- Opowiadanie: gravel - Rozdarci, co głodnych czczą bogów

Rozdarci, co głodnych czczą bogów

Zainspirowane przez Lyfjaberg – Wardruna (pozwalam sobie podlinkować wersję rozszerzoną, ponieważ im więcej Wardruny w życiu, tym lepiej).

Synestezja potraktowana dość luźno. Na początku kusiło mnie, żeby napisać o formie synestezji, której sama doświadczam, ale ponieważ jest mało widowiskowa, ostatecznie zdecydowałam się na ten tekst. I tak od dłuższego czasu siedział mi w głowie. Rzecz dzieje się w tym samym uniwersum, co tutaj.

Podziękowania dla niezastąpionego Cienia Burzy.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Rozdarci, co głodnych czczą bogów

1.

 

Upiór nawiedzał mgliste moczary otaczające Litość i wszyscy o tym wiedzieli.

Inkwizytor Dragom Halyszti słyszał opowieści od pierwszego dnia swego pobytu w kolonii; pleniły się wśród żołnierzy i cywilów niczym zaraza. Ludzie znikali, gdy zapuścili się za daleko w mrok pod gęstwą bagiennych drzew. Natykano się później na ich ciała; usta mieli wypełnione słonym mułem, gardła zmiażdżone przez pnącza, twarze spuchnięte od trucizn wtłoczonych w żyły za pomocą cierni nieznanych roślin. Żołdaków, którzy położyli ręce na którejś z niewolnych kobiet, znajdowano z zaostrzonym palem wystającym z odbytu, do połowy zanurzonych w beczce z solanką.

Sądzili, że podporządkowali sobie te ziemie pół roku temu, gdy zniszczyli obóz innowierców, a na jego zgliszczach wznieśli rafinerie, cegielnie i magazyny, ale upiór wciąż walczył. Mściwa obecność, czająca się gdzieś w ciemnościach; nieuchwytny, nieludzki, bezosobowy byt, którego nie sposób dostrzec ani tym bardziej pochwycić.

Z tym, że w takie bajki mogli wierzyć prości żołnierze. Od inkwizytora, całe życie szkolonego do walki z czarnymi sztukami, wymagano racjonalnego spojrzenia i wysnuwania logicznych wniosków na podstawie zebranych dowodów. A Halyszti zgromadził wiele dowodów przemawiających za całkiem ludzką naturą owego upiora.

Wstawał zimny, mglisty świt, gdy na plac między barakami tworzącymi Litość wtoczył się wózek, na którym spoczywały dwa ciała. Inkwizytorowi wystarczył pobieżny rzut oka, by domyślić się, jaką śmierć tym razem zgotował im upiór. Szare mundury wisiały w strzępach, a samym żołnierzom wypruto wnętrzności. Robota była tak krwawa i bezładna, jakby uczyniły to zwierzęta.

Halyszti ruchem dłoni przywołał sierżanta, który zbliżył się, zielony na twarzy.

– Gdzie ich znaleziono?

– Kucharz posłał ich do starego młyna wczoraj wieczorem. – Żołnierz nie odrywał wzroku od pogryzionej dłoni trupa. – Tam trzymamy mąkę i…

– Wiem, gdzie są magazyny – przerwał Halyszti. – Tak blisko obozu… Nie będzie nawet pół mili. Nikt nie słyszał krzyków?

– Nikt. Zauważono ich nieobecność dopiero dzisiaj, zgłoszono mi to, posłałem chłopaków i… Takimi już ich znaleźli. – Zawahał się, nim dodał: – Ludzie mają pietra, mistrzu. Upiór…

– Żaden upiór, lecz człowiek z krwi i kości. Tak samo łatwy do ubicia jak wszyscy ludzie, których dopadł. Może i jest przebiegły i nieuchwytny, ale prędzej czy później powinie mu się noga.

Żołnierz wił się i skręcał pod spojrzeniem inkwizytora, gdy w jego głowie rozsądek walczył ze strachem i przesądnością.

– Lepiej by było prędzej, niż później, mistrzu – wydukał wreszcie. – Robotnicy zaczynają gadać…

– O czym, sierżancie? Że ten samotny wilk przyniesie im wyzwolenie? Cóż, tym się nie przejmuj, sierżancie. Ukrócę te plotki.

Musiał. Cesarstwo, niech łaska Zamarzniętego Boga nigdy go nie opuszcza, stąpało po kruchym lodzie. Nigdy dotąd nie udało im się zapuścić tak daleko w głąb ziem dzikich koczowniczych klanów Geh-deray, aż do podnóża Gouragi, ich świętej góry. Litość była najdalej na północ wysuniętą kolonią na Pograniczu; daleko od posterunków, z których mogłaby przyjść odsiecz w razie, gdyby w obozie wybuchł bunt. Halyszti odpowiadał za jej sprawne funkcjonowanie i utrzymanie porządku wśród niewolnych robotników. Przysłano jego, ponieważ był skuteczny: trzymał Geh-deray krótko, a wszelkie wzmianki o buncie uciszał za pomocą żelaza i ognia.

Inaczej się nie dało.

Upiór metodycznie wyrzynający jego żołnierzy był jak drobny kamyczek, który wpadł w tryby machiny znacznie potężniejszej niż on sam. Należało go zmiażdżyć. Zetrzeć na proch, a szczątki zaprezentować mieszkańcom obozu, by przekonali się, że opór jest bezcelowy.

Inkwizytor jeszcze raz przyjrzał się ciałom, tym razem nieco dokładniej i dostrzegł coś, co wzbudziło niepokój. Ślady drobnych zębów; zbyt drobnych jak na wilka czy rosomaka. Poza tym… Tak, trzewia tych nieszczęśników zostały rozdarte od wewnątrz, jakby ich jamy brzuszne niepojętym sposobem wypełniły się szczurami, które wygryzły sobie drogę na wolność.

– Skurwiel. – Odwrócił się do sierżanta. – Ten żerca, którego schwytaliśmy kilka miesięcy temu… Wciąż tkwi w Mogile, czyż nie?

– Tak, mistrzu.

– Przyprowadź go na plac. Znajdź mi też najbardziej słabowitego, chorowitego konia, jakiego trzymamy w zagrodzie. I jakiegoś żołnierza, który dobrze się czuje z nożem w ręce. Mam pewien pomysł, jak wywabić waszego upiora z bagnisk.

 

*

 

Rozpalone w płytkim dołku ognisko prawie nie dymiło, a nieliczne szare pasma i tak rozmywały się wśród mgły, która okrywała dno lesistej, podmokłej doliny niczym gęsty kożuch na mleku. Młody mężczyzna o włosach czarnych i szarych jak grzbiet rosomaka siedział na ziemi, krzyżując nogi, wsłuchany w trzask płonących szczap. Skrawkiem brudnej szmatki przecierał ostrze trzymanego na kolanach sierpa, usuwając z niego ostatnie krople krwi.

Księżyc przeświecał przez gęstwinę nad jego głową, dając niewiele światła i upewniając Każmaroka, że jest bezpieczny. Karnachowie nie potrafili się poruszać po bagnach tak sprawnie jak Geh-deray; gdyby jakimś cudem zanadto się zbliżyli do jego obozu, usłyszałby ich z daleka, błądzących po omacku w ciemnościach, i miałby dość czasu, by umknąć. Lub wciągnąć ich w pułapkę i potopić na moczarach jak ślepe szczenięta, jednego po drugim, tak jak czynił do tej pory z każdym żołdakiem spod znaku zastygłego płomienia, który wpadł mu w ręce.

Przybywali po torf i żyzną ziemię, węgiel, sól i czerwoną glinę, i to jeszcze można było zrozumieć. Geh-deray także toczyli wojny o najlepsze pastwiska lub brali krwawe odwety za przyrównanie czyjejś matki do wytarzanego w gównie psa. Ale Karnachowie nieśli przed sobą żagiew bożego gniewu, choć nie, nie żagiew, bowiem gniew ich boga był lodowaty niczym głębiny oceanu, z których się wynurzył. Nakazywał palić totemy i równać z ziemią miejsca, które czcili Geh-deray. Zamarznięty Bóg, obcy i milczący, tchnący jeno zimną nienawiścią do koczowniczych bogów, którzy byli wszystkim, czym on nie był. Samotny bóg wynurzony z dna oceanu, nie tolerujący żadnych innych bogów na swych ziemiach.

Przybywali z zachodu, z krain, w których już przed wiekami zniszczono wszystkie uroczyska. Przywdziewali wiarę w Zamarzniętego Boga niczym zbroję, nieświadomi, że wobec najstraszniejszego wroga są bezradni jak dzieci we mgle. Przybywali z zachodu, z ziem, z których wyrugowano magię niczym skażony chwast, i śmiało wkraczali na moczary, w uroczyska, w bramy między krainami ludzi i upiorów. Poważyli się podejść aż do stóp Gouragi, Kła Pogranicza, źródła, z którego w świat sączyła się moc odmieniająca wszystko, co spotkała na swej drodze.

Nie mieli w żyłach ni kropli magii, z którą rodzili się Geh-deray, od pokoleń żyjący w cieniu Gouragi. Wobec magii uroczysk, prastarej siły, która zbierała się niczym woda w śladach pozostawionych przez bogów, Karnachowie byli bezbronni.

Tylko że magia była dzika i nieprzewidywalna. Aby zmienić ją w broń, trzeba samemu nadać jej kierunek, celowość i przyczynę.

Za plecami Każmaroka rozległy się kroki; wielkie, miękkie łapy na wilgotnej ściółce. Z ciemności wynurzyła się sylwetka olbrzymiego zwierzęcia, które nie przypominało niczego, co przemierzało człowiecze krainy. Pysk miało wydłużony jak u wilczarza, grzbiet garbaty niczym hiena, a spomiędzy szpiczastych uszu wyrastały poskręcane jelenie rogi. Pod szorstką czarną sierścią przesuwały się węzły mięśni, sugerujące, iż bestia mogłaby rozszarpać Każmaroka na strzępy bez najmniejszego wysiłku.

Zimowy Głód.

Kiedyś był psem, a teraz… czymś innym.

– Witaj, przyjacielu. Jakie przynosisz wieści?

Znowu polała się krew.

Myślomowa wilczarza zabrzmiała bezpośrednio w głowie Każmaroka, gdy Zimowy Głód wpuścił mężczyznę do swojego umysłu i podzielił się wspomnieniami.

 

Świat oglądany oczami Zimowego Głodu był szarawy, jakby zbyt intensywne pranie wypłukało go z kolorów, ale zwierz dzielił się z Każmarokiem innymi zmysłami, które z nawiązką rekompensowały brak barw. Ludzkie uczucia i emocje nie stanowiły dla niego żadnej tajemnicy; czuł ich zapach i smak, nikt nie zdołałby ich przed nim zataić.

Kilka par podkutych butów chrzęściło na zmarzniętym błocie, które grubą skorupą pokryło drogę między barakami. Cisza rozpełzała się pomiędzy zgromadzonymi na placu ludźmi niczym jadowity wąż. Byli wśród nich żołnierze w szarych mundurach z emblematami Lodem Skutych, rzeźników cesarskiej armii, na ramionach, ale dostrzegał i swoich pobratymców, Geh-deray; znużone i wynędzniałe strzępy ludzi, pustymi oczami śledzące człowieka prowadzonego przez żołnierzy.

Pośrodku placu czekał mężczyzna. W świetle pochodni błyszczały insygnia w kształcie zastygłego płomienia, wpięte w klapę czarnego uniformu. Mężczyzna był niepozorny, niewysoki, a jego twarz sprawiała zwodniczo młode wrażenie, ale oczy miał zimne jak lodowe pustkowia, z których przybył. Sama jego obecność wymuszała spokój i powściągliwość, której zwykle próżno szukać pomiędzy żołdakami. Cicha arogancja i skryte na dnie serca okrucieństwo Dragoma Halysztiego wypełniły usta Każmaroka słodyczą gnijącego owocu, jego najbardziej pociemniałej, posiniaczonej części. Szybko przestało to mieć znaczenie, gdy rozpoznał człowieka prowadzonego ku inkwizytorowi.

Iktari, Odarte. Osoba tak droga sercu Każmaroka, jak deszcz jest drogi prażonym przez południowe słońce kwiatom.

Żołnierze pchnęli Odarte na kolana i smak jeno strachu zalał go niczym skwaśniałe wino. Inkwizytor podszedł do Iktari i sztychem noża uniósł jeno podbródek.

– Wiesz już, jak postępujemy z bezpańskimi kundlami, czcicielami biesów i przeklętników – powiedział. – Daję ci teraz wybór: możemy zakończyć twoje cierpienia szybko, jednym cięciem noża, albo zgotować ci los pozostałych żerców, których schwytaliśmy. Wystarczy, że odpowiesz na kilka prostych pytań: kim jest ten upiór, prześladujący moich ludzi? Gdzie go szukać?

– Prędzej połknę własny język, niż cokolwiek ci powiem. – Głos Iktari, ni męski, ni kobiecy, brzmiał ochryple, jakby zapomniało, jak go używać.

– Zła odpowiedź.

Iktari uniosło hardo głowę.

– Innej nie mam.

– Twoja wola. Przyprowadźcie konia.

Każmarok oczami psa patrzył na to, co działo się dalej. Żołnierze powiesili Odarte na drzewie, głową w dół, nagie, bezpłciowe i bezbronne. Ktoś przyprowadził konia, chudą, słabowitą chabetę, którą zarżnięto szybko i bez zbędnych ceregieli. Potem nad truchłem pochylił się najemnik uzbrojony w nóż, zasłaniając widok przyczajonemu za pobliskim barakiem psu. Gdy znów się wyprostował, trzymał w dłoni jakiś okrwawiony przedmiot.

Na gardle Każmaroka zacisnęła się żelazna, najeżona kolcami obręcz, gdy żołnierze przybili do krocza Iktari oderżniętego końskiego fiuta; jawną kpinę z ofiary, którą musiało ponieść, by stać się Odartym.

– Taki los czeka wszystkich, którzy sądzą, że ujdą sprawiedliwości Zamarzniętego Boga – przemówił inkwizytor, gdy Iktari przestało wreszcie krzyczeć.

Strach niewolnych miał posmak siarki, kładł się na języku Każmaroka warstwą popiołu. Tłumił go jednak gniew Halysztiego, niedostrzegalny w twarzy i głosie inkwizytora, ale dla psa wyraźny jak rozgrzany węgiel włożony do pyska.

 

Każmarok opuścił umysł psa. Powracająca do ciała świadomość szarpnęła nim jak kamień przywiązany do szyi i opadł na kolana, czując wzbierającą w gardle falę żółci. Chwiejnym krokiem oddalił się od ogniska i zwymiotował, wsparty o wilgotne od mżawki drzewo. Łzy paliły jak płynny ogień wlany pod powieki.

Nie miał pojęcia, że Iktari…

Sądził, że nie żyło. Przez pół roku był przekonany, że je stracił. Inkwizycja na nikogo nie polowała z większą zaciętością niż na żerców, Odartych z płci, imienia i przeszłości. Sądził, że Iktari było jedną z pierwszych ofiar.

Było zamknięte, powiedział Zimowy Głód. Tak głęboko, że nie czułem jeno zapachu.

– Zginą za to – przysiągł cicho Każmarok. – Wepchnę im w gardło popioły, które zostawili po naszym świecie.

 

2.

 

Cykady przemawiały głosami umarłych.

Głosami wszystkich towarzyszy, których stracił na Pograniczu oraz rodziców, których nie pamiętał, gdyż Inkwizycja zabrała go z rodzinnego domu, gdy miał kilka lat. Nigdy za nimi nie tęsknił; dlaczego więc uroczysko próbowało mu o nich przypomnieć?

W Inkwizytorium ostrzegano ich przed tym. Pogranicze dotyka umysłu człowieka, czyniąc go nagim i bezbronnym wobec pierwotnej ciemności tego świata. Mami zmysły i szepcze do ucha sekrety, które miały być pogrzebane. Wypacza to, co kryje się w człowieczym sercu i przemienia w ciernie i tłuczone szkło. W Litości, w cieniu potężnej Gouragi, magia rosła w siłę jak rzeka zasilona nowymi dopływami.

Halyszti był rozsądnym człowiekiem i nie dawał wiary czarnym poszeptom. Ale i tak nie mógł spać, gdy nad Pograniczem zapadała noc, a zasnute mgłami mokradła rozbrzmiewały graniem cykad. W obozie zamykano okna baraków, a strażnicy odliczali uderzenia serca do końca warty. Tylko robotnicy ożywiali się po zmroku, gromadzili przy maleńkich ogniskach i śpiewali pieśni w swej miękkiej mowie, dopóki któryś z żołnierzy nie ruszył się z posterunku, by ich uciszyć.

Tej nocy Halyszti nie spał dobrze, o nie. Śnił o martwych dłoniach wynurzających się z mokradeł, by wciągnąć go w mulistą toń. O korowodach szczurów, które pląsały i tańczyły po podłodze baraku jak ekstatyczny tłum. O mgle, która podnosiła się z bagien, ciepła i wilgotna jak gnijące łono. Halyszti zbudził się zlany potem, z krzykiem zamierającym na wargach. Przez mgnienie oka zdawało mu się, że słyszy cichy śpiew, groźny i zwodniczy jak błędne ognie mamiące wędrowców. Zerwał się z posłania i przypadł do okna, odsuwając zasłonę tak gwałtownie, że niemal ją zerwał. Czarna ściana lasu szumiała, szarpana wiatrem. Śpiew umilkł, tylko cykady wciąż grały i skrzypiał konar, na którym powieszono ciało żercy.

Wynaturzeniec zdechł po dwóch dniach na drzewie, wykrwawiwszy się od ran zadanych przez żołnierzy oraz dzioby głodnych kruków. Halyszti zabronił ściągać ciało, pod karą chłosty. Miało przypominać niewolnym o obietnicy, którą złożył.

Tuż po tym jak wynaturzeniec zawisł, Halyszti zwrócił się do zgromadzonych Geh-deray z tym samym pytaniem: kim jest upiór? Gdzie się kryje? Jak się z nim kontaktują?

Nikt nie odpowiedział, więc inkwizytor złożył im obietnicę: od tej pory aż do chwili, gdy ktoś zdradzi, gdzie znaleźć upiora, każdego dnia będzie ginąć jeden niewolny.

– Nie wiemy – warknęła wówczas któraś z kobiet.

Kolejna zła odpowiedź.

Zamierzał domagać się właściwej aż do skutku.

 

*

 

Poszli za jego śpiewem niczym ćmy lecące do ognia po tym, jak tysiąc razy widziały swych braci i siostry pochłanianych przez płomienie. Zwabił ich głęboko w moczary, gdzie nie docierało światło słońca ani wzrok Zamarzniętego Boga. W duszny, lepki mrok uroczyska.

Umierali jeden po drugim, bezgłośnie, jak ćmy, tylko że im życie odbierała stalowa linka, zaciskająca się na szyjach jak arkan. Wciągał ich między splątane gałęzie drzew, a jeśli wciąż żyli, podrzynał gardła. Jednego po drugim, wyłapał całą trójkę.

Głowy zabrał ze sobą, ciała zostawił na drzewach przy południowym trakcie do Litości. Niech żywi się na nich natkną i poznają przedsmak tego, co zgotuje wszystkim.

Po zmroku rozbił obóz na dnie kolejnej kotliny. Nigdzie nie zostawał na dłużej z obawy przed patrolami, które mogłyby wpaść na jego trop. Zimowy Głód ogryzał starą kość, którą znalazł gdzieś w bagnisku, skulony za plecami Każmaroka, ogrzewając go ciepłem własnego ciała, podczas gdy mężczyzna preparował odcięte głowy Karnachów. Zaszył ich oczy, by, nie mogąc patrzeć na człowiecze krainy, spoglądały głębiej, w krainy snów, upiorów i bogów. Potem to samo uczynił z ustami; kiedy trupie czerepy raz zaczynały bełkotać, nie chciały się już zamknąć.

Zimowy Głód zacisnął szczęki i Każmarok wzdrygnął się mimowolnie, słysząc trzask kości pękającej pod naporem potężnych psich kłów.

Nie, nie psich.

Kiedyś był psem. Najwierniejszym towarzyszem Każmaroka, właściwie nawet przyjacielem. Stróżem, który nigdy go nie zawiódł. Teraz mężczyzna nie był pewien, czym jest Zimowy Głód. Kiedy wrócił z wyprawy na północ do obozu swojego klanu, zastał zgliszcza i trupy, i Karnachów rojących się niczym larwy w truchle krowy. Klan wyrżnięto niemal do nogi, a wśród więźniów, zmuszanych do pracy na torfowiskach i w smolarniach przewijali się przedstawiciele wielu plemion, które zbliżyły się zanadto do rubieży ziem zagarniętych przez Cesarstwo. Każmarok nie mógł się z nimi skontaktować, byli zbyt dobrze strzeżeni. Został sam.

Przerażony i ogarnięty rozpaczą, poszedł w uroczysko i tam spotkał bogów.

Zawarł z nimi… przymierze. Obiecali pomoc, ale zażądali czegoś w zamian.

Przelał krew. Śpiewał swemu psu tak długo, aż ochrypł. Śpiewał, aż pies stał się czymś innym, odmienionym przez krew, głos Każmaroka i pradawną magię uroczyska. Stawał się, choć Każmarok wciąż nie wiedział, czym. Miał tylko niejasne przeczucie, że nie będzie potrafił nad tym zapanować.

Zaklął, czując ukłucie bólu, gdy ręka mu zadrżała i kościana igła wbiła się w kciuk. Krew skapnęła na ziemię i Zimowy Głód uniósł głowę, węsząc w powietrzu.

Twoja krew gorzka, powiedział. Coraz więcej nosisz na sercu.

– Wiem.

Zimowy Głód złożył głowę na przednich łapach.

Niedługo tylko piołun w tobie zostanie.

 

*

 

Dragom Halyszti uderzył pięścią w bok wozu. Ciała trzech żołnierzy, których wysłał z poselstwem do najbliższej kolonii wisiały na drzewach przy trakcie, udrapowane ze starannością, z jaką słudzy Cesarza ozdabiali salę tronową sztandarami przy okazji świąt i uroczystości.

– Gdzie podziały się głowy?

– Nie wiemy, mistrzu. – Sierżant był tak blady, że zdawać by się mogło, iż upuszczono zeń całą krew. – Chyba… chyba zabrał je ze sobą, bóg wie po co…

– Zbierz mi dziesięciu ludzi, najbardziej doświadczonych zwiadowców i tropicieli. Poślij ich na moczary i niech nie wracają, dopóki nie przyniosą mi głowy tego pierdolonego upiora. – Przypatrywał się chwilę żołnierzom, ściągającym ciała towarzyszy z drzew. Wskazał najmłodszego z nich, krępego, ociężałego chłopaka, który wszystkie czynności wykonywał powoli i z uwagą, jakby zastanawiał się nad każdym ruchem. – Dołącz do drużyny Eriskina, sierżancie.

– Eriskina? Ale on…

– Wykonać.

 

3.

 

Tym razem wszystko poszło źle.

Każmarok przemykał od drzewa do drzewa, nie spuszczając oka z samotnego żołnierza, który jako jedyny nie podążył za jego zewem. Sprawiał wrażenie, jakby w ogóle go nie usłyszał, rozglądał się tylko na boki, coraz bardziej przerażony. Każmaroka także wytrąciło to z równowagi; głos był jego najskuteczniejszą bronią przeciwko Karnachom: dzięki niemu wabił ich na manowce, zaklinał roślinność, naginał wolę zwierząt do własnej i sprawiał, że dołączały do jego walki. Jak ten żołnierz zdołał mu się oprzeć?

Każmarok, wściekły i z tej wściekłości nierozważny, zrobił coś bardzo głupiego: wyszedł na ścieżkę i stanął przed młodym Karnachem.

– Kim…?

Chłopak wrzasnął i nacisnął spust ukrytej pod płaszczem kuszy.

Uderzenie bełtu wyrwało dech z piersi Każmaroka. Stęknął, zamroczony bólem, który rozlał się po jego ciele, a nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Wylądował na plecach i usłyszał jeszcze tylko chrzęst zamarzniętego błota pod butami umykającego żołnierza.

 

*

 

Chłopak trząsł się i bełkotał, nawet kiedy napoili go wódką i usadzili przy palenisku w baraku Halysztiego. Eriskin nigdy nie był zbyt lotny, miał problemy ze słuchem i mową, ale zwykle zachowywał spokój głazu obojętnego na wszystko, co dzieje się wokół. Inkwizytor nigdy nie widział go w takim stanie. Wrócił niemalże na czworakach, przerażony i niezdolny do sklecenia najprostszego zdania.

– Co widziałeś? – zapytał Halyszti, wciskając mu w ręce kubek z wódką.

– P-p… – Eriskin sprawiał wrażenie, jakby o każde słowo musiał walczyć z własnym językiem. – Up… up…

– Upiora?

– T-tak – odparł z ulgą młody żołnierz, po czym duszkiem opróżnił kubek.

– Jak wyglądał?

Pół godziny później odesłał chłopaka do baraku, by odpoczął, a sam usiadł przy stoliku i powrócił myślami do relacji, którą usłyszał. Nie różniła się zbytnio od plotek, które krążyły po Litości – upiór pojawił się znikąd, wyszedł z ciemności, a pozostali żołnierze podążyli za nim prosto w moczary, jakby wabieni błędnym ogniem. Miał paszczę pełną kłów i koronę z piołunu, a w dłoni dzierżył sierp, jak jakieś pradawne bóstwo, które wypełzło z bagien, by pomścić krzywdy swego ludu.

Jednakże, po odsianiu ubarwień i przekłamań, Halyszti wreszcie mógł skupić się na faktach. A te były następujące: upiór nosił maskę i najwyraźniej posługiwał się jakiegoś rodzaju magią, którą naginał do swej woli za pomocą śpiewu. Eriskin był niemal głuchy, nic więc dziwnego, że nie uległ czarowi jego głosu.

Halyszti odchylił się na krześle i uśmiechnął samymi kącikami ust.

 

*

 

Obudził go dotyk na twarzy. Czegoś miękkiego i mokrego, co przypominało psi język.

Bagna rozgorzały, powiedział Zimowy Głód. Polują na ciebie.

Każmarok otworzył oczy i spojrzał w żółte ślepia pochylonej nad nim bestii. Wydawała się… większa. Coraz mniej pies, coraz bardziej coś innego.

Leżał pod drzewem, tak pokrzywionym i zmurszałym, że chyba tylko łaska bogów uchroniła je przed zwaleniem. Wokół plenił się piołun i różanecznik. Zimowy Głód musiał zawlec go w samo serce uroczyska: wszystko aż wibrowało od dotyku wszechobecnej magii.

Każmarok spojrzał w dół, na bełt wciąż tkwiący pod prawym obojczykiem. Trzeba szybko się go pozbyć i oczyścić ranę; na mokradłach łatwo o gangrenę. Wstał, opierając się o drzewo by nie upaść. Zaszumiało mu w głowie. Chętnie zaszyłby się gdzieś daleko stąd albo przespał kilka dni w jednej ze swoich kryjówek, ale na to akurat nie mógł sobie pozwolić.

Gdyby nie ten pieprzony żołnierz…

Chcieli polować na Geh-deray? Na jego własnych ziemiach? Niech przyjdą. Zacisną się na nich kły Pogranicza.

NIE!

Głos Zimowego Głodu wdarł się w jego myśli jak nóż, a gniew zwierzęcia rozlał się po języku Każmaroka smakiem palonych orzechów.

Zbyt długo zwlekałeś. Zimowy Głód okrążył go, niepokojąco podobny do wilka osaczającego ofiarę. Bogowie domagają się zapłaty. Czas dopełnić przysięgę.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, szarooki człowiek i bestia o żółtych ślepiach.

Najlepsza ofiara to taka, którą składasz z siebie, nie z innych, powiedziało Iktari dawno temu, gdy Każmarok pierwszy i ostatni raz zapytał, jak to jest, oddać serce bogom i pozwolić, by Odarli cię ze wszystkiego, czym jesteś. Obiecał coś. Złożył przysięgę, gdy wszedł w uroczysko i poprosił bogów o ich gniew, ich głód, ich siłę. Użyczyli mu mocy, pozwolili, by odmienił psa i uczynił z niego narzędzie zemsty, ale nic nie dali za darmo.

Westchnął i odwrócił wzrok.

– Powiedz mi, co mam robić.

Rozpal ogień.

– Co mnie czeka?

Wezmą wszystko. Rytuału raz zaczętego nie wolno przerwać. Co dałeś bogom, należy do bogów. Co raz wzięli, nie oddadzą.

– Rozumiem.

Rozbawienie Zimowego Głodu dotknęło jego umysłu i języka, cierpkie i gorzkawe jak rozgryziony w zębach goździk.

Nie, dziecko. Nie rozumiesz.

Dziecko? Każmarok uniósł brwi, ale nie skomentował; pies już od dawna nie był psem, a w jakąkolwiek istotę się przeradzał, prawdopodobnie widział w swym dawnym panu właśnie dziecko, które trzeba prowadzić przez meandry pradawnych rytuałów, by nie zboczyło z jedynej bezpiecznej ścieżki. Bez szemrania wypełniał więc polecenia Zimowego Głodu. Rozpalił ognisko, a trzy trupie czerepy, które nosił ze sobą na długim kiju, powiesił na drzewie, po czym rozciął nici sznurujące ich usta. Natychmiast zaczęły mamrotać, wypełniając głowę Każmaroka irytującym brzęczeniem.

Różanecznik, wrotycz, szalej, cykuta i piołun.

– Skąd ja ci wezmę…

Urwał, gdyż wystarczyło się rozejrzeć, by dostrzec wszystkie składniki, które wymienił Zimowy Głód. No cóż, uroczysko. Zebrał zioła i zmielił je na papkę za pomocą dwóch płaskich kamieni. Sądził, że pies każe mu ją spożyć, ale, ku zdumieniu Każmaroka, Zimowy Głód sam zlizał maź.

Następnie legł na boku i utkwił w mężczyźnie spojrzenie przymrużonych, żółtych oczu. Nawet leżąc, wydawał się ogromny, niemal jak tur.

Zostaw tu wszystko, co posiadasz.

Każmarok zawahał się, ale wykonał i to polecenie. Zdjął ubranie, naszyjnik z kłem rosomaka, zostawił pod drzewem tobołek podróżny i broń.

– Co teraz?

Rozpruj mój brzuch.

– Co?

Jam twoją bramą w krainy, którymi chadzają bogowie i duchy. Najczarniejsza odmiana magii. Świadomość uwięziona w umierającym ciele. Istota zawieszona między życiem a śmiercią. Wyboru już nie masz. Oddasz bogom wszystko, czym jesteś: siebie im oddasz, swoje imię, płeć, myśli i zmysły. I pamiętaj: jeśli chociaż raz zawalczysz, by coś zachować, odwrócą się od ciebie. Przeklęty jest los Rozdartego, co nędzny żywot wiedzie na rozstajach dróg pomiędzy wszystkim, czym był i czym mógł się stać. Dla własnego dobra pozwól, by Odarli cię ze wszystkiego. Rozumiesz, Każmaroku?

– Rozumiem.

Zimowy Głód nie poruszał się, gdy Każmarok rozpruwał jego brzuch; tylko para buchała z nozdrzy, tylko noga drgnęła czasem, kiedy zwoje jelit i błyszczące wnętrzności wypływały na zewnątrz, ciepłe i cuchnące. Smród ściskał gardło Każmaroka jak wisielcza pętla. Strach i ból zwierzęcia przesączały się do jego umysłu i ust, niosąc posmak żelaza i czegoś kwaśnego jak szczaw, wyciskały łzy z oczu, ale jednocześnie wola psa spętała mężczyznę i nie pozwoliła przerwać pracy, dopóki Zimowy Głód nie uznał, że wystarczy.

Wejdź do środka.

– Nie, proszę…

Wszystko dobrze. Spokojne myśli psa dotknęły samej duszy Każmaroka. Jam ci bramą. Jam ci przewodnikiem.

Walcząc z ogarniającym go obrzydzeniem, Każmarok wpełzł w trzewia Zimowego Głodu. Otoczyła go, oblepiła i przygarnęła ciepła, duszna ciemność. Serce psa dudniło głucho gdzieś nad głową Każmaroka, rezonując w jego własnej klatce piersiowej i nadając rytm wspólnym oddechom. Zamknięty w ciemnościach żywej i martwej jednocześnie istoty, zatopił się w jej odczuciach i emocjach.

Czuła tylko spokój.

 

4.

Jest płodem w martwym łonie, truchłem złożonym w żywym grobowcu zwierzęcego ciała.

Serce dudni jak werbel.

Ciało…

Chyba nie jest już… nim. Nie jest… nie ma imienia. Nie ma płci. Ciało, w którym zamknięto rozdartą świadomość jest tylko… ciałem. Workiem mięsa, kości i krwi. Dziwną rzeczą, którą musi dźwigać. Zbędnym tobołem w krainie, którą przemierzają upiory i bezcieleśni bogowie.

Szarpnięcie. Dziwna rzecz, którą musi dźwigać wypada z krwawego łona i leży, skulona, drżąca, rozdarta świadomość zamknięta w kolejnym więzieniu z mięsa i kości.

Z gałęzi drzewa zwisają na rzemieniach trzy trupie czerepy o wyszczerzonych zębach. Rozkład wziął już we władanie ich oczy i usta, ale nie języki, o nie.

– Szuka drogi. – Pierwszy czerep krzywi wargi. – Drogi do zatracenia.

– Nie, ono spłaca dług.

– To jedno i to samo. – Trzecia głowa rechocze szkaradnie. – Niech spuści gniew głodnych bogów ze smyczy. Niech samo zobaczy.

Dziwna rzecz, którą dźwiga, kuca przed kołyszącymi się na wietrze łbami i spogląda im w oczy. Czerepy stroją miny, wykrzywiają gnijące wargi; trzech upiornych komediantów, którzy kpić potrafią jedynie z żywych.

– Gdzie ich znajdę? – pyta dziwna rzecz.

– Sami przyjdą.

– Niech przemyśli sprawę jeszcze raz – mówi druga głowa. – Zostawiło coś za sobą.

– Co?

Drugi czerep wybucha śmiechem, a kiedy otwiera usta, płynie z nich głos, który porusza jakąś strunę w pamięci świadomości i napełnia usta dziwnej rzeczy słodyczą gnijącego owocu, jego najciemniejszej, najbardziej posiniaczonej części.

– Od tej pory aż do chwili, gdy ktoś zdradzi, gdzie znaleźć upiora, każdego dnia będzie ginąć jeden niewolny.

Świadomość pęka, rozdzierana przez wspomnienia, które domagają się, by je sobie przypomniała. Inkwizytor. Niewolni. Zobowiązania wobec żywych. Zobowiązania wobec bogów.

W świadomości pojawia się myśl, która nie należy do niej. Przychodzi zza bramy z mięsa i kości, która wciąż stoi otworem u stóp drzewa.

Nie rób tego, dziecko. Nie walcz, poddaj się, pozwól się Odrzeć.

Ale coś w świadomości walczy z całych sił. Zdołało pchnąć dziwną rzecz na kolana, boleśnie. Jakimż przekleństwem jest skóra, zdumiewa się świadomość, gdy kamień do krwi rani dziwną rzecz, którą musi dźwigać. Po raz pierwszy odkąd zaistniała i zrodziła się z iskry, która rozbłysła w nieprzeniknionej ciemności, zdaje sobie sprawę z tego, jak dziwna jest ta rzecz. Jakże ciężkim jest brzemieniem. Jakże brzydkim, niepraktycznym i ułomnym. Zaciska się wokół świadomości niczym stale kurcząca się klatka. Dusi, miażdży. Boli. Kamienie kaleczą dłonie i stopy, zimno kąsa nagą skórę, oczy szczypią, gdy wpada do nich okruch kory.

Świadomość wie, że byłoby jej lepiej bez tej dziwnej rzeczy, którą musi dźwigać, nie wiadomo po co i dokąd. Ta rzecz jest więzieniem. Więzieniem, które jest niewolnikiem więźnia.

Gdy rozdarta świadomość zaczyna to rozumieć, Oni przychodzą.

Smak strachu, ostry jak łyk przepalanki. Oni zbliżają się bezszelestnie, ale jak inaczej mieliby się poruszać, skoro nie muszą wlec ze sobą dziwnych rzeczy? Smakują krwi. Gdzieś w ciemności błyszczą zęby. Uśmiech?

Nie, tylko zęby.

– Ktoś ty? – pyta świadomość rozdarta i przerażona.

– Jam jest Jedno z Trzech. – Istota przemawia głosem skrzypiącym jak szron pod butami zabłąkanego wędrowca. – A ktoś ty?

Rozdarta świadomość zastanawia się, lecz nie odnajduje odpowiedzi; ani w sobie, ani w dziwnej rzeczy, którą musi dźwigać przez krainy, gdzie nie ma pożytku ze zbędnych tobołów.

– Nie wiem – odpowiada w końcu.

– Twoja krew gorzka jak piołun. Masz wiele żywotów na sumieniu, smutne stworzenie, a jeszcze więcej mieć będziesz. Składasz nam siebie w ofierze?

Świadomość nie pamięta. Wie, że ta gorycz skądś się wzięła, piołun wzrósł w sercu dziwnej rzeczy, którą dźwiga nie bez przyczyny, ale jaka była przyczyna? Miała coś wspólnego ze słodyczą gnijącego owocu…

– Nie mogę.

 

*

 

Wypadł z bramy, śliskie od krwi dłonie po omacku szukały oparcia na kamieniach. Zimowy Głód leżał na boku, dysząc ciężko, żółte ślepia zachodziły mgłą.

Głupiś. I przeklęty. Dlaczego…? Na marne moja ofiara…

– Wybacz mi, przyjacielu. – Wplótł palce w grzywę zwierzęcia, czując pod dłonią dreszcze, które raz za razem wstrząsały potężnym ciałem. – Czasem ważniejsze jest, by służyć ludziom, nie bogom. Największe zobowiązania miałem wobec żywych.

Nie rozumiesz… rozdarli cię tam… teraz już tylko piołun…

I smutek Zimowego Głodu rzeczywiście był jak piołun; wszechogarniająca gorycz, która zabija wszystkie inne smaki. Dary psa odchodziły wraz z jego świadomością, która nie mogła dłużej trzymać się wypatroszonego ciała.

Człowiek pochylił się nad zwierzęciem, przycisnął czoło do jego czoła, szukając odpowiednich słów podzięki, lecz nie znalazł żadnych.

Zaczął więc śpiewać.

 

*

 

Dragom Halyszti obudził się z krzykiem, jak każdej nocy, pewien, że oblazły go szczury, próbujące dostać się do jego ust, wygryźć język, wcisnąć się przez gardło do trzewi i rozedrzeć go na strzępy od środka. Poderwał się na nogi, w panice okładając się pięściami po całym ciele, dopóki nie otrzeźwiał i nie uświadomił sobie, że to był tylko sen, tylko kolejne zwidy sprowadzone przez uroczysko. Odetchnął z ulgą i opadł bez sił na krzesło. Przez otwarte okno do baraku wpadały podmuchy gorzkiego nocnego chłodu.

Inkwizytor zastygł w bezruchu, uświadamiając sobie, że przecież zawsze zamykał okno, nim udał się na spoczynek. Zerknął w bok, na miecz oparty o ścianę obok leżanki, lecz nie zdążył nawet wstać, gdy poczuł dotyk zimnej stali na karku.

– Szukałeś mnie, inkwizytorze.

Głos był niepodobny do żadnego innego. Miękki, jednocześnie i niski, i wysoki. Raz uderzał w niemal kobiece tony, innym razem zdawał się brzmieć prawie basowo. Miał w sobie gładkość jedwabiu, a zarazem siłę świątynnego dzwonu. Przez mgnienie oka inkwizytor pomyślał, że to był głos stworzony do śpiewu; głos, który mógłby zmiażdżyć opór nawet najbardziej stwardniałego serca. Głos, za którym sam chętnie poszedłby choćby w serce uroczyska.

– Upiór Litości, jak przypuszczam. – Halyszti wyprostował się, gniewem odganiając nieprzystojne myśli. – Miło, że wreszcie pofatygowałeś się w odwiedziny. Dalsze straty w ludziach byłyby niepowetowane. I nie mówię tu wyłącznie o moich żołnierzach.

Ostrze sierpa drasnęło skórę na szyi inkwizytora.

– Zabijałeś ich na darmo – powiedział upiór. – Nic nie wiedzieli. Byli niewinni.

Halyszti parsknął śmiechem. Zerknął przez ramię; skoro miał zginąć, chciał przynajmniej raz spojrzeć w twarz upiora, który od tak dawna utrudniał mu życie. Zobaczył tylko wąskie szczeliny w skórzanej masce, ozdobionej kłami wilka lub rosomaka. I koronę z wijącego się piołunu, spomiędzy której wyrastały jelenie rogi.

– Niewinni? Wasze ręce są tak samo brudne jak nasze, psie. Ludzie, których tu trzymamy to nie niewinne owieczki oderwane od pługów. Litość to kolonia karna, na miłość boga. Przysyłają mi tu watażków, którzy przewodzili rejzom na nasze ziemie, mordowali, grabili i pustoszyli. Cóż, wygląda na to, że każde okrucieństwo jest dopuszczalne, jeśli tylko nie ty jesteś ofiarą, czyż nie?

Upiór milczał.

– Jeśli chcesz mnie zabić, śmiało, nie będziesz miał lepszej okazji – powiedział Halyszti. – Ale zastanów się nad konsekwencjami. Wiesz, jak Cesarstwo karze za zabójstwo inkwizytora? Mój porządek wyda się twoim pobratymcom istną bajką w porównaniu z tym, co sprowadzisz na nich, jeśli mnie zabijesz…

– Nie zabiję cię, zakonniku. – Sierp odsunął się od szyi Halysztiego, który głośno zaczerpnął tchu. – Oddaję się w twoje ręce.

Broń upadła na podłogę, a upiór cofnął się, wyciągając przed siebie puste dłonie.

 

*

 

Młody Geh-deray o włosach szarych i czarnych jak grzbiet rosomaka szedł błotnistą drogą między barakami. Spętane dłonie trzymał przed sobą, a dwóch strażników raz za razem szturchało go w plecy, gdy uznali, że zanadto zwolnił kroku. Prześlizgiwał się spojrzeniem po twarzy każdego pobratymca, którego mijał. A tego dnia Halyszti rozkazał, by wszyscy, nawet ranni i chorzy, zebrali się na placu.

To była jedna z tych śmierci, którą musiał zobaczyć każdy, by raz na zawsze ukrócić plotki o wybawicielu.

Pochód dotarł na plac, pod drzewo, z którego zwisała przygotowana zawczasu pętla. Halyszti chciał staromodnej egzekucji, zwykłego wieszania; prawdę mówiąc, obawiał się, że gdyby zafundowali upiorowi krwawy zgon, w Litości mogłoby dojść do rozruchów.

Więzień ze spokojem wszedł na trójnóg i pozwolił, by żołnierze zarzucili mu pętlę na szyję. Tłum zaszemrał. Jakaś kobieta krzyknęła:

– Jak ci na imię, szarowłosy?

– Inkwizytorium również chciałoby to wiedzieć – wtrącił Halyszti.

Geh-deray przez chwilę patrzył mu w oczy i inkwizytor był pewien, że albo nie odpowie, albo zacznie miotać przekleństwa, lecz on nagle się uśmiechnął.

– Piołunnik.

– Zatem, Piołunniku… – Na znak Halysztiego żołnierz oparł stopę na trójnogu. – Na mocy prawa danego mi przez Cesarza, skazuję cię na śmierć za bestialskie mordy na obywatelach Karnachontu, bałwochwalstwo, uprawianie czarnych sztuk i podżeganie do zamieszek. Błagaj Zamarzniętego Boga o wybaczenie, a może odpuści ci część win. Wyrzeknij się swoich bożków, tu i teraz. Wyrzeknij się ich i przyjmij Zamarzniętego.

Geh-deray opuścił głowę na pierś, szepcząc słowa zbyt ciche, by dało się je usłyszeć.

A potem zaczął śpiewać; cicho, jakby nucił ostatnią kołysankę sam dla siebie, a jednak słyszeli go wszyscy. Słyszeli Karnachowie i słyszeli Geh-Deray. Słyszały bagna. Słyszały duchy i słyszeli bogowie.

Śpiewał, a z jego ust płynął piołun.

Koniec

Komentarze

Cześć, Realucu, dzięki za przeczytanie.

Po lekturze mam wrażenie, że przeczytałem coś dobrego, choć niepokojącego. Tytuł nasunął oczywiste skojarzenie z piórkowym opowiadaniem Żertwę swą złóż, gdzie stare czczono bogi, podobieństw fabularnych trudno się wszakże dopatrzeć.

Udało Ci się, jak sądzę, dogłębnie oddać surowy (termicznie i moralnie) klimat rubieży imperialnych. Kontekst ten przywodzi skojarzenia z dalekim pograniczem chińskim, aż po współczesny Sinciang, a inkwizytorzy – jako abstrakcja dowolnych prześladowań religijnych – też w tym nie przeszkadzają. Z kolei biorąc pod uwagę imiona i nazwiska, myślałbym o madziaryzacji Słowacji – gdzie z kolei religia nie odgrywała aż takiej roli, ale to już wątki dużo nam bliższe geograficznie i kulturowo.

W pierwszej chwili przeszkadzała mi stosunkowo niedopowiedziana decyzja głównego bohatera, aby oddać się w ręce wrogów. Kiedy jednak się nad tym zastanowię, może nie ma powodu, aby brać to za akt wymagający szczególnych objaśnień psychologicznych. Jesteśmy akurat w takiej sytuacji kulturowej, że u nas za krew nie płaci się wodą. W innych krajach, o ile mi wiadomo, decyzje o zamachach na oficjeli okupanta bywały podejmowane dużo ostrożniej i z uwzględnieniem prawdopodobnej zemsty na ludności cywilnej – chociaż może upraszczam zagadnienie.

Ciekawy pies. Mniej więcej taki, jaki mógłby być Huan w Silmarillionie, gdyby Śródziemie – przy wszystkich targających nim mrocznych siłach – nie było w sumie miejscem jasnym i heroicznym. Scenę, w której bohater zaszywa się w jego trzewiach, udało Ci się napisać tak, że zdaje się raczej poruszająca niż odrażająca, a to swego rodzaju wyczyn.

Koncepcja Odartych nieco zamglona, może celowo – z początkowych uwag wynikałoby, że to jakiś rodzaj w miarę zwyczajnych szamanów odżegnujących się od pojęcia płci, rzecz zupełnie możliwa. Kiedy zaś czytamy o dalszych losach głównego bohatera, zaczyna się zdawać, że są to prawdziwi (?) wybrańcy bogów, osiągający swój stan nie przez tradycję i wybór plemienny, lecz wskutek nadprzyrodzonej interwencji. Symbolika i przekaz tego zagadnienia pozostaje więc niejasny.

Myślę, że jednym z najciekawszych i najbardziej pobudzających do myślenia fragmentów jest ten, w którym bohater stwierdza:

Czasem ważniejsze jest, by służyć ludziom, nie bogom. Największe zobowiązania miałem wobec żywych.

Trzeba przyznać, że miał powody, psychologiczne, moralne, aby dojść do takiego wniosku. A jeżeli mógł to zrobić on, który doświadczył bezpośredniej obecności bogów i ich łaski, cóż mamy powiedzieć my, którym się to na ogół nie przydarza? Czy nie jest tak, że wszelkie “zobowiązania wobec bogów” stanowią w istocie szalbierstwo mające uzależnić wiernych od kapłanów? Sprawiasz, że uważny czytelnik musi sobie zadać takie pytania.

 

Na koniec jeszcze drobne uwagi redakcyjne – nie będzie tego dużo, nie robiłem pełnego przeglądu.

Upiór metodycznie wyżynający jego żołnierzy

Nie mówiłbym tu w ścisłym sensie o błędzie, ponieważ można (metaforycznie) żąć, wyżynać żołnierzy, osobliwie idących szeregiem, jak się żnie zboże. Przypuszczam jednak, że zamierzyłaś raczej znaczenie wyrzynający, od rżnięcia, szlachtowania (mego dziada piłą rżnęli).

Było zamknięte, powiedział Zimowy Głód. Tak głęboko, że nie czułem jeno zapachu.

Gorąco prosiłbym o powstrzymanie się od tego rodzaju eksperymentów gramatycznych. Język polski jest rodzajowy i nic na to nie można poradzić bez jego całkowitego wynaturzenia; a co dawałoby nam wówczas pewność moralną, że właśnie my czynimy słusznie, choć wszystkich, którzy w przeszłości niszczyli tradycje językowe dla tak zwanego większego dobra, odżegnuje się dziś od czci i wiary? Poprawna forma zaimka, gdy rodzaj gramatyczny podmiotu jest nijaki lub nieznany, to jego; jeno znaczy tyle, co “tylko”. Słuchaj jeno, pono nasi / Biją w tarabany.

 

Serdecznie dziękuję za zaprezentowanie zajmującego opowiadania i pozdrawiam!

Been here. devil

Ciekawa sytuacja, piszesz o synestezji potraktowanej luźno – i faktycznie ta najbardziej wyeksponowana jest nawet bardziej niż luźna (smaki emocji). Ale potem pojawia się coś dużo bardziej synestezyjnego, opis przemiany. No tam zwyczajnie synestezja jest wyraźna bardzo mocno. W pewnym stopniu można tez jako lekką i prostą synestezję potraktować to, co się dzieje z głosem Rozdartego, gdy przychodzi do inkwizytora.

Druga ciekawa sytuacja – najpierw przeczytałem tekst i skojarzył mi się scenariuszem (nie klimatem!) z Godziną czarownika, godziną szczura. Co samo w sobie jest dziwne, bo to scenariusz jednak zupełnie inny, a jednak skojarzenie było. A tu proszę, potem doczytałem przedmowę i skojarzenie jak się okazało trafne.

Ogólnie tekst zaczyna się w stylu, który wydaje się mocno kierować w stronę “słowianskiego-ale-niesłowiańskiego” dark fantasy. Jest przy tym nakombinowane gdzieś między klimatami Słowiańszyczny tysiąc lat temu, a wzmianką o rafineriach, tworzy się jakiś zupełnie nowy świat, wręcz wyrasta z tych bagien i mgły.

Później coś jakby w tekście hamuje, jakbyś chciała zamknąć tekst, zanim go doukładasz, ale… Ale zupełnie sam finał, sama końcówka, trzy ostatnie akapity, nagle sugerują, ze tu mógł być plan, że mogło się mieć coś zdarzyć. Lub nie. Że samotny wojownik mógł zrealizować swoją zemstę. Lub mógł się przeliczyć. Lub że to bogowie zrealizowali poprzez niego jakiś zupełnie własny plan.

Nie wiem czy to wrażenie jest zgodne z założeniami autorskimi. Jeśli tak, to pozornie zamknięte zakończenie okazało się bardzo otwarte, choć jednocześnie bardzo, ale to bardzo ukryte, trudne do zauważenia, nieoczywiste.

A z drugiej strony może dopowiadam sobie coś, czego wcale tu nie ma.

Ale to też dobre, gdy w opowiadaniach można dostrzec alternatywne interpretacje. Choć ciekawi jaki był tu cel.

 

"smak jeno strachu"

"nie czułem jeno zapachu"

Hm, niby w dyskusjach o zaimkach używa się takiej odmiany, ale w języku polskim istnieje rodzaj nijaki (nawet gdzieś mignęła mi ciekawa dyskusja o tym, ze może warto wypromować zmianę jego nazwy na "neutralny", aby uniknąć negatywnych skojarzeń) i w tym przypadku odmiana "jego" nie oznacza przypisywania do odmiany męskiej.

 

A koncepcja Odartych wcale nie taka zamglona. W porównaniu z samą przemianą i wizją tego, co “po tamtej stronie”, to chyba czubek góry lodowej ;) Co najwyżej głowy w momencie gadania zdają się tu robić niemal za loże szyderców z zupełnie innej historii.

Gravel, opowiadanie jest bardzo zajmujące! Dziękuję Ci za zamieszczenie na forum drugiej historii z tego uniwersum. 

Opowiadanie nie jest oczywiste, bohater i jego przeciwnik również. Czas konkwisty. Konkwisty i rodzaj misyjności rozumianej dosłownie przynależą do religii monoteistycznych. Ciekawe, że w politeistycznych dochodzi tylko do wojenek i zatargów lokalnych, natomiast „te mono” chcą zbawiać cały świat ludzi i rzeczy. Inny (drugi człowiek), gdy nie przyjmie wiary, nie nawróci się przestaje być człowiekiem, stając się niczym i nikim. Przeszkodą, ot, rodzajem buszu, w którym drogę toruje się mieczem czy maczetą.

Piękne opowiadanie o Odartym. Przywołuje mi Le Guin i prastare słowiańskie bajania. 

Czasami zastanawiam się, jak mógł wyglądać ów sławny chrzest Polski? Brakuje na ten temat materiałów, myślę że podobnie do litewskiego pod koniec XIV wieku. Ironia, chyba nie, bardziej polityka i zagrożenie ze strony Zakonu. Chrzest musiał być katolicki, prawosławie się nie liczyło.

Opowiadanie do zamyślenia się "nad” przez trudne wybory i decyzje podejmowane w obliczu zdarzeń przez bohaterów. Kapitalne są prowadzące do nich przesłanki, nie napiszę konkretnie, nie chcąc spoilerować. Ludzcy i magiczni bohaterowie misię!

Fajnie napisane, z pomysłem językowym i eksperymentem myślowym, choć nie tylko. :-)

Taką fantastykę mogę czytać, nawet jeśli smutna (tak to określę), bo jest prawdziwa, nie epatuje bez powodu okrucieństwem, nie ma "ślizgania się", gry "na pokaz" (stawiania wierszy, strof bez kontekstu, modlitw).

Odnośnie synestezji – jest, dla mnie zdecydowanie, czy dla organizatorów – przekonamy się. ;-)

 

Z drobiazgów:

,Inkwizytorowi wystarczył pobieżny rzut oka, by domyślić się, jaką śmierć tym razem zgotował im upiór. Szare mundury wisiały w strzępach, a samym żołnierzom wypruto wnętrzności… Żołnierz nie odrywał wzroku od wystającej spod płachty, pogryzionej dłoni.

Jestem Grav, cholernie drobiazgowa w warstwie szczegółów “akcyjnych”. Cóż, jak nie kobieta (ponoć, choć w to nie wierz, bo nie zbadane, a jeśli nawet –  wyniki są pomijalne i “do kitu”) coś tam przestrzennie kumam, może nie na drodze, gdy ktoś krzyczy ‘w prawo’ i muszę w wyobraźni pomachać odpowiednią ręką, co wydłuża czas reakcji. Taka niepotrzebna umiejętność ustawiania klocków w płaszczyznach, przestrzeniach mi się dostała. 

 Więc, jak to było? Wózek, dwa ciała, przykryte płachtą czy nie? Piszesz, że Inkwizytorowi wystarczył rzut oka, znaczy nie byli przykryci, a za chwilę żołnierz zauważył rękę wystającą zza płachty? 

Pewnie, że mogę nadbudować sobie scenę, czyli, że ciała były przykryte, lecz gdy zbliżył się Inkwizytor, ktoś uniósł płachtę, albo on to zrobił i potem niedokładnie zakrył, bądź ręka sama się wysunęła, ponieważ wózek ruszył. Jednak nie wynika to z opisu. To bardzo częsty błąd, gdy Autor skupia się na opisach akcji, a w didaskaliach wręcz charakterystyczny. Wynika z filmowości widzenia, ale najczęściej, gdy pojawia się w atrybucjach dialogowych z chęci ubarwienia i przepisu. U Ciebie to jedyny kiks, dopuszczalny, a sporo się w opku dzieje. Nie masz tej maniery, za co bogu dziękuję! :-)

 

,Sądził, że nie żyje. Przez pół roku był przekonany, że je stracił. I

Żyło? Nie mam pewności, lecz chyba „nie żyło”, bo ono w czasie przeszłym ( ona żyła, on żył, ono żyło). Zerknij.

 

Skarżę do biblio – naturalnie i za dwa dni do pierza. Z tym ostatnim jest bardzo mało czasu, a ja w rozjazdach, lecz się skupię. Może jeszcze ktoś zajrzy prócz niezawodnego wilka-zimowegoŚlimaka Zagłady. Całe szczęście, że w związku z recenzją 08.21 NF (magazyn już prawie przeczytany), chciałam sprawdzić, czy jest już wątek do zamieszczenia komentarzy. Ostatni magazyn był dla mnie wielce emocjonujący i się rozpisałam, a może miałam w przelotach więcej czasu.

Takie opowiadania jak Twoje (jeśli z fantasy) chciałabym czytać w NF, tj. opowieści gruntownie przefiltrowane przez Autora, z konceptem (a nie tylko – na bazie realiów coś napiszę), dobre językowo (szukające odpowiednich słów, bez sztampy i mnożenia zdań, które im są bardziej zakręcone,  tym lepiej, bo przecież “obleci”, a niezrozumiałe rzeczy czytelnik i tak złoży na ołtarzu swojej niewiedzy, bo “coś w tym pewnie jest”).

 

Pzd srd i pisz opki z tego uniwersum! Są ciekawe i nieoczywiste, mają podteksty, drugie dna, czy jak to się w literaturze nazywa. Pewnie jakoś mądrzej, ale nie znam się na tym. Mnie jako czytelnika – masz! xd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

 Ślimaku Zagłady, bardzo dziękuję za ciekawy, rozbudowany i skłaniający do przemyśleń komentarz. Cieszę się, że opowiadanie uważasz za zajmujące, mimo niejasności i niedopowiedzeń. Jeśli chodzi o koncepcję Odartych, to nie ukrywam, że ten tekst pisałam w dużej mierze po to, by ją sobie wyklarować i poukładać w głowie. Jeszcze nie wszystkie klocki wskoczyły na miejsce, więc rozumiem, że dla czytelnika mogą być niejasne.

Za uwagi dziękuję. Z pierwszą się zgadzam, jak najbardziej: wkradł mi się błąd ortograficzny, przepraszam.

Natomiast z drugą, dotyczącą zaimków, jestem zmuszona polemizować. Z tego, co piszesz, wynika trochę, że natykając się na nowe zjawisko, na które nie mamy jeszcze słownictwa, powinniśmy założyć ręce na piersi, stwierdzić: „Nasz język tego nie przewiduje”, po czym ignorować je lub opisywać słowami, które nie oddają w pełni jego złożoności. Osobiście uważam, że to język ma się dostosowywać do rzeczywistości, a nie rzeczywistość do języka. Poza tym język jest przecież istotą żywą, cały czas się zmienia i ewoluuje. W polskim wciąż mamy problem z gramatyczną sytuacją osób niebinarnych; na razie trzeba kombinować. Nie twierdzę, że mój sposób jest jedynie słuszny i właściwy; jest efektem takiego właśnie kombinowania. Niewykluczone, że w najbliższej przyszłości, aby uniknąć niepotrzebnej konfuzji wśród czytelników, będę kombinować dalej i przerobię te zdania w taki sposób, by nie zawierały żadnych zaimków.

 

yantri, dzięki za przeczytanie :)

 

 Wilku, dziękuję za komentarz i klika. Jeśli chodzi o końcówkę, to nie chcę zdradzać za dużo, powiem więc tylko tyle, że celowałam w otwartość, narzuconą niejako przez fakt, iż główny bohater opka „jeszcze mi się kiedyś przyda” ;)

 

 Asylum, bardzo dziękuję za komentarz, naprawdę bardzo miło mi się zrobiło po przeczytaniu go. Skoro uniwersum Ci się podoba, to trzymaj kciuki za książkę ;)

Za uwagi również dzięki. Ten kiks z płachtą i ręką to efekt nieuważnego skracania tekstu – w wersji pierwotnej rzeczywiście była scena, w której inkwizytor podnosi płachtę. Jak widać, wycięłam ją trochę bezmyślnie. Dzięki za czujność!

Byli wśród nich żołnierze w szarych mundurach z emblemami Lodem Skutych

Raczej emblematami.

 

Opowiadanie bez wątpienia intryguje, choć przyznam, że bardziej jest dla mnie zachętą (bardzo zresztą skuteczną) do dalszego zagłębienia się w uniwersum, niż samodzielnie powalającym dziełem. Co nie oznacza, że nie jest bardzo dobrze napisane.

Z wad można nadmienić, że przede wszystkim nie zdołałem jakoś mocno się związać z postaciami. Tym bardziej, że mamy punkt widzenia rozdzielony na dwie z nich (a dorzucając psa, nawet trzy). Oczywiście, Każmarok jest złożonym bohaterem i wiele się w jego wnętrzu dzieje, ale jakoś nie czułem tego na tyle, żeby się mocno przejąć jego losami.

Scena spotkania z bogami wydała mi się mocno chaotyczna. Taki zapewne był cel, ale nie jestem pewien, czy wypadło to dobrze. Zastanawiam się, na ile zasadnym było rozdzielenie martwych głów i bogów na dwa różne rodzaje bytów (o ile dobrze zrozumiałem). Oczywiście, mamy tu ciekawą zagadkę, kto tak naprawdę szydził z Każmaroka jęzorami trupów. Z drugiej jednak strony pojawienie się boga w jakiejś “zębiastej” formie, ze “szroniastym” głosem, wydało mi się mniej trafione. Wizja bogów wcielających się w martwe głowy zdaje mi się dużo bardziej pociągającą.

Odnośnie świata, jak wspomniałem, jest intrygująco, z jednym wszakże zastrzeżeniem (zahaczającym zresztą też o kwestię postaci). W konfrontacji imperium z barbarzyńskimi plemionami, najeżdżającymi pogranicza i oddającymi cześć niezbyt, jak się zdaje, sympatycznym bogom (i chyba niezbyt też mądrym, skoro z jednej strony są opisani jako głodni, a z drugiej olewają obronę swych wyznawców, żądając za nią jeszcze dodatkowych ofiar), mój czytelniczy sentyment zaczął się przechylać w stronę inkwizytora, który bądź co bądź próbował wprowadzić jakiś porządek. Jednocześnie jednak jest on postacią zdecydowanie przerysowaną w kierunku negatywnym, stąd trudno mi było, jak wspomniałem, związać się z którąkolwiek postacią przez te konflikty wrażeń. Dlatego, jeśli miałbym sięgnąć po coś dłuższego w Twoim uniwersum, z chęcią powitałbym większe zniuansowanie moralne postaci (a w każdym razie imperium, bo Każmarok był jak najbardziej zniuansowany).

 

Pozwolę sobie jeszcze odnieść się do tego nieszczęsnego “jeno”. Jako osoba siedząca często w tekstach staropolskich popieram zdecydowanie Ślimaka i apeluję o nieodbieranie temu słówku pierwotnego znaczenia.

Wytłumaczcie mi proszę, Ślimaku ZagładyŚwiatowidrze, chłopaki, o co Wam i chodzi z tym "jeno", bo przeczytałam trzy razy wyjaśnienia i nic nie rozumiem.

"Jeno" to przestarzałe "tylko", używane książkowo. Weźmy np. T.Konwickiego "Bohiń":

"Słabą stroną Polski jest jej narodowość, a ponieważ Polacy są narodem wiatrogłowych, wystarczy im jeno mówić o narodowości: grając umiejętnie na tej ich strunie Napoleon potrafił ich poprowadzić na kraj świata, na noże",

czy "Chłopów", Reymonta

"Drogi leżały puste i rozmigotane w słońcu, mało kto przechodził, jeno niekaj na progach czesały się dziewczyny i ktosik z cicha grał na fujarce";

i do tego momentu kapuję, lecz dalej już nie, ponieważ Gravel eksperymentuje z możliwymi do użycia słowami, których zgenderyzowany język polski nie oddaje, jak zrozumiałam kiedyś, przysłuchując się dyskusji tłumaczy. Pytanie dla mnie jest jedno – czy zwroty są zrozumiałe dla czytelnika?

Kiedyś przy okazji, opowiadania na NF sprzed kilku miesięcy weszłam na zaimki.pl i oni tak próbują podpowiedzieć/szukać form. Nie widzę jasnego powodu, aby język nie rozwijał się wraz z nami i światem, i nie pod wpływem mód lecz realności, bo z nią się konfrontujemy? I ja nie cierpię zmian, a gdy mi ktoś ktoś proponuje opuszczenie strefy komfortu, odwracam pytanie, bo stwierdzenie jest niczym niepotwierdzonym bełkotem/mitem.

Link, zerknijcie na propozycje:

https://zaimki.pl/ono/jeno

 

I jeszcze jedno, Światowidrze, tu nie mamy niosącego naukę, wiedzę, kulturę, obyczaje Imperium i barbarzyńców, lecz żywych ludzi, z jednej strony motywowanych ideologią i karierą, z drugiej broniących dziedzictwa i dobrostanu sprzed eksploatacji. Gdy czytam o kolonizacji Afryki i tym podziale podług prostych linii to… nie mogę nawet o tym myśleć. Jestem bezradna.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Styl trochę ciężkawy, choć kwiecisty i staranny (a może właśnie dlatego?). Ze trzy razy zaciąłem się na jakimś zbytnio rozbudowanym zdaniu. Umiesz pisać, chcesz pisać literacko i pięknie w każdym zdaniu – i w tekście takiej długości to wypaliło, choć jeszcze pare tysięcy znaków i zacząłbym przejawiać oznaki znużenia. 

Ciekawy pomysł z zaimkiem "jeno" – na początku byłem zdezorientowany, myślałem o znaczeniu tego słowa, ale za drugim razem zatrybilem. Ogółem takie wprowadzanie postaci bezpłciowych i odnoszenie się do nich jako "ono" jest ryzykowne, bo trudno uniknąć niezgrabności albo zdań, które dziwnie będą wyglądały dla odbiorcy – myślę, że poradziłaś sobie z tym bardzo dobrze. 

Całość jest bogata w opisy, nawet nie obszerne same w sobie, ale trafiają się co i rusz. Powoduje to wrażenie, że tekst jest ciut przegadany względem treści. Może też z tego powodu nie udało mi się odczuć ani tej grozy upiora, ani jego nienawiści do najeźdźcy – miałem wrażenie, że bardziej skupiłaś się na walorach estetycznych języka niż na sferze emocjonalnej.

Niemniej jednak historia wciągnęła i doprowadziła mnie do satysfakcjonującego, trochę nieoczekiwanego, końca. Podoba mi się kreacja bogów, motywy bohatera są wiarygodne, super wyszła przemiana psa. Do tego, nawet mimo tego całego marudzenia wyżej, przyjemnie było przeczytać coś tak napisanego. 

Asylum,

"Jeno" to przestarzałe "tylko" – no właśnie, dlatego dostrzegłszy je pierwotnie w opowiadaniu, wziąłem to po prostu za literówkę. Dopiero po przeczytaniu komentarza Ślimaka zorientowałem się, że to świadomy zabieg Autorki. Stąd niezbyt mi się on podoba, bo dla mnie, jako czytelnika przyzwyczajonego do tekstów archaicznych (w sensie języka) i archaizujących jest to po prostu mylące. Z zaimkami “postpłciowymi” (jak to określa podany przez Ciebie link) w mojej opinii bardzo sprawnie poradził sobie Dukaj w “Perfekcyjnej niedoskonałości”. Nie pamiętam teraz dokładnie tej formy (chyba zaimki kończyły się na -u), w każdym razie była ona na tyle dziwaczna (może lepiej napisać – oryginalna ;)), a jednocześnie konsekwentna, że dawała jasny sygnał czytelnikowi, iż to przemyślany zabieg autora.

 

I jeszcze jedno, Światowidrze, tu nie mamy niosącego naukę, wiedzę, kulturę, obyczaje Imperium i barbarzyńców, lecz żywych ludzi, z jednej strony motywowanych ideologią i karierą, z drugiej broniących dziedzictwa i dobrostanu sprzed eksploatacji.

Oczywiście oboje mamy prawo do własnej interpretacji, ale wydaje mi się, że niepotrzebnie nałożyłaś na opowiadanie konotacje odnoszące się do kolonizacji XIX-wiecznej, których w samym tekście (przynajmniej w mojej ocenie) wcale nie ma.

Po pierwsze przeciwstawienie ideologia-dziedzictwo. Przecież inkwizytor nie kieruje się ideologią, tylko religią, dokładnie tak samo, jak tubylcy. Nie możemy tego być pewni na podstawie informacji podanych w tym opowiadaniu, ale całkiem prawdopodobne, że obie religie są tak samo stare, a więc i jedni i drudzy służą równym sobie tradycjom. A że jedni wykorzystują drugich, to przecież tak już wygląda historia, że raz jedne ludy tworzą imperia, a raz inne. Być może Geh-deray także w czasach dawnej świetności prowadzili politykę imperialną (na pewno, jak się dowiadujemy, łupili sąsiadów, więc ten dobrostan, o którym wspominasz, taki znowu czysty nie był). Także nie tworzyłbym tu jakiejś uniwersalnej dychotomii – zła religia (ideologia) imperialistów – dobra religia (dziedzictwo) tubylców. Tym bardziej, że, jak wspomniałem wyżej, bogowie tubylców wydali mi się mało sympatyczni. Co do boga imperium trudno cokolwiek powiedzieć (choć wygląda mi na jakiegoś lodowego Cthulhu xD).

Ponadto z tym wykorzystywaniem też nie możemy mieć pewności, bo akcja dzieje się w kolonii karnej w regionie ogarniętym buntem. Być może gdzie indziej Geh-deray są traktowani po prostu jako zwykli mieszkańcy imperium.

Podsumowując więc, zgadzam się z Tobą, że mamy do czynienia przede wszystkim z żywymi ludźmi. I to właśnie mój zarzut wobec opowiadania, że tylko z jednej strony mamy naprawdę żywego bohatera, a z drugiej strony jednoznacznego, płaskiego złola. Przy czym oczywiście nie zabraniam Autorce mieć takiej wizji, ja wolałbym po prostu w tej historii więcej szarości, bo, jak przedstawiłem wyżej, już w obecnej formie opowiadania ona gdzieś tam w tle majaczy.

Spróbuję może podejść do wytłumaczenia swojego stanowiska w kwestii “jeno” od trochę innej strony.

Z tego, co piszesz, wynika trochę, że natykając się na nowe zjawisko, na które nie mamy jeszcze słownictwa, powinniśmy założyć ręce na piersi, stwierdzić: „Nasz język tego nie przewiduje”, po czym ignorować je lub opisywać słowami, które nie oddają w pełni jego złożoności.

Wskazane jest wprowadzanie nowego słownictwa, gdy spostrzeże się dziurę leksykalną, której omówienie istniejącymi wyrazami wymaga przydługiej definicji, czasem akapitów, czasem zgoła książki. Jest to jedno z działań, które umożliwiają nam postęp w dziedzinie opisu świata i dyskusji o nim. Powołałem się kiedyś na następujący przykład: trudno było rozmawiać o koncepcji manipulowania czyjąś wiarą we własne zdrowie psychiczne, dopóki nie ustabilizował się termin gaslighting (inna rzecz, że ostatnio nadużywany). Inny przypadek: w miarę sposobności nie zawaham się przed użyciem w literaturze (celem, jeżeli się da, wprowadzenia do polszczyzny normatywnej) przydatnego słowa kontest “konkurs testowy; ćwiczenie dla sportowca mające naśladować warunki i presję, na jakie natknie się podczas zawodów”.

Kłopot pojawia się wówczas, gdy ktoś nie ogranicza się do proponowania użytecznych słów, lecz – czerpiąc zapewne wzorce równouprawnienia z bezrodzajowego języka angielskiego – wyraża przekonanie, że języki rodzajowe (zależy, jak liczyć, ale około połowy wszystkich języków świata) są obciążone grzechem pierworodnym i w imię postępu należy je odgórnie zniekształcić do niepodobieństwa lub wręcz wyrugować. Bywa, że ekstremalne przypadki takiego podejścia kojarzą się wręcz z myśleniem neokolonialnym. Tymczasem języki rodzajowe są tak samo zdatne do obiektywnego opisu świata, jak i bezrodzajowe: kategoria gramatyczna nie odnosi się przecież do samej istoty zjawisk. Chybione byłyby próby przymusowego wprowadzania rodzaju nijakiego do języka o dwóch rodzajach, a co dopiero rodzaju “jeszcze-bardziej-nijakiego” do języka, który już ma rodzaj nijaki (z założenia mogący obejmować sobą to, co nie jest jednoznacznie męskie lub jednoznacznie żeńskie). Jak celnie zauważa autor ciekawej pracy https://socjolingwistyka.ijp.pan.pl/index.php/SOCJO/article/view/222, nie udaje się udowodnić istnienia związku pomiędzy strukturą danego języka a poprawnym funkcjonowaniem posługujących się nim społeczności.

 

Trzeba jednak zauważyć, że opowiadanie, o którym dyskutujemy, nie zawiera rzeczywistej próby wprowadzenia nowego rodzaju gramatycznego w polszczyźnie, lecz jedynie zniekształcenia pewnych form zaimków osobowych. Mamy bowiem:

kto? co? – on, ona, ono;

kogo? czego? – jego, jej, jego;

komu? czemu? – jemu, jej, jemu;

kogo? co? – jego, jej, je;

z kim? z czym? – z nim, z nią, z nim;

o kim? o czym? – o nim, o niej, o nim;

o! – wołacz zdegenerowany.

Łatwo też zauważyć, że Odarte opisywane są stale w rodzaju nijakim. Wydaje się więc, że postaciom w tym utworze identyczne brzmienie form dopełniacza zaimka osobowego męskiego i nijakiego przeszkadza na tyle, że zniekształcają ten ostatni do postaci jeno (celownik zapewne przyjmuje formę jenu, a co robią z narzędnikiem i miejscownikiem, o jeny!, chyba wolę nie wiedzieć). Nie mogę się wypowiadać za ogół czytelników, ale sam postrzegam to jako raczej dziwaczne i konfundujące, zwłaszcza gdy poza tym ci bohaterowie literaccy posługują się całkiem poprawną polszczyzną.

Dopóki jednak taka deformacja występuje tylko w dialogach i zapisach myśli, a nie w narracji, dałoby się ją stosunkowo łatwo uprawdopodobnić odpowiednim dopiskiem typu infodump (przy okazji, kolejna dziura leksykalna w języku polskim). Tylko po co? Przypominałoby to przecież opowiadanie o rycerzu, który posiada zamek i uporczywie określa go jakimś sztucznym neologizmem, aby nikt przypadkiem nie śmiał pomyśleć, że chodzi o zamek w spodniach. Czytelnik zrozumiał, że postać jest rodzaju nijakiego, i właśnie dlatego spodziewa się poprawnej odmiany zaimka ono, a otrzymuje – nieuzasadniony eksperyment.

 

Pozdrawiam i życzę weny,

Ślimak Zagłady

Przede wszystkim, jak to u Ciebie, pięknie napisane. Barwne opisy, rozbudowane zdania, eksperymenty słowne – szczerze doceniam Twój styl i sprawne posługiwanie się językiem.

Sama historia też mi się bardzo podoba, wciągająca od samego początku, rozgrywająca się w interesującym świecie; zakończenie mocno satysfakcjonujące. Na plus bohaterowie i dylematy przed którymi ich stawiasz. tekst daje do myślenia :)

Oczywiście klikam bibliotekę :)

Podziękowania, panowie, za bardzo szybkie wyjaśnienie związane z "jeno"! :-) Już rozumiem, w czym szkopuł: przyzwyczajenie do pojawiania się tego słowa w określonym znaczeniu, odmiana rodzaju nijakiego, która w niektórych formach staje się męską.

 

Ślimaku Zagłady – masz rację, choć z domysłem form lekko przestrzeliłeś. :-).

W tym przypadku – rodzaj neutralny z elementami postpłciowego:

Odmiana:

Mianownik ono

Dopełniacz jeno / nieno

Celownik nu

Biernik no

Narzędnik niemu

Miejscownik niem

1 os. –om

2 os. –oś

3 os. –u

Przymiotniki –e

 

Sprawa jest poważniejsza, bo stopień zgenderyzowania języka, w tym przypadku polskiego, ma wpływ, lecz nawet w angielskim (i innych) ma znaczenie i zaczynają pojawiać się rozróżnienia.

Niestety, wydaje mi się, że sprawa zastosowania obecnej odmiany nie rozwiązuje problemu, pomijając już kwestię samego rodzaju nijakiego, ponieważ raczej mówi się o neutratywach (analogicznie do feminatywów), bo neutratywy nie są "nijakie".

Gdy w 1987 roku ukazała się "Lewa ręka ciemności", L. Jęczmyk tłumaczył ją używając form męskich, z kolei w “Królowej Zimy” już męskich i żeńskich. Jednak pierwsza to ponad trzydzieści lat temu. Dukaj w "Perfekcyjnej niedoskonałości" z 2003 już używał zaimków "jeno, nu" i końcówek z -u, tak jak napisał Światowider. Dukaizmy są formami postpłciowymi. W normalnym życiu nie jest to takie skomplikowane jak teraz, gdy próbuję opisać, po prostu zwracasz się do kogoś tak, jak ten ktoś sobie życzy i cześć. ;-)

W wielu tekstach kultury przynajmniej od około ośmiu lat coraz częściej pojawiają się formy niebinarne i polscy tłumacze mają z tym ogromny problem, który w różny sposób próbują rozwiązać. Współcześnie nie ma jeszcze uzusu i normy, natomiast prawdopodobnie się ukształtuje. Osoby niebinarne używają form, które według nich najlepiej je opisują i zależy im na tym, aby inne osoby je respektowały.

Jeśli chcecie, popatrzcie na stronę zaimki.pl, jest najlepsza z tego, co udało mi się znaleźć. Prowadzą ją osoby niebinarne z naprawdę dużym sensem i sercem wkładanym w deskryptywny charakter strony. Próbują opisać to, co jest. O ile wiem, również z chęcią pomagają rozwikłać pisarskie problemy związane z formami.

Jeszcze raz podlinkuję do dwóch miejsc, abyście nie szukali na stronie, bo tam zamieszczono bardzo dużo tekstów i biorę pod uwagę czas:

*teksty kultury (możecie sobie wybrać książki, filmy, gry itd)

Niebinarna polszczyzna w tekstach kultury

*FAQ (trochę o tym, po co to wszystko):

Często zadawane pytania

 

Światowidrze,

wydaje mi się, że niepotrzebnie nałożyłaś na opowiadanie konotacje odnoszące się do kolonizacji XIX-wiecznej, których w samym tekście (przynajmniej w mojej ocenie) wcale nie ma.

Możemy się różnić, to nic takiego.  ;-) Dla mnie , mojej ocenie jest. Zerknij na poniższy fragment:

"Cesarstwo, niech łaska Zamarzniętego Boga nigdy go nie opuszcza, stąpało po kruchym lodzie. Nigdy dotąd nie udało im się zapuścić tak daleko w głąb ziem dzikich koczowniczych klanów Geh-deray, aż do podnóża Gouragi, ich świętej góry. Litość była najdalej na północ wysuniętą kolonią na Pograniczu; daleko od posterunków, z których mogłaby przyjść odsiecz w razie, gdyby w obozie wybuchł bunt. Halyszti odpowiadał za jej sprawne funkcjonowanie i utrzymanie porządku wśród niewolnych robotników"

To wstępny fragment opowiadania i nie opis kolonii karnej – miejsca zsyłki, lecz najdalej wysunięty przyczółek, bardzo przypomina kolonie zakładane w Ameryce.

Piszesz, że nie ma ideologii: przy najazdach – zawsze jakaś jest. Ideologia to zbiór uporządkowanych poglądów służących ludziom do objaśniania świata. Zwróć uwagę na nazewnictwo – Inkwizytor, jego stosunek do tubylców i rdzennych mieszkańców. Jednak – to prawda – nie znamy jeszcze powodów łupienia oraz religii najeźdźców. 

Piszesz o mniej lub bardziej sympatycznych bogach. Hm, rozejrzyj się po rozlicznych wierzeniach, systemach religijnych, nawet chrześcijaństwie. Czy nie znajdujesz tam "niesympatyczności", niepojętości? 

Halyszti nie jest dla mnie typowym złolem, raczej przedstawicielem drugiej strony, odpowiedzialnym za utrzymanie powierzonego jego pieczy miejsca w porządku od niego wymaganym. Jest ambitny, dociekliwy, chce spełnić pokładane w nim nadzieje, co jest zrozumiałe, a i niekoniecznie jednowymiarowy – koszmary nocne i dysonans zachowania Upiora.

pod srd :-)

a

PS. Gravel, kciuki będę trzymała! :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Pokazałaś bardzo mroczny świat, a atmosfera towarzysząca zdarzeniom zdaje się być gęsta, wręcz lepka i próżno starać się dostrzec tu jakieś jasne barwy, bo wszystko okryte jest mrokiem i ciemną szarością.

Postaci nader osobliwe, ale nie mam wątpliwości, że każda została zaprezentowana we właściwy sposób.

Wykonanie bardzo porządne i tylko nie ukrywam, Gravel, że przy Twoim „jeno” zgłupiałam i poczułam się mocno skonfundowana.

 

w sza­rych mun­du­rach z em­ble­ma­mi Lodem Sku­tych… ―> …w sza­rych mun­du­rach z em­ble­mata­mi Lodem Sku­tych

 

Zdjął ubra­nia, na­szyj­nik z kłem ro­so­ma­ka… ―> Zdjął ubra­nie, na­szyj­nik z kłem ro­so­ma­ka

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą mamy na sobie to ubranie.

 

jak szron pod bu­ta­mi za­błą­ka­ne­go wę­drow­cy. ―> …jak szron pod bu­ta­mi za­błą­ka­ne­go wę­drow­ca.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytane.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Gekikaro, dziękuję za komentarz i klika. Zgodzę się z zarzutem o przyciężkawy styl; próbuję hamować zapędy w stronę kwiecistości, ale czasem po prostu nie wychodzi ;) Zwłaszcza, że ostatnio czytam sporo kwiecistych książek, a potem automatycznie część tego przesącza się do mojego pisania.

 

katio, bardzo dziękuję za komentarz i klika, cieszę się, że się podobało.

 

CM, dziękuję za przeczytanie.

 

Reg, dziękuję za przeczytanie i czujne oko, jak zawsze ;)

 

 Światowiderze, dziękuję za obszerny, ciekawy komentarz. Obiecałam sobie, że nie będę po fakcie tłumaczyć zawiłości uniwersum, bo to taka trochę musztarda po obiedzie, więc… ;) Mogę jedynie obiecać, że następnym razem zwrócę baczniejszą uwagę na kwestie, które poruszasz.

Żałuję, że nie miałam więcej miejsca, żeby w tekście szerzej zarysować konflikt między Cesarstwem a Geh-deray. Rozumiem, że w obecnej formie może wydawać się płaski, a postaci, zwłaszcza inkwizytora, jednowymiarowe. Wynika to z pewnych uproszczeń, które trzeba zastosować, gdy limit znaków jest jednak dość ograniczony. W książce starałam się ten konflikt bardziej zniuansować – z jakim efektem, nie wiem.

 

Ślimaku Zagłady, dziękuję za rozwinięcie tematu. Rozumiem Twój punkt widzenia i szanuję go, chociaż moje sumienie się z nim nie zgadza. Wasza – Twoja i Asylum – dyskusja, chociaż ciekawa i pouczająca, wkroczyła na poziom, który zdecydowanie wykracza poza moje zdolności intelektualne i wiedzę filologiczną, wobec czego mogę jedynie przytoczyć tu słowa Asylum:

Osoby niebinarne używają form, które według nich najlepiej je opisują i zależy im na tym, aby inne osoby je respektowały.

I tyle, to moja motywacja dla “udziwniania” zaimków. Liczyłam się z tym, że wiele osób po prostu się od tego odbije, trudno. Wierzę, że za jakiś czas sytuacja gramatyczna osób niebinarnych ustabilizuje się w sposób, który będzie powszechnie akceptowalny i zrozumiały. 

Dziękuję jeszcze raz.

Bardzo proszę, Gravel. Miło mi, że mogłam się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, Gravel!

 

Za największy plus opowiadania uznaję klimat. Jest baardzo mrocznie, ale też adekwatnie do historii. Zakończenie nieoczywiste, ciekawe, ale smutne.

Bohaterowie ciekawie zarysowani, najbardziej podobał mi się Zimowy Głód, budził sympatię, ale rolę ostatecznie dostał dość trudną. Cóż… opowieść tego wymagała, ale jak spojrzysz w moją sygnaturkę, to się dowiesz, co o tym myślę ;)

Ja też mocno się na jeno zatrzymałem, ale widzę, że wyżej poszła już naukowa rozprawa na ten temat. Nie mnie się w to jeszcze mieszać :D

Ogólnie bardzo na plus, widzę że Reg wrzuciła już ostatnią polecajkę, więc nie będę już kolejnej dokładał.

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

W książce starałam się ten konflikt bardziej zniuansować – z jakim efektem, nie wiem.

W takim razie pozostaje czekać, aż będzie ona dostępna do przeczytania :)

Cześć!

 

Beczka ze smołą, ciemno tu, gęsto i lepko. Lubię takie klimaty! Zabagnione pogranicze, gdzie stare walczy z nowym i upiory z uroczysk zwodzą ludzi na śmierć. Bardzo barwnie opisujesz świat, w którym próżno szukać kolorów poza czerwienia krwi i czernią nocy. Doskonale dobrałaś styl to opisywanej tematyki. Wyszło mrocznie, ale nie szaro!

Napisane bardzo sprawnie, choć w kilku miejscach zawiesiłem się na dziwnej konstrukcji. Zwłaszcza ta „gęstwa” mnie wybiła, bo jest praktycznie na samym początku. Sprawdziłem i wiem już, że jest takie słowo, ale mam wrażenie, że nie jest ono zbyt powszechne, może warto zmienić (a może to zależy od regionu i tylko u mnie tak nie mówią)?

Ludzie znikali, gdy zapuścili się za daleko w mrok pod gęstwą bagiennych drzew.

I jeszcze dwa poniższe:

która okrywała dno lesistej, podmokłej doliny niczym gęsty kożuch na mleku.

Trochę dziwnie to brzmi imho; jeżeli okrywała to niczym kożuch mleko, a nie kożuch na mleku

Samotny bóg wynurzony z dna oceanu, nie tolerujący żadnych innych bogów na swych ziemiach.

Wynurzony z dna brzmi dziwnie. Można się z oceanu wynurzyć, ale z dna?

 

Ale poza tym wykonanie super. Od początku do końca trzyma tempo i klimat.

Fantastyki to dużo, światotwórstwo również wypada przekonująco. Dostajemy dokładnie tyle, ile trzeba. Poznajemy motywacje i położenie bohaterów, których los pcha ku sobie i zagrzewa do walki. Przez wzgląd na wcześniejsze wyczyny bohatera mam trochę problem z jego zachowaniem pod koniec, ale może spotkanie z bogami coś mu pokazało, odmieniło perspektywę. Nie każdemu też spodoba się przyjęta forma zakończenia, ale ma to swoje uroki i współgra zresztą opowiadania.

Podsumowując, kawał porządnego, mrocznego fantasy.

 

2P dla Ciebie: Pozdrawiam i Polecam do biblioteki!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Hej, hej Gravel!

Krótko mówiąc – bardzo mi się podobało. Nie czytałem, patrząc na wykonanie konkursowe, tylko na samo opowiadanie. Postacie nie były co prawda jakieś bardzo ciekawe (z wyjątkiem psa, bo on wyszedł znakomicie), to klimat zdecydowanie nadrabiał wszelkie niedociągnięcia. Miałem jeden moment, w którym dość ciężki i kwiecisty styl mnie zmęczył, ale tylko na chwilę.

Dobre porównania, dobre opisy. Tak powinno wyglądać dark fantasy, brutalne i moralnie niejednoznaczne.

Klikam i pozdrawiam

No, klimat potrafisz budować niesamowicie. Czułam tę beznadzieję, wciągnęła mnie, oplotła mackami tak, że nie mogłam się wyrwać, i ciągła coraz głębiej. Krótko mówiąc: zdołowałaś mnie koncertowo.

Natomiast na poziomie historii… Ona jest prosta, ot jedyny ocalały pragnie zemsty, za przeciwnika ma inkwizytora nie całkiem chyba czastego pochodzenia. I oczywiście ocalały przegrywa. I może byłaby to opowieść o bezsensowności narwanej, nieprzemyślanej zemsty, ale nie czuję tu tego, czuję coś wręcz przeciwnego, jakby te jego decyzje były tymi jedynie właściwymi.

Postacie też wyszły niezbyt barwne. Gdybym miała uszeregować, najciekawszy byłby pies, po nim inkwizytor, a Każmarok na szarym końcu. Przy czym właściwie z żadną z postaci nie czułam się głębiej związana.

Myślę, że bardziej niż o samą historię, chodziło Ci o wyjaśnienie pewnych pojęć, przedstawienie uniwersum (nawet wiem jakiego) i to wyszło ciekawie.

Mimo marudzenia klikłabym, ale znowu jestem spóźniona ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć wszystkim. Wybaczcie, że odpisuję z takim poślizgiem, ale dzisiaj włączyłam laptopa pierwszy raz od chyba tygodnia.

 

Krokusie, dziękuję pięknie za komentarz i miłe słowa. Zgadzam się w zupełności z Twoją sygnaturką, ale na swoją obronę mogę rzec, że Zimowy Głód podjął decyzję świadomie i wiedząc, na co się pisze ;)

 

krar85, dzięki za komentarz, polecajkę i wyłapanie rzeczy do poprawki. Co do “gęstwy”, nie wiem, czy to regionalizm, bo nigdy się nie spotkałam z tym słowem na żywo, w mowie. Gdzieś mi mignęło w jakiejś książce, podoba mi się jego brzmienie ;)

 

Zanaisdziękuję za miłe słowa i klika, cieszę się, że Ci się podobało ;)

 

Irko, dziękuję za komentarz i potencjalnego klika ;)

Myślę, że bardziej niż o samą historię, chodziło Ci o wyjaśnienie pewnych pojęć, przedstawienie uniwersum (nawet wiem jakiego) i to wyszło ciekawie.

No tak, ja już tak standardowo nie umiem w fabułę ;P Ostatnimi czasy staram się tym nie przejmować i piszę po prostu dla klimatu, dla światotworzenia i malowania sobie w głowie obrazków. Historie zostawiam innym ;)

 

Cześć gravel!

Przyznam, że nie była to lekka ani miła lektura (w sensie przyjemnej rozrywki). Po części dlatego, że drobiazgowe, a nawet ciężkie opisy i mroczny klimat nie zostawiły zbyt wiele miejsca dla samej historii. Czasami rozwlekasz fabułę do granic możliwości, wtrącając jeszcze jeden i jeszcze jeden szczegół z opisu świata. Rozumiem, brnięcie w ten bagienny świat sprawia wiele przyjemności pisarzowi, ale już samemu czytelnikowi – niekoniecznie :)

Co do kompozycji: zakończenie w stosunku do pełnego napięcia początku i środka wydaje się powierzchowne i traci na intensywności. Właśnie wtedy, gdy przechodzisz do zdarzeń i spodziewamy się jakiegoś rozwązania budowanego od początku konfliktu, pośpiesznie kończysz historię i nie wiem, co o tym myśleć: dobrze się skończyło, czy źle?

Spodobały mi się metamorfozy i zdawkowo ujęci bohaterowie. A także walka między Zmarzniętym bogiem a bogami magii – miałam nadzieję, że będzie o tym więcej w opowiadaniu.

Pozdrawiam!

 

Cześć, chalbarczyk!

Dzięki za komentarz. W pełni rozumiem, że ciężki styl mógł zmęczyć – dlatego tym bardziej doceniam, że przebrnęłaś do końca i zdołałaś znaleźć plusy ;)

Rozumiem też, że zakończenie może wydawać się pospieszne i mało intensywne; nie udało mi się wkomponować tej historii w limit konkursowy, a dodatkowo chyba jednak niewłaściwie rozłożyłam akcenty, zanadto skupiając się na budowaniu klimatu, zamiast samej opowieści.

Dzięki za przeczytanie, pozdrawiam!

Bardzo fajne opowiadanie, gęste, mroczne i wciągające…

…za wyjątkiem końcówki. Jak dla mnie – jest zbyt otwarta. Walczyli sobie ludzie i nieludzie, walczyli, a koniec końców nie mam pojęcia, na czym stanęło.

No, z ust popłynął mu piołun. I? Piołun jest gorzki, jest trujący, działa psychodelicznie albo leczniczo. Którą z właściwości miałaś na myśli? W tekście podkreślasz gorzkość, ale to chyba łagodna kara. Dookoła bohatera zebrali się najeźdźcy i niedobitki tubylców. Na kogo podziałał piołun z ust?

A “jeno” odruchowo zinterpretowałam jako “tylko”. Czyli w tym przypadku zabawa z zaimkami nie wypaliła.

Babska logika rządzi!

Finklo, dziękuję za przeczytanie.

Ech, cholera, pisanie zakończeń jest trudne. Chciałam, żeby było otwarte i przesadziłam, a nie lubię tłumaczyć niejasności w komentarzach, bo skoro wyjaśnienia są potrzebne, to znaczy, że tekst zawalił i jest już za późno ;)

Także tego… Postaram się, żeby następnym razem było lepiej ;P

Dzięki za wizytę!

Hmm, nie wiem, mogę pisać tylko podług siebie, tj. opinii.

Gravel, trudno zadowolić wszystkich, jak powiadają tutaj i gdzie indziej. Trudno napisać matematyczne opowiadanie, jeśli przenosi się idee, a rozwiązania są niedostępne od ręki. 

Dla mnie piołun w końcówce, Finklo, przenosił obie funkcje, czyli leczniczą i trującą.

Akt oddania był bardzo spektakularny, do wielu treści się odnosił. Stanęło na wątłej nadziei, na której nie można polegać, ale może gdzieś, kiedyś się uda, a może nawet tam i w czasie opisywanym.

Uchwyciłaś, Gravel, coś majaczącego się na horyzoncie, nieoczywistego, przeniosłaś na papier/ekran, dokumentując treścią dark fantasy. Opko jest uniwersalne, daje wgląd w naturę procesu, mechanizmy i w dodatku pokazuje perspektywę obu stron, a poniekąd odczucia przynajmniej niektórych ziemskich mieszkańców. Pięknie wplotłaś magię i tajemnicę. 

Niestety, jestem odosobniona w swoich sądach/ocenach. Czasami zastanawiam się, jak trafić w czas, aby za bardzo nie wyprzedzać. Widzisz, dla mnie, gdy schemat jest ograny i zrozumiały, najczęściej oznacza "mainstream" i nic nowego nie wnosi, ponieważ stanowi kalkę, papkę z serwowanej tubki ponoć pożywnego pokarmu. Zatem, cóż, trza wyważać, ale nie idź za bardzo na kompromisy, proszę! :-)

Tak jak nie przepadam za fantasy, Twoje opowiadania są inne, ożywcze i mnie zatrzymują. Chyba muszę zdecydowanie przestać nominować, bo sam akt staje się wskazaniem negatywnym. A może po kwiczy moje "ego"? Z drugiej strony mam wiele doświadczeń, gdy boksuję się ze znajomymi, współpracownikami, przyjaciółmi i po czasie wychodzi niejako na "moje". Nie zawsze, ale jednak. W każdym razie zaklinasz w swoich opkach odczucie, pokazujesz cenę, rachunek, odwołujesz się do znanych nam wzorców. Dla mnie przekaz bardzo jasny. 

pzd srd :-)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, jest jeszcze funkcja absyntotwórcza. Ona też tam była? ;-)

Babska logika rządzi!

Ano, powstał jako eliksir przeciwbólowy i potem stał się trunkiem bohemy artystycznej, stąd romantyczne wizje. Alkohol. Nie piłam nigdy absyntu, choć w Czechach ponoć był popularny.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ja piłam (żadna rewelacja, a na drugi dzień straszliwie nie chce mi się pracować), ale podobno współczesny absynt to już nie to samo – jest pozbawiony tych substancji, które najbardziej jeżdżą po psychice.

Babska logika rządzi!

Znaczy mocny był. Lubię smakować różne trunki, ale mocne i psychiczne – już niekoniecznie, chyba że w bardzo kontrolowanych warunkach, dla eksperymentu. Lubię anyż, kiedyś nawet pogryzałam gwiazdki na zmianę z goździkami. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, przyznam szczerze, że zaczynałam pisać tę odpowiedź chyba z pięć razy, bo zupełnie nie wiem, jak ująć myśli. Ale spróbuję.

Wiem, że nie da się zadowolić każdego i nie zamierzam nawet próbować. Literatura to nie matematyka, chwała bogom, i część jej uroku polega zawiera się właśnie w tym, że każdy szuka w niej czegoś innego i coś innego znajduje. Ja przecież też nie piszę tylko dla poklasku jak największego tłumu, chociaż, oczywiście, im więcej zadowolonych czytelników, tym lepiej. Ale moim zdaniem wystarczy jedna osoba, która odnajdzie w moim pisaniu coś dla siebie, żeby nadać temu co robię sens.

Krążą mi po głowie słowa Kazuo Ishiguro, bodajże z mowy, którą wygłosił po otrzymaniu Nobla: “But in the end, stories are about one person saying to another: this is the way it feels to me. Can you understand what I’m saying? Does it also feel this way to you?”.

Ja to odczytuję tak: pisanie to proces szukania walidacji w świecie zimnej, cichej próżni solipsyzmu. A uderzając w mniej dramatyczne tony: nieśmiałe wręczanie własnego serca czytelnikom, by dowiedzieć się, czy oni czują tak samo, czy moje teksty rezonują w nich i wywołują… coś.

Przyznam, że jakaś część mnie odnosi wrażenie, że Twój odbiór tego opka jest aż nazbyt pochlebny i dostrzegasz w nim znaczenia, których nie próbowałam świadomie zawrzeć. Ale z drugiej strony, cała reszta mówi, że to po prostu oznacza, iż tekst rezonuje. Cel osiągnięty.

Chyba muszę zdecydowanie przestać nominować, bo sam akt staje się wskazaniem negatywnym.

Jeśli mogę wyrazić swoją opinię: nie przestawaj. Nigdy nie wiesz, kto zajrzy do wątku z nominacjami, przeczyta tekst, który nominowałaś i również znajdzie go rezonującym. Ja na przykład bardzo doceniam Twoją nominację dla powyższego opowiadania i niezmiernie się cieszę, że uznajesz je za tak dobre; nawet, jeśli nieco na wyrost ;)

Po tej wcale nie małej szczypcie dramatyzmu: pozdrawiam Cię również bardzo serdecznie i dziękuję!

 

Finklo, nie można przecenić absentotwórczej funkcji piołunu ;) Ale i sam piołun jako roślina jest fascynujący. Jego symbolika, rola w kulturze, legenda, w którą obrósł absynt – no i oczywiście jeżdżenie po psychice (ale mnie zawsze ciągnęło do takich rzeczy). Piołun wydawał się pasować do bohatera, których jest synestetykiem i może smakować emocje i uczucia. Przyznam, że z tym zakończeniem zawaliłam, ponieważ planuję jeszcze tę postać wykorzystać i rozwinąć wątek synestezji; więc tutaj cała culpa jest moja, że nie potraktowałam tego opowiadania jako zamkniętej całości, lecz jako rozbiegówkę.

Literatura to nie matematyka, chwała bogom

Chwała bogom. < 3 A cytat z Kazuo Ishiguro bardzo lubię. Rację ma, chyba. :-) Oglądałam ostatnio film R.Hamaguchi, "W pętli ryzyka i fantazji". Trzy nowele, bardzo kameralne, relacyjne, cudnie zniuansowane dialogi. Wszystkie łączy wątek przypadku i fantazji związanej z nieprzewidywalnymi zachowaniami, co jest jest szczególnie ważne przy stereotypowej powściągliwości emocjonalnej Japończyków. Kapitalnie zaobserwowane.

Wspominam, ponieważ silnie zindywidualizował, pokazywał, nie korzystając z nazw emocji/uczuć, aktorzy wypowiadali swoje kwestie patrząc w oko kamery. Słuchałam wywiadu z nim jak pracuje, też ciekawie – aktorzy beznamiętnie czytają na próbach tekst, aż "zaskoczą" (powiedział, że taka była metoda pracy z aktorami Jeana Renoira).

z drugiej strony, cała reszta mówi, że to po prostu oznacza, iż tekst rezonuje. Cel osiągnięty.

Tak, zdecydowanie rezonuje i cel osiągnięty. :-) Wątki, które pojawiły się w Twoim opowiadaniu, silnie mnie obecnie absorbują. Zaczynam inaczej patrzeć na wiele spraw, też historycznie, przez "ogradzania", kolonizacje różnej maści, generalnie procesy zawłaszczania, drogi i metody.

Czy nazbyt pochlebnie? Oczywiście, nie potrafię tego ocenić, ale słowa są na swoich miejscach, struktura wyraźna, fabuła i dylematy, odczucia. Pewnie, że chciałoby się czytać dalej i w tym znaczeniu nie postawiłaś kropki nad "i", znaczy trzeba poczekać. :-)

 

Jeśli mogę wyrazić swoją opinię: nie przestawaj.

W takim razie nie przestanę. Jeśli jedna osoba mówi/pisze, że warto, ma to dla mnie znaczenie. Dziękuję.

srd :-)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć!

 

Bardzo dobry tekst. Przede wszystkim gęsty od klimatu moczarów i partyzanckiej walki z najeźdźcą. Genialnie przedstawiłaś scenę wejścia w trzewia zwierzęcia. Sporo jest perełek językowych, chociaż czasami przeszkadzał mi nadmiar porównań (np. O korowodach szczurów, które pląsały i tańczyły po podłodze baraku jak ekstatyczny tłum. O mgle, która podnosiła się z bagien, ciepła i wilgotna jak gnijące łono. Halyszti zbudził się zlany potem, z krzykiem zamierającym na wargach. Przez mgnienie oka zdawało mu się, że słyszy cichy śpiew, groźny i zwodniczy jak błędne ognie mamiące wędrowców., a chwilę wcześniej: W Litości, w cieniu potężnej Gouragi, magia rosła w siłę jak rzeka zasilona nowymi dopływami.). Zapewne to celowe, natomiast w którymś momencie poczułem przesyt. Nie na tyle, aby przerwać lekturę, ale płynność czytania została lekko zaburzona. ;-)

Historia rozwija się dość niespiesznie, równym tempem. I czasami mi tej dynamiki trochę brakowało. Podobało mi się zatem, jednak traktuje to jako wstęp do kolejnych historii w przedstawionym świecie, który jest bardzo intrygujący. Kreacja uniwersum to w mojej ocenie najmocniejszy punkt opowiadania (obok języka, ale tu dobrze by zrobiła, moim skromnym zdaniem, lekka redukcja porównań ;-)).

 

Z tym(-,) że w takie bajki mogli wierzyć prości żołnierze.

Ciała trzech żołnierzy, których wysłał z poselstwem do najbliższej kolonii(+,) wisiały na drzewach przy trakcie, udrapowane ze starannością, z jaką słudzy Cesarza ozdabiali salę tronową sztandarami przy okazji świąt i uroczystości.

Wstał, opierając się o drzewo(+,) by nie upaść.

Ciało, w którym zamknięto rozdartą świadomość(+,) jest tylko… ciałem.

Dziwna rzecz, którą musi dźwigać(+,) wypada z krwawego łona i leży, skulona, drżąca, rozdarta świadomość zamknięta w kolejnym więzieniu z mięsa i kości.

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie! :-)

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Technicznie: bardzo dobrze napisany tekst z jedną bardzo poważną ortograficzną wpadką. ;-)

Interpretacja tematu: widać dość luźne podejście w tej kwestii. Z jednej strony realizacja zagadnienia konkursowego jest w jakiś sposób zauważalna – tego w żadnym wypadku odebrać Ci nie można. Z drugiej strony trzeba też zauważyć, że potencjał i możliwości, jakie daje temat konkursu, zostały wykorzystane w dość ograniczony sposób.

Fabuła i poprawność: bardzo sprawnie napisane i złożone opowiadanie. Tekst stoi klimatem, który nie tylko stanowi wartość opowiadania, ale również w jakimś stopniu kompensuje niejako nieco słabszą warstwę fabularną. Ona akurat poziomu klimatu nie trzyma. Nazwałbym ją takim elementem, który solidnie spełnia swoją (raczej drugoplanową) rolę, ale nie robi wiele więcej. Tak czy inaczej w dalszym ciągu jest to kawał naprawdę solidnego opowiadania. Znać tu dobry warsztat i spore pojęcie o pisaniu (przede wszystkim o tym, jak zrobić użytek ze swoich atutów), więc ocena tekstu jako całości musi być wysoka.

Dziękuję za udział w konkursie.

No i gratuluję podium. :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Asylum, przepraszam, że Ci nie odpisałam tyle czasu, ale wiesz jak jest – jak się od razu nie odpisze, to potem każdego dnia coraz trudniej się zebrać. W każdym razie dziękuję Ci jeszcze raz za wszystkie miłe słowa i za polecajkę filmową. Jeśli tylko będę miała okazję, obejrzę.

 

Filipie, dzięki za komentarz. Cieszę się, że Ci się podobało i dzięki za zwrócenie uwagi na ten fragment, który wypisałeś. Rzeczywiście, namnożyło się tego dziadostwa ;) A redukcja będzie zdecydowanie wskazana.

 

Szanowne Jury w osobie CM, dobry wieczór.

Technicznie: bardzo dobrze napisany tekst z jedną bardzo poważną ortograficzną wpadką. ;-)

Chodzi o ten nieszczęsny zaimek, czy jeszcze coś mi umknęło? ;)

 

Z drugiej strony trzeba też zauważyć, że potencjał i możliwości, jakie daje temat konkursu, zostały wykorzystane w dość ograniczony sposób.

Wieeem, też mam wrażenie niewykorzystanego potencjału i to na wielu różnych polach. Na początku próbowałam pisać tekst mocniej oparty o temat synestezji, trochę korzystając z własnych doświadczeń, ale przerosło mnie to. Dlatego, przyznaję, w tym tekście synestezja jest dość naciągana i nie odgrywa tak dużej roli, jak by mogła.

 

Znać tu dobry warsztat i spore pojęcie o pisaniu (przede wszystkim o tym, jak zrobić użytek ze swoich atutów)

Dziękuję, chociaż tutaj się nie zgodzę: mam po prostu pewne pojęcie o tym, jak zamaskować swoje słabości ;) Mój mózg wymięka, kiedy próbuję sklecić jakąś bardziej skomplikowaną historię. Dlatego staram się dopieścić klimat i język, żeby odwracały uwagę od braku fabuły :D

Dziękuję jeszcze raz, podwójnie: za ciekawy konkurs i wysoką ocenę.

 

Pozdrawiam wszystkich!

Daj pokój, nie przepraszaj. :-) W pisaniu nigdy nie wiadomo jak zakończyć wymianę. W realu jest jakoś łatwiej. Filmu nie musisz oglądać, choć ciekawy. Za to jeden z Netflixa polecam – kocham Attenborough i jego świadectwo (Życie na naszej planecie), choć sądzę, że nie musisz tego robić, ponieważ to wiesz. Z ostatnich filmów – interesujący czeski “Niefortunny numerek lub szalone porno”, dobrze złożony i cholernie oniryczny “Smak”.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nowa Fantastyka