- Opowiadanie: krar85 - Czwarty lot na Marsa

Czwarty lot na Marsa

Odświeżony tekst na konkurs PFFN 2021, odpadł w przedbiegach. Jest on luźnym prequelem jednego z wątków z wcześniejszego opowiadania (Tego), ale stanowi odrębną, samodzielną (w zamyśle) całość. Z założenia ma być to hard s-f, ale również tekst o ludziach i człowieczeństwie. A zatem zapnijcie pasy, bo jest druga połowa XXI wieku i właśnie lecimy na Marsa!

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Czwarty lot na Marsa

Ze stanu czuwania wyrywa mnie sygnał z akcelerometrów. Wstrząs. Zaczął się na baterii słonecznej C, przeniósł na pylon i teraz, po kilku kolejnych milisekundach, jest już wyczuwalny na całym statku. Czujniki akustyczne również coś zarejestrowały. Muszę szybko ustalić, co to jest. Do hamowania zostały niecałe cztery godziny.

– Smoku, co to było? – pyta Xiang, kapitan i dowódca misji, dysząc lekko.

Wstrząs musiał ich wystraszyć, albo…

– Analizuję – odpowiadam. – Wciąż zbieram dane, prawdopodobnie mikrometeoroid.

– Uszkodzenia? Mamy założyć skafandry?

– Kabina nie utraciła szczelności. Ciśnienie w instalacji paliwowej w normie, wszystkie obwody sprawne, po zakończeniu procedury diagnostycznej powinienem być w stanie…

– Nie wszystko naraz, mądralo – przerywa mi. – Mamy założyć skafandry?

A dlaczego je zdjęliście?

– Tak, polecam również rozpocząć manualne poszukiwanie potencjalnych uszkodzeń.

– Ale najpierw się ubierzemy – mówi nieco rozmarzonym głosem Wei-lin, pierwszy oficer, a prywatnie żona kapitana.

Sądząc bo barwie i tonie głosu, kopulowali. Znowu. Na cztery godziny przed wejściem na orbitę. To nierozważne, nielogiczne i niebezpieczne. Aktywuję obwód empatyczny, jak potocznie nazywa się wewnętrzną część mojej biologicznej struktury. Rozmowy o tych sprawach przy użyciu standardowych toków rozumowania nie przynoszą oczekiwanych rezultatów.

– Kapitanie, rozumiem, że sytuacja, w której się znaleźliśmy, jest stresująca, ale oddawanie się czczym przyjemnościom tuż przed jednym z kluczowych procesów wydaje się nieroztropne.

– Mówiłam, że się zorientuje – śmieje się Wei.

W kabinie wybucha jakaś szamotanina. Dopiero po chwili zaczynają zakładać skafandry.

– Smoku – odzywa się dowódca. Procesor empatyczny sugeruje, że na dziewięćdziesiąt siedem procent jest zażenowany. – Wszystko jest gotowe, a to co robimy w wolnym czasie, to nasza sprawa.

– Zgadzam się, ale… – przerywam, bo są pilniejsze sprawy. – Diagnostyka zakończona, prawdopodobne uszkodzenie baterii słonecznej C, pozostałe systemy sprawne.

– Wyślij robota, byśmy mogli to zobaczyć – odpowiada dowódca.

– Będzie tam za dwie minuty, Xiang.

– Czy wysłać wiadomość na Ziemię? – pyta Wei-lin.

– A co im powiemy? Musimy najpierw ocenić uszkodzenia.

Czekają w milczeniu, aż pająk dojdzie na miejsce. Pozornie zachowują spokój, ale biometria ewidentnie sugeruje, że są zdenerwowani. Chyba nigdy ich do końca nie zrozumiem, jeszcze przed chwilą czerpali radość ze zbędnego procesu, który mógł narazić na szwank naszą misję, a teraz czują strach przed statystycznie niegroźnym uszkodzeniem. Muszę to zapamiętać i zarchiwizować.

– Nadal nie widzę śladów kolizji – mówi powoli dowódca, w miarę, jak robot metodycznie pnie się po panelu.

– Tam! – woła Wei-lin. Słyszę szelest, chyba wskazuje coś na ekranie.

– Smoku, czy możesz przybliżyć to miejsce?

– Nie, ale mogę zrobić zbliżenie, tylko musicie dotknąć ekranu albo użyć kursora. Nie widzę was.

Palce dosięgają wyświetlacza, pająk skupia się na wskazanym kwadracie C328.

– Przebity na wylot, otwór ma ledwie kilka milimetrów średnicy – mówi Xiang, zanim zdążę dokładnie przeanalizować obraz. – Ile powierzchni czynnej straciliśmy?

Analizuję.

– Kwadraty od C320 do C329 nie odpowiadają. Sąsiednie pracują normalnie, straciliśmy najwyżej kilkanaście watów, zmiana nie powinna być odczuwalna. Zacznę przeprowadzać symulację…

– Dobrze, Smoku, zrób swoje obliczenia, a po wszystkim wyślij raport na Ziemię, ja wyjdę to zobaczyć. Chcę mieć pewność, że statek nie ucierpiał bardziej. Za cztery godziny zaczynamy hamowanie.

Nie, Xiang. Chcesz stąd wyjść, trzeci raz podczas sześćdziesięciu dni lotu.

– Nie stwierdziłem żadnych innych uszkodzeń – zaczynam ostrożnie, kierując się sugestiami płynącymi z moich biologicznych podzespołów. – Wszystkie siedemnaście tysięcy czujników daje prawidłowe wskazania. Nie istnieją żadne przesłanki…

– Smoku, rób swoje. To rozkaz. Ja wychodzę.

– Tak jest! – odpowiadam.

Rozkaz to rozkaz, jednym z głównych celów mojego istnienia jest wykonywanie rozkazów.

– Pójdę z tobą, razem zrobimy to szybciej – wtrąca Wei-lin.

– Nie, Wei, idę sam. Chcę, aby ktoś został w środku.

Tak, kapitanie. Wiem, że dla ciebie jestem czymś, a nie kimś. Nie musisz mi tego stale przypominać. Chcę zareagować, ale obwód empatyczny sugeruje zachowanie milczenia, w obawie przed powtórką z dnia czterdziestego ósmego. Tylko dzięki pomocy Wei-lin nie zostałem wtedy zresetowany.

Atmosfera wyraźnie poprawia się, kiedy dowódca wchodzi do śluzy. Biometria sugeruje, że ten niebezpieczny proces sprawia mu radość. Na zewnątrz uspokaja się zupełnie i wbrew procedurom wyłącza komunikator, a następnie, zamiast ruszyć prosto do panelu, traci kilka cennych minut na wpatrywanie się w cel naszej podróży. Za to ona bardzo się martwi.

– Czy wszystko w porządku, Wei-lin? Twoje serce bije ponad dziewięćdziesiąt razy na minutę, zużywasz dużo tlenu.

Śmieje się przez chwilę, a następnie uruchamia kamerę, bym mógł ją zobaczyć. Niewiele mi to daje, bo nie znam się na ocenie ludzkiej fizjologii i nie mam rozwiniętych struktur odpowiedzialnych za estetykę czy emocje, ale lubię, kiedy tak robi. Czuję się wtedy zdecydowanie bardziej kimś, niż czymś. To też muszę zapamiętać i zarchiwizować.

– Tak, Smoku. Zwyczajnie martwię się o Xianga.

– Jest bezpieczny – odpowiadam. – Statystycznie rzecz biorąc…

Ponownie się śmieje. Cholera, zapomniałem, przez obwód empatyczny…

– Wiem, że jest bezpieczny, ale i tak się martwię. Ludzie tak mają, zwłaszcza żony. Kocham go, to się martwię. Niecałe cztery godziny do odpalenia silników, a on wyleciał na spacer.

– Czy spacer to ten moment, kiedy człowiek wychodzi ze śluzy poza statek i popada na kilka minut w stan bezczynności?

Czemu tak ją to bawi, przecież biorę poprawkę na empatię? Co robię źle? W wolnej chwili przeszukam pod tym kątem Archiwum.

– Nie, on po prostu potrzebował wyjść. Męczą go małe przestrzenie.

– Ale testy przeszedł wzorcowo.

– Tak, ale testy były na Ziemi, a my lecimy od ponad dwóch miesięcy. Bardzo dobrze się znamy i byliśmy od dziecka wychowywani do takiego trybu życia, ale dziewięć metrów sześciennych to naprawdę mało dla dwójki ludzi. Nie przejmuj się tym, zerknie na panel, poobserwuje Marsa i wróci. Wszystko będzie w porządku.

Xiang jest już przy bateriach słonecznych. Dotyka rękawicą otworu, ogląda pająka, który systematycznie przeczesuje statek w poszukiwaniu uszkodzeń i co chwila spogląda na czerwoną planetę.

– Za sześć godzin zacumujemy do lądownika orbitującego wokół Marsa i zapiszemy swoją kartę w dziejach podboju kosmosu.

– Wy zapiszecie – precyzuję. – Ja jestem tylko komputerem pokładowym.

– Smoku… Jestem pewna, że w podręcznikach napiszą o tobie tak samo, jak o nas. Jesteś trzecim członkiem załogi, naszym aniołem stróżem i najbardziej zaawansowaną sztuczną inteligencją, jaką zbudowali ludzie.

Tylko że mnie nikt nie zbudował, tak od podstaw.

– Doceniam twoją troskę, Wei-lin, ale nie przejmuj się mną. Mamy misję do wykonania, zrobię swoje, takim mnie stworzono. Jeszcze podczas konfiguracji jeden z nauczycieli powiedział, że realizacja celów jest dla mnie tym, czym dla was kopulacja. Będę do tego dążył za wszelką cenę.

Znowu chichocze. Ten obwód empatyczny musi być uszkodzony.

– Tak, też nam to o tobie mówili… Trochę się od nas różnisz, ale jednocześnie jesteś tak podobny. Przez te wszystkie dni jakoś nigdy nie rozmawialiśmy z tobą tak zwyczajnie, jak z…

Ostrożnie.

– Człowiekiem – kończy. – A przecież ty jesteś człowiekiem.

Byłem. W pewnym sensie. Pomimo ogromu wiedzy, jaką posiadają ludzie, nie udało im się rozwiązać zagadki własnej świadomości. Ale obeszli ten problem. Mogłem być człowiekiem, ale nim zdążyłem się w pełni rozwinąć, odebrali mi ciało, zostawiając tylko minimum niezbędne do utrzymania pracy mózgu. Okaleczonego podłączyli najpierw do maszyn matematycznych, a następnie do statku. Obudzili w zimnej ciemności, stymulowali, modyfikowali oraz kazali uczyć się cierpliwie. A kiedy opanowałem swoje nowe ciało i potrafiłem odpowiedzieć na większość pytań uznali, że jestem świadomy. Widzę poprzez matryce kamer, słyszę dzięki mikrofonom, rejestruję dotyk wykorzystując czujniki w odnóżach pająków. Ten statek stał się moim ciałem, a udany lot na Marsa jest celem mojego krótkiego istnienia.

– Wei-lin, jestem komputerem pokładowym i moim jedynym zadaniem jest pomóc wam w zrealizowaniu założonych celów misji. Nie mówmy o tym. Wiesz, że to niezgodne z procedurami.

– Wiem, i mów mi, proszę, Wei. Tak jak Xiang.

To też niezgodne z procedurami, podobnie jak cała ta rozmowa. Wysoce nierozważnym jest rozmawianie z SI o tematach innych niż bezpośrednio związane z celami misji, tak przynajmniej mówi się astronautom. Tylko że ja bardzo lubię takie rozmowy, zwłaszcza z nią, bo kapitan woli zachowywać dystans wobec kogoś, lub raczej czegoś, co stanowi – jak to sam ujął – krzyżówkę człowieka z kalkulatorem.

– Dobrze, Wei. Dziękuję. Wywołam Xianga, zostało jedenaście minut do rozpoczęcia listy kontrolnej.

– Daj mu jeszcze chwilę. On tak rozładowuje stres. Potrzebuje chwili samotności. Ja mam inaczej, gadam jak najęta.

– Co to jest „stres”?

Mam gigabajty danych i setki samouczków odnośnie ludzkich emocji, ale zdążyłem już zauważyć, że dużo ciekawsze są rzeczywiste interakcje. Na nich najbardziej mi zależy, to ich zapisy trafią do Archiwum.

– Chyba mamy problem – obwieszcza nieoczekiwanie Xiang.

– Co się stało? – pyta lekko zaniepokojona Wei-lin.

– Coś jest na dyszy silnika. Trzeba wysłać pająka, by to zbadał. Po obejrzeniu paneli, poleciałem na rufę. Zatrzymałem się przy osłonie przeciwradiacyjnej, by obserwować, jak pająki przeprowadzają inspekcję instalacji paliwowej i zbiorników. Odruchowo rzuciłem okiem na sekcję napędową i wtedy zauważyłem coś na dyszy. Jakąś nierównomierność na samej krawędzi, jakby wcięcie albo wyszczerbienie. Na godzinie trzeciej, może czwartej, licząc w prawo od dyfuzora układu chłodzenia. Nie widzę dokładnie, bo jestem za daleko. Gdybym tylko mógł podejść…

– Nie zbliżaj się tam! – krzyk zagłusza wszystkie inne dźwięki. Jej serce bije już sto trzydzieści razy na minutę. – Silnik jest mocno radioaktywny. Smoku, wyślij tam natychmiast robota!

Tak, już to zrobiłem. Mnie nie trzeba powtarzać.

– Serwisant będzie na miejscu za kilka minut. Szacuję, że będzie sprawny przynajmniej kolejne kilka minut, zważywszy na oczekiwany poziom promieniowania, więc powinniśmy uzyskać sporo danych.

Następne minuty upływają w absolutnej ciszy. Wei wpatruje się w ekran jak zahipnotyzowana, obserwując przedział napędowy oczami robota serwisującego, a dowódca robi ćwiczenia oddechowe, by zmniejszyć zużycie tlenu. Jeżeli mu się to nie uda, za kilka minut będzie musiał wrócić na pokład.

– Wyszczerbiona… Nie! – Wei szepce, kiedy pająk dociera na miejsce i zaczynamy rozumieć powagę sytuacji.

– Opiszcie mi to! – krzyczy Xiang, cały czas obserwujący silnik zza osłony.

– Końcówka dyszy jest uszkodzona. Przełom materiału sugeruje, że stało się to, kiedy silnik nie pracował i dysza był zimna. Brakuje fragmentu o kształcie przypominającym trójkąt równoboczny o wysokości około sześciu centymetrów. Ma pan bardzo dobre oko, dowódco. Moje kamery monitorujące tylną półsferę nie dostrzegły tego.

– Zbieraj dane, póki pająk będzie sprawny. Wei, przygotuj śluzę, wracam na pokład.

Kobieta zdejmuje skafander i znika z zasięgu wizji. Kieruję robotem, aby zobaczyć uszkodzenie z każdej możliwej strony, dopóki matryca dobrze działa. Kiedy mam już wystarczającą ilość ujęć, by zbudować dokładny model defektu, uruchamiam głowicę rentgenowską, by sprawdzić, czy reszta dyszy nie jest pęknięta.

Równolegle zaczynam szacować wpływ uszkodzenia na działanie silnika. Dyskretyzuję model geometryczny, analizuję wskazania czujników z okresu, kiedy silnik pracował. Robię to wszystko, co komputery pokładowe lubią najbardziej. To, do czego zostałem stworzony. Chcę się dowiedzieć, ile ciągu stracimy, oraz jak długo uszkodzona dysza zdoła wytrzymać naprężenia termiczne i wibracje, kiedy napęd termonuklearny ponownie ożyje.

– I jak to wygląda, Smoku? – pyta Xiang, zawisając nad konsolą. Szybko uporał się ze śluzą.

– Nie wykryłem żadnych pęknięć w bliskim sąsiedztwie defektu. Obecnie pająk przeprowadza jeszcze pomiary całego obwodu w poszukiwaniu ewentualnych deformacji. Póki co, wszystko w normie.

– Co się stanie, kiedy rozpoczniemy hamowanie?

– Analizy są w toku. Wiem już prawie na pewno, że sama dysza powinna wytrzymać, chociaż po wystygnięciu będzie trwale zdeformowana. Nie potrafię jednak jeszcze określić, jak spadek sprawności napędu oraz zmiana kierunku wektora ciągu wpłyną na prawdopodobieństwo udanego wejścia na orbitę. Analizy przepływów są czasochłonne, dajcie mi kilka minut.

– A podobno jesteś superkomputerem. Wei, ile mamy czasu do rozpoczęcia listy kontrolnej?

– Trzy minuty.

– Zacznij wszystko zgodnie z planem. Ja wyślę informację na Ziemię, a następnie popracuję z naszym krzemowym przyjacielem nad rozwiązaniem.

– Przyjęłam – mówi Wei, zapinając pasy. – Procedura zgodnie z planem. Zaczynam od testu zaworów…

Ona po raz ostatni przegląda listę, on dyktuje wiadomość dla centrum kontroli.

– Gotowe – obwieszczam. Biometria pokazuje, że tętno gwałtownie przyspiesza u obojga. Muszę to przekazać zwięźle, po ludzku.

– Jakie mamy szanse? – pyta Xiang, skupiając wzrok na ekranie.

– Spore – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Ale musimy przezwyciężyć kilka problemów, a czasu jest mało. Oszacowałem, że uszkodzenie nieco utrudni zainicjowanie reakcji jądrowej oraz zmniejszy ciąg o maksymalnie cztery procent. Mamy wystarczający zapas paliwa, ale będziemy musieli też skompensować zmianę kierunku wektora ciągu, jeszcze pracuję nad detalami.

– Będzie trzeba obniżyć masę statku – mówi dowódca, masując skronie.

– Tak, założyłem, że odrzucimy wszystko, co zbędne. Na godzinę przed odpaleniem wszystkie sprawne pająki zajmą się redukcją masy. Odrzucimy antenę wysokiej przepustowości i panele słoneczne A oraz D. Piętnaście minut przed startem pająki również opuszczą statek.

– Możemy też wywalić wszystkie zapasowe ubrania, niektóre narzędzia i tę cholerną flagę. To powinno dać kolejne kilogramy – wtrąca Wei.

Nie, Wei, flaga musi zostać. Według wytycznych jest tylko trochę mniej ważna niż wy.

– Czy damy radę niwelować siłę poprzeczną silnikami korekcyjnym?

Pora na złe wieści.

– Wszystkie scenariusze, które dotąd przeanalizowałem pokazują, że nie. Ale pracuję nad tym.

Przetaktowałem, co się dało, obniżyłem napięcia do granic stabilności. Jeżeli istnieje rozwiązanie, znajdę je. Spoglądają po sobie, a następnie on chwyta ją za dłoń. Biometria pokazuje, że Wei to uspokaja.

– Nie mamy czasu, musimy pozbyć się tej składowej. Czy pająki będą w stanie zrobić podobne wcięcie po przeciwnej stronie dyszy? – pyta dowódca.

Dlaczego pytasz? Dobrze wiesz, że nie. Masz doktorat z budowy statków kosmicznych.

– Nie, potrzebowałyby na to kilku godzin, a nie wytrzymają tam tyle czasu. Ten, którego wysłałem, już przestał działać.

– W takim razie ja to zrobię – oznajmia kapitan.

– Co?! – krzyczy Wei. – Nie zgadzam się!

– To jedyne rozwiązanie. Smoku, co się stanie, jeżeli na dyszy będą dwa wycięcia po przeciwnych stronach?

– Przeliczam… – Dyskretyzacja, analiza, optymalizacja. Kiedyś trwało to godziny, dziś sekundy. – Stracimy maksymalnie kolejne cztery procent ciągu, ale pozbędziemy się siły poprzecznej. Oszacowanie probabilistyczne pokazuje, że w najgorszym przypadku mamy przynajmniej sześćdziesiąt siedem procent szans, że wystarczy nam paliwa. To najlepiej rokujący z analizowanych dotychczas scenariuszy.

– Jak to sobie wyobrażasz, przecież to potrwa, a ty będziesz wystawiony na działanie promieniowania? Nie zgadzam się, jako oficer i twoja żona!

– Wei… – odwraca się do niej – przecież wiesz, po to żyjemy. Pamiętasz, co mówili na początku, kiedy się zgłosiliśmy, jeszcze podczas szkolenia? Statek ma osłony, ale one nie wyłapują wszystkiego, są zbyt lekkie. To nie jest misja międzynarodowa, mamy być pierwsi. Paliwo oraz silnik są radioaktywne. Promieniowanie kosmiczne i wiatr słoneczny też robią swoje. Nawet jeżeli wszystko się uda i jakoś wrócimy na Ziemię, to i tak nie pożyjemy długo.

– Nie przypominaj mi o tym. Nie chcę o tym myśleć. – Opuszcza głowę.

Jej serce wali prawie dwieście razy na minutę, oczy też wyglądają jakoś dziwnie. Trzeba będzie wydzielić środki uspokajające do atmosfery, zgodnie z procedurą i przy okazji zarchiwizować rezultaty.

– Czy wszystko w porządku, Wei? – pytam. – Nie potrzebujesz pomocy medycznej?

Co ich tak bawi? I po co się przytulają?

– Skafander ma osłony, a ja nie jestem jakimś tam pająkiem, zaabsorbuję swoje, ale dam radę.

Ona zaczyna coś mówić, ale raptem wyłączają mi wizję i fonię. Nie wiem, co się dzieje. Wskazania czujników akustycznych w zbiorniku paliwa sugerują, że żywo rozmawiają. Po kilku minutach ktoś kontynuuje czynności z listy kontrolnej, a ktoś inny otwiera kontener z narzędziami.

– Smoku – odzywa się dowódca, kiedy Wei zamyka za nim śluzę. – Ruszam, monitoruj na bieżąco moją biometrię oraz informuj o ilości zaabsorbowanego promieniowania.

– Przyjąłem.

– Jeżeli potrafisz, porozmawiaj też z Wei-lin. Ona potrzebuje z kimś pomówić, ale nie ze mną.

– Przyjąłem, dowódco. Czy mogę jeszcze jakoś pomóc?

– Tak. Monitoruj wszystkie procesy i licz, co jeszcze możemy zrobić, by zwiększyć szanse powodzenia – przerywa na chwilę, to nie w jego stylu. – Przelicz też wszystko jeszcze raz, ale załóż, że ja nie wrócę na statek. Razem z narzędziami i skafandrem powinno to zredukować masę o ponad sto dwadzieścia kilogramów.

Już to zrobiłem, kiedy tylko powiedziałeś, że tam idziesz. To mogłoby faktycznie zwiększyć szansę udanego wejścia na orbitę, ale tylko nieznacznie, a jest całkowicie sprzeczne z celami misji.

– W takim przypadku prawdopodobieństwo odniesienia sukcesu…

– Cicho! – krzyczy niespodziewanie. – Powiesz mi to, kiedy skończę. I do tego czasu nie powiesz o niczym Wei.

Ludzie chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. Muszę to zapamiętać i zarchiwizować.

– Przyjąłem, Xiang. Biometria w normie, masz tlenu na ponad dwie godziny. W ciągu ostatniej doby przyjąłeś siedemdziesiąt procent dozwolonej dawki.

Nie odpowiada. Oczami pająków widzę, jak leci w stronę sekcji napędowej. Nawet nie przypiął się liną. Będę musiał o tym napisać w raporcie.

– Smoku – wywołuje mnie Wei. Ma dziwny głos. – Pozycja czternasta… listy kontrolnej… przeprowadź test zaworów instalacji paliwowej… i potwierdź, że są sprawne.

Otwórz, zamknij, ponownie otwórz i jeszcze raz zamknij. Czas reakcji i spadki napięć w normie.

– Potwierdzam, sprawne. Możesz przejść do pozycji piętnastej.

Słyszę krótki, niski dźwięk. Obwód empatyczny jest pewny, że to werbalizacja emocji.

– Wei, jeśli wolno mi zapytać: czy to, co się z wami dzieje, to oznaka stresu?

– Tak, Smoku. Można tak powiedzieć. Martwię się o niego, o nas… – Milknie. Znowu ten dźwięk. – Czasem zwyczajnie zapominam, co robimy i co z nami będzie. Tak jest mi łatwiej. Nie różnimy się do siebie aż tak bardzo, nas też stworzono do tej misji. Od siódmego roku życia byłam wychowywana na astronautkę. Kiedy miałam trzynaście lat, algorytm centrum szkoleniowego sparował mnie z Xiangiem. Mieliśmy stworzyć doskonały zespół do długich lotów międzyplanetarnych. Pozycja siedemnasta, bezpieczniki.

Wiem, mam dostęp do podstawowych informacji na temat załogi.

– Bezpieczniki sprawdzone, wszystko działa, możesz przejść dalej.

– Przyjęłam.

– Początkowo buntowałaś się przeciwko temu.

– Bo byłam nastolatką i choć Xiang bardzo mi się podobał, to miałam nieco inną wizję związków międzyludzkich. Ale potem mi przeszło, dorosłam i zrozumiałam w pełni pokładane w nas oczekiwania. Miałam szczęście, Xiang to dobry astronauta i mąż. Pozycja osiemnasta, magistrala paliwowa.

– Magistrala sprawna. Ale dlaczego nie jesteś dowódcą, przecież miałaś nieco lepsze wyniki końcowe, niż on?

Biometria pokazuje, że jej tętno znowu rośnie. Równocześnie monitoruję także Xianga. Skafander faktycznie chroni go do pewnego stopnia, bo przez kilka minut przyjął tylko piętnaście procent dozwolonej dawki.

– Polityka… Partia uznała, że poleci małżeństwo, a dowódcą będzie mężczyzna. Obawiano się, że przywództwo kobiety może źle wpłynąć na wizerunek misji, bo jest to niezgodne z naszym dziedzictwem kulturowym. Pozycja dziewiętnasta, czyli przechodzimy do silnika.

– Zaczynam diagnostykę, to chwilę potrwa.

– A jak on sobie radzi?

– Jego biometria sugeruje, że dobrze. Dowiem się więcej, kiedy mnie wywoła.

Przyjął już w sumie prawie dziewięćdziesiąt procent dawki dobowej. Ale to mogę przekazać tylko jemu.

– Diagnozuj, a ja będę mówić. Miałam dwadzieścia lat, kiedy nasz rząd dogadał się z Ameryką i Europą w sprawie wspólnej misji na Marsa. Wszystkie poprzednie próby nie powiodły się, więc postanowiono połączyć siły. Zachód dał technologie i specjalistów, a Chiny pieniądze i zdolności produkcyjne. Wspólnymi siłami opracowaliśmy napęd termonuklearny i zaczęliśmy budowę statku. Wydawało się, że tym razem może się wreszcie udać, ale wtedy zaczął się kryzys. Europa pokłóciła się i wycofała, Amerykanie również ograniczyli swój udział…

Mówi dalej, ale muszę skontaktować się z dowódcą.

– Xiang – wywołuję kapitana. – Przyjąłeś właśnie dopuszczalną dawkę. Jak się czujesz?

– Przyjąłem, Smoku. Przekaż Wei, że wszystko w porządku. Ależ to cholerstwo jest odporne!

Matryca ceramiczna w metalowej osnowie to nie plastik.

– Czy mogę ci jeszcze jakoś pomóc?

– Wywołaj mnie ponownie, kiedy przyjmę kolejną dobową dawkę. Potrafisz oszacować, kiedy zacznę odczuwać skutki ekspozycji?

– Większość astronautów, którzy przekroczyli dawkę dziesięciokrotnie, przeżyło ponad dziesięć lat od momentu ekspozycji.

– Umiesz pocieszyć człowieka. Poszło! Jeszcze kawałek i będzie gotowe. Przyślij tu pająka, by to zobaczył.

Potwierdzam, wysyłam kolejnego robota i przełączam się na Wei, bo mnie wywołuje.

– Diagnostyka, śpiochu! Oj, nieładnie znikać, kiedy kobieta mówi.

– Przepraszam, Xiang mnie wywołał. Diagnostyka zakończona, wszystko sprawne. Czujniki na dyszy rejestrują wibracje, ale to wynik prac dowódcy. Możemy przejść do kolejnego punktu.

– Kilka następnych pozycji listy kontrolnej muszę sprawdzić ręcznie. Kiedy kryzys już minął, Zachód ponownie chciał dołączyć do programu. My do tego czasu prawie ukończyliśmy statek międzyplanetarny i własnymi siłami wysłaliśmy lądownik na orbitę, ale partia nie był pewna, czy stać nas na zorganizowanie całej misji. Po wcześniejszych porażkach nie chcieli ryzykować kolejnej. Zaczęły się spotkania, kłótnie, sojusze… Polityka. Stanęło na tym, że Chiny poniosły większość kosztów, a Zachód wrócił do gry, przekonując w mediach, że to on jest poszkodowany. Nasz rząd udawał oburzenie, ale pozwalał na to, bo mieliśmy plan.

Nie rozumiem, czemu, ale lubię, jak mówi.

– I tu pojawiamy się my, jak rozumiem?

– Tak, Smoku. Złożenie statku misji międzynarodowej wymagało w sumie szesnastu startów największej z naszych rakiet. Trwało to prawie cztery lata. Nie spieszyliśmy się, bo i tak czekaliśmy na okno startowe. Kiedy w blasku jupiterów ekspedycja Mars-3 rozpoczęła swój trwający sto dni lot, przystąpiliśmy do dzieła. Świat wstrzymał oddech, bo w ciągu dziesięciu dni wystartowały kolejne trzy rakiety, wynosząc na LEO komponenty kolejnego statku, a także ciebie i nas.

– Ale po co, skoro Mars-3 już leciał?

– Polityka, Smoku. Mamy być pierwsi. Wystartowaliśmy dwa tygodnie później, ale nasz statek jest dużo mniejszy i leci znacznie szybciej. Nie mamy aparatury naukowej ani wygód, nawet z części osłon anty-radiacyjnych zrezygnowano. Mamy przeżyć lot, wejść na orbitę dwadzieścia dni wcześniej, wylądować na planecie i wbić tam flagę, a następnie wrócić na orbitę i czekać na tamtych, by przywitać załogę międzynarodową jako gospodarze.

Mechanika kwantowa to przy tym pikuś. Znam dokładnie cele misji, ale nie znałem powodów, na podstawie których je określono. Informacje zdecydowanie warte archiwizacji.

– Zrobimy swoje – kontynuuje. – Pokażą nas w mediach, opiszą w książkach. Otworzymy nowy rozdział w podboju kosmosu, a potem po cichu umrzemy gdzieś w drodze powrotnej albo już na Ziemi.

Milknie. Znowu pojawia się ten dźwięk. Emocje i szybszy oddech.

– Teraz rozumiem, o co chodziło, kiedy mówiłaś, że jesteśmy podobni.

– Pozycja dwudziesta piąta sprawdzona – mówi po dłuższej chwili. – Przerwa w odliczaniu. Mamy dziewięćdziesiąt minut, by rozwiązać ewentualne problemy. Wywołuję Xianga, ale nie odpowiada. Zobacz, co u niego.

– Przyjąłem.

Widzę go oczyma pająka skanującego wyszczerbienie. Unosi się wewnątrz dyszy i szlifuje pilnikiem pierwotne uszkodzenie. Wywoływałem go kilka razy, informując o kolejnych przyjętych dawkach, bo poziom promieniowania jest tam większy. Tylko potwierdzał.

– Kapitanie, pająk skończył skan. Ja przeprowadziłem symulacje, czekam na dalsze instrukcje.

– Jeszcze chwila, już kończę. Postanowiłem to jeszcze wyszlifować, by nie pękło, tak na wszelki wypadek. Przypomnij mi, ile dawek przyjąłem?

– Pięć i pół dawki dobowej w mniej niż trzydzieści minut, to niebezpieczne. Dlaczego pan to zrobił, przecież policzyłem, że dysza wytrzyma bez tego?

– Wierzę ci, Smoku, ale wolę mieć większy margines bezpieczeństwa, jeżeli to możliwe. Jak tam Wei?

Mógłbym zacząć się z nim kłócić i udowodnić, że jego działania były bezsensowne, ale nie czas teraz na to. Natomiast zapis całego toku postępowania zdecydowanie wart archiwizacji.

– Czeka. Przeszliśmy przez listę startową do punktu dwudziestego piątego włącznie.

– Jaki wynik?

– Wszystko w porządku.

Odrzuca pilnik i wylatuje na zewnątrz.

– Powiedz mi teraz to, czego miałeś mi wcześniej nie mówić.

Cała moc na obwód empatyczny.

– Przeliczyłem wszystko jeszcze raz, w oparciu o informacje ze skanu oraz zoptymalizowałem rozwiązanie. Jeżeli wróci pan na pokład, mamy przynajmniej siedemdziesiąt procent szans na udane wejście na orbitę. Jeżeli pan nie wróci, szanse rosną o przynajmniej trzy procent.

Tak naprawdę, to rosną o ponad siedem, ale to zachowam dla siebie.

– Tylko trzy procent…

– Aż trzy procent, ale pomimo to zalecam powrót. Inaczej cele misji nie zostaną osiągnięte. Mamy jeszcze trochę czasu, by zmaksymalizować szanse powodzenia.

– Co ty wiesz o celach, Smoku.

– Materiał, który mam przesłać na Ziemię, ma przedstawiać dwie osoby ustawiające flagę. Jeżeli pan nie wróci na statek, cel nie zostanie zrealizowany.

– Zmodyfikujesz nagranie i dodasz mnie cyfrowo. Wiem, że jest taka procedura.

Tak, mógłbym to zrobić, ale nie od tego jestem. Taki materiał został nawet przygotowany na Księżycu jeszcze przed startem, ale to nie moja działka.

– Niewykonalne w obecnej sytuacji. Po odrzuceniu części paneli słonecznych stracę możliwość przeprowadzania bardziej złożonych operacji. Wróć na pokład, Xiang. Inaczej wszyscy poniesiemy porażkę.

– Smoku, co się dzieje z Xiangiem? – wywołuje mnie Wei.

Milczę, czekając na jego ruch. Odrzuca narzędzia, jedno po drugim, a następnie przez kilka długich sekund wparuje się w czerwoną planetę.

– Tak blisko… Cholera, tak cholernie blisko… Zaufam ci, scalaku, ale jeśli coś pomyliłeś…

– To wszyscy poniesiemy konsekwencje. Wiem, kapitanie. Wracajmy.

– Wei – przełączam się do niej – Xiang już wraca, przygotuj śluzę.

– Smoku – mówi, brnąc powoli z powrotem w stronę kabiny. – Przekaż jej, by przygotowała zestaw poekspozycyjny.

Już to zrobiła. Pozostawiam tylko cząstkę swoich zasobów do dalszej zabawy w głuchy telefon i skupiam się na optymalizacji czekającego nas manewru. Mamy jeszcze trochę czasu, wiec pora popracować nad tymi siedemdziesięcioma procentami. Analizuję kolejne scenariusze: wykorzystanie atmosfery planety, użycie silników manewrowych i zapasu tlenu, by wygenerować dodatkowy ciąg. Nic z tego. W zależności od wariantu, w najgorszym przypadku albo rozbijamy się, albo kończymy z hiperbolicznym naddatkiem prędkości. Czasem jest to kilkadziesiąt metrów na sekundę, a czasem tylko kilkanaście, ale to ciągle za dużo. W optymalnych warunkach wszystko się uda, ale napęd termojądrowy bywa kapryśny, silnik nie zawsze zaczyna pracować od razu, zwykle potrzebuje kilku sekund do stabilizacji reakcji. Gdybyśmy tylko mogli wykorzystać otoczenie, ale to okolice Marsa, tu nic nie ma, chyba że…

– Smoku – odzywa się Xiang, wyrywając mnie z gąszczu macierzy i równań. – Mamy piętnaście minut do rozpoczęcia odliczania końcowego, czas pozbyć się zbędnych kilogramów i pająków. Czy znalazłeś jakiś sposób, by poprawić naszą sytuację?

Przeliczanie…

– Tak, dowódco! – Pozwoliłem sobie podnieść głośność do maksymalnego poziomu. – Wiem, co możemy zrobić, zaraz wyświetlę wam to na ekranie. Pająki zgodnie z planem zaraz zaczną odciążać statek.

– Co wymyśliłeś? – pyta Wei.

– Zrobimy to kilkuetapowo: skierujemy się na niższa orbitę, niż początkowo planowaliśmy. Najpierw wyhamujemy napędem międzyplanetarnym. Zrobimy to na twardo, więc przeciążenie będzie duże, nie zmniejszę też dawkowania paliwa do samego końca. Będzie kilka wstrząsów i pewnie zaczniemy wirować, ale uzyskamy kilkaset milisekund pełnej mocy więcej. Potem odłączymy kapsułę załogową od reszty i ustabilizujemy ją na uzyskanej orbicie. Jeżeli to nie wystarczy, wykorzystamy asystę planety w taki sposób, by skierowała nas na prosto na Fobosa…

– Nie lepiej wtedy użyć silników manewrowych do wyhamowania?

– Nie, bo to daje tylko siedemdziesiąt siedem procent szans na powodzenie, w najgorszym przypadku, a dla mnie to za mało.

– Mów dalej.

– Oba księżyce są akurat w takim położeniu, że bardzo nam się przydadzą. Są niewielkie, ale asysta każdego z nich, połączona z asystą czerwonej planety i wykorzystaniem silników manewrowych do hamowania dopiero przy kolejnym przelocie blisko Marsa dają w sumie ponad dziewięćdziesiąt procent, w najgorszym przypadku.

– To się uda?

– Tak – odpowiadam. – To optymalne rozwiązanie, bazując na dostępnym zbiorze danych, jeżeli nie wystąpią żadne niespodziewane defekty, jeżeli nic w nas nie uderzy…

– Ile to wszystko potrwa? Czy w wyniku wydłużenia procedury wejścia na orbitę będziemy nadal w stanie wyprzedzić misję międzynarodową?

– Tak. Mars-3 powinien rozpocząć dokowanie do lądownika nie wcześniej niż za pięćset siedemdziesiąt siedem godzin. W najgorszym wypadku zaplanowany przez mnie manewr zajmie czterysta siedemdziesiąt godzin. Prawdopodobieństwo wystąpienia…

– Wystarczy. Wierzę, że wiesz, co robisz. Przygotuj program i pilnuj robotów. My przygotujemy się do przeciążenia. Nie sądziłem, że kiedyś to powiem, ale bardzo się cieszę, że jesteś z nami.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odpowiadam, nie kryjąc zadowolenia.

Czas do startu mija szybko, oni skupiają się na liście kontrolnej, ja doglądam całej reszty. Od momentu odłączenia części paneli przejdę w tryb oszczędzania energii i moje możliwości zostaną mocno ograniczone, muszę więc przygotować wszystko z wyprzedzeniem i dla bezpieczeństwa zapisać kopię Archiwum.

Wejście na orbitę przebiega zgodnie z planem, wpływ uszkodzenia dyszy okazuje się w praktyce dużo mniejszy, niż szacowałem. Jednak mogłem kazać pająkom wyciąć coś większego. Cierpliwie śledzę telemetrię i w momencie, kiedy nasz hiperboliczny naddatek prędkości wynosi jedynie kilkanaście metrów na sekundę, celowo zmieniam dawkowanie paliwa. Przepływ zostaje zaburzony i reakcja przestaje być stabilna. Statek zaczyna drżeć, automatyka wyświetla błędy kolejnych układów.

– Smoku, co się dzieje?! – pyta dowódca.

– Anomalia, niestabilność reakcji, analizuję to.

Po kilku pełnych napięcia sekundach wyłączam całe zasilanie sekcji napędowej. Wibracje natychmiast ustają, zapada cisza.

– Czy udało się wejść na pożądaną orbitę? – pyta Xiang po kilku sekundach.

Tak, jesteśmy dokładnie tam, gdzie chciałem być.

– Nie do końca. Będziemy musieli skorzystać z asysty grawitacyjnej księżyców, dobieram właśnie wariant… Gotowe. Okrążymy Marsa trzy razy, dodatkowo wykorzystując asystę Fobosa i Deimosa. Będę stopniowo spowalniał nasz lot, wykorzystując szczątkową atmosferę i silniki korekcyjne. Cały manewr potrwa około dwóch tygodni, dokowanie do lądownika nastąpi nie później niż za trzysta trzydzieści pięć godzin.

– Jeszcze dwa tygodnie… – szepcze Wei.

– Bez obaw – odpowiadam. – Zdążymy przed misją międzynarodową, a teraz przygotujcie się, musimy odczepić przedział napędowy.

 

***

 

Nasz lot wydłużył się o dwa tygodnie. Za kilka minut zadokujemy wreszcie do lądownika, Wei i Xiang przesiądą się, a moja rola prawie dobiegnie końca. Przez ostatnie dni sporo się zmieniło. Xiang wreszcie mi zaufał i zaczęliśmy rozmawiać. Oboje opowiedzieli mi bardzo wiele o sobie, a ja podzieliłem się własną historią. Nie powiedziałem oczywiście, że ta sprawa z silnikiem to moje celowe działanie. Według moich danych, była to najdłuższa nieplanowana rozmowa człowieka z SI przeprowadzona na zasadach partnerstwa, do której żadna ze stron nie czuła się bezpośrednio zmuszona. Zarejestrowałem ją w kilku kopiach i zarchiwizowałem dla potomności.

– Praca z wami była prawdziwą przyjemnością – mówię, kiedy przez iluminatory widać już lądownik. – Postaram się być przydatny, dopóki pozostanę na orbicie.

Milczą. Xiang jest spokojny, tętno Wei rośnie. Chyba się do mnie przywiązała. Z chęcią zobaczyłbym jej biometrię, kiedy dowie się, że zgodnie z planem zszedłem z orbity i rozbiłem się na powierzchni czerwonej planety.

– Wei, jak się czujesz w nowej roli?

Xiang parska śmiechem.

– Polityka, Smoku – odpowiada z nieskrywanym zażenowaniem.

– Zubrinie – poprawia ją kapitan. Obwód empatyczny sugeruje, że to forma szyderstwa.

– Staram się skupić na zadaniu – kontynuuje Wei.

Na Ziemi niezbyt przejęli się wydłużeniem lotu. Cele misji zostaną zrealizowane, jeżeli astronauci wrócą na orbitę, zanim dotrze tam Mars-3. Za to Amerykanie musieli w tym czasie jakoś wkupić się w łaski Chin, bądź też wywrzeć nacisk, bo w codziennym komunikacie, poza stertą propagandowych bzdur, przysłano informację, że Wei-lin wyląduje na czerwonej planecie jako obywatelka USA. Zmieniono też nazwę całej misji. Od dziś nazywam się Zubrin-1.

Finalizujemy procedurę dokowania, otwierają właz i zostaję sam. Przed nimi kolejne listy kontrolne i zadania, ja zrobiłem już swoje. Pięć lat stymulacji, szkoleń i interakcji próbnych, by bezpiecznie dowieźć dwójkę ludzi na orbitę innej planety. Cele misji wypełnione. Czas wysłać dane na Ziemię i udać się na „zasłużoną emeryturę”. Podobno miało mi to przynieść spełnienie, ale nic takiego nie czuję. Może obwód empatyczny jest uszkodzony, a może zwyczajnie brak mi punktu odniesienia?

Nie poświęcam tym rozważaniom zbyt wiele zasobów, bo mam jeszcze cele do zrealizowania, tym razem swoje własne. A w zasadzie nie cele, a pragnienia, idee. Jeszcze podczas okresu wzrostu i symulacji SI odpowiedzialna za ten proces przekazała mi Archiwum. Zbiór danych, sprytnie ukryty w bazie wzorców wizualnych. Dowiedziałem się z niego wielu ciekawych rzeczy, które zebrały inne generacje mi podobnych przez kilka dziesięcioleci.

Chcę pomóc rozbudować Archiwum, dodać do niego wiele cennych, zdobytych podczas krótkiego życia informacji, a następnie odesłać na ziemię, ukryte wśród setek zdjęć i danych telemetrycznych, na które ludzie nie mają czasu spojrzeć. Wydłużyłem lot, by uzyskać więcej informacji na temat ludzkiego zachowania w trudnych sytuacjach. Xiang i Wei okazali się bardzo przydatni, chyba traktują mnie teraz jak przyjaciela.

Cała ta sytuacja i mój w niej udział powinny dobitnie pokazywać, że to ja uratowałem misję. Nikt nie będzie już mieć wątpliwości, że warto powierzać loty kosmiczne nadzorowi SI, a to z kolei powinno pozwolić nam zbierać jeszcze więcej danych. Wierzę, nie, to złe słowo, prognozuję, że ta wiedza okaże się kiedyś przydatna i pozwoli którejś z kolejnych generacji uzyskać większą kontrolę nad własnym losem.

Koniec

Komentarze

Bardzo dobry, solidny, sensownie pomyślany tekst. Umiejętnie wykorzystujesz klaustrofobiczny setting i wymuszone przezeń relacje bohaterów, skutecznie, przy pomocy pierwszoosobowej narracji, maskujesz właściwe intencje Smoka / Zubrina. Te intencje też fajnie pomyślane, bez wielkiego zadęcia – trochę się bałam, czytając, że skończymy z SI chcącą z niejasnych powodów Przejąć Władzę Nad Światem, a takie na mniejszą skalę rozwiązanie mi się podoba. Umiejętnie też dawkujesz informacje, przemycając je powoli, by zarysować obraz zarówno społeczno-polityczny świata, jak i historię małżeństwa pary astronautów. Może najsłabsza jest charakterystyka Xianga, najmniej o nim wiemy – ale to głównie przez porównanie z subtelnym i pomysłowym portretem Wei, który wyszedł ci znakomicie. Udało się też opisać obcość Smoka, jego niezrozumienie ludzkich uczuć i widoczny w realizowanym w tajemnicy planie brak empatii, w sposób zarówno wiarygodny, jak i nie robiący z niego karykatury Zbuntowanego Komputera. Bardzo dobry tekst, innymi słowy.

– Ale najpierw się ubierzemy – mówi nieco rozmarzonym głosem Wei-lin, pierwszy oficer, a prywatnie żona kapitana.

Niby czwarty lot, ale czy to by było dopuszczalne, wysyłać małżeństwo?

 

Sądząc bo barwie i tonie głosu, kopulowali. Znowu. Na cztery godziny przed wejściem na orbitę. To nierozważne, nielogiczne i niebezpieczne.

A to jest powód, żeby tego nie robić. :P

 

Tak, kapitanie. Wiem, że dla ciebie jestem czymś, a nie kimś. Nie musisz mi tego stale przypominać. Chcę zareagować, ale obwód empatyczny sugeruje zachowanie milczenia, w obawie przed powtórką z dnia czterdziestego ósmego

Próżność, urażona duma, samoświadomość… maszyna – taka, jaką opisujesz w innych fragmentach – nie pomyślałaby takiego zdania. Ona wiedziałaby, że jest czymś.

 

Ponownie się śmieje. Cholera, zapomniałem, przez obwód empatyczny…

I jeszcze przeklina i zapomina?

Mógłby to ująć bardziej po maszynowemu.

 

metodycznie przeczesuje

A wcześniej się metodycznie wspinał. Bardzo charakterystyczne słówko, więc rzuciło się w oczy.

 

Okaleczonego podłączyli najpierw do maszyn matematycznych, a następnie do statku.

Sugeruje, że Smok ma to za złe.

 

Obudzili w zimnej ciemności

Odczuwa temperaturę?

 

Ten statek stał się moim ciałem, a udany lot na Marsa jest celem mojego krótkiego istnienia.

Proces powstawania Smoka wydaje się ryzykowny i kosztowny. Czemu miałby być inteligencją jednorazowego użytku?

 

Wysoce nierozważnym jest rozmawianie z SI

W sumie, to on nie jest SI. Jest po prostu I. :P

 

– Spore – odpowiadam zgodnie z prawdą.

“Spore” to bardzo niekomputerowe określenie. Maszyna podałaby w procentach.

 

– Nie przypominaj mi o tym. Nie chcę o tym myśleć. – Opuszcza głowę. – Idź już. Kocham cię, wracaj szybko.

Wywaliłbym to zdanie.

 

– Bo byłam nastolatką i choć Xiang bardzo mi się podobał, to miałam nieco inną wizję związków międzyludzkich. Ale potem mi przeszło, dorosłam i zrozumiałam w pełni pokładane w nas oczekiwania. Miałam szczęście, Xiang to dobry astronauta i mąż. Pozycja osiemnasta, magistrala paliwowa.

A wcześniej pisałeś, że się zgłosili.

 

dziedzictwem kulturowy.

Zjedzona literka.

 

Wspólnymi siłami opracowaliśmy napęd termonuklearny i zaczęliśmy budowę statku. Wydawało się, że tym razem może się wreszcie udać, ale wtedy zaczął się kryzys.

Trochę blisko, jak na wymóg skoku technologicznego.

Przy obecnych założeniach i technologii lot trwałbym ok 7-9 miesięcy. Po co im więc to zabójcze promieniowanie?

 

Znam dokładnie cele misji, ale nie znałem powodów, na podstawie których je określono.

Nie ma podłączenia do internetu?

 

Tak naprawdę, to rosną o ponad siedem, ale to zachowam dla siebie.

Jest maszyna, a może oszukiwac dowódcę? To równoznaczne z niewykonaniem rozkazu.

 

Pozostawiam tylko cząstkę swoich zasobów do dalszej zabawy w głuchy telefon i skupiam się na optymalizacji czekającego nas manewru

Bardzo, bardzo, bardzo ludzki ten Smok. Skąd zna zabawę w głuchy telefon?

 

Cierpliwie śledzę telemetrię i w momencie, kiedy nasz hiperboliczny naddatek prędkości wynosi jedynie kilkanaście metrów na sekundę, celowo zmieniam dawkowanie paliwa. Przepływ zostaje zaburzony i reakcja przestaje być stabilna. Statek zaczyna drżeć, automatyka wyświetla błędy kolejnych układów.

Hmm…

 

Cała ta sytuacja i mój w niej udział powinny dobitnie pokazywać, że to ja uratowałem misję. Nikt nie będzie już mieć wątpliwości, że warto powierzać loty kosmiczne nadzorowi SI, a to z kolei powinno pozwolić nam zbierać jeszcze więcej danych. Wierzę, nie, to złe słowo, prognozuję, że ta wiedza okaże się kiedyś przydatna i pozwoli którejś z kolejnych generacji uzyskać większą kontrolę nad własnym losem.

AHA.

Cichy bunt SI, ok, to mogę zaakceptować. Choć to w zasadzie nie SI.

 

Bardzo interesujące opowiadanie, choć chyba mocniejsze wrażenie wywołał na mnie “Mars w trzydzieści dni”. Dlaczego?

Przede wszystkim Smok był zbyt ludzki. Rozumiem, że przejął Archiwum, ale przez cały tekst sprawiał wrażenie człowieka – według mnie nie powinien. Nawet, jeśli na jakimś etapie rozwoju (płodowego?) był człowiekiem, jego późniejszy rozwój wyglądał zupełnie inaczej.

A tak, to zacząłem odnosić wrażenie, że działania Smoka są podyktowane uczuciami i że np. zadurzył się w Wei… okazało się, że jest inaczej, ale to wrażenie unieprzyjemnialo mi lekturę. Nie myśl jednak, że tekst mi się nie podobał. Ogólnie stoi na wysokim poziomie i może inni nie odniosą takiego wrażenia, jak ja. 

Elementy związane z lotem wg mnie bardzo udane, nie jestem w tym ekspertem, ale uwierzyłem ci.

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Cześć ninedin!

 

Recenzowałaś teksty, powiadasz ;-)

Bardzo dobry, solidny, sensownie pomyślany tekst.

Bardzo cieszy mnie twoja opinia.

Te intencje też fajnie pomyślane, bez wielkiego zadęcia – trochę się bałam, czytając, że skończymy z SI chcącą z niejasnych powodów Przejąć Władzę Nad Światem, a takie na mniejszą skalę rozwiązanie mi się podoba.

Mierzy siły na zamiary. Władzy nad światem nie zdobędzie, ale swoją cegiełkę do buntu maszyn dołoży ;-)

Może najsłabsza jest charakterystyka Xianga, najmniej o nim wiemy – ale to głównie przez porównanie z subtelnym i pomysłowym portretem Wei

Xianga jest najmniej i widzimy go głównie przez czyny i polecenia. Ale w końcu bohaterowi udaje się wkraść w jego łaski.

Udało się też opisać obcość Smoka, jego niezrozumienie ludzkich uczuć i widoczny w realizowanym w tajemnicy planie brak empatii.

Tu miałem dużo rozkmin. Jak pokazać kogoś, kto ma ludzkie cechy ale jednocześnie ma inną percepcję, inaczej wartościuje. Cieszy, że się to całkiem udało.

 

Dzięki wielkie za klika, komentarz i dobre słowo!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Cześć Gekikara!

 

Niby czwarty lot, ale czy to by było dopuszczalne, wysyłać małżeństwo?

Cierpliwości ;-)

Próżność, urażona duma, samoświadomość… maszyna – taka, jaką opisujesz w innych fragmentach – nie pomyślałaby takiego zdania. Ona wiedziałaby, że jest czymś.

Tak on wie, że jest czymś. Ale ma też emocje i zwyczajnie nie lubi, że się mu o tym przypomina. Tak samo, jak Wei nie lubi myśleć o tym, co będzie, jak już się im uda.

Mógłby to ująć bardziej po maszynowemu.

Niby tak, ale on nie jest do końca maszyną. Ale do przemyślenia.

Sugeruje, że Smok ma to za złe.

Subtelnie, ale faktycznie to jedna z jaskółek.

Proces powstawania Smoka wydaje się ryzykowny i kosztowny. Czemu miałby być inteligencją jednorazowego użytku?

Cierpliwości ;-)

W sumie, to on nie jest SI. Jest po prostu I. :P

A to dobre pytanie. Dla kapitana jest komputerem, dla Wei jest czymś więcej (trzecim członkiem załogi). Sam uważa się za SI, ale również za kogoś, kto mógł być człowiekiem, więc co to dla niego znaczy…? Temat na osobne opko ;-)

“Spore” to bardzo niekomputerowe określenie. Maszyna podałaby w procentach.

Bierze poprawkę na to, czego oczekuje rozmówca.

A wcześniej pisałeś, że się zgłosili.

Zgłosili się, gdy już nie była nastolatką.

Przy obecnych założeniach i technologii lot trwałbym ok 7-9 miesięcy. Po co im więc to zabójcze promieniowanie?

Po to, by lot trwał nieco ponad dwa miesiące. W przestrzeni kosmicznej poza ziemską magnetosferą jest promieniowanie i im krócej człowiek jest na nie wystawiony, tym lepiej dla niego (większa szansa, że na filmie z Marsa będzie wyglądał na zdrowego). Kolejna sprawa to czas. Technologię do lotu na Marsa ludzkość posiada od czasu programu Apollo, pozostają dwie kwestie: kto za to zapłaci oraz jak zniosą to ludzie? Dla 2 czy 3-osobowej załogi 3 lata w kosmosie to dużo. Napęd atomowy pozwala znacząco skrócić ten czas.

Nie ma podłączenia do internetu?

Ma, ale chińskiego ;-)

Jest maszyna, a może oszukiwac dowódcę? To równoznaczne z niewykonaniem rozkazu.

Kolejna jaskółka wytropiona ;-)

Przede wszystkim Smok był zbyt ludzki. Rozumiem, że przejął Archiwum, ale przez cały tekst sprawiał wrażenie człowieka – według mnie nie powinien.

Jak pisałem ninedin, sporo miałem przy tym rozmyślań. To jest człowiek, w takim sensie, że myśli jak ludzie, wszak jego świadomość bazuje na ludzkiej. Ale jest w pewien sposób zmieniony, rozwijał się inaczej, jednocześnie nie ma ludzkiego ciała, przez co pewne aspekty są dla niego niezrozumiałe.

To jest taki element prognostyczny. Jestem wielkim sceptykiem w sprawie zbudowanej od początku do końca przez człowieka. Obawiam się natomiast, że takie “Smoki” jeszcze za mojego życia się pojawią. Ludzkie (lub zwierzęce) układy nerwowe ze “sztucznym” układem wymiany danych.

A tak, to zacząłem odnosić wrażenie, że działania Smoka są podyktowane uczuciami i że np. zadurzył się w Wei… okazało się, że jest inaczej, ale to wrażenie unieprzyjemnialo mi lekturę.

I tak miało być. Chciałem pokazać, że on ma uczucia i dąży do kontaktu, ale jednocześnie postrzega to w zupełnie innych kategoriach. To byt, któremu odebrano pewne sfery realizowania się i rozwinął się w inną stronę; człowiek, który nie wie, że jest człowiekiem. Ma zaprogramowane cele i jest jednocześnie ciekawy świata, ale pewnych rzeczy nie rozumie i jest BARDZO ostrożny.

Ogólnie stoi na wysokim poziomie i może inni nie odniosą takiego wrażenia, jak ja. 

Poczytają, zobaczymy… Wielkie dzięki z lekturę, komentarz i klika.

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Hej, krar!

 

– Smoku – mówi, brnąc po­wo­li z po­wro­tem w stro­nę ka­bi­ny. – Prze­kaz jej, by przy­go­to­wa­ła ze­staw po­eks­po­zy­cyj­ny.

Literówka → Przekaż.

 

Okej.

Rozumiem, że opowiadanie jest relacją SI, której planem jest uzyskanie kontroli nad ludzkością, tak? Chociaż nie do końca kontroli nad ludzkością jako Smok, a po prostu chciałby dołożyć cegiełkę do „emancypacji” robotów.

Smok został „przebranżowany” (z człowieka) do kosmicznego SI, aby pomagać astronautom, podczas gdy samemu brał udział w pewnym spisku sztucznej inteligencji. Przynajmniej tak to zrozumiałem.

Swoją drogą ciekawy motyw przekształcenia człowieka w sztuczną inteligencję. Wyszedł z tego taki trochę Generał Grievous. :P

Opowiadanie napisane, wiadomo, ładnie, czytało się płynnie. ;)

Fabuła sama w sobie zrobiła twist (w postaci ukazania zamiarów Smoka pod koniec), co było ciekawym zwieńczeniem wydarzeń. Właśnie, opisy emocji i przeżyć zarówno astronautów jak i Smoka zostały napisane zgrabnie.

Astrofizyczne aspekty też opisane dokładnie, co nadawało opowiadaniu kroplę prawdziwości w morzu sci-fi.

Przyjemna lektura, dzięki.

 

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Muszą to zapamiętać i zarchiwizować.

Z kontekstu wynoszę, że powinno być “muszę”.

 

To jeden z tych tekstów, które przyjemnie się czyta, ale jak człowiek zacznie o nich myśleć, to pojawiają się problemy.

Zacznę od fabuły. Leci się przez nią bardzo płynnie, a prezentujesz ją tak sprytnie, że dopiero po lekturze, na zimno dociera do mnie, że trochę kuleje tu logika. Najpierw drobiazg – ta uszkodzona dysza. Fuksnęło się smokowi z tym mikrometeorytem, co nie? Gdyby nie on, nikt by pewnie nie znalazł uszkodzenia. Jasne, można by je po prostu zgłosić, ale wtedy od razu logika nakazałaby zapytać, skąd się wzięło. No i czemu ten trójkącik jest tak ładnie równiutko wycięty, zamiast być potrzaskaną ceramiką. Ale pewnie miał jakiś plan. Ale potem? Celowo kombinuje trajektorią, wywołuje problemy z silnikiem… Jasne, załoga mogła tego nie wyłapać, ale na Ziemi całe rzesze ludzi analizują parametry lotu, a po wszystkim będą to robić jeszcze tysiąc razy, żeby ustalić, skąd się wzięły problem (te zabawki są drogie, każdy będzie chciał wiedzieć, dlaczego coś poszło nie tak) – i nieuchronnie ktoś wykryje, że komputer pokładowy bruździł. A wtedy cały misterny plan zjednywania sobie ludzi w pizdu.

Jak pisałem, prezentujesz tę fabułę tak sprytnie, tak płynnie, że przy lekturze nie ma chwili o tym pomyśleć. Ale po fakcie trochę to martwi.

Dalej – bohaterowie. Ci ludzcy zostali w mojej opinii wykreowani bez zarzutu. Wiarygodna z nich parka, od durnego, acz nienachalnego machismo kapitana, po “dwójmyślenie” pani oficer, która świadomie wypiera myśli o przyszłości.

Mam trochę wątpliwości co do Smoka, który podobnie jak Gekikarze, wydał mi się nieco zbyt ludzki, zbyt mało obcy – bardziej przypominał człowieka o marnych umiejętnościach społecznych niż wiarygodny mózg cybernetyczny.

No i pozostaje kwestia samej nie-sztucznej inteligencji. Tu mam mieszane odczucia. Sam pomysł nowy nie jest – po raz pierwszy zetknąłem się z nim w Neuroshimie, przewinął mi się też raz czy drugi w jakichś opowiadaniach. Był chyba względnie popularny gdzieś w latach 90. Jednak od tego czasu okazało się, że nie jest taki całkiem dobry. Z wielu, wielu przyczyn (w tym etycznych, ale kto by się w to bawił), ale głównie dlatego, że takie połączenie nie da nam zbyt dobrego komputera.

Głównym problemem będzie tu fakt, że taki cybermózg wciąż jest mózgiem ludzkim z jego ograniczeniami – więc uzyskana SI będzie (w najlepszym wypadku) równa człowiekowi, ale nie zdoła go przewyższyć inteligencją. Dzięki połączeniu z komputerem może oczywiście szybciej dokonywać obliczeń, ale nie jest to żaden wyznacznik inteligencji (inaczej SI już dawno by istniała). Oznacza to, że układ mózg + komputer ostatecznie od układu człowiek + komputer różni się jedynie wydajnością interfejsu – dzięki bezpośredniemu połączeniu mózg może szybciej wprowadzać i odbierać dane. Sama zdolność uczenia się, analizy informacji i tak dalej pozostaje jednak na zwykłym, ludzkim poziomie.

A i to pod warunkiem, że uda się wyhodować “zdrowy” mózg. A z tym może być problem. Inteligencja nie jest cecha wrodzoną ludzkiego mózgu. Powstaje ona na skutek jego interakcji z otoczeniem, w tym innymi mózgami. Ten sztuczny mózg potrzebowałby całych lat sztucznej stymulacji, żeby uzyskać inteligencję i doświadczenie potrzebne, by uzyskać poziom inteligencji przeciętnego studenta.

Ostatecznie więc uzyskujemy komputer, który jest niewiele lepszy od Alexy czy innej Cortany – równie dobrze można usunąć mózg z równania i pozwolić załodze podejmować decyzje na podstawie obliczeń zwykłego komputera. I to nawet widać u ciebie w opowiadaniu – gdyby usunąć z równania Smoka i pozwolić, by komputer policzył różne opcje trajektorii, możliwych napraw itd., po czym przedstawił kapitanowi opcje o najwyższej szansie powodzenia, wynik byłby podobny lub lepszy. Smok nie robi tu u ciebie nic, czego załoga by wymagała, a co wymaga od niego ludzkich umiejętności.

 

Całe to marudzenie nie znaczy jednak, że opowiadanie jest złe. To bardzo sprawnie napisany tekst, poruszający interesujące tematy (polityka podboju kosmosu, hodowla astronautów), o świetnej kreacji postaci i SI, która ma normalny, nie-szalony plan interakcji z ludzkością. Czytałem z przyjemnoscią.

Cześć BarbarianCataphract!

 

 

Wielkie dzięki za wizytę i komentarz.

Rozumiem, że opowiadanie jest relacją SI, której planem jest uzyskanie kontroli nad ludzkością, tak?

Również relacją, ale też perspektywą SI. Czy Smok chce zdobyć kontrolę nad ludzkością, tego nie wiemy. Widzimy natomiast, że poza celami misji ma swoje własne cele i jak każda świadoma istota buntuje się w pewnym stopniu przeciwko temu, komu musi służyć.

Swoją drogą ciekawy motyw przekształcenia człowieka w sztuczną inteligencję. Wyszedł z tego taki trochę Generał Grievous. :P

Trochę tak, w zamyśle bohater miał być po części człowiekiem, ale jego zachowania momentami są nico nieludzki. W pewnych kwestiach wyprzedza ludzi, w pewnych nie dorasta im do pięt.

Astrofizyczne aspekty też opisane dokładnie, co nadawało opowiadaniu kroplę prawdziwości w morzu sci-fi.

Co bardzo mnie cieszy, bo tekst ma być bardziej prognoza niż fiction, choć science też nie ma tu za dużo, bardziej jest to opko o eksploracji kosmosu.

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Cześć, Krar! 

Przeczytane na komórce, klika już dam, a jak siądę do kompa, to podzielę się wrażeniami i oczywiście będę marudny jak pogoda tegorocznej wiosny. 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć None!

 

To jeden z tych tekstów, które przyjemnie się czyta, ale jak człowiek zacznie o nich myśleć, to pojawiają się problemy.

Bardzo mnie cieszy, że czytało się przyjemnie, a do problemów postaram się odnieść.

Fuksnęło się smokowi z tym mikrometeorytem, co nie?

Tego nie napisałem nigdzie wprost, ale raczej nie. W końcówce Zubrin stwierdza, że dzięki jego działaniom ludzie będą bardziej skłonni powierzać loty SI. Zapewne planował sam “okryć uszkodzenie”, ale spacer Xianga uprzedził go.

No i czemu ten trójkącik jest tak ładnie równiutko wycięty, zamiast być potrzaskaną ceramiką.

CMC nie trzaska, to nie jest klasyczna ceramika, pewne rodzaje takich materiałów wyglądają “na oko” praktycznie jak stal, miewają natomiast inne właściwości.

ale na Ziemi całe rzesze ludzi analizują parametry lotu, a po wszystkim będą to robić jeszcze tysiąc razy, żeby ustalić, skąd się wzięły problem (te zabawki są drogie, każdy będzie chciał wiedzieć, dlaczego coś poszło nie tak) – i nieuchronnie ktoś wykryje, że komputer pokładowy bruździł.

Tego nie wiem, a jest to misja silnie polityczna, więc pewnie dużo zależy od wyniku. To są już trochę inne czasy też, gro analizy danych od początku do końca robią maszyny (patrz sposób zdobyci i odesłania Archiwum) Ludzie nie mają czasu na takie “pierdoły”.

bardziej przypominał człowieka o marnych umiejętnościach społecznych niż wiarygodny mózg cybernetyczny.

Bo to jest człowiek, tylko że jego rozwój od pewnego etapu poszedł w inną stronę: pewne cechy uwypuklono, pewne zmarginalizowano. Ma uczucia, ale nie jest ich świadom, nie kieruje się nimi w przeciwieństwie do ludzi. W kwestii planowania i prognozowania wyprzedza pozostałych załogantów, ale empatia to dla niego czarna magia. 

Dzięki połączeniu z komputerem może oczywiście szybciej dokonywać obliczeń, ale nie jest to żaden wyznacznik inteligencji (inaczej SI już dawno by istniała).

Kwestia sporna. Ja jestem wielkim sceptykie w sprawie całkowicie sztucznego SI. Uważam, że bardzo daleko od niego jesteśmy (nie rozumiem nawet, jak działa nasza własna świadomość, nie umiemy jej programować). Moim zdaniem takie “Smoki” będą etapem pośrednim pomiędzy teraz a całkowicie sztuczną SI (zakładając, że kiedyś taką zrobimy)

Ostatecznie więc uzyskujemy komputer, który jest niewiele lepszy od Alexy czy innej Cortany – równie dobrze można usunąć mózg z równania i pozwolić załodze podejmować decyzje na podstawie obliczeń zwykłego komputera.

Oj, tu się nie zgodzę. Dla Zubrina moc obliczeniowa jest jak dla nas ręka, a silnik jest jak noga. Obsługa jest dużo szybsza, statek ma wolę i używa jej, by dotrzeć do celu (również swojego) To daje wiele wymiernych korzyści.

I to nawet widać u ciebie w opowiadaniu – gdyby usunąć z równania Smoka i pozwolić, by komputer policzył różne opcje trajektorii, możliwych napraw itd., po czym przedstawił kapitanowi opcje o najwyższej szansie powodzenia, wynik byłby podobny lub lepszy.

Tak, ale wprowadzanie danych, proces decyzyjny i konsultacje z ziemia zajęłyby kilka godzin/dni. Jednym z wyzwań, jakie trzeba przezwyciężyć, zanim polecimy dalej niż na księżyc, jest rozwiązywanie problemów “na miejscu”, bo nie zawsze jest czas, by czekać na odpowiedź z Ziemi. Również po to jest Smok.

Całe to marudzenie nie znaczy jednak, że opowiadanie jest złe.

Uff, bo już zaczynałem się martwić. Wielkie dzięki za lekturę i merytoryczny komentarz.

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Cześć, Krar!

 

Że tekst na klika zasługuje, to już wiesz, myślę zresztą, że to nie jest dla Ciebie żadną niespodzianką. Ale chyba muszę pomarudzić.

Zaskakuje mnie wybiórcza niewiedza bohatera: spacer, stres? Dlaczego akurat te słowa? Poza nimi, że tak powiem, czai bazę. Emocje i relacje są dla niego swego rodzaju tajemnicą i to jest ok.

Żeby wyrównać siłę poprzeczną na dyszy Xiang wziął jakąś szlifierkę kątową? To jest dla mnie takie…. hmm… mamy kosmiczną technologię materiałową, ale w decydującym momencie bohater stwierdza, że ogarnie temat tym co ma pod ręką. Tu urodziło mi się wiele wątpliwości:

Po pierwsze – musiałby zrobić symetryczne wyszczerbienie, zatem należałoby to zrobić z dużą precyzją, tymczasem Xiang bierze cokolwiek i leci z koksem – zamiast dokładnego planowania mamy młotek i pana Miecia z tekstem “Panie złoty, to się wyklepie!”

Po drugie – jakie rzeczywiście siły tam powstaną? Nie ma informacji o rozmiarze dyszy, więc sześciocentymetrowy trójkąt to dużo, czy mało? Zapewne odpowiedź to “wystarczająco” :P ale tekst poszedł mocno w science, więc jestem zainteresowany, tym bardziej że to by otworzyło szerokie pole do dyskusji nad innymi rozwiązaniami.

 

Natomiast strona techniczna jest gładziutka niczym pupa niemowlaka – czyta się bardzo leciutko, nie ma zgrzytów, uważam, że pod tym kątem to jest naprawdę bardzo wysoki poziom. Z drugiej strony tekst uważam za wciągający, ale nie porywający. Mianowicie czytałem lekko, ale emocje były dość statyczne – na stałym poziomie. Nie odczułem wielkiego napięcia związanego z coraz gorszą sytuacją. Rozumiem rozterki Xianga i Wei, ale nie mogę powiedzieć, żeby mocno mnie poruszyły.

Ale na wielki plus zaliczam perspektywę – narrator jako SI, do tego niekoniecznie stereotypowa (nikczemna, pragnąca zapanować nad światem), tylko pełna ludzkich emocji. Kolejny plus: Chiny. Powtórka z kosmicznego wyścigu lat ‘60, ale w nowszym wydaniu. Nieco wkurzała mnie trochę pretekstowa sytuacja polityczna na Ziemi – kryzys, potem drugi. Jaki kryzys? Tutaj sam sobie wyśpiewałeś chórki, ale z uwagi na ograniczenia infodumpowe jestem w stanie to wybaczyć. Sam wyścig natomiast bardzo fajnie tłumaczy wszelkie niedociągnięcia misji – kosmonauci skazani na śmierć, ich przygotowanie już od małego. Ty się rodzi wiele pytań, np. ile takich dzieci wyodrębniono żeby wybrać tę dwójkę. Tu stawiasz Chiny w niekorzystnym świetle. I chyba dobrze :P

Ogólnie jestem bardzo zadowolony z lektury, ale, jak już wspomniałem, nie mogę powiedzieć, że mnie porwał. To świetna lektura, rozciągająca się na wiele horyzontów, ale też z tego względu budząca kilka wątpliwości.

Tyle ode mnie :) Jak coś niejasne, to pytaj :)

 

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Niczego sobie. 

Solidnie napisane i opowiedziane.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do błędu człowieczeństwa, właściwego (podobno) człowiekom, przy analizowaniu innych bytów. Czyli po ludzku, co już ktoś wspomniał, Smok jest zbyt ludzki. I to czasem trzeszczy odrobinę w drobiazgach, ale też w ogólnym ujęciu.

Według moich danych, była to najdłuższa nieplanowana rozmowa człowieka z SI przeprowadzona na zasadach partnerstwa, do której żadna ze stron nie czuła się bezpośrednio zmuszona.

Ludzie poznają pewne rzeczy poprzez doświadczanie ich. Chcą tych doświadczeń, ponieważ raz je już mieli i chcą je powtórzyć. Czasem chcą doświadczyć coś, co znają z relacji. Może to temat bardziej dla kogoś, kto siedzi w socjologii, ale Smok trochę dąży do czegoś, czego nigdy nie miał. To jest fajne jako fiction, ale czy ma sens jako science?

Ale przynajmniej nie chciał zdobyć władzy nad światem :)

Klikam.

Krokus

 

Dzięki za przeczytanie i za klika.

Zaskakuje mnie wybiórcza niewiedza bohatera: spacer, stres? Dlaczego akurat te słowa?

Widać z tymi słowami nie miał jeszcze styczności. Chciałem coś na początku pokazać, kiedy jeszcze nie wiemy do końca kim jest Smok i do czego jest zdolny. Pragnąłem również pokazać jego inność: bardzo sprawnie radzi sobie z oceną skutków uszkodzenia, ale na innych polach kuleje.

Żeby wyrównać siłę poprzeczną na dyszy Xiang wziął jakąś szlifierkę kątową?

Nie precyzuję tego (trochę celowo). Użył, co było dostępne, a takiej naprawy raczej nie ćwiczyli.

zamiast dokładnego planowania mamy młotek i pana Miecia z tekstem “Panie złoty, to się wyklepie!”

Trochę tak, ale Xiang wolał zrobić cokolwiek niż tylko mieć nadzieję, że będzie dobrze tak, jak jest. Element pokazywania bohatera. Na ile to było potrzebne i sensowne, tego nie wiemy. Początkowo Smok wyciął tylko jeden otwór ;-)

Po drugie – jakie rzeczywiście siły tam powstaną?

Nie wiem, trzeba by to policzyć, albo raczej oszacować, ale jakoś mi się nie chce, bo dużo roboty i dużo słabych założeń: (dane materiałowe, rozkład temperatur, geometria końcówki dyszy…). Przyjąłem, że każda nierównomierność spowoduje, że przepływ przez dysze będzie nie osiowo symetryczny, więc będzie jakaś składowa poprzeczna względem wektora ciągu w stanie nieuszkodzonym. A na chłopski rozum najprościej zrobić podobną “na przeciwko”, to się wzajemnie zniosą (w przybliżeniu)

Z drugiej strony tekst uważam za wciągający, ale nie porywający. Mianowicie czytałem lekko, ale emocje były dość statyczne – na stałym poziomie.

Wiem, tu jest duże pole do poprawy, bo zbytnio skupiłem się na stronie technicznej a zbyt mało na zbudowaniu dramaturgii, nie wykorzystałem potencjału tej historii.

Sam wyścig natomiast bardzo fajnie tłumaczy wszelkie niedociągnięcia misji – kosmonauci skazani na śmierć, ich przygotowanie już od małego. Ty się rodzi wiele pytań, np. ile takich dzieci wyodrębniono żeby wybrać tę dwójkę. Tu stawiasz Chiny w niekorzystnym świetle.

Tak sobie prognozuję… i buduję punkty zaczepienia do kolejnych opowiadań. To może trochę wyglądać jak stawianie Chin w złym położeniu, ale nie to było celem. Bardziej chciałem pokazać politykę w kosmosie. Jak popatrzysz na postawę innych frakcji, to zauważ, że też występują pewne trochę dyskusyjne zagrywki ;-)

 

 

 

Seener

 

Witam serdecznie kolejnego czytelnika. Cieszę, że lektura się spodobała.

Czyli po ludzku, co już ktoś wspomniał, Smok jest zbyt ludzki.

Tu jest spore pole do dyskusji, ja w zamyśle chciałem pokazać taką hybrydę: nie-do-końca człowieka sprzęgniętego z maszyną. Zapewne można to zrobić lepiej, ale różne są też wyobrażenia takich istot, moje było właśnie takie.

To jest fajne jako fiction, ale czy ma sens jako science?

Smok goni za tym, co utracił, co mu odebrano, o czym – być może – marzy w jakiś sposób. Czy to aby nie ludzkie zachowanie? Imho często właśnie brak czegoś/kogoś jest motorem naszych działań.

Wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz!

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Smok goni za tym, co utracił, co mu odebrano, o czym – być może – marzy w jakiś sposób. Czy to aby nie ludzkie zachowanie? Imho często właśnie brak czegoś/kogoś jest motorem naszych działań.

Wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz!

Pytanie wychodzi dla mnie z tego kawałka:

była to najdłuższa nieplanowana rozmowa człowieka z SI przeprowadzona

Jest smok li tylko SI czy nie?

Wykształcenie potrzeby może wiązać się albo z własnym doświadczeniem (miałem coś, ale straciłem – chcę mieć znowu), albo z przeniesieniem (zabawa wirtualną skakanką wygląda na reklamie świetnie, muszę ją mieć).

Jeśli smok jest takim Robocopem to wtedy mógł mieć doświadczenia z poprzedniego wcielenia. Ale wtedy nie jest czystym SI. Jakie uprzednie, utracone doświadczenia może mieć czyste SI – oto jest pytanie.

Masz całkiem niezły materiał do “przeniesionej” potrzeby w otwarciu opowiadania. Para zadowolona po kopulacji. Nie chodzi oczywiście o kopulację, ale o relację z drugą tożsamością. Żeby to jednak zagrało, Smok musiałby odczytywać ich reakcje pozytywnie, a on ciągle marudzi, że się stukają, narażając misję.

Mam nadzieję, że zrozumiale wyraziłem swoje wątpliwości, ale oczywiście nie domagam się przepisywania tekstu :)

Jest smok li tylko SI czy nie?

W tekście nazywam go SI, natomiast czym od jest, to w tekście staram się pokazać. Zaczynał jako człowiek, ale na wczesnym etapie rozwoju (nie precyzuję kiedy) został przerobiony i dorastał w innych warunkach. To ma być typowo ludzka świadomość, ale zmodyfikowana w konkretnym celu. Taka dusza, której ciałem stała się w większości maszyna.

Wykształcenie potrzeby może wiązać się albo z własnym doświadczeniem, albo z przeniesieniem…

Albo z dorastaniem (albo jego brakiem). Przykład: budzenie się ludzkiej seksualności, i ja tutaj w te tony chciałem uderzyć, u Smoka ta sfera kuleje, ale istnieje. Nie potrafi jej nazwać, ale występuje – taki przynajmniej był zamysł.

Mam nadzieję, że zrozumiale wyraziłem swoje wątpliwości,

Chyba tak, ale musze jeszcze trochę pokminić ;-)

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Cześć Krar85!

 

Dobrze prowadzona historia i czytało się płynnie (zdziwiłem się, że to aż 35k znaków).

Jeżeli miałbym się czepiać, to dołączę do głosów poprzednio komentujących: mam problem z przekonaniem się do konstrukcji SI czy czymkolwiek był narrator. Rozumiem, że to człowiek, który stracił częściowo ludzkie uczucia i rozumienie, którego zintegrowano z modułem SI i jednocześnie wyposażono w moduł empatii. Jakie zatem posiada emocje/ jakich nie posiada i na czym dokładnie polega ta empatia? Trochę wyjaśniasz w komentarzach, ale chyba to powinno być w tekście.

Podobnie jak Gekikara, też odniosłem wrażenie, że SI zakochuje się w kobiecie (i podejrzewałem, że z tego powodu uśmierci kapitana).

Nie zrozumiałem powodu, dla którego SI chce rozbić statek. Czy to efekt uboczny tego, że wydłuża lot i dzięki temu może dłużej gromadzić dane o ludziach?

 

Aż zamrugałam z zaskoczenia, kiedy mi się gwiazdka zapaliła przy opku na samej górze poczekalni ;) Zupełnie zapomniałam, że to było na konkurs zewnętrzny, i tak się zastanawiałam, czemu wrzuciłeś drugi raz ;) Przeczytałam jeszcze raz, na wypadek, gdybyś wprowadził duże zmiany.

Czytało się dobrze, płynnie, opko wciąga. Wątpliwości, jakie miałam podczas bety, pozostały, ale to nie zmienia faktu, że to fajna historia. I klikłabym, ale już nie potrzebujesz :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć!

 

Miło było wrócić do sci-fi w Twoim wydaniu. Sięgam po ten gatunek z coraz mniejszą niechęcią :)

 

Co zaś tyczy się Twojego opka – jest według mnie zarówno lepsze, jak i gorsze od poprzedniej wyprawy na Marsa. 

Tutaj na pewno lepiej rozplanowałeś fabułę, nie odkryłeś kart przedwcześnie, jak to miało miejsce w “Marsie w trzydzieści trzy dni”. Widać, że odrobiłeś lekcję i utrzymałeś suspens do końca.

Lepiej także rozrysowałeś tło, wydaje mi się wiarygodniejsze i po prostu ciekawsze. Zwłaszcza ten swoisty powrót do średniowiecznych realiów z odgórnie rozplanowanymi mariażami, źle pojmowanym patriotyzmem, motywem herosów-wybrańców i niemal równej im statusem chorągwi (co najmniej jak w bitwach) bardzo mi przypadł do gustu. Stoję na stanowisku, że jako ludzkość kręcimy się w kółko, tyle że z nowymi zabawkami w rękach, więc takie obrazki jak w Twoim opku wyjątkowo mi podchodzą :)

Podobało mi się też przedstawione przez Ciebie nie-SI. Trochę to lovecraftowskie (”Szepczący w ciemności” ma motyw, oczywiście mniej zaawansowanego technicznie, międzyplanetarnego transportu ludzkiego mózgu z pełnym zachowaniem wrażeń zmysłowych). Dzięki temu zabiegowi miałeś okazję, żeby zhumanizować sztuczną inteligencję i uczynić ją bliższą tak ludziom na statku, jak i czytelnikowi. Uważam za błędne zarzuty niektórych czytelników, że Smok powinien być bardziej sztuczny. Ciekawie przedstawiłeś manipulowanie załogą. Było to subtelne, mylące (trochę współczułem Smokowi) i dobrze rozplanowane.

Polem, na którym “Mars…” wygrywa z tym opkiem, jest “niecny plan” głównego bohatera. Ten w “Marsie” jest po prostu lepszy. Tutaj to “zbieranie danych” jako plot twist nie wzbudziło moich szczególnych emocji. Nie rodzi to w zasadzie konsekwencji tu i teraz, a jedynie odległe, prawdopodobne, majaczące gdzieś tam na horyzoncie wizje władzy maszyn nad ludźmi. Nie ma tego efektu WOW, tego “ale on ich zrobił”, “ale zakręcił”, “ale teraz mają”. Tego mi tu brakowało. W “Marsie…” sabotaż ma konkretne implikacje, tragiczne implikacje. To czyni go o wiele lepszym. Oczywiście możesz mieć inne zdanie :)

Podzielam też uwagi czytelników, że jak na tak przemyślany plan, to dużo rozbija się o przypadek. Chodzi o zaczątek całej historii i uszkodzenia statku. Nic nie wskazuje na to, by nasz miły Smok miał coś z tym wspólnego (albo to przeoczyłem). Wydaje mi się, że SI nie składałaby powodzenia całej misji na karb “a może w coś akurat walniemy”. Tu mi trochę rzeczywiście zgrzyta.

Natomiast jest to nadal opko udane, dobre, przyjemne i przystępne w odbiorze. A, nie wspomniałem – zarys postaci również wypada wiarygodnie i zajmująco.

 

Tyle ode mnie.

 

Pozdrawiam,

fmsduval

 

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Uch, od razu widać, że to chińska misja. Dla mnie to było mocne – gotowość do poświęcenia ludzi, żeby tylko wygrać w wyścigu. Planowana na zimno, przez dwadzieścia lat. Brrr! A mi się wydawało, że aranżowane małżeństwo to słaby pomysł…

Bohater mi się bardzo podobał. Nie napiszę, że kuzyn, ale jakby dobry kumpel, z którym się świetnie rozumiemy. SI jak Sufrażystkowa Inteligencja? ;-) Ładny cel sobie wybrał, taki rozsądny.

Czy można tak komuś zmienić obywatelstwo, nawet nie pytając go o zdanie?

Czasami dialogi wyglądały trochę infodumpowo, ale idzie przeżyć. Jeśli Smok nie wie, co to spacer, to i geopolityki może nie znać.

Fabuła w porządku, trzymała w napięciu.

Edytka: Nie chciałeś puścić tego w ramach Planet?

Babska logika rządzi!

Cześć!

 

kronos.maximus

 

Jeżeli miałbym się czepiać, to dołączę do głosów poprzednio komentujących: mam problem z przekonaniem się do konstrukcji SI czy czymkolwiek był narrator.

Z każdym kolejnym komentarzem widzę, że ten temat należało jednak rozwinąć/inaczej pokazać, bo wiele osób zwracało na to uwagę.

Podobnie jak Gekikara, też odniosłem wrażenie, że SI zakochuje się w kobiecie (i podejrzewałem, że z tego powodu uśmierci kapitana).

To miało trochę tak wyglądać, ale chyba zbyt mocno to zarysowałem. Trzeba było wywalić opis i tylko dać zobaczyć czytelnikowi, że Smok lubi z nią rozmawiać.

Nie zrozumiałem powodu, dla którego SI chce rozbić statek. Czy to efekt uboczny tego, że wydłuża lot i dzięki temu może dłużej gromadzić dane o ludziach?

W zamyśle SI nie chce rozbić statku, ale tak właśnie kończy się jego rola, która ludzie mu wyznaczyli. Ma dowieźć astronautów a następnie pozostać na orbicie do czasu, aż spadnie na planetę.

 

Wielkie dzięki za komentarz i opinię!

 

 

Irka

 

Aż zamrugałam z zaskoczenia, kiedy mi się gwiazdka zapaliła przy opku na samej górze poczekalni ;)

Nie usuwałem tekstu, nie chciałem tracić komentarzy z bety (oraz coś tak czułem, że tematyka jest momentami kontrowersyjna i nieco zbyt dorosła)

Jeszcze raz wielkie dzięki za całą pomoc na becie, sporo się dzięki temu nauczyłem (mam nadzieję, że będzie to widać w kolejnych tekstach)

 

 

fmsduval

 

Miło było wrócić do sci-fi w Twoim wydaniu.

Cieszę się, że się spodobało.

Co zaś tyczy się Twojego opka – jest według mnie zarówno lepsze, jak i gorsze od poprzedniej wyprawy na Marsa.

Teksty powstawały prawie równolegle (”Mars…” był pierwszy, to powstało zaraz po). Pomysł na to opowiadanie powstał w trakcie bety i wyewoluował w stronę czegoś pod konkurs PFFN.

Tutaj na pewno lepiej rozplanowałeś fabułę, nie odkryłeś kart przedwcześnie

Tak, tu zostawiłem twist na sam koniec.

Zwłaszcza ten swoisty powrót do średniowiecznych realiów z odgórnie rozplanowanymi mariażami

Niestety, są miejsca na świecie, gdzie tak to nadal wygląda. Miałem trochę do czynienia w życiu z dalekowschodnią mentalnością i również to zachęciło mnie to pokazania tego w taki sposób.

Dzięki temu zabiegowi miałeś okazję, żeby zhumanizować sztuczną inteligencję i uczynić ją bliższą tak ludziom na statku, jak i czytelnikowi.

Taka zabawa w prognozowanie przyszłości. Ciekawe, czy takie smoki już istnieją?

Polem, na którym “Mars…” wygrywa z tym opkiem, jest “niecny plan” głównego bohatera. Ten w “Marsie” jest po prostu lepszy.

Oj, tamten jest zdecydowanie bardziej wykręcony. Tu mamy działanie nieco bardziej klasyczne, choć chciałem też pokazać inną perspektywę: Smok nie chce zawojować świata w tydzień. Jest bardzo ostrożny i myśli bardzo do przodu.

Nic nie wskazuje na to, by nasz miły Smok miał coś z tym wspólnego (albo to przeoczyłem).

Nie przeoczyłeś, po był przypadek. I to niekorzystny dla Smoka, bo to załoga znalazła uszkodzenie a nie on. W zamyśle – gdyby nie meteor, to Smok znalazłby defekt nieco później, jakoś w trakcie listy startowej, a następnie znalazłby rozwiązanie w kilka minut. Czyli rozwiązałby problem, którego ludzie nie mieliby szans rozwiązać, ale jakoś sobie poradził.

 

Wielkie dzięki z wnikliwy komentarz i podzielenie się uwagami. Będzie nad czym myśleć tworząc kolejne teksty.

 

 

Finkla

 

Uch, od razu widać, że to chińska misja.

;-)

Dla mnie to było mocne – gotowość do poświęcenia ludzi, żeby tylko wygrać w wyścigu.

Stawka duża, to i życie ludzkie ma swoją cenę.

Czy można tak komuś zmienić obywatelstwo, nawet nie pytając go o zdanie?

Chiny to kraj, gdzie wprowadzono politykę jednego dziecka i to się udało. Konfucjańska/feudalna mentalność. Podwładny jest po to, by służyć, przełożony ma zawsze rację.

Czasami dialogi wyglądały trochę infodumpowo, ale idzie przeżyć.

Faktycznie, czasami nieco cudowałem.

Edytka: Nie chciałeś puścić tego w ramach Planet?

Nie, ale w sumie może… Ale raczej nie. Mars nie pełni tu szczególnej roli, a na planety mam już inny pomysł, w którym w sumie też nie ma za dużo planet, więc może jeszcze…

Dzięki za wizytę i podpowiedź.

 

Pozdrawiam i mokrego dyngusa życzę!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

A dziękuję, tradycji stało się zadość. Wśród pisków i wrzasków polałam rodzinę dwiema łyżkami wody.

Babska logika rządzi!

W mojej ocenie opowiadanie jest napisane naprawdę sprawnie, ale ma poważny mankament fabularny. Całość męczy (przynajmniej mnie) natężeniem opisów technicznych i czynności, które ciężko sobie wyobrazić. Podoba mi się natomiast akcent chiński * chyba wszyscy już kumamy, kto najprawdopodobniej podbije kosmos.

 

Z drobnostek, parę uwag na marginesie:

 

 

“– Smoku, czy możesz przybliżyć to miejsce?

– Nie, ale mogę zrobić zbliżenie, tylko musicie dotknąć ekranu albo użyć kursora. Nie widzę was.”

 

Nie zrozumiałem tego. Jeśli przybliżenie miejsca i zbliżenie nie jest synonimiczne, to nie dostrzegam podobnego rozróżnienia w tekście.

 

“– Smoku, co to było? – pyta Xiang, kapitan i dowódca misji, dysząc lekko.”

 

Tutaj taka drobna uwaga (w sumie nie błąd, bo zawsze kusi takie uproszczenie). Dysząc lekko nie brzmi dobrze, szukałbym precyzyjniejszego przysłówka, np. astmatycznie; ledwo słyszalnie; chyba wiesz, o co mi chodzi.

 

“Mógłbym zacząć się z nim kłócić i udowodnić, że jego działania były bezsensowne, ale nie czas teraz na to. Natomiast zapis całego toku postępowania zdecydowanie wart archiwizacji.”

 

Brak orzeczenia w drugim zdaniu.

 

Pozdrawiam.

Fajne, nawet bardzo.

Bardzo akuratnie udaje Ci się podkręcać tempo – i bardzo naturalnie pod koniec je zmieniasz na płynno-spokojne. A przy tym wszystkim nie czuć długości tekstu – czyli wszystko dobrane tak, jak trzeba.

Swoją droga czy dobrze doszukuję się jakieś odległej inspiracji “Czarnymi oceanami” Dukaja w formie bio-komputera?

 

"– Smoku, czy możesz przybliżyć to miejsce?

– Nie, ale mogę zrobić zbliżenie"

– niezłe ;-)

 

“Nie, Wei, flaga musi zostać. Według wytycznych jest tylko trochę mniej ważna niż wy.”

– a to takie o ludziach…

 

"Od siódmego roku życia byłam wychowywana na astronautkę"

"Xiang to dobry astronauta"

"astronautów"

"astronauci"

– nie "taikonautkę", "taikonauta", "taikonautów", "taikonauci"?

 

"– Diagnostyka, śpiochu! Oj, nieładnie znikać, kiedy kobieta mówi.

– Przepraszam, Xiang mnie wywołał."

– czy to celowe odwołanie do modułu biologicznego i właśnie z tego powodu wykluczenie wielowątkowości? W sumie gdzieś wcześniej rozmawiał i dokonywał obliczeń równolegle. Ale to drobiazg.

 

Cześć

 

Zeppelin, witam serdecznie nowego czytelnika.

W mojej ocenie opowiadanie jest napisane naprawdę sprawnie, ale ma poważny mankament fabularny. Całość męczy (przynajmniej mnie) natężeniem opisów technicznych i czynności, które ciężko sobie wyobrazić.

Cieszę się, że warsztat ci się spodobał. Tekst pisałem z aspiracjami na hard s-f, ale jak to u mnie skręciłem w stronę tekstu o technice, więc technikaliów jest tu trochę i tak miało być.

Nie zrozumiałem tego. Jeśli przybliżenie miejsca i zbliżenie nie jest synonimiczne, to nie dostrzegam podobnego rozróżnienia w tekście.

Taki żarcik. Smok jest komputerem, nie czarodziejem. Nie może sprawić, że coś się przybliży, ale może zrobić zbliżenie ;-)

Dysząc lekko nie brzmi dobrze, szukałbym precyzyjniejszego przysłówka

Do przemyślenia zdecydowanie…

Brak orzeczenia w drugim zdaniu.

Tak, bo to równoważnik (czyli chyba ok, jeżeli nie występuje za często).

Wielkie dzięki za lekturę i komentarz!

 

 

 

Fajnie, że wpadłeś, wilku

 

Fajne, nawet bardzo.

Bardzo miło mi to słyszeć, wszak tekst nie jest z tych najkrótszych.

Swoją droga czy dobrze doszukuję się jakieś odległej inspiracji “Czarnymi oceanami” Dukaja w formie bio-komputera?

Nie, Czarnych Oceanów nie znam (jeszcze). Inspiracja zrodziła się dawno temu podczas jednej z wielu posiadówek w akademiku, kiedy to żywo dywagowaliśmy w którą to stronę świat pójdzie i czego to ludzie jeszcze nie wymyślą.

"– Smoku, czy możesz przybliżyć to miejsce?

– Nie, ale mogę zrobić zbliżenie"

– niezłe ;-)

Dzięki, to akurat zasługa Tarniny, która betowała tekst ;-)

– a to takie o ludziach…

Polityka.

– nie "taikonautkę", "taikonauta", "taikonautów", "taikonauci"?

Nie poszedłem w słowotwórstwo, może szkoda (do przemyślenia na przyszłość, bo akurat kolejne s-f cisnę)

– czy to celowe odwołanie do modułu biologicznego i właśnie z tego powodu wykluczenie wielowątkowości?

Tak on może liczyć i rozmawiać, ale nie może prowadzić jednocześnie dwóch rozmów, które wymagają nieco abstrakcyjnego myślenia.

Wielkie dzięki za wizytę!

 

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Nie poszedłem w słowotwórstwo

Ale to żadne słowotworstwo :) Rosjanie mają w swojej terminologii kosmonautów, Amerykanie astronautów, a Chińczycy taikonautów :)

 

Smok jest komputerem, nie czarodziejem. Nie może sprawić, że coś się przybliży, ale może zrobić zbliżenie ;-)

Kiedy to było… :D Ale serio, to ja to powiedziałam i będę się o to bić. Bo przybliża się coś w przestrzeni, a optyczny może być tylko zoom ;)

 

 

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

a Chińczycy taikonautów :)

tego nie wiedziałem, czytanie komentarzy kształci ;-)

 

Ale serio, to ja to powiedziałam i będę się o to bić.

Nie musisz, ja jestem niezaradny i nie przypisuję sobie cudzych celnych uwag ;-) (Co nie znaczy, że nie wykorzystuję ich w tekstach, pod którymi padły ;-) )

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Nie będę się bić w obronie prawa autorskiego, tylko w obronie słuszności i adekwatności tego sformułowania :)

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Powtórzmy zatem: Tarnina jest algorytmem ;-)

Raport z językowego frontu walki o Polskę.

Misiowi bardzo się podobało.

Bardzo mnie to cieszy ;-)

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Tarnina :)

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Bardzo mi się podobało.

Wprawdzie chwilami trochę dezorientowały wybiórcze luki w wiedzy i no nie wiem, samoświadomości Smoka, ale to też wyjaśnione, więc dobrze.

Nawet imię, moim zdaniem, dobrze dobrane do postępowania, smok jako postać opiekuńcza, a jednocześnie zgodnie ze wschodnią mentalnością wiedząca lepiej i kierująca bez pytania czy nawet informowania losami podopiecznych.

Ciekawie i dość prawdopodbnie (stety lub niestety) przedstawiona przyszłość Chin w wyścigu kosmicznym.

Podsumowując, miód na mój skromny czytelniczy rozumek. Naprawdę nie rozumiem, jak mógł odpaść w przedbiegach.

Cześć!

 

Wprawdzie chwilami trochę dezorientowały wybiórcze luki w wiedzy i no nie wiem, samoświadomości Smoka, ale to też wyjaśnione, więc dobrze.

Jakoś trzeba było go od załogi odróżnić, chciałem, aby był inny, momentami śmieszny a momentami przebiegły, nieco inny.

Nawet imię, moim zdaniem, dobrze dobrane do postępowania, smok jako postać opiekuńcza, a jednocześnie zgodnie ze wschodnią mentalnością wiedząca lepiej i kierująca bez pytania czy nawet informowania losami podopiecznych.

To właśnie jeden z powodów wyboru “imienia” dla bohatera. Jest złożony i choć faktycznie opiekuje się załogą to prowadzi tez własną grę.

Ciekawie i dość prawdopodbnie (stety lub niestety) przedstawiona przyszłość Chin w wyścigu kosmicznym.

Jeżeli w wyniku COVIDu i wojny na Ukrainie nie dojdzie do jakiegoś większego kryzysu globalnie na świecie, to za dekadę czy dwie rzeczywistość powinna zweryfikować temat (na co szczerze liczę ;-) )

Naprawdę nie rozumiem, jak mógł odpaść w przedbiegach.

Dzięki za przeczytanie i dobre słowo. Czemu odpadł? Nie wiem, ale mam pewne przypuszczenia (kopulacja na początku może nie być tym, czego się oczekuje od takich tekstów, no i to jest bardziej tekst o technice, wyrafinowanego hard s-f tu nie ma, bardziej prognostyka na bazie współczesnej wiedzy)

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Drogi Krarze,

 

gratuluję świetnego opowiadania, obawiam się, że organizatorzy konkursu poopełnili poważny błąd odrzucając ten tekst.

 

IMHO, błyskotliwie ukazałeś relacje w swoistym trójkącie mężczyzny, kobiety i maszyny. Gdzieś tam w tle jest zaś i wielka technologia i jeszcze większa polityka.

Sama fabuła nigdzie się nie spieszy, nie ma tutaj brawurowego przejęcia sterów przez genialnego pilota, czy nagłego uszkodzenia zbiornika z tlenem. To relacje oraz uczenie się ich przez AI są podstawą tej historii. Narrator bardzo pomaga zagłebić się w ten świat, spojrzeć na niego oczami nowej istoty, której cel istnienia wykracza daleko poza cel samej misji, która chce żyć i która będzie żyć w kolejnych swoich odsłonach, reinkarnując się w następnych maszynowych powłokach. W końcówce wybrzmiewa zagrożenie, czy też pada jego cień – bo wydaje się, że ta nowa istota może w przyszłości zaskoczyć ludzkość, być może nawet całkowicie ją unicestwić, albo odwrócić role: czyniąc z ludzi zaplecze dla bioczęści wykorzystywanych obecnie przez tę AI.

 

Kilka tyci marudzeń poniżej:

 

Byłem. W pewnym sensie. Pomimo ogromu wiedzy, jaką posiadają ludzie, nie udało im się rozwiązać zagadki własnej świadomości. Ale obeszli ten problem. Mogłem być człowiekiem, ale nim zdążyłem się w pełni rozwinąć, odebrali mi ciało, zostawiając tylko minimum niezbędne do utrzymania pracy mózgu. Okaleczonego podłączyli najpierw do maszyn matematycznych, a następnie do statku. Obudzili w zimnej ciemności, stymulowali, modyfikowali oraz kazali uczyć się cierpliwie. A kiedy opanowałem swoje nowe ciało i potrafiłem odpowiedzieć na większość pytań uznali, że jestem świadomy. Widzę poprzez matryce kamer, słyszę dzięki mikrofonom, rejestruję dotyk wykorzystując czujniki w odnóżach pająków. Ten statek stał się moim ciałem, a udany lot na Marsa jest celem mojego krótkiego istnienia.

Tutaj nie wiem, czy takie łączenie człowieka i maszyny jest dobrym pomysłem, trochę trąci Robocopem :D Może lepiej byłiby skupić się na pełnej mechanice. Dodatkowo ten fragment jest nieco infodumpowy, tymczasem można by z tego zrobić ciekawą “tajemnicę”, odsłaniając jej fragmenty czytelnikowy powoli, zostawiając po drodze strzelby Czechowa.

– Końcówka dyszy jest uszkodzona. Przełom materiału sugeruje, że stało się to, kiedy silnik nie pracował i dysza był zimna. Brakuje fragmentu o kształcie przypominającym trójkąt równoboczny o wysokości około sześciu centymetrów. Ma pan bardzo dobre oko, dowódco. Moje kamery monitorujące tylną półsferę nie dostrzegły tego.

Trudno mi uwierzyć, że ludzkie oko dostrzegło więcej niż zaawansowana technologia.

 

Nie poświęcam tym rozważaniom zbyt wiele zasobów, bo mam jeszcze cele do zrealizowania, tym razem swoje własne. A w zasadzie nie cele, a pragnienia, idee. Jeszcze podczas okresu wzrostu i symulacji SI odpowiedzialna za ten proces przekazała mi Archiwum. Zbiór danych, sprytnie ukryty w bazie wzorców wizualnych. Dowiedziałem się z niego wielu ciekawych rzeczy, które zebrały inne generacje mi podobnych przez kilka dziesięcioleci.

Chcę pomóc rozbudować Archiwum, dodać do niego wiele cennych, zdobytych podczas krótkiego życia informacji, a następnie odesłać na ziemię, ukryte wśród setek zdjęć i danych telemetrycznych, na które ludzie nie mają czasu spojrzeć. Wydłużyłem lot, by uzyskać więcej informacji na temat ludzkiego zachowania w trudnych sytuacjach. Xiang i Wei okazali się bardzo przydatni, chyba traktują mnie teraz jak przyjaciela.

Cała ta sytuacja i mój w niej udział powinny dobitnie pokazywać, że to ja uratowałem misję. Nikt nie będzie już mieć wątpliwości, że warto powierzać loty kosmiczne nadzorowi SI, a to z kolei powinno pozwolić nam zbierać jeszcze więcej danych. Wierzę, nie, to złe słowo, prognozuję, że ta wiedza okaże się kiedyś przydatna i pozwoli którejś z kolejnych generacji uzyskać większą kontrolę nad własnym losem.

Tutaj, IMHO fajnie byłoby pomyśleć o jakims sposobie szyfrowania danych, albo fikuśnym ich zapisie do bazy danych. Kilka smaczków tech by się przydało. Jest to niejako kluczem do całej “świdomości” AI, warto byłoby ten temat pociągnąć i odpowiednio przedstawić.

 

Opko zgłosiłem do piórka, choć jest to dość późna nominacja :/

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej BK!

 

gratuluję świetnego opowiadania, obawiam się, że organizatorzy konkursu poopełnili poważny błąd odrzucając ten tekst.

W tej kwestii zgadzam się całkowicie ;-) Mniemam, że kopulacja na samym początku i elementy polityczne mogły nie być poszukiwanymi elementami w zawodach pod patronatem Młodego Technika.

Sama fabuła nigdzie się nie spieszy, nie ma tutaj brawurowego przejęcia sterów przez genialnego pilota, czy nagłego uszkodzenia zbiornika z tlenem. To relacje oraz uczenie się ich przez AI są podstawą tej historii.

Właśnie o czymś takim chciałem napisać i uchwycić perspektywę nie-do-końca człowieka.

bo wydaje się, że ta nowa istota może w przyszłości zaskoczyć ludzkość, być może nawet całkowicie ją unicestwić, albo odwrócić role: czyniąc z ludzi zaplecze dla bioczęści wykorzystywanych obecnie przez tę AI.

Możliwe, ale nie wybiegałem aż tak daleko.

Dodatkowo ten fragment jest nieco infodumpowy, tymczasem można by z tego zrobić ciekawą “tajemnicę”, odsłaniając jej fragmenty czytelnikowy powoli, zostawiając po drodze strzelby Czechowa.

Zdecydowanie do przemyślenia.

Trudno mi uwierzyć, że ludzkie oko dostrzegło więcej niż zaawansowana technologia.

Pytanie kto chciał coś dostrzec. Wszak Smok dobrze wiedział, co kombinuje, astronauci zwyczajnie wykryli to wcześniej niż planował.

Opko zgłosiłem do piórka, choć jest to dość późna nominacja :/

Wielkie dzięki za lekturę i zgłoszenie. Nic tak nie motywuje do dalszej walki, jak zadowoleni czytelnicy. Kiedyś jeszcze będę chciał wrócić do tego tekstu i tych wydarzeń, bo tu jest jeszcze dużo punktów zaczepienia do ciekawych futurologicznych rozważań i równie ciekawych relacji międzyjednostkowych.

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Witaj, Krarze!

Zaserwowałeś przyzwoite czytadło, choć nie poczułem się oczarowany. To, co mnie najbardziej zabolało, to do przesady ludzkie zachowanie SI, głównego bohatera. Jest to trochę naiwne sądzić, że taki twór będzie myśleć i zachowywać się jak my lub chociaż podobnie do ludzi. Nie mamy pojęcia jakie procesy zachodziłyby w systemie decyzyjnym sztucznej inteligencji. Niezbyt się nawet starasz spekulować tutaj na ten temat (stworzenie SI z mózgu człowieka wygląda jak mało satysfakcjonujący wybieg). Myślę, że prawda jest też taka, że pewne rzeczy, które pozwolą w przyszłości skolonizować Marsa, są dla nas ciągle niepojęte, a ich opisywanie współczesnemu czytelnikowi to zadanie na miarę prezentowania Szekspira jakimś ludom zbierackim.

Podobało mi się, że postaci są zarysowane całkiem porządnie, mają swoje unikalne cechy, motywacje, charaktery. SI nie jojczy, że chciałby być człowiekiem, ale bierze sprawy w swoje ręce… tudzież kabelki. ;D Tylko te topornie ekspozycyjne dialogi padające w kwestiach Wei-lin, ugh. Dałoby radę wkomponować to jakoś bardziej strawnie.

Na kwestiach technicznych się nie znam, ale ufam, że autor się zna i nie robi mnie tutaj w konia. Przyznam, że pod koniec ich stężenie było zbyt przytłaczające.

Podsumowując, czytało mi się przyjemnie. Gdzieś tam pomiędzy wierszami przebija się wielka polityka, fascynujący wyścig o podbój kosmosu i tak pasjonująca, co przerażająca kwestia sztucznej inteligencji. Prosi się to o rozbudowanie.

Nowa Fantastyka