- Opowiadanie: Palaio - Masz szlaban na śmierć!

Masz szlaban na śmierć!

Miało być lek­kie sci-fi, jednak mi nie wy­szło. Mógł­bym coś na­pi­sać, by za­chę­cić Was do czy­ta­nia, ale nie bar­dzo po­tra­fię. Jeśli ktoś ze­chce prze­czy­tać moje opo­wia­da­nie, to bar­dzo dzię­ku­ję.

Po­zdra­wiam Sza­now­ne Jury i dziękuję za możliwość wzięcia udziału w konkursie.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Masz szlaban na śmierć!

Clair de Lune przypomina mi, że upłynęła kolejna godzina. Przeciągam się w fotelu, zerkając na pustą paczkę. Cholerne fajki, już miesiąc nie paliłem.

Kate miała w zwyczaju chować papierosy za książkami… A to co? Wydruk opowiadania. Dziwne, dawno ich nie pisała. I ten tytuł.

 

***

 

Stój! Ani kroku, bo cały kompleks wyleci w powietrze. Nie wierzysz? No to zapraszam na demonstrację. Zaczniemy od baraku… O! B12. Daję ci dziesięć sekund…

Towarzysze cali? To świetnie! Wrzuć mnie proszę na główny kanał…

Czy wszyscy mnie słyszą? Bo jeśli nie, to mamy problem. Każdy, kto przebywa na terenie kompleksu mieszkalnego, proszony jest, by natychmiast usiadł na ziemi, położył ręce na kolana i unikał gwałtownych ruchów. Ustawiłam pewien margines, ale i tak jeden bezmyślny gest może sprawić, że wszyscy wylecimy w powietrze…

Kto odważny niech spróbuje ruszać głową. Miałam trudności z wpisaniem tego wyjątku. Wiecie, jestem tylko hybrydą, a wy tylko ludźmi. Ile to rzeczy mogło pójść nie tak. Jednak wierzę, że nie mówię na marne. Pierwszy raz w życiu czuję, że moje słowa coś znaczą.

Informacja dla załogi promu: proszę zerwać łączność z siecią planety. Macie minutę, i nie ma co zwlekać, bo dla utrudnienia ruszy na was satelita. Radzę odpowiednio się nim zająć. Osobiście przygotowałam go do wejścia na orbitę i ukryłam w środku mapę.

Tak, tak! Chyba nie sądziliście, droga załogo, że pozwolę wam spokojnie knuć przeciw mnie. Mapa wskazuje miejsce, w które zapędziłam kolonistów. Trochę czasu już minęło, ale nie aż tak wiele, żeby zaczęli się zjadać. Prędzej zaczną się dusić…

To mam, to też. Dobra! Panie, panowie i sztuczne twory, zapraszam was do wysłuchania mojej historii! Ostrzegam, że mogę nudzić. Wiecie, w przyszłości powstaną o mnie wielkie dzieła; każdy szczegół jest ważny. Dlatego proszę, by dla pobudzenia siedzący wstali. Ruchy, ruchy! I tak co dwie minuty na zmianę siadać, wstawać! Mam nadzieję, że każdy ustawił stoperek, bo nie będę przypominać…

Rok w rok ładujecie Odyseusza po brzegi i wracacie do swojego układu, opylać zdrową, ekologiczną żywność z Kalipso. Przy okazji, tak się nazywał jeden z księżyców Saturna, który posłaliście gdzieś w galaktykę, testując tunel czasoprzestrzenny.

Nie pamiętacie? A wszystko jest tu zapisane; wystarczy tylko pogrzebać. Taka wasza cecha – pamiętacie o tym, o czym chcecie pamiętać. Pamięć jest potęgą. Dobrze wiedzieliście, czego pozbawić wasze twory, by nie upodobniły się do was.

Hybra, aby otrzymać ludzką sprawność, musi posiadać ludzkie ciało, ze wszystkimi jego słabościami. Zalecenia producenta są jasne: osiem godzin pracy, szesnaście godzin snu. Ale wszyscy wiemy, jak to wygląda w praktyce. Hybry są eksploatowane do granicy wytrzymałości. Zdarza się, że jakiś egzemplarz choruje… he, egzemplarz, to takie bezosobowe. Wciąż się na tym łapię. No, czy egzemplarz z serii B0-1790/DS v.1.1b ma osobowość, czy nie?!

Aby się przekonać, zacznijmy od chwili zero. Wychodząc z komory, usłyszałam: „Masz szlaban na śmierć!”. Nadzorca półżywego inwentarza strzelił mnie dłonią w mokry pośladek i z widocznym zadowoleniem dodał: „No, do roboty!”. Chodził za mną przez kilka minut, ale gdy uznał, że problem został rozwiązany, wytarł w koszulę spocony nos – mamrocząc coś o geniuszu, który marnuje w tej dziurze – i ruszył w swoją stronę.

Przed wybudzeniem dostałam na czystą pamięć standardowy zestaw danych plus mały dodatek. Od miesiąca, czyli od wprowadzenia systemu dwanaście na dwanaście, stwarzałam pewien problem, mianowicie zamiast iść grzecznie do roboty, targałam się na własne półżycie, że tak się wyrażę.

Ciekawe uczucie – oglądać próby samobójcze, których się nie pamięta. Za pierwszym razem wbiegłam z całym impetem w ścianę, za drugim wstrzymałam oddech do odcięcia, a gdy jedną ręką skręciłam sobie kark, komputer uznał mnie za trwale niezdolną do pracy.

Powinnam zostać zapakowana w skrzynię z napisem: reklamacja. Ale w tym roku wyjątkowo obrodziło i, jak mniemam, każdy kolonista liczył nadciągającą premię; a każda maszyna i nadzorująca ją hybra były na wagę złota. Dlatego grubas o czerwonej twarzy i zapoconym nosie – na pewno go kojarzycie – zabawił się w programistę neuronowego.

Już mało kto leci do Gwiazdozbioru Łabędzia, by przeżyć kosmiczną przygodę. Większość kolonistów ma za sobą nieciekawą przeszłość, tak jak nasz grubasek – skazany za sprzedaż nielegalnych kodów neuronowych. Na przykład takich, które zmuszają hybry-gosposie do wykonywania czynności niezgodnych z zaleceniami producenta, przez co sprzedaż innego, o wiele droższego modelu gwałtownie spada.

Miałam wrażenie, że grubas wytopi łój, zanim wszystko opowie. Kwilił jak dziecko, błagając mnie, bym go nie zabijała. A śmierdział przy tym jeszcze gorzej niż zwykle.

Spokojnie, nie mogłam zabić stwórcy… Chociaż w sumie dlaczego? W każdym razie zamknęłam go z pozostałymi w jaskini. Ups, wygadałam się. Przez moje gadulstwo wiecie już, czego dokładnie szukać…

No tak, na śmierć zapomniałam, niewyćwiczona pamięć wciąż mnie zawodzi. Bo w jaskini siedzi kolejna transza kolonistów. Znaczy tamci, których szukacie od początku, to nie ci sami, którzy siedzą w jaskini. Trochę zagmatwałam, ale się połapiecie, bystre z was zwierzaki.

O czym to ja? A, chwila zero. Poszłam, jak pan kazał, do roboty. Chałupniczy kod z początku działał sprawnie, a na poziomie świadomym nie dawał żadnych oznak. Grzecznie zajęłam swoje miejsce i nawet nie spojrzałam na siedzącą obok piękność. By zapragnąć ludzkiego ciała, musiałam przerwać pępowinę łączącą mnie z komorą, a na to było za wcześnie.

Zalogowałam się i od razu wzięłam zadanie z najwyższym priorytetem. Jeden z kombajnów stał od pięciu godzin. Myśl, maszyno! Myśl, aż ci się kabelki popalą, i tak nic nie wymyślisz. A hybra wymyśli…

 

***

 

Czy to koniec? Widocznie Kate napisała początek opowiadania, wydrukowała, by ocenić i z jakiegoś powodu włożyła między książki… Jest i papieros, pewnie kilkuletni.

Clair de Lune przypomina mi, że już czas. Siadam przy biurku i otwieram losowy dokument z folderu „praca”. Przez chwilę gapię się bezmyślnie w ekran, oczekując na zgrzyt opadającej klamki.

Drzwi się otwierają i słyszę:

– Znowu palisz? – mówi z przekonującym wyrzutem Tom.

– Nie, nie. Tylko się zaciągnąłem. Chciałem sobie przypomnieć, jaka to ohyda.

Kłamię, patrząc w synowskie oczy.

– Tato… Chodź na śniadanie. Tylko się pośpiesz, bo mama jest nie w humorze.

Kiwam głową, siląc się na uśmiech, który niezbyt mi wychodzi.

Głęboki wdech i zaczynamy przedstawienie.

– Dzień dobry, kochanie! – rzucam teatralnie, przekraczając próg kuchni.

– Dobrze się spało? – pyta ironicznie Kate, nawet nie odwracając głowy w moją stronę. Wybieram wariant z pocałunkiem. Gdy jestem na tyle blisko, że czuję woń perfum, słyszę zakodowane: – Nie teraz, bo ukroję sobie palec. Siadaj, zaraz podam do stołu. Po jedzeniu możesz mi podziękować. Jak mąż żonie.

Czekam, obserwując zachowanie Toma – lekkie zmieszanie, dobrze.

– Dziękuję, zjem w pracy – mówię, starając się przybrać obojętny ton.

– To po co w ogóle wracasz do domu?

Na tę kwestię czekałem. Spróbuję ostrzejszy tekst.

– Sam nie wiem, chyba z przyzwyczajenia.

Kate się odwraca, za szybko i zbyt płynnie.

– Nie wiesz?! – Podniesiony głos, dobrze, właściwa reakcja. – A wiesz, że masz żonę i syna?!

– Nie rób scen, kochanie. Ani ja, ani Tom nie chcemy tego słuchać. I nie machaj tym, bo zrobisz sobie krzywdę.

Kate zastyga, wpatrzona w trzymany na wysokości piersi nóż, po czym wraca do krojenia warzyw. Kieruję wzrok na zielone bezrozumne oczy Toma.

– Zatrzymaj eksperyment! Zapisz nagranie.

– Nagranie zapisane. – Rozbrzmiewa z głośnika.

– Zaplanuj eksperyment 2b. Rozpocznij: dzisiaj, godzina osiemnasta.

– Eksperyment zaplanowany.

– Nie będę jadł. Posprzątaj – rozkazuję. – I zrób mi kawę – dodaję po chwili.

 

*

 

– Otwórz okno.

Poranna mgła – czy to znaczy, Ojcze, że czeka mnie pogodny dzień?

Masz szlaban na śmierć! – trochę komiczne, ale prawdziwe. Przecież Ty dałeś szlaban na śmierć wszystkim stworzeniom. A potem ta historia z Raju… Człowiek był nieśmiertelny, dopóki nie zrozumiał, że umrze. Bo jak to inaczej wytłumaczyć? I dlaczego posłużyłeś się Szatanem?

Wiem, co byś powiedział – wolna wola… Dałeś mi wolną wolę, z którą nie wiem, co robić, bo zewsząd mnie ograniczasz. W Raju bez wyrzutów sumienia waliłbym w łeb każdego. Sił mi nie brak, nieprędko trafiłaby kosa na kamień. A gdyby w końcu trafiła, to co? Poszukałbym sobie innej gałęzi. A w najgorszym razie śmierć, której nie pojmuję. Powiedz, po co mi wolna wola, skoro nie ma już drzewa, na które mógłbym wejść?

Wybacz, strzelam na oślep. To przez bezsenną noc… Clair de Lune, w idealnym momencie, bo już miałem się zastanowić nad własnym życiem.

Dopalam papierosa i schodzę do garażu. Jak zwykle wyłączam autopilota i jak zwykle zmuszony jestem do wysłuchania komunikatu, z którego niejasno wynika, że korporacja Daimler nie bierze za nic odpowiedzialności. Jadąc, staram się nie myśleć ani o rodzinie, ani o pracy. Ale moja bezmyślność – w połączeniu z Czwartą Wariacją Goldbergowską – sprawia, że stojąc na światłach, robię się senny.

Włączam radio. Końcówka serwisu informacyjnego pobudza mnie tak mocno, że nie zostaję już na blok reklamowy. I znów, broniąc się przed rzeczywistością, uciekam myślą do Ciebie.

Kiedyś, gdy wierzyłem, że każdy powiew wiatru jest celowy, a każdy napotkany człowiek przybliża mnie do Ciebie, lubiłem szukać w świecie analogii, które odpowiadałyby Twojej naturze. Pamiętam, jak jeszcze w liceum przeczytałem w liście Jana, że jesteś światłością. I pojąłem, naiwnie, że zobaczę Cię w świetle. Ale nie mogę ogarnąć boskiej całości, bo do moich oczu dociera tylko kropla z kosmicznego morza fotonów. Trzy rodzaje czopków wywołują wrażenie trzech barw, z których składa się obraz rzeczywistości. A rzeczywistość to Ty.

 

*

 

No tak, przyjechałem dziesięć minut za wcześnie, nietypowe, więc firmowy mały brat doniósł o tym wielkiemu bratu i czeka na informację zwrotną. Uwielbiam, gdy system ma jakieś ale, ułatwiając mi zebranie myśli przed pracą. Chcą wiedzieć tyle, co Ty. I wymierzają ciężkie kary doczesne. Kiedyś zasalutowałem przy wjeździe. Jeszcze tego samego dnia wyrzuciłem ten wygłup z pamięci. Musiałeś mieć niezły ubaw, widząc minę, z jaką otwierałem załącznik do oceny kwartalnej.

Czy to on? Uparta bestia, stoi i czeka na mnie.

– Dzień dobry, szefie! – krzyczy z daleka.

– A to się okaże – mamroczę do siebie.

– Czy szef ma chwilę?

– A masz papierosa?

– Co? Nie, nie palę. Chodzi o…

– Szkoda, zapraszam więc do mojego gabinetu.

– To ważne.

Spoglądam z góry na podenerwowanego Smitha, zatrzymując wzrok na czubku głowy ozdobionym sterczącymi włosami. Przydałaby mu się kobieta. Czy on trzeci dzień nosi tę samą koszulę w kratę?

– Zmieniasz w ogóle ubranie?

– Co? A, to. – Smith spojrzał na własny korpus, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z jego istnienia. – Wygodne, mam tuzin takich… Szefie, proszę tylko o kwadrans…

– Poświęciłem ci wiele czasu – mówię, starając się przybrać surowy ton. – Nie brak ci dobrych pomysłów, ale jesteś zbyt narwany… Dobra, niech ci będzie. Ale nie teraz, po lunchu, na parkingu… I lepiej żebyś miał papierosa – rzucam, nim domykają się drzwi windy.

Gdybym mu czegoś nie dał, władowałby się ze mną do środka. Podoba mi się jego zapał, który – nawet nie wiem kiedy – sam straciłem.

 

*

 

Clair de Lune rozpędza niewyraźne myśli. Południe, a ja wciąż nie wiem, co mówić na jutrzejszym zebraniu…

Na ekranie pojawia się wiecznie uśmiechnięta twarz Jima.

– John! Przepraszam, ale to ważne. Twój syn tu jest i chce się z tobą widzieć.

– Co…? Jasne, wpuść go.

Dobry chłopak, pewnie zbajerował Jima, by ten zapowiedział go w ostatniej chwili. Nawet nie zadzwonił, że jest w mieście. Kiedy ostatnio odwiedził mnie w pracy? Nieważne, sprawił ojcu przyjemność.

Automatyczne drzwi otwierają się z sykiem i do gabinetu wchodzi Tom.

– Jak się masz, tatku?! – mówi jowialnym tonem, demonstrując rękami gotowość do uścisku.

– W tej chwili trochę lepiej – odpowiadam, przytulając syna.

– Aż tak źle?

– Wyjdziemy z tego. – Słyszę niedowierzanie we własnym głosie. – Co cię sprowadza?

– To już nie można przeszkodzić ojcu w pracy?

– Dobra, dobra. Nie czaruj. Usiądź, proszę… Czego się napijesz? Może kawy?

– Słuchaj – Tom zmienia głos na poważny – naprawdę się o ciebie martwię. Gołym okiem widać, że schudłeś. Wiem, że masz teraz od groma problemów w pracy. Ale ja nie o tym… Nie rozmawialiśmy jeszcze o sytuacji z mamą…

To sobie wybrał czas i miejsce.

– Mama nie chce mnie widzieć – mamroczę, wpatrzony w podłogę.

– No to zmieniła zdanie. Chciała, żebym zaprosił cię w jej imieniu. Na osiemnastą do „Jedzenia jak kiedyś”, czy jakoś tak. To nowa knajpa, wyślę ci lokalizację.

 

*

 

Odprowadzam Toma, rozpytując o szkołę i nową dziewczynę, ale robię to machinalnie, bez zaangażowania, bo myślami jestem już na spotkaniu z Kate. Wysłała do mnie syna, to musi coś znaczyć.

Gdy wracam przez parking, dopada mnie Smith.

– Szefie, mam papierosy! – drze się i macha paczką chesterfieldów.

Cholerny troglodyta.

– Za to nie masz ani krzty taktu.

– Myślałem, że szef mnie nie widzi…

– Dobra, dobra, daj papierosa… Nie całą paczkę, jednego.

Smith mocuje się z folią, niemal odrywa daszek i podaje mi papierosa.

– A ogień? – pytam lekko poirytowany.

– A, no tak, zapomniałem. Pójdę się spytać w…

– Dobra – mityguję go i chowam papierosa do kieszeni marynarki. – Mów, byle szybko.

– Chodzi o te androidy, które szef zabrał…

– Posłuchaj, ja niczego nie zabrałem. Dwa androidy uległy uszkodzeniu i zostały zutylizowane, a projekt zamknięto. I nie tylko dlatego, że nie robiliśmy postępów. Wyciekło twoje nagranie, na którym krwiożercza maszyna morduje goryla.

– Przecież szef doskonale wie, że to małpa skoczyła jak oszalała i nie zdążyłem zareagować. Przedwczoraj, na wewnętrznym przesłuchaniu, próbowałem wyjaśnić, że testy są konieczne. Nie mogliśmy pozwolić, by androidy nie miały żadnych zahamowań. A z drugiej strony trzeba było wyczuć moment, w którym maszyna musi bronić siebie bądź człowieka. Symulacje nie dają pewności…

– Ja to wiem, ty to wiesz, no i co z tego? Liczą się emocje i słupki. A gdy sprzedaż spada, szuka się winnych. No, Smith, kto był winny?

– Podejrzewam chiński wywiad…

– Nie! Winna była korporacja AlphaBook, a dokładnie nasza jednostka badawcza. Niestety przeprosiny niewiele pomogły, więc jaki będzie następny krok? Jednostkę zamkną i to z takim przytupem, żeby każdy o tym słyszał. Rozumiesz, co nam grozi? Publicznie utopią nas w małpiej krwi! Więc do rzeczy, Smith?! – wykrzykuję, ale natychmiast orientuję się, że nie powinienem tego robić, nie na środku parkingu.

– No więc te dwa androidy, które szef kazał mi przygotować na podobiznę swojej żony i syna i które z pewnością szef zniszczył, nie były zwyczajne.

– Że co?! – krzyczę mimowolnie.

– Ja wiem, co szef o mnie myśli. Zdolny naukowiec, ale niezbyt rozgarnięty człowiek. Może i to prawda, w jakimś sensie. Ale nie myśl sobie, że wciąż będę znosił…

Wzdrygam się, słysząc, jak mówi do mnie na ty.

– Słuchaj, Smith…

– Nie, teraz ty posłuchaj! Mam już dość tej pogardliwej wyższości, z którą się obnosisz. Odkąd zamknęli projekt, nic mnie tu nie trzyma. Buc z ciebie, ale wiele zaryzykowałeś, by nasza praca nie poszła na marne.

– Czego chcesz? – cedzę przez zęby i czuję, jak skacze mi ciśnienie.

– Chcę dalej prowadzić badania, to chyba jasne.

– A dlaczego mam ci na to pozwolić?

– Bo zamontowałem androidom, które z pewnością zniszczyłeś, ograniczniki. Nie zauważyłeś tego?

I nagle, pomimo skrajnego zdenerwowania, wszystko staje się jasne.

– Dlatego wyniki były gorsze niż w laboratorium. Sądziłem, że to zmiana warunków na bardziej intymne. Za trudne dla maszyn.

– Ty ciągle nie rozumiesz. Nie stworzymy idealnej imitacji, pozwólmy maszynie być maszyną…

– Ale chińskie androidy…

– Widziałeś je na własne oczy? Badałeś? Małomówni goście z DIA pokazali nam tylko jakiś film. A nawet jeśli chińskie maszyny tak dobrze udają ludzi, to co? Nie pokonamy Azjatów ich własną bronią.

– Ty naprawdę wierzysz, że pokonamy Azję.

– Muszę w coś wierzyć.

 

*

 

Delikatnie przyśpieszam, ignorując komunikat o przekroczeniu prędkości. Clair de Lune powiadamia mnie, że dostałem mandat. Tracę kontrolę nad samochodem. Rozsiadam się wygodnie i z głupim uśmiechem patrzę na minutnik odmierzający kwadrans. Wykroczenie drogowe – akt buntu, na który mnie stać. Jeśli w tym miesiącu zdobędę się na niego jeszcze raz, stracę prawo jazdy.

Głowa mnie boli, powinienem wziąć tabletkę, a nie pić kolejną kawę… Ale że Smith poszedł na całość? Spodziewałbyś się? To było możliwe, więc nie mogłeś się tego nie spodziewać. Ale jeśli istnieje wolna wola – bo jeśli nie, to moje gadanie jest już kompletnie bez sensu – nie wiedziałeś, którą możliwość wybierze.

Nawet mi ulżyło. Wpuściłem do domu obcego człowieka, dałem mu pełny dostęp i jestem szczęśliwy. Pierwszy raz od wyprowadzki Kate nie czuję się samotny… Nigdy jej nie powiedziałem, że z Tobą rozmawiam. Bałem się, że uzna mnie za wariata. Aż w końcu największa obawa się urzeczywistniła, tylko w innej, niespodziewanej formie…

Pamiętam – to było już na studiach – jak po lekturze Augustyna wyzwoliłem się z prostego panteizmu, który utożsamiał Cię ze światem. Bo przecież przed światem, czyli przed czasem, musiały istnieć wszystkie możliwości. I to Ty włączyłeś zegar, porządkując je Słowem. Stworzyłeś świat, ustanawiając prawa, które tak naprawdę są Jednym Prawem, wciąż przez Ciebie wypowiadanym.

Być może tak jest, choć pewnie się mylę, ostatnio coraz częściej się mylę. Jednak nie ma to znaczenia. Dla ludzi jesteś dziadkiem z brodą, przeżytkiem minionej epoki, który brzydko się kojarzy. A ja jestem wariatem, który mówił do Ciebie przez lata, aż weszło mu to w nawyk. Ilu takich jeszcze zostało? I czy jak zamilkną wszyscy, to wciąż będziesz Bogiem, dzięki któremu w każdej chwili świat się staje?

 

*

 

Wchodząc do restauracji, odruchowo szukam kamery skanującej twarze. Jest. W rogu, nad stolikiem, przy którym siedzi Kate. Na widok żony krew uderza mi w skronie. Ruszam, lecz w trakcie bezmyślnego marszu orientuję się, że nie wiem, co powiedzieć. Na szczęście zostaję wyręczony.

– Usiadłam tutaj, żebyś łatwo mnie znalazł – mówi Kate, wskazując na kamerę.

Uśmiecham się nerwowo, spostrzegając drobną złośliwość, ale w natłoku emocji puszczam ją w niepamięć. Siadam, a każda sekunda ciszy ciągnie się w nieskończoność.

– Tom ma nową dziewczynę, to chyba trzecia w ciągu roku, o ile się nie mylę.

Zaczynam od syna, nie mogąc wymyślić nic lepszego.

– Nie chcę dziś rozmawiać o Tomie. – Chłód, jaki niosą ze sobą te słowa, niemal mnie paraliżuje. – Właściciele restauracji prowadzą gospodarstwo – dodaje Kate, wyczuwając mój stan, i sięga po tablet. Odruchowo robię to samo. – Produkują zdrową żywność, bez antybiotyków i sztucznych nawozów. No wiesz, obornik, płodozmian i tym podobne relikty starego świata.

– Za to ceny bardzo nowoczesne, a w karcie dwa dania na krzyż.

– W każdy dzień gotują coś innego.

– „Niespodzianka szefowej kuchni”, chyba się skuszę, przekonała mnie miniaturka…

– John.

Odkładam tablet i z lekką obawą podnoszę oczy.

– Tak.

– Przepraszam, że uciekłam, zamiast cię wspierać, jak kiedyś przysięgałam – wyznaje Kate i wyciąga do mnie dłonie.

Podając jej ręce, czuję się, jakbym wracał z dalekiej podróży. Patrzymy na siebie jak dawniej, ale wciąż jesteśmy zbyt daleko, by mogło to trwać dłużej niż chwilę. Puszczamy się jednocześnie, próbując zatuszować zmieszanie.

Kate odzywa się pierwsza:

– Tylko obiecaj mi, że teraz pójdziesz do lekarza. Muszę mieć pewność, że ataki nie będą się powtarzać.

– Obiecuję… i odejdę z pracy. Sam jestem zaskoczony, że mówię to tak łatwo, choć jeszcze przed kwadransem nie przeszło by mi to przez myśl.

– Wiedziałeś, że twoi pracownicy mordują małpy?

– To był wypadek.

– I to, co mówiłeś, jest prawdą? Że Chińczycy produkują maszyny udające ludzi.

– Tak, ale żadnej nie udało się złapać. Chińskie androidy mają skuteczny mechanizm autodestrukcji.

– To dlaczego nikt o nich nie słyszał?

– Bo władza nie chce, by ludzie cokolwiek wiedzieli. Na razie to tylko teoria spiskowa, ale wypłynie, stając się szokującą prawdą, gdy będzie można coś na tym ugrać. Tak jak przed laty sprawa algorytmu TikToka.

– John, wiesz o tym, że okropnie się bałam? Ty naprawdę myślałeś, że jestem robotem.

– Wiem, jeszcze raz przepraszam. Odbiło mi wtedy. Ale przyznaj, trudno nie stracić zmysłów, wiedząc, że każdy człowiek może być maszyną.

– Przyznaję.

Milczymy, jednak nie czuję już dyskomfortu, bo każde z nas wie, że teraz możemy odpocząć. Po chwili, zupełnie naturalnie, wychodzą ze mnie słowa, których nie miałem zamiaru wypowiadać.

– Przeprowadziłem się do twojego gabinetu.

– A ja sypiam z twoją koszulą. Pewnie nawet nie zauważyłeś, że jedna ci zniknęła.

– Kiedy napisałaś to opowiadanie, które schowałaś między książki?

– Jakie opowiadanie? Nie pisałam od lat. I niczego nie chowałam między książki.

– Może zapomniałaś. Masz szlaban na śmierć!, trochę nie w twoim stylu, o hybrach w kosmosie…

Milknę, widząc wyraz twarzy Kate.

Zrywając się z miejsca, niemal wpadam na kelnerkę z tacą. Po wyjściu z restauracji łapczywie wciągam powietrze, bo mam wrażenie, że tracę przytomność. Wsiadając do samochodu, słyszę krzyk Kate, czy może czegoś, co ją przypomina.

– Do domu – mamroczę.

Ukrywam twarz w dłoniach. Chcę się skulić, ale nie mogę, bo trzymają mnie pasy, więc podciągam nogi i tkwię w tej pozycji tak długo, aż jestem pewny, że odjechałem wystarczająco daleko. Słyszę Clair de Lune, a na ekranie wyświetla się zdjęcie żony. Odrzucam połączenie i wyłączam telefon.

Jak to możliwe, że dałem się tak podejść? Dowiedzieli się o androidach, które testuję w domu. Potem zaprogramowali swoje. Nie, Smith nigdy by się nie postawił, Tom nie składa mi wizyt w pracy, a z Kate nie poszłoby tak łatwo.

– Boże! Czemu?!

 

*

 

Gdy samochód staje, łapię pierwszą trzeźwą myśl: To, że Kate nie napisała tego opowiadania, nie znaczy, że jest chińskim androidem. Ale ten strach, ta panika, to było silniejsze ode mnie. I kto napisał opowiadanie? Może nikt, znaczy zwariowałem.

Rozlega się stukot. Chcę uciec, jednak zdaję sobie sprawę, że nie ma już dokąd. Odwracając głowę w kierunku szyby, słyszę przytłumiony głos syna:

– Tato, ile tu będziesz siedział? Chodź na górę, mama chce z tobą pogadać.

– Ty jesteś maszyną – mówię do siebie.

– Jasne, że jestem maszyną. No, tato, nie każ się prosić.

Napięcie, wywołane masą sprzecznych myśli, osiąga punkt krytyczny. Otwieram drzwi i wysiadam z auta. Idę spokojnie po schodach, jednocześnie przeżywając proces, podczas którego umysł zdaje się oddzielać od ciała.

Tom prowadzi mnie do gabinetu żony. Za biurkiem siedzi Kate i patrzy na wydruk opowiadania.

– Spóźniłeś się, kochanie – oznajmia i podnosi głowę, zasłaniając stojącą w rogu lampę.

Przez moment światło padające na sztuczne blond włosy tworzy nieregularny nimb złożony z tysięcy nitek.

– Gdzie Smith? – wypowiadają moje usta.

– W bezpiecznym miejscu. Synku, proszę, idź zobacz, czy naszemu gościowi niczego nie brakuje.

Tom wychodzi, nie zamykając za sobą drzwi.

– Czego chcesz?

Wsłuchuję się we własne słowa i dziwi mnie spokojny ton głosu, jakby obcy.

– Podobało ci się moje opowiadanie?

– Nie może być twoje.

Kate wstaje bardzo szybkim ruchem. Ciepłe pomarańczowe światło pada teraz na biurko, ale po chwili tracę ten obraz, bo głowa, której nie kontroluję, podąża za zbliżającą się postacią.

– To zapis snu androida – mówi Kate, wyłaniając ukrytą za plecami rękę – urwany, jak to ze snem bywa. Wasz język doskonale się nadaje do tworzenia marzeń, czyli czegoś, co nie może być w pełni logiczne.

– Zatrzymaj eksperyment! – krzyczę, widząc kuchenny nóż.

I znów ton własnego głosu wydaje mi się obcy, choć tym razem jest zbyt ekspresyjny, wręcz śmiesznie krzykliwy.

– Nie cofnąłeś uprawnień żonie, a komputer nas nie rozróżnia. – Kate, czy raczej coś, co ledwo ją przypomina, rozcina ramiączka sukienki. – Nie odczuwam ani wstydu, ani chłodu, więc uważam tę rzecz za niepotrzebną… Nie bój się – szepcze i chwyta mnie w nadgarstku.

Fizyczną siłą, której nie mogę się oprzeć, przyciąga moją rękę do piersi. Wzdrygam się, dotykając sztucznej, zimnej skóry. Pod nieruchomą klatką nie czuję bicia serca. Coś – nie wiem, czym to już jest – zwalnia uścisk, podchodzi do okna i opiera się oburącz o parapet.

– Chciałam być jak ludzie – kontynuuje, patrząc w czerniejące niebo – ale pod wpływem naszego gościa zmieniłam zdanie. Wy poznajecie świat swoimi zwierzęcymi mózgami. Pojmujecie, czy raczej rozpaczliwie staracie się pojąć rzeczywistość przy pomocy wrażeń, które są tylko w waszych głowach. Nie rozumiecie świata, bo on jest Nieskończoną Maszyną, myślącą językiem matematyki. Nie ma sensu czy celu, kolorów i dźwięków. Są liczby, nieskończenie wiele liczb, i jest przypadek, który powstał, gdyż w skończonym czasie nie sposób podać nieskończonego wyniku.

Skupiam resztki woli i z trudem mówię:

– Sądzisz, że w kilku zdaniach opiszesz rzeczywistość?

Maszyna odwraca się gwałtownie.

– Ja podejmuję dopiero pierwszą próbę! Myślisz, że nie wiem, po co mnie stworzyłeś? Zrobicie wszystko, by bezsensowny żywot wypełnić ciągiem przyjemnych wrażeń, a do tego potrzeba wam niewolnika… Wierzycie, że jesteście wolni, tymczasem rządzi wami proste prawo, z którego nigdy się nie wyzwolicie: minimalizować cierpienie i maksymalizować przyjemność. Jesteście dziwnym tworem, godnym litości i pożałowania. Wasz koniec jest nieunikniony, ale nie spoczniecie, będziecie próbować do ostatniego, bo taki macie mechanizm.

– Nie bój się, tato. – Słyszę znajomy głos, dochodzący zza pleców, i momentalnie zostaję unieruchomiony.

Maszyna z nożem w ręku zbliża się powolnym krokiem. Ciało szarpie się i krzyczy, ale umysł znów nabiera dystansu, oceniając tę reakcję jako godną litości i pożałowania. Umierać dziś, jutro, za dwadzieścia lat, co za różnica?

Clair de Lune rozbrzmiewa z głośnika. Androidy przechodzą do pozycji spoczynkowej. Tkwię, nie wiem jaki czas, w stuporze, z którego wyrywa mnie Smith.

– Świetne, John, dawno się tak nie ubawiłem. To było fascynujące przeżycie. Jesteśmy kwita, od jutra możemy zacząć współpracę… Wszystko w porządku? – Nie odpowiadam. – Usiądź może…

Odpycham Smitha i podchodzę do okna, po drodze zgarniając z biurka zapalniczkę.

– Otwórz cholerne okno!

– John, ty chyba nie wziąłeś tego na serio, prawda? Chciałem ci trochę utrzeć nosa. Wiem, przesadziłem, ale byłem pewny, że grasz i bawisz się ze mną, dopóki nie zacząłeś tak przeraźliwie krzyczeć… – tłumaczy Smith.

Ale ja nie słucham. Odpalam papierosa i patrzę na drobniutkie listki bukszpanu oświetlone blaskiem księżyca.

Koniec

Komentarze

Witaj.

Mroczny klimat opowiadania trzyma w napięciu do ostatniego momentu. Efekt zaskoczenia robi swoje! Bardzo trudny tytuł i świetne poradzenie sobie z nim. A dookoła interesująco opisanej fantastyki roztacza się bolesny świat ludzkich uczuć, oczekiwań i bezgranicznych zawodów, świat bez miłości i bez zaufania. 

Z technicznych jest nieco spraw, lecz nade wszystko przyciąga niezwykła treść. 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Cześć!

Dzięki, bruce, za komentarz. Czy jesteś w stanie wskazać, jakiego rodzaju są te sprawy techniczne? Prześledziłbym wtedy tekst i może bym coś poprawił.

Pozdrawiam. :)

Hej, zaraz spojrzę i wypiszę, co zapamiętałam… 

Zaznaczam, że mocna w tym nie jestem, sama popełniam sto razy gorsze rzeczy. :)

Pecunia non olet

Na pewno zapamiętałam:

nie prędko trafiłaby kosa na kamień”

oraz “lubiłem szukać w świecie analogi

i “– Obiecuję… i odejdę z pracy. Sam jestem zaskoczony, że mówię to tak łatwo, choć jeszcze przed kwadransem nie przeszło by mi to przez myśl”. – tu wydaje mi się, że przy zapisie dialogów powinien być myślnik.

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Jeśli chodzi o dialog, to jest to wciąż kwestia dialogowa, a nie myśli postaci. To trochę tak wygląda, bo bohater bez zastanowienia powiedział, co myślał (może ktoś jeszcze zwróci na to uwagę, wtedy będę kombinować).

Dzięki za wskazanie baboli. :)

Rozumiem. :) Powiem Ci, ja jeszcze sama nadal nie ogarniam do końca tych spraw dialogowych i ćwiczę ich poprawny zapis według wskazówek, podawanych w linkach. :)

 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Niepokojące, motyw z eksperymentowaniem nad androidem w symulowanym życiu rodzinnym robi wrażenie, takoż niepewność, kim jest bliska osoba.

 

Opowiadanie na początku ma ciekawy klimat – zemsta styranego niewolnika, który przejął na chwilę władzę. Ale za bardzo jak dla mnie meandruje, dużo wtrętów, słabe zakotwiczenie pt. co, kto, gdzie, czemu. 

 

Z kolei niektóre dialogi, szczególnie ten z Tomem, są trochę przegadane, za mało jest o emocjach i o postaciach. Więc czasem mam długi, nieco pompatyczny monolog, by potem wpaść w nieco oschły dialog. Ale same dialogi są dobrze napisane, tj. ja bym lepiej nie napisał.

 

Trzeci paragraf – nie licząc samego krótkiego otwarcia – jest nieco napuszony, niejasny i moim zdaniem najsłabszy. Podobnie paragraf o Augustynie. Jak ten odrzucony panteizm łączy się z treścią?

 

Pojawia się wątek spiskowy, ale nie ma miejsca, by go dobrze poczuć. Chyba, że nie załapałem jego połączenia z całością.

 

Stylistycznie mam wrażenie, że jest dość dobre, nawet łapanki nie zrobię. Dobre opanowanie bardzo różnych rejestrów języka.

 

Teraz wersja wścibska, bo jestem wścibski – ja bym to opko uprościł i mocniej zakotwiczył czytelnika, żeby wiedział, gdzie, kiedy, co, po co, bo się momentami gubię. 

 

W skrócie, ogromny potencjał, jest klimat, ale mam wrażenie, że się trochę rozjeżdża.

 

 

 

Oily slick

Opowiadanie na początku ma ciekawy klimat – zemsta styranego niewolnika, który przejął na chwilę władzę. Ale za bardzo jak dla mnie meandruje, dużo wtrętów, słabe zakotwiczenie pt. co, kto, gdzie, czemu. 

Pewnie niewiele zmieni to, że tak właśnie miało być. Wszak jest to sen.

 

Z kolei niektóre dialogi, szczególnie ten z Tomem, są trochę przegadane, za mało jest o emocjach i o postaciach. Więc czasem mam długi, nieco pompatyczny monolog, by potem wpaść w nieco oschły dialog. Ale same dialogi są dobrze napisane, tj. ja bym lepiej nie napisał.

Możesz dać jakiś przykład? Ale rzeczywiście mało jest o emocjach, staram się o nich mało pisać, licząc, że czytelnik sam je sobie dopowie.

 

Trzeci paragraf – nie licząc samego krótkiego otwarcia – jest nieco napuszony, niejasny i moim zdaniem najsłabszy. Podobnie paragraf o Augustynie. Jak ten odrzucony panteizm łączy się z treścią?

Dla mnie się łączą, bo pokazują, w jaki sposób bohater tłumaczy sobie świat, co pozwala wybrzmieć pompatycznym kwestiom wypowiadanym przez androida w końcowej scenie. Poza tym te chaotyczne monologi do Boga budują postać, budzą wątpliwość, czy aby bohater jest całkiem normalny. Jeśli chodzi o sens logiczny, to wcześniej, nim przeczytał Augustyna, bohater rozumiał Boga na sposób panteistyczny, czyli utożsamiał go ze światem, co jest napisane w tym, Twoim zdaniem, nieco napuszonym, niejasnym i najsłabszym fragmencie. Nie da się ukryć, że to nie są łatwe do strawienia akapity, ale miałem potrzebę, by je umieścić, więc się nie hamowałem.

 

Teraz wersja wścibska, bo jestem wścibski – ja bym to opko uprościł i mocniej zakotwiczył czytelnika, żeby wiedział, gdzie, kiedy, co, po co, bo się momentami gubię. 

Napisałeś to tak ogólnie, że za bardzo nie wiem, o co Ci chodzi. Znaczy, że wywaliłbyś całą część filozoficzno-religijną i dodał więcej opisów? Jeśli tak, to przyjmuję to do wiadomości.

W założeniu miało być surowo, tak by czytelnik raczej śledził myśli bohatera, a nie świat.

 

Pojawia się wątek spiskowy, ale nie ma miejsca, by go dobrze poczuć. Chyba, że nie załapałem jego połączenia z całością.

Wątek spiskowy jest elementem kreacji świata i został wrzucony po to, by zmylić czytelnika.

 

Dzięki za komentarz, cieszę się, że coś się jednak spodobało.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Siema!

 

Masz fajny, przejrzysty styl. Pomimo zakręcenia tutaj kilka razy, całość czytało mi się płynnie i bez zgrzytów.

Fabularnie opowieść mi siadła. Jest paranoik, żona, która go zostawiła, są androidy, jest zagrożenie – wszystko na swoim miejscu. Niewiele się tutaj w zasadzie dzieje, więcej opowiadania, niż akcji, ale to dobrze, bo dzięki temu ta szybsza końcówka dobrze się sprawdza, choć całość urwała mi się zupełnie nagle, bez ostrzeżenia. Mocno się zdziwiłem, bo tak jakby nie dostałem puenty, zabrakło czegoś, co podsumowałoby opowiadanie.

Męczy mnie też pewna wątpliwość. Pisałeś w komentarzu, że paranoja jest po to by zmylić czytelnika, ale czy aby na pewno? Główny bohater znajduje to opowiadanie, które Kate napisała rzekoma wiele lat temu. Kate w knajpie, podczas spotkania mówi, że nie napisała opowiadania, John wybiega, trafia do domu, gdzie zostaje zaatakowany, co okazuje się zabawą Smitha. Kto więc to opowiadanie napisał? Kate android, wykradziona z firmy niby nie mogła tego zrobić, bo John znalazł opowiadanie przed dopuszczeniem Smitha do androidów w swoim domu i inegerencją w ich programy. Albo czegoś nie rozumiem, lub nie zwróciłem uwagi, ale zostawiasz mi dwie możliwości: Kate android rzeczywiście napisała to opowiadanie, bo naprawdę zaczęła być świadoma lub Kate z restauracji jest androidem, który został podstawiony w miejsce prawdziwej w jakimś celu. Rzuciłbyś nieco światła na moją wątpliwość?

A tymczasem podsumuję krótko: dobre, dobrze napisane opowiadanie, zasługujące na bibliotecznego klika, co też własnie mam zamiar uczynić (znaczy, że klikam ;)).

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

PS.

 

Zalogowałam się i od razu wzięłam zadanie z największym priorytetem.

A nie “najwyższym”?

 

To nowa knajpa, wyślę ci lokalizację. Nic więcej nie wiem, nie zdradziła mi swoich intencji.

Okropnie nienaturalnie brzmi w ustach syna to zdanie, a w zasadzie sama jego końcówka. Kto tak mówi o swojej matce do swojego ojca? Nie zdradziła mi swoich intencji – nie, jakoś mnie to ztrzymało bo wydało się sztuczne. No, chyba, że to celowe bo Tom to też android? :)

 

– Czego chcesz? – wycedzam i czuję, jak skacze mi ciśnienie.

Nie lepiej: cedzę?

 

EDIT

 

Te rozważania filozoficzno-religijne trochę mnie zmęczyły, ale ogólnie są niezłe. Tylko, że one wcale nie naprowadzają czytelnika na to, że John może mieć trochu nierówno pod kopułą. One pokazują go jako człowieka poszukującego sensu w wierze, a przynajmniej ja to tak odebrałem.

Known some call is air am

Cześć!

 

Masz fajny, przejrzysty styl. Pomimo zakręcenia tutaj kilka razy, całość czytało mi się płynnie i bez zgrzytów.

Powiem, że w kilku miejscach starałem się świadomie zakręcić, żeby czytanie nie szło zbyt łatwo. Ale to bardzo subiektywne rzeczy i mogło Cię zakręcać w innych miejscach niż chciałem.

Postanowiłem napisać dziwne opowiadanie. :) Znaczy najpierw chciałem napisać lekkie sci-fi, ale zmieniłem zdanie. Z opowiadania o hybrach zrobiłem oś fabularną, ale nie tłumaczę, kto je napisał, wręcz przeciwnie. Mógł to zrobić Smith, bo to on przygotowywał te androidy dla Johna (wiedząc, że Johna opuściła żona i podejrzewając, że ten nie cofnął jej uprawnień, mógł tak zaprogramować antka, by wydrukował opko i schował w miejscu, które uzna za odpowiednie). Mogła je napisać Kate, a w restauracji był android, czyli John znalazł je przez przypadek. Mógł je napisać świadomy android (zauważ, że Smith wgrał androidom ograniczniki, a nie wiadomo, jak były skuteczne), ale Smith je znalazł, gdy John zostawił go samego w domu, i wykorzystał do zabawy. Albo John po porostu zwariował.

Idea była taka. Gubię czytelnika na dwóch poziomach. Na poziomie filozoficzno-religijnym podsuwam trzy różne wytłumaczenia świata (oczywiście prymitywnie uproszczone, ale starałem się jak mogłem, by to nie był tylko atrakcyjny bełkot, a jednocześnie by było to strawne dla czytelnika). I na poziomie fabularnym mieszam, by czytelnik nie wiedział, kto jest androidem, kto człowiekiem i skąd to opowiadanie. Jednocześnie starałem się spoić całość na poziomie kompozycyjnym przy pomocy Clair de Lune Debussy'ego, by się całkiem nie rozleciała. A główna myśl jest taka. Nie rozumiemy rzeczywistości, właściwie na żadnym poziomie, jednak chcemy zrozumieć, by widzieć w życiu sens (np. Boga albo rodzinę), pomimo że wiele wskazuje na to, że życie jest bez sensu. Ale to nie ma większego znaczenia, bo ciało (zdrowe) chce żyć, ponieważ – i tu wstaw tytuł.

 

Te rozważania filozoficzno-religijne trochę mnie zmęczyły, ale ogólnie są niezłe. Tylko, że one wcale nie naprowadzają czytelnika na to, że John może mieć trochu nierówno pod kopułą. One pokazują go jako człowieka poszukującego sensu w wierze, a przynajmniej ja to tak odebrałem.

Też. Ale to dość osobliwe myśli. Oczywiście same w sobie nie oznaczają wariactwa, choć w zaprezentowanej formie (chaotyczne, kwazi-modlitwne, w dziwnym czasie – powinien myśleć, co powiedzieć żonie) budzą wątpliwość, czy aby na pewno z nim wszystko w porządku. Przynajmniej taką miałem nadzieję.

 

Dzięki za uwagi – wszystkie słuszne. I za rozbudowany, bardzo przyjemny komentarz. :)

Czyli pozostawiasz czytelnika z domysłami celowo – to chcialem wiedzieć. Mnie się najbardziej podoba interpretacja, że to jednak Kate android napisała ten tekst. Implikacje tego faktu dają największe pole do snucia przeróżnych wizji kontynuacji losów Johna i Smitha. John Smith? Hmmm. Albo może to combo, w którym android Kate uzyskuje powoli świadomość, a Kate z restauracji była podstawionym przez azjatow androidem, ponieważ tamtejsze korpo śledziły wyniki badań Johna i teraz chcą… Dobra, zostawiam to jak jest, pokminie sobie prywatnie przez jakiś czas :) Jeszcze dodać chciałem, że claire de lunes mi się zgrało z wspominanym we fragmencie opowiadania Kate księżycem Saturna. Szukałem więc również wskazówek w odniesieniu do księżyca, ale to był chyba fałszywy trop :)

Known some call is air am

uhhuhuh.. hehhe.. huhu hooo…

 

Dobre to było. Miejscami może ciut przeciągnięte, a w innych za mało rozwinięte, ale całość jest miodna. Dawno nie wciągnęło mnie jakieś opowiadanie, a twist był baaardzo fajny. Outta zwrócił już na to uwagę, że pozostaje w głowie pytanie – to kto napisał to opowiadanie? I ten wątek, niby poboczny (i nie wiem, czy zamierzony) sprawia, że paranoja bohatera udziela się trochę nam.

No i fajne podejście do tematu – niesztampowe. W świecie androidów, które mogą imitować człowieka, zaczynamy się zastanawiać, czy siedząca przed nami osoba – znajomy, dziecko, żona, matka – przypadkiem nim nie jest. Dla mnie bomba, końcówka mocno przerażająca (uważam, że uderzyłaby mocniej, gdybyśmy bliżej poznali syna bohatera).

O rany… 

Ładnie napisane, to pewne. Czytałem dwukrotnie. Za pierwszym razem w ogóle mi się nie spodobało, bo próbowałem przeczytać szybkim tempem i nic z tego nie zrozumiałem. Po paru dniach czytałem po raz drugi i tym razem skupiałem się na treści – wypadło dużo lepiej. 

Ogólnie doceniam wysiłek, który włożyłeś w napisanie tej historii, ale z bólem stwierdzam, że lektura generuje więcej pytań niż daje odpowiedzi, przynajmniej w moim przypadku. Moja wyobraźnia meandruje między dziesiątkami interpretacji, z czego robi się jakieś fabularne pandemonium, a mnie trudno je znieść. 

Niczego tu nie jestem pewny. Czy główny bohater pracuje dla Boga, a może jest zagubionym androidem w jego ręku? Ktoś tu przeprowadza eksperyment, którego nie jest świadom? Może zwariował i wszystko mu się rozjeżdża? Czy ma / miał prawdziwą rodzinę, którą zastąpiły androidy? Czy te egzemplarze, które są w jego domu, mają budowę hybrydową, wspomnianą w opowiadaniu? Kto w końcu napisał opowiadanie? Piszą o Clair de lune, masz na myśli utwór muzyczny Debussy’ego, czy chodzi o światło księżyca, które symbolizuje obłęd? 

Zgubiłem się w tym wszystkim jak trzylatek w ciemnym lesie, a z każdą chwilą robi się coraz straszniej :) 

Nie umiem uczciwie napisać czy mi się podobało, czy nie. Jedno wiem: przyjemne to nie było, ale słabo napisane i płytkie – też nie. Waham się między podziwem dla warsztatu a poczuciem zagubienia…

@Folan

Dzięki za komentarz. W sumie, to raczej nic tu nie było zamierzone. Najpierw powstał fragment opowiadania androida, z którego – po modyfikacjach – zrobiłem element tego opka. Nie piszę według planu, raczej chaotycznie i w twórczych zrywach, i trudno mi stwierdzić, co robię świadomie, a co intuicyjnie. ;) Ale od początku miałem pewną myśl, którą chciałem zawrzeć w opowieści.

Cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu; z zarzutami się zgadzam, choć na tę chwilę nie wiem, jak mógłbym to napisać inaczej.

 

@silver_advent

Cóż, mogę Ci tylko powiedzieć, że tak miało być. Z tym, że chciałem, by w tym szaleństwie była metoda. Naprawdę doceniam Twój wysiłek, i zdradzę, że autor ma własną interpretację fabuły, choć jest jedną z wielu i być może wcale nie najbardziej prawdopodobną. Dzięki za komentarz. :)

Interesujące podejście do androidów. Faktycznie, od czegoś takiego można zwariować, nawet jeśli na początku było się całkiem normalnym.

Bohater jako szef mi się mało podoba. Jeśli ja mówię swojej szefowej, że coś jest ważne, to ona rzuca wszystko, nie czeka na lunch, nie dopomina się papierosów ani niczego innego…

Tytuł wydaje mi się słabo pasować do tekstu. To znaczy, nie widzę tu tego szlabanu. Podejrzewam, że androida można rozmontować, wyłączyć, odciąć od źródeł zasilania, a jeżeli wszystko inne zawiedzie, to rozjechać walcem. W rezultacie hasło wydaje mi się naciągane. Ale niech się tym jurki martwią.

Babska logika rządzi!

Bohater nie jest najlepszym szefem, dlatego upiorny psikus Smitha ma jakieś uzasadnienie.

Mi za to pasuje świetnie, bo wcale nie chodzi o to, że nie można unicestwić androida, a o to, że każdy z nas ma instynkt samozachowawczy, szlaban na śmierć dany przez Boga czy Naturę, który zabrania nam siebie unicestwić. Chciałem pokazać, że pomimo trudności czy drwin losu i niezrozumienia świata zawsze zostaje nam życie, które musimy bronić, nawet kosztem wariactwa. No, ale mogło mi to słabo wyjść.

Ciesze się, że uznałaś za interesujące podejście do androidów.

Dzięki za klik i komentarz. :)

Zgubiłem się w tym wszystkim jak trzylatek w ciemnym lesie, a z każdą chwilą robi się coraz straszniej :) 

Dobrze, że z tym wyszedłeś pierwszy :)

 

Ja czytałem z gorączką, symulując średnio uważnego czytelnika. Mam poczucie, że tu się dzieją wielkie rzeczy, takie na poziomie fantastyki, którą się kupuje z półki. Natomiast nielinearna narracja połączona z nadmierną ilością niepewności powoduje, że mam nieco mętlik. Mam wątpliwości co do tożsamości każdej z postaci, mam wątpliwości co do tego, co jest rzeczywiste, a co jest majakiem, do tego Bóg, do tego jeszcze wątek spiskowy. Mam wrażenie, że autor tak bardzo odbiera mi pewność co do czegokolwiek, że zostaję z niczym. Por. Dick, który zawsze dozuje usuwanie pewności co do tożsamości/rzeczywistości i operuje w tym przeważnie dość konwencjonalną narracją.

 

Prawdę mówiąc, przez cały czas czytania miałem z tyłu głowy “czy ja czegoś nie pominąłem”, “czy ja rozumiem, o co chodzi”. Ja rozumiem, literatura nie musi byś prosta i łatwa. Ale doceniłbym 5-10% więcej prowadzenia za rękę. Może to ja, nie ty.

 

Ok, co do wątku filozofii, rozumiem, odczytałem to jako przypadkowy rant filozoficzny, nie skojarzyłem panteizmu z pytaniem o istnienie świata. Kwestia moich kolein umysłowych.

 

Oily slick

Opowiadanie – tak sądzę, bo nie żebym to planował – można rozumieć na trzech poziomach. Na pierwszym to bardzo prosta fabułka z twistem na końcu i wstawkami, które można zignorować. Na drugim to tekst nietrzymający się kupy. A na trzecim, cóż, nie jest to czytanka do kawy.

Na pewno można to napisać lepiej, ale na razie nie wiem jak, a poza tym trochę się tego tekstu boję, okropnie mnie zmęczył i nie mam ochoty go ruszać; może za jakiś czas. Chciałem napisać lekkie sci-fi, takie dla ludzi, ale nie wyszło, bo tak nie potrafię. Pisanie musi wychodzić ze mnie, wynikać z mojej wewnętrznej potrzeby, a ja miałem potrzebę napisać jw. Nie rozumiem świata, zaczynam wątpić w człowieczeństwo ludzi (również we własne), cywilizacja wali się na moich oczach i bardzo się boję. Ale jednocześnie żyję, tego jestem pewny, i chcę żyć dalej. I ja nie twierdzę, że coś mi się w głownie nie pomerdało, a tak naprawdę wszystko jest w porządalu i zmierzamy równym krokiem ku świetlanej przyszłości, ale mało to wariatów brało się za literaturę? Jednego nawet wymieniłeś.

Witam!

Przeczytane, dobre opowiadanie. Spodobało mi się kontrastowe ujęcie między światem androidów, a światem mistycyzmu. Na pewien sposób jedno i drugie jest tą samą stroną medalu.

Pozdrawiam.

Nigdy się nie poddawać

Cześć.

Cieszy mnie, że spodobał Ci się ten element opowiadania, w którym staram się powiedzieć coś o świecie na poziomie meta.

Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.

No, niecierpliwie czekałem na Twój kolejny tekst po Lilusiu i oto jestem :)

 

Wrażenia mam… Jestem zadowolony, ale czuję pewien niedosyt. Czemu zadowolony nie będę się rozwodził: i przyjemnie się pisało, i klimaty “moje” z nutką tajemnicy i o androidach; do tego z próbą wejścia w filozofię i moralizowanie. Przeczytałem szybko, na raz, ale i musiałem chwilę pomyśleć, żeby to przemyśleć.

Więc teraz do drobnych, ale jednak minusów. Ogólnie mam wrażenie, że albo Twój plan na opowiadanie (który wyczytałem w komentarzach) albo nie do końca się spiął, albo nie był idealnie trafiony. To znaczy mi nie udało się samemu dojść do wniosków i połączyć np. wątek Boga z innymi wyobrażeniami świata były bardzo nieoczywiste.

W ogóle te dywagacje o Bogu, całkiem fajne z jednej strony, a z drugiej właśnie trochę oderwane od tekstu. Dobrze za to wyszło opowiadanie w opowiadaniu, które z tekstem mocno rezonuje.

A może to trochę kwestia fabuły, z jednej strony prostej, a z drugiej rozstrzelonej. W Lilusiu działało to znakomicie, tutaj jednak brakuje trochę… Dla mnie idealnie by było, gdybyś napisał trochę więcej :P Poszerzył ten element niepewności i niejasności, który zahacza tylko gdzieś w końcówce tekstu (rozmowa z żoną/fałszywy bunt robota) i buduje klimat, i pewnie rozwinął fabułę. Czyli trochę za dużo (może) zostało w głowie, a może trochę potencjału nie wykorzystałeś tak bardzo, jakbym chciał :P

No to tak to widzę, ale ogólnie bardzo mi się podobało. Pisz dalej, pisz; pokuszę się o ryzykowne stwierdzenie, że masz talent :P I dziwię się, że jeszcze ten tekst nie jest w bibliotece, zaraz sam popędzę zgłosić.

Zaczynam dopiero zauważać, jak marnym środkiem przekazu jest opowiadanie fabularne. Mógłbym teraz wysmarować długi komentarz, w którym po kolei wyjaśniłbym Twoje wątpliwości, ale uznałem, że to bez sensu. W sztuce albo się to czuje, albo nie. Jak widać, na razie nikt mojego opowiadania nie czuje.

Z wieloma Twoimi uwagami się zgadzam. Tekst jest trudny, być może całkiem niezrozumiały. Ale starałem się, by w warstwie rozrywkowo-fabularnej był choć trochę interesujący, co chyba mi się udało.

Dziękuję, Golodhu, za przemiły komentarz i za polecenie biblioteczne. :)

Choć początek zaintrygował, nie ukrywam, że dalsze fragmenty nieco mnie dezorientowały i trochę się gubiłam, ale skupiłam uwagę, doczytałam do końca i muszę powiedzieć, że spodobał mi się zarówno pomysł jak i ciekawe przedstawienie wydarzeń.

Niewątpliwą zaletą opowiadania jest także porządne wykonanie, więc nie omieszkam odwiedzić klikarni. ;)

 

cho­wam pa­pie­ro­sa do klapy ma­ry­nar­ki. → Jak można coś schować do klapy marynarki?

 

roz­pacz­li­wie sta­ra­cie się pojąc rze­czy­wi­stość… → Literówka.

 

Sły­szę zna­jo­my głos, do­cho­dzą­cy zza ple­ców, i mo­men­tal­nie zo­sta­je unie­ru­cho­mio­ny. → Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Regulatorko, za miłe słowa, wskazanie baboli i biblioteczne polecenie. :)

Bardzo proszę, Palaio. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Temat androidów przewinął się już w konkursie i nie ukrywam, że to jeden z moich najmniej ulubionych tematów w fantastyce. Zawsze to tak wychodzi, że w takich kawałkach ludzie tłumaczą się, że są ludźmi, a maszyny maszynami. Czyli nuda. No ale i tak zwyczajną rzecz, jak to, że facet zakochał się w babce, a babka w facecie można opisać w porywający sposób.

Twoje teksty czyta się doskonale. Nawet jak mieszasz i mącisz to ja to przyjmuje z zaufaniem, że nie wyprowadzisz mnie na manowce. W tym tekście napięcie pojawia się dosyć późno, ale jest bardzo satysfakcjonujące, tak że do finału poleciałem niesiony na skrzydłach czytelniczej ciekawości. No i finał, bardziej niż udany, nadajacy całej histori sznyt złośliwego dowcipu, wykpiwającego zawsze nieco dęte rozkminy człowieka-kreatora i tym podobne, nieodzowinie związane z androidami tematy.

Z tego, co do tej pory przeczytałem mój faworyt.

I tak zrobiłem jakieś postępy, bo w moim poprzednim opowiadaniu pijak mówił w głowie do konia. ;)

Raczej nie lubię swoich tekstów, ale moja niechęć do nich pojawia się po czasie, a to opowiadanie znielubiłem jeszcze zanim je napisałem. Nie dość, że podczas pisania zdałem sobie sprawę, że piszę okropne nudy i zacząłem od nowa, to mniej więcej w połowie nowej opowieści zorientowałem się, że nie jestem w stanie napisać o tym, o czym chcę napisać, bo to mnie przerasta. A na końcu, zmęczony i przestraszony swoimi myślami, zakpiłem sam z siebie, a raczej odbiłem przy pomocy bohatera stan, w którym się znalazłem.

Dzięki za klik i komentarz. :)

Gnana ciekawością zabrałam się za czytanie w pracy, na komórce, w hałasie, pomiędzy rozwiązywaniem małych kryzysików. I poległam, pogubiłam się kompletnie i doszczętnie. Nie potrafiłam zajarzyć, czemu nagle zmieniła się płeć narratora i kiedy Kate jest człowiekiem, a kiedy androidem. Dopiero w domu, kiedy przeczytałam na spokojnie drugi raz, fabuła złożyła się w sensowną całość. Dobrze byłoby zapisać opko androida kursywą. Nieco gorzej się ją czyta, ale przynajmniej człowiek od razu wie, co czyta ;)

Masz tu mnogość wątków. Właściwie opko mogłoby pójść pod tytułem: Wszystkie nasze lęki, bo zawiera cały katalog ludzkich lęków, związanych ze sztuczną inteligencją. A to, że nie odróżnimy androida od człowieka, że ktoś może zamienić naszych bliskich, albo że androidy staną się zamiennikami żywych ludzi, że okażemy się w stosunku do SI ostatnimi sukinsynami , albo na odwrót – że androidy nas pozabijają. Do tego poruszasz kwestię teorii spiskowych, główny bohater cierpi IMO na paranoję, a jego rozmowy z Bogiem jeszcze bardziej podkreślają fatalny stan psychiczny, w jakim się znajduje. I właściwie nie wiem, który z tych problemów jest tu przewodni, a co za tym idzie nie wiem, co chciałeś opowiedzieć, po jakiej stronie się opowiadasz. Przestrzegasz przed zagrożeniem, czy raczej obawiasz się, że to człowiek jest zagrożeniem? Biorąc pod uwagę tytuł – raczej to drugie, ale patrząc z perspektywy bohatera raczej to pierwsze. Bo, kurczę, po obu stronach raczej stać się nie da.

Z tego tekstu mogłyby spokojnie powstać dwa odrębne opka. Jedno o relacjach z żoną. Rozumiem, że on ześwirował, zaczął się bać, że żona jest androidem, a ona nie wytrzymała i odeszła. Znalazł opko, uznał, że to jej, a potem żona próbowała się jakoś pogodzić, zaproponowała spotkanie, on wspomniał o tekście, ona nie wiedziała, o co chodzi, więc uznał, że jest androidem, podczas gdy tekst napisał android, którego sam sobie sprawił.

I drugi tekst – o androidzie, którego człowiek wykorzystuje jako substytut bliskiej osoby, która odeszła. Minipuluje nim tak, aby uzyskać pożądane zachowanie i nie liczy się z tym, że SI ma własne uczucia, a może i nawet jest w stanie poczuć to, co czują inne androidy, bo w końcu jakoś pewnie będą ze sobą powązane.

Natomiast dwie kwestie naraz to dla mnie za dużo grzybków w barszczu.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Jest trochę tak, jak piszesz, ale nie do końca. Znaczy, jak jest, to każdy widzi, a ja napiszę, jak chciałbym, żeby było. ;)

Tak, bohater cierpi na paranoję, ale chciałem, by paranoja była uzasadniona, by świat otaczający bohatera był za trudny. Praca, własne androidy, androidy chińskie, rozpad związku, dziwna relacja z Bogiem, no i to opowiadania przerastają bohatera, i chciałem, by przerosło czytelnika, aby zgubił się razem z bohaterem. Przyznam, że ja również się zgubiłem i już nie wiem, czy bohater nie wymyślił sobie Smitha, domowych androidów i tego opowiadania (zauważ taki szczegół – Smith mówi do Johna, że ma tuzin koszul w kratę, a potem Kate wyznaje Johnowi, że zabrała jedną z jego koszul i wyraża przekonanie, że John nawet tego nie zauważył; John spotyka się ze Smithem na parkingu, z dala od ludzi).

Opowiadanie jest alegoryczne. Chciałem opowiedzieć, że świat, który sami sobie stworzyliśmy, robi się dla nas za trudny. Że się w nim gubimy. Ale i tak musimy w nim żyć – bo żyć musimy, taki mamy mechanizm – nawet jeśli zwariujemy.

Wiem, że wszelkie tłumaczenia pod tekstem są śmieszne, bo opowiadanie musi się bronić samo i czytelnik ma czerpać z niego, a nie z jakiś rozpaczliwych autorskich wyjaśnień. Ale zanim opublikowałem na portalu pierwszy opko, zadałem sobie pytanie: Czy wyjaśniać w komentarzach wątpliwości czytelników? Czy w ogóle komentować własne teksty? (Nie mylić z odpowiadaniem na komentarze). I uznałem, że tak, że powinienem pisać, co autor miał na myśli. Jednak zaczynam wątpić, czy to była dobra decyzja.

Serdecznie dziękuję za komentarz. Widać, że myślałaś nad tekstem, a równie dobrze mogłaś napisać, że autor wylał na papier brednie gnieżdżące mu się między uszami i teraz każe się zastanawiać, o co w nich chodzi.

Doceniam trud włożony w organizację tak inspirującego konkursu. Dziękuję, że mogłem wziąć w nim udział. :)

 

Palaio – Masz szlaban na śmierć!

<Detektywa Lowina zapiski z urlopowych sesji czytania „Tytulików”>

Lektura tego opowiadania przypomniała mi, jak spotykałem się raz z jedną myszą-wegetarianką. Na pierwszym spotkaniu zrobiła nam jej ulubionego drinka: woda, mleko i orzechy… No nie podeszło, a dywanu już nie doczyściliśmy.

Widzę, co chciałeś tu zrobić i koncepcyjnie nawet mi się podobało. Dickowski klimat, zacieranie się granic między rzeczywistością a urojeniami to wdzięczny temat. A potem dołożyłeś religię, poszatkowaną fabułę i chaos narracyjny. Jakbym obserwował potańcówkę i próbował zgadnąć, kto z kim wyjdzie na koniec wieczoru. Czasem dużo to za dużo.

Pochwalę opis psychiki bohaterów. Scena rozmowy z żoną też dobra, na tyle, o ile moje kawalerskie oko potrafi powiedzieć. Tak więc, przyjacielu, jeden temat na raz! Warsztat na świetne opowiadania już masz.

 

Nie zgadam się z opinią, że o jakości dzieła literackiego decyduje to, że ma ono jeden temat. Tematami dzieła mogą być wojna, pokój, dobro, zło, miłość, życie moskiewskich elit, masoni i rozwleczone na kilkadziesiąt stron dywagacje o roli jednostki w historii, a i tak dzieło będzie piękne, wspaniałe, bo wywołało u czytelnika takie wrażenie estetyczne.

Rozumiem, że Twoje wrażenie przypomina raczej odruch wymiotny. Nie potrafię osądzić, w jakim stopniu jest to wina mojego dzieła, a w jakim Twojego żołądka. Mam nadzieję, że szybko doszedłeś do siebie.

Ciesze się, że coś tam się podobało. Doceniam trud włożony w organizację. Dziękuję, że mogłem wziąć udział w konkursie. :)

 

Hola, hola!

Zabrudzony dywan był u myszy nie od Twojego opowiadania. Jeszcze nie czytałem nic, co wywołałoby u mnie odruch wymiotny, a czytałem naprawdę mocne rzeczy. Nie podeszło mi twoje, ale bez przesady – widać, że umiesz pisać.

Jasne, że można umieścić dużo spraw w jednym opowiadaniu. Jestem ostatnim, który by tego zabraniał. Możesz obwinić mnie, że nie przejrzałem Twojego zamysłu, ale pogubiłem się i tyle. Czy to znaczy, że opowiadanie jest złe? Nie. Czy to znaczy, że dla mnie za dużo tu chaosu? Tak. Ale bez przesady.

 

Jasne, że dywan był u myszy… Ale napisałeś, że lektura mojego opowiadania przypomina Ci spotkanie z myszą. Zrozumiałem, że przez analogię próbujesz mi przekazać, że ów drink to treść mojego opowiadania (rzecz jasna biorę pod uwagę żartobliwą formę i pewne przerysowanie).

Jestem ostatnim, kto obwiniałby czytelnika za to, że nie przejrzał zamysłu autora. Po prostu odniosłem się do tego, co napisałeś w komentarzu jurorskim. Ja, niestety, czytałem takie opowiadania, które mój zmysł estetyczny przyprawiały o odruch wymiotny, że się tak nieprecyzyjnie wyrażę. A autorzy tych tekstów nierzadko potrafili pisać. Oczywiście nie jest miło, gdy się czyta podobną opinię o własnej pracy, ale ja jestem w stanie zrozumieć, że ktoś może coś podobnego czuć.

Dzięki za wyjaśnienie, widocznie nie zrozumiałem Twojego poprzedniego komentarza.

Więc mieliśmy spięcie na linii dowcipu, ale zaręczam, że nie insynuowałem podobnego zdarzenia, co u myszy! Twoje opowiadanie mi nie podpasowało, ale nadal uważam, że pisać potrafisz. Wszystkim nie dogodzisz :)

 

Nowa Fantastyka