- Opowiadanie: Alicella - Nocne Łzy

Nocne Łzy

Cześć!

 

Opowiadanie jest połączeniem kryminału i fantasy. Wiem, że tekst jest długi, ale mam nadzieję, że jednak znajdą się czytelnicy :). Serdecznie dziękuję betującym za pomoc.

 

EDIT (28.08): wprowadziłam zmiany w sposobie rozwiązania zagadki (w trzeciej scenie od końca i w ostatniej).

Taniec łabędzi ;)

 

BETOWALI: Krokus, Oidrin, Outta Sewer

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Nocne Łzy

1

Stała na dachu rezydencji hrabiego Giberte i obserwowała strażników patrolujących teren. „Ludzie tak rzadko patrzą w górę” – pomyślała. Nie przejmowała się nimi zbytnio, bo cóż mogli zrobić. Zabiłaby ich w ciągu jednego uderzenia serca, ale nie oni byli celem. Ruszyła w stronę krawędzi dachu. W czarnym stroju opinającym smukłe ciało przypominała cień, ledwie widoczny na tle nocnego nieba. Różne nosiła imiona, ale preferowała określenie Trucizna, proste i doskonale odzwierciedlające jej naturę. Była trucizną całą sobą, od czubka głowy po koniuszki palców. Trucizna krążyła w żyłach, wypełniała oddech i parowała przez skórę. Tak, Trucizna pasowało doskonale.

Zeskoczyła z dachu prosto na balkon, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Drzwi do sypialni hrabiego stały otworem. Nic dziwnego, była ciepła letnia noc, a czegóż miałby się obawiać jeden z najpotężniejszych magnatów Ceretinu w swojej własnej rezydencji. Trucizna weszła do pokoju, delikatnie rozsuwając firanki. Spojrzała na ludzi śpiących na dużym łożu z baldachimem. „Stare małżeństwo” – pomyślała. Hrabina na głowie miała papiloty i chrapała głośno przez otwarte usta. Hrabia spał z książką w dłoniach. Stojąca na stoliku nocnym świeca wypaliła się całkowicie.

Trucizna podeszła do łóżka i dotknęła warg kobiety. Teraz hrabina spała snem, którego nie przerwałaby nawet burza z piorunami. Zabójczyni okrążyła łoże i musnęła palcami wargi hrabiego, nie zamierzała go usypiać. Mężczyzna gwałtownie otworzył oczy i rozchylił usta do krzyku, ale nie zdołał wydać żadnego dźwięku, paraliż błyskawicznie objął całe ciało. Szeroko otwarte oczy wpatrywały się w zabójczynię. To spojrzenie mówiło tak wiele i tak wiele kryło się w nim pytań. Dlaczego? Kim jesteś? Jak to możliwe? Trucizna znała wszystkie odpowiedzi, ale nie zamierzała ich udzielić. Tak było lepiej. Stała nieruchomo i patrzyła, jak ciałem mężczyzny wstrząsają śmiertelne spazmy, jak wykrzywione bólem dłonie drżą, jak rozchylone usta rozpaczliwie próbują zaczerpnąć tchu. Po kilku sekundach hrabia znieruchomiał. Martwe oczy wpatrywały się w sufit, a wyraz przerażenia i szoku zastygł w nich na zawsze.

Trucizna podniosła książkę i odłożyła na stolik nocny. Rozejrzała się po sypialni w poszukiwaniu czegoś ostrego. Na kunsztownej toaletce dostrzegła sztylet. Ujęła go w dłoń i przez chwilę podziwiała misternie zdobioną, srebrną rękojeść, a potem poderżnęła hrabiemu gardło od ucha do ucha, tworząc na szyi makabryczny uśmiech. Krew spływała z rany i wsiąkała w satynową pościel. Trucizna odrzuciła kołdrę i wbiła ostrze tuż pod mostkiem. Rozcięła ciało hrabiego aż do krocza i pozostawiła nóż w ranie.

Wyszła na balkon i odetchnęła głęboko chłodnym powietrzem przesyconym zapachem maciejki. Obrzuciła obojętnym spojrzeniem strażników patrolujących teren i wspięła się na dach. Z dachu skoczyła na rozłożysty klon, a z niego na ogrodową altanę. Potem przeskoczyła na mur, z którego lekko opadła na ulicę. Ruszyła przed siebie i zniknęła w ciemnościach.

***

– Ofiara to hrabia Lucjusz Giberte, sześćdziesięciopięcioletni mężczyzna. Zgon prawdopodobnie nastąpił po północy. Ofiarę znaleziono rano. – Młody mężczyzna czytał raport drżącym głosem, starając się nie patrzeć na rozpłatane zwłoki.

Darius szturchnął Edwina w bok.

– Stawiam dziesięć rinów, że się porzyga, zanim skończy czytać – szepnął.

– Stoi. – Edwin skinął głową i odgarnął kręcone, ciemne włosy opadające na ramiona.

Młodzieniec odetchnął ciężko, ale czytał dalej.

– Prawdopodobna przyczyna śmierci: rana cięta szyi. Narzędzie zbrodni: sztylet…

– I to są twoje wnioski? – zapytał Rahmund Baganero, dowódca Królewskiej Agencji Detektywistycznej. – A przyjrzałeś się chociaż ciału?

Młodzieniec pobladł jeszcze bardziej i gorączkowo zaczął przeglądać notatki. Edwin nieco mu współczuł, sam zaczął służbę dopiero trzy lata temu i doskonale pamiętał towarzyszące temu uczucia.

– Dobra, idź już. – Rahmund machnął ręką i młodzieniec wybiegł z sypialni.

Kapitan zdjął melonik i otarł jedwabną chusteczką pot z czoła. Pomimo lata miał na sobie szary surdut zapinany na dwa rzędy srebrnych guzików. Klapę zdobił emblemat KAD-u – wyszyty czarną nicią jastrząb na czerwonym tle. Rahmund dobiegał już wieku, w którym powinien odejść ze służby, ale na razie nic nie wskazywało, aby zamierzał to zrobić.

– Wygrałem – szepnął Edwin.

Darius się skrzywił, ale wyciągnął z kieszeni dwie monety i podał koledze.

– A wy, orły, macie jakieś pomysły? – zapytał kapitan, wbijając wzrok w młodszych detektywów stojących obok drzwi.

– To już trzecia taka ofiara w ciągu miesiąca. Arystokraci i dokładnie w ten sam sposób wybebeszeni. To robota jednej osoby. – Darius podwinął rękawy prostej, beżowej koszuli i podszedł do ofiary. Nachylił się nad raną na szyi, a potem uniósł rozcięty materiał pidżamy i przyjrzał się ciału. – Gładkie cięcia, idealne i krew wypłynęła, zamiast trysnąć. On już nie żył, gdy zadano te rany.

– Ale czemu zabójca zostawia broń? – zastanawiał się Edwin. – Może to ma jakieś znaczenie.

– Nie sądzę. Hrabiego Vandate rozcięto jego rodowym sztyletem, a markiza Gervena szablą. – Darius wyprostował się i zahaczył dłonie o zapięcia szelek. Krótko ścięte, ciemne włosy, lekki zarost i orli nos dodawały mu powagi. – Wygląda na to, że zabójca używa tego, co akurat znajdzie.

– Ojej, ależ to okropne. – Oliver zatrzymał się w drzwiach jak zawsze wystrojony, wyperfumowany i spóźniony.

Miał na sobie śnieżnobiałą koszulę z ozdobnym gorsem oraz aksamitną, szaro-złotą kamizelkę z szerokim kołnierzem i beżowe spodnie wzmocnione strzemiączkami. Jego szyję zdobił muślinowy fontaź. Na nogach nosił czarne trzewiki o płaskich, kwadratowych noskach. Jasne, proste włosy sięgały za uszy i opadały na czoło, a rysy twarzy zdawały się idealne, od kształtnego nosa zaczynając, a na zielonych oczach kończąc.

– Jest i nasz piękniś. Akurat w samo południe – powiedział Darius.

– Zatrzymała mnie ważna sprawa – odparł Oliver.

– Niech zgadnę, sprawa miała zgrabne nogi i duży biust. – Darius skrzyżował ręce na piersi i uniósł brew.

– Tak, sam powinieneś kiedyś tego spróbować.

– Dosyć! – krzyknął dowódca. – Tu leży martwy człowiek, a wy się spieracie jak rozwydrzone bachory.

Darius i Oliver spuścili głowy, ale ich spojrzenia wskazywały, że chętnie kontynuowaliby dyskusję.

– Kto znalazł ciało? – zapytał Oliver.

– Hrabina, gdy obudziła się rano – wyjaśnił Rahmund.

– To znaczy, że ona spała, gdy mordowano jej męża? – zapytał Oliver z niedowierzaniem.

– Tak twierdzi. – Kapitan zmarszczył czoło.

– Czy to przypadkiem nie czyni z niej głównej podejrzanej?

– Oczywiście, że nie – wtrącił Darius. – To zbyt proste.

– Nigdy tak nie zakładaj! – skarcił go kapitan. Spojrzał na Olivera. – Ty i Edwin idźcie przesłuchać hrabinę i dowiedzcie się, czy w nocy spała, czy jednak mordowała męża.

Edwin z ulgą przyjął to polecenie, nie sądził, aby kiedykolwiek widok zwłok stał mu się obojętny, zwłaszcza takich.

– Stanowimy niezły duet, nawet Rahmund to zauważył – stwierdził Oliver z uśmiechem, gdy szli korytarzem.

– Ty wyciągasz zwierzenia, a ja sprawdzam, czy są prawdziwe – powiedział Edwin – to logiczne połączenie.

– Skąd ta kwaśna mina?

Edwin wzruszył ramionami, nie miał ochoty na tłumaczenie, jak trudno jest zawsze rozpoznawać kłamstwo. Dar Olivera wydawał mu się zdecydowanie atrakcyjniejszy, a przynajmniej nie tak uciążliwy.

Zeszli po szerokich, zdobionych schodach i udali się do bawialni, gdzie na kanapie siedziała hrabina z papilotami na głowie i w szlafroku. Szlochała dramatycznie w jedwabną chusteczkę. Jej nastoletnia wnuczka, która zapewne przybyła do Erasel, aby zaistnieć w arystokratycznym towarzystwie, delikatnie gładziła staruszkę po ramieniu.

– Wszystko będzie dobrze, babciu – szeptała.

Oliver zatrzymał się w drzwiach i odchrząknął. Kobiety spojrzały na niego niepewnie.

– Proszę wybaczyć, ale muszę pani zadać kilka pytań – powiedział, idąc w stronę kanapy.

„No to zaczynamy” – pomyślał Edwin. Stanął przy drzwiach i obserwował.

– Nazywam się Oliver Aberante i jestem młodszym detektywem. – Usiadł obok hrabiny i ujął jej dłoń. Komuś innemu taka bezpośredniość na pewno nie uszłaby na sucho.

– Pamiętam cię, młodzieńcze, jesteś synem markiza Aberante. – Kobieta przestała płakać i wpatrywała się w niego błędnym wzrokiem.

– Zgadza się. – Oliver uśmiechnął się łagodnie. – Wiem, że to bolesne, ale proszę mi opowiedzieć o wszystkim, co się wydarzyło od wczorajszego wieczora.

Hrabina westchnęła i na moment zamknęła oczy. Zacisnęła palce na dłoni Olivera.

– Niewiele jest do opowiadania – rzekła. – Położyliśmy się jak zwykle, przed dziewiątą. Gdy się rano obudziłam, najpierw zdałam sobie sprawę, że pościel jest mokra. Otworzyłam oczy i zobaczyłam krew, a potem mojego męża, tak strasznie… poranionego. Zaczęłam krzyczeć i do pokoju wbiegli służący.

„Prawda” – pomyślał Edwin.

– Czy hrabia miał jakichś wrogów? – zapytał Oliver ciepłym tonem.

– A jakichże on mógł mieć wrogów. Ciągle siedział z nosem w książkach. Już nawet z interesów się wycofał. Winnicami od lat zajmują się nasi synowie.

– Rozumiem. Bardzo mi przykro, zrobię wszystko, aby znaleźć mordercę. – Oliver spróbował wstać, ale hrabina nie puszczała jego dłoni. Spojrzał na Edwina. – Przekażesz informacje kapitanowi? Zostanę tu jeszcze chwilę.

Edwin skinął głową i wrócił do sypialni.

– No i? – zapytał Rahmund na jego widok.

– Hrabina nie wie niczego, co mogłoby nam pomóc. Przespała całe zdarzenie.

– Właściwie się tego spodziewałem. – Rahmund poprawił melonik.

Darius uniósł brwi, ale nic nie powiedział. Do sypialni zajrzał młodzieniec, który czytał raport.

– Kapitanie, widzący już jest – powiedział.

– Dobrze, przyprowadź go – odparł Rahmund.

Edwin i Darius wymienili zdziwione spojrzenia. Po chwili do pokoju wszedł mężczyzna w długiej, fioletowej szacie z kapturem i masce zasłaniającej całą twarz. W dłoniach trzymał kadzidło i dwa wachlarze z piór.

– Kapitanie Baganero – powiedział oschle.

– Zaczynaj – odrzekł Rahmund równie entuzjastycznie i przeszedł w stronę drzwi.

Edwin i Darius stanęli obok niego, a widzący zatrzymał się na środku sypialni i rozpoczął dziwaczne obrzędy. Najpierw okadził pomieszczenie, a potem zaczął machać wachlarzami, chodząc po pokoju na ugiętych nogach i kołysząc się przy tym na boki. Edwin spostrzegł, jak Darius przewraca oczami.

– Strata czasu – mruknął Darius.

Widzący władali najbardziej zagadkowym ze wszystkich znanych darów. Potrafili zobaczyć zdarzenia z przeszłości, choć ich wizje bywały niejednoznaczne. Większość ludzi nie obnosiła się z niezwykłymi zdolnościami, ale widzący stworzyli stowarzyszenie i uwielbiali demonstrować umiejętność, choć twarze ukrywali za maskami.

– I po co on tym wymachuje? – szepnął Darius, coraz bardziej zirytowany. – Przecież dar tego nie wymaga. Idiotyzm.

Widzący nagle zaczął przemieszczać się szybciej i mruczeć coś pod nosem. Zatrzymał się przed balkonem.

– Oknem zabójca przybył – powiedział – czuję… siłę i żądzę mordu. Do łóżka się zbliżył.

– Geniusz, po prostu geniusz – szepnął Darius, a kapitan spiorunował go wzrokiem.

Widzący machał wachlarzami nad ciałem hrabiego. Na moment zastygł w bezruchu, a potem odwrócił się gwałtownie.

– Ofierze gardło podciął – powiedział.

Zapadła cisza i Edwin niemal słyszał, jak Darius zaciska szczęki.

– I to wszystko? – zapytał kapitan z nutą rozczarowania w głosie.

– Tak.

„Kłamstwo" – pomyślał Edwin. Widzący zabrał kadzidło i pospiesznie opuścił sypialnię. Darius odskoczył z drogi, jakby obawiał się jego dotyku.

– Myślę, kapitanie, że jakikolwiek komentarz co do wartości tego przedstawienia jest zbędny – powiedział.

– Skoro tak, to się od niego powstrzymaj. – Rahmund rozejrzał się po sypialni. – Wracajcie do KAD-u i zacznijcie szukać czegokolwiek, co łączyło zmarłych arystokratów. A ja, niestety, idę na audiencję u króla.

Edwin nie zazdrościł kapitanowi tej sytuacji. Król Albrecht Trzeci Wspaniały nie należał do ludzi cierpliwych i miał w zwyczaju motywować poddanych groźbami. Zeszli z Dariusem na parter, gdzie zaczekali na Olivera, a potem wyszli na ulicę.

– A więc Rah wezwał widzącego. Żałuję, że to przegapiłem – powiedział Oliver z uśmiechem.

– Nie ma czego żałować. Przyszedł, nasmrodził kadzidłem, pomachał piórami, oznajmił coś w stylu, że trup nie żyje, i poszedł – powiedział Darius.

– No i skłamał – powiedział Edwin.

– O czym ty mówisz? – zapytał Darius.

– Jak kapitan zapytał, czy to wszystko, widzący skłamał. Myślę, że zobaczył coś jeszcze, ale nam o tym nie powiedział.

– Nawet jeśli, to żadna strata, te jego wizje i tak nie mają sensu. – Darius rozejrzał się po ulicy. – Bierzemy dorożkę?

– Nie, jest taki piękny dzień. Przejdźmy się, to tylko dwie przecznice. – Oliver ruszył sprężystym krokiem wzdłuż ulicy.

Edwin i Darius wymienili spojrzenia i poszli za nim.

– Ty to zawsze znajdziesz sposób, żeby odwlec pracę – powiedział Darius, gdy się z nim zrównali.

– Odwlec? Ja ją tylko chcę usprawnić. Przejdziemy się, przewietrzymy głowy i dzięki temu będziemy bardziej efektywni. – Oliver uśmiechnął się do mijającej ich młodej kobiety, która natychmiast oblała się rumieńcem. – A jak tam twoja narzeczona, Dariusie?

– Doskonale.

– To kiedy ją poznamy? Wiesz, zaczynam wątpić, czy ona jest prawdziwa.

– Ty nie poznasz jej nigdy.

Oliver spojrzał Dariusowi w oczy.

– Czyżbyś się obawiał, że gdy spotka mnie, nie będzie cię już chciała?

– Co za bzdura, oczywiście, że nie.

„Kłamstwo”.

– Rahmund oczekuje, że znajdziemy coś, co łączy ofiary – powiedział Edwin, żeby zakończyć przepychankę słowną kolegów.

– Łączy ich prawie wszystko – stwierdził Oliver. – Wszyscy trzej bogaci i wpływowi. Stali na czele potężnych rodów. Znali się, robili razem interesy. Nie zdziwiłbym się, gdyby nawet kochanki mieli te same.

– Jak dla mnie to są zabójstwa z zemsty. Komuś bardzo zaleźli za skórę – powiedział Darius. – Na pewno chodzi o pieniądze.

– Nie sądzę. Pieniądze to za mało, aby doprowadzić do takiej wściekłości – powiedział Oliver.

– Tak ci się zdaje, bo masz ich za dużo – stwierdził Darius.

– Ach, Dariusie. – Oliver pokręcił głową. – Są ważniejsze rzeczy w życiu niż pieniądze.

– Na przykład?

– Miłość.

– A co ty wiesz o miłości? Zmieniasz kobiety jak rękawiczki.

– Ale kocham je wszystkie. – Oliver zaśmiał się w głos. – Mówię ci, te morderstwa to zbrodnia z miłości.

***

Siedziba KAD-u znajdowała się w dwupiętrowej kamienicy przy placu Bramnym, od którego odchodziła aleja prowadząca do królewskiego pałacu. Nad okutymi, dwuskrzydłowymi drzwiami widniał napis: „Królewska Agencja Detektywistyczna w Erasel”. Na każdym piętrze kamienicy znajdował się inny wydział. Parter zajmowali śledczy zajmujący się przestępstwami gospodarczym i kradzieżami. Na pierwszym piętrze badano sprawy pobić, porwań, zastraszeń i właściwie wszystkich rodzajów krzywd, jakie wyrządzali sobie ludzie poza zabójstwami, bo tym zajmowano się na drugim piętrze.

Trzej detektywi weszli do dużej sali, nazywanej przez śledczych ulem, w której stało kilkanaście biurek, i natychmiast przykuli uwagę wszystkich.

– Wróciły nasze orlątka – powiedział Kornel Wareno, starszy detektyw. – To sprawa pewnie rozwiązana.

– Nie, to bardzo złożona zbrodnia – odpowiedział Edwin, mając nadzieję, że w ten sposób powstrzyma utarczkę słowną.

Nie udało się.

– Dla takich młokosów jak wy to pewnie, że skomplikowana – powiedział Kornel.

– Chcesz powiedzieć, że dla ciebie to byłaby prosta sprawa? – zapytał Darius, a ton jego głosu nie wróżył nic dobrego.

– Pewnie, mam o dwadzieścia lat więcej doświadczenia niż wy.

– Jakoś przy sprawie Oślepiacza ci to doświadczanie nie pomogło.

– Jak śmiesz, gówniarzu! – Kornel zerwał się zza biurka. – Sprawa była prawie rozwiązana, gdy się do niej wtrąciliście.

– Pewnie, tylko że w areszcie siedział nie ten człowiek, co trzeba – zakpił Darius.

– Tacy jesteście pewni siebie, to zobaczymy, co powiecie, jak zaczną ginąć kolejni arystokraci, a wy będziecie ze śledztwem w czarnej dupie. Wtedy się okaże, ile jesteście warci. Możecie sobie mieć dar, ale nic on wam nie pomoże, bo w tym zawodzie trzeba czegoś więcej.

Kilka osób pokiwało głowami, co zachęciło Kornela do ciągnięcia wywodu.

– Traktujecie pracę w KAD-zie jak zabawę. Ty w kółko robisz te swoje rysunki, kudłaty snuje się po kątach bez celu, a markizek, jak już raczy przyjść, to pajacuje albo wzdycha do jakieś panny. Tacy z was śledczy jak z ladacznicy dziewica.

Darius poczerwieniał na twarzy i zacisnął dłonie na szelkach. Otworzył usta, ale Oliver go uprzedził.

– Markizek – powiedział. – Nawet mi się podoba to określenie, jest jednocześnie drapieżne i urocze, jak ja. – Oliver zbliżył się do Kornela i spojrzał mu w oczy. – Powiedz, detektywie, o co ci tak naprawdę chodzi?

– Rahmund powinien w końcu odejść ze służby, bo jest już stary i najwyraźniej głowa mu szwankuje, skoro przydzielił taką sprawę wam. Może kiedyś był dobry w tym, co robił, ale teraz to tylko stary pierdziel, który kurczowo trzyma się stołka. – Kornel zamilkł i zamrugał zaskoczony, jakby sam nie wierzył w to, co powiedział.

– Ciekawe – powiedział stojący w drzwiach Rahmund. – Nie sądziłem, że mój zastępca i wieloletni przyjaciel uważa mnie za starego pierdziela, który już do niczego się nie nadaje. – Wyprostował się i złączył dłonie za plecami, po czym podszedł do Kornela. – Nie waż się więcej kwestionować moich decyzji, bo cię zdegraduję. – Głos Rahmunda przepełniał złowieszczy spokój. Oderwał wzrok od zastępcy i rozejrzał się. – Zbierzcie się w sali odpraw.

Detektywi wymienili zdziwione spojrzenia, ale podążyli za dowódcą. Rahmund wszedł na podwyższenie.

– Jego Wysokość oczekuje… – zaczął.

„Żąda” – poprawił w myślach Edwin.

– Że rozwiążemy sprawę zabójstw arystokratów do balu z okazji zaręczyn księcia.

W sali odpraw rozległy się pomruki niedowierzania.

– W związku z tym – ciągnął dalej dowódca – rzucacie to, cokolwiek teraz robicie i wszyscy włączacie się w tę sprawę. Darius udostępni wam raporty i wszystko, co do tej pory ustaliliśmy. To nie jest sprawa pojedynczego zabójstwa, a w takiej sytuacji należy postępować inaczej. Motywu należy szukać poprzez analizę podobieństw i różnic w morderstwach. Dotyczy to wszystkiego, a nie tylko miejsca zbrodni. Chcę wiedzieć o ofiarach wszystko, każdy paskudny sekret ma zostać wyciągnięty. Tu nie ma miejsca na delikatność. Jeśli robili szemrane interesy, to macie się dowidzieć, czego dotyczyły. Jeśli zdradzali żony, to chcę wiedzieć z kim. Jeśli chadzali do burdeli, to macie sprawdzić do których. Musimy rozwiązać tę sprawę szybko i to nie dlatego, że król na nas naciska, ale dlatego, że tam, gdzie są trzy ofiary, pojawią się kolejne. Pracuję w tym fachu prawie czterdzieści lat i zapewniam was, że mamy do czynienia z seryjnym mordercą, który nie przestanie zabijać, dopóki go nie schwytamy. – Rahmund zakończył przemowę, a potem przyjrzał się twarzom śledczych, szukając jakichkolwiek oznak sprzeciwu. Nie znalazł. – Zapoznajcie się ze szczegółami sprawy. Macie na to dwie godziny, a potem zbieramy się ponownie. – Ciemne oczy Rahmunda padły na Olivera. – Aberante, do mojego biura.

Ze względu na rodzaj daru, jakim dysponował Oliver, Rahmund stanowczo zabronił mu używać go na współpracownikach.

– I tak było warto – szepnął Oliver i z wysoko podniesioną głową podążył za kapitanem.

Edwin wrócił do ula i opadł na krzesło, kłamstwo widzącego nie dawało mu spokoju. Spojrzał na Dariusa, który skończył właśnie rozdawać raporty i usiadł przy biurku, aby narysować dzisiejsze miejsce zbrodni. Potrafił to zrobić w najdrobniejszych szczegółach.

– Pamiętasz, co dokładnie powiedział widzący? – zapytał Edwin.

Darius tylko spojrzał na niego z politowaniem, nie lubił takich pytań. Oczywiście, że pamiętał, na tym polegał jego dar.

– Możesz mi to zapisać? – poprosił Edwin.

Darius szybko zanotował słowa i podał mu kartkę. Edwin skupił się na dwóch fragmentach: „Do łóżka się zbliżył. Ofierze gardło podciął”. To tutaj kryło się kłamstwo, czuł to. Widzący zobaczył coś, co stało się pomiędzy i to przemilczał. Edwin próbował odwołać się do swojego daru i wymyślić czego brakuje, ale nic nie wskórał. Intuicja pojawiała się wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewał, a umiejętność rozpoznawania kłamstwa działała bez przerwy, choć nieraz chciałby ją wyłączyć. Zazdrościł Oliverowi władzy nad darem pozwalającej używać go tylko wtedy, kiedy tego chciał.

Dwie godziny minęły błyskawicznie i w nerwowej atmosferze. Śledczy zebrali się ponownie w sali odpraw uzbrojeni w notatniki i ołówki. Kapitan wszedł na podwyższenie, chwycił kredę i zamaszystym ruchem napisał na tablicy: „Przyczyna śmierci”, podkreślił dwa razy.

– No? – Spojrzał na śledczych. – Jakieś pomysły?

Zapadła kompletna cisza, a po chwili rozległ się szelest kartek.

– Może uduszenie – odezwał się Kornel.

– Nie ma sińców na szyi ani krwi w płucach – powiedział Darius – z raportów wynika, że ofiary nie walczyły o życie, a duszenie trochę trwa.

– Nie ma innego wytłumaczenia. Ofiary zmarły przed zadaniem ran, uduszenie to jedyna metoda, jaka tu pasuje. Musimy tylko odkryć, jak pozbawiono ofiary powietrza bez pozostawiania śladów na ciele.

Po sali rozniósł się pomruk aprobaty. Edwin poczuł, jak jego dar się budzi, to było jak nieznośne swędzenie, którego nie mógł podrapać. „Do łóżka się zbliżył. Ofierze gardło podciął”. Co tam się stało?

– Zostali otruci – powiedział Edwin.

Kilkanaście twarzy zwróciło się w jego stronę.

– Bzdura – stwierdził Kornel. – Żadna trucizna nie zabija w ten sposób. Człowiek otruty umiera w męczarniach, to nie jest szybka ani cicha śmierć. Według świadków ofiary nie zgłaszały żadnych dolegliwości.

Rahmund wpatrywał się w Edwina przez kilka sekund, a potem skinął głową.

– Warto sprawdzić ten trop. Podzielcie się na grupy zadaniowe. Dowodzi detektyw Inaro.

Eliza Inaro skinęła kapitanowi głową, a potem zajęła jego miejsce na podwyższeniu. Nie nosiła falbaniastych sukien jak większość kobiet, ale wąską prostą spódnicę i jasną bluzkę z żabotem. Ciemne włosy związała w luźny kucyk. Eliza była jedyną kobietą w wydziale zabójstw. Pomimo trzydziestu kilku lat i niebanalnej urody nie wyszła za mąż i sprawiała wrażenie, jakby jej jedynym celem było rozwiązywanie kolejnych spraw.

Detektyw Inaro powiodła wzrokiem po śledczych i ciepłym, choć stanowczym głosem zaczęła przydzielać zadania. Wściekłość na twarzy Kornela zdawała się sprawiać, że cała sala pociemniała. Spojrzał na Olivera morderczym wzrokiem, ale ten zdecydowanie się nie przejął i odpowiedział szerokim uśmiechem.

– Od czego zaczynamy? – zapytał Edwin, gdy znaleźli się przy swoich biurkach.

Darius otworzył usta, aby odpowiedzieć, ale podeszła do nich Eliza.

– Idźcie do archiwum, jutro chcę mieć na moim biurku raport na temat każdego morderstwa za pomocą trucizny. Sprawdźcie też nierozwiązane sprawy, możne znajdziecie jakąś ofiarę, która zmarła w podobny sposób – powiedziała i odeszła, nie czekając na potwierdzenie. Wydała im rozkaz i zakładała, że zostanie wykonany bez sprzeciwu.

Oliver odprowadził ją rozmarzonym wzrokiem.

– Nie ma szans – powiedział Darius.

– Jeszcze zobaczymy. – Oliver uśmiechnął się tajemniczo.

– Chodźcie, mamy robotę. – Darius ruszył do wyjścia.

Archiwum mieściło się w piwnicy siedziby KAD-u. Każdy fragment przestrzeni zajmowały sięgające do sufitu regały po brzegi wypełnione aktami spraw. W powietrzu unosił się zapach starego papieru i kurzu.

– O, jaka miła niespodzianka, dawno tu takiego tłumu nie było. – Archiwista uśmiechnął się szeroko.

– Dzień dobry, Teofilu, potrzebujemy informacji o zbrodniach popełnionych przy pomocy trucizn – powiedział Darius.

– Sektor C, regały od numeru trzydzieści osiem do czterdzieści – odparł archiwista bez zająknięcia.

– Dziękuję.

Darius wziął oliwną lampę i sprawnie lawirował między regałami, aż oczom śledczych ukazała się podwieszona pod sufitem tabliczka z literą C.

– Mamy to przejrzeć do jutra? Przecież to niewykonalne – stwierdził Oliver, wpatrując się w akta ze zbolałą miną.

– Po raz pierwszy porządnie popracujesz, to musi być dla ciebie straszne – stwierdził Darius, stawiając lampę na stole wciśniętym między dwa regały. – Zaczynajmy, weźmy po jednym regale, żeby sobie nie przeszkadzać. Biorę trzydziesty ósmy.

– No to ja następny – stwierdził Edwin.

Oliver obserwował przez chwilę kolegów wyjmujących kolejne teczki z aktami i w końcu z teatralnym westchnieniem podszedł do czterdziestego regału. Zajęli miejsca przy stole obłożeni papierami i przystąpili do robienia notatek. Pracowali w ciszy nie więcej niż dziesięć minut.

– Przydałoby się jakieś zaopatrzenie. – Oliver wstał.

– Jakie zaopatrzenie, o czym ty mówisz? – Darius spojrzał na niego zaskoczony.

– Jakaś przekąska. Skoczę do cukierni. – Oliver ruszył do wyjścia.

– Nie ma mowy, ani się waż wychodzić! Słyszysz?!

– Zaraz wracam – rzucił przez ramię i zniknął między regałami.

– On jest niewiarygodny. – Darius cisnął teczkę z aktami na stół. – Niech sobie nie myśli, że go to ominie. Jest po regale na głowę, kończę swoje i wychodzę, a on niech tu siedzi do rana, a jak nie zrobi, to będzie się tłumaczył Inaro. Mnie to nie obchodzi.

– Właściwie czemu się tak denerwujesz? – zapytał Edwin.

– Jak to czemu, bo ten leń nic nie robi. Ciągle tylko zwala obowiązki na innych i nie obraź się, ale głównie na ciebie. – Darius nachylił się nad blatem i spojrzał Edwinowi w oczy. – Słuchaj, nie chcę się wtrącać, miałem nic nie mówić, ale on cię wykorzystuje. Naprawdę tego nie widzisz? Ile raportów zrobiłeś za niego? A w akademii, ile prac za niego napisałeś?

– Czasami pomagałem – mruknął i uciekł wzrokiem. – Dużo mu zawdzięczam.

– Niby co?

– Gdyby Oliver się za mną nie wstawił, skończyłbym w sierocińcu.

– Chyba w to nie wierzysz? Twoi rodzice pracowali dla markiza. Znał cię od urodzenia i przygarnął ze względu na dar. Oliver tobą manipuluje, przejrzyj w końcu na oczy.

– Nie znasz go. – Edwin zdał sobie sprawę, że ta rozmowa denerwuje go coraz bardziej. – Wracajmy do pracy.

Darius odchylił się na krześle i skrzyżował ręce na piersi. Nadal przewiercał Edwina wzrokiem.

– On używa na tobie daru – stwierdził.

– Wcale nie i daj już spokój.

– Rozgryzłem go, potrafi więcej niż tylko wyciągać z ludzi zwierzenia. On… może zmuszać innych, żeby robili, co chce.

– Oszalałeś. Znam Olivera od szesnastu lat, wiem, jak działa jego dar.

– Przecież potrafisz stwierdzić, czy mówię prawdę.

– Tak, ale to twoja prawda.

– Dobra, nie chcę się wtrącać, jak lubisz być wykorzystywany to twoja sprawa. Ja nie zamierzam odwalać jego roboty.

– On zaraz wróci – powiedział Edwin.

Mylił się. Przez następne pięć godzin w archiwum rozbrzmiewał jedynie szelest kartek i sporadyczne mamrotanie Dariusa.

– Ostatnia – powiedział, odkładając teczkę na stos. – A czterdziesty regał nawet niezaczęty.

Edwin wbił wzrok w akta i zmilczał, wiedział, że Darius przewraca oczami.

– Nie zgadniecie, co mi się przytrafiło. – Oliver wyłonił się spomiędzy regałów.

– Ależ zgadniemy – powiedział Darius – polazłeś urabiać jakąś pannę, zamiast pracować.

– No wiesz…

– Nie tym razem, twój regał nadal na ciebie czeka, nietknięty. – Darius zebrał notatki i wstał. – Ja właśnie skończyłem. Jutro spotkamy się przed odprawą, żeby omówić to, co znaleźliśmy. Edwin też swoją robotę wykonał, tak że życzę przyjemnej nocy w archiwum, markizku.

– A gdzie twój duch pracy zespołowej?

– Chyba kpisz! Po prostu sobie poszedłeś, licząc, że odwalimy robotę za ciebie. I ty śmiesz mówić o zespole.

– Przecież przyniosłem babeczki. – Oliver położył na stole pudełko i uśmiechnął się rozbrajająco.

– Po co ja w ogóle z tobą gadam? – Darius machnął ręką i ruszył do wyjścia.

– Co za służbista, dobrze, że ty taki nie jesteś. – Oliver zabrał się do jedzenie czekoladowej babeczki.

Edwin wbił wzrok w akta. „On używa na tobie daru”. Spojrzał na ostatnią teczkę, otworzył ją i już po pierwszej stronie wiedział, że nic ciekawego nie znajdzie. Zrobił krótką notatkę i odłożył akta na regał. Wyczuwał, że Oliver się w niego wpatruje. Bez słowa pozbierał kartki i przycisnął do piersi.

– Do zobaczenia jutro – powiedział i odwrócił się.

Z każdym krokiem czuł coraz mocniej bijące serce. Nie rozumiał skąd to zdenerwowanie.

– Tak po prostu zostawisz mnie z tym samego? – zapytał Oliver.

Edwin się zatrzymał i bardzo powoli odwrócił.

– Dlaczego to robisz? – zapytał.

– Ale co?

– Zachowujesz się, jakby na niczym ci nie zależało, jakby wszystko było tylko żartem.

– Bo jest żartem. To tylko farsa. – Oliver potarł skroń. – Kiedyś zrozumiesz.

– To po co wstąpiłeś do akademii, po co jesteś w KAD-zie?

Zielone oczy nagle stały się jakby ciemniejsze, a kpiący wyraz twarzy na moment zastąpiła powaga.

– Głównie na złość ojcu – stwierdził i wstał.

Podszedł do regału i wyjął plik teczek. Nie patrzył na Edwina, wrócił do stolika i zabrał się za czytanie. Oparł głowę na dłoni, a jasne włosy opadły mu na czoło. Edwin stał między regałami, nie mogąc się zdecydować, co zrobić.

– Używasz na mnie daru? – zapytał, zaskakując samego siebie.

Oliver spojrzał na niego zdziwiony.

– Po co miałbym cię zmuszać do mówienia – roześmiał się – przecież i tak nie masz przede mną tajemnic.

„Prawda”. Edwin wrócił do stolika, a potem zaczął czytać akta.

– Wiedziałem, że mnie nie zostawisz – powiedział Oliver.

– Mógłbyś chociaż podziękować.

– Dziękuję.

 

2

Antykwariat kusił klientów wystawą z pięknie oprawionymi księgami, ozdobnymi świecznikami i kieszonkowymi zegarkami, ale Trucizna nie potrzebowała żadnej z tych rzeczy. Minęła sklepową witrynę i skręciła za róg budynku. Wąska alejka prowadziła do tylnego wejścia. Kobieta naciągnęła kaptur ciemnozielonej peleryny i wygładziła długą suknię. Zastukała kołatką według ustalonego kodu i nasłuchiwała. Zabrzmiał zgrzyt klucza w zamku.

– Wchodź, szybko – powiedział antykwariusz, rozglądając się nerwowo.

Trucizna znalazła się w ciasnym, zagraconym pomieszczeniu. Na regałach piętrzyły się stosy książek i pergaminów, a na okrągłym stole leżały części zegara z kukułką.

– Masz pieniądze? – Mężczyzna nerwowo oblizał wargi.

Trucizna bez słowa rzuciła wypchany mieszek na blat. Antykwariusz rozwiązał sakiewkę i wysypał monety. Drżącymi palcami układał złote krążki w stosy.

– Pięćdziesiąt tysięcy rinów. Zgadza się – powiedział, zbierając pieniądze. Spojrzał na kobietę poważnie, w jego bladoniebieskich oczach krył się strach. – Czy ty w ogóle wiesz, co kupujesz? Wiesz, jak bardzo to jest niebezpieczne?

Trucizna skinęła głową. Mężczyzna podszedł do wysokiej szafki w kącie pokoju i wyciągnął fiolkę. Postawił ją na stole bardzo ostrożnie.

– Nocne Łzy, to najgorsza z trucizn, niełatwo było ją zdobyć – powiedział antykwariusz, nie odrywając wzroku od buteleczki – a taka ilość mogłaby wytruć całe miasto. – Spojrzał na kobietę z przerażeniem. – Nie zamierzasz wymordować całego miasta, prawda?

Pokręciła głową. Dostrzegała napięcie na twarzy sprzedawcy, lęk walczył z pazernością. Trucizna zabrała fiolkę. Podała mężczyźnie rękę na pożegnanie i wyszła z budynku. Przemknęła wąskimi alejkami na skraj miasta, gdzie zostawiła konia. Dosiadła wierzchowca i pognała w głąb lasu. Z każdą sekundą ekscytacja narastała niczym fale podczas sztormu.

Księżyc znajdował się już wysoko na niebie, gdy przywiązała konia do drzewa i pieszo udała się do Wężowych Jaskiń. Nikt się tam nie zapuszczał, ale Trucizna nie bała się jadowitych stworzeń, ich ugryzienia były dla niej niczym pocałunki. Wspięła się po skale do niewielkiej groty. Ostrożnie wyjęła fiolkę i postawiła na ziemi. Zdjęła pelerynę, a potem suknię i bieliznę. Odrzuciła odzienie w głąb groty i spojrzała na rozgwieżdżone niebo. Jednym szarpnięciem zerwała wstążkę z włosów i pozwoliła im rozsypać się swobodnie. Czuła na skórze muśnięcia wiatru. Usiadła na skale i ujęła w dłonie fiolkę. Obserwowała światło księżyca tańczące na szklanych krawędziach. Antykwariusz miał rację, mogłaby wytruć całe miasto. Wyciągnęła korek i wypiła truciznę. Nocne Łzy smakowały jak sama śmierć, goryczą i zimnem. Działały błyskawicznie.

Trucizna położyła się na plecach. Ból zawładnął ciałem i opanował umysł. Z trudem oddychała, nadal patrzyła na gwiazdy, ale zdawały się spowite mgłą. Serce łomotało w piersi niczym ptak w zbyt małej klatce. Czuła strużki potu spływające po skórze, która zdawała się płonąć. Leżała w grocie i uśmiechała się, dawno nie była taka szczęśliwa. Ból upajał i sprawiał, że zatracała się w niepamięci.

***

– Czyli nic nie macie. – Detektyw Inaro rzuciła raport na biurko.

– Nie do końca, brak podobieństw to też jakiś wynik – stwierdził Darius.

Eliza posłała mu lodowate spojrzenie.

– Nie czas na filozofowanie – powiedziała.

– A co z przesłuchaniami zielarzy? – zapytał Edwin.

– Już zakończone, nic to nie dało. – Inaro podparła się pod boki.

– Nie dziwi mnie to. – Oliver uśmiechnął się uwodzicielsko. – Jeśli ktoś sprzedaje takie świństwa, to nie robi tego oficjalnie. Zielarze podlegają kontroli zarówno KAD-u, jak i Królewskiego Inspektoratu Gospodarczego, otrzymanie zgody na handel w tej branży trwa lata, nie zaryzykowaliby utraty licencji, sprzedając truciznę.

– Do czego zmierzasz, Aberante? – zapytała Eliza.

– Trzeba przesłuchać tych, którzy handlują… nieoficjalnie.

– Świetny pomysł, a może jeszcze wiesz, gdzie ich znaleźć? – Darius uśmiechnął się kpiąco.

– Nie, ale wiem, gdzie znaleźć kogoś, kto wie.

– Niech będzie, sprawdźcie to, ale najpierw jedźcie do kostnicy i porozmawiajcie z Magnusem. Powinien już mieć wyniki sekcji hrabiego Giberte – rozkazała detektyw.

Kostnica mieściła się w dwupiętrowym budynku zlokalizowanym na skraju miasta. Grube mury wykonane z szarego kamienia nawet w upalne dni utrzymywały we wnętrzu chłód.

– Urocze miejsce – powiedział Oliver, wysiadając z dorożki. – Nie rozumiem, czemu przeniesiono główną siedzibę KAD-u do centrum – dodał, patrząc na rozciągający się przy kostnicy cmentarz.

– To chyba oczywiste, budynek ma niechlubną historię – stwierdził Darius – nikt w KAD-zie nie chce pamiętać, że jeszcze pół wieku temu do wyciągania zeznań stosowano tortury.

– To fascynujące. – Oliver uśmiechnął się zawadiacko.

– A pewnie, podobno w piwnicach dalej trzymają wszystkie narzędzia tortur. Koła do łamania, żelazne dziewice, zgniatacze palców…

– Dariusie, myślę, że Oliver… – próbował się wtrącić Edwin.

– Wahadła, krosna i pewnie wiele innych. Założę się, że król Albrecht ma ojcu za złe wprowadzenie zakazu tortur. To znacznie obniżyło skuteczność rozwiązywania spraw.

– A nie przyszło ci do głowy, że torturowani ludzie w końcu mówili to, co chciał usłyszeć śledczy i stąd ta wysoka skuteczność? – zapytał Oliver.

– Być może, ale na pewno nie wszyscy. Poza tym tortury skutecznie zniechęcały do łamania prawa. Kiedyś wszyscy bali się detektywów z KAD-u, nie to co teraz.

– Jeśli cię to pocieszy, to uważam, że jesteś straszny.

Darius przewrócił oczami.

– Po co ja w ogóle z tobą gadam?

Weszli do holu, od którego odchodziły dwie klatki schodowe. Jedna prowadziła na wyższe piętra, a druga do piwnic, gdzie badano i przechowywano zwłoki. Dźwięk zamykanych drzwi odbił się echem od nagich ścian. Próżno było tu szukać jakichkolwiek ozdób. Tuż przy wejściu znajdowała się dyżurka, w której siedział podstarzały strażnik. Obrzucił detektywów obojętnym spojrzeniem i widząc znajome twarze, machnął ręką na znak, żeby wchodzili.

Znaleźli Magnusa Otrila w gabinecie, siedzącego za ogromnym dębowym biurkiem, na którym piętrzyły się stosy papierów. Patolog z zapałem konsumował kanapkę z jajkiem na twardo, której zapach zdominował wszystko inne.

– Jak on może tu jeść? – mruknął Darius.

Na widok detektywów Magnus odłożył kanapkę i uśmiechnął się szeroko.

– Młodzi detektywi, uszanowanie, pewnie po raport przyszliście – powiedział.

– Tak. Udało ci się ustalić coś nowego? – zapytał Darius.

– Ofiara zmarła w skutek… braku powietrza, do tego serce zatrzymało się gwałtownie. – Magnus wstał. Wyciągnął ze stosu papierów szarą teczkę i podał ją Dariusowi. – Przykro mi, że nie mogę bardziej pomóc.

– A czy to mogła być trucizna? – zapytał Edwin.

– Trucizna? – Patolog podrapał się po głowie. – Nie wydaje mi się. Brakuje objawów typowych dla trucizn. Owszem, niektóre powodują uduszenie, ale powolne. U żadnej z ofiar nie było też dolegliwości ze strony układu pokarmowego ani wybroczyn na skórze. Jeśli to faktycznie trucizna to mnie nieznana.

Wyjaśnienie Magnusa brzmiało przekonująco, ale Edwin nie potrafił się pozbyć tej myśli.

– Dziękujemy – powiedział Darius i ruszył do wyjścia.

– A jak się czuje Amelka? – zapytał Oliver.

– Coraz lepiej, już zaczęła wstawać. – Oczy patologa zaszkliły się, odchrząknął. – Nigdy nie zdołam się odwdzięczyć. Jesteś najlepszym człowiekiem, jakiego znam.

– Przesadzasz, Magnusie, daleko mi do ideału – zaśmiał się Oliver. – Ucałuj córeczkę ode mnie.

– Oczywiście.

Oliver wyszedł na korytarz, ignorując zdziwione miny kolegów. Znaleźli się przed budynkiem, z ulgą oddychając czystym powietrzem.

– To teraz czas na realizację twojego genialnego pomysłu – oznajmił Darius i wbił wzrok w Olivera. – Gdzie znajdziemy tego informatora?

– W Odmętach – odparł z lekkim uśmiechem.

Darius sapnął z irytacją i zmarszczył brwi.

– Nie cieszysz się? – zapytał Oliver. – Chyba przyjemnie jest wrócić w rodzinne strony.

– Nie myśl sobie, że wstydzę się swojego pochodzenia. – Darius zahaczył kciuki o szelki. – Jestem dumny z tego, co osiągnąłem.

– Ach tak. – Oliver przymknął oczy i wystawił twarz do słońca. Na włosach zatańczyły złote refleksy. – Chłopiec z ubogiej rodziny wbrew przeciwnościom losu zdobywa wykształcenie i dołącza do KAD-u, aby służyć społeczności… Nuda.

– Mam gdzieś twoje zdanie na temat mojego życiorysu!

„Kłamstwo” – pomyślał Edwin ze zdziwieniem.

– Jedziemy. – Darius wsiadł do dorożki.

***

Każde miasto miało lepsze i gorsze dzielnice. Odmęty stanowiły kwintesencję tego, co niebezpieczne, zakazane i brzydkie. Odrapane budynki chyliły się w stronę ulicy pełnej nierówności. Niewiele było tu sklepów, ale dużo burdeli i kilka karczm, do których nikt nie chodził, aby się jedynie napić.

Gdy tylko detektywi wysiedli z dorożki, ulica opustoszała. Tutaj każdy miał coś na sumieniu i nikt za KAD-em nie przepadał.

– I dokąd teraz? – zapytał Edwin.

– Do tego wspaniałego lokalu. – Oliver wskazał karczmę noszącą dumną nazwę: Perła Odmętów.

Wnętrze stanowiło torturę dla wszystkich zmysłów. W powietrzu unosił się zapach kwaśnego piwa, potu i przypalonych potraw. Chybotliwe ławy wykonano z byle jak zbitych desek. Na blatach stały brudne naczynia, których najwyraźniej nikt nie zamierzał pozbierać. W kącie siedział grajek nieudolnie brzdąkający na mandolinie.

Na widok detektywów nieliczni bywalcy karczmy zastygli w bezruchu i, sądząc po minach, właśnie robili w głowach rachunek sumienia, zastanawiając się, czy to oni są celem tej wizyty. Wyglądali jakby chcieli rzucić się do ucieczki, ale jednak trwali w bezruchu. Jedynie karczmarz zachował się zgoła inaczej i ruszył w stronę drzwi prowadzących na zaplecze.

– Stój! – rozkazał Oliver.

Mężczyzna zatrzymał się i niechętnie odwrócił.

– Witam szanownych detektywów. – Uśmiechnął się szeroko. – Właśnie, chciałem przynieść nasz najlepszy trunek.

„Kłamstwo”.

– Nie ma takiej potrzeby – stwierdził Oliver – ale przejdziemy na zaplecze, żeby porozmawiać.

Karczmarz wytrzeszczył oczy i rozejrzał się niespokojnie.

– Nic nie zrobiłem – powiedział, gdy znaleźli się za zamkniętymi drzwiami – przysięgam na grób mamusi. Sumienie mam czyste jak łza, cokolwiek słyszeliście, to są wierutne kłamstwa.

Edwin nie potrzebował w tym momencie daru, aby wiedzieć, że w tym, co właśnie usłyszał, nie ma nawet ziarenka prawdy.

– Nieważne – powiedział Oliver.

Karczmarz rozdziawił usta, a potem gwałtownie je zamknął, aż zęby kłapnęły.

– Nie obchodzą nas nielegalne walki w piwnicy ani to, co sprzedajesz spod lady – kontynuował detektyw – jesteśmy z wydziału zabójstw.

– O matko i córko, ja nie mam nic wspólnego…

– Cicho! – przerwał mu Oliver. – Jak będziesz współpracował, to niebawem wrócisz do swoich szemranych interesów. – Detektyw zbliżył się do karczmarza i spojrzał mu w oczy. – Chcemy wiedzieć, kto w mieście handluje truciznami i to tymi najgorszymi.

– Nie mam pojęcia, nigdy się nie mieszałem w ten biznes, to paskudna sprawa.

Oliver zerknął na Edwina, który delikatnie pokręcił przecząco głową.

– Masz jeszcze jedną szansę na powiedzenie prawdy. Jeśli znowu skłamiesz, to w pięć sekund zaczniemy rewizję, a potem wezwiemy kolegów z gospodarczego.

Karczmarz przełknął głośno ślinę.

– No… nie jestem pewien, ale jakiś tydzień temu do rzecznej przystani przypłynął bardzo podejrzany typ. – Rozejrzał się po zapleczu nerwowo. – Wyglądał na Kamirczyka, a na przedramieniu miał wytatuowanego węża. Ludzie gadali, że to członek gildii alchemicznej. Zatrzymał się tylko na jedną noc. Rano udał się do antykwariatu w centrum, a potem odpłynął. Nic więcej nie wiem, przysięgam.

Detektywi wymienili spojrzenia. Jeśli ktoś z kamirskiej gildii odważył się pojawić w Erasel, to musiało mu się to bardzo opłacać. W Ceretinie alchemia była zakazana, a za stosowanie jej groziła śmierć. Edwin skinął głową, potwierdzając prawdziwość słów karczmarza.

– Dziękujemy za współpracę. – Oliver uśmiechnął się uprzejmie.

Ku radości całej dzielnicy, detektywi wsiedli do dorożki i odjechali.

– Odmęty to pomnik nieudolności KAD-u – powiedział Darius, patrząc przez okno. – Lenie z gospodarczego mogłyby się w końcu wziąć do roboty.

Spojrzał na kolegów, ale nie doczekał się głosów poparcia, więc tylko sapnął z irytacją i pokręcił głową.

– Skąd wiedziałeś o tym karczmarzu? – Wbił wzrok w Olivera.

– Od pewnej wspaniałej niewiasty z wydziału gospodarczego, z którą spędziłem wczorajsze popołudnie.

– Myślałem, że sypiasz tylko z arystokratkami.

– Za kogo ty mnie masz – oburzył się Oliver. – Nie jestem uprzedzony klasowo. Kocham wszystkie piękne i młode kobiety.

– I po co pytałem – mruknął Darius.

***

Centrum miasta tętniło życiem, a kolorowe kamienice stanowiły miłą dla oka odmianę po rozpadających się budynkach Odmętów. Nikt też nie uciekał na widok członków KAD-u.

– Zamknięte – stwierdził Darius, szarpiąc klamkę. – Dziwne. – Nachylił się w stronę witryny i zajrzał do ciemnego wnętrza. – Nikogo nie widać.

– To może przepytać okolicznych sklepikarzy. Mogą wiedzieć, gdzie jest antykwariusz – zaproponował Edwin.

– Nie ma na to czasu, trzeba wyważyć drzwi. – Darius cofnął się i demonstracyjnie podwinął rękawy koszuli.

– Doskonały pomysł, tylko porządnie się rozpędź – powiedział Oliver.

– Nie, to bez sensu, zrobisz sobie krzywdę – zaprotestował Edwin. – Chodźcie, tu na pewno jest tylne wejście, może właściciel jest na zapleczu.

Darius niechętnie porzucił pomysł wyważenia drzwi, a Oliver posłał Edwinowi zawiedzione spojrzenie. Obeszli budynek i znaleźli się przed wąskimi drzwiami z kołatką. Edwin zastukał kilkakrotnie, a potem nacisnął klamkę.

– Otwarte – stwierdził zdumiony.

Detektywi weszli do niewielkiego pomieszczenia, gdzie przy stole siedział antykwariusz z głową opartą o blat. Ręce bezwładnie zwisały wzdłuż ciała. Powietrze cuchnęło ekskrementami.

– No i mamy trupa. – Darius podszedł do zwłok i nacisnął na dłoń zmarłego. – Są plamy opadowe i krew już zakrzepła, ale proces rozkładu jeszcze się nie rozpoczął. – Zahaczył dłonie o szelki. – Nie żyje najwyżej od kilkunastu godzin. Wygląda, jakby dostał zawału, ale to zbyt duży zbieg okoliczności.

Edwin popatrzył na stojącą w kącie szafkę, intuicja kazała mu do niej zajrzeć. W środku znajdowało się kilka fiolek i pękaty mieszek. Edwin wysypał monety na blat.

– W życiu nie widziałem tylu rinów. – Darius gwizdnął z podziwem. – Ciekawe jaką truciznę sprzedał za taką cenę.

– Bardziej martwi mnie to, co planuje z nią zrobić nabywca – powiedział Edwin. – Myślisz, że wypróbował ją na antykwariuszu?

– Tak sądzę. – Darius zmarszczył brwi. – Zostańcie tu, a ja zawiadomię kapitana.

Edwin skinął głową i spojrzał na Olivera, który wydawał się niezainteresowany znaleziskiem. Przez cały czas stał oparty o futrynę i wpatrywał się w przestrzeń.

Nie minęła nawet godzina, gdy w antykwariacie zaroiło się od detektywów. Zabezpieczono dowody i zwłoki. Przeszukano cały budynek i przepytano okolicznych mieszkańców. Kapitan chodził po bocznej alejce w tę i z powrotem, od czasu do czasu mamrocząc coś do siebie. Młodzi detektywi wodzili za nim wzrokiem.

– Znaleźliśmy więcej trucizn, ale żadnych namiarów na kupujących. – Detektyw Inaro stanęła w drzwiach.

– Chyba nie spodziewałaś się, że prowadził księgę rachunkową – warknął kapitan, ale szybko się opamiętał. – Kiepsko to wygląda, nie mamy nawet motywu, o czym miałem dzisiaj przyjemność poinformować króla. Jego Wysokość obawia się ataku podczas balu zaręczynowego, w związku z czym cały nasz wydział ma się stawić na uroczystości w roli ochroniarzy.

Na twarzy młodych detektywów odmalowały się zgoła różne emocje. Darius krzywił się z niesmakiem, Edwin wyglądał na przestraszonego, a Oliver uśmiechnął się szeroko.

***

Sala balowa w królewskim pałacu prezentowała się wspaniale. Kolumny podtrzymujące strop ozdobiono tiulem i kolorowymi liliami. Dookoła ustawiono stoły przykryte śnieżnobiałymi obrusami. Porcelanowa zastawa ze złotym deseniem lśniła w blasku świec. Orkiestra złożona z pięciu muzyków grała właśnie Walca nad jeziorem, ulubiony utwór królowej Anastazji. Na parkiecie wirowały damy w długich sukniach ozdobionych misterną koronką i klejnotami. Mężczyźni wystrojeni we fraki nie ustępowali im elegancją. Gwar rozmów mieszał się z dźwiękami muzyki, a woń kwiatów z zapachem wykwintnych potraw i drogich trunków.

Rodzina królewska siedziała za stołem ustawionym na podwyższeniu. Towarzyszyli jej najbardziej wpływowi arystokraci. Wśród gości krążyli członkowie KAD-u, wypatrując jakiegokolwiek podejrzanego zachowania. Edwin przyglądał się przez chwilę narzeczonej księcia, która siedziała sztywno z uśmiechem przyklejonym do twarzy, w oczach jednak nie było radości. Następca tronu zdawał się nie zwracać uwagi na przyszłą żonę.

– Parada próżności – warknął Darius, próbując poluźnić fontaź.

– Zostaw, bo znowu urwiesz, a nie mam ochoty go wiązać po raz trzeci – powiedział Edwin.

– Łatwo ci mówić, przywykłeś do takich strojów.

Edwin wcale nie czuł się swobodnie, jako wychowanek markiza obracał się w eleganckim towarzystwie, ale nigdy tak naprawdę nie należał do wyższy sfer. Czuł się jak przebieraniec.

– Dobrze się bawicie? – Oliver był w swoim żywiole.

– Nie jesteśmy tu dla zabawy. Skup się na obserwacji, zamiast uwodzić każdą napotkaną pannę.

Poruszenie wśród gości przerwało detektywom rozmowę. Wszyscy spojrzeli w stronę wejścia na salę. W drzwiach stanął hrabia Karante wraz z niedawno poślubioną żoną. Hrabia miał przeszło dziewięćdziesiąt lat i z trudem szedł w stronę stołu, trzymając pod rękę hrabinę. Kobieta wyglądała na dwudziestolatkę, a jej suknia znacznie odbiegała od panującej w stolicy mody. Nie miała falban, gorsetu ani koronkowych zdobień. Czerwona satyna ciasno opinała szczupłą talię, suknia z przodu sięgała do kolan, ale z tyłu miała tren. Wycięcie na plecach odsłaniało alabastrową skórę aż do pasa. Dekolt był równie śmiały. Czarne włosy hrabiny upięte w misterny kok zdobiła diamentowa tiara.

– Przyjrzyj się dobrze, Aberante – szepnął Darius – bo właśnie tak skończysz.

– Bogaty i z piękną kobietą u boku – zaśmiał się Oliver. – Ty to potrafisz przerazić człowieka.

Oliver spojrzał na hrabiego Karante z trudem zajmującego miejsce za stołem. Uśmiechnął się i ruszył w stronę orkiestry.

– Dokąd idziesz? – zapytał Darius, ale nie otrzymał odpowiedzi. Spojrzał na Edwina. – Co on wyprawia?

– Nie mam pojęcia.

Oliver powiedział coś do jednego z muzyków, a potem ruszył przez parkiet do stołu, przy którym siedziała rodzina królewska. Edwin zdał sobie sprawę, że rozmowy ucichły, a spojrzenia skierowały się na Olivera, który właściwie nie robił nic niezwykłego, jedynie szedł przez parkiet, ale coś w jego ruchach sprawiało, że przyciągał uwagę. I nie była to jedynie kwestia nienagannego wyglądu.

Oliver skłonił się parze królewskiej, a potem spojrzał na wybrankę księcia.

– Pani, czy zechcesz zaszczycić mnie tańcem? – zapytał.

Księżniczka oblała się rumieńcem, ale nie odrywała wzroku od Olivera. Piętnastoletni następca tronu również poczerwieniał na twarzy, ale z oburzenia. Muzyka ucichła, ludzie w napięciu oczekiwali odpowiedzi. Laura powinna odmówić, nie wypadło jej tańczyć z nikim poza narzeczonym, nawet jeśli o kilka lat młodszy książę nie kwapił się do tańca.

– Nie powinnaś, pani, siedzieć za stołem podczas tego wspaniałego balu, ale obawiam się, że książę nie porwie cię na parkiet. Musisz wiedzieć, pani, że wychodzisz raczej za wojownika niż tancerza.

Edwin dostrzegł, jak kilka osób schyla głowy, chcąc ukryć uśmiech. Książę nie miał w sobie nic z wojownika. Nadwaga skutecznie utrudniała mu wszelkie aktywności. Cisza stała się przytłaczająca. Król wbił mordercze spojrzenie w Olivera, ale milczał, co było do niego kompletnie niepodobne.

– Z przyjemnością, panie. – Laura wstała.

W sali rozbrzmiewał jedynie stukot obcasów i szelest sukni, gdy księżniczka obeszła stół i znalazła się przy Oliverze. Podała mu dłoń i pozwoliła poprowadzić się na parkiet. Zabrzmiała muzyka. Edwin natychmiast rozpoznał Taniec łabędzi, utwór uchodzący za bardzo romantyczny. Oliver objął partnerkę w talii i wirował z nią w tańcu pełnym gracji. W kilka sekund zostali na parkiecie sami, nikt nie chciał psuć tego spektaklu. Edwin miał wrażenie, że czas zwolnił, nie liczyło się nic poza parą wirującą w takt muzyki. Ludzie zastygli w bezruchu.

Gdy muzyka umilkła, Oliver odprowadził księżniczkę na miejsce i skłonił się nisko rodzinie królewskiej. Przeszedł przez salę i skierował się na taras. W momencie, w którym przekroczył próg, w sali zawrzało. Edwin gwałtownie wciągnął powietrze, jakby przez cały czas wstrzymywał oddech. Oburzony król krzyczał na Laurę, a potem rozwścieczony ruszył w stronę stołu, gdzie siedział markiz Aberante.

– Co tu się, do cholery, stało? – zapytał Darius, rozglądając się bezradnie.

– Nie wiem. – Edwin podążył za Oliverem.

Znalazł go na tarasie, opartego o balustradę i wpatrującego się w królewski ogród.

– Po co to zrobiłeś? Wywołałeś skandal – powiedział Edwin.

– Skandal? – W zielonych oczach błysnął gniew. – Czemu taniec miałby być skandalem? Kto na tej sali miał się prawo zgorszyć? Król, który kupił synowi żonę? A może ojciec Laury, który ma nieślubne dzieci w każdej wiosce w promieniu tysiąca staj od swojego zamku? – Oliver pokręcił głową. – Jesteś taki naiwny, Edwinie.

– Markiz będzie wściekły, właśnie się tłumaczy królowi.

– Nie boję się ojca.

Edwin westchnął, nie znosił awantur, a Oliver zdawał się do nich dążyć.

– Zwykle nie lubię, gdy ktoś mnie przyćmiewa – powiedziała hrabina Karante, stając w drzwiach tarasowych – ale tym razem uznaję wyższość przeciwnika. Okazuje się, że wyzywająca suknia to za mało, aby mierzyć się z Oliverem Aberante w sztuce zgorszenia.

– Wybacz, pani, nie zamierzałem odwracać od ciebie uwagi.

– Musisz mi to wynagrodzić.

Oliver uśmiechnął się lekko i zmierzył hrabinę wzrokiem.

– Czy miałaś okazję podziwiać królewskie ogrody?

– Nie.

– W takim razie pozwól, że cię oprowadzę.

Hrabina skinęła głową. Oliver poprowadził ją w dół schodów i oboje zniknęli w labiryncie krzewów i kwiatów. Edwin stał na tarasie oszołomiony. Spojrzał w stronę sali i dostrzegł hrabiego Karante śpiącego na krześle z głową odchyloną do tyłu. Znowu miał to okropne uczucie, że nie nadąża, że zawsze jest o krok w tyle za Oliverem.

***

Detektyw Inaro wpatrywała się w tablicę, na której zapisała wszystko, co udało się ustalić podczas śledztwa.

– Przyczyną śmierci było uduszenie, ale nie wiemy, w jaki sposób do niego doszło. Najbardziej prawdopodobne wydaje się użycie trucizny. Świadkowie widzieli kobietę w zielonej pelerynie wchodzącą tylnym wejściem do antykwariatu, dzień przed znalezieniem ciała. Sekcja potwierdziła jedynie, że rany zadano ofiarom pośmiertnie. – Eliza powiodła wzrokiem po zebranych. – Czyli wiemy całe nic. Jakieś pomysły?

Śledczy skulili się na krzesłach i zaczęli gorączkowo przeglądać notatki. Eliza westchnęła i pokręciła głową.

– Pani detektyw, jest kolejna ofiara! – Do sali wbiegł dyżurny funkcjonariusz.

– Kto?

– Hrabia Karante.

W siedzibie KAD-u zawrzało, zaledwie po kilkunastu minutach dorożki pędziły ulicami Erasel w stronę rezydencji hrabiego. Ciało znaleziono w sypialni, z rozpłatanego brzucha sterczał szeroki nóż kuchenny. Detektyw Inaro zatrzymała się w drzwiach.

– Oliverze, Edwinie, przesłuchajcie hrabinę. Kornel, wybierz kilku funkcjonariuszy i zabezpieczcie miejsce zbrodni. Dariusie, zbadaj ślady – rozkazała.

Hrabina Karante krążyła po ogrodzie. Mimo wczesnej pory miała na sobie błękitną suknię, a idealnie uczesane włosy zdobiły drobne kwiaty.

– Nie wygląda na przejętą – stwierdził Edwin.

– A skąd możesz to wiedzieć – warknął Oliver.

Na widok detektywów kobieta się zatrzymała. Z jej twarzy nie dało się niczego wyczytać. Nie szlochała i wydawała się zupełnie spokojna.

– Pani – Oliver skłonił głowę – przyjmij, proszę, nasze kondolencje.

– Dziękuję.

– Może usiądziemy, chciałbym zadać kilka pytań.

Hrabina skinęła głową i przeszła w stronę ławek przy fontannie. Edwin szedł nieco z tyłu i przyglądał się ruchom kobiety. Dostrzegł, jak zbliżyła się do Olivera i delikatnie musnęła palcami jego dłoń. „W coś ty się wpakował?” – pomyślał Edwin ze zgrozą.

Oliver usiadł na marmurowej ławce obok kobiety, zwracając się do niej przodem. Edwin oparł się o fontannę i obserwował.

– Pani, wiem, że to bolesne, ale opowiedz, proszę, o wydarzeniach dzisiejszego poranka – powiedział Oliver.

Hrabina spojrzała mu w oczy.

– Wstałam przed świtem, bo uwielbiam obserwować wschód słońca. Walerego to denerwowało, bo lubił długo spać… dlatego mieliśmy osobne sypialnie. Poranek spędziłam na tarasie, ale gdy mąż nie zszedł na śniadanie, poszłam do jego sypialni i znalazłam go martwego.

„Prawda” – pomyślał Edwin, ale to jeszcze nic nie znaczyło, bo nie padło kluczowe pytanie.

– Czy hrabia miał jakichś wrogów?

– Wrogów, nie, ale miał kilka zatargów, choć niegroźnych, ot takie złośliwości.

– Dziękuję, pani. Obiecuję, że dołożymy wszelkich starań, aby schwytać sprawcę. – Oliver ucałował dłoń hrabiny i wstał. – Wracajmy – powiedział do Edwina.

Ten posłał mu zdziwione spojrzenie, ale został zignorowany. Przeszli wąską alejką w stronę rezydencji.

– Nie zadałeś jej najważniejszego pytania – powiedział Edwin cicho.

– Jakiego?

– Co robiła wieczorem i w nocy, czy nie zabiła hrabiego.

– Miałem wprost zapytać kobietę pogrążoną w żałobie, czy nie zabiła męża? – Oliver się zatrzymał.

– Masz z nią romans?

Oliver zacisnął szczęki i odwrócił wzrok.

– To nie ma znaczenia – powiedział w końcu.

– Oszalałeś, wdałeś się w romans z mężatką i do tego taką, która wyszła za mąż dla pieniędzy.

– Nie waż się jej obrażać! Nic o niej nie wiesz.

– Oliverze, ona jest podejrzaną w śledztwie, zabójca prawdopodobnie jest kobietą.

– Fakt bycia kobietą nie czyni z niej podejrzanej. Nie ma motywu.

– Skoro jesteś pewien jej niewinności, to czemu bałeś się zapytać wprost?

Oliver zaśmiał się kpiąco.

– Nic nie wiesz o miłości – powiedział.

Edwin milczał przez chwilę, próbując opanować emocje.

– Tak czy inaczej, jesteś z nią związany uczuciowo, więc nie powinieneś brać udziału w śledztwie.

– Nie rób tego, nie możesz nikomu powiedzieć, to w niczym nie pomoże, a tylko namiesza w śledztwie.

Edwin wiedział, jak powinien postąpić, ale błaganie w zielonych oczach było trudne do zignorowania.

– Co ustaliliście? – zapytała detektyw Inaro.

Pytanie Elizy zawisło w powietrzu jak gęsta, poranna mgła. Edwin słyszał bicie własnego serca i czuł na sobie spojrzenie Olivera.

– Hrabina znalazła ciało rano. Nie wie, co wydarzyło się w nocy. Sypiali z hrabią osobno.

– Doprawdy? A to zaskoczenie. – Detektyw uśmiechnęła się kpiąco. – Skąd się biorą takie kobiety? – Pokręciła głowa i ruszyła w stronę rezydencji.

Oliver zmrużył groźnie oczy, ale nie skomentował. Spojrzał na przyjaciela.

– Dziękuję – szepnął.

Edwin nie odpowiedział, poczuł, jakby coś go dusiło, miał ochotę wrzeszczeć. Właśnie okłamał przełożoną i być może wspierał morderczynię. Wcisnął dłonie w kieszenie i wyszedł z ogrodu. „Co ja wyprawiam?” – pomyślał.

 

3

Trucizna wspięła się do okna i wśliznęła na korytarz. Mrok rozjaśniało jedynie światło wpadające przez uchylone drzwi gabinetu, z którego dobiegały podniesione głosy.

– Nie ma mowy, nie ożenię się z nią! – krzyczał młody mężczyzna.

– Zrobisz, co ci każę, dosyć tych głupot. Na te twoje miłosne wybryki jeszcze mógłbym przymknąć oko, bo musisz się wyszaleć, ale to co zrobiłeś na balu, przekracza wszelkie granice. Całe miasto huczy od plotek. 

– I co z tego!?

– Jak to co z tego. Chcesz na nas ściągnąć gniew króla? Coś ty sobie myślał!? Zacznij się zachowywać normalnie! – krzyczał mężczyzna. – Zdajesz sobie sprawę, jakie to było głupie!? 

– Przesadzasz.

– Przesadzam?! Zahipnotyzowałeś całą salę, w tym króla! Zabroniłem ci używać daru w ten sposób. Tyle razy ci to tłumaczyłem, a ty nadal robisz swoje. Ogarnij się w końcu!

– Ogarnąć się… to samo powiedziałeś matce, zanim się zabiła.

Zabrzmiał dźwięk uderzenia w twarz, po którym nastała chwila kompletnej ciszy. Trucizna czekała ukryta we wnęce drzwi. Młody mężczyzna o jasnych włosach wybiegł z gabinetu. „Idealnie” – pomyślała zabójczyni. Stąpała ostrożnie po białym dywanie wyściełającym korytarz. Zajrzała do pomieszczenia. Markiz Aberante siedział w fotelu przed kominkiem, trzymał kieliszek napełniony czerwonym winem.

Trucizna wśliznęła się do gabinetu, nawet nie dotykając drzwi. Żadna deska nie zaskrzypiała, gdy szła w stronę fotela. Czuła w żyłach moc Nocnych Łez, teraz dar markiza nie mógł go ocalić. Zatrzymała się, patrząc przez chwilę na ofiarę niczym pantera szykująca się do skoku. Uniosła dłoń, zasłoniła mężczyźnie usta i nos. Szarpnął się, ale jednocześnie wykonał wdech. Ciało zwiotczało, kieliszek upadł na podłogę, a wino rozlało się i błyskawicznie wsiąkło w dywan. Trucizna obeszła fotel i spojrzała w zielone oczy markiza, szeroko otwarte ze strachu. Nie było w nich tej buty i stanowczości, które zapamiętała. Rozejrzała się po gabinecie. Ściany zdobiła kunsztownie wykonana broń. Trucizna miała w czym wybierać. Po namyśle zdecydowała się na krótki miecz. Z zadowoleniem obserwowała blask świec tańczący na doskonale naostrzonej klindze.

Wróciła do markiza i poderżnęła mu gardło, potem wprawnym ruchem rozpłatała ciało. Krew wsiąkała w welurowe obicie fotela i kapała na dywan. Jelita wysunęły się z rozciętego brzucha i zatrzymały na kolanach niczym makabryczne girlandy. Trucizna wbiła miecz w ciało. Jeszcze raz dokładnie przyjrzała się markizowi. Chciała zapamiętać każdy szczegół. „Został jeszcze jeden” – pomyślała. Wyszła na korytarz i wyskoczyła przez okno.

***

Edwin stał w drzwiach gabinetu i nie mógł się ruszyć. Patrzył, jak detektyw Inaro ogląda zwłoki.

– Dobrze się czujesz? – zapytał Darius. – Zbladłeś.

– Nic mi nie będzie. Nie mogę uwierzyć, że po prostu spałem, gdy ktoś mordował markiza. – Zamrugał szybko, chcąc powstrzymać łzy.

– Nie obwiniaj się. Złapiemy tego potwora, kimkolwiek jest.

Edwin skinął głową.

– Poszukam Olivera.

Zajrzał do salonu, gdzie zebrali się członkowie rodziny, ale nie spodziewał się, że znajdzie przyjaciela wśród nich. Wyszedł z rezydencji i skierował się do ogrodowej altany. Gdy byli dziećmi, spędzali tam całe dnie. Pomylił się jednak, bo altana była pusta.

– Panicz wyjechał z godzinę temu – powiedział ogrodnik.

– Wiesz dokąd?

– Nie, widziałem tylko, jak wsiada do dorożki.

Edwin zdusił złe przeczucia i wrócił do budynku. Czuł złość i wyrzuty sumienia. Miał dar, był detektywem, a mimo to nie zdołał powstrzymać tej tragedii. Pobiegł do gabinetu tknięty nagłym przeczuciem.

– Kapitanie, proszę wezwać widzącego – powiedział.

– Już tego próbowaliśmy, z marnym skutkiem – odparł Rahmund.

– Tak, ale tym razem ja będę zadawał pytania.

Rahmund przyglądał się przez chwilę twarzy młodego detektywa, a potem skinął głową.

– Co ty planujesz? – szepnął Darius.

– Dowiedzieć się prawdy.

Widzący przybył w ciągu godziny. Odziany w fioletową szatę i uzbrojony w kadzidło oraz wachlarze z piór. Edwin nie rozpoznawał, czy to te sam człowiek co ostatnio, ale nie miało to znaczenia. Widzący skinął głową kapitanowi i rozpoczął rytuał.

– Dostrzegam ciemną sylwetkę. Ostrożnie stąpa. Zbliża się do ofiary. – Widzący zamilkł na chwilę. – Obchodzi fotel. Rozgląda się i chwyta miecz. Rozcina gardło jednym cięciem.

– Jak wygląda zabójca. – zapytał Edwin.

– Ma na sobie czarny strój.

– Widzisz jakieś szczegóły?

– Jest drobny.

Detektywi spojrzeli po sobie. Wizje widzących nie dawały pewności, ale coraz więcej poszlak wskazywało na kobietę.

– W którym momencie kieliszek upadł na podłogę? – zapytał Edwin.

Widzący zwrócił zamaskowaną twarz w jego stronę.

– Gdy zabójca dokonał cięcia – odparł.

„Kłamstwo”.

– Radzę mówić prawdę. Nie jesteś jedynym człowiekiem z darem w tym pomieszczeniu. Jeśli skłamiesz jeszcze raz, król dowie się, że wasze stowarzyszenie utrudnia śledztwo.

– Nic nie poradzę na to, co dostrzegam, ale spróbuję uzyskać czystszą wizję.

Edwin milczał i czekał cierpliwie, aż widzący ponownie się odezwie.

– Kieliszek upadł, gdy morderca stał z tyłu fotela.

– Co wtedy zrobił?

– Dotknął dłonią ust markiza, jakby go dusił.

Edwin chciał zadać kolejne pytanie, ale kapitan go uprzedził.

– Dziękujemy, to wszystko. Możesz odejść.

Widzący pośpiesznie opuścił gabinet.

– Kapitanie, mogliśmy się dowiedzieć więcej – powiedział Edwin.

– Nie, to strata czasu. Wizje i tak nie mogą być dowodem w sprawie. – Rahmund otarł chusteczką pot z czoła. – Przepytajcie świadków, a potem wracajcie do kwatery. – Kapitan rozejrzał się po gabinecie. – Gdzie Oliver?

– Chciał być sam, pojechał za miasto – powiedział Edwin.

– Rozumiem, przekaż mu, że może wziąć tyle wolnego, ile potrzebuje, powinien być teraz z najbliższymi. Podobnie jak ty.

– Mnie nic nie jest.

Kapitan skinął głową i wyszedł.

– To gdzie tak naprawdę jest Oliver? – zapytał Darius.

– Nie mam pojęcia.

Wieczorem Edwin padł na łóżko skrajnie wycieńczony. Targały nim sprzeczne emocje, a intuicja podpowiadała, że coś mu umknęło. Podłożył ręce pod głowę i zamknął oczy, choć wiedział, że nie zaśnie. Z zamyślenia wyrwał go dźwięk kroków na schodach, a potem brzęk tłuczonego szkła. Niechętnie wstał i przeszedł do gabinetu.

Oliver usadowił się za biurkiem i właśnie napełniał kieliszek winem.

– Nie powinieneś tu siedzieć – powiedział Edwin, patrząc na zakrwawiony fotel.

– Zwykle nie robię tego, co powinienem – powiedział Oliver niewyraźnie i wypił wino duszkiem. – Nie jest mi smutno. – Spojrzał na Edwina. – Rozumiesz, nie jest mi smutno. To znaczy, że jestem złym człowiekiem?

– Ludzie różnie reagują w takich sytuacjach.

– Gdy zmarła matka, było mi smutno.

– Chodź, najlepiej będzie, jak się położysz.

Edwin pomógł Oliverowi wstać, a potem chwycił pod ramię i poprowadził do drzwi.

– Jesteś dobrym przyjacielem, jedynym jakiego mam – powiedział Oliver. – Obiecaj, że nigdy się ode mnie nie odwrócisz.

– Obiecuję.

Edwin otworzył drzwi do sypialni i odprowadził Olivera na łóżko.

– Połóż się, najbliższe dni będą trudne.

Oliver opadł na poduszki i wpatrywał się w sufit. Edwin stał na środku pokoju, nie wiedząc, czy zostać, czy wyjść. Czuł zmęczenie, ale nie chciał zostawiać Olivera samego. Po namyśle usiadł w fotelu i okrył się kocem. Patrzył na księżyc widoczny za oknem i nawet nie zauważył, kiedy zasnął.

– Wstawaj!

Edwin zerwał się z fotela, ale polecenie nie było skierowane do niego. Przy łóżku stał Cyprian Aberante i wpatrywał się wściekle w młodszego brata.

– Musisz się tak drzeć? – Oliver usiadł i zmrużył oczy.

– Jak ty wyglądasz? I śmierdzisz jak gorzelnia. Masz się doprowadzić do porządku i za dwadzieścia minut stawić na dole.

– Nie będziesz mi rozkazywał.

– Owszem będę, bo nie masz pojęcia, jak należy się zachować.

– Jesteś jak ojciec.

– I całe szczęście, bo ty jesteś tak samo szurnięty jak matka.

Oliver zmrużył oczy i zacisnął dłonie na pościeli.

– Wynoś się z mojego pokoju!

Cyprian prychnął pogardliwie i wyszedł.

***

– To bez sensu – powiedział Darius, przeglądając znalezione w biurku papiery. – Nic istotnego tu nie ma, o dziwo markiz Aberante prowadził same czyste interesy. – Zatrzasnął księgę rachunkową.

– Według ciebie każdy arystokrata musi być nieuczciwy? – Oliver spojrzał na niego z ukosa.

– Nie musi, ale zwykle jest. A najgorsi są ci z darem.

– Inaro jest pewna, że coś łączyło ofiary. Musimy to znaleźć. I proponuje się na tym skupić – powiedział Edwin.

Oliver prychnął pogardliwie, usiadł na fotelu, założył nogę na nogę i wpatrywał się w widok za oknem. Przez ostatnie dni zachowywał się, jakby śmierć ojca i śledztwo w ogóle go nie obchodziły. Za to Edwin pracował prawie bez przerwy, rozpaczliwie próbował znaleźć coś świadczącego o niewinności hrabiny Karante. Doskonale wiedział, skąd Oliver wraca nad ranem i z kim spędza noce.

Nagle poczuł, jak jego intuicja się budzi.

– Oliver, wiesz o jakichś skrytkach w gabinecie? – zapytał.

Zapadła pełna napięcia cisza, Edwin jeszcze nigdy tak bardzo się nie bał, że usłyszy kłamstwo. Wpatrywał się w zielone oczy błagalnie.

– O jednej, tylna ścianka w biblioteczce się przesuwa – odparł Oliver cicho.

„Prawda”.

– I zataiłeś to! – Darius zerwał się z krzesła. – Niewiarygodne, już przywykłem, że nie pomagasz, ale żeby utrudniać śledztwo.

– Niczego nie utrudniam. Mój ojciec nie żyje, a my przeszukujemy jego gabinet, myślisz, że jest to dla mnie komfortowa sytuacja. – Głos Olivera lekko drżał.

– Tym bardziej powinno ci zależeć na rozwiązaniu sprawy. Ależ ty jesteś…

– Zamknij się, Darius! – wrzasnął Edwin. – Przestańcie, obydwaj.

Odwrócił się i zaczął zdejmować książki z półki. Tylna ścianka regału faktycznie się przesuwała. W skrytce znajdowały się kosztowności i plik pożółkłych dokumentów. Edwin ostrożnie je wyciągnął.

– Nic z tego nie rozumiem. To chyba jakieś raporty z badań – powiedział.

– Pokaż. – Darius wyrwał mu papiery. Wpatrywał się w nie z wyrazem skupienia i odrazy jednocześnie. – Obiekt pięć zmarł po podaniu belladonny, umiejętności przystosowawcze cztery w skali Lekira. Obiekt sześć przeżył podanie belladonny, ale nastąpiła utrata przytomności. Umiejętności przystosowawcze pięć w skali Lekira. Po wybudzeniu obiektu odnotowano zaburzenia psychofizyczne. Podjęto decyzję o uśmierceniu. Obiekt siedem przeżył podanie belladonny bez skutków ubocznych. Umiejętności przystosowawcze dziesięć w skali Lekira. Można przystąpić do kolejnego etapu eksperymentu – przeczytał.

– Co to jest? – zapytał Edwin – co oni robili?

– Skala Lekira – powiedział Darius do siebie. – Gustaw Lekir to ten szaleniec, którego stracono ponad pół wieku temu za mordowanie ludzi z darem. To była głośna sprawa. W jego twierdzy znaleziono kilkanaście osób zamkniętych w lochach, a w pobliskim lesie odkryto zbiorową mogiłę. Lekir twierdził, że dar można kontrolować i ulepszyć. Nikt nie brał na poważnie jego bredzenia.

– To znaczy, że markiz próbował odtworzyć te chore eksperymenty. – Edwin czuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła.

– Na to wygląda i nie tylko on. – Darius uniósł kartkę, na której widniał podpis hrabiego Giberte. – Chyba znaleźliśmy to, co łączy ofiary.

Edwin odważył się spojrzeć na Olivera, który siedział w bezruchu, blady jak ściana.

– O tym też wiedziałeś? – zapytał Darius z wyrzutem.

– Nie – odparł Oliver.

„Kłamstwo” – pomyślał Edwin i poczuł, jak kręci mu się w głowie.

– Tak czy inaczej, mamy przełom. Trzeba to pokazać Inaro. – Darius wybiegł z gabinetu.

Edwin nie poszedł za nim, wpatrywał się w Olivera. Chciał wyjść, ale jednocześnie nie mógł się ruszyć.

– Nie skłamałem – szepnął Oliver.

– Mój dar mówi co innego.

Oliver westchnął.

– To nie tak jak myślisz, niczego nie ukrywałem. Po prostu dopiero teraz zrozumiałem pewne fakty. – Zawiesił na chwilę głos i potarł skronie. – Na niedługo przed śmiercią matka ciągle kłóciła się z ojcem. Wyzywała go od potworów i morderców. Wrzeszczała, że spotka go kara za to, co zrobił. Opowiadała o starej twierdzy, w której rozchodzi się wrzask torturowanych ludzi. Wszyscy przypisywali to jej… chorobie. Nikt nie chciał wierzyć, że był w tym jakiś sens. A teraz wychodzi na to, że mówiła prawdę. Może właśnie przez to się zabiła. – Oliver zamknął oczy, po policzku spłynęła pojedyncza łza, którą otarł niedbale dłonią. Wstał gwałtownie, a wyraz jego twarzy zmienił się w ułamku sekundy. Blade policzki nabrały koloru, a smutek zastąpił kpiący uśmiech. – Chodźmy na dół, zanim Darius przypisze sobie wszystkie zasługi. – Oliver energicznie ruszył do wyjścia.

„Kim ty jesteś?” – pomyślał Edwin i zmusił się do ruchu. Zeszli do salonu, gdzie na podłodze leżały rozłożone kartki. Eliza klęczał nad nimi, potargane włosy wymykały się z kucyka i okalały twarz. Śledczy wpatrywali się w detektyw wyczekująco i z lekkim niepokojem.

– Tu jest podpis markiza Aberante, a tutaj – postukała palcem w kartkę – na spisie zaopatrzenia, markiza Gervena.

– Pani detektyw! – zawołał Darius. – Tu jest podpis kapitana.

– Niemożliwe. – Inaro chwyciła kartkę i na moment zastygła w bezruchu. – Szybko, musimy go ostrzec. Kornel, zbierz ludzi, jedziemy do domu kapitana! – zawołała, zrywając się z kolan.

Dorożki KAD-u mknęły ulicami miasta jak do pożaru. Ludzie w ostatniej chwili zdążali uciec spod kół. Eliza wyskoczyła na chodnik, zanim woźnica zdołał zatrzymać konie. Załomotała w drzwi, które po kilku sekundach otworzyła zapłakana gosposia.

– Gdzie kapitan? – zapytała Eliza.

– Wyjechał… i powiedział, że na zawsze. – Służąca otarła łzy. – Nic z tego nie rozumiem – dodała.

– Nie powiedział, dokąd się wybiera? – zapytała Eliza.

Służąca pokręciła głową. Detektyw Inaro zaczęła krążyć przed wejściem, przypominała tygrysicę zamkniętą w klatce. Mocno zaciskała usta, a ściągnięte brwi niemal się stykały. Śledczy wodzili za nią wzrokiem.

– Dariusie – odezwał się Edwin, przykuwając uwagę wszystkich. – Gdzie jest twierdza Gustawa Likira?

– Na południe od miasta. Za jeziorem jest droga, która prowadzi w stronę gór – odparł Darius.

– Myślisz, że tam robili eksperymenty? – zapytała Inaro. – Tam mógł pojechać kapitan?

– Tak – odparł Edwin, czując mrowienie w całym ciele. Jeszcze nigdy jego intuicja nie była tak wyraźna.

– Wyprzęgać konie! – wrzasnęła Eliza. – Jedziemy na oklep. Szybko, nie ma czasu!

 

4

Trucizna zeskoczyła z konia i przez chwilę wpatrywała się w szare mury porośnięte mchem. Promienie zachodzącego słońca tworzyły długie cienie, dodając budowli mroczności. Niewiele zostało z potężnej twierdzy, las rozpanoszył się tu na dobre. Gałęzie wystawały z otworów okiennych. Gruz z zawalonego dachu porastały drobne krzewy i mech. Trucizna stąpała ostrożnie, nie rozumiała, dlaczego Rahmund Baganero postanowił się tu udać. Podejrzewała pułapkę, ale była zbyt blisko, żeby zrezygnować. Przeszła przez niewielki dziedziniec i znalazła się przy schodach prowadzących do piwnic. „Nie ma jak w domu” – pomyślała. Zeszła po wyszczerbionych stopniach. Lampy oliwne na ścianach były zapalone i prowadziły wprost do dużej sali na końcu korytarza. Pamiętała to pomieszczenie, spędziła tam wiele godzin, zwijając się z bólu.

– Nie musisz się skradać – powiedział Rahmund, gdy pojawiła się w drzwiach. – Nie zamierzam uciekać ani walczyć.

Trucizna przyjrzała się poznaczonej zmarszczkami twarzy, siwym włosom wystającym spod melonika i ciemnym oczom o obwisłych powiekach. Trudno było uwierzyć, że ten sympatyczny staruszek jest tym samym mężczyzną, który zaciskał skórzane pasy na nadgarstkach pięcioletniej dziewczynki, tym samym, który przebił mieczem kobietę walczącą o życie córki.

– Przepraszam – powiedział, a jego oczy się zaszkliły. – Wiem, że to niewiele, ale przepraszam. Obyś odnalazła spokój.

Wyjął z pochwy szpadę i położył na jednym ze stołów zabiegowych, a potem się odsunął. Trucizna zbliżyła się powoli i wyciągnęła dłoń. Kapitan nie cofnął się, gdy dotknęła jego warg. Gwałtownie wciągnął powietrze i wytrzeszczył oczy, a potem osunął się na kamienną posadzkę. Przez kilka sekund ciałem wstrząsały drgawki.

Gdy kapitan znieruchomiał, Trucizna odważyła się odetchnąć. Patrzyła na zwłoki, nie mogąc uwierzyć, że to już koniec. Chwyciła szpadę i rozcięła mężczyźnie gardło, a potem rozpłatała brzuch. Popatrzyła po raz ostatni na krwawy wzór, taki sam jaki widziała na ciele matki. Rozejrzała się po zgromadzonych w sali sprzętach. Podeszła do tacy z narzędziami i po kolei oglądała szczypce, skalpele i strzykawki. „Udało się wam” – pomyślała – „stworzyliście broń idealną”.

Niespiesznie ruszyła do wyjścia, a potem wspięła się na najwyższy fragment muru i przez chwilę podziwiała widok. „Obyś odnalazła spokój”. „Może” – pomyślała. Z oddali dobiegał tętent kopyt, ale miała jeszcze czas. Zeszła na ziemię i po raz ostatni rozejrzała się po zrujnowanej twierdzy. Nie zamierzała nigdy więcej tu wracać. Dosiadła konia i zniknęła w gęstwinie.

***

– Spóźniliśmy się – stwierdził Darius.

Śledczy stali w milczeniu i ze spuszczonymi głowami. Eliza uklękła obok zwłok kapitana i zamknęła oczy zmarłego. Rozejrzała się po pomieszczeniu, a na jej twarzy widniały skrajne emocje.

– Co oni tu robili? – zapytała szeptem.

– Eksperymentowali z darem – powiedział Kornel. – Pytanie, co z tym zrobimy?

– Chyba nie sugerujesz, żeby to ukryć – oburzyła się Eliza.

– A co da nam prawda, oprócz skandalu? Udział kapitana KAD-u w tym przedsięwzięciu zszarga naszą opinię. Jeśli król o tym nie wiedział, to wszyscy za to oberwiemy, a jeśli wiedział to jeszcze gorzej.

Detektyw Inaro westchnęła, a potem przyglądała się przez chwilę zwłokom. Wyciągnęła rękę i odchyliła poły surduta. W wewnętrznej kieszeni tkwił list. Na kopercie widniało jej imię. Drżącymi dłońmi złamał pieczęć i zaczęła czytać.

 

Droga Elizo!

 

 Wiem, że moje zachowanie wyda Ci się dziwne, ale to było jedyne wyjście. Każdy detektyw wcześniej czy później natrafia na sprawę, której nie jest w stanie rozwiązać, to jest właśnie taka sprawa.

Byłaś dla mnie jak córka, ale proszę, nie opłakuj mnie, bo z ulgą przyjmuję ten wyrok. Zasłużyłem na karę i w głębi duszy miałem nadzieję, że nadejdzie. Wiem, że zawsze miałaś o mnie dobre zdanie i niezmiernie mi przykro, że muszę zburzyć ten obraz. Dopuściłem się zbrodni, na którą trudno znaleźć nazwę. Kierowany pychą wziąłem udział w straszliwym eksperymencie, mam na rękach krew wielu ludzi. Owocem tego eksperymentu jest Anabella, a przynajmniej takie imię nadała jej matka, zanim zginęła z mojej ręki. Nie próbuj jej powstrzymać, bo zginiesz. I nie obwiniaj się, bo nie byłaś w stanie mnie ocalić. Miałem dobre życie, za dobre biorąc pod uwagę to, co zrobiłem. Żegnaj i dbaj o siebie.

 

Z wyrazami szacunku

Rahmund Baganero

 

Eliza wstała i podparła się pod boki. Zdawał się ignorować łzy spływające po twarzy.

– Nie pozwolę na ukrycie czegoś takiego. Przygotuję raport i osobiście przedstawię go zwierzchnikom – powiedziała.

– Co z zabójczynią? – zapytał Darius.

– Nie zamierzam rezygnować. Jest seryjną morderczynią i nieważne czy miała powody. Zabezpieczcie teren, trzeba zebrać jak najwięcej dowodów.

Edwin stał jeszcze przez chwilę nad ciałem kapitana, a potem wyszedł na mury. Intuicja podpowiadała mu, że nigdy nie znajdą Anabelli.

– Nie takiego zakończenia się spodziewałem – powiedział Oliver.

Edwin zacisnął dłonie w pięści.

– Muszę się wyprowadzić – powiedział.

– Co?

– Nie mogę dłużej mieszkać w rezydencji. Czas się usamodzielnić.

Oliver wpatrywał się w niego przez chwilę, a potem spojrzał w dal.

– Przepraszam – powiedział.

– Nie ma za co, ale nie musisz używać na mnie daru, żebym był twoim przyjacielem. Mam nadzieję, że będziesz z hrabiną Karante szczęśliwy.

Edwin zszedł z murów. Z każdym krokiem czuł, jak to dziwne uczucie przytłoczenia znika. Obejrzał się na Olivera, po raz pierwszy w życiu nie zazdrościł mu daru i wolał nie wiedzieć, na czym dokładnie polegał.

Koniec

Komentarze

Hej, Alicello!

 

Wyłapałem jeszcze dwa babolki:

– Nie mi nie będzie. Nie mogę uwierzyć, że po prostu spałem, gdy ktoś mordował markiza. – Zamrugał szybko, chcąc powstrzymać łzy.

Nic

Edwin zmilczał i czekał cierpliwie, aż widzący ponownie się odezwie.

zamilkł albo milczał

 

Ale dosyć narzekania, na becie mogłem, to teraz pozostaje już pochwalić.

Zaprezentowałaś nam szeroki wachlarz bohaterów. Od tajemniczej Trucizny, poprzez tercet detektywów, jakże różniących się od siebie, po kilka ciekawych postaci dalszoplanowych. Na 70k znaków nie czuć tego natłoku.

Bardzo podoba mi się jak dwa wątki: morderczyni i śledzących ją detektywów, krok po kroku zbliżają się do siebie. To fajnie podkręca atmosferę. Zakończenie uznaję za otwarte, może jeszcze kiedyś poczytamy o tych bohaterach, co?

Pod “Dilerem” pisałem, że to był materiał na dłuższą opowieść i tutaj też tak napiszę, ale nie będzie to już zarzut. Po prostu mam wrażenie, że niektóre wątki poboczne dałoby się rozwinąć, trochę dołożyć historii detektywów, jak również Trucizny, to nawet przy Twoim zamiłowaniu do szybkiej akcji mogłaby wyjść z tego książka. Całkiem niezła ;) Natomiast w tej formie jest dobrym, choć długim jak na portalowe warunki, kryminałem. Na pewno nudy nie było :D

Zatem razem z pierwszym komentarzem zaniosę również dobre słowo do klikarni.

 

Pozdrowionka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć ;) Muszę przyznać, że opowiadanie faktycznie długie i zwykle zniechęca mnie to do czytania, ale tym razem coś mnie tknęło i całe szczęście! Tekst bardzo dobry, zgadzam się z Krokusem – to zdecydowanie materiał na dłuższą opowieść. Zgrabnie stworzone postaci, bardzo dobrze budowane napięcie i wartka akcja. W kilku momentach nawet się zaśmiałam ;)) 

Wyłapałam tylko kilka baboli:

Klapę zdobił emblemat KAD-u – wyszyty czarną nicą jastrząb na czerwonym tle.

– Nie ma sińców na szyi ani krwi w płucach – powiedział Darius – z raportów wynika, że ofiary nie walczyła o życie, a duszenie trochę trwa.

– To chyba oczywiste, budynek ma niechlubną historię – stwierdziła Darius – nikt w KAD-zie nie chce pamiętać, że jeszcze pół wieku temu do wyciągania zeznać stosowano tortury.

Dziękujmy – powiedział Darius i ruszył do wyjścia.

To tego wspaniałego lokalu. – Oliver wskazał na karczmę noszącą dumną nazwę: Perła Odmętów.

Detektywi weszli do niewielkiego pomieszczenie, gdzie przy stole siedział antykwariusz z głową opartą o blat.

Kapitan chodził po bocznej alejce w tę i z powrotem (+,) od czasu do czasu mamrocząc coś do siebie.

Skup się na obserwacji, zamiast uwodzić każda napotkaną pannę.

Król wbił mordercze spojrzenie w Olivera, ale milczał, co był do niego kompletnie niepodobne.

– Co tu się (+,) do cholery (+,) stało?

– I całe szczęści, bo ty jesteś tak samo szurnięty jak matka.

Przez ostatnie kilka dni Edwin pracował prawie bez przerwy, w przeciwieństwie do Olivera, który zachowywał się (+,)  jakby, śmierć ojca w ogóle go nie obchodziła.

Przecinek po “jakby” zbędny ;)

– Pani detektyw! – zawołał Darius podekscytowany i objaśniła Inaro znalezisko.

– Wyjechał… i powiedział, że na zawsze… Kazał to pani przekazać(+.) – Służąca podała detektyw zapieczętowaną kopertę.

– To ruiny twierdzy Akral – powiedziała Kornel.

Ogólnie jednak wyszło świetnie. Pozdrawiam! ;))

Krokusie, dzięki za komentarz, dobre słowo i ponowne przeczytanie tego bardzo długiego opowiadania. 

Zakończenie uznaję za otwarte, może jeszcze kiedyś poczytamy o tych bohaterach, co?

A czytałbyś? Pisząc opowiadanie, nie myślałam o kontynuacji, ale kiedy padł ten pomysł na becie, zaczęłam się nad tym zastanawiać. 

Na pewno nudy nie było :D

O, i to najważniejsze, bardzo się cieszę :).

 

Ocmel, bardzo dziękuję za komentarz. Cieszę się, że długość Cię jednak nie wystraszyła. 

W kilku momentach nawet się zaśmiałam ;)) 

Cudownie, to już jest pełen sukces. Miałam taką cichą nadzieję, że mi się uda przemycić trochę humoru. 

Dzięki za wyłapanie błędów, zaraz poprawiam.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

A czytałbyś?

A pytanie nie powinno brzmieć “a betowałbyś?”.

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Yo!

 

Nie będe się rozpisywał, bo moje uwagi znasz z bety. Ciekawe opowiedziany kryminał, w którym w kilku momentach gubiłem się, jeśli chodzi o bohaterów, ale to tylko przy pierwszym czytaniu ;)

Podoba mi się, że zmieniłaś zakończenie, jeśli chodzi o postać Trucizny. Teraz jest lepiej, bo przedtem brakowało mi czegoś, co umotywowałoby jej wybór – zmieniłaś ten wybór i teraz mi niczego nie brakuje. No, może poza mocniejszym zakończeniem wątków Olivera et consortes, ale to też Ci już pisałem :)

 

Idę do klikarni teraz, żeby zrobić to, co powinno się zrobić w przypadku opowiadań, które się podobają :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Dzięki, za komentarz, Outta, i za wyprawę do klikarni. Też mi się bardziej podoba aktualne zakończenie, tamto nie pasowało do osobowości Trucizny.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Tekst długi, ale szybko się czyta, bo fabuła wciąga.

Zawsze lubiłam zagadki, więc do mnie trafiło.

IMO, trochę za dużo detektywów wprowadzasz hurtem, bo potem długo mi się mylili.

I trochę rzeczy zostało niedopowiedzianych. Mam wrażenie, że Olivera i jego kumpla też stworzono w tym zrujnowanym laboratorium (toć markiz nie brałby na utrzymanie całkiem obcego dzieciaka), ale nie wyjaśniasz tego do końca. A może takich utalentowanych jest jak mrówków i pan go wychowywał, żeby panicz miał towarzystwo? Oto jest pytanie.

Dobrze zbudowanie postacie.

Krwawienie otrutej ofiary. Niby szefu wie, że nie zmarła od ran, ale w pierwotnym raporcie jest coś takiego i nikt nie protestuje.

Babska logika rządzi!

Cześć, FInkla!

 

Dziękuję za komentarz i klika. Cieszę się, że fabułą była wciągająca. 

IMO, trochę za dużo detektywów wprowadzasz hurtem, bo potem długo mi się mylili.

Starałam się rozciągnąć wprowadzanie bohaterów, ale już nie mam pola manewru, bo Oliver musi się pojawić przed przesłuchaniem hrabiny. Mogłabym jeszcze wydłużyć trochę oględziny miejsca zbrodni, żeby bardziej ugruntować obraz Edwina i Dariusa, ale nie wiem, czy to by jakoś znacząco pomogło.

I trochę rzeczy zostało niedopowiedzianych. Mam wrażenie, że Olivera i jego kumpla też stworzono w tym zrujnowanym laboratorium (toć markiz nie brałby na utrzymanie całkiem obcego dzieciaka), ale nie wyjaśniasz tego do końca. A może takich utalentowanych jest jak mrówków i pan go wychowywał, żeby panicz miał towarzystwo? Oto jest pytanie.

Bardzo ciekawy pomysł, lepszy niż mój ;), bo za przygarnięciem Edwina kryje się prostsza historia. Jego rodzice pracowali dla markiza, a o przygarnięciu zdecydował głównie bardzo przydatny dar Edwina. Poprawię wypowiedź Dariusa podczas rozmowy w archiwum.

Krwawienie otrutej ofiary. Niby szefu wie, że nie zmarła od ran, ale w pierwotnym raporcie jest coś takiego i nikt nie protestuje.

Masz na myśli to, co czyta młodzieniec? To tylko takie wstępne oględziny i to zrobione przez nowicjusza, dlatego Rahmund go wygania. Zmienię trochę wypowiedź kapitana, żeby lepiej pokazać, że młody nie ma wiedzy. Dopiero gdy Darius ogląda ciało, to pada informacja, że rany zostały zadane po śmierci.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Cześć, Alicello! :-)

 

Opowiadanie bardzo mi się spodobało, ponieważ przedstawiłaś niezwykle wciągającą opowieść, napisaną, jak zwykle w Twoim przypadku, z ogromnym wyczuciem słowa. Wykorzystujesz ograne motywy, ale takie, które lubię i przedstawiasz całość w sposób bardzo elegancki (tym razem to zaleta, skoro akcja toczy się w dużej mierze w kręgach arystokratycznych ;-)).

Najmniej (choć to drobiażdżek) przypasowała mi postać patologa, jedzącego w miejscu pracy – to już trochę zbyt filmowe. ;-) Zabrakło mi w tym momencie przełamania wykorzystanego schematu. Wydaje mi się, że można by to osiągnąć np. poprzez zmianę płci (kobiety również pojawiały się w takiej roli, ale nie kojarzę połączenia kobiety-patologa, która wcina sobie śniadanie w otoczeniu trupów ;-)). Intryga również z gatunku dość wyeksploatowanych (eksperyment/znęcanie/molestowanie plus biorąca w tym udział grupa ludzi [koniecznie utrwalona na wspólnym zdjęciu], która jest później mordowana przez tajemniczego mściciela), ale to mi nie przeszkadzało, choć można było się domyślić, co finalnie połączy ofiary.

Zdarzyło mi się też kilka dobrych razy uśmiechnąć, bo i sporo humoru udało Ci się przemycić w tekście (widzący opisany bardzo zabawnie). Dialogi wypadają również bardzo dobrze (znów humor plus iskrzy między bohaterami), z małymi wyjątkami (tak średnio podeszła mi wypowiedź Rahmunda, gdy usłyszał ubliżające mu słowa Kornela – zbyt rozwleczona jak na mój skromny gust ;-)).

Akcja zasuwa jak TGV. Wiem, że nie przepadasz za dłużyznami, ale być może przydałaby się chwila oddechu, szczególnie pod koniec. Zakończenie wydało mi się bowiem nieco pospieszne w stosunku do całej opowieści, ale zakładam, że nie chciałaś dojechać do stu tysięcy znaków. ;-) Ewidentnie zostawiłaś sobie furtkę na kontynuację. To dobrze, bo, jeżeli takowa powstanie, to przeczytam z przyjemnością.

Skoro już mogę – przybliżam “Nocne łzy” do biblioteki. ;-)

 

Pozdrowionka! :-)

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Cześć, Filip! 

 

Bardzo dziękuję za komentarz i polecenie do biblioteki. Cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu. Zgadzam się, że nie jest to tekst odkrywczy, patrząc pod kątem poszczególnych elementów, ale wydaje mi się, że po połączeniu stanowi to ciekawą mieszankę. Coś, co mnie wydaje się oryginalne, to główna bohaterka, zarówno jeśli chodzi o sposób zabijania jak i osobowość (przynajmniej mam taką cichą nadzieję). 

Najmniej (choć to drobiażdżek) przypasowała mi postać patologa, jedzącego w miejscu pracy – to już trochę zbyt filmowe. ;-) Zabrakło mi w tym momencie przełamania wykorzystanego schematu. Wydaje mi się, że można by to osiągnąć np. poprzez zmianę płci (kobiety również pojawiały się w takiej roli, ale nie kojarzę połączenia kobiety-patologa, która wcina sobie śniadanie w otoczeniu trupów ;-)).

Myślę, że ktoś, kto pracuje przy zwłokach, po czasie przyzwyczaja się do tego niezależnie od płci, choć zgadzam się, że kobieta mogłaby tu być ciekawszą postacią. Wykorzystam tę radę w przyszłości :). 

Intryga również z gatunku dość wyeksploatowanych (eksperyment/znęcanie/molestowanie plus biorąca w tym udział grupa ludzi [koniecznie utrwalona na wspólnym zdjęciu], która jest później mordowana przez tajemniczego mściciela), ale to mi nie przeszkadzało, choć można było się domyślić, co finalnie połączy ofiary.

Zastanawiałam się, czy zastąpić portretu dokumentami, ale niewiele by to zmieniło, a tylko wymusiło konieczność dłuższego opisu.

Zdarzyło mi się też kilka dobrych razy uśmiechnąć, bo i sporo humoru udało Ci się przemycić w tekście (widzący opisany bardzo zabawnie). Dialogi wypadają również bardzo dobrze (znów humor plus iskrzy między bohaterami), z małymi wyjątkami (tak średnio podeszła mi wypowiedź Rahmunda, gdy usłyszał ubliżające mu słowa Kornela – zbyt rozwleczona jak na mój skromny gust ;-)).

Niezmiernie mnie cieszy, że humor był zauważalny. Wypowiedź Rahmunda skróciłam.

Akcja zasuwa jak TGV. Wiem, że nie przepadasz za dłużyznami, ale być może przydałaby się chwila oddechu, szczególnie pod koniec. Zakończenie wydało mi się bowiem nieco pospieszne w stosunku do całej opowieści, ale zakładam, że nie chciałaś dojechać do stu tysięcy znaków. ;-) Ewidentnie zostawiłaś sobie furtkę na kontynuację. To dobrze, bo, jeżeli takowa powstanie, to przeczytam z przyjemnością.

No popatrz, a mnie się wydawało, że teraz to już jest bardzo wolno. Końcówka przyspieszyła, ale wydaje mi się, że to pasuje, bo akcja nabrała tempa. Chciałam, żeby w końcówce dało się odczuć wyścig z czasem, bo przecież detektywi mogli zdążyć ocalić kapitana. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Oczywiście ograne motywy przedstawiłaś na swój sposób i wyszło przyjemne opowiadanie. 

Zastanawiałam się, czy zastąpić portretu dokumentami, ale niewiele by to zmieniło, a tylko wymusiło konieczność dłuższego opisu.

Zawsze można wprowadzić policjanta, który ma dar szybkiego czytania. ;-)

Wypowiedź Rahmunda skróciłam.

Cieszę się, że się na coś przydałem. ;-)

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Nie wiem, czy kierowałaś się radą mistrza Hitchcocka, ale mogę śmiało powiedzieć, że zaczęłaś opowieść od trzęsienia ziemi, a potem pilnowałaś, by atmosfera gęstniała, a napięcie rosło. I pewnie dlatego po opisie pierwszego morderstwa byłam ciekawa, czym kierowała się Trucizna, a poznawszy detektywów z KAD-u, sekundowałam im i z zainteresowaniem śledziłam wszelkie  poczynania, w tym także zastój w śledztwie, a potem rozwiązanie zagadki.

Nieźle też pokazałaś wszystkie zdarzenia, na tle których rozgrywa się cała historia.

Podoba mi się też pomysł, żeby detektywi byli posiadaczami różnych darów.

Wykonanie, niestety, pozostawia nieco do życzenia, ale kiedy poprawisz usterki, z przyjemnością udam się do klikarni. ;)

 

– Ty wcią­gasz zwie­rze­nia, a ja spraw­dzam, czy są praw­dzi­we… → Czy tu aby nie miało być: – Ty wycią­gasz zwie­rze­nia, a ja spraw­dzam, czy są praw­dzi­we…

 

jak cięż­ko jest za­wsze roz­po­zna­wać kłam­stwo. → …jak trudno jest za­wsze roz­po­zna­wać kłam­stwo.  

 

Jej na­sto­let­nia wnucz­ka… → Słowo nastolatek pojawiło się w użyciu dopiero w drugiej połowie lat pięćdziesiątych XX wieku i w tym opowiadaniu nie ma racji bytu.

 

miał w zwy­cza­ju mo­ty­wo­wać swo­ich pod­da­nych groź­ba­mi. → Czy zaimek jest konieczny – czy motywowałby cudzych poddanych?

 

Po sali od­praw roz­le­gły się po­mru­ki nie­do­wie­rza­nia. W sali od­praw roz­le­gły się po­mru­ki nie­do­wie­rza­nia.

 

Rah­mund za­koń­czył swoją mowę… → Zbędny zaimek.

 

to je­dy­na me­to­da, jaka tu pa­su­je. Mu­si­my je­dy­nie od­kryć… → Czy to celowe powtórzenie?

 

– Chyba w to wie­rzysz? → Pewnie miało być: – Chyba w to nie wie­rzysz?

 

– A czter­dzie­sty regał nawet nie­za­czę­ty.– A czter­dzie­sty regał nawet nie ­za­czę­ty.

 

Edwin też swoją ro­bo­tę wy­ko­nał, także życzę przy­jem­nej nocy… → Edwin też swoją ro­bo­tę wy­ko­nał, tak że życzę przy­jem­nej nocy…

 

Oli­ver za­brał się za je­dze­nie cze­ko­la­do­wej ba­becz­ki.Oli­ver za­brał się do jedzenia cze­ko­la­do­wej ba­becz­ki.

 

wró­cił do sto­li­ka i za­brał się za czy­ta­nie. → …wró­cił do sto­li­ka i za­brał się do czytania.

 

a potem za­brał się za czy­ta­nie akt. → …a potem za­brał się do czytania akt.

 

– Nocne Łzy, to naj­gor­sza z tru­cizn, nie­ła­two było je zdo­być… → Piszesz o jednej truciźnie, więc: – Nocne Łzy, to naj­gor­sza z tru­cizn, nie­ła­two było zdo­być…

 

– To chyba oczy­wi­ste, bu­dy­nek ma nie­chlub­ną hi­sto­rię – stwier­dzi­ła Da­rius… → Literówka.

 

Ob­dar­te bu­dyn­ki chy­li­ły się w stro­nę ulicy… → Nie powiedziałabym o budynku, że jest obdarty, raczej: Odrapane bu­dyn­ki chy­li­ły się w stro­nę ulicy

Za SJP PWN: obdarty pot. «mający na sobie podarte, nędzne ubranie»

 

– I dokąd teraz? – za­py­ta­ła Edwin. → Literówka.

 

Oli­ver wska­zał na karcz­mę… → Oli­ver wska­zał karcz­mę

 

nie po­trze­bo­wał w tym mo­men­cie daru, aby wie­dzieć, że w tym… → Czy to celowe powtórzenie?

 

po ob­dar­tych bu­dyn­kach Od­mę­tów.… → …po odrapanych bu­dyn­kach Od­mę­tów.

 

Ręce bez­ład­nie zwi­sa­ły wzdłuż ciała. → Na czym polegała bezładność zwisających rąk?

A może miało być: Ręce bezw­ład­nie zwi­sa­ły wzdłuż ciała.

 

I nie była to je­dy­nie kwe­stia nie­na­gan­ne­go wy­glą­du i bia­łe­go smo­kin­gu wy­róż­nia­ją­ce­go się z tłumu. → Jestem pewna, że Oliver, arystokrata i mężczyzna znający się na elegancji, na wieczorne przyjęcie u króla nigdy nie przywdziałby białego smokingu. Dodam jeszcze, że bal u króla jest na tyle doniosłym wydarzeniem, że Oliver powinien mieć na sobie frak.

 

w pro­mie­niu ty­sią­ca staj od jego zamku? → …w pro­mie­niu ty­sią­ca staj od swojego zamku?

 

Po­biegł do ga­bi­ne­tu tchnię­ty na­głym prze­czu­ciem.Po­biegł do ga­bi­ne­tu, tknię­ty na­głym prze­czu­ciem.

Za SJP PWN: tchnąć 1. «wydzielać jakiś zapach lub ciepło» 2. «cechować, charakteryzować coś» 3. «wywołać w kimś, w czymś jakąś korzystną zmianę, spowodować jakieś korzystne zjawisko»

 

zdą­ża­li usko­czyć spod kół. Eliza wy­sko­czy­ła na chod­nik… → Nie brzmi to najlepiej.

 

Gruz z za­wa­lo­ne­go dachu po­ra­sta­ły drob­ne krze­wy i polne kwia­ty. → Obawiam się, że polne kwiaty nie będą rosły na gruzowisku.

 

roz­cię­ła męż­czyź­nie gar­dło, a potem roz­pla­ta­ła brzuch. → Literówka, czy może brzuch był zapleciony w warkoczyki? ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Reg!

 

Dziękuję za komentarz i wskazanie błędów, zaraz poprawiam. Bardzo się cieszę, że opowiadanie trzymało w napięciu, na tym głównie mi zależało. O wywołaniu skojarzenia z radą mistrza Hitchcocka nie śmiałam marzyć. 

– A czterdziesty regał nawet niezaczęty. → – A czterdziesty regał nawet nie zaczęty.

Tutaj nie rozumiem, dlaczego powinnam to zapisać osobno.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Alicello, słowo niezaczęty zatrzymało mnie. Sprawdziłam w SJP PWN i tam go nie znalazłam. Nie wykluczam własnej ślepoty i dopuszczam możliwość, że ufając słownikowi nie mam racji.

 

Tak sobie jeszcze pomyślałam o hrabinie Giberte śpiącej z wałkami na głowie, że w czasach kiedy dzieje się ta historia ta pani powinna mieć raczej papiloty, nie wałki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niezaczęty vs. nie zaczęty.

Ja na czuja bym napisała łącznie – na zasadzie nie z imiesłowami.

A słownik nie może zawierać wszystkich nietkniętych, nienapoczętych, nienadgryzionych, nieruszonych…

Babska logika rządzi!

OK, Finklo, rozumiem i zgadzam się z Tobą. No i okazało się, że każda z nas ma nieco innego czuja. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Alicello, słowo niezaczęty zatrzymało mnie. Sprawdziłam w SJP PWN i tam go nie znalazłamNie wykluczam własnej ślepoty i dopuszczam możliwość, że ufając słownikowi nie mam racji.

Ja to potraktowałam jako imiesłów przymiotnikowy, który z “nie” zapisuje się łącznie.

 

EDIT: O, spóźniłam się, już wszystko jasne. 

Tak sobie jeszcze pomyślałam o hrabinie Giberte śpiącej z wałkami na głowie, że w czasach kiedy dzieje się ta historia ta pani powinna mieć raczej papiloty, nie wałki.

Papiloty wydawały mi się bardziej współczesne, ale Internet nie był zbyt pomocny w tej kwestii. Może faktycznie wałki tu nie pasują. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Alicello, na drugim obrazku jest dziewczynka z papilotami, a po strojach obu postaci widać, że to naprawdę stary sposób kręcenia włosów. ;)

https://pl.wiktionary.org/wiki/papilot

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Racja, dzięki Reg. :), już zmieniłam.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

;D

 

edycja

kwestia nienagannego wyglądu i białego fraka wyróżniającego się z tłumu. – Alicello, przebrałaś Olivera w biały frak, a biały frak na królewskim balu jest równie nie na miejscu, jak biały smoking.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Na wieczorny bal u króla tylko czarny frak ;)

Oliver jest ekscentrykiem, ale jednak z klasą, więc ja proponuję biały (tropikalny) smoking: tu można poczytać. 

A ja zaproponowałbym stylizację Rogera Moore’a z “Człowieka ze złotym pistoletem”.

 

Oliver łamie zasady, ale robi to świadomie, zatem nienaganna stylizacja, przy złamaniu zasady formalności będzie do niego pasować.

 

Edyta: nie proponuję, bo widzę, że taki był oryginalny pomysł. Ja bym przy tym został, choć owszem, będzie to złamanie zasad.

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Reg. właśnie miał być nie na miejscu. Zmieniłam na frak, bo po Twojej uwadze doszłam do wniosku, że może smoking nie pasuje do panującej w świecie przedstawionym mody, ale kolor zostawiłam, bo to pokazuje przekorę Olivera.

 

A ja zaproponowałbym stylizację Rogera Moore’a z “Człowieka ze złotym pistoletem”.

Krokus, dokładnie to mnie zainspirowało ;).

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

…ale kolor zostawiłam, bo to pokazuje przekorę Olivera.

Przekorę może tak, ale fatalnie świadczy o jego pojmowaniu elegancji. Ponadto, o ile mi wiadomo, nie szyje się białych fraków.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg., szyje się białe fraki. Chyba najlepiej będzie, jak po prostu wrócę do pierwotnego pomysłu.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Wydaje mi się, że opowiadanie – biorąc pod uwagę liczbę wątków i postaci – wcale nie jest długie. Akcja zaczyna się od pierwszych zdań i dość żywo toczy się do końca. Widać, że miałaś swój cel i zadbałaś o to, by całość złożyć i podokręcać wszystkie śrubki.

 

Jako czytelnik jednak jestem tak uformowany, że konwencja, w której się poruszasz, niezbyt do mnie trafia. Mam wrażenie, że postacie, ich działania, realia świata to takie byty prowizoryczne, powołane na chwilę, umowne, jakby kontury bez światłocienia, bez perspektywy.

Na przykład można zadać sobie pytanie, czy istnienie owych ‘darów’ (które wydają się być tam czymś dosyć rozpowszechnionym, niemal pospolitym) nie miałoby znacznie większych konsekwencji w świecie, w zasadach funkcjonowania społeczeństwa. Np. dar rozpoznawania kłamstwa zapewne miałby konsekwencje dosyć dalekosiężne w obszarze sądownictwa i spraw z tym związanych. Tymczasem pojawia się tam wzmianka, że przez długi czas i jeszcze do niedawna służby państwa stosowały tortury przy przesłuchaniach. A przecież jeśli wszyscy wiedzą, że pewne jednostki mają zdolność bezbłędnego rozpoznawania kłamstwa, to służby posługiwałyby się nimi i idea tortur jako narzędzia wydobywania zeznań nie mogłaby w ogóle powstać w takim społeczeństwie. Podobnie z darem potężnej sugestii, jaki posiada jeden z bohaterów – istnienie takich darów miałoby konsekwencje w sposobie funkcjonowania społeczeństwa, w sprawach związanych ze sprawowaniem władzy, zapewne też z religią.

Niektóre rzeczy dzieją się tu tak łatwo i prosto, że przypominają zadania z gier cRPG do szybkiego ‘lewelowania’.

Dialogi sprawiają wrażenie trochę takie, jakby prowadziły je jakieś fantomy pozbawione realnej psychiki. Jakby to byli gimnazjaliści/licealiści z początku 21-go wieku, nie prawdziwi, tylko tacy wycięci z tektury i przystrojeni strojami i rekwizytami z różnych epok. Tu też przeszkadza mi ta powierzchowność.

Tak to w skrócie i z grubsza postrzegam. Mam świadomość jednocześnie, że wielu autorom funkcjonującym już na rynku wydawniczym można by stawiać podobne zarzuty, zatem bierz moje uwagi z dystansem, po prostu jako pewien punkt widzenia.

 

………………………………..

detektyw uśmiechnęła się kpiącą

kpiąco

 

ręce bezładnie zwisały wzdłuż ciała

bezwładnie

 

ale się nie skomentował

ale nie skomentował

Cześć, Iwo, dzięki za komentarz. Szkoda, że opowiadanie nie przypadło Ci do gustu, ale i tak bywa. Co do daru, to w tekście jest informacja, że ludzie nie obnosili się z jego posiadaniem. Dar jest czymś rzadkim i przybiera bardzo różne formy. Mylnie zakładasz, że osób z darem rozpoznawania kłamstwa było dużo i zapominasz też, że aby rozpoznać prawdę to świadek musiał mówić. Opierasz się na bardzo idealistycznej wizji świata, która nawet w fantastyce byłaby trudna do przeforsowania bez całkowitego oderwania od ludzkiej natury. Osoby, które mają dar musiałyby go jeszcze chcieć wykorzystywać w taki sposób. Łatwiej i przyjemniej jest wykorzystywać dar do własnych interesów niż na cele społeczne.

Bohaterowie są młodzi, ale nie zgodzę się, że ich zachowanie pasuje do współczesnych gimnazjalistów. Unikam bezpośredniego opisywania postaci, nie napisałam, że Oliver jest kompletnie rozdarty wewnętrznie i pod płaszczykiem beztroskiej powierzchowności kryje się coś więcej. Wolę to pokazać w jego zachowaniu względem ojca, w tym, że pomaga patologowi w sprawie chorej córki. Nie piszę też wprost, że jest inteligentny, ale kiedy Darius i Edwin ślęczą w archiwum to on spotyka się z detektyw z działu gospodarczego, żeby wypytać o handlarzy truciznami, jest o krok przed nimi. Wydaje mi się, że na odbiór postaci wpłynęło po prostu to, że nie lubisz takiej konwencji, bo jeśli historia nie wciąga, wszystko wydaje się powierzchowne, wtedy dostrzega się tylko to co oczywiste. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Zerknęłam na komentarze, wszyscy piszą, że to długie opko, popatrzyłam na licznik i się zdziwiłam. Nie pomyślałabym, że jest takie długie, połknęłam na raz, nie dłużyło mi się, przeciwnie, jeszcze bym poczytała :)

W ogóle lubię kryminały, ale takie z zagadką, a nie tonami flaków i, chociaż Trucizna nie żałowała sobie krwawych szczegółów, to jednak jest to przede wszystkim zagadka. Fakt, wykorzystujesz sporo typowych dla gatunku chwytów, ale całość jest ciekawa i pełna smaczków. Pomysł na śledczych ze szczególnymi darami też mi się podobał, fajnie oddałaś stosunek starach gliniarzy do nowinek i ich nosicieli. Słowem: porządny kawał tekstu. Mam nadzieję, że śledczy jeszcze kiedyś wrócą :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Irka! Dziękuję za komentarz. Ja też uważam, że podstawą kryminału jest zagadka, a nie brutalność. 

Nie pomyślałabym, że jest takie długie, połknęłam na raz, nie dłużyło mi się, przeciwnie, jeszcze bym poczytała :)

Bardzo mi miło.

Słowem: porządny kawał tekstu. Mam nadzieję, że śledczy jeszcze kiedyś wrócą :)

Powrót śledczych i Trucizny jest bardzo prawdopodobny ;). 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Powrót śledczych i Trucizny jest bardzo prawdopodobny ;)

To mnie cieszy :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej,

 

płynnie się czyta, ładnie opisujesz świat, myślę, że technicznie jest bardzo dobrze. Wg mnie wyzwaniem dla Ciebie powinno być lepsze kontruowanie fabuły osadzonej w konkretnym uniwersum (czas, miejsce, realia świata przedstawionego).

 

Bo fabularnie już bym się mocno poczepiał. Trochę na początek powtórzę, co inni wskazali – dużo bohaterów (aż trzech detektywów, oczekiwałbym max dwóch bohaterów, a pewnie lepiej jedną wyraźną postać), lekkie poplątanie czasów (wspomniane wyżej wałki, tablica na któej pisze pani detektyw, zresztą same nazwy takie jak detektyw, patolog), brak opisu realiów świata przedstawionego, w którym magia łączy się ze zwykłym zyciem (czy są tam magowie, jak działa społeczeństwo, czy są jakieś inne gildie niż wspomniana na boku gildia  alchemików).

 

Dodatkowo, nieco rozczarowało mnie, że trójka detektywów tak mało osiągnęła, mimo tak doskonałych darów. Nie rozwiązali zagadki mordercy, a rozwiązanie pojawiło się jak deus ex machina, w liście kapitana. Co więcej, nie dostrzegłem w tekście żadnych wskazówek rozwiązania zagadki morderstw, a w klasycznych kryminałach to duża przyjemność rzucać podejrzeniami i czekać na ostateczne rozwiązanie.

 

Trochę odniesień do samego tekstu poniżej:

 

Znaleźli Magnusa Otrila w gabinecie, siedzącego za ogromnym dębowym biurkiem, na którym piętrzyły się stosy papierów. Patolog z zapałem konsumował kanapkę z jajkiem na twardo, której zapach zdominował wszystko inne.

– Jak on może tu jeść? – mruknął Darius.

Na widok detektywów Magnus odłożył kanapkę i uśmiechnął się szeroko.

Magnus jest patologiem? Trochę współczesne zajęcie…

A bohaterowie są detektywami?

 

 

Każde miasto miało lepsze i gorsze dzielnice. Odmęty stanowiły kwintesencję tego, co niebezpieczne, zakazane i brzydkie. Odrapane budynki chyliły się w stronę ulicy pełnej nierówności. Niewiele było tu sklepów, ale dużo burdeli i kilka karczm, do których nikt nie chodził, aby się jedynie napić.

Ten opis postarałbym się wpleść w narrację, może jeden z przyjaciół mógłby odwiedzać odmęty po raz pierwszy, a Darius tłumaczyłby czym jest ta dzielnica. I tak w ogóle, dlaczego Oliver ich prowadzi a nie Darius w tych Odmętach?

 

Czystość też nie była tu priorytetem.

Trochę dziwne zdanie, ten priorytet słabo mi brzmi. Poza tym, ponownie lepiej, żeby ta konstatacja wypłynęła od bohaterów – czystość jest pojęciem względnym, inaczej będzie na lokal patrzył arystokrata inaczej żebrak, chciałbym jako czytelnik wiedzieć, kto ocenia. Bo nie wiem również jaki poziom prezentuje narrator, jego ocena niewiele mi mówi.

 

Na widok detektywów nieliczni bywalcy karczmy zastygli w bezruchu i, sądząc po minach, właśnie robili w głowach rachunek sumienia, zastanawiając się, czy to oni są celem tej wizyty. Karczmarz zachował się jednak zgoła inaczej i rzucił do drzwi prowadzących na zaplecze.

– Stój! – rozkazał Oliver.

Mężczyzna zatrzymał się i niechętnie obrócił.

Są takie dzielnice do których nie zapuszcza się nawet policja, tutaj chyba mamy do czynienia jednak z szanującymi prawo obywatelami, którzy grzecznie się zatrzymują, gdy ktoś krzyknie ;)

 

Ludzie gadali, że to członek gildii alchemicznej.

W mieście jest gildia alchemików? Dlaczego KAD z nimi nie współpracuje nad rozwiązaniem sprawy trucizny?

 

Zabrzmiała muzyka. Edwin natychmiast rozpoznał Taniec łabędzi, utwór uchodzący za bardzo romantyczny.

Trochę niefortunne sformułowanie, IMHO. I znowu mało ostre, kto ten utwór oeniał jako romantyczny i dlaczego?

 

 

Detektyw Inaro wpatrywała się w tablicę, na której zapisała wszystko, co udało się ustalić.

Co to za tablica, czym na niej pisze? Trochę jakby ze współczesnych czasów te przedmioty…

 

Wcisnął dłonie w kieszenie i wyszedł z ogrodu. „Co ja wyprawiam?” – pomyślał.

Kieszenie? Edwin nosi spodnie?

 

 

– Kapitanie, mogliśmy się dowiedzieć więcej – powiedział Edwin.

– Nie, to strata czasu. Wizje i tak nie mogą być dowodem w sprawie. – Rahmund otarł chusteczką pot z czoła. – Przepytajcie świadków, a potem wracajcie do kwatery. – Kapitan rozejrzał się po gabinecie. – Gdzie Oliver?

Słucham? Sprawa, świadkowie? Król nie może po prostu nakazać katu ściąć łeb podejrzanemu?

 

– Spójrzcie na to – powiedział Darius, trzymając niewielki portret, który przedstawiał sześciu młodych mężczyzn na tle starej budowli otoczonej lasem.

 

To jest zdjęcie czy malowany portret? Czy są faktycznie takie dzieła – sześciu kolegów arystokratów na jedym portrecie?

No i widzę, że dalej jest jeszcze lepiej – portrecik w ramce? ;)

 

– I co, tak po prostu odpuścimy? – zapytał Darius.

– Nie ma mowy – powiedziała Eliza. – Daj ten portret. – Eliza uniosła ramkę nad głowę. – Czy ktoś rozpoznaje ten budynek? – zapytała, krążąc wśród detektywów.

 

Pozdrawiam!

Martwe liście i brudna ziemia

Cześć, BasementKey, dziękuję za komentarz. Widzę, że po wstąpieniu w szeregi Loży zmieniłeś wygląd na groźniejszy ;).

Wg mnie wyzwaniem dla Ciebie powinno być lepsze kontruowanie fabuły osadzonej w konkretnym uniwersum (czas, miejsce, realia świata przedstawionego).

Według mnie to też jest dla mnie wyzwanie :).

brak opisu realiów świata przedstawionego, w którym magia łączy się ze zwykłym zyciem (czy są tam magowie, jak działa społeczeństwo, czy są jakieś inne gildie niż wspomniana na boku gildia alchemików).

Czy na pewno chciałbyś czytać o tych realiach? Mamy tu świat, w którym niewielka grupa osób posiada dar objawiający się na różne sposoby, a w tekście jest w wzmianka, że poza widzącymi ludzie się z tym nie obnoszą. Wydaje mi się, że nie jest to odjechana wizja świata, którą trzeba czytelnikowi objaśniać, zwłaszcza że oparłam ją o realia historyczne (choć nie twierdzę, że mi to wyszło dobrze). Czy w trakcie lektury miałeś problem z wyobrażeniem sobie tego świata?

Nie wspomniałam o magach, co chyba jest jednoznaczne z faktem, że ich nie ma. Jak miałabym podać czytelnikowi informację o tym, że nie ma magów? Skoro ich nie ma, to takie pojęcie z punktu widzenia narratora nie istnieje. Inne gildie są (choć nie w stolicy), ale jest to informacja niezbyt istotna z punktu widzenia fabuły, bo co dałaby czytelnikowi wzmianka, że jest też gildia asasynów, czy złodziei. Twoja uwaga uzmysłowiła mi jednak, że fakt, iż członek gildii alchemików przybywa spoza stolicy nie wybrzmiał wystarczająco, to zdecydowanie muszę poprawić. Przemyślę jeszcze, co mogę podrasować w opisie świata albo raczej stosunku społeczności do ludzi z darem, bo jest to połączenie strachu i podziwu jednocześnie.

Dodatkowo, nieco rozczarowało mnie, że trójka detektywów tak mało osiągnęła, mimo tak doskonałych darów. Nie rozwiązali zagadki mordercy, a rozwiązanie pojawiło się jak deus ex machina, w liście kapitana. Co więcej, nie dostrzegłem w tekście żadnych wskazówek rozwiązania zagadki morderstw, a w klasycznych kryminałach to duża przyjemność rzucać podejrzeniami i czekać na ostateczne rozwiązanie.

Przykro mi, że Cię to rozczarowało :(. Wskazówki starałam się umieszczać, ale może zbyt subtelne i dotyczyły one raczej motywów trucizny, a nie jej tożsamości.

Magnus jest patologiem? Trochę współczesne zajęcie…

A bohaterowie są detektywami?

Patolog też mi zgrzytał, tylko nie znalazłam żadnego sensownego zamiennika. A czemu słowo detektyw nie pasuje? Jeśli masz jakieś propozycje, czym powinnam to zastąpić, to chętnie przyjmę.

Ten opis postarałbym się wpleść w narrację, może jeden z przyjaciół mógłby odwiedzać odmęty po raz pierwszy, a Darius tłumaczyłby czym jest ta dzielnica. I tak w ogóle, dlaczego Oliver ich prowadzi a nie Darius w tych Odmętach?

Zakładam, że chodziło Ci o wplecenie w dialog, ale to nie miałoby uzasadnienia, bo wszyscy detektywi Odmęty znają. Oliver jako jedyny wie dokąd iść, bo przepytał śledczą z wydziału gospodarczego, więc prowadzi.

Trochę dziwne zdanie, ten priorytet słabo mi brzmi. Poza tym, ponownie lepiej, żeby ta konstatacja wypłynęła od bohaterów – czystość jest pojęciem względnym, inaczej będzie na lokal patrzył arystokrata inaczej żebrak, chciałbym jako czytelnik wiedzieć, kto ocenia. Bo nie wiem również jaki poziom prezentuje narrator, jego ocena niewiele mi mówi.

Myślę, że ocena bohaterów powiedziałaby jeszcze mniej, bo gdyby to powiedział Oliver, to wiedziałbyś, że jego wymagania będą wygórowane, czyli tym bardziej nie byłoby wiadomo, czy w lokalu jest brudno. Zdanie faktycznie nie najlepsze, ale żeby to poprawić to zrobię coś innego niż proponujesz, po prostu opiszę ten brud i wtedy już nie będzie problemu z punktem odniesienia.

Są takie dzielnice do których nie zapuszcza się nawet policja, tutaj chyba mamy do czynienia jednak z szanującymi prawo obywatelami, którzy grzecznie się zatrzymują, gdy ktoś krzyknie ;)

Nie bardzo rozumiem, o co Ci tutaj chodziło.

W mieście jest gildia alchemików? Dlaczego KAD z nimi nie współpracuje nad rozwiązaniem sprawy trucizny?

Gildii nie ma, ale tak jak pisałam wyżej, poprawię opis przybysza, bo tu faktycznie mogło być niejasne. W mieście jest paru alchemików, ale niezrzeszonych i zostali przez KAD przesłuchani, ale tak jak stwierdził Olvier, jest to branża bardzo kontrolowana. Być może biurokratyczność tego świata nie była dostatecznie wyczuwalna.

Trochę niefortunne sformułowanie, IMHO. I znowu mało ostre, kto ten utwór oeniał jako romantyczny i dlaczego?

Tutaj się uprę przy swoim, bo myślę, że fakt, iż jakiś utwór jest romantyczny można podać jako informację obrazującą panujący w społeczeństwie pogląd.

Co to za tablica, czym na niej pisze? Trochę jakby ze współczesnych czasów te przedmioty…

No… założyłam, że kredą, a tablice zaczęto stosować w XIX wieku, choć oczywiście nie wyglądały jak te współczesne.

Kieszenie? Edwin nosi spodnie?

Tutaj to już zgłupiałam. Czemu Edwin nie może nosić spodni?

Słucham? Sprawa, świadkowie? Król nie może po prostu nakazać katu ściąć łeb podejrzanemu?

No nie może, sposób działania KAD-u został zrewolucjonizowany przez poprzedniego króla i samowolka się skończyła.

To jest zdjęcie czy malowany portret? Czy są faktycznie takie dzieła – sześciu kolegów arystokratów na jedym portrecie?

No i widzę, że dalej jest jeszcze lepiej – portrecik w ramce? ;)

Tutaj się nie będę spierać, bo głupio to napisałam. Już mam poprawioną tę scenę, ale jeszcze muszę sprawdzić i pewnie w weekend podmienię.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Hej,

 

dla mnie opisy świata są bardzo ważne, często nawet ważniejsze niż sama fabuła.

Nie udało mi się objąć rozumem tego splotu fantastyki z realizmem rodem z któregoś tam wieku, nie udało mi się w pełni zobaczyć Twojego świata. Nie osadzony przez opisy w jednym, Twoim miejscu, wodze mojej wyobraźni wypuszczały się to w kierunku fantasy (magia, król, skrytobójca, gildia alchemików), to w kierunku czasów współczesnych (patolog, detektywi, zdjęcie w ramce). Doznałem takiego lekkiego pomieszania ;) To tak jeszcze gwoli wyjaśnienia.

 

Są takie dzielnice do których nie zapuszcza się nawet policja, tutaj chyba mamy do czynienia jednak z szanującymi prawo obywatelami, którzy grzecznie się zatrzymują, gdy ktoś krzyknie ;)

Nie bardzo rozumiem, o co Ci tutaj chodziło.

Ta najgorsza dzielnica miasta jest mało zła, jeżeli złoczyńcy boją się panicznie policjantów i wystarczy na nich krzyknąć, żeby potulnie robili, czego stróże prawa sobie od nich życzą. Antyszczepionkowcy w Polsce są groźniejsi ;)

 

Patolog też mi zgrzytał, tylko nie znalazłam żadnego sensownego zamiennika. A czemu słowo detektyw nie pasuje? Jeśli masz jakieś propozycje, czym powinnam to zastąpić, to chętnie przyjmę.

Trzeba by poszperać jakie słownictwo było stosowane w przeszłości,

Może po prostu doktor, zamiast patolog. Może doktor z jakimś dodatkowym tytułem, doktor medycyny śledczej, coś w tym stylu…

Detektyw – może śledczy, albo inspektor.

 

Oliver jako jedyny wie dokąd iść, bo przepytał śledczą z wydziału gospodarczego, więc prowadzi.

Darius się tam urodził, więć IMHO powinien jednak mieć większą wiedzę.

Ale tyś autorką, ty tutaj rządzisz ;)

 

Tutaj to już zgłupiałam. Czemu Edwin nie może nosić spodni?

W sumie może, pewnie nawet powinien :) Poniosło mnie…

 

No nie może, sposób działania KAD-u został zrewolucjonizowany przez poprzedniego króla i samowolka się skończyła.

Jakoś nie ogarnąłem tego, plus rodzi to sporo pytań o system prawny i karny. A może też ogólnie o ustrój polityczny.

 

Pozdrosy!

Martwe liście i brudna ziemia

Nie udało mi się objąć rozumem tego splotu fantastyki z realizmem rodem z któregoś tam wieku, nie udało mi się w pełni zobaczyć Twojego świata. Nie osadzony przez opisy w jednym, Twoim miejscu, wodze mojej wyobraźni wypuszczały się to w kierunku fantasy (magia, król, skrytobójca, gildia alchemików), to w kierunku czasów współczesnych (patolog, detektywi, zdjęcie w ramce). Doznałem takiego lekkiego pomieszania ;) To tak jeszcze gwoli wyjaśnienia.

Spoko, rozumiem, tak to już jest, że w głowie autora zawsze świat jest bardziej obszerny niż potem to ma miejsce na papierze. Mnie się nie wydawało to połączenie sprzeczne.

Ta najgorsza dzielnica miasta jest mało zła, jeżeli złoczyńcy boją się panicznie policjantów i wystarczy na nich krzyknąć, żeby potulnie robili, czego stróże prawa sobie od nich życzą. Antyszczepionkowcy w Polsce są groźniejsi ;)

To już wiem, o co chodzi. Bo widzisz, krzyczy Oliver i to jest taka mała wskazówka, że Darius ma rację co do jego daru. Gdyby to Edwin krzyknął “stój”, to pewnie karczmarz by zwiał albo i wszyscy bywalcy karczmy.

Trzeba by poszperać jakie słownictwo było stosowane w przeszłości,

Może po prostu doktor, zamiast patolog. Może doktor z jakimś dodatkowym tytułem, doktor medycyny śledczej, coś w tym stylu…

Detektyw – może śledczy, albo inspektor.

Wierz mi, szperałam i niewiele mi to dało, a może szperałam nie tam, gdzie trzeba. Nie upieram się, że te słowa, które zastosowałam są dobre, ja po prostu nie mam pomysłu na lepsze. 

Jakoś nie ogarnąłem tego, plus rodzi to sporo pytań o system prawny i karny. A może też ogólnie o ustrój polityczny.

Obecny król chętnie by wrócił to bardziej okrutnego sprawowania władzy, ale to nie takie łatwe jak się już ludzie przyzwyczaili do lepszego. Ja tu chciałam oddać taką równowagę między królem a rosnącą w siłę arystokracją, w dużej mierze obdarzoną darem. Pomyślę nad tym, bo zgadzam się, że mogło to nie wybrzmieć jak powinno.

 

Jeszcze raz dzięki za komentarz i cenne wskazówki :).

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Cześć!

 

Czytam na raty, bo z czasem krucho. Dojechałem do połowy i zobaczyłem edytkę w przedmowie. Czytać od początku, czy kontynuować?

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Krar, zmiany są w trzeciej scenie od końca i w ostatniej, więc spokojnie możesz czytać dalej. Dodam tę informację w przedmowie.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Bardzo dobrze się czytało. Ciekawe, ładnie napisane. :)

Cześć, Koala, dzięki za przeczytanie i komentarz :).

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Cześć!

 

Wreszcie przeczytałem i jestem bardzo zadowolony z lektury. Przygotowałaś złożoną, detektywistyczną historie osadzoną w realiach fantasy. Mamy tu zagadkę, zbrodnię i zemstę, taki kryminał ze szczyptą magii. Bardzo przypadł mi do gustu pomysł na obdarzonych darami policjantów, najpierw pokazujesz to subtelnie, a potem (na wszelki wypadek, jakby czytelnik nie załapał) tłumaczysz nieco bardziej łopatologicznie przy okazji sceny na posterunku.

Sugestywnie pokazałaś tez bohaterów: tajemnicza zabójczynię, KADowców będących przekrojem społeczeństwa. Początkowo miałem nieco problem ze złapaniem położenia Oliviera, ale z czasem zrozumiałem, kim on jest i czemu tyle mu wolno. Jedynie jego dar budził pewne niejasności, bo nie do końca potrafię powiedzieć, na czym on polegał. Rozumiem, że pomagał mu on w nawiązywaniu relacji i że podobny dar miał jego ojciec, ale nie do końca jest to dla mnie jasne. Zostawiłaś jakiś trop w informacji, że trucizna jakoś pomagała uniknąć jego skutków, ale dla mnie okazało się to zbyt niejasne (marny ze mnie śledczy).

Świat przedstawiony wystarczająco, bez magicznych fajerwerków czy cudowności, ale współgra to z resztą tekstu, gdzie magia jest subtelna ale i tak znacząco wpływa na bieg wydarzeń.

Co do fabuły, to wszystko jest dla mnie jasne, poza sceną na balu. Nie do końca złapałem, kim była Karante, skąd się wzięła i po co została wprowadzona? Czy to Anabella? Czy to miało pokazać nastawienie i możliwości Oliviera? Mam wrażenie, że w tym motywie coś mi umyka (a może tylko przez to, że czytałem na raty), bo wygląda na nieco poboczny i niewykorzystany.

Z rzeczy edycyjnych coś tam wyłapałem, ale już poprawiłaś “w międzyczasie”.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć, Krar! Dzięki za komentarz. Cieszę się, że jesteś zadowolony z lektury, to najważniejsze, zwłaszcza przy tak długim tekście :). Dar Olivera to umiejętność wpływania na ludzi, ale jego ojciec miał zupełnie inny, który chronił go przed działaniem trucizn, dlatego Anabella potrzebowała Nocnych Łez. Oliver swój dar odziedziczył po matce. 

Hrabina Karante miała trochę namieszać, chciałam, żeby czytelnik przez pewien czas myślał, że to ona jest Trucizną. Zdecydowanie miało to pokazać Olivera i późniejszy wątek z okłamaniem Elizy i ukrywaniem romansu.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Dar Olivera to umiejętność wpływania na ludzi, ale jego ojciec miał zupełnie inny, który chronił go przed działaniem trucizn

Ok, tego do końca nie złapałem.

Oliver swój dar odziedziczył po matce. 

Faktycznie, była o tym mowa (chyba, czytałem już kilka dni temu)

Hrabina Karante miała trochę namieszać, chciałam, żeby czytelnik przez pewien czas myślał, że to ona jest Trucizną.

O, to ja się na to złapałem ;-) Więc działa.

 

Dzięki za wyjaśnienia. Trochę to trwało, bo najpierw nie mogłem się zdecydować, a później życie dopadło. Nominowałem do piórka, bo opko jakoś zapadł mi w pamięć, a dawno nie czytałem lepszego “klasycznego” fantasy, w którym jednak nie było mieczy, demonów itp., a działo się coś całkiem ciekawego.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Hej, Krar, bardzo mi miło, że opowiadanie zrobiło na Tobie aż tak dobre wrażenie :). Informacja o odziedziczeniu daru przez Olivera jest podana nie wprost, więc to mogło umknąć.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Alicello, jesteś pewna, ze nóż do listów mógł posłużyć do owego “gładkiego cięcia”?

To raczej nie jest zbyt ostry przedmiot :)

 

Cześć, Wilku, hmm… przyznam się, że nóż do listów miałam w ręce raz w życiu i był bardzo ostry (nie był to nóż współczesny), ale może to jakiś wyjątek od reguły, choć nie wydaje mi się, bo rozcięcie gładko papieru tępym nożem jest właściwie niemożliwe.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Hm, odnośnie historycznych nie będę się spierać – być może faktycznie jest jak mówisz.

Natomiast współczesne wszystkie jakie widziałem nie były nie wiadomo jak ostre. Ot, żeby szarpnąć wzdłuż zagięcia papieru na krawędzi koperty, ale już niekoniecznie do krojenia chleba.

 

Edit: ale to tak czy inaczej drobiazg :)

Opowiadanie faktycznie jest długie, ale nie daje nawet chwili wytchnienia, tak mocno jest naładowane wydarzeniami. Nie uważam tego jednak za wadę, ponieważ mimo wszystko balans między dialogami a opisami jest bardzo dobry. Części opisowe we fragmentach z Trucizną dobrze podkreślają atmosferę tajemnicy, natomiast poprzez dialogi świetnie zostały nakreślone osobowości głównych bohaterów. Ogólnie czytając, naprawdę byłem ciekawy, w jaki sposób zagadka zostanie rozwiązana. Wydaje mi się, że z punktu widzenia kryminału sprawę może psuć fakt, że finał poznajemy tak naprawdę pomimo wysiłków postaci – nic z tego, co robią, tak naprawdę nie zbliża ich do celu, co utrudnia śledzenie zagadki przez czytelnika i próby rozwiązania jej samodzielnie. Nie wpłynęło to jednak na moje wrażenia z lektury, więc oby tak dalej. :)

Jeśli chodzi o błędy, rzuciły mi się w oczy jeszcze literówki, ale nie jestem w stanie już ich wyszukać.

 

Przespałam całą noc, co było dziwne, bo zwykle mam problem ze snem.

Czy ta wzmianka jest konieczna? Informacja ta moim zdaniem sprawia wrażenie, że wydarzenia opisane w pierwszym fragmencie dzieją się według myślenia życzeniowego autora.

 

Niewiele było tu sklepów, ale dużo burdeli i kilka karczm, do których nikt nie chodził, aby się jedynie napić.

Nie rozumiem zdania.

https://eskapizmstosowany.wordpress.com/ - blog, w którym chwalę się swoją twórczością. Zapraszam!

Cześć, Knight Martius! Dziękuję za przeczytanie i komentarz. Bardzo mi miło, że opowiadanie okazało się wciągające. Działania detektywów trochę ich do celu zbliżają. Dzięki temu, że udają się do Odmętów, odkrywają antykwariusza i potwierdzają, że trucizna jest prawdopodobną przyczyna śmierci. Inaro upiera się na przeszukiwanie rzeczy osobistych ofiar, co w połączeniu z darem Edwina pozwala na znalezienie dokumentów. Zgadzam się, że to nie jest typowy kryminał, gdzie po kolei odkrywa się ślady, bo jednak czytelnik od początku towarzyszy Truciźnie. Zagadka polega nie na tym kto zabija, ale dlaczego.

Wzmiankę o śnie usunę, bo też mi to zgrzytało, ale nikt na to wcześniej nie zwrócił uwagi, więc pomyślałam, że może mi się tylko zdaje ;). W zdaniu z karczmami chodziło mi o to, że oprócz pijaństwa załatwiano tam szemrane interesy.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Przeczytałem z zainteresowaniem, choć na raty, bo tekst jest dość długi. Ogółem mam całkiem pozytywne wrażenia, poczułem ten detektywistyczny klimat, część zdań wprost wyciągnięta z jakiś Kryminalnych, aż zacząłem się zastanawiać nad światem przedstawionym, ponieważ wydawało mi się, że bohaterowie wypowiadają się nieraz aż zbyt fachowo. 

Samo trio – czy właściwie duet, bo Darius jest tak trochę na doczepkę – sympatyczne. Oliver trochę irytujący, trochę sztampowy, taki Zakościelny (pozostając przy porównaniu do Kryminalnych). Za to Edwin bardzo mi przypasował. Dobrze, że jego dar jest wielokrotnie wspomniany, to jego wyczuwanie prawdy i kłamstwa podnosi walory tekstu.

Zabójczyni obserwujemy mało, jej motywy są równie zrozumiałe i logiczne, co typowe, więc nie będę jej poświęcał miejsca w komentarzu. Takoż pozostałe postaci nie przeszkadzają w tekście i tyle o nich mogę powiedzieć, a (jak na drugo czy mawet trzecioplanowe charaktery, to więcej niż wystarczająco). 

Zasadniczo z lektury jestem zadowolony, nawet mimo braku racjonalnego zachowania bohaterów, zwłaszcza Olivera, w niektórych sytuacjach – jak Edwin, który ma podejrzenia, ale odpuszcza pierwszemu widzącemu, potem ma niewytłumaczalne przeczucie, że to trucizna i reszta pozwala mu pokierować śledztwo w tę stronę, albo Oliver, który nieumiejętnie przesłuchuje kochankę (ok, sypiają ze sobą, ale mnie to nie przekonuje).

Historie kryminalne są trudne do napisania. A może inaczej, bo każdy gatunek stawia pewne wymagania, jeśli tekst ma być bardzo dobry. Tu mi do tej bardzodobrosci zabrakło stopniowo rozwiązywanej zagadki. Dowód – a zarazem wyjaśnienie wszystkiego* co się dzieje – wpada po prostu w ręce detektywów, bo z jakiegoś powodu jedna z ofiar zachowała materiały ją obciążające. A potem jest już z górki i idziemy do zakończenia fabuły. Jeśli w historii kryminalnej miałbym nad czymś popracować, to właśnie nad zagadką. Z punktu widzenia opowiadania fantasy o zabarwieniu kryminalnym – czyli coś jak pierwsze opowiadanie o Wiedźminie – to, co zaserwowałaś, jest satysfakcjonujące. 

 

* no właśnie, wszystkiego, a zarazem nie wszystkiego, tylko tego, co istotne, więc tę część komentarza chciałbym poświęcić wątkom, które okazały się nieważne, lub w ogóle nierozwiniete w tekście. Czyli można by tekst odchudzić bez straty dla fabuły, a wedługnie, z korzyścią dla tekstu. 

Mamy wątek daru Olivera, o którym prawdę poznajemy, ale nie ma on w ogóle związku z głównym wątkiem i nic ze sobą nie niesie. A niechby na koniec on tym darem się posłużył np. w walce z Trucizną, to już by było coś. A tak, to ot, no umie hipnotyzować. I co? 

Mamy wątek potencjalnego wykorzystywania i manipulowania Edwinem przez Olivera, który to wątek jest nierozstrzygnięty i też nie idą za nim jakieś szczególne konsekwencje. 

Wątek balu o hrabiny i romansu z Oliverem – również zbędny. 

Spotkanie na komisariacie, niechęć innych policjantów do naszego trio – poświęcasz na to trochę miejsca, ale później reszta aktorów znika ze sceny. 

 

A i jeszcze: mam kilka noży do listów kupionych ma targu staroci. Zwykle są tępe. A nawrt jakby był ostry, to nie wyobrażam sobie, by ktoś go ostrzył tak, by jednym ruchem rozcinał gardło i bez wysiłku można było nim kogoś rozplatac. W innym wypadku jeden nieważny ruch przy otwieraniu listów skutkowałby utratą palców. :) 

Gekikara, dziękuję za komentarz. Cieszę się, że lektura była satysfakcjonująca.

Zasadniczo z lektury jestem zadowolony, nawet mimo braku racjonalnego zachowania bohaterów, zwłaszcza Olivera, w niektórych sytuacjach – jak Edwin, który ma podejrzenia, ale odpuszcza pierwszemu widzącemu, potem ma niewytłumaczalne przeczucie, że to trucizna i reszta pozwala mu pokierować śledztwo w tę stronę, albo Oliver, który nieumiejętnie przesłuchuje kochankę (ok, sypiają ze sobą, ale mnie to nie przekonuje).

Czy na pewno zachowanie bohaterów jest nieracjonalne, jeśli weźmie się pod uwagę ich charaktery? Edwin jest wycofany i do tego stłamszony przez Olivera, więc gdy Darius mu mówi, że to co zobaczył wiedzący nie ma znaczenia, to Edwin się poddaje. Za drugim razem działa już jego dar, o którym detektywi wiedzą, dlatego go nie lekceważą. Mechanizm działania daru Edwina jest wyjaśniony w tym fragmencie:

Edwin próbował odwołać się do swojego daru i wymyślić czego brakuje, ale nic nie wskórał. Intuicja pojawiała się wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewał, a umiejętność rozpoznawania kłamstwa działała bez przerwy, choć nieraz chciałby ją wyłączyć.

Oliwer jest kochliwy, jego uczucia są intensywne, więc jest gotów kłamać, aby ochronić ukochaną, a do tego wie, że Edwin go nie wyda. Popełnianie głupot z miłości może i jest irracjonalne, ale jest też ludzkie, więc nie uważam, aby zarzut w tym kontekście był słuszny.

Tu mi do tej bardzodobrosci zabrakło stopniowo rozwiązywanej zagadki. Dowód – a zarazem wyjaśnienie wszystkiego* co się dzieje – wpada po prostu w ręce detektywów, bo z jakiegoś powodu jedna z ofiar zachowała materiały ją obciążające.

Zagadka jest rozwiązywana stopniowa, ale to nie jest typowy kryminał, bo czytelnik śledzi wydarzenia zarówno z perspektywy detektywów jak i zabójczyni. Pojawiają się kolejne tropy, a to, że detektywi znajdują dokumenty, jest bezpośrednim wynikiem uporu Elizy. 

no właśnie, wszystkiego, a zarazem nie wszystkiego, tylko tego, co istotne, więc tę część komentarza chciałbym poświęcić wątkom, które okazały się nieważne, lub w ogóle nierozwiniete w tekście. Czyli można by tekst odchudzić bez straty dla fabuły, a wedługnie, z korzyścią dla tekstu. 

Jeśli chodzi o zbędne wątki to się z Tobą nie zgodzę, bo gdyby usunąć wszystko, co wskazujesz to opowiadanie stałoby się płaskie i odarte z emocji, ja bym tego korzyścią nie nazwała. Sama lubię szybkie tempo i zwykle nużą mnie rozbudowane opisy, ale popychanie fabuły do przodu, to nie jest jedyny powód, dla którego warto jakiś wątek rozwinąć. Ponieważ tekst jest długi, to mogłam sobie pozwolić na to, aby był czymś więcej niż tylko gonitwą za wydarzeniami. To nie jest tylko historia o morderstwach, to jest też opowieść o przemianie bohaterów, głównie Edwina.

Mamy wątek daru Olivera, o którym prawdę poznajemy, ale nie ma on w ogóle związku z głównym wątkiem i nic ze sobą nie niesie. A niechby na koniec on tym darem się posłużył np. w walce z Trucizną, to już by było coś. A tak, to ot, no umie hipnotyzować. I co? 

Bez Olivera i bez jego daru nie ma relacji z Edwinem, co w efekcie zmieniłoby kreację postaci. 

Mamy wątek potencjalnego wykorzystywania i manipulowania Edwinem przez Olivera, który to wątek jest nierozstrzygnięty i też nie idą za nim jakieś szczególne konsekwencje. 

Wątek manipulacji jest rozstrzygnięty i zakończony w ostatniej scenie. Dla mnie decyzja Edwina o uwolnieniu się od Olivera i usamodzielnieniu jest poważną konsekwencją.

Wątek balu o hrabiny i romansu z Oliverem – również zbędny. 

Hrabina to fałszywy trop w śledztwie, bardzo istotny w kontekście przemiany Edwina i jego relacji z Oliverem.

Spotkanie na komisariacie, niechęć innych policjantów do naszego trio – poświęcasz na to trochę miejsca, ale później reszta aktorów znika ze sceny. 

Nikt ze sceny w komisariacie nie znika, zarówno Kornel jak i Eliza są w tej opowieści do końca.

A i jeszcze: mam kilka noży do listów kupionych ma targu staroci. Zwykle są tępe. A nawrt jakby był ostry, to nie wyobrażam sobie, by ktoś go ostrzył tak, by jednym ruchem rozcinał gardło i bez wysiłku można było nim kogoś rozplatac. W innym wypadku jeden nieważny ruch przy otwieraniu listów skutkowałby utratą palców. :) 

Mogę zmienić ten nóż na sztylet skoro wydaje się niemożliwe, aby rozciąć nim zwłoki. Żeby mieć pewność, trzeba by przetestować.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Czy na pewno zachowanie bohaterów jest nieracjonalne, jeśli weźmie się pod uwagę ich charaktery? 

Jest, jeśli weźmie się pod uwagę, że to są pracownicy policji, detektywi, którzy zajmują się przestępstwami kryminalnymi – więc czegoś się od nich oczekuje. Rozumiem, że ich zachowanie wynika z charakterów i tu przyznaje, że wyszły ci bardzo jaskrawe, różnorodne postaci, ale taki sposób działania pasowałby mi do jakiś amatorów, którym przypadkiem trafiła się zagadka do rozwiązania, a nie to policjantów kryminalnych… może mam zbyt duże mniemanie o policji. :) 

Chyba masz zbyt duże mniemanie o policji ;), choć wolałabym, aby było tak jak piszesz. W każdym zawodzie zdarzają się osoby mniej i bardziej odpowiedzialne. A do tego bohaterowie są bardzo młodzi. W tym co mówi Kornel na posterunku jest trochę prawdy. Dużo jest kryminałów z doświadczonymi detektywami w roli głównej, a ja zdecydowałam się właśnie na takich, którzy dopiero się uczą, i do tego sporą część sukcesów zawdzięczają darowi. Z tej trójki to chyba Darius jest najbardziej profesjonalny, ale za to zrzędzi i pod maską zarozumialstwa ukrywa kompleksy.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Nowa Fantastyka