- Opowiadanie: Artur Tojza - Tania krew

Tania krew

Opowiadanie powstało na czystym spontanie jakoś na początku lipca. Tak naprawdę napisałem je aby sprawdzić co mi wyjdzie gdy będę skrobał sobie coś bez planu. Nie miałem w głowie absolutnie nic przemyślanego i byłem ciekaw co z tego wyjdzie. Koniec końców spodobało mi się to co powstało, dorzuciłem kilka poprawek, po czym oddałem tekst do redakcji mojej żonie. 

Gdy tak nad nim siedzieliśmy to przypomniało mi się, że jakiś czas temu oglądałem drugi sezon “Miłość, śmierć i roboty”. Zatem podumałem i naszkicowałem sobie zbiór opowiadań fantasy i Science Fiction, które ostatecznie chce wpakować we własny zbiór, zatytułowany “Wampiry, potwory i inne stwory”. Prezentowane tutaj opowiadanie ma być umieszczone jako otwierające, dlatego prezentuję je tutaj w całości (po redakcji, przed korektą). Pewnie zapodam w tym roku na forum jeszcze kilka opowiadań z tego zbioru, który docelowo ma zawierać około 20 tekstów. Jakich? Cóż, jeszcze do końca nie wiem, bo na razie mam zaprojektowanych 10 :)

Udanej lektury i czekam na komentarze :)

 

Redakcja – Marta Tojza (W sieci słów)

Korekta – na razie brak :)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Tania krew

Elegancki mężczyzna spoglądał na próbki krwi umieszczone w małych szklanych probówkach. W pomieszczeniu panował lekki chłód, stale utrzymywany przez klimatyzację, ale zarówno Lazăr, jak i pracujący tutaj laboranci kompletnie go nie odczuwali. Byli odporni na zmiany temperatur, nawet stosunkowo radykalne, podobnie jak cała ich rasa. Ot, jedna z licznych zalet bycia Nosferatu.

Zupełnie inaczej znosił to Andrzej, który mimo czarnej czapki, ciasno naciągniętej na głowę i całkowicie zakrywającej uszy, oraz polaru z nadrukowanym na plecach logiem banku krwi, trząsł się niczym liść na wietrze. Był typem człowieka, zdecydowanie określającym się jako istota ciepłolubna, nielubiąca mocno klimatyzowanych pomieszczeń. Podczas gdy tego lata większość mieszkańców Warszawy niemal gotowała się na ulicy w skwarze potęgowanym przez betonowe budynki, on czuł się jak ryba w wodzie.

Przestępował energicznie z nogi na nogę, odruchowo pocierając się po ramionach.

– Długo jeszcze? – spytał, szczękając zębami tak mocno, że jego towarzysz mimowolnie się uśmiechnął.

– Cierpliwości – mruknął dobrodusznie Lazăr, nie przestając sprawdzać przyniesionych mu próbek. – Pośpiech bywa zgubny.

Andrzej fuknął coś niezrozumiale i jeszcze mocniej zaczął pocierać czerwony polar na wysokości ramion. Pociągał głośno nosem i co jakiś czas wycierał go grzbietem dłoni, co wyraźnie frustrowało pracujące w tym miejscu wampiry.

Tymczasem jego dostojny towarzysz niespiesznie wykonywał swoją pracę. Dzięki wyostrzonym zmysłom nie potrzebował mikroskopu, aby sprawdzić jakość przyniesionej mu krwi. Znał doskonale jej skład, charakterystyczną woń, barwę i konsystencję. Widział poszczególne cząsteczki budujące tę płynną tkankę. Tak bardzo wyjątkową. Różnorodną. Życiodajną.

Krew była swoistym motorem napędowym – dzięki niej działały wszystkie zaawansowane stworzenia. Transportowała tlen i mikroelementy do komórek składających się na poszczególne organy, jednocześnie zabierając z nich odpady. Łączyła ze sobą poszczególne części ciała, napędzające organizm do pracy. Do działania w najbardziej ekstremalnych warunkach. Do życia – stanowiła jego esencję w każdym znaczeniu tego słowa.

Tak. Krew to życie. Dla ludzi, zwierząt czy tym bardziej Nosferatu, dotkniętych „głodem krwi”. Andrzej, choć czasem potrafił być irytujący, wiedział o tym doskonale, dlatego Lazăr nieraz zabierał go ze sobą.

– Łapię, że wy, nieumarli, jesteście zimnolubni, ale czy nie mógłbyś się pospieszyć? – jęczał Andrzej, coraz głośniej szczękając zębami. – Tutaj panuje większy ziąb niż w mroźni z mięsem.

– Dramatyzujesz. Jest co najwyżej chłodno – skarcił go z przekąsem przyjaciel, odstawiając ostatnią próbkę na miejsce. Skierował się do pancernej oszklonej ściany z widokiem na skarbiec.

Przestronna sala z lodówkami wypełnionymi krwią oraz osoczem rozciągała się kilka metrów pod laboratorium. Oba pomieszczenia znajdowały się dwa piętra pod ziemią i mogli tam przebywać jedynie pracownicy oraz najbardziej zaufani klienci.

– Panie Karpow – wtrącił się jeden z pracowników placówki, ubrany w biało-zielony strój Strażnika Krwi. – Czy jest pan zadowolony z próbek?

– Nie ze wszystkich, ale kilka mnie interesuje – przyznał Lazăr spokojnym, matowym głosem. Udał, że nie zauważył cienia niezadowolenia przemykającego po twarzy rozmówcy, skupiając się na lustrowaniu zawartości skarbca.

– Zapewniam pana, że Bank Jovinarów posiada najlepsze zapasy krwi oraz najbardziej konkurencyjne ceny w całej Europie Wschodniej.

– Centralnej – chrząknął Andrzej, nieumiejętnie udając kaszel.

Strażnik Krwi zgromił go szybkim spojrzeniem, jednak na człowieku przyzwyczajonym do obcowania z wampirami nie zrobiło to większego wrażenia. Co prawda ludzkość w wielu regionach nadal opowiadała niestworzone historie o krwiopijcach, ale zdecydowana większość z nich była wyssana z Internetu. Od blisko osiemdziesięciu lat Nosferatu oraz inne stworzenia mityczne normalnie funkcjonowały w przeważającej części społeczeństw. Nie oznaczało to braku napięć, które w obecnej dobie walki o tolerancję nieraz zamieniały się w przepychanki pomiędzy zwaśnionymi grupami, często charakteryzującymi się radykalnym podejściem do tematu. Każdy chciał na tym coś ugrać. Szczególnie media i politycy odpowiednio wspierający lub obarczający winą odpowiednie obozy. Aby tylko przypodobać się swojej publiczności.

– Wziąłbym po pięć litrów z partii 09345, 09378 i 09380 – powiedział spokojnym głosem Lazăr, nie odrywając wzroku od przepastnych lodówek znajdujących się w skarbcu. – Jaka cena?

– Dla pana, jako stałego członka Loży Warszawskiej, będzie cena okazyjna…

– Ile?

– Mogę zaoferować dodatkowy rabat w zamian za wspomnienie o nas jej…

– Ile? – ponowił pytanie Lazăr zdecydowanie mocniejszym tonem, wyrażającym zniecierpliwienie.

Strażnik Krwi cofnął się odruchowo, przepraszająco spuszczając wzrok. Łypnął jedynie z pogardą w stronę Andrzeja, któremu szeroki uśmiech nie schodził z gęby.

– Mamy teraz trudny okres z powodu tego całego zamieszania z wirusem. Darczyńców jest znacznie mniej, a popyt stale rośnie – zaczął się tłumaczyć Strażnik, ale szybko zamilkł, czując na sobie gniewne spojrzenie klienta.

Lazăr odwrócił się powoli i zrobił kilka kroków w stronę Strażnika, nadal patrzącego tępo w ziemię. Inni pracownicy laboratorium z rezerwą cofnęli się na bezpieczną odległość.

Jedynie Andrzej, nie kryjąc zadowolenia, stał nadal w miejscu i spoglądał z lekkim przekąsem na przerażonego Nosferatu. Miał wrażenie, że Strażnikowi Krwi zaraz serce wyskoczy z piersi, tak bardzo się trząsł. Znał dobrze anatomię wampirów i wiedział, że tak naprawdę nazywanie ich nieumarłymi to gruba przesada. Zresztą dla części z nich było to określenie wręcz obraźliwe, traktowane na równi ze słowem „pedał” czy „dziwka”.

Lazăr zatrzymał się przed zgiętym wpół Strażnikiem Krwi i objął go chłodnym, wyzbytym z emocji spojrzeniem drapieżnika patrzącego na ranną zdobycz. W tym momencie nawet Andrzej odruchowo przełknął ślinę, czując na karku lodowaty dreszcz. Było to dziwne uczucie, szczególnie że znał dobrze swego towarzysza, który nigdy nie krył przed nikim ich przyjaźni. Co nie zawsze cieszyło się uznaniem w kręgach, z których wywodził się Lazăr.

– Spytam jeszcze raz – powiedział Lazăr, przeciągając sykliwie niemal każdą sylabę. – Ile?

– Sześćdziesiąt dolarów za jednostkę… – Skamieniały ze strachu Strażnik nawet nie drgnął, wypowiadając te słowa.

– Drogo – stwierdził Lazăr opanowanym, lodowatym głosem.

– Wybacz, panie, mą śmiałość, ale to dobra cena. Zważywszy na obecne warunki… – zaczął się tłumaczyć pracownik, ale zamilkł błyskawicznie, czując ciepły oddech Lazăra na swojej łysej głowie.

Andrzej już chciał się wtrącić, jednak szybkie łypnięcie okiem przyjaciela, trwające mniej niż ułamek sekundy, sprawiło, że się rozmyślił. W tej chwili nie miał nic do gadania. Pozostało mu jedynie czekać i patrzeć na rozwój wydarzeń.

– Trzydzieści – mruknął Lazăr.

– Ależ, panie! – wykrzyknął Strażnik, prostując się odruchowo, jednak gdy skrzyżował swe spojrzenie z Lazărem, szybko opuścił wzrok, wbijając go w drogie, skórzane buty klienta. Po krótkiej pauzie, podjął temat na nowo: – Przepraszam, panie. Nie mogę aż tak obniżyć ceny. Pięćdziesiąt pięć dolarów.

Lazăr nic nie odpowiedział, tylko odwrócił się plecami do Strażnika i ponownie udał się niespiesznym krokiem w stronę oszklonej ściany, oddzielającej laboratorium od skarbca poniżej. Na chwilę zapanowała grobowa cisza, zakłócana jedynie warkotem wentylatora utrzymującego stałą temperaturę w pomieszczeniu.

– Pięćdziesiąt dolarów. Niżej nie mogę zejść. Przysięgam na własne życie!

Nosferatu był przerażony niewzruszoną postawą klienta. Utrata kupca tej rangi mogła nieść ze sobą poważne konsekwencje. Szczególnie jeśli inny bank krwi okazałby się bardziej elastyczny.

Andrzej przyglądał się całej scenie w milczeniu, zapominając zupełnie o doskwierającym mu chłodzie. Nie miał prawa głosu. Nie tutaj i nie teraz. Nawet mimo koneksji z dziedzicem rumuńskiego dworu królewskiego.

– Czterdzieści pięć – powiedział w końcu Lazăr znów matowym głosem. Nim Strażnik zdołał cokolwiek z siebie wydusić, książę dodał, wznosząc do góry palec wskazujący prawej dłoni: – To moja ostateczna oferta.

Wampir westchnął ciężko, zamknął oczy i w końcu przytaknął.

– Tak, panie. Niech będzie twa wola. W tej chwili nakażę przygotować twoje zlecenie.

Lazăr nie okazał po sobie żadnych emocji. Bez pożegnania podszedł do automatycznych stalowych drzwi prowadzących do krótkiego łącznika, na końcu którego znajdowała się winda osobowa. Andrzej szybko dołączył do przyjaciela. W przeciwieństwie do ludzi i większości wampirów Lazăr poruszał się wręcz bezszelestnie, do czego Andrzej nadal nie mógł się przyzwyczaić. Zawsze czuł z tego powodu dyskomfort, choć tak naprawdę nie rozumiał dlaczego.

Gdy w końcu obaj mężczyźni znaleźli się w przestronnym, oświetlonym korytarzu na parterze, wcześniej pozostawiając pożyczoną czapkę i polar obsłudze, Andrzej odetchnął z ulgą, czując powiew ciepłego powietrza.

– Czemu, do cholery, w waszych bankach krwi jest tak pieruńsko niska temperatura? – uskarżał się mężczyzna, pocierając energicznie dłonie.

– Lubimy zimno – odparł jego towarzysz, a na ustach zagościł mu ledwo dostrzegalny uśmiech.

– Pracowałem już w laboratorium oraz chłodni, i to niejednej. Ba! Raz nawet w mroźni. Tam zresztą poznałem żonę, ale serio, wy przesadzacie!

Lazăr nic nie odpowiedział, nadal dostojnie i cicho sunąc oświetlonym korytarzem. Z powodu pandemii zaostrzono przepisy sanitarne we wszystkich budynkach publicznych oraz prywatnych i nie ominęło to nawet banków krwi należących do Nosferatu. Mieli co prawda wrodzoną odporność na większość patogenów, co zawdzięczali mutacji ich kodu genetycznego. Jednak niektóre osobniki mogły być podatne na wirusy z grupy SARS, tyle tylko, że w ich wypadku kończyło się to wzmożonym łaknieniem na krew wszelkich ssaków. Stawali się wtedy niezwykle agresywni, a rozsądek zostawał przyćmiony przez naturalny instynkt drapieżnika stojącego na szczycie łańcucha pokarmowego. Choć na szczęście do takich sytuacji dochodziło ekstremalnie rzadko, to prasa w dobie globalnej cyfryzacji perfidnie na tym żerowała. Ostatni wyczyn tego typu miał miejsce dwa miesiące temu w Hiszpanii, szczególnie mocno dotkniętej przez pandemię, a media nadal trąbiły o krwawych łowach pojedynczego wampira, przypisując mu nieraz inne zbrodnie i sztucznie pompując skalę całego zajścia. Inna sprawa, że facet był od trzech lat poszukiwany listem gończym przez Interpol za pięć morderstw, ale ta informacja w nagłówkach już się nie znalazła.

Idąc niemal opustoszałym korytarzem, Lazăr i Andrzej dotarli w końcu do przestronnej poczekalni. Na jednym jej końcu znajdowała się wbudowana w ścianę, sporych rozmiarów recepcja przyjmująca klientów banku krwi. Andrzeja zawsze dziwiło, czemu w tych miejscach praktycznie nie ma ochroniarzy. Z drugiej strony, kto o zdrowych zmysłach chciałby obrabować przybytek należący do wampirów, gdzie zwykła sekretarka potrafiła rozerwać gołymi rękoma dorodnego wołu na pół?

Mężczyźni podeszli do jednego z okienek przy ogromnym kontuarze, a stojący nieopodal petenci skłonili się, ustępując im miejsca. Recepcjonistka wyprężyła się niczym fortepianowa struna, jednocześnie obdarzając gości anielskim uśmiechem. Było to troszkę dziwne, zważywszy na imponującą, nawet jak na wampira, długość jej górnych i dolnych kłów oraz stożkowato zakończonych przednich zębów. Andrzej mimowolnie zrobił nietęgą minę, mając wrażenie, że kobieta patrzy na niego jak na posiłek.

– Przepraszam pana – zaczęła, zasłaniając dłonią usta pomalowane ciemną, burgundową szminką, ciekawie odznaczającą się na tle jej bladej skóry. Czarne niczym smoła rzęsy zatrzepotały niewinnie, jakby bezwiednie chciała zwabić swoją ofiarę.

– Nic się nie stało – rzucił od niechcenia Andrzej, choć ton jego głosu zdradzał co innego. Machnął pojednawczo ręką. – Moja żona to demon.

Kobieta opuściła dłoń, spoglądając pytająco na człowieka.

– Znaczy… Chciałem powiedzieć, że to półdemon… W sensie sukkub, ale nie całkiem… – zaczął się tłumaczyć Andrzej, uśmiechając się nerwowo. Po chwili dodał przyciszonym głosem, przecierając palcami zmęczone oczy: – Boże, co ja plotę…

– Głupoty – odpowiedział Lazăr spokojnym, choć nieco radośniejszym niż zwykle tonem.

– Tylko jej tego nie powtarzaj.

– Gdzieżbym śmiał – rzucił Nosferatu z wyczuwalną drwiną, po czym zwrócił się do wampirzycy: – Chciałbym uiścić zapłatę za umówioną transakcję. Jeśli to możliwie, pragnąłbym również szybko odebrać towar, gdyż ponaglają mnie obowiązki.

– Naturalnie – przytaknęła recepcjonistka, odruchowo przeczesała palcami kosmyk czarnych włosów, który szybko przerzuciła za ucho, i zagłębiła się w notatkach na komputerze.

Delikatny stukot klawiszy na klawiaturze zdradzał u wampirzycy lekkie zdenerwowanie. Nie musiała nawet pytać o nazwisko klienta, gdyż każdy Nosferatu, a przynajmniej każdy cywilizowany, wiedział, kim jest Lazăr Karpow. Po kilku chwilach znalazła to, czego szukała, spojrzała z nieukrywanym zaskoczeniem na ekran, ale błyskawicznie na jej twarzy zagościł idealnie wypracowany, urzędowy uśmiech. Podała kwotę do zapłaty, a Lazăr w milczeniu wyjął wysłużony i obdrapany skórzany portfel, tak bardzo niepasujący do eleganckiego i schludnego stroju. Miał jednak powody, aby go nosić, choć nieraz osoby z jego sfery drwiły po kryjomu na ten temat. Wyciągnął z portfela plik amerykańskich dolarów, odliczył żądaną sumę i położył na blacie ogromnego kontuaru. Wampirzyca wzięła pieniądze bez przeliczania ich i szybko wydała klientowi kwit, wskazujący miejsce odbioru zamówienia. Lazăr skłonił delikatnie głowę, podziękował recepcjonistce i wraz z Andrzejem udali się w stronę wyjścia z banku.

Już mieli przekroczyć frontowe drzwi i wyjść na skąpany w słońcu rynek Starego Miasta, gdy podszedł do nich niski, otyły mężczyzna ubrany w ciemnofioletowy jedwabny garnitur ze złotym obszyciem na połach i rękawach marynarki. Przypominał Andrzejowi dorodny bakłażan, tyle że w formie balona. Osobnik miał krótko przystrzyżone włosy, szpiczaste uszy, z których prawe było wyraźnie nadszarpnięte w kilku miejscach. Z pulchnej twarzy mężczyzny spoglądały małe, głęboko osadzone, czarne oczka, a między płaskim nosem a wąskimi ustami znajdował się elegancki, ale kompletnie niepasujący do delikwenta wąsik.

Nosferatu przystanął koło Lazăra, kłaniając się na tyle nisko, na ile pozwalała mu tusza. Następnie obdarzył księcia nieszczerym uśmiechem i wyciągnął na powitanie tłustą dłoń, przyozdobioną kilkoma złotymi sygnetami.

– Alojzy Monstowski – zaskrzeczał chrypliwie. Zdawał się być o wiele pewniejszy od innych pracujących tutaj wampirów. – Dyrektor tutejszej placówki. Czy zechciałby pan, wasza miłość, wysłuchać mnie w pewnej niezwykle delikatnej sprawie?

Lazăr nic nie odpowiedział, tylko stanął frontem do rozmówcy i spokojnie czekał na wyjaśnienia. Andrzej tymczasem zastanawiał się, co ma ze sobą począć. Protekcja Lazăra dawała mu spore pole do manewru, ale tutaj wkraczał na teren, gdzie żadna istota nienależąca do kręgu elit Nosferatu nie mogła czuć się bezpiecznie.

– Jeśli wasza miłość pozwoli, wolałbym przedyskutować to w moim gabinecie – odparł dyrektor piskliwym głosem z wyraźnie słyszalną chrypką. Lazăr jednak nadal milczał, patrząc z góry na tłustego karzełka, tak bardzo pasującego do stereotypowego wyobrażenia o dyrektorach banków. Alojzy Monstowski, widząc upór swego rozmówcy, zaczął się delikatnie pocić i wykazywać coraz mocniejsze oznaki zdenerwowania. Wskazał na Andrzeja jednym ze swoich tłustych palców, na którym miał wciśnięte dwa grube sygnety, i dodał: – Wolałbym, aby osoby postronne nie uczestniczyły w tej rozmowie.

– W takim razie proszę zgłosić się do mojej asystentki, panny Lemon – odpowiedział matowym głosem Lazăr. – Umówi nas na spotkanie.

– To raczej sprawa nagła, że się tak wyrażę… – mruknął dyrektor. – Dotyczy, hmm… szczególnych klientów naszej sfery.

Lazăr spojrzał złowieszczo na tłustego prosiaczka, mrużąc delikatnie szare oczy. Dyrektor zachował jednak spokój na tyle, na ile umiał, stojąc dalej w miejscu.

– Jeśli chodzi o niedawne wydarzenia w klubie Feniks, to mój towarzysz został w pełni ułaskawiony od stawianych mu zarzutów. To była samoobrona.

– Och, ależ takimi drobiazgami nie należy się przejmować – rzucił wesoło dyrektor, machając niedbale ręką i posyłając szelmowski uśmiech w stronę Andrzeja. – To byli idioci, którzy zasłużyli na to, co dostali. Przecież każdy w tym mieście wie, że ten człowiek i jego żona są pańskimi protegowanymi. A i bez tego potrafią o siebie zadbać.

– Widocznie nie każdy – mruknął Lazăr, a dyrektorowi zrzedła mina.

– Jak to mówią, do alkoholu trzeba mieć solidną głowę – zaskrzeczał dyrektor, próbując rozładować sytuację, ale widząc stanowczą twarz rozmówcy, szybko zmienił ton. – Chciałem porozmawiać z waszą miłością o hmm… pewnej osobie, która może nam… jakby to ująć…

– Narobić smrodu? – wyrwało się Andrzejowi.

Lazăr spojrzał na przyjaciela z łagodną reprymendą, a tymczasem dyrektor poczerwieniał na twarzy. Andrzeja zawsze śmieszył widok Nosferatu, który się rumieni lub zbyt mocno opali na słońcu. W przeciwieństwie do popularnej teorii z podań, legend czy wszelkich form kultury wampiry nie były wrażliwe na słońce czy wodę święconą. No może poza niektórymi wyjątkami, ale tylko w przypadku słońca. Zresztą wielu Nosferatu czy likantropów okazało się osobami pobożnymi, co ciekawie kontrastowało z tym, o czym grzmieli duchowni z kościelnych ambon.

– Trafne, choć nieco zbyt wulgarne określenie, jak na mój gust – przyznał dyrektor.

– Przyjadę jutro o dziesiątej rano – odpowiedział Lazăr tonem definitywnie ucinającym dalszą dyskusję, po czym skierował się w stronę drzwi.

– Oczywiście, wasza miłość – przytaknął tłuściutki osobnik, z trudem wyprzedzając gości i otwierając im drzwi. – Będę waszej miłości wyczekiwał z samego rana, gdyby wasza miłość zdecydował się przybyć jednak szybciej.

– Wątpię – mruknął chłodno Lazăr i wyszedł na zewnątrz, a Andrzej szybko podążył za nim.

Gdy zamknęły się za nimi wielkie, oszklone wrota umieszczone w ciężkiej, metalowej ramie, Lazăr wyjął z kieszeni futerał z okularami przeciwsłonecznymi. Założył je i spojrzał mimochodem w niebo. Na błękitnym tle nie było absolutnie ani jednej chmurki. Nawet małego obłoczka. Słońce natomiast prażyło niemiłosiernie, co w betonowej dżungli, zwanej potocznie miastem, wszystkim dawało się we znaki. No prawie wszystkim, gdyż niektórzy nieludzie byli dość odporni na wysokie temperatury. W tym Lazăr.

Mężczyźni podeszli do czarnego luksusowego mercedesa, przy którym stał prywatny kierowca księcia. Na widok chlebodawcy obwieścił, że przed chwilą doręczono mu zamówienie z banku i że schował je już do samochodu. Otworzył drzwi swemu panu, który nieśpiesznie usadowił się na tylnym siedzeniu, a chwilę potem dołączył do niego Andrzej. Gdy tylko drzwi się zatrzasnęły i kierowca zajął miejsce, bez słów skierował się we wcześniej ustalonym kierunku. Jechał dość szybko, jednak królewska rejestracja i proporce na masce samochodu uprawniały go do tego. Widać było wyraźnie, że zna miasto jak własną kieszeń, bo sprawnie omijał korki.

Lazăr spoglądał przez okno na skąpane w słonecznym żarze budynki. Nie lubił metropolii. Były dla niego zbyt głośne, brudne i pełne istot żyjących tam jak mrówki w kolonii. Sen, praca, jedzenie – powtórz, myślał niemal za każdym razem, gdy przyjeżdżał do dowolnego dużego miasta. Ludzie byli niczym te małe krwinki, napędzające poszczególne organy betonowej dżungli. Wystarczyło, że wstrzyma się ich ruch, a kamienny organizm zamierał. Zapadał w stan hibernacji, a czasem wręcz śmierci. Robotnicy, księgowi, pracownicy biurowi, nauczyciele, dzieci – wszyscy bez wyjątku stanowili siłę napędową złożonego systemu, gdzie młode pokolenie zastępowało stare. A jeśliby go zabrakło, to kamienny gigant po prostu umierał. Niczym bestia, której upuszczono za dużo krwi.

Z rozmyślań wyrwał go donośny głos Andrzeja rozmawiającego przez komórkę. Właśnie dojeżdżali do celu. Ogromny betonowy budynek straszył obskurnym wejściem. Farba w niektórych miejscach kompletnie odpadła, co mocno kontrastowało z odnowionymi skrzydłami. Brakowało pieniędzy na przebudowę całej placówki, do której codziennie przybywali ludzie, ale też stąd wychodzili. Jak krew dostarczająca tlen do organu i opuszczająca go z zabójczym dwutlenkiem węgla. Zabójczym dla ludzi. Słabych, delikatnych, ułomnych.

Andrzej nie czekał, aż kierowca otworzy im drzwi. Pierwszy wyskoczył z samochodu, dopadł bagażnika i krzyknął w stronę grupy mężczyzn, która właśnie wybiegła z budynku. Wyciągał pojedynczo duże, biało-czerwone plastikowe pojemniki do przewożenia krwi, podając je sanitariuszom. Gdy skończył, rzucił coś niezrozumiale w stronę Lazăra i pędem ruszył w stronę obdartego wejścia do budynku. Nosferatu przyglądał się całej scenie w absolutnym milczeniu.

Wysiadł, spojrzał w kierunku ogromnego pomarańczowego namiotu, gdzie krzątali się ludzie, i mimowolnie westchnął. Oni stanowili życie, nadzieję tego miasta. Tego miejsca. A on? Był tutaj zupełnie obcy. Jak intruz, którego musieli tolerować, ponieważ nie wyrządzał szkody kamiennemu organizmowi.

– Wracamy, wasza miłość? – spytał nagle kierowca, wytrącając z zamyślenia swego pana.

– Tak – przytaknął Lazăr. – Nic tu po nas. Teraz już sobie dadzą radę.

Dał znak ręką, że sam otworzy sobie drzwi. Kierowca skłonił lekko głowę i zajął swoje miejsce. Kiedy Nosferatu chciał już zniknąć w chłodzie klimatyzowanego mercedesa, dobiegło go zza pleców kobiece wołanie. Odwrócił się niespiesznie i zauważył biegnącą w jego stronę pielęgniarkę ubraną w różowy uniform. Wyraźnie dysząc z powodu zmęczenia, ale zapewne też upału, zatrzymała się gwałtownie przed Lazărem. Widać było, że się waha, ale ostatecznie objęła go rękoma i wyszeptała cicho, ledwo tłumiąc wybuch płaczu:

– Dziękuję, dziękuję, dziękuję.

Lazăr nie wiedział z początku, jak ma się zachować. Nie przywykł do okazywania mu przez innych takich emocji. Szczególnie przez ludzi. Kruchych i zabobonnych. Z pewną dozą rezerwy pogładził kobietę po zaniedbanych włosach. Bez wątpienia dawno nie miała możliwości, aby porządnie się nimi zająć. Stali tak przez krótką chwilę, aż w końcu pielęgniarka puściła go i ocierając łzy, spojrzała zmęczonymi oczami na swego darczyńcę.

– Jest pan dobrym człowiekiem – powiedziała stłumionym głosem.

Lazăr poczuł dziwny ucisk w sercu, ale nie dał po sobie niczego poznać. Kobieta jeszcze raz mu podziękowała i szybkim krokiem udała się do wnętrza budynku. Lazăr stał jeszcze przez pewien czas koło otwartych drzwi swej limuzyny i spoglądał w miejsce, gdzie zniknęła pielęgniarka. Jej słowa nadal brzęczały mu w głowie. Żył już tyle stuleci, a pierwszy raz usłyszał, że jest człowiekiem.

Jakie to dziwne, pomyślał, uśmiechając się pod nosem.

Wsiadł do samochodu i nakazał kierowcy jechać do hotelu, gdzie wynajmowali pokoje. Po kilku minutach muzykę dobiegającą z radia przerwały wiadomości mówiące, kolejny raz tego dnia, o tragicznym wypadku. Kierowca ciężarówki zasłabł z powodu upału i zjechał na przeciwległy pas, uderzając w sam środek busa turystycznego i spychając go prosto na słup wiaduktu. W kolizji ucierpieli głównie pasażerowie staranowanego pojazdu – w przeważającej większości dzieci w wieku szkolnym. Nie obyło się bez ofiar śmiertelnych, a wielu rannych wymagało natychmiastowej operacji. W tym troje najmłodszych poszkodowanych z bardzo rzadką grupą krwi. Dziennikarz dodał, że przed chwilą nieznany darczyńca podarował szpitalowi piętnaście litrów krwi, tym samym ratując życie osób tej strasznej tragedii.

Lazăr uśmiechnął się mimowolnie, widząc swoje odbicie w bocznej szybie samochodu. Jak niewiele trzeba, aby móc być człowiekiem, pomyślał.

Koniec

Komentarze

Witam :)

Podziele sie swoimi odczuciami co do tekstu ale najpierw parę uwag:

Jedynie Andrzej, nie kryjąc zadowolenia, stał nadal w miejscu i spoglądał z lekkim przekąsem na przerażonego Nosferatu. Miał wrażenie, że Strażnikowi Krwi zaraz serce wyskoczy z piersi, tak bardzo się trząsł.

Tutaj na początku myślałem ze to błąd bo Nosferatu to był ten Lazar nie strażnik, ale potem zrozumialem ze strażnik też jest Nosferatu. Zabrakło mi możę wyjasnienia chierarchii, bo nie wiem w konczu czy Lazar był jakiś wampirem wyższym czy tylko wysoko postawionym? Co by też wyjasniło czemu kazdy się go bał. Coś o ksiązecej krwi chyba było ale to też mało.

– Ależ, panie! – wykrzyknął Strażnik, prostując się odruchowo, jednak gdy skrzyżował swe spojrzenie z Lazărem, szybko opuścił wzrok, wbijając go w drogie, skórzane buty swego klienta.

Koncówka zdania wprowadza zamieszanie moze lepiej by brzmialo →

 – wykrzyknął Strażnik, prostując się odruchowo. Skrzyżował swe spojrzenie z Lazărem i wbił go wzrokiem w jego własne skórzane buty.

Po kilku minutach muzykę dobiegającą z radia przerwały wiadomości mówiące o tragicznym wypadku. Kierowca ciężarówki zasłabł z powodu upału i zjechał na przeciwległy pas, uderzając w sam środek busa turystycznego i spychając go prosto na słup wiaduktu.

Tu tylko bym się doczepił żeby doprecyzować ze to były kolejne wiadomości podające ta informacje bo wychodzi trochę ze Lazar ma zdolności przepowiadania przyszłości i wypadek dopiero co się zdarzył :)

 

Ogólnie tekst czytało się łatwo i przyjemnie chociaż już tak pod koniec trochę nudnawo bo nic się zasadniczo nie działo. Sytuacje uratowała pielęgniarka i puenta, nawet trochę się wzruszyłem :D

Opowiadanie na plus jak dla mnie :)

InComa

W mojej opinii pochodzenie Lazara jest dość jasno zaznaczone w tekście. Wynika to choćby z zachowania innych nosferatu oraz wielokrotnego zaznaczenia, że Andrzej jak na człowieka może sobie pozwolić na dużo więcej, dzięki protekcji Lazara.

 

Co do nudy, to kwestia względna, bo mi chodziło właśnie o ukazanie monotonni życia w dużym mieście. Tego nudnego, monotonnego obiegu ludzkiej krwi. Pamiętaj, ze to w zasadzie opowiadanie obyczajowe, nie akcji :)

Co do puenty to wyszła przypadkiem. W dniu gdy pisałem tekst wyskoczył mi na Facebooku artykuł o wypadku samochodowym i tak jakoś samo wszystko poszło.

To juz kwestia indywidualna, ja lubie jak sie cos dzieje w miare szybko XD Temu pewnie omineło mnie sporo dobrych tekstow ktore wolniej sie rozkręcały. Tez osobiscie wole jak autor pokaże dlaczego się ktoś kogoś boi nie tylko powie, ale to juz tez indywidulane podejscie i z doświadczenia wiem ze ogranicznik znaków nie pozwala na zbytnie rozpisywanie się. Opowiadanie ogólnie podoba mi się.

 

Pozdrawiam :)

E

InComa

Hej, muszę przyznać, że przyjemne opowiadanie. Akcji nie ma wiele, ale dzięki temu łatwiej odnaleźć się w nowym świecie i poznać postaci. Technicznie też jest dobrze, więc opowiadanie zdecydowanie na plus. Na pewno zajrzę też do kolejnych tekstów z tego uniwersum ;)

Tutaj tylko zauważyłam drobną literówkę:

Do życia – stanowiła jego esencją w każdym znaczeniu tego słowa.

Pozdrawiam! ;))

Sprawnie napisane opowiadanie, bardzo przyjemnie wprowadzające w świat wampirów. Końcówka wzruszająca. Chętnie poczytam więcej!

Zasadniczo to jest jednostrzałowiec. Nie planowałem w tym uniwersum pisać więcej opowiadań. Nie twierdzę, ze nie dałbym rady, ale tak jakoś nic w tym nie wymyślałem. Zobaczymy co powiedzą czytelnicy w dłuższym przedziale czasowym. Jeśli faktycznie chcieliby więcej, to podumam nad rozwinięciem historii Lazara i Andrzeja.

 

Cieszę się, że mimo spokojnego tonu opowiadanie przypadło wam do gustu :)

Tania krew, choć pisana, jak twierdzisz, na spontanie, okazała się bardzo sympatycznym dziełkiem, ukazującym wampiry w sytuacji, o jaką bym żadnego z nich nie podejrzewała i pewnie dlatego finał tak bardzo mi się spodobał.

Arturze, jeśli takie opowiadanka piszesz bez żadnego planu, to mogę się tylko domyślać, jakie teksty produkujesz kiedy masz opracowaną koncepcję. ;)

 

spusz­cza­jąc wzrok w prze­pra­sza­ją­cym ge­ście. → Gesty wykonuje się rękami, nie wzrokiem.

Proponuję: …przepraszająco spuszczając wzrok.

 

czu­jąc na sobie gniew­ne spoj­rze­nie swo­je­go klien­ta. → Czy zaimek jest konieczny? Wielokrotnie nadużywasz tego zaimka w dalszej części tekstu.

 

po­wie­dział w końcu Lazăr znów swoim ma­to­wym gło­sem… → Czy zaimek jest konieczny – czy Lazăr mówiłby cudzym głosem?

 

ode­tchnął z ulgą, czu­jąc cie­pły po­wiew po­wie­trza. → Raczej: …ode­tchnął z ulgą, czu­jąc powiew cie­płego po­wie­trza.

 

– Pra­co­wa­łem już w la­bo­ra­to­rium oraz chłod­ni, i to nie jed­nej.– Pra­co­wa­łem już w la­bo­ra­to­rium oraz chłod­ni, i to niejed­nej.

 

Lazăr nic nie od­po­wie­dział, nadal sunąc do­stoj­nie i cicho oświe­tlo­nym ko­ry­ta­rzem. → Czy dobrze rozumiem, że korytarz był oświetlony dostojnie i cicho?

A może miało być: Lazăr nic nie od­po­wie­dział, nadal do­stoj­nie i cicho sunąc oświe­tlo­nym ko­ry­ta­rzem.

 

mru­żąc de­li­kat­nie swe szare oczy. → Zbędny zaimek – czy mógłby mrużyć cudze oczy?

 

Ogrom­ny be­to­no­wy bu­dy­nek stra­szył swoim ob­skur­nym wej­ściem. → Czy zaimek jest konieczny?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobre, zakończenie mnie zaskoczyło, a jednocześnie wampir pozostał wampirem ;)

Przyzwoicie napisane, dobrze się czytało, z odrobinką humoru, którego dodaje Andrzej. Też chętnie poczytałabym o innych przygodach Lazara i jego towarzysza.

Popraw babole, wskazane przez Reg, żebym mogła kliknąć z czystym sumieniem :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Okej, poprawiłem babole.

Z tymi zaimkami to nigdy nie wiem, bo czytałem tyle książek, gdzie było w chuj zaimków, że wydawało mi się, że tak musi być. W każdym razie naprawione.

 

Co do Lazara to na razie nie planuję niczego w tym temacie. Nie wiem, może zmienię koncept tej serii opowiadań i jakoś inaczej to złożę, zostawiając serię opowiadań obyczajowych z wampirami i likantropami. Naprawdę na chwilę obecną nie wiem jak to się dalej rozwinie, bo to wszystko powstało z przypadku. Chciałem sprawdzić czy dam rade napisać sensowny tekst w jeden dzień. Na razie szykuję opowiadanie “Malkontent” też w klimatach obyczajowych z nosferatu. Może zatem osadzę to w tym samym uniwersum, choć w sumie ciężko to nazwać na razie uniwersum, bo nie mam napisanej osi czasu. Chyba, że dopasuję to do mojego uniwersum Dream Wars, które buduję od lat. Nie wiem, pomyślę, bo coraz więcej osób mi pisze abym kontynuował przygody Lazara i Andrzeja, a ja nie planowałem tego robić.

Arturze, zaimki są potrzebne – bez nich trudno cokolwiek napisać. Jednakowoż ich nadmiar, czy jak to ładnie ująłeś w chuj, sprawia, że tekst czyta się fatalnie.

A skoro poprawiłeś usterki, mogę udać się do klikarni. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tania krew zostanie przebudowana na pełnoprawną książkę kryminalno-obyczajową. Bardziej kryminał :) To opowiadanie będzie jej pierwszym rozdziałem. Więcej informacji niebawem podam na mojej stronie na Facebooku.

Hej,

mam podobne przemyślenia, co InComa odnośnie hierarchii wampirów. Uważam, że przydałaby się jakaś podpórka – kilka słów dopowiedzenia.

Zastanawiam się również, czy nie lepiej byłoby prowadzić narrację z perspektywy Andrzeja, świat ukazany jego oczami mógłby być, wg mnie, bardziej… krwisty ;) Fajnie to funkcjonowało w scenie negocjacji – wgląd do umysłu Lazara pospułby napięcie i tego bym się trzymał również w dalszych częściach historii.

Ogólnie mi się podoba, ciekawe postaci, interesująco nakreślony świat przedstawiony. Powodzenia w pisaniu powieści!

Klik ode mnie.

Pozdrawiam!

 

 

Che mi sento di morir

Nie czytam książek/opowiadań o wampirach, więc nie wiem jak je tam przedstawiają. W “Taniej krwi” dużo eksperymentuję, bo mam pomysł na coś, co w sumie może okazać się głupie, ale wyjdzie w praniu. Może ludziom się spodoba ten eksperyment :D

Jak na razie fajnie wychodzi, więc trzymam kciuki za cały eksperyment ;)

 

Żona redaktorka też się przydaje, no i pozdrówki dla kotka ;)

Che mi sento di morir

Cześć, Arturze,

na początku wciąga, przyznaję. Czułam się szczerze zaintrygowana, szczególnie że nawet lubię wampiry, wilkołaki i tym podobne stwory. Jak jeszcze jest z humorem to już w ogóle. Uważam więc, że jest to dobre opowiadanie, sprawnie napisane. Zdecydowanie nie przeszkadza mi “znikoma” akcja, choć im dalej w las, tym bardziej się nudziłam. Dlatego trudno mi ocenić ten tekst, bo jest porządny, ale może po prostu nie trafił w stu procentach w mój gust?

 

 

Podała kwotę do zapłaty, zaś Lazăr w milczeniu wyjął swój wysłużony i obdrapany skórzany portfel, tak bardzo niepasujący do jego eleganckiego i schludnego stroju.

“…Lazar zaś…”

Zaś nie stawia się na początku.

 

 

– Alojzy Monstowski – zaskrzeczał chrypliwie. Zdawał się być o wiele pewniejszy od innych pracujących tutaj wampirów.

Jest to nadużywana, ale jednak niepoprawna forma.

 

 

Powodzenia w dalszym pisaniu!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Najpierw ogólnie: historyjka ładna, choć początek dość przegadany i dla mnie jako długoletniego gracza w “Świat Mroku” trochę zalatujący tym systemem, a może popkulturą w nim zadłużoną, jak filmy z cyklu “Underworld”. Ale końcówką – choć od pewnego momentu staje się ona przewidywalna – niewątpliwie nadrabiasz. Zwłaszcza tą implicite refleksją nad tym, co to jest człowieczeństwo. Ładnie, nienachalnie napisane.

Z minusów: część tekstu, gdzie wyjaśniasz, jak działają różne rzeczy, trochę infodumpowa.

Oraz: trochę nie wiem, po co w tym wszystkim Andrzej, aczkolwiek całkiem rozumiem jego niechęć do zimna. To nie tak, że to nieciekawa postać, ale niezbyt wiele wnosi do fabuły, podobnie jak jego małżeństwo z sukkubem. Sugerujesz tu, owszem, złożoność świata, ale Andrzej nie odgrywa fabularnie żadnej znaczącej roli, choć wydaje się, że tak będzie.

 

Gorzej niestety ze szczegółami, choć sformułowanie “wyssana z Internetu” mnie urzekło, zwłaszcza w kontekście :)

 

Babolków niestety wyłapałam jeszcze sporo, no i zaimkoza jest tu dość radykalna. Wszędzie tam, gdzie Ci proponuję wycięcie zaimka, jest on doskonale zbędny, bo wiadomo, o czyje coś chodzi. Tępić należy zwłaszcza zaimek dzierżawczy “swój” we wszystkich formach, bo to potworny śmieć. A w przeciwieństwie do angielskiego polski słabo toleruje nadmiar zaimków dzierżawczych i odbiorowi tekstu ta zaimkoza bardzo szkodzi.

Popraw błędy, to chętnie dam ostatniego klika, bo choćby za wymowę Biblio się należy.

 

Nieustająco też zachęcam do czytania i komentowania (choćby krótkimi “[nie] podobało się”) opowiadań innych uczestników, bo widzę, że nadal tego nie robisz. Przez dwa lata od rejestracji nie skomentowałeś żadnego opowiadania poza swoimi. Piszesz nieźle, ale trochę altruizmu wzajemnego naprawdę Ci nie zaszkodzi, a raczej pomoże. Zwłaszcza że ludzie dają Ci spory feedback, poświęcają sporo czasu Twoim tekstom kosztem własnych spraw, feedback jest zasadniczo pozytywny i konstruktywny, więc miło by było uzyskać choćby minimalną wzajemność.

 

dotkniętych „głodem” krwi

Cudzysłowów też należy unikać. A w tym przypadku już prędzej “głodem krwi”, ale też niekoniecznie. Jeśli koniecznie chcesz podkreślić pewną umowność to np. “dotkniętych tym, co nazywano potocznie głodem krwi”

 

– Panie Karpow – wtrącił się jeden z pracowników placówki,

Raczej: odezwał się, bo on się nie wtrąca do trwającej rozmowy.

 

Udał, że nie zauważył cienia niezadowolenia przemykającego po twarzy swego rozmówcy, skupiając się na lustrowaniu zawartości skarbca.

Rym chyba niezamierzony? Jeśłi chodzi o konstrukcję z imiesłowem, odwróciłabym to: Skupił się na lustrowaniu…, udając, że nie zauważa…

 

Centralnej

→ Środkowej, tak się mówi po polsku

 

zgromił go szybkim spojrzeniem

Coś mi tu stylistycznie zgrzyta

 

szybkie łypnięcie okiem jego przyjaciela, trwające mniej niż ułamek sekundy

Oko i mózg ludzki nie ma szans zarejestrować czegoś, co trwa krócej (to skądinąd lepsze niż “mniej”) niż ułamek sekundy

 

skórzane buty swego klienta.

 

Nosferatu był przerażony niewzruszoną postawą swego klienta.

Trochę się gubię, kogo nazywasz Nosferatu (w dodatku dużą literą), a kogo nie. Czy to jakaś grupa (kłania się WoD), czy tytuł? Poza tym: w zasadzie tekst jest z punktu widzenia Andrzeja, ale czasem masz head-hopping i to nie wychodzi najlepiej, czasem przeskakujesz na ironicznego narratora wszechwiedzącego. Można to wszystko przemieszać, ale trzeba by troszkę się przyłożyć, żeby to jako całość grało. Nie jest fatalnie, ale troszkę się na tym zawieszałam w lekturze.

 

Nawet mimo swoich koneksji z dziedzicem rumuńskiego dworu królewskiego.

 

ponaglają mnie obowiązki

→ naglą

 

Delikatny stukot klawiszy na klawiaturze zdradzał jej lekkie zdenerwowanie.

Zdenerwowanie klawiatury? I ogólnie coś tu kuleje.

 

 zaś Lazăr

→ “Lazar zaś” albo “a Lazar” [”zaś” i “bowiem” stawiamy na dalszym miejscu w zdaniu, w przeciwieństwie do “a” i “albowiem”]

 

wyjął swój wysłużony i obdrapany skórzany portfel, tak bardzo niepasujący do jego eleganckiego i schludnego stroju

[”jego” na dodatek logicznie odnosi się do portfela]

 

kłaniając się na tyle nisko, na ile pozwalała mu jego tusza

 

Lazăr nic nie odpowiedział, tylko stanął frontem do swego rozmówcy

Raczej: przodem, front mają budynki czy meble

 

na którym miał wciśnięte dwa grube sygnety

Na który miał – wystarczy, ew. na który wcisnął dwa sygnety. Grube?

 

ale widząc stanowczą twarz swego rozmówcy

 

Lazăr spojrzał na swego przyjaciela

 

Na błękitnym tle nie było absolutnie ani jednej chmurki.

Domyślam się, że chciałeś tu uniknąć powtórzenia “nieba”, ale nie wyszło to najlepiej.

 

Na widok swego chlebodawcy (…) Otworzył drzwi swemu panu (…) kierowca zajął swoje miejsce

To wszystko w dodatku w jednym akapicie

 

Widać było wyraźnie, że znał miasto jak własną kieszeń, bo sprawnie omijał korki.

→ zna miasto. Po polsku nie ma następstwa czasów i w takich przypadkach – on znał, zna i znać będzie – stosujemy czas teraźniejszy

 

Wysiadł, spojrzał w kierunku ogromnego[-,] pomarańczowego namiotu, gdzie krzątali się ludzie[+,] i mimowolnie westchnął. Oni stanowili życie, nadzieję tego miasta.

 

musieli tolerować, bowiem nie wyrządzał szkody kamiennemu organizmowi.

→ “nie wyrządzał bowiem” lub “albowiem nie wyrządzał”, a najlepiej “ponieważ nie wyrządzał” ;)

 

http://altronapoleone.home.blog

Nie komentowałem dotąd niczyich tekstów, bo bardzo mało ich czytam (ogólnie raczej mało czytam), a to co przeczytałem nie zapadło mi w pamięci. Nie za bardzo wiedziałem co mam napisać w takim wypadku. Ogólnie słabo się udzielam na forum, bo też brak czasu i raczej robię to na spontanie. Teraz dużo się dzieje u mnie w życiu. Wydałem “Piekło kosmosu”, baśń o Małej Hydrze zalicza poślizg, piszę "Farreter”, a teraz jeszcze przebudowuję “Tanią krew”. Zasadniczo to będzie raczej spokojna i krótka książka.

 

Wiem, wychodzę na chama, bo się nie udzielam. Tylko, ze ostatnio ogólnie mniej się udzielam, bo albo pisze swoje rzeczy albo staram się je sprzedać. “Tania krew” powstała tak samo jak Mała Hydra – z czystego przypadku i dlatego je tutaj wrzuciłem.

 

A co do uwag w tekście, to potem te zaimki poprawię. Jednak kilku rzeczy nie zmienię, bo są celowe. Oto one:

* Centralnej – tak, wiem, geograficznie mówi się środkowej, ale potocznie nieraz mówi się centralnej i tego słowa użył Andrzej.

* Lazar oglądał próbki w milczeniu. Tam nie było żadnej rozmowy pomiędzy nim a Strażnikiem Krwi, dlatego dodałem, że Strażnik się wtrącił.

* Sekunda jest zasadniczo dość długa. Tak, można zarejestrować coś, co trwa tylko jej ułamek. A przynajmniej tak potrafią moje postacie :) To jednak fantasy i fikcja, więc potrafią nieco więcej niż zwykli ludzie.

* Nosferatu jest bardziej dostojną, oficjalną nazwą w tym uniwersum. Niejako szlachetną. Wampir jest używany jako nazwa pospolita. Rozwinę ten element w książce.

 

Ogólnie większość uwag wprowadzę, ale jak mówiłem, kilku nie. Np. z tym niebem czy wampirem. Lubię pisać bardzo prosto. Nie jestem i nigdy nie będę literatem. Nie mój styl. Wolę, jak to się mówi, pisać pospolicie :) Nie każdemu podejdzie, ale też nie oczekuję tego. Każdy ma swój gust i jednym się spodoba innym nie. Chce pisać tak, jak lubię czytać. To się dla mnie najbardziej liczy. Wiem jak to brzmi, ale ja naprawdę uwzględniam większość twoich uwag. Po prostu nie ze wszystkimi się zgadzam :)

 

Jak mówiłem, w wolnej chwili ogarnę poprawki. Dzięki za opinię :)

W kwestii nieudzielania się: uwierz mi, że mam dużo na głowie. Inni też mają swoje sprawy – dlaczego uważasz się pod tym względem za niezwyklego? Ja np. kończę powieść, na którą czeka wydawca, mam rozgrzewane dwie inne, do tego zbiór opowiadań u wydawcy w redakcji. To tylko część zajęć literackich. Do tego kończę realizację grantu i pisanie książki naukowej oraz katalogu wystawy, którą organizuję. To tylko część tego, co robię naukowo. I większość ludzi odpowie podobnie: mają pracę, rodziny, własną twórczość i chęć jej wydania. My nie jesteśmy portalem redaktorów, ale osób tworzących, które się wzajemnie wspierają. Wzajemnie, to bardzo ważne. Co do komentarzy: najlepiej je pisać od razu, po prostu refleksje z lektury, nie muszą być ambitne ani rozbudowane, mogą być krytyczne, jeśli tekst nie robi wrażenia. Ale trochę niefajnie jest oczekiwać od ludzi reakcji i krytyki, nie dając im nic w zamian, to tak jakbyś uważał nas wszystkich za niegodnych uwagi w kontekście własnej twórczości. Na portalu są osoby, które piszą naprawdę dobrze, więc myślę, że jak się rozejrzysz, to coś dla siebie znajdziesz, a negatywny feedback też jest ważny. Co do wtrącenia się nie masz racji, przykro mi, bo wtrącić można się jedynie w trwającą rozmowę, a nie w milczenie. Dlatego on się odezwał, a nie wtrącił. Europa centralna to anglicyzm, a nie potoczne. Nie wiem, czy przy Twoim nastawieniu będzie mi się chciało jeszcze kiedykolwiek wypisywać babole, mimo że do tekstów zapewne zajrzę. Tu przyszłam zachęcona przez BK na shoutboksie, dałabym ten ostatni klik, ale na razie nie mogę tego zrobić z czystym sumieniem, a Twoja postawa niestety zniechęca do poświęcania czasu więcej niż po prostu na lekturę. A szkoda, bo masz ładne pomysły i umiejętność pisania o sprawach poważnych w sposób przystępny, a tego mi czasem na portalu brakuje. Ale też mam swoją twórczość, swoje życie.

http://altronapoleone.home.blog

To nie jest tak, że uważam was za niegodnych uwagi, a siebie za niezwykłego. Nic z tych rzeczy.

 

Doświadczenie nauczyło mnie, że baaaaardzo często, gdy na tego typu portalach jak wasz czy Wattpad piszę coś, a najczęściej piszę dosadnie i wprost, to potem zarzuca mi się masę rzeczy i wieńczy to stwierdzeniem “Jak jesteś taki mądry to napisz coś lepszego”. Jestem tym zwyczajnie zmęczony, dlatego nauczyłem się mało komentować pracę innych. Jedynie robię to przez recenzje zamieszczane na moim blogu. To jest główny powód, dlaczego milczę. Ja naprawdę się nie wywyższam. Po prostu jestem wycieńczony tym co miałem przez ostatnie lata, jak udzielałem się w ten sposób na innych grupach. Zawsze kończyło się to obrzucaniem mnie błotem, bo śmiałem mieć inne spojrzenie na jakąś sprawę.

Więc zacząłem o tych sprawach pisać po swojemu (patrz, Tania krew) zamiast pomagać innym spróbować opracować dane zagadnienia, bo w 9 wypadkach na 10 oni nawet nie chcą słuchać tego, co mam do powiedzenia. I wybacz, ale zwyczajnie, tak po ludzku, boję się, że znów zacznie się to, co miałem w przeszłości na innych grupach gdzie się udzielałem i starałem ludziom pomagać. A ja zwyczajnie nie mam do tego nerwów i psychiki. 

 

Co do uwag, to zauważ, że wiele anglicyzmów weszło do mowy potocznej. Owszem, gdyby narrator pisał o Europie, to dałbym środkowej. Ale to wypowiada się postać, Andrzej, i on używa zwrotu potocznie używanego, czyli centralnej. Tutaj zdania nie zmienię i będę obstawiać przy mowie potocznej postaci. Tak samo z wtrąceniem. Moim zdaniem można się wtrącić w czyjąś czynność, tak jak zrobił to strażnik. Wtrącił się w czynność wykonywaną przez Lazara, którą ten wykonywał w milczeniu. Ewentualnie mogę zarzucić, ze strażnik przerwał ciszę panującą w pomieszczeniu.

 

Ja lubię własnie tak pisać. Nie jestem polonistą i tutaj zgadzam się np. z Ewą Popielarz, która powtarza non stop, ze redaktor czy korektor dają sugestie, a autor nie musi się do nich zastosować o ile to umie okrasić sensownym argumentem.

Jak pisałem – do większości twoich uwag się zastosuję, do kilku, jak Europa Centralna nie i wyjaśniłem już dlaczego. Wrzucę poprawki jakoś w ciągu dnia, a co z tym dalej to już wasza sprawa.

 

Odnośnie udzielania się, teraz i tak nie będę miał na nic czasu, nawet na wrzucanie tutaj czy Wattpada czegokolwiek, bo piszę “Farreter”, składam “Tania krew” i “Demony kosmosu”, a jeszcze mocno promuję “Piekło kosmosu” i nie wiem co z Małą Hydrą. Baśń o Mantykorze i Chimerze zostały obecnie zamrożone, a inne baśnie o potworach anulowane. Sprawa między mną a wydawcą się nieco skomplikowała. Nim się wyjaśni pewnie skończę pisać baśń “O szarych ludziach, którzy zapomnieli co to śmiech”, bo spodobało mi się pisanie baśni.

 

Jeszcze raz podkreślam – NIE UWAŻAM się za osobę wybitną, czy nawet ponadprzeciętną. Nie uważam się za literata. Cholera, nawet nie ma ambicji nim być. Ja chcę tylko pisać to, co sam chciałbym przeczytać. Poruszać tematy, które uważam za ciekawe w taki sposób jak lubię. Nic więcej. Nie mam parcia na ściganie się z kimkolwiek czy rywalizowanie. A na grupach przestałem się udzielać, nauczony doświadczeniem, że jak daję rady, a piszę zawsze dosadnie, to ludzie zarzucają mi wywyższanie się, gnojenie ich itp. Dlatego wolę milczeć.

 

EDIT – POPRAWKI

Podmieniłem tekst na wersje po poprawkach. Jak powiedziałem, większość zaakceptowałem, szczególnie te swój/swego/jego. Będę starał się na to patrzeć podczas pisania kolejnych tekstów, bo faktycznie nadużywam.

Poniżej lista rzeczy, których nie zmieniłem i podaję pełne uzasadnienie dlaczego.

1. Europa Centralna – jak już tłumaczyłem wcześniej. Jest to potoczna wypowiedź, tutaj wymawiana przez postać. Gdyby był to narrator, to tak zmieniłbym na “Środkowej”, bo miałoby to sens. Ale postać może mówić jak chce, w tym potocznie. Zatem zostaje Centralnej, bo to pasuje do stylu i charakteru postaci Andrzeja.

2. Strażnik Krwi wtrąca się do rozmowy – zostaje, że się wtrącił, bowiem dosłownie chwilę wcześniej Lazar i Andrzej się przekomarzali. Zatem mimo wszystko Strażnik się wtrącił. Ja tak to widzę i przy tym będę obstawał.

3. Ułamek sekundy – Oko ludzkie potrafi wychwycić, przekazać do mózgu informację, która tam jest przetworzona i wykonać pracę organizmu w ekspresowym tempie. Zwykli kierowcy mają często czas reakcji w okolicy 0,3-0,7 sekundy. Inny przykład gracze e-sportowi. Ich średni czas reakcji oko-mózg-ręka, to 5,5-7,5 akcji na sekundę. U przeciętnego gracza to coś około 0,3-2 akcji na sekundę. I mimo wyćwiczenia pewnych reakcji, to nadal na ekranie dzieje się tyle, ze muszą błyskawicznie reagować na zmieniającą się sytuację. Zatem stwierdzenie, że ktoś coś zauważył lub zrobił w ułamku sekundy, szczególnie w tej sytuacji co podałem, jest jak najbardziej wykonalna. Zatem stwierdzenie zostaje. Ułamek czegoś to kawałek całości. W tym wypadku ułamkiem sekundy może być np. 0,5 sekundy albo 0,3 albo 0,9. Sekunda trwa naprawdę długo :)

4. Ponaglają – naglą – Lazar jest Rumuńczykiem. To że mówi w języku polskim nie znaczy, że używa tylko w pełni poprawnej polszczyzny. Zostaje ponaglają. Pasuje mi w tym wypadku do jego osoby.

5. Frontem do rozmówcy – zabieg celowy. Chodziło o pokazanie, że Lazar traktuje dyrektora banku przedmiotowo. Stanął frontem do “przedmiotu”.

6. Błękitne tło – osobiście mi ten zwrot tutaj idealnie pasuje w tekście, więc zostaje. Każdy wie o co chodzi.

Przyznam, że z powodu dobrania wątków, z początku miałeś u mnie pod górę jako czytelnika. Standardowy zestaw “Świata Mroku”, do tego wampir bardzo typowy, przynajmniej dla mnie (za dużo grałem Ventrue :P ). Jednak w miarę przedstawiania dalszych losów postaci, przykułeś moją uwagę. Nie samą fabułą (bo ta okazała się prosta jak drut), ale pewną obietnicą świata, gdzie są żyjące otwarcie półsukubby, wampiry, ludzie. Koniec końców pokazujesz zręby czegoś ciekawego i aż szkoda, że sam tekst to tylko prezentacja monotonii życia w wielkim mieście ;)

Tak więc przyzwoity koncert fajerwerków. Czyta się dobrze (zwłaszcza po poprawkach), klimat ma, pomysł na świat też.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Kurde, pamiętam, ze kiedyś baaaaaaaardzo dawno temu grałem 2-3 sesje w “Świat Mroku”, ale kompletnie nie pamiętam gry. Serię Underworld oglądałem, ale jakoś mnie nie porwała. Poza pierwszą częścią (wiadomo, Selena) oraz bodaj czwartą mającą podtytuł Bunt Lykanów. Swoją drogą uważam ją za najlepszą. Moją przygodę z literaturą o wampirach, wyjątkowo krótką zresztą, zakończyłem w 2010 roku po przeczytaniu pierwszych trzech tomów serii Tania krew, którą dostałem do zrecenzowania na serwisie Polter.pl. Autorka tak mnie zraziła do tego gatunku, ze go porzuciłem.

Ostatnio temat wampirów odświeżyłem sobie przy serialu Netflixa Castelvania (cudowny, choć ostatni sezon mocno spadł w mojej ocenie) i w zasadzie na tym koniec.

W Venture nigdy nie grałem.

 

Ogólnie ja to raczej należę do teamu Likantropów :D Jak była możliwość grania wilkołakiem to tłukłem nim ile wlezie (patrz – Diablo 2) :P

 

Co do uniwersum, to w zasadzie prezentacja wyszła totalnym przypadkiem. Odruchowo osadziłem opowieść w uniwersum Wojen Snów, które zacząłem projektować w 1997 roku. W zeszłym roku je uporządkowałem (oś czasu, kluczowe wydarzenia, powiązania z wydarzeniami historycznymi na Ziemi, uporządkowanie wydarzeń na planecie Arkadia) i w zasadzie to był odruch wpakować tam Lazara. Jedynie dostosowałem go na potrzeby obecnej pandemii.

Ogólnie od kilku dni wmontowuję Lazara, Andrzeja i jego żonę Samantę do mojego uniwersum, dopasowując ich przygody do kluczowych wydarzeń. W ich wypadku Drugiej Wojny Snów oraz tak zwanego Scalenia. Długo by gadać, bo konflikt sięga czasów starożytnych (tak zwany kamień Łez Zapomnianych albo inaczej Kryształ Łez Zapomnianych Matek). Zasadniczo w czasach gdy czytelnik poznaje Lazara, to tak zwani baśniowcy, czyli wszyscy nie-ludzie urodzeni na Ziemi (nie wliczamy w to Arkadyjczycków, czyli istot urodzonych na planecie Arkadia i Delfijczyków, czyli istoto urodzonych na planecie Delf) wiodą w miarę normalny tryb życia. Ogólnie to jest nieco wzorowane na relacjach rasowych i kulturowych z Kanady czy USA.

Zatem Lazar to wampir starego rodu, Andrzej to człowiek władający magią czwartego wymiaru, a jego żona Samanta to bękart Serafinów (pół sukkub, pół anioł). Sama systematyka “aniołów” i “demonów” jest zupełnie inna niż w Biblii. Nie są to istoty astralne, ani pochodzące z innego wymiaru, tylko istoty urodzone na Arkadii w czasach przed wydarzeniem zwanym Rozdarciem, w efekcie którego zyskały zdolność długowieczności i młodości (ich organizmy stale się regenerują z powodu przesycenia energią czwartego wymiaru).

To bardzo skomplikowany temat, bo jak wspomniałem uniwersum drobiazgowo opracowuję od 1997 roku. Na pewno w książkach poświęconych Lazarowi powoli będę przedstawiał ten świat.

Był typem człowieka, zdecydowanie określającym się jako istota ciepłolubna, nielubiąca mocno klimatyzowanych pomieszczeń.

Coś jest nie tak z tym zdaniem, nie rozumiem go. Pierwszy przecinek wydaje się zbędny.

 

Podczas gdy tego lata większość mieszkańców Warszawy niemal gotowała się na ulicy w skwarze potęgowanym przez betonowe budynki, on czuł się jak ryba w wodzie.

Jak na mój gust zbyt bogate to zdanie, aż do przesady. A można prościej: “Gdy tego lata większość mieszkańców Warszawy gotowała się na ulicach wśród betonowych budynków, on czuł się jak ryba w wodzie”. Przy czym “betonowe budynki” zastąpiłbym (wszechobecnym) betonem, bo budynki brzmią tutaj zbyt dosłownie i imo odstają od reszty zdania.

 

Nosferatu, dotkniętych „głodem” krwi.

Czemu cudzysłów?

 

Krew była swoistym motorem napędowym – dzięki niej działały wszystkie zaawansowane stworzenia. Transportowała tlen i mikroelementy do komórek składających się na poszczególne organy, jednocześnie zabierając z nich odpady. Łączyła ze sobą poszczególne części ciała, napędzające organizm do pracy. Do działania w najbardziej ekstremalnych warunkach. Do życia – stanowiła jego esencję w każdym znaczeniu tego słowa.

Akapit w moim odczuciu całkowicie zbędny – niczego nie wnosi, a czytelnik raczej wie, czym jest krew.

 

– Łapię, że wy, nieumarli, jesteście zimnolubni, ale czy nie mógłbyś się pospieszyć? – jęczał Andrzej, coraz głośniej szczękając zębami. – Tutaj panuje większy ziąb niż w mroźni z mięsem.

– Dramatyzujesz. Jest co najwyżej chłodno – skarcił go z przekąsem przyjaciel, odstawiając ostatnią próbkę na miejsce. Skierował się do pancernej oszklonej ściany z widokiem na skarbiec.

Takie luźne dialogi fajnie się nadają do przemycania jakichś informacji o świecie czy o bohaterach, choć trzeba uważać, by nie przesadzić, bo wyjdzie wtedy infodump. Tutaj juz wiemy że w chłodni jest chłodno, że główny bohater nie znosi zimna i szczęka z tego powodu zębami, natomiast ten dialog i didaskalia powielają informacje, które już znamy. Stąd – usuwałbym. :P

 

przyznał Lazăr spokojnym, matowym głosem.

“Matowy głos” to na tyle egzotyczne określenie, że nie potrafię sobie wyobrazić, jak powiedział to Lazar.

 

– Zapewniam pana, że Bank Jovinarów posiada najlepsze zapasy krwi oraz najbardziej konkurencyjne ceny w całej Europie Wschodniej.

– Centralnej – chrząknął Andrzej, nieumiejętnie udając kaszel.

<3 ;D

 

Znał dobrze anatomię wampirów i wiedział, że tak naprawdę nazywanie ich nieumarłymi to gruba przesada.

Z kontekstu wynika, że dobrze znał raczej ich fizjologię, a nie anatomię.

 

– Sześćdziesiąt dolarów za jednostkę… – Skamieniały ze strachu Strażnik nawet nie drgnął, wypowiadając te słowa.

– Drogo – stwierdził Lazăr opanowanym, lodowatym głosem.

Chcą kupić 15 litrów krwi, a jednostka krwi to 450ml, zaokrąglijmy to do 0,5l. Przy cenie 60 dolarów za jednostkę, wychodzi 1800 dolarów, około dwóch tysięcy. To tak dużo? Za krew? Jeszcze dla typków w drogich butach? :P

 

– Czemu, do cholery, w waszych bankach krwi jest tak pieruńsko niska temperatura? – uskarżał się mężczyzna, pocierając energicznie dłonie.

– Lubimy zimno – odparł jego towarzysz, a na ustach zagościł mu ledwo dostrzegalny uśmiech.

– Pracowałem już w laboratorium oraz chłodni, i to niejednej. Ba! Raz nawet w mroźni. Tam zresztą poznałem żonę, ale serio, wy przesadzacie!

Znowu te same informacje.

 

Miał jednak powody, aby go nosić, choć nieraz osoby z jego sfery drwiły po kryjomu na ten temat.

Za gęsto od zaimków, drugi sugeruje, że osoby drwiły z portfela, a nie z bohatera.

 

Dziennikarz dodał, że przed chwilą nieznany darczyńca podarował szpitalowi piętnaście litrów krwi, tym samym ratując życie osób tej strasznej tragedii.

Traktowanie krwi jako coś co można podarować jak jakiś sprzęt, to dopiero fantastyka!

 

 

Cześć, Arturze. :) Pokazałeś tutaj całkiem zgrabny warsztat, przez co czytało mi się płynnie. Opowiadanie, jak rozumiem, to jakiś rodzaj improwizacji, i w strukturze tekstu czy w kreacji bohaterów, w fabule, niestety to widać. Kreacją świata zarzucasz kilka haczyków, ale wiele z nich zostaje wspomniane i zmilczane. To strzelby, które pokazujesz, a które nie wystrzelają, pozostawiając z niedosytem. Chodzi na przykład o postać bankiera czy o wydarzenia w klubie Feniks. Taka zdawkowość pozostawiła mnie z wrażeniem, że przeczytałem raczej fragment dłuższej formy, a nie opowiadanie. Uważam, że w opowiadaniu wszystko powinno znajdować się po coś, a znaki należy dawkować rozsądnie, bo nikt nie lubi czytać wodolejstwa.

Wampir-filantrop naprawdę mnie ujął, bardzo fajny to pomysł. Jego towarzysz z kolei wydał mi się dla historii zbędny. Jego obecność ograniczała się do utyskiwania, jak to mu zimno i w sumie na tym się zakończyła. Trochę zmarnowany potencjał.

Podsumowując – jako wprawka, ten tekst wypada przyzwoicie. Uważam, że choć nadal kilka kwestii powinieneś jeszcze podciągnąć, to z każdym kolejnym opowiadaniem będzie coraz lepiej. Potencjał jest.

 

pzdr

Puenta ciekawa, bo niespodziewana. Za to droga do niej mi się dłużyła. Zawierają tę transakcję i zawierają…

Nie rozumiem, po co wampir ciągnął Andrzeja do chłodni. Nie potrzebuje go do niczego (opowiadanie w sumie też nie), a chłop wyraźnie źle się tam czuje. Musiał przyjacielowi zrobić na złość?

Nosferatu był przerażony niewzruszoną postawą klienta.

A to nie nosferatu był klientem? W komentarzach wyjaśniasz, że nie, ale trochę mnie to myliło. Myślałam, że wampir i nosferatu to synonimy.

Babska logika rządzi!

Nie porwało mnie :(

Przynoszę radość :)

Nie porwało mnie :(

Przynoszę radość :)

Tekst jest napisany dość poprawnie, bez fajerwerków co prawda, ale też bez żadnych większych zgrzytów. Niestety, jest to chyba jedyny jego walor. 

 

Główny zarzut to długość tekstu nieproporcjonalna do jego treści. Albo inaczej: treści to tu jest od groma, tylko że nie ma ona żadnego znaczenia dla opowiadanej historii. Na przykład – cały opis wizyty w recepcji zajmuje więcej niż 1/10 całości, a niczemu właściwie nie służy, tak samo jak cała następująca po nim rozmowa z dyrektorem placówki. 

 

Sama historia butów nie zrywa, bo właściwie też nic tu nie ma: facet robi zakupy, rozsnuwa swój wampirzy urok i wszyscy padają przed nim na twarz. Trochę mało, jak na tekst tej objętości. Finał był o tyle zaskakujący, że w ogóle nie pasował do poprzedzającej go treści – po tym jak bohater snuje się po tym banku, targuje i wdaje w nie mające znaczenia rozmowy spodziewałem się, że potrzebuje tej krwi na jakąś wampirzą bibkę. A tu się okazuje, że chciał ją dać na ratowanie dzieci. Hm, a czy w takich sytuacjach pośpiech nie byłby opcją bardziej wskazaną? W dodatku dość rozbawiła mnie konkluzja, że niewiele trzeba, by móc być człowiekiem. No raczej, jak się jest wampirzym księciem, a wydaje się jakieś śmieszne pieniądze na krew dla potrzebujących, to faktycznie jest to niewiele. Jak na dramat zabrakło tu jakiejkolwiek dramatyczności, bo i wydarzenie, które było zapalnikiem dla całej historii przybrało postać beznamiętnej relacji z wiadomości.

 

 

 

Nowa Fantastyka