- Opowiadanie: Finkla - Jak sobie życzysz

Jak sobie życzysz

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Jak sobie życzysz

Czuję, że się zmieniam. Znowu! Chociaż… Już od dawna, gdzieś w głębi siebie, mam dosyć obleśnego kupca Rikarda i wygłaszanych piskliwym głosikiem zachwytów nad jego tłustym bandziochem, który przygniata mnie na każdym popasie. Widocznie on też już się mną znudził, przestało mu zależeć.

Zeskakuję z wozu, podchodzę do wrót stajni i wbijam wzrok w sęczek. Ciemne oczko pełznie w górę. Znowu mam być dzieckiem? Całkiem nieźle, miesiące spędzone w roli zaginionej Katki wspominam przyjemnie. Ale coś się nie zgadza. Biust prawie mi nie maleje, cali w talii przybywa. Suknia z zielonej bawełny zmienia się w burą chłopską sukienczynę z samodziału, mocno zniszczoną. Kto tym razem mnie przejął? Co za dziwadło?

Zagadka rozwiązuje się, gdy z największego budynku wychodzi oberżysta w poplamionym fartuchu. Rzuca mi pełne nadziei spojrzenie, ale najpierw rozgląda się dookoła.

– Pietrek! Gdzieżeś się podział, nicponiu?

Zza węgła pojawia się może dwunastoletni chłopak dźwigający cebrzyk pełen wody. Natychmiast obrywa w ucho.

– Na co czekasz? Wyprzęgaj konie szlachetnych państwa! Prosimy, prosimy do środka! – Teraz głos oberżysty ocieka miodem. – Już każę szykować polewkę i grzać pieczeń. Podać szlachetnemu panu flaszę zacnego wina? – Kłania się przed Rikardem tak nisko, jak tylko pozwala brzuch. – Mam w piwniczce specjały godne podniebienia tak szanownego gościa.

– Dzban piwa dla mnie i dla moich ludzi – odpowiada ochryple kupiec. Nie od dziś wiem, że jego skąpstwo dorównuje chyba tylko chuci.

– Wedle życzenia, wedle życzenia…

Oberżysta truchta do środka, by wydać polecenia, lecz zaraz wraca na podwórko.

– A ta dzieweczka ze szlachetnym panem przyjechała?

– Nie. Ze mną jest moja… – Rikard dopiero teraz zorientował się, że zniknęłam, rozgląda się ze zbaraniałą miną. – Podwiozłem jakąś niebogę, ale musiała zeskoczyć z wozu, kiedym przysnął.

– Proszę do środka. Widać, że szlachetny pan zdrożony, a i słonko rychło zniknie.

Kupiec tylko kilkoma mruknięciami wyznacza, kto ma się zająć zwierzętami, po czym kieruje się do oberży.

– Skąd panienka się tu wzięła? – pyta oberżysta, podchodząc do mnie.

– Tra-traktem przyszłam.

Masz ci los! Nie dosyć, że zostałam nierozgarniętą niedojdą, to jeszcze się jąkam.

– A gdzie matula?

– Jam sie-sie-sierota. – Łzy napływają mi do oczu.

– Niechże panienka nie płacze, toż zaopiekuję się sierotą, nie pozwolę ukrzywdzić! Jak ci na imię?

– Ma-maryś.

– Chodźże ze mną, jadła ci tu nie braknie.

Silne paluchy zaciskają się na moim nadgarstku, oberżysta wlecze mnie do kuchennego wejścia. W środku uwija się kobieta chuda jak szczapa, z wąskimi ustami otoczonymi siateczką zmarszczek. Siwe przetłuszczone kosmyki wymykają się spod czepca.

– Spójrz ino, Jadwiniu, kto do nas trafił. To Marysia, sierota. Głupia, ale jak raz zastąpi tę wywłokę Magdę.

 

***

 

I tak zaczął się mój pobyt w oberży „Trzy Żołędzie”.

Dni mijały szybko, podobne do siebie jak miski polewki. Czasem człowiekowi trafiło się więcej kapusty, czasem brukwi, ale nic nie wyróżniało się wystarczająco mocno, by zapaść w pamięć.

Nie cierpiałam głodu, ale obietnica obfitości jadła pozostała bez pokrycia – więcej dostawałam kuksańców niż chleba.

Chętnie wyrwałabym się jak najdalej od brzuchatego oberżysty i jego kostycznej Jadwini, od ciężkiej pracy przy gotowaniu, podawaniu misek gościom i zmywaniu, ale mój obecny wygląd brzydkiej i niemrawej wiejskiej ofermy nie pociągał nawet najbardziej pijanych klientów.

Niegdyś, na początku klątwy, bardzo obawiałam się tej sytuacji, gdy jakiś mężczyzna zechce, żebym dzieliła z nim łoże. A teraz przywykłam. To po prostu nie jestem ja. Przecież zmieniam się dla każdego. Szybko odkryłam, że nawet ten kawałek błony między nogami odradza się przy każdej przemianie. Nie groziło mi również nieślubne dziecko ani ta choroba, o której bardzo cicho szeptano na dworze ojca. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie chciał bękarta ani kochanki ze wstydliwą boleścią. A że niemal każdy z ochoczo biorących mnie rycerzy, kupców lub wieśniaków wywołuje obrzydzenie? Nie szkodzi. To nie jestem ja, Oangena. To jakaś Małgośka, Jagna albo inna Adelajda. Nie ja.

Ku swemu zdziwieniu wkrótce zatęskniłam do wędrowca, który zabrałby mnie ze sobą jako gaszycę. Ale nikt nie dostrzegał białogłowy w grubej i przygłupiej dziewusze. W najlepszym wypadku mężczyźni szczypali mnie, kiedy stawiałam przed nimi kufle mętnego piwa, a ja musiałam przyjmować te grubiaństwa z zachwyconym piskiem.

 

***

 

Aź wreszcie któregoś dnia…

– Maryś! Idź, utop te przeklęte kociaki w strumieniu pod lasem! I nie guzdraj się, kluski trza zagnieść!

– Już pę-pędzę.

Kocięta zdążyły już urosnąć, są za duże na topienie. Otworzyły im się ślepka, cała piątka ma pierwsze zęby. Ale Ryża wydała je na świat na stryszku, w najciemniejszym kącie, pod starym cebrzykiem czekającym na odwiedziny wędrownego bednarza, gdzie nikt nie zaglądał od miesiąca.

Podniszczony worek waży tyle, co bochen chleba i bez przerwy się rusza, pomiaukując nerwowo.

Przemiana zaczyna się tuż po wrzuceniu zawiniątka do potoku. Jest bardzo gwałtowna, aż ból przeszywa każdy kawałek ciała. Nie zważam na to. Wyjąc bardziej z rozpaczy niż z powodu cielesnego cierpienia, wskakuję do wody i wyciągam worek ciągle jeszcze szamoczący się na powierzchni. Teraz jestem już szczupła i gibka. Bez trudu najpierw wyrzucam kocięta na wysoki brzeg, a potem wyłażę sama. W pochwach przy pasie i na nogach pojawiło się kilkanaście małych lecz ostrych noży. Największym z nich rozcinam sparciałe płótno i wydobywam pięć przemoczonych ale żywych kulek, które natychmiast zaczynają się rozłazić.

Próbuję zgarnąć je do kupy. Przy którymś gwałtowniejszym ruchu odkrywam, że na plecach mam przytroczony łuk i kołczan. Czyli od teraz jestem doskonałą kocią matką – miłującą je ponad wszystko i znakomitą łowczynią. Nigdy dotąd nie pomyślałam, że klątwa obejmuje również bezrozumne zwierzęta. Ich potrzeba musiała być ogromna.

Wbrew obawom to zadanie okazuje niezbyt uciążliwe. Kocięta mają proste wymagania. Przede wszystkim muszę dostarczać im mięsa, ale żyjemy w lesie, w którym nie brak zwierzyny, a ja nigdy nie chybiam. Czy to rzutem noża, czy to strzałą z łuku – potrafię w mig ubić, co tylko zobaczę.

Wiechciami podsuszonej trawy lub kępkami mchu czyszczę moim maluchom futerka. To nawet przyjemne – w dotyku są gładsze od jedwabiu i miększe od puchu. Zresztą podopieczni już sami zaczynają dbać o czystość.

Coraz częściej wybieram z gniazd pisklaki i wciąż żywe zanoszę kociętom, aby nauczyły się polować. Gdy znajduję jajka, zjadam je sama – wypijam od razu lub później piekę w ognisku.

W ogóle strawy mi nie brakuje. Moim czworonożnym władcom apetyty co prawda dopisują, ale ich brzuszki wciąż nie pomieszczą zbyt wiele. Dla mnie zostaje więcej mięsa niż jadałam na dworze ojca.

Nie mogę również narzekać na niedostatek czasu dla siebie. Kocie obowiązki pozostawiają mi jeszcze wiele godzin na sen i rozmyślania. Zresztą, z każdym dniem maluchy robią się bardziej samodzielne. W gruncie rzeczy szczęśliwsza czułam się tylko jako Katka – zaginiona córka biednej wdowy, która próbowała mi przychylić nieba, nie żądając w zamian niemal nic.

 

***

 

Jednak każde szczęście szybko się kończy, zwłaszcza jeśli zostało się przeklętym.

Po wytrzebieniu z okolic ptaków, wiewiórek i zajęcy, jestem zmuszona brać na cel grubszą zwierzynę i polować nieco dalej od gniazda zbudowanego w wykrocie i przykrytego daszkiem z gałęzi.

Wracam w stronę domu z ustrzelonym jelonkiem na barkach, kiedy dostrzegają mnie dwaj strażnicy, którzy najwidoczniej poleźli do lasu za potrzebą. Albo w ramach zwiadu, dla mnie to żadna różnica.

Niby mogłabym cisnąć nożami albo zrzucić brzemię i sięgnąć po łuk, ale to oni zauważyli mnie pierwsi. Już jestem w ich władzy, a żaden nie marzy o uciekającej ani walczącej zawzięcie kłusowniczce. Nie mogę nawet drgnąć, podczas gdy niższy mierzy we mnie z kuszy, a drugi zachodzi od tyłu, zabiera zdobycz i pęta mi ręce.

Droga do reszty oddziału jest krótka, lecz bolesna. Prowadzą mnie na postronku i idą szparko. Nieraz potykam się, upadam na szyszki i patyki, drapię twarz o gałęzie, wyrywam sobie włosy zaplątane w chaszczach… A po wyjściu z lasu na trakt, w zasięg wzroku około dwudziestu pachołków, robi się jeszcze gorzej. Czuję, że zaczyna się kolejna przemiana. Ze smukłej panny staję się rosłą i silną kobietą.

– Panie dziesiętniku, czy to aby nie ta wiedźma, co to jej pan baron szukać kazał?

Nie mam wątpliwości, że wyglądam kubek w kubek jak owa poszukiwana wiedźma. Największą ironią losu byłoby, gdybym spłonęła na stosie za przewiny czarownicy, która rzuciła na mnie klątwę. Strażnicy nie tracą czasu na wpatrywanie się i szukanie podobieństw. Jeden z odważniejszych zarzuca mi na głowę cuchnący zepsutym serem worek, abym nie mogła krzywo spojrzeć na któregoś pachołka. Jeszcze zanim kończą krępować mnie, bym nie mogła ruszyć ręką ani nogą, jestem mokra od potu. W małej części z duchoty, w wielkiej – ze strachu przed czekającymi mnie torturami i niechybną śmiercią w płomieniach.

 

***

 

Nie prowadzą mnie od razu na miejsce kaźni, tylko wtrącają do więzienia. Pewnie wezwali kata i wypatrują jego przybycia. Albo sądzą, że po pobycie w lochach stanę się bardziej rozmowna. Albo komnata do przesłuchiwania i torturowania wiedźm znajduje się gdzieś tutaj, tylko akurat jest zajęta i muszę poczekać w celi. Tyle możliwości…

Na razie przykuwają mnie do ściany. Ręce i nogi. Ciasno, żebym nie mogła gestem rzucić jakiegoś zaklęcia. W celi potwornie śmierdzi, to pierwsze wrażenie, które do mnie dociera. Pod sufitem znajduje się malutkie okienko, a raczej dziura nie większa od dwóch dłoni. Przez gruby mur wpada niewiele światła, które ledwie rozprasza mrok, chociaż na zewnątrz słońce stoi wysoko. Stopniowo zaczynam dostrzegać coraz więcej szczegółów.

Oprócz mnie znajduje się tutaj czterech więźniów, każdy przykuty do ściany, ale nie tak dokładnie jak ja. Tylko za ręce lub tylko za nogi, dwóch naprzeciwko wydaje się połączonych jednym łańcuchem. Ten po prawej chyba właśnie robi pod siebie. Szukając wygodniejszej pozycji, szarpie łańcuchem, aż drugi podnosi głowę, jakby dopiero teraz się obudził.

I wtedy zaczyna się następna przemiana.

Kurczę się, przekształcając w drobną dzieweczkę, chyba kilkuletnie dziecko. Bez większych trudności, raptem zadrapując skórę, wysuwam dłonie z kajdan. W ustach znajduję kawałek drutu. Kilka ruchów przy zamknięciach na kostkach i uwalniam również nogi. Teraz kolej na moich towarzyszy. Jeden jest tak wychudzony i osłabiony więzieniem, że nie będzie z niego żadnego pożytku.

Razem podchodzimy do drzwi. Chuchro przywiera do nich uchem, przysuwa palec do ust. Posłusznie wstrzymujemy oddechy. Po chwili ja też słyszę ciężkie kroki po drugiej stronie. Przybliżają się, a potem oddalają, nie zmieniając rytmu. Po kilku modlitwach chuderlak szepcze do mnie:

– Otwieraj, ale jak najciszej.

Oglądam w skupieniu drzwi. Nie wiem skąd, ale znam ten rodzaj zamka i wiem, że drutem z ust nic nie wskóram – za lekki, za delikatny, za giętki… Potrzebowałabym blaszki o specyficznym kształcie. Ale jak skłonić mojego obecnego władcę, żeby sobie jej zażyczył?

– Ten drut na nic – mamroczę. – Powinnam mieć zaszyte w koszuli coś odpowiedniego, jeśli strażnicy jej nie podarli i nie zabrali. Odwróćcie się.

Mężczyźni posłusznie stają twarzami do okna. Sugestia wystarczyła, znajduję idealną blaszkę pod postrzępioną sukienką. Zamek po chwili ustępuje pod moimi zręcznymi palcami. Towarzysze zajmują się otwarciem ciężkich drzwi.

Mój aktualny pan zwany Szpaczkiem sugeruje, żeby wypuścić również innych więźniów. Ma rację, w tłumie będziemy bezpieczniejsi. Odbiera mi drut, od tej pory ja zajmuję się zamkami przy drzwiach, a on kajdanami.

Udaje nam się uwolnić ponad trzy tuziny ludzi, nim zjawiają się przywabieni gwarem strażnicy. Wywiązuje się walka; pałki i siła z pożywnego jadła przeciwko łańcuchom, kajdanom i rozpaczy. Szpaczek wpycha mnie do jednej z dopiero opróżnionych cel i każe zamknąć drzwi.

O dziwo, desperacja zwycięża, a przynajmniej wygrywa pierwszą potyczkę. Kiedy chwilowo jest już po wszystkim, wymykamy się. Kieruję się w stronę wrót i dziedzińca, z którego dobiega szczęk bitwy, ale Szpaczek chwyta mnie za łokieć i prowadzi do bocznego wyjścia. Oczywiście jest zamknięte, ale powstrzymuje nas tylko na pół modlitwy.

– Skąd tak dobrze znasz to więzienie? – pytam.

– Spotykałem się kiedyś z kucharką naczelnika. Ale za mała jesteś, Sikoreczko, żeby gadać o tych sprawach.

Szpaczek prowadzi mnie do jakiegoś swojego znajomka, a ten szykuje nam kąpiel, zaopatruje w nowe ubrania, skraca włosy i goli zarost mojemu towarzyszowi ucieczki. Jeszcze przed zachodem słońca przekraczamy mury grodu, udając piekarza z córką.

Kiedy tylko gościniec skręca za wzgórze, przybrany ojciec mówi:

– Miło było cię poznać, Sikoreczko, a teraz każde z nas skręca w swoją stronę. Bywaj zdrowa!

 

***

 

Próbuję spędzić noc wśród drzew, ale już nie jestem kocią opiekunką – nieustraszoną łowczynią, której powinno lękać się każde zwierzę, czy to drapieżne, czy pokornie gryzące trawę. Jestem dziewięcioletnią dziewuszką, a las, jeszcze dwa dni temu tak swojski, przepełniają złowrogie stuki i szelesty, dziwne zapachy…

Z trudem wdrapuję się na drzewo i, dygocząc z chłodu i strachu, czekam, aż niebo na wschodzie pojaśnieje. Chwilę potem ruszam w drogę, byle dalej od niegościnnego grodu, zastanawiając się, gdzie znajdę zacnego władcę. Może na wsi? Nieszczęsna wdowa traktowała mnie najlepiej ze wszystkich. Jeszcze młodziutki bard, który pragnął tylko, bym zachwycała się jego kiepskimi balladami, był całkiem miły. Ale nie miał czym nakarmić słuchaczki.

– Kim jesteś?

Pytanie malca pasącego gęsi i kolejna przemiana wyrywają mnie ze wspomnień. Masz ci los! Czego może ode mnie oczekiwać pięcioletnie na pierwszy rzut oka pacholę?

– Jestem Oangena.

Nie mogę uwierzyć we własne słowa! Ale oczy wydają się to potwierdzać – widzę rękawy ze złotogłowiu przetykanego srebrną nicią. Właśnie tę suknię miałam na sobie, kiedy czarownica rzuciła na mnie klątwę. Czyżby czar się dopełnił? Przypominam sobie przerywane złowrogim sapaniem słowa: „Będziesz jak mokra glina dostosowywać się do życzeń każdego, póki nie napotkasz kogoś, kto nie będzie chciał od ciebie absolutnie nic!”. Mam ochotę uściskać i ucałować bezinteresowne chłopię.

– Czemu masz taką ładną sukienkę?

– Bo jestem księżniczką.

– A czemu przedtem nie wyglądałaś jak księżniczka?

– Bo zła wiedźma mnie zaczarowała.

– A czemu?

I jak tu mam wyjaśnić niewinnemu pacholęciu, że prawie przez całe życie zmuszałam ludzi do robienia tego, na co wcale nie mieli ochoty i do czego się w ogóle nie nadawali? Że miarka się przebrała, gdy wysłałam siedemnastoletniego wątłego muzykanta na szczyty niebezpiecznych gór, aby przyniósł mi garść śniegu dla ochłody w upał? Nigdy więcej nie widziałam młodzika, a później dowiedziałam się, że był siostrzeńcem nadwornej czarownicy.

– Bo wydawałam ludziom głupie polecenia. Na przykład kazałam im gotować dla mnie obiad w środku nocy, kiedy chcieli spać.

Malec wyraźnie się przestraszył.

– Moja mała siostra też woła w nocy jeść. Płacze, budzi całą rodzinę i mama musi ją karmić… Ją też zaczaruje zła wiedźma? – Oczy napełniają mu się łzami.

– Nie, wszystkie malutkie dzieci tak robią. A matki dają im jeść, bo je bardzo miłują i wcale się nie gniewają za obudzenie. Ja robiłam gorsze rzeczy, chociaż nie byłam dzieckiem.

– A co robiłaś? – Pacholę bardzo szybko przeszło od lęku do ciekawości.

– Kazałam śpiewać chłopcom, którzy akurat przechodzili mutację.

– A co to utacja?

– Mutacja – poprawiam odruchowo. – To kiedy pacholik staje się dorosły i zaczyna mówić męskim głosem.

– Jak tata?

Kiedyś kazałabym wypędzić ciekawskiego dzieciaka, może nawet wybatożyć rodziców. Teraz szczerze miłowałam mojego wybawcę i byłam gotowa przychylić mu nieba, a nawet odpowiedzieć na wszystkie pytania.

Koniec

Komentarze

Hm hm hm…

Po Finklowemu sprawne i ładne, ale… zabrakło mi zakończenia.

Spodziewałem się jakiegoś łubudu, a tu tylko koniec klątwy? I już? Ot tak? Tyle?

Finkla, nie bądź taka!

Dokończ to opko na poważnie!

 

Dobra, to znalazłem jeden babolek tylko: “zajmują się otwarciem ciężkim drzwi” (literówka).

I na pewno jest takie słowo “gaszyca”? Pono jest, ale może “gaszka” lepsze? No i na początku wszyscy są jacyś brzuchaci. Jesteś na diecie czy co ;P?

 

W każdym razie – fajne (copyright: Anet), acz mogłoby być fajniejsze!

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Dzięki, Staruchu. :-)

Mam nadzieję, że jeszcze można poprawiać literówki, więc zaraz to uczynię.

Zakończenie. No, księżniczka miała kłopoty, a chłopczyk ją uratował. Czego chcieć więcej? Oangena jest przeszczęśliwa. ;-)

No, zastanawiałam się nad gaszycą/gaszką/kochanicą. I z tego wszystkiego pierwsze pasuje mi najlepiej. “Gaszka” to może być dopełniacz od “gaszek”, więc wygląda podejrzanie. Ale jeśli inne głosy opowiedzą się za gaszką, to zmienię.

Edytka. Jeszcze o brzuchatość pytałeś. Kupiec i oberżysta są tłuści, bo mogą sobie pozwolić na jedzenie do syta. A żona oberżysty jest chuda, dla odmiany właśnie.

Babska logika rządzi!

O, fajne. Fajnie się czytało, pomysłowe, podoba mi się fakt, że bohaterka nie cierpi tak całkiem niewinnie. Plus, uratowane koty, koty są miłe.

To jeszcze było: “cali w talii przybywa”. Niekoniecznie to jest jednoznaczne z otyłością, ale tak mi się skojarzyło.

A że Oangena przeszczęśliwa, to rozumiem. Ale jakoś zbrakło mi tu jakiegoś fajerwerku. Opko dopaliło się jak resztki knota w kałuży stearyny, że tak przepoetyzuję ;).

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Dzięki, Ninedin. :-)

No, koty są miłe i przyjemne w dotyku. Ale zauważyłaś, że dostają równie miłe pisklaki, żeby nauczyć się zabijać?

 

Staruchu, cali przybywało, żeby nikt się na Maryśkę nie połakomił. Ot, nastolatka może i niezbyt gruba, ale zbudowana nieproporcjonalnie, w ogóle nie seksowna.

Może i bardziej fajerwerkowate zakończenie byłoby lepsze, ale nie przychodzi mi nic podobnego do głowy. Doprowadziłam historię do końca, uratowałam księżniczkę i finito.

Babska logika rządzi!

@Finkla: yup, w domu /zagrodzie były koty, a ja wychowałam się na wsi. Dość trudno nie zauważyć, niestety.

 

Oraz: “I meant," said Ipslore bitterly, "what is there in this world that truly makes living worthwhile?" Death thought about it. CATS, he said eventually. CATS ARE NICE”, trochę do tego dialogu piłam :

No, kotełki wegetarianami nie są…

Babska logika rządzi!

Cześć!

 

Dorze się czyta, a pomysł na księżniczkę jest bardzo interesujący. Miałem jednak wrażenie, że bohaterka pozostawała całkiem długo w postaci Ma-maryś, a później te przemiany są dużo szybsze. Czy w gospodzie nie zdarzały się przypadki, kiedy klątwa mogłaby zadziałać jeszcze przed historią z kotami? ;-)

Nie do końca też zrozumiałem, który to Szpaczek. Wiem, że to jeden z więźniów, który odwiedzał kucharkę, ale czy to ten wychudzony i osłabiony więzieniem, że nie będzie z niego żadnego pożytku? ;-)

Zakończenie jest całkiem ok (dobrze, że dzieciak nie życzył sobie akurat lizaka), choć wydaje mi się, że sposób przełamania klątwy można było zgrabnie przemycić we wcześniejszych fragmentach.

Napisane super. Poniżej jakieś drobnostki.

 

Aż wreszcie któregoś dnia…

W pochwach przy pasie i na nogach pojawiło się kilkanaście małych(+,) lecz ostrych noży. Największym z nich rozcinam sparciałe płótno i wydobywam pięć przemoczonych(+,) ale żywych kulek, które natychmiast zaczynają się rozłazić.

Dla mnie zostaje więcej mięsa(+,) niż jadałam na dworze ojca.

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Dziękuję, Filipie. :-)

Fajnie, że czyta się nieźle, a pomysł zainteresował.

Długie bycie Marysią. Właściciele oberży potrzebowali sieroty głupiej i nieatrakcyjnej. Za taką nikt się nie ujmie, sama też o siebie nie zadba i żaden z gości nie zapragnie zabrać ją ze sobą/ namówić na wspólną ucieczkę. Jak to się wydarzyło z poprzedniczką Marysi. Może i ktoś zechciał ją wydupczyć w stajni, ale na tym koniec romansu. Nie określam, jak długo to trwało. Może miesiąc, może więcej. Podejrzewam, że miesiąc w zupełności wystarczy, żeby robota w oberży obrzydła człowiekowi. Z kotami też spędziła trochę czasu – zdążyła wytrzebić zwierzynę. A potem już sytuacja zmieniała się co chwila, ciągle spotykała nowych ludzi z nowymi pomysłami.

Więźniowie. Faktycznie, nie opisałam ich porządnie, może trzeba było. Szpaczek to oczywiście ten, który się budzi, kiedy dziewczyna już jest w celi. Chudy to ktoś inny (w zamyśle ten na jednym łańcuchu ze Szpaczkiem, ale nie upieram się).

Dzieciak nie wiedział, co to lizaki. ;-)

Za błędy dziękuję, poprawię po wynikach. Albo zajrzę do regulaminu, co tam Jurki uważają…

Acz uważam, że dwa pierwsze przecinki nie są potrzebne – nie wprowadzają zdań podrzędnych.

Do zobaczenia pod Twoimi księżniczkami. Kiedyś do nich dotrę…

Babska logika rządzi!

O, witam Jurorkę Alicellę. :-)

Kto wie, może coś takiego z któregoś kociaka wyrośnie…

Babska logika rządzi!

Świetne, po prostu świetne. Bardzo lekko się czyta, płynąłem przez tekst bez zatrzymywania. Podoba mi się również kontrast, który tworzysz. Z jednej strony mamy typowo baśniową klątwę, którą złamać może tylko znalezienie “księcia z bajki” – prawego i dobrego. Z drugiej strony zestawiasz to z brudnymi realiami, a baśniowy “posmak” pojawia się dopiero na końcu, gdy poznajemy treść klątwy. 

Dzięki, Fladrifie. :-)

Miło mi, że tekst się spodobał i nie okazał przyciężki.

No, życie to nie bajka. Zwłaszcza w (quasi)średniowieczu.

I nie sądzę, żeby jakikolwiek książę zadziałał. Oni dopiero są roszczeniowi. ;-)

Babska logika rządzi!

Hej! Co za świetna zabawa przy czytaniu tego opowiadania. Nawet nie wiem kiedy skończyłam. Pomysł z klątwą był ciekawy, aż się prosi o jakiś dodatkowy wątek. Naprawdę dobra robota. 

Pozdrawiam ;-)

Sgudyka

Hej, Finklo

Trzeba przyznać, że klątwa straszna. Od razu powiem – gdy tylko wyjaśniła się jej sposób działania, miałem skojarzenie z filmem “Ella enchanted”. Taka luźna adaptacja Kopciuszka. Dziewczyna nie mogła nikomu odmówić, gdy jej coś kazał. Oglądając zastanawiałem się nad bardziej “mrocznymi” prośbami i tu pokazałaś, jak by to wyglądało. Marny los.

Napisane bardzo ładnie, nic mnie nie zatrzymało. Spełniania marzeń kociąt się nie spodziewałem (bohaterka też nie), szczęśliwe zakończenie zawsze na plus, tylko… takie coś krótkie i pospieszne. Odczarowana i co? Jeszcze paroma zdaniami bym nie pogardził :)

Pozdrawiam i klikam 

PS Czy “Jak sobie życzysz” to nie kwestia Wesley’a z Narzeczonej Księcia? 

Dziękuję nowym Czytelnikom. :-)

 

Lothorien, cieszę się, że dostarczyłam zabawy. Ale jaki dodatkowy wątek masz na myśli? Dziewczyna po prostu dostaje się pod władzę tego, kto stoi w pobliżu i najmocniej czegoś od niej chce. Pisałam z jej punktu widzenia, więc wszystko inne się nie liczy. Acz chętnie zapoznam się z Twoimi sugestiami.

 

Zanaisie, a i owszem – klątwa paskudna. Ale i księżniczka mocno podpadła i dopiekła wielu ludziom. Na szczęście dla niej – zdarza się, że cele władcy i dziewczyny są zbieżne. A nawet nauczyła się odrobinę manipulować.

Filmów, o których wspominasz, nie widziałam.

Już druga osoba chciałaby inne zakończenie, jakieś bardziejsze. Możesz wyjaśnić, jaki finał bardziej by Ci się spodobał? Co w tych kilku zdaniach napisać? Dla mnie historia już się skończyła i nie ma co przeciągać. Nie wspominając już o tym, że kończyłam pisać wczoraj wieczorem. ;-)

Babska logika rządzi!

Dzięki za wyjaśnienia.

 

A i znów mamy przecinkowy ambaras. :P Tym razem wrzucę coś z netu (oczywiście nie musi być to prawda objawiona), żeby nie wyjść na gołosłownego. ;-)

 

Dzieciak nie wiedział, co to lizaki. ;-)

A ciastka jakieś znał czy tylko różne pędy, korzonki i inne resztki były w menu? :P

 

Do zobaczenia. :-)

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Finklo, może coś więcej, co zamierza, czy coś o jej rodzinie, czy nawet stan emocjonalny po tych wydarzeniach – traumatycznych. Trudno mi wyczuć cały sens historii, bo jestem tu tylko czytelnikiem ;)

Wejście w tekst praktycznie z marszu, przez co trochę się motałem w pierwszych akapitach. Na szczęście dość szybko pojawiło się wyjaśnienie sytuacji bohaterki i później było już łatwiej.

Jak to u Ciebie, tempo szybkie. Wiem, że piszę to pod każdym opowiadaniem, ale uważam, że warto, bo i nie czarujmy się: ile osób tu, na portalu, może zagwarantować, że w jego/jej tekście na pewno nie będzie zamulania? ;-)

A u Ciebie akurat zawsze można fajnie, sprawnie płynąć z daną opowieścią, więc będę za to chwalił przy każdej okazji. :)

Pomysł na taką, a nie inną klątwę ciekawy. Fajne są te motywy ciągłych przemian, bo nie dość, że koncept jest ciekawy sam w sobie, to na dodatek stale w tym opowiadaniu coś się dzieje.

Wydaje mi się jednak, że trochę ucierpiała na tym fabuła. Generalnie przy lekturze miałem poczucie, jakbym po prostu skakał wraz z bohaterką od jednej przemiany do drugiej, przez co trochę trudno mi się było mocniej wciągnąć w jej położenie i całą historię.

Wolałbym też pewnie jakieś większe łupnięcie na koniec. Z drugiej strony to, które jest, przynajmniej sprawnie zamyka cały tekst, więc jakoś mocno malkontencił tutaj nie będę. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Filipie, to ja też odpowiem czymś z sieci. I chyba pozostanę przy swojej wersji. Cóż, rzadko kto twierdzi, że polskie przecinki są proste. ;-)

Słodycze. Wydaje mi się, że w europejskim średniowieczu nie znano cukru. Jasne, był miód. Ale jak często dostawałby go dzieciak z chłopskiej rodziny, który chyba rzadko kiedy oglądał mięso?

 

Zanaisie, cieszy się. Nie pokazałam tego wystarczająco? Rodzina to głównie ojciec – książę. Nie są zapewne zbyt bliscy emocjonalnie, ale jak panna ochłonie, to chyba wróci na dwór. To znaczy uda się do najbliższego wielmoży i poprosi o transport.

Babska logika rządzi!

O, i CM się dopisał. Dzięki. :-)

Jako czytelnik lubię być wrzucana na głęboką wodę, a nie zaczynać od opisów przyrody i zachodzącego malowniczo słonka, więc i swoim odbiorcom staram się to serwować.

A w poprzednim tekście zamulanie było, bo mi brakło do dolnego limitu jakieś 20%. ;-)

Też mi się klątwa podoba. Niby nic, żadnych uszczerbków fizycznych, a jednak straszna. I z potencjałem. A przy okazji jest uzasadnienie, że to musiała być księżniczka. Nie każda laska ma szansę, żeby podpaść w ten sposób.

Powiadasz, że ucierpiało utożsamianie się z bohaterką? Hmmm. Straty być muszą. Uważam, że było warto. Ale że fabuła też dostała? Nie wydaje mi się – ciągle coś się dzieje, bohaterka żyje od przemiany do przemiany, niepewna następnej godziny.

No i następnemu coś nie pasuje w zakończeniu… A jak sobie wyobrażasz to łupnięcie? Bo ja nie mam koncepcji – klątwa zdjęta i nic bardziej doniosłego w najbliższej przyszłości się nie wydarzy.

Babska logika rządzi!

Nie są zapewne zbyt bliscy emocjonalnie, ale jak panna ochłonie, to chyba wróci na dwór. To znaczy uda się do najbliższego wielmoży i poprosi o transport.

Finklo, właśnie coś takiego. Pamiętaj, ja nie mówię, że zakończenie jest złe – tylko przydałoby mi się parę zdań więcej. Rozumiem jednak pisanie na wieczór :)

Hmmm. Powiadacie, że takie przeciąganie zakończonej historii będzie lepsze? Muszę to przemyśleć…

Babska logika rządzi!

Hm hm hm…

Po Finklowemu sprawne i ładne, ale… zabrakło mi zakończenia.

Spodziewałem się jakiegoś łubudu, a tu tylko koniec klątwy? I już? Ot tak? Tyle?

Finkla, nie bądź taka!

Dokończ to opko na poważnie!

Staruchu, z ust mi to wyjąłeś.

 

Finklo, to naprawdę świetny tekst. Zachwyciłem się i stylem, i klimatem, i łatwością, z jaką zmieniasz postaci. Jak aktorka. I tym, że ten początek taki niedopowiedziany, a potem wszystko ładnie się rozjaśnia…

 I byłoby naprawdę cudnie, gdyby to zakończenie nie było takie nijakie. Choć w sumie jest trochę Finklowe, z mrugnięciem oka… ale naprawdę szkoda tego opowiadania, by tak to zostawiać.

Leć do Bib, księżniczko.

 

…a ten motyw z odradzaniem się jako dziewica to widzę, że bardzo lubisz :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Haha, każdy się kiedyś zmienia. Przyjemne opowiadanie i kolejna dobra sposobność by zostawić swój komentarz.

Dzięki, Chro. :-)

Hmmm. Widzę, że wszystkim oprócz mnie czegoś w zakończeniu brakuje. Nie chwytam idei, ale taki zgodny chór nie może się mylić. A jakie dodatki Ty byś widział w finale? Potraktuj to jak pytanie w ankiecie.

Cieszę się, że jakieś zalety też widzisz, a nawet sporo ich znalazłeś.

Dziewictwo. W tej chwili nie pamiętam, gdzie jeszcze wykorzystywałam ten motyw. Podpowiesz coś?

Babska logika rządzi!

O, Vrchamps się dopisał. Dziękuję. :-)

No, chyba jeszcze nigdy nie zafundowałam protagoniście tylu przemian. ;-)

Miło mi, że wykorzystałeś sposobność.

Babska logika rządzi!

Dziewictwo. W tej chwili nie pamiętam, gdzie jeszcze wykorzystywałam ten motyw. Podpowiesz coś?

Serio nie pamiętasz? A Twoje najlepsze opko, które kiedyś zgłosiłem do Zajdla?

 

A jakie dodatki Ty byś widział w finale? Potraktuj to jak pytanie w ankiecie.

Przede wszystkim darowałbym sobie łopatologię, humorystyczny motyw dopytującego się o wszystko dzieciaka, i moralizatorską samokrytykę.

Dobry mógłby być powrót na dwór i jakiś mocny twist… może spotkanie ze złą czarownicą i puentujący dialog, który co nieco wyjaśni, ale też podważy obraz księżniczki jako ofiary. 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Serio nie pamiętam. I nawet nie wiem, który tekst uważasz za najlepszy. Gdybym tego Zajdla dostała, to na pewno bym zapamiętała. :-)

Motyw ciekawskiego dzieciaka nie miał być humorystyczny (ale co ja mogę o tym wiedzieć? Odbiór dowcipów zawsze mnie zaskakuje), tylko służyć wyjaśnieniu na koniec. No, taki słabo zamaskowany infodump. A dzieci naprawdę potrafią zadawać mnóstwo pytań. Wprawdzie raczej trochę młodsze, ale chyba można ten okres przeciągnąć.

Samokrytyka miała służyć pokazaniu ostatecznej przemiany bohaterki – kiedy znalazła się z drugiej strony barykady, już wie, jak wredne były jej zachowania.

Spotkanie z nadworną czarownicą. Hmmm. To mogłoby być ciekawe, zgadzam się. Ale to już nie byłaby opowieść o ratowaniu księżniczki.

Dzięki za wyjaśnienia.

Babska logika rządzi!

Ale to szybko mi wleciało, normalnie jak te szorciki po 1k znaków ;) Bardzo przyjemne, pomysł świetny! Niezbyt też rozumiem, czemu są tu jakieś naciski na zmianę/rozszerzenie zakończenia – w moim odczuciu kończy się w idealnym momencie, przełamania klątwy ;)

Dzięki, Morteciusie. :-)

Cieszę się, że opko weszło gładko.

No! Wreszcie ktoś docenia moje zakończenie. Zbawco! ;-)

Babska logika rządzi!

Serio nie pamiętam. I nawet nie wiem, który tekst uważasz za najlepszy. Gdybym tego Zajdla dostała, to na pewno bym zapamiętała. :-)

Nie pamiętam tytułu, ale pamiętam, o czym było. O Islamskim Raju z punktu widzenia jednej z hurys.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Aaaa, to. Faktycznie, błona się tam regenerowała. Ale nie jestem pewna, czy to pomysł mój, czy muzułmański. Bodajże “Nagroda wojownika”. Uch, kiedy to było…

Babska logika rządzi!

Wracam po przerwie i miła niespodzianka nowe opko Finklowe. Fajne. Czytałem z zaciekawieniem. Nic nie zgrzytało. Pomysł świetny na księżniczkę w opałach. :) Pora późna, więc już dziś nie będę więcej czytał, żeby nie zepsuć sobie wrażeń. Pozdrawiam

Dzięki, Koalo. :-)

Fajnie, że opko fajne i pomysł przypasował.

Ale nie chciałabym być powodem, dla którego nie czytasz więcej. Weź, jeszcze mnie tu zlinczuje ktoś spragniony komentarzy… Albo klątwę rzuci. ;-)

Babska logika rządzi!

Bodajże “Nagroda wojownika”. Uch, kiedy to było…

Widzisz. A nadal pamiętam. :)

Pomysł muzułmański, owszem, ale to Ty pokazałaś to z takiego punktu widzenia, że zapamiętałem. 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Jak się okazuje – pamiętasz lepiej ode mnie. ;-)

Babska logika rządzi!

A w poprzednim tekście zamulanie było, bo mi brakło do dolnego limitu jakieś 20%. ;-)

Jakie zamulanie? Co najwyżej ciut wolniejsze tempo. Do zamulania to jeszcze temu daleko. ;-)

No i następnemu coś nie pasuje w zakończeniu… A jak sobie wyobrażasz to łupnięcie? Bo ja nie mam koncepcji – klątwa zdjęta i nic bardziej doniosłego w najbliższej przyszłości się nie wydarzy.

No…

A czy moglibyśmy zrobić tak, że wobec tych wszystkich sugestii, które już pojawiły się powyżej, ja postawię na niekonwencjonalność i zgłoszę nieprzygotowanie? :D

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

No dobrze, nie zamulanie, tylko rozwodnienie.

O nie, mój drogi, na zgłaszanie nieprzygotowania już za późno. Trzeba było myśleć, zanim zgłosiłeś się do odpowiedzi. ;-)

Babska logika rządzi!

 

No! Wreszcie ktoś docenia moje zakończenie. Zbawco! ;-)

Nie no, bez takich, nie zasłużyłem na taką wdzięczność :P Po prostu mi się podobało i ja bym nic nie zmieniał.

OK. “Rodzynku” może być? ;-)

Babska logika rządzi!

Wolę żurawinę, ale w porządku! ;)

Niech będzie “Żurawinku”. Dla Ciebie wszystko. ;-)

Babska logika rządzi!

Uuu, Morteciuszu, zostałeś Żurawinką Finkli :D

Nie Żurawinką, tylko Żurawinkiem. Nie zmieniajmy płci ulubionemu czytelnikowi bez jego wyraźnego życzenia. ;-)

Ty też mogłeś zostać, kim byś chciał. Wystarczyło nie marudzić na zakończenie. ;-)

Babska logika rządzi!

Mogę być i Żurawinką, mi to akurat nie przeszkadza, chociaż Żurawinek ładne!

 

No to super, żeśmy znaleźli coś pasującego i ładnego.

Babska logika rządzi!

Cześć, stylistycznie to kompletnie nie moja bajka, choć i tak trudno było mi oderwać się od tekstu. Ciekawie i oryginalnie, do tego mam słabość do ironizujących bohaterów, wiec wszystko na miejscu, a na koniec przystępnie podany morał. Trudno się nie przekonać do tekstu :)

Zawsze coś da się poprawić

Ty też mogłeś zostać, kim byś chciał. Wystarczyło nie marudzić na zakończenie. ;-)

Może jeszcze będzie okazja :P na razie zobaczę jak idzie Morteciuszowi rola Żurawina ;)

Dziękuję, Kulosławie. :-)

Cieszę się, że mimo niezgodności stylistycznej tekst siadł.

Ja chyba nie bardzo potrafię tworzyć bohaterów innych niż ironizujący. To co najmniej ustawienia domyślne. ;-)

Babska logika rządzi!

Zanaisie, okazja na przytakiwanie autorce pewnie jeszcze będzie. A jeśliś niecierpliwy, zawsze możesz zajrzeć do któregoś z moich starych tekstów. Nie zmuszam, bynajmniej.

Babska logika rządzi!

Na klątwę rzuci się przeciw klątwę. Wszak to portal jest fantastyczny , z pomysłami z fantastyki zresztą. :) Rzucić klątwę to prawie okląć kogoś, a tego nie wolno, chyba że chce się dostać bana, więc klątw nie będzie. :)

 

 

Jeśli się rzuci klątwę zaszyfrowaną, to administracja nie pozna… Wiesz, SF też tutaj piszemy. ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo, opowiadanie wyszło Tobie znakomicie! 

Na początku myślałem, że klątwa jest owocem zawiści i złośliwości, a tu okazało się, że to jest nauczka, kara – bardzo mi się ten motyw spodobał. 

Uśmiech na mojej twarzy wywołał również fakt, iż księżniczka stała się prawdziwa dopiero w oczach dziecka. Dostrzegam w tym dużo mądrości.

Dziękuję, Lupusie. :-)

Fajnie, że opko Ci się spodobało.

Doszłam do wniosku, że każdy dorosły ma pomysły na wykorzystanie innego człowieka. Z dzieckiem można próbować szczęścia, tylko trzeba je dorwać gdzieś na osobności.

Babska logika rządzi!

1 Właściwie klątwa zaszyfrowana lub nie byłaby dowodem uznania :)

2 Jak napisałem ten portal jest fantastyczny, dlatego tu bywam.(Rozumiem, że Loża musi o tym przypominać, ja mogę wyrazić swoje zdanie, bez obaw, że się chcę podlizac, bo nie jestem autorem :). )

3 Małe dzieci mają pomysły fantastyczne i są niesłychanie surowe w ocenach, bo jeszcze nieskażone.

4 Pozdrawiam

Coś w tym jest – polska “kurwa” może przenosić dowolne emocje. ;-)

No. I chcę, żeby fantastyczność została, a nie rozmyła się w morzu obyczajówki.

Małe dzieci całe bywają fantastyczne. Później gdzieś to gubią…

I ja. :-)

Babska logika rządzi!

O nie, mój drogi, na zgłaszanie nieprzygotowania już za późno. Trzeba było myśleć, zanim zgłosiłeś się do odpowiedzi. ;-)

Jak to? A gdzie moje naturalne prawo opiniodawcy do marudzenia bez konsekwencji? ;-)

Ja jestem czytelnikiem: wpadam, wymagam i wymądrzam się w oparciu o domniemany autorytet. Od takich ludzi nie wolno wymagać, by potrafili bronić swoich mądrości. :P

No dobra, jak już się tak głupio wystawiłem…

Widzę tu parę opcji:

– spróbować rozpisać zakończenie, żeby lepiej wybrzmiało

– zamknąć tekst jakąś błyskotliwą, refleksyjną puentą

– pójść w zaskoczenie (może wsparte jakąś żartobliwą/gorzką kpiną z życia); na przykład: gdyby tak księżniczka, niedługo po zdjęciu klątwy, znowu stała się wredną małpą (co można poprzeć jakąś wzmianką, że szczęśliwe przemiany charakteru to tylko w bajkach).

Oczywiście rzucam na szybko, nie piszę, że akurat o takie zakończenie chodzi. Raczej szukam kierunku.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dzięki. :-)

Teraz mam jakieś pojęcie, czego oczekiwaliście od mojego zakończenia.*

Myślę, że księżniczka się jednak zmieniła. To nawet nie musi być zmiana charakterologiczna, tylko doświadczeniowa – teraz już wie, że służący to też człowiek, ma swoje pragnienia, plany na wieczór, bóle reumatyczne…

 

* No dobra, chodziło o to, żeby zniechęcić do narzekania. ;-)

Babska logika rządzi!

Cześć Finkla!

 

Bardzo ciekawe opowiadanie, zawarłaś w nim masę elementów “stereotypowego fantasy”, ale wykorzystałaś je w zupełnie inny sposób. Piękna bajka o, jak się okazuje, kapryśnej księżniczce, którą wiedźma ukarała. Bardzo ciekawa i dotkliwa to klątwa, mocno ucząca pokory, a jednocześnie pozwalająca szybko poczuć sympatię do bohaterki. Zwłaszcza, że zaklęcie odniosło chyba pożądany skutek.

Jedyne, czego mi zabrakło, to motyw księcia, który ratuje ją z opresji. Bo mamy chłopca, który faktycznie ją uratował, więc można by się przyczepić, ale:

Czemu masz taką ładną sukienkę?

– Bo jestem księżniczką.

– A czemu przedtem nie wyglądałaś jak księżniczka?

– Bo zła wiedźma mnie zaczarowała.

– A czemu?

Kupiłaś mnie tym powtórzeniem ;-) Chociaż moje dzieci wolą “dlaczego”

 

Napisane bardzo sprawnie i zwięźle. W 15k znaków zawarłaś masę treści i jakoś przekazu nie ucierpiała na tym imho, choć miejscami brakowało mi trochę “przestojów”, aby wystarczająco dobrze wejść w obecną sytuację bohaterki. Bo momentami miałem wrażenie, że ona zmienia się co kilka oddechów, a jednak trochę te epizody trwały.

Podsumowując, bardzo dobre opowiadanie.

 

2P dla Ciebie: Pozdrawiam i Powodzenia w konkursie!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Tekst świetny, bardzo przyjemnie się go czytało. W przeciwieństwie do innych dla mnie to zakończenie było fajne. Po pierwsze zaskakujące, bo na etapie gospody tak podświadomie oczekiwałem, że jakiś książę, czy inny rycerz, sercem ją odnajdzie i pokocha miłością łamiąc klątwę. Po drugie bajkowo trzymało klimat i miało morał. Po trzecie było dzięki temu wszystkiemu przekorne. Bo nie magowie, nie rycerze, nie prawdziwa miłość, ale kaprys dziecka i pyk klątwa prysła. 

 

Co do kotów. W mojej okolicy rządzą koty żebrzące, część z nich zamiast miiiaaałłł mówi daałłł. Terroryzują , szantażują, oszukują, hipnotyzują, słowem robią co chcą a my ludzie co najwyżej spełniamy ich zachcianki. 

;)

Wystarczyło pójść na piwo i od razu się wszyscy rzucili czytać… Czyhaliście, aż się odłączę od kompa? ;-) Dziękuję wszystkim. :-)

 

Krarze, tak, klątwa jest straszna. Ale przynajmniej w jakiejś części zasłużona. Dotychczas się z czymś takim nie spotkałam, musiałam sama wymyślić.

Jeszcze można twierdzić, że jakiś drobny złodziejaszek uratował księżniczkę z więzienia. ;-)

“Dlaczego” jest chyba bardziej rozpowszechnione, ale “czemu” jakoś lepiej mi pasowało do prostego wiejskiego dziecka. Zastanawiałam się, cy nie kazać mu jesce seplenić, ale odpuściłam. Chyba już za duży.

Epizody. Od spotkania straży zmienia się dość często – ciągle nowi ludzie, z nowymi życzeniami. Wcześniejsze wcielenia były dłuższe, ale i bardziej monotonne, nie widziałam sensu w opisywaniu ich ze szczegółami.

 

Krokusie, powitać kwiatowego Jurora. :-)

 

MPJ, cieszę się, że czytało się nie najgorzej. A jeszcze bardziej – że akceptujesz zakończenie.

Miłość jest przereklamowana. To nie była bajka o Kopciuszku.

Taaak, koty są niezłe w manipulowaniu ludźmi… ;-)

Babska logika rządzi!

Czytało się bardzo przyjemnie, doceniam pomysł na klątwę, pogratulować wiedźmie pomysłowości :) Gdyby tę historię odpowiednio zaadaptować, to byłaby to świetna baśń z morałem, taka w klimacie braci Grimm. A jak by jeszcze ozdobić ją ilustracjami, to ,,już w ogóle”.

Pozdrawiam!

Dzięki, Adamie. :-)

Fajnie, że było przyjemnie i pomysł na klątwę podszedł.

Tak, sądzę, że łatwo dałoby się ją przerobić na pełnoprawną baśń. Ale wątpię, żeby moje ilustracje stanowiły wartość dodaną. ;-)

Babska logika rządzi!

Fajnie. Napisane sprawnie, narracja nigdzie mnie nie zatrzymała, czytało się płynnie. Zakończenie może bez szału, ale przecież nie zawsze na końcu musi wybuchać bomba, żeby poczuć przyjemność z lektury. Pozdrawiam :)

Dziękuję, Corrinnie. :-)

Fajnie, że fajnie. I cieszę się, że popierasz moje zakończenie. Nawet, jeśli się przy tym nie uśmiechasz. ;-)

Babska logika rządzi!

Choć to taka bajka-wyliczanka kolejnych wcieleń, to czytało się tę bajkę świetnie, zwłaszcza że została napisana bardzo porządnie. Kolejne przemiany uświadomiły księżniczce „niestosowność” wcześniejszego postępowania i cieszę się, że w końcu spotkała małego pastuszka, który całkiem bezinteresownie zainteresował się Oangeną, uwalniając ją od klątwy. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Reg. :-)

Prawdziwa wyliczanka to by była, gdybym wymieniała wszystkie wcielenia. Na szczęście wolałam się ograniczyć do końcówki – sekwencji prowadzącej do wyjścia z klątwy – i wybranych z przeszłości.

Miło mi, że świetnie się czytało.

Często gęsto jakiś pisarz zwala rozwiązywanie wszystkich problemów na dzieciaka. Interesującego, zainteresowanego sprawą albo bezinteresownego, różnie bywa… ;-)

Babska logika rządzi!

Nie wiem, Finklo, na czyje szczęście ograniczyłaś wyliczankę, bo ja nie miałabym nic przeciw opisaniu całej litanii kolejnych wcieleń Oangeny. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Eeee, wyszłoby nudne… Wielu facetów myślało tylko o jednym, a ileż można o tym czytać? ;-)

Babska logika rządzi!

Ale to nieprawda, że faceci myślą tylko o jednym! ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wiem, wiem, jednym piwem nikt się nie ubzdryngoli. ;-)

Babska logika rządzi!

Otóż to. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:-)

Babska logika rządzi!

Dobre :) Czegoś się jednak dziewczyna nauczyła, nie poszła w przeciwną stronę i nie obiecała pastuszkowi, że będzie księciem, zamieszka na zamku i dostanie białego konia, bo mogłoby się zacząć od nowa :)

Podobało mi się, że nie poszłaś w stronębajki, tylko pokazałaś brutalnoś życia. Na dodatek umiejętnie przeplotłaś ją lżejszymi wcieleniami. Koty bardzo mi się podobały.

Początkowo było mi jej żal, ale kiedy okazało się, że klątwa nie z powodu widzi mi się, przestało.

Bym klikła, alem znowu spóźniona :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dzięki, Irko. :-)

Miło mi, że się bajka-nie-bajka spodobała. Myślę, że takie doświadczenia każdego by czegoś nauczyły. Jak się księżniczkę wepchnie w skórę służącej, to musi się okazać, że i służba ma swoje uczucia, ograniczenia, upodobania…

Koty nie ludzie, mają mnóstwo dobrych stron. ;-)

Żal dla dziewczyny. Jest jeszcze opcja, że kara była przesadzona.

Kliki. O, przy tym tekście trzeba się było wyjątkowo śpieszyć, żeby się załapać. Chyba nawet zgłaszający w wątku nie zdążyli. :-/

Babska logika rządzi!

Podobało mi się wyjaśnienie, skąd się wzięła klątwa i dlaczego jest, jak jest. Tekst bardzo sympatyczny i wciągający. 

Witam Boskiego Jurora. :-)

Ech, gdybym tak jeszcze potrafiła rozgryźć klucz stojący za przydzielaniem filmików…

 

Dziękuję, Zygfrydzie. :-)

Fajnie, że wyklarowanie sytuacji się spodobało, a tekst wciągnął.

Babska logika rządzi!

Cześć,

opowiadanie przeczytałem z przyjemnością i doszedłem do wniosku, że im więcej tekstów czytam na tym forum, tym bardziej słabe wydają mi się motywy i fabuły w treściach, na których ktoś zarabia.

Motyw, a właściwie rodzaj klątwy oryginalny. Postać, która nie ma wpływu na swój los. Fajnie, że została ona (klątwa) wykonana w ramach swego rodzaju pokuty i bohaterce na końcu zebrało się na refleksje, dzięki którym przeszła przemianę na lepsze. 

Klasyczna rozpieszczona księżniczka po doświadczeniu nieprzyjemności na własnej skórze (będąc w skórze innych), zaczęła dostrzegać pozostałe osoby, a nie czubek swego nosa.

 

Jedynie trochę zakończenie, a właściwie sposób zdjęcia klątwy mnie rozczarował. Czułem się trochę jak na rollercoasterze, gdzie podjeżdżałem na samą górę, spodziewając się, że zaraz doświadczę ostrego, pionowego zjazdu w dół, a tymczasem droga się trochę wypłaszczyła. Tak jakby brakowało Ci znaków i chciałaś przyspieszyć (znam to, bo sam tak miałem), ale widzę, że do limitu Ci sporo brakuje. Ale to tylko taki jeden minusik, bo tekst fajnie napisany. Dużo treści (w dodatku oryginalnej i ciekawej) i przy małym wykorzystaniu znaków. Myślę, że mogę się od Ciebie wiele nauczyć.

 

Pozdrawiam :) 

 

 

Dziękuję, Mordocu. :-)

Fajnie, że tekst sprawił przyjemność.

No, lubię oryginalność. Chyba miałabym ogromny problem z napisaniem entej historii z cyklu “boy meets girl”.

Tak, sądzę, że konieczność spełniania życzeń innych wpłynęłaby na zrewidowanie poglądów na temat służby.

Na zakończenie wiele osób narzeka. Ja uważam, że doprowadziłam historię do końca – uratowałam księżniczkę, wyjaśniłam, jak doszło do klątwy i nie mam nic więcej do powiedzenia. Ale pewnie dałoby się to zrobić lepiej.

Babska logika rządzi!

Cześć,

Komentarz ten został napisany jeszcze przed wstawieniem komentarza z jurorskim obrazkiem, zatem do tego momentu w tekście mogły zajść zmiany, których już nie śledziłem.

Szybko, sprawnie i przyjemnie. W ogóle to lubię słowo „Finklowe”. Dla mnie jest wciąż świeże, choć na portalu zdążyło się już nieco ugruntować. A Ty nie zwalniasz tempa ;)

Z całości najbardziej podoba mi się bohaterka. Jest spójna, dobrze pokazujesz jej oderwanie od kolejnych przybranych postaci. Czuć to i wierzę, że taka właśnie jest.

Postawiłaś na kilka niedopowiedzeń na początku, ale stopniowo odkryłaś karty. Potem gdy myślałem, że opowieść się powoli rozwinie, Ty puściłaś wóz z górki. Gdy z kolei myślałem, że cały kram rozbije się o skały u podnóża góry, Ty usunęłaś wszystkie przeszkody i pozwoliłaś, by powoli wytracił pęd i stanął na słonecznej polanie pod tęczą. Takie to było… łagodne. I chyba może takie być, choć ja nie do końca to łapię.

Z drugiej strony to dobrze robi motywowi konkursowemu. Ratunek księżniczka znajduje w dziecku – symbolu niewinności, co zresztą ukazujesz w tekście. Wyszło ładnie, baśniowo, a przecież baśnie to naturalne środowisko księżniczek. A w drugą stronę patrząc, księżniczka nie jest jednoznacznie bidulinką, co ją trzeba wziąć na ręce, głaskać i pozwolić jedynie pachnieć. Ma swoje za uszami, co jest wiarygodne.

Technicznie po finklowemu ;) Choć miałem problem z pierwszym akapitem, bo chyba zbyt mocno wpuściłaś mnie w ten tekst, ale chwilę później dryfowałem ku szczęśliwemu zakończeniu, pchany wiaterkiem dobrej literatury.

 Podsumowując, jest ciekawie, fajnie taki tekst przeczytać, ale zabrakło mi chyba jakiejś iskierki, nieco mocniejszego uderzenia, bo po początkowym opisie zła, które bohaterkę spotyka, później idzie już może trochę wyboiście, ale jednak szybko do przodu.

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Dziękuję, Jurku Krokusie. :-)

No, co zrobić, wyszło finklowo. Jak człowiek jest Finklą, to musi pisać finklowe teksty.

Czyli bohaterka udana i należycie księżniczkowa, reszta mogła być lepsza, zwłaszcza tempo akcji. Zasadniczo – robiłam nie to, czego się spodziewałeś. I nie mam pojęcia, czy to dobrze, czy źle.

Już nie pamiętam, jak wpadłam na sposób pozbycia się klątwy. Ale mi się taki spodobał, pasował do sytuacji.

Cieszę się, że wyszło chociaż ciekawie.

Babska logika rządzi!

Cześć, Finkla! Bardzo Ci dziękuję za udział w konkursie.

 

Opowiadanie to bardzo dobrze skonstruowana historia z zaskakującym zakończeniem. Na początku poczułam lekką konsternację, co jednak spotęgowało zaciekawienie fabułą, a gdy wszystko się wyjaśniło przyjemność z lektury była jeszcze większa. Scena z kotkami mnie przeraziła i tu się trochę zaczęłam zastanawiać, czy akurat łowczyni to jest coś czego mogły pragnąć. Pomysł na klątwę i sposób jej rozwiązania to bardzo dobrze zbudowany motyw.

W odniesieniu do tematu konkursowego trochę mi zabrakło samego ratowania, bo chłopiec odczarował księżniczkę niejako przypadkiem.

 

Wyróżnienie Alicelli

Pomysł na klątwę bardzo mi się spodobał, podobnie jak powód jej rzucenia, bo zwykle biedne księżniczki są nic niewinne, a ta jednak sobie zasłużyła.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Dzięki, Jurorko Alicello. :-)

Fajnie, że zakończenie zaskoczyło.

Czego pragną kotki? Hmmm. Ja postawiłam na kogoś, kto potrafi świetnie o kocięta zadbać, czyli między innymi dostarczyć dużo papu. Gdybym chciała iść w realizm (cha, cha, cha!), pewnie dziewczyna zmieniłaby się w panterę. Ale wtedy historia skręciłaby w całkiem inną stronę. Wolałam zachować ludzką postać.

Niby uratował przypadkiem, ale jak trudno było spotkać takiego bezinteresownego dzieciaka…

Dziękuję za wyróżnienie. :-)

A, bo ja lubię sprawiedliwość.

Babska logika rządzi!

 Masz szczęście, że nie doszło do zabójstwa kotków.

Nieodmiennie pozostaję pod wrażeniem, droga Finklo, jak udaje Ci się pisać krótko, lecz treściwie. Dla mnie jest to sztuka chyba nie do opanowania, ale też nie siedzę w branży tak długo, jak Ty, o czym rozmawialiśmy, zdaje się, pod którymś z opowiadań ;)

Historia napisana bardzo sprawnie i przechodzi się przez nią lekko, bez potknięć – niczego innego nie oczekiwałem, bo kilka Twoich tekstów już zobaczyłem. Fajny, ciekawy pomysł na klątwę i umiejętnie częstujesz czytelnika informacjami na jej temat. Doceniam, że nie ma tutaj ani jednego infodumpu i doskonale wyważyłaś tekst. Motyw konkursowy bez wątpienia występuje, aczkolwiek żałuję, że do „uratowania” księżniczki doszło w tak łatwy i obdarty z napięcia sposób, liczyłem na jakieś fajerwerki na koniec. Miło jednak było dowiedzieć się, że księżniczka nie była poszkodowaną przez los (a w sumie bardziej to nie przez los, tylko wiedźmę) niewinną ofiarą, tylko uprzednio sama sobie na to zapracowała.

Może nie ma tutaj urywającego cztery litery pomysłu i nie obraziłbym się, gdybyś rozwinęła i zakręciła zakończenie, ale Twoje opowiadanie to naprawdę solidna robota ;) Miło było się nad nim pochylić.

Dziękuję za nadesłanie pracy, ściskam i pozdrawiam!

Czyli bohaterka udana i należycie księżniczkowa, reszta mogła być lepsza, zwłaszcza tempo akcji. Zasadniczo – robiłam nie to, czego się spodziewałeś. I nie mam pojęcia, czy to dobrze, czy źle.

Jest chyba tak jak powinno być, bo taki była zamiar autorki ;) może nieco niezgrabnie napisałem, że miałem inne wyobrażenia co do dalszej części fabuły, ale to nie przeszkadzało w odbiorze tekstu :)

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Dziękuję, Jurku Amonie. :-)

No, a gdyby dziewczyna tych kotków nie wyciągnęła, to co byś mi zrobił? ;-)

Nie pamiętam dyskusji, o której wspominasz. To chyba nie kwestia stażu – już w szkole nie umiałam lać wody, czego niekiedy żałowałam. Inni na maturze tyle stron nasmarowali…

Fajnie, że klątwa fajna i zasłużona. Mnie też się klątwa podoba, acz nad zapracowaniem na nią się nie zastanawiałam – to jakoś samo wyszło.

Aaaa, wreszcie ktoś napisał, że w zakończeniu poszło o zbyt łatwe zdjęcie klątwy. Hmmm. Ale tego się nie dało zrobić świadomie, samo “o, jaka fajna księżniczką, chcę jej pomóc” już uniemożliwiało zdjęcie.

 

Krokusie, jeśli nie przeszkadzało, to uznaję, że dobrze.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka