- Opowiadanie: Lupus90Gno - Pewny jest tylko smok

Pewny jest tylko smok

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Pewny jest tylko smok

Najważniejsze to mieć dobry plan, a monarcha właśnie taki posiadał. Antoni V, władca Meridii, dopracował każdy szczegół. Najpierw ułożył wszystko sobie w głowie, a teraz wykładał punkt po punkcie Alfredowi – potężnemu szmaragdowemu smokowi. Interlokutor słuchał księcia cierpliwie, co jakiś czas kiwał głową. Kiedy Antoni dobrnął do ostatniej kropki i spojrzał rozmówcy prosto w oczy, Alfred postanowił w końcu zabrać głos.

– Najdostojniejszy książę, hmm… czy mógłbym jeszcze raz usłyszeć słowa przepowiedni prorokini Eufrezyny?

Władca skinął głową. Przymknął oczy i zaczął recytować z pamięci.

Miną trzy lata, a dzielny rycerz po ciężkiej walce uwolni księżniczkę Katarzynę ze szponów złego smoka. Wówczas księstwo Meridii rozkwitnie jak nigdy przedtem. Jeżeli jednak tak się nie stanie, Meridia upadnie.

Książę uniósł powieki i zerknął na smoka. Alfred wydawał się znużony.

– Dlaczego to zawsze muszę być ja? Dlaczego to ja muszę być tym złym smokiem, który coś spali, kogoś porwie…

– Ekhem, mój kochany Alfredzie… – wtrącił monarcha. – Przecież nasze rody żyją w przyjaźni od dawna, czyż to nie mój prapradziad…

– Tak, wiem, uratował mi życie! – Nie wytrzymał smok. – Nie wymawiam się od udzielenia pomocy bliźniemu w potrzebie. Zastanawiam się tylko, dlaczego zawsze muszę odgrywać rolę złoczyńcy. Jestem przykładnym członkiem bractwa Przyjaciół Mieszkańców Puszczy! Pacyfistą i weganinem! Rozumiesz, książę!

Antoni V wyciągnął pojednawczo ręce.

– Och, najdroższy Alfredzie! Nie gniewaj się, proszę! Zwróciłem się do ciebie, ponieważ nie mam nikogo innego. Jeżeli nie porwiesz mojej Kasieńki, to uczyni to inny, naprawdę zły, smok. 

– Oj, już nie mydl mi tu oczu ojcowskimi uczuciami – żachnął się pradawny stwór. – Przecież sam nie wierzysz w profetyczne zdolności tej, jak sam powiedziałeś, szarlatanki, która zachlała się na śmierć.

Książę potarł skronie, jakby chciał ukoić ból głowy.

– Masz rację, nie wierzę zupełnie. Ale ciemny lud słuchał jej niczym świętej. Ja i August dawaliśmy oszustce pieniądze, aby bruździła w królestwie sąsiada. Władca Helvetu dał jej nieco więcej, więc wymyśliła taką bajkę o moim kraju. Kiedy już zmierzałem do niej z ciężkim mieszkiem złota, okazało się, że umarła z przepicia. Wieść gruchnęła po świecie, nie było szans tego odkręcić, więc przyszedłem do ciebie.

– Prosić mnie, abym porwał twoją córkę, uwięził ją na zamku, a następnie dał się pokonać podstawionemu przez ciebie rycerzowi.

– Z grubsza tak. 

Książę i smok przez chwilę kontemplowali w ciszy poruszane łagodnym wiatrem korony drzew. Alfred pierwszy przerwał milczenie.

– Księżniczkę mam odstąpić twojemu kandydatowi. A co, jeśli wcześniej pojawią się jacyś bohaterowie?

– Odpędź ich. Nie mogę przecież wydać córki za szewca czy pasterza. Racja stanu, rozumiesz.

Alfred wypuścił dym przez nozdrza.

– Fałszywa przepowiednia, uprowadzenie, niewola i pojedynek. Czy cokolwiek w tej historii będzie prawdziwe?

Władca spojrzał na rozmówcę z rozbawieniem. 

– Na pewno smok.

***

Księżniczka Katarzyna nie była zbyt wysoka, więc musiała wejść na zydel, aby zza blanków zamkowego muru ujrzeć rycerza, który stanął naprzeciwko bramy. Wyglądał jak z bajki. Wypolerowany napierśnik błyszczał w promieniach słońca. Lśnił również trzymany pod pachą hełm. Szlachcic nie mógł przecież nosić przyłbicy na głowie – skórzana wyściółka zniszczyłaby efektowną, trefioną fryzurę.

Za gładkolicym młodzieńcem zgromadził się tłum giermków, zbrojnych oraz ciurów. Rycerski herold nabrał powietrza w płuca i zagrał głośno na rogu. Po skończonym popisie rozpoczął przemówienie.

– Szlachetny Jacques z Paviou przybywa na ratunek księżniczce Katarzynie więzionej przez okrutnego smoka. Wzywa bestię, aby natychmiast stanęła do walki na ubitej ziemi! 

Księżniczka obróciła głowę w stronę dziedzińca. Alfred spoczywał koło studni, jego długa szyja i łeb leżały na ziemi. Gdyby nie otwarte oczy, Katarzyna pomyślałaby, iż śpi.

– Alfredzie, czy to jest ten tatusiowy rycerzyk? – zapytała, choć w duszy już przeczuwała, jaka będzie odpowiedź.

Pradawny stwór obrócił głowę, aby lepiej widzieć dziewczynę.

– Nie. To wielmoża z sąsiedniej krainy. 

– Co mam mu odpowiedzieć?

– Że nie ma mnie w domu.

Młoda następczyni tronu pokręciła głową z dezaprobatą, po czym wspięła się na palce i wyjrzała zza zęba krenelażu.

– Szlachetny rycerzu! Cnotliwy panie!

W poczcie rycerza z Paviou zapanowało poruszenie. Szlachetny Jacques pospieszył wraz ze sługami pod odcinek muru, na szczycie którego stała dzieweczka. Wojacy zatrzymali się tuż przed fosą.

– Wasza miłość! – odezwał się Jacques. – Nie lękaj się niczego! Zaraz cię uwolnię! Twoja niedola dobiegnie końca!

Księżniczka uśmiechnęła się w myślach. W niewoli nie żyło się jej wcale źle. Alfred był bardzo ugodowym smokiem. Wymusiła na nim, aby oprócz niej porwał również panią Matyldę – ukochaną ochmistrzynię. Córka monarchy posiadała niezwykły dar przekonywania, więc bez problemu namówiła Alfreda, żeby uprowadził jeszcze królewskiego medyka, tak na wszelki wypadek. Potrzebny był też piekarz. Oraz błazen. A także czternaście dwórek – Katarzyna tęskniła za koleżankami.

Następczyni tronu otrząsnęła się z zamyślenia. Wyjęła z szerokiego rękawa batystową chusteczkę, a następnie upuściła ją za zamkowy mur. Różowy kawałek materiału popłynął w powietrzu wprost do władcy Paviou. Szlachcic ścisnął go mocno w dłoni i przyłożył do ust, łapczywie wdychając słodką woń perfum. Kiedy się już nacieszył chwilą, schował chusteczkę za karwasz i ponownie spojrzał na machającą do niego księżniczkę. 

– Wasza miłość! Nie mogę już dłużej czekać! Otwórzże wrota lub spuść linę, po której wespnę się do ciebie!

Katarzyna położyła się do połowy na murze, podbródek oparła na splecionych dłoniach.

– Niestety nie mogę! Alf… smok mi nie pozwala! Sam musisz, zacny panie, odnaleźć do mnie drogę. 

Cały entuzjazm wyparował z serca rycerza w jednej chwili. Szlachcic oddał hełm giermkowi, a następnie szeroko rozłożył ręce i spojrzał bezradnie na piękną niewiastę. 

– Ale, cna pani, nie mam ci ja tarana, co bym się przebił przez wrota. Ani skrzydeł nie posiadam, więc do ciebie nie dolecę.

Katarzyna wyciągnęła dłoń, wskazując coś za plecami wojów z Paviou.

– Tam, pośród tych namiotów są tacy, co budują katapultę. Pomóżcie im, to może się jakoś do mnie dostaniecie.

Rycerz spojrzał za siebie na kolorowe obozowisko. Chcąc nie chcąc wydał podkomendnym rozkaz. Cały poczet ruszył w stronę zbudowanego z płótna i żerdzi miasteczka.

Mąż z Paviou nie był pierwszym admiratorem księżniczki. Najpierwsi wyzwoliciele przybyli pod zamkowe mury już przed kilkoma miesiącami. Pasowani rycerze, giermkowie, a także zwykli plebejusze próbowali znaleźć sposób na sforsowanie murów oraz pokonanie smoka. Prędko przekonywali się o niemałej trudności tego zadania. Niektórzy wracali do domów, lecz część została i rozbiła namioty. Obozowisko zaczęło szybko się powiększać. Pojawiali się kolejni śmiałkowie, marzący o zdobyciu ręki księżniczki. Pod zamek ciągnęli także kupcy i handlarze, łaknący pieniędzy bohaterów. Szybko okazało się, że rycerze nie mogą obyć się również bez drobnych usług kowali, balwierzy, szewców, krawców, piwowarów oraz niewiast, które za niewygórowaną sumę pocieszały i łagodziły ból porażki.

***

Alfred usłyszał bzyczenie dochodzące z kryształowej kuli. Spojrzał pytająco na swoich kompanów z bractwa Przyjaciół Mieszkańców Puszczy. Niektórzy kiwnęli głowami, inni mrugnęli przyzwalająco, więc smok dotknął pazurem szklanego przedmiotu i wypowiedział słowa zaklęcia. Magiczna kula wypełniła się na moment gęstą mgłą. Kiedy nadnaturalny opar zniknął, jego miejsce zajęła przejęta twarz księżniczki.

– Halo! Alfredzie, słyszysz mnie?

– Słyszę i widzę, Kasiu. Czy to coś poważnego? Jestem teraz na spotkaniu bractwa.

– Chyba tak. Przyjechał właśnie pan rycerz z Wartagu. Twierdzi, że jest przyjacielem mego ojca.

– Aha… A jak go zwą? – głos smoka lekko zadrżał.

– Gerard.

Alfred gwałtownie rozprostował skrzydła.

– Cholera jasna! Przyjechał akurat, gdy nie ma mnie w domu!

Drzewiec – przywódca bractwa – zamruczał przeciągle i spojrzał wymownie na smoka. Alfred uspokoił się momentalnie.

– Przepraszam, mistrzu Dębie. Już się opanowałem.

– Alfredzie, zdołasz przecież dolecieć do zamku w kilka godzin – zabrał głos Sofires, młody druid farbujący włosy na biało. – Zanim Gerard na dobre się rozgości, ty zdążysz wrócić i stoczyć z nim pojedynek.

Smok skinął głową.

– Masz rację, Sofiresie – stwierdził, po czym spojrzał w kryształową kulę. – Kasiu, przyjmijcie Gerarda i przygotujcie dobrą wieczerzę. Wrócę przed zmrokiem.

Postać w kryształowej kuli uśmiechnęła się szeroko.

– Jak sobie życzysz, Alfredzie – rzekła, po czym zniknęła z widoku. Zebrani na polanie członkowie bractwa usłyszeli jednak jej głos wyraźnie. – Opuśćcie most i podnieście kratę!

Alfred poruszył się niespokojnie. Smocza intuicja syknęła ostrzegawczo.

– Kasiu, pamiętaj tylko, żeby rycerz nie podchodził zbyt blisko fosy. Ten most jest naprawdę długi.

Odpowiedziała mu cisza. W kryształowej kuli widać było tylko zarys krenelażu. Sofires poklepał współbrata po szponie.

– Nie frasuj się niepotrzebnie. Takie rzeczy prawie się nie zdarzają. 

Słowa druida uspokoiły skołatane nerwy smoka. Tylko na chwilę.

– Miłosierny Panie! Podnieście ten most! Podnieście go! Matko! On się chyba nie rusza! – Głos Katarzyny dochodził do nich trochę przytłumiony, ale poszczególne słowa słychać było wyraźnie.

Wszyscy uczestnicy zebrania, poza dostojnym mistrzem Dębem, rzucili się ku magicznej kuli.

– Kasiu! Co tam się stało? Kasiu! – dudnił basem smok.

Twarz następczyni tronu ponownie zagościła w kryształowym przedmiocie. Oczy księżniczki rozszerzyły się z przerażenia. Przez moment nie mogła wydusić z siebie słowa.

– Pan… Gerard… Most przygniótł… Na śmierć.

Członkowie bractwa spojrzeli na siebie wymownie. Sofires chrząknął głośno dwa razy.

– Alfredzie, sądzę, iż powinniśmy odbywać zebrania u ciebie.

***

Członkowie bractwa Przyjaciół Mieszkańców Puszczy spotykali się na dziedzińcu zamku Bukowa Góra, gdyż żadna komnata nie była w stanie pomieścić mistrza Dęba ani tym bardziej smoka. Zgromadzenie miłośników przyrody pozyskało dzięki zmianie miejsca spotkań nową członkinię. Do leśnej rodziny dołączyła księżniczka Katarzyna.

– Czy ktoś chciałby coś jeszcze dodać? – zapytał Alfred.

Odpowiedziało mu milczenie.

– Humpffff – podsumował ciszę Dąb.

– Dobrze, skoro mistrz zakończył spotkanie, to nie pozostaje mi nic innego, jak tylko wam podziękować – stwierdził smok. – Zapraszam za miesiąc. Upiekę pierniczki.

Członkowie bractwa zaczęli rozchodzić się do domów. Katarzyna chwyciła Sofiresa za rękę, gdy ten zmierzał w stronę bramy. Druid odwrócił się zaskoczony. Jego wzrok potrzebował tylko chwili, aby zogniskować się na niewieście. 

– O! Księżniczka Katarzyna! W czym mogę pomóc?

– Czcigodny mistrzu Sofiresie, czy zechciałbyś zaszczycić mnie swą obecnością podczas wieczornego spaceru na murach? – spytała i zatrzepotała wdzięcznie długimi rzęsami.

Sofires patrzył na nią zaintrygowany.

– Och! Oczywiście. To znaczy, a czy coś się stało? Chciałabyś o czymś porozmawiać?

– Tak! Chciałabym o porozmawiać o tym, no wiesz… O drzewach!

Szeroki uśmiech rozjaśnił twarz druida.

– Wspaniale! To mój ulubiony temat! Chodźmy!

Słońce chyliło się ku zachodowi, Sofires wraz z Katarzyną stali oparci o blanki Baszty Północnej. Łagodny wiatr muskał ich włosy.

– A ulubione drzewo zakochanych, to jakie jest? – rzuciła niby od niechcenia księżniczka.

Druid podrapał się po farbowanej czuprynie.

– Zakochanych? A bo ja wiem… może lipa?

Następczyni tronu podeszła do strażnika puszczy i strzepnęła z jego ramienia prósz. Następnie spojrzała mu prosto w oczy, uśmiechając się przy tym niewinnie.

– A całować… to się można pod jemiołą?

W oczach Sofiresa nareszcie pojawiło się zrozumienie. A zaraz potem strach.

– Wasza miłość…

– Miłość to piękne słowo – wtrąciła Katarzyna.

Druid cofnął się o krok i nerwowo zamachał rękoma.

– Ależ Kasiu… księżniczko! Ja z tych zawodów jestem wykluczony! Obowiązuje mnie celibat! Święta profesja druida…

– Celibat zabrania małżeństwa?

– Dokładnie!!!

– Ale nie zabrania całowania, prawda?

– No nie, ale przecież…

Sofires zacisnął dłonie w pięści i zagryzł wargi. Całą swą wolę skupił na tym, aby ignorować stojącą przed nim księżniczkę. Starał się nie patrzeć w jej ogromne bursztynowe oczy, nie wąchać słodkawej piżmowej woni perfum, nie odczuwać bijącego od niej ciepła. Szło mu bardzo dobrze. Był przecież strażnikiem gaju z powołania. 

– Co wy wyprawiacie? – zapytał zgorszony Alfred.

Druid natychmiast oderwał usta od ust Katarzyny, zdjął ręce z jej talii i obrócił się gwałtownie w stronę smoka, który unosił się w powietrzu.

Jak to możliwe, że nie słyszałem łopotu skrzydeł? – pomyślał zrozpaczony.

– Ratowałem księżniczkę! Bo… nie oddychała!

– Aha. I co? Teraz już oddycha?

Katarzyna wychyliła się zza pleców Sofiresa i pomachała okrytemu łuską opiekunowi.

– Wszystko w porządku, Alfredzie! – odpowiedziała dziarsko.

Alfred nawet na nią nie spojrzał. Cały czas świdrował wzrokiem pokraśniałego ze wstydu druida.

– Sofiresie, tak sobie myślę, że powinieneś wrócić do swojej puszczy, do swoich drzew, do swoich zwierząt i do swojego CELIBATU.

– Masz rację, Alfredzie. Powinienem już wrócić do siebie – stwierdził druid, po czym skwapliwie skorzystał z okazji i szybko zszedł z baszty.

Księżniczka zakryła usta dłonią i odwróciła się w stronę zachodzącego słońca.

– Kasiu…

– Tak, Alfredzie?

– Nie chichocz.

***

Alfred często zabierał Katarzynę na kilkugodzinne podniebne wyprawy. Z początku przywiązywali ją do szyi smoka, aby nie spadła, lecz szybko znaleźli zdolnego rymarza, który sporządził odpowiednie siodło. Dziewczyna nie bała się wcale, gdy przyjaciel wirował razem z nią w powietrzu. Śmiała się głośno, tuliła do szmaragdowych łusek. Czasami wyciągała ręce na boki i zamykała oczy. Była wolna i szczęśliwa jak żadna księżniczka na świecie.

Wracali do domu z kolejnej wycieczki, zostawili lasy i jeziora za sobą, przelecieli szybko nad prowizorycznym miasteczkiem. Pod brzuchem Alfreda rozpościerały się teraz rozdeptane łąki. Wśród tego morza traw dostrzegli grupę konnych, zmierzających traktem ku zamkowej bramie. Bez wątpienia był to rycerski poczet. Sztandar z rodowym herbem nie pozostawiał złudzeń.

– Że im się to nigdy nie znudzi – powiedziała księżniczka.

Alfred przyjrzał się uważniej powiewającej na drzewcu fladze.

– Hmm… nie wiem, czy to czasem nie jest ten nowy faworyt twojego ojca…

Serce Katarzyny zamarło.

– Ale jak to? Już? Ale… Alfredzie, chyba nie oddasz mnie bez walki, co?

– Spokojnie, Kasiu. Wszystko musi być tak jak w przepowiedni. Bez wygranego pojedynku cię nie dam.

Wylądowali na dziedzińcu. Katarzyna zeskoczyła zgrabnie na ziemię, jej dwórki sprawnie odwiązały siodło. 

– Pomóżcie księżniczce z toaletą. Kasiu, przywdziej lepszą sukienkę. Ja poczekam na rycerza – oznajmił smok.

Księżniczka wraz z fraucymerem weszła do wieży, natomiast Alfred obrócił się w stronę bramy. Nauczony doświadczeniem zaczął opuszczać zwodzony most, zanim rycerz dotarł do fosy. Następnie zajął pozycję na środku dziedzińca i czekał.

Zbrojny orszak przekroczył progi twierdzy. Konie strzygły uszami i głośno parskały, ludzie nerwowo zerkali za siebie. Jedynie właściciel pocztu zachowywał zimną krew. Kiedy zdjął hełm i uniósł prawicę, cała grupa zbrojnych stanęła. Rycerz ześlizgnął się płynnie z wierzchowca, wyjął z podróżnej sakwy drewnianą skrzyneczkę i postąpił kilka kroków w stronę smoka.

– Przedstaw się! – zażądał srogo Alfred.

Szlachcic spojrzał bez lęku na gospodarza.

– Zwą mnie Wladimir. Jestem księciem Bendanii. Przybyłem, aby uwolnić księżniczkę. Mam ze sobą błogosławieństwo Antoniego V, władcy Meridii.

Smok zlustrował rozmówcę uważnie.

– Hmmm… Błogosławieństwo to za mało. Musisz zwyciężyć mnie w pojedynku. Czy jesteś na to gotowy?

Wielmoża z Bendanii otworzył trzymaną w rękach skrzyneczkę. Alfred pochylił głowę i przyjrzał się uważnie zawartości kuferka. W pierwszej chwili ogarnęło go zdumienie. Lecz szybko ustąpiło miejsca ekscytacji.

– W ten sposób chcesz mnie pokonać? No dobrze, zaraz się przekonamy…

***

Wykąpana, uczesana, wystrojona jak na bal Katarzyna zbiegła po schodach wieży. Wyszła na plac skąpany w pomarańczowo-złotych promieniach słońca. Alfred i rycerz rozmawiali przyciszonymi głosami, lecz gdy tylko spostrzegli księżniczkę, zamilkli. Białogłowa starała się wyczytać coś z ich obliczy, lecz bezskutecznie. Stali przed nią tacy spokojni i poważni.

– Czy już po walce? – spytała z niedowierzaniem.

– Tak – odpowiedzieli jednocześnie.

– A kto wygrał?

Książę zerknął na smoka, ten zaś spojrzał Katarzynie prosto w oczy. Niewiasta dopiero teraz dostrzegła smutek w oczach opiekuna.

– Kasiu… To jest chyba twój przyszły mąż.

Świat zawirował. Dziewczyna zachwiała się i cofnęła o krok. Rycerz z Bendanii przypadł zaraz do niej, ujął niewieścią dłoń w swe ręce i uklęknął na jedno kolano. Jego proste czarne włosy i pociągła twarz idealnie mieściły się w obecnie panującym kanonie piękna. Był przystojny, ale księżniczka nic do niego nie czuła.

– Wasza miłość…

Sofires mówił to inaczej – stwierdziła w myślach i spojrzała ponad głową Wladimira na smoka.

– Alfredzie, jak to się stało? Przecież ty nie masz nawet zadrapania. Ani śladu krwi…

– Książę pokonał mnie fortelem – rzekł ciężko Alfred. 

Nie rozumiała tego. Nie chciała zrozumieć. Życie straciło swój smak. Wszystko stało się dla niej obojętne. Nie obchodziły ją pocałunki, uściski, wiwaty ani hołdy. Widziała, że Alfred próbował coś do niej powiedzieć, ale nie słyszała go już wcale. Niewiele pamiętała z tego, co się wówczas działo. Wiedziała tylko, że posadzono ją na wóz i wywieziono z zamku Bukowa Góra do stolicy Meridii.

***

– Smutnaś, moja córko. Nie cieszysz się w dniu twego ślubu?

– Ach, ojcze, tęskno mi za Bukową Górą.

Książę pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Za czasami niewoli?

Katarzyna spojrzała na rodzica. Jej oczy lśniły niczym dwa wielkie bursztyny.

– Tam właśnie byłam wolna. Czyż nie mogłoby tak zostać?

Monarcha ściągnął brwi, jego twarz stężała.

– Dziecko, nie zapominaj, że jesteś następczynią tronu. Księżniczki w twoim wieku już piastują dzieci. Musisz dzisiaj wyjść za mąż. Tego wymaga racja stanu.

Dziewczyna poczerwieniała ze złości. Cięta riposta czekała na końcu języka, ale księżniczka powstrzymała się od komentarza, gdyż do pomieszczenia wszedł Wladimir z Bendanii, jej przyszły mąż. Po krótkiej wymianie uprzejmości ojciec panny młodej wyszedł z komnaty, pozostawiając narzeczonych samych. Katarzyna zacisnęła usta w wąską kreskę, spojrzeniem uciekła w bok. Mężczyzna odchrząknął.

– Wasza miłość… znaczy się, Katarzyno. Może przespacerujemy się po ogrodzie.

Przystała na propozycję. Udali się na zamkowy dziedziniec, położony za wewnętrznym murem. Szli powoli alejką, otoczeni przez sprowadzone z zamorskich krajów drzewa. Wladimir westchnął głośno.

– Pani, chyba nie jesteś ukontentowana zbliżającymi się godami.

Księżniczka spojrzała na rycerza łagodniejszym wzrokiem.

– Nie zrozum mnie źle, szlachetny Wladimirze, ale to nie chodzi o ciebie, tylko o moich przyjaciół. Musiałam ich opuścić, aby wypełnić wolę ojca.

Szlachcic zatrzymał się i spojrzał na nią zaskoczony.

– Zaprzyjaźniłaś się ze smokiem? Nie sądziłem, że to jest możliwe.

Niewiasta uśmiechnęła się delikatnie.

– To jest naprawdę miły smok. Potężny, silny, ale…

W głowie następczyni tronu zapaliło się nikłe światełko.

– Jak ty w ogóle zdołałeś go pokonać?

Wladimir wypiął dumnie pierś i wyszczerzył zęby.

– To był mat w dwudziestu ruchach. Ha! Coś pięknego!

Prawda docierała do umysłu księżniczki powoli. Usłyszana przed chwilą wiadomość z trudem kruszyła liczne mury obronne, które wzniosła w swym sercu. W końcu jednak wszystkie zapory runęły.

– Graliście o mnie w szachy? Pokonałeś Alfreda w szachach! 

– A niby jak inaczej? Mieczykiem go miałem pochlastać?

Księżniczka złożyła ręce jak do modlitwy i potrząsnęła głową kilka razy.

– Nie, nie, nie… To niemożliwe…

– Dlaczego niemożliwe? – zapytał zupełnie szczerze rycerz.

– Alfred jest znakomitym szachistą. Nigdy z nim nie wygrałam.

Wladimir założył ręce na piersi.

– Widocznie ja jestem lepszy.

W ogromnych oczach Katarzyny smutek mieszał się z politowaniem.

– Mój książę, wygrałeś, ponieważ smok miał taką umowę z moim ojcem. Czyżbyś naprawdę nie wiedział, że występujesz w przedstawieniu?

Wladimir zbladł. Przez moment wyglądał, jakby miał się rozpłakać. Ostatecznie jednak tylko wybuchnął gniewem.

– Do diaska! Udowodnię ci, księżniczko, że mam rację! Idę po szachy. Jak wrócę, to zagramy. Sama się przekonasz o mej sile!

Książę obrócił się na pięcie i pomaszerował w stronę małej furtki w wewnętrznym murze. Katarzyna została sama. Ale i tak czuła się osaczona. Natrętne myśli nie dawały jej spokoju. Wiedziała, że to wszystko jest z góry ukartowane, ale w głębi duszy miała nadzieję na… coś innego. Zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, ruszyła przed siebie szybkim krokiem, jakby chciała przed czymś uciec.

Zatrzymała się, dopiero gdy usłyszała donośnie bicie dzwonów. Westchnęła głośno i spojrzała posępnie na baszty wewnętrznego pierścienia murów obronnych.

– Pięknie, uroczystości ślubne zaczęły się beze mnie – oznajmiła głośno drzewom. – Ojciec naprawdę ma mnie za nic.

Księżniczka zrozumiała swoją pomyłkę, gdy spostrzegła biegnących w jej stronę gwardzistów.

– Pani! Uciekaj! Smok nadlatuje!

Serce niewiasty zabiło mocniej.

Czyżby Alfred? – pomyślała z nadzieją.

Gwałtowny wicher uderzył ją w twarz. Zasłoniła się przedramieniem i zmrużyła oczy. Kiedy opuściła rękę, ujrzała smoka. To nie był Alfred.

Nadlatujący stwór nie miał szmaragdowej łuski, tylko czarną. Czarną jak noc, czarną jak smoła. Wielkością i rozpiętością skrzydeł zdecydowanie przewyższał dobrodusznego przyjaciela księżniczki.

Bestia wydała z siebie rozdzierający ryk, po czym wylądowała z impetem, miażdżąc przy okazji drzewa, krzewy oraz wolno stojącą altankę.

Zderzenie się masywnego cielska smoka z podłożem wywołało potężny wstrząs. Księżniczka straciła równowagę i upadła na plecy.

Szybko jednak powstała. I spojrzała olbrzymiej bestii prosto w oczy. Wejrzenie tej mitycznej gadziny w niczym nie przypominało łagodnego i ciepłego wzroku Alfreda. Żółte ślepia czarnego smoka przeniknięte były chłodem.

– Kim jesteś i dlaczego nas niepokoisz? – zapytała odważnie księżniczka. 

Bestia wydała z siebie krótki warkot.

– Przybywam jako strażniczka przepowiedni wizjonerki Eufrezyny.

Dzwony biły jak szalone. Gwardziści zasłonili księżniczkę murem ze swych ciał. Smoczyca oblizała pysk długim, rozwidlonym językiem.

– Czy naprawdę myśleliście, że ta drwina z proroctwa ujdzie wam na sucho? 

– Predestynacja… – rzekł ze zgrozą książę Antoni, który wyrósł niespodziewanie za plecami Katarzyny.

Smoczyca przeniosła spojrzenie na monarchę. Uśmiechnęła się szyderczo.

– Zabieram twoją córkę, książę. 

– Jeśli chcesz ją porwać, to musisz zmierzyć się ze mną, maszkaro! – krzyknął Wladimir.

Wszyscy, łącznie z Predestynacją, spojrzeli na księcia Bendanii, który zdążył już wrócić do ogrodu. Szlachetny rycerz stał w jednej z parkowych alejek, pod pachą dzierżył niewielką drewnianą skrzynkę. Strażniczka przepowiedni otaksowała śmiałka długim spojrzeniem.

– Jak niby chcesz mnie pokonać, junaku?

Wladimir położył kuferek na ziemi, otworzył go, a następnie wyciągnął składaną planszę i zaczął ustawiać na niej figury szachowe.

– Wygram z tobą, dzięki nadzwyczajnym zdolnościom strategicznym – stwierdził zuchwale pan młody. 

Predestynacja pochyliła nieco głowę, w jej oczach błysnęło coś groźnego. Wszyscy, poza rycerzem z Bendanii, cofnęli się odruchowo. Władca Meridii chwycił córkę w ramiona. 

– Nie każdy smok jest taki jak Alfred – powiedziała tubalnym głosem Predestynacja.

– Grasz białymi czy czarnymi?

Wladimir nie usłyszał odpowiedzi. Potężny strumień ognia popłynął przez ogrodową alejkę, zatrzymując się dopiero na murach zamku. Płomienie trawiły wszystko, co napotkały na swej drodze. Rycerz z Bendanii nie miał żadnych szans.

Na dziedzińcu rozpętało się piekło. Ludzie wrzeszczeli, uciekając w popłochu przed ogniem.

Predestynacja wzbiła się w powietrze i poszybowała na północ. W szponach trzymała nieprzytomną księżniczkę Katarzynę. 

***

Znów była uwięziona. Tylko że tym razem naprawdę. Porzucona na szczycie szarej, kamiennej wieży, osadzonej na prawie pionowej skale, wyrastającej na wiele stóp ponad otaczający ją bór. W powietrzu czuć było magię. Nawet sama góra sprawiała wrażenie, jakby została wyciosana za pomocą zaklęć.

Katarzyna podniosła głowę i spojrzała na ogromną czarną smoczycę, unoszącą się w powietrzu. Żółte ślepia Predestynacji patrzyły na następczynię tronu z zimną obojętnością. Katarzyna nie odczuwała już strachu przed bestią. Jedyne uczucie, które w tej chwili jej towarzyszyło, to gniew.

– Padniesz ofiarą własnej intrygi, poczwaro. Dobrze wiesz, co głosi przepowiednia.

– Głosi albo jedno, albo drugie – stwierdziła Predestynacja. – Nie martw się księżniczko, ja też czekam na twojego rycerza.

Katarzyna uniosła mimowolnie brwi.

– Tak niecierpliwie wypatrujesz własnej zguby?

Bestia mruknęła przeciągle.

– Jestem najstarszą córką samego Losu. Mnie zguba nie jest pisana.

Niewiasta poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy, a nogi stają się miękkie niczym rozgrzany wosk.

– Ale… jak to? Jesteś… nieśmiertelna! Jakiż rycerz zdoła cię pokonać?

– Mogliście zaczekać na smoka z Rubinowego Archipelagu. Byłoby łatwiej. Postanowiliście jednak oszukać przeznaczenie, więc musiałam interweniować… Masz rację, nikt mnie nie zwycięży. Co nie znaczy, że nie będzie próbował. Przypuszczam, że jeszcze dziś wieczorem ktoś podejmie rozpaczliwą próbę.

Po tych słowach córka Losu wzbiła się wysoko w powietrze. Szybko zniknęła wśród chmur.

Księżniczka zeszła z tarasu do najwyższej komnaty. Położyła się na prostym sienniku i spojrzała w otwarte okno. Słońce wisiało jeszcze wysoko na niebie, ale nie wierzyła, żeby jakiś rycerz przybył tu przed zmierzchem. Któż miałby odwagę stanąć do walki z takim przeciwnikiem?

A jednak ktoś się stawił. Nawet dwie osoby. Katarzyna dostrzegła wybawicieli przed okno i pobiegła szybko na sam szczyt wieży. Predestynacja już czekała na gości, zawieszona kilkadziesiąt stóp nad czarodziejską budowlą. Intensywnie wpatrywała się w lecącego ku niej smoka oraz dosiadającego go jeźdźca.

– Jacy wy jesteście przewidywalni. Aż do bólu – zadudniła strażniczka przeznaczenia.

– Od kiedy to najstarsza córka Losu przestawiła się na ręczne sterowanie kolejami dziejów? – spytał Alfred, który zatrzymał się w pewnej odległości od przeciwniczki.

– Musiałam po was posprzątać – rzekła z zadowoleniem w głosie.

– Warto było tak się wysilać dla wymysłów tej pijaczki? – dziwił się Sofires.

Predestynacja warknęła groźnie.

– Nieważne jak żyła i umarła. Przepowiednia Eufrezyny była prawdziwa… To ja stworzyłam to proroctwo. Ona miała je tylko ogłosić światu. Rasa ludzka jest taka ułomna…

Alfred załopotał mocniej skrzydłami i ruszył się z miejsca. Zaczął kołować wokół wieży, cały czas podnosząc tor lotu.

– Wiesz, co musisz zrobić? – wyszeptał do druida.

– Mną się nie martw – odparł Sofires. – Uważaj na tę czarnulkę. Ona jest ze dwa razy większa od ciebie.

– Nie przesadzaj…

Alfred nieustannie wznosił się wyżej i wyżej. Okręgi, które zataczał, stawały się coraz mniejsze. Szmaragdowy smok zaciskał pętlę wokół smoczycy. Córka Losu nie zmieniła za to swej pozycji wcale. Tylko obserwowała.

– Jeszcze chwilę i pikuję – ostrzegł przyjaciela Alfred.

Nie zdążył. Predestynacja uprzedziła jego atak. Czarnołuska smoczyca wystrzeliła w górę jak pocisk z procy. Rozdziawiła paszczę, wysunęła szpony. Alfred w ostatniej chwili zszedł z linii ataku. Niestety nie obeszło się bez rany. Ostre pazury córki Losu zahaczyły o korpus szmaragdowego smoka. Alfred stłumił ryk bólu i błyskawicznie zanurkował, kierując się wprost na wieżę. Wpadłby na magiczną budowlę, ale w ostatnim momencie skręcił gwałtownie w bok. Predestynacja ruszyła w pościg za przeciwnikiem. Była niezwykle szybka, z każdą chwilą zmniejszała odległość dzielącą ją od ofiary.

Nie uciekniesz przeznaczeniu, Alfredzie. – Słowa córki Losu pojawiały się wprost w umyśle szmaragdowego smoka, pomijając drogę prowadzącą przez uszy.

Alfred kluczył w powietrzu, co chwila skręcał i zmieniał kierunek lotu. Starał się zgubić “ogon” dzięki swej zwrotności. Predestynacja niecierpliwiła się coraz bardziej. W przypływie gniewu otworzyła paszczę i zionęła strumieniem czerwono-złotych płomieni w stronę uciekiniera.

***

Kiedy Alfred leciał wprost na koronę wieży, księżniczka Katarzyna skuliła się i nakryła głowę rękoma – wiedziała, że to i tak w niczym nie pomoże, ale nie potrafiła powstrzymać odruchu. Potężne uderzenie jednak na nią nie spadło, poczuła tylko mocny podmuch wiatru. Usłyszała natomiast tąpnięcie, kilka kroków od siebie. Od razu spojrzała w tamtą stronę.

– Sofiresie, nic ci nie jest?

Druid wstał powoli z kamiennej posadzki, sprawiał wrażenie lekko oszołomionego.

– Nic, Kasiu… Uff, dobrze, że zaklęcie zadziałało.

– Dlaczego jesteś tutaj, a nie tam z Alfredem?

Strażnik gaju potrząsnął głową, aby szybciej dojść do siebie, po czym w końcu zogniskował wzrok na przyjaciółce.

– Mam ze sobą tajną broń, dzięki której pokonamy Predestynację.

Sofires wyciągnął zza pazuchy skórzany futerał. Katarzyna spojrzała na niego z niepokojem.

– Ale to nie są szachy, prawda?

Druid wyjął z pokrowca zrolowany pergamin, z doczepionymi do niego dwoma woskowymi pieczęciami, wiszącymi na czerwonych sznureczkach.

– Przeczytaj to szybko – rzekł, po czym podał niewieście przedmiot.

– To jakieś zaklęcie? – spytała i rozwinęła arkusz.

Sofires uśmiechnął się zagadkowo.

– Coś potężniejszego.

***

Zdesperowany Alfred przystąpił do kontrataku. Uderzał szponami i gryzł na przemian, wyprowadzał ciosy a to na plecy przeciwniczki, a to na jej korpus. Predestynacja próbowała go pochwycić i unieruchomić, ale szmaragdowy smok wił się jak piskorz.

Córka Losu cechowała się nieśmiertelnością, ale nie odpornością na ból. Każdy atak mniejszego przeciwnika irytował ją coraz bardziej. W końcu nie wytrzymała i wydała z siebie przerażający ryk. Jej ciało przez moment błysnęło oślepiającym światłem. Alfred odskoczył od niej jak oparzony i odwrócił głowę. Kiedy niespodziewana jasność trochę przygasła, szmaragdowy smok z powrotem spojrzał na wroga. To, co ujrzał, napełniło go przerażeniem.

Predestynacja uniosła się wysoko w powietrze. Przez jej ciało przechodziły co chwilę wiązki błyskawic, które jednak nie czyniły jej krzywdy. Na niebie, nie wiadomo skąd, pojawiły się czarne burzowe chmury. Córka Losu otworzyła paszczę. Między górną a dolną szczęką zaczęła formować się strzelająca piorunami, migotliwa, niebiesko-biała kula. 

Pora zakończyć ten rozdział, dzielny rycerzu – rozbrzmiało w umyśle Alfreda. – Twoja śmierć zapoczątkuje upadek Meridii. Przeznaczenie się

Predestynacja nie dokończyła myśli. Kula energii rozbłysła po raz ostatni, po czym rozpadła się na miliony iskier, które zaraz zgasły. Zniknęły również wiązki błyskawic, a także czarne chmury. Wszystko powróciło do normalności.

Córka Losu nerwowo obracała głowę w lewo i w prawo, szukając przyczyny tych niespodziewanych zmian. Znalazła ją, gdy tylko spojrzała na szczyt wieży. Bystrym wzrokiem dostrzegła Sofiresa oraz Katarzynę, którzy stali na tarasie obronnym. Księżniczka trzymała przed sobą rozwinięty arkusz pergaminu bądź papieru, z przypiętymi do niego dwoma pieczęciami.

Predestynacja oraz Alfred podlecieli bliżej wieży. Następczyni tronu cały czas demonstrowała obserwatorom pergamin. Na jej twarzy zagościł wyraz tryumfu.

– Jakim sposobem odebrałaś mi moc? Co to jest za zaklęcie? – dopytywała smoczyca.

– To coś więcej niż zaklęcie – oznajmiła Katarzyna. – To akt prawny. A dokładnie mówiąc, dokument poświadczający moją abdykację. Już nie jestem księżniczką.

Alfred pokiwał głową z zadowoleniem, natomiast Predestynacja wypuściła dym przez nozdrza.

– W ten sposób chcesz zniweczyć przepowiednię? Sprytne… Ale musisz wszak scedować na kogoś koronę. Czyż nie?

Strażniczka przepowiedni wyszczerzyła zakrzywione, ogromne zębiska. Wydawała się spokojna, lecz w jej oczach płonęła żądza mordu.

– No, powiedz mała Kasiu, jakąż to niewinną duszyczkę obarczyłaś brzemieniem władzy. Kogóż wydałaś na pastwę Losu? Powiedz, proszę, bo pilno mi dopełnić przeznaczenia tej istotki.

Dziewczyna opuściła dłoń. Serce jej drżało, ale dzielnie wytrzymała złośliwe spojrzenie żółtych ślepi.

– Jesteś bezwzględna, dopadniesz i zniszczysz każdego. Zobaczymy jednak jak sobie poradzisz z mistrzem Dębem, nowym władcą Meridii.

Predestynacja wybałuszyła oczy, jej źrenice zwęziły się w wąskie szparki.

– Władcą Meridii jest Antoni…

– Już nie. Podpisał się na dokumencie i przywiesił swą pieczęć. – Katarzyna jeszcze raz zademonstrowała smoczycy pergamin.

Córka Losu otworzyła bezwiednie paszczę. Nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Powietrze wokół niej zaczęło migotać. Kontury majestatycznej sylwetki zafalowały. Czarne łuski przemieniły się w gęste kłęby dymu. Ciemne opary szybko rozwiewały się na wietrze, można rzec, że rozpuszczały się w powietrzu.

Zanim Predestynacja zniknęła całkowicie, obserwująca ją trójka przyjaciół usłyszała w myślach jeszcze jedno zdanie.

Następnym razem nawet półbóg wam nie pomoże.

***

Zebranie bractwa Przyjaciół Mieszkańców Puszczy dobiegło końca. Miłośnicy fauny i flory rozchodzili się powoli do swych domów. Alfred, Sofires i Katarzyna zatrzymali się na skraju lasu, aby zamienić ostatnie zdania przed rozstaniem.

– Muszę już wracać do siebie – oznajmiła niewiasta. – Jako seneszal królestwa Meridii mam teraz wiele nowych zadań.

– Coś czuję, że w królestwie niewiele się zmieni – stwierdził Sofires. – Nieśmiertelny mistrz Dąb będzie panował po wieki, ale rządzić będą raczej inni.

– Co prawda to prawda. Nasz przywódca jest domatorem, nie lubi opuszczać swego zagajnika – wtrącił Alfred. – Wskakuj na siodło, Kasiu. Odwiozę cię do stolicy.

Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie.

– Dobrze, Alfredzie. Tylko pożegnam się z Sofiresem.

Druid błądził wzrokiem gdzieś po czubkach swych butów. Dopiero gdy Katarzyna dotknęła jego ramienia, spojrzał jej prosto w oczy. Ogromne bursztynowe oczy.

– Odwiedź mnie czasem, Sofiresie. Bardzo miło się z tobą… rozmawia o drzewach.

Druid przyłożył pięść do ust i chrząknął.

– Z wielką chęcią, Kasiu. Ja też lubię nasze rozmowy. Może… zagramy kiedyś w szachy. Wiem, że lubisz.

W oczach pani seneszal zatańczyły wesołe ogniki.

– Lubię… – rzekła, po czym wspięła się na palce i pocałowała strażnika puszczy w policzek.

Druid oblał się rumieńcem. Alfred taktownie udał, że tego nie widzi. W głębi duszy rad był z tego, że już nie musi pilnować Kasi. Ale perspektywa czuwania nad Sofiresowym celibatem nie napawała go optymizmem.

Koniec

Komentarze

Cześć!

 

Początek całkiem zabawny. Najbardziej podobało mi się korumpowanie wieszczki. Zachęciłeś do dalszej lektury.

Potem jednak trochę mi się tekst dłużył. To oczywiście bardzo subiektywne i pewnie pojawią się w pełni zadowoleni czytelnicy, ale wydaje mi się, że wycięcie niektórych fragmentów dobrze by opowiadaniu zrobiło. Cała scena z rycerzem Gerardem i przygniatającym go mostem kompletnie mi nie podeszła. Ani nie rozbawiła, ani nie popchnęła fabuły, tym bardziej że za chwilę mamy kolejne spotkanie bractwa, już w zamku. Powyższe wrażenie towarzyszyło mi przez dalszą część opowiadania.

Bohaterowie raczej z gatunku „dekoracyjnych”, bo osią ma być niewątpliwie humor, jednak o ile pierwsza scena mnie naprawdę rozbawiła, to później już było z tym nieco gorzej, ale to również bardzo subiektywna kwestia. ;-)

Całość napisana za to całkiem nieźle, lekko, sporo fajnych zdań. Odczytuję mieszanie archaicznej stylizacji i wyrażeń znacznie bliższych współczesności jako działanie dla celów komediowych, więc to mi nie przeszkadzało.  

 

Poniżej garść sugestii.

 

Alfred wydawał się być znużony.

Chcąc nie chcąc wydał podkomendnym rozkaz

– Sofiresie, tak sobie myślę, że powinieneś wrócić do swojej puszczy, do swoich drzew, do swoich zwierząt i do swojego CELIBATU. – Ostatnie słowo zaakcentował bardzo dobitnie.

Wydaje mi się, że już wielkie litery akcentują to na tyle dobitnie, że nie trzeba podpowiedzi narratora. ;-)

 

Zatrzymała się(+,) dopiero(-,) gdy usłyszała donośnie bicie dzwonów.

Tylko(-,) że tym razem naprawdę.

Zobaczymy jednak(+,) jak sobie poradzisz z mistrzem Dębem, nowym władcą Meridii.

Alfred, Sofires i Katarzyna zatrzymali się na skraju lasu, aby zamienić ostatnie zdania przed rozstaniem.

Ale perspektywa czuwania nad Sofiresowym celibatem nie napawała go optymizmem.

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Filipie,

Dziękuję bardzo za komentarz! Poprawiłem już błędy językowe, które wskazałeś.

Zastanawiałem się nad tą sceną z Gerardem. Poczekam jeszcze na opinie innych czytelników i później zadecyduję, czy ją okroić/wyciąć. 

Opowiadanie wyszło mi dłuższe niż planowałem, ciągle mam problemy ze streszczaniem się, następnym razem postaram się o wersję bardziej slim. 

Twoje uwagi co do fabuły dają mi dużo do myślenia. Dzięki!

Ogólny zarys opowiadania mi się spodobał. Po pierwsze, podobnie jak poprzednie, ze względu na bardzo udaną postać inteligentnego i dobrodusznego smoka. Lgnąca do niego rezolutna księżniczka też niczego sobie. Chociaż warto wiedzieć, że właściwie identyczny układ charakterów przydarzył się już Patricii Wrede (czterotomowy cykl, chwilowo nie pamiętam tytułów, ale coś ze smokami). Po drugie dlatego, że w porównaniu do pierwszego tekstu poszedłeś o stopień dekonstrukcji dalej – pokazujesz nie tylko, że myślący bohaterowie mogą łatwo zrywać typowe baśniowe motywy, ale także i to, że nie można bezkarnie naruszać prawideł rządzących danym światem, inaczej wszyscy by to robili. Ponieważ jednak chcemy czegoś się nauczyć od siebie nawzajem, wystarczy pochwał, przejdę do miejsc, które wzbudziły moje delikatne wątpliwości.

 

Jest niezupełnie jasne, czemu Predestynacja uważa za wiążącą przepowiednię będącą najwyraźniej wynikiem przebijania łapówek. Jeżeli nawet przypadkiem pokrywała się z prawdziwym proroctwem, trudno twierdzić, aby była ważnie ogłoszona. Można to wprawdzie tłumaczyć specyfiką świata – może to baśń tego rodzaju, że słowa “niech mi kaktus na dłoni wyrośnie” prowadzą niezawodnie do kłopotliwej wizyty u dermatologa.

Zastanawiam się, jak długo można budować katapultę, jak również umyka mi sens przedsiębrania tej konstrukcji. Katapulty można użyć do rażenia strzelców na murach, ale jeżeli chodzi o fizyczne zajęcie niebronionego w sumie zamku, proponowałbym raczej zbudować drabinę. Jest to zresztą nieco prostsze.

Podobnie jak poprzednik, waham się co do sceny z nieszczęsnym Gerardem. Wartości humorystycznej to nie ma za grosz. Może chciałeś przypomnieć, że w istocie każdemu może przydarzyć się śmiertelny wypadek lub choroba, w dowolnym momencie i niezależnie od win lub zasług – ale to zupełnie nie ten rodzaj uniwersum!

Nie każdy musi się ze mną zgodzić, ale osobiście odnoszę wrażenie, że opis “prawdziwego” uwięzienia księżniczki Katarzyny jest niedopracowany. Porzucona na szczycie wieży? Czemu z niej nie wyjdzie? Wieże, nawet hinduskie wieże grzebalne, na ogół mają jakieś wejście, jakieś schody na szczyt, inaczej słabo pełniłyby swoje funkcje. Zakładając zaś, że wyjść nie może (przypuśćmy – gigantyczna smoczyca jakoś zdołała wcisnąć się do wieży i posłużyć kłódką), jaka byłaby jej oczekiwana długość życia wobec braku jedzenia i ekspozycji na surowy górski klimat?

Ostatnia scena – brakuje objaśnień paru detali. Czemu księżniczka, przewidziana dotychczas do zawarcia korzystnego sojuszu poprzez małżeństwo, nagle otrzymuje odpowiedzialną funkcję seneszala, do której pełnienia nawet nie może być przygotowana? Przy tym rozumiem, że postaci w dialogach mogą określać ją jako “niewiastę”, ale dlaczego narrator? I w imię czego smok Alfred ma czuwać nad Sofiresowym celibatem? – jego dotychczasowe postępowanie zdaje się wskazywać, że powinien raczej serdecznie wspierać młodą parę; reguły bractwa także poważa tylko o tyle, o ile, to przecież długowieczny gad, ma swoją smoczą dumę i niezależność. Jeżeli dla szczęścia księżniczki potrafił zaryzykować otwartą walkę z Predestynacją, nie uchyli się też od pokojowej konfrontacji z mistrzem Dębem, zakładając nawet, że ten ostatni będzie obstawał przy swoim i zakazywał Sofiresowi dalszych kontaktów z wybranką.

 

Językowo można by trochę połatać, ale już bardzo późno się robi, więc ograniczę się do paru szybkich uwag.

Najważniejsze to mieć dobry plan, a monarcha właśnie taki posiadał. Antoni V, władca Meridii dopracował każdy szczegół.

Brakuje przecinka po “Meridii” – domknięcie wtrącenia. Błąd na samym początku tekstu razi szczególnie.

Księżniczka Katarzyna nie była zbyt wysoka, więc musiała wejść na zydel, aby zza blanek zamkowego muru ujrzeć rycerza, który stanął naprzeciwko bramy.

Ten blank. Ta Blanka. Rycerz Kaźko, otrzymawszy cios zydlem w głowę podczas oblężenia Pcimia Dolnego, doznał ubytków umysłowych i wszystkie swoje trzy córki nazwał imieniem Blanka. Kiedy bawiły się na dziedzińcu, nie mógł dojrzeć trzech Blanek zza blanków zamkowego muru.

Ale perspektywa czuwania nad sofiresowym celibatem nie napawała go optymizmem.

Pomijając już to, że osobiście nie jestem zwolennikiem otwierania zdań spójnikami, choć w tekście beletrystycznym nie jest to w ścisłym sensie błąd, zapomniałeś poprawić zauważony już błąd ortograficzny. “Sofiresowym” wielką literą, skoro to przymiotnik odimienny.

 

Życzę wiele weny i dalszego rozwoju literackiego!

Tym razem spotkanie z Alfredem odbyło się w całkiem innych okolicznościach, a powierzone mu zadanie okazało się wdzięczną okazją do zaprezentowania nowych bohaterów, choć i tych poznanych w poprzednim opowiadaniu też było miło spotkać.

Mimo lekkiego przegadania czytało się bardzo dobrze, a humor zacnej jakości dodał opowiadaniu należytej urody.

Mam nadzieję, Lupusie, że poprawisz usterki, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki. ;)

 

aby bruź­dzi­ła na kró­le­stwo są­sia­da. → …aby bruź­dzi­ła w królestwie są­sia­da.

Nie można bruździć na coś.

 

od­ci­nek muru, na szczy­cie któ­re­go stała bia­ło­gło­wa. → Białogłową, od barwy noszonego czepca, nazywano kobietę zamężną, a księżniczka jest panienką.

Proponuję: …od­ci­nek muru, na szczy­cie któ­re­go stała dzieweczka.

 

łap­czy­wie wdy­cha­jąc słod­ką dłoń per­fum. → Czy tu aby nie miało być: …łap­czy­wie wdy­cha­jąc słod­ką woń per­fum.

 

Naj­ry­chlej­si wy­zwo­li­cie­le przy­by­li pod zam­ko­we mury już przed kil­ko­ma mie­sią­ca­mi. → Piszesz o wyzwolicielach, którzy już byli a rychły to taki, który wkrótce dopiero nastąpi, więc: Najpierwsi wy­zwo­li­cie­le przy­by­li pod zam­ko­we mury już przed kil­ko­ma mie­sią­ca­mi.

 

Ma­gicz­na kula wy­peł­ni­ła się przez mo­ment gęstą mgłą. → Albo: Ma­gicz­na kula wy­peł­ni­ała się przez mo­ment gęstą mgłą. Albo: Ma­gicz­na kula wy­peł­ni­ła się na mo­ment gęstą mgłą.

 

– Och! Oczy­wi­ście. Zna­czy się, a czy coś się stało? → – Och! Oczy­wi­ście. To zna­czy, a czy coś się stało?

 

Druid po­dra­pał się po swej far­bo­wa­nej czu­pry­nie. → Zbędny zaimek – czy drapałby się po cudzej czuprynie?

 

i strzep­nę­ła z jego ra­mie­nia pró­szę.Prósz jest rodzaju męskiego, więc: …i strzep­nę­ła z jego ra­mie­nia pró­sz.

 

Druid na­tych­miast ode­rwał swe usta od ust Ka­ta­rzy­ny… → Czy zaimek jest konieczny?

 

Je­dy­nie wła­ści­ciel pocz­tu za­cho­wy­wał zimną krew. → Poczet to zespół osób towarzyszących komuś – nie wydaje mi się, aby można być właścicielem pocztu?

 

Bia­ło­gło­wa sta­ra­ła się wy­czy­tać coś z ich ob­licz… → Dziewczyna sta­ra­ła się wy­czy­tać coś z ich ob­liczy

Tu znajdziesz odmianę słowa oblicze.

 

drze­wa, krze­wy oraz wol­no­sto­ją­cą al­tan­kę. → …drze­wa, krze­wy oraz wol­no ­sto­ją­cą al­tan­kę.

 

Wład­ca Me­ri­dii chwy­cił swą córkę w ra­mio­na. → Czy zaimek jest konieczny?

 

Po tych sło­wach córka Losu wzbi­ła się wy­so­ko w górę. → Masło maślane – czy mogła wzbić się wysoko w dół?

 

Usły­sza­ła na­to­miast tąp­nię­cie, kilka kro­ków od niej.Usły­sza­ła na­to­miast tąp­nię­cie kilka kro­ków od siebie.

 

Ude­rzał szpo­na­mi i gryzł zę­ba­mi… → Czy dopowiedzenie jest konieczne – czy mógł gryźć inaczej, nie zębami?

 

ale szma­rag­do­wy smok wił się jak wę­gorz. → …ale szma­rag­do­wy smok wił się jak piskorz.

Wić się jak piskorz to związek frazeologiczny, czyli forma ustabilizowana, utrwalona zwyczajowo, której nie korygujemy, nie dostosowujemy do współczesnych norm językowych ani nie adaptujemy do aktualnych potrzeb piszącego/ mówiącego.

 

- Twoja śmierć za­po­cząt­ku­je upa­dek Me­ri­dii. → Zamiast dywizu powinna być półpauza.

 

Swym by­strym wzro­kiem do­strze­gła… → Zbędny zaimek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ślimaku Zagłady, Dziękuję bardzo za komentarz i tak wnikliwą ocenę! Odniosę się krótko do Twoich wątpliwości/zapytań dotyczących fabuły:

– Wpierw Predestynacja dała Eufrezynie przepowiednie. Następnie sprytna i łasa na złoto oraz alkohol wróżka zwęszyła interes i zaczęła kupczyć przepowiednią. Antoni twierdził, że prorokini umarła z przepicia. Predestynacja, powiadała: “nieważne jak żyła i umarła”. Eufrezyna być może faktycznie przesadziła z procentami albo po prostu miała pecha (a może jedno i drugie). ;)

– Budować katapultę można w nieskończoność. Zwłaszcza jeżeli po drugiej stronie muru siedzi groźny smok. Lepiej jest pokrzyczeć przed bramą, ponarzekać na swój los nad kuflem, a w ostateczności udawać, że coś się robi. Wiem, ta scena jest absurdalna. Taka miała być.

– Z pokorą przyjmuję zarzuty do akcji z Gerardem. Lubię tę scenę, ale cóż… Kiedy się skończy konkurs, to pewnie ją przeredaguję.

– Wieża była osadzona na prawie pionowej skale. Ucieczka z niej byłaby bardzo ciężka, ale teoretycznie możliwa. W środku były zapasy jedzenia i wody. Nie opisałem tego lepiej, ponieważ tego wymagało przyspieszające tempo wydarzeń… i limit. ;)

– Kwestia seneszala – dostała posadę w nagrodę za zasługi, choć, faktycznie, mogłem dać jej inny urząd/ godność.

– Dlaczego niewiasta? Lubię to słowo, podoba mi się znacznie bardziej niż “kobieta”. Z dumą mogę napisać, że mam w domu dwie piękne niewiasty. :)

– Alfred na pewno nie będzie długo maltretować Sofiresa o celibat. On po prostu jest troskliwy i lubi się przejmować. ;)

Regulatorzy, dziękuje serdecznie za komentarz! Bardzo się cieszę, że poczynania starych i nowych bohaterów po raz kolejny wywołały uśmiech. Dziękuję też za wskazanie błędów – usterki zostały naprawione. Wyjątek zrobiłem dla “pocztu” – moim zdaniem można być jego właścicielem, jeśli ma się na myśli poczet rycerski, oddział zbrojnych pod wodzą rycerza. poczet – definicja, synonimy, przykłady użycia (pwn.pl)

Dziękuję za opinie i pozdrawiam!

OK, Lupusie, idę do klikarni. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Całkiem udana kontynuacja.

Smok wyjątkowo przyzwoity, elementy humoru zawsze na plus, sposób na przechytrzenie Losu zacny.

Tak to już jakoś w fantasy jest, że raz wygłoszona przepowiednia musi się spełnić, ale w najmniej oczekiwany i najbardziej pokrętny sposób, jaki tylko autor zdoła wymyślić. Mnie ujęło “rozkwitnie”. No, jeśli władzę przejął Dąb, to pewnie rośliny dostaną znaczne przywileje. ;-)

Babska logika rządzi!

Całkiem przyjemny kawałek historii.

Lekkie opowiadanie doprawione humorem wcale dobrej jakości. Do tego taki trochę bajkowy klimacik. Zadbałeś o to, by bohaterowie mieli określone charaktery i przede wszystkim, by te ich charaktery fajnie wpisywały się zarówno w klimat, jak i fabułę opowiadania. Do tego parę ciekawych przełamań schematów, jak choćby te pojedynki szachowe. Można pewnie trochę pomarudzić na lekkie dłużny, dość prostą fabułę, czy może też doszukać się w niektórych elementach jakichś drobnych nieścisłości, ale tak czy inaczej przyjemnie spędziłem czas przy tym opowiadaniu, więc już się w żadne czepy zagłębiał nie będę. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

AlicelloKrokusie, dziękuję za odwiedziny!

Finklo, dziękuję za komentarz! Faktycznie, dopiero pod władzą mistrza Dęba królestwo Meridii ma szansę rozkwitnąć (Pisząc opowiadanie, nie planowałem tej gry słów, ale przypadkiem fajnie wyszło :)). 

CM-ie, również dziękuję za komentarz! Cieszę się, że tekst się podobał. Następnym razem postaram się streszczać, aby wyeliminować dłużyny i jeszcze bardziej poprawić komfort czytania.

AmonRa, dziękuję za odwiedziny! :)

Z przyjemnością zacząłem od przypomnienia sobie pierwszego opowiadania o Alfredzie. Obecne również czytałem z przyjemnością. Mam nadzieję, że to nie będzie koniec przygód Alfreda. :) Pozdrawiam

Całkiem nieźle i przyjemnie. Dosyć oryginalne ujęcie tematu i nawet zaskakująco trup ściele się gęsto :). Parę zgrabnych zwrotów akcji i ciekawe postacie. Może w jednym czy drugim momencie trochę za dużo gadania, ale nie będę bardzo narzekał. Ujął mnie smok wegetarianin :)

Sympatyczna i sprawna lektura więc klikam.

 

W dialogach szczególnie kiedy rozmawiają dwie osoby przyjrzałbym się czy koniecznie jest zawsze wpisywanie z kim rozmawiają. Np. tutaj ta wzmianka o księżniczce jest moim zdaniem niepotrzebna bo wiadomo że z nią rozmawia.

– Do diaska! Udowodnię ci, księżniczko, że mam rację!

Koalo, dziękuję za komentarz! Cieszę się, że opowiadanie dobrze się czytało. Nie obiecuję, ale być może w przyszłości wrócę jeszcze do Alfreda i wesołej gromadki. :)

Edwardzie, Dziękuję bardzo za komentarz, uwagi i za kliknięcie w bibliotekę! Pomyślę nad dialogami. W tym konkretnym przykładzie, napisałem tak, ponieważ Wladimir z Bedanii miał taki styl mówienia. Rozumiem jednak, że nadmiar niekoniecznych słów przeszkadza w płynnym czytaniu. Będę miał to na uwadze. 

Pozdrawiam! 

 

No, lubię smoka Alfreda, uśmiechnęło mi się parę razy. Fajnie przeciągnięta końcówka. Niby księżniczka już uratowana, a tu, bęc, pojawia się drugi smok. Ostateczne rozwiązanie problemu bardzo zacne. Rozumiem, że rodzina królewska będzie nadal rządzić, tylko się im tytuł zmieni :)

Trochę się dziwię, że smok tak bardzo upiera się przy pilnowaniu celibatu Sofiresa.

Scena z Gerardem faktycznie odbiera nieco bajkowości opku, ale z drugiej strony dodaje charakteru księżniczce ;) Osobiście bym zostawiła, ale to Twoje opko :)

Ostatni kopniak ode mnie :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć!

Bardzo przyjemne i przesycone humorem opowiadanie. Podoba mi się to, jak łamiesz baśniowe schematy i wplatasz w nie humorystyczne akcenty. Niemal można sobie wyobrazić miasteczko pod zamkiem pełne wyzwolicieli wszelkiej maści i ich świty. Brakowało tylko gapiów sprzedających popcorn i zimne napoje :)

Bohaterowie również przypadli mi do gustu – z uprzejmym smokiem Alfredem na czele. Po prostu wszyscy wzbudzają sympatię czytelnika. Ze wstępu wnioskuję, że to drugie opowiadanie z tego uniwersum, więc jak tylko uporam się z tekstami konkursowymi, to zajrzę do pierwszego.

Podobają mi się twoje gry słów, a w szczególności zapadła mi w pamięć ta wypowiedź:

– Sofiresie, tak sobie myślę, że powinieneś wrócić do swojej puszczy, do swoich drzew, do swoich zwierząt i do swojego CELIBATU.

Irko, dziękuję bardzo za komentarz i za kopniaka do biblioteki! :) Cieszę się, że mój pomysł przypadł do gustu. Co do Alfreda i Sofiresowego celibatu – smok lubi przestrzegać zasad, ale myślę, że nie będzie surowym strażnikiem dla swojego przyjaciela i w końcu odpuści. ;)

Fladrifie, dziękuję bardzo za komentarz! Rad jestem z tego, że humor oraz postacie zaskarbiły sobie Twoją sympatię. Miasteczko pod zamkiem właśnie tak miało wyglądać. :) Zachęcam do lektury pierwszej części przygód Alfreda. Ja też zabiorę się za Marchwi będą służyć, gdy przeczytam pozostałe konkursowe opowiadania.

Pozdrawiam!

Cześć,

Komentarz ten został napisany jeszcze przed wstawieniem komentarza z jurorskim obrazkiem, zatem do tego momentu w tekście mogły zajść zmiany, których już nie śledziłem.

Alfred wciąż w formie. Ale z racji konkursu skupię się tylko na tym tekście, tym bardziej, że zadbałeś o odrębność historii, a powiązania z częścią pierwszą są jedynie smaczkiem dla „tych wtajemniczonych”.

Kreacja świata jest wystarczająca bym się zorientował w sytuacji, a jednocześnie nie utonął w zalewie informacji. Może zabrakło trochę opisów, a te które były można by jeszcze podrasować, ale to już trochę czep na siłę. Bohaterowie za to sympatyczni. Trochę brakło mi dokładniejszego zarysowania księżniczki i Sofiresa, a tym bardziej ich relacji, bo to poszło trochę po łebkach i to też chyba mój największy zarzut do tekstu.

Fabułę można podzielić na dwie części – ratowanie pierwsze i ratowanie drugie. Wszystko się jednak spina ze sobą, tworzy całość. Dekret prawny potężniejszy niż zaklęcie to rzecz, przy której gorzko się roześmiałem. Trochę zaszwankował mi fakt, że skoro księżniczka nie została uratowana, a Meridia została scedowana na mistrza Dęba, to czy przepowiednia nie powinna działać dalej? Warunek nie jest spełniony, Meridia wciąż istnieje, więc powinna upaść, choć mogę tu trochę zbytnio meandrować w zawiłościach przepowiedni, w końcu to dość pokrętne zależności.

Motyw konkursu przeszedł wcześniej wspomniane dwie fazy – ratowanie pierwsze było ukartowane, choć ciekawe. Drugie natomiast przyprawione wspomnianym dekretem. Fajnie zagrałeś kliszami, jednocześnie je przełamując.

Wykonanie techniczne nieco kulało. Trafiłem na kilka zgrzytających zdań, czasem coś wybiło z rytmu, ale też nie mogę powiedzieć, że rzecz zawaliłeś. Da się po prostu lepiej. Momentami miałem wrażenie, że nie mogłeś się powstrzymać przed dopisaniem kilku słów do zdania, a z drugiej nieco widać walkę z limitem. Ten balans nieco zaszwankował, ale to typowe, konkursowe problemy – na pewno do wypracowania.

Cieszę się, że Alfred uraczył nas kolejnym epizodem swojego życia. Momentami myślałem, że opowieść pójdzie w nieco innym kierunku, ale sprawnie trzymałeś mnie w korycie rzeki swojej historii. Wychodzę usatysfakcjonowany.

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć, Lupus90Gno! Bardzo Ci dziękuję za udział w konkursie.

 

Zgrabnie połączyłeś manipulację przepowiedniami i motyw ratowania księżniczki. Opowiadanie czyta się przyjemnie, choć trochę mankamentów technicznych jest. Nie przekonuje mnie sposób w jaki zachowują się tabuny ratujących księżniczkę rycerzy, którzy po prostu przyjeżdżają do zamku i pytają, czy smok jest w domu, ale z drugiej strony budują w polu jakieś balisty. Zakładam, że to miało być zabawne, ale jednak za bardzo wybiło mnie z lektury. Śmierć Gerarda jest najsłabszą sceną w całym opowiadaniu, a do tego Alfred w tym czasie jest na jakieś tajnej naradzie, której zasadności zupełnie nie rozumiem. Uważam, że dużo lepiej czytałoby się to opowiadanie, gdyby cała intryga była jednak mniej absurdalna.

Podobało mi się, że fałszywa przepowiednia zmieniła się w prawdziwą i opowiadanie na koniec nabrało tempa. Fakt, że sztuczka z szachami okazała się nieskuteczna po raz drugi fajnie podkreślił humor zawarty w początkowej części tekstu. W pewnym sensie biurokratyczny sposób na pokonanie Córki Losu okazał się zaskakujący i spójny z klimatem opowiadania.

 

Wyróżnienie Alicelli

Bardzo mi się podobał smok Alfred i to jaką mu nadałeś osobowość, jest to zdecydowanie ciekawa kreacja oparta zarówno na mądrości jak i łagodnym usposobieniu.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

 Jeśli z opowiadania płynie jakiś morał, to wynika z niego, że nie opłaca się próbować oszukać przeznaczenia ;D

Podoba mi się w Twojej pracy, że czytelnik myśli, iż będzie miał do czynienia z klasyczną baśnią, ale bardzo szybko zgniatasz te odczucia i wyrzucasz do kosza. Nic tutaj nie jest stereotypowe, zaczynając od pacyfistycznego smoka Alfreda, tak różnego od zwykłego wyobrażenia o smokach, poprzez księżniczkę, aż po prawidła rządzące światem – bohaterom za próby cwaniakowania dane jest doświadczyć bolesnej nauczki. Bardzo spodobał mi się motyw księżniczki, która polubiła swoją „niewolę” i z żalem przyszło się jej z tym stanem rzeczy rozstawać. Humor, jakim nasyciłeś opowiadanie, jest w sam raz, uśmiechnęło mi się po drodze kilka razy, zwłaszcza w momencie spopielenia aspirującego szachisty.

Żeby jednak nie było tak słodko-pierdząco, muszę trochę ponarzekać. Nie czytało się oczywiście źle, ale kilka razy miałem nieodparte wrażenie, że dałoby się zrobić rach-ciach i to samo wyrazić w trzy razy mniejszej ilości znaków. Jednym słowem, miałem poczucie niepotrzebnych dłużyzn – nie były na tyle uporczywe, by odebrać mi przyjemność z lektury, ale jest to element do rozważań na przyszłość. Kilka razy musiałem przystanąć też, by zastanowić się nad sensownością opisanych wydarzeń – np. Po co ta katapulta? Trochę do mnie nie trafiło.

Przyjemna konkursowa praca, za którą dziękuję. Dołączam też do chóru głosów oczekujących kolejnej przygody smoka Alfreda :)

Niech chwała Górnego i Dolnego Egiptu zawsze będzie z Tobą.

Dziękuję szanownym jurorom za tak wyczerpujące recenzje! 

Dostałem teraz dużo materiału do przemyśleń, choć część uwag pokrywa się z wcześniejszymi zarzutami uczestników konkursu. Mam świadomość, że mogłem tekst nieco odchudzić, wyeliminować dłużyzny. To był mój największy problem – ledwo zmieściłem się w limicie konkursowym. Scenę z Gerardem zachowam, ale przy pisaniu kolejnych opowiadań postaram się eliminować tego typu akcje.

Cieszę się, że Alfred zdobył Waszą sympatię. :)

Jeszcze raz gratuluję dobrego pomysłu na konkurs (więcej takich tematów!) i pozdrawiam!

Nowa Fantastyka