- Opowiadanie: chalbarczyk - Eugenia

Eugenia

Podmiot w większości zdań, a nawet w całym opowiadaniu jest domyślny, dlatego wszystkich lubiących językowy rygor i wyrazistość autor uprasza o wielkoduszność :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Eugenia

Ubierała się na czarno, z jakąś nieprzyjemną surowością i pedantyzmem. We włosy wpinała srebrną spinkę z delikatnym wzorem z turkusowych kwiatów, który pasował bardziej młodej dziewczynie niż starszej kobiecie. Ten poranny bunt stanowił dla niej namiastkę wolności albo czegoś, co pamiętała, że było wolnością. Po ułożeniu włosów i zapięciu kolczyków spoglądała w lustro. Patrzyła na nią twarz o zbyt białej skórze, pokryta siatką coraz bardziej widocznych zmarszczek i oczy, które nic nie straciły ze swego blasku i koloru, bo pewnego dnia przestały płakać. Marianna pomagała jej zapinać haftki w czarnej sukni. Lekko posapywała. Teraz zajmowało jej to więcej czasu niż kiedyś. Były razem od… chyba od zawsze i razem się zestarzały.

– Niech Marianna przyszykuje mi przybory do pisania. Muszę napisać list.

We wszystkim, co mówiła zawsze przezierała ledwo widoczna rezygnacja. Teraz też. List przecież nie był zwykłym listem, ale ważnym wydarzeniem, do którego przygotowywała się od tygodni, nie umiała jednak włożyć w to zdanie ani krzty ekscytacji, strachu czy nadziei.

– Dobrze, panienko.

Marianna ciężko kołysząc się, poszła w głąb mieszkania szukać papieru listowego i atramentu.

 

 

Kiedy przestaje się odróżniać dni jeden od drugiego i wszystko zaczyna się zlewać w strumień wspomnień pomieszanych z niegdysiejszym oczekiwaniem rzeczy wielkich i ważnych, a teraźniejszość cię obrzydza – wtedy wiesz, że życie się pochyliło, tak jak pochyla się dzień ku zachodowi. Spoglądam wstecz. Widzę siebie jako podlotka, szczęśliwą księżniczkę, tak cenną dla wszystkich domowników! A potem jako zakochaną młodą i piękną dziewczynę i chciałabym nie widzieć tego, co będzie dalej. Czemuż mądrość przychodzi za późno? Dlaczego nie wiem, kiedy przeciąć nić życia, aby pozostać na zawsze w tym raju wiosny i szczęścia?

Zapytacie, czy dobrze zrobiłam, czy nie żałuję? Nigdy nie zadałam sobie tego pytania. A teraz? Co myślę dziś?

Przez lata pytałam, dlaczego? Jak to mogło się stać? Przecież byliśmy tacy zakochani. Ja i Artur. Ale teraz myślę, że pożądanie, jak byśmy go nie przykrywali wzniosłymi słowami o miłości, zawsze kończy się nienawiścią i pogardą. Odszedł, z grymasem zniecierpliwienia, a ja stałam na gruzach spalonego pałacu jak wzgardzona żona Jakuba, Lea.

Śmieszne, wtedy, gdy ogień strawił już większą część południowego skrzydła i zajmował się dach kaplicy, wydawało mi się, że rycerz w białej zbroi przyszedł mnie ocalić. Nie mogłam się ruszyć ani wydobyć z siebie głosu. Coraz trudniej było mi oddychać i halucynacje pojawiały mi się przed oczami z coraz większą natarczywością. Czy to dlatego, że tak bardzo pragnęłam go ocalić? Nie wiem. Boję się tylko jednego. Że to zdarzyło się naprawdę.

Długo potem ktoś mi powiedział, że moja głupia miłość, moje cielęce zakochanie – to było coś haniebnego i wstydliwego. Zagryzam wargę, zaciskam powieki i próbuję o tej miłości zapomnieć. Lecz czy da się wyciągnąć z pleców sztylet, który tkwi zimnym ostrzem w ranie?

Wiem, że nigdy już Was nie spotkam, bo nie ma nawet wąskiej kładki między piekłem a niebem. Nie wydostanę się z otchłani. Oczekuję jedynie nieistnienia, ale i na to chyba nie mogę liczyć.

 

Wasza córka.

 

 

I jeszcze nagłówek: „Do moich Rodziców, których zbyt małą miłością kochałam”

 

Narzucała płaszcz, wkładała swój najlepszy kapelusz, odsyłała gestem Antoniego, który sumiennie za każdym razem przyprowadzał kolaskę i samotnie szła do kościoła. W monumentalnej i zimnej ciszy trwała na modlitwie długie godziny. Ktoś patrzący z boku mógłby przysiąc, że zastygła w anielskim spokoju, że wypełnia ją pobożna słodycz, a dusza wznosi się ku niebu. Ale to tylko maska. Wewnątrz trawił ją ogień, niegasnący i niekończący się żar, spalający jej wnętrzności. W głowie miała fotoplastikon przesuwających się, wciąż i wciąż, tych samych obrazów pożaru, śmierci i pocałunków. Posuwała się też do tego, aby bluźnić i spierać się z Bogiem. Nie wierzyła, że są tacy, którzy w modlitwie otrzymują jakiekolwiek pocieszenie. Zresztą, to sprawa Pana Boga. Wracała do domu i znów popadała w tę nieuchwytną rezygnację, która na jakiś czas przysypywała wewnętrzny ogień popiołem.

Kiedy pewnego dnia, w stołowym stanęła pośrodku z sosjerką w ręku uniesioną w antycznym niezrozumiałym geście i gdy nie mogła sobie przypomnieć, co tutaj robi – podjęła decyzję. Najpierw napisze list. A potem ostatecznie i nieodwołalnie uwolni życie od siebie.

– Znowu panienkę dręczył koszmar?

Marianna pytała z troską. Nie taką udawaną, z etykiety dobrych domów. Martwiła się szczerze. Nawet gdyby chciała, nie mogła przecież wejść do snu, odgonić miraży i zabić potworów. Pozostało jej jedynie martwienie się.

– To tylko stare rany.

Śnił jej się on. Wtedy, gdy całował ją namiętnie, brał za rękę i biegli, czule patrzył w oczy i uśmiechał się niewinnie, bo nawet on sam nie wiedział, co będzie dalej.

– Idzie deszcz, panienka nie powinna się przeziębiać. Zaraz rozpalę – mówiła po chwili Marianna, jakby tym deszczem można było wszystko załatwić. Zmyć winę, zapomnieć o ranach i zmazać słowa.

 

Kupiła butelkę nafty u Żyda w mydlarni, kazała zapakować i nieść do domu. Nie mogła prosić Marianny, przecież zaraz by się domyśliła, po co jej ta nafta. Młoda Żydóweczka z pakunkiem szła za nią niemrawo.

Nic nie mogło jej dotknąć ani zranić i nie chciała nikomu współczuć. Oczy nie płakały od dawna, a wewnątrz czuła pustkę, jakby była wydrążonym w środku spiżowym posągiem. Teraz ulica wydawała się pełna ludzi, którzy rozmawiali ze sobą i się nawoływali, słychać było turkotanie kół po bruku, w otwartym oknie grał gramofon. Mimo tego odczuwała wszechogarniającą próżnię. Jakże było łatwo teraz wyobrazić sobie i przywołać raz jeszcze tamte obrazy. Zatrzymała się i wpatrzyła w szarą ścianę. Znów znalazła się w pałacu, a w jej kierunku szedł gorący podmuch.

– Mój książę – matka wołała ojca, w dymie po omacku próbując go znaleźć – idę do ciebie!

Sufit trzeszczał. Już w sąsiednich pokojach żyrandole spadały na ziemię, płonęły stropy i tapiserie. Mieli może dwie minuty, zanim ogień dotrze tutaj. Coraz trudniej było oddychać i nie widać było wyjścia. Próbowała wołać o pomoc. Huk. Zawaliło się nadproże i matka z ojcem zostali uwięzieni. Do jej uszu dobiegł natarczywy głos Artura.

– Ach, wyciągnij mnie stąd!

Powietrze było coraz gorętsze i cięższe.

– Gdzie jesteś?!

Dusząc się, szła z trudem w kierunku zachodniego korytarza.

Uratuję go, uratuję! - krzyczała do siebie w myślach.

Obejrzała się. Ojciec próbował wydostać się z pułapki. Nie zawahała się. Ruszyła do przodu, lawirując między dymiącymi stropowymi belkami, pod którymi marmur posadzki zaczął się rozgrzewać. Dotarła do uchylonych drzwi zamykających korytarz. Spróbowała je pchnąć, ale bez skutku. Wiedziała, że nie ma czasu.

– Jesteś tam?! – Stukała pięściami w odrzwia.

W szparze zobaczyła przerażoną twarz Artura.

– Nie zostawiaj mnie tutaj!

– Zaraz cię wyciągnę!

Za jej plecami spadła kolejna belka.

Zakrywając usta oderwanym kawałkiem sukni, szukała czegoś, czym mogłaby podważyć drzwi. Może to. Noga z roztrzaskanego krzesła dobrze by się nadała, gdyby nie topiący wszystko żar. Po drugiej stronie drzwi jęczał Artur.

Gdy gorący dym wdarł się jej do gardła, miała już halucynacje. Wydało jej się, że przed nią stoi rycerz w srebrnej zbroi, który pyta:

– Kogo mam uratować? Księcia i księżną czy twojego przystojnego kochanka?

Wiedziała, że to tylko miraż, lecz mimo to krzyknęła:

– Artura! Ocal Artura!

– A książę i księżna?

– Zostaw ich!

Zobaczyła nad sobą błękitne i trochę smutne oczy rycerza i straciła przytomność.

Ocknęła się nieopodal spalonego pałacu, obok siedział brudny i roztrzęsiony Artur. Ktoś musiał ich uratować, wynieść z płomieni i sprawdzić, czy oddychają. Wstała. Ziemia uciekła jej spod stóp. Potykając się, poszła w stronę zgliszczy. Krzyczała, wołając matkę i ojca, aż piekły ją płuca, ale skądś wiedziała, że nikt jej nie odpowie.

Zamrugała, widma zniknęły i na powrót znalazła się na ulicy, z naftą i z pozbawioną wszelkiej nadziei rezygnacją.

 

*

Niekiedy próbowała nawiązać bliższe relacje z mężczyznami. Czy liczyła na to, że zakocha się jeszcze raz? Nawet jeśli tak było – nie przyznałaby się do tego. Te spotkania nie szły gładko. O dziwo, niektórzy z absztyfikantów zgadzali się na utrzymywanie z nią formalnych kontaktów, nawet gdy nie byli pewni, co do jej majątku. Teraz, gdy zrozumiała, jakim bezwstydnym słowem jest bogactwo, patrzyła na nich wszystkim z ukrywanym obrzydzeniem.

Zeszłego miesiąca siedzieli z panem Maurycym przy stoliku, za oknem zmierzchało się. Marianna podała herbatę i ciasto. Zapaliła również świece, aby choć trochę przepłoszyć mrok. Pan Maurycy był w nieokreślonym wieku, o wątłej posturze i nerwowym nosie. Mówił wysuszonym, monotonnym głosem, którego nie mogła znieść.

– Możemy zapomnieć o naszej stabilizacji, którą monarchia budowała przez ostatnie stulecia. Ktoś mógłby zapytać, na cóż potrzebni są królowie, książęta i baronowie? To tylko relikty wstydliwych czasów. Czy nie lepiej o nich zupełnie nie pamiętać?

Tu spojrzał na nią z ukosa. Czyżby chciał ją zranić? Wygłaszając te prostackie uwagi? Była wstrząśnięta, oczywiście na tyle, na ile pozwalała jej wyuczona obojętność.

Zastanawiała się, czy pan Maurycy widzi w niej kobietę. Patrzyła na swoje dłonie pokryte zbyt cienką warstwą skóry, omdlewające i zrezygnowane. Gdyby pamiętała, jak należy ułożyć mięśnie twarzy do uśmiechu, teraz niewątpliwie uśmiechnęłaby się. Pana Maurycego zżerała ciekawość o jej pieniądze, nie o krągłości ciała.

Ale nie ma to już żadnego znaczenia.

Wysłała Mariannę z Antonim do miasta, wymyślając długą listę sprawunków. Nie powinni zjawić się w domu wcześniej, nim będzie po wszystkim.

Zeszła do kuchni. Wzięła kosz z papierami. Odsunęła fajerki i zapaliła szczapkę drewna. Z płonącą pochodnią wróciła do siebie i zamknęła drzwi na klucz. Nie wahając się, bez smutku, ale i bez strachu, zapaliła papiery i wrzuciła weń butelkę nafty. Płomień wystrzelił pod sufit. Po kolei zajmowały się etażerka, zdjęcia, serwety, abażury i okienne zasłony.

Ogień. Wreszcie po nią przyszedł. Teraz już wszystko się skończy i życie przestanie tak boleć.

Zamknęła oczy.

Nagle żar zaczął stygnąć, a języki ognia ucichły. Podniosła powieki.

– To ty?!

Ogień próbował lizać jego srebrną zbroję i miecz, ale tracił tylko temperaturę i płomienie powoli pokrywały się białym szronem lodowych igieł. Wszystko zaczynało zamarzać.

– Przyszedłem cię ocalić.

– Odejdź! Nic już nie ma do ocalenia! Nie ma mnie, słyszysz?!

– Każdego można ocalić.

Rycerz, obojętny na szalejącą pożogę, stał pośrodku pokoju, oparłszy się o miecz. Miał jasną twarz okoloną puklami srebrnych i złotych włosów, a ona nawet przez płomienie mogła dostrzec jego niebieskie, czyste oczy. Na plecach miał skrzydła. Olbrzymie i silne. Mimowolnie pomyślała, że mając takie skrzydła, można zawsze uciec. Wzbić się w niebo, szybować w pędzie tuż nad wodą ciemnego oceanu albo lecieć ku słońcu.

– Nie mogę pozwolić ci tutaj zginąć.

– To jak mam dalej żyć? Jak?!

Rycerz spuścił głowę.

– Ja… nie wiem. Wszystko, co mogę, to tylko wynieść cię z ognia, osłonić od żaru, aby nie przypalił ci włosów i brwi. Postawić na zmarzniętym skrawku ziemi, by ochłodziła ci stopy.

– Jak to – nie wiesz?! – Zachłysnęła się gniewem.

– Nigdy nie żyłem. To znaczy, nie żyłem w ludzkim sensie. Cielesność tak ciąży, że nie wiedziałbym, co zrobić z uczuciami, którymi jesteście przepełnieni. One wyrywają się i wypływają oczami, ale jak to się dzieje, że nigdy nie mogą opróżnić naczynia łez? Ciało młodości jest takie piękne! Gładka i pachnąca skóra, pod którą drgają mięśnie. Wilgotne i powabne usta. Oczy skryte za rzęsami. Lecz śmierć wysyła swoich żołnierzy, którzy szybko zaorają twarz zmarszczkami i wyciągną skórę. Ciało przygina się do ziemi, wewnątrz skrzypi, a krew nie ożywia tkanek.

Potrząsnął głową, a jego bladozłote włosy się rozsypały.

Wszystkie rany w jej piersi znów się otworzyły. Bolało.

– Wrzuć mnie z powrotem w ogień.

– Czy miłość… – Rycerz zdawał się nie słyszeć jej prośby. Wpatrzony jak zahipnotyzowany w srebrne żyłki włosów i papierową szorstkość dłoni, chciał bez końca słuchać jej głosu. – Czy miłość jest piękna?

– Piękna? – Po jej twarzy przebiegło cierpienie. – Nie ma w niej nic pięknego. To trawiący cię szał i obłęd. To uzależnienie od wszystkiego, co bodaj ci przypomina ukochanego. To lęk tak wielki, że w końcu stajesz się jego ofiarą.

– Ale przecież, czy miłość to nie gorący dotyk, cieleśnie konkretny, wywołujący drżenie każdej kończyny, każdego wewnętrznego organu, każdej kropli potu? Czy nie dlatego ludzie śnią o miłości?

Stanęła naprzeciw w czarnej sukni, splotła ręce i spojrzała przez niego, daleko, jakby był całkiem przezroczysty.

– Ciało zatrzymuje nas w sobie. Nie pozwala uwolnić się, zamyka nas w więzieniu namiętności. Dlatego niektórzy chcą uciec.

– Chciałbym doświadczyć wszystkiego, czego ty doświadczyłaś. Byłabyś mi wtedy bardzo bliska. Mógłbym dla ciebie stracić skrzydła i miecz. Mieć ciało i z tobą zostać.

Podszedł, pochylił się i pocałował ją w usta.

Skrzydła spadły na ziemię i zajęły się ogniem. Pożar na nowo wybuchł. Trochę zdziwiony rozejrzał się po płonącym pomieszczeniu. Nieujarzmiany dłużej żywioł teraz na równi przerażał go, jak i oczarowywał, bo wraz z ogniem przyszły do niego nieznane dotąd uczucia. Gdy płomienie nieomal go dosięgły, wziął ją na ręce i wyniósł z mieszkania.

 

*

Życie z nim daleko odbiegało od codziennej rutyny, którą wypracowała sobie przez lata samotności. Był zachwycony każdym milimetrem swojego nowego ciała, każdą wonią i barwą. Brał przypadkowe rzeczy delikatnymi dłońmi, poznawał ich fakturę i ciepło. To były drewniane inkrustowane szkatułki, orzech w nich był gorący i suchy, buk zaś chłodny i biały. Lubił też patrzeć przez kryształowe salaterki, bo wtedy świat wydawał mu się Bożym przymierzem, zespolonym tęczą świateł.

– Eugenio.

– Tak, kochanie?

– Czy moglibyśmy pójść jutro do sklepu bławatnego?

– Och, potrzeba ci nowych ubrań? Oczywiście. Kupimy taki elegancki materiał i poślemy do krawca.

Pokręcił głową.

– Chciałbym jedynie dotykać szorstkich wełen i zimnych jedwabi. Mógłbym też otulić cię w czerwień, która zawsze pulsuje życiem. Potem moglibyśmy zanurzyć się w zieloną, mętną wodę jeziora, aby poczuć butwiejący zapach i smak roślin.

Aż do teraz nie wiedziała, że istnieje świat poza jej cierpieniem, ciałem i pożarem. Owszem, słyszała o tym świecie od Marianny i Antoniego. Marianna opowiadała o jarzynach, które zalegały stragany, potem wysypywały się z kosza na stół, a następnie były myte w zimnej wodzie. Antoni też miał zawsze coś do powiedzenia na temat świata. W jego opowieściach przewijali się ludzie na przemian z końmi i kulawymi sukami. Mimo że ten ich świat wydawał się prawdziwy i pewny, była przekonana, że to tylko konfabulacja.

Teraz jednakże okazało się, że na zewnątrz jej ciała rzeczywiście istnieje on – świat. Odkrywała go tak, jakby to ona straciła skrzydła i miecz.

Przestała spierać się z Bogiem. Przeniosła się do letniej rezydencji pod miastem, a spaloną kamienicę kazała rozebrać. Może postawi tam ochronkę albo szpital.

Lubiła, gdy kładł głowę na jej kolanach, a na jego ustach błądził rozmarzony uśmiech.

– Tęsknisz za swoim bezcielesnym życiem? Śni ci się ono? – pytała przekornie.

Odpowiadał na to beztroskim śmiechem i Eugenia też się wtedy uśmiechała.

 

Koniec

Komentarze

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Cześć! 

 

Bardzo eleganckie opowiadanie. Świetny język. Technicznie na wysokim poziomie. Niektóre kwestie pozostają trochę enigmatyczne, ale w tym przypadku kreuje to klimat. Dobrze oddana główna bohaterka. Podoba mi się również podejście do konkursowego tematu. Same plusy zatem. :-) 

Jako że upłynął mój trzymiesięczny staż, mogę z duża przyjemnością zadebiutować jako „polecacz biblioteczny”.

 

Poniżej drobna sugestia. 

 

– Możemy zapomnieć o naszej stabilizacji, którą monarchia przez ostatnie stulecia budowała.

 

Zgrzyta mi ten szyk. Monarchia budowała przez ostatnie stulecia – brzmi bardziej naturalnie. 

 

Pozdrawiam i oczywiście życzę powodzenia w konkursie!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Cześć Filipie!

Drżałam z niepewności, czy opowiadanie komukolwiek się spodoba i czy nie zostanie uznane za dziwaczne, tym bardziej jest mi miło z powodu Twoich pochlebnych słów.

Bardzo dziękuję i pozdrawiam!

 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Bardzo ładnie opowiedziana historia. Miejscami smutna, miejscami wzruszająca.

Motyw konkursowy dobrze zarysowany. Podobało mi się.

 

Technicznie jest nieźle, choć miejscami mogłoby być lepiej. Padłaś ofiarą dość nietypowej narracji. Jest trzecia osoba i czas przeszły, ale taki jakiś dziwny. Niby dokonany, ale opisujący czynności powtarzane wielokrotnie.

Dość ciekawy eksperyment językowy, ale trochę opowiadaniu zaszkodził, bo w efekcie stosowania takiego czasu namnożyło się bytozy.

 

Z drobnostek i uwag ogólnych na przyszłość:

– Pilnuj, w miarę możliwości, by “się” nie lądowało na końcu zdania.

– Unikaj wspomnianej bytozy.

– Sprawdzaj zagęszczenie słowa “który”, bo ma tendencje to powtarzania się.

– Patrz na konstrukcje zdań następujących po sobie

(np. porównaj pierwsze i drugie zdanie opowiadania, nie dość, że są podobne w konstrukcji, to masz tam 3x “z”)

 

Ale przecież, czy miłość to nie gorący dotyk, cieleśnie konkretny, wywołujący drżenie każdej kończyny, każdego wewnętrznego organu, każdej kropli potu?

Tutaj masz wysokie rejestry, wzniosłą treść, a pomiędzy to wszystko wplatasz słowa anatomiczne lub zupełnie bez ładunku emocjonalnego: „kończyny, wewnętrzne organy, konkretny”. Nie pasują tu.

 

Podsumowując, gratuluję dobrego opowiadania. Udało Ci się zbudować fajny klimat i wywołać współczucie dla bohaterki.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Cześć Chrościsko!

Jak słusznie zauważyłeś, jest to swego rodzaju stylizacja językowa, ale też i eksperyment, przy którym rygorystyczna poprawność zeszła na drugi plan – stąd zostawione powtórzenia. Zastanawiałam się, czy mogłabym wyrzucić te wszystkie “była”, ale wtedy narracja na pewno by się posypała.

I rzeczywiście, czas przeszły w opowiadaniu najbardziej przypomina imperfectum z języków klasycznych, to znaczy opisuje czynność, która się rozpoczęła i trwa albo się powtarza. Chciałam przez to jakoś oddać monotonię życia głównej bohaterki.

 

Tutaj masz wysokie rejestry, wzniosłą treść, a pomiędzy to wszystko wplatasz słowa anatomiczne lub zupełnie bez ładunku emocjonalnego: „kończyny, wewnętrzne organy, konkretny”. Nie pasują tu.

Ponieważ rycerz nie ma ciała, więc wszystko co cielesne jest dla niego patetyczne, ekscytujące i fascynujące. To, co człowiek myśli o rzeczach duchowych, takich jak miłość czy honor, to on myśli o częściach ciała :)

 

Dzięki za cenne uwagi.

Pozdrawiam!

 

P.S.

Udało mi się wyrzucić jedno “była” :)

Witam.

Czytało się przyjemnie, chociaż pod koniec nie mogłem odpędzić myśli, że to staroświecka, skrócona wersja “Miasta Aniołów” (film z 1998), tyle że z happy endem. 

Trochę mieszała mi się chronologia wydarzeń, szczególnie pożarów, ale to chyba moja wina;-)

 

One wyrywają się i wypływają oczami, ale jak to się dzieje, że nigdy się mogą opróżnić naczynia łez?

 

Tego jakoś nie zrozumiałem…

Nie do końca rozumiem też, dlaczego anioł pozbawiony cielesności i nie znający żadnych uczuć tak bardzo pragnie poznania. Skoro nie zna uczuć, to skąd pragnienie, przecież to też uczucie…

No może zbyt analitycznie;-)

Pozdrawiam.

Ładnie napisane, trochę dziewiętnastowieczne w stylistyce.

Sama fabuła mniej mi przypadła do gustu – romansidło.

Ale z Artura to kawał drania, że ją po tym wszystkim zostawił. Chociaż w sumie, mógł nie wiedzieć…

Po ułożeniu włosów i zapięciu kolczyków spoglądała w lustro.

W pierwszej chwili zdziwiłam się, że nie patrzyła w lustro podczas tych czynności. Ale jeśli robiła to Marianna…

Lecz czy da się wyciągnąć z pleców sztylet, który tkwi swoim zimnym ostrzem w ranie?

Da się. Tylko wywoła to krwotok. ;-)

Babska logika rządzi!

Adler

dlaczego anioł pozbawiony cielesności i nie znający żadnych uczuć tak bardzo pragnie poznania.

Rzeczywiście, ktoś bez ciała nie doświadcza ani ciała, ani uczuć, lecz samo pragnienie ich poznania (doświadczenia) nie jest uczuciem, ponieważ my i aniołowie pragniemy na sposób duchowy czyli intelektualnie – tak najkrócej można byłoby to wyjaśnić :)

 

że nigdy się mogą opróżnić naczynia łez

Oczywiście to błąd. Już poprawiłam, miało być: “nie mogą…”

skrócona wersja “Miasta Aniołów”

Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że oglądamy za dużo filmów laugh

Dzięki za komentarz i pozdrawiam!

 

Finkla

Dzięki za odwiedziny! Pozdrawiam!

Known some call is air am

Witaj. Podoba mi się pomysł, podoba mi się narracja z podmiotem domyślnym – posypała mi się tylko raz, kiedy masz Żydóweczkę i potem bez podmiotu. Zamień dziewczynkę na chłopca i będzie ok. Jest też sporo błędów interpunkcyjnych, ale z komórki nie zrobię łapanki. Zapamiętałam jedno miejsce: żona Jakuba Lea (--> żona Jakuba, Lea). Zawiesiłam się, bo w czasach, które mocno mi się z Twoim opowiadaniem kojarzą, był w Krakowie prezydent Leo, ale Juliusz i to przez brak przecinka uniemożliwiło mi załapanie od razu, o co chodzi. Wytnij też większość zaimków "swój" ;) Napisałam, że podobał mi się pomysł i narracja, za to zakończenie mnie trochę rozczarowało, jest takie trochę przyspieszone i za bardzo lukrowane. No i spodziewałam się po rycerzu kogoś mniej standardowego niż anioł. Ale czytało się spoko.

http://altronapoleone.home.blog

Cześć drakaina!

Dzięki za uwagi, rzeczywiście, nie było przecinka przed żoną Jakuba – już wstawiłam.

Naliczyłam cztery zaimki “swój” z czego trzy odnoszą się do ciała i określają czyje jest to ciało (co nie jest bez znaczenia dla całości tekstu), zatem je zostawiam.

No i spodziewałam się po rycerzu kogoś mniej standardowego niż anioł.

Anioł – nieanioł, określenie jest tylko pretekstowe, bo tylko chodzi o rycerza, który nie ma ciała.

 

Pozdrawiam!

chodzi o rycerza, który nie ma ciała.

To lepiej :D Może mnie komentarze zasugerowały trochę. Dorycerzowiłabym go ;) I w jakim wieku jest Eugenia, tak z ciekawości?

 

Klikam, bo z komórki nie szło.

 

Jednakowoż:

 

Lecz czy da się wyciągnąć z pleców sztylet, który tkwi swoim zimnym ostrzem w ranie?

 

Narzucała płaszcz, wkładała swój najlepszy kapelusz,

 

Patrzyła na swoje dłonie pokryte zbyt cienką warstwą skóry – tu jest OK

 

Lecz śmierć wysyła swoich żołnierzy – tu ujdzie

 

Stanęła naprzeciw w swojej czarnej sukni,

 

Był zachwycony każdym milimetrem swojego nowego ciała – ok

 

Tęsknisz za swoim bezcielesnym życiem? – ujdzie

http://altronapoleone.home.blog

 

drakaina

No dobrze, swoją suknię i sztylet można bez szkody wyciąć, kapelusz zaś zostawię :)

Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do skojarzeń i odniesień filmowych, tak jak to zrobił Adler w komentarzu, wspominając o “Mieście Aniołów”, bo najpierw powinny nam się narzucać skojarzenia literackie – przynajmniej tak mogłoby być w idealnym świecie. Pierwowzorem bohaterki jest bowiem Balzakowska Eugenia Grandet. Ma prawie czterdzieści lat i dwadzieścia lat temu zostawił ją kochanek. Od tego czasu każdy dzień jest dla niej taki sam i pusty.

 

Więcej rycerza w rycerzu? Hmm.

Pierwowzorem bohaterki jest bowiem Balzakowska Eugenia Grandet.

Było to jedno z moich skojarzeń, ale uznałam, że to zboczenie zawodowe :D Oczywiście pomyślałam również o cesarzowej Eugenii, co już jest zboczeniem zawodowym do potęgi.

 

Natomiast odniosłam wrażenie, nie wiem, na jakiej podstawie, że ona jest znacznie starsza. Może dlatego, że w porównaniu z Balzakiem wyobrażenia o wieku nam się mocno zmieniły i jego kobieta trzydziestoletnia to dziś raczej 40+ i pisząc do współczesnego czytelnika warto jakiś kompromis zawierać ;) A w pierwszych scenach Twoja Eugenia sprawiła na mnie wrażenie osoby bardzo zdecydowanie bliżej “starej” niż “w średnim wieku”.

http://altronapoleone.home.blog

Było to jedno z moich skojarzeń,

 

heart

 

Twoja Eugenia sprawiła na mnie wrażenie osoby bardzo zdecydowanie bliżej “starej” niż “w średnim wieku”.

Na pewno, starość duszy po nietrafnych życiowych wyborach i którą codziennie Eugenia obserwuje w lustrze – chciałam to zawrzeć w pierwszym akapicie.

Cześć Chalbarczyk :)

 

Ciekawie zarysowana historia starszej kobiety, która czuje, że nie ma niczego, bo dawno temu straciła wszystko, włącznie z sensem życia. Dlatego w końcu po rozterkach decyduje się na walkę z demonami przeszłości, pisząc pożegnalny list do rodziców (których w jakimś stopniu zdradziła/porzuciła, więc miała wyrzuty sumienia) i popełniając samobójstwo. A przynajmniej tak ja odebrałem tę historię Twojego autorstwa.

Ciekawe jest to, że zakończenie można odebrać w dwojaki sposób. Pierwszy – historia dzieje się naprawdę i faktycznie z płomieni ratuje Eugenię anioł, który zrzeka się swych przywilejów, by doświadczyć człowieczeństwa. Druga interpretacja jest taka, że Eugenia umarła, ale w nagrodę za cierpienie za życia, trafiła do raju, czyli takiego świata i życia, jakiego oczekiwała. 

 

Sposób przedstawienia tekstu jest dość nietypowy, ale ciekawy. Widząc przedmowę, bałem się, że się zgubię, ale na szczęście tak się nie stało, więc jeśli był to eksperyment, to zakończony powodzeniem :)

 

Podobało mi się przejście, w którym ukazana została retrospekcja zawierająca między innymi śmierć rodziców bohaterki.

 

Trochę nie rozumiem wątku rozejścia się Eugenii z Arturem. Czy kryje się za tym jakiś głębszy sens, czy po prostu jak to bywa w życiu, gdy emocje i namiętności opadły, okazało się, że jednak nie są dla siebie?

Ciekawi mnie też, dlaczego Anioł wybrał akurat Eugenię i czemu pojawił się w jej życiu tylko dwa razy? Czy ma to związek z jego mocą (lód wygrywający z ogniem), dlatego dopóki nie było pożaru, to nie mógł się pojawić? A przy pierwszym pożarze nie mógł zostać z Eugenią, ponieważ ona żywiła uczucia do innego (Artura)? Czy może to był anioł stróż, który staje się pełną manifestacją, tylko w ekstremalnych sytuacjach, a normalnie działa jakby zza kulis?

 

To chyba tyle ode mnie. Mój odbiór jest oczywiście pozytywny i fajne jest to, że tekst pobudził mnie do własnych interpretacji i snucia teorii.

 

Pozdrawiam :) 

 

Cześć!

Najpierw plusy. Zdania w większości były ładne i podkreślające klimat. Czytało się dobrze, lekko, mimo iż parę razy odniosłam wrażenie nieco “przepoetyzowanego” języka.

Jednak sama historia zupełnie nie w moim guście. Trąciła mi trochę starymi harlekinami, w których bohaterka głównie chodzi i wzdycha, a ja nie przepadam za tego typu historiami, to znaczy za romansami i wzdychaniem za utraconą miłością/młodością/urodą/wszystkim naraz. Dlatego nie do końca wciągnęłam się w tekst, a monologi wewnętrzne w paru miejscach mnie znużyły.

Niemniej napisane jest to na tyle sprawnie, że znużenie nie przekroczyło granicy, za którą zaczyna się zmęczenie i skakanie po akapitach ;)

Niedzisiejsze to opowiadanie i w niedzisiejszy sposób napisane. Skoro jednak, jak wyznałaś w komentarzu, inspiracją była Eugenia Grandet, nie wydaje mi się, aby ta historia mogła zostać przedstawiona inaczej. I choć sprawy poruszone w opowiadaniu nie należą do moich ulubionych, lektura sprawiła mi przyjemność na tyle dużą, że postanowiłam udać się do klikarni. :)

 

Ura­tu­ję go, ura­tu­ję! – krzy­cza­ła do sie­bie w my­ślach. → Zamiast dywizu powinna być półpauza.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mordoc

Spodobały mi się Twoje interpretacje :)

I to zakończenie, które dzieje się naprawdę, i to, które dzieje się w raju.

Trochę nie rozumiem wątku rozejścia się Eugenii z Arturem

…bo przemiany pożądania i fascynacji w niechęć nie da się zrozumieć – jest irracjonalna, tak jak nie rozumiemy nienawiści biblijnego Jakuba do swojej żony.

 

Dziękuję za przychylny komentarz i pozdrawiam!

Cześć gravel!

Historia o poświęceniu przez kobietę wszystkiego dla kochanka, który potem ją zostawia – jest stara jak świat i nawet archetypiczna, nie wspominając już o rycerzu ratującym księżniczkę (co jest jeszcze bardziej archetypiczne) – i może dlatego czasami mamy takich historii przesyt. Dzięki za odwiedziny!

 

Cześć regulatorzy!

Cieszę się, że taka wersja Eugenii Ci się spodobała. Pozdrawiam!

 

 

Spodobały mi się Twoje interpretacje :)

I to zakończenie, które dzieje się naprawdę, i to, które dzieje się w raju.

Cieszy mnie to niezmiernie :)

 

…bo przemiany pożądania i fascynacji w niechęć nie da się zrozumieć – jest irracjonalna, tak jak nie rozumiemy nienawiści biblijnego Jakuba do swojej żony.

Rozumiem, dziękuję za wyjaśnienia i pozdrawiam :)

Mordoc

 

laugh

 

Kawał porządnego tekstu, nieźle przemyślanego i dobrze napisanego. Bohaterka kojarzy mi się z paniami Balzaca, chyba nawet była wśród nich Eugenia. Przyznam jednak, że to nie moja bajka. Niemniej jednak klikłabym, gdybyś potrzebowała :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irka

Dzięki za komentarz i pochwały :)

Pozdrawiam!

 

Przeczytałem. Nie zachwyciło. W punktach 3 na 5.

Koala

Nie zachwyciło

Całkiem słusznie :)

Bo tekst nie miał zachwycać, no bo czym mógłby zachwycić? Czyimś nieudanym życiem?

 

Dzięki za odwiedziny i pozdrawiam!

Cześć!

To tak: bardzo ładnie napisane, czytało się przyjemnie, masz lekki, wciągający styl.

Spodobał mi się raczej ciężki, ponury i pełen rezygnacji klimat. To poczucie beznadziejności bohaterki, targanej wyrzutami sumienia. 

Niemniej im dłużej myślę nad opowiadaniem (czytane wczoraj) tym bardziej myślę o ogromnych lukach logicznych i niestety psuje to bardzo mój odbiór.

Największe zastrzeżenia mam do końcówki → przemiany rycerza i nagłej, wielkiej miłości. No tego totalnie nie kupuję. To nie jest tak, że miłość nagle wymaże to co zrobiliśmy i wyrzuty sumienia, które ktoś nosił w sobie lata. I pocałunek od w sumie obcego gościa w zbroi, który porzuca nieśmiertelność i bam mamy wielką miłość. Zupełnie mnie nie przekonują takie uproszczenia (tekst stawiał na powagę, ponurość i jak dla mnie w tym konkretnym opoku takie uproszczenia po prostu nie przejdą). 

Bardzo mało zdradzasz dlaczego w sumie pierwszy ukochany odszedł, dlaczego ich miłość była głupia, skąd pierwszy pożar (chyba że tego ostatniego nie wyłapałam). 

 

Mimo ładnego stylu i ciekawego konceptu, to zakończenie i jego nadmierne uproszczenie mnie nie przekonały. 

Powodzenia w konkursie!

Cześć Shanti!

Bardzo ciekawe uwagi, nie wiem, czy uda mi się na nie dobrze odpowiedzieć. Ale może zacznę od końca.

Dlaczego ukochany odszedł?

Bo zaczął do niej czuć nienawiść.

Dlaczego jej nienawidził?

Bo taka jest ludzka natura, a uczucia zmieniają się z pożądania w niechęć, ot tak, nagle i nie wiadomo dlaczego.

 

Źródło pożaru jest tu bez znaczenia, fragmentaryczność opowiadania może trochę uwierać i domagać się wypełniania opowieści kolejnymi szczegółami, ale postanowiłam, że fabuła trochę będzie w tle.

 

Co do rycerza, rycerz niczego nie traci, nawet on sam tak nie myśli, ale zyskuje ciało i wszystko co cielesność z sobą niesie. Dla Eugenii ciało było męką, więzieniem i ograniczeniem, a rycerz pokazuje jej, że cielesność nie jest tylko cierpieniem, ale czymś, nad czym można wpaść w zachwyt.

 

No i miłość. Winy miłość oczywiście nie wymazuje, bo ją może ostatecznie wymazać Bóg. Skoro Eugenia przestała oskarżać Boga, to może i duszę udało jej się oczyścić?

 

Dzięki za cenny komentarz i pozdrawiam!

 

 

Cześć!

 

Opowiadanie nastrojowe, pięknie wystylizowane. Naprawdę mi się podobało, chociaż nie jestem jakimś entuzjastą historii miłosnych. Duża inspiracja tym filmem z Nicolasem Cagem (tak się domyślam), ale i tak ciekawie się czytało, klimat świata przedstawionego mnie kupił.

 

Pozdrawiam!

 

P.S. Drugie opowiadanie konkursowe, które przeczytałem i znów motyw ognia, którym sam zamierzam wykorzystać…

 

 

Cześć mcraptorking!

 

Duża inspiracja tym filmem z Nicolasem Cagem (tak się domyślam),

Aaaa! Inspiracja tytułową bohaterką z dzieła Balzaka “Eugenia Grandet”! Zresztą, zachęcam do lektury, bo to klasyka :)

 

Dzięki za odwiedziny, pozdrawiam!

Dzięki za polecenie.

Hej, hej

Dobre. Nie powiem, że mnie zachwyciło, ale lektury nie żałuję, a taka “stara” stylizacja to zupełnie nie moja bajka. Ładnie kreujesz klimat, ładnie opisujesz beznadziejność po utraconej miłości. Wiem, że to może wybrzmiewać jak tanie romansidło, ale co tam? Mnie się podobało.

Stylizacja lekka i na tyle umiejętna, że nie powoduje zatrzymań.

Fabularnie było najsłabiej, bo akcja jest w postaci szczątkowej. Rozumiem, taka konwencja i to nie zarzut, tylko subiektywne preferencje.

Zakończenie zaskoczyło, że było optymistyczne ;)

Klikałbym

 

Ładny język i stylizacja, technicznie na wysokim poziomie, ale jednak sam archetypiczny układ historii w połączeniu ze zbyt dużą ilością niedopowiedzeń i luk niezbyt mi podszedł. Lubię happy endy, ale ten u Ciebie właściwie nie został w żaden sposób przygotowany – bezcielesny rycerz uznaje, że chciałby zakosztować życia śmiertelnika, ratuje bohaterkę, która po wielu latach chyba nie powinna już ulegać emocjom jak podfruwajka? Tym bardziej, że chodzi właściwie o nieznajomego? :) Nie zagrało mi to, niestety.

Stylizacja i sposób pisania sprawiły, że opowiadanie czytało się bardzo dobrze. Najbardziej jednak spodobała mi się scena, w której Eugenia musi wybierać między swoim kochankiem a rodzicami. Ten wybór okazał się nietrafiony i w dodatku zaważył na całym jej życiu. Ładnie to ukazałaś.

Pozdrawiam!

Lupus, Zanais

dzięki za odwiedziny i komentarze!

Mortecius

Lubię happy endy, ale ten u Ciebie właściwie nie został w żaden sposób przygotowany

Uśmiechnęłam się na to zdanie, bo po prawdzie, zakończenie miało być zupełnie inne, nie tak wesołe. Z początku wydawało mi się, że takie historie się dobrze nie kończą (o zdradzie), rany w człowieku są tak głębokie, iż szczęśliwe życie jest po prostu niemożliwe… Ale potem okazało się, że interwencja kogoś, kto jest inny i obojętny na cierpienie może dać happy end.

 

Pozdrawiam!

Uśmiechnęłam się na to zdanie, bo po prawdzie, zakończenie miało być zupełnie inne, nie tak wesołe. Z początku wydawało mi się, że takie historie się dobrze nie kończą (o zdradzie), rany w człowieku są tak głębokie, iż szczęśliwe życie jest po prostu niemożliwe… Ale potem okazało się, że interwencja kogoś, kto jest inny i obojętny na cierpienie może dać happy end.

Cóż, skoro tak, to nie mam więcej argumentów ;) Bywa i tak. Pozdrawiam!

Nowa Fantastyka