- Opowiadanie: prosiaczek - In statu nascendi

In statu nascendi

Brak pasujących tagów. Tylko ten jako tako pasował.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

In statu nascendi

 

 

– Czy zaraz pan umrze? – spytał Jakubycz Liniewski.

Mikołaj Dzielnik, od przeszło stu lat z dumą podkreślający znaczenie własnych korzeni Trzonowiec, Wielki Mistrz Instytutu Taksonomii, znany był w powszechnej opinii również jako ten, który osiągnął wirtuozerię w sztuce samoopanowania. Dlatego teraz, gdy zamiast spokojnie spocząć, gwałtownie klapnął na berżerę – aż dziw, że wiekowe drewno nie zaprotestowało – a potem miast zmilczeć i przełknąć gorycz porażki, wydał w tym przytulnie cichym pokoiku świst jak nieszczelne okno smagane zimową wichurą, monsieur Jakubycz Liniewski w zdziwieniu mrugnął różnobarwnymi oczami.

– Zapewniam – powiedział Liniewski, nerwowym gestem poprawiając monokl – iż nie chciałem mości pana szokować ani zbijać z pantałyku. Wszystko, co mówię, to prawda najprawdziwsza, fakt autentyczny. Mości pan wybaczy redundancję, nadmiarowość, lecz nigdy nie sądziłem, że reakcja może być taka… nieoczekiwana.

Mikołaj był blady jak trup. Jedną ręką zdjął cylinder, przyłożył go do piersi, jakby z myślą o zmarłych, a drugą przejechał po czole, palcami zgarniając kropelki potu.

– Czy dobrze usłyszałem? – zapytał niemal szeptem.

Jakubycz kręcił głową, raz na lewo i prawo, raz do góry i w dół.

– Doskonale rozumiem, że ta informacja może wiele zmienić. Ale to dobrze, prawda? – spytał Liniewski. – Z punktu widzenia nauki każda wątpliwość jest bezcenna. – Chwycił piękny samowar zdobny w roślinne ornamentacje i nalał sobie herbaty do czarki. Pokój wypełnił subtelny zapach jaśminu. – Może jednak zechce waszmość skosztować? Sprowadzana od najlepszych tajwańskich plantatorów.

Przez rewelacje Jakubycza Mikołaja wciąż trzymały mdłości. I przez wczesną porę.

– Podziękuję – wymamrotał pod nosem.

Była piąta rano. Liniewski, w podomce i szlafmycy, z maślanymi oczami, nieogolony, na wpół rozbudzony tajemniczym telefonem z Wienis, jeszcze nie rozgrzany po wyjściu spod pierzyny – pomimo trzaskającego za plecami ognia w kominku wciąż trząsł się jak osika – w tym zastałym powietrzu jak ulepiony przez niecierpliwego Boga…

– Przepyszna rzecz – zachwycał się herbatą, mlaskając. – Przepyszna.

Mikołaj zazgrzytał zębami. Zawsze uważał monsieur Jakubycza za człowieka ugodowego, czasem wręcz za zbyt mocno zginającego kark pod naciskami zewnętrznych środowisk, lecz nigdy nie przypuszczał, że kiedyś usłyszy, jak kręgosłup moralny przełożonego z trzaskiem pęka. Cóż za paskudny determinizm, pomyślał wzgardliwie Dzielnik. Rzeka wezbrała, więc płyńmy z nurtem! I jakże wielki egoizm. Liniewski bowiem – Wielki Nadzorca Instytutu Taksonomii Wszechrzeczy, w pewnym sensie będący przecież dlań jak ojciec – zachowując się w ten miałki sposób, nie tylko poddał w wątpliwość swe kompetencje, lecz również wywrócił do góry nogami świat Mikołaja.

– Chce pan zmienić taksonomię gatunków? – Za żadne skarby! Dzielnik odłożył cylinder na mahoniowe biurko i spojrzał przełożonemu w oczy. – Proszę wybaczyć, ale jeśli ulegniemy, wszystkie dotychczasowe badania równie dobrze można zamieść pod dywan.

Jakubycz zaprzeczył głową tak gwałtownie, że spadł mu z oka binokl.

– Ależ skąd! – zanurkował pod biurko. – To tylko je wzbogaci! Proszę pomyśleć o tym jak o wyzwaniu! Trzeba będzie bliżej przyjrzeć się systematyzacji, przedefiniować pewne pojęcia… O, jest! – Uderzył o kant głową i wgramolił się z powrotem na fotel. – Obrać inny punkt widzenia, rozumie mości pan, wszakże świadomości są różne i grzechem egocentryzmu byłoby klasyfikować je li tylko przez pryzmat naszego własnego aparatu poznawczego. Należy…

– Przecież nie zmienię się w Odklejeńca. – Mikołaj zmrużył oczy, nachylając się ku Jakubyczowi. – To tak jakby małpa chciała zacząć myśleć jak pies. Niedorzeczne!

– Cóż, nie sugeruję –

– Kim jest Alojzy, wieśniak podważający moje kompetencje?

– Cóż –

– Niech mi prześle swoje badania WszechSiecią.

– Próbowałem go nakłonić, ale jest uparty.

– To proszę dać mi kontakt do niego.

– Rozumiem, ale to na nic. Powiedział, że obawia się podsłuchów, a poza tym stwierdził, że musimy zobaczyć to na miejscu, w Wienis. Dlatego mości pana wysyłam. Może ten Alojzy faktycznie coś odkrył. W końcu jest Scyfryzowanym.

Mikołaj znał się na swoim fachu. Był jednym z najwybitniejszych taksonomików i nie zamierzał pozwolić, by jakiś namaszczony sam przez siebie głupiec zarzucał mu indolencję.

– Czyżby usiłował pan podważać możliwości Trzonowców? – spytał z niedowierzaniem. – Sądzi pan, że powinienem –

– Ależ skąd! – Jakubycz, skrzywiony, masował czoło.

Momentalnie Mikołaj zapragnął splunąć mu w twarz.

– Drogi panie. – Uniósł sękaty palec. – Skoro już wkraczamy na grząski grunt epistemologii, nauki bardzo ważnej i zarazem zdradliwej, trzymajmy się podstawowych faktów. Inaczej niechybnie wciągnie nas wir.

Wstał, splótł dłonie za plecami i zaczął przechadzać się od ściany do ściany, od wiktoriańskiego politurowanego kredensu do wzorzystej tapiserii.

– Sugeruje pan, iż percepcja Trzonowca może okazać się zbyt wątła, by poznać i sklasyfikować co odmienniejsze byty. A skoro ani pan, ani ja nie potrafimy, że tak się wyrażę, przyodziać odmiennego postrzegania, akuratniejszego podczas prowadzenia badań, to jesteśmy skazani na zadowolenie się konstruktami własnych umysłów. I tak i tak nie poznamy bytu samego w sobie, po cóż więc się katować i dręczyć?

Jakubycz siedział odchylony, w pozycji obronnej, z czarką zamkniętą w dłoniach.

– Mości panie –

Ale Mikołaj nie pozwolił dojść mu do słowa. Trącił palcem turkusowy abażur, kontynuując:

– W takim wypadku jedynym sensownym rozwiązaniem jest stworzyć mapy umysłów wszystkich Odklejeńców i następnie je uśrednić. Jednak wspomniane fakty są takie, że to również niemożliwe, więc pozostaje nam jedynie bawić się na własnym podwórku. Nawet dzieci stawiające piaskowe babki wiedzą, że konkretna foremka da konkretny kształt.

– To nieetyczne lenistwo – burknął Liniewski.

– A od kiedy jest pan taki moralny, skoro próbuje namówić mnie do odklejenia się?

Jakubycz począł się jąkać, nieudolnie próbując usprawiedliwić swoje wywody.

Mikołaj tryumfował.

– Muszę przyznać, że nie podejrzewałem tego – powiedział z nutą pogardy w głosie. – Ale domyśliłem się, gdy tylko wspomniał pan o innych świadomościach. Proszę wybaczyć, nigdy się nie zgodzę.

Liniewski opanował się i jakimś cudem zdołał wykrzesać w sobie rezon. Może nie miał charyzmy, ale pozycję – owszem. Odstawił czarkę, poprawił łańcuszek monokla, wstał i okrążając biurko, zbliżył się do podwładnego.

– Nie pierwszy i nie ostatni badacz robi to dla dobra nauki. Nie jest tajemnicą, iż Instytut zatrudnia Pariasów, którzy przyczynili się do wyłonienia innych metodologii.

– Wcale nie lepszych od moich. Poza tym, proszę nie czarować. Obydwaj wiemy doskonale, że Pariasi są do nas bardzo podobni, a skoro mówimy o zmianach nie ilościowych lecz jakościowych percypowania, zapewne chodzi panu o solidniejsze odklejenie, podejrzewam nawet emulację umysłu. Więc jak, mam zostać Emulantem?

Jakubycz przeczesał gęstwę siwych włosów; istny Einstein, tylko bez tego błysku w oczach, pomyślał zgryźliwie Dzielnik.

– Nieważne, nieważne – rzekł podrabiany Albert. – Proszę o tym zapomnieć. Wiem, że poradzi pan sobie w obecnej formie. Po prostu sądziłem, że skoro przeciętni pracownicy po emulacji stają się jednymi z lepszych, to pan… Ach, przepraszam.

Zaległa cisza. Dzielnik podszedł do biurka i podniósł cylinder.

– Więc mam polecieć na drugi koniec świata i skonfrontować moje klasyfikacje ludzkich gatunków z tamtejszą fauną – podkreślił ostatnie słowo.

– Fauną? – Jakubycz zamrugał. – Ależ drogi panie! Negatywne nastawienie jest wrogiem obiektywizmu. Toż to szowinizm gatunkowy, toż to…

Mikołaj przytaknął.

– Jestem realistą. I nie sądzę, aby rozbudowywanie ludzkich taksonomii o zwierzęta niższych szczebli miało czemuś służyć. Jeżeli jednak trafię na intrasapiens, którzy, jak wspomina w liście doktor Alojzy, nie znaleźli się w moich publikacjach, prędko naprawię ten błąd.

Liniewski uśmiechnął się sztucznie.

– Oczywiście załatwimy transport – powiedział oschle. – Mości pan wyruszy do Wienis jeszcze dziś wieczorem. Sterowcem. Będziemy w stałym kontakcie.

Milczeli. Za Jakubyczem godziny odmierzał staromodny zegar. Piąta trzydzieści.

Mikołaj westchnął.

– Niech pan powie chociaż, co każe brać te sensacje na poważnie.

Liniewski spuścił wzrok, mruknął pod nosem:

– Nie mogę, bo sam nie wiem. Proszę mi wierzyć.

– W Wienis mogą się przydać czarne kredyty.

– Dziś finalizuje pan zlecenie.

Mikołaj skinął głową i pożegnał się z monsieur Jakubyczem.

 

***

 

Dziś wieczorem umówiony był z pewnym Odklejeńcem, któremu za sowitą opłatą obiecał prześledzić ścieżki pokrewieństw i odnaleźć w odmętach historii protoplastów. I, choć było to jak igranie ze śmiercią, którego zamierzał bezczelnie oszukać.

Mżyło, był wczesny ranek i w przeciwieństwie do popołudniowego rejwachu, ulicę wypełniał puch kameralności bez mała teatralnej; aktorzy tu, aktorki tam. Spacerowicz w żupanie, o obliczu sennym jak Liniewski, zdziwiony obłoczkami pary lecącymi z nozdrzy, z zimna szczękający i zębami i hebanową laską o ziemię. Wracająca z uczty mademoiselle w tiulowej sukni, przed co mocniejszymi podmuchami wiatru chroniąca urękawiczonymi dłońmi barokową fryzurę, która już, już chyliła się ku ażurowej woalce. Guwernantka spiesząca do pracy, potknęła się, przeżegnała i pognała dalej; tuż obok Parias, poprawiał sobie wypomadowane włosy i brodę, gdy prawie nań wpadł, Dzielnik dostrzegł w jego dłoniach stylizowane na astrolabia wszczepki cyfryzacyjne. Oraz inni, biedni, wyrzuceni poza nawias człowieczeństwa, nawet już nie ubodzy krewni ludzi, lecz istoty pozbawione praw oraz przywilejów. Przez niego, o czym nie mogli mieć pojęcia. Niewidoczni żebracy, bardziej trzonowi od Trzonowców, niezmodyfikowani, zacofani, porażki niczym niewspomaganej ewolucji.

Dzielnik kroczył brukowanym trotuarem wciśniętym w dwa rzędy renesansowych kamienic. Minął mobilnego handlarza, obdarzył ułamkiem uwagi obściskującą się w zaułku parę, a potem zamknął się we własnych myślach – o przeklętym Alojzym! – i moment później podskoczył ze strachu, gdy nieświadomie zboczył na środek drogi, omal nie wpadając pod końskie kopyta. Dorożkarz pogroził mu pięścią, zaklął i pojechał dalej; stukot kopyt cichł. Cichło, a Dzielnik powrócił do przerwanych rozważań.

Że też pierwszy lepszy doktor z Wenis poddawał w wątpliwość dzieło jego życia! Czterdzieści lat badań, opracowywanie kolejnych metodologii, porażki i sukcesy, nieprzespane noce, udane ekstrapolacje, wreszcie spis wszystkich możliwych intrasapiens, w trzech słowach pot, krew i łzy… Kto normalny wysyła poza najdalsze granice polis najwybitniejszego eksperta, ażeby ten sprawdził, czy jakimś dziwnym zrządzeniem losu wioskowy głupek nie posiada aktualniejszych danych?

Mikołaj skręcił w prawo i zaczął wspinaczkę wąskimi schodami. Bogato zdobione w reliefy portale, błękitne, kremowe oraz rdzawe pilastry, przysłaniające wąski pasek nieba gzymsy, zapach murszejących cegieł, posmak sypiącego się tynku; wszystko to zarazem przytłaczało i dawało oddech. W tajemniczy sposób syciło duszę skuteczniej niż nowoarchitektura wywodząca się z tej paskudnej epoki Eklektyzmu, która z przaśnym przyklaśnięciem zapoczątkowała społeczne przyzwolenie wszystkim na wszystko; aktorzy budowali mosty, budowniczy tworzyli scenariusze filmowe, siłacze zabierali się za pisanie esejów. Każdy mógł być każdym. W efekcie nikim.

Dzielnik westchnął, poprawił cylinder i poprzez WszechSieć odebrał połączenie Odklejeńca.

≈ Ma pan wyniki? W takim razie spotkajmy się kwadrans przed siódmą w bistro Zaćmienie ≈ powiedział podekscytowany Billy.

Niech tak będzie, pomyślał Mikołaj, acz nie potrafił dociec, dlaczego Gensklejkowiec zamiast załatwić sprawę na odległość, nalegał na tête-à-tête.

Schody pięły się i pięły, a on nie był młodzieniaszkiem, toteż kiedy w końcu dotarł na samą górę, gdzie rozpościerał się nachylony pod kątem przynajmniej trzydziestu stopni rynek, usiadł na pierwszej lepszej ławce i z zadowoleniem wsłuchał się we własny oddech. Jego ciało miało tyle ulepszeń, ile konieczne, nic ponadto. No, może ciut więcej. Zerwał się przyjemny wiatr. Serce powoli wracało do normalnej pracy, a Mikołaj, dotleniwszy organizm, zapatrzony w okolony fontannami posąg Rozprawiającego, zaczął rozważać, dlaczego i pod czyim naciskiem Jakubycz uległ presji. Po ostatniej rozmowie Dzielnik miał o nim bardzo złe zdanie, lecz przecież Liniewski był dyrektorem ITW i chociażby dlatego należałoby wykluczyć podjęcie przezeń bezsensownej decyzji. Za tym musiało się kryć coś głębszego. Coś, co wiązało Liniewskiemu ręce, zaszywało usta.

Sprawdził godzinę na kieszonkowym zegarku – do spotkania z Billym został niewiele czasu – i ruszył w kierunku budynku stworzonego na modłę rzymskiego panteonu. Nowo przybywających witał potężny tympanon z płaskorzeźbami Scyfryzowanych, którzy z sobie tylko znanych powodów uważali się względem innych za Bogów i najwidoczniej sądzili, że reszta intersapiens powinna składać im hołdy. Dzielnik niegdyś zastanawiał się, dlaczego kazali przedstawić się właśnie w taki a nie inny sposób – kufel piwa temu, kto rozszyfruje te fantasmagoryczne topologie! – i doszedł do wniosku, że albo dłubiący w kamieniu artysta nie podołał zadaniu, bo zwyczajnie nie potrafił zdekodować myśli Scyfryzowanych, tworząc w efekcie powyższy bubel, albo świat wirtualny różnił się od fizycznego w stopniu tak wielkim, że Trzonowiec nie był w stanie ujrzeć go inaczej niż jako absolutnej abstrakcji.

Od rozstania z Jakubyczem szedł niespiesznie, później, rozważając możliwe scenariusze dyskusji z GENsklejkowiec, zwolnił jeszcze bardziej, a teraz, gdy z daleka ujrzał szyld bistro przedstawiający pijących kawę i zajadających bajgle intersapiens, omal się nie zatrzymał i nie zawrócił, targany burzą emocji. Szlag, każdy scenariusz niechybnie prowadził do klęski! Może niepotrzebnie brałem to karkołomne zlecenie, pomyślał w zwątpieniu Dzielnik. Chciał pochwalić się swym kunsztem, a wyjdzie, że obnaży brak dostatecznych umiejętności. Z drugiej strony uczciwie uprzedzał GENsklejkowca, że poszukiwania protoplastów mogą zakończyć się fiaskiem. Choć, przyznać musiał, uczciwość ta była pozorna, stanowiła blef, który będzie fundamentem kłamstwa. W końcu Czarna Waluta, którą ten obiecał mu zapłacić, była trudno dostępna, zaś w Wienis mogła okazać się nieprzeceniona. Mikołaja niepokoiło jedynie, na co wskazywały wątłe poszlaki, że Billy jest niebezpiecznym człowiekiem. Porywczym, niecierpliwym, nie tylko swoich nieprzyjaciół, lecz także tych, na których się zawiódł, potrafiącym wikłać w okrutne sytuacje bez wyjścia. Bajki? Być może, niemniej jednak Mikołaj za wszelką cenę zamierzał przekonać Billego, że z umowy wywiązał się w stu procentach, nawet jeśli to nie do końca prawda.

W bistro Zaćmienie panował przyjemny półmrok. Uporządkowana, ascetyczna przestrzeń stanowiła zarazem wizualne przeciwieństwo i logiczny kontrapunkt panującego na zewnątrz przepychu. Pięć heksagonalnych stolików, naturalnie każdy z sześcioma siedziskami. Kawałek dalej, pod boazerią suto obłożony stół samopodajny, a nad nim, jako jedyny element mocno wyeksponowany światłem, obraz Pietera Bruegela – słynna „Wieża Babel”. Pod sufitem podwieszono ruchomy Układ Słoneczny; to on dawał delikatny blask.

Rozejrzał się po prawie pustym bistro.

Już chciał włączać WszechSieć, gdy w kącie sali dostrzegł bawiącego się kartami młodego mężczyznę we fraku. Miał idealną fryzurę zaczesaną do tyłu, przystrzyżony zarost oraz – właśnie uśmiechnął się do Dzielnika – zęby białe i równe jak klawisze fortepianu. Uznał, że to doktor Billy, więc podszedł i usiadł mu naprzeciw.

– Cieszę się, że pan dotarł – powiedział kurtuazyjnie GENsklejkowiec.

Dzielnik przywitał się, przegrywając walkę z przemożną ochotą ziewnięcia. Nie pamiętał, kiedy ostatnio zażywał snu.

– Mają tu doskonałą kawę. – Wskazał na stół Billy. – I podobno świetne bajgle.

Mikołaj w wystudiowanym geście odłożył cylinder na stolik, przetarł szczypiące oczy.

– Z przyjemnością skosztuję – uśmiechnął się pod zarostem. – Z przyjemnością.

Pociągnął nosem, wszedł w zintegrowane ze stolikiem menu i wybrał potrójne espresso. Niemal w tej samej chwili aromatycznie parujący płyn podleciał i wylądował obok kapelusza.

– Stoliczku, nakryj się – powiedział wesoło Billy.

Mikołaj uniósł porcelanową filiżankę do nosa. Żadna neska – skonstatował – czarna parzona z prawdziwych ziaren. Upił solidny łyk i zanim go przełknął, potrzymał w ustach, pozwalając goryczy wsiąknąć przez kubki smakowe aż do mózgu.

GENsklejkowiec odchylił się na siedzisku, splótł dłonie za głową. Spojrzenie miał nieostre, rozmarzone.

– To niesamowite, że rzeczy odkryte przed naszą erą potrafią cieszyć do dziś. Słyszał pan o etiopskim pasterzu Kaldim? Pewnego dnia ujrzał pustą łąkę. Zaniepokojony, udał się na poszukiwanie stada. Pewnie sądził, że ktoś złośliwy porwał jego zwierzęta. Albo że nocą zostały pożarte przez wygłodniałe wilki. Jak to bywa w legendach, całkowicie się mylił. Po dniu bezustannej wędrówki zobaczył bowiem coś wcześniej niespotykanego. Otóż kozy, nadzwyczaj pobudzone, skakały przy jakichś krzewach, skubiąc ich liście i podjadając owoce. Z pewnością domyśla się pan, że Kaldi sam je spróbował. Czasami wyobrażam sobie, że moim przodkiem był właśnie ten etiopski pasterz, który dokonał przypadkowego odkrycia.

– Obawiam się, że aż tak daleko nie sięgamy.

Billy otrząsnął się, skupił łagodne spojrzenie na Dzielniku.

– Naturalnie, naturalnie. Proszę zrozumieć moje pobudki. Kiedyś podobnie jak pan zaliczałem się do Trzonowców. Na genetyczne manipulacje zdecydowałem się niecałe pięćdziesiąt lat temu. Szczerze mówiąc nie wiem, czym się wtedy kierowałem. Nieważne. Sęk w tym, że ostatnio trapią mnie problemy natury egzystencjonalnej. Widzi pan, nie bardzo pojmuję, kim właściwie jestem, i pomyślałem sobie, że gdybym dowiedział się jak najwięcej o przodkach, przypomniałbym sobie, przynajmniej w jakiejś aproksymacji, choćby najogólniejszym przybliżeniu, kim byłem przed modyfikacjami.

Mikołaj wzruszył ramionami.

– Jest pan tym, kim jest.

Billy prychnął.

– Tylko tyle ma pan do powiedzenia? Czym jest istnienie bez przeszłości? Wszystko ma swój początek i koniec. U kresu warto znać przeszłość.

Nad nimi przelatywał właśnie osiągający peryhelium Mars.

– Tamtego Billego nie ma – rzekł Mikołaj. – Czas płynie, tożsamości morfują.

Zaległa cisza.

– Sądziłem, że przybędzie doktor osobiście.

Billy momentalnie zmarkotniał. Nachylił się nad szklanką i siorbnął przez słomkę; drinku nie ubyło.

Dzielnik zrozumiał, że popełnił niewybaczalne faux pas. GENsklejkowcy często posługiwali się holograficznymi awatarami, bądź wstydząc się własnej powierzchowności, bądź ze względu na zbyt dalece posunięte modyfikacje ciał – wszystko jedno intencjonalnie, czy wynikające z tragicznych pomyłek – utrudniające funkcjonowanie w fizycznej przestrzeni. W związku z tym często wybierali holociała. Tylko dlaczego w takim razie nie załatwili sprawy przez WszechSieć?

Milczeli.

Mikołaj poczuł zdenerwowanie. Wyjął zza poły płaszcza wrzościową fajkę. Miał już ubity w niej tytoń, więc jedynie pociągnął prze ustnik, sprawdzając przepływ powietrza, i odpalił zapałką.

GENsklejkowiec odchrząknął, poprawił mankiety; błysnęły ametystowe spinki.

– Z pewnością pan wie, że dzielimy się na Koherentnych i Eklektycznych. Ja zaliczam się do tych drugich, toteż jestem i człowiekiem i zwierzęciem niższym. W związku z tym nie można mówić o mnie jako o Bożym dziecku. Ergo, nie mam prawa rościć pretensji do zbawienia. Tej myśli, niezwykle deprecjonującej, przyznam, nie potrafię przetrawić. Chciałbym dostąpić życia wiecznego, lecz wiem, iż w przeszłości podjąłem niezbywalne decyzje i teraz jest to nierealne. Pojawia się dysonans poznawczy, rozumie pan, dlatego właśnie pragnę jak najwięcej dowiedzieć się o moich przodkach i zrozumieć przynajmniej, kim mogłem się stać. Abstrahując od religii, jest jeszcze kwestia tożsamości. Postrzegam się jako bezsensowny zlepek nie wiadomo czego imitujący prawdziwe ja.

W bistro Zaćmienie wydarzyły się dwie bardzo złe rzeczy. Przyjmując zlecenia, Mikołaj nie pytał o pobudki klientów. Stanowiły ich osobistą sprawę i mistrza taksonomii obchodziły mniej niż zeszłoroczny śnieg. Po pierwsze, Billy całkowicie się przed nim odsłonił, co rodziło niesmak, ponieważ emocje lepiej sprawdzają się w teatrze niż podczas oficjalnych spotkań. Po drugie, znacznie gorsze, w obliczu ekspozycji interlokutora Mikołaj nie zdołał zachować obojętności. Uciekł spojrzeniem od nieskazitelnej twarzy Billego do „Wieży Babel”. Ten biedny człowiek głęboko wierzy – pomyślał gorączkowo – że mogę mu pomóc w metafizycznym problemie, tymczasem ja zamierzam go oskubać z waluty jak przeklęty lichwiarz. Całe życie dążył do ideałów, teraz zaś czuł, jak wpada w szpony merkantylizmu. A może uczciwość nawet w obrębie intrasapiens jest mirażem, nieosiągalną człowiekowi cnotą? Mikołaj miał ochotę schować twarz w dłoniach.

Zamiast tego przekuł wątpliwości w wewnętrzny żar – aż główka fajki zrobiła się zbyt ciepła – i w zgodzie z własnym wizerunkiem śmiało spojrzał na Billego i postukał palcem w blat.

– Dlatego zgodziłem się doktorowi pomóc – zapewnił i upił solidny łyk kawy.

– Naprawdę? – zdziwił się GENsklejkowiec.

Mikołaj wykonał dłonią z fajką zamaszysty gest.

– Oczywiście. Mimo pewnych wątpliwości, od początku wierzyłem w pańskie czyste intencje, doktorze.

Billy przyjrzał mu się badawczo. Otworzył usta, zamknął, zawahał się i w końcu powiedział:

– Bardzo mi miło. Ostatecznie istniały uzasadnione obawy, że na moim genetycznym konglomeracie będę chciał nieuczciwie coś ugrać. Domyślam się, że pan, ceniony człowiek, mistrz taksonomiki, społeczny autorytet, nie chciałby uczestniczyć w żadnych machinacjach.

– Nieuczciwie – powtórzył bez zrozumienia Dzielnik.

– W porównaniu z innymi intersapiens GENsklejowcy relatywnie często wynajmują adwokatów w celu korzystnego orzekania prawa do spadku. Nawet pan nie ma pojęcia, jakie kiedyś poczułem zażenowanie, czytając w hologazecie o Eklektyku, który udowodnił, że posiada prerogatywy do potężnej greckiej posiadłości dzięki domieszce genów ludzi, którzy byli w najczystszej możliwej linii krewnymi Platona. Filozof zaś wieki temu został bezprawnie pozbawiony domu stojącego akurat na tamtej ziemi. Oburzeni bliscy zmarłego nie mogli nic poradzić na tę genetyczno–prawną ekwilibrystykę.

– W takim razie upomnieć winni się także prawdziwi krewni myśliciela – zauważył Mikołaj.

– Tylko że nikt normalny nie wydaje fortuny na, proszę wybaczyć wyrażenie, molekularne przeoranie całych stuleci wstecz. Natomiast banki genów są objęte klauzulą anonimowości, toteż pierwotny dawca nie sprawdzi, kto skorzystał z jego DNA.

– Zaiste, niezwykła historia – przyznał Mikołaj, delektując się piszczącym podniebienie dymem.

Nad głowami śmignęła im gorąca herbata, którą zamówił jakiś gość.

– Historia ciekawsza niż współczesność – przyznał Billy. – Wie pan, skąd kawiarenki takie jak ta wzięły swą nazwę? Otóż według legendy podczas rosyjskiej okupacji Paryża w dziewiętnastym wieku niecierpliwi żołnierze sotni kozackich poganiali kelnerów okrzykami „bystro, bystro!”. – Pstryknął palcami, chichocząc. – I tak powstały bary szybkiej obsługi. A propos, zastanawiałem się, czy nie przybrać formy kozaka, ale doszedłem do wniosku, że jeszcze by się pan wystraszył srogiego oblicza.

Billy odsłonił idealne, fortepianowe zęby. Zagram na nich koncertowo – pomyślał swobodnie Mikołaj. Nie przestając taksować interlokutora spojrzeniem, uniósł i przytrzymał filiżankę przy ustach. Pobudzający aromat indyjskich ziaren łechtał nozdrza, a on rozważał intensywnie, jak mógłby okłamać sympatycznego GENsklejkowca. Billy pragnął poznać przodków i dzięki tej wiedzy zrozumieć, kim był przed modyfikacją genetyczną. Dzielnik widział dwa rozwiązania. Albo przyznać się do porażki, narażając na szwank nieposzlakowaną dotychczas opinię, unikając tym samym kłamstwa, albo właśnie zełgać, za cenę Czarnej Waluty skazując się na autopogardę. Istniała również trzecia możliwość. Etyczne kłamstwo.

– To czego pan się dowiedział o moich korzeniach? – spytał Billy.

Dzielnik upił solidny łyk.

– Już, już. – Pomacał się po płaszczu, jakby szukając usprawiedliwienia dla powziętych zamiarów.

Wyjął z kieszeni garść malutkich wzorzystych kostek, przyjrzał się im, odnalazł tę z ostatnimi analizami i rzucił ją z dostojeństwem wytrawnego kasynowego gracza; nad stolikiem niby pąk kwiatu rozkwitła a potem pojaśniała niebiesko żółta mapa pokrewieństw GENsklejkowca. Fajkowy dym rozmiękczał obraz.

– Proszę spojrzeć tu. – Mikołaj zakreślił laserowym wskaźnikiem żółte kółko. – To jest pan.

Billy wstrzymał oddech, nerwowo rozejrzał się po sali.

– Ależ tak otwarcie? To sprawy intymne!

– Bez obaw, tylko my to widzimy – uspokoił go Dzielnik. – Wracając, to pan, a dalej…

Poza ludzkimi, Eklektycy posiadali również geny zwierzęce. W kwestii badania pokrewieństw w linii wstępnej problem pojawiał się w momencie, kiedy żadna metoda badawcza nie pozwalała jednoznacznie ustalić granicy pomiędzy tym, co przynależne do intersapiens, a tym, co zapożyczone ze świata fauny. Jednak Billy namieszał w swoim organizmie jeszcze bardziej. Wielokrotnie powtarzane analizy Mikołaja wskazywały, jakoby najbliższym przodkiem GENsklejkowca był regulujący układ immunologiczny szczep bakterii spiritus movens. Uznając ten wynik za artefakt zgłupiałej w obliczu molekularnego chaosu aparatury, Dzielnik podjął dalsze badania. Niestety pojawiły się kolejne błędy, ich liczba zaczęła rosnąć wykładniczo, zaś niemal wszystkie obiecujące początkowe rezultaty ostatecznie morfowały w coś nieprzewidywalnego.

Mikołaj postanowił grać na zwłokę; zacząć od oczywistości.

– Najbliższym przodek, niejaki Jeff Blady. – Przejechał wskaźnikiem parę centymetrów w dół.

Billy uśmiechnął się smutno.

– Pamiętam ojca. Chciałbym bardziej zagłębić się w przeszłość.

Dzielnik zaznaczył dwa kolejne punkty na mapie.

– Trzonowcy. Józef Blady był cukiernikiem w Creme de la crème, natomiast Maria trudniła się nauczaniem w Szkole Inicjacji.

Billy westchnął, przetasowując karty.

– Do dziś na samo wspomnienie czuję w ustach smak kremówek. Będąc dzieckiem, lubiłem rozmowy z dziadkiem. Ale to właśnie przez rodzinę postanowiłem się zmienić. Miałem dosyć codziennej prostoty, przewidywalności, wpadania w rutynę, ulegania schematom, stroboskopowego postrzegania świata, stereotypów, stygmatyzacji, intelektualnej miałkości, wszechobecnej bezrefleksyjności – Mówiąc to, uważnie patrzył Mikołajowi w oczy. – Podobno niegdyś, w poszukiwaniu indywidualizmu, młodzi ludzie decydowali się tylko na proste modyfikacje ciała. Tunele w uszach, skaryfikacje, podskórne implanty, obcinanie lub zapuszczanie włosów, kolczyki, tatuaże, soczewki zmieniające tęczówki w uśmiechnięte buźki. To wszystko ewoluowało, głęboko wrastało w społeczeństwa, z czasem stając się ich integralną częścią, ale pojawiły się też nowe możliwości. Boom na modyfikacje genetyczne nastał jeszcze zanim się urodziłem. Później, kiedy dorastałem, zaczął rozwijać się przemysł, który stanowił zarzewie podgatunku, którego przedstawiciela widzi pan przed sobą. Jako piętnastoletni chłopak byłem zafascynowany i pewnie uległbym pokusie już wtedy, lecz rodzice mi na to nie pozwolili. Niestety potem, gdy zyskałem pełnoletność i mogłem stanowić o własnym losie, sądziłem, że wiem najlepiej… Dlatego chcę, żeby zajrzał pan głębiej. Rodzice oraz dziadkowie, jakkolwiek wykazywali się w pewnych kwestiach rozsądkiem, przez większość życia zachowywali się niczym statyści. Nienawidzę ich za to i będę nienawidzić również siebie, jeśli okaże się, że nie miałem choćby paru wartościowych protoplastów.

Mikołaj zreflektował się, że prawie przestał oddychać. W przemowie Billego była jakaś skrywana zapalczywość. Poruszył zesztywniałymi nogami, szyją – w karku coś strzyknęło – a potem uciekł w menu i zamówił kolejne espresso, tym razem poczwórne, o smaku cynamonu. Uważnie słuchał perorowania dialogisty i zastanawiał się, czy GENsklejkowiec stał się tym kim jest z powodu słabego charakteru, wrodzonego bądź wpojonego oportunizmu, czy wręcz przeciwnie, na skutek buntu przeciwko owczemu pędowi. Postanowił wpłynąć na umysł Billego, zaszczepić w nim ideę wywracającą na nice faktury percepcji, wykrzesać atrybucję w służbie ego…

– Doktorze, jak można dążyć do niepowtarzalności?

Kawa wylądowała na kapeluszu, prawie z niego spadła; Mikołaj w ostatniej chwili pochwycił filiżankę – bystro, bystro! – i wypił zawartość duszkiem, ręką z fajką energicznie składając szapoklak.

GENsklejek zastanawiał się, rozmieszczając na stole karty. Gdy zaczął mówić, oczy miał zamglone.

– Morfując własną fizyczność, człowiek pragnie, aby społeczeństwo postrzegało go w pewien konkretny sposób. Jest to jednak droga na skróty, przeciwieństwo abnegacji, w której ponad rzeczami są idee, zaś prawdziwy indywidualizm rodzi się z immanentności ducha, a nie wynikającego z uspołecznienia jednostki konformizmu.

Mikołaj odchrząknął, poprawił na palcu pierścień, szafir błysnął w półmroku fałszywie; grecka sztuka sofistyczna, kurtyna w górę, światła.

– Popełnił doktor dwa błędy myślowe. Początek zmiany ciała, wspomnianej przez ciebie fizyczności, ma miejsce przecież w głowie, a więc rodzi się z myśli. Założył doktor również, że konformizm jest skutkiem wpływów społecznych, tymczasem stanowi mechanizm regulujący instynkt samozachowawczy i jest niezależny od zewnętrznych wpływów, które są z nim skorelowane, lecz nie współzależne. Post hoc ergo propter hoc.

Billy przełknął ślinę, przestraszony egzotycznego punktu widzenia.

– Z pierwszym się zgodzę, lecz… Twierdzi pan, że konformizm istnieje w człowieku obiektywnie? Że wpływy społeczne są dlań tym samym, co błyskawica dla grzmotu? Że nie mają związku? Toż to herezje!

– Błędnie zakładamy, że wszystkie cechy są wypadkowymi socjalizacji. Dlaczego poznający pierwszych ludzi po stu latach samotnego życia pustelnik przejawia oportunizm nie mniejszy niż osobnik, który przeszedł całą ścieżkę socjalizacji? Owszem, konformizm istnieje p o z a wpływem społecznym, aczkolwiek, w pewnych granicach, może być przez ten wpływ modyfikowany.

Billy milczał, zmagając się ze słowami dialogisty. Nad jego głową Słońce tworzyło wstęgi protuberancji.

– Czym w takim wypadku był mój bunt? – spytał Billy.

– Odmianą oportunizmu.

– To niedorzeczne.

– Wręcz przeciwnie. Nazwałbym to mentalnym wygodnictwem. Gardził pan otaczającym światem, żeby nie zacząć gardzić samym sobą.

Billy zamyślił się.

– Więc każda zmiana jest oportunizmem. To doprawdy smutna konkluzja.

Mikołaj uśmiechnął się chytrze.

– Pański młodzieńczy bunt był oportunizmem. Stanie się GENsklejkowcem już nie. Proszę uważać. Skoro człowiek zmienia się ciałem lub myślą, jak zdefiniować manipulacje materiałem genetycznym? – Rzucał na doktora nowe światło zrozumienia. – Z jednej strony przecież nie są tożsame z procesem twórczym intelektualnie, wybuchającymi w umyśle ideami, z drugiej natomiast nie wiążą się bezpośrednio z przekształceniami fizycznymi.

Billy się skrzywił.

– Wolałbym wrócić do naszej mapy – powiedział rozkojarzony.

Mikołaj zaciągnął się fajką, spojrzał nań twardo.

– Naturalnie. Proszę najpierw rozważyć moje słowa.

Billy zamarł z rozłożonymi w wachlarz kartami, zmilczał. Przyglądał mu się badawczo.

– Są czymś więcej – powiedział wreszcie, jakby od niechcenia.

– Dokładnie. – Mikołaj odchylił się na siedzisku, założył nogę na nogę, jął gestykulować; fajka tu, fajka tam. – Uważa pan. Wpisana w istotę ludzką stała, czyli ten nieszczęsny oportunizm, zawsze ma początek w umyśle. Myśl prowadzi do zmiany myśli albo modyfikacji ciała. Osadzona jest w imperatywach przetrwania i cokolwiek byśmy nie zrobili, zawsze będzie to wyrastać z instynktu samozachowawczego, u podwalin którego leży informacja genetyczna. Jest jednak wyjątek, mianowicie przeformatowanie łańcucha DNA.

Billemu zabłysły oczy.

– Zmieniając własny zestaw genów, zmazujemy piętno konformizmu – zrozumiał tok rozumowania Dzielnika.

Mikołaj pogładził opuszkiem bordowy cybuch, zadowolony z własnego oratorstwa z perfekcyjnie wplecionym sofizmatem.

– Sądzę, iż nie musimy szukać pańskich protoplastów. – energicznie nachylił się nad stolikiem i schował do kieszeni kostkę; mapa jest i nie ma. – Byli zwykłymi Trzonowcami, z pokolenia na pokolenie przekazującymi, jak pan je nazwał, piętno.

Doktor z rezygnacją wpatrywał się w przestrzeń nad stolikiem.

– Pozostaje kwestia zbawienia.

– Według papieża Franciszka wszystkie zwierzęta idą do nieba.

Billy nawet nie drgnął.

– Rozumiem pańskie rozterki teologiczne. Sądzę jednak, że każdy prawy oraz wierzący człowiek, bez względu na to, czy jest nim w stu czy w siedemdziesięciu procentach, dostąpi łaski Pana.

Wysunął dłoń, dotknął ramienia Mikołaja i choć był w postaci holograficznej, Dzielnik poczuł przyjemny dreszcz; Czarną Walutę przelewaną na konto.

– Dziękuję – rzekł. Nagle oczy mu stężały. – Domyślam się, że pan nie zmienił garnituru genów.

– Nie rozumiem.

– Jest pan wciąż konformistą.

Dzielnik wydął usta, zmarszczył brwi.

– Nie rozumiem – mruknął głupio.

– Pozwoliłem sobie o panu poczytać. Jest pan Mistrzem w Instytucie Taksonomii. Szanowanym obywatelem. Decyduje pan, kto jest kim. I kto kim może być. Bawi się pan w Boga.

Mikołaj prychnął z niesmakiem.

– Nonsens.

– Również tak uważam. Bóg uwięziony w swojej perspektywie, której nie chce albo nie potrafi poszerzyć, to przepis na katastrofę.

– Nie rozumiem, co pan indaguje. – Dzielnik zamaskował obruszenie. – Nie muszę się zmieniać, aby zrozumieć świat.

Billy uśmiechnął się; w szarych oczach błysnęły gwiazdy nieznanych galaktyk.

– A czy musi pan zostawać tym, kim jest? Jak można decydować o tym, kto jest, a kto nie jest człowiekiem, odrzucając poszerzanie perspektyw?

– Mój rozwój osiągnął granicę, której nie przeskoczę.

– Poznawczy rubikon pana przeznaczeniem.

– Miałbym się niby zmienić. Dlaczegóż to?

– Bo inaczej skazuje pan wiele istot na egzystencję bez praw i przywilejów. Bo inaczej stanie się pan własną karykaturą. Bo inaczej zapisze się pan w historii jak ten głupiec, który sądził, że Ziemia jest płaska.

Mikołaj odsunął się na krześle, zacisnął pięści.

– Proszę wybaczyć, ta rozmowa nie ma już sensu.

Billy wybuchł śmiechem.

– Oczywiście, że nie ma. Pana perspektywa to niezwykły wszechświat. Ale tylko pański.

Mikołaj zastygł, nie rozumiejąc, co się dzieje. Otworzył usta, zamknął, czując zalążek, który pod wpływem słów – a może dotyku, który przyniósł coś więcej niż przelew; Czarną walutę dla duszy – zadomowił się w jego umyśle.

– Jestem Doktor Alojzy – powiedział Billy, wstając. – A pan… Pan nawet samego siebie nie zna.

Mikołaj postanowił zostać w bistro. Zaćmienie wypełniali kolejny goście. Skończywszy jedzenie, ponownie odpalił fajkę, odchylił się do pozycji półleżącej i zakładając nogę na nogę, uciekł myślami do drażniących ego rozmyślań.

W Zacieniu zrobiło się tłoczno, heksagonalne stoliki porozłączały się i porozsuwały, drastycznie zmieniając topologię.

Mikołaj zaciągnął się i wypuścił z ust kółko, które rosło i rosło, a potem rozmyło się, wsiąkło w oniryczną półmroczność.

Podleciała do niego Wieża Babel. Podszedł do niej, zdziwiony. Stanął blisko, bardzo blisko, aż palcami dotknął zimnego kamienia. Spojrzał w dół, dwa kilometry przepaści. Coraz śmielej wychylał się. Zimne powietrze szczypało mu policzki i nos. Serce przepełniała dziecięca radość, ponieważ widoczne przez rozrzedzone chmury miasto wyglądało jakoś przystępniej, prościej, łagodniej, jak plac zabaw, w którym wiadomo, gdzie łopatka, gdzie foremka i która z niej powstała największa babka – Instytut Taksonomii. Krajobraz tak rozkojarzający, że w pacholęcej emocji Mikołajowi ześliznęły się dłonie z balustrady. Wniebogłosy krzycząc, poszybował ku Polis. Zaczął wirować, to tracąc, to odzyskując przytomność. Widział miasto, już nie przyjazne, lecz wrogie, widział Wieżę, własne łopoczące szaty, szalejący w nieokreślonej przestrzeni kapelusz, który to składał się, to rozkładał. Nie miał sił krzyczeć, nawet się bać, gdyż wiatr wyszarpał zeń wszelkie odruchy ciała i duszy. Dopiero kiedy budynki urosły i zmorfowały w Instytut Taksonomii, a potem jakimś niewytłumaczalnym sposobem dachy i piętra znikły i Mikołaj ujrzał śpiącego na krześle Jakubycza Liniewskiego z odchyloną do tyłu głową i otwartymi ustami, przez które niechybnie miał wlecieć wprost do pełnego kwasów żołądka, na nowo zdał sobie sprawę ze zbliżające się śmierci. Wpadł w przepastne gardło…

…i z niemym jękiem z własnego poderwał się na mokrym od strachu fotelu, zamachał rękami, pół spadł, pół zeskoczył na podłogę, jedną nogą już w rzeczywistości realnej, z drugą wciąż utkwioną w marzeniu na jawie. W niezdecydowaniu wczołgał się pod stolik, gdzie na czworakach zamarł cały poza palcami – w nerwach tarł nimi dywan. I pewnie by tak został dłużej, gdyby nagle nie rozległo się pukanie do drzwi i nie zabrzmiał stłumiony przez nie głos. Podskoczył, uderzył głową o spód mebla i przyciął język zębami, przytomniejąc.

– Proszę – wybąkał.

Do pokoju wszedł potężny jegomość z fajką ginącą w gęstwie brody. Nieznajomy przejrzał się w lustrze, po czym zajął berżerę naprzeciwko Mikołaja.

– Kim pan jest? – spytał Dzielnik.

Mężczyzna uśmiechnął się; garnitur równych zębów, błysk szarych oczu – obcy kosmos.

– Podobno ma pan dla mnie sprawę.

Mikołaj zamarł.

– Tak, tak. Chciałbym, żeby poleciał pan do pewnej wioski. Dostaliśmy informację, że jakiś doktor odkrył…

Mówił dalej, wpatrzony w znaną-nieznaną postać.

– Już nie muszę chyba lecieć. Doktor Alojzy. – Wstał, ukłonił się, klapnął na berżerę. – Mam nadzieję, że nie psuję pańskich planów. Uznałem, że tak będzie wygodniej. – Zdjął kapelusz, przetarł dłonią czoło. – Wiem, że się pan spieszy na spotkanie, które w obecnych okolicznościach traci sens. Przejdźmy zatem do rzeczy. Uważam, że nie nadaje się pan do tej pracy. Zamierzam Panu pokazać nieskończenie wiele perspektyw. Może wtedy spojrzy pan na innych przychylniejszym okiem.

Była piąta rano. Mikołaj, w podomce i szlafmycy, w tym zastałym powietrzu właśnie lepiony przez niecierpliwego Boga.

Koniec

Komentarze

prosiaczek aż boję się krytykować :) Tekst dla mnie niezwykle trudny, masa wyrazów których znaczenia nie znam, nie wiem co się dzieje, ale czytałem i nie odczułem nudy. Jedynie trochę denerwowało mnie, że nic nie rozumiem. To mi przypominało trochę niektóre trudne opowiadanie Lema. Kozy które odkryły kawę i jak powstał bar szybkiej obsługi to były takie przystanki gdzie wiedziałem o co chodzi. Ciekaw jestem co inni napiszą.

 

Pozdrawiam.

Jestem niepełnosprawny...

Cóż, Prosiaczku, nie bardzo wiem, jak wyrazić odczucia po lekturze opowiadania, bo z jednej strony czytało się to całkiem dobrze, a nawet z pewnym zaciekawieniem, a z drugiej strony nie mogę, niestety, powiedzieć, że wiem, o co tu chodzi.

Mam nadzieję, że kolejni czytelnicy rzucą nieco światła na sprawę.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Ja­ku­bycz krę­cił głową, raz na lewo i prawo, raz do góry i w dół. ―>  Nie wydaje mi się, aby można kręcić głową go góry i w dół. Ruch głowy do góry i w dół to kiwanie.

 

Była piąta rano. Li­niew­ski, w po­dom­ce i szlaf­my­cy… ―>  Była piąta rano. Li­niew­ski, w szlafroku/ bonżurce i szlaf­my­cy

Nie wyobrażam sobie mężczyzny w podomce.

Za SJP PWN: podomka «kobiecy ubiór przypominający płaszcz lub rozpinaną sukienkę, nakładany na nocną bieliznę»

 

– Cóż, nie su­ge­ru­ję – ―>  Czemu służy półpauza po wypowiedzi? A może zamiast niej nie miał być wielokropek?

 

– Cóż – ―>  Jak wyżej

 

Sądzi pan, że po­wi­nie­nem – –> Czy tu, zamiast półpauzy, nie powinien być pytajnik?

 

– Mości panie – ―>  Tu chyba miał być wielokropek.

 

si­ła­cze za­bie­ra­li się za pi­sa­nie ese­jów. ―>  …si­ła­cze za­bie­ra­li się do pisania ese­jów.

 

Niech tak bę­dzie, po­my­ślał Mi­ko­łaj… ―>  W dalszym ciągu opowiadania zapisujesz myśli inaczej. Sugeruję, abyś w całym opowiadaniu stosował jednolity zapis.

Tu znajdziesz wskazówki, jak można zapisywać myśli: Zapis myśli bohaterów

 

cho­ciaż­by dla­te­go na­le­ża­ło­by wy­klu­czyć… ―> …i cho­ciaż­by dla­te­go na­le­ża­ło­ wy­klu­czyć

 

stwo­rzo­ne­go na modłę rzym­skie­go pan­te­onu. ―>  …stwo­rzo­ne­go na modłę rzym­skie­go Pan­te­onu.

 

pod bo­aze­rią suto ob­ło­żo­ny stół sa­mo­po­daj­ny… ―>  Co to znaczy, że stół był obłożony? A może on był suto zastawiony?

 

więc pod­szedł i usiadł mu na­prze­ciw. ―>  …więc pod­szedł i usiadł na­prze­ciw. Lub: …więc pod­szedł i usiadł na­prze­ciw niego.

 

Mi­ko­łaj w wy­stu­dio­wa­nym ge­ście odło­żył cy­lin­der na sto­lik… ―>  Mi­ko­łaj wy­stu­dio­wa­nym ge­stem odło­żył cy­lin­der na sto­lik

 

że Kaldi sam je spró­bo­wał. ―>  …że Kaldi sam ich spró­bo­wał.

 

siorb­nął przez słom­kę; drin­ku nie ubyło. ―>  …siorb­nął przez słom­kę; drin­ka nie ubyło.

 

Wyjął zza poły płasz­cza wrzo­ścio­wą fajkę. ―>  Wyjął z zanadrza/ zza pazuchy płasz­cza wrzo­śco­wą fajkę.

Za SJP PWN: poła «dolny fragment jednej z dwóch części ubioru rozpinającego się z przodu»

 

na tę ge­ne­tycz­no–praw­ną ekwi­li­bry­sty­kę. ―>  …na tę ge­ne­tycz­no-praw­ną ekwi­li­bry­sty­kę.

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

de­lek­tu­jąc się pisz­czą­cym pod­nie­bie­nie dymem. ―>  Bardzo piękna literówka. ;D

 

czy nie przy­brać formy ko­za­ka… ―>  …czy nie przy­brać formy Ko­za­ka

 

potem po­ja­śnia­ła nie­bie­sko żółta mapa… ―>  …potem po­ja­śnia­ła nie­bie­sko-żółta mapa

 

Uzna­jąc ten wynik […] za­cząć od oczy­wi­sto­ści. ―>  Dlaczego ten fragment jest napisany kursywą?

 

 Billy wy­buchł śmie­chem. ―>  Billy wy­buchnął śmie­chem.

 

W Za­cie­niu zro­bi­ło się tłocz­no… ―>  Literówka.

 

jak plac zabaw, w któ­rym wia­do­mo… ―>  …jak plac zabaw, na któ­rym wia­do­mo

 

Za­mie­rzam Panu po­ka­zać… ―>  Dlaczego wielka litera?

 

Mi­ko­łaj, w po­dom­ce i szlaf­my­cy… ―>  Mi­ko­łaj, w szlafroku/ bonżurce i szlaf­my­cy

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dołączam do tych, którzy nie pojęli. Obawiam się, że za dużo zostało w Twojej głowie i opko zrobiło się nieczytelne. Dodatkowo stale mylili mi się Jakubycz i Mikołaj, momentami nie wiedziałam, który z dżentelmenów co mówi. No, zmęczyłam się, a i satysfakcji na końcu nie poczułam :(

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Nowa Fantastyka