarzach – jeśli coś się ma zmienić z planetą, to lekkie działania mogą nie wystarczyć. W sumie Watts to nieraz poruszał w swoich felietonach w NF (m.in. wspominając o tym, co wysłał na nabór o optymistycznych wizjach przyszłości). Chyba tylko w publikowanym w którymś Wydaniu Specjalnym NF tekst “Bez sztandaru” pokazywał jakąś wersję bardziej łagodną, a nadal zachowującą wiarygodność.

Także ogólnie, choć podejrzewam, ze mamy rozbieżne spojrzenia na świat (tzn. tak sądziłem już po innym Twoim opowiadnaiu), w ogóle mi to nie przeszkadzało przy lekturze. Tekst jest po prostu dobry.

No i skoro o tekście mowa… Co mnie zdziwiło, to że widać tu pewne nawiązania do kilku różnych filmów SF – podczas gdy zwykle piszesz jakby “swoje historie”. Tu widać trochę “Cosia”, ale tez kilka innych filmów, których nie potrafię zidentyfikować po tytułach, ale których fragmenty i sceny krążą mi w głowie (m.in. ta czerń zalewająca oczy, cała scena., nie tylko same oczy, przypomina jakiś film).

Jest kilka rzeczy, których można się doczepić, acz nie przeszkadza to, zwłaszcza, ze pasuje do “filmowego” obrazu, który ma jakiś posmak akcji. Za to bardzo duży plus za tworzenie scenerii, którą się wręcz widzi. Włącznie z przeskokiem w kolory w ostatniej scenie, na “lepszym osiedlu” – widzi się to, choć nie zostało to przecież zaakcentowane w tekście.

 

Przemowa Błażeja – to wygląda trochę dziwnie. Jak nie mam problemów z rzeczami, któe są często nazywane infodumpami, tak to tutaj dużo lepiej by pasowało jako coś w formie zwykłego akapitu opisowego.

 

Zwiększenie podatków od potomstwa – to jest ciekawy przykład właśnie tego, jak władza może się motać, bo… To daje mocniejszą pozycję ludziom zamożnym, którzy często generują więcej śmieci.

 

Postój, wymarsz, błyskawiczna eksterminacja i szybki powrót – tu jest coś, co się nie klei. Jakby tak było łatwo, to by w tym świecie dawno wymietli źródła oporu. Albo alternatywnie dawno źródła oporu by się przeformowały. A ci tutaj działają jakby szli się odlać w momencie, w którym akurat naszła ochota. Trochę wybija to z realizmu.

 

Czemu “gaz” nie zadziałał na bohatera przy jego porwaniu – to wyjaśniono później. Czemu on sam się nie zdziwił w tym konkretnym momencie – o, to jest niezłe pytanie. Bo ja, jako czytelnik, od razu uznałem to za coś burzącego realizm, nawet jeśli pasowało do konwencji filmowej (choć później wskoczyło to na miejsce).

 

"W końcu otworzył nożem dopiero co zasklepioną na przedramieniu ranę"

Przytykali mu broń do głowy, ale dali mu nóż?

 

"czymkolwiek jest to, co wstąpiło w Piotra"

Dokument stylizowany na okołonaukowy, więc słowo "wstąpiło" trochę nie pasuje. Może "wniknęło"?

 

"Potem założył opatrunek na nowe, głębokie nacięcie na ramieniu, które właśnie sobie zrobił"

I ponownie w momencie celowania do niego?

 

"Że dlatego uśpiłem całe osiedle"

– po kilku godzinach nadal to uśpienie i nadal nikt z zewnątrz na osiedlu się nie pojawił? Coś nie tak.

 

A do tego drobiazgi, dygresyjnie, raczej dla dyskusji, bo nie są to zarzuty:

 

Ekologiczny detergent – nieskuteczność vs skuteczność

– tu Ci powiem ciekawostkę. Używałem trochę różnych “eko” środków czystości i jakbym miał zrobić ranking najlepszych, średnich i najgorszych, to te eko będą w kategorii górnej i kategorii dolnej, rzadko w środkowej. Zupełnie jakby producenci dzielili się na takich, którzy stwierdzają, ze ze znaczkiem to się sprzeda, choćby najgorszy shit i na takich, którzy bardzo starają się udowodnić, ze to może być naprawdę dobre. Ale to dygresja na boku :)

 

"Często czekali ponad godzinę, aż panele słoneczne na dachu wyłapią wystarczająco dużo energii"

– a stacje ładowania? Czemu ich nie bo po drodze w świecie, w którym stawiano na OZE?

 

"lewacy w rurkach"

Tego by raczej nie powiedział były aktywista, bo wśród aktywistów hipsterskie rurki to raczej rzadkość ;) Prędzej właśnie ktoś, kto w młodości po openerach łaził ;)

 

Tempo elektryków

– tu mnie zaciekawiłeś, bo generalnie perspektywy technologiczne nie są tak koszmarne, przeciwnie. Taki Rimac Nevera to tegoroczny rekordzista z wynikiem maksymalnym 412 km/h. Ograniczniki w samochodach miejskich częściowo są wynikiem systemów bezpieczeństwa.

 

Hej Wilku!

 

Dzięki za konkretny komentarz.

Faktycznie trochę temat zgłębiłem swego czasu, aczkolwiek jak widać i tak jest tu sporo braków (widząc wiele uwag od np. Krara czy Ciebie). Faktycznie niektóre z tych rozwiązań to długi i niełatwy temat :)

Cieszę się, że nie odebrałeś tego jako bajki o złych lewakach, bo nie o to mi chodziło :). Opowiadanie powstało z faktu, że ten temat mocno swego czasu wszedł mi na psyche i tej refleksji, że nic się w tym temacie nie zmieni jeśli nie pojawi się jakaś radykalna formacja, która postawi ekologię jako cel ponad wszystko. Pomyślałem o tym i stwierdziłem że przerysuję to w formie takowej dystopii. Ponadto stwierdziłem, że ukazanie strony, która robi teoretycznie coś dobrego jako opcji skrajnie złej może być ciekawym rozwiązaniem fabularnym. 

Także ogólnie, choć podejrzewam, ze mamy rozbieżne spojrzenia na świat (tzn. tak sądziłem już po innym Twoim opowiadnaiu)

A to jest ciekawa refleksja z Twojej strony. Nie znamy się co prawda w ogóle ale ja bym strzelał że raczej mamy podobny :). Ale to może kiedyś wyjdzie na jakimś NFowym piwie jak się uda spotkać :)

 

W filmach jestem zanurzony chyba bardziej niż w książkach. Więc jeśli rozpoznajesz tutaj jakieś kadry to bardzo możliwe, że to nieświadome odpryski, które pojawiły mi się w głowie. Ale żadnym filmem się tutaj nie kierowałem. Nawet Cosiem którego przytoczyłeś Ty i kilka innych osób. Fakt, że coś wyszło z lodowca był dodatkową konsekwencją kryzysu klimatycznego, bo lód został roztopiony.

 

Co do przemowy Błażej to rozumiem i nie jesteś tutaj osamotniony. Po dłuższej analizie już wiem czemu zostawiłem ten tekst. To po prostu pewnego rodzaju moja własna wypowiedź odnośnie tego gdzie zmierzamy. I choć to błąd fabularny i literacki chyba dlatego nie umiałem się tego pozbyć.

 

Zwiększenie podatków od potomstwa – no tak to (zresztą jak większość kar i podatków) uderza bardziej w biedniejszych niż bogatych.

 

Postój, wymarsz, błyskawiczna eksterminacja i szybki powrót – tu jest coś, co się nie klei. Jakby tak było łatwo, to by w tym świecie dawno wymietli źródła oporu. Albo alternatywnie dawno źródła oporu by się przeformowały. A ci tutaj działają jakby szli się odlać w momencie, w którym akurat naszła ochota. Trochę wybija to z realizmu.

Ok przyjmuję i rozumiem. W moim założeniu industrialni rebelianci byli dosyć rozproszoną grupą, którą można było w miarę łatwo rozbić (a przynajmniej niektóre ich oddziały). No ale nie ukazałem chyba tego w tekście, więc rozumiem, że mogło wybyijać.

 

W końcu otworzył nożem dopiero co zasklepioną na przedramieniu ranę"

Przytykali mu broń do głowy, ale dali mu nóż?

W moim założeniu ten nóż tam cały czas leżał i to był ten którym zabił się Piotr. No ale może tego do końca nie pokazałem.

Dokument stylizowany na okołonaukowy, więc słowo "wstąpiło" trochę nie pasuje. Może "wniknęło"?

Racja poprawione.

"Potem założył opatrunek na nowe, głębokie nacięcie na ramieniu, które właśnie sobie zrobił"

I ponownie w momencie celowania do niego?

On to robi po tym jak wszyscy są już martwi.

"Że dlatego uśpiłem całe osiedle"

– po kilku godzinach nadal to uśpienie i nadal nikt z zewnątrz na osiedlu się nie pojawił? Coś nie tak.

No tak racja. Pomyślę nad tym.

Ekologiczny detergent – nieskuteczność vs skuteczność

A to ciekawe. Ja mam akurat doświadczenia raczej kiepskie z nimi, choć może to kwestia trafienia na właściwy model :)

"Często czekali ponad godzinę, aż panele słoneczne na dachu wyłapią wystarczająco dużo energii"

– a stacje ładowania? Czemu ich nie bo po drodze w świecie, w którym stawiano na OZE?

W moim założeniu tam gdzie się udali niespecjalnie już działała cywilizacja. Czyli nawet jeśli byłyby tam stacje to bez prądu.

"lewacy w rurkach"

Tego by raczej nie powiedział były aktywista, bo wśród aktywistów hipsterskie rurki to raczej rzadkość ;) Prędzej właśnie ktoś, kto w młodości po openerach łaził ;)

Hehe. No pewnie tak. 

Tempo elektryków

No to trochę moja wyobraźnia raczej niż faktyczne dane/prognozy. Elektryczne samochody to dobry kierunek ale na chwilę obecną ich produkcja i utylizacja (baterie) są nadal problemem pod kątem ekologii. Stąd wymyśliłem, że może uda się znaleźć rozwiązanie tego problemu ale będą konsekwencje i właśnie stąd samochód elektryczny trzeciej generacji który jest bardziej ekologiczny ale wolniejszy.

 

Jeszcze raz dzięki za wizytę i konkretny komentarz!

 

Pozdrawiam!

Edward, Finkla

 

https://www.money.pl/gospodarka/inwestorzy-ustawiaja-sie-w-kolejce-o-wynalazek-polki-bije-sie-swiat-japonia-wyklada-pieniadze-6699370728069249v.html

 

W nawiązaniu do pomysłu rozkładanych paneli słonecznych.

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

O ciekawe. Dzięki Krarze!

Interesujący tekst. Na pierwszym miejscu podobały mi się dialogi postaci – dla mnie wychodziły naturalnie, choć tu i ówdzie dało się zobaczyć ślady przegadania.

Drugie miejsce to portret postaci. Te wszyły bardzo dobrze, wyraźne, z zarysowanymi celami, emocjami oraz relacjami.

No i na koniec wyraźnie zarysowałeś konflikt bohatera jak i otaczającego go świata. Jest tu napięcie, jest i komu kibicować lub nie.

Konstrukcja tekstu też na plus – same wprowadzające fragmenty dobrze rozszerzają informacje o świecie przedstawionym albo o psychologii postaci.

Tak więc dobry koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Hej NoWhereManie

 

Cieszę się, że podobały Ci się dialogi i portret postaci. Te elementy mam wrażenie u mnie kulały dotychczas więc fajnie że się udało tym razem mimo że były tam faktycznie przegadane sceny. 

 

Fajnie, że koncert się udał :) . Dzięki wielkie za komentarz i pozdrawiam!

Leki na bazie benzodiazepamów i barbituranów.

Grupa leków nosi nazwę “benzodiazepiny”. Jedną z benzodiazepin jest diazepam. Nie istnieją benzodiazepamy.

 

Błażej unikał wzroku Jeremiego, ten ostatni z kolei próbował coś dojrzeć przez czarne szyby, które skutecznie blokowały widoczność.

 

Witaj, Edwardzie!

Zacznę od tego, że na miejscu Jeremiego, to dawno trafiłby mnie szlag i powiedziałbym moim wspaniałym braciszkom, żeby załatwiali sprawy między sobą i nie zawracali mi głowy swoimi problemami, skoro każdą prośbę o wyjaśnienia zbywają hasłem “powiedziałbym ci, ale nie mogę”. To nie mów i daj mi żyć! ;D

Sama trójka głównych bohaterów została wykreowana, moim zdaniem, bardzo porządnie. Podobało mi się, że każdy miał jakiś charakter i osobowość oraz że nie wynikało to z rzuconych tu i ówdzie epitetów, lecz z naprawdę satysfakcjonujących dialogów – w każdym razie pod kątem relacji między postaciami. Pierwsza rozmowa z Mikołajem zaczęła mi się dłużyć, bo odniosłem wrażenie, że nic z niej nie wynika. Mikołaj chciał czegoś od Jeremiego, nie chciał powiedzieć czego i w zasadzie to samo powtarza się w scenie rozmowy przez telefon i później w scenie pogrzebu. Dalej podobnie zachowuje się Błażej, też nie ma ochoty rozwiewać żadnych wątpliwości, a moja ochota, jako czytelnika, by poznać, o co im właściwie wszystkim chodzi, zaczęła z wolna ulatywać.

Pojawiła się wtedy podejrzenia w kilku zdaniach informacji o świecie przedstawionym i tutaj też scedowałem moją uwagę. Świat rządzony przez ekologów, którzy nadużywają swojej władzy i na sztandary biorą np. antynatalizm, odebrałem jako mocną, ciekawą koncepcję. Myślę, że podkreśla, że każdy ekstremizm jest zły, nawet jeśli komuś się wydaje, że robi dobrze. Wykreowany świat, w moim odczuciu, trzymał się kupy.

I tak sobie brnąłem w tym ekologicznym postapo, delikatnie w zasadzie ledwo smyrany fantastyką, gdy pojawia się ufok z Antarktydy, który totalnie zmienia charakter tego opowiadania. Nie mam o to pretensji, taki zabieg to w sumie ciekawy twist. Tylko tutaj nie wszystko zagrało. Nie ma żadnej sugestii, że czegoś takiego w ogóle można się spodziewać (i nie chodzi mi o fakt znalezienia <czegoś> na Antarktydzie, bo to jest sugerowane od początku, a raczej brak najmniejszego sygnału, że skala tego czegoś jest aż tak odjechania). Piotr, a później Jeremi stali się jakimiś op terminatorami, którzy szli przed siebie i mordowali wszystko co się rusza, jakby od niechcenia. I się skończyło. Jasne, historia braci się domknęła, tylko np. co teraz stanie się z ludzkością, skoro antarktyczny ufok zdaje się planować wymordować wszystkich przed końcem tygodnia?…

Summa sumarum, czytało mi się przyjemnie. Opowiadanie warte poświęconego czasu, choć nie uchroniło się od usterek.

 

Ciekawy wybrałeś sobie pomysł na tekst.

Masz tu kilku bohaterów, o różnej roli, ale wprowadzasz ich na tyle umiejętnie, że nie tylko żaden się nie myli i nie trzeba w żaden sposób się ich uczyć albo zapamiętywać. W dodatku każdy z nich ma odpowiednio nakreśloną osobowość, ma swoje motywacje. Sam tekst jest przy tym bardzo przyjemnie stonowany emocjonalnie. Nie epatujesz emocjami, nie ciskasz nimi w czytelnika, ale tylko subtelnie nakreślasz, tak, by czytelnik mógł je wyczuć i zrozumieć, ale zarazem nie czuł się “szantażowany emocjonalnie”. I to jest właśnie jeden z najfajniejszych elementów tekstu, bo on – mimo określonej warstwy emocjonalnej – nie bazuje na emocjach i nie tym ma trafiać do czytelnika, ale samym pomysłem na świat i na to, jak poszczególnie bohaterowie w nim funkcjonują.

Fabuła pozostawia mieszane uczucia. To znaczy, po pierwszej części tekstu chciałem napisać, że pewnie nie trafi do każdego, ale ze względu na swoją charakterystykę świetnie pasuje do opowiadania. Po drugiej trochę swoje zdanie zmieniłem, ale o tym za moment.

Ta pierwsza część jest o tyle specyficzna, że tam, jeśli chodzi o bieg zdarzeń jakoś szczególnie dużo się nie dzieje. Zwłaszcza w przypadku rozjaśniania tego biegu zdarzeń. Z grubsza rozumiemy, co się dzieje w tej historii i jakie są tego motywacje, ale w gruncie rzeczy nadal nie do końca widzimy cel. Na jakieś poważniejsze zawiązanie akcji przychodzi nam poczekać. I, jak wspomniałem, z początku chciałem napisać, że to do każdego nie trafi (bo nie ma dużo akcji, fabularnych fajerwerków, może “wybuchów emocjonalnych” – które pewnie niektórzy w literaturze lubią), ale że świetnie pasuje do konstrukcji opowiadania, bo fabuła służy tu też niejako do dalszej ekspozycji świata, które nie tylko jest ważnym elementem tekstu, ale i jego dużą zaletą.

Tak chciałem napisać, natomiast później, kiedy ta akcja się zawiązuję, siłą rzecz przyszło mi zmienić zdanie. Bo w sumie niejako dostajemy tu wszystko to, czego w jakiś sposób “rzekomo” brakowało (te fajerwerki fabularne, przyspieszenie akcji, większa efektowność). Natomiast nie jestem przekonany, czy to do końca służy opowiadaniu. Bo ten przeskok budził jednak pewien dysonans. W pewnym momencie czułem się trochę tak, jakby mnie ktoś ze stonowanych klimatów Zajdlowskich wrzucił w jednej chwili do Lovecrafta. Ten pomysł sam w sobie nie jest zły, ale to się tutaj nie zgrało. Jakbym dostał trochę połączenie dwóch różnych stylów i koncepcji budowy opowiadania, tak, żeby każdy znalazł coś dla siebie.

Nie napiszę, że odebrało mi to frajdę z lektury, bo to kawał porządnego, ciekawego opowiadania i naprawdę cieszę się, że w końcu udało mi się wygrzebać kawałek czasu, by do niego przysiąść. Więc w sumie może podsumuję swoją opinię najprościej jak można: bardzo ciekawe opowiadanie z jednym felerem koncepcyjnym, polegającym na nagłej wolcie konstrukcyjnej i w sumie może nawet gatunkowej.

Tak czy inaczej podziękował za dobre opowiadanie. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Witam Pana Jasną Stronę :)

 

Dzięki za uwagi. Poprawione!

Zacznę od tego, że na miejscu Jeremiego, to dawno trafiłby mnie szlag i powiedziałbym moim wspaniałym braciszkom, żeby załatwiali sprawy między sobą i nie zawracali mi głowy swoimi problemami, skoro każdą prośbę o wyjaśnienia zbywają hasłem “powiedziałbym ci, ale nie mogę”. To nie mów i daj mi żyć! ;D

No tak rozumiem, że można się poirytować :)

Bardzo cieszę się, że uznałeś postacie i dialogi za porządne (a przynajmniej ich część). Cieszę się że i świat jakoś trzymał się kupy.

Mniej cieszy mnie, że inne rzeczy nie do końca się udały, ale przyjmuję zarzuty bez większej polemiki z mojej strony.

Rozumiem, że mogłem przesadzić z niektórymi momentami kiedy bohaterowie stwierdzają, że "wiem ale nie powiem" i zamiast budzić ciekawość to rodzi to niechęć i właściwie jak nie chcą gadać to niech się wypchają :)

Biorę też na klatę uwagę o dysonansie wywołanym przez kosmiczne niewiadomoco z lodowca. Faktycznie może nie do końca dobrze to wyważyłem i nauczka na przyszłość aby raczej trzymać się ustalonej konwencji.

Cieszę się, że mimo wszystko czytało się przyjemnie. Dziękuję Ci bardzo serdecznie za przeczytanie i poświęcony czas!

 

Pozdrawiam!

 

Witam również CM'a

 

Cieszę się bardzo że zauważyłeś kreację bohaterów i że jakoś udało mi się wykreować ich osobowość. Wydaje mi się, że dotychczas to u mnie trochę kulało, a to w sumie dosyć krytyczne właściwie w każdej opowieści.

Co do fabuły to rozumiem mieszane uczucia. Faktycznie wykonałem (jak to trafnie ująłeś) woltę konstrukcyjną i gatunkową i faktycznie to może wprowadzać pewien dyskomfort. Wiele osób o tym wspominało wcześniej, więc to dobra nauczka na przyszłość aby uważać i może póki co jechać na jednym koniu a nie przeskakiwać w trakcie z konia na np. wielbłąda :).

Cieszę się bardzo natomiast, że ogólnie się podobało mimo tych wad i żonglowania konwencją :)

I to raczej ja dziękuję bardzo za solidny komentarz :).

 

Pozdrawiam!

Hej, hej,

 

zacznę od tego, że początek wyrzuca z kapci. Tak właśnie powinno się pisać początki – ile tam jest konfliktów, niemal nie da się zliczyć. Przede wszystkim sen o ciężarnej, w dalszej kolejności nieodebrane połączenia na telefonie, info o przepustce, rozmowa z Mikołajem i zapowiedzenie podstawienia samochodu na drugi dzień. I jeszcze wszystko przeplecione migawkiami z “podwórka” – palące słońce plus bilboardy “strzel sobie samobója”. To jest to! Uwaga czytelnika jest przykuta maksymalnie, nie sposób się oderwać.

Jest też kilka smaczków, na które zwróciłem uwagę – np. śmierdzących, spoconych ludzi, z jednej strony upał, a być może z drugiej skórka od cytryny, którą miziają się pod pachami zamiast chemicznymi antyperspirantami.

Ogólnie dalej jest bardzo dobrze, masz opanowane pisanie, wciągasz w historię i nie wypuszczasz do końca ;)

 

Pytanie jakie mi się nasuwaja – dlaczego tak mało kobiet? Troche poczułem brak kobiecego bohatera, może ktoś z marines mógłby chociaż być kobietą? Tak mi się jakoś kojarzy, że ekologia to też kobiety, matki walczące o przyszłość swoich dzieci; to również prawa kobiet czy szerzej rodzin, które kobiety niejako uosabiają, jako osoby odpowiedzialne za utrzymywanie płomienia domowego ogniska.

Kobiety są mocno uprzemdiotowione w tekście – można je zabrać komuś jak przedmiot (Mikołaj zabiera Piotrowi) można je chować w pokoju lub zdecydować o ich śmierci czy życiu. Wydawało mi sie przez chwilę, że będzie jakieś rozwinięcie kobiecego motywu, dopowiedzenia, ale nie. Miałem wrażenie, że ruch antyekologiczny skupiał koniety, np. ten dialog:

“– To nie on – stwierdził w końcu Jeremi. – Gdzie reszta?

– Nie pasowała – odpowiedział ospowaty.

– Nie pasowała?! A skąd wy możecie to wiedzieć?

– Spokojnie – mitygował Błażej. – Oni wiedzą, co robią – Jeremi chciał mu odpyskować, ale nagle klęczący zaczął się drzeć.”

Tutaj wydawało mi się, że wymordowali kobiety. Ale chyba jednak nie… ;)

 

Kolejna sprawa – monolog Błażeja jest trochę infodumpowy. Lepiej pewnie byłoby go wpleść w dialog, albo w retrospekcję (może nawet przywołaną jako sen Jeremiego).

 

No i na koniec: stwór, który zamieszkał w Piotrze przypomina mi skrzyżowanie Venoma z Lovecraftem. Wydaje mi się nieco mało oryginalny. Jego nieśmiertelność zaś jest dla mnie po prostu nudna – zresztą żołnierze atakują go w mało finezyjny sposób, można by tutaj, myślę, popuścić nieco wodze wyobraźni. Te “szczegóły” dla mnie sprawiają, że tekst jest jest “jedynie” bardzo dobry, a nie świetny ;) Gdzie się podziała technika budowania konfliktów, która tak świetnie zagrała na początku?

 

Mimo wszystko – tak jak napisałem wyżej – jest bardzo dobrze i w głosowaniu piórkowym będe na “tak”. Szukaj wydawcy, Panie, bo już jesteś gotowy, żevty wyfrunąć z NF, w moim przekonaniu ;) A może już coś wydajesz?

 

Pozdrawiam serdecznie!

Che mi sento di morir

Hej BasementKey :)

 

zacznę od tego, że początek wyrzuca z kapci.

:)

Uwaga czytelnika jest przykuta maksymalnie, nie sposób się oderwać.

Wielka radość :)

 

Pytanie jakie mi się nasuwaja – dlaczego tak mało kobiet?

No faktycznie, słuszna uwaga, jakoś nie zdawałem sobie z tego sprawy. Jakoś pisząc faktycznie brałem pod uwagę mężczyzn jako bohaterów i faktycznie mogło to wyjść nieco nienaturalnie. 

W każdym razie dwa kolejne teksty, które gdzieś tam mi się kłębią w głowie mają sporo bohaterów kobiecych, więc może się to jakoś wyrówna (zakładając, że coś z tych tekstów wyjdzie) :)

Kolejna sprawa – monolog Błażeja jest trochę infodumpowy. Lepiej pewnie byłoby go wpleść w dialog, albo w retrospekcję (może nawet przywołaną jako sen Jeremiego).

Pełna zgoda. Ten fragment wspomniany już przez kilka osób to jeden z dwóch / trzech grzechów głównych tego opowiadania :).

No i na koniec: stwór, który zamieszkał w Piotrze przypomina mi skrzyżowanie Venoma z Lovecraftem. Wydaje mi się nieco mało oryginalny. Jego nieśmiertelność zaś jest dla mnie po prostu nudna

No tak. Wygląda, że to chyba największa wada tego tekstu. Myślałem, że ten element będzie jakoś intrygujący, ale chyba nie do końca wyszło.

Mimo wszystko – tak jak napisałem wyżej – jest bardzo dobrze i w głosowaniu piórkowym będe na “tak”. Szukaj wydawcy, Panie, bo już jesteś gotowy, żevty wyfrunąć z NF, w moim przekonaniu ;) 

Dzięki wielkie za werdykt piórkowy i Twoją bardzo przychylną opinię ogólną. Bardzo mnie to cieszy i daje mnóstwo motywacji. Niemniej jednak wydaje mi się, że jeszcze długa droga przede mną :)

 

Dziękuję Ci pięknie i pozdrawiam!

Niemniej jednak wydaje mi się, że jeszcze długa droga przede mną :)

Droga mierzona napisaniem powieści lub trzymającego się kupy zbioru opowiadań oraz wysłaniem książki do wydawcy. Długość tej drogi jest względna, może być tak, że nigdy jej nie przebędziesz, a możesz to również zrobić jeszcze w tym roku.

Che mi sento di morir

Dzięki za krzepiące słowa! :)

Przyznam, że mam mieszane uczucia co do tego opowiadania. Z jednej strony czytałem je na raty i miałem za każdym razem ochotę do niego wrócić i czytać dalej, z drugiej – jak już skończyłem – to nie pozostało mi nic innego jak wzruszyć ramionami :)

Po pierwsze – lubię, jak pewnie wiadomo, klimaty postapo, więc na plus trzeba zaliczyć krajobrazy opowiadania. Brakowało mi jednak pewnego poetyzmu w opisach zniszczeń i paru takich bardziej atrakcyjnych panoram końca świata. Tu dochodzimy do pewnego mankamentu – mianowicie ta podróż przez pustynię w pewnym momencie zaczęła być nieco nużąca, za długo to trwało i było zbyt monotonne. 

Nie podobał mi się sposób kreacji tego rządu. Było to zdecydowanie zbyt groteskowe jak na coś, co miałoby obejmować, jak się zdaje, całą Europę.

No i mroczna papa ze śniegu – jak ktoś wcześniej w komentarzu zauważył, zrobiły się z tego dwa opowiadania. 

Reasumując, opowiadanie wygląda trochę jak złożone z obrazów i idei z filmów z jakichś lat 60. czy 70., ale trochę za bardzo na poważnie, ale z drugiej strony jest całkiem wciągające :) 

 

I po co to było?

Hej Syfie!

 

Z jednej strony czytałem je na raty i miałem za każdym razem ochotę do niego wrócić i czytać dalej

To mnie cieszy bardzo :)

 

jak już skończyłem – to nie pozostało mi nic innego jak wzruszyć ramionami :)

To mniej ale biorę to na klatę. Podobnie jak pozostałe zarzuty.

Jeśli chodzi o poetyckość w opisie to co prawda postawiłem tutaj na surowość tekstu, ale pewnie jeden czy drugi opis by się przydał. Rozumiem, że podróż przez pustynię mogła być nieco nurząca. Pomyślę nad tym.

Co do kreacji rządu to jest on przerysowany, zgadza się. Ale pewnie w ogóle pomysł aby ekologia stała się priorytetem jest nierealny, więc pozwoliłem sobie na pójście w pewne ekstremum. Rozumiem jednak, że mogło nie siąść.

A “mroczna papa ze śniegu” :) to faktycznie wygląda, że wiele osobom to nie podpasowało. 

Dzięki wielkie za komentarz i przeczytanie.

 

Pozdrawiam!

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Dzięki Anet, bardzo się cieszę. Radość została przyniesiona :)

Hej, Edwardzie.

Na początek kilka drobiazgów, nie nazwałbym ich uwagami, bardziej miejscami do wygładzenia tekstu.

Archiwalny fragment artykułu z portalu fckecolog8y53r6t.onion

Szkoda, że nie brzmi bardziej realnie. Pewnie połowa czytelników sprawdziłaby, czy istnieje. :)

Elektryczny samochód trzeciej generacji nie wydawał żadnego dźwięku.

Mam rozumieć, że bardzo dobry i zaawansowany?

W niedalekim sąsiedztwie brata dostrzegł czterech dryblasów, ochroniarzy, którzy przysługiwali Mikołajowi

Używasz w życiu takiego określenia? Słyszałeś chociaż raz od kogoś?

Stali tak przez chwilę w milczeniu. W końcu Jeremi skończył palić i weszli do środka budynku, a potem do małej sali. W jasnym, minimalistycznym pomieszczeniu stało dwanaście krzeseł, (…)

Do sali wszedł mężczyzna ubrany w czarną koszulę. Pod pachami brudne plamy od potu, widoczne, nawet gdy miał opuszczone ręce. Rozejrzał się dookoła i zmarszczył brwi, widząc tylko ich dwóch.

Jaki jest tego cel? Ilość pogrzebów? Bagatelizowanie pochówku?

 

Poruszali się bardzo wolno, bo tylko takie tempo było możliwe w samochodzie elektrycznym trzeciej generacji.

Czyli jednak trzecia generacja ma znaczenie.

Drzwi furgonetki się otworzyły i do środka weszło ośmiu potężnych mężczyzn z wielkimi torbami.

Uważaj na takie zdania, brzmią trochę groteskowo.

Później już nie wyłapywałem takich zwrotów czy miejsc, ale masz mniej więcej pogląd, co mi trochę przeszkadzało.

 

Jeśli chodzi o całe opowiadanie, niestety nie podobało mi się. I nie chodzi o pomysł, bo to jest kwestia gustu i subiektywnej oceny. Jednym będzie się podobać, drugim nie. Dlatego staram się nie oceniać pomysłów, ani nikomu nie zmieniać fabuły. Tu chodzi o wykonanie.

Największy zarzut mam do sposobu przedstawienia świata. Poświęcę temu akapit, bo nie jesteś w tym odosobniony. Nie rozumiem dlaczego przyszłość, jeśli już pójdzie w „złym kierunku”, jest przedstawiana w groteskowy sposób. Dlaczego scenografia musi być przejaskrawiona? Czy naprawdę uważasz, że „źli” w przyszłości będą:

Szeptali po angielsku, klęli po swojemu. Ostrzyżeni na krótko, z gęstymi brodami. Tatuaże na umięśnionych ramionach. Czarne jednolite uniformy bez żadnych oznaczeń czy insygniów. Półksiężyce brudu za paznokciami. Smród niemytego ciała, który momentalnie wypełnił wnętrze.

Krój ich uniformów zmienił się nieco, odkąd Jeremi je pamiętał, ale nie było wątpliwości, że to Zielone Służby Specjalne.

Dokładasz do tego kierowcę niemowę, czarne furgonetki itd. Przecież to są rekwizyty z filmów klasy B albo i C. Tak postrzegasz przyszłość albo rzeczywistość? Że w służbach i siłach specjalnych będą pracować tępacy? Ja jedyne czarne wozy widuję w kolumnach rządowych. Mam kuzyna w antyterrorce, nie mają tam żadnych czarnym furgonetek. Jeżdżą na akcję typową policyjną z kratami, albo zwykłą, która wygląda jak dostawcy, stolarza albo piekarza. Czarne widzę tylko przy inwigilacji i na akcjach w amerykańskich filmach. Poza tym ta nieuzasadniona przemoc. Wywlekanie przez policję ekologiczną staruszków? Po co agresja? Jedyną przyczynę widziałbym w nienawiści do osób starszych, ale to trzeba by bardziej umotywować w tekście.

Albo:

I to właśnie my, ci ekolodzy, weganie i lewacy w rurkach zgotowaliśmy największy armagedon w dziejach ludzkości.

No nie, na razie nie widzę ku temu żadnych przesłanek. Wręcz postrzegam wymienione przez Ciebie środowiska jako pacyfistów.

 

Do tej karykatury świata dokładasz sztuczne dialogi, jak chociażby tu:

– Bo ty może nie pamiętasz – wyjaśniał Błażej. – Ty możesz nie pamiętać tych dzieciaków, które kiedyś wrzeszczały o ekologii, które strajkowały, płakały i wyły z bezsilności, bo nikt nie traktował ich poważnie, a za szczyt sukcesu uznawali pojawienie się w telewizji zamiast przerwy na reklamę. Ale tak nas wtedy traktowano. Więc kryliśmy się po kątach i rośliśmy w siłę, a w głowie puchła nam tylko jedna myśl: jak ich wszystkich obedrzeć ze skóry, za to, co nam zabrali.

Ludzie tak ze sobą nie rozmawiają, to znaczy nie powtarzają sobie w monologach rzeczy, które już wiedzą. Można w dialogach opowiedzieć część, ale resztę trzeba podrzucić w narracji lub akcji. Przecież te informacje mogłeś przemycić w wiadomościach, w starych informacjach w motelu, czy w krótkiej rozmowie z recepcjonistą o starych dziejach i obawach. Ba, Twój bohater sam mógł ich szukać, w końcu siedział i nie był przecież na bieżąco. Aż się prosi, żeby chwilę gdzieś pogrzebał po wyjściu. Czy to nie byłoby naturalne? Można to zrobić na wiele różnych sposobów, zamiast sztucznych rozmów.

Nie będę dalej wytykał, bo takie zajeżdżanie tekstu w niczym Ci nie pomoże, a może przynieść wręcz odwrotny skutek. Pamiętam Twoje bardzo dobre opowiadania. Powiem więc szczerze, że wprowadziłeś mnie w pewną konsternację. Bo tutaj strona obyczajowa, mentalna i scenograficzna nie wygląda, delikatnie mówić, najlepiej.

I żeby nie było, pomysł mi się podobał. Z tym eko terrorem, spychaniem na margines staruszków, systemowym „pozbywaniem się” nadmiaru ludności. To jest ciekawe. A najlepszy jest pomysł z biodegradowalnymi nagrobkami. W przyszłości, z braku miejsca, zwłaszcza w dużych aglomeracjach, to wydaje się wielce prawdopodobne. Bardzo mi się spodobało, tylko dla tego pomysłu warto było przeczytać opowiadanie.

 

Pozdrawiam serdecznie.

Hej Darconie

 

Dzięki serdecznie za obszerny i konkretny komentarz. Uwagi są bardzo cenne, bo niebawem usiądę do poprawek nad tekstem.

 

Szkoda, że nie brzmi bardziej realnie. Pewnie połowa czytelników sprawdziłaby, czy istnieje. :)

 

Założenie było że są to strony z tego osławionego dark netu. Z tego co się zorientowałem mają one jeszcze mniej znaczące opisy (a właściwie to chyba przypadkowy ciąg znaków). Pozwoliłem sobie w moim adresie jednak zawrzeć jakieś słowo aby nie było to literacko zupełnie bezsensowne.

 

Jaki jest tego cel? Ilość pogrzebów? Bagatelizowanie pochówku?

Raczej chodzi o to że jest bardzo gorąco nie ma klimatyzacji.

Nie rozumiem dlaczego przyszłość, jeśli już pójdzie w „złym kierunku”, jest przedstawiana w groteskowy sposób. Dlaczego scenografia musi być przejaskrawiona?

No tak być może poszedłem tutaj o krok za daleko. Wyszedłem z założenia, że świat gdzie ekologia jest priorytetem jest sam w sobie nierealny, a więc być może taki przerysowany świat do tego pasuje. Najwyraźniej był to umiarkowanie dobry pomysł.

Przecież to są rekwizyty z filmów klasy B albo i C.

Dzięki za zwrócenie uwagi bo faktycznie może tutaj za bardzo zasugerowałem się jakimiś filmowymi obrazami. Przyjrzę się temu podobnie jak wielu innym elementom które wymieniłeś a do których się nie odniosłem, bo po prostu wydawały mi się dosyć zasadne i niekoniecznie potrzebujące polemiki.

Pamiętam Twoje bardzo dobre opowiadania.

Dzięki za pamięć. No cóż raz wychodzi lepiej raz gorzej. Postaram się aby następnym razem było lepiej :)

A te biodegradowalne nagrobki to w sumie nie jest mój pomysł, znalazłem to przy poszukiwaniach informacji do tekstu (a chyba nawet już takowe gdzieniegdzie istnieją).

 

Dziękuję serdecznie i pozdrawiam!

Hej Edwardzie!

Może na początku kilka błędów:

Jeszcze byś napisał coś, czego nie chcę słyszeć.

Chyba ciężko się słyszy pismo. Może lepiej “napisał”?

 

. Bo pisze same głupoty.

piszę* chyba że to specjalnie, by naśladować wiadomości.

 

Uśmiechnął się smutno, a Jeremi głośno westchnął.

Konieczne są te wszystkie przymiotniki?

 

Fragment korespondencji Mikołaja do kierownictwu republiki.

kierownictwa*

 

Wystarczy, że podasz mi dłoń, że razem podetniemy sobie żyły[+.] – Zignorował go Piotr.

Chyba kropka, albo zignorował z małej, nie jestem pewna ;V

 

Ofiara niewidocznej truciźny.

trucizny*

 

Cały tekst ciekawy, przeczytałam na raz, wciągnął i zbudował napięcie. Świetnie oddany dystopijny klimat ;) Było kilka potknięć, powtórzeń i dziwnie zbudowanych zdań, ale da się to wybaczyć. Co tu dużo pisać, dobrze się czytało!

Dziękuję za lekturę!

 

Hej Gruszel

 

Dzięki serdecznie za poprawki, lekturę i opinię :).

Zdaje sobie sprawę, że tekst ma pewne niedoróbki językowe, ale cieszę się, że podobał się klimat i że tekst wciągnął.

 

Poprawki pewnie wrzucę w weekend.

I to ja dziękuję pięknie za lekturę :)

Cześć, Edwardzie!

 

Bardzo dobrze napisany tekst. Nie potykałem się na niczym, płynąłem przez opowieść, a do tego ciągle pchała mnie ciekawość, do czego to wszystko biegnie.

Wizja przyszłości mnie nie przekonała, ale wydaje mi się, że nie taki był cel – odbieram to raczej jako próbę zwrócenia uwagi na wiele aspektów, z którymi powinniśmy się mierzyć obecnie, a już na pewno będziemy się z nimi zmagać w przyszłości. Uważam, że z tekstu nie bije Twoja jedyna słuszna ocena sytuacji, tylko pozostawiasz sprawę otwartą i mówisz “hej, pomyślałeś jakby to mogło być?” – podoba mi się takie podejście do pisania.

Uważam, że w tych 40k znaków dość szeroko pokazałeś świat i w pewnym momencie stwierdziłem nawet, że przydałoby się więcej.

Natomiast ostatecznie końcówki nie chwyciłem – nie do końca rozumiem motywację Mikołaja – dlaczego wysyłał Jeremiego, dlaczego po prostu nie postawił wszystkiego na jedną kartę i nie spróbował wyeliminować Piotra, tylko posłał mu sojusznika.

No i wreszcie w jaki sposób naukowcy stwierdzili, że krewni mają zapewnioną ochronę? Tekst raportu na początku 10 rozdziału brzmi, jakby nie było to określone poprzez pomiar jakichś współczynników, tylko empirycznie. A Piotr przecież nie spotykał swojej rodziny. No i jak w ogóle to zbadali? Przecież musieliby mieć do Piotra dostęp.

Lekturę jednak uważam za udaną, która z eko-postapo skręciła trochę w stronę klimatu “The Thing”.

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej Krokusie

 

Dzięki wielkie za przeczytanie i uwagi. Cieszę się, że dobrze się czytało.

Tak faktycznie wizja jest dosyć nierealna. Kiedyś miałem taką myśl że tego typu dyktatura to chyba jedyny sposób aby skupić się na ekologii w dzisiejszym świecie. Fajnie też że dostrzegłeś niejednostronność przedstawionych założeń.

 

Natomiast ostatecznie końcówki nie chwyciłem – nie do końca rozumiem motywację Mikołaja – dlaczego wysyłał Jeremiego, dlaczego po prostu nie postawił wszystkiego na jedną kartę i nie spróbował wyeliminować Piotra, tylko posłał mu sojusznika.

Mikołaj wysłał Jeremiego aby odnalazł i przyprowadził mu Piotra bo chciał wykorzystać Piotra do swoich celów. Planem Mikołaja było wykorzystanie tej zarazy z Piotra poprzez Piotra albo Jeremiego.

W końcówce Mikołaj mówi: Mógłbym też ci powiedzieć, jak chciałem abyś wlał w serce ludzi strach, by się ciebie bali. Abyś był apokalipsą, na jaką zasłużyliśmy. Czystą i naturalną. Ekologiczną.

No i wreszcie w jaki sposób naukowcy stwierdzili, że krewni mają zapewnioną ochronę? Tekst raportu na początku 10 rozdziału brzmi, jakby nie było to określone poprzez pomiar jakichś współczynników, tylko empirycznie. A Piotr przecież nie spotykał swojej rodziny. No i jak w ogóle to zbadali? Przecież musieliby mieć do Piotra dostęp.

Założenie jest takie, że ta symbioza już gdzieś tam się pojawiała i stąd mogli dokonać tych badań. Czyli np. kwestie z pokrewieństwem zbadali na innych przypadkach.

W raporcie piszą:

Na podstawie badań przeprowadzonych na próbkach krwi od denatów z Antarktydy mamy podstawy sądzić, że czymkolwiek jest to, co wniknęło w Piotra, to ten sam rodzaj mutacji lub symbiozy, z którym mieliśmy do czynienia już kilkakrotnie.

Odmiana, która zintegrowała się z Pańskim bratem, wydaje się jednak mieć niespotykaną dotąd siłę i skalę rażenia.

 

Dzięki jeszcze raz za przeczytanie i uwagi!

 

Pozdrawiam!

Niestety, ale nie czuję tego.

 

Zacznę może od samej konstrukcji tekstu. Trochę rozumiem Alicellę, która nazywa to “opisem jak jadą w ciszy”. Bo prawdę mówiąc ten środek tekstu nie daje poczucia sensu opowiadania tej historii. Zatrzymują się parę razy, Błażej wygłasza monolog, ale nie ma niczego, co pchałoby historię do przodu. Wiem co się wydarzy na końcu, a te sceny ostatecznie mają bardzo mizerny wpływ na opowieść i w zasadzie omijając je straciłbym niewiele. A biorąc pod uwagę, że zaczyna się to wszystko w czwartej części, a kończy w ósmej…

Druga sprawa to bohaterowie. Dialogi i niektóre ich zachowania wydają mi się nienaturalne. Najbardziej chyba końcowy monolog Mikołaja, ale wcześniej również nagła i niewiarygodna przemiana Błażeja, który nagle zaczyna być strasznie wylewny i gadać z Jeremim. Z pozytywów mogę wyróżnić za to Piotra, po którym rzeczywiście widać szaleństwo.

Warto chyba jeszcze wspomnieć o ekologii, która – moim zdaniem – nie odgrywa tu absolutnie żadnego znaczenia. Bo jest to historia o zupełnie czymś innym, pewnie o upadku ideałów pewnego młodzieńca, podróży, kosmitach i tym podobnych. Fakt, że złym jest ekolog (a nie na przykład, nie wiem, nazista) nie odgrywa praktycznie żadnego znaczenia dla akcji, a pojawia się głównie w jakichś dialogach. Przy czym – to akurat nie odbieram jako minus, bo jakiś kontekst trzeba historii dać.

Co poza tym… Czytało się całkiem sprawnie, choć przez te opisy szybko brnąłeś i ja klimatu nie zdążyłem poczuć. Pojawiły się też stare nagrania i takie tam – w sumie z jednej strony na plus, bo w większości rozwijają fabułę, z drugiej trochę ich dużo.

Miało to w sumie dobre momenty, ale jako całość – niestety – na minus.

Слава Україні!

Hej Golodh

 

Dzięki za konkretny i szczery komentarz.

No tak rozumiem, że nie dzieje się tutaj aż tak wiele i rozumiem, że tekst z tego powodu mógł nie przekonać.

Parę osób miało uwagi co do stylu, narracji, dialogów więc nie jesteś w tym odosobniony.

Szkoda że całość na minus, ale dobrze że chociaż odnalazłeś w tekście jakieś dobre momenty :).

 

Dzięki wielkie i pozdrawiam!

Cześć,

 

niestety nie porwało mnie Twoje opowiadanie. Postaram się w miarę klarownie wyłożyć dlaczego.

 

Po pierwsze – styl. O ile tekst napisany jest zgrabnie, to nie potrafiłem uciec wrażeniu, że to bardziej sprawozdanie niż opowiadanie. Jeśli miała to być taka stylizacja z uwagi na wojskową przeszłość głównego bohatera – to się to udało i zwracam na tym polu honor. Jeśli zaś piszesz w ten sposób zawsze (czego nie wiem, bo to moje pierwsze spotkanie z Twoją prozą), to myślę, że powinieneś co nieco poprawić.

Po drugie – fabuła. Zaczynasz bardzo ciekawie. Kreacja świata jest całkiem satysfakcjonująca (zwykle trochę mnie krzywi na “ekofaszystowskie wizje”, z których podświadomie przebija mi się przed oczy półprzezroczysta, świecąca postać Korwina) i można powiedzieć, że ją kupiłem. Osadzony w świecie główny bohater to człowiek z krwi i kości. Widzę, że coś go gryzie, że ma za sobą jakieś potężne traumy. Tacy faceci mnie w literaturze obchodzą. Zawsze. Idziemy dalej. Zapowiadasz konflikty rodzinne, trudne relacje z ojcem/bratem/jednym i drugim. Do tego czasu trzymasz mnie w garści i nie wypuszczasz aż po pogrzeb. Zwrot ku poszukiwaniom trzeciego brata coraz mniej mnie obchodzi, w miarę kolejnych, że tak to nazwę, pit-stopów. Mamy to zwłaszcza bardzo sztuczną przemowę Błażeja, którą najjaskrawiej pamiętam z całego tego fragmentu. To byłbym jednak skłonny wybaczyć, mając za sobą bardzo dobry wstęp i wciąż żywą nadzieję na ciekawy finisz. Ale go nie dostajemy, a przynajmniej ja nie byłem z niego zadowolony. Nagły skręt w dziwnego wirusa spod lodów Antarktydy, cała ta sekwencja z Piotrem, superbohaterskość zainfekowanego Jeremiego – no nie. Bardzo mi się to nie podobało. Być może to kwestia gustu, być może też stoi za tym niespełniona, według mnie, obietnica z początku opowiadania. Ostatecznie nie odnalazłem tu bowiem wiele z rodzinnego dramatu.

Na plus, by zakończyć mój komentarz czymś optymistycznym, bardzo podobały mi się wstępniaki do poszczególnych podrozdziałów. Wycinki z wiadomości, dzienników, raportów bardzo wzbogacały tekst. Tego pomysłu, a zwłaszcza jego wykonania, szczerze winszuję.

Pozdrawiam,

fmsduval

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Hej fmsduval

Dziękuję Ci bardzo za komentarz!

Charakter tego opowiadania celowo jest zapisany w taki sposób. Rozumiem że mógł on nie podejść i to cenna lekcja na przyszłość odnośnie stylizowania opowiadań w ten sposób :)

Odnośnie fabuły też rozumiem. Fajnie że chociaż początek trzymał, szkoda że potem było gorzej (a właściwie im dalej tym gorzej). Podkreślasz chyba dwa największe grzechy opowiadania (choć zapewne jest ich więcej) czyli przemowę Błażeja oraz to że to dwa opowiadania w jednym i ta druga część nie jest idealna i być może powoduje jakieś rozwarstwienie. To też jest cenna wiadomość :)

Dziękuję Ci bardzo za szczery komentarz. Fajnie też że chociaż wstępniaki były w porządku.

Pozdrawiam!

Nowa Fantastyka