- Opowiadanie: Edward Pitowski - Przyszłość, którą zabraliśmy

Przyszłość, którą zabraliśmy

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Przyszłość, którą zabraliśmy

1

 

Ludzka rzecz umierać. Republiki rzecz ten fakt przyspieszać

Napis na murze Ekologicznego Sądu Błyskawicznego

 

*

 

Śniło mu się, że celuje do ciężarnej kobiety.

Sekundę później obudził się zlany potem. Było wcześnie rano, ale już panował straszliwy upał. Jeremi ruszył do motelowej łazienki, ściągnął majtki i wszedł do wanny z brudną, letnią wodą. Podciągnął kolana i skrył twarz w dłoniach. Siedział tak długo.

W końcu wstał, wytarł się i wrócił do pokoju. Telefon wibrował niemo. Na wyświetlaczu dziewięć nieodebranych połączeń od nieznanego numeru. Westchnął, odnalazł paczkę i zapalił papierosa.

Odchylił zasłony i popatrzył przez okno. Bilbord tonął w bezlitosnym słońcu, przyciągając ponownie jego uwagę. „Czujesz się źle?”, pytały czarne litery. „Nic niewart? Uważasz, że jesteś niepotrzebny i że to wszystko bez sensu? Chyba masz rację. Śmierć to dobre rozwiązanie. Szczególnie dla Ciebie”.

Kontemplację baneru, przerwał telefon komórkowy, który po raz kolejny rozbłysł matowym światłem. Ten sam nieznany numer. Odebrał.

– Słucham?

– Jeremi? – spytał głos w słuchawce. – To ja.

– Czyli?

– Mikołaj. Twój brat – powiedział tamten. Jeremi się rozłączył i rzucił telefon na łóżko. Dyszał głośno i wpatrywał się w komórkę. Czekał. Po chwili telefon zadzwonił ponownie. Jeremi zaklął, cmoknął, w końcu znowu odebrał.

– Czego? – syknął.

– Ojciec… – zaczął Mikołaj i zaraz urwał.

– Co ojciec?

– Zmarł w zeszłą środę. Jest pogrzeb. Próbowałem się do ciebie dodzwonić. – Przez chwilę milczeli. Słychać było tylko dyszenie Jeremiego w słuchawce.

– Myślałem, że skoro jesteś na przepustce, to będziesz chciał wziąć udział… – wznowił Mikołaj.

– Na przepustce… – powtórzył Jeremi, ale urwał i zaklął. Westchnął i pokręcił głową z niedowierzaniem. – Nie mam zamiaru nigdzie przychodzić.

Znowu milczenie. Jakby obaj wyczekiwali na coś, co nigdy się nie wydarzy.

– Wiem, że nie chcesz. Wiem, że nie widzieliśmy się od trzech lat, ale to naprawdę ważne – stwierdził w końcu Mikołaj i zawiesił głos na chwilę. – Zresztą znam cię trochę, więc jutro podstawię samochód. Obaj przecież wiemy, że przyjdziesz.

A potem się rozłączył bez pożegnania. Jeremi zaklął głośno. Chciał rzucić telefonem, ale ostatecznie kopnął krzywy stolik, strącając pusty wazon. Huk i setka kawałków porcelany rozsypana na podłodze. Podniósł poduszkę i przystawił sobie do twarzy. Długo w nią wrzeszczał.

W końcu się opanował. Opuścił ramiona wzdłuż ciała, jakby się czemuś poddawał. Telefon ponownie rozbłysł matowym światłem, oznajmiając przybycie nowej wiadomości.

 

2

 

Europejska Agencja Wywiadowcza (EAW): centralna agencja zajmująca się zbieraniem i analizą informacji o podmiotach fizycznych i prawnych celem zapewnienia bezpieczeństwa w Europejskiej Republice Ekologicznej. Podejrzewa się, że od kilkunastu lat głównym celem organizacji jest inwigilacja i represja osób o nieekologicznych poglądach.

 

Archiwalny fragment artykułu z portalu fckecolog8y53r6t.onion

 

*

 

Następnego dnia samochód przyjechał punktualnie o ósmej rano. Jeremi skończył palić i wsiadł do auta. Ruszyli. Kierowca nie odzywał się ani nie obracał w jego kierunku.

Powoli wyjeżdżali z miasta. Po lewej pas paneli słonecznych ciągnących się aż po horyzont. Dalej fabryka syntetycznego jedzenia, w oddali farmy wiatraków. Przy drodze seria bilbordów zachwalająca bezdzietność i kolejne promujące papierosy, heroinę, alkohol. Leki na bazie benzodiazepamów i barbituranów.

Jeremi patrzył na to beznamiętnym wzrokiem. Elektryczny samochód trzeciej generacji nie wydawał żadnego dźwięku.

– Cisza przed burzą – szepnął mężczyzna, zamykając oczy.

 

*

 

Godzinę później byli na miejscu. Jeremi wysiadł z samochodu i ruszył w kierunku cmentarza. Tysiące drzew posadzonych na ciałach zmarłych ciągnęły się w nieskończoność. Obok nich biodegradowalne nagrobki, rozpadające się z czasem jak pamięć po samych zmarłych.

Po chwili dostrzegł Mikołaja, który machnął do niego ręką. Jeremi nie odpowiedział w żaden sposób, tylko ruszył w jego stronę. W niedalekim sąsiedztwie brata dostrzegł czterech dryblasów, ochroniarzy, którzy przysługiwali Mikołajowi ze względu na piastowane przez niego stanowisko.

Gdy się zrównali, Jeremi nie ścisnął wyciągniętej dłoni brata, tylko zapalił papierosa. Mikołaj się uśmiechnął. Miał chudą twarz i gładko zaczesane włosy. W zielonych oczach błądziła pewność człowieka, który wie i może bardzo wiele.

Stali tak przez chwilę w milczeniu. W końcu Jeremi skończył palić i weszli do środka budynku, a potem do małej sali. W jasnym, minimalistycznym pomieszczeniu stało dwanaście krzeseł, a przy ścianie zdjęcie ojca z czarnym paskiem w prawym rogu. Usiedli. Byli sami. Jeremi nerwowo ruszał nogą, Mikołaj zdawał się opanowany. W powietrzu tężał fetor poprzednich żałobników, którego nie potrafił zmyć nieskuteczny ekologiczny detergent.

Do sali wszedł mężczyzna ubrany w czarną koszulę. Pod pachami brudne plamy od potu, widoczne, nawet gdy miał opuszczone ręce. Rozejrzał się dookoła i zmarszczył brwi, widząc tylko ich dwóch.

– To wszyscy? – spytał.

– Tak – potwierdził Mikołaj. – Możemy zaczynać.

Mężczyzna kiwnął głową. Zaczął recytować życiorys ojca, najwyraźniej był mistrzem ceremonii, czy kimś podobnym. Jeremi zaciskał zęby i pięści. Oddychał ciężko, wpatrując się w zdjęcie ojca.

W końcu prowadzący skończył i spytał, czy ktoś chce coś dodać. Jeremi przecząco pokręcił głową, Mikołaj po chwili wahania również. Mistrz przyjął to ze zrozumieniem, wyrecytował końcowe zdanie, przekazał zdjęcie ojca Mikołajowi i wyszedł. Ruszyli za nim. Przed salką stała grupa ludzi oczekujących na kolejny pogrzeb.

Wyszli na zewnątrz. Przez chwilę milczeli.

– No dobra – powiedział w końcu Jeremi. – Mów i miejmy to z głowy. Nie rób takiej miny, nie spotkaliśmy się tu przecież przypadkiem. Nie dostałem przepustki przez jakiś kosmiczny zbieg okoliczności. Jestem tu, bo chcesz, żebym tu był. Więc mów czego chcesz, ja ci odmówię i będziemy mogli się rozejść.

– Wiesz Jeremi – zaczął Mikołaj. – Ja naprawdę się staram. Ta rozmowa mogła wyglądać zupełnie inaczej. Nie musiałem prosić, nie musiałem do ciebie wydzwaniać. Mogłem cię tu przywieźć w kajdankach z workiem na głowie.

Jeremi milczał, zaciskając pięści.

– Ale tego nie zrobiłem. Bo to pogrzeb naszego ojca. Bo jesteśmy rodziną, może przeklętą, ale jednak. A ten drugi powód to… – przerwał i przez chwilę jakby warzył słowa. – Piotr zniknął.

– Piotr zniknął trzy lata temu.

– Ale teraz ponownie trafiłem na jego ślad.

– No to mów. Co się z nim dzieje? Gdzie jest?

– To niestety tajne.

– Tajne? Nie no, ty naprawdę dobry jesteś.

– To chcesz wiedzieć co się z nim dzieje czy nie?

Jeremi otworzył usta, by coś odszczeknąć, ale się powstrzymał. Długo wypuszczał powietrze, w końcu kiwnął głową. Mikołaj odchrząknął i zaczął mówić.

Przypomniał jak Piotr wyjechał na Antarktydę, jak dołączył do ekspedycji zajmującej się rekonstrukcją brył lodowych, po tym, jak rozstał się z Marysią. Po tym, jak mu ją ukradłeś, dodał Jeremi, co brat skwitował westchnieniem. Potem Mikołaj opowiedział, jak Piotr utrzymywał regularny kontakt z byłą żoną i dziećmi, ale też jak ten kontakt słabł z każdym tygodniem i miesiącem, aż w końcu zupełnie się urwał.

Mikołaj użył wtedy swoich wpływów i potwierdził, że z Piotrem wszystko było w porządku. Po prostu nie chciał już z nikim rozmawiać.

Jeremi nie skomentował, tylko słuchał z zaciśniętymi zębami.

– Trzy miesiące temu trafiłem na jego zdjęcie – wznowił Mikołaj. – Piotr wygląda na nim, jakby ktoś go torturował. Ma siwe włosy i ciało pokryte bliznami. Obok niego stoją członkowie Sojuszu Industrialnych Rebeliantów.

– Jesteś pewien, że to on?

– Tak. Myślę, że jest kartą przetargową. I wkrótce wykorzystają go, by mnie w jakiś sposób szantażować.

– Nie wszystko na świecie dzieje się z twojego powodu.

– Może nie wszystko. Ale bardzo wiele.

– Zresztą co ja w ogóle mam z tym zrobić? Czego ty ode mnie oczekujesz? Że co, pojadę go szukać w to tajne miejsce, którego nie chcesz mi nawet wyjawić?

– Mniej więcej – potwierdził Mikołaj. – Zabierzesz się z Zielonymi Służbami pod przykrywką standardowej akcji wywiadowczej. I nie pozwolisz im go zabić. Przyprowadzisz go do mnie. A ja z nim porozmawiam.

– Ze służbami, co? Przecież obaj wiemy co to za akcje. Z nich nie przyprowadza się jeńców.

– Tym razem będzie inaczej. Musisz go tylko rozpoznać.

– Nie ma mowy.

– To twój brat – stwierdził po długiej chwili Mikołaj. – Jesteśmy mu to winni.

– Ty na pewno. Ja niekoniecznie. Zresztą… – urwał i się zawahał. – Pomyliłeś mnie z kimś innym. Ja nie jestem niczyją szansą na nic.

Mikołaj chciał coś odpowiedzieć, ale urwał, bo brat machnął ręką i odszedł kilka kroków w bok. Drżały mu dłonie, cały był pochłonięty przez jakiś niemy dygot, który zżerał go od środka.

Długo milczeli. W końcu przyjechał samochód. Jeremi wsiadł i ruszył z powrotem. Rozstali się bez pożegnania, bez jednego słowa, bez jednego gestu.

 

3

 

Nie wiem, gdzie dokładnie jesteś i co tam w ogóle robisz. Ja pracuję, w zakładzie karnym przy przeróbce śmieci. Mikołaj załatwił mi robotę, by uchronić przed śmiercią. Nie wiem, czy to lepsze niż śmierć. Chyba niespecjalnie. To miejsce to odbyt świata, który potrafi złamać każdego. Mnie złamał dawno temu.

Mam nadzieję, że Ci lepiej na tej Antarktydzie, że odnalazłeś tam spokój. Po tym, co zrobili Mikołaj i Marysia. Po tym, co zrobiliśmy wszyscy. Bo ja widziałem, że mają się ku sobie. A raz na święta, jak jeszcze byliście razem, widziałem jak on i Twoja żona się całowali.

Byłem pijany i nie zareagowałam. Nie spytałem ich, wtedy co robią. Nie powiedziałem nic Tobie. Nie zrobiłem awantury. Nic nie zrobiłem.

Jak to o mnie świadczy? Nie wiem, ale myślę, że nie najlepiej. Że bardzo źle. Bierność to najbardziej niedoceniania forma skurwysyństwa.

 

Fragment wiadomości mailowej od Jeremiego do Piotra przechwyconej przez EAW dwa lata temu

 

*

 

Jeremi siedział w motelowym pokoju. Opróżniał butelkę taniej whisky i palił drugiego skręta, próbując się uspokoić.

Nagle z korytarza dobiegły go hałas i krzyki. Wstał i popatrzył przez judasza. Ekologiczna policja wywlekała z pokoju obok starszą parę. Część włosów mężczyzny pokrywała czarna farba, którą zapewne próbował przykryć siwiznę. Jeremi patrzył na to przez chwilę. W końcu wszystko się uspokoiło.

Położył się i podniósł z nocnej szafki stare zdjęcie. Cała rodzina razem. Ojciec, matka i ich trzech. Pierwszy z lewej Piotr z zaciśniętymi jak zwykle ustami. Potem on i Mikołaj. Długo pocierał fragment fotografii ze starszym bratem.

Odłożył zdjęcie i zamknął oczy. Był pijany i naćpany. Zmęczony. Przewracał się z boku na bok przez ponad godzinę, aż w końcu udało mu się usnąć.

 

*

 

Męczyły go ciężkie sny.

Najpierw o ojcu wciśniętym do ciasnego pociągu. Siedział skulony, brudny i chudy w tłumie ludzi takich samych jak on. Seniorów, którzy przekroczyli sześćdziesiątkę i zdecydowali się na morderczy obóz pracy, zamiast spokojnej i bezbolesnej eutanazji, którą oferowała republika.

Potem przeskok i Jeremi jest małym chłopcem, którego ojciec bardzo mocno uderza czymś w brzuch. Przeważnie nie był złym rodzicem, ale czasem musiał odreagować zaciskającą się na nim rzeczywistość. I wtedy bił sprawiedliwie, jego, Piotra i Mikołaja – ich przyrodniego brata.

Potem scena jak Piotr postawił się po raz pierwszy ojcu. Od tego momentu brał na siebie ciosy, przejmował i zbierał gniew, odciągał od nich uwagę. Patrzyli na niego z podziwem. Był ich bohaterem. Potem, w kolejnych latach, zmalał, skurczył się. Ubywało go po trochu.

Jeremi wyrwał się ze snu z łomoczącym sercem. Zaklął głośno i długo uspokajał oddech. Położył się znowu w mokrej pościeli, ale już nie zasnął.

 

4

 

Przeklęta rodzina. To dobre podsumowanie. Bo jak to inaczej nazwać? Ojciec dziecięcy bokser. Przyrodni brat kradnący bratu żonę. I ja najczarniejsza owca wśród stada czarnych owiec. Zagubiony, poszukujący i nieustannie wściekły. Jakbym miał o co. Jakbym się jeszcze nie nauczył.

Dziwi mnie czasem, że Mikołaj wysłał własnego ojca do obozu śmierci, a nie powinno. To nawet nie miała być zemsta. Tylko część planu. Wielkiego planu Mikołaja. Miał głowę do robienia ludziom krzywdy. Od zawsze. Daleko na tym zaszedł. I trzeba mu oddać, że wszystko zawdzięcza tylko sobie.

 

Fragment pamiętnika Jeremiego znaleziony w jego celi, w karnej sortowni śmieci

 

*

 

– Dzisiaj kończy mi się przepustka – powiedział Jeremi przez telefon. – Poza tym muszę się meldować co dwanaście godzin.

– Nie martw się, załatwię to – uspokajał głos Mikołaja w słuchawce. – Samochód już czeka.

– Skąd wiedziałeś, że się zgodzę?

– Nie wiedziałem. Po prostu miałem nadzieję – odpowiedział i przez chwilę milczeli. W końcu chrząknął i dodał: – Słuchaj, pojedzie z wami jeszcze Błażej. On też znał Piotra. Pomoże ci dogadać się z chłopakami ze służb.

– W porządku – stwierdził Jeremi i się rozłączył. Zaklął głośno. – Błażej. Jeszcze jego tu brakowało.

 

*

 

Pół godziny później Jeremi jechał samochodem. Prowadził ten sam kierowca niemowa, co wcześniej. Milczeli przez cztery godziny jazdy i dwa postoje. Poruszali się bardzo wolno, bo tylko takie tempo było możliwe w samochodzie elektrycznym trzeciej generacji. W końcu dojechali na pustynię, jałową ziemię, która kiedyś tętniła życiem.

W oddali pogorzelisko dawnego świata. Rozpadające się budynki, sucha ziemia, martwe drzewa. Na jednym z bloków ogromny wyblakły napis: „To wszystko nasza wina”. Jeremi w ciszy kontemplował ten obraz. Przez chwilę zdawało mu się, że słyszy jakiś odgłos, jakby śpiew ptaka, ale wiedział, że to tylko miraż, ponure echo nieistniejącego świata.

Nic tu już przecież nie żyło.

Pięć minut później na miejsce przyjechała czarna furgonetka. Wysiadł z niej postawny mężczyzna z włosami przyprószonymi siwizną. Mimo że nie widzieli się od lat, Jeremi bez trudu poznał Błażeja. Podali sobie dłonie i niezgrabnie przywitali. Wsiedli do furgonetki. Samochód miał tak ciemne szyby, że na zewnątrz nie było nic widać. Błażej milczał, Jeremi otworzył usta, by coś powiedzieć, ale uprzedził go telefon.

Odebrał.

– Gdzie ty jesteś? – spytał głos w komórce. Jeremi rozpoznał swojego szefa, kierownika z sortowni śmieci.

– Jak to gdzie? Jadę do…

– Nie obchodzi mnie, gdzie jedziesz. Chcę wiedzieć, czemu cię tu nie ma.

– Nie dzwonili do ciebie? Mikołaj miał…

– Jaki Mikołaj? O czym ty mówisz? Ja chcę wiedzieć, o której tu będziesz!

– Nie mam pojęcia.

– Co?

– Powiedziałem, że nie mam pojęcia – stwierdził i urwał połączenie. Oddychał ciężko, w końcu spojrzał na towarzysza podróży, który wzruszył ramionami.

– Nie martw się – uspokoił Błażej. – Mikołaj to załatwi.

Jeremi pokiwał głową i parsknął.

– A więc to tak – stwierdził cicho. Błażej nie skomentował. Elektryczny samochód nie naruszał ciszy.

 

*

 

Jechali w milczeniu przez kolejną godzinę. Błażej unikał wzroku Jeremiego, ten ostatni z kolei próbował coś dojrzeć przez czarne szyby, które skutecznie blokowały widoczność.

– Gdzie jedziemy? – spytał w końcu Jeremi.

– Po służby.

– A potem?

– Na akcję.

– A konkretniej?

– Konkretniej nie mogę. Ja po prostu mam z tobą nie gadać. Mam mówić tylko to, co musisz wiedzieć.

Jeremi westchnął w odpowiedzi. Jechali dalej w milczeniu.

 

*

 

Dwie godziny później stanęli. Drzwi furgonetki się otworzyły i do środka weszło ośmiu potężnych mężczyzn z wielkimi torbami. Po rysach twarzy rozpoznawał Hiszpanów lub Włochów i kilku szeroko pojętych Słowian.

Szeptali po angielsku, klęli po swojemu. Ostrzyżeni na krótko, z gęstymi brodami. Tatuaże na umięśnionych ramionach. Czarne jednolite uniformy bez żadnych oznaczeń czy insygniów. Półksiężyce brudu za paznokciami. Smród niemytego ciała, który momentalnie wypełnił wnętrze.

Krój ich uniformów zmienił się nieco, odkąd Jeremi je pamiętał, ale nie było wątpliwości, że to Zielone Służby Specjalne.

– Telefon! – warknął jeden z nich do Jeremiego po angielsku. Miał kruczoczarną brodę i sądząc po sposobie poruszania się, był ich dowódcą. Jeremi oddał komórkę, tamten wyłączył ją i schował do czarnego futerału, który następnie zamknął na klucz. Potem usiadł na najdalszym z możliwych miejsc.

Błażej odwrócił wzrok. Jeremi chciał o coś spytać, ale dał sobie spokój. To nie było rozmowne towarzystwo. Zapowiadała się długa, cicha trasa.

 

5

 

Nie wiem, czy czytasz te wiadomości. Nie odpowiadasz, ale to w porządku. Może nawet lepiej. Jeszcze byś napisał coś, czego nie chcę słyszeć. Ja będę pisał i tak.

Myślisz czasem o Mikołaju? Ja myślę częściej, niż bym chciał. Najbardziej mnie zastanawia jedna rzecz. Czy w życiu mu się ułożyło dlatego, że był z innego ojca? Że to inna krew. Że nie był skażony naszym starym jak my dwaj? Czy gadam głupoty? Pewnie gadam. Na pewno tak.

Przecież się z nami wychowywał i dostawał lanie tak samo, jak my. Był z innego ojca, ale traktowano go równo. Przynajmniej pod tym względem. Zresztą czemu krew miałaby cokolwiek determinować? To głupie gadanie. Wiem. Nie zdziwiłbym się, jeśli tego nie czytasz. Bo pisze same głupoty. Ale będę pisał dalej.

Bo dobrze się z Tobą rozmawia.

 

Fragment wiadomości mailowej od Jeremiego do Piotra przechwyconej przez EAW trzynaście miesięcy temu.

 

*

 

Jechali długo i wolno. W ciągu dnia zatrzymywali się niemal równo co sześć godzin. Wysiadali, jedli i ładowali akumulatory samochodu elektrycznego. Często czekali ponad godzinę, aż panele słoneczne na dachu wyłapią wystarczająco dużo energii, by móc ruszyć dalej.

Nie miał pojęcia, dokąd zmierzali. Wszędzie były pustynie, ziemie jałowe, które powstały w ostatnich dziesięcioleciach. Rachunek wystawiony przez naturę. Smutne dziedzictwo ludzkości. Bezkresne nienadające się do życia miejsca.

Mogli być gdziekolwiek.

Nikt nie precyzował celu podróży, a on przestał już pytać. Najwyraźniej miał wiedzieć jak najmniej. Nie rozpoczynał więc rozmów. Skupił się na słuchaniu.

Błażej szybko znalazł sobie innego rozmówcę: łysego dryblasa, z widocznymi śladami po niezaleczonej ospie. Mówił mu o rzeczach powszechnych i wiadomych, a tamten słuchał, albo skutecznie to udawał.

– Bo ty może nie pamiętasz – wyjaśniał Błażej. – Ty możesz nie pamiętać tych dzieciaków, które kiedyś wrzeszczały o ekologii, które strajkowały, płakały i wyły z bezsilności, bo nikt nie traktował ich poważnie, a za szczyt sukcesu uznawali pojawienie się w telewizji zamiast przerwy na reklamę. Ale tak nas wtedy traktowano. Więc kryliśmy się po kątach i rośliśmy w siłę, a w głowie puchła nam tylko jedna myśl: jak ich wszystkich obedrzeć ze skóry, za to, co nam zabrali.

A potem się zaczęło, z przytupem, od zorganizowanej egzekucji prezesów firm, które dalej generowały najwięcej zanieczyszczeń do atmosfery – przerwał na chwilę, nie patrząc na rozmówcę. Ospowaty miał beznamiętny wyraz twarzy.

– Planowaliśmy to od dawna – wznowił Błażej. – Ale brakowało nam odwagi. Ale gdy w końcu zaczęliśmy, to już na dobre się rozkręciliśmy. I to właśnie my, ci ekolodzy, weganie i lewacy w rurkach zgotowaliśmy największy armagedon w dziejach ludzkości.

Błażej urwał, by upić wody z manierki.

– Ale to była i jest jedyna droga – kontynuował. – Wziąć za pysk, urżnąć ręce i powiedzieć: teraz ja rządzę. Bo nikt, rozumiesz, nikt na to nie zważał. To nie jest tak, że my zasnęliśmy za kółkiem, że coś nam umknęło. My świadomie, na pełnej kurwie, wjechaliśmy w mur, dociskając w ostatnich sekundach gaz do dechy.

Błażej kontynuował, mówił coraz głośniej, plując drobinkami śliny na zakończenie każdego zdania.

– Bo mało było znaków ostrzegawczych? Wojny wodne od dwudziestego dziewiątego? Kryzys żywieniowy kilka lat później? Dwa wielkie kryzysy klimatyczne i tysiące spotkań na szczytach władzy, które nic nie zmieniły. Co z tego, że już wtedy jedliśmy sztuczne mięso, genetycznie modyfikowane warzywa i robale przyrządzone na tysiąc sposobów. Co z tego, że morza zatopiły mnóstwo terenów. Co z tego, że mieliśmy takie migracje klimatyczne, że nagle wszyscy zapomnieli słowa humanitaryzm. My zawsze orientujemy się za późno i reagujemy za słabo. Jakbyśmy się bali, że możemy zepsuć palący się dom.

I tak dalej. Szum jego głosu uspokajał. Kojące działanie bełkotu, terapia przez słowotok. Może to był jakiś sposób, by przetrwać niekończące się godziny tej cholernej podróży?

 

*

 

Wlekli się po pozostałościach dawnych dróg, strzępach zniszczonego i odkształconego asfaltu. Stanęli po prawie dwudziestu godzinach. Wyszli w noc, w ciemność, w upał. Byli na kolejnej pustyni. Isaac, czarnobrody Hiszpan, ten, który zabrał Jeremiemu telefon, rozmawiał cicho z Błażejem. W końcu ten ostatni potwierdził głową.

– Idziemy! – zarządził czarnobrody po angielsku i oddział wyszedł z furgonetki. Założyli noktowizory, dopięli kevlarowe kamizelki, sprawdzili karabiny i łączność. Potem ruszyli przed siebie w ustalonym kierunku. Jeremi obserwował oddalające się sylwetki, aż zupełnie zniknęły w ciemnościach nocy. Błażej stał obok i również patrzył w ich stronę.

– Myślałem, że mam być obecny na akcji – stwierdził Jeremi. – Żeby rozpoznać Piotrka.

– Tutaj to nie ma sensu. Za wcześnie. Na pewno go tu nie ma.

– To znaczy, że wiecie, gdzie jest?

– Mniej więcej.

– Czyli? – dopytał Jeremi, ale Błażej tylko pokręcił głową i udał, że zapina usta zamkiem błyskawicznym. Uśmiechnął się smutno, a Jeremi głośno westchnął.

Czekali. Noc była duszna i zdawało się im, że są w jakiejś wolno gotującej się zupie. Potem usłyszeli przytłumiony strzał, po którym nastąpiły kolejne serie, niczym ciche klaśnięcia. Kilka minut później żołnierze wrócili w pełnym składzie.

– I jak? – spytał Błażej.

– Siedmiu pod ziemią – odpowiedział Isaac.

– Szybko poszło – skwitował Błażej, na co tamten wzruszył ramionami. Weszli do samochodu i ruszyli dalej.

 

6

 

Pomysły do przedyskutowania:

Zakazać terapii psychiatrycznej i psychologicznej

Wzmocnić promocję i dostępność alkoholu, opioidów, barbituranów i całej reszty

Rozpocząć przekazy podprogowe o samobójczym podtekście

Wyznaczyć sześćdziesiąt lat jako graniczny wiek. Po upływie wybór: albo eutanazja, albo obóz pracy o ekstremalnych warunkach

Karne sortownie śmieci zamiast więzień

Zwiększenie podatków od potomstwa

Nałożenie o wiele bardziej drastycznych kar za lekkie przestępstwa ekologiczne

 

Fragment korespondencji Mikołaja do kierownictwu republiki. Przechwycony i opublikowany na stronie fckecolog8y53r6t.onion trzy lata temu

 

*

 

Postój, wymarsz, błyskawiczna eksterminacja i szybki powrót. Powtarzali to jeszcze kilkakrotnie przez kolejne dwie doby. Zdawkowa wymiana zdań pomiędzy czarnobrodym i Błażejem, którzy wyglądali, jakby nudziły ich te eliminacje.

Jechali dalej.

 

*

 

Na kolejnym postoju było inaczej. Gdy zostali sami, po tym, jak żołnierze już się oddalili, Błażej przekazał Jeremiemu kevlarową kamizelkę i noktowizor.

– Idziemy – rzekł, a potem wręczył mu pistolet. – Tylko nas nie pozabijaj.

Ruszyli. Noc była jeszcze cieplejsza niż poprzednia i Jeremi czuł, jak podkoszulek lepi się od potu. W noktowizorze pustynia tonęła w zielonych odcieniach. Niemal płaska, pozbawiona czegokolwiek aż po horyzont. Co tu niby miało być?

Błażej dał znak i zaczęli się czołgać. Jeremi oddychał ciężko, przeklinając wszystkie papierosy świata. Sucha i szorstka ziemia. Dziwny zapach w powietrzu. Powoli posuwali się do przodu.

W końcu dojrzeli Isaaca, który pokazał im podniesiony kciuk. Wstali, otrzepali się i ruszyli w jego kierunku. Wskazał im dziurę w ziemi. Weszli do środka i dalej na dół, po wąskich wydrążonych w ziemi schodach.

Wkroczyli w słabo oświetloną przestrzeń. Smród krwi, śmierci i ekskrementów. Jeremi zdjął noktowizor i zobaczył czerwone ślady na ścianach i odnogach licznych korytarzy, które rozchodziły się z głównego pomieszczenia. Pod najszerszą ścianą klęczał mężczyzna. Obok niego stał ospowaty z bronią gotową do strzału. Nad nimi, na ścianie widniał ulubiony slogan rebeliantów: „Pierdolić ekologię”.

Jeremi podszedł bliżej i przez chwilę patrzył na pojmanego mężczyznę.

– To nie on – stwierdził w końcu Jeremi. – Gdzie reszta?

– Nie pasowała – odpowiedział ospowaty.

– Nie pasowała?! A skąd wy możecie to wiedzieć?

– Spokojnie – mitygował Błażej. – Oni wiedzą, co robią – Jeremi chciał mu odpyskować, ale nagle klęczący zaczął się drzeć.

– To nie wy szukacie jego! To on szuka was. Czeka na was!

– Znowu zaczyna – stwierdził ospowaty.

– Nie macie pojęcia, kogo szukacie – ciągnął klęczący. – Nie macie pojęcia, kim on jest, na kogo wyrósł, w kogo się przeobraził!

Krzyczał coś jeszcze przez chwilę, a potem zerwał się z kolan, odepchnął ospowatego i skoczył na Jeremiego z krótkim nożem wyciągniętym nie wiadomo skąd. Jeremi odskoczył, kopnął z całych sił przeciwnika i oddał trzy strzały, dwa w klatkę, trzeci w głowę.

Przez chwilę nikt nic nie mówił ani się nie poruszał.

– Kurwa mać! – wrzasnął Isaac. – Jak go sprawdzaliście?! – A potem krzyczał coś dalej, ale Jeremiemu to umknęło. Usiadł na ziemi i przez kilkadziesiąt sekund patrzył w ścianę, próbując opanować oddech.

 

7

 

Nie wiem, czemu to piszę. To podobno pomaga. Może faktycznie tak jest. Co mnie teraz boli? Nie wiem. Chyba wszystko. Większość myśli to kłujące pułapki. Nie wiem, jak można niczego nie żałować. Ja żałuję wszystkiego.

Ciągle śnię o tej kobiecie. Tej w ciąży, której nie zabiłem. Pamiętam jej wyraz twarzy. Wrył mi się w pamięć. Nigdy mi nie podziękowała. Bo mnie przejrzała. Wiedziała, że uratowałem ją ze strachu. Ze strachu przed tym, kim się stanę, jak pociągnę za spust. Mądra była z niej kobieta. Na pewno mądrzejsza ode mnie.

Bardzo często o niej śnię i mnie to męczy. Bo przecież jej nie uratowałem. Odwlekałem tylko to w nieuchronne. To niewiele. Tyle, co nic. Choć ona twierdziła, że to bardzo dużo. Że to właściwie jedyne co możemy zrobić.

Uciec przed nieuniknionym, choć na jedną noc.

 

Fragment pamiętnika Jeremiego znaleziony w jego celi w karnej sortowni śmieci

 

*

 

– Już nikt inny nie chce cię słuchać? – spytał Jeremi, gdy Błażej usiadł obok niego. – A co z tym rozkazem, który zabrania ci ze mną gadać?

Tamten wzruszył ramionami.

– Najwyraźniej wyczerpałem limit na jego słuchanie.

– Na twoim miejscu bym ze mną nie rozmawiał. Cały oddział patrzy na mnie, jakbym im wymazał rodzinę trzy pokolenia wstecz. Narazisz im się.

– Po prostu są nieufni. Słyszeli o tobie te wszystkie historie.

– Jakie historie?

– No różne. Że jak byłeś w służbach, zabiłeś swój oddział. Że spiskowałeś z wrogiem, że torturowałeś swoich, ale zamiast cię za to zabić, to zesłano cię do karnej sortowni śmieci, bo masz plecy. Bo twój brat jest Sekretarzem Stanu w Kancelarii Republiki i ci to załatwił, co w sumie do jakiegoś stopnia jest prawdą.

– Ciekawe.

– No może i ciekawe – stwierdził Błażej, mierząc go wzrokiem. – Ale ja wiem, co zrobiłeś i to wcale nie jest straszne, tylko śmieszne. Bo ty nie tylko nie zabiłeś tej kobiety w ciąży, nie tylko nie wykonałeś rozkazu, ale również ukrywałeś ją przez kilka tygodni. Przywiązałeś się do niej, bo może akurat musiałeś się wtedy do kogoś przywiązać, a jej wdzięczność pomyliłeś z jakimś uczuciem, z jakimś ciepłem. I trwało to wszystko ze dwa miesiące. A potem i tak was złapali, a ona dostała kulkę. Więc po co ci to było?

Jeremi patrzył na rozmówcę z zaciśniętymi zębami. W jego wzroku było coś takiego, co kazało Błażejowi się cofnąć.

– Nie wiem – stwierdził w końcu Jeremi. – Może po prostu nie zabija się kobiet w ciąży.

– To było jej czwarte dziecko. Sama podpisała na siebie wyrok. Takie mamy prawo.

– Irytuje mnie takie gadanie.

– Wiem.

– A i tak słowa wychodzą ci z ust.

– Jezu Jeremi. Czy nie możemy porozmawiać jak starzy kumple?

– Nie jesteśmy starymi kumplami.

– My jesteśmy przecież definicją starych kumpli – zaśmiał się Błażej. – Co, może nie pamiętasz, jak za małolata rozmawialiśmy o kryzysie ekologicznym do późnych godzin? Wtedy gdy podzielałeś te same poglądy co ja.

– Do późnych godzin to myśmy pili wódkę. Byłem młody, to przeciw czemuś musiałem się buntować. To, że ty dorosłeś i dalej w to wierzysz, to nie wiem jak określić.

Błażej pokręcił głową i parsknął.

– Dalej nienawidzisz całego świata, co? – stwierdził po chwili.

– Na nic innego nie zasługuje – odparł Jeremi, zapalając papierosa. Patrzyli przez chwilę w milczeniu, jak dym wędruje w niebo usiane gwiazdami. Wymienili jeszcze kilka zdań, ale w końcu czarnobrody zarządził zbiórkę i ruszyli dalej.

 

8

 

Biorąc pod uwagę fakt, że wszelkie terapie są obecnie karalne, a środki przeciwdepresyjne praktycznie niedostępne zalecamy tak zwane pisanie ekspresywne. Metoda ta, jak sama nazwa wskazuje, polega na regularnym pisaniu o rzeczach osobistych, intymnych i często traumatycznych.

Kluczowym założeniem tej metody jest pisanie dla siebie, a więc notatki takie nie powinny być przeznaczone do czytania przez osoby postronne. Metoda ta ma swoje potwierdzenia w badaniach z lat dziewięćdziesiątych a w obecnej sytuacji to właściwie jedyny dostępny środek terapeutyczny.

Dlatego szczerze ją rekomendujemy. Poniżej lista założeń i praktycznych kroków…

 

Fragment rekomendacji Podziemnego Towarzystwa Psychiatrycznego „Nadal warto" opublikowanego na stronie fckecolog8y53r6t.onion

 

*

 

Mijały kolejne godziny. Jeremi od jakiegoś czasu trzymał się za głowę i brzuch. Twarz wykrzywiał mu grymas. Błażej spytał go, czy wszystko w porządku, na co tamten skłamał, że tak.

Zatrzymali się nagle, tak że zatrzęsło furgonetką. Isaac zmarszczył brwi, kiwnął głową do ospowatego. Ten ostatni zakręcił gałką i struktura okna zmieniła się, z czarnej na przezroczystą, ukazując widok na zewnątrz. Był środek dnia, znowu byli na pustyni. Rozglądali się, ale nie dostrzegli nikogo wokół samochodu.

Czarnobrody zawołał kierowcę, ale tamten nie odpowiedział. Dwóch żołnierzy wycelowało w drzwi, reszta wyciągnęła broń w gotowości. Błażej mrugnął do Jeremiego i uśmiechnął się nerwowo.

Jeremi ukląkł. Chwycił się za brzuch, zaczął charczeć, jakby miał zwymiotować. Ktoś wrzasnął, ktoś przeklął, rozległy się strzały. Jeremi upadł na ziemię i zaczął krzyczeć. Odruchowo sięgnął po pistolet i wycelował przed siebie.

W końcu przestał wrzeszczeć. Otworzył oczy. Dziewięć nieruchomych ciał. Z ust, nosa i uszu płynęły im strużki krwi. Sprawdził puls, oddech. Nie żyli. Isaac, ospowaty i Błażej. Cała reszta. Wszyscy byli martwi.

Ale nie. Jeden z nich nadal coś charczał.

– To jakiś gaz albo broń chemiczna – stwierdził Jeremi, przysuwając się do niego. – Musimy się stąd zabierać – dodał, ale już nie miał do kogo. Tamten leżał nieruchomo z wywróconymi oczami.

Jeremi zaklął brzydko. Podniósł karabin, nałożył kamizelkę i zaczął przeszukiwać furgonetkę. W końcu znalazł. Nałożył na twarz maskę przeciwgazową i klęknął, celując w drzwi. Otworzył je i wymierzył w miejsca, gdzie spodziewał się przeciwników. Nikogo nie było. Wyskoczył z samochodu i wszedł pod niego. Rozejrzał się na boki. Prawo, lewo. Nic. Musieli strzelać z daleka.

Wyczekiwał. Był środek dnia i upał momentalnie dokleił mu podkoszulek do pleców. W końcu dostrzegł majaczącą w oddali postać. Wycelował i wystrzelił. Raz, drugi. Tamten padł. Jeremi czekał dalej, rozglądając się po okolicy.

Po pół godzinie wygrzebał się spod samochodu. Popatrzył dookoła. Nikogo. Nagle poczuł jak ktoś z góry przyłożył mu metalowy, rozgrzany przedmiot do głowy.

– Jak dziecko – stwierdził, a potem coś go uderzyło i stracił przytomność.

 

9

 

Coś mnie zjada. Od dawna. Powoli i metodycznie. Skrupulatnie. Cal po calu. Dziwnie mieć świadomość tej choroby. Czy ja w ogóle jestem chory? Nie wiem. Mam wrażenie pewnej symbiozy. Jakby to coś mnie czytało. Jakby jadło mój gniew. Rosło na nim. Wyrastało na coś potężnego. Większego niż ja sam. To pewne.

Czuję, że zbliża się koniec. Wyczerpał się mój czas. I siły witalne. I…

(seria niezrozumiałych znaków)

Czy zostałem opętany przez kosmiczną moc? Albo chorobę? Albo…

(seria znaków, część napisana krwią)

To i tak bez znaczenia. Teraz czekam, aż on przyjdzie i dam mu wszystko, na co zasłużył. Oboje mu damy.

 

Notatka Piotra zapisana chaotycznym pismem na brudnej kartce papieru, znaleziona przez EAW w siedzibie Industrialnych Rebeliantów

 

*

 

– Otwórz oczy Jeremi – powiedział ktoś. Miał szorstki i suchy głos. – Jak otworzysz, to poczujesz się lepiej. Nastrój ci się od razu poprawi. Zwłaszcza że jak ich nie otworzysz, to każę ci wyciąć powieki – dodał tamten i zaśmiał się nerwowo.

Jeremi zamrugał by przyzwyczaić się do światła. Był w małym, surowym pomieszczeniu bez okien. Siedział na krześle, nieskrępowany. Naprzeciw niego w słabym świetle migającej lampy rysowała się postać.

– No i co? – spytał tamten, zbliżając się trochę. – Lepiej?

Jeremi przytaknął. Piotr. Włosy miał białe, był przeraźliwie chudy, przedramiona i twarz szpeciły blizny. Ale to na pewno był on.

– Po co tu przyjechałeś? – spytał po chwili Piotr.

– Mikołaj mnie przysłał.

– By mnie zabić?

– By cię uratować.

– Uratować, co? A to dobre. Naprawdę dobre – Piotr wstał i się przeciągnął. Za jego plecami widać było ścianę pokrytą wzorami i znakami. Czerwone i czarne. Dziwne. Niezrozumiałe, a jednak budzące respekt.

– Wysłał tu już trzy ekipy – wznowił Piotr. – Pewnie ci nie wspominał? Tamte, tak samo, jak i twoja, też miały mnóstwo humanitarnego sprzętu i miłych lekarzy gotowych, by mnie uleczyć. By mi pomóc, jeśli byłbym w potrzebie. Szalenie sympatyczni i pomocni ludzie.

Jeremi nie skomentował.

– Poluje na mnie od dawna – kontynuował Piotr. – Myślałem, że w końcu po mnie przyjdzie osobiście, liczyłem, że w końcu będzie chciał to załatwić jak mężczyzna. Zamiast tego przysłał ciebie. Może na pewną śmierć, może na tortury, nie ma przecież pojęcia, co ci zrobię.

Urwał i popatrzył na brata. Jeremi odchylił się, jakby chciał znaleźć się jak najdalej od tego wzroku.

– Nie był z ciebie nigdy zły człowiek – wznowił Piotr. – Nawet jak wstąpiłeś do tych służb specjalnych to i tak starałeś się zachowywać przyzwoicie. Poprawnie. Tak jakby świat był sprawiedliwym miejscem. Na zewnątrz kolce, a w środku chłopak, który dalej wierzy w ideały. Mimo wszystko.

– To do czegoś prowadzi? – spytał Jeremi. – Te twoje para-psychologiczne analizy?

– Pyskować potrafisz, a nie widzisz oczywistych faktów. Bo przecież Mikołajowi chodziło o to, byś mnie znalazł. Ale nie dlatego, że jesteśmy braćmi czy z powodu jakichś błahych sentymentów. Nie zależy mu na moim życiu czy śmierci. Chodzi o to, co wiem. Co znalazłem.

– A co możesz posiadać w tym królestwie piachu i kurzu? Co tu mogłeś znaleźć?

– Ale on się myli – kontynuował Piotr. – Bo nie chodzi o to, co wiem. Tylko o to, co mam. Kim jestem. Bo coś stamtąd wylazło i do mnie przyszło. Nie wołałem tego, nie prosiłem, ale wybrało akurat mnie. I teraz to mam.

– O czym ty mówisz?

Piotr wstał i przeszedł się wzdłuż pomieszczenia. Dziwnie się poruszał. Przez chwilę szeptał coś w melodyjnym, obcym języku. W końcu usiadł ponownie naprzeciwko brata.

– Na Antarktydzie przy resztkach lodowców – kontynuował. – Coś było zamarznięte przez tysiąclecia, ale się roztopiło, wylazło i zabiło całą ekspedycję. Wszyscy padli jak muchy. Tylko ja zostałem, ja przetrwałem. Tylko ja dostałem ten czarny, lepki prezent. A teraz mogę go dawać innym. Ciemna polewka prosto z mojego serca. I ty przekażesz ją Mikołajowi. Przekażesz mu czarną wiadomość ode mnie na pewien temat. Na bardzo wiele tematów. On zabrał mi przyszłość, ja ukradnę jego.

Piotr przestał mówić. Milczał, wpatrując się gdzieś w bok.

– Posłuchaj Piotr – zaczął Jeremi. – To nie musi tak się kończyć. Masz dzieci i byłą żonę, która nadal się o ciebie troszczy. To nie musi…

– Są bez znaczenia. Maria i dzieci już dla mnie nie istnieją. Ona traktuje go jak męża, one jak ojca. Więc nie ma ich, są złym wspomnieniem, źle zabliźnioną raną.

Jeremi chciał przerwać, ale się powstrzymał.

– Wszystko jest bez znaczenia. Tak jak i reżim ekologiczny, tak jak walka z nim. Tak jak ci ludzie, do których teraz rzekomo przynależę, ten ruch pomylonych rebeliantów. To głupcy z idiotycznymi hasłami i brakiem pomysłu na ich wdrożenie. Ja ich tylko wykorzystuję. By się dostać do Mikołaja. W sumie w jakiś dziwny sposób pomogę mu wypełnić ten jego plan.

– Jaki plan?

– Spytaj go – stwierdził Piotr. – Spytaj, gdy już go spotkasz. Bo Mikołaj chciał mnie. Ale ja dam mu coś o wiele lepszego. A właściwie ty mu to dasz. Ja nie przetrwam podróży powrotnej, raczej złamię się w ciągu kilku dni jak trzcina na wietrze. Już nie mogę tego zdzierżyć, to mnie zżera zbyt długo, pękam od tego wszystkiego, zaraz i tak wybuchnę.

Przerwał i zaczął łapać powietrze krótkimi oddechami. Jakby się dusił, jakby brakowało powietrza. W końcu się uspokoił.

– Ale gdy przekażę to tobie, to będzie kolejny etap – wznowił. – To ewoluuje. Rośnie. W tobie będzie o wiele bardziej zabójcze. Wiem to, bo z tym rozmawiam. Szepcze mi czarne słowa prosto do środka głowy.

– Ty naprawdę oszalałeś.

– Wystarczy, że podasz mi dłoń, że razem podetniemy sobie żyły – Zignorował go Piotr. – A potem będziesz wiedział co robić. Bo widzisz my to ta sama krew. On już nie. On jest kimś innym, mimo że myśli, że jest jednym z nas.

Jeremi zmarszczył brwi. Piotr wstał. Zza pleców wyciągnął nóż. Przeciął swoje przedramię wzdłuż tętnicy. Doskoczył do Jeremiego, złapał go za dłoń. Przeciął również przedramię brata i przycisnął do swojego. Jeremi próbował się wyrywać i bić Piotra po twarzy. Tamten się nie bronił, ale też nie puszczał. Krew płynęła z obu ran, mieszając się powoli. Jeremi się szamotał, ale Piotr trzymał go w stalowym uścisku

– Masz – syknął Piotr. – Bierz i pij! Pij do dna!

Jeremi walczył bezskutecznie. W końcu jego białka zaszły czymś czarnym, a on sam krzyknął przeraźliwie i na kilka sekund stracił przytomność.

 

*

 

Kolejne godziny zdawały się brzydkim snem.

Piotr przekazał mu kilka rzeczy przyciszonym głosem, a potem umarł bez pożegnania. Przybiegli ludzie z Sojuszu Industrialnych Rebeliantów. Krzyczeli i machali rękami. Grozili i przytykali broń do głowy Jeremiego. On wpatrywał się tępo w ścianę, nie reagując na ich pytania i wrzaski.

W końcu otworzył nożem dopiero co zasklepioną na przedramieniu ranę. Członkowie sojuszu popatrzyli na niego, marszcząc brwi. Znali ten rytuał, nie bali się go. Piotr robił to wielokrotnie i nic się im nigdy nie stało.

Tym razem było inaczej.

Opadli na kolana, potem zwinęli się na ziemi. Wrzaski i jęki. Bicie dłońmi o posadzkę i ściany, by choć na chwilę zagłuszyć ból. Pękające tętnice i żyły. Ciała powykręcane przez agonię. Prymitywne krzyki przypominające torturowane zwierzęta. Krew lejąca się z ust, uszu, nosa. Ostatnie tchnienia.

W końcu cisza.

Jeremi wstał i wyszedł na zewnątrz. Zabrał tyle akumulatorów, ile zmieściło się do furgonetki służb i ruszył w drogę.

 

10

 

Na podstawie badań przeprowadzonych na próbkach krwi od denatów z Antarktydy mamy podstawy sądzić, że czymkolwiek jest to, co wstąpiło w Piotra, to ten sam rodzaj mutacji lub symbiozy, z którym mieliśmy do czynienia już kilkakrotnie.

Odmiana, która zintegrowała się z Pańskim bratem, wydaje się jednak mieć niespotykaną dotąd siłę i skalę rażenia. Dotychczas nosiciele powodowali u innych zawroty głowy lub dyskomfort żołądkowy. Tutaj mówimy o śmiertelności w ciągu kilkudziesięciu sekund i to takiej, przed którą nie da się zabezpieczyć.

(…)

Potwierdza się również teoria, która głosi, że osoby o bliskim pokrewieństwie z nosicielem mają zapewniony rodzaj ochrony. Nigdy nie zaobserwowaliśmy takiego działania przy okazji żadnego ze znanych nam przypadków na ziemi, ale tutaj ta korelacja występuje bez najmniejszych wątpliwości.

(…)

Udało się również wyjaśnić powód dla którego członkowie Industrialnych Rebeliantów nie zarażali się od Piotra. To zabrzmi dosyć nieprawdopodobnie, ale mamy wszelkie przesłanki by wierzyć, że nosiciel wirusa może do jakiegoś stopnia decydować kto się zarazi.

 

Fragment raportu EAW przesłany do Mikołaja trzy miesiące temu

 

*

 

Na jednym z postojów Jeremi odnalazł pudło, w którym czarnobrody schował jego telefon. Wyłamał zamek i wyciągnął komórkę. Wyszukał numer Mikołaja. Chodził tam i z powrotem szukając zasięgu. W końcu znalazł. Nacisnął przycisk z zieloną słuchawką.

Mikołaj odebrał za trzecim razem. Jeremi powiedział mu, że ma to, po co go wysłał i że jedzie, by mu to dać. Rozłączył się i wyrzucił telefon najdalej, jak potrafił.

Potem usiadł na ziemi i szeptał coś w obcym języku.

W końcu ruszył dalej. Jechał dzień i noc, bez snu i niemal bez odpoczynku. Po dwudziestu godzinach na jego drodze stanęły dwie furgonetki. Zatrzymał samochód. Z dwóch wojskowych pojazdów wysypało się czternastu mężczyzn ubranych na czarno, w kevlarach i maskach przeciwgazowych.

Jeremi nie wysiadł, tylko opuścił szybę. Trzech żołnierzy zbliżyło się, cały czas w niego celując.

– Gdzie twój brat? – spytał jeden, najpewniej ich dowódca. – Podobno mieliście wrócić we dwójkę.

– Jest martwy – odpowiedział Jeremi. – Oni wszyscy są martwi. Tak samo, jak wy. Tak samo, jak ja.

Dowódca opuścił broń. Chwycił się za brzuch, potem za głowę. Oddychał szybko, jakby nie mógł złapać tchu. Ryba bez wody. Ofiara niewidocznej truciźny. Po chwili wszyscy padli jak muchy. Z oczu, ust i nosa sączyły się im strużki krwi.

Jeremi patrzył na to beznamiętnie. Potem założył opatrunek na nowe, głębokie nacięcie na ramieniu, które właśnie sobie zrobił. Zmrużył oczy, jakby dostrzegł toksynę unoszącą się z czerwonej rany.

Wysiadł i położył się na ziemi wśród ciał. Na przemian zamykał i otwierał oczy, jego białka zdawały się zupełnie czarne. Usta poruszały się, jakby coś recytował. Niemy szept w nieskończonej ciszy. Modlitwa do nikogo o nic. Trwało to jakiś czas, może kwadrans, może dwie godziny.

Gdy otworzył oczy, ujrzał człekokształtne postacie. Wychudzone i brzydkie. Śmierdzące i brudne. Wyszarpywali sobie kanistry z wodą. To nie byli żołnierze, raczej uciekinierzy, którzy ukrywali się przed czymś na pustyni, a których przyciągnął nieruchomy teraz patrol.

Jeremi wstał i ruszył do samochodu. Tamci uspokoili się i rozpierzchli, schodząc mu z drogi. Nie poświęcał im uwagi, nie było sensu. Oni i tak byli już martwi.

Gdy odjeżdżał, widział w lusterku jak człekokształtne postacie wznowiły walkę o wodę.

 

*

 

Potem były jeszcze dwa patrole, liczniejsze i ostrożniejsze. Wszystko w gruncie rzeczy skończyło się tak samo.

 

*

 

Za czwartym razem było inaczej.

Nagle coś przewróciło jego samochód. Zmiana horyzontu, koziołkująca furgonetka i drobiny szkła fruwające w powietrzu. Chwilowa utrata orientacji. Zapach potu i własnej krwi.

Wywlókł się z furgonetki i dojrzał elektryczny wóz bojowy, który właśnie nawracał, po tym jak przewrócił jego pojazd, uderzając z wielką prędkością w jego bok. Z wozu wyskoczyło kilkunastu mężczyzn w opancerzonym rynsztunku i zaczęli do niego strzelać.

Jeremi wstał i rozłożył ręce na boki. Wśród świszczących kul, wyglądał jak bóg wojny i śmierci, jednoosobowa apokalipsa. Zwiastun końca ludzkości. Może w istocie nim był.

Tamci cały czas napierali i nie przestawali strzelać. Może właśnie to będzie jego koniec. Może właśnie tutaj umrze. Uśmiechnął się do tej myśli.

Upadł, czując rozlewające się ciepło. Jego krew, mnóstwo krwi dookoła z dziesiątek ran. Czuł, że wpada do jakiejś studni. Nadchodziła cisza i ciemność. Spokój. Wieczność. Niemal nie słyszał już świszczących w powietrzu kul.

Chyba się uśmiechał.

W końcu przestali strzelać. Wstał powoli i rozejrzał się po okolicy. Martwa ziemia zasłana martwymi ciałami, które jeszcze przed chwilą wierzyły, że mogą go pokonać lub zabić. Krew wypływająca spod taktycznych wojskowych kasków. Ten sam koniec, inne miejsca, inne ofiary.

Przeszedł obok nich, widząc własną krew na przedramionach i nogach lejącą się z wielu ran. Miał wrażenie, że się goją, że nie naruszyły go wcale. Wszedł do wozu bojowego i ruszył przed siebie.

Wiedział, że jest bardzo blisko.

 

*

 

Minął ogromną ludzką elektrownię i plantację jadalnych robaków na obrzeżach miast. Na ulicach pusto jak zwykle o tej porze dnia.

W końcu zajechał w okolicę domu Mikołaja, pod adres, który przekazał mu Piotr. Niewielkie rządowe osiedle, które zajmowali członkowie najwyższego kierownictwa republiki, zdawało się teraz puste. Ani służb, ani policji, ani ochrony. Nikogo.

Jeremi przez pół godziny obserwował okolicę, wyłapując bezruch, szukając tego, co musiało tam gdzieś być.

– Piękna pułapka – stwierdził w końcu. – Szkoda byłoby w nią nie wejść.

Ruszył przez pustą ulicę, zaglądając przez okna domostw. Dostrzegał nieruchome postacie, które wyglądały, jakby zasnęły w trakcie wykonywania czynności. Dziecko leżące na zabawkach. Mężczyzna z twarzą w talerzu. Kobieta spoczywająca na sofie z książką upuszczoną na podłodze.

To samo w kolejnych domach. Spoglądał na to z nieruchomą twarzą.

W końcu wszedł do domu Mikołaja. Przeszedł przez korytarz do największego pomieszczenia. Brat siedział na krześle w salonie i wpatrywał się w widok za oknem. Gdy zdał sobie sprawę z obecności Jeremiego, powoli się obrócił.

– Ćwiczyłem w głowie, co powiedzieć jak się pojawisz – zaczął Mikołaj. – Ale dalej nie mam pewności.

Jeremi nie skomentował.

– Myślałem, by opowiedzieć ci, że znowu się przeliczyliśmy, że mimo naszych najszczerszych chęci i najgorszych restrykcji jest już za późno. Że ciągle gasimy kubkiem wody palący się las. Myślałem też, by ci powiedzieć, że ludzie, których od lat gnębimy, są na skraju załamania. Że już niebawem się zbuntują. Że grup takich jak ci industrialni rebelianci są tysiące w całej Europie, a republika ekologiczna wkrótce straci władzę.

Urwał i popatrzył na brata, który nadal nic nie mówił.

– Mógłbym ci opowiedzieć, że już nie mam siły z tym wszystkim walczyć – wznowił. – Że mam dosyć. Że dlatego uśpiłem całe osiedle, aby w spokoju wszyscy oczekiwali twojego przyjścia. I tak Marysia i dzieci też. Tak będzie dla nich najlepiej – wziął głęboki oddech i długo wypuszczał powietrze.

– Mógłbym też ci powiedzieć, jak chciałem abyś wlał w serce ludzi strach, by się ciebie bali. Abyś był apokalipsą, na jaką zasłużyliśmy. Czystą i naturalną. Ekologiczną. Chciałem ci też powiedzieć, że waham się, czy to dobry pomysł, ale lepszego już nie mam. Może zresztą na lepszy nie zasłużyliśmy.

Jeremi zacisnął zęby. Chciał coś powiedzieć, ale Mikołaj podniósł dłoń w dziwnie przyjaznym geście.

– I wiem, że zginę, bo nie jestem z tej samej krwi co ty i Piotr. Wiem to. Nie zaszedłbym tak daleko, gdybym nie wiedział takich rzeczy. O tym też miałem ci powiedzieć. Wyjaśnić zawiłości tego, co masz w środku i jak to oddziałuje na rzeczywistość. Ale chyba jednak tego nie zrobię. Bo to coś w tobie nie chce wcale o tym słuchać, prawda? I za to cię cenię. Za to zawsze cię ceniłem. Po prostu szczerze chciałeś nas wszystkich pozabijać. A teraz masz okazję.

Jeremi chciał odpowiedzieć, ale wtedy Mikołaj wyciągnął pistolet i strzelił mu w ramię. Draśnięcie, które wystarczyło, by krew zaczęła się obficie sączyć z rany. Jeremi podszedł do brata, ale ten spadł z krzesła na podłogę. Dwie strużki krwi sączyły mu się z nosa.

– Wyobrażam sobie te nagłówki w wiadomościach – zacharczał Mikołaj, patrząc gdzieś w dal. – Na stertach ciał pisze się najlepsze historie. Szczerze mówiąc…

Urwał i przestał oddychać. Jeremi sprawdził puls, którego nie było.

Cisza i spokój. Pustka. Jeremi usiadł po turecku obok brata i patrzył przez okno w niebo. Z oddali słychać było zbliżające się syreny. Siedział nieruchomo i patrzył na krew wypływającą z rany.

W spokoju czekał na przyszłość, która nie nadejdzie, bo dawno mu ją zabrano.

Koniec

Komentarze

Po tym, co zrobili Piotr i Marysia. Po tym, co zrobiliśmy wszyscy. Bo ja widziałem, że mają się ku sobie. A raz na święta, jak jeszcze byliście razem, widziałam jak Piotr i Twoja żona się całowali.

Skoro to Jeremi pisze do Piotra, to pomyliłeś płeć.

I pomyliłeś tez imiona, bo powinno być Mikołaj i Marysia.

 

i Mikołaja ich przyrodniego brata.

Po mikołaju postawiłbym półpauzę.

 

Wielkiego planu Mikołaju.

Literówka.

 

Jechali długo i wolno. Zatrzymywali się niemal równo co sześć godzin. Wysiadali, jedli i ładowali akumulatory samochodu elektrycznego. Często czekali ponad godzinę, aż panele słoneczne na dachu wyłapią wystarczająco dużo energii, by móc ruszyć dalej.

Pustynia, ekologia… nie prościej użyć wielbłądów?

 

Fragment korespondencji Mikołaju do kierownictwu republiki.

Literówki.

 

Wiedziała, że uratowałam ją ze strachu

Literówka.

 

ubrał kamizelkę

Regionalizm. I to, moim zdaniem, wyjątkowo brzydki.

 

Nagle poczułm

Literówka.

 

– Na Antarktydzie przy resztkach lodowców – kontynuował. – Coś było zamarznięte przez tysiąclecia, ale się roztopiło, wylazło i zabiło całą ekspedycję. Wszyscy padli jak muchy.

 

 

W tekście nadal czają się błędy, część z nich wypisałem powyżej. Gdzieniegdzie tez brak przecinków, trafiają się tez powtórzenia. Jak przyjdzie Reg albo Tarnina, to będziesz miał robotę. :)

…ale nie jest znowuż tego dużo jak na tekst o takiej długości.

Bardzo dobry tekst, muszę zaznaczyć.

Zbudowałeś dystopijny klimat z ciekawych klocków i chyba obecnie – w czasie globalnego kryzysu gospodarczego, który w wielkiej mierze sami na siebie sprowadziliśmy próbując takim hegemonom jak Chiny mówić jak mają produkować energię, by zmniejszyć ślad węglowy – działa to wyjątkowo mocno. Mnie zaintrygowało, przestraszyło i urzekło.

Pięknie wykreowałeś bohatera, a w zasadzie to bohaterów. Są świetnie skonstruowani, dla mnie wiarygodni i żywi. Fabuła, choć jak ją sobie przedstawić w głowie, ma dość prostą konstrukcję, jest wciągająca i nawet udało ci się mnie zaskoczyć z tym wirusem. A przez chwile myślałem, że znalazł tam jakieś UFO. :P

Do tego podoba mi się to ukazanie beznadziei i braku ratunku, coraz większych okropieństw, do jakich człowiek się może dopuścić i braku dobrej strony barykady.

Do tego, mimo błędów, powiadanie jest napisane świetnym stylem a czytanie było prawdziwą przyjemnością.

Rany, bardzo dobry tekst.

Przyznam, że z początku mocno mnie zniechęciło, bo bałem się, że chcesz sprzedać kolejną bajeczkę o złych lewakach i dobrej, prawicowej opcji. Ale na szczęście dałem tekstowi szansę, bo było dobrze napisane i nie żałuję.

Chociaż tekst jest ciężki, to podobał mi się. A może właśnie dlatego mi się podobał? XD

Kupiłeś mnie, mimo, że kompletnie nie umiałem uwierzyć w poziom dewastacji, który przedstawiłeś. Ale poziom emocjonalny tekstu, przekaz itd – bardzo mnie poruszył. Mimo, że nie były to miłe doznania (w sensie przeżywanych emocji, nie odbioru estetyki), to raczej zapamiętam to opowiadanie na długo.

 

Hej Gekikara 

No tak błędów z pewnością jest wiele. Czytam i poprawiam wielokrotnie tekst ale mam wrażenie że z każdą własną poprawką generuję dwa błędy :) No ale to w sumie dzień jak co dzień dla mnie :)

Co do wielbłądów to faktycznie nie przyszło mi to do głowy :) W sumie ma to sens pytanie tylko czy wielbłądy będą jeszcze wtedy żyć. Niemniej jednak dzięki za celną uwagę. Na chwilę obecną zostawię już jak jest bo to by pewnie wymagało zbyt wielu przeróbek w tekście.

A tymczasem bardzo się cieszę że tekst się podobał, udało się zaskoczyć wirusem a nawet konstrukcja bohaterów była w porządku :) Oryginalną część tekstu napisałem dwa lata temu z powodu pewnego przestraszenia kierunku w którym zmierzamy. Stwierdziłem, że wyleje to na papier to trochę pomoże przynajmniej jeśli chodzi o moje samopoczucie, bo jeśli chodzi o sytuację na świecie to nie bardzo.

Dzięki piękne za komentarz, uwagi, klika i obrazek :)

Poprawki naniosłem.

 

Hej silver_advent

Dzięki za odwiedziny. Cieszę się, że tekst się podobał i że doczytałeś do końca mimo że początek zniechęcił. Chodziło mi tutaj o pewną przewrotność, którą mam nadzieję udało się zawrzeć. Pomysł wziął się z faktu, że stwierdziłem kiedyś, że człowiek nigdy nie zabierze się za poprawę klimatu dopóki nie pojawi się jakaś forma dyktatury ekologicznej, która narzuci radykalne rozwiązania.

Zdaję sobie sprawę, że dewastacja jest w dużym stopniu doprowadzona do ekstremum i raczej to nie będzie tak wyglądać. No ale to dla mnie do jakiegoś stopnia zadanie dystopii , wziąć sobie jakieś zjawisko i dokręcić mu śrubę do samego końca.

 

Pozdrawiam!

Ja też przyznam, że mam lekką alergię na opowiadania o złych ekologach (choć, surprise, poniekąd o tym jest jedna z moich ulubionych powieści SF, “Carnival” Elizabeth Bear), zwłaszcza narysowanych tak czarnymi, grubymi kreskami, jak twój rząd republiki. Ale tekst jest – znakomity, mimo tej jednoznacznie prosto czarnej wizji rządu. Nie idziesz wbrew pozorom w prostą dychotomię dobrzy/ źli, świetnie ogrywasz klasyczną ideę “coś złego obcego w formie czarnej mazi siedzi w wiecznej zmarzlinie”, dodajesz wiarygodną, niebanalną psychologię postaci, spójną fabułę ujętą w konsekwentną narrację, a do tego – klimat, ciemny i ponury, który trudno zapomnieć. Jestem pod dużym wrażeniem.

Hej ninedin

No tak. Użyłem złych ekologów jako pewnego rodzaju przewrotnego sposobu na opis problemu. Czytając jakiś czas temu z rosnącym przerażeniem ilość dewastujących informacji odnośnie kryzysu ekologicznego (od którego mówimy od dziesięcioleci) i faktu że w sumie stosunkowo niewiele się dzieje by coś z tym zrobić przyszedł mi do głowy pomysł z tym radykalnym rozwiązaniem narzucenia dosyć szokujących restrykcji by uratować to co jeszcze zostało.

Cieszę się bardzo, że mimo tej alergii na taką tematykę uznałaś tekst za wartościowy, podobał Ci się klimat, fabuła i postacie :)

Dziękuję pięknie za komentarz i klika!

Pozdrawiam! 

W zaskakującą stronę zwróciła się ekologia. Nigdy nie przypuszczałam, że może mieć tak radykalnych wyznawców, a sprawy z nią związane przyjmą niezwykle dramatyczny obrót, staną się tak opresyjne, wręcz makabryczne. Twoi bohaterowie zdają się trwać, o ile to możliwe, po trzech stronach barykady i żaden z nich nie wychodzi na tym dobrze.

Pokazałeś  świat paskudny i odpychający, opisałeś zdarzenia brutalne, nie żałowałeś krwi, a jednak tę historię czytałam z ogromnym przejęciem, mocno zainteresowana losami braci, zaintrygowana wirusem i pokazanym obrazem świata. Bardzo satysfakcjonująca lektura.

Chciałabym móc polecić opowiadanie do Biblioteki, a może i nominować do piórka, ale na razie muszę się powstrzymać, albowiem wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Od­sło­nił za­sło­ny i po­pa­trzył przez okno. → Brzmi to fatalnie, zwłaszcza że zasłony nie były zasłonięte – to zasłony zasłaniały okno.

Proponuję: Odsunął/ Odchylił za­sło­ny i po­pa­trzył przez okno.

 

po raz ko­lej­ny roz­błysł ma­to­wym bla­skiem.Blask nie może być matowy, albowiem jest mocny i jaskrawy z definicji.

 

Je­re­mi za­prze­czył głową, Mi­ko­łaj po chwi­li wa­ha­nia rów­nież. Mistrz kiw­nął im głową… → Czy to celowe powtórzenie?

Proponuję: Jeremi przecząco pokręcił głową, Mi­ko­łaj po chwi­li wa­ha­nia rów­nież. Mistrz przyjął to ze zrozumieniem

 

Przed salką cze­ka­ła grupa ludzi ocze­ku­ją­cych na ko­lej­ny po­grzeb. → Brzmi to fatalnie.

Proponuję: Przed salką stała grupa ludzi ocze­ku­ją­cych na ko­lej­ny po­grzeb.

 

Je­re­mi sie­dział w mo­te­lo­wym po­ko­ju. Opróż­niał bu­tel­kę ta­niej whi­sky i palił dru­gie­go skrę­ta, cho­dząc ner­wo­wo po po­ko­ju. → To siedział czy chodził?

 

W końcu do­je­cha­li na pu­sty­nie… → Literówka czy było tam kilka pustyni?

 

Mam mówić tylko to, co mu­sisz wie­dzieć.

Je­re­mi wes­tchnął tylko w od­po­wie­dzi. → Czy to celowe powtórzenie?

Proponuję w drugim zdaniu: Je­re­mi wes­tchnął w od­po­wie­dzi.

 

Po ry­sach twa­rzy roz­po­zna­wa­ła Hisz­pa­nów… → Literówka, czy zjawiła się tam kobieta?

 

Ich krój nieco zmie­nił się, odkąd Je­re­mi je pa­mię­tał, ale nie było wąt­pli­wo­ści, że to Zie­lo­ne Służ­by Spe­cjal­ne. → Krój czego się zmienił, bo nie przypuszczam, że zmienił się krój Zielonych Służb Specjalnych?

A może: Krój ich uniformów/ mundurów/ strojów nieco zmie­nił się, odkąd Je­re­mi je pa­mię­tał, ale nie było wąt­pli­wo­ści, że to Zie­lo­ne Służ­by Spe­cjal­ne.

 

nikt nie trak­to­wał ich po­waż­nie, a szczy­tem ich suk­ce­su było po­ka­za­nie ich w te­le­wi­zji… → Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Proponuję: …nikt nie trak­to­wał ich po­waż­nie, a za szczy­t suk­ce­su uznawali pojawienie się w te­le­wi­zji

 

naj­więk­szy ar­ma­ged­don w dzie­jach ludz­ko­ści. → …naj­więk­szy ar­ma­ged­on w dzie­jach ludz­ko­ści.

 

Bła­żej urwał, by upić wody z me­naż­ki. → Chyba: Bła­żej urwał, by upić wody z manierki.

Za SJP PWN:

 

Co z tego, że za­to­pi­ło mnó­stwo te­re­nów. → Co zatopiło tereny?

 

Ubra­li nok­to­wi­zo­ry, do­pię­li ke­vla­ro­we ka­mi­zel­ki… → W co ubrali noktowizory i dlaczego?

A może miało być: Założyli nok­to­wi­zo­ry, do­pię­li ke­vla­ro­we ka­mi­zel­ki

Przyrządów, tak jak ubrań, nie ubiera się! Za ubieranie noktowizora grozi surowa kara – trzy godziny klęczenia na grochu, w kącie, z twarzą zwróconą ku ścianie i z rękami w górze!

 

– My­śla­łem, że mam być obec­ny na akcji? – spy­tał Je­re­mi. → Jeremi nie zadał pytania, wyraził przypuszczenie.

 

W końcu doj­rze­li Isaac’a, który… → W końcu doj­rze­li Isaaca, który

 

ulu­bio­ny slo­gan re­be­lian­tów: „Pier­do­lić eko­lo­gię”. → Cytat ujmujemy w cudzysłów, albo cytujemy kursywą. Nie używany jednocześnie cudzysłowu i kursywy.

 

Spo­koj­nieuspo­ka­jał Bła­żej. → Brzmi to fatalnie.

Proponuję: – Spo­koj­nie – mitygował/ hamował Bła­żej.

 

Je­re­mi od­chy­lił się na fo­te­lu… → Wcześniej napisałeś: Sie­dział na krze­śle, nie­skrę­po­wa­ny. –> Kiedy Jeremi przesiadł się z krzesła na fotel?

 

osoby o bli­skim po­kre­wień­stwu z no­si­cie­lem… → …osoby o bli­skim po­kre­wień­stwie z no­si­cie­lem…

 

Trzech żoł­nie­rzy zbli­ży­ło się do niego, cały czas w niego ce­lu­jąc. → Pierwszy zaimek jest zbędny.

 

Ofia­ra w nie­wi­docz­nej tru­ciź­nie. → Można stać się ofiarą trucizny, ale nie wiem, jak można być ofiarą w truciźnie?

 

Jego krew, mnó­stwo krwi do­oko­ła z dzie­sią­tek jego ran. → Zrezygnowałabym z drugiego zaimka.

 

Dziec­ko le­żą­ce na za­baw­kach. Męż­czy­zna z twa­rzą w ta­le­rzu. Ko­bie­ta le­żą­ca na sofie… → Czy to celowe powtórzenie?

Proponuję w ostatnim zdaniu: Ko­bie­ta spoczywająca na sofie

 

Że grup ta­kich jak ci in­du­strial­ni re­be­lian­ci jest ty­sią­ce→ Że grup ta­kich jak ci in­du­strial­ni re­be­lian­ci ty­sią­ce

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witam regulatorzy :)

Jak zwykle dziękuję pięknie za nieocenione poprawki. Cieszę się, że lektura okazała satysfakcjonująca mimo sporej ilości błędów. Faktycznie nie jest to zbyt pozytywna historia i nie ma w niej wygranych.

Dziękuję bardzo za komentarz i miłe słowo. Poprawki naniosłem.

 

Przyrządów, tak jak ubrań, nie ubiera się! Za ubieranie noktowizora grozi surowa kara – trzy godziny klęczenia na grochu, w kącie, z twarzą zwróconą ku ścianie i z rękami w górze!

Surowa ale zasłużona kara. Muszę o tym pamiętać, a tymczasem rozrzucam groch i idę do kąta bo w sumie to przeze mnie próbowali ubrać te noktowizory ;)

 

Pozdrawiam!

Myślę, Edwardzie, że szczera skrucha i solenne obiecanie poprawy może Cię od rzeczonej kary uchronić. ;)

Miło mi, że uznałeś uwagi za przydatne. Daj znać, kiedy poprawisz tekst, bym mogła odwiedzić wiadome miejsca. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To posypuje głowę popiołem i postaram się poprawić na przyszłość :) Dzięki za wyrozumiałość i jeszcze raz za nieocenioną pracę!

Poprawki naniosłem :)

Dziękuję!

W takim razie pędzę do klikarni i do nominowalni. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć!

 

Niestety z trudem dotrwałam do końca. Tekst z tak na siłę wciśniętą tematyką ekologiczną to nie jest to czego oczekuję od fantastyki. W dużej mierze fabuła to opis tego jak oni jadą w ciszy i nic się nie dzieje. Pogrzeb ojca właściwie nie miał żadnego znaczenia i był tylko sztucznym powodem do ubarwienia spotkania. Relacja braci jest ciekawie zarysowana, a fragmenty dokumentów to fajny smaczek. 

Bardzo mi się nie podoba styl tego opowiadania, nie różnicujesz zdań i to po prostu usypia, podejrzewam, że chciałeś postawić na surowość tekstu, ale niektóre fragmenty są wręcz nie do przebrnięcia. Na przykład te trzy poniżej, to takie sprawozdanie z nic nieznaczących czynności. 

Jeremi przecząco pokręcił głową, Mikołaj po chwili wahania również. Mistrz przyjął to ze zrozumieniem, wyrecytował końcowe zdanie, przekazał zdjęcie ojca Mikołajowi i wyszedł. Ruszyli za nim. Przed salką stała grupa ludzi oczekujących na kolejny pogrzeb.

Wyszli na zewnątrz. Przez chwilę milczeli.

Długo milczeli. W końcu przyjechał samochód. Jeremi wsiadł i ruszył z powrotem.

Pięć minut później na miejsce przyjechała czarna furgonetka. Wysiadł z niej postawny mężczyzna z włosami przyprószonymi siwizną. Mimo że nie widzieli się od lat, Jeremi bez trudu poznał Błażeja. Podali sobie dłonie i niezgrabnie przywitali. Wsiedli do furgonetki. Samochód miał tak ciemne szyby, że na zewnątrz nie było nic widać. Błażej milczał, Jeremi otworzył usta, by coś powiedzieć, ale uprzedził go telefon.

Przypomniał jak Piotr wyjechał na Antarktydę, jak dołączył do ekspedycji zajmującej się rekonstrukcją brył lodowych, po tym, jak rozstał się z Marysią. Po tym, jak mu ją ukradłeś, dodał Jeremi, co brat skwitował westchnieniem. Potem Mikołaj opowiedział, jak Piotr utrzymywał regularny kontakt z byłą żoną i dziećmi, ale też jak ten kontakt słabł z każdym tygodniem i miesiącem, aż w końcu zupełnie się urwał.

Mikołaj użył wtedy swoich wpływów i potwierdził, że z Piotrem wszystko było w porządku. Po prostu nie chciał już z nikim rozmawiać.

Ten zaznaczony fragment powinien być albo dialogiem albo cytatem. Cały opis jest mało zajmujący w takiej formie.

Mam nadzieję, że Ci lepiej na tej Antarktydzie, że odnalazłeś tam spokój. Po tym, co zrobili Piotr i Marysia. Po tym, co zrobiliśmy wszyscy. Bo ja widziałem, że mają się ku sobie. A raz na święta, jak jeszcze byliście razem, widziałem jak Mikołaj i Twoja żona się całowali.

Tu chyba się imiona pomieszały, bo to był list do Piotra.

– Bo ty może nie pamiętasz – wyjaśniał Błażej. – Ty możesz nie pamiętać tych dzieciaków, które kiedyś wrzeszczały o ekologii, które strajkowały, płakały i wyły z bezsilności, bo nikt nie traktował ich poważnie, a za szczyt sukcesu uznawali pojawienie się w telewizji zamiast przerwy na reklamę. Ale tak nas wtedy traktowano. Więc kryliśmy się po kątach i rośliśmy w siłę, a w głowie puchła nam tylko jedna myśl: jak ich wszystkich obedrzeć ze skóry, za to, co nam zabrali.

A potem się zaczęło, z przytupem, od zorganizowanej egzekucji prezesów firm, które dalej generowały najwięcej zanieczyszczeń do atmosfery – przerwał na chwilę, nie patrząc na rozmówcę. Ospowaty miał beznamiętny wyraz twarzy.

To jest zbyt wprost podane, jak na tacy, i od razu odrzuca od tekstu.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

@ regulatorzy: Dziękuję za docenienie tekstu :)

 

Cześć Alicella

Dziękuję że mimo tego że nie podobała ci się tematyka, fabuła ani styl dobrnęłaś do końca. Cieszę się że chociaż relacje braci i fragmenty dokumentu były w porządku w Twoim odbiorze.

Styl faktycznie jest surowy i rozumiem, że może się nie podobać.

Dzięki za poprawkę co do imion, faktycznie trochę tam namieszałem. Co do pozostałych uwag przyjmuję je, ale pozwolę sobie pozostawić tekst bez zmian.

Dzięki za szczery komentarz i pozdrawiam!

Bardzo proszę, Edwardzie. Opowiadanie jest warte docenienia. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ok. Wszystko fajnie, bardzo fajny tekst, jeszcze tu wrócę, ale czy nie brakuje przecinka w tytule?

Po przeczytaniu spalić monitor.

@regulatorzy: :)

 

Witam Panie Marasie: Bardzo się cieszę, że tekst jest fajny. Dzięki piękne za klika. A co do przecinka w tytule to chyba jest to jakaś forma ukoronowania mojej nieudolności w tym temacie :). Z tego co zerknąłem faktycznie tytuły powinny zawierać przecinki jeśli nie są złamane w składzie w miejscu gdzie przecinek powinien się znaleźć. Poprawiam więc. Dzięki.

Interesujący tekst. Bardzo fajny pomysł, żeby opisać ekologiczną dystopię. Mocna rzecz, bo miotałam się między kibicowaniem władzy i opozycji. Udało Ci się przerzucić dylemat moralny na czytelnika, a to spore osiągnięcie.

Bohaterowie – trzej bracia-niebracia – dobrze zbudowani. Każdy inny, każdy skonfliktowany z pozostałymi. I każdego jestem w stanie w jakimś stopniu zrozumieć. Ludzcy ludzie z nich.

Podróż mnie nie przekonuje. Zatrzymują się co sześć godzin i ładują akumulatory za pomocą paneli słonecznych. OK. A czym ładują w nocy?

Fajne zagranie z mottami-wprowadzeniami do poszczególnych rozdziałów. Ładnie różnicuje narrację, a przy okazji dostarcza wielu informacji.

BTW, nie przemówił do mnie infodumpowy monolog Błażeja. Wydawał się strasznie sztuczny.

Dwie stróżki krwi sączyły mu się z nosa.

Ojjj. Wstydź się.

Babska logika rządzi!

Hej Finkla!

No tak faktycznie trudno ładować panele słoneczne w nocy :). Zrobiłem małą poprawkę, która mam nadzieje nie zepsuje tekstu. Dzięki za wyłapanie.

Co do tego monologu to to ciąłem i strzygłem go na kilka sposobów tuż przed opublikowaniem, ale ostatecznie zostawiłem w takiej formie bo jakoś nie umiałem z tego wybrnąć (żeby coś z niego zostawić np. a by było bardziej naturalne). Alicella też o nim wspomniała i jeszcze mi się pewnie dostanie. Pomyślę czy jeszcze uda mi się to jakoś zmienić, choć pewnie polegnę :).

Cieszę się za to bardzo że tekst jest interesujący, a szczególnie, że udało się wywołać u Ciebie dylemat moralny i że bohaterowie są ludzcy, bo to zazwyczaj mocno u mnie kulało. 

Ojjj. Wstydź się.

Wstydzę się. Nawet bardzo. Tym bardziej, że patrzę i patrzę na to co jest nie tak i nie wiem :( Poproszę o telefon do przyjaciela i małą podpowiedź?

Dzięki wielkie i pozdrawiam :)

Ech, i ja się wstydzę, że stróżki uszły mojej uwadze.

Edwardzie, sprawdź co znaczą słowa stróżka i strużka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No tak teraz rozumiem. Poprawione.

regulatorzy: Daj spokój :). Twoja pomoc w łapankach jest nieoceniona i bardzo wyczerpująca temat. Wszystkie zaś błędy w tym opowiadaniu to tylko i wyłącznie moja wina. 

Edwardzie, jesteś bardzo miły – pięknie dziękuję. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, widzę, że daliście radę, zanim przeczytałam odpowiedź.

Babska logika rządzi!

@regulatorzy: Proszę bardzo. Ja w sumie tylko stwierdzam fakty :)

 

@Finkla: Tak udało nam się (choć moja żadna w tym zasługa). Ale bez Ciebie z nosa by się sączyły dwie kobiety stróż lub dwie żony dozorcy domu, a wtedy to z pewnością bym musiał dodać Tag absurd żeby to jakoś wytłumaczyć :)

Cześć :)

bardzo podobała mi się pierwsza cześć tekstu, od momentu spotkania z bratem i toną trupów już kapkę mniej, ale to i tak świetnie opowiadanie.

Kupiła mnie przede wszystkim wizja świata – ponura, przytłaczająca, dystopijna, ale jednak dla mnie niepokojąco realna. Bilboardy o samobójstwie, zakaz terapii, ograniczenie liczby posiadanych dzieci. Kupuje mnie to. Udało Ci się też zbudować klimat i naprawdę żywego bohatera (Jeremi) – Mikołaj przekonał mnie o wiele mniej, nie do końca rozumiem co chciał osiągnąć, dlaczego dołożył swoją cegiełkę do apokalipsy. Niemniej Jeremi – czułam jego złość, poczucie beznadziei, to złamanie. Zrobiło na mnie wrażenie backstory o kobiecie w ciąży, mimo że wspomniane krótko, ale dobrze, w odpowiednim doborze słów.

Piotr i jego kierowanie rebeliantami wydaje mi się jednak mocno naciągane. Był człowiek znikąd, z drugiej strony barykady i w sumie dość szybko doszedł do czegoś, choć szaleństwo zaglądało mu mocno w oczy. 

Niemniej całość poskładana bardzo dobrze, bez rażących braków logiki, ciekawy bohater i dystopijny świat. Przekonuje mnie to.

 

Normalnie cytuje czepy, ale te kawałki zrobiły na mnie szczególne mocne wrażenie:

Podniósł poduszkę i przystawił sobie do twarzy. Długo w nią wrzeszczał.

Pomyliłeś mnie z kimś innym. Ja nie jestem niczyją szansą na nic.

Bierność to najbardziej niedoceniania forma skurwysyństwa.

Cześć Shanti :)

 

Dzięki za komentarz i wizytę.

Bardzo się cieszę, że ogólnie się podobało aż tak, że doceniłaś tekst w wątku piórkowym.

Super, że wizja świata Ci się spodobała, ale chyba najbardziej cieszę się z tego bohatera, że tym razem jakoś się udał, bo zazwyczaj to u mnie kulało :)

Co do Mikołaja, to moje założenie było takie, że on już trochę nie ma siły na walkę z kryzysem ekologicznym. Dostrzega, że to co robią jest spóźnione, niewystarczające nie ma już kolejnych pomysłów jak sobie z tym radzić. Dlatego stwierdza, że może pomoc w szerzeniu zarazy, która jest w Jeremim, będzie jakąś drogą. I choć sam nie wie czy to dobry pomysł, lepszego już nie ma.

No tak w sumie pomysł że Piotr kieruje rebeliantami może wydawać się nieco naciągany. Mój zamysł był taki, że trafili na siebie (Piotr i rebelianci), a gdy Piotr ujawnił swoje "umiejętności" to w jakiś naturalny sposób został ich przywódcą. Założyłem że rebelianci to bardzo zdesperowana grupa, a gdy pojawia się człowiek, który potrafi takie rzeczy jak Piotr to nawet traktują go jako jakąś formę wybawcy.

Ale zarzut przyjmuję bez uniku, bo rozumiem go i ma sens.

Dzięki, że wymieniłaś cytaty, to zawsze bardzo miłe :)

 

Pozdrawiam! 

Edward,

to bardzo dobre opowiadanie, cóż mogę dodać :) plus łatwo mnie kupić światotwórstwem / ciekawym pomysłem, a u Ciebie to znalazłam.

 

Ok, rozumiem podejście Mikołaja, nie było to wyeksponowane, ale też automatycznie najbardziej skupiamy się na Jeremim. 

Jak chodzi o Piotra, to też rozumiem tą decyzję, choć jak mówiłam, nie przekonuje mnie do końca. Niemniej, przy takiej długości i limicie uproszczeń się nie uniknie. Grunt to wybrać takie, które będą miały mały wpływ na całość i nie będą za bardzo gryźć czytającego. 

 

Trzymam kciuki za wątek piórkowy :)

Dzięki Shanti :)

Rozumiem że może nie przekonywać wątek Piotra. Często w głowie autor ma dopowiedziany cały background, ale potem na papierze / publikacji wychodzi jak wychodzi :)

Cieszę się natomiast bardzo że się podobało :)

Nowa Fantastyka