- Opowiadanie: Monique.M - Przeznaczenie i tak się dopełni

Przeznaczenie i tak się dopełni

Długo wena nie chciała mnie odwiedzić, choć postać Aditi przyszła mi do głowy podczas słuchania inspiracji. Postanowiłam wtedy wrócić do ostatnio stworzonego przeze mnie świata, zwłaszcza że kilka osób napomknęło o przeczytaniu kontynuacji. Starałam się stworzyć pełne, zamknięte opowiadanie.

Miłej lektury :)

 

https://www.youtube.com/watch?v=ZVlaqzWGXy0 

 

Edit: Wprowadziłam poprawki językowe.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy IV, Użytkownicy III, NoWhereMan

Oceny

Przeznaczenie i tak się dopełni

Dalekie grzmoty burzy skutecznie zagłuszały kroki w zamkowym korytarzu. Ciemność była za to sprzymierzeńcem skrytości. Kruczy wzrok Very prowadził ją bezbłędnie w labiryncie korytarzy i tajnych przejść. W dodatku kobieta zaczęła odkrywać u siebie niezwykłe postrzeganie rzeczywistości. Czyżby było to związane z zamkowym Azylem znajdującym się na Krańcu Świata i jego przejściem do innych światów? Przez ostatni czas Vera nabrała wprawy w nocnych eskapadach po zamczysku. A drogę odnajdywała niczym wiedziona zapachem, gdy oddalała się od celu ziołowa woń nikła, lecz nabierała intensywności, gdy Vera szła w dobrą stronę. Było to niezwykłe doświadczenie, zupełnie różne od wizji, które początkowo brała za zwykłe sny. Nie mogąc spać, a raczej unikając koszmarów, wolała więc wałęsać się po dawno zapomnianych korytarzach i myszkować po starych komnatach. Zamek mógł przyjąć jeszcze wiele kobiet, odrzuconych przez społeczeństwo. Lecz czy cieszyć się z tych wolnych miejsc, czy ze smutkiem przyjąć, że w ogóle są potrzebne?

Vera otrząsnęła się z ponurych myśli. Tej nocy miała konkretny cel. Kiedy jednak stanęła przed drzwiami do gabinetu Damaris, zwątpiła. Przemknęło jej nawet przez myśl, że może Mirosława, naczelna z sióstr, zamknęła go na klucz po śmierci przywódczyń społeczności prześladowanych kobiet. Drzwi jednak otworzyły się bez najmniejszego skrzypnięcia. Gabinet wyglądał dokładnie tak, jak przed dwoma tygodniami. Odrzuciła bolesne wspomnienia ostatniej rozmowy z Damaris i ruszyła do zawsze zamkniętej szafki w rogu gabinetu. Nie inaczej było i tym razem. Gdzieś musi być ten kluczyk, pomyślała Vera, przeszukując nadszarpnięte czasem biurko. Z każdą kolejną szufladą jej frustracja rosła. Tak jak trzymany do tej pory w ryzach gniew. Dokumenty czy książki początkowo delikatnie przesuwane, zaczęły fruwać i z hukiem lądować na podłodze. A jeśli miała go przy sobie i utonął wraz z nią? Vera pewnym krokiem przemierzyła gabinet, wzięła pogrzebacz i już bez zbędnych uprzejmości otworzyła drzwiczki. Na środkowej półce równiutko stały fiolki z kamieniem filozoficznym, skradzione z jej pracowni alchemicznej. Kiedy jednak dostrzegła swój skórzany mieszek z pierwszym kamieniem, poczuła ból w sercu. Bezwiednie przysiadła na fotelu, skrywając twarz w dłoniach. Oszukiwała mnie przez tyle lat… dla tego przeklętego kamienia i nieśmiertelności. Prawie mnie zabiła… PRZEKLĘTA DAMARIS! Vera uderzyła pięścią w blat, ale skrywane emocje raz wypuszczone, nie chciały opaść. Nic teraz nie wydawało się prawdziwe i godne zaufania. Jak pozbawiona skrupułów kobieta mogła stworzyć azyl dla prześladowanych kobiet? Nieproszone wspomnienia podniebnej potyczki kruka, jastrzębia i płomykówki znów nawiedziły Verę, rozpalając nikły płomyk nadziei. Bo przecież gdy Ursula zaatakowała Verę, to Damaris stanęła w jej obronie i zginęła…

Vera raptownie wstała z fotela i podeszła do okna odganiając gorzkie myśli. Wschód słońca na Krańcu Świata zawsze wpływał na nią kojąco. Wzięła kilka głębokich wdechów, wracając myślami do szczęśliwych chwil w Azylu. To tu poznała kilka bratnich dusz, tak samo skrzywdzonych przez ludzi fałszywymi oskarżeniami o czary. Ale mimo, że każda z kobiet była inna, pochodziły z różnych stron świata, to potrafiły nazywać się siostrami i wspierać nawzajem. Dla tych chwil warto było tu pozostać.

Uwagę Very zwrócił ruch na plaży. Czyżby jedna z dziewczyn zapragnęła przywitać dzień? Im jednak dłużej patrzyła na słaniającą się postać, tym więcej nabierała pewności, że to intruz. Ale jak mógł dostrzec zamek, skryty pod czarem? Przecież powinien widzieć ruiny. Nie tracąc czasu, Vera schowała do płóciennej torby zawartość szafki i pobiegła na dół, dla niepoznaki wybierając dłuższą, zapomnianą drogę. Przebiegając przez kuchnię krzyknęła do Jagody i Maryśki, aby pobiegły z nią, a Tarze nakazała znaleźć rządczynię. Kiedy dotarły na plażę intruz siedział na piasku, ciężko oddychając. Krótkie, potargane włosy sprawiły, że w pierwszej chwili wzięły go za mężczyznę. Kiedy jednak podeszły bliżej, nieznajoma uśmiechnęła się.

– Odnalazłam was… – zdążyła wyszeptać, nim zemdlała wprost w ramiona Jagody.

 

Vera podeszła do kolumny, podtrzymującej strop głównej sali. Beznamiętnie patrzyła, jak wszystkie siostry tłoczą się na środku, wezwane przez Mirosławę. Po chwili przed zgromadzenie wyszła krępa kobieta o surowym obliczu. Widać było jednak, że nowa funkcja rządczyni bardzo jej odpowiada.

– To już chyba piąte zwołane przez nią zebranie, a na każdym kolejnym wygląda coraz porządniej – zachichotała stojąca nieopodal Fiona.

– Mamy do omówienia kilka spraw… – Po sali przeszedł szmer, mogący uchodzić za zbiorowy jęk. Rządczyni zdawała się jednak tego nie spostrzegać. – Jak zapewne już wiecie, mamy nową siostrę. Brenna już się nią zajęła. Oprócz wycieńczenia nic poważniejszego jej nie dolega, nie będzie więc potrzebny cudowny eliksir. – Ostatnie słowa wypowiedziała z nutką pogardy, co nie uszło uwadze Very. – Druga sprawa, równie istotna. Ktoś włamał się do gabinetu Damaris i zdemolował go. Zabrał również zawartość szafki.

Vera omal nie upuściła trzymanego jabłka. Ostatni kęs podszedł jej do gardła i jedynie wyuczona poza spokoju ratowała sytuacje. Mirosława pozwoliła, by tym razem szmer wybrzmiał należycie.

– To podkopuje zaufanie sióstr do siebie i musi zostać ukarane. Już ja się dowiem, kto za tym stoi. – Jej wzrok uparcie świdrował Verę. – Vero, co robiłaś w nocy?

Pytana nawet gdyby mogłaby przemówić i tak nie wiedziałaby, co powiedzieć. Wyręczyła ją za to Jagoda.

– Wszystkie wiemy, że jesteś do niej uprzedzona.

– Może jednak mam powody.

– Vera była ze mną. Pomagała mi zbierać zioła w blasku przybywającego Księżyca, a później przygotowywać je do suszenia.

Vera czuła palące spojrzenia wszystkich zgromadzonych. Od dnia śmierci Damaris i Ursuli, kiedy znalazły ją na plaży, inaczej się do niej odnosiły. Były ostrożniejsze, niektóre wręcz unikały jej. Jeśli teraz przyznałaby się do zdemolowania gabinetu, musiałaby opuścić mury zamku. Ta myśl sparaliżowała ją, uświadamiając, jak bardzo tego nie chce.

Vera przytaknęła słowom przyjaciółki. Na twarzach części sióstr dostrzegła ulgę. Za to chmurne oblicze Mirosławy odwróciło się od niej.

– Przejdźmy do sprawy kóz. Coś im dolega, mało mleka dają. Jakieś pomysły, co z tym zrobić?

– Pewno, co zjadły i samo im przejdzie.

– Kupić nowe, przecież to już stare kozy.

– Głupoty gadasz, niedawno urodziły się młode.

Chaos jaki zapanował w sali trudno było nazwać dochodzeniem do konsensusu. Każda z zebranych chciała, aby to jej punkt widzenia był tym najważniejszym.

– Dałybyśmy spokój z tą całą demokracją – wrzasnęła na całe gardło Fiona. Zaskoczone tym kobiety umilkły. – Ja rozumiem, że wspólnota i równość, ale bez przesady. Ile można spotykać się i debatować nad ceną cebuli, którą trzeba i tak kupić.

Vera w duchu zgodziła się z Fioną.

– Takimi sprawami zajmuję się ja, jako rządczyni.

– Wiesz, o co mi chodzi, Mirosławo. Przecież wiadomo, że w niektórych sprawach nigdy się nie zgodzimy, a te swary jedynie nas dzielą. Już to mówiłam i powtórzę. Musimy wybrać kolejną przywódczynię po Danaris i Ursuli.

– Co, może ciebie?

Fiona odwróciła się, by odpowiedzieć, kiedy od strony wejścia usłyszały:

– Przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałam się przywitać – cichy, przyjazny głos nie pasował do męsko wyglądającej kobiety. Jeszcze podtrzymywana przez Brennę, kroczek za kroczkiem szła w stronę zebranych. – Jestem Kazimiera. Kiedy tylko usłyszałam o tym miejscu, od razu wiedziałam, że jest dla mnie. Uciekłam od męża, który znęcał się nade mną – mimowolnie dotknęła blizny po oparzeniu na ręku. – Rozpowiadał nawet, że rozmawiam nocami z diabłem… Ale to już za mną. Dziękuję, że przyjęłyście mnie.

Vera wypluła odgryziony kęs jabłka, czując w ustach gorycz. Ze zdziwieniem przyglądała się ładnemu owocowi. Nie mogąc pozbyć się posmaku, wymknęła się do kuchni po garnczek wody.

– Znów się wycofujesz? – usłyszała za sobą Jagodę.

– Przyszłam się napić.

– Znam te twoje wymówki. Słyszę je ostatnio bez przerwy. Albo zamykasz się w wieży, a jeśli już schodzisz do nas, to siadasz w kącie.

– Bo widzę ukradkowe spojrzenia, słyszę szepty, kiedy tylko się zjawiam. Każda jest ciekawa, co się wtedy stało… czemu tylko ja przeżyłam. Boją się mnie.

– Niektóre tak. Ale niektóre z nas są ci wierne.

Vera spojrzała na Jagodę. Nie uszła jej uwadze liczba mnoga.

– Dlaczego skłamałaś?

– Bo wiem, że jeśli to zrobiłaś, miałaś ważny powód. I chcę, żebyś została. I objęła przywództwo.

Vera zachłysnęła się wodą. Minęła dobra chwila nim się uspokoiła.

– Czemu niby ja?

– Opiekujesz się nami, leczysz swoimi miksturami, jesteś mądra i obyta w świecie. Potrafisz pisać i czytać. To chyba wystarczy.

– Po pierwsze mieszkam tu bardzo krótko. No i nie sądzę, żeby ktoś jeszcze tego chciał.

– Zdziwiłabyś się ile masz bratnich dusz przy sobie. Widzimy, jakie te ostatnie dni są dla ciebie trudne. Wtedy, kiedy znalazłyśmy cię na plaży, widziałam twój ból. Ale i determinację. Mam wrażenie, że straciłaś wtedy o wiele więcej, niż my. Ale nie chcesz stracić i nas.

Vera z każdą chwilą oddychała coraz ciężej. Miała wrażenie, że mury zbliżają się, chcąc ją zgnieść. Nie mogąc złapać tchu, wybiegła do ogrodu. Próbowała zdusić w sobie emocje, ale one wcale nie chciały dać się stłamsić. Musiała w końcu wyrzucić z siebie te wszystkie tajemnice.

– Okazało się, że z Damaris znamy się znacznie dłużej niż myślałam – zaczęła, kiedy tylko Jagoda się przysiadła. – Moją pasją jest nauka, ale po matce mam dar. Ja, Damaris i Ursula potrafiłyśmy zmieniać się w ptaki. Kiedy przez ostatnie lata pracowałam nad formułą kamienia filozoficznego, towarzyszyła mi płomykówka…

– Damaris?

– Tak. Dowiedziałam się o tym w dniu jej śmierci, kiedy uratowała mnie przed jastrzębiem, Ursulą. Tylko, że Damaris cały czas mnie oszukiwała. Towarzyszyła mi tylko dla mojego odkrycia, dającego nieśmiertelność. Do Azylu przyjęła mnie, bym mogła cały czas dostarczać jej nowe porcje eliksiru.

– Ale… ale, po co?

– Zamek znajduje się na Krańcu Świata. – Vera wskazała niebo nad drzewami. – A tam istnieje przejście do światów równoległych. Wraz z Ursulą chciały doczekać koniunkcji planet, kiedy otworzą się wrota i zabrać stamtąd coś, co ukarałoby ludzi za ich okrucieństwo wobec nas. Tamtego dnia chciałam je powstrzymać. Ursula zaatakowała mnie, a wtedy Damaris stanęła w mojej obronie. Zadały sobie na tyle dotkliwe rany, że wpadły do oceanu. Resztę znasz. Zeszłej nocy chciałam się przekonać, czy to rzeczywiście Damaris kradła mi fiolki z miksturą.

Jagoda położyła dłonie na drżących dłoniach Very. Jej dobrotliwy uśmiech dodawał otuchy, a zapach werbeny uspokajał.

 

Vera otworzyła księgę w miejscu, gdzie skończyła. Zawiłe wzory chemiczne zapisane przez jej poprzedników, nie stanowiły dla niej tajemnicy, choć zadziwiały swoją niekonwencjonalnością. Z każdą chwilą wczytywała się coraz bardziej. Nie istniał już szum fal za oknem, delikatny wiatr owiewający skórę, stół czy krzesło. Każdą cząstkę wzoru czuła. Zgnilizna siarki przechodziła w słoność na języku, szorstkość na skórze, blask fosforu, by po chwili zmienić się w delikatność kropel rtęci. Skąd tu jednak wkradła się gorycz? Dotyk na ramieniu. Vera podskoczyła na krześle, jednocześnie zamykając księgę, jakby ta kryła w sobie jakieś potworności. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że serce bije jej jak szalone, a oddech ma krótki, urywany. Co się ze mną dzieje? Czemu inaczej odbieram otaczający świat? To miejsce – zaraz przyszła odpowiedź. A może wariuję? Strach mieszał się z fascynacją. Dopiero po dłuższej chwili Vera odwróciła się w stronę zaniepokojonej Jagody. Za nią stała Kazimiera z garnczkiem parującej zupy.

– Pomyślałyśmy, że zgłodniałaś – zaczęła ostrożnie Jagoda. – Dobrze się czujesz? Wyglądasz, jakbyś zobaczyła zjawę.

Vera zamknęła uchylone usta i wyprostowała się, biorąc przy okazji porządny wdech.

– To zmęczenie. Dziękuję za zupę. – Wzięła od Kazimiery gorące naczynie.

– Jeszcze nigdy nie byłam w wieży czarnoksiężnika. – Kazimiera rozglądała się dookoła z niezdrowym zaciekawieniem. – Nie widzę tu czarcich figurek… choć czuć siarkę.

– To nauka a nie zabobony. – Vera zerknęła porozumiewawczo na Jagodę. Znały się już na tyle dobrze, że przyjaciółka pojęła od razu.

– Kaziu, zaraz zejdę za tobą do kuchni.

Po czym zamknęła za zaskoczoną kobietą drzwi.

– Co się dzieje? – spytała, siadając na stołku tuż przy Verze.

– Księgi, które tu znalazłam to skarbnica wiedzy. Chciałabym, żebyś znów pomagała mi w eksperymentach. Jeden już kończę. – Wzięła do ręki fiolkę z przezroczystym płynem.

– Nie wiem. Siedzisz w tej wieży i świata nie widzisz. Niektóre to nawet zapomniały o twoim istnieniu. – Zaśmiała się ze swojego żartu, ale widząc błądzącą myślami Verę, szturchnęła ją.

– Możesz pomóc mi już teraz? – Vera sięgnęła po zielony kryształ na długim łańcuchu. Po chwili trzymała go luźno. Jagoda mimowolnie zaczęła wodzić oczami za poruszającym się jednostajnie klejnotem. Prawo, lewo, prawo, lewo, prawo, lewo… Vera podjęła cichym głosem. – O niczym nie myślisz. Jesteś spokojna. Przymykasz powieki, mój głos cię prowadzi. Zrobisz teraz, co ci każę…

Jagoda wykonywała każde polecenie, wprawiając w zdumienie Verę. Przez myśl przemknęło jej, by sprawdzić, czy i Jagoda nie udaje przyjaźni, szybko jednak zrezygnowała.

– Wybudź się.

Jagoda otworzyła oczy i uśmiechnęła się.

– To w czym ci pomóc?

– Już pomogłaś. – Vera odwzajemniła uśmiech, mając nadzieję, że Jagoda nie usłyszy jej szybko bijącego serca. Przeczucie jej mówiło, że to odkrycie dawało niezwykłe możliwości, choć Vera jeszcze nie potrafiła określić jakie dokładnie.

– Będzie padać.

– Znowu? – Vera spojrzała na okno. Pogodny błękit nieba sięgał, aż po horyzont.

– Stokrotki i nagietki zwijają płatki, a na liściach wierzby od wczoraj perlą się krople. Za to pszczoły nie oddalają się od uli, aby móc szybko skryć się przed deszczem. Przyroda wyczuwa zbliżający się deszcz. Jeszcze nigdy się nie pomyliła.

Vera miała wrażenie, że natura wiele rzeczy próbuje przekazać, ale ludzie już się w nią nie wsłuchują. Czy aż tak daleko od niej odeszliśmy, że przestaliśmy ją rozumieć?

 

Jagoda miała rację. Wieczorem burza rozpanoszyła się na dobre nad zamkiem. Deszcz, gnany porywistym wiatrem, stukał niestrudzenie w szyby, jakby chciał przed czymś ostrzec. Błyskawice malowały na niebie skomplikowane wzory przy akompaniamencie wstrząsających ziemią grzmotów. W takich chwilach, jak ta Vera była wdzięczna losowi za Azyl i przyjaciółki, z którymi mogła spędzić ten czas. Jednak zauważyła, że ktoś jeszcze boi się burz i nawet przędzenie, nie daje mu ukojenia. Tara na każdy grzmot podskakiwała niczym rażona, a nić co chwilę zrywała się złośliwie z wrzeciona. Jagoda z Marysią, siedząc przy kominku, chyba nawet nie zauważały tego, wymyślając idealnego kawalera i chichocząc przy tym co niemiara. Natomiast Morgan jak zwykle narzekała.

– Ciekawe ile dziur w dachu pozostawi ta burza i jak to naprawimy, skoro jesteśmy odcięte od świata. Mirosława utyskuje, że nawet nie wiadomo skąd Ursula z Damaris brały jedzenie, bo w dokumentach nie ma.

– Już nieraz mówiłam Damaris, że za bardzo się odcięła od świata – powiedziała Vera. – Bardzo trudno jest być samowystarczalnym. I czy to nam się podoba czy nie, coś musimy czerpać od społeczeństwa. Nawet żeby kupić krowę, kiedy ta nam padnie. Trzeba tylko znaleźć zaufane osoby, które wesprą naszą sprawę w tajemnicy.

– Mądrze mówisz! – zakrzyknęła Fiona. – Powinnaś odebrać berło tej głupiej rządczyni. Teraz jak się dorwała do władzy to nie puści. A ta nowa tylko ją w tym wspiera, gadając jaka to Mirosława jest mądra i w ogóle. Przyczepiła się do niej jak rzep do psiego ogona.

– Przesadzasz. Kazia jest bardzo miła. Sama chciała nauczyć się o ziołach, a i miło się z nią gawędzi.

– Taaa, mnie też ciągnęła za język. To ten typ, co nie usiedzi w spokoju i wszystko chce wiedzieć.

Potężny grzmot uciszył Fionę. Vera odłożyła na kolana alchemiczne notatki, wsłuchując się w burzę, układającą się w jej głowie w melodię. Rozbawiło ją to, ale naprawdę zaczęła dostrzegać w tym muzykę, a jej serce dostosowało się do niesłyszalnego rytmu. Uderzenia stawały się coraz mocniejsze i rzeczywiste. To już nie było zwykłe skojarzenie, stawało się prawdziwe, a źródło tego się zbliżało. Poczuła potrzebę wyjścia temu naprzeciw. Wstała raptownie i wybiegła na korytarz, pozostawiając zaskoczone siostry. Biegła ile sił, przeskakiwała po dwa stopnie, aż trafiła na dziedziniec. Deszcz momentalnie ją zmoczył, ale Vera jedynie wpatrywała się w podniszczoną bramę, osłaniając twarz przed zacinającymi kroplami. Błyskawica dramatycznie przecięła niebo, w chwili, kiedy Vera dostrzegła zbliżającą się postać. Zdała sobie sprawę, że to właśnie ów podróżny wybijał rytm na niewielkim bębenku. Smukła postać szła z gracją, jakby nie przeszkadzała jej ani ulewa, ani błoto pod sandałami. Jej kibić poruszała się w rytm bębenka, niczym w tańcu. Te kilka chwil zdawało się niemal mistycznym doznaniem, nim nieznajoma przystanęła przed Verą z uśmiechem nie tylko na ustach, ale i w oczach. Skłoniła się lekko, nim zapytała z obcym akcentem.

– Czy znajdzie się miejsce dla utrudzonego wędrowca?

– Tak, zapraszam.

Vera poprowadziła gościa do kuchni. Miały szczęście, że ogień nadal buchał w jednym z pieców. Kobieta szybko zdjęła przemokniętą pelerynę, ukazując czerwone sari, zdobione złotą nicią.

– Mam na imię Aditi.

– Vera.

Kobieta uśmiechnęła się jeszcze szerzej, po czym zbliżyła się do ognia, próbując podsuszyć gruby, czarny warkocz, poprzeplatany rzemykami. Vera nie mogła oderwać oczu od hipnotyzującej postaci. W ustach poczuła przyjemny, słodkawy smak.

– Zaparzę ci czarny bez na rozgrzanie – powiedziała w końcu, podchodząc do półki z ziołami.

– Nie brudźcie podłogi! Dopiero co myłam! – zaskrzeczała od progu zgarbiona staruszka. Próbowała przyjrzeć się mglistym wzrokiem kobiecie przy ogniu, lecz ta wyglądała, jakby pochłaniały ją płomienie, a blask raził.

– Mamy gościa. Przecież nie zostawimy jej na dworze. Lepiej idź po rządczynię.

Lecz Mirosława w tej samej chwili zjawiła się w kuchni. Vera zastanawiała się kto dla niej szpieguje.

– Witamy w naszych skromnych progach! Cieszymy się, że dołącza do nas kolejna siostra w potrzebie – mówiła zachwycona Mirosława, kiedy jednak Aditi odeszła od pomarańczowej łuny, pokazując się w pełnej krasie, jej uśmiech przygasł. – Widzę, że przybywasz z bardzo daleka.

Aditi z szacunkiem skłoniła się, choć i jej uśmiech nie był już tak szeroki.

– Chciałam prosić o przenocowanie dla nabrania sił.

– Tyle chyba rzeczywiście wystarczy.

Vera spojrzała ostro na rządczynię. Nie mogła uwierzyć, że ta przyjmuje kobietę w potrzebie z takim chłodem.

– Chętnie zajmę się gościem – zaproponowała, wytrzymując surowy wzrok Mirosławy.

– Czy jest może na zamku Damaris?

To z pozoru niewinne pytanie zmroziło wszystkich.

– Przykro mi, ale Damaris nie żyje.

– Przeczuwałam to – szepnęła do siebie Aditi.

– Skąd ją znasz? – spytała Vera ostrzej niż zamierzała.

– To nie czas na to – ta odparła szybko. – Jestem bardzo zmęczona. Ale wrócimy do tego. Gdzie mogę odpocząć?

 

Vera z samego rana zjawiła się w komnacie Aditi z kubkiem soku z malin i jeszcze ciepłą pajdą chleba polaną obficie miodem. Miała tyle pytań, które nie dały jej zmrużyć oka. Nikogo jednak nie zastała. Coś ją jednak ciągnęło do ogrodu. I nie myliła się. Na kamiennym murku, okalającym rabaty z ostróżkami, siedziała Aditi z przymkniętymi oczami. Ogorzałą twarz zwróconą miała ku słońcu. Jednocześnie rytmicznie uderzała w metalowy bębenek. Spokój udzielił się Verze. Cicho, by nie przeszkadzać, postawiła tacę nieopodal, po czym sama wycofała się pod starą jabłoń. Słoneczny dzień dodawał sił a zapach słodkiej melodii bębenka uspokajał. Ta myśl zadziwiła Verę. Przecież melodia nie ma zapachu, dlaczego więc tak to odczuwała? Uważniej przyjrzała się Aditi. Wyglądała niczym kapłanka tajemnych bóstw. Co sama skrywała? Zapowiadało się, że Vera musiała poczekać, nim się tego dowie. Zerwała z niskiej gałęzi jabłko i wgryzła się w soczystą czerwień, wracając do zamku.

 

Vera grzebała w talerzu już od dłuższego czasu. Jedzenie papki z bobu piąty dzień z rzędu, nawet przyprawionej ziołami, to było za wiele. Starała się nie zwracać uwagi na towarzystwo bawione przez Kazimierę. Sama nie wiedziała, co ją tak w tym irytowało. Znów naprzeciwko Jagoda rozmawiała w najlepsze z Aditi. Szkoda tylko, że dla mnie nie znalazła chwili.

– W moich stronach silne działanie ma ashwagandha. Dodaje sił witalnych, wzmacnia organizm i leczy wiele dolegliwości. Jednak wierzymy, że wraz z fizycznością równie ważna jest równowaga duchowa.

Jagoda już miała zapytać, co Aditi ma na myśli, kiedy ktoś ją ubiegł.

– A jak smakuje krew? – Pytanie Kazimiery zawisło w powietrzu. – Słyszałam, że używacie jej do praktyk religijnych – dodała szybko.

Aditi uśmiechnęła się z zakłopotaniem, kręcąc głową.

– To nieprawda. Nawet nie jem mięsa.

Kazimiera wydawała się rozczarowana. Tymczasem do rozmowy włączyła się Mirosława.

– Skąd znałaś Damaris?

Vera spojrzała wyczekująco na Aditi.

– To długa historia, a muszę przygotować się do dalszej drogi. Dziękuję za posiłek – powiedziała, wstając od stołu.

Mirosława nie potrafiła ukryć zadowolenia. Kiedy tylko Aditi zniknęła za drzwiami, powiedziała:

– Wspaniałe wieści.

Kilka sióstr kiwnęło na zgodę. Vera patrzyła na to z niedowierzaniem.

– To przerażające, że osoby, które najlepiej powinny rozumieć, jak krzywdzący jest czyiś nieprawdziwy osąd, to samo robią wobec innych wyróżniających się.

– Przecież nie wyrzuciłam jej z zamku. Ale nie muszę jej też kochać.

Vera wstała i bezceremonialnie wyszła z jadalni, ku zaskoczeniu sióstr.

 

Vera sama nie wiedziała, jak długo wpatruje się w niespokojny ocean z najwyższego tarasu. Słońce chowało się już za horyzontem, barwiąc wszystko czerwienią, kiedy wyczuła obecność Aditi.

– To stało się tam. – Vera wskazała ręką miejsce podniebnej walki.

Przez chwilę towarzyszył im jedynie szum fal i krzyki mew.

– Miałaś powiedzieć mi skąd znasz Damaris. – Vera odwróciła się ku Aditi. Nie próbowała ukryć gniewu i rozczarowania.

– Zacznę od początku. – Aditi przysiadła na murku. – Damaris poznałam lata temu. Od zawsze kłopoty ją lubiły i tak było wtedy. Los zetknął nas na targu niewolników. W ręce handlarzy oddała mnie rodzina, bojąc się moich zdolności. Damaris pochwycili przypadkiem. Pomogłyśmy sobie nawzajem. Uciekłyśmy i przez pewien czas razem podróżowałyśmy. Później nasze drogi jeszcze kilka razy się spotykały. Raz, tuż po tym gdy odnalazła to miejsce. Pełna pasji i nadziei opowiadała mi o swoich planach stworzenia schronienia dla potrzebujących kobiet. Niestety Ursula miała na nią zły wpływ. Co prawda nigdy jej nie poznałam, ale w czasie rozmów dostrzegłam, że Damaris inaczej patrzy na świat.

Vera kiwnęła głową, doskonale rozumiejąc, co Aditi ma na myśli.

– Damaris coraz mocniej przyzywał mrok. Podczas kolejnego spotkania, opowiedziała mi o tobie. Z zachwytem przyglądała się twojej pasji przy pracy. Lubiła, kiedy mówiłaś do niej, traktując jak członka rodziny. I czuła z tobą coraz większą więź, choć jak sama przyznała, nie miała czystych intencji.

– Mówisz, że była rozdarta?

– Tak jak ty teraz. Wyczuwam w tobie to rozżalenie i poczucie straty, mieszające się ze złością i poczuciem zdrady. Niestety przybyłam za późno, by uratować Damaris. Ale mogę pomóc tobie.

– Jak?

– W nocy, kiedy zjawiłam się tu, już z daleka wyczułaś mój rytm.

– To znaczy? Mówisz zagadkami.

– Raz na jakiś czas rodzą się ludzie z niezwykłymi zdolnościami postrzegania świata wokół. Czasem przez lata są one uśpione. Niektórzy ukrywają je lub wręcz niszczą w zarodku. Boją się odrzucenia. Jednak są i tacy, którzy przyjmują swój dar.

– Mówisz o magii?

– Nie do końca. Czy ostatnio nie zauważyłaś u siebie różnych dziwnych wrażeń? Doznań? Ja na przykład wyczuwam z daleka rytm każdej żywej istoty. Wszyscy mają swój niepowtarzalny. Bębenek mi to ułatwia. Potrafię również dzięki rytmowi wyczuć czy ktoś ma czystą duszę.

– Czy… Damaris również miała, to coś?

– Nie. Ale mam wrażenie, że to miejsce obudziło twój dar.

Verze od razu przyszły na myśl wszystkie niezwykłe doznania z ostatnich dni.

– Czytane księgi odczuwam wszystkimi zmysłami.

– Tak! Właśnie o to chodzi. Czy coś jeszcze cię zaskoczyło?

– Ja… to głupie, ale zauważyłam przy nowo poznanych osobach, że odczuwam różne smaki. Słodki przy tobie.

– A to ciekawe. Odbierasz wibracje innych osób poprzez smak. Choć i potrafiłaś dostosować swoje wibracje do moich. Nie bój się odkrywać kolejnych możliwości – powiedziała Aditi, wstając.

– Nie zostaniesz, aby mnie uczyć?

– Nigdy nie byłam i nie będę nauczycielem. – Aditi uśmiechnęła się. – Jestem co najwyżej kroplą, która zapoczątkowuje zmiany. Czasem spotykamy ludzi tylko na chwilę i to wystarczy, by zmienili nasze życie na zawsze. Czasem na dobre, czasem na złe. Lecz ty sama musisz wziąć sprawy w swoje ręce, nie stać na uboczu, jeśli coś ci się nie podoba. To miejsce ukochała Damaris, a ty czujesz, że teraz idzie w niewłaściwą stronę. Czas na mnie, ale wiem, że jeszcze się spotkamy.

Aditi ucałowała Verę w policzek i ruszyła schodami ku plaży.

 

Kolejna bezsenna noc. Tym razem Vera wiedziona ciekawością, wybrała się do tajnej biblioteki. Przeczucie podpowiadało jej, że bariera ochronna zniknęła wraz z Damaris i Ursulą. Przemknęła obok schodów do kuchni, skąd dochodził pogłos rozmów. Czyżby nocne warzenie eliksirów i nalewek? Widzę, że zwłaszcza te ostatnie cieszą się powodzeniem, odkąd rządczyni znalazła dostawcę spirytusu. Nie wróży to dobrze dla Azylu. Uwagę Very odwrócił cień, przemykający z naprzeciwka. Która to z sióstr również wybrała się na nocne zwiedzanie? Zaintrygowana, postanowiła to sprawdzić. Zakapturzona postać szła szybko, lecz ostrożnie, w stronę zapomnianej wieży wschodniej. Przez nią dostała się na poddasze starej zbrojowni. Vera ostrożnie zajrzała do pomieszczenia. Na środku leżał stos siana. Gorycz w ustach, z początku delikatna, stawała się nie do zniesienia. Postać wyjęła spod peleryny krzesiwo i kilkoma wprawnymi ruchami podpaliła go. Vera bez zastanowienia wbiegła do środka, chcąc ugasić płomienie, jednak postać stanęła na drodze. Jej dłonie, niczym imadła, złapały nadgarstki Very, która próbowała się wyrwać. Przez szarpaninę kaptur podpalaczki zsunął się.

– Kazimiera…

Vera nie była zdziwiona. Złość dodawała jej sił, lecz przeciwniczka wcale nie odpuszczała. Kiedy ogień rozhulał się na dobre, liżąc powałę, Kazimiera mocno pchnęła Verę na ścianę i wybiegła na kręte schody. Chwilowe zamroczenie Very szybko ustąpiło. Spojrzała na ogień i już wiedziała, że sama nie zdoła go ugasić. Ale nie mogła też dać uciec sprawczyni. Liczyła się każda sekunda, a w ludzkiej postaci nie była w stanie nic zrobić. Bez zastanowienia zmieniła się w kruka. Kazimierę dogoniła jeszcze na schodach. Zaczęła drapać jej głowę pazurami, niechcący wplątując się we włosy.

– Uciekaj, wiedźmo! Spalę was… was wszystkie! Zostaw mnie! – Oganiała się, ale pokrwawione ręce nie dawały ochrony. Jeden nieopatrzny krok i straciła równowagę. Runęła ze schodów, obijając się o ściany. Nieprzytomna, zatrzymała się dopiero na dole. Vera mogła teraz szukać pomocy. Wyleciała przez okno i okrążyła zamek, wpadając do kuchni przez otwarte drzwi. Jeszcze w locie zmieniła postać i zakończyła lot spektakularnym ślizgiem. Zdumione siostry podeszły bliżej.

– Pożar przy wieży wschodniej! Musimy szybko tam biec i gasić!

W tym samym momencie do kuchni wbiegła Mirosława.

– Co tu się dzieje? Jakieś nocne schadzki? I jaki pożar? Tam przecież nikt nie chodzi.

– Podpalenie.

– Wiedziałam, że obcym nie można ufać! Teraz cały zamek przez nie spłonie…

– Nie czas na czcze gadki! – huknęła Vera. – Maryśka, budź wszystkie siostry. Niech biegną z wiadrami do beczek na deszczówkę i pędem do wieży. Wy bierzcie wodę stąd do kociołków, wiader i co tylko się przyda. Fiona i Brenna, chodźcie ze mną po podpalaczkę. Tylko też weźmy wodę na górę.

Mirosławie odebrało mowę, choć jej twarz robiła się coraz czerwieńsza. Tymczasem wszystkie siostry rzuciły się do wykonywania poleceń.

Musiały uważać na śliską posadzę. Woda rozchlapywała się z wiader na podłogę. Niestety u szczytu schodów nikogo nie było. Jedynie ślady krwi znaczyły miejsce upadku.

– Dziewczyny, szukajcie Kazimiery. Nie może ujść jej to płazem. Ja idę nadzorować gaszenie.

Fiona skinęła głową, uśmiechając się z satysfakcją. Vera dołączyła do sióstr niosących wodę, lecz szybko okazało się, że nie mogą nawet wejść na górę. Ogień rozprzestrzenił się już na szczyt wieży. Czarny, gryzący dym coraz bardziej wypełniał wąską klatkę schodową, dusząc i wyciskając łzy. Ich próby ugaszenia ognia wydawały się wręcz śmieszne. Vera przepchnęła się na dół i znów zmieniając się w ptaka, wyleciała na zewnątrz. Pożar ogarnął już cały dach zbrojowni i atakował drugą wieżę. Bezsilność i wściekłość dusiły ją tak samo, jak dym unoszący się ku nocnemu niebu. Wtem coś spadło na jej dziób. Po chwili poczuła delikatne uderzenie w skrzydło. Spojrzała w górę. Burzowe chmury napływały od oceanu, gnane coraz silniejszym wiatrem. Deszcz nagle lunął. Syk kropel spadających na płomienie zagłuszył wicher. Vera z ulgą przyglądała się, jak ogień cofa się pod naporem ulewy. Była pewna, że to nie przypadek, lecz Damaris czuwa nad swoim azylem, gdziekolwiek teraz była. Wreszcie sama musiała schować się w budynku. Już z daleka słyszała wiwaty, a co poniektóre kobiety odtańczyły taniec radości. Szalone, pomyślała z sympatią.

– Dziewczyny, chodźmy do kuchni, osuszyć się i napić czegoś na uspokojenie – zakomenderowała mimowolnie, lecz wszystkie posłusznie ruszyły na dół.

W kuchni Vera od razu podeszła do rozpalonego pieca. Cała przemoczona, pozostawiała za sobą mokre ślady, niczym topielica. Przysiadła na brzegu stołu i zapatrzyła się w płomienie. Śmieszne, że przed chwilą ogień był niczym wróg, a teraz daje ciepło i ukojenie. Wszystko jest rzeczą względną. Zamyślona, nawet nie zauważyła, że ktoś włożył w jej dłonie przyjemnie ciepły kubek z naparem. Do jej świadomości doszedł skrzekliwy głos Mirosławy. Kilka sióstr zgromadziło się wokół niej, większość jednak wolała trzymać się na uboczu.

–… widzicie teraz, że ta cała Aditi to diabeł wcielony! Ale Vera się uparła, żeby ją tu ugościć. I co teraz powiesz?

– A no to, że to wcale nie Aditi i Vera są winne! – zakrzyknęła triumfująco Fiona, wchodząc do kuchni. Tuż za sobą ciągnęła kulejącą, pokrwawioną Kazimierę. – Przedstawiam zdrajczynię.

Mirosława drugi raz tej nocy zaniemówiła i spąsowiała. Siostry tymczasem zebrały się wokół sprawczyni.

– Co tu tak naprawdę robiłaś i kim jesteś? – spytała Fiona, potrząsając nią.

Kazimiera splunęła na podłogę.

– Wiem, co rozwiąże jej język. – Tłumek rozstępował się przed Verą. – Ostatnio eksperymentowałam z formułami z ksiąg moich poprzedników i możliwe, że uwarzyłam eliksir prawdomówności. Sprawdzimy na niej czy działa. Zaraz przyniosę.

Kiedy powróciła do kuchni, napięcie było wręcz wyczuwalne. Siostry powstrzymywały się przed samosądem, tylko by zdobyć ostateczne dowody. Sama winowajczyni była teraz przywiązana do krzesła i zakneblowana.

– Wyzywała nas – wyjaśniła Fiona na nieme pytanie alchemiczki.

Vera postawiła na stole małą, przezroczystą fiolkę oraz notatnik.

– Przypominam, że to jedynie eksperyment i nie badałam go na nikim. Z notatek alchemików wynika, że jest bardzo silny. Już samo powąchanie może odurzyć. Natomiast podanie doustne zmienia świadomość…

– Dobra, dosyć tego naukowego bełkotu. Wlewamy jej do gęby i już. – Morgan ruszyła do wyrywającej się Kazimiery. – Spokojnie, mała, bo fikniesz na tym krześle i tak cię zostawię.

Fiona zapewniła Verze możliwość wlania w usta podpalaczki kilku kropel płynu, po czym na nowo ją zakneblowała. Początkowe rozjuszenie Kazimiery powoli ustępowało. Tymczasem Vera dostrzegała w jej zachowaniu zmiany, które umykały pozostałym i skrzętnie je notowała, szepcząc pod nosem.

– Po krótkim czasie następuje rozprężenie. Mięśnie rozluźniają się. Wzrok staje się tępy. Głowa lekko się chwieje. Objawy podobne do upojenia alkoholowego.

– Siedzimy tu jak te sieroty i nic! Ty i te twoje wynalazki.

– Cicho bądź, Mirosławo. Ona chociaż coś próbuje robić, a nie tylko zrzędzi.

– Ja widzę, że specyfik działa. Czy nic jej nie będzie? – w głosie Jagody pobrzmiewała troska.

– Nie wiem. – Vera wzruszyła ramionami. – Teraz to badam. Ale obojętne mi to wobec kobiety, która próbowała nas zabić.

Nagle wstała i wyjęła z ust Kazimiery knebel.

– Kim jesteś?

Kobieta jednak nie zareagowała. Vera przykucnęła tuż przed nią i poczekała, aż ta skupi na niej wzrok.

– Kim jesteś?

– Jak to… Kazia…

– Kto cię tu przysłał?

– Jacyś wielmoże… Przyjechali do wioski i rozpytywali się, kto chce zarobić złotych monet… Mówili coś o siedlisku czarownic… a ja nie lubię czarownic.

– Dlaczego?

– Urok rzuciła na męża…

– Co cię bił?

– Bił? Nie…

– A to oparzenie na ręce to skąd masz?! – wtrąciła się Fiona.

– Wylałam wrzątek niechcący.

– A czy ci wielmoże wiedzieli, gdzie mieszkają wiedźmy?

– Nie, głupki jedne… Wysłali mnie na Kamienną Górę, ale tam nic… Błądziłam, aż doszłam tu.

Ulga wręcz była wyczuwalna wśród sióstr.

– Dobrze, a teraz zapomnisz wszystko, co tu się wydarzyło. Zapomnisz, gdzie jest ten zamek. Śpij.

– To coś da? – szepnęła Tara.

– Badam. Ponoć można wpływać na innych, jeśli są w odmiennej świadomości.

Kiedy tylko głowa Kazimiery opadła, w kuchni wybuchła wrzawa. Każda z sióstr miała coś do powiedzenia, od pomstowania na podpalaczkę, przez ulgę, że to koniec, aż do obaw, że jednak to początek kłopotów Azylu.

– Siostry! Uciszcie się! Ciszaaa!!!

Potężny głos rządczyni uspokoił sytuację, choć nadal tliły się dyskusje w dalszych szeregach.

– Na szczęście zagrożenie minęło…

– Nieprawda. – Vera stanowczo zaprzeczyła. – Może jeszcze nie wiedzą, gdzie jest Azyl, ale szukają go. Ona na pewno nie była jedyna.

– Choć Damaris bardzo się starała zachować sekret, to było to do przewidzenia, skoro tyle kobiet się tu przewija.

– Co mamy robić?

– Szukać kolejnej kryjówki.

– Ja już nie chcę uciekać.

Strach znów opanował kobiety.

– Musimy wystawić straże, które z ukrycia przegoniłyby potencjalnych szukaczy. Jeśli nie dotrą zbyt blisko zamku, nie dowiedzą się o Azylu.

– I co, Vera? Każda z nas ma mieć dyżury i czatować w krzakach?

– Nawet jeśli, to co? Skoro nazywamy siebie siostrami a to miejsce Azylem, może nawet domem, to powinnyśmy brać za nie odpowiedzialność. Nie twierdzę, że to będzie trwało w nieskończoność. Mam nadzieję, że w bibliotece znajdę księgi, które nam pomogą w dodatkowym zabezpieczeniu tego miejsca.

– No, wreszcie ktoś mówi rozsądnie. – Fiona przyklasnęła. – Ponieważ jesteśmy tu wszystkie, składam wniosek o to, by Vera zarządzała Azylem.

– Co?! Ona ma mnie zastąpić?!

– Tak. Dobrze słyszałaś. Nie podobają mi się twoje rządy i nie tylko mnie. Vera jest wykształcona, zna świat, ma głowę na karku, a dziś udowodniła, że potrafi działać i nas chronić. A ty przecież uwielbiasz głosowania. – Widząc, że Mirosława z wściekłości nie może wydusić słowa, kontynuowała – Kto jest za, niech podniesie rękę.

Las rąk wyrósł w kuchni. Te które jeszcze wahały się, szybko dołączyły. Jedynie nieliczne okazały się wierne Mirosławie.

– Dobrze więc. Wybrałyście. Ale ja nie zamierzam żyć pod jej władzą.

– No co ty. Gdzie się podziejesz?

– To raczej świadczy o twojej bucie. Ciebie nie obchodzi los Azylu.

– Fiona!

– To prawda, Jagódko. Masz zbyt dobre serce, ale to nie sprawdza się w dzisiejszych czasach.

Jednak Mirosława już wyszła z kuchni. Vera ruszyła za nią. Nikt nie zauważył, że ze stołu wzięła fiolkę.

– Mirosławo, poczekaj. – Dogoniła ją w holu. – Przecież to nie jest wymierzone w ciebie.

– Mnie nie oszukasz! Od początku chciałaś przejąć tu władzę.

– Mówisz głupoty. To ty mnie nie trawiłaś. Nie chcę jednak rozstawać się w gniewie. Wcale nie musisz odchodzić.

– Muszę.

– Czyli twoja duma jest ważniejsza?

Nim Mirosława odpowiedziała, Vera przystawiła jej pod nos fiolkę.

– Co robisz?! – rządczyni rzuciła się do tyłu, ale opary zaczynały już działać.

Vera szybko wyjęła kryształowe wahadło i zaczęła ruszać nim przed oczami kobiety, szepcząc uspokajające słowa.

– Kiedy stąd wyjdziesz, nie będziesz pamiętała gdzie znajduje się zamek. Nie zrobisz nic, co zaszkodzi Azylowi. A teraz się wybudź.

Mirosława w jednej chwili przybrała nienawistną maskę, po czym bez słowa ruszyła na górę po swoje rzeczy.

– No, masz zaskakujące metody zarządzania.

Vera usłyszała za sobą Fionę. Kiedy jednak obróciła się, przyjaciółka uśmiechała się z zadowoleniem.

– Wiedziałam, że kto jak kto, ale ty ochronisz Azyl. – Przyłożyła palec do ust. – To będzie nasza tajemnica, a ja chętnie ci pomogę.

Koniec

Komentarze

Dobry wieczór, Monique.M

Twoje opowiadanie nie należy do łatwych. Rozumiem, że przedstawiłaś sposób walki o władzę w społeczności złożonej wyłącznie z kobiet, stąd podstęp i ukrywanie prawdziwych intencji. Ale dopuszczam też, że jest to forma przeszukiwania własnej świadomości przez główną bohaterkę.

Zapewne możliwych interpretacji Twojego tekstu jest znacznie więcej.

Można pozazdrościć łatwości posługiwania się piórem. Jest tu też fajne budowanie klimatu. 

 

Powodzenia w konkursie i wszystkiego dobrego. 

 

Wrażliwości na słowo i wszystkiego, co jest dobre w moim pisaniu, nauczyła mnie Reg. Dziękuję:)*

Bardzo się cieszę, że pierwszy komentarz okazał się pozytywny:). Dziękuję :).

Cześć Monique!

Przeczytałam z zainteresowaniem i po lekturze mam wrażenie dwóch opowiadań w jednym. Pierwsze, rozgrywające się w dialogach, żywe i barwne, opisujące bardzo naturalnym językiem życie kobiet w zamku i drugie, cięższe, stanowiące zapis wewnętrznych przeżyć głównej bohaterki. Nie ukrywam, że to pierwsze bardziej mi się spodobało.

 

 

Drobne uwagi:

Sam poczatek wydaje się zbyt rozwlekły, co sprawia, że ciężko się go czyta, a tak naprawdę opowiada tylko o włamamiu się do gabinetu Damaris.

Konsekwentnie nie stawiasz przecinków przed “co”. Chyba jednak należy postawić :)

Oraz:

Nikogo jednak nie zastała. Coś ją jednak ciągnęło do ogrodu.

Trochę niezręczne, czy chodziło o to, że zrezygnowała z szukania i postanowiła odpocząć w ogrodzie? Tak trochę wynika z tego sformułowania.

to nie prawda

powinno być: nieprawda

 

Zgłaszam do biblioteki i pozdrawiam!

 

 

Dziękuję za komentarz:) Cieszę się, że ogólnie się podobało:). 

 

Przeczytałam z zainteresowaniem i po lekturze mam wrażenie dwóch opowiadań w jednym.

Ciekawe spostrzeżenie :).

 

Na początku chciałam przedstawić sytuację, żeby czytelnik nie był zupełnie pogubiony, co mogło wpłynąć na rozwleczenie. A jeśli chodzi o przecinki, to moja zmora. Postaram się poprawić to co dostrzegę. I dzięki za bibliotekę :).

 

I znów bez przecinka przed “co” :)

Postaram się poprawić to co dostrzegę.

winno być:

Postaram się poprawić to, co dostrzegę.

 

laugh

No i widzisz laugh. Przecinki nie lubią mnie.

Hmmm. Fajna historia, miło było się spotkać ze starą znajomą, ale całość jest niedopieszczona ortograficznie.

Zrobisz teraz, co ci karzę…

Sprawdź w słowniku, co znaczy “karzę”. Możesz się zdziwić.

Jeden nieopaczny krok

Nie odkładaj słownika – “opaczny” też sprawdź.

– Nie prawda.

Łącznie.

Babska logika rządzi!

Fajnie, że nas odwiedziłaś, Finklo smiley.

Wskazane błędy już poprawiłam. Niestety nigdy nie byłam dobra z ortografii, choć dużo czytałam. A teraz to w ogóle nie dostrzegam takich rzeczy, jeśli mi nie podkreśli crying. Choć muszę przyznać, że dzięki forum podciągnęłam się z przecinkami i niektórymi regułami :).

No to nie rezygnuj z forum, widzę jeszcze pole do popisu. ;-)

Babska logika rządzi!

Przeczytane.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Been here. devil

Podoba mi się Twój pomysł, Monique. Nieźle opisałaś perypetie pań żyjących w utworzonej przez nie wspólnocie. Zainteresowanie wzbudziło przedstawienie epizodów z życia codziennego, zaciekawiły starania o utrzymanie władzy przez Mirosławę, ciekawe okazały się próby zmiany tej sytuacji podpowiadane przez dziewczyny sprzyjające Verze. Dobrze, moim zdaniem, wypadł wątek Aditi, dzięki której poznałam przeszłość Damaris i dzięki której nie powiódł się zamach piromanki.

Wykonanie, niestety, pozostawia sporo do życzenia, ale mam nadzieję, że poprawisz usterki i będę mogła polecić opowiadanie do Biblioteki.

 

wzię­ła po­grze­bacz i już bez zbęd­nych uprzej­mo­ści otwo­rzy­ła drzwicz­ki. → To chyba nie jest najlepsze słowo. Czy wcześniej okazywała szafce uprzejmość?

 

Na środ­ko­wej półce stały rów­niut­ko skra­dzio­ne z jej pra­cow­ni al­che­micz­nej fiol­ki z ka­mie­niem fi­lo­zo­ficz­nym. → Co to znaczy, że fiolki zostały równiutko skradzione?

A może miało być: Na środ­ko­wej półce rów­niut­ko stały fiol­ki z ka­mie­niem fi­lo­zo­ficz­nym, skra­dzio­ne z jej pra­cow­ni al­che­micz­nej.

 

Im jed­nak dłu­żej przy­glą­da­ła się sła­nia­ją­cej się po­sta­ci, tym na­bie­ra­ła pew­no­ści… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Im jed­nak dłu­żej patrzyła na słaniającą się postać, tym więcej na­bie­ra­ła pew­no­ści…

 

– Jak za­pew­ne wieść roz­nio­sła się lotem bły­ska­wi­cy, mamy nową sio­strę. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: – Jak za­pew­ne wiecie, mamy nową sio­strę.

 

Ostat­ni kęs pod­szedł jej do gar­dła i je­dy­nie jej wy­uczo­na poza… → Czy oba zaimki są konieczne?

 

zna­la­zły na plaży, ina­czej się do niej od­no­si­ły. Stały się w jej to­wa­rzy­stwie ostroż­niej­sze, nie­któ­re wręcz uni­ka­ły jej. → Nadmiar zaimków.

 

Vera ski­nę­ła na słowa przy­ja­ciół­ki. → Czy na słowa można skinąć?

Proponuję: Vera przytaknęła słowom przy­ja­ciół­ki.

 

Chaos jaki za­pa­no­wał w sali cięż­ko było na­zwać… → Chaos, jaki za­pa­no­wał w sali, trudno było na­zwać…

 

w nie­któ­rych spra­wach nigdy się nie zgo­dzi­my, a te swady je­dy­nie nas dzie­lą. → …w nie­któ­rych spra­wach nigdy się nie zgo­dzi­my, a te swary je­dy­nie nas dzie­lą.

Za SJP PWN: swada 1. «płynność i potoczystość w mówieniu lub pisaniu» 2. «energia i zapał»

 

przy­glą­da­ła się ład­ne­mu owocu. → …przy­glą­da­ła się ład­ne­mu owocowi.

 

– Znam te twoje wy­mów­ki. Sły­szę je ostat­nio bez prze­rwy. Albo za­my­kasz się w tej swo­jej wieży, a jeśli już scho­dzisz do nas, to sia­dasz w kącie. → Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

ostat­nie dni są dla cie­bie cięż­kie. → …ostat­nie dni są dla cie­bie trudne.

 

Pró­bo­wa­ła zdu­sić w sobie emo­cje, ale one wcale nie chcia­ły znów dać się za­mknąć pod klu­czem. → Można coś zamknąć kluczem, ale nie można zamknąć pod kluczem.

Proponuję: Pró­bo­wa­ła zdu­sić w sobie emo­cje, ale one wcale nie chcia­ły dać się stłamsić.

 

 Vera za­mknę­ła uchy­lo­ną buzię… → Vera za­mknę­ła uchylone usta

Buzię mają dzieci.

 

Wie­czo­rem burza roz­pa­no­szy­ła się na dobre nad zam­kiem. → Nie wydaje mi się, aby burza mogła się panoszyć.

Proponuję: Wie­czo­rem burza nad zamkiem rozpętała się na dobre.

Za SJP PWN: panoszyć się 1. «nadużywać swojej przewagi, rządzić się» 2. «dopuszczać się bezprawia, grasować» 3. «szerzyć się, występować w dużej ilości»

 

W ta­kich chwi­lach, jak ta Vera była wdzięcz­na lo­so­wi za Azyl i przy­ja­ciół­ki, z któ­ry­mi mogła prze­trwać te chwi­le. → Brzmi to fatalnie.

 

i jak to na­pra­wi­my, skoro je­ste­śmy od­cię­ci od świa­ta. → W Azylu były same kobiety, więc: …i jak to na­pra­wi­my, skoro je­ste­śmy od­cię­te od świa­ta.

 

– Już nie raz mó­wi­łam Da­ma­ris… → – Już nieraz mó­wi­łam Da­ma­ris

 

– Bar­dzo cięż­ko jest być sa­mo­wy­star­czal­nym. → – Bar­dzo trudno jest być sa­mo­wy­star­czal­nym.

 

Bie­gła ile sił, zbie­ga­ła po dwa stop­nie… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Bie­gła ile sił, przeskakiwała po dwa stop­nie

 

Bły­ska­wi­ca dra­ma­tycz­nie prze­cię­ła niebo… → Na czym polegał rzeczony dramatyzm?

 

że to wła­śnie owy po­dróż­ny… → …że to wła­śnie ów po­dróż­ny

 

Jej kibić po­ru­sza­ła się w rytm bębna… → Dwa zdania wcześniej napisałaś: …wy­bi­jał rytm na nie­wiel­kim bę­ben­ku. –> …a skoro to był niewielki bębenek, to czy mógł nagle stać się bębnem?

 

Wy­so­ka, smu­kła po­stać szła z gra­cją… → Zbędne dopowiedzenie – ktoś smukły jest wysoki z definicji.

 

Za­po­wia­da­ło się na to, że Vera mu­sia­ła po­cze­kać… → Za­po­wia­da­ło się, że Vera mu­si po­cze­kać… Lub: Zanosiło się na to, że Vera mu­si po­cze­kać

 

kło­po­ty lu­bi­ły i tak było wtedy. Los ze­tknął nas na targu nie­wol­ni­ków, gdzie chcia­no nas sprze­dać. W ręce han­dla­rzy od­da­ła mnie ro­dzi­na, bojąc się moich zdol­no­ści. po­chwy­ci­li… → Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Czyż­by nocne wa­że­nie elik­si­rów i na­le­wek?Czyż­by nocne wa­rze­nie elik­si­rów i na­le­wek?

 

Ru­nę­ła w dół, obi­ja­jąc się o ścia­ny. → Masło maślane – czy mogła runąć w górę?

Proponuję: Ru­nę­ła ze schodów, obi­ja­jąc się o ścia­ny.

 

Tym cza­sem wszyst­kie sio­stry rzu­ci­ły się… → Tymcza­sem wszyst­kie sio­stry rzu­ci­ły się…

 

Syk kro­pel spa­da­ją­cych na pło­mie­nie za­głu­szył wi­cher. → Nie bardzo wiem, czy to syk kropel był tak głośny, że zagłuszył wicher, czy może wicher tak donośny, że zagłuszył syk kropel…

 

a co po nie­któ­re ko­bie­ty… → …a co ponie­któ­re ko­bie­ty

 

– … wi­dzi­cie teraz, że ta cała Aditi… → Zbędna spacja po wielokropku.

 

Jacyś wiel­mo­ża… → Jacyś wiel­mo­że

 

– A czy ci wiel­mo­ża wie­dzie­li… → – A czy ci wiel­mo­że wie­dzie­li

 

Nie po­do­ba­ją mi się twoje rządy i nie tylko mi. Nie po­do­ba­ją mi się twoje rządy i nie tylko mnie.

 

Masz zbyt dobre serce, ale to nie jest dobre w dzi­siej­szych cza­sach. → Czy to celowe powtórzenie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo się cieszę, że Ci się spodobało :). Dziękuję również za wskazanie usterek. Niestety dostęp do komputera (piszę z komórki i to mordęga) będę miała dopiero w czwartek wieczorem. Ale obiecuję poprawić tekst :).

Bardzo proszę, Monique. A do czwartku nie trzeba będzie długo czekać, bo to już jutro. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst poprawiony smiley.

Wobec tego szparko pomykam do klikarni. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję :).

Bardzo proszę. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pierwszy akapit zrobił się dłuugachny, wyrzuciłabym wszystkie myśli bohaterki do osobnych akapitów i zaraz będzie tam więcej światła i czytanie stanie się łatwiejsze ;)

Podobało mi się, choć zastanawiam się, czy dla osób, które nie czytały poprzednich części będzie zrozumiałe. Cieszę się, że w azylu znów zapanował spokój i jego mieszkanki są bezpieczne :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Pierwszy akapit przeraża od strony technicznej :>

Kolejne jednak czyta się dużo łatwiej :D Sam tekst ciekawy, mieszanka fantasy z obyczajowymi sprawami. Pomimo, że to moje pierwsze spotkanie z Azylem, to jednak nie odczuwałem, że muszę znać poprzednie części. Tekst więc stoi na własnych nogach.

Tempo odpowiednie, technicznie czyta się bez większych bruzd. Tak więc przyjemny koncert fajerwerków do obiadu.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję za odwiedziny :). Cieszę się, że udało mi się stworzyć pełne opowiadanie.

Chodzi o długość tego akapitu? Jeśli tak, to po ogłoszeniu wyników zajmę się nim.

Chodzi o długość tego akapitu? Jeśli tak, to po ogłoszeniu wyników zajmę się nim.

Dokładnie, chodzi o długość wynikłą z wymiksowania w nim myśli bohaterki razem z niedotyczącymi jej opisami.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

yes

I dziękuję za klika :).

Technicznie: trochę niedopieszczone. Było parę drobniejszych wpadek. Było i trochę poważniejszych, wywodzących się z takiej wstrętnej krainy zwanej „Ortografią”. ;) Ten paskudnie długi akapit początkowy też zwraca uwagę. To oczywiście nie jest błąd, tym nie mniej takie bloki tekstu nie są czytelniczo przyjemne, a tutaj piszemy w dodatku o pierwszym akapicie, który jest niejako wizytówką opowiadania. Do tego parę razy zaszwankowały przecinki. Oczywiście nie jest to źle napisany tekst. Ten poziom techniczny plasuje się tu gdzieś pomiędzy „nie ma najgorzej”, a „są rezerwy”.

Interpretacja tematu: Zauważono. Odnotowano. Podkreślono, że założenia w jakimś stopniu spełnione. Pokręcono nosem, że jednak interpretacja tematu konkursu nie dostała tu trochę większego pola do popisu.

Fabuła i poprawność: Jest to kawałek ładnej, może lekko baśniowej historii. Ciut przeciągniętej, z drobnym nadmiarem bohaterek i nutą wątpliwości, czy ewentualna znajomość poprzednich opowieści z tego świata ma wpływ na to, jak szybko czytelnik się w owej opowieści odnajduje i ile z niej wyciąga.

Dziękuję za udział w konkursie.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Witam:)

Podzieliłam pierwszy akapit, a wcześniej wprowadziłam poprawki Reg, więc tekst powinien być już lepszy:). Szkoda, że nie do końca podeszło.

Nowa Fantastyka