- Opowiadanie: Krokus - Dziadyga z chaty pod Fłudowatą Doliną

Dziadyga z chaty pod Fłudowatą Doliną

Uwa­żam, że każdy autor fan­ta­sy po­wi­nien choć raz zmie­rzyć się z tek­stem o smo­kach. Oto moja pierw­sza, może nie ostat­nia próba.

Za­wie­ru­szył się tu gdzieś wul­ga­ryzm. Jeden.

...ale już mnie z niego wy­le­czy­li.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Dziadyga z chaty pod Fłudowatą Doliną

Wszy­scy mamy nie­speł­nio­ne ocze­ki­wa­nia. Przy­kła­do­wo, gdy się tu spro­wa­dzi­łem, li­czy­łem na spo­kój, chcia­łem ca­ły­mi dnia­mi tułać się po oko­li­cy i ob­ser­wo­wać zwie­rzę­ta. Gówno wy­szło. Wieść się po­nio­sła, że dzia­dy­ga z chaty pod Fłu­do­wa­tą Do­li­ną naj­le­piej się zna na gór­skiej fau­nie. Ko­rzy­ści też z tego były, o tak! Każdy, kto chciał iść ze mną na włó­czę­gę, mu­siał rzu­cić pełną sakwą. Mia­łem już nawet wy­pra­co­wa­ną trasę opro­wa­dza­nia.

Ta­ko­wo było i z tym przy­by­szem, który późną wio­sną konno pod­je­chał pod moją chatę.

– Wi­taj­cie.

Prze­rwał mi rą­ba­nie drew. Sta­nął w bez­piecz­nej, w jego mnie­ma­niu, od­le­gło­ści i cze­kał. Czu­łem ten du­szą­cy za­pach fał­szu i dumy, prze­ple­cio­ny potem i my­dłem. Czło­wiek z wyż­szych sfer, szlach­cic. Roz­bi­łem sie­kie­rą jesz­cze jeden ka­wa­łek drew­na.

– Wi­taj­cie – od­par­łem.

Po­sta­wi­łem ko­lej­ny kloc na pień­ku.

– Eryk, herbu Jawor. – Skło­nił się z wy­ćwi­czo­nym dry­giem. – Przy­by­wam z Hirt, z uni­wer­sy­te­tu. Przy­ro­dę badam, ga­da­ją, żeś naj­lep­szy prze­wod­nik i tro­pi­ciel w oko­li­cy.

Gdy ktoś mówi o sobie, że jest ba­da­czem, to mam wobec niego ocze­ki­wa­nia. Na przy­kład strój: wy­god­ny, acz nie ob­dar­ty, może tro­chę miesz­czań­ski, albo ty­po­wy dla włó­czy­ki­ja, z to­boł­kiem na ra­mie­niu, go­to­wy do wę­drów­ki. Trud­no przy­pusz­czać, że ba­dacz przy­wdzieje pełną zbro­ję pły­to­wą i szy­szak, w lewej ręce bę­dzie trzy­mać okrą­głą tar­czę, a w pra­wej kopię wy­ce­lo­wa­ną w niebo jak sa­mot­ny świerk na łące. Cóż, Eryk był dość oso­bli­wym ba­da­czem.

– Wasz­mość wy­ba­czy cie­ka­wość, ale jak chce­cie badać przy­ro­dę?

Błęd­nie na­zy­wa­ją­cy się ba­da­czem ry­cerz ru­szył rę­ko­ma, za­stygł na chwi­lę i do­kład­nie obej­rzał trzy­ma­ną broń. Wy­glą­dał, jakby chciał się po­dra­pać po gło­wie. W szy­sza­ku.

– Może ina­czej spy­tam: ja­kież to do­bro­dziej­stwa przy­ro­dy chce­cie uj­rzeć?

– Smoki – za­ska­ku­ją­co pew­nie i szyb­ko od­parł Eryk.

– Smoki? Wi­dzie­li­ście już kie­dyś smoka, panie?

Eryk roz­po­czął ry­tu­ał na nowo: pod­no­sił ręce, pró­bo­wał chwy­cić tar­czę prawą ręką, prze­trzeć ciek­ną­cy spod hełmu pot kar­wa­szem, po­dra­pać prze­grza­ny łeb. Prze­rwa­łem to cel­nym cio­sem sie­kie­ry w kloc drew­na.

– Ma być duży?

Szy­szak ski­nął twier­dzą­co.

– Taki zie­ją­cy ogniem?

Po­ki­wał.

– I z wiel­ki­mi skrzy­dła­mi?

Ma­chał głową jak opę­ta­ny.

– Z kol­cza­sty­mi wy­pust­ka­mi?

Pod­sko­czył w sio­dle, aż koń się za­to­czył i za­rżał po­iry­to­wa­ny.

Par­sk­ną­łem śmie­chem.

– Wy, mło­dzi, za­wsze macie nie wia­do­mo jakie ocze­ki­wa­nia. – Po­krę­ci­łem głową. – Pie­nią­dze masz?

Obej­rzał się na bok sio­dła, nie wie­dząc co zro­bić z kopią i tar­czą. Pod­sze­dłem i sam ze­rwa­łem przy­tro­czo­ną sakwę. Zaj­rza­łem do środ­ka. Do­brze się przy­go­to­wał.

– Już ja wam smoki po­ka­żę. Jutro o świ­cie w tym miej­scu. Tylko, na gru­cha­ją­ce za­ją­ce, zo­staw­cie to że­la­stwo w go­spo­dzie i staw­cie się wy­god­nie ubra­ni, bez konia.

 

~~~~~

 

Przy mojej cha­cie zbie­ga­ły się trzy drogi. Jedna pro­wa­dzi­ła do mia­sta i karcz­my, skąd przy­cho­dzi­li wiel­bi­cie­le gór­skich wę­dró­wek i ba­ja­nia o zwier­zach, druga do Fłu­do­wa­tej, bę­dą­ca je­dy­ną drogą w po­bli­żu, pro­wa­dzą­cą w góry, oraz trze­cia, z któ­rej nikt nie przy­cho­dził, ale cza­sem ktoś tam­tę­dy od­cho­dził i już nigdy nie wra­cał. Tam wła­śnie był wiel­ki świat.

Eryk przy­był tą pierw­szą, ale oczy­wi­ście nie ubrał się jak włó­czy­kij. Miej­sce zbroi pły­to­wej za­ję­ła lżej­sza, ćwie­ko­wa­na, ręce miał co praw­da wolne, ale na pasie, na rap­ciach, za­wie­sił długi miecz z jed­nej stro­ny i kor­dzik z dru­giej. Wy­per­fu­mo­wał się przy tym tak, że po­czu­łem cy­try­nę i kar­da­mon na długo, zanim usły­sza­łem kroki. O, ho! Po­łu­dnio­wiec. Będą się z nas wilki śmiać.

We­szli­śmy w las wy­peł­nia­ją­cy całą dolną część Fłu­do­wa­tej Do­li­ny. Sze­dłem pierw­szy, Eryk lekko z tyłu. Wy­raź­nie sły­sza­łem za ple­ca­mi każdy jego krok.

Nie chcia­łem niu­chać jak pies na po­lo­wa­niu, ale trudno było coś wy­czuć przez te per­fu­my. Cho­ciaż, czy ten baran w ogóle by się zo­rien­to­wał? A w Do­li­nie mie­li­śmy pięk­ną gamę za­pa­chów tego dnia. Sarny, fu­trzat­ki, lisy, sko­wyj­ce, wil­cza­ki i wiele, wiele in­nych, naj­czę­ściej ta­kich, któ­rych próż­no szu­kać poza Fłu­do­wa­tą i jej oko­li­ca­mi. Może nawet Eryk po­czuł­by woń dumy, nie­za­leż­no­ści i wol­no­ści, ale za­le­wał oko­li­cę smro­dem per­fum, fał­szu i mydła. Tak, nawet cy­try­na i kar­da­mon mogą śmier­dzieć, gdy tak jak go­rza­ła do kró­lew­skie­go balu nie przy­sta­ją.

Gdzieś w po­ło­wie dłu­go­ści Do­li­ny, gdy las prze­rze­dził się, a do­oko­ła wy­ra­sta­ły coraz to więk­sze skały, wy­czu­łem krew. Krew, siłę i wol­ność. Wilki. Wiatr bez­tro­sko niósł ich za­pach, więc pew­nie były wszę­dzie do­oko­ła. Za­trzy­ma­łem zdez­o­rien­to­wa­ne­go Eryka i się ro­zej­rza­łem. Istot­nie, pa­trzy­ły na nas ze wszyst­kich stron.

­– A teraz bę­dzie­cie spo­koj­nie stali i po­zwo­li­cie się obej­rzeć go­spo­da­rzom – po­wie­dzia­łem.

– Jakim go­spo­da­rzom, jak tu nawet żad­nej chaty nie ma – prych­nął but­nie.

No tak, szlach­cic z wło­ści, pan z po­łu­dnia, za nic ma tu­tej­szych dzi­ku­sów z pół­no­cy. A co do­pie­ro synów lasu? Dla niego las to drew­no na pa­li­sa­dę, a skały to przy­szły mur obron­ny, rzeka to szlak han­dlo­wy i trans­por­to­wy, a rze­czo­ne smoki to serce naj­pięk­niej­szej szlach­cian­ki na wy­da­niu. Albo ra­czej naj­bo­gat­szej. Od uro­dze­nia służ­ba pew­nie grza­ła mu wodę do ką­pie­li i po­ściel do spa­nia. Jedno trze­ba mu tylko oddać: i wczo­raj, i dziś, zo­sta­wił dwor­ską świtę w karcz­mie, we wsi, a sam po­szedł smoka ubić. Okruch ho­no­ru w zupie z za­ro­zu­mial­stwa, dumy i stra­chu.

– Panie, we­szli­śmy na teren wil­ków i tu­tej­sze stado wła­śnie się za­sta­na­wia, czy bę­dzie­my go­ść­mi w do­li­nie, czy w ja­dło­spi­sie – po­wie­dzia­łem spo­koj­nym tonem.

Zio­nę­ło stra­chem, który prze­bił kar­da­mon i cy­try­nę, czyli za­uwa­żył wa­ta­hę. W jego ręku bły­snę­ło ostrze kor­dzi­ka, sta­nął ple­ca­mi do mnie i ugiął sze­ro­ko roz­sta­wio­ne nogi. Kilka wil­ków wark­nę­ło.

„O, nie, pa­noc­ku, nie bę­dzie­my się z nimi bili” – po­my­śla­łem.

Chwy­ci­łem jego uzbro­jo­ną rękę i wy­krę­ci­łem za plecy. Jęk­nął za­sko­czo­ny.

– Pusz­czaj broń – wy­sa­pa­łem.

Nie pu­ścił, więc do­ci­sną­łem jesz­cze moc­niej. Palce mu zwiot­cza­ły i szty­let spadł na zie­mię. Po­pchną­łem gnoj­ka, aż runął na twarz, a kor­dzik od­rzu­ci­łem na bok.

– Leż i cze­kaj – wark­ną­łem.

– Ale…

– Po­słu­chaj­cie, ry­ce­rzu. Nie tyś jest panem na tym dwo­rze, a każdy dwór ma inne za­sa­dy. Jedna tylko jest wspól­na: sza­nuj go­spo­da­rza. Tutaj go­spo­darz go­ścin­ny, chyba żeś na gra­bież przy­lazł. Wtedy się z tobą po­li­czy ma­tu­la na­tu­ra i spraw­dzisz swe siły, go­to­wyś?

Pa­trzył na mnie prze­stra­szo­ny i zdzi­wio­ny. Jakże on cuch­nął! A prze­cież mogło być jesz­cze go­rzej.

Po co go tu pro­wa­dzisz? – ode­zwał się głos w mojej gło­wie. Po­zna­łem Ulfri­ka, pierw­sze­go wśród wil­ków. Stał na wprost mnie, nie dalej jak czter­dzie­ści łokci.

Muszę mieć powód – od­po­wie­dzia­łem w ten sam spo­sób.

Mu­sisz? – Pod­niósł brwi.

Wiesz, że muszę – od­po­wie­dzia­łem. – I chcę – do­da­łem po chwi­li.

Wilki wpa­try­wa­ły się w nas w bez­ru­chu. Eryk dy­szał, jakby do­pie­ro co wbiegł na Ro­so­cha­ty Wierch, naj­wyż­szy szczyt gó­ru­ją­cy nad Fłu­do­wa­tą.

Bra­cia wilcy, daj­cież spo­kój, bo mi się jesz­cze tu ry­ce­rzyk zesra, a wtedy ko­niec. Wę­szyć nie będę.

Ulfrik par­sk­nął w mojej gło­wie, ale pysk mu nawet nie drgnął. Po chwi­li pierw­szy wśród wil­ków wy­co­fał się w gę­stwi­nę, a w jego ślady po­szły po­zo­sta­łe. Eryk ze­rwał się na nogi i sta­nął na tyle bli­sko, że czu­łem cie­pło jego ciała.

– Gdzie­ście mnie, dzia­dzie, wpro­wa­dzi­li?! – krzyk­nął, sta­jąc przede mną, gdy upew­nił się, że je­ste­śmy sami.

– Chcie­li­ście oglą­dać smoki, to pro­wa­dzę was do smo­ków. Za­pła­ci­li­ście, toteż każ­de­mu, kto w tym prze­szko­dzi, jeśli trze­ba, mordę obiję. W tym i wam, bo­ście stchó­rzy­li, gdy od­wa­gi było trze­ba. Rób­cie, co każę, to smoka oba­czy­cie.

Mi­ną­łem go, sztur­cha­jąc ra­mie­niem. Od­sze­dłem już do­brych kil­ka­na­ście kro­ków, gdy zde­cy­do­wał się za mną po­dą­żyć.

 

~~~~~

 

Do­li­na szła coraz bar­dziej stro­mo w górę, aż płyn­nie prze­szła w skal­ny stok. Zbo­czy­łem nieco ze ścież­ki pro­wa­dzą­cej na prze­łęcz i sta­nę­li­śmy na roz­le­głej skal­nej półce.

– No i? – za­py­tał po­iry­to­wa­ny.

– No i je­ste­śmy.

– No to gdzie smoki?

Nie od­po­wie­dzia­łem. Pa­trzy­łem mu w oczy, a usta po­wo­li wy­krzy­wi­łem w nie­szcze­rym uśmie­chu. Cof­nął się o krok. Znów śmier­dział stra­chem.

Pul­su­ją­ce od na­pię­cia po­wie­trze ro­ze­rwał wrzask, który można było po­my­lić z krzy­kiem orła, aż echo po­nio­sło się po zbo­czach do­li­ny. Pod­nio­słem rękę na wy­so­kość barku, za­mkną­łem oczy. Wy­czu­łem nad­la­tu­ją­cy za­pach dumy i ma­je­sta­tu, na po­licz­kach za­tań­czył po­dmuch wia­tru, pchnię­te­go wol­no­ścią skrzy­deł i wtedy ręka ugię­ła się pod sub­tel­nym cię­ża­rem.

Na przed­ra­mie­niu przy­cup­nął mi Harp­nik Bru­nat­ny, oso­bli­wy stwór wiel­ko­ści ja­strzę­bia. Pro­sto­wał brą­zo­we, bło­nia­ste skrzy­dła i po­trzą­sał de­li­kat­ną, ro­ga­tą głową. Nit­ko­wa­ty ogon za­kre­ślał ob­szer­ne łuki za moimi ple­ca­mi.

Eryk cof­nął się o krok. No, tak. Smok zbyt mały, by się chlu­bić jego ubi­ciem, a jed­no­cze­śnie zbyt duże wra­że­nie, by nie po­ra­zić nie­ustra­szo­ne­go, ry­cer­skie­go serca.

– Ch-ch-chodź­my s-s-stąd! M-m-mat­ka p-p-pew­nie j-j-jest w po-po-po­bli­żu.

– To jest matka – od­po­wie­dzia­łem, za­glą­da­jąc stwo­rze­niu tam, gdzie szlach­cian­ki kryją swój naj­potężniejszy oręż.

Ry­cerz zmarsz­czył brwi i wy­pro­sto­wał się po­wo­li.

– To jest jakiś wy­pier­dek, dzia­dzie – po­wie­dział z lek­kim drże­niem w gło­sie. – Jeśli my­śli­cie, że wy­kpi­cie się tym dzi­wa­dłem – rosła jego pew­ność sie­bie i ton wy­po­wie­dzi – to za­kli­nam się na swój ry­cer­ski honor, że każę cię wy­pa­tro­szyć jak kurę na nie­dziel­ny rosół! – Ci­skał kro­pel­ka­mi śliny na wszyst­kie stro­ny.

– Smoka nig­dy­ście nie wi­dzie­li, praw­da, panie? – od­po­wie­dzia­łem spo­koj­nie. – A za­sta­na­wia­li­ście się co gad, który strą­ca trze­cią część gwiazd z nieba, ma jeść wśród tych skał? Ocze­ki­wa­li­ście zwa­li­ste­go ciała, po­kry­te­go pan­cer­ny­mi łu­ska­mi, które mia­ło­by wzbić się pod nie­bio­sa, spaść na was w smo­czej szar­ży, by­ście prze­bi­li mu serce mie­czem? A tym­cza­sem czym­że smok miał­by się róż­nić od orła, oprócz fi­zjo­no­mii?

Pa­trzył na mnie ze zmarsz­czo­ny­mi brwia­mi. Mia­łem wra­że­nie, że zę­ba­te koła jego ro­zu­mu z tru­dem kru­szą ziar­na pia­sku po­mię­dzy try­ba­mi.

– Zrób­cie wdech, panie. Po­czu­je­cie za­pach ma­je­sta­tu, ale nie tego wa­sze­go, sa­lo­no­we­go, tylko praw­dzi­we­go ma­je­sta­tu na­tu­ry.

Zwró­ci­łem się w stro­nę zwie­rzę­cia na mej ręce i z za­mknię­ty­mi ocza­mi wcią­gną­łem po­wie­trze.

Naj­pierw usły­sza­łem, a potem po­czu­łem jego ruch. Otwar­łem oczy w mo­men­cie, gdy pię­ścią zmiótł zwie­rzę z mojej ręki. De­li­kat­ne ciało ude­rzy­ło o skały. Eryk wy­su­nął długi miecz z po­chwy, chwy­ci­łem go za nad­garst­ki. Szarp­nął się bez­sku­tecz­nie. Wzmoc­ni­łem uścisk, a on jęk­nął i wy­pu­ścił oręż.

– Jakim pra­wem pod­no­sisz rękę na dzie­cię matki ziemi?! – wy­sy­cza­łem mu w twarz. – Jaki masz powód?

Wy­ba­łu­szył oczy w zdzi­wie­niu i stra­chu. Nie spo­dzie­wał się po dzia­dy­dze z chaty pod Fłu­do­wa­tą Do­li­ną ta­kiej siły.

– Powód masz taki jak za­wsze: ka­prys. Ka­pry­sem wtrą­ca­cie ludzi do wię­zie­nia, ka­pry­sem po­sy­ła­cie ich na wojnę, by tam gi­nę­li w imię ka­pry­su kogoś, kto mia­nu­je się ich wład­cą. Nie wiesz, co to zna­czy tak na­praw­dę mieć powód. Nie wiesz, jak to jest, gdy wdowa krad­nie bochen chleba i ka­pu­stę ze stra­ga­nu. Ona ma powód: jeśli tego nie zrobi, jej dzie­ci zmar­nie­ją, ob­ró­cą się w zjawy, spły­ną do rynsz­to­ku. Ale jeśli ktoś ją zła­pie za rękę, ty swym ka­pry­sem ka­żesz ją wy­chło­stać, wszyst­kim do­oko­ła pra­wiąc, że powód jest znany! Prawo jest pra­wem! – wy­krzy­cza­łem, po czym zbli­ży­łem do niego swoją twarz. – No chyba że cho­dzi o prawo do wol­no­ści. Nim rzą­dzą praw­ni­cy i ka­prys.

Pchną­łem go w stro­nę skały, o którą ude­rzył smok. Wy­rżnął ple­ca­mi o ka­mien­ną ścia­nę, aż po­wie­trze z ję­kiem wy­pa­dło mu z płuc. Gdy się ock­nął Harp­nik Bru­nat­ny, któ­re­go wcze­śniej strą­cił z mojej ręki, przy­pa­try­wał mu się z od­le­gło­ści kilku pal­ców. Ry­cerz od sied­miu bo­le­ści wy­co­fał się na czwo­ra­ka, cha­otycz­nie wy­ma­chu­jąc koń­czy­na­mi, aż zna­lazł się w skal­nym kącie.

– My­śla­łeś, że jed­nym ude­rze­niem mo­żesz zabić smoka? – prych­ną­łem i po­krę­ci­łem głową. – A wiesz, że smok, by cię zabić, po­trze­bu­je po­wo­du. Ta­kie­go praw­dzi­we­go po­wo­du, a nie ka­pry­su. Obro­na jest po­wo­dem. Obro­na sie­bie lub in­ne­go smoka.

Wtedy zo­ba­czył mnie w peł­nej oka­za­ło­ści. Spoj­rzał w górę, na wy­so­kość dzie­się­ciu łokci, skąd pa­trzy­łem na niego żół­ty­mi, ga­dzi­mi ocza­mi. Raz po raz wy­su­wa­łem roz­dwo­jo­ny język i czu­łem ludz­ki pot prze­siąk­nię­ty stra­chem.

– A wiesz, jak można zabić smoka? – za­py­ta­łem, schy­la­jąc długą, łu­sko­wa­tą szyję w jego kie­run­ku. – Nie uwie­rzysz: mu­sisz mieć powód. Powód, a nie ka­prys. Po­tra­fisz to pojąć, lu­dzi­ku?

 

 

Epi­log

 

Za­pach siły i wol­no­ści kłó­cił mi się z dźwię­kiem kopyt na ubi­tej dro­dze. Gdy przy­bysz zbli­żył się do mojej chaty, bo­gac­two za­pa­chów ude­rzy­ło z całą mocą: krew, bez, ryba i ja­kieś słod­ko-kwa­śne owoce. Cie­ka­wy gość. Pod­nio­słem wzrok znad ce­ro­wa­nej ko­szu­li.

– Wi­taj­cie, star­cze – przy­wi­tał się.

Nie zdra­dzał żad­nych emo­cji, ale minę przy­brał ra­czej przy­jem­ną.

– Wi­taj­cie. Cóż was spro­wa­dza?

– Szlach­ci­ca bez życia zna­le­zio­no tu, nie­opo­dal. Zwierz jakiś nie­zwy­kły go po­ha­ra­tał. Nie­du­ży, ale za­pal­czy­wy być mu­siał. A po­wia­da­ją, że ów ry­cerz z wami się w Do­li­nę wy­brał.

Prze­krzy­wił głowę, wpa­tru­jąc się we mnie uważ­nie.

Wbi­łem igłę w ma­te­riał, prze­cią­gną­łem nić.

– Dwa dni nazad był tu jeden. Chciał, by mu smoki po­ka­zać. Do­brze za­pła­cił.

– Smoki? – za­cie­ka­wił się przy­bysz.

– Smoki.

Gość wes­tchnął, wcią­ga­jąc gło­śno po­wie­trze i nagle za­stygł. Po­czuł. Wy­glą­dał na ta­kie­go, który wie­dział co. Wpa­try­wał się we mnie czuj­nie i niu­chał jak pies. Albo wilk. Chciał się upew­nić. Głu­pio przy­znać, ale jed­nym okiem szu­ka­łem miej­sca, gdzie odło­żyć ce­ro­wa­ną ko­szu­lę, by się nie ubru­dzi­ła.

Nagle przy­bysz za­śmiał się.

– Ci tam, w karcz­mie, bawią się w naj­lep­sze. Ja­kieś dzi­wa­dło im pana ro­ze­rwa­ło, ale gro­sza na za­ba­wy nie szczę­dzą. Na mnie też nie szczę­dzi­li. Po­ło­wę umó­wio­nej kwoty z góry dali.

Wy­glą­da­ło na to, że ko­szu­la się nie ubru­dzi.

Przy­bysz się­gnął po sa­kiew­kę i zwa­żył ją w dłoni.

– Mus mi je­chać dalej, a karcz­ma nie po dro­dze. Wdzięcz­ny był­bym, gdy­by­ście zwró­ci­li za­licz­kę dwo­rza­nom. Pie­nią­dze by­wa­ją po­wo­dem głu­pich de­cy­zji.

Rzu­cił mi trzos, a ja ski­ną­łem głową.

– Przyj­dą naj­wcze­śniej za dwa dni, tak się umó­wi­li­śmy. Gdyby nie przy­szli w ciągu ty­go­dnia… srał ich pies – ro­ze­śmiał się.

Od­po­wie­dzia­łem uśmie­chem.

– Chęt­nie bym z wami po­ga­wę­dził, star­cze, ale mus mi ru­szać dalej. – Ski­nął w stro­nę tej trze­ciej drogi, tej, z któ­rej już nikt nie wraca. – A szko­da. Mówią, żeś naj­bar­dziej obe­zna­ny w fau­nie z Fłu­do­wa­tej.

Skło­nił się na po­że­gna­nie i od­je­chał, hen, w wiel­ki świat. Nigdy nie wró­cił, tak jak i nikt nie przy­szedł ode­brać za­licz­ki.

Koniec

Komentarze

Ładny tekst i niegłupi.

Bardzo fajnie by było, gdyby do robienia złych rzeczy zawsze trzeba było mieć powód.

Miło, kiedy smok przeżywa. Ale jak mógł tego małego tak potraktować, łobuz jeden? Należało mu się, powód był.

– Dwa dni na zad był tu jeden.

Nazad łącznie.

Babska logika rządzi!

Witaj, Finklo!

 

Cieszy mnie twa opinia, a i zbędną spację potraktowałem przyciskiem “delete” (a tak po prawdzie, to “Backspace”, do czego chyba ten przycisk został przeznaczony. No bo w końcu “back” i “space”.

– Hue, hue, hue – roześmiał się autor. Jako jedyny.)

No właśnie: żeby zawsze był powód. Z drugiej strony twoja sygnaturka sugeruje, że powód zawsze się znajdzie ;)

 

Dzięki za wizytę, klika i komentarz!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

A, to zależy, jak zdefiniujemy babską logikę.

I nie jestem pewna, czy masz powód, żeby brnąć tą drogą. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie mam. Nie, tak tylko, wiesz, zagadałem głupio.

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

I mi się podoba, fajny tekst i pomysł. :-) A smoki, jak się patrzy! Prawdziwe. 

Jest trochę – dla mnie drobiazgów językowych, bardziej słownych niż przecinkowych, do wygładzenia, ale nie dam rady ich już skopiować i wstawić, abyś mógł podumać, czy mam rację, czy nie. W październiku powinnam być "wolniejsza".

srd pzd,

a

PS. A jeszcze jedno, skarżę do biblio.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Witaj, Asylum!

 

Cieszę się, że tekst i pomysł przypadły do gustu.

Skoro to “drobiazgi” to i tak dobrze ;) Ale to też info, że może być lepiej :D

 

Dzięki za wizytę, komentarz i naskarżenie!

 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć!

 

Sprawnie skonstruowana opowieść, choć, jak dla mnie, troszkę za dużo tu moralizowania i to takiego czarno-białego. Podobała mi się kreacja głównego bohatera. Najbardziej przypadła mi do gustu rozmowa z wilkami. 

Machał głową jak pojebany.

To przekleństwo jakoś mi nie pasuje do konwencji.

– To jest jakiś wypierdek, dziadzie – powiedział z lekkim drżeniem w głosie. – Jeśli myślicie, że wykpicie się tym dziwadłem – rosła jego pewność siebie i ton wypowiedzi – to zaklinam się na swój rycerski honor, że każę cię wypatroszyć jak kurę na niedzielny rosół! – ciskał kropelkami śliny na wszystkie strony.

Wielką literą.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Wszyscy mamy niespełnione oczekiwania. Przykładowo, gdy się tu sprowadziłem, oczekiwałem spokoju, chciałem całymi dniami tułać się po okolicy i obserwować zwierzęta.

W tym przypadku powtórzenie może się bronić, jednak zawsze lepiej (moim zdaniem oczywiście) poszukać zamiennika, gdy to możliwe. A tutaj to możliwe. Może być chociażby: pragnąłem spokoju, liczyłem na spokój itp. 

 

Miałem już nawet wypracowaną trasę oprowadzania. – Hm, coś te słowa nie zgrywają się ze sobą melodyjnie, gdy czyta się je blisko siebie…

 

Rozbiłem siekierą jeszcze jedno drewko. – Drewko z definicji jest już malutkim kawałkiem drewna, więc czy koniecznym było jeszcze taki kawałek rozbijać?

 

Waszmość pan wybaczy ciekawość, ale jak chcecie badać przyrodę? – Według mnie za dużo grzybów w barszczu. Po takiej tytulaturze nie ma chyba potrzeby czegoś dodawać. Waszmość wybaczy, tyle.

 

Machał głową jak pojebany. – Mnie również wydaje się, że słowo średnio pasuje do tego tekstu.

 

 

Rycerz od siedmiu boleści przeczołgał się na plecach – Chyba to niemożliwe. Gdyż, jak mówi SJP:

posuwać się naprzód w pozycji na brzuchu, na czworakach.

 

Cześć, Krokus!

Dobry to tekst, nie ma wątpliwości. Może bez efektu wow, ale naprawdę przyjemnie napisany. Lubię takie lekkie historie, w których nie ma wysilania się na bogowie wiedzą co. Niektóre zdania naprawdę wielce przyjemnie Ci wyszły, a i sam pomysł po prostu fajny.

Co prawda już niemal od samego początku domyśliłem się (po tym, jak czuł ludzki zapach) że dziadyga jest smokiem. Tak więc nie doświadczyłem na końcu żadnego zaskoczenia. Może rzeczywiście minimalnie za dużo tego moralizatorstwa, w szczególności podczas wywodu o powodach. No i nie jestem do końca przekonany, czy epilog był naprawdę potrzebny.

Tak ode mnie jeszcze dodam, że szkoda, iż nie podciągnąłeś tego opowiadania pod synestezyjny konkurs. Trochę znaków byś dopisał, trochę podkręcił pewne aspekty i nadałby się, moim zdaniem.

Idę klikać.

Pozdrawiam!

Witajcie Alicello i Realucu!

 

Przychylam się do uwag, dziękuję za wyleczenie mnie z tego przekleństwa ;)

Miałem już nawet wypracowaną trasę oprowadzania. – Hm, coś te słowa nie zgrywają się ze sobą melodyjnie, gdy czyta się je blisko siebie…

Z wyjątkiem może tej. Całe szczęście, że dziś z domu pracuję, bo czytałem to już na głos z dziesięć razy i wydaje mi się, że jest ok. Gdyby ktoś jeszcze mógł rzucić na to okiem/słuchem, to byłbym wdzięczny ;)

Z tym moralizatorstwem się zgadzam, wiedziałem, że to będzie trochę nachalne. Jeszcze przemyślę tę kwestię, bo tu będzie trzeba więcej wyczucia, na które brak czasu i uwagi w pracy.

troszkę za dużo tu moralizowania i to takiego czarno-białego.

Czarno-białe w sumie być musi, bo jest subiektywne, z perspektywy Dziadygi.

Lubię takie lekkie historie, w których nie ma wysilania się na bogowie wiedzą co.

No i dziękuję! Cel osiągnięty – taki właśnie miał być “Dziadyga…” :D

Co prawda już niemal od samego początku domyśliłem się (po tym, jak czuł ludzki zapach) że dziadyga jest smokiem.

Nawet nie myślałem, że ktoś mógłby się nie domyślić, albo przynajmniej podejrzewać XD

Epilog jest faktycznie na doczepkę, rozważałem jego obecność w tekście, ale ostatecznie się zdecydowałem i póki co przy nim zostanę ;)

Hmm… powiem szczerze, że nie śledziłem synestezyjnego, bo myślałem, że już dawno po terminie :(

 

Dzięki za wizytę, komentarze i polecajkę!

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć, Krokusie!

 

Bardzo dobry tekst. W stylu Sapkowskiego (smok przypomina mi Villentretenmertha; mamy drogę, z której się nie wraca; zbliżona stylistyka opowiadania i przekaz ;-)), ale to nie zarzut, ponieważ zaprezentowałeś naprawdę dobrą historię. Wykonanie świetne. Czyta się leciutko.

Z minusów – zbyt dużo dydaktyki zaprezentowanej wprost, ale rozumiem, że miałeś coś do przekazania i chciałeś, aby wybrzmiało to z odpowiednią mocą, więc o ile zwykle mnie to mierzi, to u Ciebie nawet może być. ;-)

 

Pozdrawiam!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Witaj, WijuFilipie!

 

Bardzo dobry tekst. W stylu Sapkowskiego (smok przypomina mi Villentretenmertha; mamy drogę, z której się nie wraca; zbliżona stylistyka opowiadania i przekaz ;-)), ale to nie zarzut, ponieważ zaprezentowałeś naprawdę dobrą historię. Wykonanie świetne. Czyta się leciutko.

U-hu-hu! Miód na moje uszy (czy tam bardziej oczy). Dziękuję! A przyrównanie stylem do Sapka to dość mocny komplement :D W sumie miałem gdzieś w zakamarkach pamięci Borcha Trzy Kawki, ale czytałem to tak dawno, że podobieństwo (oprócz samego bycia smokiem) wyszło niezamierzenie.

zbyt dużo dydaktyki zaprezentowanej wprost

To już sprawka Dziadygi. Tekst poszedł pierwszoosobowo, a staruszek chciał wyrzucić z siebie sporo frustracji. Cóż mi zostało, jak tylko spisać historię?

 

Dzięki za wizytę i komentarz!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć!

 

Krótkie i treściwe opowiadanie o ludziach. Klasycznie, ale i ciekawie wykorzystałeś motyw smoka. Koncepcja nieco podobna jak w opowiadaniu “Granica możliwości” A. Sapkowskiego, choć pokazujesz problem z nieco innej (smoczej) perspektywy. Fantasy tu sporo, bo poza Smokami dostajemy jeszcze rozumne wilki oraz smocza magię (a także sporo smoczej filozofii). Sama intryga całkiem mi się spodobała, mam jednak pewne zastrzeżenia do ilości zawartych wskazówek, bo w zasadzie od fragmentu (poniżej) czułem, o co chodzi i jak się to skończy.

Stanął w bezpiecznej, w jego mniemaniu, odległości i czekał. Czułem ten ludzki, duszący zapach fałszu i dumy, przepleciony potem i mydłem.

I tak się właśnie skończyło. Mogłeś trochę z tym poczekać imho, pokazać to subtelniej, tak by chociaż przez 1/3 tekstu czytelnik nie dostawał ewidentnych przesłanek co do tożsamości bohatera.

 

Napisane bardzo sprawnie i zwięźle, wykorzystując niewiele słów przekazujesz sporo treści, a jednocześnie nie odnosi się wrażenia skrótowości. Na bardzo duży plus imho. O świecie przedstawionym wiemy dokładnie tyle, ile potrzeba, resztę robi wyobraźnia. Przykładowo, bardzo spodobało mi się to zdanie:

Okruch honoru w zupie z zarozumialstwa, dumy i strachu.

Krótkie, ale bardzo celnie opisuje zachowanie szlachcica.

 

 

Z technikaliów tylko dwie rzeczy mi się rzuciły:

A przecież mogło jeszcze być gorzej. → A przecież mogło być jeszcze gorzej.

Szyk imho. Może tak lepiej?

 

Oraz tytuł: czy chata może być pod doliną?

 

Podsumowując, kawał dobrej roboty! 2P dla Ciebie:

Pozdrawiam i Polecam do Biblioteki!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

WItaj, Krarze!

 

Cieszy mnie pozytywny odbiór tekstu. Jak już pisałem Wijowi, miałem to opowiadanie Sapka gdzieś z tyłu głowy (stąd zresztą wpadł do opowiadania epilog), ale też nie celowałem w zbytnie podobieństwo, bo czytałem je dość dawno – w sumie niewiele pamiętam. Muszę je sobie odświeżyć.

Co do wskazówek, to nawet nie celowałem w zwalający z nóg twist, ale usunąłem z wyszczególnionego przez Ciebie fragmentu “ludzkiego”. To nadal nie będzie zbyt subtelne, ale może już nie tak bijące po oczach.

Napisane bardzo sprawnie i zwięźle, wykorzystując niewiele słów przekazujesz sporo treści, a jednocześnie nie odnosi się wrażenia skrótowości.

Od jakiegoś czasu wkręciłem się w szorty, aż ciężko mi teraz przejść na coś dłuższego. Dobrze, że przy okazji jakiś skill poszedł w górę ;)

A przecież mogło jeszcze być gorzej.

Nie no. Ten szyk to koszmarek. Już zmienione.

Oraz tytuł: czy chata może być pod doliną?

Ale mi teraz zabiłeś ćwieka. Chodzi oczywiście o chatę u wejścia do doliny, ale uznałem, że tak jak jest brzmi lepiej. Próbuję znaleźć coś co jest “pod doliną” i… no nie ma surprise Z drugiej strony chata jest poniżej doliny, więc się zgadza. Poważnie to jeszcze rozważę.

 

Dzięki za wizytę, pozytywny komentarz i polecajkę!

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej, hej, Krokusie

Bardzo ładne opowiadanie. Jest i mądrze i ciekawie, nie ma przestojów, nie ma nudy. Natomiast najbardziej podobało mi się duże wykorzystanie węchu – to trochę zaniedbywany zmysł. Jeśli chodzi o postać bohatera, to zaskoczenia nie było, ale nie umniejszało to wartości tekstu.

Klikam, bo dobre!

 

Próbuję znaleźć coś co jest “pod doliną” i… no nie ma surprise

Ciekawe, sam tez poszukam (pretekst, by pojeździć palcem po mapie)

 

A jak wyjdzie, że nie ma, to może: Dziadyga z chaty u wrót doliny

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Hej,

 

pierwszy plus za długość, bo lubię krótkie formy, które można szybko przeczytać, zwłaszcza gdy są tak dobrze napisane :). Parę razy się uśmiechnęłam, więc to kolejny plus.

 

Trochę za dużo tych zapachów, chociaż rozumiem zamysł, ale w pewnym momencie się przejadło (przeczuło? przepachniało?). To w zasadzie jedyny zarzut. 

 

A i no jeszcze to: nie tylko nie zabijamy piesków w opowiadaniach, ale nie krzywdzimy też innych zwierząt. Na szczęście sprawca został szybko ukarany.

Witaj, Zanaisie!

 

Cieszę się, że przypadło do gustu. Chciałem spojrzeć na świat okiem zwierzęcia (magicznego w dodatku), więc węch wydał mi się dość ważny, przy czym trochę przetrenowałem pisanie innym zmysłem niż wzrok.

Dzięki za wizytę, komentarz i klika!

 

Witaj, Ashario!

 

Ha! Ja też jestem fanem krótkich form :D aż mam ostatnio problem, żeby się rzucić na coś dłuższego. Cieszę się, że tekst rozbawił :)

Trochę za dużo tych zapachów, chociaż rozumiem zamysł, ale w pewnym momencie się przejadło (przeczuło? przepachniało?).

Rozumiem odczucia – fakt, dużo tego było. Moim zamiarem było spojrzeć na świat oczami magicznego zwierzęcia, zatem węch chciałem wyprowadzić na pierwszy plan. Jak już tak wystartowałem, to musiałem (w moim odczuciu) konsekwentnie się tego trzymać do końca.

Z drugiej strony, nie przejada nam się opisywanie świata przez zmysł wzroku, prawda ;) a to ponoć węch najsilniej wiąże nas ze wspomnieniami (w tym tekście akurat nie ma to nic do rzeczy) – ale to tylko moje spojrzenie – w żaden sposób nie jakiś do Ciebie wyrzut :) opisałaś jak tekst odebrałaś, a za to zawsze jestem bardzo wdzięczny!

I tak, innych zwierząt też nie krzywdzimy ;)

 

Dzięki za wizytę i komentarz!

 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Krokusie,

Bardzo ciekawe opowiadanie. W pewnym momencie zacząłem zastanawiać się, czy główny bohater jest smokiem – fajnie, że tak się okazało. :) Były wątki humorystyczne, ale znalazło się też miejsce na morał. Klasyczne fantasy, czyli takie jak lubię. Pozdrawiam!

Witaj, Lupusie!

 

Może nie klasyczna, ale wizyta czytelnika, jaką lubię: przyszedłeś, przeczytałeś i wystawiłeś pozytywny komentarz :D bardzo Ci dziękuję i cieszy mnie fakt, że się podobało!

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Fajny tekst. Krótki, ale treściwy, lekko napisany, ale intersujący :) Bardzo dobrze mi się czytało Twoją historię o smoku. Samo moralizowanie też Ci dobrze wyszło.

Klikam bibliotekę :) 

Hej, Katia!

 

Dziękuję za wizytę, jeszcze bardziej za pozytywną opinię – cieszę się, że się podobało! No i dzięki za klika ;)

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Czytałem kiedyś podobny tekst. Nazywał się bodajże Prawo imion, a popełniła go Le Guin, więc spodziewałem się finału, a szkoda, bo językowo Dziadyga to ładny kawałek opowiadania, a bohater soczysty.

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Witaj, Jastek!

 

O! Nie czytałem jeszcze nic od Le Guin, więc podobieństwo wyszło przypadkowo, ale też nie próbuję oszukiwać siebie, ani tym bardziej żadnego czytelnika, że chciałem napisać coś bardzo oryginalnego. Wybacz, że wyszło przewidywalnie ;)

a szkoda, bo językowo Dziadyga to ładny kawałek opowiadania, a bohater soczysty.

A w obliczu powyższych, jest to dla mnie bardzo budująca i ważna opinia.

 

Dzięki za wizytę i komentarz!

 

P.S. Miałem już w opowiadaniach Joszka i Jontka. Myślę, że w niedalekiej przyszłości jakiś bohater dostanie też imię Jastek ;)

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Bardzo porządny tekst, w dodatku z ważnym i pięknie podanym przekazem. Moralizowanie może i jest, ale nie wydaje mi zbyt nachalne, wszak mówi o tym smok, a smoki pewne sprawy widzą/ czują nieco inaczej.

Krokusie, gadania dziadygi wysłuchałam z wielką przyjemnością.

 

A jak wyjdzie, że nie ma, to może: Dziadyga z chaty u wrót doliny

A może: Dziadyga z chaty na skraju doliny

 

 

Prze­rwał mi rą­ba­nie drwa. ―> Prze­rwał mi rą­ba­nie drew.

 

Trud­no przy­pusz­czać, że ba­dacz przy­odzie­je pełną zbro­ję pły­to­wą… ―> Trud­no przy­pusz­czać, że ba­dacz przy­wdzie­je pełną zbro­ję pły­to­wą

Za SJP PWN: przyodziać – daw. «ubrać kogoś w coś» przyodziać się – daw. «ubrać się»

 

ale cięż­ko było coś wy­czuć przez te per­fu­my. ―> …ale trudno/niełatwo było coś wy­czuć przez te per­fu­my.

 

„O, nie, pa­noc­ku, nie bę­dzie­my się z nimi bili” – po­my­śla­łem. ―> Albo kursywa: O, nie, pa­noc­ku, nie bę­dzie­my się z nimi bili – po­my­śla­łem. Albo cudzysłów: „O, nie, pa­noc­ku, nie bę­dzie­my się z nimi bili” – po­my­śla­łem.

 

Nie wiesz, jak to jest, gdy wdowa krad­nie ziem­nia­ki i ka­pu­stę ze stra­ga­nu. ―> Czy w czasach tego opowiadania na pewno znano ziemniaki?

 

– Dwa dni nazad był tu jeden. ―> – Dwa dni temu nazad był tu jeden.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj, Reg!

 

Jak zwykle miło Cię widzieć i jeszcze milej czytać takie opinie o swoim tekście!

 

A może: Dziadyga z chaty na skraju doliny

Cały czas ta uwaga Krara za mną chodzi. To trochę też zależy jaką dolinę weźmiemy. Przykładowo Dolina Pięciu Stawów Polskich położona jest wysoko, więc stojąc już np. u stóp Wielkiej Siklawy, jesteśmy sporo poniżej Doliny, zatem “pod”. Ja raczej wzorowałem się na mojej ukochanej Dolinie Małej Łąki (choć trochę ją zalesiłem), która może i leży niżej, ale żeby do niej dotrzeć, też trzeba trochę podejść. Zatem jak coś leży niżej to również jest “pod”. Adam Asnyk napisał “Noc pod Wysoką”. Wysoka to szczyt, więc nieco inna sytuacja, ale jednak znów coś jest poniżej, więc jest “pod”. I tak sobie rozmyślam od kilku dni i nie jestem przekonany.

 

– Dwa dni nazad był tu jeden. ―> – Dwa dni temu nazad był tu jeden.

Tu wydaje mi się zbyt dużo. “Dwa dni temu” by wystarczyło. “Nazad” jest gwarowe, stąd wzięło się w tekście, ale też pochodzi z rosyjskiego. Tłumaczenie “dwa dni temu” na ten język, to właśnie “dwa dni nazad”, więc przy tym zostanę.

 

Pozostałe poprawki wprowadzone! Z tym ciężko zamiast trudno muszę zacząć intensywnie u siebie walczyć, bo popełniam ten błąd nagminnie.

Dziękuję za wizytę, komentarz, wszystkie uwagi i cieszę się, że gadanie dziadygi było przyjemne!

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Krokusie, moje uwagi to tylko sugestie. Opowiadanie jest Twoje i będzie napisane takimi słowami, które uznasz za najwłaściwsze.

A ja i tak się cieszę, że udało mi się trochę pomóc. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Krokusie, moje uwagi to tylko sugestie. Opowiadanie jest Twoje i będzie napisane takimi słowami, które uznasz za najwłaściwsze.

Tak, znam ten mechanizm, ale jednak włożyłaś w to swoją pracę, którą cenię – nie chciałbym bezrefleksyjnie olać wskazówek ;) No i tłumaczę się też trochę sam przed sobą :P

A ja i tak się cieszę, że udało mi się trochę pomóc. ;)

Jak zawsze! Do zobaczenia następnym razem ;)

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Mam nadzieję, że spotkanie z kolejnym opowiadaniem nastąpi niebawem. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie było wielkiego zaskoczenia i chyba większość czytelników tylko czeka na to, kiedy dziadyga ujawni swoją prawdziwą tożsamość. Przynajmniej ta większość, która zna Borcha Trzy Kawki. I nawet zmyłka z małą smoczycą nas nie zwiedzie, chociaż w tym miejscu przez chwilę liczyłem na opowieść o świecie, w którym smoki są rzeczywiście takie piękne, ale małe i liche, a tylko wyobraźnia ludzi uczyniła je wielkimi potworami.

Podczas lektury przypominały mi się również inne opowiadania. Między innymi „Reguła nazwisk” (inaczej „Prawo imion”) Le Guin, a nawet „Mów mu: panie” Dicksona, chociaż tam akurat smoka nie było.

Dla miłośników fantastyki pomysł zatem nienowy, ale mam wrażenie, że nawet specjalnie nie liczyłeś na efekt zaskoczenia, Krokusie. Napisałeś solidny, sympatyczny tekst z pozytywnym (chyba) przesłaniem i taką nieco prostą i niemal ludową mądrością w tle (a także bardziej współczesnym przesłaniem ekologicznym). Jako czytelnik jestem z lektury zadowolony, zwłaszcza, że spisałeś swoją historię sprawnie i gładko. Warsztatowo na naprawdę dobrym poziomie, z dbałością o detale (język lekko stylizowany, uzbrojenie itp.), z pomysłem. Widać też u Ciebie wyczucie gatunku (fantasy), oczytanie i znajomość konwencji.

A teraz powiem coś, na co możesz się oburzyć. Widać tu pewne naleciałości z Sapkowskiego, który odcisnął piętno na polskim czytelniku fantasy i gdzieś tam siedzi z tyłu głowy. Widać (ale tak leciutko) w kreacji świata, języku opowieści, sposobie prowadzenia scen i rozwiązań fabularnych oraz kreacji postaci, takim specyficznym klimacie oraz przesłaniu. A nawet w takich bardziej skojarzeniowych warstwach (…tej trzeciej drogi, tej, z której się nie wraca.). Nie znaczy to oczywiście, że piszesz jak Sapkowski (uwzględniając plusy i minusy pisania „jak Sapkowski”). Piszesz jak Krokus i tego się trzymaj, bo robisz to dobrze.

Oczywiście mam swoje uwagi, ale jako zadowolony czytelnik wspomnę ledwie kilka z nich. Po pierwsze, gadka umoralniająca, czy raczej wykład poglądów i zasad dziadygi, to rzeczywiście elaborat w typie kawa na ławę, krowie na rowie, łopatologia (to umyślna prezentacja, jak można trzy razy to samo powiedzieć bez potrzeby). Po drugie, końcówka (epilog) lekko przeciągnięta i nie wiem, czy na pewno potrzebna (trochę rozmywa puentę). Zresztą również cały rozdzialik o wilkach to także scena tylko ubarwiająca historię, bo fabuły do przodu nie posuwa (ale ok, tam bohater prezentuje swoje podejście do świata i zasad). Po trzecie, główny narrator nieco nienaturalnie opowiada w narracji o samym sobie (skąd patrzyłem na niego żółtymi, gadzimi oczami. Raz po raz wysuwałem rozdwojony język […]) a do rycerza raz zwraca się „panie”, innym razem bezpośrednio itd. Moim zdaniem czasami przesadzasz z „dorzucaniem do tekstu". Czy to przymiotników, czy to powtórzeń słów lub znaczących to samo myśli (Czułem ten duszący zapach fałszu i dumy, przepleciony potem i mydłem. Człowiek z wyższych sfer, szlachcic). Czasem masz chyba za dużo frajdy z opisów ruchu, gestu, zachowań i trochę przesadzasz:

Błędnie nazywający się badaczem rycerz ruszył rękoma, zastygł na chwilę i dokładnie obejrzał trzymaną broń. Wyglądał, jakby chciał się podrapać po głowie. W szyszaku. […] Eryk rozpoczął rytuał na nowo: podnosił ręce, próbował chwycić tarczę prawą ręką, przetrzeć cieknący spod hełmu pot karwaszem, podrapać przegrzany łeb.

 

A w pewnym momencie wprowadzasz humor jakby z innej bajki i innego klimatu opowieści. Taki lekko kabaretowy.

 

– Ma być duży?

 

Szyszak skinął twierdząco.

 

– Taki ziejący ogniem?

 

Pokiwał.

 

– I z wielkimi skrzydłami?

 

Machał głową jak opętany.

 

– Z kolczastymi wypustkami?

 

Podskoczył w siodle, aż koń się zatoczył i zarżał poirytowany.

 

Inne, przykładowe drobiazgi:

 

Eryk cofnął się.

 

– unikajmy “się” na końcu zdania, tutaj dodałbym cokolwiek – o krok, zaskoczony itp.

 

[…] gdzie szlachcianki kryją swój największy oręż.

 

– czy określenie „największy” rzeczywiście tu pasuje? Brzmi dwuznacznie/komicznie. Dałbym najniebezpieczniejszy, najgroźniejszy itp.

 

edit. No i tytuł ciężki do wymówienia. Jaką doliną??

Po przeczytaniu spalić monitor.

Witaj, Marasie!

 

Dziękuję za bardzo rozbudowaną opinię! Pozwolę się do niej odnieść w kilku słowach:

A teraz powiem coś, na co możesz się oburzyć.

Trudno mnie oburzyć ;) a tu wypada mi raczej przytaknąć, bo od Sapkowskiego zaczynałem i na pewno odcisnął na mnie największe piętno spośród pisarzy, których czytałem. Czytałem go przy tym na tyle dawno, że sporo rzeczy już zapomniałem, ale jednak gdzieś mi tam w głowie siedzą.

Po drugie, końcówka (epilog) lekko przeciągnięta i nie wiem, czy na pewno potrzebna (trochę rozmywa puentę).

Tworząc tekst miałem w pamięci Borcha Trzy Kawki i chciałem dodać tu trochę wiedźmińskiego akcentu, chociażby żeby się później z tej inspiracji nie wykpić. Ale to cenna dla mnie uwaga (zresztą zauważył to już również Realuc).

Czasem masz chyba za dużo frajdy z opisów ruchu, gestu, zachowań i trochę przesadzasz:

To fakt, że przy pisaniu tego było sporo frajdy, dzięki zatem za, może nie wiadro, ale szklankę zimnej wody – będę z tym uważał :)

Eryk cofnął się.

Dam “Eryk cofnął się do tyłu” XD

Brzmi dwuznacznie/komicznie. Dałbym najniebezpieczniejszy, najgroźniejszy itp.

Nie zwróciłem na to uwagi, ale teraz jak już wiem to… no cóż… zmieniam ;)

edit. No i tytuł ciężki do wymówienia. Jaką doliną??

Z gwary góralskiej “fłudowaty” to “wilczy”. To nie pierwsza uwaga w komentarzach odnośnie tytułu, muszę nad tym mocno pomyśleć.

 

Oczywiście za uwagi, do których się nie odniosłem również dziękuję, jest tu sporo przydatnych spostrzeżeń, dobra lekcja na przyszłość. Mam nad czym myśleć przy kolejnych tekstach.

Lektury Le Guin i Dicksona wpisane na listę “do przeczytania”.

Dzięki za wizytę, cieszę się, że tekst przypadł do gustu, ale też rad jestem ze wszystkich uwag krytycznych – postaram się, by trafiły na żyzną ziemię.

 

Pozdrawiam!

 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej!

Tekst ma bardzo fajną, lekką narrację. Czytało mi się niezwykle przyjemnie, niestety wydźwięk uderzył mnie na tyle mocno w tył głowy, że komentarz zostawiam z opóźnieniem, po dość długiej rekonwalescencji ;x Samo przesłanie mi się podoba, jest jednak podane tak twardo, że nieco psuje całość. Tym niemniej jest naprawdę porządnie ;)

Witaj, Mort!

 

Nie no, strzał w tył głowy to faul. Odejmujemy dziadydze punkt.

Cieszę się, że już wydobrzałeś, i że przyjemnie się czytało. Porozmawiam z Panem Smokiem, żeby trochę przystopował, bo faktem jest, że mocno się w tekście zirytował. Stąd mogło wyjść zbyt twardo.

 

Dzięki za wizytę i komentarz!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

No, kurczę, ależ mi się to podobało. Zacny klimacik, ciutka humoru, świetnie napisane, opowieść niby prosta, ale ma coś w sobie. Jest trochę moralizowania, ale nienachalnego i pasującego do opowieści. Dobre to było, mniam :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Witaj, Irko!

 

No i pięknie! Cieszę się, że smakowało, mam nadzieję, że było też syte ;)

 

Bardzo dziękuję za wizytę i miłe słowa!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć Krokusie!

Jak dla mnie, tematem opowiadania jest majestat natury, co bardzo zgrabnie i udatnie przedstawiłeś.

Niby to krótka przygoda ze smokiem, ale równocześnie dajesz czytelnikowi odczuć większy świat, z jego klimatem i bahaterami.

To była miła lektura. Pozdrawiam!

Witaj, Chalbarczyczko!

 

Cieszę się, że tak odczytałaś opowiadanie, bo i owszem, czymże jesteśmy wobec natury? ;)

Niby to krótka przygoda ze smokiem, ale równocześnie dajesz czytelnikowi odczuć większy świat, z jego klimatem i bahaterami.

Zobaczymy, może jeszcze gdzieś się Dziadyga w innych tekstach przewinie, a i Harpnika Brunatnego chętnie bym dorzucił do jakiejś innej historii :D

 

Bardzo się cieszę, że spędziłaś miło czas, dzięki za wizytę i komentarz :)

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Dobre opowiadanie z rana jak bita śmietana.

Witaj, Vr!

 

Ja wolę kawę, ale kiepsko się rymuje ;) ale wnioskuję, że się podobało.

 

Dzięki za wizytę i komentarz, cieszę się, że przypadło do gustu.

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć, Krokusie,

fajne, lekkie opowiadanie, idealne do połknięcia po dłuższej przerwie od czytania. Misie! Szczególnie rozmiar smoka i uwaga narratora co do tego dosyć oryginalna. Dialogi przypominały mi trochę te wiedźmińskie – bohater też się tak “wymądrza” i bajdurzy. Szkoda tylko, że rycerzyk dosyć stereotypowy. Tu znowu trochę wiedźmińsko, ale to nie przytyk.

Podsumowując, bardzo przyjemny tekst, o pięknym przesłaniu, wygładzony i wypolerowany, nie mam bowiem do czego się przyczepić :P

 

Powodzenia więc w dalszym pisaniu!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

WItaj, Lano!

 

fajne, lekkie opowiadanie, idealne do połknięcia po dłuższej przerwie od czytania.

To najsłodszy miód na me uszy, bo takie mną kierowały chęci. Misja wykonana :D

 

W ogóle opinia miodem spływająca, dziękuję po stokroć! 

Powodzenia więc w dalszym pisaniu!

Oj, przyda się, przyda! Zatem i ja Ci tego życzę, może coś na “Księżniczki” skrobniesz, hm? :)

 

Dziękuję za wizytę i budujący komentarz!

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Bardzo przyjemnie się czytało. Lubię smoki. Chętnie coś jeszcze takiego bym przeczytał. Pozdrawiam :)

Cześć, Koalo!

 

Fajnie, że się podobało, miło mi, że było przyjemnie. Jak napiszę wszystko inne co chcę napisać, to może jeszcze wrócę do Dziadygi. I z drobnymi, ale przemyślanymi korektami do tego tekstu, i do nowych opowiadań, także stay tuned ;)

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Nowa Fantastyka