- Opowiadanie: Corrinn - Przeklęta wieś

Przeklęta wieś

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Przeklęta wieś

Na wschód od Sosnowca, w okolicy szarej i wynędzniałej, mieści się podupadła wioska, przypominająca układem dróg i ścieżynek rozległą pajęczynę. Mało kto, zapuszczając się po zmroku w gęstwinę owego labiryntu, potrafiłby o własnych siłach odnaleźć drogę powrotną, tym bardziej że tutejsze latarnie dają więcej mroku niż światła, a zdradzieckie rowy melioracyjne kryją tajemnice, których żaden śmiertelnik wolałby nie zgłębiać. Domostwa z zaćmą w oknach podobne są bardziej upiorom niż zamieszkanym budowlom. Mgła unosząca się nad łąkami przywodzi na myśl toksyczne opary i pod wieloma względami taka właśnie jest. Ogłupiałe psy na łańcuchach wyją do księżyca, czekając na swój marny posiłek. W powietrzu unosi się zawsze ten sam specyficzny odór.

Nie wiem, co podkusiło mnie, aby wyruszyć w samo serce tej paskudnej czeluści, na myśl o której mój umysł okrywa woal najprawdziwszej zgrozy. Przeczytałem o niej w pewnym zakurzonym przewodniku i od tej chwili ogarnęła mnie chora żądza poznania miejsca, z którym większość nie chciałaby mieć nic wspólnego. Z dnia na dzień porzuciłem spokojne życie uniwersyteckie, rodzinę i przyjaciół. Wsiadłem do zatęchłego autobusu linii piętnastej, po czym przesiadłem się do rozklekotanego busa, którego największą zaletą było to, że jeszcze jeździł. Być może kierowała mną chęć przygód albo zwykła ludzka ciekawość? A może sądziłem, że ukryto tam skarb, którego zdobycie zapewni mi szczęśliwe i dostatnie życie? Nic z tych rzeczy. Coś stamtąd nie dawało mi spokoju.

Bus zatrzymał się pod spróchniałym dębem, którego podziwiałem za to, że jeszcze nie upadł na jezdnię. Zapłaciłem brudnymi monetami, nie chcąc urazić uczuć kierowcy, którego ziemista skóra dawała oznaki potężnego zaniedbania.

– Cieszę się, że przeżył pan z nami tę podróż – powiedział, a ja odniosłem wrażenie, że jego słowa mają głębszy sens. – Zaklinam jednak, niech pan tam nie idzie. Za kolejnym znakiem drogowym przebiega granica administracyjna wsi. Nie widziałem jeszcze, aby ktoś stamtąd wrócił. Nikt nigdy nie czeka na tym przystanku, aby pojechać z powrotem.

Machnąłem ręką i odszedłem, czując, że kierowca uważnie mnie obserwuje. Minąłem znak, nie zastanawiając się nawet, co na nim było napisane. Widziałem też pękniętą tabliczkę „Witamy w gminie…”, lecz dalszy napis był nieczytelny. Zegarek, który miałem na ręce, wskazywał godzinę szóstą. Zatem do zmroku pozostały jeszcze dwie godziny. Chciałem wykorzystać ten czas jak najlepiej.

Przeszedłem obok zmurszałego pomnika. Spodziewałem się ujrzeć rzeźbę przedstawiającą jednego z bohaterów narodowych albo utalentowanego artystę, lecz zamiast tego ujrzałem kształt, który przeraziłby największego śmiałka. Sześć odnóży stwora wiło się wokół obelisku, na którym wyryto najbardziej bluźniercze runy, jakie zdarzyło mi się widzieć. Odwróciłem wzrok, czując, że mógłbym oszaleć od wpatrywania się w ślepia tego obrzydliwego monstrum. Człowiek, który je stworzył, na pewno nie był zdrów na umyśle.

Po plecach przebiegł mi dreszcz wstrętu, lecz zbliżające się domostwa karmiły moją ciekawość, jak trutka żywi szczury, zanim zdechną. Chaty, a raczej nędzne szałasy, były takie, jak opisywano je w przewodniku. I jeszcze paskudniejsze. Bardzo chciałem zaczepić kogoś z lokalnych mieszkańców, by zasięgnąć języka o historii tego miejsca, ale wioska wydawała się opustoszała. W końcu udało mi się spotkać dwóch pijaczków, siedzących na ławce. Jakże przeraziłem się, gdy zauważyłem, że oni nie tyle siedzą na ławce, ile są w nią wrośnięci. Zawahałem się, lecz jeden z prostaczków podniósł na mnie wzrok. Przekrwione oczy o niemal białej tęczówce wyglądały na puste, a jednak gdzieś wewnątrz nich kryła się dusza żywego człowieka.

Pijak przemówił tak chrapliwym głosem, że nie od razu byłem w stanie zrozumieć, co mówi.

– Pomóż nam.

Wynędzniałym, anorektycznym ciałem wstrząsnęły krótkie drgawki, które obudziły drugiego pijaczka.

– Nie wyglądasz na tutejszego – ozwał się. – Masz zdrową cerę.

Nie chciałem się tłumaczyć ze swojego pochodzenia. Nie miało to teraz znaczenia. Oni mogli mieć wiedzę, a ja musiałem wyciągnąć z nich jak najwięcej.

– Opowiemy ci wszystko, co chcesz. Ale musisz nam pomóc – powiedział pierwszy z pijaczków.

– Co mogę dla was zrobić? – zapytałem, próbując mówić odważnie, ale głos zupełnie mi się załamał.

– Przynieś nam wódkę – powiedział drugi nieznajomy – Sklep jest nieopodal, na wprost pomnika. Tylko uważaj na niebezpieczeństwo, jakie się tam czai.

– Jakie niebezpieczeństwo? – Pytając o to, poczułem niemiły ucisk w żołądku.

– Uważaj na siebie – odpowiedzieli chóralnie i znów zapadli w głęboki sen.

Wróciłem zatem do pomnika, nie bez ociągania, a przy tym starałem się nie patrzeć w kierunku potwora. Zdumiałem się, bo wcześniej nie zauważyłem tam sklepu. Otwarłem ciężkie drzwi, które zaskrzypiały przeraźliwie, budząc we mnie wspomnienia najgorszych koszmarów. Ze zgrozą odkryłem, że jest tu prawie zupełnie ciemno, tak ciemno, jak gdyby mrok zmaterializował się tu w najbardziej obślizgłej i wręcz dotykalnej formie. Szyby nie tylko przepuszczały mniej światła niż beton, ze względu na kurz i brud, jaki je pokrywał, ale dodawały całemu pomieszczeniu paskudnego charakteru, niby czarny witraż w kaplicy pogrzebowej.

W kącie pomieszczenia stało krzesło. Spoczywała tam kobieta. Gdy podszedłem do lady sklepowej, wstała i zapaliła lampę naftową. W słabym, jakby nieśmiałym świetle zobaczyłem jej twarz i ręce. Krzyknąłem, były bowiem częściowo porośnięte czymś, co nie mogło być niczym innym, jak tylko mchem.

Poczułem, że żołądek podchodzi mi do gardła, a w ustach zbiera się posmak żółci. Odwróciłem wzrok, nie chcąc zwymiotować na podłogę, tymczasem kobieta, jak gdyby nie zauważyła mojego wybuchu paniki, zapytała:

– Jesteś stąd?

– Nie – odpowiedziałem, wiedząc, że popełniam błąd.

– Czym mogę służyć?

– Potrzebuję wódki.

– Dla tych dwóch degeneratów? Oni już nie żyją, nie musisz się nimi przejmować. Zmarli nic ci nie powiedzą.

Słowa sprzedawczyni mocno mnie zaskoczyły, ale uznałem je za żart.

– Nie, dla mnie – skłamałem.

– Nie wyglądasz na kogoś, kto pije nektar z R’lyeh.

Nazwa, którą wyrzekła sprzedawczyni, niewiele mi mówiła, jednak na dźwięk zgłosek, które musiały zostać wymyślone przez potępionego lingwistę, moje nadwerężone i tak nerwy zostały ponownie wystawione na próbę.

– Wezmę dwie butelki – powiedziałem, puszczając poprzednią uwagę mimo uszu.

Ekspedientka podała mi zamówienie. Dwa zatęchłe naczynia, na etykiecie których widniało przedstawienie stwora z pomnika. Poniżej dość mocno wytarty napis Made-in. Zapewne jakiś nieznany mi demon.

– Czy mogę wiedzieć, co to za istota, która znajduje się na etykiecie butelki? – zapytałem, spodziewając się, że teraz dowiem się czegoś więcej.

Kobieta poruszyła się niespokojnie.

– Chwileczkę – szepnęła niespodziewanie syczącym głosem. Zaraz potem udała się na zaplecze i długo nie wychodziła. Powstrzymałem w sobie chęć wzięcia butelek i wyjścia. W końcu nie wiedziałem jeszcze, ile muszę zapłacić.

 

*

 

Stałem tam, niby we wnętrznościach ohydnego stwora, przyglądając się bluźnierczym artefaktom na półkach, których największą zaletą było to, że w ciemnościach słabo je widziałem. Moja dusza, rozerwana na dwoje przez ciekawość i przestrach, graniczący z obłędem, zatoczyła koło po rondzie szaleństwa, szukając bezpiecznego zjazdu, a znajdując jedynie podszepty samotnej udręki, zwielokrotnione przez wszechogarniającą zgrozę, malowaną czarną farbą we wspomnieniach dzieciństwa, gdy jako mały chłopiec marzyłem o jagodowym lizaku, szukając późnym wieczorem otwartego sklepu z łakociami, a znalazłszy go, przestępując próg świątyni boskiej otyłości, kaplicy słodkiej pokusy, magicznego gmachu wszelakiej lukrowanej przyjemności, odkryłem z niepojętym wstrętem, że pozostały jedynie truskawkowe, ale nie radośnie truskawkowe, z nutą owocowej eksplozji, lecz truskawkowe haniebnie i szyderczo, niby lody z rozwodnionej mazi, szlamu o zapachu zdechłego szczura, który być może zjadł kiedyś truskawkę, lecz było to wieki temu, w czasach, gdy truskawki nie były jeszcze znane na szeroką skalę, a soki trawienne zwierzęcia tak głęboko wżarły się w składniki odżywcze owego owocu, że pozostały z nich jedynie śladowe ilości soi i orzechów arachidowych, dlatego też było mi niedobrze, a wspomnienie tego pokarmu przyprawiło mnie o nudności tym większe, że na półkach mechatej sprzedawczyni stały lizaki jeszcze bardziej obrzydliwe.

Kobieta wreszcie wróciła, niosąc ze sobą księgę starszą niż koszmary, zjedzone przez mole tomiszcze, którego największą zaletą było to, że nie potrafiłem odczytać cyrografów tam zapisanych. Kobieta spojrzała mi w oczy i wtedy dopiero zrozumiałem, że pomimo nieprzeniknionej ciemności widzę ją wyraźnie, niby opalizującego potwora na dnie przedwiecznego morza. Gęsia skórka, jaka wstąpiła na mnie, wydawała się nie znikać jeszcze przez wiele dni od tego wydarzenia, a samo wspomnienie kobiety pozostało ze mną do końca życia.

– Wpisz się do księgi gości, zanim wyjdziesz – rzekła, podając mi pióro ze stalówką umoczoną w czymś, co od biedy można było nazwać ekskrementami chorej kałamarnicy.

Spojrzałem na otwartą księgę i w tym samym momencie owionął mnie odór papieru starszego niż pismo. Zupełnie jakby wszystkie szamba świata wybiły jednego dnia na tej samej ulicy. Wiedziony zgubną ciekawością dotknąłem tego plugastwa, czując pod palcami największą oślizgłość, jaką dane mi było dotknąć w całym moim życiu. Wziąłem do ręki pióro prehistorycznego zwierzęcia i nakreśliłem naprędce kilka słów, aby czym prędzej zakończyć to okropne doświadczenie.

Kobieta zamknęła księgę. W powietrze wzbił się tuman gryzącego w oczy kurzu.

– Ile płacę? – zapytałem, znudziwszy się już czekaniem, a nade wszystko zapragnąłem pooddychać mniej szkodliwym powietrzem.

– Już nic. Możesz iść.

Nie zdziwiło mnie to, tylko lekko zakłopotało. Wziąłem jednak butelki i wyszedłem, próbując ich nie upuścić, tak śliskie i niematerialne jawiły się w moim odczuciu. Na podwórzu robiło się ciemno, pozostało mi eksplorować szybciej, jeśli chciałem dowiedzieć się czegokolwiek przed nocą. Przeklinałem siebie za to, że w wielkim pośpiechu, jaki towarzyszył rozpoczęciu mojej wyprawy, nie wziąłem latarki ani nawet zapałek.

Pijaczkowie spali na swojej ławce. Gdy podszedłem bliżej, obudzili się i wyciągnęli drżące dłonie w kierunku butelek, tak przyziemne i pospolite zachcianki kierowały ich życiem!

Wypili po łyku, który, jak mi się wydawało, trwał całą wieczność.

– Chyba nie wpisywałeś się do k s i ę g i? – zagadnął jeden z pijaczków, gdy ugasił już pragnienie.

– Co to ma do rzeczy. Mieliście opowiedzieć mi o historii tego miejsca.

Oni jednak śmiali się ze mnie. Wybuchnęli chichotem tak nieludzkim i przeraźliwym, jakby to nie był dźwięk, a onomatopeja chaosu. W końcu zamilkli, tak nagle, jak telewizor, któremu wyłączono dźwięk.

– Jesteś przeklęty. Nie chcemy cię widzieć.

Po tych słowach usnęli i nie mogłem ich dobudzić.

 

*

 

Serce zatrzymało mi się w chwili, gdy posłyszałem ową groźbę, która była zarazem tak nienaturalna i prawdziwa. Zacząłem biec w kierunku przystanku, szybciej niż wiatr, a na pewno prędzej niż jeździł bus, którym chciałem wrócić do domu.

Jakież było moje przerażenie, jakaż zgroza osiadła mi na barkach i przygwoździła do ziemi, gdy pojąłem, że sieć uliczek i zaułków nie kończy się, a ewoluuje. Im dłużej szukałem wyjścia ze wsi, tym bardziej osaczała mnie z każdej strony. Nie chciałem umierać w takim miejscu.

Nagle poczułem czyjąś dłoń wczepioną w moje ramię. Odwróciłem się, a moim oczom ukazał się widok, którego wspomnienie skłoniłoby do seppuku nawet najmniej honorowego samuraja. Nie był to człowiek, a drzewo, zaś dłoń wczepiająca się we mnie, nie była ludzką dłonią, a gałęzią. Nie to było najgorsze. W korę drzewa powbijane były sztylety, z bluźnierczymi runami na rękojeściach, jarzącymi się demonicznym blaskiem, jeśli można tak nazwać tę wynaturzoną parodię światła. Ale i to nie było najgorsze. Najokropniejsze, najbardziej uwłaczające humanizmowi i naturze było to, że z korony monstrum, bo jakże inaczej nazwać tę botaniczną wywłokę, zwisały bezwiedne ludzkie ręce, różowawe w poświacie zachodzącego słońca.

Wyrwałem się potworowi, a krew ściekała mi po plecach z rozciętego barku. Nie miałem dokąd ujść, bowiem jakakolwiek forma ucieczki skazana była na klęskę. Mimo to biegłem, co kilka minut mijając tę samą ławkę ze śpiącymi pijaczkami, aż zabrakło mi tchu. Jeśli ta beznadziejna wieś znajduje się w wielowymiarowej przestrzeni, musiałem zgubić goniące mnie straszydło gdzieś po drodze, gdyż oprócz walających się po ziemi butwiejących liści i obciętych paznokci, nie znalazłem innych dowodów bytności tej istoty.

Rana na barku zaczęła intensywnie ropieć. Modliłem się w myślach, ale ta wieś została opuszczona przez Boga. Szaleństwo, jakie mnie ogarniało, zamroczyło mi umysł. W porywie wszechogarniającej rozpaczy usiadłem na ziemi, pazurami kopiąc sobie grób, którego największą zaletą miało być to, że tam nikt mnie nie znajdzie. Zdarłem paznokcie do krwi, lecz kopałem dalej. Pięć kapsli od piwa, stara puszka i klucz, do którego brakowało mi jednak pasujących drzwi. Przestałem myśleć racjonalnie, wziąłem więc te pospolite przedmioty, wyszedłem z dołu i wparowałem z powrotem do sklepu.

– Skąd to masz? – zapytał mnie mech, który jeszcze godzinę temu był częściowo kobietą.

– Wykopałem. Wykopałem z tej waszej przeklętej ziemi. Wydostań mnie stąd. Zniszcz księgę. Zniszcz ją.

Mech pokiwał górną częścią zarośniętego ciała, tam, gdzie powinna być głowa.

– Kapsle nie mają żadnej wartości. Puszka to złom, ale klucz…

Po chwili niezręcznej ciszy potwór stwierdził:

– Oddaj mi go, a zniszczę księgę.

Wtedy zrozumiałem, że nie mogę oddać klucza. Nie mogę oddać go za żadne skarby świata, nie mogę go oddać, choćby mieli torturować mnie przez całą wieczność, nawet wtedy, gdyby zależało od tego moje nędzne życie.

Wypadłem za drzwi, chwilę przed tym, jak przeleciało przez nie kilka noży kuchennych, tak ostrych, że mogłyby przeciąć na dwoje myśl.

Ogarnęła mnie przeraźliwa rozpacz.

I wtedy je zobaczyłem.

 

*

 

Wielkie, z drewna starszego niż prehistoryczne paprocie, być może starszego niż wszechświat, w którym żyjemy. Oto drzwi do innego świata. Czytałem o nich w przewodniku, kwestionowałem ich istnienie, a one niemal rzucają mi się w ramiona. Prawie nieprzytomny włożyłem klucz do zamka i przekręciłem.

Wybuch czegoś pomiędzy światłem a ciemnością, a zarazem niemającego prawa egzystować na tym świecie, powalił mnie na plecy. Usłyszałem głos, dochodzący zewsząd.

Mjó a Pien, jśste mey odg słuu!

 

*

 

Do profesora Horacego Stopki

 

19 listopada 2015 roku

 

Szanowny panie profesorze!

Nie jestem w stanie wyrazić wdzięczności, że zgodził się pan zająć sprawą niecierpiącą zwłoki. Historia sprzed trzech lat nie daje mi spokoju do tego stopnia, że skłonny jestem obdarować całym swym majątkiem każdą dobrą dusze, która ulży w cierpieniach, nie tyle wysłuchując troski, jakimi obdarzyła mnie przeszłość, a podając w wątpliwość ich prawdziwość na tyle, abym sam mógł w nie zwątpić. Od wielu miesięcy cierpię na poważne urazy głowy powodowane myślami, które sprawiają mi fizyczny ból, choć może wydawać się to mało prawdopodobnym uzasadnieniem.

Całą historię, jaka wówczas się przydarzyła, załączam w drugim liście, który wysłałem oddzielnie, aby papier, który trzyma pan obecnie w dłoniach, nie zdążył przeniknąć zgnilizną słów, których zmuszony byłem użyć, aby opisać tamte wypadki.

Oni tu są, aczkolwiek może wydawać się to wyssaną z palca teorią szaleńca. Nawet teraz gdy wyglądam przez okno, widzę na szybie oddech któregoś z nich.

Odkąd znaleziono mnie na chodniku i wysłano do szpitala, najpierw zwykłego, potem specjalistycznego (o specjalizacji tej placówki mówiłem już wcześniej, nie chcę tu powtarzać wstydliwego, nieistotnego szczegółu), moje życie rozsypuje się jak domek z kart. Żona wyprowadziła się albo ją zabito, nie jestem w stanie tego stwierdzić, ponieważ nie wiem, gdzie szukać pomocy.

Dlatego zgłaszam się do pana, aby przyjrzał się pan temu, co nie zostało jeszcze zbadane przeze mnie, gdyż nic tak nie koi nerwów, jak uświadomienie sobie, że nie jest się jedynym szaleńcem na tym świecie.

Bardzo proszę, jeśli nie możemy uratować nas samych, uratujmy choć przyszłe pokolenia, ale poprzez metody naukowe, empiryczne. Poczyniłem już pewne kroki. Kamery są w całym domu, ale nie udało mi się dotąd odkryć prawdziwego oblicza zagrożenia, które mnie prześladuje. Być może kto inny dokona tego odkrycia, mając na to niezbite dowody, ja mam tylko własne słowa oraz ślad na ramionach, który nie chce się zabliźnić.

Czuję się, jakbym trwał w zamkniętym kole, a listy, które czasem dostaję od pana, stanowią dla mnie objawienie myśli, które są tak scalone z tymi, które podpowiada mi podświadomość, jakby były lustrzanym odbiciem mojej duszy.

To wszystko, co na obecną chwilę chciałem panu przekazać,

 

z poważaniem

 

prof. Horacy Stopka

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Najpierw skopiowałam sobie cytat, który setnie mnie rozbawił:

 

Cieszę się, że przeżył pan z nami tę podróż – powiedział, a ja odniosłem wrażenie, że jego słowa mają głębszy sens.

Jednakże potem pojawiło się ich tyle, że musiałabym… skopiować i wkleić tutaj całość! laugh

Doskonale oddany klimat, lekkość w porównaniach, jakie czyta się z rozbawieniem, poczucie humoru naprawdę znakomite. laugh

Gratuluję, zazdroszczę Ci bardzo takiego talentu przy pisaniu opowiadań, owianych tzw. czarnym humorem. 

Swoją drogą, muszę bardzo uważać, wszak opisane miejsca, to prawie moje okolice! laugh

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Dziękuję bruce,

starałem się połączyć czarny humor z narracją nie tyle lovecratowską, co wręcz nadnaturalnie kwiecistą, sięgając granic absurdu. Cieszę się, że te długie zdania Cię nie odrzuciły. Moim głównym celem była tu właśnie parodia, choć zazwyczaj piszę w zupełnie inny sposób. :)

Pozdrawiam!

Cała przyjemność po mojej stronie, swoje zamierzenie zrealizowałeś w 200%! :)

Pecunia non olet

Cześć!

 

Bardzo mi się podobało Twoje opowiadanie, jest niesamowite. Połączyłeś jednocześnie horror i absurd w sposób niezwykle plastyczny i przeplatasz je z niesamowitą gracją. Momentami czuć grozę, a w innych to prawdziwa parodia. Z klimatów Lovecrafta to ja tu widzę na pewno plugawość zła, autobus od razu mi się skojarzył z tym kursującym do Innsmouth, no a pomnik to wiadomo z czym. Zadania budujesz długie, ale są płynne. Niczego do końca nie wyjaśniasz i pozostawisz tu dużo niepewności. Do biblioteki zgłaszam natychmiast, bo jestem pod wrażeniem :).

Wsiadłem w zatęchły autobus linii piętnastej, po czym przesiadłem się do rozpadającego się busa, którego największą zaletą było to, że jeszcze jeździ.

jeździł

Minąłem znak, nie zastanawiając się nawet, co na nim pisze.

było napisane

Oni mogli mieć wiedzę, a ja musiałem dowiedzieć się czegoś więcej.

– Opowiemy ci wszystko, co chcesz wiedzieć. Ale musisz nam pomóc – powiedział pierwszy z pijaczków.

Moja dusza, rozerwana na dwoje przez ciekawość i przestrach, graniczący z obłędem, zatoczyła koło po rondzie szaleństwa, szukając bezpiecznego zjazdu, a znajdując jedynie podszepty samotnej udręki, zwielokrotnione przez wszechogarniającą zgrozę, malowaną czarną farbą we wspomnieniach dzieciństwa, gdy jako mały chłopiec marzyłem o jagodowym lizaku, szukając późnym wieczorem otwartego sklepu z łakociami, a znalazłszy go, przestępując próg świątyni boskiej otyłości, kaplicy słodkiej pokusy, magicznego gmachu wszelakiej lukrowanej przyjemności, odkryłem z niepojętym wstrętem, że pozostały jedynie truskawkowe, ale nie radośnie truskawkowe, z nutą owocowej eksplozji, lecz truskawkowe haniebnie i szyderczo, niby lody z rozwodnionej mazi, szlamu o zapachu zdechłego szczura, który być może zjadł kiedyś truskawkę, lecz było to wieki temu, w czasach, gdy truskawki nie były jeszcze znane na szeroką skalę, a soki trawienne zwierzęcia tak głęboko wżarły się w składniki odżywcze owego owocu, że pozostały z nich jedynie śladowe ilości soi i orzechów arachidowych, dlatego też było mi niedobrze, a wspomnienie tego pokarmu przyprawiło mnie o nudności tym większe, że na półkach mechatej sprzedawczyni stały lizaki jeszcze bardziej obrzydliwe.

To jest zdecydowanie najdłuższe zdanie jakie czytałam :) i do tego mnie rozbawiło. Jeszcze się z takim opisem smaku lizaków nie spotkałam. Naprawdę potrafisz się pobawić słowem.

Na podwórzu robiło się ciemno, musiałem zatem pośpieszyć się, jeśli chciałem dowiedzieć się czegokolwiek przed nocą.

– Chyba nie wpisywałeś się do k s i ę g i? – zagadnął jeden z pijaczków, gdy zgasił już pragnienie.

ugasił

Wybuchnęli chichotem tak nieludzkim i przeraźliwym, jakby to nie był dźwięk, a onomatopeja chaosu. W końcu zamilkli, tak nagle, jakby ktoś wyłączył dźwięk w telewizorze.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Alicella

niezmiernie cieszą mnie Twoje słowa :) Poprawiłem powtórzenia. Los tak chce, że autor opowiadania, czytając je po raz enty, nie widzi tego, natomiast czytelnikowi łatwiej wyłapać takie potknięcia, bo czyta tekst po raz pierwszy.

A tak obawiałem się opinii, ale chyba nie będzie źle :D

Pozdrawiam serdecznie!

 

Corrinn, moim zdaniem zdecydowałeś się na bardzo odważne połączenie i pewnie nie wszystkim się to spodoba, ale mnie akurat podpasowało. Powiem Ci, że zastanawiałam się, czy lepszy byłby ten tekst na poważnie, ale po namyśle stwierdziłam, że ten absurd tu pasuje w pewien pokręcony sposób. List na końcu też robi dobrą robotę. Widząc tag choroba psychiczna trochę się zmartwiłam, że ten tekst będzie jakimś opisem zwidów, ale na szczęście tak się nie stało.

Przeczytałam to opowiadanie jednym tchem, a potem jeszcze raz, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło. 

Gęsia skórka, jaka wstąpiła na mnie, wydawała się nie ustępować jeszcze przez wiele dni od tego wydarzenia, a samo wspomnienie kobiety pozostało ze mną do końca życia.

I jeszcze to zdanie jest trochę niezgrabne.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Wieś na wschód od Sosnowca?! Bój się Boga, gdzie się ten bohater szwenda! I to jeszcze wpisuje się do księgi gości… Nic dziwnego, że spadło na niego przekleństwo.

Trochę zabrakło mi lelków kozodojów…

Ale ogólnie – całkiem sympatycznie… :D

Heh, no szwenda się, szwenda, ja bym nie miał na to odwagi :)

Dziękuję za Twój komentarz, silver_advent

Cześć!

 

Świetny humor przede wszystkim. Parsknąłem konkretnie kilka razy. Końcówka rozwaliła system. Grozy nie odnotowano, ale było naprawdę zabawnie.

Opisy i stylizowane długie zdania wyszły znakomicie. Lizaki rządzą. :D

Niezwykle udana parodia zatem.

 

Zawahałem się, lecz jeden z prostaczków podniósł na mnie wzrok.

To słowo trochę mi zgrzyta, chyba że to też element zgrywy. ;-)

 

Wypadłem za drzwi, chwilę przed tym, jak przeleciało przez nie kilka noży kuchennych, tak ostrych, że mogłyby przeciąć na dwoje myśl.

Szyk mi deczko nie pasi, ale spokojnie, to tylko sugestia: Wypadłem za drzwi, chwilę przed tym, jak przeleciało przez nie kilka noży kuchennych, tak ostrych, że mogłyby przeciąć myśl na dwoje.

 

, a poddając w wątpliwość ich prawdziwość na tyle, abym sam mógł w nie zwątpić.

 

, a podając w wątpliwość ich prawdziwość na tyle, abym sam mógł w nie zwątpić.

 

Dlatego zgłaszam się do pana, aby przyjrzał się pan temu, co nie zostało jeszcze zbadane przeze mnie, gdyż nic tak nie koi nerwów (+,) jak uświadomienie sobie, że nie jest się jedynym szaleńcem na tym świecie.

 

Pozdrawiam i zgłaszam do zbioru B!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Cześć FilipWij

 

Dzięki za komentarz oraz bibliotekę :D

Fajnie, że Ci się spodobało. Część rzeczy, o których napisałeś, poprawiłem, przy szyku jednak zostanę.

Witaj Corrinn !!!

 

Nie czytałem wcześniejszych komentarzy ale jestem przekonany, że są pozytywne. Opowiadanie bardzo mi się spodobało! Było w nim wiele bardzo fajnych pomysłów. Zaciekawiło mnie i dało mi satysfakcję :) A teraz zobaczę co napisali inni.

 

Pozdr.

 

 

Jestem niepełnosprawny...

Hej dawidiq150

 

Cieszę się, że tak mówisz :)

Pozdrawiam!

Zabawna parodia Lovecrafta i polskiej wsi. W fajny sposób połączyłeś te dwie rzeczy.

Nie przepadam za Lovecraftem, więc każda kpina z jego twórczości ma plusa na starcie.

Kojarzy się elegancko i mocno – plugawa sztuka na wstępie, a potem już z górki. Oczywiście, bohater cudem przeżył i ostrzega ludzkość. I nawet jakaś kopia Necronomiconu wystąpiła. :-)

Babska logika rządzi!

Świetne opowiadanie. Bardzo przyjemnie się czytało, a niektóre momenty rozbawiły mnie niemal do łez (co jest prawie niemożliwe). 

Jestem pod wrażeniem tych rozbudowanych, kwiecistych zdań.

Zabawna parodia Lovecrafta i polskiej wsi. W fajny sposób połączyłeś te dwie rzeczy.

Dziękuję JPolsky, fajnie, że taki miks Ci odpowiada.

 

I nawet jakaś kopia Necronomiconu wystąpiła. :-)

To nie kopia, tylko prototyp. :D

Dzięki Finkla, za odwiedziny!

 

Nayane

Bardzo mi miło. Cieszę się, że tekst Cię rozbawił. ;)

Porządna parodia. Świetnie oddająca klimat opowiadań parodiowanego autora, w dodatku obficie nasączona zacnej jakości humorem. A choć za twórczością rzeczonego pisarza nie przepadam, to Twoją Przeklętą wieś, Corrinnie, czytało się całkiem fajnie. ;)

 

Z dnia na dzień po­rzu­ci­łem spo­koj­ne życie uni­wer­sy­tec­kie, ro­dzi­nę i naj­bliż­szych przy­ja­ciół. → Czy to znaczy, że z dalszymi przyjaciółmi nadal utrzymywał kontakty?

 

Wsia­dłem za­tę­chły au­to­bus… → Wsia­dłem do za­tę­chłego au­to­busu

 

Prze­sze­dłem obok zmur­sza­łe­go po­mni­ka. → Czy to był drewniany pomnik?

Za SJP PWN: murszeć  1. «o drewnie: ulegać rozkładowi» 2. «o ideach, poglądach itp.: stawać się nieaktualnym, anachronicznym»

 

W kącie bu­dyn­ku stało krze­sło. → Raczej: W kącie pomieszczenia/ sklepu stało krze­sło.

 

Gdy pod­sze­dłem do lady skle­po­wej… → Zbędne dopowiedzenie – wiadomo, że bohater jest w sklepie.

 

na ety­kie­cie któ­rych wid­nia­ło przed­sta­wie­nie stwo­ra z po­mni­ka. → Piszesz o dwóch butelkach, więc i etykiety były zapewne dwie: …na ety­kie­tach któ­rych wid­nia­ł wizerunek stwo­ra z po­mni­ka.

 

nie tyle wy­słu­chu­jąc tro­ski, ja­ki­mi ob­da­rzy­ła… → …nie tyle wy­słu­chu­jąc tro­sk, ja­ki­mi ob­da­rzy­ła

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję regulatorzy za odwiedziny! :)

Hej, hej,

 

no, grubo poszedłeś :) Ja bym powiedział nawet, że to nie do końca parodia, a ironia – dużo subtelniejsza forma.

Wpleść humor do weird fiction? Cholernie trudno, a Tobie się udało, chylę czoła :)

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Nie w moim stylu, ale robi wrażenie. 

Zabawne i plastyczne.

BasementKey, Ambush

Dziękuję :)

Lizaki były piękne, pijaczki też, do tego rooozbudowane zdania, przeklęte runy, najmniej honoowy samuraj i jeszcze parę smaczków. Grozy nie poczułam, ale parę razy zdarzyło mi się parsknąć śmiechem. Słowem: Udało Ci się stworzyć świetną parodię :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Udana parodia.

Z jednej strony jest klimat. Czuć tutaj Lovecrafta, umiejętnie budujesz te zdania, gdyby to trochę pozmieniać mogłoby spokojnie uchodzić za klasycznie weirdową próbę. Ty jednak jednocześnie notorycznie puszczasz do nas oko, odnośników jest mnóstwo i są bardzo miodne. Nie jest strasznie, ale z pewnością inteligentnie i momentami śmiesznie. Szczególnie przypadła mi do gustu opowieść o lizaku oraz te dwa fragmenty:

 

onomatopeja chaosu.

szybciej niż wiatr, a na pewno prędzej niż jeździł bus,

 

Jest zacnie więc klikam.

Irka_Luz

Hm, dzięki za opinię :) Miło to słyszeć.

 

Edward Pitowski

Bardzo mi miło! Cieszę się, że doceniasz te zdania i humor również.

 

Nowa Fantastyka