- Opowiadanie: Outta Sewer - Lamb Farm Road

Lamb Farm Road

Miało być na konkurs lovecraftowski, ale nie wyszło bo nie zdążyłem. I chyba dobrze, bo po prozie HPLa opowiadanie się tylko ślizga. Postanowiłem więc zużyć pomysł na Tytuliki, jednak hasło “Dwa metry pod ulicą” zawarte w tym tekście byłoby zbyt pretekstowe, toteż opowiadanie wrzucam poza jakimkolwiek konkursem.

 

Dziękuję bardzo za betę: Gekikara, Alicella, FilipWij, Monique M. oraz Haragitanai.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Lamb Farm Road

1

 

Dom położony na samym końcu Lamb Farm Road był w całkiem niezłym stanie, biorąc pod uwagę fakt, że stał pusty od pięciu lat, kiedy to wyzionął ducha ostatni jego mieszkaniec, który wedle umowy miał prawo zajmować go aż do śmierci. Za budynkiem, od wschodu, znajdował się spory kawałek gruntu porośnięty drzewami, zakończony stromą skarpą, opadającą ku spokojnym wodom rzeki Androscoggin. Od północy, w odległości stu metrów, przebiegała międzystanówka numer 295, którą można było dotrzeć do Bostonu, a potem, wzdłuż wybrzeża, dalej na południe. Miejsce było ciche i spokojne, nawet pomimo nieustającego szumu samochodów pędzących nieopodal po równym asfalcie i okazjonalnych imprez organizowanych na terenie pola golfowego, rozciągającego się na trawiastych łąkach od południa.

Derek siedział na ustawionej wzdłuż podjazdu ławce, wsłuchany w dźwięki otoczenia, rozkoszując się smakiem zimnej coli i ostatnimi promieniami sierpniowego słońca. Jutro miał odwiedzić lokal na zapleczu niewielkiego marketu w pobliżu terenów sportowych Pickard Field. Planował otworzyć biuro architektoniczne, realizując kolejne ze świeżo odkurzonych marzeń, dotychczas pogrzebanych pod zobowiązaniami narzucanymi mu przez rodziciela, a związanymi z rodzinną firmą w Ohio. Na szczęście tutaj, w Brunswick, funkcjonowała tylko jedna agencja tego typu, co oznaczało, że nie powinien mieć problemów, zarówno z klientami, jak i z konkurencją.

Pociągnął łyk napoju i spojrzał w dół ulicy, licząc domy. Lamb Farm Road była krótka, stanowiła odnogę o wiele dłuższej River Road, więc i sąsiadów było niewielu. Zaledwie pięć domów. Derek postanowił, że jako nowy mieszkaniec, musi zrobić dobre wrażenie i przywitać się z autochtonami. Zwyczaj nakazywał, by idąc w gości przynieść jakiś prezent, tradycyjnie ciasto lub szarlotkę, jednak pora była dość późna, zatem pomysł należało przełożyć na jutro. Podniósł się z ławeczki i ruszył do domu, wypakować resztę szpargałów dostarczonych dzisiejszego popołudnia przez firmę przeprowadzkową, kiedy do szumu autostrady oraz trelu ptaków dołączył rytmiczny dźwięk postukiwania. Poboczem nadchodził staruszek ze zwieszoną głową, podpierając się przy każdym kroku drewnianą laseczką.

Derek przystanął, gotów przywitać mężczyznę, który, jak podejrzewał, był jednym z sąsiadów. Przywołał na twarz najlepszy ze swoich uśmiechów i uniósł rękę w geście pozdrowienia.

– Dzień dobry! – wykrzyknął. – A raczej dobry wieczór!

Starzec dopiero teraz uniósł głowę, spojrzał na Dereka i zatrzymał się nagle. Zamiast odpowiedzieć na pozdrowienie, wykonał zwrot na pięcie i szybkim krokiem oddalił się w stronę, z której przyszedł.

Derek zdziwił się zachowaniem mężczyzny, ale zrzucił je na karb wieku oraz strachu przed nieznajomym. Wzruszył ramionami, wrzucił pustą butelkę do pojemnika na szkło i ruszył kończyć zadomawianie się w nowym miejscu.

 

2

 

Przestronne pokoje na parterze, ogromny salon i wielka kuchnia, nieco mniejsze pomieszczenia na piętrze, dwie łazienki, garaż, a nawet piwnica, która wcale nie była czymś normalnym w starych domach o drewnianej konstrukcji. To miało być nowe miejsce, kawałek prywatnego nieba, z dala od zgiełku dużego miasta, z dala od despotycznego ojca i od firmy, będącej kołkiem, na który odwiesił kilka lat temu swoje wielkie plany. Dereka radował również fakt, że dom był praktycznie w całości umeblowany, choć wszystkie szafy, komody i półki miały już swoje lata, o czym najdobitniej świadczyły liczne dziury po kornikach. Wyłącznie kuchnia potrzebowała poważniejszego doposażenia w postaci kuchenki, okapu oraz lodówki, ponieważ znajdujące się w niej sprzęty musiały pamiętać czasy Reagana, albo nawet Cartera.

Przed północą Derek zdołał podłączyć i skonfigurować wzmacniacz sygnału, dzięki czemu uzyskał dostęp do internetu. Nowe materace do łóżek miał zamiar kupić jutro, toteż położył się na pierzynach rozłożonych na podłodze w salonie. Odpalił na laptopie film i zagłębił się w jego nieskomplikowanej fabule.

Nie wiedział, kiedy zasnął. Gdy się obudził, ekran komputera był wygaszony, tylko zegar wyświetlany w rogu monitora pokazywał godzinę: czwarta nad ranem. W domu było cicho. Derek poprawił poduszkę pod głową i wsłuchał się w ciszę, którą niespodziewanie zmąciło tykanie zegara.

Tik. Tak. Tik. Tak.

Urządzenie tykało przez kilka sekund, a później znów zapadła cisza.

– Dziwne – powiedział na głos, uniósł głowę i wyłowił z mroku kontur stojącego pod ścianą starego, drewnianego zegara. Staromodny czasomierz musiał zbudzić się na chwilę z wieloletniej drzemki. Może to jakaś sprężyna, bo te starocie mają chyba sprężyny, pomyślał.

Znów przymknął oczy i kiedy Morfeusz ponownie wyciągnął ku niemu ręce, tykanie wróciło.

Tik. Tak. Tik. Tak.

Kolejne kilka sekund, których chłopak już nie zarejestrował, odpływając w sen.

 

3

 

Cały następny dzień Derek załatwiał ważne sprawy. Obejrzał lokal, który miał być jego biurem, zamówił szyldy reklamowe w niedalekim Black Seal Lettering, odwiedził sklep ze sprzętem AGD, gdzie kupił ekspres do kawy i nowe wyposażenie kuchni, nabył dwa materace do szkieletów łóżek, a na koniec zajrzał do Union Street Bakery.

Do domu wrócił późnym popołudniem, zaopatrzony w pięć rodzinnych porcji bezglutenowego ciasta marchewkowego. Właśnie rozpakowywał wypieki na kuchennym blacie, gdy zauważył przez okno znajomego staruszka. Tym razem mężczyzna nie był sam, szedł pod rękę z dziewczyną, na oko nie starszą niż Derek. Kasztanowe włosy opadające na ramiączka błękitnej koszulki, szczupła sylwetka i piękna, usiana piegami twarz spowodowały, że serce chłopaka zabiło szybciej, a w brzuchu rozlało się przyjemne ciepło. Staruszek wskazał na dom laseczką. Twarze obojga piechurów zwróciły się w tym samym kierunku. Derek wiedział, że osobliwy duet musiał go dostrzec przez pozbawione firanek okno, uniósł więc dłoń i zamachał energicznie. Pospiesznie złapał ciasto i biegiem rzucił się do wyjścia.

Zanim wypadł przed dom, spacerowicze zdążyli zawrócić i teraz oddalali się w stronę, z której nadeszli.

– Hej! – krzyknął Derek. – Dzień dobry!

Chłopak ruszył szybkim tempem w ślad za starcem i dziewczyną, a gdy dzieliło go od nich zaledwie kilka metrów, zawołał:

– Jestem Derek Temper! Jestem tutaj nowy! Chciałem się tylko przywitać!

Dziewczyna puściła rękę starca, powiedziała coś, po czym starszy jegomość podreptał wolno przed siebie, zostawiając towarzyszkę samą, z malującym się na twarzy przepraszającym uśmiechem.

– Cześć. Jak mówiłem, jestem nowy w Brunswick, przeniosłem się z Ohio – powiedział Derek, kiedy stanął dwa kroki przed nieznajomą.

– Cześć. Jestem Nat Kinkaid. Przepraszam za dziadka, ale on ma różne swoje fiksacje. Naprawdę nie wiem, co go ugryzło…

– Nie szkodzi. – Chłopak wszedł jej w słowo. – Starsi ludzie bywają… dziwni. Oczywiście nie mam niczego złego na myśli, tylko chciałem…

Derek zaciął się, nie wiedząc co powiedzieć, by nie urazić nowo poznanej piękności. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, szczerze rozbawiona jego zmieszaniem.

– Nie musisz się tłumaczyć. A więc mówisz, że będziesz naszym nowym sąsiadem? Fajnie. Mieszkam z rodziną w pierwszym domu od River Road.

– Właśnie, ekhem, właśnie chciałem odwiedzić wszystkich sąsiadów, żeby się przedstawić. Kupiłem nawet ciasto, o, widzisz. – Wyciągnął przed siebie foremkę. – To jest dla ciebie. Znaczy dla twojej rodziny.

– Dzięki. Słodki jesteś, wiesz? Może nawet jak to ciasto.

Chłopak zaczerwienił się jak podrostek, słysząc komplement z ust dopiero co poznanej kobiety, której uroda powodowała u Dereka plątanie się języka i przyjemne drżenie nóg.

– O! A teraz nawet przybrałeś jego kolor! – zaśmiała się dziewczyna zalotnie i zmieniła temat. – Mieszkał tutaj, w tym domu, ktoś z twojej rodziny?

– Eeee, tak jakby. W zasadzie tak, ale to dość skomplikowane. Mógłbym ci o tym opowiedzieć, gdybyś chciała wpaść na kawę, albo coś.

– Dzięki za propozycję, ale może następnym razem. Poza tym masz jeszcze czterech innych sąsiadów, którym się chyba nie przedstawiłeś.

– No… tak, masz rację. Przepraszam.

– Nie masz za co. – Z ust dziewczyny nie schodził figlarny uśmiech. – Pewnie będziemy się częściej widywać. Pójdę już. I nie miej urazy do dziadka, on zawsze zawraca przed tym domem, nigdy nie dochodząc do końca drogi. Jest dość stary, umysł płata mu figle. Twierdzi, że wyglądasz jak Edgar Bower, człowiek, który mieszkał kiedyś tutaj, ale zniknął dawno temu. Dziadek mówi, że on był jakimś czarownikiem, czy coś w tym stylu, nie starzał się, więc uważa, że to ty jesteś tym całym Bowerem. Takie starcze gadanie, nie przejmuj się za bardzo. Do zobaczenia.

– Do zobaczenia, Nat.

Dziewczyna odeszła w ślad za staruszkiem. Po drodze odwróciła się jeszcze do stojącego jak kołek na środku drogi Dereka i skinęła mu przyjaźnie. Chłopak gapił się na nią, na odkryte plecy muskane końcówkami włosów, na szczupłe ręce trzymające foremkę z ciastem, na kształtne pośladki oraz zgrabne łydki, czując w ciele burzę hormonów. Jednak w jego głowie, obok pożądania, zalęgła się też inna myśl.

Myśl nie przystająca do kontaktu z piękną dziewczyną: Edgar Bower – czarownik, którego czas się nie imał.

 

4

 

Kolejny tydzień minął Derekowi na dogrywaniu spraw związanych z otwarciem biznesu. Zapomniał o Edgarze Bowerze, ale nie o pięknej Nat Kinkaid. Przesiadywał wieczorami na ławeczce przed domem, w nadziei, że znów zobaczy dziewczynę. Jednak ani ona, ani jej dziadek nie wybrali się już w tym tygodniu na spacer wzdłuż Lamb Farm Road.

Każdego wieczora Derek kładł się spać zmęczony, a gdy zasypiał, słyszał natrętne:

Tik. Tak. Tik. Tak.

Zawsze trwało tylko chwilę i za każdym razem chłopak obiecywał sobie, że nakręci ten cholerny zegar albo wywali go na śmietnik, lecz rano już o tym nie pamiętał.

 

5

 

Biuro było prawie gotowe. Jedyne czego brakowało, to szyld nad drzwiami wejściowymi, który miał dotrzeć lada moment, dostarczony przez pracownika Black Seal. Derek czekał na zewnątrz budynku, wypatrując samochodu z logiem firmy reklamowej, a kiedy pojazd wreszcie się pojawił, serce chłopaka o mało nie wyskoczyło z piersi. Za jego kierownicą siedziała nie kto inny jak Nat Kinkaid. Dziewczyna zaparkowała przy chodniku i wysiadła z auta, uśmiechając się szeroko.

– A więc, panie Temper, jest pan architektem. No, no, nie dość, że słodki, to jeszcze inteligentny. Ciekawy sąsiad mi się trafił. Cześć.

– Eeee, cześć, Nat. Pracujesz w Black Seal? – zapytał Derek. W tym samym momencie zorientował się, że pytanie nie należało do najmądrzejszych, bo co niby dziewczyna robiłaby w firmowym samochodzie, gdyby nie była zatrudniona w BSL?

– Tak. Kiedy zobaczyłam szyld z twoim nazwiskiem, uparłam się, że sama go dostarczę. A ty znów wyglądasz jak ciasto marchewkowe – zaśmiała się krótko, podeszła do tylnych drzwi furgonu i wyciągnęła przesyłkę.

– Akurat mam trochę tego ciasta w biurze. – Chłopak odzyskał rezon. – Może masz ochotę? Przy okazji zobaczysz moje miejsce pracy?

– A, chętnie, panie Bower, tylko proszę mnie nie zanudzać historiami z początku zeszłego wieku – zakpiła, przyjmując zaproszenie.

Nat nie tylko zobaczyła biuro Dereka, ale dała się również namówić na lunch w knajpce po drugiej stronie ulicy, a później odwiozła go do domu. Chłopak miał prawo jazdy, ale nie posiadał samochodu. Na razie korzystał z taksówek i komunikacji miejskiej, własne cztery kółka planując kupić z oszczędności, które zostaną po załatwieniu pilniejszych wydatków.

Tego wieczora Derek nie potrafił zasnąć, wciąż myśląc o pięknej sąsiadce i dniu, który z nią spędził. Nie miał ochoty oglądać żadnego filmu, tylko siedział w salonie, raz po raz rozpamiętując fragmenty rozmów z Nat. Roztrząsał własne słowa i zmieniał je, by zrobiły na dziewczynie wrażenie, a później próbował przewidzieć jej reakcje na dokonane zmiany, dokładnie tak, jak robi każdy facet, kiedy pozna kobietę, co do znajomości, z którą wiąże jakieś konkretniejsze nadzieje.

Tik. Tak. Tik. Tak.

– Pieprzony złom! – Derek zerwał się z kanapy, zły na chimeryczne tyknięcia starego zegara, które przerwały mu snucie polukrowanych własnym ego wizji.

Podszedł do wysokiego czasomierza, otwarł drzwiczki i zajrzał do środka. Nie znalazł wewnątrz żadnej sprężyny ani nawet jakiegokolwiek śladu mechanizmu. Zegar był albo atrapą, albo ktoś dawno temu wymontował z niego werk, zostawiając pustą skorupę. Dopiero teraz Derek zauważył, że tarcza nie posiada nawet wskazówek.

Zdziwiony chłopak wetknął głowę głęboko do środka urządzenia i wówczas znów usłyszał natrętne:

Tik. Tak. Tik. Tak.

Nie dochodziło z zegara.

Całą noc Derek przetrząsał dom w poszukiwaniu źródła dźwięku, które co jakiś czas pojawiało się, a później znów zamierało, niezależnie w którym pomieszczeniu akurat przebywał.

Tik. Tak. Tik. Tak.

Tykanie, dotąd bagatelizowane, zapominane, teraz kłuło w uszy, darło spokój Dereka na strzępy. Rano, wyczerpany po nieprzespanej nocy wypełnionej urywanym tykaniem i bezowocnymi poszukiwaniami, Derek zamówił taksówkę do biura.

Zamknął drzwi na klucz i przespał na podłodze kilka niespokojnych godzin, nawiedzany dziwnymi koszmarami, pełnymi bladych istot, których fizjonomii nie mógł sobie przypomnieć po przebudzeniu. Próbowały go złapać, goniąc po labiryncie o ścianach zrobionych z zegarowych tarcz i wskazówek.

 

6

 

Z niedającego odpoczynku snu wyrwał Dereka dzwonek telefonu. Wyświetlacz informował, że było już grubo po południu, a numer, z którego dzwoniono, nie był zapisany w książce adresowej. Przetarł oczy i przesunął pulsującą zielono ikonkę słuchawki.

– Derek Temper, architekt – powiedział zmęczonym głosem, próbując stłumić ziewnięcie.

– Hej! Nat z tej strony. Gdzie jesteś?

– Cześć. Skąd masz mój numer?

– Jest na szyldzie, pod nazwiskiem. Stoję pod biurem. Jest zamknięte.

– Poczekaj. Zaraz otworzę.

Derek zerwał się na równe nogi, cisnął przyniesiony z domu koc za biurko i w panice zlustrował pomieszczenie, sprawdzając, czy nie panuje w nim zbytni bałagan. Wreszcie podszedł do drzwi i przekręcił klucz.

Nat wyglądała jak zwykle. Młoda, pełna energii, z szerokim uśmiechem, który mocno zbladł na widok Dereka.

– Oj, nie wyglądasz za dobrze. Już nie jak ciasto marchewkowe, tylko jagodowa muffinka.

– Co masz na myśli? – zapytał skołowany chłopak.

– Że jesteś blady, a pod oczami masz fioletowe ślady. Stało się coś?

– Wejdź – powiedział Derek. – Napijesz się kawy? Bo mnie się przyda.

Chłopak ruszył do stojącego na stoliku pod ścianą ekspresu i włączył urządzenie.

– Spałeś tutaj?

– Ehh… Tak. Ale nie pytaj dlaczego, bo uznasz mnie za wariata. – Derek odwrócił się do Nat i uśmiechnął słabo.

– Dziadunio opowiada mi czasem takie rzeczy, że mało co mnie już dziwi. Na przykład o dzikich zwierzętach, podobno omijających szerokim łukiem naszą ulicę. Albo o bladych cieniach, których dotyk odbiera życie. Czasem te historie są całkiem przerażające.

– Serio? No, dobra, niech ci będzie, skoro tak stawiasz sprawę. – Chłopak odchrząknął. – To przez tykanie, które słyszę w domu. Pojawia się na moment, potem ustaje. Myślałem, że to stary zegar w salonie, ale okazało się, że nie ma w nim mechanizmu.

Chłopak rozkręcał się ze słowa na słowo, jednocześnie naciskając guziki ekspresu, którego działania jeszcze dokładnie nie opanował.

– Przeszukałem w nocy cały dom w poszukiwaniu źródła tych dźwięków, ale niczego nie znalazłem. Myślałem, że może to jakiś inny zegar i tykanie niesie się przez kanały wentylacyjne, ale to nie może być to, bo słyszałem je nawet w pustej piwnicy, gdzie kanałów nie ma. Wiem, że to wariactwo, przecież to tylko tykanie cholernego zegara, ale…

– Derek…

Coś dziwnego było w głosie Nat. Na tyle dziwnego, że chłopak odwrócił się zaciekawiony. Siedziała przy jego biurku. Już się nie uśmiechała.

– Poprzedni lokator, pan Miller, on też mówił o tykaniu. Unikałam go, bo był trochę szalony, ale teraz ty o tym mówisz…

Zimny dreszcz przeszedł po plecach Dereka, wzdłuż kręgosłupa.

– Dziadunio kiedyś wspominał, że ten Bower, właścicielu domu, którego przypominasz, był miejscowym zegarmistrzem.

– To był mój dziadek – wyjaśnił chłopak. – Porzucił mojego ojca na progu sierocińca. Nie znałem go, ojciec też nie. Miesiąc temu zgłosił się do nas miejscowy notariusz, facet stąd. Poinformował o spadku. Tata nie chciał o tym nawet słyszeć. Powiedział, że nie miał ojca i zrobił mi awanturę, kiedy zasugerowałem, że ja przejmę posiadłość. Ale papiery spadkowe podpisał, namówiony przez mamę. Aktualnie ze sobą nie rozmawiamy. On siedzi nadal w Columbus i prowadzi firmę, a ja postanowiłem, wbrew jego woli, zamieszkać tutaj i otworzyć biuro.

– Pewnie dlatego przypominasz Bowera dziadkowi. Geny. Ale to tykanie? Myślisz, że też mogłabym je usłyszeć?

– A chcesz je usłyszeć? – zapytał Derek poważnie. – Bo jeśli tak, to możemy pojechać do mnie.

– To zaproszenie na randkę? – Nat próbowała zażartować, robiąc niewinną minkę, choć wcale nie było jej do śmiechu. Derekowi też nie.

– To się zdarza tylko wieczorem i w nocy.

– Więc wpadnę do ciebie wieczorem. Pasuje?

– Ja… Tak, Nat, pasuje.

 

7

 

Nat Kinkaid była nie tylko piękna, ale potrafiła również nieźle gotować. Przyniesiona przez nią lazania była najlepszą, jaką Derek jadł w życiu. Nawet w drogich włoskich knajpkach w Columbus, w których często bywał w trakcie studiów na Austin. E. Knowlton School of Architecture, kucharze nie potrafili oddać włoskiego charakteru tego dania. Choć możliwe, że nie była to kwestia samego smaku, ale towarzystwa.

Po kolacji Derek podłączył laptopa do telewizora i obejrzeli razem jeden z nowszych blockbusterów, wypełniony akcją, lukami fabularnymi oraz mnóstwem postaci w spandeksowych uniformach. Co jakiś czas chłopak zatrzymywał odtwarzanie i nasłuchiwał. Jak na złość tykanie nie pojawiło się ani razu, choć Derek mógłby przysiąc, że rejestrował je na granicy słuchu.

Przed północą, po skończonym seansie, Nat wstała z kanapy. Zaczęła zbierać się do wyjścia.

– Pójdę już. Dziewczyna nie powinna przesiadywać po nocach u nowo poznanego faceta. Tym bardziej że rodzice coś sobie ubzdurali i od kilku dni raczą mnie głupimi aluzjami.

– Jakimi konkretnie? – zainteresował się Derek.

Nat zerknęła na niego z politowaniem, lecz po chwili uśmiechnęła się promiennie.

– Domyśl się.

Tik. Tak. Tik. Tak.

Oboje zamarli. Strach objawił się mrowieniem w członkach i niepokojem ściskającym płuca.

– Słyszę to – wyszeptała Nat.

Tik. Tak. Tik. Tak.

I znów cisza.

– Wyjdźmy stąd. Dzwonię po taksówkę i jadę do biura. Tutaj nie zasnę. Prawdę powiedziawszy, chyba w ogóle dziś nie zasnę.

Derek zerwał się z kanapy i pociągnął dziewczynę ku wyjściu. Kiedy znaleźli się na zewnątrz, znów usłyszeli tykanie.

Tik. Tak. Tik. Tak.

– Tego… – Derek przełknął głośno ślinę. – Tego jeszcze nie było. Nie na zewnątrz. Słyszysz to?

– Tak. Nie będziesz sam siedział w biurze, ja też nie dam rady zasnąć, podwiozę cię. I zrobimy coś jeszcze. Mój tato jest dyrektorem biblioteki miejskiej. Skoczę do domu, wezmę jego klucze. Sprawdzimy roczniki gazet, może uda nam się znaleźć coś o tym Bowerze.

– Możesz to zrobić? Boże, będę ci wdzięczny, Nat. Wiem, że to mój problem…

– Derek, to jest jakieś chore i sama zaczynam się bać tego domu, nawet tej ulicy, a mieszkam tu od ponad dwudziestu lat. Jutro spróbuję podpytać dziadka. Jeśli nie znajdziemy niczego w bibliotece, jest szansa, że on będzie mógł nam pomóc.

 

8

 

– Czym zajmuje się twój ojciec? – zapytała Nat, przeglądając roczniki miejscowej gazety na bibliotecznym komputerze.

– Prowadzi dużą firmę budowlaną. Skończyłem architekturę, żeby mu pomagać i kiedyś przejąć biznes – odparł Derek. Nie zapalili świateł w bibliotece, aby nie wzbudzić ciekawości patrolujących miasto stróżów prawa, więc upiorny niebieski blask wyławiał z mroku jedynie ich twarze. – Po studiach pracowałem z ojcem jakiś czas, ale zrozumiałem, że nie śnię jego snów. Mam swoje. On chce budować nowoczesne drapacze chmur, ogromne gmachy, tego typu rzeczy. Ja wolę domy, ciepłe miejsca ogrzewane rodzinnym ogniskiem.

– Romantyk z ciebie, wiesz?

– Po prostu sam nie zaznałem tego ciepła w domu – skwitował chłopak ponuro. – Mój ojciec to despota, a matka to niewolnica jego poglądów. Wiem, że nie jest szczęśliwa, ale żyje z nim, bo tak jej wygodnie. Gdyby od niego odeszła, zyskałaby wolność, ale materialnie wiele straciłaby. W pewnym sensie ją rozumiem, ale ja nie chcę tak żyć, na koszt ojca, z marzeniami zepchniętymi poza margines finansowego bezpieczeństwa. Tutaj, mam nadzieję, będę mógł żyć po swojemu. Ojciec założył mi konto, gdy byłem mały, sam też nieco zaoszczędziłem. Jest tego kilkadziesiąt tysięcy, więc na razie się nie martwię, ale jeśli nie będę miał klientów może zacząć być krucho.

– Derek… Znalazłam coś! Ogłoszenie. Reklama w prasie. Edgar Bower, usługi zegarmistrzowskie, Maine Street 294. Ten adres…

– To adres mojego biura.

 

9

 

– Przykro mi, panie Temper, ale nie jestem w stanie pomóc. Budynek należy do mojej rodziny od zawsze, wcześniej był tutaj sklep żelazny, teraz jest market. Może, gdyby zapytał pan mojego ojca. Zaraz powinien tutaj być, przed chwilą dzwonił, że jedzie z dostawą owoców i warzyw.

Zanim Derek wyszedł na zewnątrz, do czekającej w firmowym wozie Nat, kupił jeszcze dwie puszki coli i batoniki. Po chwili przed sklepem zatrzymał się samochód dostawczy, z którego wysiadł Ben Warming – niewysoki, siwy mężczyzna około pięćdziesiątki.

– Panie Warming! – zawołała Derek. – Dzień dobry.

– Dzień dobry, panie Temper. I dzień dobry, Nat. Widzę, że pan nie próżnuje i zdążył już poznać pannę Kinkaid. – Mężczyzna puścił do Dereka oko i zwrócił się do dziewczyny. – Co tam u dziadka? Pozdrów go ode mnie.

– Jasna sprawa – zapewniła Nat.

– Mam do pana sprawę – wtrącił się Derek. – Pana córka powiedziała mi, że może pan będzie pamiętał cokolwiek na temat Edgara Bowera…

– Zegarmistrza, który kiedyś miał tutaj swój warsztat? – zdziwił się Ben. – Pamiętam, że zniknął z miasteczka, kiedy miałem dziewiętnaście lat.

Mężczyzna otworzył klapę samochodu i z trudem wyciągnął pierwszy kosz wypełniony świeżymi warzywami. Derek bez słowa złapał drugi, pomagając starszemu mężczyźnie rozładować furgon.

– Dziękuję za pomoc, u mnie lata już nie te. A wiesz, że trochę mi go nawet przypominasz? To ktoś z twojej rodziny?

– Mój dziadek.

– Aha. Rozumiem, że nigdy go nie poznałeś? W sumie nie dziwi mnie to. Jego żona zmarła przy porodzie, dziecko też chyba umarło… Później, wybacz słowo, zdziwaczał. Prowadził nadal warsztat, ale ludzie zaczęli go unikać. A potem zniknął, porzucając wszystko, tak jak stało. Mój świętej pamięci ojciec pewnie mógłby powiedzieć coś więcej, ale, cóż, odszedł do naszego Pana kilka lat temu.

– Jasne – zmartwił się Derek. – No nic, dziękuję za poświęcenie mi chwili. Do widzenia.

– Niech pan poczeka. Rzeczy pozostawione w warsztacie ojciec przeniósł do magazynu Granite Storage. Sam od lat wrzucam tam wszystko, co jest mi już niepotrzebne, ale wmawiam sobie, że jeszcze może się przydać. Nie widzę przeszkód, żeby przetrząsnął pan tę rupieciarnię. Raczej nie wróżę sukcesów, bo myszy i inne szkodniki pewnie zrobiły swoje…

– Będę naprawdę wdzięczny – ucieszył się chłopak. – Gdzie jest to miejsce?

– Poczekaj, skoczę tylko do domu, a potem tam pojedziemy. Masz samochód?

 

10

 

– To będzie trwało wieki – zmartwiła się Nat.

Magazyn nie był szczególnie duży, miał jakieś czterdzieści metrów sześciennych pojemności. Problemem było to, że kubatura była niemal całkowicie wykorzystana. Ben Warming był najwyraźniej fanem Tetrisa, ponieważ znajdujące się wewnątrz pomieszczenia przedmioty ułożone były tak, że trudno byłoby wepchnąć między nie cokolwiek większego od portfela.

– Damy radę – powiedział Derek, westchnął ciężko i zabrał się do pracy.

Po trzech godzinach wyciągania pustych kontenerów, obłażących z farby mebli i sklepowych regałów, pudeł zapełnionych zatęchłymi ubraniami, szpulami do ośmiościeżkowców oraz starą elektroniką, dwójka przyjaciół dokopała się wreszcie do ciekawszych przedmiotów. To, co zalegało na samym tyle, było o wiele starsze niż dotychczasowe znaleziska. Widok zakurzonych, drewnianych skrzyń i pordzewiałych, metalowych kaset wlał w Dereka nową energię. Ze zdwojoną siłą i entuzjazmem chłopak otwierał kolejne pojemniki, przetrząsając ich zawartość i przeglądając znalezione wewnątrz papiery. Nat dzielnie sekundowała Derekowi, w przepoconej z wysiłku koszulce i ubrudzonych spodniach, wysypując bibeloty na chropowatą powierzchnię betonowej posadzki.

– Mam! Nat, jest! – wykrzyknął chłopak, nerwowo wydobywając z okutego żelazem kufra pliki papierów, elementy werków i zegarmistrzowskie narzędzia. – Tutaj są rzeczy porzucone przez Bowera. Jakieś rachunki, zapiski, stare notatniki.

Otwarł najgrubszy, oprawiony w skórę notes na losowej stronie i przyjrzał się zapiskom.

– Spójrz na to.

Dziewczyna zaglądnęła Derekowi przez ramię.

– W jakim to jest języku? Co to w ogóle jest za alfabet? Nie widziałam czegoś takiego nigdy wcześniej.

Chłopak przewertował kilka kartek, odnajdując dziwne schematy, symbole i rysunki. Zatrzymał się na wypełniającym całą stronę szkicu, przedstawiającym korytarz o ścianach zapełnionych zegarowymi tarczami. Derek pobladł nagle, po czym wychrypiał przez ściśnięte gardło:

– Widziałem coś takiego w koszmarach.

Drżącymi palcami otwarł notatnik na pierwszej stronie, gdzie znajdowały się inicjały E.B. oraz napisany zamaszystym stylem tytuł “Liturgije”. Spomiędzy kartek wysunął się i upadł na podłogę złożony na czworo arkusik. Zwierał narysowaną odręcznie mapkę oraz ciąg ośmiu cyfr w lewym, dolnym rogu.

– Załadujmy to do samochodu i zawieźmy do biura – zarządził Derek. – Będę miał co czytać dzisiejszej nocy.

 

11

 

Łomotanie do drzwi zbudziło Dereka, który zasnął w agencji, przed zagraconym znalezionymi notatkami biurkiem. Przetarł oczy i podreptał otworzyć niecierpliwemu gościowi.

Na zewnątrz czekała Nat, trzymając w ręce przetłuszczoną, papierową torebkę, opatrzoną logiem miejscowej knajpki.

– Hej! Przyniosłam śniadanie.

– Dzięki, Nat. Wejdź.

Dziewczyna wypakowała maślane bułki na stolik obok ekspresu.

– I co? Znalazłeś coś ciekawego w tych notatkach? – zapytała.

– Te zapiski w nieznanym alfabecie są nie do rozczytania. Przeszukałem internet i nie znalazłem niczego, co byłoby choć trochę podobne do tych bazgrołów. Za to mapka… Porównałem ją z mapą geodezyjną nieruchomości. Zaznaczony na niej punkt, o ten iks – Derek podsunął Nat pożółkły arkusik. – To miejsce przed domem na Lamb Farm Road. Przeskalowałem go. Wychodzi na to, że oznaczone miejsce znajduje się na środku drogi, kawałek przed miejscem, w którym kończy się asfalt.

– Chcesz rozkopać drogę?

– Tak. – Ton, jakim Derek wypowiedział to słowo, sugerował, że nie żartuje. – Znasz jakąś firmę, która wynajmuje minikoparki?

– Ty tak serio?

– Serio.

– Znam. Jasne, że znam. Tylko nawet jeśli, będziesz potrzebował zezwolenia.

– Za moim domem nie ma już niczego. Jeśli zacznę drzeć asfalt pod pretekstem kopania rowu pod, powiedzmy, wyprowadzenie odwodnienia terenu, nikt nie powinien się czepiać. Zanim ktokolwiek się zorientuje, przywrócę drogę do stanu początkowego. To akurat żaden problem.

– A co z obsługą koparki? Operator pewnie będzie chciał zobaczyć pozwolenie.

– Nat, pracowałem w firmie budowlanej ojca od czternastego roku życia. Wiem jak operować minikoparką i mam nawet stosowne papiery. Potrzebuję firmy, która wynajmie mi sprzęt bez operatora.

– Jedyne co mi przychodzi do głowy to Maine Equipment Rentals, tylko że to w Auguście, niecałe czterdzieści mil stąd.

Derek wepchnął sobie w usta bułkę, przeżuł i usiadł przed monitorem. Położył ręce na klawiaturze.

– Mam nadzieję, że dostawa będzie jeszcze dzisiaj.

 

12

 

Zanim sprzęt dotarł na Lamb Farm Road, Derek zdążył wytyczyć dokładne miejsce, w którym powinien kopać. Nat próbowała podpytać dziadka o byłego sąsiada i dom na końcu ulicy, ale staruszek nie miał ochoty opowiadać o Edgarze Bowerze, tylko splunął przez ramię i obrażony podreptał do ogrodu, mamrocząc pod nosem coś o starych diabłach, zabierających czas dobrym ludziom.

Derek szybko przypomniał sobie jak obsługiwać minikoparkę i przed dziewiętnastą pierwszy raz wbił łyżkę maszyny w twarde pobocze. Najpierw ściągnął warstwę asfaltu, a dopiero później zaczął kopać głębiej. Przez cały ten czas Nat stała obok maszyny, popijając piwo imbirowe i przyglądając się coraz pewniejszym działaniom Dereka, systematycznie pogłębiającego wykop.

Słońce już prawie całkowicie zniknęło za horyzontem, kiedy łyżka zgrzytnęła o coś twardszego. Derek wyskoczył z koparki, aby przyjrzeć się znalezisku.

– Granitowa płyta – zauważył, rozgarniając wilgotną ziemię rękami. – Wygląda jak nagrobna.

Tik. Tak. Tik. Tak.

Nat aż podskoczyła na dźwięk tykania.

– Znów zaczynam się bać. Zapomniałam o strachu, bo to wyglądało jak fajna przygoda. Jak z filmu, tego ze skarbem piratów. Może powinniśmy zostawić to w spokoju? – zaproponowała niepewnie.

– Pieprzyć to. To tylko tykanie, nic więcej. Pod spodem jest pewnie jakiś mechanizm.

Derek wsiadł z powrotem do kokpitu i podważył ramieniem koparki płytę, pozwalając jej plasnąć obok otworu, który zakrywała.

Tik. Tak. Tik. Tak.

Zaschło mu w ustach, więc samym tylko gestem przywołał do siebie dziewczynę, kiedy stanął nad wielką, prostokątną dziurą, na której dnie spoczywała największa szafa pancerna, jaką kiedykolwiek widział. Pomyślał, że mogliby się w niej zmieścić we dwoje z Nat, i jeszcze zostałoby pewnie trochę miejsca. Sejf, pomimo spędzenia w ziemi kilkudziesięciu lat, nie nosił na sobie śladów rdzy. Ignorując szarpiący wnętrzności niepokój, Derek wszedł do dziury. Stanął na drzwiach szafy, przyjrzał się wielkiemu pokrętłu i sięgnął do kieszeni spodni.

– Co robisz? – zapytała cicho Nat. – Proszę, wyjdź stamtąd. Nie wiemy, co jest w środku.

– Ale zaraz się dowiemy. Spójrz. – Derek pomachał arkusikiem z mapką. – Tutaj w rogu, to pewnie kombinacja otwierająca sejf.

Chłopak ostrożnie przekręcił gałkę po raz pierwszy.

Tik.

Zamarł na moment. Przekręcił ponownie.

Tak.

– Została jedna – powiedział, gdy dotarł do ostatniej cyfry.

Spojrzał na stojącą na brzegu wykopu dziewczynę. Zaciskała pięści, by dodać sobie otuchy, a na jej twarzy malowały się strach i niepewność. Poruszył pokrętłem ostatni raz.

Tak.

– Otwieramy? – zapytał, gdy wygramolił się z dziury.

Zanim dziewczyna zdołała odpowiedzieć, drzwi szafy pancernej drgnęły. Raz, później drugi, aby wreszcie z impetem otworzyć się na oścież, uderzając głośno w brzeg wykopu.

Z ciemnego wnętrza wysunęła się nienaturalnie długa, blada ręka o kościstych palcach, zakończonych krótkimi pazurami. Za nią pojawiła się druga. Potworne dłonie złapały za krawędzie szafy i napięły się, unosząc z wnętrza anorektycznie chudy, humanoidalny korpus zwieńczony bezwłosą czaszką. Dwa maleńkie ślepia wionęły czernią znad długiego, zakrzywionego dziobu, upodobniającego istotę do siedemnastowiecznych doktorów plagi. Ostatnie pojawiły się patykowate nogi. Stopy zagłębiły się w świeżo rozgrzebanej ziemi.

Potwór stanął wyprostowany, górując nad Derekiem i Nat, rozwarł ptasi dziób, a wówczas poniosło się z niego ciche:

Tik. Tak. Tik. Tak.

Istota ruszyła naprzód.

Nat krzyknęła i odskoczyła. Poczuła, jak ręka potwora ociera się o jej głowę, upadła. Za plecami Dereka zmaterializowała się podobna maszkara, trzymająca dłonie na ramionach zastygłego w bezruchu chłopaka. Drugi potwór rozwarł dziób, z którego również popłynęło tykanie, po czym zwolnił uchwyt jednej z bladych dłoni. Oswobodzony z sejfu demon minął zmartwiałego chłopaka i stanął za nim, obok drugiej istoty. Uniósł rękę i zacisnął pazury na wolnym ramieniu. Później oba stwory zniknęły.

Derek stał jeszcze przez moment, przerażony i skołowany, próbując zrozumieć, co właśnie zaszło. Nagle coś zaczęło się dziać z jego ciałem – marszczyło się, karlało, traciło włosy. Wreszcie chłopak przewrócił się, nie potrafiąc ustać na rachitycznych, roztrzęsionych nogach starca.

 

13

 

Zimny, jesienny wiatr rozwiewał włosy Nat, stojącej przy barierce niewielkiego statku rybackiego, który właśnie opuszczał wody zatoki Middle Bay. Mijali Whaleboat Island, skąd niedaleko już było do wyjścia na oceaniczne wody Atlantyku. Derek siedział na wózku inwalidzkim, zakutany w grube koce, broniące chłodowi dostępu do jego przedwcześnie postarzałych kości.

Nat odgarnęła z czoła kosmyk siwych włosów, pamiątkę po spotkaniu z pożeraczem czasu. Spojrzała smutno na sklerotyczny uśmiech zadowolonego idioty, malujący się na pomarszczonej twarzy chłopaka, skierowanej ku rzucającemu ostatnie ciepłe promienie słońcu.

– Proszę pani, niech pani zabierze dziadka pod pokład, bo się jeszcze przeziębi, a w jego wieku to nie przelewki. Przed nami naprawdę długa droga.

– Racja, panie kapitanie. Proszę mnie poinformować, kiedy znajdziemy się na wysokości Clarke’s Harbour – poprosiła Nat.

– Pani płaci, pani jest tutaj szefową.

Dziewczyna skinęła mężczyźnie i złapała uchwyty wózka. Zanim ukryła się z Derekiem przed słonym wiatrem, zerknęła raz jeszcze na ciężką pancerną szafę, umocowaną na środku pokładu grubymi linami.

Tik. Tak. Tik. Tak.

Po wydarzeniach tamtego wieczora znalazła wydrapany na wewnętrznej ściance sejfu klucz do alfabetu, którym Bower napisał swoje “Liturgije”. Przeczytała je i zrozumiała, że za każdym z nas ciągle kroczy patykowata istota o ptasim dziobie, pożera sekundy naszego życia, sprawiając, że przemijamy. Za Derekiem kroczyły dwa takie monstra – jego własne oraz to, które oddzielił od siebie i zamknął w sejfie Edgar Bower. Wspólnie zabierają resztę, która pozostała Derekowi, za każdą sekundę pożerając dwie. Jego śmierć była kwestią dni.

Nat nie mogła znieść napawającej lękiem myśli, że ona również nie jest wolna od karmiącego się czasem demona. Znalezione w domu Dereka pieniądze wydała na przygotowanie obrzędów, a później przekupienie kapitana łodzi, żeby zabrał ją na otwarte wody oceanu i zrobił to, o co prosiła. Stary wilk morski nie zadawał pytań, zapłata była sowita.

Pchnęła wózek i pomyślała, że dziwnie się losy potrafią ułożyć. Znajdujesz miejsce, które jawi ci się jako własne niebo, a okazuje się, że nieopodal stoi otworem przedsionek prywatnego piekła. Czasem całkiem niedaleko, kilka kroków od ganku, dwa metry pod ulicą.

Tik. Tak. Tik. Tak.

Nat nie wiedziała, gdzie znajdzie swoje niebo, ale na jego odszukanie miała całą wieczność. Piekło zaś postanowiła zostawić w miejscu, w którym nikt do niego nie dotrze. Głęboko. Kilka tysięcy metrów pod powierzchnią Atlantyku.

Jeszcze tylko parę godzin i już nigdy nie usłyszy tego upiornego, dochodzącego z wnętrza sejfu tykania.

Koniec

Komentarze

Witaj.

Potęgować nastrój grozy to Ty potrafisz! :)

Ciekawa opowieść, nieco kryminalna, zagadkowego horroru sporo, pomysł bardzo oryginalny.

Oczywiście ogromnie mi żal dwójki głównych bohaterów i ich zaprzepaszczonych marzeń. :)

Jako wielbicielka tajemniczych, długo trzymających w napięciu horrorów, jestem zachwycona. :) 

 

 

Co do zapytań, przepraszam, bo nie wiem, czy się nie mylę, ale między rozdziałami: piątym i szóstym dostrzegłam niekonsekwencję – Derek wyłączył telefon i zasnął, a potem zbudził go telefon. 

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Dom położony na samym końcu Lamb Farm Road był w całkiem niezłym stanie,

biorąc pod uwagę fakt,

że stał pusty od pięciu lat,

kiedy to wyzionął ducha ostatni jego mieszkaniec

W becie ewidentnie zabrakło poety :D

 

Za jego kierownicą siedział nie kto inny jak Nat Kinkaid.

siedziała

 

 

Wspaniała historia. Narrację budujesz nieśpiesznie, powoli wykładając karty przed czytelnikiem, te najlepsze zostawiasz na później… a te naprawdę najlepsze trzymasz w rękawie, by w odpowiednim momencie zagrać je i nie brać jeńców. Bardzo mi się podobało, każda postać ma swoją historię, cechy szczególne, fabuła jest przemyślana i w mojej opinii bardzo logiczna.

Lovecrafta w sumie nie ma, bo starożytne symbole to nie tylko Lovecraft, ale nic nie szkodzi, to nawet lepiej.

No, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko pochylić czoło przed wykonaną pracą i pofrunąć do biblioteki na skrzydłach zachwytu.

Pozdrawiam!

 

Dało się przeczytać ;P

A tak na serio – fajne, spokojnie napisane. Przeczytałem bez jakichś większych przystanków, bez oznak znużenia i podglądania “ile tego jeszcze zostało”. Wielkich fajerwerków fabularnych tu nie ma, ale też nie jest źle. Ot, do przeczytania przy herbacie. Jak na horror, to trochę mało przerażające, ale rozumiem, że to w konkretnej konwencji, więc jakoś szczególnie się nie czepiam. Jedyne co trochę przeszkadza, to ciut za długie zdania tu i ówdzie. I tu jednak przyjmuję, że to próba stylizacji na dość… szczególnego autora. 

Tu też jest ciekawie, bo powiedziałbym, że inne opowiadania spod szyldu “Outta Sewer”, które czytałem, były napisane innym językiem. To żaden zarzut, po prostu gdybyś wrzucił jako anonim, to bym nie rozpoznał autora. 

 

Edit – Wrzuciłem do nominacji, a co!

Bardzo mi się spodobała koncepcja na demona pożerającego czas. Niby oczywista sprawa, ale kiedy domieszałeś do tego “spadek” po dziadku, wywarło na mnie wrażenie. Lubię, kiedy magia podlega jakimś prawom, i dlatego na swój sposób fajnie, że wnuk musiał spłacić długi dziadka.

I cena straszna – czas to cholernie wartościowe coś.

Ale nie bardzo rozumiem, dlaczego dziadek zostawił mapkę w notesie. Sposób ukrycia sugeruje, że nie zamierzał sejfu otwierać. Jeśli już sporządził coś dla pamięci, to powinien walnąć wielki czerwony napis “Nie otwierać! Niebezpieczeństwo”. A on nawet szyfr usłużnie podał… Nienawidził wnuka?

Czytało się przyjemnie i jako horror fajne, bo nietypowe – bez wypruwania flaków i litrów krwi.

Mieszkał tutaj, w tym domu, ktoś z Twojej rodziny?

Czemu dużą literą?

Babska logika rządzi!

Yo!

 

@bruce

 

Ciekawa opowieść, nieco kryminalna

Fajnie, że dostrzegasz tę “kryminalność”, bo to pierwsza moja próba napisania czegoś w tym stylu :)

 

A za wychwyconą niekonsekwencję dziękuję, zaraz to poprawię.

 

@Corrin

 

W becie ewidentnie zabrakło poety :D

Ha! Dopiero teraz to widzę. Rzeczywiście, poety nie było, choć Geki jedno opowiadanie miał mocno poetyckie :)

 

Cieszy mnie, że ta nieśpieszność narracji, to dokładanie cegiełek do rozwiązania sekretu Ci się podoba. Inspiracji miałem kilka, trochę Lovecrafta, albo Poego, a Alicella uświadomiła mi, że ostatecznie wyszedł trochę taki King :) Dziękuję bardzo za miłe słowa :)

 

@silver

 

Jak na horror, to trochę mało przerażające, ale rozumiem, że to w konkretnej konwencji, więc jakoś szczególnie się nie czepiam. Jedyne co trochę przeszkadza, to ciut za długie zdania tu i ówdzie. I tu jednak przyjmuję, że to próba stylizacji na dość… szczególnego autora. 

Wiem, że za mało przerażające i miałem opory przed tagiem “horror”, ale niestety nie ma takiej etykietki, jak “opowiadanie grozy”, które chyba bardziej pasuje. A przynajmniej mnie się tak wydaje. Długie zdania to moja zmora, zawsze tak piszę, a później, na becie lub przy samodzielnej obróbce tekstu, przycinam je i rozbijam na kilka. Tym razem jednak uparłem się, że zostają, bo pasowały mi do przyjętej konwencji.

 

Tu też jest ciekawie, bo powiedziałbym, że inne opowiadania spod szyldu “Outta Sewer”, które czytałem, były napisane innym językiem. To żaden zarzut, po prostu gdybyś wrzucił jako anonim, to bym nie rozpoznał autora. 

Raz, że fabuła oraz konwencja zupełnie inne niż w moich innych tekstach, a dwa, to wspomniane wcześniej nieprzycinanie zdań.

 

Dzięki, że wpadłeś, cieszę się, że dobrze się czytało :)

 

@Finkla

 

Lubię, kiedy magia podlega jakimś prawom, i dlatego na swój sposób fajnie, że wnuk musiał spłacić długi dziadka.

I cena straszna – czas to cholernie wartościowe coś.

Ja też lubię, kiedy istnieją jakieś zależności, a w przyjętej konwencji, że wszystko ma swoją cenę, którą ktoś będzie musiał spłacić. Dla mnie czas też stanowi ogromną wartość, nie lubię go tracić, albo czuć, że przecieka mi przez palce. Chyba dlatego ta koncepcja z opowiadania mnie osobiście przeraża :)

 

Ale nie bardzo rozumiem, dlaczego dziadek zostawił mapkę w notesie. Sposób ukrycia sugeruje, że nie zamierzał sejfu otwierać. Jeśli już sporządził coś dla pamięci, to powinien walnąć wielki czerwony napis “Nie otwierać! Niebezpieczeństwo”. A on nawet szyfr usłużnie podał… Nienawidził wnuka?

Prawdę powiedziawszy, to nie zastanawiałem się nad tym zbyt głęboko. Ale, żeby Ci odpowiedzieć, wymyśliłem prequel, którego głównymi bohaterami są Edgar Bower i dziadek Nat, pan Ezra Kinkaid :) I chyba go nawet napiszę, bo klei mi się ten pomysł. Chcę przez to powiedzieć, że dziękuję Ci za inspirujące pytanie, na które odpowiem opowiadaniem, które, jeśli czas pozwoli, niebawem napiszę :D

 

Czytało się przyjemnie i jako horror fajne, bo nietypowe – bez wypruwania flaków i litrów krwi.

Nie uważam, żeby było nietypowe, ale to chyba wina tego, że zawsze stroniłem od krwawych horrorów, przedkładając nad nie HPLa, Poego albo Grabińskiego, których opowiadania grozy zawsze bardziej mnie straszyły niż wypruwanie flaków.

 

Dzięki wielkie za odwiedziny i klika :) Babol zaraz poprawię.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Powiadają, że dobre pytanie to pół odpowiedzi.

Czekam zatem na drugą połówkę. ;-)

Babska logika rządzi!

Czytając miałem mocne skojarzenie z niektórymi powieściami Kinga. Zdecydowanie więcej skupienia na postaciach i przedstawieniu świata zwykłego niż na siłach nadprzyrodzonych. A te nadnaturalne elementy raczej jako lokomotywa dla zdarzeń i żeby nam ukazać człowieka w różnych sytuacjach.

Nie ma tutaj jakichś zwrotów akcji ani niczego od czego spadłyby mi buty ale czytałem z zaciekawieniem i chciałem dowiedzieć się jak to wszystko się skończy. Pomysł na demona ciekawy, a z końcówki jestem zadowolony i niezadowolony. Zadowolony bo całkiem życiowa, że nic się nie rozwiązało i nic tak naprawdę nie skończyło w sposób sprawiedliwy. A niezadowolony z tego samego powodu, bo czasem od literatury oczekiwałbym czegoś co mnie bardziej pozytywnie zaskoczy :)

Niemniej jednak udane opowiadanie i czytałem z przyjemnością więc klikam.

 

Kilka drobiazgów:

Za budynkiem, od wschodu, znajdował się spory kawałek gruntu porośnięty drzewami, a zakończony stromą skarpą,

A nie lepiej po prostu:

Za budynkiem, od wschodu, znajdował się spory kawałek gruntu porośnięty drzewami, zakończony stromą skarpą,

 

tradycyjnie ciasto lub szarlotkę

To czep wyższego poziomu ale czy szarlotka to nie ciasto? :P

 

Bardzo często używałeś słowa chłopak. Nie wiem czemu ale rzuciło mi się to w oczy. Popatrzyłem i wychodzi, że 29 razy czyli prawie jeden chłopak na tysiąc znaków :). A tu poniżej trochę zbyt blisko:

Chłopak odchrząknął. – To przez tykanie, które słyszę w domu. Pojawia się na moment, potem ustaje. Myślałem, że to stary zegar w salonie, ale okazało się, że nie ma w nim mechanizmu.

Chłopak

On chce budować nowocześnie

Chyba wiem co chciałeś napisać ale lepiej brzmiałoby mi nowoczesne

 

co zalegało na samym tyle

Dziwni mi zabrzmiało to tyle w tym zdaniu

 

Łomotanie do drzwi zbudziło Dereka, który zasnął w agencji, przed zagraconym znalezionymi notatkami biurkiem. Chłopak przetarł oczy i podreptał otworzyć niecierpliwemu gościowi.

I tutaj np. bym tego chłopaka zupełnie wyrzucił. Wiadomo że o niego chodzi :)

@Finkla

 

Najpierw tekst na Tytuliki, potem się zobaczy :)

 

@Edward

 

Cieszę się, że czytało się dobrze, pomimo niespiesznej narracji i braku fajerwerków. Za to Twoje zadowolenie/niezadowolenie w pełni rozumie, czasem też mam ochotę na happy end, jednak w tej konwencji chyba szczęśliwych zakończeń nie ma, a nawet jeśli są, to obarczone jakimś “ale” :)

Przeskanuję jeszcze tekst pod kątem wyłapanych przez Ciebie uchybień i poprawię, co zauważę. Dzięki wielkie za czas poświęcony na przeczytanie, skomentowanie oraz za klika.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Cześć!

 

Pomysł z pożeraczami czasu jest ciekawy, a zakończenie okazało się zaskakujące. Po przeczytaniu ostateczniej wersji nadal jednak podtrzymuję swoją opinię z bety, że początek nie zachęca, moim zdaniem jeszcze wymagało to niewielkich cięć. Kreacja postaci jest jak dla mnie płaska, nadal nie widzę w nich żadnych charakterystycznych cech osobowości. Ale pomimo tych mankamentów historia jest ciekawa i czyta się przyjemnie. To co najważniejsze w horrorze, czyli groza, w drugiej części tekstu zdecydowanie się pojawiło.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Yo, Ali :)

 

Dzięki raz jeszcze za betę. Z Twoimi uwagami się oczywiście zgadzam, początek nie jest specjalnie zachęcający, ale będę się upierał, że do tej konwencji taka niespieszna narracja jednak pasuje :) Cieszę się też, że ta groza, co do której miałem wątpliwości, dała się gdzieś w tekście odnaleźć :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

Known some call is air am

Cześć!

 

Moje uwagi z bety właściwie są nadal aktualne, tak samo jednak jak i pochwały. Przede wszystkim historia w pewnym momencie wciąga, pojawia się dobry haczyk i można poczuć dreszczyk. Wiem, że chciałeś powoli budować klimat, choć wydaje mi się, że niektóre opisy mogłyby być bardziej obrazowe, bardziej nietuzinkowe, aby ten początek nie odstraszał. Dla czytających komentarze przed lekturę napiszę tylko, że warto się przez to przebić, aby spędzić miło kilka minut na poznawaniu dalszych losów Dereka.

Nadto wydaje się, że osiągnąłeś zamierzony cel, pisząc dreszczowiec w starym stylu, niespiesznie odkrywając kolejne karty opowieści. Bohaterowie są tacy, jacy są, ale z drugiej strony, czy zawszą muszą być zarysowani grubymi krechami i oryginalni do bólu? ;-) Do takiej nieco staromodnej historii nawet pasują, więc nie ma co przesadnie marudzić. ;-)

Dziwię się, że tekst nie dotarł jeszcze do zbioru B, co niniejszym naprawiam. ;-)

 

Pozdrawiam!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Cześć, Outta!

 

Mi z Lovecraftem nie do końca po drodze, ale tu bardziej skojarzyłem “Miasteczko Salem” Kinga. Od początku wiedziałem, że to ma być horror, więc napięcie budowało się przy każdym kamyczku jaki podrzucałeś, a podrzuciłeś ich tu kilka.

Nie mogę za to powiedzieć, że się jakoś bałem, ale ja tak ogólnie mam z czytanymi horrorami, że mnie jakoś nie straszą ;) Do tego gdy już zbudowałeś napięcie, wyszły dziobate stwory, miała być kulminacja to… nagle wszystko się ucięło. Ot, wyszły, chwyciły, ukradły młodość i koniec akcji z dziobatymi. W ogóle w trzynastym rozdziale opowieść zmieniła swój charakter na nieco filozoficzny, swoją drogą całkiem fajny – spodobało mi się to.

I jak to się stało, że stwory wróciły do skrzyni?

Małomiasteczkowy klimat amerykański udał Ci się całkiem przyjemnie, choć gdyby nie “internet” i “laptop” to powiedziałbym, że to lata ‘80.

Wątpliwości budziła nieco Nat. Przedstawiona jako piękność, pracuje jako kurier, wciąż ma czas dla Dereka i do tego leciutko nawiązuje się między nimi porozumienie. Może nie miałeś zbyt dużo przestrzeni, żeby wszystko umotywować, zarysować relację, bo wyszłoby kilka lub kilkanaście tysięcy znaków więcej, ale to mi się wydało naiwne.

Nie powiem, żeby porwało, ale też nie znudziło – to na pewno solidnie napisany tekst. Chyba brakuje jednego klika, więc spadam polecać.

Edyta: no już nie trzeba ;) otworzyłem zakładkę z opkiem jak rano przyszedłem do pracy i w międzyczasie WijFilip wykonał ostatnie pchnięcie.

 

Pozdrawiam

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Siema :)

 

@Filip

 

Dzięki za betę raz jeszcze :)

Nadto wydaje się, że osiągnąłeś zamierzony cel, pisząc dreszczowiec w starym stylu, niespiesznie odkrywając kolejne karty opowieści.

Cieszę się, że takie są Twoje odczucia co do narracji :) I dzięki za ostatniego klika.

 

@Krokus

 

I jak to się stało, że stwory wróciły do skrzyni?

Tylko jeden, ale ten zabierający czas Nat, wrócił. Odprawiła konieczne liturgije i uwolniła się od swojego pożeracza :) Jakby co, to będzie pisany prequel, ale dopiero po skończeniu innego tekstu, konkursowego.

 

Małomiasteczkowy klimat amerykański udał Ci się całkiem przyjemnie, choć gdyby nie “internet” i “laptop” to powiedziałbym, że to lata ‘80.

To też mnie cieszy. Nawet miałem pewne opory przed umieszczaniem akcji współcześnie, chcąc bardziej w stylu lat ‘70 napisać to opowiadanie, ale ostatecznie postawiłem na aktualne realia, doprawione właśnie małomiasteczkowym klimatem – a stało się tak po przejściu się dzięki StreeView ulicami Brunswick, bo tam nawet współcześnie taki klimat jest, co widać na zdjęciach :)

 

Przedstawiona jako piękność, pracuje jako kurier, wciąż ma czas dla Dereka i do tego leciutko nawiązuje się między nimi porozumienie. Może nie miałeś zbyt dużo przestrzeni, żeby wszystko umotywować, zarysować relację, bo wyszłoby kilka lub kilkanaście tysięcy znaków więcej, ale to mi się wydało naiwne.

Pracuje w Black Seal, ale nie jest powiedziane, że jako kurier. Sama Nat mówi, że uparła się dostarczyć Derekowi zamówiony szyld, po tym jak zaobaczyła, dla kogo on jest. Może pracować tam w biurze, albo jako handlowiec, czy cokolwiek innego. Czy Twój zarzut to przedstawienie jej jako pieknej kobiety, która poczuła coś do Dereka? Bo nie do końca jest to dla mnie jasne.

Tobie również dziękuję za klika, który choć potrzebny nie był już, to doceniam chęć przyznania go :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Pracuje w Black Seal, ale nie jest powiedziane, że jako kurier. Sama Nat mówi, że uparła się dostarczyć Derekowi zamówiony szyld, po tym jak zaobaczyła, dla kogo on jest. Może pracować tam w biurze, albo jako handlowiec, czy cokolwiek innego. Czy Twój zarzut to przedstawienie jej jako pieknej kobiety, która poczuła coś do Dereka? Bo nie do końca jest to dla mnie jasne.

Ok, to czy kurier czy nie to już drugorzędna sprawa, ale w pewnym momencie tak bardzo pchała mu się przed nos, że myślałem iż będzie zaplątana w całą intrygę, że zaraz wyszczerzy zbyt długie kły i wbije je w szyje Dereka. Była niemal nachalna i nie wiem, czy nie ociera się trochę o Mary Sue. Może zabrakło kontry w postaci opisu nawiązania relacji z innymi mieszkańcami, wtedy ta ich relacja mogłaby wyjść bardziej “przy okazji”, ale to z kolei znużyłoby czytelnika krótkiej formy.

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Była niemal nachalna i nie wiem, czy nie ociera się trochę o Mary Sue.

Chyba, jako autor, tego nie widzę :/ Mary Sue? Kurde, nie, nie wiem jak do tego doszedłeś :) Co do innych postaci, to byłoby to wciskanie ich na siłę, dokładanie cegiełek, które finalnie okazałyby się niczego nie podtrzymywać, nie być częścią budowli i tylko spowalniałyby narrację, która i tak jest bardzo niespieszna. Ale będę miał na uwadze Twoje zastrzeżenia podczas pisania prequela :)

Known some call is air am

Życzyłabym sobie czytać właśnie takie horrory!

Lubię zawitać do niewielkiego spokojnego miasta, trafić do miłego domu, w pobliżu którego mieszkają życzliwi, czasami nieco zdziwaczali sąsiedzi, gdzie niewiele się dzieje, a dni są do siebie podobne. Ale można się domyślać, że pod tą jakże złudną idyllą czai się coś, co sprawia, że nowo przybyły mieszkaniec traci spokój ducha i ma koszmary, a czytelnik zaczyna odczuwać niepokój.

Outto, wybrałeś dla Dereka bardzo zacne monstrum i zgotowałeś bohaterowi zaiste paskudny los, ale cieszę się, że obyło się bez okaleczeń, krwi, wywlekania flaków i ostrych narzędzi. Atmosfera towarzysząca przyjaciołom w dochodzeniu sedna rzeczy jest należycie zagęszczona i podczas lektury czułam niemiłe dreszcze.

No i wykonanie – cieszę się, że nie mam się do czego przyczepić! Nie mam już po co chodzić do klikarni, ale z radością odwiedzę nominowalnię. :D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam jednym tchem, po drugim rozdziale historia rozwija się tak dynamicznie, że nie sposób się oderwać. Momentami bardzo kojarzyło mi się z Kingiem – senne, nudne miasteczko czy pozornie zwykłe rzeczy, jak tykanie zegara, które są tym wszystkim najbardziej niepokojące. 

Ciekawy pomysł i świetne wykonanie – wyszło naprawdę fajne opowiadanie grozy.

Pozdrawiam!

Hej, Outta! Zacne to opowiadanie. Jest klimat małego miasteczka, stopniowe i spokojne rozwiązywanie tajemnicy, jest wszystko, aby czytanie było czystą przyjemnością, i taka właśnie było. Na podstawie tego tekstu widziałbym film, oj widziałbym. Jedno, małe czepialstwo: Jest tak jakoś wszystko zbyt poukładane i, hm, liniowe? Mam na myśli, że bohaterowie idą po nitce do kłębka, a zabrakło mi czegoś między wersami. Rozwinięcia wątku romantycznego? Więcej przeszkód rzuconych pod nogi? Kolejne elementy układanki przychodziły bowiem jedne po drugim, bez większych problemów. Generalnie jednak jestem trzy, a nawet cztery razy na TAK ;)

Przyszło mi się pojawić pod tym opowiadaniem, ale nie zdążyłem kliknąć. I to przez ciebie, nicponiu, bo tekst wrzuciłeś oddzielnie, zamiast opublikować ten z bety, a ja zawsze się wtedy gubię.

 

Opowiadanie uważam za przynajmniej ciut przegadane. Nie podoba mi się też sposób przedstawienia relacji Derek-Nat (trochę mi trąciła nastoletnimi fantazjami) – i to tyle z rzeczy, na które mogę narzekać. Teraz będzie chwalenie.

Przede wszystkim klimat. Bo jest. Wczułem się w to małe amerykańskie miasteczko, opisywałeś wszystko płynnie i wprawnie, że aż widziałem to przed oczami. Fabuła bardzo filmowa, a przynajmniej serialowa i ja z chęcią bym coś takiego obejrzał. Dawkujesz odpowiednio grozę i wzbudzasz zainteresowanie, które towarzyszyło mi aż do końca lektury. Pomysł na Pożeraczy Czasu bardzo udany.

Jeśli opowiadanie miało być na lovecraftowy konkurs, to szkoda, że nie wzięło w nim udziału, bo czuć tutaj taki duszny klimat pełzającej grozy, z jakim mi się Lovecraft kojarzy. 

Komentarz z teraz, czyli współczesny.

Gdy zobaczyłam tytuł lekko westchnęłam, że hamerykański, ale po kilku akapitach mi przeszło, ponieważ nie mogłeś dać innego z uwagi na treść i narrację. Wyszło idealnie pod tym względem i nie tylko z tytułem. Jest filmowo i książkowo, dla mnie czyste i zgrabne prowadzenie bez zbędnych wtrętów. 

Nie odnosiłam wrażenia, że historia za wolno się rozwija, raczej, że  jest w sam raz. Czytało się nadzwyczaj gładko, bo zgrabnie wprowadzałeś mnie jako czytelnika w opowieść. Pomysł zaskoczył, historia urealnia się przez różne szczegóły, a bardzo lubię, gdy tak jest i Autor nie wyciąga magicznych królików z prestidigitatorskiego kapelusza. 

Gdybym miała poszukać jakiejś szufladki na gatunek, wydaje mi się groza nieweirdowa na pograniczu horroru, więc rozumiem dylemat, ktory miałeś z tagami. Ostatnio znowu polubiłam takie opowieści. Mnie straszyło i wystraszyło, zwłaszcza że chodzi o koncept związany z czasem, strasznie fajny pomysł. :-) Pysznie się czytało!

 

Gdybym miała jakieś „ale” wyłuszczyć, a przecież zawsze da radę takie znaleźć, pewnie napisałabym, że historia o chłopaku i dziewczynie z sąsiędztwa, że schemat trochę wyeksploatowany, i z popkulturowego amerykańskiego przedmieścia, które niekoniecznie wygląda tak sielsko-anielsko, ale, ale, czepiać się nie zamierzam, bo czytalomi się bardzo płynnie, bez zatrzymań! Drugie „ale” – czy przekonywujący bohater, bo raczej dwuwymiarowo zbudowany, choć przy tej liczbie znaków nie wiem, czy dałoby rady zawalczyć o coś więcej, więc… po cóż nad tym deliberować. ;-) Pogłębienia dziewczyny w ogóle bym się nie czepiała, gdyż widzimy wszystko oczami chłopaka. Może lekko można byłoby jeszcze podkręcić grozę związaną z „wiadomo czym”, czyli nie ma ostatecznej rozgrywki, choć niby jest, ale obecna migawkowo.

 

Nominuję za:

*gładkie dopasowanie języka, zdań i fabuły do charakteru i miejsca opowieści,

*umiejętne dawkowanie grozy,

* koncept.

 I udaję się do wiadomego wątku. xd

 

Srd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Bardzo dobrze się czytało. Podobnie jak Finkla, uważam, że miałeś wybitny pomysł na pożeracza czasu – w zależności od realizacji, to mogłoby być coś z pełnokrwistego horroru albo z odcinka Doctora Who, takiego z tych lepszych. Brawo: potwór jest pomysłowy, groźny, budzi jakiś dreszcz niepewności i grozy. Świetnie też ogrywasz prosty efekt, jakim jest tykanie.

Natomiast nie do końca przekonała mnie literacka strona tekstu, a konkretnie – dialogi, bo co reszty, nie mam uwag. Wydają mi się chwilami mało naturalne, dość wymuszone – to się tyczy przede wszystkim pierwszego spotkania Nat i Dereka. Podejrzewam, że chciałeś ograć tam trochę niepewności i nawet niezdarności (zwłaszcza Dereka) przy pierwszym spotkaniu z atrakcyjną osobą płci przeciwnej, ale IMHO cały ten flirt wyszedł dość przyciężko i mało naturalnie.

Zabrakło mi również nieco rozwinięcia kwestii podobieństwa między Derekiem a Bowerem – rozumiem, że dziadek Nat wziął Dereka za starego zegarmistrza, bo są fizycznie podobni, jako krewni? Bo w pierwszej chwili wydaje się, że to podobieństwo sporo wykracza poza zwykłe dziadek – wnuk. Ale może to tylko skutek przeczytania przeze mnie “Przypadku Charlesa Dextera Warda” o jeden raz za dużo…

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Amerykański małomiasteczkowy klimat – super. Choć mam wrażenie, że w tego typu opowieściach sporo do klimatu dałaby jeszcze określona pora roku i idące za nią konsekwencje przyrodnicze i społeczne. Ale to już dodatek.

Fajnie zbudowałeś i utrzymałeś napięcie do samego końca opowiadania. Aż nie chciało się odrywać od lektury.

Bohaterowie może nie są szczególnie psychologicznie pogłębieni, ale ich chęć rozwiązania zagadki jest zrozumiała i nie wymaga jakiejś dużej nadbudowy.

Czytało się bardzo przyjemnie i płynnie.

Zaintrygowała mnie postać dziadka-zegarmistrza, więc mam nadzieję, że jakieś prequel się ukaże ;)

 

Klimat małego miasteczka, tajemnicze domostwo, równie tajemniczy przodek. Całkiem sprawnie zgrałeś klasyczne elementy w ciekawe, dobrze napisane i trzymające w napięciu opowiadanie. Może odrobinę zbyt szybko przyszło rozwiązanie akcji (sytuacja po otwarciu sejfu jakoś szybko się skończyła, zabrakło mi jakiegoś dłuższego opisu istot, grozy jaka towarzyszyła bohaterom kiedy je zobaczyli), więc to jedyny mankament jaki mi nie grał. Cała reszta jest jak najbardziej solidna, może bez fajerwerków, ale czytało się bardzo dobrze.

Hej!

 

@Reg

 

Outto, wybrałeś dla Dereka bardzo zacne monstrum i zgotowałeś bohaterowi zaiste paskudny los, ale cieszę się, że obyło się bez okaleczeń, krwi, wywlekania flaków i ostrych narzędzi.

Jak wspominałem wcześniej, krew i wnętrzności mnie w horrorach nie straszą. Raczej powiedziałbym, że brzydzą. Cieszę się, że poczułaś dreszcze czytając ten thriller ;)

 

I bez łapanki, wow! Muszę chyba betującym jakiś ołtarzyk postawić, bo bardzo pomogli w usuwaniu usterek :) Dziękuję za odwiedziny oraz nominację.

 

@Nayane

 

Dziękuję bardzo za odwiedziny i bardzo miły komentarz :) Cieszę się, że znalazłaś to opowiadanie interesującym.

 

@Realuc

 

Jest tak jakoś wszystko zbyt poukładane i, hm, liniowe? Mam na myśli, że bohaterowie idą po nitce do kłębka, a zabrakło mi czegoś między wersami

Wiedziałem, że ktoś to wytknie i bardzo się cieszę, że tak się stało. Masz rację, ta historia to railroad, pociąg porusza się od przystanku do przystanku. To celowe, bo poszedłem na łatwiznę i właśnie filmowo – jak wspomniałeś – poprowadziłem tę historię. Mam taką manierę po latach grania w erpegi, kiedy wiedziałem, że sesja będzie jednorazowa, bez kontynuacji wątków i rozwijania postaci, więc robiłem railroad, żeby doprowadzić scenariusz do końca i podomykać wątki podczas jednego posiedzenia :)

 

Dziękuję za odwiedziny i komentarz :)

 

@Geki

 

Dzięki raz jeszcze za betę :)

 

Opowiadanie uważam za przynajmniej ciut przegadane. Nie podoba mi się też sposób przedstawienia relacji Derek-Nat (trochę mi trąciła nastoletnimi fantazjami) – i to tyle z rzeczy, na które mogę narzekać.

To przegadanie wynika IMHO z niespiesznej narracji i leniwego prowadzenia wątku, senność miasteczka chyba też sprawia takie wrażenie. Ale możliwe, że to przez moje gadulstwo, które nawet w opowiadania bezwiednie przenoszę :) Relacje Dereka i Nat są równie proste jak fabuła, takie właśnie filmowe, serialowe, nie miałem zamiaru skupiać się na nich głębiej. Poza tym pasowały mi do klimatu miasteczka, gdzie życie toczy się nieco inaczej, wolniej, według pewnych hermetycznych reguł :)

 

Dzięki raz jeszcze, Geki. Czekam na listopad, kiedy opublikujesz tę swoją “Drogę mleczną z wybojami” :)

 

@Asylum

 

Gdybym miała poszukać jakiejś szufladki na gatunek, wydaje mi się groza nieweirdowa na pograniczu horroru

Sam nie wiem, gdzie bym to wsadził, w która z szufladek :) Ale zaproponowana przez Ciebie etykietka wydaje się właściwa :)

 

Masz rację, że relacja Nat-Derek jest sztampowa, wyeksploatowana. I masz rację, bo właśnie taka relacja kojarzy mi się z filmami o sennych miasteczkach, skrywających jakiś mroczny sekret. Dereka pewnie dałbym radę pogłębić, dodając kilka tysięcy znaków, coś na temat jego relacji z matką, może jakiś miłosny zawód, albo coś, co nadal pasowałoby do klimatu, ale nadało chłopakowi więcej charakteru. Ale początkowo próbowałem się zamknąć w limicie na “Tytuliki” a i tak przeszarżowałem – to drugi powód dla którego ten tekst nie poszedł w konkursie Irki i Zana, bo nie chciałem ciąć na siłę. Nie wiem, czy takie migawkowe podkręcenie końcówki dałoby tekstowi więcej grozy, może, ale nie jestem przekonany. Dla mnie, jako autora, przerażające są tutaj nie stwory, nie to, że pożerają czas, ale to, że są nie tylko za bohaterami opowiadania, ale za każdym z nas; czy śpimy, czy bierzemy prysznic, czy siedzimy w pracy, nad książką, ze znajomymi przy grillu, cały czas za naszymi plecami stoją patykowate, blade istoty o długich rękach i łysych czaszkach, opatrzonych dziobami – zaciskają palce na naszych ramionach i tykają, choć tego nie słyszymy. I mnie taka wizja przerażą :)

 

Dzięki, Asylum, za odwiedziny, komentarz i nominację :)

 

@ninedin

 

Cieszę się, że pomysł przypadł Ci do gustu, a pożeracze czasu uważasz za ciekawe :)

 

Natomiast nie do końca przekonała mnie literacka strona tekstu, a konkretnie – dialogi, bo co reszty, nie mam uwag. Wydają mi się chwilami mało naturalne, dość wymuszone – to się tyczy przede wszystkim pierwszego spotkania Nat i Dereka. Podejrzewam, że chciałeś ograć tam trochę niepewności i nawet niezdarności (zwłaszcza Dereka) przy pierwszym spotkaniu z atrakcyjną osobą płci przeciwnej, ale IMHO cały ten flirt wyszedł dość przyciężko i mało naturalnie.

O, toto, o to chodziło. Rzeczywiście wygląda to mało naturalnie, trochę nieśmiały i niezdarny chłopak z dużego miasta kontra śmiała dziewczyna z sennego miasteczka. Potrzebna mi była relacja bohatera z kimś miejscowym, wiem, że poszedłem na łatwiznę, ale ten ograny schemat chłopak-dziewczyna najbardziej mi pasuje do tego typu opowieści. Cóż, wyszło jak wyszło, postaram się lepiej :)

Podobieństwo Dereka i Bowera jest znaczne. I nie, to nie efekt przeczytania wspomnianego dzieła HPLa, to celowy zabieg, skalkulowany pod to, że czytelnik może skojarzyć jakieś motywy w stylu “Harry Angel” albo “Planescape Torment” i da się zwieść, podążając tropem “zbyt uderzającego podobieństwa, by coś się za tym nie kryło” ;) Ale planowany prequel nieco wyjaśni jeszcze :)

 

Dziękuję za odwiedziny i komentarz :)

 

@Ali

 

Prawie, ale bardzo, bardzo blisko :)

 

@PanDomingo

 

Zaintrygowała mnie postać dziadka-zegarmistrza, więc mam nadzieję, że jakieś prequel się ukaże ;)

Mam już zrobiony plan wydarzeń i wstępny szkic, ale nie wiem, kiedy do tego siądę, bo życie pozaportalowe znów przyspiesza :) Dzięki za miłe słowa i odwiedziny :)

 

@Belhaj

 

abrakło mi jakiegoś dłuższego opisu istot, grozy jaka towarzyszyła bohaterom kiedy je zobaczyli

Masz całkowitą rację. Dopiero kiedy przeczytałem Twój komentarz, zdałem sobie sprawę, że rzeczywiście nie dałem zbyt wielu emocji moim postaciom w finale, kiedy zostaje otwarty sejf. Mea culpa, to kolejna rzecz, o której będę musiał pamiętać. Przy prequelu więc się poprawię ;)

 

Dzięki za odwiedziny i komentarz.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

 

 

 

 

Known some call is air am

Hej, hej, Outta

Na wstępie zaznaczę, że nie lubię czytać horrorów, więc jestem uprzedzony ;)

Kreujesz świetny klimat Kingowego miasteczka i u zgodzę się z poprzednikami, że pięknie Ci to wyszło. To popijanie coli na werandzie, ciasto dla sąsiadów, małe domki spokojnych przedmieść – świetne. Atmosfera z początku jest idylliczna, a potem wprowadzasz COŚ dziwnego, co łamie poczucie spokoju i beztroski – tu również odczułem wpływ Kinga.

Tak samo pochwalę lovecraftowskie podejście do horroru – legendy, oszukana śmierć, która tylko czeka, by odebrać dług, pamiętniki przodka i ponura historia rodziny. Ładnie tym operujesz i wplatasz w fabułę.

Zgrzytała mi tylko relacja pary dwójki bohaterów. Trochę taka wyjęta z młodzieżowych pisemek – piękna dziewczyna, nieśmiały chłopak, flirt działa błyskawicznie i romansik prawie gotowy. Bardzo amerykańskie, ale od tej złej strony. Dysonans był wyczuwalny, na szczęście zalety przeważają nad tą jedną wadą ;)

Jestem więc zadowolony z lektury, mimo okazjonalnego zażenowania romansem. Szczególnie pochwalę zakończenie – jest mocne i pomysłowe.

PS Na Tytuliki od biedy dałoby radę to podciągnąć ;) Myślę, że spokojnie napiszesz coś równie dobrego.

Pozdrawiam

Nastrojowe.

 

Z plusów. Bardzo dobrze kreujesz nastrój, szczególnie w początkowej fazie tekstu. Rzeczywiście czuć tu klimat zbliżony do tego z twórczości Kinga – małe miasteczko, duży nacisk na bohaterów, elementy nadprzyrodzone raczej w tle. Działa to nieźle. Pomaga temu niezła kreacja postaci.

 

Z minusów. Trochę to wszystko zbyt wygodne. Przypadkiem znalezione klamoty. Nat, która ma dojścia do biblioteki. Bohater, który ma uprawnienia na koparkę. Mapa i kod do sejfu. Troszkę zbyt bardzo czuć tu rękę autora, zbyt bardzo rzeczy dzieją się “bo tak chce opowieść”. Przez to całość zbacza delikatnie w kierunku prozy przygodowej, gdzie takie “wygodnictwo” jest mocniej osadzone w konwencji.

Całość sprawia też wrażenie nieco zbyt pośpiesznej. Ktoś już wcześniej wspomniał, że Nat jest niemal namolna – i faktycznie, ledwie poznała chłopaka, a już wszędzie jej pełno. Później ledwie raz usłyszy tykanie, a ogarnia ją zgroza. Ledwie dowiadujemy się, że dziadziunio coś kombinował z zegarami, a już jest po wszystkim. To poprawnie skonstruowana fabuła, jednak nadałeś jej nieco zbyt wysokie tempo, ta groza nie ma czasu się rozwinąć.

Finał budził we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo fajny pomysł. Oryginalny i upiorny.

Z drugiej scenie trochę brakuje kopa. Znów daje o sobie znać pośpieszność. Ledwie dowiadujemy się o sejfie, a już jest po wszystkim. Nie ma tu czasu, żeby się poczuć tę dziwność, żeby odmalować ogarniającą bohaterów zgrozę. Epilog trochę tu pomaga, dodaje do mieszanki szczyptę egzystencjalnej zgrozy (bardzo lovecraftowskiej), ale chciałoby się tego więcej, dużo więcej.

 

Minusy bardziej rozbudowane niż plusy, jednak tekst oceniam pozytywnie. Czytałem go z przyjemnością. Na przyszłość (bo gorąco liczę na to, że prequel faktycznie powstanie), zwolnij tylko trochę. Daj mi czas się przestraszyć.

 

Na koniec dwa nawet nie czepy, co dziwne pytania.

Czemu w finale stwory były widoczne, skoro normalnie ich nie widzimy?

I jaki dźwięk wydawały, zanim wynaleziono zegary? :P

 

Cześć!

Uwielbiam Lovecrafta więc musiałam zajrzeć po zerknięciu na wstęp :) I się nie rozczarowałam, choć jest parę rzeczy do których się przyczepię, ale opowiadanie jest bardzo udane.

Zacznę od plusów, niżej kilka czepów, ale żaden nie jest jakiś drastyczny, raczej drobnostki.

Po pierwsze: naprawdę gratulację za zbudowanie klimatu amerykańskiego miasteczka – pierwsza część opowiadania bardzo filmowa, tj. podobna do wielu filmów grozy (nowy dom, miła sąsiadka), ale w sumie uważam, że to plus i dobry zabieg. Dzięki temu od razu zwizualizowałam to sobie w głowie i poczułam klimat. A oddanie go wcale nie jest łatwe, przynajmniej takie aby było wiarygodne, a nie sztuczne. 

Bohater dość łatwo dawał się zbijać z tropu Nat, ale kupuję to po życiu i pracy z ojcem despotą. Zaskoczyło mnie zakończenie i demony pożerający czas, szczególnie, że były ich dwa i Derek płacił dług dziadka. To chyba najmocniejszy element opowiadania.

Co do czepów, to chyba głównie mam zastrzeżenia do tempa – Nat szybko zaprzyjaźniła się z Derekiem (nawet bardzo), wiele dość szczęśliwych zbiegów okoliczności (magazyn, mapa, koparka tego samego dnia), ale biorę poprawkę na limit (spokojnie można by to opko wydłużyć do 50-60k). 

Trochę mało było tu dla mnie Nat i jej charakteru – przedstawiłeś ją jako flirciarę (a przynajmniej pod tym kątem się mocno wybija), co dla mnie jako kobiety jest jednak niewystarczające. Nie znoszę takiego przedstawiania bohaterek i to mój subiektywny czep (zwłaszcza, że flirtuje niemal od 1 sekundy spotkania – dlaczego? taka jest? on taki przystojny?) .

Przyczepię się też pierwszego akapitu – strasznie, ale to strasznie długie zdania, multum informacji i nazw własnych. Można się dobić szczerze mówiąc, więc chyba radziłabym nie pakować tyle w jeden akapit, szczególnie ten otwierający opowiadanie.

 

Podsumowując jednak: opowiadanie bardzo dobre, zasługuję na nominację do piórka i to też idę uczynić w odpowiednim wątku.

 

– Dzięki. Słodki jesteś, wiesz? Może nawet jak to ciasto.

Chłopak zaczerwienił się jak podrostek, słysząc komplement z ust dopiero co poznanej kobiety, której uroda powodowała u Dereka plątanie się języka i przyjemne drżenie nóg.

dla mnie bardzo nie :( od razu czymś takim?

 

Na razie korzystał z taksówek i komunikacji miejskiej, własne cztery kółka planując kupić z oszczędności, które zostaną po załatwieniu pilniejszych wydatków.

trochę tu powątpiewam, bo w takich małych miasteczkach prawie komunikacja nie istnieje, a taksówki są drogie, bardziej wiarygodne byłoby gdyby jednak auto miał

 

Nat Kinkaid była nie tylko piękna, ale potrafiła również nieźle gotować. Przyniesiona przez nią lazania była najlepszą, jaką Derek jadł w życiu. Nawet w drogich włoskich knajpkach w Columbus, w których często bywał w trakcie studiów na Austin. E. Knowlton School of Architecture, kucharze nie potrafili oddać włoskiego charakteru tego dania. Choć możliwe, że nie była to kwestia samego smaku, ale towarzystwa.

Po kolacji Derek podłączył laptopa do telewizora i obejrzeli razem jeden z nowszych blockbusterów, wypełniony akcją, lukami fabularnymi oraz mnóstwem postaci w spandeksowych uniformach.

Tu wykresliłabym imię bohatera bo w sumie dla mnie zupełnie jasne było o kim mowa.

 

– Tak. Nie będziesz sam siedział w biurze, ja też nie dam rady zasnąć, podwiozę cię. I zrobimy coś jeszcze. Mój tato jest dyrektorem biblioteki miejskiej. Skoczę do domu, wezmę jego klucze. Sprawdzimy roczniki gazet, może uda nam się znaleźć coś o tym Bowerze.

Tutaj akcja zaczęła jak dla mnie zbyt szybko galopować. Mamy jakiś lekki, niepokojący szczegół, coś jest nie tak i bam od razu całe śledztwo. Zakładam, że tu jednak limit zrobił swoje.

Nowa Fantastyka