- Opowiadanie: Volthar - Ist Gott tot?

Ist Gott tot?

Z góry uprzedzam, że jest to opowiadanie napisane na konkurs historyczny – zajęło w nim pierwsze miejsce. Nie ma więc tutaj fantastyki, ale jestem szalenie ciekaw opinii kolegów/koleżanek literatów…

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Ist Gott tot?

 

Miałem wówczas siedemnaście lat, kiedy z początkiem lipca roku 1920 nasz Naczelny Wódz Piłsudski zarządził cofnięcie całego frontu wschodniego. Trwająca już od wielu miesięcy wojna z Rosją Radziecką, do tej pory obfitująca w sukcesy – jak zdobycie Kijowa – powoli zaczynała przechylać szalę na stronę wroga. W skutek oszalałej ofensywy Armii Czerwonej, nasi polscy i ukraińscy żołnierze musieli wycofać się z dopiero co wyswobodzonych terenów. Bolszewicy w ciągu paru tygodni zajęli Mińsk, Wilno i Grodno. Z każdym dniem coraz bardziej zapuszczali się na zachód. I kiedy pod koniec miesiąca, jadąc do domu tramwajem, wyczytałem w "Gazecie Porannej", że zajęto także Brześć nad Bugiem i Białystok, całkiem straciłem już nadzieję. Warszawa, i cała Rzeczpospolita, były w prawdziwym niebezpieczeństwie.

A tymczasem w centrum stolicy panował względny spokój. Ludzie, jak to ludzie – istoty na ogół społeczne i na ogół towarzyskie – pracowali, chodzili na zakupy, zaszczycali swą obecnością teatry, restauracje i kawiarnie. Śmiali się, rozmawiali i mitrężyli czas, jak gdyby, na wschód od linii Bugu i Narwii, nic poważnego się nie działo. Niekiedy tylko w dziennikach pojawiały się wezwania Rady Obrony Państwa do służby ochotniczej i zaraz na Krakowskim Przedmieściu oraz w okolicach Placu Saskiego gromadziły się oddziały piechoty bądź kawalerii i w sukurs werblom i pieśniom patriotycznym maszerowały przez miasto, by dołączyć do pozostałych armii na wschodzie. By wspomóc prawdziwych Polaków, którzy rozlewają swą krew i oddają życie dla dobra swych rodzin, dla dobra ojczyzny – i dla tych wszystkich ignorantów, którzy odwracają wzrok od afiszów z treścią "Ojczyzna w potrzebie!" albo "Na pomoc!".

Sam, widząc ulotki wzywające do broni, wielokrotnie błagałem ojca i matkę, by pozwolili mi walczyć. Ci jednak, jak to troskliwi, kochający rodzice, nie zgadzali się.

– Michał – rzekła do mnie matka, pewnego sobotniego ranka, wyłączając radio w moim pokoju – Nie słuchaj tego, nie musisz się niepotrzebnie zamartwiać.

– Ależ… – zajęczałem.

– Bez żadnego ależ! – dodał stojący obok ojciec i zmarszczył bujne brwi. – Wojna to zadanie dla prawdziwych wojaków, nie dla młodych chłopców, którzy nie skończyli szkoły!

– Ależ Kazik od Balińskich i Marek od Fedorowiczów mogą jechać! Wielu moich przyjaciół jedzie. Witek z Gombrowiczów też…

– Witek z Gombrowiczów na pewno nie pojedzie – sprostował rodzic. – Rozmawiałem z Antoniną Gombrowiczową. Chłopak został włączony do instytucji rozsyłających paczki dla żołnierzy na przedpolach Warszawy. Dołączysz do niego. To równie dobry sposób na wspomożenie ojczyzny jak bezmyślne ratowanie jej własną piersią! Jeden młodzieniec Polski nie zbawi. A nasz Marszałek to prawdziwy przywódca, dzięki niemu odeprzemy tych skur…

– Stanisławie! – krzyknęła matka.

– … tych skurkowańców – dokończył ojciec, zerkając na kieszonkowy zegarek, wyjęty zza pazuchy – Nie mam zresztą czasu na te fanaberie. Mam ważne spotkanie w "Ziemiańskiej". Powinieneś, chłopcze, zająć się teraz nauką. Niedługo po wakacjach będziesz miał egzaminy maturalne, musisz je zdać. Wiesz o tym.

– Wiem… – szepnąłem, zaciskając pięści i wnioskując, że ta rozmowa nie doprowadzi do niczego. Wtedy ich nie rozumiałem, byłem młody, miałem ambicje. Byłem wielkim patriotą. Nie pojmowałem tego, że oboje martwią się o mnie, że nie chcą stracić jedynego syna. Bo przecież mnie kochali. Teraz tego żałuję, ale przypominam sobie, jak zaledwie parę dni po tej dyskusji nazwałem ojca tchórzem. Uznałem wtedy, że jako bogaty urzędnik musi czerpać korzyści z wojny i dlatego ostatnio lepiej mu się powodzi, częściej zabiera mnie i matkę do kina i kupuje drogie rzeczy. Wypomniałem mu, że jego ojciec – a mój dziadek – Krzysztof brał udział w powstaniu styczniowym, w którym o mało nie stracił życia. Kpiłem, że jest egoistą, że nie obchodzi go nasze dobro, skoro i tak wkrótce do Warszawy wkroczą bolszewicy i nas wszystkich wymordują. Nic mi wtedy nie odpowiedział. I, jak sobie teraz po latach wspominam, po prawdzie to nigdy już się więcej do mnie nie odezwał.

To był piąty sierpnia, kiedy powołano Radę Obrony Stolicy, która zajęła się tworzeniem batalionów ochotniczych do umocnień miasta. Tego dnia też, w południe, oświadczyłem matce, że idę do Witka, by wraz z nim pracować przy wysyłaniu paczek na front. Nie było to kłamstwo. Istotnie, chwilę potem, udałem się do gmachu Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie aktualnie mieściła się siedziba Polskiego Czerwonego Krzyża. Z mojej kamienicy na Marszałkowskiej skręciłem w Aleje Jerozolimskie, a dalej na Nowy Świat. Wielkie było moje zdziwienie, kiedy po drodze, wśród kłębiących się wszędzie ciżb zwykłych obywateli, zobaczyłem nieprzebrane tłumy mundurowej Straży Obywatelskiej oraz zaopatrzonych w łopaty Żydów i ochotników zmierzających na Most Kierbedzia i dalej, za Pragę, by pomagać przy kopaniu okopów i budowie zasieków. I w porywie nieopisanej radości byłbym zaraz poszedł za nimi, gdybym się w ostatniej chwili nie opamiętał – miałem iść do Gombrowicza.

Gdy stanąłem przed bramą uniwersytecką, druha zastałem siedzącego na jednej z ulicznych ławek, zajętego spisywaniem czegoś w trzymanym na kolanach notatniku. Witek fizys miał ponurą i zmęczoną, krótkie jasne włosy zaczesywał nerwowo wolną ręką. Gdy się zbliżyłem, zamknął zeszyt i spojrzał na mnie dziwnie. Jego piwne, nieco podkrążone, oczy sprawiały wrażenie, jakby mój przyciel nie zmrużył ich przez ostatnią dobę. Tkwiło w nich coś jeszcze. Tego jednak, przez me rozedrgane serce, nie byłem w stanie odkryć. Przywitaliśmy się bynajmniej nie po przyjacielsku – zwykłym skinieniem głowy.

– Masz dla mnie dokument? – zagaiłem zaraz, rozglądając się niepewnie, czy aby nie kręci się gdzieś w pobliżu patrol policji. Krakowskie Przedmieście od zawsze było miejscem ruchliwym (i, daj Boże! będzie takim jeszcze przez stulecia), teraz jednak nie miałem powodów do obaw – prawie pusto! Minęła mnie tylko jakaś elegancka para i kilku dystyngowanych gentelmanów, gdzieś zza Ulicy Królewskiej wyjechała dorożka, a z oddali dał się słyszeć warkot ciężarówki zaopatrzeniowej.

Witek uśmiechnął się blado i wyjął z podręcznej torby sfałszowaną metrykę urodzenia, wskazującą na mą dwudziestojednoletniość. Podał mi ją.

– Jak prawdziwa! – wykrzyknąłem, przyglądając się dacie: "ur. 4 lutego 1899r. w Warszawie". – Pewnie twój brat miał przez to sporo trudu… – I już sięgałem po portfel, by jakoś "podziękować", gdy Gombrowicz powstrzymał mnie gestem.

– Michał, nie trzeba, naprawdę. Jerzy jest w kawalerii, dla niego to błahostka. Podziękujesz mu osobiście, gdy obaj wrócicie z frontu…

Pokiwałem szybko głową, o mało nie strząsając z niej cyklistówki. Odruchowo chwyciłem Witka za prawą dłoń i serdecznie ją uścisnąłem.

– A ty dlaczego nie chciałeś iść z bratem tłuc bolszewików? – spytałem wesoło i już miałem dodać, że starszy z pewnością załatwiłby i jemu "podróbkę", gdy momentalnie pożałowałem tych słów. Przyjaciel nieznacznie zbladł, spuścił głowę i zacisnął powieki, jakby chciał zatamować strumień łez.

– Rodzice nie chcieli… – wysyczał przez zaciśnięte zęby.

– Rozumiem.

– Muszę już iść. Skończyła mi się przerwa obiadowa – Wrzucił zapisany zeszyt do torby, po czym prędko ruszył w stronę gmachu uniwersytetu.

Teraz, po latach, gdy Gombrowicz jest już znanym pisarzem – między innymi za powieść "Ferdydurke" – mogę śmiało przypuścić, że w owym notesie szesnastoletni wówczas Witold zawarł pierwsze swe dzieło literackie "Illustrissimae familiae Gombrovici", które po jego śmierci gdzieś przepadło. Wtedy jednak był to chłopak cichy i niepozorny, więc nie mogłem nawet podejrzewać, że dane było mi rozmawiać z umysłem wybitnym.

Kiedy zostałem sam na Krakowskim Przedmieściu, zatrzymałem przejeżdżającą akurat dorożkę i za kilkanaście marek polskich dojechałem na północ miasta, do Cytadeli, gdzie mieścił się punkt zaciągu Generalnego Inspektoratu Armii Ochotniczej. Pomimo trwającego już przeszło miesiąc poboru ochotników, przed twierdzą była spora grupa ludzi w różnym wieku – od harcerzy, gimnazjalistów, przez studentów, robotników aż po klasę inteligencką Warszawy. Początkowo rozglądałem się po tłumie, szukając znajomych twarzy, gdy jednak doszedłem do wniosku, że to na nic, siadłem zwyczajnie na trawie – jak zresztą wielu mi podobnych – i czekałem aż zmniejszy się kolejka do zapisów. Nie minęła godzina jak stawiłem się w biurze zaciągu ochotniczego. Było to zatłoczone przez szeregowych pomieszczenie, w centrum którego znajdował się szeroki stół z siedzącymi przy nim podoficerami.

– Nazywa się? – zapytał siedzący pośrodku wąsacz, z dwoma gwiazdami na pagonach munduru.

– Michał – odpowiedziałem.

– Dalej?

– Co, dalej?

Podoficer spojrzał na mnie z nieskrywaną wściekłością. W lot pojąłem i wyjawiłem także swoje nazwisko, miejsce i datę urodzenia oraz okazałem sfałszowaną metrykę. Żołnierz zmarszczył czoło, spojrzał to na mnie, to na dowód – aż włosy zjeżyły mi się na karku! – po czym oddał dokument, dopisał coś w papierach i rzucił bezceremonialne: "Następny!".

– Ale gdzie mnie przydzielono? – spytałem spłoszonym głosem. – Gdzie dostanę broń i mundur?

Wąsacz ponownie zrobił się czerwony, jak gdyby miał zaraz wybuchnąć.

– Drzwi na prawo – odparł, podając mi jakieś papiery. – Podpisać i pokazać. Następny!

Tak jak kazano, tak też uczyniłem. Gdy wszedłem do pomieszczenia na prawo, ku memu zdziwieniu, powiedziano mi, że w okolicznych pułkach brakuje dla mnie miejsca. "Co więc robią tutaj ci wszyscy ludzie?" – zastanawiałem się, nie rozumiejąc.

-… ale w gimnazjum im. króla Władysława IV, na Zygmuntowskiej, formują specjalny batalion uzupełniający dla 36 Pułku Piechoty Legii Akademickiej. – mówił dalej stojący przede mną kapral, patrząc w papiery. – Jeden z trzech batalionów został niedawno rozbity pod Grodnem. Niedługo ma zostać wysłany nowy, zregenerowany. Chcesz się tam wcisnąć? – Pokiwałem głową. – To na Pradze, przy Radzymińskiej.

Było już późno, więc zanocowałem we wspólnej izbie w Cytadeli. O dziesiątej wieczorem zgaszono światło, toteż miałem sporo czasu na rozmyślania. Pamiętam jak marzyłem i nie mogłem doczekać się kolejnych dni. Wyobrażałem sobie siebie jako bohatera wojennego, ratującego swych bliskich, całą Warszawę przed nieprzyjacielem. O rodzicach nie chciałem nawet myśleć. Czułem się podle, wiedziałem, że oboje pewnie odchodzą od zmysłów, jeżdżą po znajomych i szukają mnie po całej Marszałkowskiej. Ale czułem, że to, co robię jest silniejsze ode mnie. Walka w obronie ojczyzny była dla mnie czymś mistycznym, niepojętym. To był mój święty obowiązek.

Kiedy się obudziłem rano, przydzielono mi mundur Armii Ochotniczej (szaro-brązowy i strasznie szorstki), karabin, bagnet, zapas amunicji oraz torbę z zapasami podróżnymi. Znajdowały się w nich czysta bielizna na zmianę, ręcznik, mydło, skarpety, słodycze, chleb, puszka konserw i pocztówki oraz papierosy – tych dwu ostatnich nie potrzebowałem, więc oddałem je jednemu z towarzyszy. Kiedy się przebrałem i byłem gotów do drogi, załadowano mnie z kilkoma innymi młodymi ochotnikami na ciężarówkę. I pojechaliśmy na wschód, za Wisłę, na Pragę.

Na miejscu przyłączono mnie do I batalionu 236 Ochotniczego Pułku Piechoty im. Weteranów Powstania Styczniowego. Cieszył mnie ten przydział, głównie ze względu na nazwę oddziału – jak już wspominałem, mój dziadek był uczestnikiem powstania. O ludziach nie mogłem za wiele powiedzieć – nie znałem wśród nich nikogo. Podobnie jak w Cytadeli, było tutaj od groma młodzieży i harcerzy. Przyznam, że czułem się potwornie samotny. Byłem z natury osobą towarzyską, ale dość nieśmiałą. Usiadłem więc na kamieniu, pod szkołą, wyciągnąłem jedną z książek zabranych z domu i zacząłem czytać. Po jakimś czasie jeden z żołnierzy zbliżył się do mnie, widocznie zaintrygowany.

– Dawnom nie widział kogoś wertującego coś innego prócz map i gazet… – wychrypiał, uśmiechając się lekko. – O czym czytasz, chłopcze?

– O Nietschem – odpowiedziałem, nie zdając sobie sprawy, że mogłem zabrzmieć nieco nieprzyjemnie. – Fryderyku Nietschem, znaczy… – dorzuciłem po chwili. – "Tako rzecze Zaratustra".

– Ach, jasne, że o Nietschem! On to miał łep! – podjął nieznajomy, śmiejąc się. Był starszy od Michała, mógł mieć może ze trzydzieści lat. Nosił mundur nieco inny niż reszta ochotników, spod zbrudzonej rogatywki wystawały krótkie czarne włosy. Twarz miał ogorzałą od słońca a oczy kontrastująco niebieskie. Policzki i brodę pokrywał kilkudniowy zarost. W dłoni trzymiał dymiącą fajkę i coraz się nią zaciągał.

– Ale gdzie moje maniery! Jestem plutonowy Jan Hawryluk ze znanego "Batalionu Śmierci" z 36 Pułku Piechoty – zawołał żołnierz, na co zerwałem się na równe nogi i zamaszyście zasalutowałem.

– To prawdziwy zaszczyt! – rzuciłem energicznie.

Odsalutował rozweselony.

– Żaden tam zaszczyt. Po prawdzie to z naszego batalionu, za przeproszeniem, gówno zostało. Ja jestem jednym z niewielu okazów, które jeszcze żyją i oddychają, he, he, he. A tak to przyjechałem tutaj z Ossowa, bo mają mnie przyłączyć do tutejszego nowego oddziału. A powiedz mi, chłopcze o tym Nietschem, bo słyszałem o nim co nieco. I bynajmniej nie były to same dobre rzeczy…

Tak poznałem mego największego przyjaciela czasów wojny. Nie pamiętam, żebym widział kiedykolwiek bardziej inteligentnego, cynicznego, a zarazem zabawnego człowieka. Rozmawiałem z nim tego dnia przez wiele godzin. Wieczorem, kiedy przyłączono go do mojego batalionu, poszliśmy razem na ćwiczenia. Sam uczestniczył w walkach praktycznie od początku konfliktu z bolszewikami, walczył między innymi pod Żółkwią, Krystynopolem, Kijowem i Żytomierzem – więc miał niejakie doświadczenie w boju. Nauczył mnie – jak mógł – sprawnie posługiwać się karabinem i bagnetem. Wytłumaczył mi sytuację panującą na froncie. W mig zrozumiałem, że za najdalej tydzień, tutaj, pod Warszawą, ważyć się będą losy całej Polski, a może nawet i Europy.

W gimnazjum na Pradze nasz I batalion spędził jeszcze kilka dni, głównie poświęcając ten czas na przygotowanie do walki.

Dziesiątego sierpnia Jan Hawryluk powiedział mi, że gubernator wojskowy Warszawy generał Franciszek Latinik wydał obwieszczenie o wprowadzeniu w mieście stanu oblężenia. Trzy dni później, po południu, dowódca naszego batalionu, porucznik Antoni Matarewicz, nakazał nam przygotować się do wymarszu, do Ossowa, gdzie miano nas włączyć do 36 Pułku Piechoty.

Byłem tego dnia strasznie podekscytowany. Usłyszałem wieści, że podobno Armia Czerwona przełamała pierwszą linię polskiej obrony pod Radzyminem i wkrótce spróbuje zaatakować także Ossów. Miałem mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo cieszyła mnie myśl, że będę mógł zrobić coś wreszcie dla ojczyzny i swej ukochanej Warszawy, z drugiej – niepokoiłem się. Bałem się, czy będę w stanie walczyć. Ćwiczenia to jedno, co innego strzelić do człowieka, nie manekina. Co innego jest strzelić, żeby zabić. I właśnie to mnie najbardziej przerażało. Przerażała mnie wizja, w której będę musiał nacisnąć na spust, i nie zrobię tego. A nie robiąc tego, zawiodę ojczyznę, przegramy bitwę, przegramy wojnę! Nie! Wiedziałem, że muszę się zebrać w garść i w boju dać z siebie wszystko.

Po niecałych trzech godzinach szybkiego marszu dotarliśmy w okolice Zielonki. Tam zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Usiadłem z plutonowym Janem na skraju drogi, wyjąłem z torby kawałek chleba i zacząłem go przeżuwać. Hawryluk tymczasem odpalił fajkę i zapatrzył się na ciemniejący horyzont.

– Tak się zastanawiam ostatnio – odezwał się po chwili – czy Gott rzeczywiście ist tot.

– Że co? – spytałem, nie rozumiejąc. Również spojrzałem na wschodzący, blady księżyc i szare chmury, sunące po nieboskłonie niczym jakie zmory. Zadrżałem, zrobiło się trochę zimno.

– Twój Nietsche wierzył, że Bóg jest jedynie reliktem przeszłości, że odszedł, pozostawiając ludzkość w nieznośnej nostalgii za sacrum. Czasami tak sobie myślę, czy tak rzeczywiście jest. Czy Bóg jest martwy?

– Nie rozumiem… – szepnąłem.

– Byłem światkiem wielu straszliwych śmierci… Na moich oczach ginęli moi przyjaciele z pułku. Sam zabijałem, dla ojczyzny… Może nie rozumiesz, bo nie jesteś gotów? Kto wie?

Rozmyślałem o tych słowach przez cały dalszy marsz do Ossowa. Dotarliśmy tam około północy. Pod wsią spotkaliśmy 8 Dywizję Piechoty i nasz 36 Pułk. Ledwo co rozbiliśmy namioty, gdy o trzeciej nad ranem wydarzyło się to, na co od dawna czekałem. I bynajmniej nie tak to sobie wyobrażałem. Wszystko działo się błyskawicznie, nie dało się myśleć, można było tylko działać. Działać!

Zaświstały kule z karabinów bolszewickich. W pierwszej chwili wielu żołnierzy z naszego I batalionu – w tym i ja – wpadło w panikę, rzucając się na ziemię, bądź przywierając do wozów, wskakując do okopów i strzelając na oślep. Sam wystrzeliłem kilkadziesiąt pocisków, w tej nocnej pomroce, nie mając nawet pojęcia, czy kogoś trafiłem.

Wkrótce usłyszałem okrzyki, że sowieci zdobyli, znajdującą się parę kilometrów na wschód, Leśniakowiznę. Na północy, z Wołomina, słychać było huczące wystrzały pocisków artyleryjskich, salwy z ciężkich karabinów maszynowich i rozdzierające krzyki setek walczących żołnierzy. Porucznik Antoni Matarewicz rozkazał nam kryć się w okopach i za zasiekami i stamtąd szyć kulami do zbliżających się krasnoarmiejców. Tak też uczyniliśmy – a przynajmniej tak uczyniłem ja i plutonowy Jan Hawryluk. Dookoła panował straszny zamęt i trudno było się zorientować, co się dzieje. W pewnym momencie paręnaście metrów ode mnie pękł granat, swym wybuchem niemal rozrywając mi bębenki w uszach. Paru naszych ludzi padło rażonych pociskami. Załadowałem karabin i wychyliłem się z nasypu ziemnego, gdy przede mnie wyskoczył wrzeszczący po rosyjsku Kozak, celujący we mnie pistoletem. To był ten moment. Jedna z tych chwil, w której serce człowieka, z niewyobrażalnego przerażenia, zatrzymuje się – jak gdyby wskazówka zepsutego zegara – i ma się wrażenie, iż więcej ono nie zabije. Trwa to jednak zazwyczaj tylko ułamek sekundy. Inaczej, niż to sobie wyobrażałem. W istocie, bitwa pod Ossowem przerosła wszelkie moje wcześniejsze wyobrażenia o wojnie.

Trach! Ponownie hałas niemal rozerwał mi głowę.

Trafiłem Kozaka prosto w serce.

Ten zwalił się na murawę, barwiąc ją karminem.

Zabiłem.

Wtem nadlecieli następni. I następni. Szyłem w nich z Janem do utraty tchu. Do wyczerpania amunicji. Do ostatniej kropli krwi i potu. Bez żadnych hamulców. Był tylko strach i myśl godna największego filozofa: albo oni, albo my.

Nie wiedziałem, ile minęło czasu, tam w okopach, na tych przerażających walkach. Co chwila ktoś wyskakiwał przede mnie tak, że ledwo nadążałem z załadowywaniem broni. Strzelałem na oślep.

Nagle usłuszałem niespotykane krzyki Polaków:

– Za kapelanem!

Wyjrzałem zza zasiek i ujrzałem klechę biegnącego z przodu tyraliery z krzyżem w dłoni, wniesionym do góry, niby pochodnia. Obok usłyszałem wybuch śmiechu Jana Hawryluka i ujrzałem, jak ten wybiega z okopu i pędzi wraz z innymi na wroga, szyjącego z CKM-ów.

– Za kapelanem! – wykrzyknął plutonowy w raz z innymi. – Bogiem na bagnety!

W tejże chwili urywa mi się pamięć. Dostałem bowiem rykoszetem w skroń.

Gdy się wybudziłem kilka dni później, w praskim szpitalu, z bandażem na głowie, dowiedziałem się, że ów szalony ksiądz miał na imię Ignacy Skorupka. Zginął z modlitwą na ustach, pędząc na tabory bolszewików. Wraz z nim zginęło wielu innych, w tym nasz porucznik Antoni Matarewicz… i Jan, mój przyjaciel.

Co go skłoniło do tak obłąkańczego porywu? Co zmusiło tego cynika, wątpiącego w Boga ateusza, do podjęcia tak śmiertelnego ryzyka, jakim było rzucenie się za kapłanem w sam środek sił bolszewickich?

Dzisiaj, według statystyk, możemy oszacować, że było tam dokładnie sześćdziesięciu martwych i trzystu rannych – tylko w bitwie pod Ossowem. W całej bitwie o Warszawę zginęła niewyobrażalna ilość ludzi. Wszyscy przelali swą krew dla dobra Rzeczpospolitej. Dla dobra ogółu. A może jeszcze czegoś, czegoś, co nam, zwykłym zjadaczom chleba, umyka?

Czasami, kiedy siadam, już jako starzec, na bujanym fotelu, zastanawiam się, czy było warto. Czy rzeczywiście za sto, dwieście lat będą o nas pamiętać. Niestety, ja tego nie dożyję.

A może to i dobrze? I czy Gott ist tot? – z pewnością wkrótce się dowiem.

 

24 X 2010, Warszawa

 

 

 

Koniec

Komentarze

Takie uwagi:
"Załadowałem karabin i wychyliłem się z nasypu ziemnego" chyba chodziło o zrepetowanie karabinu. Załadowany powinień być dużo przedtem.
"przede mnie wyskoczył wrzeszczący po rosyjsku Kozak, celujący we mnie pistoletem."- pistolet jest w czasie wojny- w dużej mierze- bronią luksusową. poza tym Kozak od razu kojarzy się z konnym. Inaczej jak wiedzieć, że jest Kozakiem?:)
"Szyłem w nich z Janem do utraty tchu."- I co uszył? Przydało by zaznaczyć z czego szył.
"szyjącego z CKM-ów"- ckm, nie CKM. Może to i skrót, ale pisze się z małej litery.
"Zginął z modlitwą na ustach, pędząc na tabory bolszewików."- nie cierpię pieprzonych hipokrytów.
Cóż, część tekstu tylko przebiegłem wzrokiem. Jakoś nie mam teraz ochoty. Trochę błędów interpunkcyjnych, ale nie chciało mi się już ich zaznaczać. Jest napisany sprawnie, ale to tematyka nie dla mnie. Jestem z tych ignorantów, którzy przed patetycznymi afiszami "Ojczyzna w potrzebie!" odwracaja się z niesmakiem.

Tak a propo tego księdza, różnicę między prostym dowódcą a bohaterem znakomicie oddał Aleksy Tołstoj:
"Słynny atak kawalergantów, kiedy trzy spieszone szwadrony przeszły bez jednego wystrzału przez druty, mając na czele dowódcę pułku, księcia Dołgorukiego, kroczącego pod ogniem karabinów maszynowych z cygarem w ustach i swoim zwyczajem klnąc po francusku, sprowadzał się do tego, że kawalergardzi, straciwszy połowę stanu bojowego w zabitych i rannych, zdobyli dwie ciężkie armaty, które okazały się zagwożdżone, i bronili się tylko karabinem maszynowym.
Esauł sotni kozackiej mówił: "Gdyby mnie to powierzono, wziąłbym to gówno dziesięcioma kozakami"

Dzięki :)

Mnie rzucili się w oczy tylko "gentelmani". Albo pisz dżentelmeni, albo gentlemani (choć dla mnie to manieryczne nieco, ale możesz zawsze powiedzieć, że "tak się wtedy pisało" - widzę, że czasem próbujesz używać słów i zwrotów, jakie były wtedy używane - tak, jak ta "fizys" Gombrowicza:)). No i filozof nazywał się Nietzsche.
Pod względem historycznym się nie wypowiadam, przyznaję się, że znam tylko historię mojego miasteczka.
Ogólnie napisane dobrze, sprawnie, jasność przekazu na linii autor-czytelnik. Dobra robota.

 

No cóż, straszliwie przegadane i dość egzaltowane opowiadanie traktujące o sprawach, które nie potrafią mnie zająć w najmniejszym stopniu. Szkoda, że Autor nie zadbał o choćby odrobinę fantastyki. :(

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W skutek oszalałej ofensywy Armii Czerwonej, nasi polscy i ukraińscy żołnierze musieli wycofać się z dopiero co wyswobodzonych terenów.

Ups.

On to miał łep!

Drugie ups.

 

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka