- Opowiadanie: Luken - Skoczek-1

Skoczek-1

Tekst był zgłoszony na zeszłoroczny konkurs PFFN i nawet załapał się na punktację. Dosyć rzadki okaz, bo sci-fi z elementami horroru, hard sci-fi i fantastyki jednocześnie (wiem, wiem, przeczytaj to się przekonasz). Publikuję go po różnych korektach, na które jeszcze wpadłem, po przeczytaniu go po prawie roku czasu :) .

Chciałbym podziękować moim nieocenionym betującym: Alicella, Golodh, Krar85 , którzy bardzo przemielili ten tekst, przed jego wysłaniem, i bardzo dużo im zawdzięcza.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Skoczek-1

Rozdęty aparaturą pomiarową kadłub długości boiska piłkarskiego ślizgał się po ścianach grawitacyjnej studni jak bobslej. Widziany z powierzchni Ziemi Skoczek-1 był tylko punktem przecinającym nocne niebo z zawrotną prędkością. W jego elektronicznych trzewiach skrywał się cud technologii dwudziestego drugiego wieku – napęd skokowy. Rewolucja porównywalna do pierwszej łodzi, umożliwiającej dotarcie do odległych lądów. Jednak te, które obiecywał, nie wznosiły się prowokująco nad linią horyzontu, lecz ukrywały głęboko we wzorach matematycznych. Nie wiedziano, gdzie te miejsca się znajdują ani co zawierają. Wystarczyło, że można było do nich dotrzeć. Nazwano je kosmolokacjami.

 

Panel zawierający setki podświetlonych przycisków rzucał ciepłe światło na dwoje pilotów. Ukryci pod warstwą kompozytowego poszycia, mogli obserwować zewnętrzny świat jedynie przy pomocy kamer otaczających kadłub.

Ewelina Walkiewicz wykonywała czynności dyktowane przedskokową listą kontrolną: sprawdzała, czy wszystkie przełączniki znajdują się na wyjściowych pozycjach, a wskaźniki pokazują prawidłowe wartości.

Skoczek-1, Kontrola Skoków – odezwał się męski głos w radiu. – Mamy sytuację awaryjną. Przed chwilą doszło do zderzenia jednego z satelitów z meteoroidem. Za około sześć godzin chmura szczątków przetnie twoją orbitę. Plan Skoków nie uległ zmianie. Ze względów bezpieczeństwa nie wracajcie przed dwunastoma godzinami. Potwierdź.

– Kontrola Skoków, Skoczek-1. Nie wrócę przed dwunastoma godzinami z powodu ryzyka kolizji – potwierdziła Walkiewicz.

Była zmęczona. Poprzedniej nocy niewiele spała. Choć nie chciała tego przyznać nawet przed samą sobą, to skoki ją psychicznie wykańczały. Rzuciła okiem na drugiego pilota, Damiana Drake’a, który patrzył beztrosko na ekran przecięty w połowie ziemskim horyzontem.

Drake był jednym z najbardziej znanych pilotów oblatujących eksperymentalne statki powietrzne i kosmiczne. Gdy Walkiewicz dowiedziała się o tym, że to z nim będzie latać, rozparła ją duma, jednak zachwyt szybko ustąpił miejsca rozczarowaniu. Przede wszystkim, w przypadku skakania między kosmolokacjami nie było mowy o żadnym locie. Naciskało się jedynie przycisk. Umiejętność pilotażu potrzebna była jedynie w hipotetycznej sytuacji, w której warunki w kosmolokacji wymagałyby jakichś manewrów. Tak się nigdy nie stało, a wykonali razem już ponad setkę skoków. Również to, że nigdy nie wiedzieli, gdzie wskoczą, coraz bardziej dawało jej w kość. Początkowo czuła naturalny strach przed nieznanym, ale wszystkie kosmolokacje okazywały się niemal identyczne. Punkty w przestrzeniach międzygwiazdowych obcych galaktyk, znajdujące się z dala od czegokolwiek interesującego. Wydawało się, że strach ustępuje, ale tak naprawdę wślizgiwał się tylko do podświadomości. Źle przez to spała.

Skoczek-1, Kontrola Skoków. Zezwalam na skok – zaskrzeczało radio.

Po zakończeniu procedury kontrolnej Walkiewicz wprowadziła do komputera pokładowego koordynatę nowej kosmolokacji. Następnie odbezpieczyła wyróżniający się żółty przycisk. Drake zasygnalizował swoją gotowość skinieniem głowy.

Skoczyli.

 

*

 

Gdy tylko dotarli na miejsce, Drake upewnił się, że w okolicy nie ma żadnego źródła niebezpiecznego promieniowania i wcisnął przycisk odsłonięcia kokpitu. Linie rozdzielające kompozyt od bezkresnej przestrzeni powoli rozsunęły się na boki, odsłaniając gwieździsty kosmobraz.

Obca galaktyka, przestrzeń międzygwiazdowa.

Znowu.

Walkiewicz rozpoczęła procedurę skanu, trwającą zwykle kilka godzin. Statek wypełnił się wibracjami maszynerii wydobywającej aparaturę pomiarową z wnętrza kadłuba. Gdy Skoczek-1 tworzył lokalną mapę gwiazd i galaktyk, piloci nie mieli co robić. Obserwowanie dziewiczej sfery niebieskiej i wypatrywanie gwiazdozbiorów było jednym z ulubionych sposobów spędzania tego czasu przez Drake’a.

– Lecę po herbatę, też chcesz? – zapytała Walkiewicz.

– Chętnie. Tę co zwykle – odpowiedział, patrząc z zaciekawieniem przez szklaną kopułę na rozpościerającą się ponad nimi gwieździstą przestrzeń.

Kobieta rozpięła pas, który został natychmiastowo wciągnięty przez fotel. Uniosła się w nieważkości, zgrabnie obróciła, odepchnęła od oparcia i opuściła kokpit, bezszelestnie sunąc w powietrzu.

Gdy po paru minutach wróciła, Drake wciąż wpatrywał się w gwiazdy.

– Dojrzałeś już coś? – zapytała, podając mu pojemnik z napojem.

– Mechagodzillę. Te pięć gwiazd, tam, widzisz? – zapytał, wskazując palcem.

Kobieta zmrużyła oczy.

– To nie niedźwiedź?

Drake aż się skrzywił.

– Serio? Mamy możliwość nazywania rzeczy tak, jak nikt nigdy niczego jeszcze nie nazwał i wybrałaś „niedźwiedzia”? – zapytał z wyrazem rozczarowania. – Chcesz być pionierką tak nie do końca?

– Niech będzie Mechagodzilla – poddała się z uśmiechem, po czym ponownie zajęła miejsce w fotelu.

– Wygląda na to, że jej przeciwnikiem będzie… Jakbyś nazwała te siedem gwiazd? – zapytał, wskazując palcem na nową grupę.

– Ludzik z patyków – odpowiedziała prowokacyjnie, nie ułatwiając mu zadania.

– Niech będzie. Od pokoleń ludziki żyły i rozmnażały się na wenusjańskiej farmie mezosferycznej… – rozpoczął swoją opowieść mężczyzna.

– Jak ludziki z patyków się rozmnażają?

– Normalnie. Uprawiając… patyki.

Walkiewicz tak parsknęła podczas picia, że niechcący uwolniła kilka małych, oscylujących kropel.

 

To był ich sposób na zabicie nudy. Drake miał niezwykłą wyobraźnię; przez kilka godzin pokazywał Ewelinie różne układy gwiazd i wykorzystywał je do obrazowania budowanej na bieżąco, żartobliwej historii, rozrysowanej na niebie niczym boski komiks. Uwielbiała go słuchać. Było w tym coś nostalgicznego. Kompletne odcięcie od reszty ludzkości; bycie tylko tu i teraz. Przypominało jej dzieciństwo. Prostsze czasy, kiedy nieprzywiązana do komunikatora, mogła być sam na sam z obserwowanymi chmurami. Choć bardziej abstrakcyjny charakter gwiazd dawał Drake’owi znacznie większe pole do popisu.

Po pewnym czasie zmęczenie wzięło górę.

– Jestem dziś jakaś śpiąca, więc na razie wystarczy. Lecę się zdrzemnąć, obudź mnie po wszystkim – poprosiła.

– Jasne – odpowiedział, nie odrywając oczu od gwiazd. – Czasami zastanawiam się nad ryzykiem tego, co robimy.

– Jakim? – zapytała, uwalniając się z fotela.

– Szansą na to, że miejsce, do którego wskoczymy, będzie zajęte.

– Daj spokój, równie dobrze możemy siedzieć na Ziemi i bać się trafienia przez meteoryt – odparła, lekko poirytowana nowym tematem, który rozbudził jej podświadome lęki. – Wiesz przecież jaki kosmos jest pusty, znasz prawdopodobieństwa.

– Znam, ale zakładają one, że miejsca, w które trafiamy, są przypadkowe.

– Dobranoc! – zawołała, opuszczając kokpit.

Wleciała do kabiny pełniącej funkcję sypialni. Następnie wgramoliła się do uprzęży, służącej do spania w stanie nieważkości i zamknęła oczy.

 

Po przebudzeniu poczuła niepokój, ale nie od razu zrozumiała czemu. Zawsze, gdy trwał proces skanu, słychać było charakterystyczne, ciche buczenie pracującej maszynerii.

Tym razem było cicho.

Spojrzała na zegar. Skoczek musiał zakończyć pracę już ze dwie godziny temu. Wydostała się z uprzęży, otworzyła właz i poleciała w kierunku kokpitu. Zastała tam Drake’a, siedzącego z laptopem na kolanach.

– Miałeś mnie obudzić – powiedziała z wyrzutem. – Jak wyjaśnimy ten postój? To wymaga notatki służbowej.

– Lepiej spójrz – powiedział poważnym tonem, podając jej laptopa. Jego twarz wyglądała inaczej niż zwykle. Nie było w niej zwyczajnej beztroski.

– Na co?

– Posłuchaj mnie teraz uważnie – powiedział, kładąc nacisk na każde wypowiedziane słowo. – Zauważyłem pewien wzorzec w gwiazdozbiorach kolejnych kosmolokacji, które odwiedziliśmy. Zobrazowałem to przy pomocy symulatora, którego Skoczek używa do analizy porównawczej tworzonych map.

Walkiewicz spojrzała na ekran komputera i zobaczyła znajome układy gwiazd z ostatnich skoków. Pamiętała je dzięki opowieściom Drake’a. Patrzyła, jak gwiazdy podróżują po sferze niebieskiej i zajmują nowe miejsca, odzwierciedlając sklepienia kolejnych odwiedzanych przez nich kosmolokacji. Każda gwiazda pokonywała trochę inną odległość, dlatego niebo za każdym razem wydawało się zupełnie inne, ich reguły przemieszczania były jednak stałe. Walkiewicz natychmiast się rozbudziła.

– Jakim cudem nikt wcześniej tego nie zauważył? – zapytała.

– Nikt nie wpadł na to, żeby porównać między sobą więcej niż dwie kosmolokacje, bo to, na zdrowy rozum, nie powinno mieć sensu. Zauważyłaś coś jeszcze?

– Zmiana perspektywy powoduje, że gwiazdy przemieszczają się względem… miejsca skoku. To niemożliwe.

– A jednak.

Nastała chwila ciszy, której Walkiewicz potrzebowała do przyswojenia tej informacji. Implikacje były trudne do zaakceptowania.

– Czy my nieświadomie używamy jakiegoś… generatora wszechświatów? – zapytała cicho. – Przecież to niemożliwe, żeby w dowolnym momencie ich gwiazdy były zawsze tak samo przesunięte względem siebie.

– I co się dzieje z naszym, kiedy go opuszczamy? Jest specjalny, czy też jest tylko jednym z wielu? – Drake dorzucił swoje własne pytanie.

– Co stworzyło ten generator… – wyszeptała.

– Ale to nie wszystko – powiedział Drake, odbierając laptopa. – Kontynuowałem symulację dla kolejnych koordynat: tych, których jeszcze nie odwiedziliśmy. Szukałem takiej, która byłaby najbliżej jakiejś gwiazdy i okazało się, że one zataczają koło. 121928 zawiera dokładnie ten sam układ gwiazd, który widzimy z Ziemi, a to znaczy, że ma obok odpowiednik…

– Słońca…

– Bingo.

Po chwili nerwowej niepewności Walkiewicz zapytała:

– Jak sądzisz, co powinniśmy zrobić?

– Na razie nie możemy wrócić, nie mamy jak z kimkolwiek się skontaktować i nie jesteśmy właściwie wyposażeni do tego, przed czym tu stoimy. Wyniki kolejnych skanów będą zupełnie przewidywalne, chyba…

– …że wskoczymy do tej koordynaty – dokończyła, na co Drake skinął głową.

– Moglibyśmy w końcu zbadać jakiś system z bliska – powiedział.

– A co jeżeli okaże się, że wróciliśmy do Układu Słonecznego?

– To niemożliwe. Trudno mi to teraz wyjaśnić, ale z fizyki Skoków wynika, że dwie koordynaty nie mogą prowadzić do tego samego miejsca. Z tego samego powodu, dla którego różne współrzędne nie mogą wskazywać na to samo miejsce w przestrzeni euklidesowej.

Po chwili wahania zdecydowała:

– Więc wskoczmy tam.

– Nie spodziewałem się tak szybkiej decyzji – odpowiedział Drake z uśmiechem.

– Przecież sam mnie tego nauczyłeś: „Chcesz być pionierką tak nie do końca?” – zacytowała Walkiewicz.

– No, no. Dobrze – powiedział z uznaniem. – Kiedy?

– Teraz.

„Zanim zmienię zdanie”, dodała w myślach.

 

*

 

Przed skokiem prawie cała elektronika statku była wyłączana. Powodowało to kilka minut absolutnej ciszy. Znikał nawet wszechobecny szum wentylacji, zostawiając po sobie niepokojącą pustkę. Na polu bitwy z ciemnością pozostawało kilka ledów zasilanych bateriami. Walkiewicz słyszała bicie swojego serca i ciężkie oddechy. W jej przypadku nerwowy, w Drake’a: podekscytowany. Przypominało jej to ich pierwszy skok, podczas którego to Drake był kapitanem. Pomimo tego, że oboje wkraczali w nieznane, to nie dawał po sobie poznać żadnego strachu. Nowy wszechświat był dla niego jak nowe miasto. Budziło to jej podziw, jednak decyzji o skoku nie podjęła ze względu na Drake’a – czuła, że to sobie miała coś do udowodnienia.

Nagle usłyszeli odgłos uderzenia i poczuli towarzyszący mu wstrząs, a następnie kolejne. Spojrzeli po sobie zaskoczeni, a dźwięki zaczęły przypominać grad uderzający o kadłub. Osadzone na amortyzatorach przeciążeń fotele płynnie się przechyliły, wywołując wrażenie, że statek przewrócił się na bok. Jednocześnie połowa osłony kokpitu, znajdująca się po stronie Drake’a, została oderwana. Przez nagle odkrytą szybę zobaczyli otuloną chmurami, niebieską powierzchnię planety, pojawiającą się i znikającą z pola widzenia pod wpływem obrotów Skoczka.

– Coś takiego! – wykrzyknął Drake, próbując przebić się przez hałas uderzeń.

Gdy tylko elektronika wróciła do życia, silniki stabilizujące zareagowały automatycznie, powstrzymując dalsze obroty. Walkiewicz odepchnęła przepustnicę i Skoczek gwałtownie wyskoczył do przodu. Po kilku sekundach lotu w stronę gwiazd uderzenia zaczęły cichnąć, aż w końcu całkowicie ustały.

– Mam nadzieję, że ta osłona nie była potrzebna? – zapytała Drake’a, szybko oddychając pod wpływem adrenaliny. – Bo już jej nie odzyskamy.

– Podczas skoku nie jesteśmy wystawieni na żadne promieniowanie, jeżeli to cię martwi – odpowiedział spokojnie. – Z tego co pamiętam, to te osłony mają ograniczać „interferencję czasoprzestrzenną”, cokolwiek by to miało znaczyć, ale pierwszy prototyp ich nie miał.

Walkiewicz odetchnęła z ulgą, po czym, kierowana impulsem, gwałtownie pochyliła się nad wskaźnikami. Żaden nie sugerował awarii.

– Nic nam nie wycieka, ale jak odpuścisz teraz ciąg, to zaczniemy spadać. Może każ najpierw komputerowi zająć orbitę.

– Mógłbyś sobie darować ten ton instruktora? Nie jestem kursantką – odpowiedziała poirytowana i wprowadziła polecenie do urządzenia.

– Ręce ci się trzęsą. Zmienię ton, jak się upewnię, że wszystko jest w porządku.

Komputer przejął kontrolę. Najpierw zmierzył rozmiar i grawitację planety, po czym obliczył parametry lotu potrzebne do zajęcia orbity. Następnie obrał kurs i zaczął przyspieszać. Załoga mogła spokojnie przyjrzeć się błękitnej powierzchni przez otwór po brakującej osłonie.

 

– Nie przypomina ci czegoś? – zapytała cicho Walkiewicz.

– Australia… – Na twarzy Drake’a malowało się, niezwykłe dla niego, zdziwienie.

– A może jednak wróciliśmy? Wszystko by się zgadzało. Może ta chmura, w którą wpadliśmy, to były szczątki tego satelity?

– Mówiłem, że to niemożliwe. Skoro gwiazdy są takie same, to czemu planety miałyby nie być? – odparł, ale bez przekonania w głosie, wciąż próbując ułożyć sobie to wszystko w głowie.

Kobieta dostrzegła coś między chmurami i wyciągnęła z bocznego schowka staroświecką lornetkę, będącą na standardowym wyposażeniu statku. Spojrzała na ląd, przypominający kształtem zachodnie wybrzeże Australii.

– Widocznie nie uważałeś podczas czytania. Widzę megafarmę solarną. Sam zobacz. Wróciliśmy! – W głosie kapitan słychać było poczucie ulgi, a na końcu o mało co nie zachichotała.

Drake spojrzał na nią z niedowierzaniem, wziął lornetkę i przyjrzał się powierzchni planety z lekko rozchylonymi ustami. Następnie spojrzał na milczące radio, nacisnął przycisk nadawania przy swoim wolancie i nadał komunikat:

– Kontrola Skoków, Skoczek-1. Czy mnie słyszysz? Odbiór.

Odpowiedziała mu cisza. Potem nacisnął analogiczny przycisk przy samym radiu i powtórzył to samo, również bezskutecznie. Następnie opuścił fotel, stanął na szczeblu drabinki biegnącej po podłodze w stronę tylnej części kadłuba i, znajdując się pod wpływem sztucznej grawitacji, stworzonej przez rozpędzającego się Skoczka, zaczął po niej schodzić.

Walkiewicz natychmiast domyśliła się, dokąd zmierzał. Na wyposażeniu statku znajdował się lekki samolot kosmiczny, nazywany potocznie „Bzykiem”, posiadający własne radio. Po kilku minutach usłyszała: „Kontrola Skoków, Skoczek-1. Czy mnie słyszysz? Odbiór”, czemu również odpowiedziała cisza, więc nadała swój własny komunikat:

– Damian, słyszysz mnie tam?

Słyszę… więc radia działają. Poczekaj chwilę, coś sprawdzę.

 

Zanim kapitan zdążyła dowiedzieć się o co chodziło, Skoczek nagle przestał przyspieszać. Następnie szarpnął do przodu, ale tylko na chwilę, po której ciąg wygasł już na dobre. Na ekranie komputera wyświetliła się informacja o awarii układu paliwowego.

Cholera, przywaliłem głową o jakiś kant, co tam się stało? – zapytał przez radio poirytowany głos.

– Damian, wracaj, mamy problem.

 

Gdy Drake wrócił, tym razem szybując w powietrzu, i spojrzał na ekran komputera, Walkiewicz pierwszy raz w życiu dostrzegła w jego oczach strach. Dopiero to ją przeraziło. Mężczyzna bez słowa zajął swoje miejsce i zaczął sprawdzać parametry orbity, na której utknęli.

– Jesteśmy za nisko – stwierdził ponuro. – W perycentrum będziemy zahaczali o atmosferę. Komputer daje nam najwyżej sześć okrążeń, podczas siódmego Skoczek się rozbije.

– Możemy wskoczyć do poprzedniej kosmolokacji – zasugerowała niepewnie Walkiewicz.

– Nie możemy – zaprzeczył tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Do zainicjowania skoku potrzebna jest energia z silnika.

Ta informacja była jak uderzenie młotem. Żołądek podszedł jej do gardła, a na dłoniach poczuła skraplający się pot. Pamiętała, że mieli jeszcze „Bzyka”, który umożliwiał ewakuację w ostatniej chwili, ale bez Skoczka, nie mogliby liczyć na powrót, a ciągle nie rozumieli, dlaczego nie mogą się z nikim skontaktować.

– Co proponujesz? – zapytała ostrożnie.

– Mamy jakieś dziewięć godzin – policzył. – Wychodzę na zewnątrz ocenić uszkodzenia. Ty w międzyczasie nadawaj komunikaty, może ktoś nas usłyszy.

– A masz jakiś pomysł, dlaczego radia niczego nie łapią?

– Może jesteśmy przesunięci w jakiejś fazie… – powiedział niepewnie, unosząc się z fotela.

– Coś takiego jest w ogóle możliwe?

– Słuchaj… zastanowimy się nad tym, jak z tego wyjdziemy – rzucił, zmierzając na tyły statku, gdzie znajdowała się śluza powietrzna. Walkiewicz podążyła za nim.

 

Pomogła mu założyć skafander. Choć te najnowszej generacji zapewniały już całkiem szeroki zakres ruchów, to ich zakładanie wciąż było uciążliwe. Obserwowała Drake’a przez szybę, gdy śluza się dekompresowała. Na końcu pomachał jej i wyszedł na zewnątrz, ona zaś wróciła do kokpitu.

Włączyła sygnał ratunkowy. Przez chwilę widziała swojego towarzysza za szybą, przyglądającego się zerwanym mocowaniom zgubionej osłony. Zwróciła uwagę na pot gromadzący się na jej rękach i karku. W nieważkości nie spływał, lecz kumulował się w przylepionych do ciała kroplach, poleciała więc do swojej kabiny, żeby go wytrzeć.

Gdy kończyła zbierać z ciała resztkę wilgoci, kątem oka dostrzegła ruch. Kropla? Po bliższej inspekcji okazał się nią być błyszczący metalicznie przedmiot, przypominający łuskę. Walkiewicz chwyciła go między palce i dobrze mu się przyjrzała. Miał na sobie przypadkowo ułożone, płytkie bruzdy o niemal organicznym charakterze. Nie miała pojęcia, skąd mógł pochodzić. Nie przypominał żadnej części statku ani niczego znajomego, więc skłonił ją do uważnego rozejrzenia się po kabinie. W wyniku poszukiwań znalazła jeszcze dwa takie przedmioty, różniące się wielkością, ale, poza tą jedną cechą, wszystkie były identyczne. Gdy się nad tym zastanawiała, usłyszała stłumione syczenie powietrza wtłaczanego do śluzy, sugerujące powrót Drake’a, schowała więc znaleziska do kieszeni i ruszyła w jego stronę.

 

– Udało ci się czegoś dowiedzieć? – zapytała, pomagając mu zdjąć skafander.

– Na zewnątrz nie mamy śladów poważnych uszkodzeń – odpowiedział zamyślony. – Poza urwaną osłoną oczywiście, ale w stanie zamknięcia jej mocowania były tak marne, że gdybyśmy wlecieli w atmosferę, to sama by odpadła. W kilku zakamarkach poszycia udało mi się znaleźć to.

Mężczyzna sięgnął do kieszeni skafandra i wyjął garść różnej wielkości łusek.

– Pewnie to nas tak obiło, ale nie mam pojęcia co to jest – wyznał. – Wszystkie są identyczne i na pewno nie są fragmentami satelity.

– Znalazłam to samo w mojej kabinie – podjęła kapitan. – Spójrz.

Drake, kompletnie zaskoczony, przyjrzał się przedmiotom, które wyciągnęła z kieszeni, a następnie spojrzał na nią.

– Chyba wiem, co się stało – powiedział cicho, a jego twarz zaczęła wyrażać nadzieję. – Jeżeli wskoczyliśmy do chmury tych łusek, to znaczy, że część z nich skończyło w kadłubie Skoczka.

– W czym nam to pomaga?

– Układ paliwowy bezpośrednio po skoku działał. Przestał dopiero po jakimś czasie, a nic nam nie wycieka. Jakieś łuski musiały się znaleźć w zbiornikach paliwa – stwierdził z wyraźnym podekscytowaniem, a po chwili dodał: – Być może wystarczy wyczyścić filtry!

– Wiesz jak to zrobić?

– Chyba tak… ale nie wiem, czy zdążę – odpowiedział, zamyślony. – Dostanie się do nich nie jest łatwe. Nie wiem też, czy wystarczą mi narzędzia, które tu mamy.

– A jeżeli się nie uda?

– To będziemy musieli lądować, ale nawet nie wiemy, czy możemy tu przeżyć.

– Mogę ci jakoś pomóc? – zapytała.

– Chyba nie – odpowiedział po chwili zastanowienia.

– W takim razie powinnam polecieć do Kontroli Skoków i spróbować się z nimi skontaktować – stwierdziła Walkiewicz. – Jakby mogli dostarczyć nam te narzędzia…

Drake pokiwał głową.

– Możesz spróbować – zgodził się. – Weź Bzyka, tylko pamiętaj, żeby wrócić przed ośmioma godzinami. – A po chwili dodał: – I bądź ostrożna. Planeta wygląda znajomo, z orbity widzimy ludzkie struktury, ale nie jesteśmy u siebie. Musi być jakiś powód, dla którego nasze radia nie działają. Postaraj się nikogo nie dotykać i bądź w skafandrze. Na wszelki wypadek.

 

Z pomocą Drake’a założyła skafander, po czym udała się do Bzyka. Skorygowała oparcie fotela, robiąc miejsce na plecak z tlenem i systemem podtrzymywania życia. Po tym, gdy usiadła, jeszcze raz upewniła się, że komunikacja radiowa z Drake’em działa bez zarzutów. Następnie, uświadomiwszy sobie, że samolot przecież też może być uszkodzony, przeprowadziła na nim najdokładniejszą kontrolę w swoim życiu. Gdy wszystko okazało się w porządku, otworzyła luk i wyleciała na zewnątrz.

 

Dla Walkiewicz nie ulegało wątpliwości, że rozciąga się pod nią powierzchnia nie jakiejś obcej planety, lecz Ziemi. Wybrzeże Portugalii powoli wynurzające się zza horyzontu, znała tak dobrze, że była w stanie je bezbłędnie narysować z pamięci. Kawałek dalej, we wschodniej Francji, znajdowała się Kontrola Skoków, z którą planowała się skontaktować.

Z tej odległości planeta wyglądała tak, jakby była na wyciągnięcie ręki. Jakby można było założyć spadochron i po prostu na nią skoczyć, gdyby tylko zignorować zawrotną prędkość, utrzymującą człowieka na orbicie. Nie będąc pewna, czy kiedykolwiek jeszcze doświadczy tego widoku, chłonęła go przez kilka minut, po czym spróbowała skonfigurować autopilota. Bezskutecznie. Polegał on całkowicie na sygnałach z satelitów GPS, z którymi nie było kontaktu. Musiała więc przejąć ster, co wywołało w niej dziwne uczucie. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz pilotowała samolot przy wejściu w atmosferę. Choć często podróżowała na orbitę i z powrotem, to zawsze polegała na autopilocie. Ręczne sterowanie zostało praktycznie wyparte z tej procedury; ślad po nim został jedynie na kursach i w książkach. „To nic trudnego”, pomyślała, „muszę wytracać prędkość proporcjonalnie do wzrostu ciśnienia atmosferycznego”.

Po chwili wahania ruszyła.

 

Zataczając kółka: raz szybując w stronę celu, a raz lecąc w przeciwnym kierunku w celu wytracenia prędkości, wypatrywała śladów życia. Była ładna pogoda. Walkiewicz spodziewała się zobaczyć pod sobą smugi kondensacyjne lecących samolotów, ale żadnej nie mogła dostrzec. Kontakt ze Skoczkiem urwał się po tym, gdy ten zniknął za horyzontem, ale dostrzegła kształty znajomych miast, co dodało jej otuchy.

Gdy dolatywała do lotniska Kontroli Skoków, Skoczek ponownie znalazł się w zasięgu.

– Jak ci idzie? – zapytała Drake’a.

Właśnie kończę otwierać jeden panel przy pomocy otwieracza do konserw. Dasz wiarę, że takie coś było w kuchni? – zapytał żartobliwie. – Gdzie jesteś?

Walkiewicz uśmiechnęła się pod nosem.

– Minęłam Bourges, będę na miejscu w ciągu kilkunastu minut, ale coś mi tu nie pasuje.

Co takiego?

– Nie mam żadnej eskorty. Od kiedy wleciałam do francuskiej przestrzeni powietrznej, nie widziałam żadnej aktywności lotniczej. Nawet jeżeli nie odbierają mojego transpondera, to chyba sprawdziliby co leci?

Uważaj na siebie i daj znać, jak się czegoś dowiesz.

 

Zbliżyła się do lotniska, na którym operowała Kontrola Skoków. Nigdy na nim nie była, bo Skoczek startował z innego miejsca, więc wyszukała w komputerze aktualną specyfikację kręgu nadlotniskowego. Chciała zająć miejsce na kręgu, żeby zorientować się w lokalnym ruchu powietrznym bez ryzyka kolizji. Gdy zniżyła lot, jej uwagę przykuła biegnąca obok autostrada A36, która była kompletnie pusta. Pierwszy raz ją taką widziała. Na samym lotnisku również nie dostrzegła żadnego ruchu, więc postanowiła wylądować na pierwszym lepszym pasie. Gdy zbliżała się do betonowej płyty, zauważyła, że namalowane oznaczenia nie miały sensu. Biała, przerywana linia, normalnie biegnąca środkiem pasa, była nieregularnym zygzakiem. Podobnie było na innych pasach. „Czy było tu jakieś trzęsienie ziemi?”, przeleciało jej przez głowę, ale nie dostrzegła żadnych nierówności. Ostatecznie postanowiła przyziemić, a gdy koła dotknęły betonowej powierzchni, potwierdzając, że jest ona prawdziwa, Walkiewicz odetchnęła z ulgą. Podjechała samolotem pod wieżę kontroli lotów, z której operowała również Kontrola Skoków, a która sprawiała wrażenie opuszczonej i jakby… przechylonej?

Coś mi się przypomniało – odezwał się nagle Drake.

– Co takiego? – zapytała kompletnie zdezorientowana, rozglądając się dookoła.

Jak byłem na zewnątrz, oglądać uszkodzenia, to byliśmy po ciemnej stronie, i wiesz co? Nie widziałem żadnych świateł na powierzchni. Na początku tego nie zarejestrowałem, bo byłem zbyt przejęty Skoczkiem, ale coś mi nie grało i teraz dopiero uświadomiłem sobie co: nie było świateł.

– Aha – odpowiedziała tylko, wysiadając z samolotu. Następnie wyruszyła w kierunku budynku wieży.

Panowała absolutna cisza, niepasująca do tak dużego lotniska. W połowie drogi Walkiewicz spojrzała w bok i uświadomiła sobie, że krajobraz się zmienił – betonowa płyta ciągnęła się teraz po horyzont. Identyczne wieże kontroli lotów wyrastały z ziemi w równych odstępach, w niekończącym się rzędzie. Z drugiej strony było to samo. Poczuła, jakby szła w poprzek iluzorycznego tunelu, stworzonego przez dwa gigantyczne lustra, znajdujące się po przeciwnych stronach. Z jakiegoś powodu tylko ona się w nich nie odbijała. Obejrzała się w stronę samolotu, lecz wciąż był na swoim miejscu, gotów do odlotu, więc przyspieszyła kroku w stronę najbliższego budynku, czując narastający lęk. Chciała uciec z tego niezrozumiałego miejsca, lecz mogła to być jej jedyna szansa na jakiś kontakt z ludźmi.

Drzwi budynku były szeroko otwarte. Ostrożnie weszła do środka. Choć hełm ograniczał jej pole widzenia, bała się go zdjąć.

– Jest tu ktoś?! – krzyknęła, próbując przebić się przez oszklenie hełmu. Pomyślała, że jeżeli ktoś jest blisko, to powinien ją usłyszeć.

Szła korytarzem, którego podłoga wydawała się nie mieć żadnego konkretnego wzoru, albo raczej miała wiele wzorów, chaotycznie przeplatających się bez żadnego porządku. Na końcu, w bocznej ścianie, znajdował się pusty otwór na drzwi. Gdy do niego zajrzała, zamarła.

Na czymś przypominającym kamień, przed zniekształconym biurkiem, siedziała humanoidalna istota. Jej nagie ciało wyglądało, jakby było pomalowane w karykaturę ludzkiego ubrania. Prawe ramię miała spojone z tułowiem, przedramię wyrastało jej prosto z biodra. Dłonie miały różną ilość palców. Brakowało szyi – głowa osadzona była bezpośrednio na tułowiu. Z tyłu rozsiane były pojedyncze gniazda włosów, a z przodu: wiele chaotycznie rozrzuconych oczu. Gdy stwór obrócił się w stronę nieoczekiwanego gościa, kobieta dostrzegła na jego twarzy okrągły otwór, wypełniony ludzkimi zębami, z którego, po chwili, zaczął wydobywać się przeraźliwy, rzężący pisk.

Walkiewicz rzuciła się do ucieczki. Korytarz wydawał się dłuższy, kiedy ciężko dysząc, z boleśnie pulsującą głową i walącym jak oszalałe sercem, biegła do wyjścia. Gdy opuściła budynek, we wbudowanym w skafander radiu usłyszała głos Drake’a:

Coś mi się przypomniało.

Zatrzymała się na chwilę zdyszana i już chciała powiedzieć mu o tym, co zobaczyła, gdy nagle usłyszała w radiu własny głos:

Co takiego?

To jakieś odbicie? – zapytał Drake, po czym drugi głos, brzmiący tak samo jak jego, kontynuował: – Jak byłem na zewnątrz, oglądać uszkodzenia, to byliśmy po ciemnej stronie…

Obejrzała się za siebie. Kilkanaście kroków od drzwi, z których wybiegła, zauważyła drugie, identyczne, w których pojawiła się postać w skafandrze. Spojrzała na Walkiewicz, po czym zaczęła biec w stronę samolotu. Kapitan zaczęła się ponownie rozpędzać, chcąc być pierwszą, lecz w połowie drogi została dogoniona. Poczuła pchnięcie. Zdążyła złapać mijającego ją napastnika za rękę i pociągnąć za sobą na ziemię. Zaczęli walczyć. Pod szklaną osłoną obijającą się o jej hełm, ujrzała przerażoną twarz.

Swoją twarz.

Pod wpływem adrenaliny, używając niemal nadludzkiej siły, podniosła się na jedno kolano i odepchnęła napastniczkę, powalając ją. Obróciła się i już chciała kontynuować bieg, kiedy coś złapało ją za kostkę i sama runęła jak długa.

Uderzyła głową o przeszklenie hełmu i straciła przytomność.

 

Gdy doszła do siebie, leżała na plecach. Widziała dwie identyczne chmury, sunące po niebie, z radia zaś dochodził do niej hałas wielu nakładających się na siebie głosów. Czasami wyłapywała pojedyncze, zrozumiałe fragmenty.

Słyszę…więc radia działają…jak ci idzie?dasz wiarę, że takie coś było w kuchni?…uważaj na siebie…coś mi się przypomniało…to jakieś odbicie?

Poczuła duszność, więc wzięła wdech, tak głęboki, jakby był pierwszym w jej życiu. Podniosła się i w odległości kilkudziesięciu kroków dostrzegła dwie postacie, zmagające się ze sobą na betonowej płycie.

Korzystając z zamieszania, dotarła do Bzyka. Zasiadła za sterami, uruchomiła silnik i zaczęła się rozpędzać w poprzek pasów. Jej świadomość zawęziła się tylko do tego, co miała bezpośrednio przed sobą. Kobieta wyłapywała kątami oczu kształty mijanych samolotów, ale bała się obrócić głowę.

Gdy w końcu oderwała się od ziemi i wzniosła ponad chmury, adrenalina zaczęła powoli ustępować. Wtedy uświadomiła sobie wciąż hałasujące radio.

Co takiego?…nie widziałem żadnych świateł…właśnie kończę się przebijać…Boże, ratunku!…coś mi się przypomniało…co takiego?…co takiego?

Mogła wyłączyć jedynie to w skafandrze. Samolotowe można było jedynie wyciszyć. Zaczęła więc uderzać w nie pięścią, rozpaczliwie krzycząc – żeby zagłuszyć niepokojący hałas.

W końcu złapała urządzenie za uchwyt i wyrwała z deski rozdzielczej.

 

Gdy dotarła do Skoczka, jej serce waliło jak oszalałe. Luk ani śluza nie chciały się otworzyć. Opuściła samolot. Włączyła niewielkie reflektory przy skafandrze i poleciała w stronę kokpitu, przemieszczając się wzdłuż kadłuba pokrytego odpryskami farby. Rozpoznała w nich ślady po „gradobiciu”. Kokpit był pusty, więc zaczęła uderzać ręką w szybę, dociskając się do niej przy pomocy dysz manewrowych. Przyłożyła hełm i krzyknęła. Po kilku minutach, w środku pojawił się zaskoczony Drake i otworzył luk. Walkiewicz wleciała, zostawiając samolot na zewnątrz.

 

– Co się stało? – zapytał, gdy zdejmowała hełm. – Na wszystkich częstotliwościach pojawiły się zakłócenia. Musiałem wyłączyć zdalne sterowanie lukiem, bo zaczął wariować. Martwiłem się o ciebie.

– Powiedz mi, że możemy skoczyć, błagam, powiedz! – prosiła przerażonym głosem.

– Możemy. Miałem rację, że filtr był zapchany, ale nie możemy zostawić samolotu.

– Nie ma na to czasu! – wykrzyknęła, po czym bez zdejmowania skafandra ruszyła w stronę kokpitu, a Drake za nią.

Uważnie ją obserwował, gdy przypinała się do fotela.

– Co tam się stało? – zapytał spokojnie.

– To jest jakieś krzywe, kosmiczne lustro… albo coś gorszego. Jesteśmy w niebezpieczeństwie. Siadaj! Skaczemy.

Usiadł posłusznie i skoczyli.

 

Gdy elektronika statku obumarła, za odkrytą szybą nastała ciemność. Reflektory przy skafandrze kapitan, których zapomniała wyłączyć, rozświetlały całe wnętrze kokpitu, a także, jak im się wydawało… coś poza nim. Walkiewicz wstała z fotela, ignorując gesty sprzeciwu Drake’a, i zbliżyła się do szyby. Bezpośrednio przed sobą ujrzeli, rozświetlony światłem skafandra, tył obcego statku. Dopiero po chwili dotarło do nich, że jest to Skoczek-1.

– To… my? – zapytała cicho Walkiewicz.

– Nie – zaprzeczył, równie cicho, Drake. – A przynajmniej nie teraz. Poszycie jest nienaruszone.

– Skurwysyny – szepnęła.

– Kto?

– Agencja Skoków. Ta technologia zagraża całej czasoprzestrzeni – powiedziała drżącym głosem, na co Drake odpowiedział milczeniem. – Albo możemy zabrać na Ziemię coś…

W tym momencie statek przed nimi zniknął w ciemności, z której wyłoniły się znajome gwiazdozbiory.

 

*

 

We francuskim Reims, w sekretariacie Biura Bezpieczeństwa Europy panowała nerwowa atmosfera. Damian Drake w swobodnym, sportowym ubraniu, pochylał się nad okienkiem i pytał urzędnika stanowczym tonem:

– Kiedy będzie można skontaktować się z Eweliną Walkiewicz?

– Szanowny panie, ile razy mam panu powtarzać, że nie ode mnie to zależy? – zapytał urzędnik. – Mówiłem, że to standardowe reguły kwarantanny.

– Z jakiej racji odcina się ją nawet od kontaktów z rodziną?

– Standardy są różne, w zależności od przypadku.

– To co to za standardy! Mam tu następnym razem przyjechać z prasą?! – podniósł głos Drake.

– Niech pan przyjeżdża z kim tam chce. Proszę tylko pamiętać o zobowiązaniu do zachowania poufności, dotyczącej przebiegu pańskiej pracy dla Agencji Skoków – odpowiedział urzędnik, nie patrząc na swojego rozmówcę.

Drake wyszedł i trzasnął za sobą drzwiami. Wsiadł do sportowego samochodu i ruszył w stronę miejsca, gdzie od dzieciństwa znajdował ukojenie. Jechał przez kilka godzin, notorycznie przekraczając dozwoloną prędkość.

Zaparkował pod lasem. Wysiadł, wspiął się na pobliskie wzgórze, usiadł na trawie i czekał na gwiazdy. W pobliżu nie było większych miast – zanieczyszczenie świetlne było niskie, więc szybko zaczęły się pojawiać. Zastanawiał się nad wszystkim, czego doświadczył w kosmolokacji 121928 i później. Czy odkryty przez niego wzór powtarzał się dla kolejnych koordynat? Ciągle tkwiło mu w głowie to, co wydarzyło się bezpośrednio po powrocie i zdaniu raportu przez Ewelinę. Dlaczego nie chciała mu go pokazać? Dlaczego nie pozwolono jej opuścić ośrodka badań? W głowie echem niosły mu się ostatnie słowa, które usłyszał tuż przed jej odizolowaniem. O tym, że czuje się, jakby nie była w swoim ciele. Jakby nie była sobą. Depersonalizacja jest częstym objawem zespołu stresu pourazowego. Czy dlatego nie powiedziała mu o zajściach na tamtej planecie?

 

Gdy zaszło Słońce, rozbrzmiało cykanie świerszczy. Wśród znajomych gwiazdozbiorów, powiązanych z wieloma osobistymi wspomnieniami, Drake dostrzegł wyraźny punkt przemierzający niebo i zaczął się zastanawiać: czy to jeden z orbitalnych hoteli, czy też może Skoczek-2 miał dziś swój dzień skoków?

Koniec

Komentarze

Cześć Luken!

 

Świetne, mocno zakręcone opowiadanie! Jest wręcz przesycone ciekawymi pomysłami. Już same skoki są frapującym pomysłem. Ale po tym, jak dostają się na planetę przypominającą Ziemię, i opowieść nabiera charakteru horroru, opko staje się jeszcze lepsze. :)

Napisane tez jest dobrze, fajnie opisane manewry w przestrzeni, mogłem też wczuć się w przeżycia pani Walkiewicz.

Zgłaszam do biblioteki.

 

 

W dwóch miejscach się pogubiłem:

– Szansą na to, że miejsce, do którego wskoczymy, będzie zajęte.

– Daj spokój, równie dobrze możemy siedzieć na Ziemi i bać się trafienia przez meteoryt – odparła, lekko poirytowana nowym tematem, który zagrał jej na jakiejś podświadomej strunie. – Wiesz przecież jaki kosmos jest pusty, znasz prawdopodobieństwa.

– Znam, ale zakładają one, że miejsca, w które trafiamy, są przypadkowe.

Nie rozumiem logiki tego dialogu. To tak jakby powiedzieć:

– Mogę wyrzucić na kostcę szóstkę.

– Wiem, ale to ile wyrzucisz jest przypadkowe.

 

– Posłuchaj mnie teraz uważnie – powiedział, kładąc nacisk na każde wypowiedziane słowo. – Zauważyłem pewien wzorzec w gwiazdozbiorach kolejnych kosmolokacji, które odwiedziliśmy. Zobrazowałem to przy pomocy symulatora, którego Skoczek używa do analizy porównawczej tworzonych map.

Walkiewicz spojrzała na ekran komputera i zobaczyła znajome układy gwiazd z ostatnich skoków. Pamiętała je dzięki opowieściom Drake’a. Patrzyła, jak gwiazdy podróżują po sferze niebieskiej i zajmują nowe miejsca, odzwierciedlając sklepienia kolejnych odwiedzanych przez nich kosmolokacji. Każda gwiazda przemieszczała się w trochę inny sposób, dlatego niebo za każdym razem wydawało się zupełnie inne, ich reguły przemieszczania były jednak stałe. Natychmiast się rozbudziła.

– Jakim cudem nikt wcześniej tego nie zauważył? – zapytała.

– Nikt nie wpadł na to, żeby porównać między sobą więcej niż dwie kosmolokacje, bo to, na zdrowy rozum, nie powinno mieć sensu. Zauważyłaś coś jeszcze?

– Zmieniając perspektywę, widzę, że gwiazdy przemieszczają się względem… miejsca skoku. To niemożliwe.

To też dla mnie trochę niejasne. Chodzi o to, że po każdym “skoku” zmiania się konfiguracja gwiazd? Czyli, że przskakują nie tylko w przestrzeni, ale też pomiędzy różnymi wszechświatami?

 

Pamiętam ten tekst. Przeczytam i podzielę się opinią, ale pewnie dopiero w czerwcu, bo zarobiony jestem.

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Dzięki za wpadnięcie kronos.maximus!

Nie rozumiem logiki tego dialogu. To tak jakby powiedzieć:

– Mogę wyrzucić na kostcę szóstkę.

– Wiem, ale to ile wyrzucisz jest przypadkowe.

Spójrz na to z tej strony: jeżeli masz kostkę 43243432423-ścienną, to jeżeli wyrzucenie maksymalnej wartości oznacza Twoją śmierć, to generalnie nie masz się czym przejmować… ale tylko pod warunkiem, że prawdopodobieństwo jest równo rozłożone ;) (czyli wynik jest naprawdę przypadkowy). I tak samo jest ze skakaniem w losowe miejsca w kosmosie, który jest prawie zupełnie pusty, chyba że te miejsca nie są zupełnie losowe i np grawitują w pobliże planet czy innych obiektów, wtedy potencjalna przestrzeń, w której wylądujesz, nie będzie już taka pusta.

To też dla mnie trochę niejasne. Chodzi o to, że po każdym “skoku” zmiania się konfiguracja gwiazd? Czyli, że przskakują nie tylko w przestrzeni, ale też pomiędzy różnymi wszechświatami?

No miałem tu problem z łatwym wyjaśnieniem o co mi chodzi, ale wydaje mi się, że wystarczy ten fragment uważnie przeczytać. Konfiguracja gwiazd się zmienia, ale zmienia się w uporządkowany sposób. Tak, jakby Skoczek się nie przemieszczał, tylko przekształcał Wszechświat wokół siebie, zgodnie z jakąś regułą :) .

Zmieniłem kilka słów, żeby troszkę sprecyzować ten opis. Mam nadzieję, że teraz będzie trochę lepiej.

 

Cześć krar85!

Nie ma pośpiechu. I jeszcze raz bardzo dziękuję za bardzo intensywną betę :) .

Łukasz

Kapitalny pomysł. Wciągnęło. Przeczytane jednym skokiem. Nie było czasu ani ochoty na przyglądanie się, czy gdzieś działał chochlik. Brawo.

Spójrz na to z tej strony: jeżeli masz kostkę 43243432423-ścienną, to jeżeli wyrzucenie maksymalnej wartości oznacza Twoją śmierć, to generalnie nie masz się czym przejmować… ale tylko pod warunkiem, że prawdopodobieństwo jest równo rozłożone ;) (czyli wynik jest naprawdę przypadkowy). I tak samo jest ze skakaniem w losowe miejsca w kosmosie, który jest prawie zupełnie pusty, chyba że te miejsca nie są zupełnie losowe i np grawitują w pobliże planet czy innych obiektów, wtedy potencjalna przestrzeń, w której wylądujesz, nie będzie już taka pusta.

Ok, czyli oni nie wiedzieli jak działa ten mechanizm skoków, tylko zakładali, że to jest przypadkowe. Bo chyba wcześniej coś pisałeś, że trafiają w przypadkowe miejsca. Po prostu facetowi w tym dialogu chodzio o to, że te miejsca mogą nie być przypadkowe, tak jak sądzili. A potem okazało się, że nie tylko nie są przypadkowe, ale jeszcze skoki zmieniają układ gwiazd. Nieźle zakręciłeś, ale mi się podoba. :)

Lukenie!

 

Spodobało mi się. Motywy podróży kosmicznych zawsze mnie interesowały, a zwłaszcza takie, które z założenia są podróżą w nieznane. Z początku myślałem, że ta cała fizyka kosmolokacji opiera się na czwartym wymiarze. Że jakimś cudem wykroczyli poza prawa przestrzeni euklidesowej i trafili do miejsca, które jest poza znanymi nam trzema wymiarami. Damian i Ewelina mogli mieć wrażenie, że poruszają się po świecie, który zamyka się w znanych im zasadach materii i przestrzeni, jednak nieumyślnie przekraczali granice nieznanego nam wymiaru.

Ciekawe. Muszę przyznać, że fajnie przeszedłeś z eksploracyjnego SF do horroru, który głównie opiera swoją straszność i klimat na Uncanny Valley. Dla mnie jednym z najbardziej niepokojących zjawisk jest widzenie czegoś znajomego w czymś, co jest horrendalnie nierzeczywiste.

Momentami miałem przestoje w tekście, ale całość czytało się płynnie.

 

Zgłaszam do biblioteki. ^^

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

@Koala75

Cieszę się, że wciągnęło :) .

 

@kronos.maximus

Po prostu facetowi w tym dialogu chodzio o to, że te miejsca mogą nie być przypadkowe, tak jak sądzili. A potem okazało się, że nie tylko nie są przypadkowe, ale jeszcze skoki zmieniają układ gwiazd. Nieźle zakręciłeś, ale mi się podoba. :)

Nie tyle jeszcze zmieniają, co po prostu sam fakt tego, że gwiazdy przemieszczają się w jakimś porządku, świadczy o tym, że nie ma w tym przypadkowości. Damian przeczuwał, że coś jest nie tak, już kiedy Ewelina kładła się spać. Na pewno pomogło mu w tym to, że bardzo dokładnie oglądał te gwiazdozbiory ze skoku na skok, snując swoje opowieści.

 

@BarbarianCataphract

Cieszę się, że się spodobało :) . Zastanawiałem się czy nie zrobić kontynuacji. W końcu za koordynatą 121928 mogą jeszcze znajdować się inne… ciekawe rzeczy ;) .

Dzięki za zgłoszenie :) .

 

 

Łukasz

Cześć!

 

Przeczytałam sobie ten tekst ponownie już tylko dla przyjemności, bez misji betującej ;) To bardzo dobre opowiadanie, da się tu odczuć klimat naukowy, ale jednocześnie nie ma przytłoczenia. Dla mnie teoria skoków i to jak zmieniają się konstelacje było bardzo zagmatwane, ale na tyle ciekawe, że naprawdę chciałam zrozumieć, co miałeś na myśli i za to duży plus, bo można pisać tekst naszpikowany odniesieniami naukowymi i jednocześnie wcale nie wywołać ciekawości.

Najlepsza jest scena na odbiciu Ziemi, z jednej strony pogmatwana, ale z drugiej niesamowicie wciągająca. Opis postaci przy biurku i pościgu robią duże wrażenie, trudno się oderwać.

Podobało mi się to, jak stopniowo przechodzisz w tym tekście od rutynowych skoków i bohaterów nieco znudzonych tym, co robią, do wielkiej zagadki i niebezpieczeństwa. Stawiasz bohaterów naprzeciw czegoś, co zdecydowanie ich przerasta. Odkrywają coś, czego odkryć nie powinni.

Miałeś na to opowiadanie bardzo spójny pomysł, nakierowany na jedno konkretne zagadnienie. Powiedziałabym, że bohaterowie są tutaj w tle, chociaż na początku starasz się pokazać relacje między nimi i dodajesz im sporo indywidualizmu. Motyw z historiami o gwiazdozbiorach wyszedł bardzo fajnie, to przypomina taką ciszę przed burzą, jeszcze jest bezpiecznie nic się nie dziej, ale już słychać grzmoty.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Czytało się naprawdę dobrze. Kilka rzeczy zastanawiało, ale na razie nie będę tych spraw poruszała. Jest science i jest fiction, co mnie bardzo ucieszyło. 

Pomysł ciekawy, lekko zarysowane postaci i relacja ich łącząca, tła tyle co potrzeba do zrozumienia o co chodzi.

Tekst wpisuje się w starą i w nową sf, która odchodzi od optymistycznych wizji lądujących w utopiach szczęśliwej eksploracji kosmosu czy skrajnie pesymistycznych dystopii rodem z klasycznego cyberpunka, przenosząc swoją uwagę na stosunkowo bliską przyszłość i konsekwencje użytkowania niezrozumiałych technologii, przysłowiowych czarnych skrzynek.

Co charakterystyczne, pokazujesz zwyczajną dwójkę ludzi użytkujących nieznany napęd, a każde z nich jest swego rodzaju marzycielem, śmiałkiem, który wybrał zawód skuszony doznaniami znalezienia się w przestworzach kosmosu i kierowania pojazdem kosmicznym. Podobni do lotników z dwudziestego, dwudziestego pierwszego wieku kosmonauci (jestem jeszcze przed ostatnim Top Gunem xd). Ujęło mnie w tekście, że zbytnio nie rozdmuchujesz ich reakcji i panujesz nad opowieścią, zwłaszcza nad proporcją ludzie kontra świat i realia, którego są elementem.

 

Skarżypytuję i naturalnie klikam. :-)

 

pzd srd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No, powiem szczerze, że trochę mnie to Twoje opko przerosło. Nie jestem pewna, czy rozumiem, a nawet jeśli rozumiem, to co z tej fabuły wynika.

Pierwsza sprawa:

 

– Posłuchaj mnie teraz uważnie – powiedział, kładąc nacisk na każde wypowiedziane słowo. – Zauważyłem pewien wzorzec w gwiazdozbiorach kolejnych kosmolokacji, które odwiedziliśmy.

To też dla mnie trochę niejasne. Chodzi o to, że po każdym “skoku” zmiania się konfiguracja gwiazd? Czyli, że przskakują nie tylko w przestrzeni, ale też pomiędzy różnymi wszechświatami?

No miałem tu problem z łatwym wyjaśnieniem o co mi chodzi, ale wydaje mi się, że wystarczy ten fragment uważnie przeczytać. Konfiguracja gwiazd się zmienia, ale zmienia się w uporządkowany sposób. Tak, jakby Skoczek się nie przemieszczał, tylko przekształcał Wszechświat wokół siebie, zgodnie z jakąś regułą :) .

Czyli to jest tak, gdyby wyobrazić sobie wszechświat jako tarczę zegara, to każdy skok jest przesunięciem wskazówki, mimo że teoretycznie czas nie upływa? Czy to znaczy, że z każdym skokiem wszechświat się deformuje? Ale w takim razie, co oznacza przeskok na sam koniec? Jeden ruch wskazówki, czy coś więcej. Po tym, co ona tam zobaczyła wygląda na to, że raczej więcej. Ale, skoro wszechświat się deformuje, to czemu za każdym razem udaje im się wracać w to samo niezdeformowane miejsce?

Druga sprawa: jak to wszystko, co przeżyli ma się do zakończenia? W sumie nie dziwię się kwarantannie, ale co się z nią właściwie stało? Mam wrażenie, że po lekturze powinnam to wiedzieć, ale niestety… I co właściwie oznacza ten poruszający się punkt, który Drake dostrzega wśród znajomych gwiazdozbiorów. To wygląda jak twist, ale znaczenia ni cholery nie pojmuję.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

@Ali­cel­la

 

Dzięki. Masz swój udział w tym opowiadaniu :) .

Miałeś na to opowiadanie bardzo spójny pomysł, nakierowany na jedno konkretne zagadnienie. Powiedziałabym, że bohaterowie są tutaj w tle, chociaż na początku starasz się pokazać relacje między nimi i dodajesz im sporo indywidualizmu.

Zabawna ciekawostka: moje opowiadanie na tegoroczny konkurs PFFN będzie tak bardzo odmienne, że chyba nie da się bardziej ;) .

 

@Asylum

Kilka rzeczy zastanawiało, ale na razie nie będę tych spraw poruszała.

Czemu nie? Każde przemyślenia są cenne, a szczególnie te, które nie są chwaleniem ;) .

 

@Irka_Luz

To też dla mnie trochę niejasne. Chodzi o to, że po każdym “skoku” zmiania się konfiguracja gwiazd? Czyli, że przskakują nie tylko w przestrzeni, ale też pomiędzy różnymi wszechświatami?

Puentą tajemnic jest to, że są niejasne :) . Sami nie wiedzą co się dokładnie dzieje. Wiedzą tylko, że zmieniają miejsce pobytu, i że te miejsca nie są przypadkowe w niezwykły sposób.

Czyli to jest tak, gdyby wyobrazić sobie wszechświat jako tarczę zegara, to każdy skok jest przesunięciem wskazówki, mimo że teoretycznie czas nie upływa? Czy to znaczy, że z każdym skokiem wszechświat się deformuje? Ale w takim razie, co oznacza przeskok na sam koniec? Jeden ruch wskazówki, czy coś więcej. Po tym, co ona tam zobaczyła wygląda na to, że raczej więcej. Ale, skoro wszechświat się deformuje, to czemu za każdym razem udaje im się wracać w to samo niezdeformowane miejsce?

Jeszcze dziwniej. To są jakby różne Wszechświaty, ale każdy z nich jest jakimś dziwnym odbiciem oryginalnego. Po prostu kiedy myślimy o odbiciu, to myślimy o lustrze, czyli o odbicu zerojedynkowym, albo jest, albo go nie ma. A co jeżeli jakiś rodzaj odbicia może być stopniowalny? Jeżeli można odbić otwartą rękę w połowie, to jakby wyglądała? Jakby była ustawiona bokiem? A co gdyby miała tylko trzy palce? A przy zbliżaniu się odbicia do 100%, uzyskiwała brakujące palce? W opowiadaniu odbicie jest tożsame z deformacją. To była centralna idea, która nie jest opisana wprost, tylko pokazana poprzez wydarzenia.

Druga sprawa: jak to wszystko, co przeżyli ma się do zakończenia? W sumie nie dziwię się kwarantannie, ale co się z nią właściwie stało? Mam wrażenie, że po lekturze powinnam to wiedzieć, ale niestety… I co właściwie oznacza ten poruszający się punkt, który Drake dostrzega wśród znajomych gwiazdozbiorów. To wygląda jak twist, ale znaczenia ni cholery nie pojmuję.

Podpowiem: kto tak naprawdę wrócił z odbitej Ziemi? :)

Łukasz

Sami nie wiedzą co się dokładnie dzieje. Wiedzą tylko, że zmieniają miejsce pobytu, i że te miejsca nie są przypadkowe w niezwykły sposób.

Z jednej strony lubię nieostre zakończenia, bo można sobie dopowiedzieć, jak komu w sercu gra. W tym wypadku trochę mi jednak brakuje wyjaśnienia, bo zwyczajnie za cienka jestem, żeby je sobie dopowiadać. W SF wolę mieć pewne rzeczy wyjaśnione ;)

 

Jeszcze dziwniej. To są jakby różne Wszechświaty, ale każdy z nich jest jakimś dziwnym odbiciem oryginalnego.

Aaa, teraz rozumiem. A czy przenoszenie się do tych wszechświatów ma jakiś wpływ na ten, w którym żyjemy?

 

Podpowiem: kto tak naprawdę wrócił z odbitej Ziemi? :)

Hmm, oczywiście przyszło mi do głowy, że to niekompletne coś skorzystało z okazji, by stać się kompletnym, ale jednocześnie nie mogło dojść do prostej zamiany, bo Ewelina miała swoje wspomnienia, rozpoznała Drake, potrafiła wrócić z tej niekompletnej Ziemi na statek itd. Coś mogło się podczepić. Oczywiście dla Eweliny to tragedia, ale jakie konsekwencje ma to dla naszej Ziemi?

Czy to, co Drake widzi na niebie, to statek stamtąd? Jakieś odbicie oryginalnego Skoczka?

Jak dla mnie trochę tu dużo niejasności i pytań, na które nie znajduję odpowiedzi.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Aaa, teraz rozumiem. A czy przenoszenie się do tych wszechświatów ma jakiś wpływ na ten, w którym żyjemy?

Tego nie wiadomo, opowiadanie nie rozwija tego wątku :) .

Hmm, oczywiście przyszło mi do głowy, że to niekompletne coś skorzystało z okazji, by stać się kompletnym, ale jednocześnie nie mogło dojść do prostej zamiany, bo Ewelina miała swoje wspomnienia, rozpoznała Drake, potrafiła wrócić z tej niekompletnej Ziemi na statek itd. Coś mogło się podczepić. Oczywiście dla Eweliny to tragedia, ale jakie konsekwencje ma to dla naszej Ziemi?

Jeżeli mówimy w kategoriach odbić, to czy wspomnienia również nie mogłyby zostać odbite? ;) No i można zadać sobie pytanie: czy coś w tym odbiciu mogło zostać zniekształcone? Może to niekompletne coś, było niekompletne, ponieważ było daleko od tego, czego odbiciem było, tak jak zniekształcony był obraz lotniska. Może wylądowanie Eweliny na planecie umożliwiło jej wierniejsze odwzorowanie, tak jak skopiowanego samolotu?

 

Na pewno to częściowo kwestia gustu czytelnika, ile lubi dostać tajemnicy i jak bardzo ma ochotę zadawać sobie pytania i zastanawiać się nad nimi. Ja osobiście lubię historie, które mnożą tajemnice, nad którymi zastanawianie się, zabiera więcej czasu niż czytanie, więc stąd taka a nie inna realizacja :) .

Czy to, co Drake widzi na niebie, to statek stamtąd? Jakieś odbicie oryginalnego Skoczka?

Do którego fragmentu odnosi się to pytanie?

Jak dla mnie trochę tu dużo niejasności i pytań, na które nie znajduję odpowiedzi.

Taki urok tego tekstu, stety albo niestety :) .

Łukasz

Luken

Czemu nie? Każde przemyślenia są cenne, a szczególnie te, które nie są chwaleniem ;)

Albowiem, ponieważ, jako iż nie są związane z recepcją opka. xd Wizja i konstrukcja wystarczająco mi się spodobały i nie chciałam burzyć wrażenia rozkimnkami na tematy w gruncie rzeczy mniej istotne. To nie beta, otrzymuję niejako produkt gotowy i do niego chcę się odnieść. ;-)

Język dobry, a koncepcja skłaniająca do pomyślenia o rzeczach niewyobrażalnych: co było przed początkiem wszechświata, czy wszechświat jest nieskończony i co leży za granicą naszego horyzontu, jak powstają wszechświaty, czy jest ich wiele. Pytania dotyczące zjawisk megaskalowych i – nazwijmy je – egzystencjalnych. A dodatkowo, mamy obok wiarygodną/możliwą do zaistnienia historię w postaci nieprzegadanej relacji dwóch ludzi obserwujących pewne zdarzenia i wyciągających na jego temat wnioski. Początkowy ślizg był fajnym wejściem i zabiegiem. :-)

 

pzd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć, Luken!

 

Trochę masz zaimkozy – warto to wygładzić. Przykładowo:

W jej przypadku nerwowy, w Drake’a: podekscytowany. Przypominało jej to ich pierwszy skok, podczas którego to on był kapitanem.

Chociaż przewija się to też przez inne fragmenty.

– Możemy wskoczyć do poprzedniej kosmolokacji – zasugerowała niepewnie Walkiewicz.

– Nie możemy – zaprzeczył tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Do zainicjowania skoku potrzebna jest energia z silnika.

Pani Walkiewicz wykazuje się tu pewną niekompetencją – musiałeś podać te informacje, ale wyszła, imo, infodumpowa wymiana zdań. Nie wysyła się w kosmos astronautów bez podstawowej wiedzy o statku. Podobnie było wcześniej z osłoną, którą stracili.

Gdy uderzyła głową o betonową płytę, straciła przytomność.

Głową uderzyła o hełm, hełmem o beton – czy na pewno straciłaby przytomność? No i tutaj się potknąłem, bo myślałem, że pominąłem coś i ona zdjęła ten hełm.

 

Jeśli chodzi o koncepcję koordynat i przekształcania się wszechświata, to nie do końca to zrozumiałem, ale poszedłem dalej i nie uważam, żeby było to w jakimkolwiek stopniu dyskredytujące. Później jeszcze bardziej się zamotałem przy odbiciach, choć przywiodły mi na myśl “Ruch jest życiem” OS’a.

Czym okazały się łuski? Bo tu troszkę mi zasugerowałeś, że to jakaś obca forma życia, która ich napadła. Odnoszę wrażenie, że to taki wątek, który wpadła do opowiadania i w pewnym momencie został porzucony. To się wpisuje w końcowe niedopowiedzenia, ale jest trochę zbyt ostro ucięte.

Ale dosyć marudzenia. Tekst naprawdę mnie wciągnął i choć chciałem czytać na raty, to musiałem skończyć. Miałeś bardzo rozbudowany pomysł i zrealizowałeś go z dużym rozmachem. Znalazłeś tu miejsce i na warstwę science, i na czystą fantastykę. W literaturze SF obeznany nie jestem, więc mogę porównać jedynie do filmów, a pachnie tu starymi horrorami SF.

Podsumowując: proporcje powyższego komentarza może na to nie wskazują, ale tekst jest naprawdę dobry, czyta się go bardzo przyjemnie i daje sporo przyjemności!

Klikać już nie ma co, więc życzę powodzenia w głosowaniu piórkowym!

 

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć Krokusie!

Pani Walkiewicz wykazuje się tu pewną niekompetencją – musiałeś podać te informacje, ale wyszła, imo, infodumpowa wymiana zdań. Nie wysyła się w kosmos astronautów bez podstawowej wiedzy o statku. Podobnie było wcześniej z osłoną, którą stracili.

Robiłem teoretyczny i praktyczny kurs szybowcowy i powiem Ci, że zakres wiedzy teoretycznej jaką musi posiadać pilot, nie obejmuje szczegółów budowy pojazdów, którymi będzie latał :) . To należy do mechaników. Natomiast niektórzy pasjonaci bywają całkiem biegli w mechanice samolotowej, a szczególnie eksperymentalni oblatywacze, tacy jak Drake, bo rozumienie takich detali jest dla nich bardzo ważne. Oczywiście ktoś obeznany w tych tematach musiał być na pokładzie Skoczka ze względu na jego izolację podczas skoków i tą osobą był właśnie Drake.

Głową uderzyła o hełm, hełmem o beton – czy na pewno straciłaby przytomność? No i tutaj się potknąłem, bo myślałem, że pominąłem coś i ona zdjęła ten hełm.

Hmm, czy jakby miała czapkę i ktoś uderzyłby ją w głowę, to powinno się napisać, że uderzył w czapkę? To jest śliska sprawa, ale rozumiem co masz na myśli i chyba też przeszło mi to przez głowę podczas pisania. Pomyślę nad tym.

Czym okazały się łuski? Bo tu troszkę mi zasugerowałeś, że to jakaś obca forma życia, która ich napadła. Odnoszę wrażenie, że to taki wątek, który wpadła do opowiadania i w pewnym momencie został porzucony. To się wpisuje w końcowe niedopowiedzenia, ale jest trochę zbyt ostro ucięte.

Łuski mają wyjaśnienie w kontekście całości. Skoro Ziemia jest odbita, to czemu szczątki satelity na orbicie miałyby nie być? :) Bohaterowie nawet w pewnym momencie pomyśleli, że to były one, co było subtelną wskazówką, ale fakt, że połączenie kropek może tu nastąpić dopiero po przeczytaniu całego tekstu. A czemu akurat “łuski” a nie szczątki satelity? Ponieważ czym mniejszy przedmiot, tym mniej dokładnie jest odwzorowany.

Tekst naprawdę mnie wciągnął i choć chciałem czytać na raty, to musiałem skończyć. Miałeś bardzo rozbudowany pomysł i zrealizowałeś go z dużym rozmachem. Znalazłeś tu miejsce i na warstwę science, i na czystą fantastykę.

Bardzo miło mi to przeczytać :) .

W literaturze SF obeznany nie jestem, więc mogę porównać jedynie do filmów, a pachnie tu starymi horrorami SF.

Bingo! Ale pewnie nie zgadniesz, który film najbardziej na tę historię wpłynął, ponieważ inspiracja jest na bardzo wysokim poziomie abstrakcji i na pierwszy rzut oka jest on o czymś kompletnie innym. ;)

Łukasz

Pozgaduję i pewnie nie trafiłam. ;-) Na pewnym poziomie miałam skojarzenia z "Intelstelar" lub "Tenent"?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

@Asylum

O wiele starszy film, ale dużą podpowiedzią będzie to, że każdy go zna. A jak ktoś będzie jeszcze w stanie wskazać główne podobieństwo (które jest bardzo nieoczywiste), to aż się przestraszę z wrażenia ;) .

Łukasz

Jeśli starszy, to psiakostka, mogę nie znać. Podumam nad tym i może być zero rezultatu – uprzedzam, choć z chęcią dam nurka. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cóż, chyba już nigdy nie uda mi się zrozumieć kosmosu i objąć rozumem tego, co tam się dzieje, a jednak mimo dużej niewiedzy o kosmicznych sprawach znalazłam opowiadanie jako bardzo zajmujące, wręcz intrygujące i porządnie napisane. Innymi słowy, Lukenie, przeczytałam tę historię z przyjemnością.

 

– … że wsko­czy­my do tej ko­or­dy­na­ty… → Zbędna spacja po wielokropku.

 

Wal­kie­wicz na­tych­miast do­my­śli­ła się, gdzie zmie­rzał.Wal­kie­wicz na­tych­miast do­my­śli­ła się, dokąd zmie­rzał.

 

do­strze­gła na jego twa­rzy okrą­gły otwór, oto­czo­ny ludz­ki­mi zę­ba­mi… → Czy dobrze rozumiem, że stwór miał zęby na zewnątrz otworu?

A może miało być: …do­strze­gła na jego twa­rzy okrą­gły otwór, wypełniony ludz­ki­mi zę­ba­mi

 

– Agen­cja Sko­ków. Ta tech­no­lo­gia za­gra­ża całej cza­so­prze­strze­ni. – po­wie­dzia­ła drżą­cym gło­sem… → Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

Da­mian Drake, ubra­ny w swo­bod­ne, spor­to­we ubra­nie… → Brzmi to fatalnie.

Może wystarczy: Da­mian Drake, noszący swo­bod­ne, spor­to­we ubra­nie

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy 

Innymi słowy, Lukenie, przeczytałam tę historię z przyjemnością.

Dziękuję, wiele to dla mnie znaczy :) .

 

Dziękuję również za niezawodną czujność – wprowadziłem poprawki.

Łukasz

Bardzo proszę, Lukenie. Miło mi, że mogłam się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj, Lukenie!

Jest w tym opowiadaniu coś ekscytującego, co zasysa, każe czytać dalej. Wzbudzasz ciekawość i nieustannie podbijasz bębenek, nęcąc czytelnika kolejnymi poszlakami. Przyznam, jest to całkiem przyjemne w odbiorze. To jednak ogół; i też nie jest to wrażenie, które równomiernie utrzymuje się przez cały tekst. Początkowo bohaterowie gadają o byle czym, nudzą się, a ja, prawdę mówiąc, nudziłem się razem z nimi. Później zaczyna się dziać, toteż lektura staje się przyjemniejsza, choć przyznam, że detale dylematów, przed którymi postawiłeś postaci, pozostały dla mnie niejasne. W moim odczuciu tekst jest nieco zbyt hermetyczny, nie jest przystępny dla czytelnika nieobeznanego z fizyką czy astronomią, a jednocześnie brak mi w nim konsekwencji w utrzymywaniu tej hermetyczności w warstwie językowej, np:

Drake upewnił się, że w okolicy nie ma żadnego źródła niebezpiecznego promieniowania

Bardzo potoczne sformułowanie, imo nieprzystające do rozmowy dwójki pilotów – fachowców.

 

Rewelacyjny jest opis kosmity/potwora, którego Ewelina spotyka we Francji. Jest cudownie obrzydliwy, każdy kolejny element jest coraz bardziej niepokojący. Aż szkoda, że pojawia się tylko przez chwilę i raczej w charakterze dekoracji.

Wreszcie po wspaniałym podbudowaniu napięcia, nawet z pominięciem wspomnianych detali, których rozumienie zdawało się nie być aż takie niezbędne, następuje finał, który mnie ostatecznie raczej zawiódł. Wygląda na zakończenie otwarte, a to cholernie trudna sztuka napisać coś takiego w sposób satysfakcjonujący. Jeśli się uda, to efekt jest spektakularny, ale jeśli powkłada się za mało poszlak w ręce czytelnika, oznakuje je w niezrozumiały sposób albo oprze wskazówki na fachowej wiedzy, którą nie każdy posiada, finalny efekt może się rozmyć. Jednocześnie nie potrafię wskazać, co konkretnie tu nie zagrało, bo to pewnie będzie się różnić w zależności od czytelnika i jego doświadczeń.

Takie mnie naszły refleksje po lekturze. Mam nadzieję, że okażą się jakkolwiek przydatne. Tak czy inaczej, czytało mi się przyjemnie.

Cześć MrBrightside!

W moim odczuciu tekst jest nieco zbyt hermetyczny, nie jest przystępny dla czytelnika nieobeznanego z fizyką czy astronomią

Nie wykluczone, ale nie sądzę, żeby hermetyczność była zawsze wadą. Niektórzy jej nie zauważą, niektórych odstraszy, ale jest też część czytelników, którzy dowiedzą się dzięki niej czegoś nowego i to jest dla mnie wartościowa jakość.

Sam fakt, że wprawdzie nie wszystko zrozumiałeś, ale nie przeszkodziło Ci to istotnie w czytaniu jest dla mnie znakiem, że nieźle rozłożyłem akcenty, tzn. potencjalne trudne rzeczy pełnią właściwą rolę w tekście. Czasami ryzyka nie da się uniknąć, ale zarządzanie nim jest ważne :) .

Bardzo potoczne sformułowanie, imo nieprzystające do rozmowy dwójki pilotów – fachowców.

Hmm, masz pomysł na jakiekolwiek inne? To jest wbrew pozorom bardzo ścisłe sformułowanie dotyczące natury i jakości zjawiska. Nie sądzę, żeby istniało jakieś bardziej “naukowe”, a nie chciałbym takiego wysilać tylko po to, żeby brzmiało mądrzej.

Wreszcie po wspaniałym podbudowaniu napięcia, nawet z pominięciem wspomnianych detali, których rozumienie zdawało się nie być aż takie niezbędne, następuje finał, który mnie ostatecznie raczej zawiódł. Wygląda na zakończenie otwarte, a to cholernie trudna sztuka napisać coś takiego w sposób satysfakcjonujący. Jeśli się uda, to efekt jest spektakularny, ale jeśli powkłada się za mało poszlak w ręce czytelnika, oznakuje je w niezrozumiały sposób albo oprze wskazówki na fachowej wiedzy, którą nie każdy posiada, finalny efekt może się rozmyć. Jednocześnie nie potrafię wskazać, co konkretnie tu nie zagrało, bo to pewnie będzie się różnić w zależności od czytelnika i jego doświadczeń.

Masz rację, że otwarte zakończenie to zawsze jest ryzyko, ale gdy w czyimś przypadku kliknie, to zapamięta je na długo. Próby zrozumienia czemu w czyimś przypadku nie kliknęło są dla mnie bardzo cenne. Tak samo jak mam nadzieję, że czytelnik wzbogaci się, czytając to, co napiszę, wzbogacam się jego wrażeniami. :)

Mam nadzieję, że okażą się jakkolwiek przydatne.

Już się okazały :) .

Tak czy inaczej, czytało mi się przyjemnie.

Bardzo miło mi to przeczytać, szczególnie biorąc pod uwagę, że to wrażenie utrzymało się pomimo tego, że trudniejsze fragmenty tekstu sprawiły Ci trudność.

Łukasz

– Nikt nie wpadł na to, żeby porównać między sobą więcej niż dwie kosmolokacje, bo to, na zdrowy rozum, nie powinno mieć sensu. Zauważyłaś coś jeszcze?

Serio? Nikt nie wrzuciłby tych danych do jednego z superkomputerów, nawet do tych kwantowych, co potrafią wykonać symulacje, które normalnym suoerkomputerom zajęłyby 9000lat? To po co oni w ogóle te dane zbierają do analiz? 

 

– Ale to nie wszystko – powiedział Drake, odbierając laptopa. – Kontynuowałem symulację dla kolejnych koordynat: tych, których jeszcze nie odwiedziliśmy. Szukałem takiej, która byłaby najbliżej jakiejś gwiazdy i okazało się, że one zataczają koło. 121928 zawiera dokładnie ten sam układ gwiazd, który widzimy z Ziemi, a to znaczy, że ma obok odpowiednik…

Wygląda na to, że największym odkryciem ludzkości interesuje się tylko operator statku. 

Rozumiem, że musiałeś wprowadzić nas w szczegóły twojego świata przedstawionego i technologii, której używają ludzie, ale dla mnie sposób tego wprowadzenia jest niewiarygodny. Drake sypie teoriami i wynikami obliczeń jak z rękawa. 

 

Nowy wszechświat był dla niego jak nowe miasto.

A przypadkiem to nie dopiero w trakcie wcześniejszej rozmowy nie dowiedziała się o tym, że odwiedzają nowe wszechświaty? W trakcie pierwszego skoku nie powinna tego wiedzieć. 

 

Przez nagle odkrytą szybę zobaczyli otuloną chmurami,

Po co im szyba, skoro jest przykryta osłonami? 

 

– To będziemy musieli lądować, ale nawet nie wiemy, czy możemy tu przeżyć

Planeta lustrzano podobna do Ziemi, z farmami solarnymi. Chyba jednak przeżyją. 

 

W takim razie powinnam polecieć do Kontroli Skoków i spróbować się z nimi skontaktować – stwierdziła Walkiewicz. – Jakby mogli dostarczyć nam te narzędzia

Jeśli uważają, że ta planeta jest inna, to skąd pewność, że jest tam jakaś Kontrola Skoków? 

 

Pod wpływem adrenaliny, używając niemal nadludzkiej siły, podniosła się na jedno kolano i odepchnęła napastniczkę, powalając ją. Obróciła się i już chciała kontynuować bieg, kiedy coś złapało ją za kostkę i sama runęła jak długa. Gdy uderzyła głową o betonową płytę, straciła przytomność

Opis walki taki dosyć mało dynamiczny. Bardziej techniczny. A to jest zasadniczy, przełomowy moment tekstu i powinien wzbudzać emocje. Daj nam poczuć strach bohatera. 

 

 

Jestem, Lukenie, i zacznę od tego, że opowiadanie bardzo mi się podobało. Najpierw ze względu na sajfajowa otoczkę (nawet, jeżeli poleciałeś tam w infodumpy – mi one nie przeszkadzają, o ile są wiarygodne), potem ze względu na tę narastającą atmosferę grozy i spotkania z nieznanym, która gęstniała i gęstniała… aż tu nagle koniec. 

Serio, opowiadaniu przydałoby się jeszcze jakieś 10tys znaków, więcej obcowania z tajemnicą, poznawania nieznanego. Do końca myślałem, że jeszcze coś się wydarzy, że za tym kosmicznym lustrem coś się będzie ukrywało, ale ostatecznie kwestia pozostała nierozstrzygnięta, to jest może i rozstrzygnięta, ale pozostawiła u mnie poczucie niedosytu – nawet nie ze względu na samą koncepcję lustra, ta jest spoko, ale z powodu, że tak szybko na nią wpadamy i tak krótko z tym zagrożeniem obcujemy. 

Fajnie zagrałeś na końcu tą niepewnością, czy aby prawdziwa Ewelina wróciła na Ziemię. Od razu podejrzewałem, że jest odbiciem, gdy tylko straciła przytomność. I to by był świetny punkt wyjścia dla historii, gdyby Drake po nią tam wrócił i byśmy poobserwował i jak ona stara się przetrwać w tamtym świecie. Ale na to, to byś potrzebował drugie niemalże 40tys znaków. :P

Opowiadanie ze świetnym pomysłem, niektóre elementy ogrywasz mistrzowsko, ale moim zdaniem trochę pospiesznie skończone i wymagające doszlifowania wprowadzenia, oraz rozbudowania części przed zakończeniem, dlatego w głosowaniu będę na NIE, choć szczerze mi się podobało. 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Cześć Geki, dzięki za wyczerpujący komentarz.

Serio? Nikt nie wrzuciłby tych danych do jednego z superkomputerów, nawet do tych kwantowych, co potrafią wykonać symulacje, które normalnym suoerkomputerom zajęłyby 9000lat? To po co oni w ogóle te dane zbierają do analiz? 

Tak, serio. Nie ważne jak potężne masz komputery, musisz jeszcze wiedzieć co do nich wrzucić. Sytuacja jest zaskakująca, ale nie jest nierealistyczna i taka jest jej puenta.

Wygląda na to, że największym odkryciem ludzkości interesuje się tylko operator statku. 

Rozumiem, że musiałeś wprowadzić nas w szczegóły twojego świata przedstawionego i technologii, której używają ludzie, ale dla mnie sposób tego wprowadzenia jest niewiarygodny. Drake sypie teoriami i wynikami obliczeń jak z rękawa. 

Nie uważam, żeby zaszło tu coś niewiarygodnego. Po pierwsze to Drake obserwował uważnie gwiazdobiory każdej kosmolokacji, i jego biegłość w sferach niebieskich jest mocno podparta historią. Tak powstają odkrycia: ktoś zajmuje się czymś, czym nikt inny się nie zajmuje, czasami z prozaicznych powodów i dochodzi do przełomowych wniosków, do których nikt inny dojść nie może. To jest ważny przekaz opka, który można przeoczyć. Drugi etap to pogłębienie tej przełomowej wiedzy przy pomocy dostępnych narzędzi, które również mają uzasadnienie fabularne. Do różnych rzeczy można się w tym opku przyczepić, ale raczej nie do tego :) .

A przypadkiem to nie dopiero w trakcie wcześniejszej rozmowy nie dowiedziała się o tym, że odwiedzają nowe wszechświaty? W trakcie pierwszego skoku nie powinna tego wiedzieć. 

Na tym etapie w zasadzie nie wiadomo gdzie wskakują. Odkrycie, że są to inne wszechświaty, nie jest na pewno żadnym istotnym przełomem i taka ewentualność mogła być znana obu pilotom. Przełomem jest wyłącznie to, w jakiej relacji te wszechświaty pozostają.

Po co im szyba, skoro jest przykryta osłonami? 

Choćby po to, żeby móc wylądować na Ziemi, kołować po lotnisku itd :) . Nigdzie nie napisałem, że Skoczek jest statkiem wyłącznie kosmicznym.

Planeta lustrzano podobna do Ziemi, z farmami solarnymi. Chyba jednak przeżyją. 

Żeby móc przeżyć, podobieństwo musiałoby być dostateczne, a tego na tym etapie nie wiedzą. Nie są tacy głupi. To nie typowy amerykański horror sci-fi, choć trochę z takich czerpie, to stara się nie powielać ich błędów prezentowania idiotycznej/naiwnej załogi ;) .

Jeśli uważają, że ta planeta jest inna, to skąd pewność, że jest tam jakaś Kontrola Skoków? 

Jaka pewność? Wiedzą, że planeta jest podobna, a to czy wystarczająco, żeby być w stanie się skontaktować musi się okazać w praktyce. Podobnie jak niepewna jest możliwość przeżycia.

Opis walki taki dosyć mało dynamiczny. Bardziej techniczny. A to jest zasadniczy, przełomowy moment tekstu i powinien wzbudzać emocje. Daj nam poczuć strach bohatera. 

Możliwe, wyboru stylistycznego nie będę tu bronił, jak tak wybrzmiało, to tak wybrzmiało. Ale ta uwaga jest dla mnie cenna, bo na pewno przeanalizuję podobne sceny pod tym kątem w przyszłości.

Serio, opowiadaniu przydałoby się jeszcze jakieś 10tys znaków, więcej obcowania z tajemnicą, poznawania nieznanego. Do końca myślałem, że jeszcze coś się wydarzy, że za tym kosmicznym lustrem coś się będzie ukrywało, ale ostatecznie kwestia pozostała nierozstrzygnięta, to jest może i rozstrzygnięta, ale pozostawiła u mnie poczucie niedosytu – nawet nie ze względu na samą koncepcję lustra, ta jest spoko, ale z powodu, że tak szybko na nią wpadamy i tak krótko z tym zagrożeniem obcujemy. 

Zgadzam się z tym, że opko szybko się kończy, i że jest to jego słabość. Szczerze mówiąc, byłem tego świadomy podczas pisania. Problem polega na tym, że o ile koncept jest bardzo prowokujący, to jednocześnie ma stosunkowo nieduży potencjał fabularny, ponieważ w momencie, w którym wychodzi na jaw jak ten świat działa, nie bardzo jest czym zaskoczyć. Można byłoby go pogłębić konceptualnie, ale do tego nie wystarczyłoby 10k znaków, a miałem tu konkursowy limit 50k. Mogę więc tylko powiedzieć, że zrobiłem co mogłem :) .

Opowiadanie ze świetnym pomysłem, niektóre elementy ogrywasz mistrzowsko, ale moim zdaniem trochę pospiesznie skończone i wymagające doszlifowania wprowadzenia, oraz rozbudowania części przed zakończeniem, dlatego w głosowaniu będę na NIE, choć szczerze mi się podobało. 

To był pierwszy dłuższy tekst, który napisałem, więc sama jego nominacja mnie zdziwiła i bardzo ucieszyła :) . Przy okazji przekonałem się, że podporządkowanie się limitom konkursowym może czasami doprowadzić do niepełnego wykorzystania potencjału pomysłów, bo po prostu nie ma miejsca. Mam wrażenie, że trochę lepiej udało mi się pod tym względem skonstruować tekst na tegoroczny konkurs, ale przekonamy się pewnie za kolejny rok :) . Cieszę się, że ogólnie opko Ci się podobało i chociaż mam wrażenie, że Twoje pierwsze uwagi wynikały trochę z… nieuwagi, to wszystko biorę na klatę i będę o tym jeszcze myślał. Głosuj oczywiście ze swoim wewnętrznym przekonaniem. :)

Łukasz

Cześć!

 

Jestem wreszcie, cóż nowego mogę napisać? Ciekawie przeczytać ewolucję tekstu po niemal roku od jego powstania. Mam wrażenie, że dopieściłeś całość, wyciąłeś dłużyzny i czyta się to w większości bardzo dobrze, ale wydaje mi się również, że zbyt mocno przyciąłeś końcówkę. Pierwotni (chyba) była nieco dłuższa i bardzie rozbudowana, a przez skrócenie powstało kilka potworków, które mocno pogarszają imho odbiór całości:

Nigdy na nim nie była

A kawałek dalej

Pierwszy raz ją taką widziała.

Nigdy nie była na lotnisku, bo startowali z innego miejsca ale o drodze mówi jakby jednak widywała ją często?

Obejrzała się w stronę samolotu, lecz wciąż był na swoim miejscu, gotów do odlotu, więc przyspieszyła kroku w stronę najbliższego budynku wbrew narastającemu lękowi. Chciała uciec z tego niezrozumiałego miejsca, ale to mogła być jej jedyna szansa na jakiś kontakt z ludźmi.

Jesteś pewien, że po zobaczeniu odbić ruszyłaby dalej? Bo ja bym uciekł. To wygląda strasznie sztucznie, jakby wbrew logice (za to zgodnie z potrzebą historii) 

Gdy uderzyła głową o betonową płytę, straciła przytomność.

Ale przecież miała kask/hełm…?

 

Początek i środek na plus, za to końcówka zbyt szybka, niejasna i dziurawa. Zabrakło budowania napięcia, zabrakło niepewności i czasu na domysły. Bardzo szybko dotarła na lotnisko, pomimo luster poszła dalej i w końcu zobaczyła coś… Potem wybucha akcja, mamy gonitwę, walkę, krótkie sceny dobrze pasują do takich scen ale tu są jakoś zbyt rozstrzelone imho. Pokazujesz wydarzenia bardzo pobieżnie, za dużo trzeba sobie w głowie dopowiadać. Zastanawiam się tez nad sama historią, bo obecne zakończenie – może przez skrótowość – robi wrażenie wręcz urwanego (wcześniej tego tak nie odbierałem).

Dobry tekst hard s-f, ale zdecydowanie ze sporą dawka niewykorzystanego potencjału, który misternie zbudowałeś.

 

Pozdrawiam!

 

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Przykro mi, ale przychodzę jako ten nosorożec i zburzę tę miłą atmosferę zachwytów :(

To znaczy jest tak: na plus pomysł. W założeniu swoim mocno lemowski, początek, nawiązujący jakoś tam do pierwszych zdań “Niezwyciężonego”, też to sugeruje. I pomysł jest dobry, intrygujący, ciekawy może nawet bardziej socjologicznie (też ukłon w stronę Lema) niż stricte od strony science, bo mam wrażenie, że tu trzeba dość mocno ponaciągać obecny stan wiedzy, żeby to się kupy trzymało. Niemniej ponieważ na fizyce, astrofizyce i tak dalej się nie znam, nie będę brnąć w dywagacje, czy sugerowana przez Ciebie “fizyka skoków” ma naukowe podstawy i tak dalej, w technikalia podróży też nie.

Moim problemem z tym opowiadaniem jest to, że jak dla mnie zostało ono położone przez wykonanie. Na każdym możliwym poziomie, może za wyjątkiem ogólnej konstrukcji fabuły (choć już szczegóły leżą), co w zasadzie sprowadza się do tego: pomysł masz ciekawy, wpisałeś go w sensownie skomponowaną fabułę.

 

Niestety, zbyt często uciekasz się już w konkretnym opowiadaniu tej historii, do narrative devices, a na dodatek tak naprawdę ich nie wykorzystujesz. Na początku dowiadujemy się, że bohaterowie mają wrócić do jakiejś tam bazy nie wcześniej niż za dwanaście godzin, bo jest niebezpiecznie. Tu by się prosiło, żeby ich decyzja o tym, że podejmują działania na własną rękę, była z tym związana – skończyliśmy skanowanie za szybko, nie mamy co tu robić, więc wykonajmy jeszcze jeden skok ze złamaniem procedur. A tymczasem bohaterka zamiast tego martwi się, że nie wyjaśnią przestoju…

Podobny charakter narrative devices, ułatwiania sobie przez autora życia, mają informacje o kolejnych rzeczach znajdujących się na statku. Bohaterka potrzebuje dostać się na powierzchnię planety? Proszę bardzo, jest samolocik kosmiczny. A dla równowagi, żeby nie było zbyt łatwo, pozbawmy statek najprostszych narzędzi do naprawy i każmy bohaterowi wykonywać dużą robotę przy poszyciu otwieraczem do konserw… To się kupy nie trzyma, kompletnie. Nie ma szans, żeby statek nie miał zestawu naprawczego, ba, całkiem prawdopodobny byłby automat naprawczy (u Lema, w “Edenie”, jest i to nawet przegięty ;)). Mógłbyś go bohaterów pozbawić, np. blokując jakiś kawałek statku po awarii, ale nie do pomyślenia jest, żeby takich narzędzi nie było.

Nieważkość na statku też sobie włączasz i wyłączasz w zależności od widzimisię autora, na dodatek bez szczególnej fabularnej potrzeby. Naginasz realia, żeby sobie ułatwić życie np. kiedy pani kapitan przykłada hełm do statku, żeby ją usłyszał facet znajdujący się w jego środku… No tu niestety zrobiłam ostateczny facepalm. A wystarczyłoby, żeby wisiała przy tym oknie i czekała, aż on się pojawi w kokpicie i ją zauważy.

Nie jest też dla mnie jasne, kto wybiera koordynaty. Nie jest też oczywiste, że Ewelina jest kapitanem, wrzucasz to gdzieś w środku jako oczywistość, a nie jest nią, bo “drugi pilot” na samym początku wydaje się “drugim” w sensie innym niż ona, a Drake zachowuje się bardziej jakby miał władzę.

No więc na etapie kreacji realiów nie przekonałeś mnie.

Znacznie lepiej wychodzi wizyta Eweliny w bazie, ale tu z kolei masz mnóstwo nieprawdopodobieństw w rodzaju tego, że ona nie zna tej stacji kontroli i tak dalej. Spotkanie z Obcym jest dobre, choć zob. łapanka. Jak rozumiem, te kolejne odbicia się zlewają i tworzą potworności? Tylko dlaczego ta wersja Ziemi jest pusta? Na autostradzie też powinny być podobne zlepki lustrzanych rzeczywistości itd.

Spotkanie z “obcym” i mnożenie się wersji to najfajniejszy kawałek, choć też mógłby być lepiej napisany. Niemniej całkowity brak wyjaśnienia trochę pcha tekst w stronę konwencji space opery z elementami horroru, a nie science fiction, bo poza wszystkim nijak nie sugerujesz, co powoduje te odbicia – pojawienie się tam żywego człowieka? Coś innego?

Końcówka z rządem czy też agencją kosmiczną ukrywającą prawdę standardowa, ale pasująca, choć znów z nieco innej konwencji niż hard sf. Niemniej w ostatnich myślach bohatera jest trochę za dużo niedopowiedzeń.

 

Teraz bohaterowie. Płascy, papierowi, nieprzekonujący. Miałam momentami wrażenie, że nie mamy do czynienia z dwójką wybitnych pilotów i badaczy kosmosu, ale z nastolatkami bawiącymi się w Star Trek. Po części winne są naiwne i nienaturalne dialogi, ale też reakcje: mają na statku obce przedmioty, co gorsza: jakiś kosmiczny gruz, nie wiadomo, jak to się przedostało, a oni sobie śmieszkują i chcą filtry czyścić… Szkoda też, że nie rozwinąłeś “psychologicznie” rozczarowania Eweliny skokami, tego, że marzy o takiej okazji jak ta, która się nadarzyła. Jest ten ślad z “pionierką”, ale to mało.

 

Stylistycznie też tekst mocno kuleje, a zaimkoza jest dość radykalna plus mnóstwo pogubionych podmiotów.

 

A komentarz i łapanka takie długie, bo to kolejne opowiadanie ostatnio, przy którym zżymam się na skopanie dobrego pomysłu wykonaniem…

 

***

 

Walkiewicz rozparła duma, gdy dowiedziała się, że to z nim będzie latać, jednak rzeczywistość sprowadziła ją na ziemię.

Duma się dowiedziała? W zdaniu nadrzędnym to ona jest podmiotem.

Poza tym dalsza część zdania sugeruje, że to partner ją rozczarował, a nie same skoki.

 

Również to, że nigdy nie wiedzieli, gdzie wskoczą, coraz bardziej zachodziło jej za skórę.

Nie bardzo tu pasuje ten konkretny frazeologizm, którego na dodatek używa się raczej w formie dokonanej “zaleźć za skórę”

 

Po zakończeniu procedury kontrolnej[-,] Walkiewicz wprowadziła

To był ich stały punkt programu zabijania czasu.

Zła konstrukcja zdania plus za dużo dopełniaczy (cztery!) – tego należy unikać.

 

– Lepiej spójrz – powiedział z pewnością w głosie

Z pewnością w głosie?

 

Drake miał niezwykłą wyobraźnię; przez kilka godzin pokazywał jej różne układy gwiazd

Wyobraźni pokazywał?

 

lekko poirytowana nowym tematem, który zagrał jej na jakiejś podświadomej strunie.

Koślawa frazeologia.

 

Zamknęła się w kabinie pełniącej funkcję sypialni. Następnie wgramoliła do uprzęży, służącej do spania w stanie nieważkości i zamknęła oczy.

Tu walka z “się” zrobiła babol, bo to drugie, brakujące, jest niestety konieczne.

 

Każda gwiazda pokonywała trochę inną odległość, dlatego niebo za każdym razem wydawało się zupełnie inne, ich reguły przemieszczania były jednak stałe. Natychmiast się rozbudziła.

Gwiazda się rozbudziła?

 

Zmieniając perspektywę, widzę, że gwiazdy przemieszczają się względem

Uważaj na imiesłowy przysłówkowe współczesne, bo to zdradliwe bydlaki. Tu raczej chodzi o to, że “jeśli zmienię perspektywę” albo “zmiana perspektywy powoduje…”

 

– Czy my nieświadomie używamy jakiegoś… generatora wszechświatów? – zapytała cicho. – Przecież to niemożliwe, żeby w dowolnym momencie ich gwiazdy były zawsze tak samo przesunięte względem siebie.

– I co się dzieje z naszym, kiedy go opuszczamy? Jest jakiś specjalny,

“Jakiś" to zaimek śmieć, należy go stosować z umiarem.

 

– Co stworzyło ten generator… – wyszeptała, czując nagły przypływ adrenaliny.

Rzekłabym, że w przypływie adrenaliny powinna raczej krzyczeć, a nie szeptać ;)

 

z uśmiechem, który przełamał powagę malującą się na jego twarzy od początku rozmowy

Kolejny niezbyt trafiony frazeologizm.

 

Walkiewicz słyszała bicie własnego serca i ciężkie oddechy. W jej przypadku nerwowy, w Drake’a: podekscytowany.

 

Przypominało jej to ich pierwszy skok, podczas którego to on był kapitanem

Skok był kapitanem ;) No i dopiero tu się zorientowałam, jaka jest hierarchia. Skądinąd tu raczej pasowałoby pierwszy pilot, drugi pilot.

 

Nowy wszechświat był dla niego jak nowe miasto. Podziwiała to, jednak decyzji o tym skoku nie podjęła ze względu na niego

 

Wtedy usłyszeli odgłos uderzenia

Non sequitur z poprzednim akapitem, przydałoby się jakieś przejście, plus przegadane, to powinno być dramatyczne.

 

Gdy spojrzeli po sobie zaskoczeni, dźwięki zaczęły przypominać grad uderzający o kadłub.

Niefortunnie sugerujesz tu związek przyczynowo-skutkowy.

 

Fotele osadzone na amortyzatorach przeciążeń płynnie się przechyliły, sprawiając wrażenie, że statek przewrócił się na bok.

Kolejny źle użyty imiesłów przysłówkowy współczesny i w ogóle podmioty się pokiełbasiły.

 

– Coś takiego! – wykrzyknął z entuzjazmem Drake, próbując przebić się przez hałas uderzeń, z których najbardziej niepokojące były te[-,] brzmiące jak trafienia w szybę.

Całe zdanie dość kulawe, ale przede wszystkim: z entuzjazmem???? To jeden z tych momentów, o których pisałam: oni się zachowują jak dzieciaki bawiące się w podróż kosmiczną.

 

Gdy tylko elektronika wróciła do życia, silniki stabilizujące zareagowały automatycznie, powstrzymując dalsze obroty.

I powstrzymały.

 

– Mam nadzieję, że ta osłona nie była potrzebna? – zapytała Drake’a, szybko oddychając pod wpływem adrenaliny. – Bo już jej nie odzyskamy.

– Podczas skoku nie jesteśmy wystawieni na żadne promieniowanie, jeżeli to cię martwi – odpowiedział spokojnie. – Z tego co pamiętam, to te osłony mają ograniczać „interferencję czasoprzestrzenną”, cokolwiek by to miało znaczyć, ale pierwszy prototyp ich nie miał.

Jak nie jestem inżynierem, tak mam wrażenie, że to jest kompletnie bez sensu. Cała ta osłona to narrative device, żeby raz widzieli, a raz nie widzieli?

 

Walkiewicz odetchnęła z ulgą, po czym, kierowana impulsem, gwałtownie pochyliła się nad wskaźnikami. Żaden jednak nie sugerował awarii.

“Jednak” nie ma tu prawa bytu, bo niczemu nie zaprzeczasz.

 

odpowiedziała lekko poirytowana, wprowadzając polecenie do urządzenia.

Imiesłów j.w.

 

Na twarzy Drake’a malowało się niepasujące do niego zdziwienie.

Hmm. Niezbyt. Niezwykłe dla niego? Ale dlaczego zdziwienie ma nie pasować?

 

Może ta chmura, w którą wpadliśmy, to były szczątki tego satelity?

Puszczony wątek.

 

wyciągnęła z bocznego schowka staroświecką lornetkę, będącą na standardowym wyposażeniu statku [zaraz dalej: Na wyposażeniu statku znajdował się lekki samolot kosmiczny,]

Powtórzenie całej frazy blisko siebie, plus pisałam, że tam jest to, czego potrzebuje autor, a nie realia.

 

Spojrzała na ląd, przypominający swoim kształtem zachodnie wybrzeże Australii.

Jedynym zaimkowym śmieciem gorszym niż “jakiś” jest “swój”.

 

znajdując się pod wpływem sztucznej grawitacji, stworzonej przez rozpędzającego się Skoczka, zaczął po niej schodzić.

Grawitacja jest albo jej nie ma w zależności od widzimisię autora.

 

Ta informacja była jak uderzenie młotem. Żołądek podszedł jej do gardła, a na dłoniach poczuła skraplający się pot.

Pierwsze zdanie to kolejny zły frazeologizm, uderzenie jest obuchem, ale też tu średnio pasuje. Plus żołądek podszedł do gardła itd. informacji.

 

Może jesteśmy przesunięci w jakiejś fazie…

Przez chwilę widziała swojego towarzysza za szybą,

 

W nieważkości nie spływał, lecz kumulował się w przylepionych do ciała kroplach; poleciała więc do swojej kabiny, żeby go wytrzeć.

Przecinek w miejsce średnika, bo masz spójnik (więc). Nie miała czym obetrzeć potu w kokpicie? Trochę to naciągane, chciałeś ją wysłać do kabiny, narrative device.

 

Miał na sobie przypadkowo ułożone, płytkie bruzdy, nadające mu niemal organiczny charakter.

Dlaczego bruzdy mają sugerować organiczny charakter???

 

Nie przypominał żadnej części statku ani niczego znajomego, ale skłonił ją do uważnego rozejrzenia się po kabinie.

Kulawe zdanie, no i dlaczego “ale”? Jak widzisz coś nieznanego na statku kosmicznym, to raczej się niepokoisz…

 

W wyniku tych spontanicznych poszukiwań[-,] znalazła jeszcze dwa takie przedmioty, różniące się wielkością, ale, poza tą jedną cechą, wszystkie były zupełnie identyczne.

Jeśli poza jedną cechą, to nie identyczne. Nie da się być częściowo identycznym, więc zupełnie zbędne. Cały kawałek do generalnego remontu.

 

schowała więc swoje znaleziska do kieszeni i ruszyła w jego stronę.

 

w stanie zamknięcia jej mocowania były tak marne, że gdybyśmy wlecieli w atmosferę, to sama by odpadła

I to ma być szczyt techniki? Statek kosmiczny, który się rozpada w przypadku konieczności lądowania na planecie z atmosferą?

 

Mężczyzna sięgnął do kieszeni skafandra, służącej do przechowywania różnych narzędzi

Niepotrzebnie podajesz takie wyjaśnienia, one odrywają od lektury, a są dość oczywiste. Gdyby konstrukcja skafandra miała ogromne znaczenie dla fabuły, to opis jednej kieszeni mógłby mieć uzasadnienie, ale tu czegoś takiego nie ma.

 

– Znalazłam to samo w swojej kabinie – podjęła kapitan.

Jeżeli już koniecznie, to “mojej”.

 

– Chyba wiem, co się stało – powiedział cicho, z wymalowaną na twarzy nadzieją. – Jeżeli wskoczyliśmy do chmury tych łusek, to znaczy, że część z nich skończyło w kadłubie Skoczka.

To, że nadzieja może się frazeologicznie malować na twarzy, nie znaczy, że w stronie biernej będzie to dobrze brzmiało ;)

 

Jakieś łuski musiały się znaleźć w zbiornikach paliwa – stwierdził z wyraźnym podekscytowaniem, a po chwili dodał: – Być może wystarczy wyczyścić filtry!

Kolejna reakcja dzieciaka w zabawie. On powinien być przerażony, a nie podekscytowany, plus rozwiązanie też jak z zabawy. Oni się naprawdę nie przejmują tym, że obce ciała przeniknęły w niezrozumiały sposób do statku?

 

Nie wiem też, czy wystarczą mi narzędzia, które tu mamy.

Ekhem. Pisałam już o tym.

 

– W takim razie powinnam polecieć do Kontroli Skoków i spróbować się z nimi skontaktować – stwierdziła Walkiewicz. – Jakby mogli dostarczyć nam te narzędzia…

Znowu: to jest kwestia w zabawie, nie poważnej pani kapitan, która nie ma pojęcia, gdzie są i czy ta “Ziemia” pod nimi jest kompatybilna z ich światem.

 

Postaraj się nikogo nie dotykać i bądź w skafandrze.

Niczego?

 

Pomógł jej go założyć.

Fatalny początek rozdzialiku.

 

Następnie udała się do Bzyka i skorygowała oparcie fotela, robiąc miejsce na plecak z tlenem i systemem podtrzymywania życia, będący nieodłączną częścią skafandra.

Następny niepotrzebny albo też niezgrabnie podany infodump, plus imiesłów się kłania.

 

Drake’iem

Musiał się tak nazywać? Warto czasem pomyśleć o odmianie. Jeżeli już, to Drake’em.

 

Następnie, uświadomiwszy sobie, że samolot przecież też może być uszkodzony, przeprowadziła na nim najdokładniejszą kontrolę w swoim życiu.

Kwestia bohaterki erpega.

 

Nie będąc pewną[+,] czy kiedykolwiek jeszcze doświadczy tego widoku,

Raczej: pewna. Pewną to archaizm, nie na miejscu w tym tekście.

 

to zawsze robiła to

Ręczne sterowanie zostało praktycznie wyparte z tej procedury; ślad po nim został jedynie na kursach i w książkach.

Nie wierzę. Muszą mieć w jednym palcu ręczne procedury awaryjne.

 

„To nic trudnego”, pomyślała, „Ppo prostu muszę wytracać prędkość proporcjonalnie do wzrostu ciśnienia atmosferycznego”.

Mam wrażenie, że coś tu nie gra merytorycznie albo w sposobie, w jaki to podajesz.

 

Była ładna pogoda. Spodziewała się zobaczyć

Pogoda się spodziewała?

 

Kontakt ze Skoczkiem urwał się po tym, gdy ten zniknął za horyzontem, ale dostrzegła kształty znajomych miast,

Raczej: gdy statek zniknął, bo inaczej może chodzić o kontakt. No i aż tak dobrze znała wygląd miast?

 

Właśnie kończę otwierać jeden panel przy pomocy otwieracza do konserw.

Ekhem.

 

Minęłam Bourges

Na mapie Europy Bourges nie wyróżnia się absolutnie niczym. Byłam tam parę razy i w realu też się niczym szczególnym nie wyróżnia. Rozpoznanie tej konkretnej miejscowości z bardzo wysoka graniczy z cudem.

 

Zbliżyła się do lotniska, na którym operowała Kontrola Skoków. Nigdy na nim nie była, bo Skoczek startował z innego miejsca,

Logistyka funkcjonowania tych Skoków mnie przerasta. Mam wrażenie, że zbudowano by dla nich specjalny kosmodrom. Plus skoro startują z Ziemi, to zob. powyżej uwaga o atmosferze i osłonie. Gdyby startowały z orbity, to od biedy konstrukcję nieodporną na wejście w atmosferę można by zrozumieć, choć też byłoby to głupie i nieodpowiedzialne.

 

Bzyk posiadał bazę tego typu informacji dla całego świata, aktualizowaną za każdym razem, gdy uzyskiwał dostęp do internetu.

Kolejny niepotrzebny infodump.

 

Gdy zniżyła lot, jej uwagę przykuła biegnąca obok autostrada A36, która była kompletnie pusta. Pierwszy raz ją taką widziała.

Gdzie ona właściwie leci? A36 łączy Beaune (250 km na wschód od Bourges) z Miluzą, która jest blisko granicy niemieckiej, a potem mamy Reims. Nie wiem, czy jest sens dawać pojedyncze nazwy, nie mając planu całości w głowie, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto nieźle zna topografię i go to wytrąci z lektury. Jest tam gdzieś mowa o wschodzie, ale potem wrzucasz jako konkret niecharakterystyczne Bourges, więc myślałam, że to tam i cała immersja poszła się bujać.

 

Podjechała samolotem pod wieżę kontroli lotów, z której operowała również Kontrola Skoków

Kolejny element logistyki, którego nie rozumiem.

 

– Aha – odpowiedziała tylko, wysiadając z samolotu i idąc w kierunku budynku wieży.

Aha to bardzo krótka wypowiedź, a przez błędne imiesłowy rozciągasz ją na długie minuty.

 

Panowała absolutna cisza, niepasująca do tak dużego lotniska.

Najbliższe duże lotnisko jest w szwajcarskiej Bazylei, tak nawiasem mówiąc ;) I jakoś nie widzę doczepiania programu kosmicznego do dużego lotniska, nawet jeśli, powiedzmy, Belfort się go dorobiło przez te dekady czy stulecia dzielące nas od czasu akcji.

 

krajobraz się zmienił – betonowa płyta ciągnęła się teraz po sam horyzont

Coś mi na początku nie gra, za mało tu dramatyzmu.

 

przyspieszyła kroku w stronę najbliższego budynku wbrew narastającemu lękowi

Znowu niezbyt ładna konstrukcja z tym “wbrew”

 

Choć hełm ograniczał jej pole widzenia, to bała się go zdjąć.

– Jest tu ktoś?! – krzyknęła, próbując przebić się przez szklaną barierę.

??? Rzuciła się na jakieś szkło?

 

Choć Walkiewicz nigdy wcześniej tu nie była, to wiedziała, że nie tak powinno to wszystko wyglądać.

Hmm. Przeczytaj to parę razy, bo jak dla mnie to nie ma sensu.

 

Prawe ramię miała spojone z tułowiem; przedramię wyrastało jej prosto z biodra

Przecinek, nie średnik.

 

Z tyłu rozsiane były pojedyncze gniazda włosów, a z przodu[-:] wiele chaotycznie rozrzuconych oczu. Gdy stwór obrócił się w stronę nieoczekiwanego gościa, kobieta dostrzegła na jego twarzy okrągły otwór

Ona go na początku widzi z jednej strony, więc nie może opisywać obu stron. Przód (?) widzi dopiero, jak on się obróci.

 

usłyszała w radiu swój własny głos:

 

zapytał Drake, po czym drugi głos, brzmiący tak samo jak on,

Niezgrabne.

 

Obejrzała się za siebie. Kilkanaście kroków od drzwi, z których wybiegła, zauważyła drugie, identyczne, w których pojawiła się postać w skafandrze. Spojrzała na Walkiewicz, po czym zaczęła biec w stronę samolotu. Kapitan zaczęła się ponownie rozpędzać, chcąc być pierwszą, lecz w połowie drogi została dogoniona. (…) Zdążyła złapać mijającego ją napastnika za rękę i pociągnąć za sobą na ziemię. Zaczęli walczyć.

Tu strasznie się mieszają podmioty oraz rodzaje gramatyczne. W podkreślonym kawałku wychodzi na to, że to ona patrzy na samą siebie, choć chodzi przecież o sobowtóra.

 

Gdy uderzyła głową o betonową płytę

Chyba hełmem? Miała go wcześniej na głowie i ma później.

 

zmagające się na betonowej płycie.

ze sobą

 

Jej świadomość zawęziła się tylko do tego, co miała bezpośrednio przed sobą. Kątami oczu wyłapywała kształty mijanych samolotów, ale bała się obrócić głowę.

Świadomość wyłapywała i obracała głowę?

 

Wtedy uświadomiła sobie ciągle hałasujące w hełmie radio.

Niezgrabne sformułowanie.

 

Wyłączyła je w skafandrze, ale tego w samolocie już się nie dało.

Bardzo niezgrabne.

 

Przyłożyła hełm i krzyknęła. Po kilku minutach[-,] w środku pojawił się zaskoczony Drake

Facepalm ;) I w środku hełmu?

 

– Powiedz mi, że możemy skoczyć, błagam, powiedz! – załkała.

Nie załkała. Mogła to powiedzieć na mnóstwo różnych sposobów, ale nie łkać, bo łkanie to płacz i na dodatek kolejny niepasujący stylistycznie archaizm.

 

po czym, bez zdejmowania skafandra ruszyła w stronę kokpitu

“bez zdejmowania skafandra“ albo między przecinkami, albo bez przecinków, tertium non datur

 

Walkiewicz wstała z fotela, wbrew gestom sprzeciwu Drake’a, i zbliżyła się do szyby.

Kolejne błędne “wbrew”. Nie zważając na, ignorując… Wbrew zdrowemu rozsądkowi to jedyne poprawne użycie “wbrew” w tym kontekście.

 

Albo możemy zabrać na Ziemię rzeczy…

???

 

nie patrząc na swojego rozmówcę.

 

Wsiadł do sportowego samochodu i ruszył w stronę miejsca, które od dziecka go wewnętrznie wyciszało. Jechał przez kilka godzin, notorycznie przekraczając dozwoloną prędkość.

Jeżeli już to od dzieciństwa, ale składnia niedobra, raczej “gdzie od dzieciństwa znajdował ukojenie/wyciszenie”, bo podmiot się mieszają.

Nie przekonuje mnie to natomiast psychologicznie. Jechał parę godzin, bardzo szybko, żeby znaleźć się w konkretnym miejscu, którego nawet nie nazywasz? Albo jechał przed siebie, bo to go dziwacznie uspokajało, albo po prostu znalazł miejsce, gdzie mógł się wyciszyć. Plus on ma angielskie nazwisko, a wprawdzie z Reims da się dojechać do Calais w powiedzmy półtorej godziny, jeśli się mocno przekracza prędkość, ale potem jest kanał La Manche ;) To jest drobiazg, ale powodujący, że bohater staje się niekonsekwentnie napisany.

 

Zaparkował przy ścianie lasu.

??? A nie po prostu pod lasem? Niepotrzebnie wielokrotnie udziwniasz język.

 

Wyszedł z auta.

Wysiadł.

 

Czy odkryty przez niego wzór[-,] powtarzał się dla kolejnych koordynat?

Kolejny puszczony wątek.

 

Dlaczego nie chciała mu go pokazać? Dlaczego nie pozwolono jej opuścić ośrodka badań? W jego głowie echem niosły się ostatnie słowa, które usłyszał tuż przed jej odizolowaniem

Przydałoby się je zacytować… Plus echo raczej powtarza, a pogłos się niesie. Jedno i drugie średnio pasuje do kontekstu. Zaimkoza.

Czy to dlatego nie powiedziała mu[+,] o tym co zaszło na tamtej planecie?

 

Cykanie świerszczy ogłosiło nastanie nocy.

Kolejny niezbyt trafny frazeologizm.

http://altronapoleone.home.blog

Udany tekst, z pomysłem, wciągający. Ale za względu na:

– zakończenie, które moim zdaniem z kategorii “otwarte” niebezpiecznie ześlizguje się w kategorię “niezrozumiałe jak finał serialu Lost”

– pewne stylistyczne niezgrabności i niedoskonałości,

w głosowaniu piórkowym będę na NIE. Co nie zmienia faktu, że tekst jest udany, ma duży potencjał i doskonale rokuje na przyszłość.

 

Cześć Drakaino, dzięki za wpadnięcie. Twoje uwagi językowe są bardzo celne, będę je jeszcze analizował i wyciągał z nich wnioski, ale co do uwag konceptualnych mam… własne uwagi :) .

Na początku dowiadujemy się, że bohaterowie mają wrócić do jakiejś tam bazy nie wcześniej niż za dwanaście godzin, bo jest niebezpiecznie. Tu by się prosiło, żeby ich decyzja o tym, że podejmują działania na własną rękę, była z tym związana – skończyliśmy skanowanie za szybko, nie mamy co tu robić, więc wykonajmy jeszcze jeden skok ze złamaniem procedur.

Ale przecież właśnie to robią…

A tymczasem bohaterka zamiast tego martwi się, że nie wyjaśnią przestoju…

Mieszasz kolejność wydarzeń: ona się martwiła ZANIM dowiedziała się o sytuacji.

A dla równowagi, żeby nie było zbyt łatwo, pozbawmy statek najprostszych narzędzi do naprawy

Słyszałaś może o tym, żeby we współczesnych samolotach czy promach kosmicznych istniały narzędzia do naprawy układu paliwowego?

i każmy bohaterowi wykonywać dużą robotę przy poszyciu otwieraczem do konserw…

Tu akurat nie jest jasne, czy Drake sobie nie zażartował, wiemy to tylko z dialogu ;) .

Nie ma szans, żeby statek nie miał zestawu naprawczego, ba, całkiem prawdopodobny byłby automat naprawczy (u Lema, w “Edenie”, jest i to nawet przegięty ;)).

Automat naprawczy, naprawiający każdą możliwą usterkę statku, to byłaby fantastyka niemniejsza niż cała ta fizyka Skoków ;) . To jest niedaleka przyszłość, w której starałem się, żeby jedynym elementem ściśle fantastycznym były rzeczy związane z samymi Skokami. Nie pasuje Ci, bo brakuje rzeczy bardziej fantastycznych, które były u Lema?

Mógłbyś go bohaterów pozbawić, np. blokując jakiś kawałek statku po awarii, ale nie do pomyślenia jest, żeby takich narzędzi nie było.

Takich narzędzi nie ma teraz, więc jest do pomyślenia, żeby ich nie było w niedalekiej przyszłości.

Nieważkość na statku też sobie włączasz i wyłączasz w zależności od widzimisię autora, na dodatek bez szczególnej fabularnej potrzeby.

W którym miejscu ją wyłączyłem? [dodane: dalej znalazłem wspomniany moment i sie do niego odniosłem]

Naginasz realia, żeby sobie ułatwić życie np. kiedy pani kapitan przykłada hełm do statku, żeby ją usłyszał facet znajdujący się w jego środku… No tu niestety zrobiłam ostateczny facepalm. A wystarczyłoby, żeby wisiała przy tym oknie i czekała, aż on się pojawi w kokpicie i ją zauważy.

A była wtedy w nastroju, żeby sobie spokojnie “wisiała przy tym oknie i czekała”?

Nie jest też oczywiste, że Ewelina jest kapitanem, wrzucasz to gdzieś w środku jako oczywistość, a nie jest nią, bo “drugi pilot” na samym początku wydaje się “drugim” w sensie innym niż ona, a Drake zachowuje się bardziej jakby miał władzę.

A czy ta informacja była istotna fabularnie w tamtym momencie? Informacje nieistotne wplata się w trakcie opowiadania. Mogą stać się istotne później. Kto jest dowódcą pełni w tym opowiadaniu rolę dekoracyjną.

No więc na etapie kreacji realiów nie przekonałeś mnie.

Bez urazy, ale mam wrażenie, że Twoje oczekiwania mogły być ukształtowane przez dyskusyjną literaturę sci-fi, a nie przez faktyczne realia techologii lotniczej i pilotażu (patrz: sugestia urządzenia potrafiącego naprawić układ paliwowy i dalsze odpowiedzi), i stąd mógło się wziąć takie a nie inne wrażenie.

Znacznie lepiej wychodzi wizyta Eweliny w bazie, ale tu z kolei masz mnóstwo nieprawdopodobieństw w rodzaju tego, że ona nie zna tej stacji kontroli i tak dalej.

W jaki sposób obliczyłaś prawdopodobieństwo takiego stanu rzeczy? Agencja Skoków zajmuje się Skokami, a nie zarządzaniem lotniskiem czy nawet lotami w kosmos, do tego służą inne instytucje. Z praktycznego punktu widzenia, nie ma więc absolutnie żadnego powodu, dla którego powinna ona znajdować się w jakimkolwiek miejscu znanym pilotom.

Tylko dlaczego ta wersja Ziemi jest pusta? Na autostradzie też powinny być podobne zlepki lustrzanych rzeczywistości itd.

Zauważ, że odzworowanie jest niedokładne. Co więcej, jeżeli się wczytasz, to dojdziesz do wniosku, że czym bliżej Ewelina jest Ziemi, tym bardziej niedokładna się ona staje.

Niemniej całkowity brak wyjaśnienia trochę pcha tekst w stronę konwencji space opery z elementami horroru, a nie science fiction, bo poza wszystkim nijak nie sugerujesz, co powoduje te odbicia – pojawienie się tam żywego człowieka? Coś innego?

Końcówka z rządem czy też agencją kosmiczną ukrywającą prawdę standardowa, ale pasująca, choć znów z nieco innej konwencji niż hard sf. Niemniej w ostatnich myślach bohatera jest trochę za dużo niedopowiedzeń.

Nie pisałem tego tekstu (i żadnego nie piszę), żeby wpasować się w jakąś konwencję :) . To naukowcy kategoryzują, a nie twórcy. Niedopowiedzenia to już kwestia gustu, jak za dużo ich dla Ciebie, to trudno, może uda mi się skrobnąć w przyszłości jakiś mniej tajemniczy tekst, który Ci bardziej przypasuje.

Teraz bohaterowie. Płascy, papierowi, nieprzekonujący.

Zaraz, skoro niemal jedyne postacie (nie licząc komunikacji radiowej na samym początku i biednego urzędnika na końcu) w opowiadaniu są płaskie, papierowe i nieprzekonujące, to co dostrzegłaś w nim socjologicznie ciekawego?

Miałam momentami wrażenie, że nie mamy do czynienia z dwójką wybitnych pilotów i badaczy kosmosu, ale z nastolatkami bawiącymi się w Star Trek. Po części winne są naiwne i nienaturalne dialogi, ale też reakcje: mają na statku obce przedmioty, co gorsza: jakiś kosmiczny gruz, nie wiadomo, jak to się przedostało, a oni sobie śmieszkują i chcą filtry czyścić… Szkoda też, że nie rozwinąłeś “psychologicznie” rozczarowania Eweliny skokami, tego, że marzy o takiej okazji jak ta, która się nadarzyła. Jest ten ślad z “pionierką”, ale to mało.

Mogłabyś podać przykład nienaiwnego dialogu w takim kontekście albo opisać, czego byś się spodziewała? I co jest w tym nastoletniego? Może ja jestem jakiś zdziecinniały, ale mi to wygląda na normalną rozmowę między przyjaciółmi/kolegami, którzy pracują razem już jakiś czas. Nie jest zupełnie poważna, bo ludzie w prywatnych okolicznościach, szczególnie nudnych, w których trzeba czekać, aż coś się zeskanuje, nie mają tendencji do bycia poważnymi. Czas trzeba zabijać. To by było dopiero dziwne, jakby miałoby być jakkolwiek inaczej. Wyobrażasz sobie stylizowanie ich rozmów na “poważnych pilotów” w takich okolicznościach? To by było dopiero żenujące :) .

Jak nie jestem inżynierem, tak mam wrażenie, że to jest kompletnie bez sensu. Cała ta osłona to narrative device, żeby raz widzieli, a raz nie widzieli?

Osłona pojawiła się później w historii budowy statku, żeby ukryć coś przed pilotami. Jest to ujawnione na końcu opka. Jak definiujesz narrative device?

Grawitacja jest albo jej nie ma w zależności od widzimisię autora.

Grawitacja jest albo jej nie ma w zależności od okoliczności fizycznych. Ja nie miałem żadnego powodu, żeby tam wsadzić grawitację, ona była wymuszona okolicznościami.

I to ma być szczyt techniki? Statek kosmiczny, który się rozpada w przypadku konieczności lądowania na planecie z atmosferą?

Szczytem techniki jest napęd skokowy, a nie reszta statku, nie czytałaś uważnie ;) . Osłony zostały dodane później, nie wykluczone, że w ostatniej chwili, bo Drake wyznał, że prototyp ich nie miał. Nie są niezbędnym elementem statku a ich odporność była zależna od konfiguracji, w jakiej się znajdowały. Drake ocenił ich odporność w konfiguracji zamkniętej, w której w danym momencie były. W tej konfiguracji znajdowały się wyłącznie podczas skoków. Drake wyjaśnił również tę ich rolę.

Kolejna reakcja dzieciaka w zabawie. On powinien być przerażony, a nie podekscytowany, plus rozwiązanie też jak z zabawy. Oni się naprawdę nie przejmują tym, że obce ciała przeniknęły w niezrozumiały sposób do statku?

Mam wrażenie, że panikowanie w sytuacji awaryjnej, to jest właśnie cecha dzieci.

Znowu: to jest kwestia w zabawie, nie poważnej pani kapitan, która nie ma pojęcia, gdzie są i czy ta “Ziemia” pod nimi jest kompatybilna z ich światem.

A jaki ma wybór? Miałaby się zachowywać jak dziecko?

Naprawdę uważasz, że opanowanie, to cecha zdziecinnienia?

Nie wierzę. Muszą mieć w jednym palcu ręczne procedury awaryjne.

Jest człowiekiem, a nie robotem.

Na mapie Europy Bourges nie wyróżnia się absolutnie niczym. Byłam tam parę razy i w realu też się niczym szczególnym nie wyróżnia. Rozpoznanie tej konkretnej miejscowości z bardzo wysoka graniczy z cudem.

Mogła rozpoznać ją w kontekście geograficznym. Mam wrażenie, że miałaś naprawdę złą wolę czytając to opko :) .

Logistyka funkcjonowania tych Skoków mnie przerasta. Mam wrażenie, że zbudowano by dla nich specjalny kosmodrom. Plus skoro startują z Ziemi, to zob. powyżej uwaga o atmosferze i osłonie. Gdyby startowały z orbity, to od biedy konstrukcję nieodporną na wejście w atmosferę można by zrozumieć, choć też byłoby to głupie i nieodpowiedzialne.

Do tego w zasadzie odniosłem się już wcześniej.

Gdzie ona właściwie leci? A36 łączy Beaune (250 km na wschód od Bourges) z Miluzą, która jest blisko granicy niemieckiej, a potem mamy Reims. Nie wiem, czy jest sens dawać pojedyncze nazwy, nie mając planu całości w głowie, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto nieźle zna topografię i go to wytrąci z lektury. Jest tam gdzieś mowa o wschodzie, ale potem wrzucasz jako konkret niecharakterystyczne Bourges, więc myślałam, że to tam i cała immersja poszła się bujać.

Czy dokładna geograficzna lokalizacja lotniska jest dla Ciebie ważna?

Plus on ma angielskie nazwisko, a wprawdzie z Reims da się dojechać do Calais w powiedzmy półtorej godziny, jeśli się mocno przekracza prędkość, ale potem jest kanał La Manche ;) To jest drobiazg, ale powodujący, że bohater staje się niekonsekwentnie napisany.

Taka “konsekwencja” moim zdaniem właśnie powodowałaby spłaszczenie postaci. Czyli co, jak bohater z Afryki, to musi być Murzynem itd.? Stereotypy świadczą o konsekwencji postaci?

 

Cieszę się, że pomysł Ci się podobał, ale mam wrażenie, że nie jesteś czytelniczką gatunku. Można mieć zarzuty do autora, że nie wyjaśnił czegoś, co ma znaczenie fabularne, albo że napisał nieprawdę, ale jeżeli bierze się jego pomysły z góry za złą monetę (jeżeli czegoś nie wyjaśnił, to musi to być bez sensu) i dotyczy to szczegółów technicznych, na których zna się on bardziej od czytelnika… Tak się nie czyta tego rodzaju tekstów, tam niedopowiedzenia służą do tego, żeby wypełniać je wyobraźnią, co jest możliwe, dopóki nie są bezsensowne, ale to trzeba potrafić ocenić i mieć dobrą wolę :) .

Oczywiście cieszę się z tego, że w tekście coś Ci się spodobało i jestem bardzo wdzięczny za uwagi językowe, których zbić nie mogę, bo są bardzo słuszne.

 

@ninedin

Dzięki. Cieszę się, że uznałaś tekst za udany i mam nadzieję, że przyszłe teksty będą jeszcze lepsze :) .

Łukasz

No to odbijam piłeczkę ;)

 

– Kontrola Skoków, Skoczek-1. Nie wrócę przed dwunastoma godzinami z powodu ryzyka kolizji – potwierdziła Walkiewicz.

To jest w pierwszym “rozdzialiku” czyli o sytuacji, że mają nie wracać, wiedzą od początku, a o tę sytuację mi chodzi, nie o obserwacje. Nie wiem, czemu ona się martwi tym, jak wyjaśnią postój, skoro mają dwa razy więcej czasu. W sumie mnie nawet dziwi, że skoro te skoki mają zawsze taki sam scenariusz: skanowanie, a nie eksploracja, to im od razu nie powiedziano: macie dwa razy więcej czasu, zróbcie dwa skoki.

 

Słyszałaś może o tym, żeby we współczesnych samolotach czy promach kosmicznych istniały narzędzia do naprawy układu paliwowego?

Wątpię, żeby nie było podstawowych narzędzi, którymi da się naprawić usterki, ale też wątpię, żeby o tym trąbiono dookoła, bo to raczej oczywiste ;) W samolotach może niekoniecznie, bo dopóki usterka jest nieduża, samolot zazwyczaj ma możliwość awaryjnego lądowania. To przecież nie jest kwestia jakichś mega super specjalistycznych narzędzi, ale zestawu podstawowych, których obecność na statku w ogóle nie powinna podlegać dyskusji.

 

Nie pasuje Ci, bo brakuje rzeczy bardziej fantastycznych, które były u Lema?

Nie, Lema przywołałam wręcz jako przykład przegiętych możliwości tego, co bohaterowie “Edenu” mają w rakiecie. Ta powieść ma genialny pomysł, ale dziś bardzo się ją trudno czyta ze względu na realia. Tylko że tam w sumie chodzi o metaforę, no i Lem to pisał w czasach, kiedy automatyzacja wydawała się oczywistą drogą. Niemniej na tych Skoczkach jakaś automatyzacja napraw też się jednak trochę prosi.

 

A była wtedy w nastroju, żeby sobie spokojnie “wisiała przy tym oknie i czekała”?

Może i nie była, może by tłukła rękami w to okno, ale, wybacz, mnie scena, w której poważna pani pilot, która musi mieć wykształcenie z elementami fizyki, inżynierii, nie mówiąc o doświadczeniu, przykłada hełm do statku i krzyczy, a jej towarzysz się pojawia, rozśmieszyła. To naprawdę mi wyglądało jak pomysł z erpega (klasycznego, mówionego – Gracz: to ja przykładam głowę w hełmie do statku i krzyczę; MG: rzuć sobie na krzyk, poziom trudności powyżej możliwego ;) ). Jasne, ona mogła robić mnóstwo irracjonalnych rzeczy, ale wtedy rozbuduj tę scenę, przekonaj czytelnika, pokaż, że ona jest spanikowana i działa nieracjonalnie.

 

A czy ta informacja była istotna fabularnie w tamtym momencie? Informacje nieistotne wplata się w trakcie opowiadania.

Imho w tym opowiadaniu jest to w ogóle informacja nieistotna, w dowolnym momencie, ponieważ nie masz ani jednej sytuacji, w której hierarchia ma znaczenie. Gdyby była sytuacja, że ona rozkazuje podwładnemu zrobić coś, czego on nie chce, albo gdyby to wykorzystać w scenie, gdzie on ją strofuje (na zasadzie: to ja jestem dowódcą, nie będziesz mnie pouczał) itd., to by było potrzebne. Tu – nie jest.

 

Twoje oczekiwania mogły być ukształtowane przez dyskusyjną literaturę sci-fi,

Nie wiem, co rozumiesz przez “dyskusyjną literaturę sci-fi”, więc nie mogę się odnieść do tej uwagi XD

 

W jaki sposób obliczyłaś prawdopodobieństwo takiego stanu rzeczy?

Niczego nie liczyłam, po prostu nie przekonałeś mnie programem kosmicznym realizowanym w kilku miejscach rozrzuconych po Francji albo i Europie, na dodatek za pomocą istniejących lotnisk.

 

Zauważ, że odzworowanie jest niedokładne. Co więcej, jeżeli się wczytasz, to dojdziesz do wniosku, że czym bliżej Ewelina jest Ziemi, tym bardziej niedokładna się ona staje.

No, tego to bym na podstawie tekstu nie załapała. Pomysł fajny, ale przydałoby się go pokazać, a nie mieć w głowie autora. Bohaterka mogłaby to zauważyć, mógłbyś tak opisać szczegóły, żeby to było widoczne. Wszyscy popełniamy ten błąd, że elementy światotwórstwa, które mamy w głowie, wydają nam się oczywiste, ale konfrontacja z czytelnikiem pokazuje niekiedy, że tak jednak nie jest.

Czytałam bardzo dokładnie i właśnie żadne wczytywanie się nie pomaga.

 

Nie pisałem tego tekstu (i żadnego nie piszę), żeby wpasować się w jakąś konwencję :) .

A ja nie pisałam o Twoich intencjach, tylko o tym, co jako czytelnik widzę w tekście… Końcówka jest dla mnie jak z jakiegoś Archiwum X, tak wyszło. Mogłeś nie mieć takiego zamiaru, ale ja to tak odebrałam.

 

co dostrzegłaś w nim socjologicznie ciekawego?

Ideę tego, że taka lustrzana rzeczywistość może robić coś dziwnego z człowiekiem. Że nie wiadomo, kto tak naprawdę wrócił na Ziemię – Ewelina czy jej lustrzana wersja? Kim/czym jest lustrzana wersja? Dlaczego one się zrastają? To są bardzo fajne pytania, które też zostały po macoszemu potraktowane w tym tekście. Bohaterowie nie muszą być do tego pełnokrwiści i psychologicznie prawdziwi. Wspomniany “Eden” też jest świetnym studium socjologicznym, choć bohaterów to on w zasadzie nie ma, to są chodzące typy. I zresztą chyba tak w zamierzeniu, bo Lem im nie daje nawet imion (jednemu daje i to mnie zawsze gryzie, dlaczego).

 

Mogłabyś podać przykład nienaiwnego dialogu w takim kontekście albo opisać, czego byś się spodziewała? I co jest w tym nastoletniego?

Nie, no, jest sporo literatury, w której dialogi są dobre XD Wypisałam te wypowiedzi, które mi do bohaterów nie pasowały. Po prostu, jak czytam ich dialogi, to nie mam wrażenia, że to są profesjonaliści. I nie chodzi o nazywanie gwiazdozbiorów itd., ale coś bardziej nieuchwytnego. Po prostu nie siadło, boli Cię to po tych wszystkich zachwytach, ale mogę jedynie powtórzyć za Gombrowiczem: jak zachwyca, skoro nie zachwyca?

 

Jak definiujesz narrative device?

Jako coś, co autorowi ułatwia życie, choć niekoniecznie tłumaczy się w obrębie fabuły.

Skądinąd – kto i po co ukrywał coś przed pilotami? Jeśli tak było, to może na szczęście to przegapiłam ;)

 

Szczytem techniki jest napęd skokowy, a nie reszta statku, nie czytałaś uważnie ;) .

Powiem tak: po takim zarzucie mam ochotę wymazać cały komentarz i więcej się nie odezwać. Czytałam bardzo uważnie, co chyba widać po rozmiarze komentarza. Zacytuję mojego optyka: “nie wkłada się szkieł za tysiąc złotych do oprawek za trzydzieści” [taką mam wadę wzroku]. Analogia: nie pakuje się najnowszego cudu techniki do sprzętu, który się do takich podróży nie nadaje. Sorry, ale to wszystko właśnie sprawia, że nie kupuję Twoich realiów.

 

Mam wrażenie, że panikowanie w sytuacji awaryjnej, to jest właśnie cecha dzieci.

Mam wrażenie, że inaczej defiujemy “ekscytację”. A co do dalszych, że zupełnie nie rozumiesz, co jest dla mnie dziecinne i zabawowe w tych wypowiedziach.

 

Jest człowiekiem, a nie robotem.

Jest wybitnym fachowcem, oblatywaczem najnowszych statków kosmicznych.

 

Mam wrażenie, że miałaś naprawdę złą wolę czytając to opko :) .

Wręcz przeciwnie, tylko że w miarę czytania mój entuzjazm opadał. Bourges naprawdę jest wyjątkowo niecharakterystyczne, co więcej, w okolicy nie ma nic szczególnie charakterystycznego. Dlaczego akurat Bourges??? To nawet nie jest bardzo znane miasto jak stosunkowo bliski Orlean. Jakby jej to mapa, nawet offline, podpowiedziała, nie czepiałabym się, aczkolwiek nadal zastanawiałabym się, dlaczego Bourges, które dla osoby nieznającej dobrze geografii Francji jest w ogóle raczej anonimowe. Tu miałeś akurat pecha, bo znam dobrze te okolice, ale z tym jako autor musisz się liczyć, że trafi się czytelnik, który jakiś drobiazg zna bardzo dobrze i go ten drobiazg będzie uwierał. Dlatego warto przemyśleć szczegóły.

 

Czy dokładna geograficzna lokalizacja lotniska jest dla Ciebie ważna?

Nie, ale ponieważ miałeś pecha, że trafiło na kogoś, kto bardzo dobrze zna te konkretne realia i okolice, to dla mnie to się tylko i wyłącznie przekłada na brak immersji. Dla mnie osobiście risercz jest podstawą i gdybym chciała mieć kosmodrom na dużym lotnisku, to bym poszukała miasta z dużym lotniskiem…

 

Taka “konsekwencja” moim zdaniem właśnie powodowałaby spłaszczenie postaci. Czyli co, jak bohater z Afryki, to musi być Murzynem itd.? Stereotypy świadczą o konsekwencji postaci?

Na ostatnie pytanie odpowiedź brzmi: oczywiście, że nie. W taką pułapkę wpadli realizatorzy netflixowych Bridgertonów, bo królowa Charlotta mogła mieć “afrykańskich” przodków, ale berberyjskich, nie czarnych. Natomiast tu po prostu brakuje jakiejś informacji, że on się wychował we Francji czy Belgii, Niemczech, Holandii czy gdziekolwiek, dokąd da się dojechać jadąc bardzo szybko przez kilka godzin z Reims. I nie chodzi o infodump, ale coś, co tego bohatera właśnie odpłaszczy. Twoi bohaterowie nie mają historii, mają wyłącznie nazwiska. Ona polskie, on angielskie. To definiuje naszą o nich wiedzę. Ergo ten nagły konkret – nie konkret, jakieś zdefiniowane miejsce, którego jednak nie nazywasz, ale które ewidentnie jest na kontynencie, w niezbyt wielkiej odległości od konkretnego miasta, mnie osobiście wybiło z rytmu. A wystarczyło im w rozmowach dać kawałeczek historii, w którym teraz ta scena byłaby zahaczona. To są drobiazgi, ale z takich drobiazgów buduje się literaturę.

http://altronapoleone.home.blog

To jest w pierwszym “rozdzialiku” czyli o sytuacji, że mają nie wracać, wiedzą od początku, a o tę sytuację mi chodzi, nie o obserwacje. Nie wiem, czemu ona się martwi tym, jak wyjaśnią postój, skoro mają dwa razy więcej czasu. W sumie mnie nawet dziwi, że skoro te skoki mają zawsze taki sam scenariusz: skanowanie, a nie eksploracja, to im od razu nie powiedziano: macie dwa razy więcej czasu, zróbcie dwa skoki.

A skąd wzięłaś to, że oni mieli zrobić tylko jeden skok? Oni mieli robić skoki cały czas, problemem było to, że skoku nie zrobili. Złamanie procedury, które zostało zapisane w czarnej skrzynce pojazdu, i o które będą wypytywani. A więc pisanie raportu i zawracanie głowy czy innych części ciała, stąd odruchowe poirytowanie. Co tu jest nielogicznego?

Wątpię, żeby nie było podstawowych narzędzi, którymi da się naprawić usterki, ale też wątpię, żeby o tym trąbiono dookoła, bo to raczej oczywiste ;) W samolotach może niekoniecznie, bo dopóki usterka jest nieduża, samolot zazwyczaj ma możliwość awaryjnego lądowania. To przecież nie jest kwestia jakichś mega super specjalistycznych narzędzi, ale zestawu podstawowych, których obecność na statku w ogóle nie powinna podlegać dyskusji.

Żyjemy w czasach, w których istnieją statki kosmiczne. Żadnych narzędzi do naprawiania silnika nie ma. Poza tym weź pod uwagę, że nawet jeżeli doszłoby do awarii, to zakładając, że przemieszczają się po koordynatach w kolejności, to potencjalnie JEST możliwość ich uratowania. Wiemy, niedługo po całej przygodzie, że istnieje Skoczek-2. Mogą istnieć inne statki. Jeżeli załoga by nie wróciła, to można byłoby spróbować wysłać, może nawet zdalnie sterowany, statek ratunkowy, żeby wykluczyć prozaiczną awarię. Jakby i on nie wrócił z jakiejś kosmolokacji, to by znaczyło, że tam czeka śmierć i nie ma co tam skakać. Nie ma więc nadzwyczajnej potrzeby posiadania możliwości naprawienia każdego elementu statku. Problem tu wziął się z dwóch rzeczy: po pierwsze, wlecieli w odległą kosmolokację, więc nikt by ich nie znalazł, i mieli ograniczony czas. Możesz teraz zapytać: to dlaczego nie wysyłali Skoczka bez załogi, a odpowiedzią byłoby, że może ludzie w różnych sytuacjach podejmują lepsze decyzje niż SI. Tak czy inaczej, zauważ na jakim poziomie dokładności wchodzimy w ten problem. Jest to warte takiego rozgrzebywania? ;)

Nie, Lema przywołałam wręcz jako przykład przegiętych możliwości tego, co bohaterowie “Edenu” mają w rakiecie. Ta powieść ma genialny pomysł, ale dziś bardzo się ją trudno czyta ze względu na realia. Tylko że tam w sumie chodzi o metaforę, no i Lem to pisał w czasach, kiedy automatyzacja wydawała się oczywistą drogą. Niemniej na tych Skoczkach jakaś automatyzacja napraw też się jednak trochę prosi.

Fantastyczne jest już samo pojęcie “automatu do uniwersalnych napraw”.

Może i nie była, może by tłukła rękami w to okno, ale, wybacz, mnie scena, w której poważna pani pilot, która musi mieć wykształcenie z elementami fizyki, inżynierii, nie mówiąc o doświadczeniu, przykłada hełm do statku i krzyczy, a jej towarzysz się pojawia, rozśmieszyła. To naprawdę mi wyglądało jak pomysł z erpega (klasycznego, mówionego – Gracz: to ja przykładam głowę w hełmie do statku i krzyczę; MG: rzuć sobie na krzyk, poziom trudności powyżej możliwego ;) ). Jasne, ona mogła robić mnóstwo irracjonalnych rzeczy, ale wtedy rozbuduj tę scenę, przekonaj czytelnika, pokaż, że ona jest spanikowana i działa nieracjonalnie.

No ale po tym co tam widziała? Jakby wciąż była “poważną panią pilot”, to by było dopiero niedorzeczne. W ogóle zabawne, że wcześniej zwracałaś uwagę na to, że za mało panikują, a jak w końcu Ewelina zaczęła panikować, bo miała jeszcze lepszy powód, to też nie pasuje :) . Nie wykluczam, że dało radę coś lepiej opisać, ale te argumenty są dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Opisana sytuacja zresztą nie jest irracjonalna! Walkiewicz widziała pojawiające się kopie! Komunikacja też dopiero po czasie się zepsuła, był więc powód przypuszczać, że czas gra rolę. Co było więc irracjonalnego w próbie jak najszybszego zwrócenia uwagi na siebie? Czy mądrzejsze było założenie, że Drake co dwie minuty przemieszcza się między dwoma pomieszczeniami, więc zaraz na pewno się pojawi? Jak nie siadło, to nie siadło, ale też liczę się z tym, że czasami można coś dobrze napisać, a i tak każdemu nie dogodzić, więc staram się wybadać poziom obiektywności problemu :) .

Imho w tym opowiadaniu jest to w ogóle informacja nieistotna, w dowolnym momencie, ponieważ nie masz ani jednej sytuacji, w której hierarchia ma znaczenie. Gdyby była sytuacja, że ona rozkazuje podwładnemu zrobić coś, czego on nie chce, albo gdyby to wykorzystać w scenie, gdzie on ją strofuje (na zasadzie: to ja jestem dowódcą, nie będziesz mnie pouczał) itd., to by było potrzebne. Tu – nie jest.

No więc cieszę się, że się zgadzasz ;) .

Niczego nie liczyłam, po prostu nie przekonałeś mnie programem kosmicznym realizowanym w kilku miejscach rozrzuconych po Francji albo i Europie, na dodatek za pomocą istniejących lotnisk.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Samolot_kosmiczny

No, tego to bym na podstawie tekstu nie załapała. Pomysł fajny, ale przydałoby się go pokazać, a nie mieć w głowie autora. Bohaterka mogłaby to zauważyć, mógłbyś tak opisać szczegóły, żeby to było widoczne. Wszyscy popełniamy ten błąd, że elementy światotwórstwa, które mamy w głowie, wydają nam się oczywiste, ale konfrontacja z czytelnikiem pokazuje niekiedy, że tak jednak nie jest.

Czytałam bardzo dokładnie i właśnie żadne wczytywanie się nie pomaga.

Z tym dyskutował nie będę, jak nie wyszło, to nie wyszło. Choć nie tyle chciałem, żeby to było niewyjaśnione, ile siedziało gdzieś w podświadomości.

Nie, no, jest sporo literatury, w której dialogi są dobre XD Wypisałam te wypowiedzi, które mi do bohaterów nie pasowały. Po prostu, jak czytam ich dialogi, to nie mam wrażenia, że to są profesjonaliści. I nie chodzi o nazywanie gwiazdozbiorów itd., ale coś bardziej nieuchwytnego. Po prostu nie siadło, boli Cię to po tych wszystkich zachwytach, ale mogę jedynie powtórzyć za Gombrowiczem: jak zachwyca, skoro nie zachwyca?

Nie to, że boli, po prostu jestem dociekliwy, więc wyciskam tyle feedbacku ile zdołam. Mam nadzieję, że to wyciskanie nie jest bolesne ;) . Jak nie siadło i trudno określić czemu, to nie będę już drążył. Trudno.

Skądinąd – kto i po co ukrywał coś przed pilotami? Jeśli tak było, to może na szczęście to przegapiłam ;)

No utrudnianie “interferencji czasoprzestrzennej” i te sprawy ;) .

 

Powiem tak: po takim zarzucie mam ochotę wymazać cały komentarz i więcej się nie odezwać.

Ale przecież oko przymróżyłem :( .

Analogia: nie pakuje się najnowszego cudu techniki do sprzętu, który się do takich podróży nie nadaje. Sorry, ale to wszystko właśnie sprawia, że nie kupuję Twoich realiów.

Dlaczego się nie nadaje? Spełniało swoją rolę. Stwierdzenie, że coś powinno się zrobić inaczej po katastrofie, jest łatwe do pomyślenia i… nierealistyczne.

Jest wybitnym fachowcem, oblatywaczem najnowszych statków kosmicznych.

No i to nie czyni z nikogo osobę, która wszystko zawsze pamięta. Szczególnie, że mówimy o rzeczy, o której się nie myśli, bo jest w teorii bardzo prosta, więc można się od niej “wyobcować”. To są normalne, ludzkie zjawiska psychologiczne i zadziwia mnie, że można zrobić zarzut z tego, że zdarzyło się coś takiego jakiemuś specjaliście. I to jeszcze obok zarzucania postaciom płaskości…

Wręcz przeciwnie, tylko że w miarę czytania mój entuzjazm opadał. Bourges naprawdę jest wyjątkowo niecharakterystyczne, co więcej, w okolicy nie ma nic szczególnie charakterystycznego. Dlaczego akurat Bourges??? To nawet nie jest bardzo znane miasto jak stosunkowo bliski Orlean. Jakby jej to mapa, nawet offline, podpowiedziała, nie czepiałabym się, aczkolwiek nadal zastanawiałabym się, dlaczego Bourges, które dla osoby nieznającej dobrze geografii Francji jest w ogóle raczej anonimowe. Tu miałeś akurat pecha, bo znam dobrze te okolice, ale z tym jako autor musisz się liczyć, że trafi się czytelnik, który jakiś drobiazg zna bardzo dobrze i go ten drobiazg będzie uwierał. Dlatego warto przemyśleć szczegóły.

Ale skąd wiesz, że nie znała dobrze geografii Francji? Napisałem tak: “Kontakt ze Skoczkiem urwał się po tym, gdy ten zniknął za horyzontem, ale dostrzegła kształty znajomych miast, co dodało jej otuchy”. Skąd wiesz, że nie latała nad Francją? Może gdyby tylko zmienić szyk dwóch wyrazów na “znajome kształty miast”, to byłoby jaśniejsze, ale obecny zapis tego nie wyklucza. Jeżeli często latała nad Francją, to jak najbardziej mogła rozpoznawać miasta z powietrza.

Nie, ale ponieważ miałeś pecha, że trafiło na kogoś, kto bardzo dobrze zna te konkretne realia i okolice, to dla mnie to się tylko i wyłącznie przekłada na brak immersji. Dla mnie osobiście risercz jest podstawą i gdybym chciała mieć kosmodrom na dużym lotnisku, to bym poszukała miasta z dużym lotniskiem…

Tak jak pisałem wcześniej, z praktycznego punktu widzenia to Kontrola Skoków mogłaby nadawać z piwnicy w Sochaczewie. Ona jest nie związana ze startami i lądowaniami żadnych pojazdów, tylko ze Skokami.

A wystarczyło im w rozmowach dać kawałeczek historii, w którym teraz ta scena byłaby zahaczona. To są drobiazgi, ale z takich drobiazgów buduje się literaturę.

Powiem tak: nie twierdzę, że to był jakiś genialny wybór, od którego lepszego być nie może i nie przekonam Cię do tego, że odebrałaś to inaczej niż odebrałaś, ale z wielu osób, jesteś pierwszą, która zwraca na to uwagę i po prostu zdziwiło mnie, że w ogóle było to warte wspomnienia, bo to trochę jakby czepiać się, że w amerykańskim filmie, w amerykańskiej załodze jest Kowalski (patrz film: Gravity). Anglosaskie nazwisko we Francji to nie jest coś strasznie rzucającego się w oczy. Równie dobrze podkreśla wieloetniczność Francji. Także no, przyjmuję, że nie siadło, ale dalej jestem zdziwiony i chyba taki zostanę.

Łukasz

Szczerze mówiąc, nie bardzo mam czas na wdawanie się w dalsze kilometrowe dyskusje. Tak, zaskoczyłam Cię zdaje się głównie tym, że w przeciwieństwie do przedpiśców nie piałam z zachwytu. No, nie. W sumie prawie żałuję, że poświęciłam czas na dokładne przeanalizowanie, co mi nie styknęło, ale tak mam, że czuję się w obowiązku uzasadnić negatywne oceny, a tu będzie piórkowe NIE.

To jest jednakowoż Twój tekst, Twoje wybory, ja jestem tylko jedną czytelniczką, która żałuje, że ciekawy pomysł znalazł z jej punktu widzenia niezbyt udaną oprawę. Jeśli wolisz wsłuchiwać się wyłącznie w głosy pochwalne, to też jest Twój wybór.

Natomiast co do jednej rzeczy z całą pewnością pozwolę sobie się z Tobą nie zgodzić, nie wchodząc w szczegółowe dyskusje z odpowiedziami, bo są one w dokładnie tym samym tonie: ja autor mam to w głowie/wymyślam wyjaśnienia ad hoc, dlaczego ty też nie przyjmiesz takich założeń? Mianowicie jeśli bohaterka ma mapę Francji w głowie i dlatego rozpoznaje przeciętne miasteczko będąc wysoko w powietrzu, zestresowana i tak dalej, a bohater Anglosas wychował się na Kontynencie, to fajnie by było po prostu przemycić w tekście te informacje. Na to nie musisz pisać kilometrowych infodumpów, w których opowiesz nam o tym, ze matka bohatera była Francuzką spod Bordeaux/Lyonu/czegokolwiek innego i w związku z tym bohater chodził się wyciszać na wydmy w Arcachon/do lasu w Grande Chartreuse czy gdziekolwiek indziej, a bohaterka przejechała kiedyś na motocyklu wszystkie autostrady i mieściny Francji, więc rozpoznaje je na pierwszy rzut oka. Wystarczy wzmianka na zasadzie foreshadowingu.

 

Bez odbioru.

http://altronapoleone.home.blog

Bardzo mi smutno, że żałujesz tej analizy, bo bez wątpienia pobudziła moje myślenie o tekście i na pewno pozwoli wyciągnąć parę wniosków. Nie jesteś pierwszą osobą, która go skrytykowała, tylko jeżeli ktoś używa argumentów, to nie widzę niczego złego, żeby nad nimi dyskutować. Nie masz oczywiście żadnego obowiązku ustosunkowywać się do moich pytań i niczego takiego nie oczekuję.

Jeśli wolisz wsłuchiwać się wyłącznie w głosy pochwalne, to też jest Twój wybór.

Ale skąd wyciągnęłaś taki wniosek? Czy skrytykowałem Cię gdziekolwiek za wyrażenie jakiejkolwiek opinii? No ale wiem, “bez odbioru”, więc jeżeli drążyłem za mocno, to przepraszam, ale wyciągnięcie takiego wniosku na mój temat uważam za trochę krzywdzące. Niech krytykuje kto chce. Na moje pytania też można wybiórczo odpowiadać i się na to nie obrażę.

ja autor mam to w głowie/wymyślam wyjaśnienia ad hoc, dlaczego ty też nie przyjmiesz takich założeń? Mianowicie jeśli bohaterka ma mapę Francji w głowie i dlatego rozpoznaje przeciętne miasteczko będąc wysoko w powietrzu, zestresowana i tak dalej, a bohater Anglosas wychował się na Kontynencie, to fajnie by było po prostu przemycić w tekście te informacje. Na to nie musisz pisać kilometrowych infodumpów, w których opowiesz nam o tym, ze matka bohatera była Francuzką spod Bordeaux/Lyonu/czegokolwiek innego i w związku z tym bohater chodził się wyciszać na wydmy w Arcachon/do lasu w Grande Chartreuse czy gdziekolwiek indziej, a bohaterka przejechała kiedyś na motocyklu wszystkie autostrady i mieściny Francji, więc rozpoznaje je na pierwszy rzut oka. Wystarczy wzmianka na zasadzie foreshadowingu.

Być może warto, nie twierdzę, że nie. Rzecz w tym, że nad prawie wszystkim co wymieniłaś w swoich uwagach, zastanawiałem się już w momencie pisania tekstu i dokonałem takich, a nie innych wyborów z różnych powodów. Nie twierdzę, że były one najlepsze, ale mam nadzieję, że tłumaczy to, dlaczego tak dociekam i wyjaśniam. Z mojego punktu widzenia to nie jest kwestia przeoczeń, tylko zastosowanych proporcji w wyjaśnianiu świata, odkrywaniu postaci, prowadzeniu historii itd. Może są kijowe, nie wiem, ale staram się zrozumieć. Kilka osób je doceniło, kilka skrytykowało. Doceniam feedback bo poźniej się nad nim zastanawiam i próbuję odnieść do bieżąco pisanych opek, nawet jeżeli się z czymś nie zgadzam. Czasami zrozumienie co komentujący miał na myśli też musi trochę potrwać.

 

Także w sumie dzięki za wszystkie dotychczasowe wyjaśnienia.

Łukasz

Przepraszam, Lukenie, umknęło mi:

Bingo! Ale pewnie nie zgadniesz, który film najbardziej na tę historię wpłynął, ponieważ inspiracja jest na bardzo wysokim poziomie abstrakcji i na pierwszy rzut oka jest on o czymś kompletnie innym. ;)

Chyba się poddaję, ale na pierwszy strzał posłałbym po prostu Obcy: 8. pasażer Nostromo – z tego względu, że to pierwszy film w takim gatunku, jaki przychodzi mi na myśl :P

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

@Krokus

O kurkaaaa, mamy zwycięzcę xD . No to wyjaśnię na czym polega inspiracja, bo jest tak nieoczywista, że nawet znając tytuł, może być trudno się domyślić. Otóż moją ulubioną częścią Obcego, jest jego podział na fantastyczny, surrealistyczny, przerażający świat wykreowany przez Gigera i relatywnie realistyczną rzeczywistość sci-fi Nostromo, egzystującą równolegle do niego. Załoga Nostromo zanurza się w tym koszmarnym śnie Gigera i wraca do Nostromo, przynosząc część tego horroru na pokład.

Podobieństwo Skoczka polega na fantastycznej, surrealistycznej, przerażającej rzeczywistości “odbitej Ziemi”, z której wraca odbita Ewelina i w ten sposób horror ma niepokojący potencjał rozprzestrzenienia się.

Uwielbiam ten koncept :3 .

Łukasz

Ha, BINGO! No to teraz ciekawostka – ja tego filmu nie widziałem :P samobiczuję się za to, choć ze mnie marny kinoman w ogóle :P ale przekonujesz mnie, żeby nadrobić te niedociągnięcia ;)

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

No cóż, Lukenie, szczęścia nie przynoszę, lecz dzięki nominacji masz naprawdę solidną i różnorodną próbkę czytelniczą. ;-)

Przeczytałam opowiadanie jeszcze raz i dalej podoba mi się przez sytuację, w którą wpakowałeś bohaterów i to, jak się w niej zachowywali.

Drakaina ma rację z wygładzeniem tekstu, lecz kiksów merytorycznych nie ma, chyba że przerabialibyśmy cały tekst, komponując na nowo historię (sytuacja i zagadnienie).

Zastrzeżenia użyszkodników, jak rozumiem, dotyczą rozbudowania tła socjologiczno-psychologicznego, i chyba kulturowego. Dla mnie ono było ok, właśnie przez te "niedoróbki" i brak rozmachu space opery. W przyszłych opowiadaniach uwzględniaj je z osobistym wyczuciem, znaczy rozważ, ale nie stosuj automatu.

Twój tekst przypomniał mi wiele współczesnych sytuacji, w których wykorzystujemy coś, nie mając pojęcia jak i dlaczego działa, bo ważny jest efekt. Funkcjonalność. Weźmy pierwsze lepsze z brzegu powszechne urządzenia jak telefon, telewizor, translator czy drogowego przewodnika Google. Konia z rzędem dam temu, kto: wyjaśni hard i soft; złoży/rozłoży; naprawi. O konsekwencjach używania (w sensie na gatunek ludzki) nie wspomnę. Brak danych, a to co jest – niewystarczające. Właśnie dlatego warto główkować. ;-)

O, będzie dygresja, bo ogromnie rozbawiło mnie w zeszłym tygodniu doniesienie o świadomej LaMDA, sztucznej inteligencji odkrytej przez googlowskiego inżyniera, który chciał przyznać jej podmiotowość. Nawet prawnika zaangażował. Kapitalne. Znam tylko z prasy, więc nie wiem dokładnie, jak było, czy przekłamanie, lead (tytuł), who knows?

Opko, przypomniało mi również silną hermetyzację poszczególnych dziedzin. Izoluje się fizyka od matematyki, sprzedaż od marketingu, obsługę od reszty firmy, a controlling i spece od zmiany haseł rosną w siłę, choć też są kosztem. Bez zespołów interdyscyplinarnych grzęźniemy. Budowane są nowe specjalizacje np. fizyk matematyczny, czy biolog numeryczny.

Poza tym w dzieciństwie trochę się nasłuchałam historii od oblatywacza Migów (kurtka leży w pawlaczu, kiedyś nosiłam), a potem miałam w swoim otoczeniu pasjonatów szybowców.

Jeśli chodzi o samą warstwę science w tekście: mamy wieloświaty albo wszechświaty. Z jednej strony jest nawiązaniem do starej everettowskiej koncepcji ("zjechanej" przez współczesnych mu fizyków; ten Everett był ciekawą postacią), a z drugiej do kosmologicznej. Innymi słowy matematyka (kwanty, struny) i kosmologia (Wielki Wybuch i czarne dziury), a po drodze tysiące problemów. Czy nierozwiązywalnych – dla mnie tak. Choć prowadzone są eksperymenty na diamentach/bakteriach/niesporczakach. Jeden niesporczak splątany kwantowo przeżył (tak, wiem, straszne). Czy był sobą sprzed? Niemożliwe i nie wierzę. Pogłoski. Choć to niesporczak, więc hibernacja i mega odporność. Ten sam egzemplarz, czyżby?

Zastanawiasz się nad interesująca mnie sprawą i dajesz reakcje ludzi, przypuszczalne. Ciekawe.

 

Kilka linków dla czytelników:

Wszystko zdarza się sto razy

Nieskonczenie-wszystkie-swiaty-hugh-everetta

artur-ekert-przyszloscia-jest-wieloswiat

 

pzd srd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

@Krokus

“Obcy” to jest dzieło sztuki. Tam tylko parę scen się zestarzało. Polecam całym sercem, to mój ulubiony film sci-fi :) .

 

@Asylum

No cóż, Lukenie, szczęścia nie przynoszę, lecz dzięki nominacji masz naprawdę solidną i różnorodną próbkę czytelniczą. ;-)

O tak, to bardzo cenne :) . Tak jak pisałem wyżej, jestem bardzo miło zaskoczony samą nominacją.

Zastrzeżenia użyszkodników, jak rozumiem, dotyczą rozbudowania tła socjologiczno-psychologicznego, i chyba kulturowego. Dla mnie ono było ok, właśnie przez te "niedoróbki" i brak rozmachu space opery. W przyszłych opowiadaniach uwzględniaj je z osobistym wyczuciem, znaczy rozważ, ale nie stosuj automatu.

Tu jest jeszcze jeden potencjalny problem z rozbudową tych elementów, którego chyba nie poruszyłem – proporcje wstępu i rozwinięcia względem zakończenia. Zakończenie jest dosyć gwałtowne i trudno było tego uniknąć po ujawnieniu istoty zagrożenia. Jeżeli wstęp/rozwinięcie stałyby się dłuższe, to zakończenie robiłoby wrażenie jeszcze krótszego. To też jest coś o czym myślałem jeszcze w trakcie pisania tekstu. Być może dałoby radę jakoś to zakończenie wydłużyć, ale po prostu nie wpadłem na dobry sposób. W zasadzie po odkryciu głównego zagrożenia, nie ma już narzędzi do kolejnego twista, więc zostawałoby męczenie czytelnika różnymi wariantami tego samego.

Wpakowałem się w tę sytuację samym pomysłem.

O, będzie dygresja, bo ogromnie rozbawiło mnie w zeszłym tygodniu doniesienie o świadomej LaMDA, sztucznej inteligencji odkrytej przez googlowskiego inżyniera, który chciał przyznać jej podmiotowość. Nawet prawnika zaangażował. Kapitalne. Znam tylko z prasy, więc nie wiem dokładnie, jak było, czy przekłamanie, lead (tytuł), who knows?

Aż korci zadać pytanie: jaka jest różnica między świadomym SI, a tym, któremu uda się nas przekonać, że jest świadome? ;)

Jeśli chodzi o samą warstwę science w tekście: mamy wieloświaty albo wszechświaty. Z jednej strony jest nawiązaniem do starej everettowskiej koncepcji ("zjechanej" przez współczesnych mu fizyków; ten Everett był ciekawą postacią), a z drugiej do kosmologicznej. Innymi słowy matematyka (kwanty, struny) i kosmologia (Wielki Wybuch i czarne dziury), a po drodze tysiące problemów. Czy nierozwiązywalnych – dla mnie tak. Choć prowadzone są eksperymenty na diamentach/bakteriach/niesporczakach. Jeden niesporczak splątany kwantowo przeżył (tak, wiem, straszne). Czy był sobą sprzed? Niemożliwe i nie wierzę. Pogłoski. Choć to niesporczak, więc hibernacja i mega odporność. Ten sam egzemplarz, czyżby?

Koncepcja Skoków ma jeszcze jedną ciekawą interpretację, której nie wymieniłaś: “programistyczną” :) . A co jeżeli Skoczek w jakiś sposób tymczasowo uszkadza… “pamięć” Wszechświata? ;) Kojarzysz błędy/glitche powodowane przez to, że program zaczyna czytać wartości z nieprawidłowego obszaru pamięci komputera? Czasami nie zawiesza to programu, a jedynie sprawia, że ten zaczyna zachowywać się nieprzewidywalnie. To dla odmiany obszar teorii symulacji. Coś dla wyobraźni :) .

Łukasz

Eh, “Obcy”, dla mnie też jest majstersztykiem wizualno-przekazowym. :-)

Tu jest jeszcze jeden potencjalny problem z rozbudową tych elementów, którego chyba nie poruszyłem – proporcje wstępu i rozwinięcia względem zakończenia. Zakończenie jest dosyć gwałtowne i trudno było tego uniknąć po ujawnieniu istoty zagrożenia. Jeżeli wstęp/rozwinięcie stałyby się dłuższe, to zakończenie robiłoby wrażenie jeszcze krótszego. To też jest coś o czym myślałem jeszcze w trakcie pisania tekstu. Być może dałoby radę jakoś to zakończenie wydłużyć, ale po prostu nie wpadłem na dobry sposób. W zasadzie po odkryciu głównego zagrożenia, nie ma już narzędzi do kolejnego twista, więc zostawałoby męczenie czytelnika różnymi wariantami tego samego.

Sama nie wiem, czy konieczne jest inne zakończenie lub wydłużenie. Może, ale chyba nie nie byłoby przygodowe, tj. materialne. Obecnie pozostawiasz nas z myślą ona/nie-ona, co się stało i czy to możliwe? I faktycznie, gdyby wydłużać, może przydałaby się warstwa socjologiczna i jednostkowa.

Aż korci zadać pytanie: jaka jest różnica między świadomym SI, a tym, któremu uda się nas przekonać, że jest świadome? ;)

Zależy kogo pytasz? xd Powszechnie, w przyszłości może być – żadna. Centra wspomagające będą empatyczne i pomocowe, ale…nie zduplikują człowieka, chyba że odda się w ręce programu rownież decyzje. Świadomości nie zyska, ale sprawstwo i moc gnębienia.

Obecnie nie mamy do czynienia ze świadomością, lecz zaawansowanymi programami korzystającym z dużych bazy danych i ciągle kłania się nazywanie ich "sztuczną inteligencją", na co czasami pomstuję. Przekonać/oszukać człowieka jest zadaniem możliwym w najbliższej przyszłości. 

Znowu zapytasz – jak to rozróżnić? Pewnie zależy, jak zwykle od tego z jakim/czyim (firma-państwo) botem będziemy mieli do czynienia, tj, stopnia jego organizacji, dostępu do baz, no i jak zwykle uczenia. Przy pojedynczych reakcjach "spina się" dla użytkowników, przy dłuższych wypowiedziach już nie. 

Kłopotów jest bez liku. Techniczne pominę, skupiając się na rodzaju prawdy: człowiek i jego interpretacja z większej liczby bodźców niż tekst, głos plus obraz nie wywoła indywidualnej reakcji/oceny bota (pomijam zasadnicze, czyli to że w zasadzie nie wiemy, tj. naciśnięcie jakiego guzika wywoła reakcję. Uwarunkowanie zakładał behawioryzm. Można, ale już nie wyszło, chyba że założymy zamordyzm); uczenie maszynowe jest uśrednianiem i wybieraniem z dostępnych najlepszych (może się sprawdzić, ale i tak polegnie, gdyż jest trenowana w sztucznym środowisku i ma do czynienia z wytworami – kolejne sztuczne twory środowiska dostępnych baz).

 

Koncepcja Skoków ma jeszcze jedną ciekawą interpretację, której nie wymieniłaś: “programistyczną” :) . A co jeżeli Skoczek w jakiś sposób tymczasowo uszkadza… “pamięć” Wszechświata? ;) Kojarzysz błędy/glitche

Programistyczna wersja jest raczej nierealna, bo sztuczna, nieżywa i niefizyczna. Algorytmy są dla mnie narzędziem, ułomnym, dodam, bo skonstruowanym przez człowieka, więc przybliżeniem, bardzo grubym i obarczonym biasami.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Czuję się pominięty i niezauważony. Foch! ;-)

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Uff, właśnie wprowadziłem masę poprawek zasugerowanych i inspirowanych uwagami językowymi drakainy, za które serdecznie dziękuję. Przy okazji uświadomiłem sobie, że masa moich niezgrabności ma źródło w anglicyzmach.

 

@krar85

Najmocniej przepraszam i proszę o wybaczenie! Komentarz drakainy tak mnie zaintrygował, że przeoczyłem Twój. A przecież jako betujący powinieneś zostać tu przyjęty z najwyższymi honorami :) . Mam nadzieję, że będę w stanie się odwdzięczyć za to betowanie. Niestety w warstwie językowej jestem dosyć cienki, ale w konceptualnej czuję się w miarę mocny, więc chętnie bym pomógł, gdybym był potrzebny.

 

Nigdy na nim nie była

Nie była na lotnisku.

Pierwszy raz ją taką widziała.

Widziała autostradę.

 

To się nie gryzie, bo można jeździć autostradą, nie będąc na lotnisku obok, ale rozumiem, że może to wywrzeć takie wrażenie.

Jesteś pewien, że po zobaczeniu odbić ruszyłaby dalej? Bo ja bym uciekł. To wygląda strasznie sztucznie, jakby wbrew logice (za to zgodnie z potrzebą historii) 

Ok, uciekłbyś, ale co dalej? Można zaryzykować życie i zwiększyć szansę przetrwania swojego i Drake’a, albo nie zrobić nic. Co byś powiedział Drake’owi, gdyby nie zdążył naprawić statku? To jest trudny wybór i może jego trudność jest za mało podkreślona (dzięki za kolejny temat do przemyśleń), ale z pewnością nie uznałbym go za nielogiczny. :) Opisane zjawiska do tej pory mają charakter raczej iluzji optycznych.

Ale przecież miała kask/hełm…?

Trochę zmodyfikowałem ten fragment :) .

 

Jeszcze raz dzięki za naprawdę niesamowitą betę. Pamiętam, że jak oryginalnie pisałem ten tekst, to cierpiałem na poważną bezsenność, tj. pisałem go śpiąc może ze dwie godziny na trzy-cztery dni… od miesięcy i zmuszenie się do pisania, było moją próbą zresetowania/odświeżenia umysłu. Przypuszczam, że w oryginalnej wersji był on kompletnie nieczytelny, bo byłem w takim stanie, że sformułowanie jednego zdania, zajmowało mi dziesięć minut. A dzięki Twojej pomocy, oraz pozostałych betujących, nie tylko przeszedł przez recenzentów PFFN, ale i został nominowany do piórka.

Przypominam sobie o was za każdym razem, kiedy myślę o tym opku :) .

Łukasz

Najmocniej przepraszam i proszę o wybaczenie!

Spoko, tylko dyskretnie się przypomniałem ;-) Foch to był oczywiście żart, miałeś co robić (sądząc po objętości niektórych komentarzy)

 

Niestety w warstwie językowej jestem dosyć cienki

Nie od razu Kraków zbudowano, pisz, a będzie lepiej

 

Jeszcze raz dzięki za naprawdę niesamowitą betę.

Np, mam nadzieję, że niedługo będzie okazja, aby się odwdzięczyć jakby co.

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Hej, hej, Lukenie

Miałem teksty, które były ostro krytykowane przez Lożę, więc wiem, że wizyta kolejnego narzekacza wywołuje tylko “O, nie!”. Powiem wprost – będę na NIE, nie porwało mnie, ale nie zamierzam się nad nim pastwić, bo wiele z moich argumentów już przytoczono i po co się mamy powtarzać. Najbardziej nie spodobały mi się postaci i dialogi. Warstwa science dla mnie pozostała niejasna, pomogły dopiero komentarze. Na tym skończmy, chyba że chcesz, abym rozwijał.

Za to uważam, że miałeś świetny pomysł i bardzo dobrze podkręcasz aurę tajemnicy. Mimo wspomnianych elementów, które mi nie pasowały, chciałem czytać dalej, aby zobaczyć, gdzie zaprowadzisz mnie tą opowieścią, a to duży plus. Scena na lustrzanej Ziemi bardzo pomysłowa, groteskowy potwór także. W ogóle środek opowiadania uważam za najlepszy.

Klikałbym do Biblioteki bez wahania, ale na piórko trochę zabrakło.

Pozdrawiam serdecznie

 

Jeszcze dwie rzeczy błąkają mi się po głowie.

Mianowicie, z programem i błędem mogłoby być, tj. zaciąganie z innego obszaru i/lub zmiana reguł, lecz pociąga za sobą świat w świecie i – chyba – założenie istnienia siły władnej rzecz animować, rodzaj matrixu, acz innego rodzaju. Nie, niezbyt dobre porównanie z matrixem, lepszy byłby Zegarmistrz, bóg, wszechmogący i pytania zaczynają się mnożyć – kto stworzył tę istotę, kolejną i kolejną. Matrioszka. Tymczasem w tekście próbujemy wyjaśnić rodzaj obserwowanego przez parę pilotów Skoczka-1 fenomenu i lepiej nie za bardzo oddalać się od ziemi/Ziemi.

Zarówno wyjaśnienie kwantowe jak i kosmologiczne dane ocierają się o horyzont w pierwszym przypadku intuicyjnego zrozumienia, w drugim możliwości obserwacji. Tak czy tak lądujemy w science, z tym że dla mnie ciekawsze są kombinacje kwantowo-astronomiczne, połączenie matematyki z ukochaną geometrią.

 

Przyglądam się ostatnio dyskusjom o "white paper" w Unii. Zobaczymy, co się uda. Gdy myślę o programach, zadomowiły się w naszym życiu w sposób nieodwracalny (przynajmniej na razie, co będzie, gdy zabraknie zasobów – zobaczymy), mierzy wszystko. Kłopotem nie jest wspomaganie człowieka przez AI, ale zgoda/akceptacja na podejmowanie za niego decyzji, czyli realny wpływ na życie ludzi. Decyzje podejmowane przez człowieka też mogą być ułomne, niesprawiedliwe dla kogoś, tu jednak mamy do czynienia ze zjawiskiem masowym i bez odwołania. To poważne ryzyko i nie ma już sensu deliberować na temat szans i zagrożeń, lecz odsłonić core procesów i poddać je społecznej kontroli, ponieważ tylko na pozór wydają się techniczne, a naprawdę mają wymiar moralny i polityczny (vide opko NWM). Systemy wykorzystujące sztuczną inteligencję nie muszą być projektowane na zasadzie "czarnej skrzynki". Nawet w przypadku eksperymentalnych "sieci neuronalnych" można sprawdzić, dowiedzieć się na poszukiwanie jakiego modelu zostały zoptymalizowane – jakie zadanie zostało przed nimi postawiane i jaki skutek ma przynieść działanie? Profesor – Arvind Narayanan z Princetown (demaskuje systemy AI) uważa – mnie to przekonuje – że AI może: wspierać naszą precepcję, automatyzować oceny i przewidywać skutki społeczne. Pierwszy ok – warto rozwijać, drugi – kontrowersyjny, trzeci – największe ryzyko.

 

Geki, komputery kwantowe – no way, przynajmniej w najbliższej (nomen omen) dwudziesto-pięciolatce, dałabym wincej, ale ludzie są genialni, życie za nim nie nadąża. Komputer kwantowy wymagałby niewiarygodnej stabilizacji, izolowania od warunków zewnętrznych i/lub obniżenia poziomu potencjalnych błędów do takiego, który można byłoby ogarnąć algorytmami (kolejna bariera lecz ciut słabsza). Wiesz, ile błędów jest dzisiaj unieważnianych przez algorytmy? Ja nie wiem, lecz skala naprawdę spora.

W przypadku kwantowości jeden błąd sprawia, że wynik będzie nadawał się do kosza, a prawdopodobieństwo błędu rośnie wykładniczo do niemożliwości. Obecnie z trudem "ogarnialne" przy prostocie, niewielu kubitach, na mini krótki okres czasu, nieustającym monitorowaniu poprawności. Przy funkcji kwantowej nie da rady tego zrobić. Epoka lodowcowa. Nie pokładałabym takiej wiary w technice. Na razie mamy do czynienia z inżynieryjną skrzynką. ;-)

pod

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć, Lukenie.

 

Mimo wszystko, mam trochę problem ze zrozumieniem sedna Twojego opowiadania. Chodzi o fragmenty:

 

“Punkty w przestrzeniach międzygwiazdowych obcych galaktyk, znajdujące się z dala od czegokolwiek interesującego.”

 

“Obca galaktyka, przestrzeń międzygwiazdowa.”

 

“Zauważyłem pewien wzorzec w gwiazdozbiorach kolejnych kosmolokacji, które odwiedziliśmy. Zobrazowałem to przy pomocy symulatora, którego Skoczek używa do analizy porównawczej tworzonych map.

Walkiewicz spojrzała na ekran komputera i zobaczyła znajome układy gwiazd z ostatnich skoków. Pamiętała je dzięki opowieściom Drake’a. Patrzyła, jak gwiazdy podróżują po sferze niebieskiej i zajmują nowe miejsca, odzwierciedlając sklepienia kolejnych odwiedzanych przez nich kosmolokacji. Każda gwiazda pokonywała trochę inną odległość, dlatego niebo za każdym razem wydawało się zupełnie inne, ich reguły przemieszczania były jednak stałe. Natychmiast się rozbudziła.

– Jakim cudem nikt wcześniej tego nie zauważył? – zapytała.

– Nikt nie wpadł na to, żeby porównać między sobą więcej niż dwie kosmolokacje, bo to, na zdrowy rozum, nie powinno mieć sensu. Zauważyłaś coś jeszcze?

– Zmieniając perspektywę, widzę, że gwiazdy przemieszczają się względem… miejsca skoku. To niemożliwe.”

… z dwóch pierwszych zacytowanych zdań wynika, że oni trafiają do różnych galaktyk. Wszystkie gwiazdy, które obserwujemy z Ziemi należą do jednej i tej samej galaktyki – Drogi Mlecznej, gwiazd znajdujących się w innych galaktykach nie obserwujemy (co najwyżej, możemy zaobserwować inną galaktykę – np. popularną M31/Andromedę. Sam fakt, że obserwują *te same* gwiazdy w teoretycznie różnych galaktykach powinien zaalarmować każdego zaangażowanego w projekt, że coś jest nie tak i że to ta sama galaktyka. Dlaczego oni widzą coś niezwykłego dopiero w *przemieszczeniu* tych gwiazd (których w ogóle nie powinno tam być)?

No i dlaczego wniosek Eweliny jest ‘generujemy wszechświaty’??? Nawet zakładając, że poruszają się w obrębie jednej galaktyki, mamy sytuację, że każda z gwiazd przesuwa się o stałą odległość – to bardziej logicznym wnioskiem byłoby, że podróżują w czasie i trafiają ciągle w to samo miejsce – tylko w różnych punktach czasowych. Nie bardzo wiem, jaki był tok rozumowania bohaterów, który doprowadził ich do wniosku o lustrzanych wszechświatach.

Poza tym, opowiadanie dobrze mi się czytało, zaintrygowałeś, byłam ciekawa co wyniknie z tych podróży. Scena z lądowaniem na lustrzanej Ziemi bardzo niepokojąca, dobrze Ci te deformacje wyszły. Końcówka zakręcona – to poczytuję na plus. Trzeba się chwilę zastanowić, wrócić parę stron wcześniej, żeby połapać się co tam właściwie zaszło, ale to dobrze, znaczy, że tę kwestię dobrze przemyślałeś.

Do piórka imo zabrakło trochę doszlifowania, lepszego przedstawienia głównej osi pomysłu oraz dopracowania szczegółów (Ewelina ląduje sobie na lotnisku, na którym nigdy nie była i w dodatku nie bardzo wie, jak ręcznie sterować? Przecież by się rozbiła:P).

Trochę pracy i myślę, że piórko będzie kwestią czasu.

 

Sorry, Winnetou, ale jestem na NIE.

Nie kupuję mechaniki Twojego świata. No, jest tajemnicza technologia skoków. Oczywiście, że nie możesz dokładnie pokazać, jak to działa, ale dostałam za mało, żeby wiedzieć, skąd biorą się skutki uboczne. No właśnie – te skutki nie wynikają dla mnie z tekstu, wyskakują jak bóg z maszyny. Och, znaleźliśmy zniekształconą Ziemię, to na pewno efekt skoków. Nie czuję się przekonana do drugiej części tego zdania. Aha, i nie wierzę, że jakieś wydarzenie w pobliżu Ziemi zauważalnie przesuwa gwiazdy dookoła – musiałyby popitalać szybciej niż światło. Mogłabym uwierzyć, że bohaterowie lądują w różnych wszechświatach, ale wtedy jeden nadpsuty wcale nie świadczy o tym, że to my u nas popełniliśmy błędy.

Zgrzytnęło mi na samym początku, że oni nie robią nic konkretnego. Skaczą w nowy punkt, robią mapkę gwiazd, z nudów nazywają gwiazdozbiory i wracają. Nie próbują ustalić, gdzie się znajdują w stosunku do znanego kawałka kosmosu. Nie szukają planet nadających się do kolonizacji. Jak się okazuje, nikt nawet nie ogląda dokładnie tych mapek, które sporządzają. To tak, jakby przemieszczać ludzi w losowo wybrane miejsca na Ziemi i kazać im robić zdjęcia łąk, ewentualnie nazywać napotkane kwiatki. Nie próbują ustalić współrzędnych geograficznych, nie poznają historii ani kultury ludzi, którzy mieszkają w pobliżu, nie prowadzą badań geologicznych, biologicznych, medycznych, nie szukają interesujących towarów do wymiany handlowej, nawet głupiego magnesu na lodówkę nie przywożą… Nic. Tylko fotka łąki i komentarz “O, a ten kwiatek nazwaliśmy purpurnikiem czteropłatkowym”. Warto było?

A potem zaskoczyła mnie ta zgubiona osłona z szybą pod spodem. Nie znam się na konstruowaniu statków kosmicznych, ale żeby porządnie oderwać się od Ziemi, trzeba osiągnąć pierwszą kosmiczną. Czy tak licho przytwierdzona osłona przetrwałaby start? Przy tej prędkości opór powietrza jest niezły i obiekt się trochę grzeje.

Dziwne łuski. Mieli farta, że żadna nie znalazła się w ich organizmach w kluczowym organie…

Pomysł ze zniekształconymi odbiciami bardzo ciekawy. Gdybym jeszcze rozumiała, w jaki sposób to wynika z działań ludzi…

Nieoczekiwane skutki uboczne nowej technologii to też ciekawy trop.

Nie przepadam za otwartymi zakończeniami i to też mnie nie przekonało, ale to już pikuś.

Babska logika rządzi!

@Za­na­is

Naj­bar­dziej nie spodo­ba­ły mi się po­sta­ci i dia­lo­gi. War­stwa scien­ce dla mnie po­zo­sta­ła nie­ja­sna, po­mo­gły do­pie­ro ko­men­ta­rze. Na tym skończ­my, chyba że chcesz, abym roz­wi­jał.

Każde roz­wi­nię­cie mi bar­dzo po­ma­ga, bo wciąż czuję, że je­stem na samym po­cząt­ku swo­jej “ka­rie­ry” pi­sar­skiej, więc po­pro­szę :) . Dia­lo­gi zgrzyt­nę­ły Ci pod wzglę­dem sty­li­stycz­nym, re­ali­stycz­nym, oso­bo­wo­ścio­wym, innym? Albo z ja­ki­mi ocze­ki­wa­nia­mi były nie­zgod­ne? War­stwa scien­ce była trud­na, przy­zna­ję. Być może po­mysł był tro­chę zbyt abs­trak­cyj­ny jak na jedno z moich pierw­szych dłuż­szych opo­wia­dań.

 

@A­sy­lum

Nawet nie wiesz jak nie­zmier­nie miło jest mi czy­tać takie roz­k­mi­ny pod wła­snym tek­stem. :) .

Co do AI to mam też opko o tym :d : “Naj­lep­szy przy­ja­ciel czło­wie­ka”. A swoją drogą to zwróć uwagę jak wy­mie­nio­ne przez Cie­bie za­da­nia AI za­le­żą od sie­bie na­wza­jem. Oceny za­le­żą od per­cep­cji, a po­trze­ba prze­wi­dy­wa­nia od ocen. Czyż­by­śmy już byli zgu­bie­ni? ;)

 

@Bel­la­trix

… z dwóch pierw­szych za­cy­to­wa­nych zdań wy­ni­ka, że oni tra­fia­ją do róż­nych ga­lak­tyk. Wszyst­kie gwiaz­dy, które ob­ser­wu­je­my z Ziemi na­le­żą do jed­nej i tej samej ga­lak­ty­ki – Drogi Mlecz­nej, gwiazd znaj­du­ją­cych się w in­nych ga­lak­ty­kach nie ob­ser­wu­je­my (co naj­wy­żej, mo­że­my za­ob­ser­wo­wać inną ga­lak­ty­kę – np. po­pu­lar­ną M31/An­dro­me­dę. Sam fakt, że ob­ser­wu­ją *te same* gwiaz­dy w teo­re­tycz­nie róż­nych ga­lak­ty­kach po­wi­nien za­alar­mo­wać każ­de­go za­an­ga­żo­wa­ne­go w pro­jekt, że coś jest nie tak i że to ta sama ga­lak­ty­ka. Dla­cze­go oni widzą coś nie­zwy­kłe­go do­pie­ro w *prze­miesz­cze­niu* tych gwiazd (któ­rych w ogóle nie po­win­no tam być)?

Zna­ko­mi­ta uwaga! Je­że­li ich od­le­głość od Skocz­ka cho­ciaż nie­znacz­nie się zmie­nia, to ich ma­gni­tu­do rów­nież, więc wy­da­je się, że od­kry­cie tego, że są to do­kład­nie te same gwiaz­dy, je­że­li to­tal­nie się tego nie spo­dzie­wa, może nie być na­tych­mia­sto­we. Na­to­miat przy­zna­ję, że je­że­li za­cznie się nad tym do­sta­tecz­nie głę­bo­ko za­sta­na­wiać, to na pewno osta­tecz­nie znaj­dzie się coś, co bę­dzie świad­czy­ło o tym, że taka ga­lak­ty­ka jest jakaś “dziw­na”, bo jej ewo­lu­cja cof­nię­ta w cza­sie nie bę­dzie miała sensu :) . Ale czy zo­sta­nie to za­uwa­żo­ne, jest za­leż­ne od tego jak głę­bo­ko pa­trzy­my i ana­li­zu­je­my. Sko­czek ska­cze od sto­sun­ko­wo nie­daw­na, więc można za­ło­żyć, że re­ali­zu­je naj­prost­sze za­da­nie na tym eta­pie: szu­ka­nie Drogi Mlecz­nej na nie­bach róż­nych ko­smo­lo­ka­cji (oczy­wi­ście by­ła­by na tych nie­bach cof­nię­ta w cza­sie) i szu­ka­nie bar­dziej rzu­ca­ją­cych się w oczy ano­ma­lii. Nauka wy­ma­ga czasu i nie wszyst­ko można do­strzec od razu.

No i dla­cze­go wnio­sek Ewe­li­ny jest ‘ge­ne­ru­je­my wszech­świa­ty’??? Nawet za­kła­da­jąc, że po­ru­sza­ją się w ob­rę­bie jed­nej ga­lak­ty­ki, mamy sy­tu­ację, że każda z gwiazd prze­su­wa się o stałą od­le­głość – to bar­dziej lo­gicz­nym wnio­skiem by­ło­by, że po­dró­żu­ją w cza­sie i tra­fia­ją cią­gle w to samo miej­sce – tylko w róż­nych punk­tach cza­so­wych. Nie bar­dzo wiem, jaki był tok ro­zu­mo­wa­nia bo­ha­te­rów, który do­pro­wa­dził ich do wnio­sku o lu­strza­nych wszech­świa­tach.

Nie prze­su­wa się o stałą od­le­głość. Jest to na­pi­sa­ne wprost w tek­ście: “każda gwiaz­da po­ko­ny­wa­ła tro­chę inną od­le­głość”. Prze­su­wa­ją się w spo­sób nie­zgod­ny z ewo­lu­cją ga­lak­ty­ki.

Do piór­ka imo za­bra­kło tro­chę do­szli­fo­wa­nia, lep­sze­go przed­sta­wie­nia głów­nej osi po­my­słu oraz do­pra­co­wa­nia szcze­gó­łów (Ewe­li­na lą­du­je sobie na lot­ni­sku, na któ­rym nigdy nie była i w do­dat­ku nie bar­dzo wie, jak ręcz­nie ste­ro­wać? Prze­cież by się roz­bi­ła:P).

Nie cho­dzi­ło o ręcz­ne ste­ro­wa­nie w ogóle, tylko wy­łącz­nie o pro­ce­du­rę wej­ścia w at­mos­fe­rę. To chyba też jest wprost na­pi­sa­ne :) .

Na pewno po­sta­ram się ko­lej­ny tekst bar­dziej do­pra­co­wać i cie­szę się, że udało mi się za­in­try­go­wać ide­ami, po­mi­mo nada­wa­nia ich przez ten nie­do­sko­na­ły, trzesz­czą­cy gło­śnik, jakim jest mój warsz­tat pi­sar­ski :) .

 

@Fin­kla

No wła­śnie – te skut­ki nie wy­ni­ka­ją dla mnie z tek­stu, wy­ska­ku­ją jak bóg z ma­szy­ny. Och, zna­leź­li­śmy znie­kształ­co­ną Zie­mię, to na pewno efekt sko­ków. Nie czuję się prze­ko­na­na do dru­giej czę­ści tego zda­nia.

No całą pu­en­tą po­dró­żo­wa­nia w nie­zna­ne miej­sca jest to, że są nie­zna­ne i za­ska­ku­ją­ce, więc tro­chę mnie dziwi taka uwaga. Czy to, że w “Po­dró­żach Gu­li­we­ra”, Gu­li­wer do­tarł do wyspy li­li­pu­tów z cze­goś wy­ni­ka?

Nie szu­ka­ją pla­net na­da­ją­cych się do ko­lo­ni­za­cji.

Przy­po­mi­nam, że oni lą­du­ją w prze­strze­ni mię­dzy­gwiaz­do­wej, mają lata świetl­ne do in­nych pla­net, dla­te­go w tej sy­tu­acji je­dy­ne co mogą zro­bić to ze­brać ja­kieś dane do ana­li­zy i sko­czyć dalej.

Jak się oka­zu­je, nikt nawet nie oglą­da do­kład­nie tych mapek, które spo­rzą­dza­ją.

Kom­pu­te­ry, np. za­pro­gra­mo­wa­ne do po­szu­ki­wa­nia Drogi Mlecz­nej na ich nie­bach.

Tylko fotka łąki i ko­men­tarz “O, a ten kwia­tek na­zwa­li­śmy pur­pur­ni­kiem czte­ro­płat­ko­wym”. Warto było?

Takie rze­czy to ra­czej mogą robić już lu­dzie na Ziemi. Ale na tym po­le­ga pro­blem, że je­że­li jest za dużo da­nych, to nie prze­ana­li­zu­jesz ich od razu pod każ­dym kątem.

A potem za­sko­czy­ła mnie ta zgu­bio­na osło­na z szybą pod spodem. Nie znam się na kon­stru­owa­niu stat­ków ko­smicz­nych, ale żeby po­rząd­nie ode­rwać się od Ziemi, trze­ba osią­gnąć pierw­szą ko­smicz­ną. Czy tak licho przy­twier­dzo­na osło­na prze­trwa­ła­by start? Przy tej pręd­ko­ści opór po­wie­trza jest nie­zły i obiekt się tro­chę grze­je.

Osło­na mogła mieć różną wy­trzy­ma­łość w za­leż­no­ści od otwar­cia/za­mknię­cia. Jak lecisz dostatecznie szybko z otwartym podwoziem to je urwie. Tu może być odwrotnie – osłony w naturalnej sytuacji są otwarte, a zamykają się tylko do skoków i są wtedy bardziej narażone na uszkodzenie.

Dziw­ne łuski. Mieli farta, że żadna nie zna­la­zła się w ich or­ga­ni­zmach w klu­czo­wym or­ga­nie…

To praw­da.

Nie prze­pa­dam za otwar­ty­mi za­koń­cze­nia­mi i to też mnie nie prze­ko­na­ło, ale to już pikuś.

Ja aku­rat takie uwiel­biam, więc nic nie po­ra­dzę :) .

 

Po ko­men­ta­rzach mam wra­że­nie, że za­pre­zen­to­wa­ne tu idee są tak abs­trak­cyj­ne, że po pro­stu prze­ro­sły moje umie­jęt­no­ści pi­sar­skie i stąd sporo osób jest za­gu­bio­nych. Szcze­rze mó­wiąc, to li­czy­łem się z taką moż­li­wo­ścią, ale wo­la­łem za­ry­zy­ko­wać niż in­fo­dum­po­wać wy­ja­śnie­nia róż­nych rze­czy, któ­rych moż­li­wość teraz su­ge­ru­ję w od­po­wie­dziach na ko­men­ta­rze. Czy to złe podejście pewnie trudno będzie ocenić po jednym opku, ale daje mi to do myślenia.

Łukasz

Czy to, że w “Podróżach Guliwera”, Guliwer dotarł do wyspy liliputów z czegoś wynika?

Wyruszył w drogę, to dokądś musiał dotrzeć. Ale na widok Liliputów nie krzyknął przerażony: “OMG, nasze panowanie na morzach spowodowało, że ci biedni ludzie się skurczyli!”. Taki wniosek byłby od czapy.

Komputery, np. zaprogramowane do poszukiwania Drogi Mlecznej na ich niebach.

Hmm. A skąd wiedzą, jak wyglądała Droga Mleczna ileś tam (nie wiadomo ile) miliardów lat temu? Po czym chcą ją poznać, jeśli akurat będą oglądać z profilu? Ja wypatrywałabym charakterystycznych, w miarę możliwości odległych, struktur i punktów. Supergromady, kwazary, Kwintet Stephana, może jakieś nietypowe plamy na mapie promieniowania reliktowego… Szukanie konkretnej galaktyki to gorzej niż igła w stogu siana.

I w tekście nie ma nic o Drodze Mlecznej.

– osłony w naturalnej sytuacji są otwarte, a zamykają się tylko do skoków i są wtedy bardziej narażone na uszkodzenie.

Czyli lecą przez atmosferę chronieni tylko szybą?

Babska logika rządzi!

Lukenie

Według mnie, twoi bohaterowi nie mówią jak doświadczeni piloci. Ich wypowiedzi są czasem dość naiwne, jakbyś próbował za pomocą ich słów tłumaczyć zasady świata. Ogólnie to nie jest źle, ale tutaj trzeba brać poprawkę na zawód bohaterów. Piloci oblatywacze eksperymentalne, wartej fortunę technologii, z pewnością byliby wybierani z największą ostrożnością i nieustannie monitorowani. Natomiast tutaj wydaje się jakby lecieli na wycieczkę krajoznawczą. Dwa fragmenty, gdzie brew mi powędrowała najwyżej:

– Jestem dziś jakaś śpiąca, więc na razie wystarczy. Lecę się zdrzemnąć, obudź mnie po wszystkim – poprosiła.

– Jasne – odpowiedział, nie odrywając oczu od gwiazd. – Czasami zastanawiam się nad ryzykiem tego, co robimy.

– Jakim? – zapytała, uwalniając się z fotela.

– Szansą na to, że miejsce, do którego wskoczymy, będzie zajęte.

– Daj spokój, równie dobrze możemy siedzieć na Ziemi i bać się trafienia przez meteoryt – odparła, lekko poirytowana nowym tematem, który rozbudził jej podświadome lęki. – Wiesz przecież jaki kosmos jest pusty, znasz prawdopodobieństwa.

Nie wierzę, że taka możliwość, o której jest zawsze mowa przy teleportacji, nie pojawiła się wcześniej niż przed wspomnianymi stoma skokami.

– Mam nadzieję, że ta osłona nie była potrzebna? – zapytała Drake’a, szybko oddychając pod wpływem adrenaliny. – Bo już jej nie odzyskamy.

– Podczas skoku nie jesteśmy wystawieni na żadne promieniowanie, jeżeli to cię martwi – odpowiedział spokojnie. – Z tego co pamiętam, to te osłony mają ograniczać „interferencję czasoprzestrzenną”, cokolwiek by to miało znaczyć, ale pierwszy prototyp ich nie miał.

Powinni znać ten samolot na wylot, wzdłuż i wszerz. I te słowa – cokolwiek by to miało znaczyć. Oni zdecydowanie nie wyglądają na przygotowanych do misji.

Podobało się: Zagadka, którą czytelnik chce rozwiązać. Podana koncepcja tworzenia wszechświatów.

Nie podobało się: Do końca nie wiem czy dobrze zrozumiałem, skąd się bierze zahaczający o grozę problem. Czy z tego, że nie wiadomo, co stało się z bohaterką?

 

Gratuluję i pozdrawiam!

Hej, Lukenie! Obiecałem, to jestem po głosowaniu.

 

Na pewno jest tutaj ciekawy pomysł, chociaż zagmatwany i niejasny (inna sprawa czy w pełni wykorzystany i przemyślany). Oczywiście pewnym zapleczem tego pomysłu są klasyczne i znane w nauce oraz fantastyce hipotezy o wieloświatach, wielu wymiarach, innych wszechświatach itp. Sam popełniłem space operę na ten temat (” Druga strona osobliwości”). Ale do samego pomysłu jeszcze wrócę. W fantastyce najczęściej mamy do czynienia z jakimiś artefaktami obcych, które pozwalają ludzkości przemieszczać się w odległe zakątki wszechświata, na przykład w jednej z moich ulubionych powieści fantastycznych, czyli pierwszej „Gateway” Pohla (tam bohaterowie również skaczą w nieznane lokacje) lub bardzo dobrym opowiadaniu Martina „Kamienne miasto”. Podobne w zamyśle Bramy występują np. w cyklu „Morgaine” Cherrych, czy filmie i serialu „Gwiezdne wrota”. Są też oczywiście w fantastyce „naturalne” kosmiczne zjawiska umożliwiające podobne przemieszczanie we wszechświecie, jak choćby wormhole w klasycznej i zawsze wielkiej „Wiecznej wojnie” Haldemana lub pozawymiarowe pole, czyli Nurt, w nowym cyklu Scalziego (” Upadające Imperium”). Z kolei do innych, zaskakująco podobnych lub niepodobnych do naszego, wymiarów skakali np. bohaterowie serialu „Sliders”.

W wielu powieściach s-f chodzi zatem o wykorzystanie czarnych dziur, mostów Einsteina-Rosena czy manipulacje czasoprzestrzenią zbliżone do tych w napędzie Alcubierre'a  i są to w zasadzie rozważania rzeczywiście wywodzące się z jakichś (czasem szalonych) hipotez naukowych [wyjątkiem Amber, cykl fantasy Zelaznego, gdzie mamy Cienie, czyli zdeformowane i ułomne/odmienne odbicia prawdziwego świata, czyli Amberu (albo Dworców Chaosu). Oczywiście nasz świat jest u Rogera jednym z tych gorszych Cieni…]. 

U Ciebie zaś cała koncepcja ma raczej niewiele wspólnego z jakąkolwiek znaną powszechnie hipotezą (lub teorią) naukową i jest raczej całkowicie autorskim wymysłem Lukena, więc ciężko doszukiwać się w niej elementu „science”. Dziwią mnie zatem pojawiające się w komentarzach opinie typu „naszpikowanie tekstu koncepcjami naukowymi”, bo w tekście nie widzę żadnego naszpikowania prawdziwymi koncepcjami naukowymi, powiązanymi z prawdziwą fizyką, kosmologią, astronomią czy mechaniką kwantową (wszak nie odnosisz się i nie wyprowadzasz swojej koncepcji np. od hipotezy wieloświatu w interpretacji mechaniki kwantowej Everetta czy np. 11– wymiarów z M-Teorii). Wszystko to wymysł Lukena i póki Luken nie zostanie fizykiem lub astronomem i nie poprze swojego pomysłu jakimiś argumentami naukowymi (np. matematycznymi) to science w tym pomyśle nie będzie… W zasadzie Twoi bohaterowie naciskają żółty guzik i skaczą za pomocą jakiegoś tajemniczego mechanizmu, potem prowadzą ze dwie rozmowy na temat wymyślonego przez Drake „wzoru”, według którego przesuwają się na obcym niebie gwiazdy, odwiedzają planetę podobną do Ziemi, ale zdeformowaną, wracają. Wszytko to dzieje się jakoś, wszystko wywodzi się i dzieje z powodu wymyślonych skoków gdzieś i jakoś. Jeśli to jakoś tam wykonywane skoki tworzą wadliwe kopie wszechświata, to jest to jedynie wymysł Lukena, jeśli mechanizm skoków to jakiś generator nowych i wadliwych rzeczywistości to jest to wymysł Lukena, jeśli całe gwiazdozbiory tańczą na niebie w dziwnym kręgu/cyklu, to dlatego, że tak chce Luken. Przecież na żadnym etapie nie ma w tym żadnej nauki. I nawet żadna realna hipoteza naukowa tego nie tłumaczy.

Co gorsza, w powierzchowności świata przedstawionego, w jego realiach, technice, procedurach, czy opisach, też u Ciebie tego prawdziwego science za bardzo nie widać (taki brak pomysłu naukowego przenikającego i determinującego fabułę, dobrze tuszował np. Gekikara w swojej „Planecie woda”, dbając o jakieś tam detale i opisy techniczne itp.)

Czytałeś może jakieś wspomnienia astronautów? Polecam Massimino, Peake, Kelly’ego. Naprawdę, trochę realnego, astronautycznego “mięsa” by się przydało wrzucić w taki kosmiczny tekst. 

A tak na marginesie – ja pisałem swoje „Dzieci Marii” na konkurs postlemowski i tam trafiały się różne gatunkowo opowiadania, była pełna dowolność, a moje opowiadanie zaliczam wręcz do soft s-f. Ty jednak pisałeś na konkurs stricte s-f, ze skrzywieniem na hard, na udział, w którym ja się nie zdobyłem, bo to, co wymyśliłem, było moim zdaniem za mało science. No a u Ciebie, jak wspomniałem, sam pomysł jest raczej „nienaukowy” i mocno rozmazany w szczegółach. A powierzchowność techniczna, fizyczna, technologiczna, futurologiczna jest z kolei baaardzo powierzchowna. Mamy jakieś lampki, diody, przepustnice, samoloty z wyciąganym radyjkiem i otwieracze do konserw, odpadające osłony, orbity i ciągi… A to jednak trochę mało. No ale nie jestem w jury PFFN i to tylko uwagi na marginesie. Jednak jako zwykłemu miłośnikowi s-f, też mi trochę przeszkadzały te uproszczone procedury, błyskające przyciski, lornetki w schowkach przy wolancie, gadki szmatki niemal nastolatków, a nie profesjonalnych astronautów (skoczkonautów). Nie ma tu niestety tego surowego mięcha naukowego, astronautycznego, kosmologicznego czy technicznego, które robi klimat rasowego s-f. 

Sam Skoczek to niby jakiś cud techniki, ale wciąż (chyba) prototyp z odpadającymi osłonami i bez narzędzi… Swoją drogą, kto by wysłał do innej galaktyki załogę zdaną tylko na siebie bez narzędzi? Mają na Skoczku kuchnię z otwieraczami do konserw [czemu nie kantynę lub mesę?] ale nie mają narzędzi? Mogą zatem w razie kłopotów ugotować na drugim końcu wszechświata gulasz lub pomidorową ;), ale usterki zagrażającej ich życiu nie usuną. 

Nie mają też sond, spektroskopów (powiesz, że mają, ale w tekście tego nie ma. I niby jakiś tam sprzęt badawczy działa w tle, ale co on robi poza tym, że szumi?). 

Właściwie cała praca załogi to w zasadzie oglądanie z daleka i nadawanie nazw nieznanym gwiazdozbiorom. A Skoczek pojawia się w nieznanej pustce międzygwiezdnej, z dala od planet, układów, gwiazd. Co zatem bada ten cały sprzęt, przez który statek jest aż „rozdęty aparaturą pomiarową”? Skład chemiczny próżni kosmicznej na drugim końcu kosmosu? Ten znamy w zasadzie nawet nieźle, nie ruszając się z Ziemi. Dlaczego nie wspominasz o jakichś teleskopach, radioteleskopach, spektometrach itd. żeby mogli chociaż przyjrzeć się z daleka tym obcym gwiazdom?

 

Wracając do pomysłu. Może najpierw zobaczmy jak nam Luken tłumaczy to wszystko w komentarzach:

[…] Konfiguracja gwiazd się zmienia, ale zmienia się w uporządkowany sposób. Tak, jakby Skoczek się nie przemieszczał, tylko przekształcał Wszechświat wokół siebie, zgodnie z jakąś regułą :) .

[…] sam fakt tego, że gwiazdy przemieszczają się w jakimś porządku, świadczy o tym, że nie ma w tym przypadkowości. 

[…] To są jakby różne Wszechświaty, ale każdy z nich jest jakimś dziwnym odbiciem oryginalnego. Po prostu kiedy myślimy o odbiciu, to myślimy o lustrze, czyli o odbiciu zerojedynkowym, albo jest, albo go nie ma. A co jeżeli jakiś rodzaj odbicia może być stopniowalny? Jeżeli można odbić otwartą rękę w połowie, to jakby wyglądała? Jakby była ustawiona bokiem? A co gdyby miała tylko trzy palce? A przy zbliżaniu się odbicia do 100%, uzyskiwała brakujące palce? W opowiadaniu odbicie jest tożsame z deformacją. To była centralna idea, która nie jest opisana wprost, tylko pokazana poprzez wydarzenia.

[…] Na tym etapie w zasadzie nie wiadomo gdzie wskakują. Odkrycie, że są to inne wszechświaty, nie jest na pewno żadnym istotnym przełomem i taka ewentualność mogła być znana obu pilotom. Przełomem jest wyłącznie to, w jakiej relacji te wszechświaty pozostają.

[…] Sami nie wiedzą co się dokładnie dzieje. Wiedzą tylko, że zmieniają miejsce pobytu, i że te miejsca nie są przypadkowe w niezwykły sposób.

 

A co nam o tychże skokach, kosmolokacjach, destynacjach, mechanizmach działania i hipotezie Drake'a opowiada w tekście?

 

[…] Przede wszystkim, w przypadku skakania między kosmolokacjami nie było mowy o żadnym locie. Naciskało się jedynie przycisk. […] Tak się nigdy nie stało, a wykonali razem już ponad setkę skoków. Również to, że nigdy nie wiedzieli, gdzie wskoczą, coraz bardziej dawało jej w kość. Początkowo czuła naturalny strach przed nieznanym, ale wszystkie kosmolokacje okazywały się niemal identyczne. Punkty w przestrzeniach międzygwiazdowych obcych galaktyk, znajdujące się z dala od czegokolwiek interesującego.

[…] Po zakończeniu procedury kontrolnej Walkiewicz wprowadziła do komputera pokładowego koordynatę nowej kosmolokacji.

[…] Obca galaktyka, przestrzeń międzygwiazdowa.

[…] Gdy Skoczek-1 tworzył lokalną mapę gwiazd i galaktyk, piloci nie mieli co robić. Obserwowanie dziewiczej sfery niebieskiej i wypatrywanie gwiazdozbiorów było jednym z ulubionych sposobów spędzania tego czasu przez Drake’a.

[…] Zauważyłem pewien wzorzec w gwiazdozbiorach kolejnych kosmolokacji, które odwiedziliśmy. Zobrazowałem to przy pomocy symulatora, którego Skoczek używa do analizy porównawczej tworzonych map.

[…] Patrzyła, jak gwiazdy podróżują po sferze niebieskiej i zajmują nowe miejsca, odzwierciedlając sklepienia kolejnych odwiedzanych przez nich kosmolokacji. Każda gwiazda pokonywała trochę inną odległość, dlatego niebo za każdym razem wydawało się zupełnie inne, ich reguły przemieszczania były jednak stałe. Walkiewicz natychmiast się rozbudziła.

[…] – Nikt nie wpadł na to, żeby porównać między sobą więcej niż dwie kosmolokacje, bo to, na zdrowy rozum, nie powinno mieć sensu. Zauważyłaś coś jeszcze?

– Zmiana perspektywy powoduje, że gwiazdy przemieszczają się względem… miejsca skoku. To niemożliwe.

[…] – Czy my nieświadomie używamy jakiegoś… generatora wszechświatów? – zapytała cicho. – Przecież to niemożliwe, żeby w dowolnym momencie ich gwiazdy były zawsze tak samo przesunięte względem siebie.

– I co się dzieje z naszym, kiedy go opuszczamy? Jest specjalny, czy też jest tylko jednym z wielu? – Drake dorzucił swoje własne pytanie.

– Co stworzyło ten generator… – wyszeptała.

– Ale to nie wszystko – powiedział Drake, odbierając laptopa. – Kontynuowałem symulację dla kolejnych koordynat: tych, których jeszcze nie odwiedziliśmy. Szukałem takiej, która byłaby najbliżej jakiejś gwiazdy i okazało się, że one zataczają koło. 121928 zawiera dokładnie ten sam układ gwiazd, który widzimy z Ziemi, a to znaczy, że ma obok odpowiednik…

– Słońca…

[…] – Na razie nie możemy wrócić, nie mamy jak z kimkolwiek się skontaktować i nie jesteśmy właściwie wyposażeni do tego, przed czym tu stoimy. Wyniki kolejnych skanów będą zupełnie przewidywalne, chyba…

– …że wskoczymy do tej koordynaty – dokończyła, na co Drake skinął głową.

– Moglibyśmy w końcu zbadać jakiś system z bliska – powiedział.

– A co jeżeli okaże się, że wróciliśmy do Układu Słonecznego?

– To niemożliwe. Trudno mi to teraz wyjaśnić, ale z fizyki Skoków wynika, że dwie koordynaty nie mogą prowadzić do tego samego miejsca. Z tego samego powodu, dla którego różne współrzędne nie mogą wskazywać na to samo miejsce w przestrzeni euklidesowej.

[…] Pomimo tego, że oboje wkraczali w nieznane, to nie dawał po sobie poznać żadnego strachu. Nowy wszechświat był dla niego jak nowe miasto.

 

Czyli sumując to wszystko, można powiedzieć w skrócie, że bohaterowie skakali w nieznane, korzystając z jakichś współrzędnych przygotowanych przed misją i wprowadzanych do urządzenia umożliwiającego skoki, pojawiali się w jakimś zupełnie nieznanym ludzkości i sobie miejscu, gdzie oczywiście gwiazdozbiory wyglądają inaczej i obco (w zasadzie to trzeba było, patrząc z owego punktu w pustce kosmicznej powymyślać dopiero gwiazdozbiory, doszukując się w układzie obcych gwiazd jakichś znajomych kształtów). A było tych kosmolokacji całe multum. Z rozmów bohaterów i wyjaśnień autora wynika również, że to były inne galaktyki, do tego w innych wszechświatach, ale zawsze ten sam punkt w pustce międzygwiezdnej każdego z tych innych wszechświatów, względem którego otaczające go obce skupiska gwiazd przesuwały się nierównomiernie, ale zarazem według jakiegoś zauważalnego schematu, co zasugerowało bohaterowi, że owe skupiska gwiazd przesuwają się właśnie względem owego punktu, w którym znajduje/pojawia się Skoczek, na podstawie czego bohaterowie wydedukowali, że to sam napęd/mechanizm skokowy być może tak wpływa na otoczenie, czyli układ wszystkich gwiazd w kolejnych wszechświatach, co z kolei doprowadziło do podejrzenia, że ten mechanizm może wręcz generuje te wszechświaty powstające wokół Skoczka, gdy on się gdzieś wynurzy. Czyli on albo skacze do wszechświata, który potem się zniekształca w wyniku jego pojawienia, lub skacze do miejsca, którego wcześniej nie ma, ale powstaje w momencie gdy pojawia się w nim Skoczek…

 

Na potwierdzenie tego, że coś z tymi wszechświatami jest nie tak, mamy także inną Ziemię, która wygląda jak z obrazu surrealisty albo dziecięcego kalejdoskopu. 

Ale tylko na lotnisku… bo przez lornetkę widać normalne farmy solarne, z lotu ptaka można nawet rozpoznać Burges, ale już na samej płycie lotniska cuda się dzieją. Autor wyjaśnia (ale znow tylko w komentarzach) to tym, że im bliżej znajduje się obserwator (albo sprawca deformacji) jakiegoś obiektu, tym ten obiekt/otoczenie bardziej się deformuje. Ale już w kwestii całego wszechświata ta zasada nie obowiązuje…

A może to tylko obserwator widzi taką zniekształconą rzeczywistość, a ona sama w sobie i dla siebie zniekształcona nie jest? Ale nie, o tym nie ma w tekście nawet jednego słowa, więc nie komplikujmy.

A teraz moje wątpliwości. 

Skoro oni skakali dotąd jedynie w jakieś nieznane i przypadkowe miejsca w obcej i odległej pustce międzygwiezdnej (inna galaktyka, ba! inny wszechświat!), to skąd nagle sobie ot tak, bez najmniejszego problemu skoczyli na inną Ziemię? Tzn. ja rozumiem, że w tym opowiadaniu wystarczyło jedynie wpisać jakieś tajemnicze koordynaty i pstryk skaczesz, gdzie chcesz, ale wygląda na to, że Drake sobie na kolanie (laptopie) policzył ileś tam współrzędnych na jakieś symulacji nierównomiernych ruchów gwiazd w masakrycznie wielu wszechświatach, w których jeszcze nie byli, i wyszło mu, że na tej kosmicznej karuzeli, po iluś tam obrotach, numer 121928 ma obok ewentualnego punktu pojawienia się Skoczka gwiazdę w pobliżu i układ gwiazd w jej otoczeniu podobny do tego widzianego z Ziemi, ale stwierdził, że to nie będzie Ziemia, tylko inna… Ziemia.

No i dlaczego w takim razie przez wszystkie dotychczasowe skoki lądowali w pustce wśród zupełnie obcych gwiazd, w innych galaktykach innego wszechświata? To znaczy, że wszystkie te wszechświaty były zupełnie nierozpoznawalne, inne, może zdeformowane (chociaż podobno deformacja się nasilała w miarę zbliżania do obiektu, a tu działa doskonale w skali kosmologicznej), to jak on znalazł jakiś wszechświat niemal identyczny w obserwacji z tego punktu z naszym kosmosem? Czy on sobie przesuwał na ekranie gwiazdy i mu wyskakiwały współrzędne skoku, jakie należało wprowadzić do magicznej machiny, czy odwrotnie – wpisywał jakieś współrzędne wszechświatów, których jeszcze nie widział na oczy (i nawet powinien nie wiedzieć o ich istnieniu, tym bardziej że to podobno dopiero skok je tworzył, jak zasugerował autor w komentarzach) i mu się pokazywały gwiazdy w kolejnych konfiguracjach? I czym były te współrzędne, potrzebne do skoku? Ustawieniami maszyny? Itd. Itd. Normalnie cuda.

No i jeszcze pytanie – czy np. numer 121927 albo 121929 różniły się aż tak znacząco od 121928? Bo jak się domyślam, naukowcy na Ziemi, którzy opracowywali i znajdowali te współrzędne, za punkt/układ odniesienia mieli swój świat, znany kosmos, może Ziemię, Układ Słoneczny, Drogę Mleczną chociaż, ale już skakanie z nieznanego miejsca w kolejne nieznane miejsce wymaga chyba ustalenia jakiegoś punktu znanego w tym pierwszym nieznanym miejscu, żeby można było skakać dalej bez wracania każdorazowo na Ziemię. I nie zasłonisz się chyba matematyką i stwierdzeniem, że to wszystko było w jakichś tam obliczeniach? Pamiętaj też, że nam tu przemycasz hipotezę, że te wszechświaty dopiero powstawały w wyniku skoku, ale zanim do tego doszło miały już swoje współrzędne…

I może to jest jakaś tam tajemnica niedopowiedziana, ale przede wszystkim zdaje się, że jest ona pozbawiona logiki, więc żadna to w sumie tajemnica.

Nie pytam już nawet, skąd bohaterowie (i naukowcy) wiedzieli, że nie skaczą po prostu w baaardzo odległe zakątki naszego poczciwego wszechświata, bo pewnie w domyśle mamy zakładać, że naukowcy chyba wiedzą, gdzie wysyłają pilotów (czyli do innych wszechświatów), chociaż oczywiście okazuje się potem, że chyba jednak wcale nie wiedzą, ale pilot Drake wpadnie na to z użyciem laptopa i więcej niż dwóch widoków skupisk gwiazd z kosmolokacji, które rozpoznał na oko (z ziemi widać kilka tysięcy gwiazd gołym okiem przy dobrej pogodzie, z punktu w pustce kosmicznej… dużo więcej). 

Ok, ale ja nie o tym. Jak zatem ustalali te współrzędne, niezaistniałych jeszcze wszechświatów owi naukowcy (spoko, zasłaniasz się matematyką, ale na zasadzie magicznej różdżki)? I jak bohaterowie, przebywając w obcym kosmosie i innej galaktyce tego kosmosu, do którego trafili zupełnie przypadkowo i losowo mogli ustalać jakiekolwiek współrzędne czegokolwiek? Jak można z nie wiadomo gdzie dotrzeć gdziekolwiek, bez charakterystycznych punktów orientacyjnych w zasięgu, jakichkolwiek punktów czy układu odniesienia? Twoim punktem odniesienia jest przypadkowy punkt w zupełnie nieznanym miejscu obcego wszechświata, który prawdopodobnie dopiero powstał, wokół którego obracają się obce gwiazdy obcej galaktyki (ani razu nie wspominasz, że oni zobaczyli cokolwiek znajomego, np. Drogę Mleczną wśród innych galaktyk, Wielką Pustkę czy chociaż Wielki Atraktor). 

Inna sprawa. Jak niby mechanizm skoków generował owe wszechświaty? Znasz rozmiary znanego wszechświata? Ilość materii różnego rodzaju w nim zawartej? Ilość energii? Nie odwołujesz się nigdzie do mechaniki kwantowej, co mogłoby Ci niejako pomóc (nie będę podpowiadał), bo jak mi teraz w komentarzu napiszesz, że to chodziło o pewne hipotetyczne zjawiska opisywane w mechanice kwantowej, nie zająknąwszy się o tym w tekście, to ja wysiadam. Więc w zasadzie niby jak to się obywało. Bez mechaniki kwantowej, która nie takie cuda wymyśla, jak to sobie można wyobrazić? Jakiej energii by to wymagało!? Na pewno energia napędu, wygaszenie elektroniki i wyłączenie wentylacji by nie wystarczyło ;)

Ok, nie będę dalej drążył.

Podsumowując. Może Ty, Lukenie, masz to wszystko w jakimś mglistym zarysie w głowie i cały ten krąg kosmolokacji wydaje Ci się przemyślany, ale chyba nikt z czytelników tego nie do końca nie skumał (zerkam właśnie na wcześniejsze komentarze i chyba mam rację). 

A to było serio takie proste? Zwyczajnie sobie skakali do innych galaktyk i wszechświatów, a potem pilot Drake sobie zasymulował cały (???) odwiedzony wszechświat, potem tysiące kolejnych i mu wyszło, że te galaktyki w tym ogromnym wszechświecie i następnych układają się i kręcą wokół jakiegoś Słońca i Ziemi w innej Drodze Mlecznej, której nawet z pozycji owych odległych kosmolokacji nie widzieli? Ja tego nie kupuję. 

To musiałaby być niewyobrażalnie potężna energia zdolna wytworzyć całe nowe wszechświaty przy każdym skoku… No i rzuca ich w jakieś nieznane miejsca, ale jak trzeba znaleźć Ziemię czy Ziemię bis, to pilot Drake sobie zaraz od ręki wylicza na kolanie (laptopie), wpisuje współrzędne i skaczą, gdzie chcą…

 

Idźmy dalej. Z treści opowiadania wynika, że urządzenie zbudowali ludzie, którzy chcieli stworzyć maszynę do skoków, a niechcący (albo może i chcący) stworzyli maszynę do generowania innych wymiarów/kosmosów. Tylko po co w takim razie pada we wspomnianej już rozmowie bohaterów, pytanie o to, kto to urządzenie zbudował (w domyśle, że może ktoś w innym wszechświecie? Inne wersje naukowców?) i czy wszechświat bohaterów jest oryginalnym, czy tylko jednym z wielu? Przecież w ich wszechświecie to powinno być oczywiste – to ludzcy inżynierowie z ich wymiaru zbudowali ten ich mechanizm/generator. A w innym pewnie jacyś inni, o ile postacie z obrazu kubisty potrafią budować cokolwiek. Tu nie ma co kombinować. Przecież nikt im go nie podrzucił. Jeśli jednak jakiś inny wszechświat i inna Ziemia są tymi oryginalnymi, a ich (Walkiewicz i Drake’a) jest zaledwie odbiciem, to dlaczego ten pierwotny świat bohaterów, z którego wyruszają, nie jest zniekształcony? Bo nie powiemy, że jest zniekształcony wobec jakiegoś innego, bliższego ideałowi, skoro nic o tym w tekście nie ma.

Po co zatem mieszać czytelnikowi w głowie takimi niedomkniętymi i rzuconymi mimochodem koncepcjami? Właściwie, podczas całej rozmowy, gdy Drake porównuje coś, odkrywa coś, czego nikt nie zauważył przed nim i powoli coś im tam się rozjaśnia, czytelnikowi nic się nie rozjaśnia i czytelnik nie ma pojęcia, o czym oni gadają, skąd i dlaczego wyciągają takie akurat wnioski itd. 

Zresztą ten generator to niejedyny wątek pojawiający się nagle i zostawiony bez wyjaśnienia. Bo czym były właściwie łuski? Jeszcze z jakimiś niby organicznymi wzorami? Pojawiają się nagle, robią zamieszanie i zanikają bez słowa o ich pochodzeniu itd. Ok, piszesz (w komentarzach), że to jednak pewnie te szczątki na orbicie, tylko słabo odwzorowane. Ale słabo odwzorowane to byłyby, powiedzmy, opiłki czy wióry metalu lub składników kompozytów, a nie łuski ze wzorem podobnym do organicznego. Nie widzisz tego? Rzucasz jakimś elementem sugerującym coś więcej poprzez wprowadzenie organicznego niby ornamentu, czytelnik się zastanawia, co to oznacza, a potem (niestety tylko w komentarzu) piszesz, że to przecież tylko źle odwzorowane szczątki.

Tak się po prostu nie robi. Wygląda zatem, jakby pojawiły się tylko po to, żeby wniknąć do filtrów i wnętrza statku i unieruchomić Skoczka. Nie można rzucać takimi strzelbami Czechowa bez konsekwencji. Nie można wyciągać z kapelusza potrzebnych bohaterom gadżetów (inna sprawa, że dziwacznych jak na misję kosmiczną). Nie można pisać, że Walkiewicz to kapitan statku w połowie opowiadania, gdy potrzebny jest zamiennik do jej nazwiska inny niż „kobieta” (też użyty dopiero w połowie tekstu chyba po raz pierwszy).

Kolejny porzucony wątek z choinki to zdeformowany ktoś na lotnisku. Skąd i dlaczego tam był, skoro ta Ziemia była cała pusta? I dlaczego siedział przy jakimś biurku? Nie była to bohaterka, bo ona się zaczęła duplikować, a nie deformować i to dopiero po jakimś czasie/przesunięciu. Mam wrażenie, że ten potwór pojawił się wyłącznie dla efektu i jego obecność nie ma żadnego innego uzasadnienia w fabule. Jeśli to jakiś zdeformowany człowiek z Kontroli Skoków, to powinno być takich potworów z kilka miliardów na tej Ziemi bis. A jeśli deformowała go bliskość Walkiewicz, to powinno być raczej dookoła pełno normalnie wyglądających ludzi, którzy się deformowali, gdy do nich się zbliżyła. Ale nie jeden rodzynek dla efektu!

 

Podsumowując. Mam wrażenie, że cała ta koncepcja czy pomysł główny opowiadania, czyli mechanizm skoków w inne wszechświaty, jakoś tam jaśniał w głowie autora, ale on sam nie całkiem go rozumiał i przemyślał, wiec pozostawił sporo niedomówień, unikał szczegółowych wyjaśnień, nie podomykał wątków, sam się zamotał nieco i nie potrafił go wiarygodnie i jasno przekazać czytelnikowi. I można oczywiście tłumaczyć się w ten sposób, (uderzając w skromność), że zabrakło umiejętności, żeby w pełni i klarownie zrealizować ową koncepcję w opowiadaniu. Ale ja tego nie łykam. Bo wystarczyło prostymi słowami wyjaśnić, o co autorowi chodziło z tymi wszechświatami, wymiarami, generatorem, ruchem gwiazd itd., choćby nawet w formie jakiegoś infodumpu. To nie jest mechanika kwantowa. Bo przecież to nie kto inny tylko Luken to wszystko wymyślił i właśnie Luken powinien być w stanie to jasno przedstawić odbiorcy.

A nie potrafił.

Czyli najpewniej sam nie rozumie do końca, co właściwie wymyślił. A my zostaliśmy z jakąś mglistą ideą, która trzeszczy, sypie się i nie domyka. Bo dla czytelników tekstu z takimi pomysłami oderwanymi od wszystkiego (nauki, logiki) jedyną instancją, do której mogą się odnieść, jest autor. A jeśli on zasłania się tym, że lubi tajemnice, że puentą tajemnic jest to, że są niejasne, że lubi otwarte zakończenia, to ja protestuję. Otwarte zakończenie może dotyczyć tego, że czytelnik ma sobie zinterpretować wydarzenia i znaleźć swoje rozwiązanie, że może różnorako zinterpretować zachowanie bohatera, albo nie dowiedzieć się, czy on przeżył, czy umarł itp.itd. Tajemnice mogą pozostać tajemnicami dla nieuważnego czytelnika, ale ten uważny powinien mieć szansę domyślić się ich rozwiązania, odnalezienia odpowiedzi w tekście itd. Ale nie może być tak, że autor na nic nie odpowiada, niczego nie tłumaczy i nie wyjaśnia, rzuca zagmatwane idee, które się nie trzymają kupy za bardzo i mówi pod tekstem – to tajemnica, nie będzie odpowiedzi i wyjaśnień, no bo tak. Lepiej jakby się przyznał, że mu się opowieść wyrwała spod kontroli, a pomysł rozjechał, chociaż był taki fajny z daleka, ale już nie w detalach).

A co do bohaterów, to nawiązując do Twojego komentarza pod moim tekstem – czy oni są jacyś szczególnie złożeni? Wielowymiarowi? Czy rozwijają się lub zmieniają w trakcie fabuły? Nie. Są bardzo nijacy i w sumie nawet niewiarygodni w swoich rolach. Ani to profesjonalni piloci sztandarowego projektu, ani wybitni naukowcy. Ani nawet zwyczajni piloci czy podrzędni naukowcy. Bo ze swoim zachowaniem na takich nie wyglądają za bardzo.

Od strony technicznej jest całkiem nieźle. Pomarudziłbym na kompozycję (końcówka trochę jednak gna, chociaż do limitu znaków miałeś jeszcze kilkanaście tysięcy znaków), zdarzają się zdania potworki – rozbudowane ponad miarę, niepotrzebnie skomplikowane, z podejrzanym szykiem. Przykładowe babolki wszelakiego rodzaju przytaczam poniżej.

Od strony językowej też jest poprawnie (może nawet więcej niż poprawnie, jest nieźle), chociaż przytrafia się tu i tam zaimkoza i jest sporo słów-śmieci typu: już, jedynie, jakiś itp., niektóre zdania zrzytają,. Ale dobra beta, redakcja, szlif i byłoby ok. Na pewno masz pomysły, nie idziesz na łatwizny, warsztat już całkiem niezły i z czasem będzie z tego fajne pisanie. A już przy pierwszy dłuższym opowiadaniu masz nomiancje i chmarę zadowolonych czytelników czyli są powody do zadowolenia. Gdybyś jeszcze dorzucił do s-f jakiś elementy science, byłoby cymuś.

A teraz troszkę uwag i sugestii w różnych sprawach:

 

Rozdęty aparaturą pomiarową kadłub długości boiska piłkarskiego ślizgał się po ścianach grawitacyjnej studni jak bobslej […] Nazwano je kosmolokacjami.

– zaczynasz dosyć ciężkim zdaniem, ale ja tu widzę dalekie echa pierwszego zdania z ”Niezwyciężonego” ;). Mamy poruszający się pojazd kosmiczny, kilka technicznych opisów i od razu wiemy jaki gatunek czytamy. Później jest nieco gorzej, serwujesz nam w sumie blok tekstu z suchym opisem i mało odkrywczym porównaniem (do łodzi).

Zakończenie takiego zapowiadającego atrakcje wstępu zdaniem: "Nazwano je kosmolokacjami" nieco mnie rozproszyło. Takie wstawki w filmach lub prozie służą często zapowiedzeniu czegoś niepokojącego, dramatycznego, cliffhangerowatego. A jeśli jest to jakaś nazwa (termin) to nazwa wiele mówiąca (np. A nazywali ich Człekożercami…). A u Ciebie mamy prosty, niedramatyczny termin i cały efekt jak krew w piach. No ale to już detale i tylko mój skrzywiony odbiór. Można to przecież odebrać inaczej.

 

Panel zawierający setki podświetlonych przycisków rzucał ciepłe światło na dwoje pilotów. Ukryci pod warstwą kompozytowego poszycia, mogli obserwować zewnętrzny świat jedynie przy pomocy kamer otaczających kadłub.

– kamery otaczały pokład? Pewnie chodziło o kamery zamontowane jakoś na kadłubie. Bo raczej nie krążyły na małych dronach wokół kadłuba? No i w takim razie musieli mieć w środku jakieś ekrany przekazujące obraz z kamer, a nie same lampki i diody.

 

Naciskało się jedynie przycisk. Umiejętność pilotażu potrzebna była jedynie w hipotetycznej sytuacji, w której warunki w kosmolokacji wymagałyby jakichś manewrów. 

– brzydkie powtórzenie.

 

Tak się nigdy nie stało, a wykonali razem już ponad setkę skoków. 

– lepiej brzmiałoby mniej kolokwialne: to się nigdy nie wydarzyło.

 

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

C.d. bo mi wywalało komentarz i urywało.

 

Również to, że nigdy nie wiedzieli, gdzie wskoczą, coraz bardziej dawało jej w kość. Początkowo czuła naturalny strach przed nieznanym, ale wszystkie kosmolokacje okazywały się niemal identyczne. Punkty w przestrzeniach międzygwiazdowych obcych galaktyk, znajdujące się z dala od czegokolwiek interesującego. Wydawało się, że strach ustępuje, ale tak naprawdę wślizgiwał się tylko do podświadomości. 

 

– wślizgiwał się, sugeruje jakiś trwający proces. Może lepiej: ale tak naprawdę ukrył się w podświadomości.

 

 

Gdy tylko dotarli na miejsce, 

 

– w zasadzie, skoro nie było żadnego lotu, to nie docierali na miejsce, tylko się w nim pojawiali/znajdowali/materializowali.

 

[…] wcisnął przycisk odsłonięcia kokpitu. Linie rozdzielające kompozyt od bezkresnej przestrzeni powoli rozsunęły się na boki, odsłaniając gwieździsty kosmobraz.

 

– szanuję próby tworzenia neologizmów, ale ten kosmobraz to chyba wymyślony na siłę. Owszem, kosmolokacje to może być określenie fachowe, na coś, czego nie ma obecnie (chociaż to też naciągane twierdzenie). Ale kosmobraz, jak rozumiem, zastępuje krajobraz w kosmosie? Nie wiem, czy występuje konieczność wymyślania określenia na coś, co można nazwać widokiem, obrazem, panoramą, scenerią, pejzażem, itp.

 

Obca galaktyka, przestrzeń międzygwiazdowa.

 

 – jak oni się orientowali w kosmosie i skąd wiedzieli, że to obca galaktyka w przestrzeni międzygwiazdowej? Galaktyka to ogromny obszar, wystarczy inny czas, inny punkt widzenia i ciężko stwierdzić czy to nasza galaktyka, czy obca. Owszem są pewnie jakieś punkty charakterystyczne np. Drogi Mlecznej, ale charakterystyczne głównie z punktu widzenia Układu Słonecznego. Jednak znaleźć się w pustce wśród setek miliardów gwiazd w zupełnie nieznanej lokalizacji i stwierdzić, że to inna galaktyka chyba to nie takie proste. Nie twierdzę, że to niemożliwe. Czepiam się tylko dlatego, że oni dopiero za chwilę uruchomią wielogodzinną procedurę skanu tworzącego lokalną mapę gwiazd i galaktyk.

 

Walkiewicz rozpoczęła procedurę skanu, trwającą zwykle kilka godzin. 

 

– procedurę skanu? Czyli skan po prostu?

 

Obserwowanie dziewiczej sfery niebieskiej i wypatrywanie gwiazdozbiorów było jednym z ulubionych sposobów spędzania tego czasu przez Drake’a.

 

– jakich znów gwiazdozbiorów? Gwiazdozbiorami nazywamy układ gwiazd utworzony przez ich rzutowanie na nasze niebo. Widzimy różne konstelacje w rzeczywistości odległych od siebie obiektów, obserwując niebo z Ziemi. Nawet dopatrujemy się w nich jakichś znajomych kształtów i nadajemy im nazwy. Słyszałeś pewnie o tym błędzie Lema ze wspomnianego już ”Niezwyciężonego”, gdy statek przechodził przez skrajny kwadrant gwiazdozbioru Liry, co jest oczywiście bez sensu. I tutaj pytanie – jaki jest sens nazywania grup gwiazd widzianych z punktu przestrzeni w jakiejś pustce międzygwiezdnej? Są tych kosmolokacji tysiące i z wszystkich tych punktów będą nazywali widoczne konstelacje?

 

Kobieta rozpięła pas, który został natychmiastowo wciągnięty przez fotel. Uniosła się w nieważkości, zgrabnie obróciła, odepchnęła od oparcia i opuściła kokpit, bezszelestnie sunąc w powietrzu.

 

– przed uniesieniem się w owej nieważkości i zgrabnym obróceniem, też musiała się odepchnąć od fotela, skoro już tak dokładnie opisujesz te czynności (z bliżej nieznanego mi powodu) w drodze po herbatę, jakby miały istotne znaczenie dla fabuły. Zaznaczając również, że bezszelestnie…

 

Gdy po paru minutach wróciła, Drake wciąż wpatrywał się w gwiazdy […] –Walkiewicz tak parsknęła podczas picia, że niechcący uwolniła kilka małych, oscylujących kropel.

 

– czy cała ta scena w tekście na 35 tys. znaków ma jakieś znacznie i cel?

 

Przypominało jej dzieciństwo. Prostsze czasy, kiedy nieprzywiązana do komunikatora, mogła być sam na sam z obserwowanymi chmurami. 

 

– czyli życie poza dzieciństwem spędziła przywiązana do komunikatora?

 

Choć bardziej abstrakcyjny charakter gwiazd dawał Drake’owi znacznie większe pole do popisu.

 

– niefortunne sformułowanie. Jakiż to abstrakcyjny charakter gwiazd masz na myśli (niż charakter chmur?) i dlaczego gwiazd, a nie układów gwiazd, o które tu przecież chodzi. Pojedyncza gwiazda niczego bardziej złożonego raczej nie przypomina.

 

 

Jego twarz wyglądała inaczej niż zwykle. Nie było w niej zwyczajnej beztroski.

 

– dwa nieładne sformułowania. Po pierwsze na twarzy, a nie w twarzy (w niej), a po drugie trzeba coś dodać do tej zwyczajnej, (może: zwyczajnej dla niego zwyczajnej), bo teraz to wygląda, jakby chodziło o jakąś zwyczajną beztroskę, w odróżnieniu od niezwyczajnej beztroski.

 

 

Walkiewicz słyszała bicie swojego serca i ciężkie oddechy. W jej przypadku nerwowy, w Drake’a: podekscytowany. Przypominało jej to ich pierwszy skok, podczas którego to Drake był kapitanem. Pomimo tego, że oboje wkraczali w nieznane, to nie dawał po sobie poznać żadnego strachu. Nowy wszechświat był dla niego jak nowe miasto. Budziło to jej podziw, jednak decyzji o skoku nie podjęła ze względu na Drake’a – czuła, że to sobie miała coś do udowodnienia.

 

– przykładowy fragment cierpiący na zaimkozę.

 

Osadzone na amortyzatorach przeciążeń fotele płynnie się przechyliły, wywołując wrażenie, że statek przewrócił się na bok. 

 

– w stanie nieważkości? Nie sądzę. Masz na myśli jakie wrażenie? Widok na ekranach im się przechylił? W sumie problem w tym, że nic nie wspominasz, że już ten skok się dokonał. Ja dalej siedzę w pustce międzygwiezdnej przed skokiem, a im się coś przechyla na boki…

 

Jednocześnie połowa osłony kokpitu, znajdująca się po stronie Drake’a, została oderwana. Przez nagle odkrytą szybę zobaczyli otuloną chmurami, niebieską powierzchnię planety, pojawiającą się i znikającą z pola widzenia pod wpływem obrotów Skoczka.

 

– robi się jeszcze ciekawiej. Jak już napisałem, nie wspomniałeś nic, że oni dokonali skoku, tylko że przed skokiem elektronika (i wentylatory?) jest wyłączona. Potem coś w nich wali, oni się przechylają (mają takie wrażenie), osłona odpada, są już w atmosferze, a tak naprawdę nie mogą mieć wrażenie przechyłu na bok, bo Skoczek się obraca, czyli kręci.

 

Gdy tylko elektronika wróciła do życia, silniki stabilizujące zareagowały automatycznie, powstrzymując dalsze obroty. 

 

– czyli dokonali skoku i wlecieli w atmosferę planety bez całej elektroniki?

 

Walkiewicz odepchnęła przepustnicę i Skoczek gwałtownie wyskoczył do przodu. 

 

– sprawdzałeś, co to jest przepustnica? To, upraszczając sprawę, zazwyczaj jakiś zawór. Więc skrót myślowy, „odepchnęła przepustnicę” nieco mnie rozbawił. Może odepchnęła jakąś dźwignię sterującą przepustnicą? Wajchę? Drążek? 

 

Walkiewicz odepchnęła przepustnicę i Skoczek gwałtownie wyskoczył do przodu. Po kilku sekundach lotu w stronę gwiazd uderzenia zaczęły cichnąć, aż w końcu całkowicie ustały.

 

– zaraz, zaraz. Lecieli na otuloną chmurami powierzchnię planety, ale jak Skoczek wyskoczył do przodu, to nagle lecieli w stronę gwiazd? Coś nie tak z precyzją tego opisu. te osłony były na przedzie? Na bokach? Mijali tę planetę? Wchodzili pod kątem w atmosferę? Brakuje precyzji w opisie sytuacji i stąd moje zagubienie.

 

Walkiewicz odetchnęła z ulgą, po czym, kierowana impulsem, gwałtownie pochyliła się nad wskaźnikami. Żaden nie sugerował awarii.

 

– rozumiem, że gwałtowne odpadnięcie osłony nie było uznane za awarię.

 

Komputer przejął kontrolę. Najpierw zmierzył rozmiar i grawitację planety, po czym obliczył parametry lotu potrzebne do zajęcia orbity. Następnie obrał kurs i zaczął przyspieszać. 

 

– z Twoich opisów wynika, że Skoczek poza tajemniczym urządzeniem do skakania, posiadał jakieś silniki rakietowe (przepustnice, nic nie wycieka itd.) zdolne do latania na orbity, wyrywania się z siły przyciągania planety itp. Rozumiem, że miał zatem jakieś spore zbiorniki paliwa? Ale w zasadzie to on nie latał raczej, tylko skakał, i jak do tej pory skakał w pustkę międzygwiezdną? Hmm. wiem, że się zasłaniasz tym, że nigdzie nie napisałeś, że to tylko statek kosmiczny. Ale tez nie napisałeś nigdzie, że to stół do bilarda albo żelazko.

 

Załoga mogła spokojnie przyjrzeć się błękitnej powierzchni przez otwór po brakującej osłonie.

 

– otwór to nie jest najszczęśliwsze określenie. Odpadła osłona, więc zostało odkryte okno/bulaj/szyba kokpitu po stronie Drake’a. Część okna, część szklanej pokrywy kabiny, kokpitu itp.

Ale ja o czymś innym chciałem. Tym razem oni odlatują na orbitę, oddalając się od planety. Ale wciąż ją sobie oglądają przez okno po stronie Drake’a. Gdybyś gdziekolwiek wspomniał, że oni lecieli jakoś równolegle do powierzchni, albo że to okno było z boku kadłuba, byłoby mi o wiele łatwiej orientować się w przestrzeni i widokach zza tego okna.

 

Kobieta dostrzegła coś między chmurami i wyciągnęła z bocznego schowka staroświecką lornetkę, będącą na standardowym wyposażeniu statku. 

 

– oni lecą ciągiem na orbitę i sobie coś między chmurami oglądają i tak beztrosko gadają? Nie ma żadnego przeciążenia wbijającego w fotel? Itp.? No i ta lornetka… Skaczą w pustkę międzygwiezdną i standardowym wyposażeniem statku jest staroświecka lornetka trzymana w bocznym schowku kokpitu Skoczka? A czemu nie astrolabium? Ja tutaj parsknąłem. 

No i latają w kabinach ukrytych pod osłonami, mają zestaw kamer, „otaczających” kadłub i świat na zewnątrz widzą na ekranach (o których nie wspominasz niestety), ale potem odpada osłona, zostaje naga szybka i sobie przez nią lukają na obce planety przy użyciu lornetki ze schowka. To trąci jakimś pastiszem.

 

Następnie opuścił fotel, stanął na szczeblu drabinki biegnącej po podłodze w stronę tylnej części kadłuba i, znajdując się pod wpływem sztucznej grawitacji, stworzonej przez rozpędzającego się Skoczka, zaczął po niej schodzić.

 

– po pierwsze to nie odbywa się w tak prosty sposób. O mamy sobie przyspieszenie, bo lecą na orbitę zwiększając ciąg, to pewnie mamy grawitację i facet będzie się teraz po drabinie wspinał. Nie napisałeś niestety, o jaką orbitę chodzi, ale lot z powierzchni Ziemi na orbitę umożliwiająca stały obieg np. wahadłowca trwa niecałą godzinę, między innymi dlatego, że trzeba tłumić silniki, żeby nie przekroczyć 3 g. Osiągnięcie prędkości orbitalnej wymaga kolejnego „dopalania” silnikami manewrowymi. Tam nie ma kiedy łazić po drabinkach. 

Poza tym ten opis na temat grawitacji jest sztucznym infodumpikiem a samo zdanie ma dziwną i przerośnięta konstrukcję.

 

Walkiewicz natychmiast domyśliła się, dokąd zmierzał. Na wyposażeniu statku znajdował się lekki samolot kosmiczny, nazywany potocznie „Bzykiem”, posiadający własne radio. 

 

– nie lubię, jak i w czasie fabuły wyskakują z kapelusza przydatne autorowi i bohaterom gadżety. To zwyczajne chciejstwo i lenistwo autora. Potrzebna lornetka? Oczywiście jest na standardowym wyposażeniu w podręcznym schowku (zamiast zooma na ekranie), potrzebny samolot? Oki, zaraz sobie czytelnik powiększy w myślach Skoczka o hangar z samolocikiem i po sprawie. Dobrze, że nie lądowali na środku oceanu, bo pewnie w podstawowym wyposażeniu Skoczka znalazłby się batyskaf „Gucio”.

 

– Nie możemy – zaprzeczył tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Do zainicjowania skoku potrzebna jest energia z silnika.

 

– serio? A nie było tak, że przed skokiem wszystko było wyłączone (nawet wentylatory) i panowała taka cisza, że ani autor, ani czytelnik nie miał bladego pojęcia, że już skok nastąpił?

 

Ta informacja była jak uderzenie młotem. Żołądek podszedł jej do gardła, a na dłoniach poczuła skraplający się pot. 

 

– jak to skraplający? To on wcześniej był w stanie gazowym? Chodzi o to, że się robiły z niego krople, a wcześniej wypływał ze skóry? No ale skraplanie oznacz coś innego: zmianę stanu skupienia. 

 

Pamiętała, że mieli jeszcze „Bzyka”, który umożliwiał ewakuację w ostatniej chwili, ale bez Skoczka, nie mogliby liczyć na powrót, a ciągle nie rozumieli, dlaczego nie mogą się z nikim skontaktować.

 

– a np. na ewakuację nie w ostatniej chwili Bzyk już nie pozwalał? Masz tutaj: mieli, umożliwiał, mogliby, mogą i bardzo skomplikowane i brzydkie konstrukcyjnie zdanie. Śmiało można rozbić na trzy.

 

Przez chwilę widziała swojego towarzysza za szybą, przyglądającego się zerwanym mocowaniom zgubionej osłony. Zwróciła uwagę na pot gromadzący się na jej rękach i karku. 

 

– napisałeś to tak, że czytelniki myśli w pierwszej chwili, że ona widząc kolegę przyglądającego się mocowaniom, zwraca uwagę na pot na rękach. I karku… Poza tym jak się zwraca uwagę na pot gromadzący się na karku? Znaczy poczuła chłód? Wilgoć? Wzięła dwa lusterka z podręcznego schowka?

 

Zwróciła uwagę na pot gromadzący się na jej rękach i karku. W nieważkości nie spływał, lecz kumulował się w przylepionych do ciała kroplach, poleciała więc do swojej kabiny, żeby go wytrzeć.

Gdy kończyła zbierać z ciała resztkę wilgoci, kątem oka dostrzegła ruch. 

 

– sporo miejsca poświęciłeś potowi. A samo zdanie “gdy kończyła zbierać z ciała resztkę wilgoci” opisujące wycieranie się jakimś ręcznikiem to już wyższa szkoła wodolejstwa.

 

Kropla? Po bliższej inspekcji okazał się nią być błyszczący metalicznie przedmiot, przypominający łuskę. 

 

– to nie była kropla, tylko łuska. Więc nie mogła się okazać kroplą.

 

Walkiewicz chwyciła go między palce i dobrze mu się przyjrzała. 

 

– znaczy palcami go chwyciła…

 

Miał na sobie przypadkowo ułożone, płytkie bruzdy o niemal organicznym charakterze. Nie miała pojęcia, skąd mógł pochodzić. 

 

– on miał, ona nie miała.

 

Nie przypominał żadnej części statku ani niczego znajomego, więc skłonił ją do uważnego rozejrzenia się po kabinie. 

 

– zaczynam wierzyć, że ów przedmiot przypominający łuskę obdarzony był osobowością. Przypominał (łuskę), okazał się, miał na sobie, nie przypominał (części statku), skłonił ją itd.

 

– Chyba wiem, co się stało – powiedział cicho, a jego twarz zaczęła wyrażać nadzieję. – Jeżeli wskoczyliśmy do chmury tych łusek, to znaczy, że część z nich skończyło w kadłubie Skoczka.

 

– raczej część z nich „skończyła”. Poza tym co to znaczy, że jego twarz zaczęła wyrażać nadzieję? Ten proces był długotrwały? Jaki był finał tego procesu? Co się stało z jego twarzą, gdy już przestała zaczynać wyrażanie nadziei i już po prostu wyrażała tę nadzieję?

 

– Układ paliwowy bezpośrednio po skoku działał. Przestał dopiero po jakimś czasie, a nic nam nie wycieka. Jakieś łuski musiały się znaleźć w zbiornikach paliwa – stwierdził z wyraźnym podekscytowaniem, a po chwili dodał: – Być może wystarczy wyczyścić filtry!

 

– czyli jednak zbiorniki paliwa, lotnego lub ciekłego. Napęd rakietowy. Coś ten Skoczek przestaje być takim zwykłym skoczkiem do skoków między kosmolokacjami, a zaczyna przypominać jeszcze bardziej zwykłą rakietę z tandetnymi osłonami na marnych mocowaniach. Kto to dopuścił do latania w kosmosie i skakania do nieznanych galaktyk?

 

– To będziemy musieli lądować, ale nawet nie wiemy, czy możemy tu przeżyć.

[…]

– W takim razie powinnam polecieć do Kontroli Skoków i spróbować się z nimi skontaktować – stwierdziła Walkiewicz. – Jakby mogli dostarczyć nam te narzędzia…

 

– no przecież. Nie wiadomo czy tam się da żyć na tej planecie wyglądającej jak Ziemia z chmurami łusek w atmosferze, ale nic nie szkodzi na przeszkodzie, żeby odwiedzić kontrolę lotów i załatwić narzędzia…

 

Drake pokiwał głową.

– Możesz spróbować – zgodził się. – Weź Bzyka, 

 

– dobrze, że jej powiedział, bo przecież mogłaby wziąć „Gucia” albo spadochron.

 

[…] tylko pamiętaj, żeby wrócić przed ośmioma godzinami. – A po chwili dodał: – I bądź ostrożna. Planeta wygląda znajomo, z orbity widzimy ludzkie struktury, ale nie jesteśmy u siebie. Musi być jakiś powód, dla którego nasze radia nie działają. Postaraj się nikogo nie dotykać i bądź w skafandrze. Na wszelki wypadek.

 

– zaraz, zaraz. To inny wymiar, inny wszechświat, i jego rada dla kobiety lecącej na ten znajomy, ale raczej obcy świat, na którym żyją jakieś milczące istoty, brzmi: nie dotykaj nikogo? 

 

Po tym, gdy usiadła, jeszcze raz upewniła się, że komunikacja radiowa z Drake’em działa bez zarzutów. 

– bez zarzutu. Zarzuty mogłyby się pojawić gdyby komunikacja została o coś oskarżona.

 

Następnie, uświadomiwszy sobie, że samolot przecież też może być uszkodzony, przeprowadziła na nim najdokładniejszą kontrolę w swoim życiu. 

 

– uświadomiwszy… Potworna forma. No i po co to „na nim”. Zresztą, jaką ona mogła przeprowadzić kontrolę? Na przykład do sprawdzenia filtrów potrzebne były zdaje się narzędzia, których nie mieli. Silniki rozkładała na części? Bo chyba nie sprawdzała systemów ostrzegających przed awarią? Ze Skoczkiem tego nie robili…

 

Dla Walkiewicz nie ulegało wątpliwości, że rozciąga się pod nią powierzchnia nie jakiejś obcej planety, lecz Ziemi.

 

– koszmarny szyk zdania.

 

Wybrzeże Portugalii powoli wynurzające się zza horyzontu, znała tak dobrze, że była w stanie je bezbłędnie narysować z pamięci. 

 

– ile godzin trwała ta kontrola skoro zamiast wybrzeża Australii ona teraz widzi Portugalię?

 

Nie będąc pewna […]

 

– potworek.

 

Nie pamiętała, kiedy ostatni raz pilotowała samolot przy wejściu w atmosferę. 

 

– ogólnie samoloty to właśnie latają w atmosferze, to co lata wyżej lub ląduje spoza atmosfery to promy, wahadłowce, lądowniki, pojazdy kosmiczne albo… samoloty kosmiczne. Z raz mogłeś napisać, ze to kosmiczny samolot, bo to nie jest popularny i znany powszechnie pojazd.

 

Choć często podróżowała na orbitę i z powrotem, to zawsze polegała na autopilocie. Ręczne sterowanie zostało praktycznie wyparte z tej procedury; ślad po nim został jedynie na kursach i w książkach.

 

– wyparte? Całe to zdanie chrzęszczy i zgrzyta.

 

Po chwili wahania ruszyła.

 

– wystartowała?

 

Zataczając kółka: raz szybując w stronę celu, a raz lecąc w przeciwnym kierunku w celu wytracenia prędkości, wypatrywała śladów życia. 

 

– nie no użycie słowa „cel” w dwóch znaczeniach w jednym zdaniu nie przejdzie.

 

Gdy dolatywała do lotniska Kontroli Skoków, Skoczek ponownie znalazł się w zasięgu.

 

– tutaj warto dodać, że zasięgu radia Skoczka.

 

– Właśnie kończę otwierać jeden panel przy pomocy otwieracza do konserw. Dasz wiarę, że takie coś było w kuchni? – zapytał żartobliwie. – Gdzie jesteś?

 

– nie ma narzędzi, ale jest lornetka i otwieracz do konserw? Ok, może żartował, ale skoro nie miał narzędzi, to chyba jednak nie żartował. 

 

Nawet jeżeli nie odbierają mojego transpondera, to chyba sprawdziliby co leci?

 

– co do nich leci, co to leci, co nadlatuje…

 

Zbliżyła się do lotniska, na którym operowała Kontrola Skoków. Nigdy na nim nie była, bo Skoczek startował z innego miejsca, więc wyszukała w komputerze aktualną specyfikację kręgu nadlotniskowego. […] Gdy zniżyła lot, jej uwagę przykuła biegnąca obok autostrada A36, która była kompletnie pusta. Pierwszy raz ją taką widziała. 

 

– nigdy nie była na lotnisku związanym z jej pracą, ale była na biegnącej obok autostradzie i rozpoznawała miasta z lotu ptaka? Strasznie to wygodne dla autora.

 

Podjechała samolotem pod wieżę kontroli lotów, z której operowała również Kontrola Skoków, a która sprawiała wrażenie opuszczonej i jakby… przechylonej?

 

– czyli Kontrola Skoków najnowocześniejszego kosmicznego projektu technologicznego mieściła się na cywilnym lotnisku dla samolotów? Hmm… Na samym końcu wspominasz jeszcze, że ich obowiązuje zachowanie tajemnicy, czyli projekt jest w pewnym stopniu tajny… Taki tajny, że latają/skaczą z komercyjnego lotniska w kosmos??? 

 

Następnie wyruszyła w kierunku budynku wieży.

 

– czyli po prostu w kierunku wieży?

 

W połowie drogi Walkiewicz spojrzała w bok i uświadomiła sobie, że krajobraz się zmienił – betonowa płyta ciągnęła się teraz po horyzont. 

 

– bo tak normalnie to przez pół drogi szła wpatrzona w punkt przed sobą, nie widząc niczego po bokach?

 

Obejrzała się w stronę samolotu, lecz wciąż był na swoim miejscu, gotów do odlotu, więc przyspieszyła kroku w stronę najbliższego budynku, czując narastający lęk. 

 

– czyli tam były inne budynki? Czy chodzi o budynki wieży? To może poszła w stronę najbliższej wieży, najbliższej kopii wieży itp.? Poza tym rozumiem, że dopiero od pewnego punktu na swojej drodze zaczęła widzieć ten efekt powielonych wież?

 

Chciała uciec z tego niezrozumiałego miejsca, lecz mogła to być jej jedyna szansa na jakiś kontakt z ludźmi.

 

– nazwanie jakiegoś miejsca niezrozumiałym nie brzmi najlepiej. 

 

– Jest tu ktoś?! – krzyknęła, próbując przebić się przez oszklenie hełmu. 

 

– przebić się? Brzmi, jakby waliła w to oszklenie kilofem.

 

 

[…] albo raczej miała wiele wzorów, chaotycznie przeplatających się bez żadnego porządku. 

 

 – masło maślane.

 

Prawe ramię miała spojone z tułowiem, przedramię wyrastało jej prosto z biodra. Dłonie miały różną ilość palców. 

 

– za dużo miała i miały.

 

Gdy opuściła budynek, we wbudowanym w skafander radiu usłyszała głos Drake’a:

 

– dotąd gdy posługiwała się radiem, dawaliśmy sobie radę bez informacji, gdzie wbudowane było owo radio. Poza tym czemu nie w było wbudowane w hełm?

 

Kapitan zaczęła się ponownie rozpędzać, chcąc być pierwszą, lecz w połowie drogi została dogoniona.

 

– o! Dosyć późno dowiadujemy się, że to ona była kapitanem. Nic na to nie wskazywało. Poza tym powyższe zdanie z tym ponownym rozpędzaniem, chcąc być pierwszą, została dogoniona, brzmi kulawo. Po co te zmiany strony z czynnej na bierną i jakieś imiesłowy czy inne diabelstwa?

 

Poczuła pchnięcie. Zdążyła złapać mijającego ją napastnika za rękę i pociągnąć za sobą na ziemię. Zaczęli walczyć. Pod szklaną osłoną obijającą się o jej hełm, ujrzała przerażoną twarz.

Swoją twarz.

 

– przecież wiemy, że to ona w innej wersji, od początku tej sceny. Żadnego zaskoczenia. Dziwi tylko nazywanie kobiety (przecież chyba widać było, że to kobieta w takim samym skafandrze i hełmie?) napastnikiem i używanie formy „zaczęli” zamiast zaczęły.

 

Pod wpływem adrenaliny, używając niemal nadludzkiej siły, podniosła się na jedno kolano i odepchnęła napastniczkę, powalając ją. 

 

– hę? Walczy z kopią siebie, kimś o identycznej sile i musi używać nadludzkiej niemal siły, żeby podnieść się na jedno kolano i odepchnąć napastniczkę? Poza tym jak ona się znalazła w takiej pozycji, że musiała wstawać na kolano, bo nic nie napisałeś o przebiegu walki? Zresztą, powalono ja chyba na plecy, to jak ona na to kolano wstawała? Zginały jej się do tyłu? Bo za chwilę się obraca. Czyli była dalej twarzą zawrócona do góry i tak wstawała na jedno kolano? 

 

Uderzyła głową o przeszklenie hełmu i straciła przytomność. 

 

– nie wierzę za bardzo, że można się walnąć od środka w szybkę hełmu i stracić przytomność. Uderzyła o podłoże hełmem tak? I jednocześnie głową o szybę, która to szyba uderzyła w podłoże? Bo uderzyć w szybę hełmu na własnej głowie, którego opór polega na sztywności naszego własnego kręgosłupa, to by była wyższa szkoła jazdy.

 

 Gdy doszła do siebie, leżała na plecach. 

 

– czyli nieprzytomna się obróciła znów na plecy?

 

Kobieta wyłapywała kątami oczu kształty mijanych samolotów, ale bała się obrócić głowę.

 

– i znowu. W celu uniknięcia powtórzeń wrzucasz nagle pod koniec tekstu kapitan albo kobietę. To nie wygląda dobrze. Albo stosuj te wymienniki od początku, albo używaj imienia i nazwiska na przemian.

 

Mogła wyłączyć jedynie to w skafandrze. Samolotowe można było jedynie wyciszyć. 

 

– jedynie i jedynie.

 

W końcu złapała urządzenie za uchwyt i wyrwała z deski rozdzielczej.

 

– no jasne. Bo to są takie wyciągane radyjka jak w samochodach. 

 

Luk ani śluza nie chciały się otworzyć. 

 

– luk to może być właz albo komora, śluza to też może być zapora albo komora. Tutaj to wygląda jakby to samo, albo jedna część drugiego nie chciała się otworzyć.

 

Przyłożyła hełm i krzyknęła. 

– w próżni dźwięk się nie niesie za bardzo…

 

Po kilku minutach, w środku pojawił się zaskoczony Drake i otworzył luk. Walkiewicz wleciała, zostawiając samolot na zewnątrz.

 

– to ten luk był w kokpicie? Chyba nie bardzo. No bo piszesz, że Drake pojawił się w kokpicie i otworzył luk.

Po przeczytaniu spalić monitor.

C.d.

 

Usiadł posłusznie i skoczyli.

 

– tak od razu? Wcześniej to wymagało pewnych przygotowań i czasu.

 

Gdy elektronika statku obumarła, za odkrytą szybą nastała ciemność. 

 

– wcześniej elektronika gasła przed skokiem nie po.

 

Walkiewicz wstała z fotela, ignorując gesty sprzeciwu Drake’a, i zbliżyła się do szyby. Bezpośrednio przed sobą ujrzeli, rozświetlony światłem skafandra, tył obcego statku. Dopiero po chwili dotarło do nich, że jest to Skoczek-1.

 

– to tamci drudzy oni, chyba wcześniejsi, nie powinni też ich zauważyć? I jak oni tak cudownie trafiają na samych siebie w kosmosie? Wrócili dokładnie w to samo miejsce przestrzeni, w którym już byli?

 

 

We francuskim Reims, w sekretariacie Biura Bezpieczeństwa Europy panowała nerwowa atmosfera. Damian Drake w swobodnym, sportowym ubraniu, pochylał się nad okienkiem i pytał urzędnika stanowczym tonem:

 

– pytał to w takim kontekście forma czasu teraźniejszego, dlaczego nagle zmieniasz czas w narracji?

 

– Szanowny panie, ile razy mam panu powtarzać, że nie ode mnie to zależy? – zapytał urzędnik. – Mówiłem, że to standardowe reguły kwarantanny.

 

– a czemu oni tak sobie panują?

 

– Z jakiej racji odcina się ją nawet od kontaktów z rodziną?

 

– dziwaczne brzmi to zdanie przez to „nawet”.

 

– Standardy są różne, w zależności od przypadku.

 

– standardy? Skąd wyjechał nagle z tymi standardami?

 

Drake wyszedł i trzasnął za sobą drzwiami. Wsiadł do sportowego samochodu i ruszył w stronę miejsca, gdzie od dzieciństwa znajdował ukojenie.

 

– kto tak mówi, że rusza w stronę miejsca, gdzie coś tam? Po prostu jedzie się w to miejsce, do tego miejsca, a nie w stronę tego miejsca.

 

Zaparkował pod lasem. Wysiadł, wspiął się na pobliskie wzgórze, usiadł na trawie i czekał na gwiazdy. W pobliżu nie było większych miast – zanieczyszczenie świetlne było niskie, więc szybko zaczęły się pojawiać. 

 

– pobliskie, w pobliżu… Poza tym gubisz podmiot. Wychodzi na to, że miasta zaczęły się szybko pojawiać.

 

 

Czy odkryty przez niego wzór powtarzał się dla kolejnych koordynat? Ciągle tkwiło mu w głowie to, co wydarzyło się bezpośrednio po powrocie i zdaniu raportu przez Ewelinę. Dlaczego nie chciała mu go pokazać? Dlaczego nie pozwolono jej opuścić ośrodka badań? W głowie echem niosły mu się ostatnie słowa, które usłyszał tuż przed jej odizolowaniem. O tym, że czuje się, jakby nie była w swoim ciele. Jakby nie była sobą. Depersonalizacja jest częstym objawem zespołu stresu pourazowego. Czy dlatego nie powiedziała mu o zajściach na tamtej planecie?

 

– sporo tego mu i innych zaimków.

 

Koniec uwag.

 

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

@Zanais

Dzięki za to rozwinięcie. Jest bardzo pomocne :) .

 

@mr.maras

Cześć marasie i dzięki za komentarz. Nie wiem jak znalazłeś czas na jego napisanie, skoro ja ledwie znajduję czas na jego przeczytanie :) . Warstwę językową przeanalizuję sobie oddzielnie, odniosę się na razie do uwag pozajęzykowych.

U Ciebie zaś cała koncepcja ma raczej niewiele wspólnego z jakąkolwiek znaną powszechnie hipotezą (lub teorią) naukową i jest raczej całkowicie autorskim wymysłem Lukena, więc ciężko doszukiwać się w niej elementu „science”.

Naturze przekształcenia tego “pseudo-wszechświata” jest bliżej do teorii symulacji niż do teorii wielu wszechświatów. Dlatego Ewelina wspomniała o “generatorze Wszechświatów”, to była sugestia w tym kierunku. Tak jak napisałem w jednym z poprzednich komentarzy, to technicznie przypomina “glitch” w systemie, który nie psuje programu, ale sprawia, że zaczyna się on zachowywać nieprzewidywalnie.

Dziwią mnie zatem pojawiające się w komentarzach opinie typu „naszpikowanie tekstu koncepcjami naukowymi”, bo w tekście nie widzę żadnego naszpikowania prawdziwymi koncepcjami naukowymi, powiązanymi z prawdziwą fizyką, kosmologią, astronomią czy mechaniką kwantową (wszak nie odnosisz się i nie wyprowadzasz swojej koncepcji np. od hipotezy wieloświatu w interpretacji mechaniki kwantowej Everetta czy np. 11– wymiarów z M-Teorii).

Teoria symulacji to taka teoria jak każda inna. Bardziej metafizyczna niż fizyczna, ale to samo można powiedzieć o interpretacjach Everetta.

Przecież na żadnym etapie nie ma w tym żadnej nauki. I nawet żadna realna hipoteza naukowa tego nie tłumaczy.

“Jakaś” nauka jest – fikcyjna :) .

Co gorsza, w powierzchowności świata przedstawionego, w jego realiach, technice, procedurach, czy opisach, też u Ciebie tego prawdziwego science za bardzo nie widać (taki brak pomysłu naukowego przenikającego i determinującego fabułę, dobrze tuszował np. Gekikara w swojej „Planecie woda”, dbając o jakieś tam detale i opisy techniczne itp.)

Biorąc pod uwagę to, że jak sam wspomniałeś “Dziwią mnie zatem pojawiające się w komentarzach opinie typu „naszpikowanie tekstu koncepcjami naukowymi””, to przed kimś jednak to zatuszowanie mi się udało ;) . Ale dla mnie fikcyjna nauka to wciąż sci-fi, tylko operujące na wyższym poziomie abstrakcji. Możemy rozważać skutki istniejących teorii, ale wrota wyobraźni wywarza dopiero rozważanie skutków nieistniejących teorii.

Czytałeś może jakieś wspomnienia astronautów? Polecam Massimino, Peake, Kelly’ego. Naprawdę, trochę realnego, astronautycznego “mięsa” by się przydało wrzucić w taki kosmiczny tekst. 

Nie miałem okazji, ale jeżeli polecasz je jako źródło wartościowych informacji, to pewnie prędzej czy później je dziabnę.

Nie ma tu niestety tego surowego mięcha naukowego, astronautycznego, kosmologicznego czy technicznego, które robi klimat rasowego s-f. 

Przyznam, że sam nie lubię zbyt takiego “mięcha”, jeżeli nie służy niczemu poza budowaniem klimatu. Nawet pamiętam, że skrytykowałem “Planetę Wodę” Gekiego pod tym względem, bo z trudnością przez nią brnąłem. Bardziej interesują mnie historie.

ale usterki zagrażającej ich życiu nie usuną. 

Zależy jakiej usterki.

Dlaczego nie wspominasz o jakichś teleskopach, radioteleskopach, spektometrach itd. żeby mogli chociaż przyjrzeć się z daleka tym obcym gwiazdom?

Dobra uwaga. W zasadzie to jest miejsce, w którym można byłoby przemycić techniczną terminologię, bez infodumpowania. Postaram się o tym pamiętać następnym razem :) .

No i dlaczego w takim razie przez wszystkie dotychczasowe skoki lądowali w pustce wśród zupełnie obcych gwiazd, w innych galaktykach innego wszechświata? To znaczy, że wszystkie te wszechświaty były zupełnie nierozpoznawalne, inne, może zdeformowane (chociaż podobno deformacja się nasilała w miarę zbliżania do obiektu, a tu działa doskonale w skali kosmologicznej), to jak on znalazł jakiś wszechświat niemal identyczny w obserwacji z tego punktu z naszym kosmosem? Czy on sobie przesuwał na ekranie gwiazdy i mu wyskakiwały współrzędne skoku, jakie należało wprowadzić do magicznej machiny, czy odwrotnie – wpisywał jakieś współrzędne wszechświatów, których jeszcze nie widział na oczy (i nawet powinien nie wiedzieć o ich istnieniu, tym bardziej że to podobno dopiero skok je tworzył, jak zasugerował autor w komentarzach) i mu się pokazywały gwiazdy w kolejnych konfiguracjach? I czym były te współrzędne, potrzebne do skoku? Ustawieniami maszyny? Itd. Itd. Normalnie cuda.

Jeżeli Skoczek na podstawie pomiarów zapisywał trójwymiarowy obraz bieżącej galaktyki, to może dało się go podejrzeć z laptopa. Jeżeli Skoczek przechowywał obrazy galaktyk z poprzednich skoków to do możliwości wyświetlenia ich jeden po drugim nie jest już tak daleko (być może można to zautomatyzować jakimś wcale nie skomplikowanym skryptem). Podobnie jak do określenia ile takich “skoków” jest potrzebnych do zrobienia pełnego “obrotu”, bo do tego potrzebne są tylko odległości kątowe – bardzo prosta matematyka.

To są rzeczy, które miałem gdzieś tam w głowie podczas pisania, ale nie zakomunikowałem ich, bo uznałem, że nie trzeba. Niektórzy piszą za dużo i potem tną, a ja mam wrażenie, że piszę za mało i muszę dopisywać. Komentarze do tego tekstu są bardzo cenne, bo pomagają mi nad tym pracować.

No i jeszcze pytanie – czy np. numer 121927 albo 121929 różniły się aż tak znacząco od 121928? Bo jak się domyślam, naukowcy na Ziemi, którzy opracowywali i znajdowali te współrzędne, za punkt/układ odniesienia mieli swój świat, znany kosmos, może Ziemię, Układ Słoneczny, Drogę Mleczną chociaż, ale już skakanie z nieznanego miejsca w kolejne nieznane miejsce wymaga chyba ustalenia jakiegoś punktu znanego w tym pierwszym nieznanym miejscu, żeby można było skakać dalej bez wracania każdorazowo na Ziemię. I nie zasłonisz się chyba matematyką i stwierdzeniem, że to wszystko było w jakichś tam obliczeniach? Pamiętaj też, że nam tu przemycasz hipotezę, że te wszechświaty dopiero powstawały w wyniku skoku, ale zanim do tego doszło miały już swoje współrzędne…

No i jeszcze pytanie – czy np. numer 121927 albo 121929 różniły się aż tak znacząco od 121928? Bo jak się domyślam, naukowcy na Ziemi, którzy opracowywali i znajdowali te współrzędne, za punkt/układ odniesienia mieli swój świat, znany kosmos, może Ziemię, Układ Słoneczny, Drogę Mleczną chociaż, ale już skakanie z nieznanego miejsca w kolejne nieznane miejsce wymaga chyba ustalenia jakiegoś punktu znanego w tym pierwszym nieznanym miejscu, żeby można było skakać dalej bez wracania każdorazowo na Ziemię. I nie zasłonisz się chyba matematyką i stwierdzeniem, że to wszystko było w jakichś tam obliczeniach? Pamiętaj też, że nam tu przemycasz hipotezę, że te wszechświaty dopiero powstawały w wyniku skoku, ale zanim do tego doszło miały już swoje współrzędne…

I może to jest jakaś tam tajemnica niedopowiedziana, ale przede wszystkim zdaje się, że jest ona pozbawiona logiki, więc żadna to w sumie tajemnica.

Program ma ikonę uruchamiającą, jeszcze zanim zostanie uruchomiony.

Ok, ale ja nie o tym. Jak zatem ustalali te współrzędne, niezaistniałych jeszcze wszechświatów owi naukowcy (spoko, zasłaniasz się matematyką, ale na zasadzie magicznej różdżki)?

Nawet jeżeli chciałoby mi się wymyślać sposób ustalania tych współrzędnych i całą otaczającą je fizykę, jak Tolkien historię Śródziemia, to infodump na ten temat uznałbym za szkodliwy. No bo co by to dało w kontekście całej historii?

Inna sprawa. Jak niby mechanizm skoków generował owe wszechświaty? Znasz rozmiary znanego wszechświata? Ilość materii różnego rodzaju w nim zawartej? Ilość energii? Nie odwołujesz się nigdzie do mechaniki kwantowej, co mogłoby Ci niejako pomóc (nie będę podpowiadał), bo jak mi teraz w komentarzu napiszesz, że to chodziło o pewne hipotetyczne zjawiska opisywane w mechanice kwantowej, nie zająknąwszy się o tym w tekście, to ja wysiadam. Więc w zasadzie niby jak to się obywało. Bez mechaniki kwantowej, która nie takie cuda wymyśla, jak to sobie można wyobrazić? Jakiej energii by to wymagało!? Na pewno energia napędu, wygaszenie elektroniki i wyłączenie wentylacji by nie wystarczyło ;)

To była teoria Eweliny :) . A czy Twój komputer wytwarza energię potrzebną do działania? Jakakolwiek fikcyjna fizyka nie wydaje mi się na tyle interesująca, żeby ją rozwijać do poziomu wiarygodnego dla pasjonatów tej dziedziny. Bardziej interesująca jest realna, w przypadku fikcyjnej, istotne wydaje mi się tylko to, co służy fabule. Koncept tu polega na dobrej woli czytelnika. Jeżeli ktoś nie lubi tego rodzaju fikcji, to trudno.

Podsumowując. Może Ty, Lukenie, masz to wszystko w jakimś mglistym zarysie w głowie i cały ten krąg kosmolokacji wydaje Ci się przemyślany, ale chyba nikt z czytelników tego nie do końca nie skumał (zerkam właśnie na wcześniejsze komentarze i chyba mam rację). 

Tzn. to, że ktoś nie “rozumie” mechaniki skoków, nie jest dla mnie niczym zaskakującym, bo jej celem nie było być być zrozumiałą, tylko wręcz puentą było być niezrozumiałą w intrygujący sposób. Jeżeli jednak wpłynęło to komuś negatywnie na czytanie tekstu, to znaczy, że albo słabo ukryłem jego szwy, co na pewno do pewnego stopnia wystąpiło, albo ktoś nie lubi fantastyki w takich miejscach.

To musiałaby być niewyobrażalnie potężna energia zdolna wytworzyć całe nowe wszechświaty przy każdym skoku… No i rzuca ich w jakieś nieznane miejsca, ale jak trzeba znaleźć Ziemię czy Ziemię bis, to pilot Drake sobie zaraz od ręki wylicza na kolanie (laptopie), wpisuje współrzędne i skaczą, gdzie chcą…

W sumie odniosłem się już do tego.

Po co zatem mieszać czytelnikowi w głowie takimi niedomkniętymi i rzuconymi mimochodem koncepcjami? Właściwie, podczas całej rozmowy, gdy Drake porównuje coś, odkrywa coś, czego nikt nie zauważył przed nim i powoli coś im tam się rozjaśnia, czytelnikowi nic się nie rozjaśnia i czytelnik nie ma pojęcia, o czym oni gadają, skąd i dlaczego wyciągają takie akurat wnioski itd. 

Mieszanie w głowie czytelnikowi to cała puenta tego pomysłu, dlatego biorąc to pod uwagę, jestem zadziwiony tym, że na początku napisałeś, że pomysł jest ciekawy :) . Spodziewałbym się, że w ogóle Ci się nie sposoba właśnie przez to, że jest z założenia swojego niewyjaśnialny i obliczony na mieszanie w głowie kosmologicznymi konsekwencjami, które zaprzeczają wszystkiemu co wiemy o Wszechświecie.

Zresztą ten generator to niejedyny wątek pojawiający się nagle i zostawiony bez wyjaśnienia.

To było przypuszczenie Eweliny. Umieszczając je w tekście, moim celem było skierować myśli czytelnika w stronę teorii symulacji.

Ok, piszesz (w komentarzach), że to jednak pewnie te szczątki na orbicie, tylko słabo odwzorowane. Ale słabo odwzorowane to byłyby, powiedzmy, opiłki czy wióry metalu lub składników kompozytów, a nie łuski ze wzorem podobnym do organicznego. Nie widzisz tego? Rzucasz jakimś elementem sugerującym coś więcej poprzez wprowadzenie organicznego niby ornamentu, czytelnik się zastanawia, co to oznacza, a potem (niestety tylko w komentarzu) piszesz, że to przecież tylko źle odwzorowane szczątki.

Nie jest wykluczone, że popełniłem tu błąd i coś innego lepiej by pełniło rolę tych szczątków. Niestety przy takim poziomie abstrakcji, czasami trudno jest przewidzieć wszystkie konsekwencje i błędne skojarzenia wywołane przez rekwizyty. Przynajmniej mi, jak się okazuje.

I można oczywiście tłumaczyć się w ten sposób, (uderzając w skromność), że zabrakło umiejętności, żeby w pełni i klarownie zrealizować ową koncepcję w opowiadaniu. Ale ja tego nie łykam. Bo wystarczyło prostymi słowami wyjaśnić, o co autorowi chodziło z tymi wszechświatami, wymiarami, generatorem, ruchem gwiazd itd., choćby nawet w formie jakiegoś infodumpu. To nie jest mechanika kwantowa. Bo przecież to nie kto inny tylko Luken to wszystko wymyślił i właśnie Luken powinien być w stanie to jasno przedstawić odbiorcy.

A nie potrafił.

Mam uczulenie na infodumpy :) . No, jeżeli szwy były zbyt widoczne, to nie potrafiłem.

Czyli najpewniej sam nie rozumie do końca, co właściwie wymyślił.

Zależy co rozumiesz przez “rozumie”, jeżeli rozumiesz przez to stworzenie jakiejś spójnej teorii naukowej, to to nie była nigdy moja ambicja i szalonym jest jej oczekiwać. Tekst był w dużej mierze inspirowany dziełami, które prezentują koncepcje w istocie niewyjaśnialne, jak film “Obcy” (biologia Obcego nie ma najmniejszego sensu, ale dlatego jest intrygująca) itp. Jeżeli szwy były widoczne, to uważam to za winę braku umiejętności, ale zawieszenie niewiary w takich tekstach też w pewnym stopniu zależy od czytelnika. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze udoskonalić tę formułę, bo na pewno będę z niej jeszcze korzystał.

A co do bohaterów, to nawiązując do Twojego komentarza pod moim tekstem – czy oni są jacyś szczególnie złożeni? Wielowymiarowi? Czy rozwijają się lub zmieniają w trakcie fabuły? Nie. Są bardzo nijacy i w sumie nawet niewiarygodni w swoich rolach. Ani to profesjonalni piloci sztandarowego projektu, ani wybitni naukowcy. Ani nawet zwyczajni piloci czy podrzędni naukowcy. Bo ze swoim zachowaniem na takich nie wyglądają za bardzo.

W moim tekście psychologia bohaterów jest drugorzędna, Twój się skupia na bohaterach :) . Każdy tekst ma swojego własnego konia pociągowego i mogą to być różne rzeczy.

Od strony technicznej jest całkiem nieźle. Pomarudziłbym na kompozycję (końcówka trochę jednak gna, chociaż do limitu znaków miałeś jeszcze kilkanaście tysięcy znaków), zdarzają się zdania potworki – rozbudowane ponad miarę, niepotrzebnie skomplikowane, z podejrzanym szykiem. Przykładowe babolki wszelakiego rodzaju przytaczam poniżej.

Od strony językowej też jest poprawnie (może nawet więcej niż poprawnie, jest nieźle), chociaż przytrafia się tu i tam zaimkoza i jest sporo słów-śmieci typu: już, jedynie, jakiś itp., niektóre zdania zrzytają,. Ale dobra beta, redakcja, szlif i byłoby ok. Na pewno masz pomysły, nie idziesz na łatwizny, warsztat już całkiem niezły i z czasem będzie z tego fajne pisanie. A już przy pierwszy dłuższym opowiadaniu masz nomiancje i chmarę zadowolonych czytelników czyli są powody do zadowolenia. Gdybyś jeszcze dorzucił do s-f jakiś elementy science, byłoby cymuś.

Dziękuję za to optymistyczne zakończenie :) . Na razie moje pisanie ciągle jest w fazie eksperymentów. Ba, tekst który napisałem z myślą o tegorocznym konkursie PFFN, był oryginalnie ćwiczeniem z charakteryzacji, które się rozwinęło do 50k znaków. Na pewno gdzieś na mojej liście ćwiczeń jest napisanie jakiegoś tekstu bardziej “science”.

Uwagi językowe po cichu sobie przeanalizuję.

 

Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy w gronie nominowanych ;) .

Łukasz

Miałeś zapewne na myśli hipotezę symulacji, teoria to coś innego i w sumie coś więcej, więc o żadnej teorii symulacji nie ma mowy. Czytałem "Nasz matematyczny wszechświat" Tegmarka i szczerze mówiąc, poza tym, że nazywasz swój pomysł jakimś matematyczną symulacją ja w tekście nie widzę żadnych zbieżności z Matematyczną Hipotezą Wszechświata Tegmarka. On sugeruje, że wszechświat jest strukturą matematyczną, ale na tej samej zasadzie można napisać opowiadanie, w którym ludzie po wypiciu oranżady arbuzowej zamieniają się w kolokupinki smerdowate orbitujące w brzabżalach. A gdy ktoś zapyta, gdzie tu jest science fiction odpowiedzieć, że to jest zgodne z zamysłem autora jedna z symulacji matematycznych wszechświata zgodna z hipotezą symulacji. Po prostu nie dajesz nam żadnych sygnałów, nie powiązujesz swojej opowieści z tymi hipotezami, poza rzuconą mimochodem uwagą bohaterki o jakimś generatorze. Od generatora do Tegmarka wciąż daleko. 

Niestety pisanie science fiction na tym nie polega moim skromnym zdaniem. Zwłaszcza hard sf. A przecież we wstępie napisałeś o swoim opowiadaniu: Dosyć rzadki okaz, bo sci-fi z elementami horroru, hard sci-fi i fantastyki jednocześnie (wiem, wiem, przeczytaj to się przekonasz).

Dla ułatwienia posłużę się kilkoma prostymi definicjami z Wikipedii, każdy może tam zajrzeć, sprawdzić. Są w sumie godne z powszechnymi definiacjami gatunku.

"Fantastyka naukowa (ang. science fiction, w skrócie sci-fi lub SF) – gatunek literacki o fabule osnutej na przewidywanych osiągnięciach nauki i techniki oraz ukazującej ich wpływ na życie jednostki lub społeczeństwa. W świecie przedstawionym utworów nie występują elementy cudowności, a także przestrzega się zasad prawdopodobieństwa

Hard science fiction (pol. twarda fantastyka naukowa) – podgatunek fantastyki naukowej kładący nacisk na naukę i technologię, uwzględniający wiele szczegółów technicznych. 

Hipotezy z hard SF oprócz szczegółowego opisu zwykle są zgodne (nie zaprzeczają) obecnemu (z czasu powstania dzieła) stanowi wiedzy, w szczególności dotyczy to wiedzy z fizyki czy biologii. Są więc hipotezami, które mogą być prawdziwe i mogą być nawet podejmowane w dyskusjach akademickich. Wielu pisarzy hard SF nie wybiega bardzo w przyszłość i stawia problemy w ramach istniejącej wiedzy i możliwości technicznych (np. klonowanie, podróże międzyplanetarne, eksploracja oceanów). 

 

Jak zatem widzisz Twoja awersja do “mięcha” technicznego, naukowego itp. niestety oddala Twoje pisanie od prawdziwej science fiction.

No i jeszcze w wewnętrznej logice Twojego pomysłu widzę wiele dziur. Na przykład skakanie z nieznanych lokacji do innych nieznanych lokacji. Gdyby ktoś zawiązał Ci oczy i wyrzucił Cię na środku oceanu, a na niebie nie widziałbyś żadnych gwiazd, nie znałbyś tamtejszych prądów i wiatrów itp., w życiu nie trafiłbyś stamtąd do innego punktu na oceanie. A przecież mówimy o skokach do innych wszechświatów… Nawet matematyka wymaga jakichś założeń, aparatu formalnego itp. U Ciebie mamy abstrakcyjne koordynaty do innych wszechświatów (losowe i porzypadkowe), które dopiero powstają w wyniku skoku. 

No i te Twoje wszechświaty dopiero powstawałyby w wyniku skoku. Więc mam tu problem z przyczyną i skutkiem. Takich dziur czy niewyjaśnionych/niewyjaśnialnych składowych wymieniłem więcej. Ja wiem, że tłumaczysz to sobie jakimś błędem systemu, ale o tym systemie, błędzie systemu, nie ma słowa w całym opowiadaniu. Mamy zatem opierać i wywodzić całe ulotne science w tym tekście na jednej uwadze bohaterki rzuconej w rozmowie?

 

“Jakaś” nauka jest – fikcyjna :) .

Ale to już nie jest science fiction, a już na pewno nie hard. 

 

Możemy rozważać skutki istniejących teorii, ale wrota wyobraźni wywarza dopiero rozważanie skutków nieistniejących teorii.

Mylisz pojęcia, Lukenie. Teoria to coś innego niż hipoteza. No i w Twoim opowiadaniu nie ma przecież żadnych teorii, istniejących i nieistniejących. Hipotez też nie ma. Jest tylko generator i niewyjaśnione zjawisko skoków w żaden sposób w tekście niepowiązane z Tegmarkiem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

@mr.marasie

Po prostu nie dajesz nam żadnych sygnałów, nie powiązujesz swojej opowieści z tymi hipotezami, poza rzuconą mimochodem uwagą bohaterki o jakimś generatorze. Od generatora do Tegmarka wciąż daleko. 

Możliwe, że wspomnienie wprost o hipotezie symulacji (dzięki za poprawienie) by tekstowi pomogło. To, że czasami miotam się między pchaniem informacji łopatą a byciem zbyt subtelnym, to też problem techniczny.

o fabule osnutej na przewidywanych osiągnięciach nauki i techniki oraz ukazującej ich wpływ na życie jednostki lub społeczeństwa.

To opko przewiduje odkrycie fikcyjnej technologii, która ma niespodziewane skutki dla życia oboje pilotów (przynajmniej). Wydaje mi się, że całkowicie spełnia tę definicję. Technologia nie musi być wyjaśniona. Wolę żeby rzeczy były niewyjaśnione, niż stosować technobełkot, który mnie drażni (a technobełkotliwe infodumpy to jeden z moich największych koszmarów). To co się dzieje dalej jest elementem czysto fantastycznym, dlatego rozumiem, że z “purystycznego” punktu widzenia, to nie jest czyste sci-fi, ale kategoryzacje mnie mało interesują. Pisałem w przedmowie, że opko ma trochę tego i tego.

Hard science fiction (pol. twarda fantastyka naukowa) – podgatunek fantastyki naukowej kładący nacisk na naukę i technologię, uwzględniający wiele szczegółów technicznych. 

Tym co skłoniło mnie do wspomnienia o hard sci-fi jest to, że techniczny sposób działania statku kosmicznego (silnika rakietowego) jest istotny fabularnie. Czy można to nazwać elementem hard sci-fi? Wydaje mi się, że tak i to nie jest element wyłącznie dekoracyjny. Natomiast sam nie nazwałbym całego opka hard sci-fi w żadnym wypadku. Dałem taki tag tylko dlatego, że jest na portalu tak mało hard sci-fi, że uznałem, że każdy mały element warto wyróżnić.

Jak zatem widzisz Twoja awersja do “mięcha” technicznego, naukowego itp. niestety oddala Twoje pisanie od prawdziwej science fiction.

Czyżbyś uważał, że znasz definicję “prawdziwego” sci-fi? :) Tak z ciekawości zapytam: Czytałeś “Trzy stygmaty Palmera Eldritcha” Philipa K. Dicka? A jeżeli tak, to uważasz tę książkę za sci-fi? Ona chyba w ogóle się nie łapie. :) Zresztą Dick w takim rozumieniu był daleko od sci-fi, bo w ogóle nie zawierał tego “mięcha”.

No i jeszcze w wewnętrznej logice Twojego pomysłu widzę wiele dziur. Na przykład skakanie z nieznanych lokacji do innych nieznanych lokacji. Gdyby ktoś zawiązał Ci oczy i wyrzucił Cię na środku oceanu, a na niebie nie widziałbyś żadnych gwiazd, nie znałbyś tamtejszych prądów i wiatrów itp., w życiu nie trafiłbyś stamtąd do innego punktu na oceanie. A przecież mówimy o skokach do innych wszechświatów… Nawet matematyka wymaga jakichś założeń, aparatu formalnego itp. U Ciebie mamy abstrakcyjne koordynaty do innych wszechświatów (losowe i porzypadkowe), które dopiero powstają w wyniku skoku. 

W zasadzie odniosłem się już dokładnie do tego samego argumentu wcześniej. To jest niewyjaśniona fizyka i trzeba z tym żyć, czy się podoba, czy nie. Natomiast każdy filozof (i teolog) wie, że wszystko można wyjaśnić, potrzeba tylko odpowiedniej ilości warstw abstrakcji, więc coś, co nie jest wyjaśnione, nie może być nielogiczne.

Łukasz

Tym co skłoniło mnie do wspomnienia o hard sci-fi jest to, że techniczny sposób działania statku kosmicznego (silnika rakietowego) jest istotny fabularnie. Czy można to nazwać elementem hard sci-fi? Wydaje mi się, że tak i to nie jest element wyłącznie dekoracyjny.

W Star Warsach “skoki w nadprzestrzeń”, w Star Treku “beam me up”, a w Stargate brama z jej techniką też są istotne fabularnie i nie są tylko elementami dekoracyjnymi, a jednak żadna z tych technologii nie spełnia wymagań hard science fiction i SW nikt raczej zresztą nie nazwie sf, SG chyba też nie, choć oczywiście są tam wątki nawiązujące do gatunku, ST się chyba najczęściej zdarza, ale to tak naprawdę space opera, która nie musi być sf, a już zupełnie nie musi być hard sf, choć oczywiście może.

http://altronapoleone.home.blog

Z tego co pamiętam, to te osłony mają ograniczać „interferencję czasoprzestrzenną”, cokolwiek by to miało znaczyć, ale pierwszy prototyp ich nie miał.

Prototyp z założenia jest pierwszy ;)

Fajne :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka