- Opowiadanie: Nayane - Brzemię miłosierdzia

Brzemię miłosierdzia

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Brzemię miłosierdzia

1.

 

Kiedy dotarł do pierwszych zabudowań wioski, niebo rozdarł huk, brzmiący niczym ostrzeżenie, zesłane przez samą Nehebe. I rzeczywiście, Vernard miał przeczucie, że coś jest nie tak. Obejrzał się przez ramię. Od wschodu czerń przesłaniała przeszło pół nieba, zwiastując potężną nawałnicę. Łan słoneczników zwróconych kwiatami w kierunku nadchodzącej ciemności drżał, poruszany coraz silniejszymi podmuchami wiatru. 

Wieś wyglądała na opustoszałą. Przy najbliższej chacie rozwieszone pranie zerwało się ze sznura, dając się ponieść prosto w poletko kapusty. Nikt nie reagował, żadna praczka nie goniła uciekających koszul i kalesonów. Nieco dalej drzwi jednego z domostw szarpały się na zawiasach, okropnie przy tym skrzypiąc.

Pogranicze zawsze było niespokojnym miejscem, tu bowiem spotykały się dwa światy. Na wschód od gór Rhuz i rzeki Amuzy leżała kraina rządzona twardą ręką przez Najwyższego Kapłana, który mienił się wybrańcem Jedynego Boga. Przywódca religijny wraz ze swoją inkwizycją tępili każdy przejaw magii, jaki napotkali. Płonące stosy i polowania na czarownice, głównie kobiety, które, jak Vernard był przekonany, w większości czarownicami nie były, stały się smutną codziennością. 

Mieszkańcy Vessanii, krainy od przeszło trzech wieków należącej do Królestwa Sargetii, uznawanej za kolebkę kultury i magii, uważali Atremczyków za lud wielce zabobonny i zacofany. Starali się nie myśleć o tym, co działo się na wschodzie, żyjąc sobie beztrosko i rozkoszując się wygodami, jakie zapewniała im magia.

Zdarzało się, że inkwizytorzy pod błahymi pozorami przekraczali Amuzę, zwłaszcza w pobliżu licznych brodów i niepokoili miejscowych magów, uzdrowicieli, a nawet zielarzy, starając się krzewić swoją wiarę. Vessania co prawda miała liczne garnizony, rozstawione wzdłuż granicy, ale żołdacy nieraz woleli odwrócić wzrok, niż ryzykować życie w starciu z inkwizytorem, który jak mawiano, potrafił i dziesięciu ludzi naraz powalić. Incydenty te nie wpływały korzystnie na i tak napięte już relacje pomiędzy krainami, ale nie sposób było się przed nimi ustrzec.

Mimo to, poza wielką polityką, w dolinie Amuzy toczyło się zwykłe życie. Prości ludzie nie zwracali uwagi po której stronie rzeki mieszka sąsiad, który gorzałką poratuje, a czasem nawet przy żniwach pomoże. Od dziecka byli osłuchani zarówno z mową vessańską, jak i atremską, więc i dogadać się jako tako potrafili.

Vernard poczuł demoniczną obecność, gdy przejeżdżał obok młyna, ale wrażenie było bardzo subtelne. Objechał pobliskie budynki dookoła, ale nie wyczuł niczego więcej. Demon musiał znajdować się gdzieś dalej, poza wsią.

Pierwsze, ciężkie krople deszczu plasnęły, wzbijając kurz na drodze. Kilka spadło paladynowi na czoło, nos i policzki, jak gdyby sama przyroda obsypywała go wilgotnymi, chłodnymi pocałunkami.

Naciągnął kaptur nieodłącznego, ciemnoszarego płaszcza z haftowaną, srebrną lamówką, na brązowe, aczkolwiek lekko już siwiejące włosy. Okrycie wierzchnie było jego jedynym znakiem przynależności do Zakonu Bogini Nehebe. Nie zwykł nosić tradycyjnych szat paladyna, bo uznawał je za niewygodne i niepraktyczne. I w podróży, i w walce potrzebował swobody ruchów, a te zapewniała mu lekka skórzana zbroja z pasem na broń.

Zdecydował, że najlepiej będzie przeczekać nawałnicę w jakimś obejściu. Dotarł do centrum wsi, gdzie przecinały się dwie główne drogi. Przy skrzyżowaniu stała karczma “Pod Wyrwidębem”, jak głosił szyld nad wejściem. Wprowadził konia do stajni stojącej nieopodal i skierował się do głównych drzwi przybytku. Nadal nie spotkał we wsi ani żywego ducha, więc wielce był zaskoczony, gdy w karczmie zobaczył zwalistego jegomościa, spokojnie popijającego trunek z cynowego kufla. Mężczyzna niespiesznie odwrócił się w jego stronę, prawą rękę układając na rękojeści przypasanego miecza bękarciego, który wyróżniał się kunsztownym kabłąkiem. Spod przybrudzonej, czerwonej opończy błyszczał wyszywany złotą nicią, dobrze Vernardowi znany symbol, przedstawiający oko z płomieniem zamiast źrenicy. Nie było wątpliwości, miał przed sobą inkwizytora.

Dłoń Vernarda odruchowo powędrowała do dzierżaka kiścienia, zawieszonego przy pasie i chwyciła go pewnie.

– Spokojnie, paladynie – rzekł inkwizytor, wyciągając lewą dłoń przed siebie, w uspokajającym geście. – Nie szukam zwady.

Nie był młody, ale staro też nie wyglądał. Choć siwe pasma zdążyły już na dobre zagościć wśród czarnych, spiętych nad karkiem włosów, jego twarz nie nosiła jeszcze śladów głębokich zmarszczek. Była za to naznaczona szpetną blizną, która ciągnęła się od nasady nosa aż do ucha.

– Tak powiadasz, ale oto jesteś na vessańskiej ziemi. Sam jeden w całej wsi. Jeśli zamordowałeś mieszkańców, to…

– Nie zamordowałem nikogo – przerwał mu. – Wręcz przeciwnie. Bezpiecznie ich stąd wyprowadziłem. Są w najbliższym monastyrze, pod opieką mnichów.

Ulewa na zewnątrz przybierała na sile, dudnienie deszczu i grzmot niemal zagłuszyły jego słowa.

Paladyn i inkwizytor przez krótką chwilę mierzyli się wzrokiem w milczeniu, jakby w myślach obstawiali, który z nich wygra starcie, jeśli do takowego dojdzie. 

– Przed czym niby mieliby ich chronić mnisi? – Vernard przerwał gęstniejącą ciszę i podszedł bliżej.

– Nie udawaj głupca. Zakładam, że już wyczułeś demoniczną obecność w pobliżu – odparł. – Nie szukaj wroga tam, gdzie go nie ma. A raczej szukaj sprzymierzeńca tam, gdzie możesz go znaleźć.

Vernard nie mógł nie zauważyć, że mowa Artemczyka jest zupełnie pozbawiona obcego akcentu. W tej chwili jednak były istotniejsze sprawy, niż rozprawianie o tym gdzie inkwizytor nauczył się języka.

– Co wiesz? – zapytał, rozluźniając dłoń zaciśniętą na kiścieniu i opuszczając ją swobodnie.

– Trochę wiem – odparł tamten. – Lepiej nalej sobie piwa i przysiądź się. – Odsunął się nieco, wskazując miejsce na ławie.

Vernard okrążył ladę, w taki sposób, by ani na moment nie odwracać się plecami do inkwizytora. Za szynkwasem znalazł pełny antałek. Napełnił kufel złotym płynem, a następnie usiadł obok Atremczyka.

– Rirvik Dermar – przedstawił się inkwizytor, wyciągając dłoń ku paladynowi.

– Vernard.

– I tyle?

– Tyle, chyba że wolisz Mistrz Vernard.

Atremczyk zarechotał, jakby właśnie usłyszał jakiś dobry dowcip.

– Zatem, Vernardzie – zaczął po chwili. – Załatwiałem pewne prywatne sprawy po tej stronie granicy. Nie patrz tak na mnie – pokręcił głową, widząc niedowierzanie na twarzy nowego znajomego. – Nikogo nie zabiłem, nikogo nie próbowałem nawracać, daję słowo. Kiedy już miałem wracać do Atrem, okazało się, że po ulewie rzeka na północ stąd wylała. Musiałem nadłożyć drogi. I tak znalazłem się tutaj. Niedaleko wioski jest spora posiadłość, zapewne kojarzysz?

Vernard nie odpowiedział, ale skinął na znak potwierdzenia.

– Im bardziej się do niej zbliżałem, tym bardziej mój koń głupiał. A wiesz zapewne, że nasze konie są w pewnym stopniu odporne na magię. Dało mi to do myślenia, tym bardziej, że zacząłem już czuć smród czarnej magii. W końcu niemal pod samą bramą, durna bestia zrzuciła mnie i pognała w dal. Brama wiodąca do pałacyku była uchylona, więc wszedłem. Nieprzyjemna woń czarnej magii mieszała się teraz z innym, jeszcze gorszym smrodem.

– Zawsze się zastanawiałem, czy wy faktycznie czujecie zapach magii, czy to tylko bujdy usprawiedliwiające palenie ludzi – Vernard pociągnął łyk z kufla i odchrząknął.

– Nie wszyscy go czują. – Rirvik zrobił pauzę, jak gdyby zastanawiał się ile prawdy może zdradzić paladynowi. – Tylko nieliczni inkwizytorzy zostali pobłogosławieni podobnym darem…

– Co nie przeszkadza wszystkim innym skazywać niewinnych, za jedyny dowód przedstawiając ów zapach magii.

– Nie popieram takich praktyk – pokręcił głową inkwizytor. – Każdy odpowiada za swoje czyny przed Jedynym i nie mnie osądzać cudze sumienie. Ale dość rozprawiania o rzeczach, których i tak nie pojmiesz. Lepiej posłuchaj tego. Obszedłem całą posiadłość. Pukałem, wołałem, ale nikt nie odpowiedział. W końcu dostałem się do środka przez zbitą szybę na tarasie i od razu trafiłem na pierwsze zwłoki. W całym domu było ich ponad tuzin, nie tylko służby, ale też pana domu, jego żony oraz niemowlęcia. Dawno nie spotkałem się z taką potwornością. Wszystkie trupy, co do jednego, miały wytrzeszczone ślepia, czarne jak niebo w bezksiężycową noc.

– To znak, że ich dusze zniewolił mrok – mruknął Vernard. – Trzeba będzie jak najprędzej odprawić egzorcyzmy, aby umarli mogli zaznać spokoju i nie nawiedzali tych okolic jako upiory. Ale o wiele istotniejsze jest powstrzymanie sprawcy.

– Czy potrzebujesz ciał do tych egzorcyzmów? – zaniepokoił się inkwizytor.

– Nie, ale z ciałami jest łatwiej. Coś z nimi zrobił?

– Spaliłem wszystkie.

– Jakżeby inaczej – westchnął Vernard. – Lubisz palić ludzi, co?

– To była konieczność – uniósł się Rirvik, czerwieniejąc na twarzy. Widać, że starał się zachować spokój, ale lekceważący ton Vernarda niemal wytrącił go z równowagi. Wziął głębszy wdech i kontynuował. – Kiedy tylko… oporządziłem te trupy, pognałem co sił w nogach do wsi, by ratować jej mieszkańców. Ludziska wiedzieli już, że coś się święci. Pod lasem znaleźli martwego drwala, a przy jeziorze starą kobiecinę. Oboje z tymi czarnymi oczyma. Przekonałem chłopów, że jeśli im życie miłe, muszą uciekać zanim zapadnie zmrok i odstawiłem ich do monastyru za rzeką, gdzie udzielono im schronienia.

– Mądrze – Vernard niechętnie przyznał rację inkwizytorowi. – Demon nie opuści swojego leża za dnia, za to mieszkańcy tej wioski pewnie nie przetrwaliby nadchodzącej nocy. Do tego prawdopodobnie opętany to jakiś czarownik, skoro, jak mówisz, czułeś zapach czarnej magii. To rzadkie. Piekielnie rzadkie i niebezpieczne. 

– Dlatego przyszedłem tutaj i zacząłem sobie układać plan, zastanawiając się, czy nie posłać do Atrem po posiłki. I wtedy zjawiłeś się ty. Wierzę, że to Jedyny cię przysłał.

Vernard uznał, że nie ma sensu się spierać, czyje bóstwo jest potężniejsze. I tak żaden z nich nie był w stanie przekonać drugiego do swoich racji.

– Powinniśmy zaatakować jeszcze przed zmrokiem – odparł. – Gdy zajdzie słońce, czort będzie o wiele silniejszy i może się opierać egzorcyzmom.

– Chcesz odprawiać egzorcyzm? To przecież czarownik, prawdopodobnie sam wezwał demona. Powinniśmy go od razu zabić.

– To wciąż człowiek. Nie znamy na razie jego motywów. Czyż sam przed chwilą nie powiedziałeś, że to nie do ciebie należy ostateczny osąd?

– Dlaczego zakładasz, że w ogóle istniała jakaś przyczyna tego, że ktoś zwrócił się ku ciemnej sile? Zło istnieje bez powodu. Tak jak i dobro. Co zrobisz, jeśli nie będzie żadnego innego wyjścia jak tylko zabić opętanego? 

– Sam to ocenię, a jeśli uznam, że to nieuleczalny przypadek, własnoręcznie utłukę suczysyna. Ty za to pewnie chętnie spalisz zwłoki – zaśmiał się Vernard. – Chodźmy, szkoda czasu.

Inkwizytor nie wyglądał na rozbawionego. Zacisnął wargi tak, że aż zbielały i w milczeniu ruszył za paladynem w kierunku wyjścia.

Burza się skończyła.

 

2.

 

Zza drzew wyłonił się okazały, dwukondygnacyjny pałacyk z czterema wieżyczkami, zbudowany z jasnej cegły i zwieńczony spadzistym dachem w odcieniu zgniłej zieleni. W centralnej części znajdował się podjazd, a za nim ogromne, dwuskrzydłowe drzwi, obramowane kolorowym witrażem. Tym, co uderzyło Vernarda, gdy tylko zbliżyli się do zabudowań, była nienaturalna cisza. Nie było słychać śpiewu ptaków. Jako egzorcysta wiedział, że zwierzęta bezbłędnie wyczuwają demoniczną obecność i trzymają się z dala. Rozumiał je doskonale, manifestacja zła była w tym miejscu potężna. Czuł ją całym ciałem. Po raz pierwszy ucieszył się z faktu, że ma inkwizytora do pomocy.

Przeszli przez podwórze i zauważyli, że główne drzwi są uchylone, zupełnie jakby ktoś ich oczekiwał.

– Wcześniej były zamknięte na głucho – mruknął Rirvik. – Bądźmy ostrożni… – nie dokończył, bo Vernard wszedł już do środka.

Paladyn wyjął kiścień. Dopiero teraz jego towarzysz zauważył, że oręż jest nader wyjątkowy. Do dzierżaka solidnym łańcuchem przymocowana była srebrna kula nabita tępo spiłowanymi do połowy kolcami. Na wierzchołku każdego z nich widniała starannie wyryta runa. Wszystkie rozjarzyły się, niczym muśnięte wiatrem polana w dogasającym ognisku, gdy tylko Vernard dobył broni.

– Ładna rzecz – przyznał inkwizytor. – Nie rozumiem tylko, czemu służą te kolce. Takimi tępymi nie zadasz poważnych ran, co najwyżej kogoś ogłuszysz.

– Możesz wierzyć lub nie, to cudeńko potrafi zabić. Chociaż moja robota polega głównie na wyplenianiu zła z tego świata, nie na mordowaniu ludzi.

– Miłosierdzie – pokręcił głową Rirvik. – Potrafi być zgubne. Pamiętaj, że za każdym razem, gdy decydujesz się na jakikolwiek gest, jednocześnie ponosisz brzemię jego konsekwencji.

Z ciemnego korytarza przeszli do głównego holu. Vernard musiał przyznać, że podczas wędrówek po pograniczu nie napotkał jeszcze takiego przepychu. Lustra w zdobionych ramach, złote kandelabry i ogromny, kryształowy żyrandol, cięższy zapewne od kilku dorosłych mężczyzn razem wziętych. Na grubym dywanie leżała przewrócona komoda, a wokół niej porozrzucane w nieładzie przedmioty codziennego użytku takie jak nożyk do otwierania listów, srebrna taca czy fantazyjnie rzeźbiony, kościany grzebień. Nieco dalej, przy szerokich schodach, prowadzących na wyższe piętro można było dostrzec fragmenty rozbitej wazy.

Naraz zdało im się, że słyszą stłumione łkanie, a następnie szybkie kroki, jakby ktoś przebiegł przez korytarz, którym właśnie weszli.

– Oho, zaczyna się – stwierdził Vernard. – Niespokojne dusze, uwięzione w mroku, który zalał to miejsce.

Miał wrażenie, że inkwizytor pobladł i w innych okolicznościach pewnie by go to rozbawiło, ale teraz miał wrażenie, że dźwiga na barkach ogromny ciężar. Ciemna energia tego miejsca gęstniała wraz z nadchodzącym zmierzchem. Musieli jak najszybciej znaleźć demona i odprawić go z tego świata.

Nagle kątem oka Vernard dostrzegł jakiś ruch. Uniósł głowę i zauważył, że u szczytu schodów stanęła kilkuletnia dziewczynka, odziana w suknię, która kiedyś zapewne niezwykle wytworna, teraz była potargana i brudna. Skołtunione jasne włosy w nieładzie opadały na ramiona, a spojrzenie jej oczu sprawiło, że paladyna przeszył dreszcz.

 – To opętana czarownica, Vernardzie. Nie mam co do tego wątpliwości – szepnął Rirvik.

 – Szlag by to – wymamrotał Vernard. – Z dziećmi zawsze jest trudniej.

Dziewczynka wpatrywała się w nich przez chwilę, następnie przeniosła wzrok na kiścień dzierżony przez paladyna. Jej twarz w mgnieniu oka stężała, przyjmując szkaradny wyraz, następnie mała jednym susem przeskoczyła kamienną balustradę i wylądowała na czworakach po prawej stronie schodów. Wydała z siebie odgłos przypominający warknięcie ogara i nie prostując się pognała w głąb domu, niczym jakiś czworonożny stwór.

– Nie dajmy jej uciec! – zawołał Vernard, rzucając się w pościg. – Będzie grała na czas do zachodu słońca.

Słyszał, że inkwizytor biegnie za nim. Przebyli niewielki pokój z dużym oknem wychodzącym na ogród, następnie jadalnię. Drzwi do kolejnego pomieszczenia były zamknięte. Vernard naparł na nie barkiem, wyłamując zamek i stanął oko w oko z wysoką kobietą, która trzymała w ramionach płaczące niemowlę. Spojrzała na niego, przekrzywiła głowę i z nieschodzącym z ust uśmiechem, jedną ręką wyciągnęła zza pasa nóż, kierując ostrze w pierś dziecka.

– Vernard, spaliłem dzisiaj zwłoki tej kobiety – Rirvik był wstrząśnięty. Widać nigdy wcześniej nie widział upiora. – Co ona robi?! Jak może…

– Zostaw ją i najlepiej na to nie patrz. Mrok próbuje nas zatrzymać za wszelką cenę.

– Ale to dziecko… wygląda jak prawdziwe.

Vernard z westchnieniem pociągnął inkwizytora za rękaw, ku kolejnym drzwiom. Za ich plecami rozległ się przeraźliwy, pełen bólu krzyk niemowlęcia.

– Zeszła na dół – oznajmił paladyn, kiedy stanęli w szerokiej kuchni. 

Z jednej strony mieli drzwi prowadzące na podwórze, z drugiej długi kredens zastawiony faskami oraz butelkami z winem. Pod przeciwną ścianą otwarty w podłodze właz ział ciemnością niczym brama piekielna.

– Jeśli nie ma stamtąd drugiego wyjścia, mamy szczęście, nie ucieknie dalej – oznajmił Rirvik.

Nadzwyczaj szybko otrząsnął się z szoku. Vernard widział, że za wszelką cenę stara się nie patrzeć w kierunku staruszki siedzącej z robótką ręczną na jednym z taboretów pod oknem. Z jej bezzębnych ust i pustych oczodołów lała się krew, kapiąc na haftowaną serwetę, którą trzymała na kolanach.

Paladyn przywołał świetlika. Było to jedno z podstawowych i najprostszych zaklęć, jakich uczono w Zakonie. Pulsująca kula światła pomknęła naprzód, oświetlając murowane schodki.

– Diabelni paladyni, nie potraficie sobie radzić bez czarów, co? – prychnął inkwizytor.

– Wolisz walczyć w całkowitej ciemności? Czy może miałeś zamiar tu czekać, aż zło łaskawie opuści leże? – zapytał Vernard i nie czekając na odpowiedź, ruszył w dół. 

Pomieszczenie nie było zbyt duże, regał z winem, ustawiony na środku dzielił je na pół. Pod ścianami, w drewnianych skrzyniach leżały warzywa. Świetlik urósł i rozjaśniał teraz całe pomieszczenie. Za jedną z drewnianych kolumn, podtrzymujących strop kuliło się dziecko.

– Nie daj się zwieść temu niewinnemu wyglądowi.

– Rirvik, przecież nie jestem idiotą.

– Za krótko cię znam, by to stwierdzić – odgryzł się inkwizytor.

Vernard, zbliżając się do opętanej, wprawił w ruch kulę, która ze świstem przecięła powietrze, a runy zajęły się ogniem. Dziewczynka gwałtownie odskoczyła, do tyłu, a następnie przyjęła pozycję jak do ataku. Jej oczy, teraz całkowicie czarne, błyszczały w magicznym świetle niczym dwa obsydiany, a kąciki bladych ust uniosły się w upiornym uśmiechu.

 Z zadziwiającą prędkością rzuciła się na Vernarda. Kiścień dosięgnął jej pierwszy, smagając policzek płonącą runą, jednak nie zdołał znacząco osłabić impetu, z jakim wskoczyła paladynowi na pierś. Oboje runęli na podłogę.

 Rirvik w tym czasie dobył miecza i rzucił się na pomoc. Demonica odwróciła się i jednym susem wystrzeliła w górę, zręcznie omijając ostrze, a następnie niczym pająk zawisła na sklepieniu nad ich głowami.

 Ta chwila wystarczyła Vernardowi, by pozbierać się z podłogi.

– Astane Nidbhe soenther, tostati olthenor suri! Gerthes! – zaczął mamrotać starosargeckie słowa rytualne. – Rirvik, muszę się skupić. Trzymaj ją z dala, póki nie skończę!

– A długa ta modlitwa? – zapytał inkwizytor, krok w krok podążając za warczącą wściekle istotą, krążącą na czworaka po suficie.

Verhard skinął głową, nie przestając recytować. Inkantacja działała. Rysy twarzy dziecka zaczęły się zmieniać, skóra posiniała, a jej powierzchnię naznaczyły głębokie bruzdy. 

– Czyli mam przesrane – westchnął inkwizytor. – Tak to jest poprosić o pomoc paladyna. Koniec końców i tak musisz samemu wykonać najgorszą robotę.

W tym czasie stworzenie, które trudno już było nazwać dziewczynką, przypuściło ponowny atak na Vernarda, ale Rirvik wskoczył pomiędzy nich, osłaniając się naprędce wzniesioną tarczą. Istota odbiła się od niej i lądując uderzyła plecami regał z winem. Poleciały butelki, zapachniało, a na podłodze rozlała się soczysta, bordowa plama.

Inkwizytor przypuścił atak. Był szybki, ale nie dość, by zranić demona, który odbijał się od ścian, skakał pod sam sufit i uciekał po nim, by po chwili zaatakować. Scena ta przypominała szalony taniec.

Nagle opętana podczas jednego z uników przekręciła głowę do tyłu i wgryzła się w szyję Rirvika. Mężczyzna zachwiał się, próbując zrzucić z siebie istotę i upadł razem z nią, prosto w plamę wina. Vernard, chcąc pomóc towarzyszowi, zdzielił potwora kiścieniem. Runy zapłonęły, a ich siła odepchnęła dziewczynkę na drugi koniec piwnicy. Uderzyła w ścianę niczym szmaciana lalka, ciśnięta z całej siły przez rozkapryszonego bachora.

 Paladyn przykucnął przy inkwizytorze, by zbadać ranę. Brakowało sporego kawałka skóry, a okaleczenia były rozległe, na szczęście dziecięce szczęki nie dosięgnęły tętnicy. Mimo to, krew lała się obficie, cieknąc na podłogę i mieszając się z winem. Do tego wokół rany wykwitały czarne żyły, znak skażenia.

 Vernard powierzchownie użył zaklęcia zasklepiającego, przykładając dłoń do rany. Nie mógł sobie pozwolić na marnowanie sił. Zatamowanie krwi musiało na razie wystarczyć.

Wraz z inkantacją, którą egzorcysta nieprzerwanie recytował, demon słabł, niemniej wciąż był niebezpiecznym przeciwnikiem. Nie dość, że udawało mu się unikać rozpalonego kiścienia, to jeszcze zdołał zadać kilka dotkliwych ciosów.

– Pospiesz się, prawie ją mamy! – wycharczał Rirvik, próbując odczołgać się na bok.

Nagle coś się zmieniło. Obaj poczuli jakby nagle w pomieszczeniu zgęstniało powietrze.

– To magia… Potężna. Jak to możliwe?

– Zaszło słońce – odparł Vernard. – Zyskała pełnię sił. Dasz radę wstać?

Wokół demona narastał mrok, który wijąc się niczym macki jakiegoś morskiego stworzenia, zajmował coraz większą część pomieszczenia. Kiedy dotarł do świetlika, oplótł go i po chwili cała piwnica pogrążyła się w zupełnych ciemnościach.

Vernard najpierw usłyszał stęknięcie inkwizytora, który prawdopodobnie próbował stanąć na nogi, a po chwili poczuł powiew na twarzy. Wiedział że nie może to oznaczać niczego dobrego. I nagle ni stąd, ni zowąd rozległ się potężny ryk, a ciemność cofnęła się. Świetlik wyzwolił się, a w jego świetle ukazała się Vernardowi przedziwna scena. Inkwizytor stał, trzymając oburącz przed sobą ostrze. Na drugim jego końcu stał demon, unieruchomiony jakimś zaklęciem paraliżującym. Wściekle syczał i chaotycznie machał rękami. Miecz wbijał się mu w pierś, nie była to jednak głęboka rana. 

Kiedy Rirvik odwrócił twarz w jego kierunku, zobaczył że zarówno jego źrenice jak i tęczówki pobladły, niemal stapiając się z odcieniem białek, przez co oczy zyskały iście trupi wyraz. Vernard słyszał o specyfiku używanym przez inkwizytorów. Zdaje się, że nazywano go łzami boga i według opowieści bardów, miał dodawać sił oraz blokować odczuwanie bólu, a przy tym być niesamowicie uzależniający. Tak bardzo, że tylko nieliczni, cechujący się wielką siłą woli, mieli do niego dostęp.

– No, na co czekasz? Rusz się! – zawołał do niego, sapiąc przy tym z wysiłku. – Potrafię walczyć z czarownicami, nie z demonami. Twoja kolej!

Vernard zrozumiał, że inkwizytor blokuje całą czarną magię w pomieszczeniu i demon nie ma skąd czerpać. Mieli jedną szansę, ale musiał działać szybko. Widział, że Rirvik długo tak się nie utrzyma.

Zacisnął zęby i ruszył do ataku, rozkręcając kiścień. Pierwsze uderzenie w czoło zostawiło na bladej skórze wypaloną runę. Kolejne, wyrywały fragmenty demona z ciała dziecka, nie raniąc go przy tym. Kiścień przenikał przez dziewczynkę jak przez ducha. Rirvik patrzył na tę scenę ze zdziwieniem i podziwem zarazem. Nigdy jeszcze nie widział takiej broni.

Osłabiony po inkantacji i z zablokowaną możliwością czerpania z czarnej magii, demon musiał ustąpić. Vernard podniesionym głosem dokończył rytuał, ostatecznie odsyłając demona do piekieł. Dziewczynka osunęła się nieprzytomna. Paladyn w ostatniej chwili zdołał ją odepchnąć, by nie nadziała się jeszcze mocniej na ostrze inkwizytora. 

Mroczna obecność znikała. Vernard poczuł się jak człowiek, który po długiej chorobie wyszedł po raz pierwszy na świeże powietrze. Odetchnął pełną piersią, a potem wycieńczony padł na podłogę. Demon nie zadał mu poważnych ran, jednak walka kosztowała go wiele sił. Rirvik schował broń i podtrzymując się kolumny usiadł.

 

3.

 

– To była walka, co? – Rirvik pokręcił głową i przymknął na chwilę oczy. – Paladyn i inkwizytor, ramię w ramię. Bardowie pewnie śpiewaliby o nas pieśni, gdyby nie to, że nikt im nie uwierzy.

– Rirvik, bądź ze mną szczery. Co robiłeś po tej stronie Amuzy? – Vernard był jeszcze zbyt słaby by wstać, przekręcił tylko głowę, by spojrzeć na siedzącego obok inkwizytora.

– Po co? Nie twoja sprawa.

– Niech zgadnę, odwiedzałeś kobietę?

– Po prawdzie to tak, ale to nie to, co myślisz – uśmiechnął się Rirvik. – Jeżdżę do pewnej znachorki. Leczę się. Mam problemy z uzależnieniem od łez boga. Szczęście, że nie wyrzuciłem ostatniej fiolki, bo nie rozmawialibyśmy teraz.

– Wybiliście wszystkie znachorki pod zarzutem czarów, a teraz nagle biada, nie ma was kto leczyć – zachichotał Vernard. – Powiedz mi, czy to cię kurwa nie zastanawia? Żadnych refleksji, że coś z tą waszą doktryną jest nie tak?

Rirvik nie odpowiedział, miał zamknięte oczy i wyglądał, jakby przysnął.

– Jestem Vessańczykiem – przyznał po chwili. – Kiedy miałem dziewięć lat, moja matka została opętana. Przyjechali jacyś ludzie z Zakonu, odprawili rytuały, zapewniając, że uwolnili ją od wszelkiego zła i nic już nie grozi ani jej, ani nam. Kilka miesięcy później zbudziły mnie w nocy krzyki, zobaczyłem jak matka żywcem wyrywa serce mojemu bratu, obok leżały zwłoki ojca. Nie wiem skąd znalazłem wtedy w sobie siłę, żeby biec aż do rzeki, ale myślę że ktoś nade mną czuwał. Nie oglądałem się za siebie, nie musiałem, słyszałem za sobą jej zawodzenie i kroki.

– Paskudna sprawa – chrząknął Vernard. – Przykro mi to mówić, ale spartaczyli rytuał, prawdopodobnie to nawet nie byli egzorcyści, a zwykli bracia.

– To już nie ma znaczenia – pokręcił głową Rirvik. – Wiesz kto mnie wtedy uratował? Inkwizytor. Zabił matkę bez litości i bez żadnych beznadziejnych prób przywrócenia jej zdrowych zmysłów. Zabrał mnie do klasztoru, gdzie mieszkałem i wychowywałem się aż do osiągnięcia wieku męskiego. Przyjąłem wiarę w Jedynego Boga, bo szczerzę wierzę, że to on uratował mnie tamtej nocy. I jestem przekonany, że niektórych po prostu nie da się ocalić. Trzeba tłumić zło w zarodku i nie dopuścić, by ktoś ucierpiał tylko przez to, że raz czy dwa okażesz miłosierdzie. To się też tyczy jej – inkwizytor wskazał skinieniem głowy na leżącą nieruchomo dziewczynkę. – Co zamierzasz z nią zrobić?

Vernard z niemałym trudem podniósł się z podłogi.

– Rozumiem twoje obawy, ale znam sposób, by odciąć to dziecko zarówno od demonów jak i od magii. Dość okrutny sposób, ale będzie mogła normalnie żyć.

– Myślisz, że po tym wszystkim, co ją spotkało, można w ogóle normalnie żyć? – Rirvik zamilkł na chwilę, nie spuszczając wzroku z dziecka. – Tylko ze względu na to, że jesteśmy na vessańskiej ziemi, uszanuję twoje przekonania i pozwolę ci postąpić zgodnie z sumieniem, ale pamiętaj, brzemię skutków tej decyzji należy wyłącznie do ciebie.

Paladyn skinął głową.

– Pospieszmy się, póki jest nieprzytomna – powiedział, odwracając dziewczynkę na brzuch i odsłaniając górną część jej pleców. – Gdyby się obudziła w trakcie, trzymaj ją i nie pozwól jej się poruszyć.

Vernard pochylił się nad dzieckiem, dobył zza pasa długi sztylet, przetarł go jakimś olejem z fiolki, wyjętej z torby przy pasie i najdelikatniej jak potrafił, zaczął wycinać między łopatkami dziewczynki runę, szeptem wymawiając zaklęcie. Nacięcia nie były duże, a rana nie krwawiła zbyt obficie. Kątem oka spojrzał na towarzysza, który podniósł się i chwiejnym krokiem zbliżył do nich. Uklęknął i przytrzymał dziecko za barki, na wszelki wypadek. Ręce mu drżały, ale Vernard przypuszczał, że to skutek działania łez boga, a nie tego, czego właśnie inkwizytor był świadkiem. Zapewne widział już dużo gorsze rzeczy na procesach czarownic. Paladyn zauważył, że rana na szyi oczyściła się z mrocznej trucizny. To prawdopodobnie również było wynikiem działania zażytego specyfiku.

Ku zadowoleniu Vernarda, dziecko nie odzyskało świadomości podczas rytuału. Gdy skończył, przez chwilę przyglądał się swojemu dziełu, a następnie przyłożył obie dłonie do powstałej rany i użył zaklęcia, by szybko ją zabliźnić.

– Kiedy się obudzi możliwe, że nawet nie poczuje, że ma coś na plecach.

– Jesteś pewien, że to wystarczy?

– Blizny w odróżnieniu od wstrzykiwanych pod skórę barwników są trwałe.

Chwilę później usłyszeli kwilenie, a zaraz potem dziecko poruszyło się, następnie zerwało na równe nogi i umknęło w kąt, chowając się za skrzynią wypełnioną ziarnem pszenicy.

– Już dobrze – powiedział Vernard, kucając przed skrzynią. Wiedział, że nie może podejść bliżej, by nie przestraszyć małej. – Jestem paladynem z Zakonu Nehebe. Nie zrobię ci krzywdy.

Nie odpowiedziała, ale wychyliła główkę, by przyjrzeć mu się uważniej.

– Słuchaj, mam tu jeszcze coś do załatwienia, ale niedługo wrócę i może coś zjemy? W tym czasie posiedzi z tobą mój znajomy.

– Że co? – prychnął Rirvik. – Nie jestem niańką.

– Po prostu tu posiedź, odpocznij. Wątpię, żeby dzieciak dobrowolnie wyszedł do kogoś z twoją aparycją.

Spodziewał się riposty lub chociaż gniewnego prychnięcia, tymczasem inkwizytor głośno się roześmiał, ale po chwili syknął i chwycił za szyję.

– Posiedzę tu. Ale mam prośbę, zostaw mi to twoje magiczne światełko. Dobrze zgaduję, że chcesz odprawić te duchy na górze?

– Im szybciej, tym lepiej – odrzekł Vernard. – Ich cierpienie może przyciągnąć tu kolejnego demona.

Był wyczerpany, ale uwolnienie dusz, gdy demon, który je spętał został odesłany, nie było zbyt wymagającym rytuałem. Wyszedł do holu, odsunął dywan i na kamiennej posadzce rozpalił niewielkie ognisko, używając drewna z komody. Kilka razy dostrzegł upiorne postaci na schodach czy przemierzające hol, wiedział jednak, że żadna z nich nie może zrobić mu krzywdy. Gdy ogień pokrył w całości zamorskie drewno, wrzucił do niego garść ziół. Natychmiast rozszedł się specyficzny i dość nieprzyjemny zapach. Vernard usiadł przy ogniu, zamknął oczy, z wysiłkiem koncentrując swoją moc i zaczął szeptać inkantację. Resztki mroku rozpływały się niczym poranna mgła, tknięta promieniami słońca. Wkrótce pałacyk został całkowicie oczyszczony.

 

4.

 

Z zapasów zgromadzonych w kuchni przygotowali posiłek. Skuszona zapachem dziewczynka w końcu opuściła piwnicę. Vernard podał jej talerz. Wzięła go i przycupnęła tuż przy włazie do piwnicy. Miała apetyt, widać nie jadła od dawna. Obserwowali ją w milczeniu.

– Na mnie już czas – powiedział Rirvik wstając po skończonym posiłku. – Odpocznę w gospodzie po drugiej stronie rzeki. Trudno mi to przyznać, ale bez ciebie nie dałbym rady. Może jednak paladyni nie są tak nieudolni, jak się o was mówi w Atrem.

– A inkwizytorzy jednak potrafią coś poza paleniem – uśmiechnął się Vernard.

– Co z nią zrobisz?

– Zabiorę ją do Loyon, mają tam żeński klasztor. Siostry się nią zaopiekują. Jeśli ma jeszcze jakichś krewnych, odnajdą ich, jeśli nie, wychowają ją wraz z innymi sierotami.

– Skoro jesteś pewien, że jej to nie wróci, myślę że to dobry plan.

Na pożegnanie uścisnęli sobie dłonie.

Kiedy inkwizytor zniknął za ogrodzeniem pałacyku, Vernard pomyszkował w pokojach na górze, znajdując dziewczynce czystą suknię i ciepłą opończę.

– Włóż to. Wkrótce ruszamy.

Nie odpowiedziała, ale wzięła ubrania i wyszła z kuchni. Po chwili wróciła przebrana.

Wyruszyli jeszcze przed świtem. Dziewczynka nadal nie odezwała się słowem, Vernard zaczął podejrzewać, że być może jest niemową. 

Nie protestowała, gdy posadził ją na koniu przed sobą. W milczeniu pokonali długą drogę, a ona ani razu nie dała znać, że czegoś chce.

– Kilkanaście dni i będziemy w Loyon – powiedział Vernard, chcąc zmusić ją do jakiejś reakcji.

Spojrzała tylko na niego i odwróciła głowę, obserwując drogę przed nimi.

– Jesteś głodna? – zapytał innym razem. – Niedaleko, na rozstaju dróg jest porządna gospoda. Możemy się zatrzymać i zamówić pieczeń z dzika w sosie grzybowym. Mówię ci, jest przepyszna.

Skinęła głową, ale jej twarz nie zdradzała żadnych emocji.

 Pewnej nocy musieli rozbić obóz pod gołym niebem, gdyż wjechali do rozległej puszczy, gdzie w promieniu wielu godzin drogi, nie było ludzkich siedzib. Dziewczynka usiadła przy ogniu, nieruchomo wpatrując się w pląsające płomienie i iskry unoszące się ku gwiazdom na nocnym niebie.

– Dobrze byłoby chociaż poznać twoje imię – Vernard chciał pogładzić ją po głowie, ale gwałtownie cofnęła się przed jego dotykiem. – Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć – dodał, odsuwając się.

Spojrzała na niego, potem wzięła patyk i na ziemi wyryła litery.

– Tila – przeczytał Vernard. – Tak się nazywasz?

Skinęła głową, a potem ponownie pogrążyła się w transie. Jej oczy były otwarte, ale Vernard był pewien, że nie widzi ani jego, ani ognia, w który tak uparcie się wpatruje.

Po raz pierwszy emocje na jej twarzy zobaczył, gdy przejeżdżali przez miasteczko. Na wybrukowanym placu trzech przebranych za błaznów mężczyzn tańczyło, a obok nich stał zwalisty, czarny niedźwiedź, ubrany w falbaniastą spódnicę.

Nagle jeden z mężczyzn wyjął bat i kilka razy smagnął zwierzę. Bestia ku uciesze gawiedzi stanęła na dwóch łapach i zaczęła podskakiwać i podrygiwać.

Vernard zauważył, że Tila wyprostowała się jak struna i nie spuszczała oka z niedźwiedzia. Po chwili, pierwszy raz od początku ich znajomości, świadomie go dotknęła. Pociągnęła Vernarda za rękaw i wskazała na przedstawienie.

– Podoba ci się? – zapytał.

Pokręciła głową, zaprzeczając, następnie wykonała gest, który prawdopodobnie miał symbolizować łzy spływające po policzkach.

– Masz rację, to paskudne, co mu zrobili – przyznał. – Żadna żywa istota nie powinna być traktowana w ten sposób.

Potaknęła, a następnie dotknęła drzewca jego broni i wskazała na mężczyzn. Vernard musiał przyznać, że jeśli chce, potrafi się całkiem zręcznie komunikować.

– Nie mogę ich zabić, jestem paladynem. Nawet gdyby zrobili coś wbrew prawu, nie jestem z tych, którzy mogą ich rozliczać.

Skrzywiła twarz w grymasie niezadowolenia, następnie ześlizgnęła się z końskiego grzbietu i podbiegła do zbierającej oklaski i monety trupy cyrkowej.

Stanęła przed niedźwiedziem i rozłożyła ręce, jakby chciała go osłonić.

– Uważaj, dziecko, może na to nie wygląda, ale to niebezpieczna bestia – powiedział jeden z błaznów, który zdążył już zdjąć czapkę z dzwoneczkami. 

Tłum niespiesznie się rozchodził, przez co Vernard mógł podjechać nieco bliżej.

Widząc, że mała nie zamierza odpuścić, mężczyzna podszedł i zaczął szarpać ją za rękę. Ugryzła go i ponownie ustawiła się przed niedźwiedziem.

– Ty mała czarownico – warknął mężczyzna, unosząc bat. – Zaraz złoję ci skórę!

Nie zdążył, Vernard chwycił go za ramię i wykręcając rękę, zmusił do wypuszczenia bata, a następnie przerzucił mężczyznę niczym worek grochu. Jego ciało przetoczyło się po bruku i zatrzymało na kole drewnianego wozu, stojącego w pobliżu.

– Ty suczysynu! – krzyknął wstając.

Jego towarzysze popatrzyli po sobie i rzucili się do ataku, ale nie zdołali nawet zadać ciosu, a już leżeli na bruku, rozmasowując obolałe miejsca. Vernard nawet nie musiał sięgać po broń.

 – Na co czekacie, jazda mi stąd! – krzyknął.

– Zapłacisz za kradzież niedźwiedzia! – rzucił przywódca grupy, uciekając. – Zgłoszę do straży!

– Możesz sobie zgłaszać do samej Nehebe! – zawołał za nim.

Tila wciąż stała przy zwierzęciu. 

Spojrzał niedźwiedziowi w oczy. Był spokojny, zupełnie jakby czekał na swój los, a może zbyt udręczony, by walczyć o siebie. Zrobiło mu się żal tego pięknego i dumnego stworzenia. Nie mógł pozwolić, by wrócił do trupy.

– Zrobię to tak, że nie będzie bolało – powiedział i odniósł przedziwne wrażenie, że bestia go rozumie.

Wyjął sztylet, ten sam, którym wyciął na plecach dziewczynki pieczęć oraz fiolkę z trucizną. Tila wyrwała się i stanęła przed nim. Pokręciła głową, wyrażając dobitne: nie.

Opuścił ostrze i przykucnął, by spojrzeć jej w twarz.

– Posłuchaj, ten… miś – łzy w jej oczach nie ułatwiały mu zadania. – Zbyt długo przebywał w niewoli, może nawet nie zna innego życia. Widzisz? Wyrwali mu kły i pazury. Nawet jeśli wypuścimy go gdzieś w lesie, nie będzie potrafił zdobyć pożywienia i umrze z głodu. Zrobię co trzeba, bardzo szybko. Nie będzie go bolało, obiecuję.

Dziewczynka zagryzła wargi i wyciągnęła ku niemu pięści, jak gdyby chciała pokazać, że zamierza walczyć do końca.

– No przecież go ze sobą nie zabierzemy…

Na jej ustach po raz pierwszy zobaczył cień uśmiechu. Niedźwiedź natomiast zamruczał cicho. Vernard spojrzał na zwierzę i westchnął.

 

5.

 

– Cyrk! Cyrk przyjechał! – wołały dzieci.

Biegały obok nich, po obu stronach ubitej drogi, prowadzącej do samego Loyon. 

– Cyrk jak się patrzy – mruknął Vernard, zerkając na idącego za koniem niedźwiedzia, na którym siedziała Tila.

Kiedy zdecydował się oszczędzić zwierzę, ono bez cienia protestu podążyło za nim. Zupełnie jakby rozumiało wagę tego wszystkiego, co się wydarzyło. Dla bezpieczeństwa najpierw uwiązał niedźwiedzia liną, ale po pierwszej nocy spędzonej w drodze, uznał że nie ma potrzeby dłużej utrzymywać pozorów zniewolenia. Bestia była posłuszna i podążała za nimi krok w krok. Poza tym bez pazurów i kłów nie była w stanie nikogo realnie skrzywdzić. Tak przynajmniej wtedy wydawało się Vernardowi.

Tila bardzo się zżyła z Miśkiem, jak zwykł go nazywać. Traktowała go jakby był psem, głaskała, przytulała, a po dwóch dniach zaczęła wspinać mu się na grzbiet. Mimo, że czasem się uśmiechała, Vernard ani razu nie zobaczył w jej oczach prawdziwej radości, jaką zazwyczaj emanowały dzieci w jej wieku. Wielokrotnie przyglądając się jej, czy to bawiącej się z niedźwiedziem, czy śpiącej przy ognisku, zastanawiał się przez co przeszła w życiu ta krucha istota.

Do Loyon dotarli wczesnym popołudniem. Świątynia i żeński Zakon Nehebe leżały właściwie poza miastem, na wzgórzu porośniętym karminami, gęstymi krzewami o rubinowych, silnie wonnych kwiatach.

Zanim jeszcze zobaczyli zabudowania wśród wszechobecnej czerwieni, poczuli zapach. Przyjemny, słodki, lekko odurzający. Vernard wiedział, że po chwili, gdy ich nozdrza się przyzwyczają, woń osłabnie, a potem niemal zupełnie ulotni. Zauważył, że Tili podoba się to miejsce, biegała od krzewu do krzewu, zaciągając się powietrzem.

Na spotkanie wyszła im Mistrzyni Clara, przeorysza Zakonu. Pełna życia, energiczna stara kobieta, z niezwykle grubym, siwym warkoczem przełożonym przez lewe ramię. Nosiła tradycyjną białą szatę z ciemnoszarymi, haftowanymi srebrem wstawkami po bokach.

– Vernard! A niech mnie – zawołała. – Kiedyś się nie zjawił ostatniej zimy, pomyślałam, że zło w końcu cię dopadło. Nawet odprawiłam rytuał pogrzebowy w twojej intencji. – Uniosła oprawione w skórę tomiszcze, które trzymała w ręku i zdzieliła nim Vernarda w głowę. – Gdzieś się podziewał? Trzeba było chociaż napisać, dać znak życia.

– Aua, nie rób tego więcej! – Vernard rozmasował skroń. – Byłem w Issilionie, na wezwanie Wielkiego Mistrza. Mieliśmy dość nietypowy przypadek, później ci opowiem. A teraz pozwól, że przedstawię ci Tilę.

Clara po wysłuchaniu całej historii zgodziła się przyjąć dziewczynkę pod opiekę.

– Będę miała na nią baczenie, nie martw się – powiedziała. – Roześlę wieści, może znajdziemy jakichś krewnych. Zazwyczaj bogate rody mają szerokie koligacje.

– Mogą jej nie zechcieć ze względu na jej… przypadłość. Dobrze wiesz jak działa ten świat.

– Różnie może być, Vernard, ale nie zakładajmy niczego z góry. Będzie co będzie. 

Wieczorem, po wspólnej kolacji, Vernard podszedł do Tili.

– Pora się pożegnać – powiedział.

Skinęła głową, a następnie wybiegła na podwórze i mocno przytuliła Miśka.

– Nie martw się o niego. Będzie mu ze mną dobrze.

Uśmiechnęła się i uniosła rękę w geście pożegnania.

Vernard i Misiek ruszyli niespiesznie w stronę zachodzącego słońca, zostawiając za sobą Tilę, klasztor i zapach karminów.

 

6.

 

Tila zagryzła zęby i kolejny raz prześlizgnęła plecami po wystającym ze ściany gwoździu. Ból był ogromny, ale chęć uwolnienia się od tego, co miała między łopatkami, jeszcze większa. Vernard zrobił jej dokładnie to, co ci ludzie z trupy zrobili biednemu niedźwiedziowi, pozbawiając go kłów i pazurów. Zostawił ją zupełnie bezbronną.

Odkąd pamięta widziała w swoim otoczeniu cienie, nazywane przez Vernarda demonami. Jeden z nich został jej przyjacielem, towarzyszył jej podczas zabaw i siedział przy jej łóżku, kiedy płakała w nocy.

I był przy niej wtedy, gdy wuj zabrał ją do piwnicy i zrobił jej krzywdę. Wciąż pamiętała jak wysapał:

– Nie powiesz nikomu, prawda? Nie powiesz, jesteś pieprzoną niemową!

To co jej zrobił było naznaczone tak niesamowitym cierpieniem, że prawie postradała zmysły. Po wszystkim zostawił ją krwawiącą i obolałą. Nie miała nikogo, do kogo mogłaby się zwrócić po pomoc, kto w ogóle zauważyłby, że stało się coś złego. Matka jej unikała, wstydziła się tego, że Tila nie potrafi mówić i starała się ukrywać ją przed światem, udając że nie ma dziecka. Kiedy urodził się jej brat, ojciec, który czasem się z nią bawił, zupełnie o niej zapomniał. Brat był dziedzicem, a przede wszystkim był zdrowy.

 Nie wiedziała ile czasu leżała na podłodze, próbując pozbierać się w sobie, żeby wstać i intensywnie myśląc, jak ukryć rozdartą suknię przed matką. Cień wyciągnął do niej rękę, jakby chciał ją pogładzić po twarzy. Jedyny, który wiedział. Jedyny, który rozumiał.

 Poczuła, jak wlewa w nią moc, dając jej siłę. Chciała więcej, pragnęła tej mocy. Pozwoliła mu wejść. A potem przyjaciel pozwolił jej ukarać wszystkich winnych.

 Jeszcze raz wykonała ruch. Część skóry i podskórnych tkanek została na gwoździu. Już prawie zmazała to, co Vernard nazywał pieczęcią. Zostały resztki blizn, które w żadnym stopniu nie przypominały już runy.

 Poczuła jak wypełnia ją siła. Obok niej pojawiły się cienie, nigdy nie widziała ich tak wielu. Była teraz silniejsza niż wtedy. Nie, tym razem nie pozwoli im przejąć swojego ciała, ale będzie czerpać ich moc.

 Najpierw odszuka i ukarze ludzi, którzy skrzywdzili niedźwiedzia, potem wszystkich którzy robią krzywdę dzieciom: i złych wujków, i rodziców, którzy nie kochają tak, jak powinni. A potem… Było naprawdę wielu ludzi do ukarania.

 

Koniec

Komentarze

Całkiem niezłe opowiadanie.

Leniwy początek nie zapowiadał mrocznych wydarzeń, ale im dalej toczyła się historia, tym bardziej okazywała się zajmująca. Podoba mi się, że Vernard i Rirvik, mimo dzielących ich różnic, potrafili zjednoczyć siły i wspólnie stawili czoła demonowi.

Zaskoczyła mnie historia Tili, przydała nowego wymiaru opowieści i pozostawiła z wrażeniem, że w Brzemieniu miłosierdzia ledwie zasygnalizowałaś sprawy, które, mam nadzieję, będą kontynuowane.

Wykonanie, co stwierdzam z prawdziwą przykrością, pozostawia wiele do życzenia, ale wierzę, że kolejne opowiadania będą równie zajmujące i znacznie lepiej napisane.

Powodzenia, Nayane. :)

 

Pole sło­necz­ni­ków, zwró­co­ne kwia­ta­mi w kie­run­ku nad­cho­dzą­cej ciem­no­ści, drża­ło, po­ru­sza­ne coraz sil­niej­szy­mi po­dmu­cha­mi wia­tru. → To nie pole było zwrócone w rzeczona stronę, a słoneczniki. Nie wydaje mi się także, aby wiatr mógł poruszyć pole.

Proponuję: Łan sło­necz­ni­ków zwró­co­nych kwia­ta­mi w kie­run­ku nad­cho­dzą­cej ciem­no­ści drża­ł, po­ru­sza­ny coraz sil­niej­szy­mi po­dmu­cha­mi wia­tru.

 

Nieco dalej, skrzy­dło drzwio­we jed­ne­go z do­mostw szar­pa­ło się na za­wia­sach… → A może prościej: Nieco dalej drzwi jed­ne­go z do­mostw szar­pa­ły się na za­wia­sach…

 

w walce po­trze­bo­wał swo­bo­dy i mo­bil­no­ści, co da­wa­ła mu lekka, skó­rza­na zbro­ja… → Mobilność nie wydaje mi się słowem właściwym w tym opowiadaniu.

Proponuję: …w walce po­trze­bo­wał swo­bo­dy ruchów, a te zapewniała lekka skó­rza­na zbro­ja

 

Wpro­wa­dził konia do sto­do­ły sto­ją­cej nie­opo­dal… → Czy aby nie powinno by: Wpro­wa­dził konia do stajni sto­ją­cej nie­opo­dal

 

Nadal nie spo­tkał we wsi ani jed­ne­go, ży­we­go ducha… → Wystarczy: Nadal nie spo­tkał we wsi ani ży­we­go ducha

 

więc wiel­ce się za­sko­czył, gdy wcho­dząc za­uwa­żył… → …więc wiel­ce był zaskoczony, gdy w karczmie zobaczył

 

Nie był młody, ale nie można było na­zwać go sta­rym. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Nie był młody, ale staro też nie wyglądał.

 

grom­ki grzmot nie­mal za­głu­szy­ły jego słowa. → Masło maślane – grzmot jest gromki z definicji.

Wystarczy: …i grzmot nie­mal za­głu­szy­ły jego słowa.

 

– Nie graj głupa. → To wyrażenie, jako zbyt współczesne, razi w tym opowiadaniu.

 

– Le­piej nalej sobie piwa i przy­siądź się – od­su­nął jeden z wy­so­kich ta­bo­re­tów, wska­zu­jąc miej­sce.Le­piej nalej sobie piwa i przy­siądź się.Od­su­nął jeden z wy­so­kich ta­bo­re­tów, wska­zu­jąc miej­sce.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

Obawiam się, że dawna karczma to nie współczesny bar i nie było w niej rzeczonych taboretów.

Proponuję: …od­su­nął się nieco, wska­zu­jąc miej­sce na ławie.

 

– Każdy od­po­wia­da za swoje czyny przed Je­dy­nym i nie mnie go osą­dzać. → Czy dobrze rozumiem, że inkwizytor nie chce osądzać Jedynego?

 

– Trze­ba be­dzie jak naj­prę­dzej od­pra­wić eg­zor­cy­zmy… → Literówka.

 

– Nie, ale z cia­ła­mi jest ła­twiej. Coś z nimi zro­bił?

– Spa­li­łem wszyst­kich. → Piszesz o ciałach, a te są rodzaju nijakiego, więc: – Spa­li­łem wszyst­kie.

 

Cho­ler­nie rzad­kie i nie­bez­piecz­ne. → Obawiam się, że w średniowieczu nie znano tego przekleństwa.

 

I wtedy zja­wi­łeś się Ty. I wtedy zja­wi­łeś się ty.

Zaimki osobowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Czte­ry wie­życz­ki ni­czym mil­czą­cy straż­ni­cy, skie­ro­wa­ne były we wszyst­kie stro­ny świa­ta. → Wieżyczki, o ile mi wiadomo, skierowane są ku górze/ ku niebu. Czyżby te, o których piszesz były wieżyczkami zbudowanymi w poziomie???

 

Wszyst­kie roz­ża­ży­ły się… → Wszyst­kie roz­ża­rzy­ły się…

 

Ver­nard mu­siał przy­znać, że pod­czas swo­ich wę­dró­wek po po­gra­ni­czu… → Zbędny zaimek – czy mógł odbywać cudze wędrówki?

 

– Nie­spo­koj­ne dusze, uwię­zio­ne w mroku, jaki zalał to miej­sce.– Nie­spo­koj­ne dusze, uwię­zio­ne w mroku, który zalał to miej­sce.

 

Jej twarz w ułam­ku stę­ża­ła, przyj­mu­jąc szka­rad­ny wyraz, na­stęp­nie jed­nym susem prze­sko­czy­ła ka­mien­ną ba­lu­stra­dę i wy­lą­do­wa­ła na czwo­ra­kach po pra­wej stro­nie scho­dów. Wy­da­ła z sie­bie od­głos przy­po­mi­na­ją­cy wark­nię­cie ogara i nie pro­stu­jąc się po­gna­ła w głąb domu, ni­czym jakiś czwo­ro­noż­ny stwór. → W ułamku czego stężałą twarz?

Czy dobrze rozumiem, że stężała twarz, przyjąwszy szkaradny wyraz, przeskoczyła balustradę i w osobliwy sposób wylądowała na czworakach po prawej stronie schodów, pozostawiając dziewczynkę u szczytu schodów, a potem warknęła i nie wyprostowawszy się, pognała w głąb domu?

 

– Nie dajmy jej uciec! – za­wo­łał Ver­nard, po­dą­ża­jąc jej śla­dem. → Czy oba zaimki są konieczne?

 

Pie­prze­ni pa­la­dy­ni, nie po­tra­fi­cie sobie ra­dzić bez cza­rów, co? → Skąd w czasach tego opowiadania wiedziano, co znaczy pieprzyć?

 

Świe­tlik urósł i oświe­tlał teraz jasno całe po­miesz­cze­nie. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Świe­tlik urósł i rozjaśniał teraz całe po­miesz­cze­nie.

 

bie­gnąc na niego z za­dzi­wia­ją­cą pręd­ko­ścią. Ki­ścień do­się­gnął jej pierw­szy, sma­ga­jąc po­li­czek pło­ną­cą runą, jed­nak nie zdo­łał zna­czą­co osła­bić im­pe­tu, z jakim wsko­czy­ła mu na pierś, prze­wra­ca­jąc go. → Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

 Ver­nard po­wierz­chow­nie użył za­klę­cia za­skle­pia­ją­ce­go, przy­kła­da­jąc swoją dłoń do rany. → Zbędny zaimek.

 

w po­miesz­cze­niu zgest­nia­ło po­wie­trze. → Literówka.

 

Ver­nard sły­szał o nar­ko­ty­ku uży­wa­nym przez in­kwi­zy­to­rów. → Skąd w świecie tego opowiadania znano słowo narkotyk?

 

– To była walka, co? – Ri­rvik po­krę­cił głową, wal­cząc ze zmę­cze­niem. → Nie brzmi to najlepiej.

 

Przy­je­cha­li jacyś lu­dzie z Za­ko­nu, od­pra­wi­li swoje ry­tu­ały… → Zbędny zaimek.

 

Za­brał mnie do klasz­to­ru, który na dłu­gie lata stał się moim domem. Przy­ją­łem wiarę w Je­dy­ne­go Boga, bo szcze­rzę wie­rzę, że to on ura­to­wał mnie tam­tej nocy. → Nadmiar zaimków.

 

usza­nu­ję twoje prze­ko­ania i po­zwo­lę… → Literówka.

 

a nie tego, czego wła­śnie był wła­śnie świad­kiem. → Dwa grzybki w barszczyku.

 

umknę­ło w kąt, cho­wa­jąc się za skrzy­nią z ziem­nia­ka­mi. → W piwnicy mogła stać skrzynia, ale nie mogło w niej być ziemniaków, bo średniowieczu ziemniaków jeszcze nie znano.

 

in­kwi­zy­tor gośno się ro­ze­śmiał… → Literówka.

 

Cięż­ko mi to przy­znać… → Trudno mi to przy­znać

 

Na po­że­gna­nie uści­snę­li sobie dłoń. → Jedną dłoń? Jest ich dwóch, więc: Na po­że­gna­nie uści­snę­li sobie dłonie.

 

Ver­nard po­mysz­ko­wał po po­ko­jach na górze… → Ver­nard po­mysz­ko­wał w po­ko­jach na górze

 

W mil­cze­niu po­ko­na­li długą trasę… → Raczej: W mil­cze­niu po­ko­na­li długą drogę

 

gwał­tow­nie cof­nę­ła się przed jego do­ty­kiem. – Prze­pra­szam, nie chcia­łem cię prze­stra­szyć – dodał, wy­co­fu­jąc się. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję w drugim zdaniu: – Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć – dodał, odsuwając się.

 

po­grą­ży­ła się w swoim tran­sie. → Zbędny zaimek.

 

gdy prze­jeż­dża­li przez małe mia­stecz­ko. → Masło maślane – miasteczko jest małe z definicji.

 

męż­czy­zna pod­szedł do niej i za­czął szar­pać za rękę. → Czy oba zaimki są konieczne?

 

…Ver­nard chwy­cił go za ramię i wy­krzy­wia­jąc rękę, zmu­sił… → …Ver­nard chwy­cił go za ramię i wykręcając rękę, zmu­sił

 

na­stęp­nie prze­rzu­cił męż­czy­zną ni­czym wor­kiem ziem­nia­ków. → …na­stęp­nie prze­rzu­cił męż­czy­znę ni­czym wor­ek

To nie mógł być worek ziemniaków. Powinnaś wypełnić worek czymś innym.

 

– Po­słu­chaj, ten… misiu… → – Po­słu­chaj, ten… miś

 

– Cyrk jak cho­le­ra… → To nie mógł być cyrk jak cholera.

 

Naj­pierw od­szu­ka i ukaże ludzi, któ­rzy skrzyw­dzi­li niedź­wie­dzia… → Naj­pierw od­szu­ka i ukarze ludzi, któ­rzy skrzyw­dzi­li niedź­wie­dzia

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy – przede wszystkim bardzo dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie tekstu i jego wnikliwą analizę.

Z wdzięcznością i pokorą przyjmuję wszystkie uwagi. Przeredaguję tekst, by wyeliminować błędy i wady. Wiem, że muszę jeszcze popracować nad swoim warsztatem, nie zamierzam się poddawać, i na pewno będę pisać dalej.

Najbardziej ze wszystkiego zaskoczył mnie ortograf na końcu, myślałam że to mi się nie zdarza, zwłaszcza z powszechnie dostępnymi edytorami ;)

 

Ta “cholera” tak mi się podoba w tekście, że nie wiem czym bym ją mogła zastąpić…

 

Cieszę się, że chociaż fabuła się spodobała.

Dołożę starań, by następne opowiadanie było lepiej napisane.

 

Siadam do poprawek :) 

Nayane, jest mi niezmiernie miło, że uznałaś uwagi za przydatne. Cieszę się też, że z zapałem poprawiasz tekst, jednocześnie obiecując, że dołożysz starań, aby przyszłe opowiadania były coraz lepsze. Wierzę, że tak będzie. :)

A czym zastąpić cholerę? Mam nadzieję, że pomogą Ci te artykuły:

https://histmag.org/Jak-przeklinali-nasi-przodkowie-8842

https://polszczyzna.pl/wulgaryzmy-staropolskie/

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, te artykuły się przydadzą :)

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć!

 

Początek sugerował “bardzo klasyczne fantasy”, ale im dalej w las, tym ciekawiej. Bardzo dobre opowiadanie imho, jak na debiut, oceniając całość. Od sceny z niedźwiedziem zrobiło się ciekawiej, a końcówka, dosyć niespodziewanie, zahacza już o całkiem poważne tematy.

Podejrzewam, że część czytelników poprzestała jednak na pierwszej części szukając czegoś innego niż “klasyka”. Bo nie dałaś tam też nic, co sugerowałby, że tekst ma z czasem nieco więcej treści niż dorodne samce walczące z demonami przy pomocy broni białej.

Ja osobiście lubię taką fantastykę, ale jestem chyba w mniejszości. Opowiadanie zyskałoby imho, gdybyś już na początku dała kilka wyraźnych sugestii, że nie tylko o walce na miecze tu będzie.

Napisane całkiem przyjemnie, czytało się bez zgrzytów imho. Świat i bohaterowie przedstawieni prawidłowo, trochę gorzej z ich działaniami. Ani przy walce z demonem ani przy uwalnianiu niedźwiedzia nie poczułem większych emocji, a można by te sceny nieco rozbudować, pozwolić słuchaczowi bardziej je poczuć.

Przy następnej publikacji polecam też betę, powinna pozwolić uniknąć podobnych prostych błędów, co z kolei powinno przynieść więcej czytelników. Teraz jest ogólnie sezon ogórkowy (albo konkursowy) i mało ludzi czyta, ale postaram się tu jeszcze kogoś zachęcić.

 

A póki co pozdrawiam i polecam do biblioteki na dobry początek!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

krar85 – bardzo dziękuję za ten komentarz i uwagi. Miło mi, że się spodobało.

 

Co do uwag odnośnie rozbudowania scen – pomyślę. Trochę się hamowałam przy pisaniu niektórych scen, bo bałam się, że im więcej znaków będzie w opowiadaniu, tym mniejsza szansa, że ktoś przeczyta. Na przyszłość nie będę się aż tak bardzo sugerować długością tekstu.

W planach mam cykl sześciu niezależnych opowiadań, które jednak będą składowymi szerszej historii. Jak to wyjdzie – zobaczymy. Będę je dodawać w becie, jak sugerujesz. 

Bardzo udany debiut :) Opowiadanie z pomysłem, wyrazistymi bohaterami i zaskakującym zakończeniem – to lubię :)

Czytało się dobrze, wciągnęło mnie od samego początku. Fajnie wykorzystałaś motyw z niedźwiedzie, cały czas zastanawiałam się do czego jest Ci potrzebny. Dziewczynki mi żal. I mam wrażenie, że chciałaś powiedzieć, że często ludzie sami stwarzają potwory.

Z przyjemnością przeczytam kolejne opka, a póki co – kliczek :)

 

A, i ponieważ jesteś tu nowa, może przydadzą Ci się poradniki przetrwania na portalu – drakainyFinkli. Oba warte przeczytania.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irka_Luz – bardzo dziękuję za komentarz, który dodał mi skrzydeł :)

Tak, ludzie sami tworzą potwory. A dobre (z naszej perspektywy) intencje nie zawsze przynoszą dobro – chciałam, żeby opowiadanie miało właśnie takie przesłanie.

 

Poradniki na pewno się przydadzą :) Trochę jeszcze tu błądzę.

Opowiadanie – według mnie – prezentuje taką przeciętną portalową, niemniej jednak uważam je za udany debiut. Oczywiście, możemy dostrzec tu podobieństwa do standardowych przedstawicieli gatunku fantasy magii i miecza, z Wiedźminem na czele, ale kto z nas nie pisał takich tekstów?

Od strony fabularnej całkiem nieźle, choć bez zaskoczeń. Dopracowałbym za to dialogi, które są przeładowane informacjami i trochę sztywne. Warto też bardziej wzbogacić opisy – polegasz w nich w głównej na wyliczankach ze szczególnym uwzględnieniem kolorów, co literacko wypada średnio.

Za to sam bohater, czy też duet bohaterów, moim zdaniem ma potencjał.

Bez wątpienia tekst stałby się bardziej przystępny, gdybyś to i owo skróciła – a mogłaś dość dużo, bo np. taka historia niedźwiedzia w kontekście zakończenia nie okazała się wcale aż tak istotna. Te przemianę dziewczynki można było bardziej skondensować i treść by nie straciła.

Niemniej jednak opowiadanie na bibliotekę zasługuje.

Hmm. Mam problem z tym rodzajem fantasy, w której świat składa się z niekoniecznie do siebie przystających elementów wedle tego, co pasuje autorowi, czyli jest takim comfort room, gdzie nie trzeba się zastanawiać nad tym, jak to wszystko się skleja. A tu na samym początku masz full wypas średniowiecze z paladynami (skądinąd bardziej z jakiejś gry niż realnego znaczenia tego słowa, co wychodzi dalej) i kiścieniami, a jednocześnie “pałacyk”, którego opis – zewnętrza, ale jeszcze bardziej wnętrza – sugeruje albo jego pochodzenie prosto z XVIII/XIX wieku, albo co najmniej dość późną przebudowę ;) Architektonicznie on się z tym średniowieczem nijak nie styka.

No a do tego w scenie z niedźwiedziem iście dwudziestopierwszowieczna wrażliwość… Tak, ja też nienawidzę dręczenia zwierząt, to bodaj mój najmocniejszy trigger, ale… To jest wobec świata, jaki opisujesz, anachronizm. Jasne, możesz założyć, że w Twoim fantasylandzie wrażliwość na cierpienie zwierząt pojawiła się na większą skalę wcześniej niż w naszym świecie, ale czytelnik tego nie wie, bo nijak mu tego nie pokazałaś, więc weźmie to za anachronizm właśnie, za dopisywanie postaciom w kostiumach naszej współczesnej mentalności. I okej, dziewczynka może mieć taką cechę, jest dziwna, ale paladyn nie powinien natychmiast wyskakiwać z tekstem obrońcy praw zwierząt. On w zasadzie mógłby mieć raczej odruch: drażni cię los tego zwierzęcia, to je zabiję, przestanie się męczyć. A z drugiej strony w zasadzie wystarczy gdzieś wspomnieć, że jacyś tam zakonni są jak jacyś buddyści i kochają zwierzęta. No, może należy to nieco lepiej uzasadnić w obrębie świata, ale ogólnie o to chodzi. Albo że ten konkretny bohater ma jakiś powód, żeby lubić i szanować akurat miśki.

Czyli w rezultacie mamy dwudziestopierwszowiecznych bohaterów ze średniowieczną bronią, mieszkających w osiemnastowiecznych pałacykach. To się nieźle skleja z tym, że akurat dziś w Hyde Parku pojawił się wątek o spójności światów literackich ;) https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/27424

I jeszcze zakończenie. Jest twist – na plus. Na minus – jego trywialność. Motyw molestowania jest tak niemożebnie zgrany, że już niestety banalny, mimo że samo molestowanie to paskudna i poważna sprawa. Fabularnie to jednak wytrych, sama zresztą widzisz, że wystarczy trochę ogólników i półsłówek i wiadomo, o co chodzi. A w Twoim świecie Tila mogła mieć spokojnie inne powody do “zawarcia paktu” z demonami, nawet zły wujek mógłby jej zrobić inną krzywdę, choćby coś związanego z magią. A tak rozczarowałaś mnie na koniec pójściem na fabularną łatwiznę :(

Całość troszkę nierówna: najpierw długa ekspozycja, potem misja, potem bardzo szybkie zakończenie. Mam też wrażenie, że z Tili i Miśka byłaby niezła para do zemsty na wujkach tego świata.

W sumie mamy dość typową fantasy, no i opowiadaniu nie zaszkodziłoby trochę cięć, zwłaszcza na początku, ale źle nie jest. Na plus bohaterowie, mimo dość sztampowych profesji mają osobowości, nie są papierowi. Fabuła też daje radę.

 

Aha, co do (zlikwidowanej już) cholery – sama choroba i jej nazwa, pochodząca z greki, była znana już w starożytności, ale do Europy dotarła dopiero w drugiej dekadzie XIX w. przez Rosję, gdzie pojawiła się nieco wcześniej. Niemniej istotnie raczej takiego przekleństwa nie zbano.

 

Narracyjnie i stylistycznie jest całkiem dobrze, aczkolwiek parę kawałków można by poprawić.

– Ładna rzecz – przyznał inkwizytor. – Nie rozumiem tylko, czemu służą te kolce. Takimi tępymi nie zadasz poważnych ran, co najwyżej kogoś ogłuszysz.

Kiścień to broń mocno uszkadzająca, raczej nie do ogłuszania, ale do zrzucania konnych lub ranienia pieszych. Nie wierzę też, żeby inkwizytor z tego świata, nie znał tej broni. To jest raczej próba ukrycia infodumpu, bo zakładasz (zapewne słusznie) niewiedzę przeciętnego czytelnika. Ale można to zrobić subtelniej.

Infodumpu masz jeszcze trochę, np. w tym kawałku o świetliku. Informacje o świecie lepiej przemycać mimochodem, a nie tłumacząc wprost, o co chodzi.

 

Technicznie też nie jest źle, aczkolwiek interpunkcja kuleje, powtórzenia też, tu masz mały przykład, nie robiłam pełnej łapanki.

Mimo to, poza wielką polityką, w dolinie Amuzy toczyło się zwykłe życie. Prości ludzie nie zwracali uwagi[+,] po której stronie rzeki mieszka sąsiad, który gorzałką poratuje, a czasem nawet przy żniwach pomoże. Od dziecka byli osłuchani zarówno z mową vessańską[-,] jak i atremską, więc i dogadać się jako tako potrafili.

Vernard poczuł demoniczną obecność, gdy przejeżdżał obok młyna, ale wrażenie było bardzo subtelne. Objechał pobliskie budynki dookoła, ale nie wyczuł niczego więcej. Demon musiał znajdować się gdzieś dalej, poza wsią.

Ogólnie doklikam tę bibliotekę, bo nie jest źle, ale na kolana mnie ten tekst nie rzucił.

http://altronapoleone.home.blog

Gekikara – dziękuję za podzielenie się Twoim odbiorem tego tekstu, a szczególnie za wszystkie cenne uwagi, które pomagają w pracy nad warsztatem. Na pewno przy tworzeniu kolejnych tekstów przemyślę dialogi i postaram się zrobić jakieś cięcia po napisaniu całości. 

Co do niedźwiedzia, to jest mi potrzebny w kolejnym opowiadaniu z cyklu, gdzie ma już ważniejszą rolę, dlatego też pojawił się już tutaj. Nie wiem czy słusznie, ale chciałam wprowadzić wszystkich bohaterów cyklu już w pierwszym opowiadaniu.

 

 

drakaina – dziękuję za podzielenie się Twoimi odczuciami i analizę opowiadania. Jestem na początku mojej przygody z pisaniem, zdaję sobie sprawę z braków warsztatowych, tym bardziej wdzięczna jestem za wszelkie uwagi, z których mogę wyciągnąć jakąś naukę. Cieszę się, że trafiłam na to forum!

Co do świata przedstawionego chciałabym mieć swobodę w jego tworzeniu, nie piszę przecież książki historycznej o średniowiecznej Polsce, ani nawet Europie. Może też niepotrzebnie otagowałam to jako średniowiecze. Niemniej rozumiem o czym piszesz – historia będzie bardziej prawdopodobna, jeśli wszystkie elementy będą ze sobą współgrały.

Biorę sobie to do serca i pomyślę nad spójnością zanim dodam kolejny pałac czy wynalazek. Jeśli łamać zasady to tylko świadomie.

Może też niepotrzebnie otagowałam to jako średniowiecze.

Nie patrzyłam na tagi :)

 

Co do świata przedstawionego chciałabym mieć swobodę w jego tworzeniu

Jasne, ale musisz pamiętać, że rozwój każdej cywilizacji rządzi się pewnymi prawami. I po prostu różnorakie warunki zewnętrzne, wynalazki itd. ograniczają czy też kształtują ludzką wytwórczość, dyktują typ budownictwa. Cywilizacja Wikingów, żeby dać skrajny przykład, nie rozwinie się na terenie pozbawionym dostępu do morza. W zimnym klimacie nie będziesz miała architektury w rodzaju starożytnych rzymskich willi, dostosowanych do upalnej Italii. I tak dalej. Jeśli nawrzucasz niepasujące do siebie elementy do swobodnie tworzonego świata, w czytelniku może to wywołać uczucie niespójności świata, a czytelnik nie będzie robił rozkminy, czy autorka tak celowo zamierzyła, czy też ma wywalone, mówiąc kolokwialnie ;) Jeśli nie kupi świata, Twoja książka przepadła, bo w przeciwieństwie do naszego portalu nie będziesz miała możliwości tłumaczyć się w komentarzach.

Zajrzyj do tematu w Hyde Parku, który Ci zlinkowałam, on jest właśnie o konsekwencji w światotwórstwie, możesz tam dorzucić swoje przemyślenia o swobodzie kształtowania fantasylandu.

Oczywiście, możesz mieć elementy do siebie nieprzystające na pierwszy rzut oka, ale musisz czytelnikowi dać do zrozumienia, że jako autorka nad tym wszystkim panujesz, a nie wrzucasz chaotycznie wszystkiego, co ci się podoba.

Ostatnio tłumaczyłam (na szczęście za spore pieniądze) absolutnie przeokropną fantasy young adult, w której autoressa namieszała wszystko i wszystko było narrative devices, świat się kupy nie trzymał. Ponieważ na pierwszym planie był wątek romansowy, to pewnie romansowy target to kupi, bo ten target nie przejmuje się kreacją świata. Ale fantaści są czepialscy właśnie do światotwórstwa :)

http://altronapoleone.home.blog

Zgadzam się, że im bardziej spójny jest wykreowany świat, tym lepiej dla powieści. Sama aż tak bardzo nie zwracałam dotąd na to uwagi, ale teraz pewnie już będę :) Zanim wypuszczę kolejne opowiadanie z serii, sprawdzę spójność elementów. Zależy mi żeby inni bawili się równie dobrze przy czytaniu moich tekstów, jak ja bawię się przy ich pisaniu, więc eliminacja tego, co przeszkadza jest jak najbardziej pożądana – chociaż pewnie nie wszystko sama wyłapię.

W dalszych planach mam w zanadrzu takie wynalazki jak dzwonek do drzwi czy pułapka na muchy, ale będą to rzeczy tworzone przez szalonego magika-wynalazcę, więc myślę, że akurat będzie to odpowiednio wyjaśnione i umotywowane.

A wątek dyskusyjny ciekawy, chętnie poczytam :) 

 

Dzwonek do drzwi to nie problem, bo do tego nie potrzeba zaawansowanych technologii, mam wrażenie, że jakieś dzwonki, oczywiście mechaniczne i najprostsze, mieli starożytni. Muchy można łapać na kawałek płótna posmarowany miodem. Ergo mag może do takich prostych rzeczy dołożyć więcej finezji, lepsze działanie. A ja chętnie o Miśku poczytam dalej :)

http://altronapoleone.home.blog

Zaciekawiło. Spodobało się misiowi :)

 

 

Koala75 – cieszy mnie, że zaciekawiło i się spodobało.

Pozdrawiam :)

Fajny motyw ze sprzymierzeńcami z musu. I to, że trudno, orzec, czyje podejście jest lepsze dla ofiar demonów. To zależy, jak to w życiu. Końcówka też mi się podobała.

Mam wrażenie, że początek jest trochę przegadany (naprawdę opis ubrania jednego z facetów wiele wnosi?), ale potem historia się rozkręca.

Niedźwiedź natomiast zamruczał cicho. Spojrzał na zwierzę i westchnął.

Co jest podmiotem w drugim zdaniu i dlaczego niedźwiedź?

– Ała,

Aua.

Babska logika rządzi!

Finkla – dziękuję za odwiedziny, komentarz i wskazanie baboli, które już poprawiłam.

 

Wiele osób czytających moje teksty wracało z komentarzem, że za dużo akcji, za mało opisów, a przecież w fantastyce te opisy muszą być. To zaczęłam je dodawać i chyba nie potrafię wyczuć złotego środka, ale będę ćwiczyć dalej.

 

Pozdrawiam!

Hmmm, złote środki to strasznie nieuchwytne bestie. Niemal jak yeti. Jak stoję na stanowisku, że warto opisywać rzeczy, których czytelnik nie zna – w pierwszym rzędzie to, co autor sam wymyślił. Opisy zachodu słońca czy poranka nastolatka, który musi iść do szkoły, można sobie odpuścić.

Babska logika rządzi!

Nie będzie to proste, ale postaram się.

Zarówno wygląd Vernarda jak i Rirvika wydawał mi się istotny, ze względu na ogólne wyobrażenie postaci oraz, by przybliżyć ten świat. Teraz myślę, że najważniejsze elementy można wpleść w dalszą fabułę, tak by uniknąć dłuższych opisów. Może w następnym opowiadaniu spróbuję :) 

Nowa Fantastyka