- Opowiadanie: Outta Sewer - Księżniczka w oparach

Księżniczka w oparach

Dodałem tag konkursowy, jednak proszę nie brać tego szorta pod uwagę, przy ocenianiu tekstów. Napisałem, bo obiecałem, że napiszę. Dzięki.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Księżniczka w oparach

– Wilkołaki są już blisko, księżniczko. Czasu zostało naprawdę niewiele.

Bladolica dama w czarnej, błyszczącej miriadami brokatowych iskierek sukni spojrzała wyniośle na księżniczkę. Anorektycznie chudą ręką złapała jedno z piętrzących się na środku niewielkiego stolika lukrowanych jabłek. Siedząca po przeciwnej stronie gruba matrona uśmiechnęła się półgębkiem i również sięgnęła po owoc.

– Nie słuchaj tej chudziny, księżniczko – odrzekła korpulentna dama. – Wilkołaki nie zrobią ci niczego złego. Wręcz przeciwnie, one ci pomogą, wystarczy poczekać na ich przybycie.

Zajmująca miejsce u szczytu stolika księżniczka ziewnęła przeciągle, wbrew etykiecie nie zasłaniając ust dłonią i nie dając po sobie poznać, której z kuzynek ma zamiar dać wiarę. Zamiast tego spojrzała na spływające z sufitu po przeciwległej ścianie komnaty lepkie strugi smoły, tworzące na marmurowej posadzce heksagonalne kałuże. Przeniosła wzrok na leżącego nieopodal wejścia Benta. Spoczywał na plecach, jego klatka piersiowa unosiła się nieznacznie, przy każdym oddechu wyrzucając wysoko w powietrze fontanny kolorowych snów, jak wieloryb wydmuchujący wodę z otworu nosowego. Te migotały przez chwilę tęczowymi kropelkami, by wreszcie opaść i rozlać się wokół śpiącego, ukazując sceny z marzeń oraz wspomnień mężczyzny.

– Nie wiem co na to Bent – odparła księżniczka. – Może by go obudzić i zapytać?

– A po co ci on? Siedzisz w tej wieży, zamknięta, choć po prawdzie mogłabyś ją opuścić w każdej chwili, a wszystko przez niego. Jeśli pójdziesz ze mną, obiecuję ci, że zabierzemy go ze sobą. – Pergaminowa skóra bladolicej była niemal przezroczysta. Kobieta wydawała się taka krucha, a jednocześnie w jej oczach i głosie czuć było siłę.

– Bent niech sobie z tobą idzie, kuzyneczko, ale księżniczka powinna zostać tutaj – odpowiedziała matrona, przygładzając pulchnymi dłońmi złożoną z milionów plisek i falban beżową suknię, w którą była obleczona.

Księżniczka leniwie uniosła trzymane w ręce berło na wysokość twarzy. Obróciła je w dłoni, z zaciekawieniem przyglądając się dziwnemu, rdzawemu nalotowi pokrywającemu przedmiot. Zbliżyła berło do ust, wysunęła różowy język, polizała je. Poczuła metaliczną słodycz, klejącą się do podniebienia. Chwilę później do komnaty wleciał niewielki, wielobarwny ptaszek, zatoczył koło nad głową bladolicej, a następnie usiadł na stole przed księżniczką. Przechylił bezoki łepek, nienaturalnie szeroko rozwarł dzióbek i z wnętrza swego gardła łypnął na monarchinię pojedynczym okiem o źrenicy w kształcie klepsydry wypełnionej ciemnością, przelewającą się z dolnej komory ku górnej. Księżniczka zadrżała i zamarła, lecz po chwili odzyskała rezon, zamachnęła się i zmiażdżyła ptaszynę symbolem swojej władzy. Uderzenie zatrzęsło stolikiem, kilka jabłek potoczyło się ku krawędzi, lecz zamiast upaść na posadzkę, w mgnieniu oka wykształciło nietoperzowe skrzydła i uleciało przez zmieniający kształt kalejdoskop okna, sypiąc wokół napęczniałymi czerwiami oraz innym robactwem.

Nagle coś poruszyło się wewnątrz kosza, unoszącego się w powietrzu nieopodal, przed rzeźbionym w pajęczyny wezgłowiem królewskiego łoża. Cichy jęk dobiegł uszu trójki kobiet, a po chwili sponad wiklinowej plecionki wychynęła cielista macka, wyprężyła się, zatoczyła łuk i z głośnym sapnięciem opadła z powrotem. Bladolica łypnęła na kosz, zacisnęła usta i z determinacją w głosie zwróciła się do księżniczki:

– Kochanie, czas nagli. Słyszysz to wycie za oknami wieży? To Wilkołaki, są bliżej z każdą sekundą. Pójdziesz ze mną, a zabiorę cię do królestwa, w którym nie zaznasz już żadnych trosk, nie będziesz musiała się o nic martwić. Wreszcie będziesz mogła poczuć prawdziwe szczęście. – Bladolica zerknęła pogardliwie na tonącą w koronkach matronę. – Przyznaj, że ty nie możesz jej obiecać tego, co ja, kuzyneczko.

– Przyznaję – odparła korpulentna dama i zwróciła się bezpośrednio do księżniczki. – Ale mogę obiecać, że jeśli poczekasz na Wilkołaki, będziesz mogła żyć tak jak inni. Zaznasz smutków i radości, bo takie jest życie. Nie dam ci gwarancji szczęścia, będziesz musiała sama je znaleźć.

Księżniczka nie wyglądała dobrze. Wokół oczu rozkwitały fioletem sińce, była zmęczona i zerkała spod ciężkich powiek raz na jedną, raz na drugą z kobiet, nadal nie mogąc podjąć decyzji. Głowa opadała jej na piersi i tylko resztki woli utrzymywały ją na powierzchni jawy.

– Słyszysz ciężkie kroki na schodach? One już tutaj są, idą po ciebie! Spójrz! – Bladolica wskazała Benta, z którego nie wytryskiwały już fontanny snów. Jego ciało zapadało się właśnie w czarny owal portalu, który pojawił się na marmurze pod nim. Mężczyzna nie zbudził się, tonąc powoli, centymetr po centymetrze, jak w melasie. – Bent idzie ze mną. Ty też powinnaś.

Kobieta w czarnej sukni wstała, gestem tworząc przed tronem drugi mroczny portal. Złapała księżniczkę za ramię i szarpnęła, ciągnąc ją w stronę opalizującej czernią otchłani. Wilkołaki jęły łomotać w drzwi, wyszczekiwać niezrozumiałe słowa, kilka nadal wyło za oknem. Do komnaty falami wlewała się z zewnątrz błękitna poświata, zestalała półpłynny sufit, zatrzymywała hipnotyzujące zmiany geometrii okna, odsyłała w niebyt pełzające po podłodze czerwie i larwy.

Matrona uniosła się z miejsca, podeszła do wejścia i odsunęła ciężki rygiel. Drzwi otwarły się z impetem, wpuszczając do komnaty dwójkę ubranych w niebieskie uniformy Wilkołaków. Istoty wparowały do środka, stanęły naprzeciw księżniczki i wycelowały w nią oskarżycielsko stalowe palce, pozbawione pazurów, wydrążone, ziejące obietnicą bólu. Bladolica puściła rękę księżniczki, wrzasnęła wściekle, po czym wskoczyła w ciemność portalu. Matrona również zniknęła, cofnęła się pod ścianę i wtopiła w nią, jak gdyby była wyłącznie ułudą.

Za pierwszą parą wilkołaków do komnaty wpadła kolejna dwójka, lecz ta była inna, ubrana w czerwone mundury. Zamiast warczeć i celować w księżniczkę, nowi przybysze przypadli do Benta, jeden wgryzł mu się w twarz, drugi jął uderzać go oburącz w pierś. Księżniczka chciała zrozumieć ich mowę, przymknęła oczy i skupiła się, a wtedy jeden z niebieskich doskoczył do niej i wyrwał jej z rąk berło. Po chwili dołączył do niego drugi, wykręcił jej ręce i zakuł w kajdany. Szarpnął, stawiając księżniczkę na nogi, szczekając raz do niej, raz do towarzyszy. I właśnie wtedy księżniczka zaczęła rozumieć ich język, choć nie rozumiała o czym mówią.

– Co z nim? – zwrócił się niebieski Wilkołak do czerwonego towarzysza.

– A jak myślisz, co? Kilkanaście ran kłutych. Jezus Maria, jaka rzeźnia, wszystko jest we krwi – odpowiedział ten, który przed chwilą gryzł twarz Benta.

– Czujecie ten smród? Co to, jasna cholera, jest za syf? – włączył się do rozmowy drugi czerwony Wilkołak.

– Palili jakiś szajs, obok łóżka jest fajka. Cholera wie, co to było, ale mnie od samych oparów zaczyna się coś robić. Wychodzimy stąd! – zakomenderował ten, który wykręcał księżniczce ręce.

– O, szlag… Tutaj jest dziecięce łóżeczko! – zauważył jeden z czerwonych. – Niech któryś sprawdzi, zajrzy do środka… Jeśli… Nawet nie chcę o tym myśleć, ja mam dwójkę dzieciaków, nie dam rady.

Wilkołaki spojrzały po sobie niepewnie. Jeden z niebieskich postąpił kilka ostrożnych kroków w kierunku lewitującego kosza. Stanął nad nim, zaglądając do środka.

– I co? – zapytał drugi niebieski Wilkołak. – No, gadaj!

– Ma… Ma różowe śpioszki. Z napisem “Little princess”.

– Ale żyje? Maciek, cholera, żyje?!

Wilkołak sięgnął do kosza i coś z niego wyciągnął. Coś, co przytulił do piersi.

– Żyje – odparł.

– To bierz małą księżniczkę z tej komory gazowej, ale już! – krzyknął jeden z czerwonych. – Prosto do erki i zapieprzamy do szpitala, nie wiadomo ile się tego syfu nawdychała.

Niebieski Wilkołak wypadł z komnaty, tuląc zawiniątko. Zaraz za nim wyszli czerwoni. Chwilę później w drzwiach stanęła pomarszczona wiedźma, wredna i wścibska istota, która również zamieszkiwała wieżę.

– Panie milicjancie, dobrze żech wos wezwała, pra? Tu jakieś burdy były, jakieś ryki diobelskie… – zaskrzypiała wiedźma, ale Wilkołak wszedł jej w słowo.

– Niech pani idzie do swojego mieszkania. Dowie się pani wszystkiego, będziemy musieli panią przesłuchać. Zresztą pozostałych mieszkańców też, ale teraz proszę się udać do siebie.

Wiedźma już chciała protestować, kiedy zauważyła leżącego przy drzwiach Benta. Złapała się teatralnie za pierś, nabrała głęboki haust powietrza.

– Jezusie Nazaryński? On nie żyje? Piyńćdziesiont lot tu mieszkom, ale czegoś takiego… Jezusie!

Wilkołak pchnął księżniczkę ku wyjściu, jednocześnie łapiąc za ramię wiedźmę i kierując ją ku drzwiom komnaty, znajdującej się po drugiej stronie wieżowej klatki.

– Chyba mom zawał! O Boże, nie wytrzymia! Trup w moim bloku, zabity…

– Niech się pani uspokoi i wraca do siebie. Ktoś do pani przyjdzie.

Wiedźma weszła do swoich komnat, nadal przyciskając rękę do piersi i mamrocząc coś o Jezusie, trupach i koleżankach, które nie uwierzą. Zanim starucha zamknęła za sobą drzwi, prowadzona jak na smyczy księżniczka ujrzała, że wiedźma ma u siebie gościa – bladolicą kobietę w obcisłej, czarnej sukni, siedzącą na kanapie i pogryzającą lukrowane jabłko.

Koniec

Komentarze

Anonimie, opowiadanie z tagiem konkursowym nie wchodzi do grafiku dyżurnych. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wiem, Reg :)

Known some call is air am

Cześć.

No dobra, w sumie nie wiem, co myśleć o tym szorcie. Napisane nieźle, jest pomysł, ale jakoś mnie nie porwało.

Fantasmagoryczne wizje nawet ciekawe, twist również, chociaż od początku spodziewałam się, że historia pójdzie w podobną stronę; tytuł sporo sugeruje. Myślę, że kryje się tu potencjał na dłuższą opowieść, która pod pozorem baśniowości mogłaby traktować o poważnych tematach i wywołać znacznie więcej emocji, niż w obecnej formie.

W początkowych partiach tekstu chwilami gubiłam się, kto jest kim; tu bladolica, tu matrona, tu kuzyneczka… No i ostatecznie nie wiem, kim były te osóbki: czy wytworami spowitego oparami umysłu księżniczki, jakimiś bytami niebytymi, metaforą, czy może jednak istniały, tylko nie zostały nazwane wprost.

W związku z powyższymi uwagami, pozostanę nieporuszona.

@Gravel

 

Dzięki za odwiedziny i przeczytanie tekstu. To historia traktująca o poważnym temacie, w zasadzie nie historia, tylko scenka. Czy mogłaby wywołać więcej emocji? Pewnie tak, ale wymagałoby to rozwinięcia pewnych motywów, a celowałam/łem w tekst poniżej 10k znaków.

Na pytanie, kim były te osóbki nie odpowiem. Wydaje mi się, że dostatecznie to zasugerowałam/łem. A czy były prawdziwe, czy może zaistniały jako wytwory spowitego oparami umysłu dziewczyny? A nie mogą być tym wszystkim naraz? Idąc wyłącznie po linii wytworów imaginacji, pozbywamy się z tekstu fantastyki, przenosząc całość w sferę halucynacji.

Known some call is air am

Musowo buchnęli tę fajkę panu Gąsienicy z “Alicji w Krainie Czarów” ;) 

Możliwe, że masz rację, silver-advent :) Niestety ta kradzież nie skończyła się dla nich za dobrze.

Known some call is air am

Cześć!

 

Część pierwsza, w której nagromadziły się przymiotniki i przysłówki była trochę męcząca. Wynagrodził to twist, który był całkiem zabawny (choć sytuacja tragiczna). Dialogi wyszły bardzo dobrze.

Też nie pojąłem, kogo grały bladolica i matrona (jakieś podejrzenia mam, ale nic pewnego ;-)).

Sumarycznie na lekki plus.

 

Zwracam brakujące przecinki.

 

I właśnie wtedy księżniczka zaczęła rozumieć ich język, choć nie rozumiała (,+) o czym mówią.

 

Cholera wie (,+) co to było, ale mnie od samych oparów zaczyna się coś robić.

 

Prosto do erki i zapierdzielamy do szpitala, cholera wie (,+) ile się tego syfu nawdychała.

 

Chwilę później w drzwiach pojawiła się stara wiedźma, wredna i wścibska istota (,+) która również zamieszkiwała wieżę.

 

Pozdrawiam!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Wg mnie ta bladolica, chuda była personifikacją śmierci – dlatego na koniec powędrowała do przerażonej staruszki, deklarującej, że ma zawał… Biedna babcia. Nie wiem, czy ubrane na czerwono wilkołaki dadzą sobie radę z jej stanem…

Co do grubej – nie mam pewności, ale chyba reprezentuje płodność, hedonizm, żywotność. W naszej kulturze nie za bardzo mamy do czego to odnieść, starożytni Grecy zapewne wskazaliby Dionizosa, Skandynawowie – Freję, jaskiniowcy – Wenus z Willendorfu ;)

Berło księżniczki jest naturalnie nożem, narzędziem zbrodni.

Wlatujący ptaszek może być telefonem komórkowym albo smartwatchem.

Takie luźne interpretacje.

 

 

 

Luźne i bardzo celne, silver_advent.

 

EDIT:

 

@Filip

 

Dzięki za brakujące przecinki ;) Napisałem toto w czterdzieści minut, bo obiecałem, że napiszę, skoro wycofuję się z jurorowania. I znalazłes tam coś zabawnego? Cóż… nie to było moim zamiarem :)

Known some call is air am

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Outto, bardzo spodobał mi się Twój pomysł, przytłaczający i szalenie absurdalny, a przecież jasno pokazujący powód zjawienia się niebieskich i czerwonych wilkołaków, w porę ratujących księżniczkę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ech, no, kłamczucha z tej pani Życie, bo księżniczka raczej nie będzie mogła żyć tak jak inni. Nie w więzieniu, gdzie niewątpliwie trafi. Siniaki pod oczami niewiele jej pomogą, niestety.

Generalnie podoba mi się pomysł i podejście do tematu, choć przypuszczam, że odrobina więcej tak znaków, jak i czasu dobrze by opku zrobiły. Bo tak się tylko prześlizgnąłeś po temacie, zostawiłeś czytelnika z wieloma pytaniami, co do winy na przykład.

Ale kliczka i tak dam, bo mi się podobało :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Napisałem toto w czterdzieści minut, bo obiecałem, że napiszę, skoro wycofuję się z jurorowania.

 

Jak na tyle poświęconego czasu, to jest naprawdę super. ;-)

 

I znalazłes tam coś zabawnego? Cóż… nie to było moim zamiarem :)

 

Humorystyczne jest dla mnie przejście z pseudobajkowej rzeczywistości do świata realnego (np. “wgryzanie się w twarz” – to wyszło świetnie), no i postać wiedźmy. ;-)

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Hej.

 

Wybaczcie, że dopiero dziś odpisuję, ale miałem ciężki weekend, co ostatnio zdarza się nader często.

 

@Krokus

 

Tobie odpowiem na PW ;)

 

@Reg

 

Dzięki za miłe słowa :) A gdzie łapanka? ;)

 

@Irka

 

Ech, no, kłamczucha z tej pani Życie

Niestety, życie nie jest fair, o czym wiedziałem od dawna, ale ostatnio dość boleśnie się przekonuję, że czasem jest cholernie nie fair. Dlatego też ta postać jest taka. Mam trochę gorszy okres i jakoś nie potrafię przy pisaniu wykrzesać z siebie optymizmu, a to opowiadanie to dowód na to.

 

choć przypuszczam, że odrobina więcej tak znaków, jak i czasu dobrze by opku zrobiły. Bo tak się tylko prześlizgnąłeś po temacie, zostawiłeś czytelnika z wieloma pytaniami, co do winy na przykład.

To tylko scenka, Irko. Nie chciałem tego rozciągać. Taka pojawiła się w mojej wyobraźni i taką ją spisałem. Co zaś do powodu, cóż, sińce pod oczami trochę sugerują, dlaczego konkuBent zginął. Wcześniej bladolica mówi też coś takiego:

– A po co ci on? Siedzisz w tej wieży, zamknięta, choć po prawdzie mogłabyś ją opuścić w każdej chwili, a wszystko przez niego.

Niestety, często kobiety, będące ofiarami przemocy domowej są ze swoimi partnerami z przyzwyczajenia. Strach przed bólem jest słabszy, niż strach przed niepewnym jutrem, przed tym, czy znajdzie sobie kogoś innego, z kim będzie mogła ułozyć sobie życie, strach przed obniżeniem standardów materialnych, strach przed tym, co może zrobić partner po uwolnieniu się od niego. Widziałem nie raz sytuacje, w których bita kobieta broniła swojego faceta, bo on nie jest taki zły, tylko kiedy wypije. A że pije często… To co razem wypalili zaburzyło jej percepcję, ale dodało też sił, żeby zrobić to, co zrobiła – uwolnić się ostatecznie.

Dzięki za klika :)

 

@Filip

 

Scenka napisała się dość szybko, wymyślała się nieco wolniej. Pojawiła się główna myśl, do której dodawałem kolejne elementy obudowy i wyszło to.

Przyznam szczerze, że nie chciałem, by było tutaj coś zabawnego, ale skoro tak wyszło, to co ja się będę kłócił – odbiór jest równie ważny co zamysł, nawet jeśli się nie pokrywają w całości ;)

 

Dzięki za przeczytanie i komentarze :)

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

 

Known some call is air am

A gdzie łapanka? ;)

Jak by Ci to powiedzieć… To jeden z nielicznych przypadków, kiedy mogłam poświęcić się wyłącznie lekturze. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dlatego też ta postać jest taka. Mam trochę gorszy okres i jakoś nie potrafię przy pisaniu wykrzesać z siebie optymizmu, a to opowiadanie to dowód na to.

Jeśli Ci to w czymś pomoże, to nie tylko Ty.

 

To tylko scenka, Irko. Nie chciałem tego rozciągać.

Mnie tam brakuje jednego akapitu, bo jest różnica między ofiarą, a ofiarą, które jest jednocześnie sprawcą. Choć przyznam, że ubranko dziecka coś mówi.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Najpierw absurd mnie przytlaczal, ale finisz wiele rzeczy naprostowal. Ciekawe wizje, troche sie pogubilam, ale komentarze sporo wyjasnily.

Babska logika rządzi!

Tekst kupił mnie od początku. Od razu skojarzył mi się z Alicją. Plastycznie utkana scena z absurdu. Przy czerwonym mundurze i wilkołaku wgryzającym się w twarz, a drugim uderzającym w pierś już się domyśliłam, w jakim kierunku to idzie. Niestety, choć tekst jest krótki i tak czytałam na raty, przez co nie wyłapałam wszystkich smaczków, ale komentarze pomogły i jeszcze bardziej doceniłam pomysł. A temat nie jest łatwy. Plus za nie uśmiercenie różowej princess. Dla mnie tekst jest dostatecznie długi i nieprzegadany. Daję klika :).

Z początku myślałem, że to fragment większej całości, z którego niewiele będę w stanie zrozumieć. Zaintrygował mnie motyw Benta wypluwającego sny i zatapiającego się w melasopodobnej mazi. Potem, w chwili wtargnięcia wilkołaków klapki spadły mi z oczu i wszystko nabrało nowego, mroczniejszego wyrazu. Bardzo spodobał mi się ostatni akapit – bladolica przenosząca się do kolejnego domu. Pytanie tylko, co stało się z matroną?

Cześć!

 

Teksty konkursowe mi się skończyły, to przylazłam jeszcze tu. Podobało mi się to płynne przejście od totalnego absurdu do rzeczywistości, wilkołaki nie zmieniły się nagle w ludzi. Bardzo smutny ten tekst, ale piękny jednocześnie. Masz rzadko spotykaną umiejętność napisania opowiadania z morałem tak, żeby ten morał nie walił po oczach. Opisy ptaszka i jabłek-nietoperzy są świetne.

Uderzenie zatrzęsło stolikiem, kilka jabłek potoczyło się ku krawędzi, lecz zamiast upaść na posadzkę, w mgnieniu oka wykształciło nietoperzowe skrzydła i uleciało przez zmieniający swój kształt kalejdoskop okna, sypiąc wokół napęczniałymi czerwiami oraz innym robactwem.

Ja bym ten zaimek wywaliła.

– Słyszysz ciężkie kroki na schodach? One już tutaj są, idą po ciebie! Spójrz! – bladolica wskazała Benta, z którego nie wytryskiwały już fontanny snów. Jego ciało zapadało się właśnie w czarny owal portalu, który pojawił się na marmurze pod nim. Mężczyzna nie zbudził się, tonąc powoli, centymetr po centymetrze, jak w melasie. – Bent idzie ze mną. Ty też powinnaś.

Bladolica

Matrona uniosła się ze swego miejsca, podeszła do wejścia i odsunęła ciężki rygiel.

Ten zaimek też bym wywaliła.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Nie tylko księżniczka w oparach , autor i czytelnik też. Absurdu, a może nie.

Cześć!

 

Wybaczcie, że tak późno odpowiadam, ale mnie życie dojechało i w sumie dojeżdża nadal, ale znalazłem chwilę, żeby odpisać. Przede wszystkim dziękuję za odwiedziny i podzielenie się uwagami oraz zostawienie po sobie śladu. No i za kliki i polecanki też dziękuję :)

 

@Monique

 

Od razu skojarzył mi się z Alicją

To super, bo też miałem z tyłu głowy scenę z herbatką :)

 

@Fladrif

 

Pytanie tylko, co stało się z matroną?

Tam matrona już nie mogła pomóc. Przyszedł czas na staruszkę i zostało jej tylko iść z bladolicą, matrona się nie będzie wtrącać i namawiać do zostania. Takie życie ,ulubiona_emotka_baila>

 

@Ali

 

Babole poprawię za moment. Zaś co do morału, to w sumie go tutaj nie ma za bardzo, jest scena, która pokazuje, że życie “księżniczki” się mocno zmieni, ale nikt jej zamkniętej nie trzymał – sama zamknęła się w przetykanym troskami i strachem komforcie, przy boku konkuBenta. Znam niestety trochę małżeństw, które nie są szczęśliwe, ale trwają, czy to z wygody (która nie jest wcale wygodna), ze strachu jednej strony przed samotnością, strachu przed konsekwencjami swoich wyborów, strachu przed reakcją znajomych, otoczenia, rodziny, albo uwiązane do siebie tylko ze względu na dzieci. To cholernie smutne, a jeszcze smutniejsze jest to wtedy, gdy widzę te konflikty, które, normalnie tłumione, wychodzą na wierzch, wyciągane alkoholem lub innymi używkami. Tutaj poszło w ekstremum, bo “księżniczka” uwolniła sie od Benta już na zawsze .

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

 

 

Known some call is air am

Outta, dla mnie właśnie to o czym piszesz, to jest ten morał, może morał to za duże słowo, ale jest tu jakaś głębsza myśl, która prowadzi do refleksji, ale jednocześnie nie jest podana wprost. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Outta, podobalo4mi się to opowiadanie, co cię pewnie nie dziwi, bo ja lubię fantasmagoryczne wizje, lubię pomieszanie narkotycznego szaleństwa z fantasy, nawet jeśli to fantasy kest takie pod znakiem zapytania – bo gdzieś mam, jakie coś jest obiektywnie, w oczach bohaterów dzieje się coś niesamowitego. 

Świetne opisy, bardzo dobry styl (lepszy niż w twoich poprzednich tekstach, mimo kilku powtórzeń na początku), pomysłowe pomieszanie z poplataniem. Fajnie wyszły wilkołaki, super udał się podział na dwie strony, dwie decyzje, dwa wybory w postaci doradczyn – jedna daje lekką śmierć, druga ciężkie życie. 

No, podobało mi się, co tu więcej? :) 

Wiem, że lubisz takie miksy Geki, tylko u Ciebie one są dickowskie, takie, nie wiem, tchnące transcendentalizmem. U mnie to bardziej psychodeliczne wizje narkotyczne, podobne do tych jakie sam miewałem, kiedy byłem młody i głupi, nastukany psylocybiną :)

 

Dzieki za odwiedziny i klika :)

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

 

Known some call is air am

Nie spodziewałem się takiego zwrotu akcji. Aż do momentu przyjazdu wilkołaków sądziłem, iż chodzi wyłącznie o opary absurdu. Opowiadanie jest dobrze napisane, historia daje dużo do myślenia. Ja również cieszę się, że mała księżniczka została uratowana. 

Cześć, Lupus. Cieszę się, że udało mi się zaskoczyć :)

A co do małej księżniczki, to nie mam serca uśmiercać u siebie dzieci. Nawet w czytanych przeze mnie ksiązkach, kiedy pojawiają się takie sceny, staram się jak najszybciej przejść dalej, bo to powoduje mój sprzeciw, nawet jeśli jest to tak dobrze napisana powieść jak “W ciemność” MacCarthyego albo “Wydrążony człowiek” Simmonsa.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

Known some call is air am

Outta Sewer

Mam tak samo ze scenami z dziećmi.

@Monique

 

Problemem jest to, że ja sobie wyobrażam to co czytam. A są rzeczy, których nawet nie chcę sobie wyobrażać. Po prostu organicznie mnie odrzuca od takich widoków jak cierpienie dziecka. To chyba wina empatii, albo wrażliwości.

Known some call is air am

Cześć,

Przeklejam to co już wrzuciłem Ci na priv ;)

No nie tego się spodziewałem. Po samym tytule oczekiwałem jakichś tripów, ale myślałem, że to bardziej będzie Alicja w Krainie Czarów, albo coś napisane „dla beki”, a Ty mnie tu sprowadziłeś na ziemię i to tak, bym powiedział, w stylu niebieskiego wilkołaka.

Od razu też zaznaczę, że czytałem dwa razy i ten drugi raz dopiero było mocny. Za pierwszym razem nieco odpływałem (ciekawe, nie?) na początku, gdy wiedziałem, że księżniczka ma zwidy. W ogóle nie ogarnąłem Benta, myślałem, że jest równie zjarany co księżniczka. Oczy mi się otworzyły dopiero jak zaczął się dialog policjantów i ratowników (chyba późno, nie? :D).

Ciekawie zarysowałeś dwie kuszące księżniczkę damy. Sama księżniczka… no cóż… po prostu zjarana, nic więcej o niej nie powiem, oprócz truizmów, że to potworna matka itd. Ciekawie natomiast opisałeś wizje. Przy drugim czytaniu, jak już wiedziałem co i jak, zrobiły na mnie wrażenie. Może jedynie nie rozszyfrowałem zmiażdżonego ptaszka.

Tekst jest trochę wyjęty z kontekstu, więc sporo rzeczy musimy sobie dopowiedzieć sami, ale jest dostatecznie dużo informacji, żeby treść dobrze odebrać. Wszystko spina się w całość, więc fabuła bardzo pozytywnie.

Konkursowa księżniczka jest, nawet dosłownie nazwana, jest próba jej ratowania podjęta zarówno przez matronę, jak i później przez policjantów i ratowników. W tym wszystkim można też powiedzieć, że małe dzieciątko jest najbardziej poszkodowane i też doświadcza chyba najważniejszego ratunku.

Technicznie… nic mnie nie zatrzymało, ale tak jak wspomniałem, na początku gdy błądziłem przez mgliste wizje, nieco się nużyłem, po to by nagle oberwać obuchem po głowie.

Ogólnie tekst na plus, jeśli będzie trzeba, to po ogłoszeniu wyników popchnę do biblioteki.

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Nowa Fantastyka