- Opowiadanie: Gekikara - Żarniczka na beczce prochu

Żarniczka na beczce prochu

Chciałbym serdecznie podziękować betującym, zwłaszcza że miałem czas przemyśleć uwagi i co mogłem, to zmieniłem w tekście. Myślę, że jak na (w zamyśle) krótką, szybką i lekką (w pisaniu, czy w czytaniu to się okaże) historię, to i tak wyszło lepiej, niż zakładałem. 

Z góry chciałbym też przeprosić wszystkich Wrocławian, a zwlaszcza mieszkańców Psiego Pola - zbieżność nazw jest całkowicie przypadkowa. 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Żarniczka na beczce prochu

O Psim Polu słów kilka

 

 

Jedni mówią, że nazwa tej kra­iny po­cho­dzi od grzy­bów, przez chło­pów psia­ka­mi zwa­nych, w wiel­kiej liczbie po­ra­sta­ją­cych tu­tej­sze do­li­ny. Inni, że to za­słu­ga sfor dzi­kich psów, spę­dzo­nych tu z po­bli­skich, le­piej strze­żo­nych, ziem. Jesz­cze inni, że to naj­bar­dziej za­pa­dłe, po­zba­wio­ne bo­gactw, uro­dzaj­nych gleb i ja­kie­go­kol­wiek zna­cze­nia miej­sce na całym kon­ty­nen­cie, gdzie lu­dzie żyją nędz­nie ni­czym bez­pań­skie kun­dle.

Przez wieki wojny omi­ja­ły to miej­sce, wcie­lo­ne czy­stym przy­pad­kiem w gra­ni­ce Im­pe­rium, gdy za­błą­ka­ne woj­ska w trak­cie jed­nej ze zdo­byw­czych kam­pa­nii, po­my­liw­szy Bin­du­gę z inną, bar­dziej istot­ną rzeką, prze­pra­wi­ły się na drugi brzeg i do­tar­ły aż do trzę­sa­wisk na po­łu­dnio­wym wscho­dzie.

A co raz do­sta­ło się w ma­chi­nę im­pe­rial­nej ad­mi­ni­stra­cji, nie opusz­cza­ło jej tak łatwo.

Jed­nak i to miało się zmie­nić, a to za spra­wą jed­ne­go nie­po­kor­ne­go od­dzia­łu, zło­żo­ne­go z mętów, wia­ro­łom­ców i szmu­gle­rów, któ­rych wy­sła­no na ko­niec świa­ta, do nisz­cze­ją­cej wa­row­ni, by w razie ataku z naj­mniej praw­do­po­dob­nej stro­ny Im­pe­rium nie stra­ci­ło choć­by jed­ne­go co­kol­wiek war­te­go żoł­nie­rza.

 

 

 

Nie­spi­sa­na hi­sto­ria po­rucz­ni­ka Wa­chow­skie­go, którą po­wta­rzać bę­dzie do­pó­ty, do­pó­ki ostat­nich płat­ków po­pio­łu wiatr nie po­nie­sie da­le­ko na drugi kra­niec świa­ta

 

 

Nocna ob­ła­wa przy­nio­sła re­zul­ta­ty. Dwa­dzie­ścia dwie za­ku­te w łań­cu­chy ko­bie­ty cze­ka­ły na błot­ni­stym placu przed na­mio­tem ka­pi­ta­na. Wszyst­kie ru­do­wło­se, pie­go­wa­te i le­d­wie doj­rza­łe jak lip­co­we brzo­skwi­nie. Że też tyle przy­sta­ją­cych do ry­so­pi­su nie­szczę­śnic za­miesz­ki­wa­ło wsie na Psim Polu.

Płach­ta bre­zen­tu za­fa­lo­wa­ła. To ka­pi­tan wy­szedł obej­rzeć poj­ma­ne dziew­ki. Z nie­od­łącz­nym wy­ra­zem nie­za­do­wo­le­nia prze­śli­zgnął spoj­rze­niem po ich twa­rzach, cmok­nął i wy­cią­gnął pa­pie­ro­sa.

– Która pod­pa­li? – za­py­tał, ale od­po­wie­dzią było je­dy­nie mil­cze­nie. – Tak my­śla­łem. Wa­chow­ski! – wy­wo­łał mnie.

– Tak, panie ka­pi­ta­nie!

– Zro­bi­my test pro­chu. Zor­ga­ni­zuj­cie dwa­dzie­ścia dwie becz­ki…

– Ale panie ka­pi­ta­nie, nasze za­pa­sy…

Ka­pi­tan zgro­mił mnie wzro­kiem.

– Nie muszą być duże! Wy­star­czą an­tał­ki, rusz cza­sem głową. – Ka­pi­tan wy­cią­gnął za­pal­nicz­kę. Pło­mień mu­snął czu­bek pa­pie­ro­sa, który roz­ja­rzył się po­ma­rań­czo­wym świa­tłem z wolna spa­la­ne­go ty­to­niu.

Mil­cza­łem. Do­brze zna­łem ka­pi­ta­na i byłem pe­wien, że ma jesz­cze coś do po­wie­dze­nia.

– O świ­cie urzą­dzi­my sobie mały pokaz. Daj znać po­zo­sta­łym, żeby ze­bra­li się na placu. Co tak wga­piasz gały? Dawno żeś baby nie wi­dział! Gdyby nie to, że jedna z nich może być żar­nicz­ką, to bym po­zwo­lił ci się z któ­rąś za­ba­wić… – Ro­ze­śmiał się i strze­pał po­piół tuż pod nogi jed­nej z ko­biet. Syk­nę­ła, kiedy kilka iskier do­tknę­ło jej pal­ców, wpra­wia­jąc go w za­do­wo­le­nie. – …ale jesz­cze byś tra­fił na wła­ści­wą, a wiesz, co o nich mówią. Ponoć, kiedy przy­cho­dzi do rze­czy, po­tra­fią wy­ssać z chło­pa całe życie. Potem błąka się taki jako upiór, bez­wol­ny, zdany na łaskę sza­tań­skiej nie­rząd­ni­cy. Więc po­trak­tuj to jako przy­słu­gę. Od­ma­sze­ro­wać!

– Tak jest! – krzyk­ną­łem, ale ka­pi­tan szedł już w stro­nę na­mio­tu.

Nim znik­nął w środ­ku, od­wró­cił się jesz­cze i dodał, wy­rzu­ca­jąc nie­do­pa­łek:

– I za­bierz je stąd! Może przy­pa­dło nam bro­nić kupy gruzu i ka­mie­ni, ale w ru­inach lo­chów jest jesz­cze sporo miej­sca.

 

 

*

 

 

Nie wi­dzia­łem pięk­niej­szych oczu. Jak­bym od pierw­szej chwi­li zna­lazł się pod ich uro­kiem. 

Wy­cią­gnę­li­śmy ją z jed­ne­go z do­mostw w Ma­łych Dud­kach, po dru­giej stro­nie Bin­du­gi, na skra­ju tej opusz­czo­nej przez Boga kra­iny od­dzie­la­ją­cej Ko­ro­nę od Hordy. Psie Pole. Nawet kolej omi­ja­ła to miej­sce o dobre pięć stai. Kto by po­my­ślał, że w tym bło­cie i gnoju zna­leźć można dwa rów­nie cudne klej­no­ty.

Kiedy jeźdź­cy ją przy­pro­wa­dzi­li, nic nie mó­wi­ła, nie bła­ga­ła o li­tość, pa­trzy­ła tylko na mnie tymi swo­imi ocza­mi. Usta­wi­łem ją na końcu ko­lej­ki, w na­dziei, że któ­raś z ko­biet okaże się tą, któ­rej szu­ka­my – żar­nicz­ką zbie­głą z obozu wroga.

Ka­pi­tan wszyst­kie siły sku­pił na tym, by ją zna­leźć, gdy tylko szpie­dzy prze­ka­za­li mu in­for­ma­cje o uciecz­ce. Nie wie­dzia­łem, co za­mie­rzał – do­ga­dać się z Hordą w spra­wie okupu czy wy­słać żar­nicz­kę do sto­li­cy, by wku­pić się w łaski ge­ne­ra­ła, li­cząc na prze­nie­sie­nie na bar­dziej znacz­ną, lub cho­ciaż bliż­szą cy­wi­li­za­cji, po­zy­cję. Wie­dzia­łem za to, że prę­dzej roz­ka­że wy­rżnąć wszyst­kich wie­śnia­ków na Psim Polu, niż po­rzu­ci swój plan.

Kilka sma­gnięć batem wy­star­czy­ło, by ko­bie­ty cze­ka­ją­ce na eg­ze­ku­cję prze­sta­ły wrzesz­czeć, bez­sku­tecz­nie pró­bo­wać wy­rwać się z kaj­dan, rzu­cać prze­kleń­stwa i bła­gać o li­tość. Dwóch sze­re­go­wych pod­nio­sło za ra­mio­na pierw­szą z nich. Trze­cie­mu prze­ka­za­łem be­czuł­kę pro­chu i ru­szy­li scho­da­mi na po­wierzch­nię. Dziew­ka plunę­ła w twarz jed­ne­mu z trzy­ma­ją­cych ją żoł­nie­rzy. Zęby po­sy­pa­ły się na zimny ka­mień, gdy tam­ten do­ko­nał od­we­tu. Ko­bie­ta szlo­cha­ła, wy­ma­chi­wa­ła no­ga­mi i wrzesz­cza­ła. Tłum na placu tupał i wołał z nie­cier­pli­wo­ścią. Kiedy żoł­nie­rze znik­nę­li mi z oczu, roz­le­gły się gwiz­dy i okla­ski.

Wie­dzia­łem, co się miało zaraz stać.

Unie­ru­cho­mią ko­bie­tę i przy­ku­ją do becz­ki. Od­da­lą się na kil­ka­na­ście me­trów, za pro­wi­zo­rycz­ne ba­rie­ry z po­wyw­ra­ca­nych wozów, i pod­pa­lą lont. Jeśli wy­bra­na jest żar­nicz­ką, po­wstrzy­ma eks­plo­zję. W innym razie…

Od­głos wy­bu­chu oznajmił, że dziew­ka nie prze­szła próby.

Sze­re­go­wi wró­ci­li po na­stęp­ną poj­ma­ną, a ja już cze­ka­łem z antałkiem wy­peł­nio­nym pro­chem. Cią­gnię­ta w górę po scho­dach dziew­ka za­rze­ka­ła się, że jest zwy­kłą chłop­ką i za­no­si­ła do Naj­wyż­sze­go modły o pomoc. Nawet na nią nie spoj­rza­łem. W­pa­try­wa­łem się cią­gle w pięk­no­oką dziew­czy­nę, a ona, sku­lo­na w kącie lochu, zer­ka­ła na mnie. Jej oczy błysz­cza­ły ni­czym dwa błęd­ne ogni­ki.

Na­stęp­ny wy­buch. Potem ko­lej­ny. I jesz­cze jeden. I znów.

Któ­raś z tych ko­biet mu­sia­ła być żar­nicz­ką. Ina­czej…

Przyj­rza­łem się ko­lej­no każ­dej z uwię­zio­nych. Nie było w nich nic szcze­gól­ne­go. Brud­ne, z po­skle­ja­ny­mi wło­sa­mi, nie­któ­re ładne, inne brzyd­kie, ale co do jed­nej po­spo­li­te. Poza nią.

– Jak ci na imię? – za­py­ta­łem, kiedy sze­re­go­wi za­bra­li szó­stą ofia­rę.

– Be­re­ni­ka – od­par­ła. Miała cudny głos.

Do­pie­ro teraz przyj­rza­łem się jej do­kład­niej. Dość niska, z lekką nad­wa­gą, ładna, ale nie błysz­czą­ca urodą. A jed­nak miała w sobie coś, co po­wo­do­wa­ło, że czu­łem żar w sercu, gdy tylko nasze oczy się spo­ty­ka­ły. Może ka­pi­tan miał rację. Bra­ko­wa­ło mi ko­bie­ty.

Na woj­nie czło­wiek szyb­ko za­po­mi­na, co to mi­łość.

W Ko­so­gro­dzie zo­sta­wi­łem dziew­czy­nę, Dul­cy­neę. Wy­kosz­to­wa­łem się na wspólną fo­to­gra­fię, nim wy­sła­li mnie na front. Mi­nę­ło czter­na­ście mie­się­cy, zdję­cie zgu­bi­łem dawno temu, kiedy ucie­ka­li­śmy przed ostrza­łem so­kol­ni­ków. Mar­kie­tan­ki po­ma­ga­ły le­czyć ból roz­łą­ki, ale od pół roku sta­cjo­no­wa­łem tutaj, w ru­inach Psie­go Grodu, gdzie nie do­cie­ra­ła pocz­ta, a one zo­sta­ły o ty­dzień drogi stąd. Zresz­tą coraz rza­dziej my­śla­łem o Dul­cy­nei. Jej obraz za­cie­rał się w pa­mię­ci, jakby była frag­men­tem dawno mi­nio­ne­go snu.

Be­re­ni­ka w ni­czym jej nie przy­po­mi­na­ła, tak jak i inne było uczu­cie, jakie we mnie bu­dzi­ła, choć nie umia­łem go na­zwać. Może to była je­dy­nie igrasz­ka, zwy­kła cie­ka­wość, za­in­te­re­so­wa­nie, jakim nie ob­da­rzył­bym jej ni­g­dzie in­dziej? Może te jej oczy, pięk­ne po­śród gru­zów, w bru­dzie, pyle, w sza­ro­ści błota i nędzy tu­tej­szych chło­pów, stra­ci­ły­by swój blask w ko­lo­rach i świa­tłach Ko­so­gro­du?

Nie wiem.

Ale kiedy ko­lej­ne dzie­sięć ko­biet stra­ci­ło życie ro­ze­rwa­ne przez siłę eks­plo­zji, kiedy bła­gal­ne spoj­rze­nie pięk­nych oczu Be­re­ni­ki przy­zwa­ło mnie, a jej usta wy­szep­ta­ły proś­bę po­mo­cy, wie­dzia­łem, że muszę coś zro­bić.

 

 

*

 

 

Ze­bra­nie naj­wyż­szych rangą ofi­ce­rów, które ka­pi­tan zwo­łał tej nocy, prze­bie­ga­ło w pod­nio­słym na­stro­ju. Ra­cząc się po­śled­nim piwem, su­szo­ny­mi owo­ca­mi i pie­czo­ną dzi­czy­zną, świę­to­wa­li­śmy schwy­ta­nie pa­nu­ją­cej nad ogniem wiedź­my.

Nikt, poza mną, nie wie­dział, że Be­re­ni­ka to zwy­kła chłop­ka, a becz­ka nie wy­bu­chła, bo na­peł­ni­łem ją mo­krym pro­chem.

– Zdro­wie pana ka­pi­ta­na! – wzniósł toast któ­ryś pod­po­rucz­nik i kufle po­wę­dro­wa­ły w górę.

– Szko­da, żeśmy naj­pierw tej nie spraw­dzi­li – rzu­cił inny. – Z resz­tą chłop­cy mie­li­by uży­wa­nie.

– Ta żar­nicz­ka też ni­cze­go sobie, jeśli znaj­dzie się jakiś od­waż­ny…

– Nic jej nie zro­bi­my – za­de­cy­do­wał ka­pi­tan, przy­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa, który był jego nie­od­łącz­nym atry­bu­tem. – To po­miot złego wedle na­szej Świę­tej Wiary, ale dzi­ku­sy wie­rzą, że żar­ni­cy od apo­sto­łów po­cho­dzą, na któ­rych Duch Świę­ty pod po­sta­cią pło­mie­nia zstą­pił. Są dla nich cenni.

– Pfu, he­re­ty­cy! – splu­nął trze­ci.

– Dla­cze­go więc ucie­kła? – za­py­ta­ł Ka­pi­tan i za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem ile sił w płu­cach. Wie­dzie­li­śmy, że ocze­ku­je od­po­wie­dzi. Po chwi­li wy­pu­ścił z ust kłąb dymu i kon­ty­nu­ował prze­mo­wę, którą sły­sze­li­śmy już wiele razy. –­ Dlacze­go żar­nicz­ka, świę­ta panna, ucie­kła z Hordy? To cie­ka­we, praw­da? A potem za­czą­łem się za­sta­na­wiać, kiedy ostat­ni raz wi­dzia­łem żar­nicz­kę na fron­cie? Ile ich zo­sta­ło? Wy­star­czył­by od­dział ta­kich, byle po­tęż­nych, by po­ko­nać Ko­ro­nę. Wy­obraź­cie sobie, jak idą w pole, a nasi ka­ra­bi­nie­rzy prze­sta­ją strze­lać, bo proch nie chce się palić albo pro­chow­ni­ce wy­bu­cha­ją im w rę­kach. Ogień sza­le­je wokół, ale ata­ku­je tylko na­szych. A jed­nak mel­dun­ki z fron­tu o ni­czym takim nie mówią. Dla­cze­go? – Ko­lej­na prze­rwa, od­rzu­co­ny nie­do­pa­łek i na­stęp­ny pa­pie­ros wę­dru­ją­cy do ust. 

W na­mio­cie za­le­gło mil­cze­nie, a ja wra­ca­łem my­śla­mi do Be­re­ni­ki, za­mknię­tej w naj­głęb­szej czę­ści lo­chów, oto­czo­nej becz­ka­mi świę­co­nej wody usta­wio­ny­mi w krąg, po­śród ścian z wy­ry­so­wa­ny­mi świę­ty­mi sym­bo­la­mi, które miały od­pę­dzać złe moce. Nie miała nawet świecz­ki. Sie­dzia­ła skuta w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści, ale w mojej wy­obraź­ni jej oczy pło­nę­ły ni­czym dwa słoń­ca.

Co się z nią sta­nie, kiedy ka­pi­tan od­kry­je praw­dę?

Jeśli od­kry­je.

Co­kol­wiek zde­cy­du­je – wydać ją za okup czy po­słać do sto­li­cy – mu­sia­łem za­dbać o to, by być do­wód­cą jej eskor­ty. I uwol­nić ją tak, by nie wzbu­dzać po­dej­rzeń… lub uciec razem. To nawet lep­sze. Ukła­da­łem w gło­wie dzie­siąt­ki sce­na­riu­szy, gdy ka­pi­tan prze­rwał mil­cze­nie.

– Sta­wiam po­ło­wę wa­sze­go żołdu – ka­pi­tan pod­jął temat, gdy ko­lej­ny pa­pie­ros zajął się żarem – że ta dziew­ka to jedna z ostat­nich żar­ni­czek. Może nawet ostat­nia. Horda mu­sia­ła krót­ko ją trzy­mać. Może nawet ten czy inny do­wód­ca bandy dzi­ku­sów chciał zro­bić jej dzie­cia­ka i wy­cho­wać sobie wła­sne­go żar­ni­ka?

– Oni mnożą się tylko mię­dzy sobą – za­uwa­żył ten, który wcze­śniej obu­rzył się na he­re­zję. – W innym wy­pad­ku sza­tań­skie na­sie­nie traci moc. To łaska Pań­skie­go Chrztu gasi jego pło­mień. 

– Tak, tak, już o tym roz­ma­wia­li­śmy. Nikt jed­nak nie za­bro­ni im pró­bo­wać – od­parł ka­pi­tan. – Nie to zresz­tą ważne. Naj­waż­niej­sze, jaką żar­nicz­ka ko­rzyść nam przy­nie­sie. I jak ją wy­ko­rzy­sta­my. 

– Wy­ślij­my ją do Ko­so­gro­du – do­ra­dzał pierw­szy po­rucz­nik. – Prze­nio­są nas, może awan­su­ją…

– Głup­stwo! – żach­nął się drugi. – Nikt z nas nie tra­fił tu bez po­wo­du! My­śli­cie, że przy­pad­kiem trzy­ma­ją nas w tej kupie gnoju? Han­dlo­wa­li­śmy nie­wol­ni­ka­mi z Hordą, nie wy­ko­ny­wa­li­śmy roz­ka­zów albo po­sta­wi­li­śmy na złego dzie­dzi­ca, kiedy tron był pusty. Gówno nam dadzą, póki nie bę­dzie­my po­trzeb­ni na fron­cie.

– A nie bę­dzie­my – dodał ka­pi­tan. – Do­sta­łem mel­dun­ki o nowej broni. Strze­lec może wy­pu­ścić z niej dwa­dzie­ścia kul w cza­sie, kiedy wróg wy­pa­li raz z ka­ra­bi­nu i przy­go­tu­je się do dru­gie­go strza­łu. Je­dy­nie strach przed żar­ni­ka­mi, któ­rzy mają czaić się w sercu Hordy, po­wstrzy­mu­je Ko­ro­nę. Wojna nie­ba­wem się za­koń­czy.

Więc okup, po­my­śla­łem. To była moja szan­sa.

– Po­ja­dę – zgło­si­łem się. – Wezmę garst­kę za­ufa­nych ludzi i wy­mie­nię ją z Hordą. Jest cenna, więc dużo za­pła­cą.

Ka­pi­tan po­krę­cił głową i wy­krzy­wił szpet­nie gębę w pa­ro­dii szcze­re­go uśmiech­u. 

– To nie bę­dzie ko­niecz­ne. – Wstał, oparł się jedną ręką o stół i roz­ło­żył mapę. – Wi­dzi­cie, co tu jest?

– Psie Pole – od­po­wie­dział drugi po­rucz­nik. – Od wscho­du góry, od po­łu­dnia trzę­sa­wi­ska, od za­cho­du las, od pół­no­cy…

– Gówno wi­dzi­cie! – prze­rwał mu ka­pi­tan. – To, moi do­wód­cy, jest nasze Psie Pole. Nasza, w pełni au­to­no­micz­na, kupa gnoju! Pół roku tu ko­czu­je­my i pora już się urzą­dzić. A żar­nicz­ka nam w tym po­mo­że.

Spoj­rzał mi w oczy. Jego źre­ni­ce pło­nę­ły sza­leń­stwem. Nie mogło być ina­czej, skoro na­ma­wiał nas do puczu. Skoro chciał spro­wo­ko­wać dwie po­tę­gi, które ści­ska­ły Psie Pole od pół­no­cy i po­łu­dnia, by star­ły nas na mia­zgę. Świ­dro­wał mnie spoj­rze­niem, a ja po­bla­dłem. Nie byłem w sta­nie nic od­po­wie­dzieć, cho­ciaż nie ze stra­chu. To zna­czy: nie ze stra­chu przed nim.

Wy­star­czy­ła chwi­la. Kilka zdań, by wszyst­kie snute plany wzię­ły w łeb. Nie bę­dzie żad­nej eskor­ty. Be­re­ni­ka nie opu­ści obozu. Naj­pew­niej zgi­nie tu razem z nami. Nie zna­łem tej ko­bie­ty, wi­dzia­łem ją le­d­wie kilka razy, ale mimo to coś pa­li­ło mnie pod skórą, a przed ocza­mi sta­wał obraz tego, co kapitan może zrobić oszustce, kiedy wszystko wyjdzie na jaw. Już le­piej by­ło­by, gdyby zginęła z pozostałymi kobietami. Przynajmniej oszczędziłbym jej cierpień. 

– Na razie mu­si­my się przy­cza­ić i cze­kać – cią­gnął ka­pi­tan. – Za­bra­niam wam co­kol­wiek pi­snąć, tak samo, jak i każ­de­mu par­szy­we­mu żoł­da­ko­wi w tym gar­ni­zo­nie. Ani sprzy­mie­rzeń­cy, ani wro­go­wie, nie mogą się do­wie­dzieć, że mamy żar­nicz­kę! Niech Horda i Ko­ro­na wy­krwa­wia­ją się na woj­nie, a my zbu­du­je­my umoc­nie­nia, po­czy­ni­my przy­go­to­wa­nia, wes­prze­my chło­pów i takie tam, w końcu to będą nasi pod­da­ni. I do­ga­da­my się z dziew­ką, to po pierw­sze. Czas dzia­ła na naszą ko­rzyść.

Po­rucz­ni­cy spoj­rze­li po sobie i po chwi­li nie­pew­no­ści, wznie­śli ko­lej­ny toast za ka­pi­ta­na, przy­szłe­go pierw­sze­go króla Psie­go Pola, a potem drugi, za mil­cze­nie.

Wie­dzia­łem już, co robić.

 

 

*

 

 

Za­ata­ko­wa­li na­stęp­nej nocy, co nawet dla mnie było za­sko­cze­niem.

Kiedy, po ze­bra­niu w na­mio­cie ka­pi­ta­na, po­sła­łem w ta­jem­ni­cy go­łę­bia z wia­do­mo­ścią ad­re­so­wa­ną do ge­ne­ra­li­cji, nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że zo­sta­nie prze­chwy­co­ny przez so­kol­ni­ków Hordy. Nie spo­dzie­wa­łem się jed­nak, że są tak bli­sko. I że tak szyb­ko zła­mią nasz szyfr.

Naj­pierw po­ja­wi­ły się ptaki. Spa­dły chma­rą na war­tow­ni­ków, szar­piąc szpo­na­mi twa­rze i wy­dzio­bu­jąc oczy. Cudem uniknąwszy ataku, przeciskałem się z opuszczoną głową przez tłum, starając się nie patrzeć na rozszarpane twarze i puste oczodoły wrzeszczących dokoła żołnierzy, niektórych zbyt młodych, by nazywać ich mężczyznami. Nim dzwon­nik za­czął bić na alarm, grad pło­ną­cych strzał spadł na fort, pod­pa­la­jąc ko­sza­ry i ka­pi­tań­ski na­miot.

Kle­cha wy­padł z ruin ko­ścio­ła, wy­ma­chi­wał kro­pi­dłem na prawo i lewo, mo­dląc się o deszcz – z mar­nym skut­kiem. Nie pa­da­ło od ty­go­dnia i nie za­no­si­ło się na to, by naj­bliż­sze go­dzi­ny miały przy­nieść od­mia­nę.

– Do broni i na mury! – za­grzmiał ka­pi­tan, wy­sko­czyw­szy z pło­ną­ce­go na­mio­tu. W dłoni trzy­mał tlą­ce­go się pa­pie­ro­sa. – Ar­ma­ty w ruch! Pro­wa­dzić ostrzał! Banda dzi­ku­sów nie weź­mie Psie­go Grodu! Jak zdo­ła­li nas za­sko­czyć?!

– Ude­rzy­li od pół­no­cy, ka­pi­ta­nie – tłu­ma­czył się pierw­szy po­rucz­nik. – Nie spo­dzie­wa­li­śmy się!

– Nie spo­dzie­wa­li­ście – prych­nął ka­pi­tan. – A od czego was mam, jak nie od tego, by się spo­dzie­wać?!

– Kazał ka­pi­tan utrzy­mać w ta­jem­ni­cy… Ogra­ni­czy­li­śmy pa­tro­le do mi­ni­mum, żeby nikt cza­sem nie… – Po­tęż­na dłoń ka­pi­ta­na ude­rzy­ła w po­li­czek żoł­nie­rza.

– Na mury, już!

Wkrót­ce dźwię­ki nocy zlały się w jeden wiel­ki huk strze­la­ni­ny.

Usia­ne gwiaz­da­mi niebo za­sło­ni­ły chmu­ry, czy­niąc ciem­ność jesz­cze gęst­szą, ale deszcz nie chciał spaść. Strzel­cy mie­rzy­li się na słuch, z rzad­ka mając oka­zję doj­rzeć fa­lu­ją­ce w mroku ogni­ki pło­ną­cych strzał, nim wróg po­słał je w niebo. Ptaki wy­tre­so­wa­ne do walki da­wa­ły się nam we znaki, ale szyb­ko zo­sta­ły prze­trze­bio­ne. Jeźdź­ców było wielu, ale nie aż tylu, byśmy nie dali im rady. Do tego ich tak­ty­ka nie miała nic wspól­ne­go ze sztur­mem. Co oni chcie­li uzy­skać?

Wy­da­wa­łem ko­lej­ne roz­ka­zy, ner­wo­wo zer­ka­jąc w stro­nę wej­ścia do lo­chów, pe­wien, że wy­strze­la­my so­kol­ni­ków wraz z na­dej­ściem świtu i plan uciecz­ki nie doj­dzie do skut­ku.

Wtedy ka­ra­bi­ny prze­sta­ły strze­lać.

Tam, gdzie spa­da­ły pło­ną­ce strza­ły, wy­głod­nia­ły ogień roz­ra­stał się w sza­leń­czym tem­pie. Drew­no zni­ka­ło w oka­mgnie­niu, ka­mie­nie pę­ka­ły z go­rą­ca.

– Psiakrew! – za­klął ka­pi­tan. – Mają dru­gie­go żar­ni­ka?!

– Spraw­dzę, co z dziew­ką – rzu­ci­łem i po­bie­głem do lo­chów, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź. Od­wró­ci­łem się tylko, gdy usły­sza­łem jego krzyk. To pło­ną­cy pa­pie­ros wy­buchł pło­mie­niem, który zajął brodę i włosy ka­pi­ta­na.

Zru­ga­łem straż­ni­ków przy kra­tach, po­sła­łem ich na mury, chwy­ci­łem lampę i zbie­głem po scho­dach, w dro­dze pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co się dzie­je. Horda naj­pew­niej od­na­la­zła swoją żar­nicz­kę, a z po­wo­du mojej wia­do­mo­ści mu­sie­li dojść do wnio­sku, że prze­trzy­mu­je­my wła­sną. Ko­lej­ny raz wszyst­kie plany zmie­ni­ły się w po­piół, jakby i je do­się­gnął sza­le­ją­cy na górze ogień.

Mu­sie­li­śmy ucie­kać. Za wszel­ką cenę wy­do­stać się stąd i znik­nąć. Kto­kol­wiek wygra, Be­re­ni­kę cze­ka podły los.

Gna­łem co tchu sta­rym, wil­got­nym ko­ry­ta­rzem i za­trzy­ma­łem się do­pie­ro przed naj­dal­szą celą. Kiedy świa­tło lampy ob­ję­ło uwie­zio­ną ko­bie­tę, na­da­jąc jej oczom wy­gląd szla­chet­nych ka­mie­ni, po­czu­łem, że wzbie­ra we mnie go­rą­ca krew. Ru­szył­bym choć­by na ko­niec świa­ta – byle z nią.

Dul­cy­nea nigdy nie wzbu­dza­ła we mnie rów­nie żar­li­wych uczuć.

– Uwol­nij mnie – bła­ga­ła Be­re­ni­ka, a moim cia­łem wstrzą­snął dreszcz. – Pro­szę. Dam ci to, czego pra­gniesz.

– Czego pra­gnę – po­wtó­rzy­łem, ale dziew­czy­na wzię­ła to za py­ta­nie.

– Mnie – od­po­wie­dzia­ła.

Od­sta­wi­łem lampę na jedną z be­czek, zdją­łem klucz ze ścia­ny i roz­ku­łem Be­re­ni­kę z kaj­dan.

– Uciek­nij­my razem – po­pro­si­łem.

Usta dziew­czy­ny przy­war­ły do moich, po­czu­łem jej cie­pły od­dech. Dło­nie, go­rą­ce mimo pa­nu­ją­ce­go w lochu chło­du, za­czę­ły mnie roz­bie­rać. Le­d­wie za­uwa­ży­łem ro­sną­cy ponad miarę pło­mień lampy, który pełzł po ścia­nie i za­gar­niał strop, gdy nasze ciała stały się jed­nym.

Żar pa­nu­ją­cy w lochu zmie­niał wodę w parę. Roz­grza­ne ka­mie­nie pa­rzy­ły, każdy od­dech palił w płuca. Pró­bo­wa­łem się po­ru­szyć. Nie mo­głem. Wszyst­kie moje siły spło­nę­ły w ogniu po­żą­da­nia, który spa­lał mnie od środ­ka, tak jak cał­kiem zwy­czaj­ny ogień palił mnie od ze­wnątrz.

Wtedy, w roz­ko­szy i bólu – z prze­wa­gą bólu – przy­szło zro­zu­mie­nie.

Nie ist­nia­ła druga żar­nicz­ka.

To za­wsze była ona.

Wpu­ści­li­śmy ją tu, pie­czę­tu­jąc swoją zgubę. Od­dział so­kol­ni­ków Hordy nie prze­jął mojej wia­do­mo­ści. Nie od­szy­fro­wa­li jej i nie przy­by­li tu w ciągu jed­ne­go dnia. Cze­ka­li w ukry­ciu od sa­me­go po­cząt­ku.

To za­wsze była ona.

Żar­nicz­ka. Świę­ta Panna. Ko­chan­ka Sza­ta­na. Wład­czy­ni ognia – nie tylko tego, który spa­lał od ze­wnątrz, ale i tego, który tra­wił mnie teraz od we­wnątrz.

Jej spoj­rze­nie pło­nę­ło po­ma­rań­czo­wym bla­skiem. Kiedy pa­trzy­ła mi w oczy, moje myśli ob­ra­ca­ły się w po­piół…

 

 

 

To o czym się potem na Psim Polu mó­wi­ło, cho­ciaż nie po­win­no

 

 

Cza­sem, kiedy nad­cho­dzi­ła noc, a cie­pły po­łu­dnio­wy wiatr pod­ry­wał kłęby jesz­cze cie­płe­go po­pio­łu, w zglisz­czach sta­re­go Psie­go Grodu można było usły­szeć za­wo­dze­nie męż­czy­zny, który po­wta­rzał imię uko­cha­nej.

Nie­wie­lu się tam za­pusz­cza­ło, ale ci, któ­rzy byli na tyle od­waż­ni, opo­wia­da­li o tru­po­szu w mun­du­rze po­rucz­ni­ka Ko­ro­ny. Nie­któ­rzy za­rze­ka­li się, że w sko­wy­cie zjawy udało im się do­sły­szeć strzęp­ki tra­gicz­nej hi­sto­rii żoł­nie­rza, które po­wta­rza­li potem przy fla­szecz­ce sa­mo­go­nu i kop­cą­cych smo­li­ście ka­gan­kach, ubar­wia­jąc ją co i raz, lub pró­bu­jąc skle­cić w ca­łość z za­sły­sza­ny­mi od in­nych ba­ja­rzy frag­men­ta­mi opo­wie­ści.

W wy­jąt­ko­wo ciche noce jęki upio­ra sły­chać było nawet w nowym Psim Gro­dzie, na dru­gim brze­gu Bin­du­gi. Lu­dzie szep­ta­li ukrad­kiem, że w takie noce Kró­lo­wa Psie­go Pola, Ogniem Uca­ło­wa­na, Wład­czy­ni Pło­mie­nia wy­cho­dzi­ła na taras naj­wyż­szej zam­ko­wej wieży, skąd miała widok na po­zo­sta­ło­ści sta­rej wa­row­ni i z wy­ra­zem roz­ko­szy wsłu­chi­wa­ła się w głos cier­pięt­ni­ka.

Nie­kie­dy dwoma pal­ca­mi do­ty­ka­ła warg i po­sy­ła­ła w stro­nę grodu po­ca­łu­nek, który ni­czym błęd­ny ognik nie­sio­ny siłą wia­tru, lą­do­wał na ustach męż­czy­zny, nio­sąc mu uko­je­nie aż do na­stęp­ne­go razu.

Nikt jed­nak nie roz­pra­wiał o tym na głos.

Odkąd Psie Pole miało swoją kró­lo­wą, po­ża­ry zda­rza­ły się tu na­zbyt czę­sto.

 

Koniec

Komentarze

Cześć!

 

Czytało się lekko, bo opowiadanie jest napisane świetnie. Pomysł na postać żarniczki – to w moim odczuciu największy atut. Sama historia o miłości (a właściwie pożądaniu), która zaślepia, jest dość klasyczna, ale generalnie bardzo mi się podobało. Tekst jest krótki, ale i tak udało Ci się wykreować spójny i ciekawy świat.

W czasie zebrania najwyższych rangą oficerów bardziej naturalne byłoby dla mnie, gdyby narrator rzucał nazwiskami, a nie określeniami typu „inny”, „któryś”, „drugi” „trzeci”, „ten, który wcześniej oburzył się na herezję” (szczególnie to określenie skłoniło mnie do niniejszej refleksji). Skoro historię opowiada Wachowski, to powinien doskonale znać nazwiska swoich kolegów oficerów. Koncepcję miałeś oczywiście inną, ale tak sobie tu pomarudzę, żeby nie było wyłącznie chwalenia. ;-)

Nie do końca przemówiło też do mnie zagranie kapitana, który postanowił zostać królem Psiego Pola. Uzasadniasz to szaleństwem („Jego źrenice płonęły szaleństwem.”), ale wydaje mi się, że takiego dowódcę resztą oficerów by na kopach wyniosła (kapitan jest hardym gościem, który z nieodłączonym fajkiem w zębach postponuje swoich żołnierzy, niemniej chyba znalazłby się ktoś, kto by się mu postawił, namawiając pozostałych do ukrócenia tego wariactwa; innymi słowy – kadra oficerska trochę zbyt łatwo poddała się woli dowódcy). ;-)

 

Tłum na placu tupał i wołał z niecierpliwością.

 

– literówka.

 

Markietanki pomagały leczyć ból rozłąki, ale od pół roku stacjonowałem tutaj, w ruinach Psiego Grodu, gdzie nie docierała poczta, a one zostały o tydzień drogi stąd.

 

– nie do końca rozumiem związek wyróżnionego fragmentu z resztą zdania. Czy w tym świecie markietanki mogły zostać przysyłane pocztą? ;-) Oczywiście żartuję i wiem, że chodzi Ci o korespondowanie z Dulcyneą, ale i tak mi to trochę zgrzyta.

 

– Nic jej nie zrobimy – zadecydował kapitan, przypalając papierosa, który był jego nieodłącznym atrybutem.

 

– to widać nader wyraźnie. ;-)

 

 Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

 Cześć! Dobry tekst, ale zacznijmy od paru drobiazgów.

Jedni mówią, że nazwa tej krainy pochodzi od grzybów, przez chłopów psiakami zwanych, w wielkiej ilości porastających tutejsze doliny.

Hm, a nie liczbie?

 

Wiedziałem za to,że prędzej 

Spacja uciekła.

 

Nikt jednak nie zabroni im próbować. – odparł kapitan.

Zbedną kropka po wypowiedzi.

 

Poza tymi drobnostkami, opowiadanie napisane jest świetnie. Przystępnym językiem, z umiejętnie wykreowanym klimatem. Bardzo spodobał mi się koncept żarniczek.

I może właśnie dlatego czuję po lekturze lekki niedosyt. To jedna z tych paradoksalnych nieco sytuacji, gdy narzekanie wynika z faktu, że tekst mi się podobał ;) Historia tworzy zamkniętą całość i mimo niewielkiej objętości, jest bogata w treść. Być może przez to mam jednak wrażenie, że ten świat i żarniczka zasłużyli na nieco więcej uwagi, na dłuższą historię, głębsze opisanie zależności między poszczególnymi frakcjami i tła konfliktu. Dostajemy wszystkie niezbędne informacje i to jest okej, nie czuję się rozczarowana, ale jednak nie do końca najedzona tym daniem, które zaserwowałeś.

Twist z Bereniką oczywisty od samego początku. Wątek kapitana nieco naciągany – wiem, dowodził “oddziałem mętów, wiarołomców i szmuglerów”, ale i tak podejrzanie szybko przekabacił dowództwo. A powinni sobie raczej zdawać sprawę z tego, że trafili między młot i kowadło; zdrada raczej nie byłaby opłacalna na dłuższą metę. Tak mi się wydaje.

Dużo narzekam, ale to właściwie drobnostki. Koniec końców siłą tego opowiadania jest świat przedstawiony, przyjemny styl oraz parę ciekawych koncepcji, z żarniczką na czele. I to podobało mi się na tyle, by obdarzyć Cię klikiem ;)

Cześć,

 

zamiast próby wody – próba prochu. Z tym samym efektem dla niewinnie oskarżonych. 

 

A samo opowiadania bardzo fajne. Jasne, od początku wiadomo, że to jednak Berenika jest żarniczką, więc twist nie zaskoczył, ale to nie zarzut :). Chyba limit w konkursie jest do 30k zzs, więc zgodzę się z komentarzem wyżej – poczytałoby się jeszcze trochę.

Bardzo to gekikarowate, nie uchowałbyś się jako anonim ;) Ogólne wrażenie dobre, bo pisać umiesz, aczkolwiek jest to niemalże żart literacki, bo zaskoczenia fabularnego tu nie ma, za to pogrywasz ze znanymi motywami. Pogrywasz bardzo sprawnie, układ poszczególnych części ma sens, ale pozostawił mnie ten tekst z uczuciem niedosytu. W trzecim rozdziale w zasadzie streszczasz, nie opowiadasz, a główny kawałek jest boleśnie, choć nie wykluczam, że zamierzenie, przewidywalny. Nadrabiasz zgrabną narracją i stylem, aczkolwiek ta stylistyczna maniera, ironiczno-zdystansowana, jako klucz do tekstu, zaczyna być troszkę nużąca, a z klucza robi się wytrych. Niemniej oczywiście tekst biblioteczny.

http://altronapoleone.home.blog

Cześć!

Miałem mnóstwo przyjemności z lektury. Napisane nad podziw sprawnie, wystarczy chwila nieostrożności, aby popłynąć i pozwolić się porwać nurtowi opowieści. Wrażenie wywarł na mnie na przykład ten fragment:

W namiocie zaległo milczenie, a ja wracałem myślami do Bereniki, zamkniętej w najgłębszej części lochów, otoczonej beczkami święconej wody ustawionymi w krąg, pośród ścian z wyrysowanymi świętymi symbolami, które miały odpędzać złe moce. Nie miała nawet świeczki. Siedziała skuta w całkowitej ciemności, ale w mojej wyobraźni jej oczy płonęły niczym dwa słońca.

Zręcznie ukazujesz tutaj, z jednej strony, jak romantyczna wyobraźnia narratora Wachowskiego wpływa na jego postrzeganie rzeczywistości, a z drugiej splatasz to elegancko z ukazaniem okropieństw konfliktu, zwłaszcza gdy pamiętamy (trudno zapomnieć), jaki los spotkał pozostałe 21 ofiar.

Warto natomiast zauważyć, że fabuła tekstu jest stosunkowo przewidywalna. Już przy słowach o bezwolnym upiorze łatwo sobie naszkicować sporą część pozostałej zawartości tekstu – a z drugiej strony słów tych trudno byłoby uniknąć, aby zakończenie nie przyszło jako nielogiczny diabolus ex machina, więc chwilowo nie widzę, jak zawalczyć z tą wadą konstrukcyjną. Poprzedni komentatorzy zwrócili już także uwagę na podejrzaną łatwość, z jaką kapitan przekonał resztę towarzystwa do swojej megalomańskiej, straceńczej koncepcji (jak sobie niby wyobrażał “wesprzemy chłopów i takie tam” po wymordowaniu sporego kawałka żeńskiej populacji okolicy?). Dorzucę jeszcze wątpliwą strategię Hordy: wygląda na to, że celowo sprowokowali ujęcie żarniczki, aby mogła pomóc w oblężeniu od wewnątrz, ale jak miała wyglądać ta pomoc z perspektywy zabezpieczonego magicznie lochu? Żołdacy Imperium mogli też ją od razu wywieźć konwojem w stronę stolicy. A nawet, hipotetycznie, zamordować na miejscu. Ten pomysł zdaje się nie mieć racji bytu, oprócz fabularnej.

Podzielę się jeszcze efektami pobieżnej, wyrywkowej łapanki:

pomyliwszy Bindugę z inną, bardziej istotną rzeką, przeprawiły się ma drugi brzeg

Nie “ma”, tylko “na”.

Nawet kolej omijała to miejsce o dobre pięć stai.

Po pierwsze, dopełniacz liczby mnogiej to staj. Po drugie, pięć staj to tyle co nic; we współczesnej Polsce znajdziemy miejsca, które kolej omija znacznie poważniej – typowa staja jest tylko marginalnie dłuższa od kilometra.

Oddalą się na kilkanaście metrów, za prowizoryczne bariery z powywracanych wozów i podpalą lont.

Przecinek po “wozów” – domknięcie wtrącenia.

Po chwili wypuścił z ust kłęb dymu

Poprawna forma to chyba jednak kłąb?

– Stawiam połowę waszego żołdu – kapitan podjął temat, gdy kolejny papieros zajął się żarem – że ta dziewka, to jedna z ostatnich żarniczek.

Zbędny przecinek. Piszemy jednorożec to rzadkość, a nie jednorożec, to rzadkość. “To” wymaga przecinka jako spójnik, ale nie jako łącznik.

– Psia krew! – zaklął kapitan. – Mają drugiego żarnika?!

To słowo zazwyczaj zapisuje się razem.

 

Poświęciłem sporo miejsca na wyszukiwanie potencjalnych niedociągnięć, więc na końcu zaznaczę raz jeszcze – ciekawy, wciągający tekst, niewątpliwie trzymasz poziom, którego na przykład ja jeszcze nie osiągnąłem. Z miłą chęcią polecam do Biblioteki!

Właśnie, pisząc komentarz z komórki, czego nienawidzę, zapomniałam o tych metrach i stajach. W ogóle mam problem z "czasami", kiedy to się dzieje, tzn. realiami, na jakich opierasz świat, który chyba jednak nie jest naszym? Aha, masz mnóstwo enterów między rozdziałami, to trochę irytujące.

http://altronapoleone.home.blog

Czołem komentatorom i jurorom, którzy tak szybko ten tekst odwiedzili! 

Na początek nadmienię, że pisanie go było niezłą frajdą, w sumie nie wiem dlaczego – chyba dlatego, że potraktowałem go bardzo lekko, starając się napisać szorta (wiem, 20tys znaków xD ale ostatnio przywykłem do znacznie dłuższych form). Tym bardziej cieszy mnie, że tekst się podoba, bo zachwytu to było wiadome od początku, że nie wzbudzi. 

Przewidywalność twistu z żarniczką to podstawowa uwaga z bety, jednakże z tym za bardzo nic nie dało się zrobić, mimo wielu różnych tropów, że jednak ona nią nie jest – nawet kiedy pojawiają się szturmujacy fort i wydaje się, że mają żarniczkę ze sobą. Zresztą bardziej zależało mi na pokazaniu, że żar żarniczki nie dotyczy tylko ognia, ale i uczuć, które rozbudziła w Wachowskim – i gdzie te uczucia go prowadzą. 

Druga sprawa to twist, chyba za bardzo między wierszami, że to zarniczka założyła swoje Królestwo, więc domyśleć się można (można?), że ona rzeczywiście zbiegła z Hordy, ale nie sama, tylko z oddziałem podobnych szumowin jak podkomendni kapitana, gotowych na tak ryzykowny krok. 

Jeśli zaś mowa o ludziach kapitama, trzeba pamiętać, jaka była to załoga – a po drugie, żarniczka to było nie byle co. Tym bardziej ostatnia żarniczka w czasach, kiedy siła armii to siła ognia. Poza tym, sądząc po metodach kapitana, buntowników raczej czekał marny los… a nawet jeśliby mieli się zbuntowac, jak Wachowski, to raczej najpierw by ten bunt przygotowali. A na to nie mieli czasu. 

Tyle odnośnie iwag, które się powtarzały. :) 

Poza tym:

 

W czasie zebrania najwyższych rangą oficerów bardziej naturalne byłoby dla mnie, gdyby narrator rzucał nazwiskami, a nie określeniami typu „inny”, „któryś”, „drugi” „trzeci”, „ten, który wcześniej oburzył się na herezję” (szczególnie to określenie skłoniło mnie do niniejszej refleksji). Skoro historię opowiada Wachowski, to powinien doskonale znać nazwiska swoich kolegów oficerów. Koncepcję miałeś oczywiście inną, ale tak sobie tu pomarudzę, żeby nie było wyłącznie chwalenia. ;-)

To już chyba taka maniera, Filipie. Nie lubię nadawać imion postacią, które nie są najistotniejsze w tekście. Przemyślę to. 

 

Być może przez to mam jednak wrażenie, że ten świat i żarniczka zasłużyli na nieco więcej uwagi, na dłuższą historię, głębsze opisanie zależności między poszczególnymi frakcjami i tła konfliktu. Dostajemy wszystkie niezbędne informacje i to jest okej, nie czuję się rozczarowana, ale jednak nie do końca najedzona tym daniem, które zaserwowałeś.

Gravel, to chyba dlatego, że chciałem, by tekst był możliwe krótki – i trochę sposób narracji mnie krępował przed większymi fragmentami opisu swiata przedstawionego. 

 

Chyba limit w konkursie jest do 30k zzs, więc zgodzę się z komentarzem wyżej – poczytałoby się jeszcze trochę.

Asharia, chyba po raz pierwszy nie musiałem walczyć z limitem. :P

 

Bardzo to gekikarowate, nie uchowałbyś się jako anonim ;)

O masz, czyli znów bezradny bohater i gadanie o tym samym. No nie poradzę, drakaino. 

 

Nadrabiasz zgrabną narracją i stylem, aczkolwiek ta stylistyczna maniera, ironiczno-zdystansowana, jako klucz do tekstu, zaczyna być troszkę nużąca, a z klucza robi się wytrych.

To sobie pomysl, jakbym miał tal ciągnąc ten tekst dłużej. Byłby nie do zniesienia. 

 

Dorzucę jeszcze wątpliwą strategię Hordy: wygląda na to, że celowo sprowokowali ujęcie żarniczki, aby mogła pomóc w oblężeniu od wewnątrz, ale jak miała wyglądać ta pomoc z perspektywy zabezpieczonego magicznie lochu? Żołdacy Imperium mogli też ją od razu wywieźć konwojem w stronę stolicy. A nawet, hipotetycznie, zamordować na miejscu. Ten pomysł zdaje się nie mieć racji bytu, oprócz fabularnej.

To nie strategia Hordy, tylko żarniczki. Zauważ, że jej moce działały mimo tej niby bariery przeciw czarom, do tego potrafiła rzucić urok na mężczyznę. Zastanawiać się można, czemu wybrała Wachowskiego – przecież i bez jego pomocy okazałaby się żarniczką i znalazła w podobnym położeniu. 

Są małe wskazówki w tekście, że musiał jej się spodobać, jego wybrała na swojego upiora – widać to na koniec, kiedy reaguje na jego jęki docierające do pałacu. 

 

Po pierwsze, dopełniacz liczby mnogiej to staj. Po drugie, pięć staj to tyle co nic; we współczesnej Polsce znajdziemy miejsca, które kolej omija znacznie poważniej – typowa staja jest tylko marginalnie dłuższa od kilometra.

Też tak myślałem, ale internety podpowiadają odmianę, której użyłem. 

Co do tego, czy to daleko – w sumie mogłem tę odległość wydłużyć, ale miałem na myśli to, że kolej omija całą krainę o pięć stai od jej granic. Czyli to takie ciemne pole na mapie. 

 

Właśnie, pisząc komentarz z komórki, czego nienawidzę, zapomniałam o tych metrach i stajach. W ogóle mam problem z "czasami", kiedy to się dzieje, tzn. realiami, na jakich opierasz świat, który chyba jednak nie jest naszym?

Drakaina, spodziewałem się tego pytania od ciebie, po prostu wiedziałem, że ono padnie. :P

Świat jest oparty trochę na naszym, ale nie do końca – to jest, mamy mesjasza, mamy jego apostołów, nawet chrzest i zesłanie ducha swiętego pod postacią płomyków, ale celowo nigdzie nie jest od wymieniony imiennie. To taki świat nie nasz, choć bardzo do naszego podobny. 

mimo wielu różnych tropów, że jednak ona nią nie jest

Te tropy to najsłabszy element tego tekstu, wybacz. Są tak oczywiste, że zakrawają na pastisz, i zresztą gdybyś poszedł w pełny pastisz, tekst by pewnie zyskał.

Natomiast twist z tym, że żarniczka na tym wszystkim buduje swoje królestwo w myśl zasady, że gdzie dwóch się bije, oczywiście zauważyłam, i to jest fajne, ale to właśnie jest w finale niepotrzebnie przyspieszone – a nie gonił cię ani dedlajn, ani limit. Skądinąd ona celowo ma na imię Berenika, zważywszy, co ono znaczy? (”niosąca zwycięstwo”).

 

To sobie pomysl, jakbym miał tal ciągnąc ten tekst dłużej.

To nie kwestia długości tego tekstu, ale pewnej powtarzalności perspektywy. Z takim prawie że widocznym autorskim mrugnięciem okiem, ironią i dystansem, które wyrażasz wprost w tytułach, niezależnie od tego, czy są dużo mówiące, jak tu, czy też prościutkie jak “prolog”, czy “akt”. To jest pewna maniera opowiadania, która zresztą znacznie bardziej by mi pasowała tutaj niż w tych wcześniejszych tekstach, bo tu, jak wspomniałam, mocniejsza pastiszowość i wzięcie opowieści w ironiczny nawias byłyby zaletą. Niemniej ponieważ dostaję to w miejscu, gdzie mi pasuje, po dwóch miejscach, gdzie mi pasowało umiarkowanie, odczuwam pewien nieznaczny przesyt tą konkretną zabawą z tekstem, więc w miejscu, gdzie mógłby wybrzmieć pełnym głosem, tylko dźwięczy. I w tym sposobie narracji bardziej niż w kreacji bohatera widzę gekikarowatość. Bohaterów, jak już mi na to zwróciłeś uwagę, rzeczywiście miewasz podobnych w sensie strukturalnym, ale to jest dla mnie mniejszy problem niż ogrywanie w kółko pewnego zabiegu czysto formalnego, który w związku z tym zamiast być efektowny, staje się efekciarski i trochę na skróty.

 

Świat jest oparty trochę na naszym, ale nie do końca

Mam tu problem z immersją. Kiedyś zrobiłam sobie taką typologię: alternatywna historia (nasz świat z punktem rozejścia się dziejów), alternatywna rzeczywistość (nasz świat z nadprzyrodzonym “podbrzuszem” czyli większość urban fantasy i odmian pokrewnych) , alternatywny świat (to, co robi np. Kay, czyli mocne oparcie się na naszym świecie, ale jednak nazwy inne, geografia nieco inna). Twój jest najbliższy temu trzeciemu, ale powoduje we mnie dysonans, ponieważ modyfikacje są bardzo małe, w tym konkretnym tekście prawie niewidoczne, bo i główna nazwa geograficzna ma dokładny odpowiednik w świecie rzeczywistym, i to, co piszesz o religii, jest w zasadzie identyczne z realiami. I dlatego kiedy masz tu kolej, tu zapalniczkę do papierosów, tu zaś strzały jakiejś hordy koczowników, a na dodatek metry i staje (#teamStaj) jednocześnie, to mój mózg się na światotwórstwie zawiesza.

http://altronapoleone.home.blog

Też tak myślałem, ale internety podpowiadają odmianę, której użyłem.

Tym gorzej dla “internetów”. Słowniki, którym ufam (czyli przeważnie te starsze), a także moja intuicja językoznawcza, wyraźnie podpowiadają, że dla uniknięcia niejednoznaczności forma dopełniacza liczby pojedynczej nie powinna być równobrzmiąca z formą liczby mnogiej, a więc: tej stai, alei, zawiei, funkcji, perwersji, ale: tych staj, alej, zawiej, funkcyj, perwersyj.

 

Drakaino, bardzo mi przypada do gustu Twoja typologia.

Bardzo fajny pomysł na bohaterkę.

Próba ognia niby też ciekawa, ale nieco raziła mnie taka metoda egzekucji, kiedy nie mają zbyt wiele prochu. Palenie na stosie chyba wypadłoby taniej. Nie znam się, ale chyba jednak potrzeba trochę prochu, żeby uszkodzić człowieka na śmierć.

Fajnie jest też niejako zrównanie ognia z uczuciami. Jedno i drugie potrafi niszczyć, jak widać.

Fabularnie szału nie ma, ale tekst daje radę.

Babska logika rządzi!

Próba ognia niby też ciekawa, ale nieco raziła mnie taka metoda egzekucji, kiedy nie mają zbyt wiele prochu. Palenie na stosie chyba wypadłoby taniej.

Chyba właśnie niechcący obnażyłaś narrative device ;) Bo ze stosem nie dałoby się zrobić myk w postaci zamokłego prochu, który nie wybuchł, tzn. bohater nie miałby nic do zrobienia, a zatem od razu by się dowiedział, że Berenika to prawdziwa żarniczka.

 

Nawiasem mówiąc, bo o tym zapomniałam, ta jakże mocno znacząca Dulcynea też lekko mnie irytowała, bo lubię, żeby z zastosowania nazwy/imienia, które ma wyraźne konotacje poza tekstem, coś wynikało.

http://altronapoleone.home.blog

Cześć! Przychodzę jeszcze zostawić komentarz publicznie, żeby móc zgłosić do biblioteki.

 

Fajne opowiadanie, klimatyczne, same żarniczki walczące z ludźmi używającymi broni to dobra koncepcja. Nie było dla mnie zaskoczeniem, że Berenika naprawdę okazała się żarniczką, za to, że cała akcja została wcześniej przez nią i Hordę zaplanowana już tak. Jest tu więc pewien twist, choć opowiadanie i tak dość przewidywalne. :D Czytało się mimo to bardzo przyjemnie. Cieszę się, że dodałeś te podtytuły – robią robotę.

Zostaw ten żyrandol.

Choć nie przepadam za historiami, w których nie rozumiem świata, to czytałem Twoje opowiadanie z zainteresowaniem. Fabularnie może nieco zbyt przewidywane, ale nawet bym na to nie narzekał, gdyby tekst zaoferował mi coś więcej niż kilka bardzo dobrze napisanych scen. Nie twierdzę, że czegoś takiego w Twoim opowiadaniu nie ma, a jedynie że ja nie jestem w stanie tego czegoś znaleźć. Jednak złapałeś mnie początkiem, a resztę zrobiło wykonanie – trzyma wysoki poziom.

Świat jest dla mnie zagadką tak enigmatyczną, że nie potrafię się zdobyć na wysiłek deszyfracji. I przez to nie rozumiem bohaterów. Nie wiem, dlaczego marnują dwadzieścia beczułek prochu. Dlaczego tak ochoczo – nie licząc narratora – przystępują do szaleńczego puczu; można to przypisać magicznemu działaniu żarniczki, ale czy wtedy jej potęga nie jest zbyt wielka? Nie wiem, czemu miały służyć wstawki religijne. Po lekturze został mi spory mętlik w głowie, ale biorąc go w nawias, podsumowuję, że spędziłem przyjemnie czas.

 

Złapałem dwie literówki:

Dziewka płunęła w twarz jednemu z trzymających ją żołnierzy.

Kilka smagnięć batem wystarczyło, by kobiety czekające za egzekucję przestały wrzeszczeć, bezskutecznie próbować wyrwać się z kajdan, rzucać przekleństwa i błagać o litość.

Lekki, nad wyraz solidnie napisany tekst, przyjemnie “muśnięty” stylizacją.

Komentarz nie będzie zbyt długi, bo… nie mam tu wiele do zarzucenia, a wiadomo, że najłatwiej zbudować długą opinię na kanonadzie malkontenctw. ;-)

Napisałem, że tekst jest solidnie napisany, ale też trzeba podkreślić, że jest bardzo solidnie złożony i rozplanowany. Nie przeciągasz, opowiadasz tyle, ile potrzeba. To ważne, bo jak pisano wyżej, tekst to swego rodzaju zabawa znanymi motywami, a zabawa, jak wiadomo, przeciągnięta zaczyna być średnio strawna. Jednocześnie nie ma w tym tekście takiej chęci “przedobrzenia”. Wciśnięcia jeszcze czegoś, rozpisania czegoś szerzej. Potencjał tego konceptu na opowiadanie sięgał właśnie tych 20k i fajnie, że nie pchałeś się w dłuższą opowieść, bo dzięki takiej, a nie innej długości, jest ona bardziej przystępna, przyjemniejsza w odbiorze, a owa lekkość, z jaką napisany jest tekst, też robi tu swoją robotę.

Na pierwszy plan wybija się pomysł na żarniczki. Naprawdę bardzo fajny. O nich jeszcze słowem później wspomnę. Fabularnie pewnie trochę słabiej, ale to wynika z konceptu na tekst. Jeśli miał być swego rodzaju zabawą i przy okazji ogrywaniem i twórczym wykorzystaniem określonych motywów, to siłą rzeczy coś tej zabawie musiało zrobić trochę miejsca. Dlatego wrócę do tego, co pisałem powyżej: jedną z głównych zalet tekstu jest świadomość autora, co pokazać, co opowiedzieć, jak dobrać proporcje i liczbę znaków.

Ta próba ognia, o której wspominali Finklowie, trochę mnie zatrzymała. Dość brutalny motyw, jak na tego typu historię, który mocno działa na wyobraźnię. Trochę też zastanawiało, czy w obliczu owej brutalności i problemów z prochem nie korciło ich, żeby poszukać alternatywnych rozwiązań. Natomiast to, co piszę, to tylko odczucia z lektury. To nie jest zarzut do tego opowiadania, bo wyobraźnia żadnego lepszego rozwiązania mi nie podopowiada. To, co piszę, jest taką ogólną uwagą, że ten właśnie fragment dość mocno łupnął wyobraźnię czytelnika CM-a.

Jak pisałem: jest to nad wyraz solidnie napisany i złożony tekst, który jednakże zostawia z lekkim niedosytem. Natomiast warto też nadmienić, z czego ten niedosyt wynika. Bo nie z błędów autora wcale, ale raczej z potencjału koncepcji na tekst. Ja tutaj nic bezpośrednio zarzucić Ci nie mogę. Mogę natomiast napisać, że pomysł na żarniczkę jest interesujący i chciałbym o tym poczytać trochę więcej. Pewnie pierwsze skojarzenie jest takie, że w takim razie, w mojej ocenie, powinieneś ten wątek w tym opowiadaniu rozwinąć. Ale paradoksalnie tak nie jest. Bo owo poczucie wynika raczej z tego, że dany pomysł jest ciekawy, ale taka, a nie inna koncepcja na tekst nie pozwoliła go rozwinąć. Nie dlatego, że była szansa go rozwinąć, ale poszedłeś w inną stronę lub na skróty. A to wbrew pozorom duża różnica.

To samo mogę napisać o pewnej przewidywalności, no i wspominanej już, nieco skąpej fabule. Mogę napisać, że chciałbym tekstu mniej przewidywalnego. Mogę też napisać, że chciałbym bardziej złożonej fabuły. Ale czy mogę jej oczekiwać w tym konkretnym opowiadaniu? No mam wątpliwości. Gdyby tak było, powinienem Ci napisać:

– o, tu jest fragment, który należało rozwinąć

– tu jest świetna szansa, żeby mocniej pociągnąć fabułę

– a tu aż się prosi, żeby uwolnić cały potencjał pomysłu na żarniczki

– a tę przewidywalność to można było ominąć w taki i tak i sposób.

Nie napiszę tego jednak. Bo kiedy patrzę na to opowiadanie, to takich miejsc nie widzę. Nie mogę napisać, że to i to można było zrobić lepiej. Za to mogę napisać, że tego i tego, jako czytelnik, chciałbym więcej. Dlatego, jeśli przychodzi mi podsumować moje odczucia z lektury i jakoś ocenić ten tekst, to sięgam po to (być może nieco suche) stwierdzenie: bardzo dobrze złożony i napisany tekst, który pozostawia z lekkim niedosytem wynikłym głównie z konceptu – który jako całość sprawdza się dobrze, ale też nie daje w niektórych przypadkach szans na pełne uwolnienie potencjału jakiegoś elementu, czy obejście tego problemu (jak, odpowiednio: pełniejsze wykorzystanie motywu żarniczek i pewna przewidywalność opowieści).

Dobra, trochę pokraczny wyszedł ten komentarz, ale czasem spisywanie odczuć z lektury to naprawdę spore wyzwanie. Albo brakuje odpowiednich słów, albo te słowa składają mi się w suchy, ogólny bełkot. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

 Ciekawy pomysł na postać żarniczki. Dla mnie nowy. Napisane tak, że czyta się łatwo z zaciekawieniem. Całość ok.

Choć opowiadanie traktuje o sprawach wojskowych, a te nie należą do moich ulubionych, historia opowiedziana przez Wachowskiego okazała się nader zajmująca, w czym niewątpliwa zasługa postaci żarniczki. Opisanie nagłego uczucia porucznika do Bereniki nieco ubarwiło historię i nadało jej wymiar bardziej ludzki. Finał raczej nie zaskoczył, ale też nie wydaje mi się, aby zaskoczenie czytelnika było Twoim celem.

Dodam jeszcze, że niewątpliwą zaletą opowiadania jest bardzo porządne wykonanie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ech, Gegikaro, jakoś tak na pół gwizdka wyszło. Wziąłeś na warsztat pomysł pozornie zwykły i ograny, jednak zacząłeś dodawać do niego szczegóły, które mogły z tego zrobić dobrą opowieść. Mogły, ale nie zrobiły, bo wszędzie, gdzie istniało pole do pracy z klimatem, gdzie mogłeś wbić czytelnika w świat przedstawiony lub dać mu poczuć emocje postaci, ledwie o tym świecie i emocjach wspomniałeś.

A przecież potrafisz mieszać w opisach, potrafisz je rozciągać, co więc nie zagrało?

No bo patrz:

Mogłeś dodać tu brudu wojny, a ledwie wspomniałeś o rzeczach, które się z nim kojarzą.

Mogłeś trochę mocniej dać odczuć przerażenie więźniarek i zezwierzęcenie wojskowych wiodących je na egzekucję i tę egzekucję oglądających – znów ledwo wspomniałeś.

I nie mówię o długości opisów, raczej o ich mocy.

Jest ok, napisane sprawnie, ale nie chwyciło tak, jakby mogło.

 

PS. Próba prochu – wbrew pozorom ma sens, bo w warunkach wojennych drewno tez jest istotne. Tylko bez sensu jest ilość tego prochu – podczas gdy wystarczałyby małe ilości, ale np. przy szyi.

 

Dobre opowiadanie, efektownie ogrywające twoje pisarskie mocne strony.

Po pierwsze, tekst wyróżnia się światotwórczą pomysłowością. Nie będę oryginalna, bo chyba wszystkie komentarze podkreślają, że pomysł na żarniczkę bardzo dobry. Po drugie – jak zwykle świetnie władasz językiem: tekst jest stylowy, pomysłowy, ze znakomitym (!!) tytułem. Nie do końca też zgodzę się z komentarzem Wilka – dla mnie makabry w scenach zabijania podejrzanych było dość, te niedopowiedzenia IMHO działały na korzyść.

Jedynym zarzutem jest IMHO pewna przewidywalność fabuły: przez skojarzenia pożądania z ogniem było dla mnie oczywiste dość od początku, że Berenika musi być prawdziwą żarniczką. Ale chętnie poczytałabym więcej w tym świecie.

Czołem!

Tekst jest sprawnie napisany, a za osadzenie akcji w zapyziałej prowincji i ten motyw z kapitanem, pragnącym zostać lokalnym watażką masz ode mnie dodatkowe punkty (przysłowiowe – nie jestem w żadnym jury ;D). Bardzo lubię takie klimaty. Fabuła jest spójna, lecz też przewidywalna. Oczywiście, nie ma co kombinować na siłę, więc może to i lepiej, ale myślę jednocześnie, że mógłby tu się znaleźć jeszcze jeden zwrocik akcji, który by obrócił sytuację i uczynił opowiadanie ciekawszym. Ale powtarzam jest to porządny tekścior.

 

Pozdrawiam!

Hej, hej

20k znaków pozwolił zmieścić porządną historię i dać przedsmak świata, który aż się prosi o rozwinięcie. 

Bohaterka jest oryginalna. Ma własne plany, profesjonalnie manipuluje wydarzeniami i ludźmi, a na koniec ogrywa wszystkie strony.

Wykonanie bardzo dobre, tekst czyta się szybko i płynnie, nie ma dłużyzn i przestojów, ale do świetnego warsztatu przyzwyczaiłeś nas już wcześniej ;) (btw. zazdroszczę komentarza Regulatorki z pustą listą błędów). 

Twist może nie był za bardzo ukryty, ale opowiadanie broni się samo. Jest wojna, są ambicje, egzotyczna magia i romans. 

Dołączę do reszty komentarzy z uczuciem niedosytu. Przedstawiłeś na tyle ciekawy świat, że chciałoby się o nim więcej przeczytać. Może w następnym tekście?

Pozdrawiam serdecznie

 

Cześć, Geki,

tym razem niestety nie porwało. Wybacz, ale uważam wręcz, że to jedno z twoich słabszych opowiadań. Fabuła nie tyle jest prosta, co banalna, choć może po prostu nie trafiła w moje gusta. Piszesz świetnie, twój styl na ogół bardzo mi się podoba, a tutaj tego nie poczułam. Warsztat solidny, ale styl wyjątkowo mnie męczył. Początek uwodzi i dopiero od połowy zaczęły się moje problemy.

Nie jest to tekst zły sam w sobie. Zwyczajnie wysoko zawiesiłeś wcześniej poprzeczkę.

Wybacz, że komentarz trochę chaotyczny.

 

 

Nie wiedziałem, co zamierzał – dogadać się z Hordą w sprawie okupu czy wysłać żarniczkę do stolicy, by wkupić się w łaski generała, licząc na przeniesienie na bardziej znaczną, lub chociaż bliższą cywilizacji, pozycję.

A nie “znaczniejszą”? 

 

 

Powodzenia w konkursie!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Cześć! Nazbierało się komentarzy i najsampierw chciałbym Wam podziękować, że sięgnęliście po moje opowiadanie – rozumiem, że uczestnictwo w konkursie przyczynia się do większej liczby czytających, podobnie jak niewielka liczba wykorzystanych znaków. :)

 

Skądinąd ona celowo ma na imię Berenika, zważywszy, co ono znaczy? (”niosąca zwycięstwo”).

A jakże, drakaino! :)

 

jest dla mnie mniejszy problem niż ogrywanie w kółko pewnego zabiegu czysto formalnego, który w związku z tym zamiast być efektowny, staje się efekciarski i trochę na skróty.

Będę musiał się przyjrzeć swojej narracji, ale to jest coś, co ciężko zmienić, bo nawet pisząc w zamyśle całkiem odmienne teksty, trudno przestać pisać tak, jak się pisze zawsze.

 

Mam tu problem z immersją. Kiedyś zrobiłam sobie taką typologię: alternatywna historia (nasz świat z punktem rozejścia się dziejów), alternatywna rzeczywistość (nasz świat z nadprzyrodzonym “podbrzuszem” czyli większość urban fantasy i odmian pokrewnych) , alternatywny świat (to, co robi np. Kay, czyli mocne oparcie się na naszym świecie, ale jednak nazwy inne, geografia nieco inna). Twój jest najbliższy temu trzeciemu, ale powoduje we mnie dysonans, ponieważ modyfikacje są bardzo małe, w tym konkretnym tekście prawie niewidoczne, bo i główna nazwa geograficzna ma dokładny odpowiednik w świecie rzeczywistym, i to, co piszesz o religii, jest w zasadzie identyczne z realiami.

Nie dziwię się, bo właśnie tego się spodziewałem. Wiedziałem, że dokładnie tak tekst odbierze drakaina. Nawet się zastanawiałem nad tym przy pisaniu.

Postanowiłem pójść jednak nieco inną drogą, mianowicie umieścić podobną religię (czy nawet tę samą religię) w świecie, który niejednoznacznie musi być nasz (choć bez wątpienia naszemu bliski). Nazwa Psie Pole myślę, że jest na tyle popularna (czy może być popularna) że nie trzymałbym się kurczowo jej umiejscawiania w danych realiach. Co innego jakbym wymienił jakąś nazwę, która brzmi od razu jak nazwa własna.

 

Nawiasem mówiąc, bo o tym zapomniałam, ta jakże mocno znacząca Dulcynea też lekko mnie irytowała, bo lubię, żeby z zastosowania nazwy/imienia, które ma wyraźne konotacje poza tekstem, coś wynikało.

A to pozostawiona daleko w stolicy dziewczyna bohatera nie mogła być po prostu słodziutka? ;)

 

Tym gorzej dla “internetów”. Słowniki, którym ufam (czyli przeważnie te starsze), a także moja intuicja językoznawcza, wyraźnie podpowiadają, że dla uniknięcia niejednoznaczności forma dopełniacza liczby pojedynczej nie powinna być równobrzmiąca z formą liczby mnogiej, a więc: tej stai, alei, zawiei, funkcji, perwersji, ale: tych staj, alej, zawiej, funkcyj, perwersyj.

 Ślimaku, jak mówiłem, nie będę się upierał, choć odmiana podawana przez ciebie (funkcyj, perwersyj) to raczej relikt przeszłości. :P

 

Cześć, Finklo:

Próba ognia niby też ciekawa, ale nieco raziła mnie taka metoda egzekucji, kiedy nie mają zbyt wiele prochu. Palenie na stosie chyba wypadłoby taniej. Nie znam się, ale chyba jednak potrzeba trochę prochu, żeby uszkodzić człowieka na śmierć.

Też nie jestem ekspertem, ale wydaje mi się, że beczułka prochu – nawet mała – może przy wybuchu skutecznie pozbawić życia kogoś doń przywiązanego.

Czy palenie na stosie byłoby lepsze? Po pierwsze: trwałoby dłużej. Po drugie: nie byłoby takiej rozrywki. Po trzecie: wyobrażałem sobie garnizon na psim polu jako taki samotny punkt pośród stepu, gdzie do lasu daleko, a drewno wbrew pozorom też jest bardzo cenne (i ile by go musiało być na dwadzieścia stosów).

 

Bardzo fajny pomysł na bohaterkę.

Żarniczka to pierwsze, co mi do głowy wpadło, potem dopiero reszta.

 

Fajne opowiadanie, klimatyczne, same żarniczki walczące z ludźmi używającymi broni to dobra koncepcja. Nie było dla mnie zaskoczeniem, że Berenika naprawdę okazała się żarniczką, za to, że cała akcja została wcześniej przez nią i Hordę zaplanowana już tak. Jest tu więc pewien twist, choć opowiadanie i tak dość przewidywalne. :D Czytało się mimo to bardzo przyjemnie. Cieszę się, że dodałeś te podtytuły – robią robotę.

Verus, jeszcze raz dzięki za betę. A te tytuły to efekt twoich spostrzeżeń. :)

 

Choć nie przepadam za historiami, w których nie rozumiem świata, to czytałem Twoje opowiadanie z zainteresowaniem. Fabularnie może nieco zbyt przewidywane, ale nawet bym na to nie narzekał, gdyby tekst zaoferował mi coś więcej niż kilka bardzo dobrze napisanych scen. Nie twierdzę, że czegoś takiego w Twoim opowiadaniu nie ma, a jedynie że ja nie jestem w stanie tego czegoś znaleźć. Jednak złapałeś mnie początkiem, a resztę zrobiło wykonanie – trzyma wysoki poziom.

Cześć, Palaio. Cieszę się, że opowiadanie przypadło ci do gustu, nawet mimo pozostawionego mętliku w głowie. Fabularnie jest przewidywalne i to jest największa jego wada, z którą nie będę nawet polemizował, bo też nie robiłem nic, by fabułę uczynić mniej typową.

 

Dlaczego tak ochoczo – nie licząc narratora – przystępują do szaleńczego puczu; można to przypisać magicznemu działaniu żarniczki, ale czy wtedy jej potęga nie jest zbyt wielka? Nie wiem, czemu miały służyć wstawki religijne.

Właściwie to nie jest powiedziane, że przystępują ochoczo. Nie wiemy, jakie działania podjęli inni dowódcy, a ich efektów nie jest dane nam śledzić, bo garnizon zostaje zaatakowany.

Co do wstawek religijnych, to element kreacji samej żarniczki i po części też świata, choć rozumiem, że jest podany bez większego wyjaśnienia i może przez to zbić z tropu.

 

CMie, nawet nie będę próbował odpowiedzieć w tak rozbudowany sposób, jak rozbudowany jest twój komentarz, który uznajesz za krótki. Tym bardziej, że w sumie odbieram go jako pochlebny, a i zgadzam się z tym, że obrana koncepcja nie pozwoliła mi na pełne wykorzystanie potencjału żarniczek, oraz nie za bardzo było gdzie tę fabułe unieprzewidywalnić – czyli, że potencjalny błąd, jeśli już mówić o błędzie, leżał u samych podstaw. Bo u podstaw był to tekst lekki, krótki i bez kombinowania.

 

Koalo, dziękuję za wizyte i ciesze się, że się podobało. :)

 

Reg, kolejny raz udało mi się napisać coś, co przypadło Ci do gustu i jestem rad z tego powodu.

Jak wszyscy wskazują, opowiadanie jest przewidywalne i wiedziałem, że tak będzie, ale nie chciałem zmieniać sensu tej historii, która zaczęła się przeciez od nawiązaniu w tytule do bardzo typowej baśniowej opowiastki o księżniczce na ziarnku grochu. :)

 

Ech, Gegikaro, jakoś tak na pół gwizdka wyszło. Wziąłeś na warsztat pomysł pozornie zwykły i ograny, jednak zacząłeś dodawać do niego szczegóły, które mogły z tego zrobić dobrą opowieść. Mogły, ale nie zrobiły, bo wszędzie, gdzie istniało pole do pracy z klimatem, gdzie mogłeś wbić czytelnika w świat przedstawiony lub dać mu poczuć emocje postaci, ledwie o tym świecie i emocjach wspomniałeś. A przecież potrafisz mieszać w opisach, potrafisz je rozciągać, co więc nie zagrało?

Wilku, chyba nie zagrało przede wszystkim to, że to opowiadanie jest jak krótki spacer po znajomej okolicy, a nie jak wyprawa mająca na celu zdobycie szczytu. I wręcz chciałem, by to był krótki spacer, ponieważ tak już odwykłem od krótkich form, że nie schodziłem ostatnio poniżej 30 tysięcy znaków.

Poza tym opisy o których wspomniałes trochę mi się nie sklejają z pomysłem na to, by historię opowiadac z perspektywy bohatera, który jest pod wypływem uroku i niemal całą swoją uwagę kieruje na tę, która go zauroczyła.

 

Hej, ninedin! Bardzo mi miło za taką dawkę chwalenia przy tekście, który delikatnie mówiąc, nie błyszczy fabularnie. Cieszę się, że doceniasz światotwórstwo a przede wszystkim, że zwróciłaś uwage na tytuł. Fajnie brzmi, nie? :D

Nie wiem, czy wróce do tego świata. Jestem dośc niewierny pod tym względem i zazwyczaj porzucam światy i bohaterów po jednym razie.

 

MCraptorkingu, dzieki za wizytę i doceniam docenienie, mimo przewidywalności. :)

 

Zan, prosze mi tu nie zazdrościc, bo Reg pewnie pisała komentarz między kawą a pierwszym śniadaniem i po prostu zapomniała wkleić z worda listę uwag. :P

A zazdrościć to będę ci ja twojego opowiadania na księżniczki.

 

 

Hej, Lana

tym razem niestety nie porwało. Wybacz, ale uważam wręcz, że to jedno z twoich słabszych opowiadań.

Na pewno nie jest to jedno z moich lepszych opowiadań, z tym się zgodzę. :)

 

 Piszesz świetnie, twój styl na ogół bardzo mi się podoba, a tutaj tego nie poczułam.

Wydaje mi się, że styl był tu dośc podobny, co w kilku innych tekstach, ale może ta skrótowośc, o której wspomniał Wilk, zaważyła na odbiorze.

 

Zwyczajnie wysoko zawiesiłeś wcześniej poprzeczkę.

To tylko wypadki przy pracy, proszę mnie nie rozliczać przez ich pryzmat. :P

 

Pozdrawiam!

@Gekikara, Drakaina:

Ja się akurat bardziej zgadzam z Gekikarą w kwestii Psiego Pola. Okej, mnie się też najpierw skojarzyło z konkretnym miejscem w Polsce, ale potem mi przyszły do głowy takie historycznie znane nazwy związane z kulturą grecką jak rzeka Ajgospotamoj (Kozie Wody) czy miasteczko Kynoskefalaj (Psie Głowy), albo niemiecki Klingenthal, które są dokładnie tego samego typu. 

Takie nazwy jak np. “Wisła” czy “Beskidy”, których etymologia jest skomplikowana i nie wiążesię na pierwszy rzut oka z rzeczownikami pospolitymi, umieszczone w zupełnie fikcyjnym świecie (1), trudniej byłoby uzasadnić, bo albo by trzeba pójść w Tolkiena = “to jest przekład oryginalnej nazwy typu “Ytkjisfieaa” na język czytelnika”, albo w plus minus Sapkowskiego = “przybyli tu przez plus minus portal czasoprzestrzenny i przynieśli nazwy ze sobą”, albo w Star Treka = “Prawo Hodgkinsa o paralelnym rozwoju kultur, ci tu fantasy ludzie stworzyli sobie takie same realia językowe, jak my”, ewentualnie w odpowiedź “bo tak”. Natomiast nazwy typu “Koziegłowy”, “Psie Pole”, “Dolina Mieczy” czy “Zimna Woda” są do wymyślenia w większości kultur (musisz jedynie założyć istnienie kóz, psów, mieczy itd. w danej cywilizacji) i to wydaje mi się kluczowe.

 

 

 

(1) I dlatego nazwy geograficzne i generalnie kwestie językowe – Bretania itd. – są w sumie jedyną rzeczą, która mnie nieco irytuje w cyklu fantasy Aleksandry Janusz “Kroniki Rozdartego Świata”, gdzie wybitnie lubię postacie, a pomysł na magię uważam za znakomity, ale zaginiona Bretania, gdzie się mówi po śląsku, trochę mnie z immersji wytrąca.

Ładnie napisane Geki. Jest klimat, przyjemnie się to czyta, a im dalej, tym bardziej wciąga.

A gdy już człowiek się zatopi w ten świat, oswoi się nim i chce więcej, to nagle kończysz, łobuzie. 

Trochę krótkie.

No i to zakończenie pozostawia niedosyt. Dobrze wprowadziłeś, ładnie rozwinąłeś, punkt kulminacyjny należycie wyeksponowałeś, ale nie dałeś mu właściwie wybrzmieć, tylko uciąłeś mocno, a potem od razu epilog w postaci wzmianki o miejscowych legendach.

Szkoda, bo narobiłeś apetytu na więcej.

Język i styl bez zastrzeżeń.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Bardzo dobrze napisana, wciągająca historia, choć od początku przeczuwałem, że Berenika może być żarniczką. Największym atutem opowiadania jest znakomita kreacja pary kochanków. Trzeba uważać z zakochaniem, bo można się sparzyć. ;)

Nowa Fantastyka