- Opowiadanie: Krokus - Turkawki na cmentarzu

Turkawki na cmentarzu

Tekst zrodził się z inspiracji tekstem piosenki Kultu – Umarł mój wróg:

“Wczoraj umarł mój wróg, jedyny mój przyjaciel”

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Turkawki na cmentarzu

Komisarz Kazimierz Wiśniewski skręcił w bramę Cmentarza Osobowickiego. Dudnienie trzewików o bruk spłoszyło siedzące na gołych gałęziach ptaki.

Kazimierz rozejrzał się ponad grobami. „Szlag! Jest siódma rano w poniedziałek, co tu robią te stare baby?!” – pomyślał. A może właśnie doświadczał rozwiązania odwiecznej zagadki: co emerytki i rencistki robią w każdy ranek, w godzinach szczytu, w komunikacji miejskiej? Jak widać, jadą na cmentarz. Irytowała go ich obecność, ale szybko się opamiętał. Może jedyne bliskie im osoby są właśnie tu, na cmentarzu? Wściekłość minęła, miał tylko nadzieję, że żadna nie będzie się kręcić w tamtej alejce.

Grób znalazł dopiero po kilkunastu minutach. Spośród innych wyróżniał się połyskiem i fakturą szarego kamienia: znak, że pomnik postawiono niedawno i nie szczędzono nań gotówki. Kazimierz zatrzymał się i rozejrzał dookoła. Żadnej żywej duszy w zasięgu wzroku, nie ma co zwlekać. Popatrzył na nagrobek. Zwlekał.

Wyciągnął paczkę mocnych z kieszeni, włożył papierosa do ust, przysłonił dłonią. Drugą trzymał zapalniczkę, zakręcił krzesiwem raz, drugi, trzeci. Posypały się iskry, potem przekleństwa komisarza. W kieszeni znoszonego palta wygrzebał drugą zapalniczkę. To samo. Dopiero trzecia buchnęła płomieniem i końcówka papierosa rozżarzyła się na pomarańczowo, a dym wypełnił płuca Kazimierza. Ten rozkaszlał się i znów uśpione poniedziałkowym porankiem ptaki załopotały skrzydłami.

Palił w milczeniu. Patrzył tępo w epitafium: „Czas ucieka, wieczność czeka”; ponad cytatem widniało imię i nazwisko, data urodzenia i śmierci. Byli rówieśnikami, ale Witold Konarski od pół roku nie podbijał już licznika przeżytych dni. Komisarz dopalił do samego filtra i czym prędzej zakurzył kolejnego papierosa. Ze świstem wypuścił dym z płuc i sięgnął do wewnętrznej kieszeni palta. Wyciągnął szklaną piersiówkę, do połowy wypełnioną czarnym proszkiem. Serce zabiło mu mocniej. Przyglądał się zawartości przez porysowane ścianki i kłęby wypuszczanego nosem dymu.

Gdy dopalił papierosa, zaklął pod nosem i wysypał trochę czarnego proszku na rękę. Wysmarował nim wszystkie płyty nagrobka, ze szczególnym uwzględnieniem imienia i nazwiska nieboszczyka, tak jak mu kazała Cyganka spod Dworca Nadodrze. A potem miał czekać, więc czekał. Usiadł na wkopanej tuż obok grobu niewielkiej ławeczce, mogącej pomieścić co najwyżej dwie osoby. Albo jedną Cygankę z Nadodrza. Odpalił trzeciego mocnego i oparł łokcie o kolana.

Po grobie, który teraz wyglądał, jakby nikt się nim nie opiekował od kilku lat, nagle przebiegły cienie. Kazimierz spojrzał w górę, na szare, jednolite niebo. „Szlag! Co tu się dzieje?”. Czuł pulsujące skronie. Cienie odpłynęły i grób znów lśnił nowością. Po czarnym proszku nie było już śladu.

Wstrzymał oddech. Za plecami usłyszał kroki. To był z pewnością dźwięk eleganckich, męskich butów, nie żadnych babcinych botków, czy kozaków. Zesztywniał. Nie miał odwagi się odwrócić. Przybysz zatrzymał się tuż obok. Blisko. Bardzo blisko.

– Dzień dobry, panie komisarzu – powiedział nieco egzaltowanym tonem Konarski. – Proszę samemu przyznać, że fakt, iż mój wieczny odpoczynek zakłóca właśnie pan, zakrawa na dość ponury żart. Z drugiej strony to nie pierwszyzna, gdy mąci pan mój spokój. Rad byłbym, gdyby mi pan wyjaśnił powód swego najścia.

Kazimierz nie odpowiedział. Spojrzał na przybysza i przeszły go ciarki. Wyglądał tak, jak się spodziewał, tak jak zapamiętał go z pogrzebu. Czarny garnitur z białą poszetką w brustaszy i czerwonym makiem w butonierce, a na nogach czarne, wciąż lśniące oxfordy. Zawstydził się swoim znoszonym, kilkunastoletnim paltem i niedoczyszczonymi trzewikami ze sztucznej skóry.

Witold Konarski, do niedawna król wrocławskiego półświatka, nie czekał na odpowiedź, tylko przysiadł się do komisarza. Ten w końcu się przemógł:

– Przyszedłem… przyszedłem ci wygarnąć, co o tobie myślę. – Zawiesił głos. – Dwadzieścia pięć lat, siedemdziesiąt trzy przesłuchania, trzydzieści cztery nakazy rewizji, trzy tymczasowe aresztowania, jedna rozprawa sądowa, zakończona uniewinnieniem, po to tylko byś zszedł na zawał! – Zakończył już niemal krzykiem.

Duch Konarskiego milczał przez chwilę.

– „Ci”, „tobie”, „ty”. Przyznam, że łączyła nas niezwykła i osobliwa zażyłość, ale z przykrością stwierdzam, że nigdy nie mówiliśmy sobie po imieniu.

– Przepraszam – zmieszał się Kazimierz. – Ja…

– Proszę nie przepraszać, nie obraził mnie pan, co najwyżej… zaskoczył.

Siedzieli przez chwilę w milczeniu. W końcu duch wyciągnął otwartą dłoń do policjanta.

– Witold.

Komisarz podniósł brwi i patrzył w dłoń, jak żywą, przed sobą.

– Kazimierz.

Spróbował uścisnąć rękę rozmówcy, ale jego prawica przecięła powietrze w miejscu, gdzie powinna napotkać skórę Konarskiego. Wzdrygnął się.

– Teraz ja przepraszam, choć takim mnie tu przywołałeś. – Uśmiechnął się duch. – Zatem przychodzisz i mówisz do mnie liczbami, acz mniemam, że to nie o liczby chodzi. Wzbiera we mnie ciekawość.

Mierzył komisarza ciekawskim wzrokiem. Kazimierz patrzył znów na nagrobek, zaciągnął się i wypuścił chmurę szarego dymu.

– Twoi synowie… Oni nie są tacy jak ty. Razem z tobą zniknął spokój na mieście. – Zaciągnął się. – Najpierw grupa Niskiego chciała zagarnąć Borek. W ruch poszły maczety, była też strzelanina. Nikt już nie rozmawia, nie ma półśrodków, są egzekucje. To miasto zamienia się w piekło.

Witold żachnął się.

– Co ty możesz wiedzieć o piekle?

Kazimierz popatrzył na niego zaskoczony.

– Przychodzisz do mnie i skarżysz na moich synów – powiedział duch, nie czekając na odpowiedź. – Sam przyznaj, czy wypada mówić umarłemu takie rzeczy? – Zamilkł na chwilę. – Nie poświęciłem synom wiele czasu, nie byłem dobrym ojcem. Nie przygotowałem ich też na przejęcie interesów.

Komisarz zamknął oczy i pokręcił głową.

– Oni nie mają zasad, nie trzymają się ich od początku. Tu już nie będzie lepiej, musieliby przyznać się do błędu. Przyznałeś się kiedyś przed nimi do błędu?

Duch nie odpowiedział. Obaj w milczeniu słuchali budzącego się po weekendzie miasta. Szum samochodów niósł się od Mostu Milenijnego, na Osobowickiej zadryndał tramwaj.

– Wtedy, w Piwnicy Świdnickiej – powiedział po chwili Kazimierz – myślałem, że… ten nalot, aresztowanie, to było niepotrzebne. Przepraszam.

Spodziewał się, że duch go wyśmieje, skarci, nakrzyczy, wszak wtedy sądził, że udaremnia dużą transakcję na czarnym rynku, a jak się okazało, przeszkodził w świętowaniu urodzin bratanka Konarskiego.

– To już brzmi jak spowiedź – odpowiedział duch, mierząc rozmówcę zaniepokojonym wzrokiem.

Komisarz nie odpowiedział, rzucił wypalonego papierosa i przygniótł butem. Wyciągnął paczkę mocnych z kieszeni i wziął następnego.

– Jeszcze je produkują? – zapytał Konarski.

– Coraz trudniej kupić – odpowiedział policjant. – Tu już nic nie jest takie jak kiedyś.

– Mógłbym…?

Kazimierz popatrzył przez chwilę pytająco. Gdy zrozumiał, wyciągnął otwartą paczkę papierosów w stronę rozmówcy.

– Jestem duchem… – powiedział zakłopotany Konarski.

Komisarz przez chwilę mierzył skonfundowanym wzrokiem byłego mafioza, po czym wyciągnął zapalonego papierosa w stronę jego ust. Konarski pochylił się, objął cygaretkę ustami i zaciągnął się, a końcówka rozżarzyła się na pomarańczowo.

Duch z wyraźną przyjemnością wypuścił dym z ust.

– Wolałbym cygaro, ale te są jak… wspomnienie dawnych dni.

Obaj przez chwilę milczeli.

– Dlaczego nigdy nie kazałeś mnie zabić? – zapytał Kazimierz. – Byłem dobry. Bardzo dobry! Deptałem ci po piętach, uprzykrzałem życie jak tylko mogłem. Dlaczego nie chciałeś mnie sprzątnąć?

Konarski przez chwilę mierzył go wzrokiem.

– Prawdopodobnie z tej samej przyczyny, dla której ty przyszedłeś dziś do mnie – odpowiedział i zawiesił głos. – Bo grałeś według zasad.

– Całe moje życie poświęciłem na to, żeby wsadzić cię za kratki.

– Taki zawód wybrałeś.

– Nie, nie mówię o zawodowym życiu. Podporządkowałem każdy aspekt mojego żywota jednemu tylko celowi: zamknąć za tobą drzwi celi i wyjść kręcąc kluczami na palcu. Oprócz ciebie nie miałem nikogo, wszyscy albo odeszli, albo odszedłem od nich ja, liczyłeś się tylko ty. I nagle zmywasz się ze sceny, ot tak.

Pstryknął palcami, a duch pokiwał głową, patrząc pod nogi.

– Nie jestem z tego dumny, aczkolwiek niewiele mogłem w tej kwestii uczynić.

Kazimierz westchnął i machnął ręką.

– Jak tam jest?

– Gdzie? – zapytał duch.

Komisarz nic już nie odpowiedział. Zaciągnął się mocnym po raz ostatni i odrzucił niedopałek na bok. Wygiął się, sięgając do kieszeni spodni. Wyciągnął swą policyjną odznakę, rzucił ją na płytę nagrobną, po czym sięgnął do kabury po służbowy pistolet i włożył lufę do ust.

Koniec

Komentarze

Spodobało mi się. Zwłaszcza zakończenie. I przestroga w nim zawarta :) 

Cześć!

Podobał mi się pomysł. Tekst dobrze napisałeś, ale zakończenie mnie nie przekonało. Rozumiem, że komisarz się zabił, bo stracił sens życia? Spodziewałam się raczej jakiejś tajemnicy, którą chciał od ducha wydobyć albo, że go demonstracyjnie aresztuje i w magiczny sposób uwięzi w świecie żywych. W każdym razie, czytało się dobrze. 

 

 

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Hej, Homar!

 

Cieszę się, że się spodobało! Dzięki za wizytę i komentarz.

 

Hej, Alicella!

 

Tekst był inspirowany słowami piosenki Kultu: “Wczoraj umarł mój wróg, jedyny mój przyjaciel”. Tak, stracił sens życia, bo nie pozwolono mu ani wygrać, ani przegrać w grze, której poświęcił wszystko. Muszę jednak przyznać, że zaproponowane przez Ciebie finały też mają potencjał. Cieszy mnie jednak, że dobrze się czytało. Dzięki za wizytę i komentarz!

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć, Krokus!

 

Napisane jest całkiem w porządku, ale nie porwało. Niestety nie poczułem klimatu: ani gangsterskiego, ani policyjnego, ani „duchowego”, ani jakiegokolwiek innego. ;-) Nie do końca zrozumiałem motywację komisarza („świat bez zasad” – rozumiem, ale nie przemawia to do mnie). Zirytowała mnie irytacja Wiśniewskiego dotycząca staruszek, więc ten fragment wywołał jakąś emocję względem bohatera. ;-)

 

Czytałem z telefonu, więc nie wskażę wielu uwag, ale zmień „dreptać” na „deptać”, chyba że to celowe uderzenie w komediową nutę. ;-) 

 

Pozdrawiam!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Hej, WijuFilipie!

 

Minęły mi już nienawistne uczucia wobec Twej osoby, zatem milo Cię tu widzieć ;)

zmień „dreptać” na „deptać”

Mein Got! Zmienione ;)

 

Motywacja, to… cóż, brak motywacji :) Stracił możliwość wygrania, ale też choćby przegrania w grze, której poświęcił wszystko. A staruszki irytują, bo są, gdy wolałby żeby świadków nie było, jednocześnie orientuje się, że jest jak te staruszki – jedyna bliska mu osoba leży na tym cmentarzu.

Dzięki za wizytę i komentarz!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Dzięki za wyjaśnienia. Dla mnie to trochę mało, żeby sobie palnął w łeb, ale nawiązanie do Kultu zawsze na propsie. :-)

 

Najważniejsze jednak, że przeszła Ci ta nienawiść. ;-)

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Dobrze mi się czytało. Co prawda cały czas spodziewałam się, że komisarz będzie czegoś oczekiwał od ducha, na przykład pomocy w rozwiązaniu problemów na mieście. Zakończenie mnie totalnie zaskoczyło. Tekst jest dobrze napisany. I wciąga.

 

Pozdrawiam serdecznie!

Ciekawy pomysł. “Przyjaciół trzymaj blisko, a wrogów jeszcze bliżej”? Rozumiem uczucia policjanta, chociaż decyzja wydaje się pochopna.

Babska logika rządzi!

Hej, Krokus.

 

“Wczoraj umarł mój wróg, jedyny mój przyjaciel”.

Całkiem nieźle ograłeś ten cytat. Tekst trzyma się kupy i jest dobrze napisany. Ogólnie na plus, choć bez zachwytu z dwóch powodów (subiektywne czepialstwa):

– Celowałeś w klimat rodem z filmów Vegi, ale czegoś tutaj zabrakło w tym aspekcie. Mamy komisarza jarającego pety, mamy rozmowę z gangsterem, ale wszystko to takie… zbyt poukładane? Grzeczne? Gdybyś bardziej wsiąknął w temat, użył trochę określeń i innych smaczków charakterystycznych do tej tematyki, w dialogach pocisnął pewną potoczną mową, która jest silnie obecna w tym środowisku, wszystko zyskałoby na wiarygodności. Ale w szczególności zbudowałoby to jeszcze lepszy klimat. Bo oczywiście nie twierdzę, że klimatu nie ma, tylko że jest za słabo odczuwalny (dla mnie).

– Końcówka. Mogę podpisać się pod słowami Filipa:

Dla mnie to trochę mało, żeby sobie palnął w łeb.

Jasne, jestem w stanie wyobrazić sobie, że ktoś, kto nie ma rodziny, stracił w ten sposób jedyny cel w życiu. Mimo wszystko za mało znam jego przeszłość oraz wewnętrzne przeżycia, nie doświadczyłem również wcześniej odpowiednich emocji, dzięki którym ten niespodziewany na końcu czyn byłby dla mnie w pełni zrozumiały.

Reasumując: Mimo wszystko tekst wart przeczytania, tak więc zgłoszenie będzie.

Pozdrawiam!

Podoba mi się klimat, jest dość gęsty i w sumie nieźle współgra z ironicznym tytułem ;) Na początku miałeś trochę dziwnych przecinków, jak chociażby tutaj:

Dudniące o kostkę brukową trzewiki na twardej podeszwie, spłoszyły siedzące na gołych gałęziach czarne ptaki.

Ten przed “spłoszyły” jest moim zdaniem zbędny.

Ja się wciągnąłem, rozmowa wyszła dość naturalnie. Mnie akurat zakończenie przekonuje, aczkolwiek jestem zdania, że nieco za mało w tekście takich haczyków, podkreślenia, że Wiśniewski w swoim mniemaniu nie ma innego wyjścia. Jego decyzja wydaje się być logiczna, jednak jest zbyt zaskakująca i trochę oderwana od całego tekstu. Być może taki był Twój zamysł, ale wyszło nieco z dupy. Podkreślenie wcześniej jego sytuacji i uczuć poprawiłoby wszystko (albo nie wiem, niech się bawi bronią od samego początku/ukrywa w dłoni)?

Anyway, poza końcówką całość sympatyczna ;)

W pierwszym momencie tytuł odczytałam: Truskawki na cmentarzu ;)

Podobało mi się, dobrze się czytało. Z postawy komisarza, z całej rozmowy z duchem jakoś mi nie wynika taki dołek, żeby się zabić. Fakt, już sama konsultacja z Cyganką i przywoływanie ducha świadczą o tym, że był mocno sfrustrowany, ale do tego, żeby strzelić sobie w łeb jeszcze IMO trochę zostało.

Wrzuciłabym tę inspirację jako motto tekstu.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej, Wszyscy!

 

Wystarczyło pójść spać i jeszcze do pracy i się nazbierało! Wszystkim serdecznie dziękuję za wizytę, lekturę i zostawiony komentarz!

 

Hej, Kitty!

 

Cieszę się, że wciągnęło, że dobrze się czytało :)

 

Hej, Finkla!

 

Cieszę się, że pomysł przypadł do gustu. I tak, zabrakło mi trochę dopracowania postaci komisarza. Dzięki za klika!

 

Hej, Realuc!

 

Cieszę się, że poszedł na plus i z oceny solidności :)

Nie mogę powiedzieć, że celowałem w klimat z filmów Vegi, bo nie znam filmów Vegi :D ale z tego co się orientuję, to tam są młodsi policjanci i mnóstwo przekleństw. Wiśniewski i Konarski mieli być raczej dwoma dżentelmenami, którzy toczyli między sobą rozgrywkę w pełnej kulturze i z poszanowaniem przeciwnika. Już w latach 90’, na początku gry, byli raczej wymierającym gatunkiem, a co dopiero teraz, gdy Wiśniewski został sam. Komisarz pali, bo lubi, ale też dlatego pali Mocne, a nie Marlboro, Davidoffy, czy Lucky Strike – to miał być człowiek minionej epoki. Widzę jednak, że wymaga jeszcze trochę dopieszczenia.

A co do finału, to widzę, że to powtarzający się zarzut – postać komisarza, jeszcze nie jest do końca dopracowana. Dobra lekcja na przyszłość.

Dzięki za polecajkę!

 

Hej, Mort!

 

To zdanie, które podałeś w przykładzie, miałem podzielone przecinkami na chyba trzy sposoby i trochę się nad nim głowiłem – dzięki za uwagę, bo chyba tego mi było przy nim trzeba. Poprawione.

Tak, foreshadownig wystąpił bezobjawowo, więc chyba faktycznie wyszedł zduping. To powtarzający się zarzut, zatem tym lepsza lekcja na przyszłość.

Cieszę się, że wyszło sympatycznie!

 

Hej, Irka!

 

W końcu truskawki są akurat na czasie ;) Mi w sumie Turkawki bardziej niż z przyjaźnią kojarzą się z Kevinem w Nowym Jorku – a to z kolei zupełnie nie ten czas w roku ;)

Ten aspekt komisarza to powtarzający się zarzut, zatem biję się w pierś. Zabrakło foreshadowingu i nieco lepszej konstrukcji bohatera. Dla mnie to dobra lekcja na przyszłość.

Dzięki za klika!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej, Krokus

Zazwyczaj nie przepadam za mieszanką fantasy i współczesności, ale Twój tekst czytało mi się bardzo przyjemnie. Zawsze lubiłem wątki z takimi “frenemies” i podoba mi się sposób, w jaki przedstawiłeś relację tych dwóch postaci. 

Może to przez krótkość tekstu, a może przez to że się tak mocno wciągnąłem, ale finał uderzył mnie kompletnie znienacka, przez co historia tym bardziej zapadła w pamięć. Dobra robota :)

Pozdrawiam!

Hej, Selmir!

 

To chyba moja pierwsza próba mieszania fantasy ze współczesnością, bo nie powiem, żebym ten gatunek czuł całym sobą ;) Stąd też długość tekstu i ograniczenie do pojedynczej sceny. Cieszę się zatem, że lektura była przyjemna.

Tu widzę prezentujesz nieco odmienne zdanie od innych, bo koniec wyszedł mi chyba aż nazbyt zaskakująco ;) W każdym razie cieszę się, że się podobało!

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Bardzo przyjemnie napisane opowiadanie, płynnie się je czyta. Zwarta, sensowna treść z odpowiednim zakończeniem. Motyw przewodni jest naprawdę życiowy – warto czasami zrobić sobie taki bilans, jaki czas poświęcamy dla siebie i swoich bliskich w stosunku do czasu poświęcanego osobom, których nie lubimy.

Po przeczytaniu już wiem, dlaczego przeszkadzały Ci moje krótkie zdania… bo Twoje według mnie są nieco zbyt długie :) Ale zdaje mi się, że to tylko i wyłącznie kwestia indywidualnego gustu. Jeżeli chodzi o rzeczy techniczne, trochę za dużo przecinków, ale stylistyka na jak najlepszym poziomie. Tak trzymać!

 

EDIT: Nie rozumiem natomiast tytułu.

 

Bardzo ciekawy motyw, czytałem opowiadanie z zainteresowaniem. Końcówka zaskoczyła, ale jestem sobie w stanie wyobrazić, że depresja mogła popchnąć policjanta do ostatecznego rozwiązania. Duży plus za przesłanie i przestrogę zarazem.

Niezły miałeś pomysł, Krokusie, więc nic dziwnego, że i opowiadanie jest zacne.

Niezmiernie podoba mi się skuteczne przywołanie przez komisarza  ducha mafiosa i szczera między nimi rozmowa. Obaj panowie, mimo wykonywanej profesji, byli, jak mniemam, dżentelmenami, wiec i pogawędka nosiła znamiona sporej kultury. Rozumiem frustrację Kazimierza, jednakowoż jego decyzję uważam za dość desperacką.

Krokusie, mam nadzieję że usuniesz usterki, bo chciałabym móc zgłosić opowiadanie do Biblioteki.

 

Wy­cią­gnął pacz­kę Moc­nych z kie­sze­ni… ―> Wy­cią­gnął pacz­kę moc­nych z kie­sze­ni

Nazwę papierosów piszemy małą literą: http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

Wy­cią­gnął szkla­ną pier­siów­kę, do po­ło­wy wy­peł­nio­ną czar­nym prosz­kiem. Serce za­bi­ło mu moc­niej. Przy­glą­dał się za­war­to­ści przez po­ry­so­wa­ne szkło… ―> A może w ostatnim zdaniu: Przy­glą­dał się za­war­to­ści przez po­ry­so­wa­ne ścianki

 

tak jak mu ka­za­ła cy­gan­ka… ―> …tak jak mu ka­za­ła Cy­gan­ka

 

Albo jedną cy­gan­kę z Nad­odrza. ―> Albo jedną Cy­gan­kę z Nad­odrza.

 

Od­pa­lił trze­cie­go Moc­ne­go… ―> Od­pa­lił trze­cie­go moc­ne­go

 

Wy­cią­gnął pacz­kę Moc­nych z kie­sze­ni… ―> Wy­cią­gnął pacz­kę moc­nych z kie­sze­ni

 

Pod­po­rząd­ko­wa­łem każdy aspekt mo­je­go ży­wo­ta pod jeden tylko cel… ―> Raczej: Pod­po­rząd­ko­wa­łem każdy aspekt mo­je­go ży­wo­ta jednemu tylko celowi

Podporządkowujemy się czemuś, nie pod coś.

 

Za­cią­gnął się Moc­nym po raz ostat­ni… ―> Za­cią­gnął się moc­nym po raz ostat­ni

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, Skambha!

 

Cieszę się z dobrego odbioru opka. Dzięki za lekturę i komentarz.

 

Natomiast co do samego tytułu, to turkawki są symbolem przyjaźni (i tu każdy może zakończyć czytanie mojego wytłumaczenia i samemu je sobie zinterpretować – jak ktoś chce poznać moją interpretację: proszę czytać dalej :D), możesz skojarzyć motyw z turkawkami z Kevina w Nowym Jorku – jedną turkawkę dał tej pani z parku, drugą wziął dla siebie na znak wiecznej przyjaźni. Konarski i Wiśniewski byli związani mocną relacją, ale dopiero tu, na cmentarzu, można powiedzieć, że otwarli się na przyjaźń. Nie mam wtyków w zaświatach, ale możliwe, że teraz siedzą razem i wspominają stare czasy.

 

Hej, Lupus!

 

Cieszy mnie odbiór, fajnie też, że trafiłem z przesłaniem, które chciałem gdzieś między wiersze wrzucić. Dzięki za wizytę i komentarz!

 

Hej, Reg!

 

Cieszę się, że zarówno pomysł jak i ogół przypadł do gustu.

 

Tak, panowie mieli być dwoma dżentelmenami, których los splątał w grze, którą każdy z nich chciał wygrać w zdrowej rywalizacji. Taki wymarły gatunek w każdej z tych profesji. I tak, zabrakło dokładniejszego zarysu komisarza, żeby uzasadnić końcówkę.

 

Błędy poprawione :) nie ukrywam, że czekałem na Twoją łapankę – to dla mnie zawsze góra cennej wiedzy i doświadczenia. A wcześniej ta niepewność: co tym razem znajdzie Reg? Dziękuję!

 

Pozdrawiam Wszystkich!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cóż mogę powiedzieć, Krokusie, czytając tak miłe słowa o sobie – po prostu rumienię się z zadowolenia, że jeszcze mogę się przydać. 

Właśnie wróciłam z klikarni. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Świr :)

Teraz ja się zabawię w łapankę:

czytając tak miłe słowa o sobie – po prostu rumienię się z zadowolenia, że jeszcze mogę się przydać. 

O! Tak lepiej. Dzięki za klika!

 

Hej, Vr!

 

Ale kto? Konarski, czy Wiśniewski? ;)

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Krokusie, jesteś szalenie miły. Dziękuję. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W pierwszej chwili przeczytałam tytuł: “Truskawki na cmentarzu” i bardzo mi się ten tytuł spodobał, a potem czytam i czytam i nie ma truskawek :) ale tytuł i tak dobry, a sam tekst jeszcze lepszy :)

Fajnie sobie to wszystko wymyśliłeś i ładnie pomysł przerodziłeś w zgrabnego szorta. Oczywiście klikam bibliotekę :)

Udało Ci się napisać bardzo zabawny i zarazem przejmujący tekst.

Gratuluję!

Hej, Katia!

 

Przyznam, że “Truskawki na cmentarzu” to naprawdę dobry tytuł. Może kiedyś napiszę np. “Maliny na kurhanach”, albo “Śliwki w prosektorium” ;)

Cieszę się, że się spodobało, że pomysł przypadł do gustu. I oczywiście dziękuję za lekturę, komentarz i klika!

 

Hej, Ambush!

 

Cieszę się, że i rozbawiło, i trafiło gdzie miało trafić ;) Dzięki za wizytę, komentarz i, jak widzę, polecajkę ;)

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

A te śliwki to takie dobrze podsuszone trupy, by nie rzec “mumie”?

Babska logika rządzi!

Cześć!

 

Klimatycznie to wyszło. Z początku przeszkadzał mi nieco patos i przyjacielskość w kontakcie ludzi, którzy “za życia” obydwu spędzili wiele czasu walcząc ze sobą. Ale to nie jest tekst o wydarzeniach tylko o relacji. Taka niby-spowiedź policjanta, którego życie przestało mieć sens, kiedy przeciwnik odszedł.

Smutne, nie chciał już szukać nowego wroga, wolał przejść do następnego ekranu. Zawsze mam mieszane uczucia, kiedy tekst kończy się samobójstwem. Ale tutaj jest to logiczne – na swój sposób – i dobrze dopełnia położenie bohatera.

Napisane zgrabnie i trzymające klimat.

 

Pozdrawiam i polecam do biblioteki.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Finkla,

albo soczyste śliwki węgierki plam opadowych.

 

Hej, Krar!

 

W zamyśle komisarz nie tyle nie chciał szukać nowego wroga, co zauważył, że świat poszedł do przodu i nie ma już takich dżentelmenów jak Konarski.

Cieszę się, że dobrze wyszło i wczułeś się w klimat. Dzięki za wizytę, komentarz i polecajkę!

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Witaj.

Tekst intryguje nie tylko tytułem, ale także całą swą treścią i głębokim przesłaniem. Postepowanie według zasad. Walka fair. Przeciwnicy, szanujący się nawzajem i darzący swego rodzaju podziwem oraz sympatią… Nieoczekiwany brak jednego powoduje całkowite zawalenie świata drugiego. Doskonały tekst! Jestem pod wielkim wrażeniem. 

 

Z technicznych:

„Szlag! Co tu się dzieje?” – brak kropki

 

Pozdrawiam. 

 

Pecunia non olet

Hej, Bruce!

 

Kropka, która uciekła została przywołana do porządku. Dzięki!

 

Bardzo się cieszę, że tekst przypadł do gustu. Właśnie wymienione przez Ciebie rzeczy chciałem żeby tu zagrały, więc tym bardziej cieszy mnie Twoja reakcja :)

 

Dzięki za wizytę i komentarz!

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć

Wprowadzenie trochę kwadratowe. Kilka zdań mi zachrzęściło w uszach.

Dudniące o kostkę brukową trzewiki na twardej podeszwie spłoszyły siedzące na gołych gałęziach czarne ptaki.

Brzmi jakby te ptaki spłoszyły trzewiki. Do tego nadprzymiotnikoza. Zaproponuję nieśmiało:

“Dudnienie trzewików o bruk spłoszyło czarne ptaki, które siedziały na gołych gałęziach”.

 

Żadnej żywej duszy w zasięgu wzroku, nie ma co zwlekać. Popatrzył na nagrobek. Zwlekał.

Zamierzone powtórzenie?

 

Za to sam dialog – perełka :]. Świetnie zarysowane postaci, wybite akcenty i emocje. Przeczytałem jednym tchem. Trudno jest przedstawić motywy i historię bohaterów tylko i wyłącznie w wymianie zdań. Poradziłeś sobie świetnie. Gratuluję :D.

 

pozdro

M.

 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

I ja dziękuję za wrażenia.

Pozdrawiam. ;)

Pecunia non olet

Hej, Morderco!

 

To drugie zdanie, nieco inaczej, ale poprawiłem. Dzięki!

 

Powtórzenie w pełni zamierzone ;)

 

Bardzo dziękuję za dobre słowa i cieszę się, że tekst przypadł do gustu. Dzięki za lekturę i komentarz!

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Podoba mi się, ale jedna rzecz nie daje mi spokoju: dlaczego duch był w stanie zapalić papierosa, skoro przy powitaniu z komisarzem ich dłonie nie mogły się ścisnąć, ze względu na brak materialnej formy mafioza?

 

 

Co do starych bab na cmentarzu, to komisarz mógłby załatwić ten problem, dzwoniąc do Tomasza Hajty ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Hej, Pszemek!

 

Trochę czekałem na ten zarzut ;) Nie może chwycić ręki rozmówcy, nie może wyciągnąć papierosa z paczki, ale może tchnąć na niego chłodem ze swych płuc. Duch, to nie tylko zwid, ten potrafił również zastukać podeszwami butów (albo przynajmniej dodać taki efekt dźwiękowy :D). A skoro może tchnąć, to czemu nie mógłby pójść w drugą stronę i nie zaciągnąć się ;) Oczywiście łapię, że nie wszystkich może to przekonać, ale podjąłem to ryzyko z pełną świadomością.

 

Cieszę się, że się podobało. Dzięki za wizytę i komentarz!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Puk, puk, to ja. Nikt nie spodziewał się egipskiego bóstwa.

Czytało się przyjemnie i pomysł, jakkolwiek nie urywający czterech liter, to całkiem ciekawy ;) Miałem się przyczepić, że komisarz nie pyta ducha, jak jest po drugiej stronie (gdybym znalazł się na jego miejscu, byłbym bardzo zaintrygowany i zainteresowałbym się tym tematem na samym wstępie :D gdybym tego nie wiedział, rzecz jasna, przecież jestem bogiem ze starożytnego Egiptu), ale na szczęście uratowałeś się na końcu. A skoro już przy końcu jesteśmy, to nie do końca przekonuje mnie to samobójstwo. O ile akceptuję fakt, że śmierć przestępcy mogła odebrać komisarzowi cel w życiu, to nie poczułem, by wetknięcie lufy do ust i zakończenie żywota było dostatecznie uzasadnione. 

Dodatkowo miałem uczucie WTF przy duchu palącym papierosa :D Nie mógł go odpalić, ale mógł się już zaciągnąć dymem i delektować smakiem używki? Nielogiczne.

Na plus, jak napisałem na samym początku, sam trzon pomysłu. Fajne, ciekawe, pomysłowe, śledczy wywołujący ducha swojego największego przeciwnika, którego odejście pogrzebało cel jego życia ;) Wykonanie niezgorsze, czytało się lekko i łatwo.

 

Czarny garnitur z białą poszetką w brustaszy i czerwonym makiem w butonierce, a na nogach czarne, wciąż lśniące oxfordy.

Wyłapałem jedno powtórzenie. 

 

Pozdrawiam, ściskam, błogosławię!

 

Hej, Odwieczny i Przedwieczny Amonie!

 

Powiem od razu, że komentarz widziałem już wczoraj, ale odpowiadam dopiero teraz, bo dzięki temu mój tekst ogrzewał się w Twoich boskich promieniach na stronie Biblioteki.

Z powtórzenia nie zrezygnuję – to opis klasycznego wieczorowego, bądź pogrzebowego stroju. Ale dzięki za czujność!

Co do decyzji komisarza, to nie Ty jeden masz wątpliwość – to powtarzający się zarzut, zatem zabrakło mi trochę kreacji postaci Wiśniewskiego.

A co do zaciągania się papierosem, to zrobiłem to całkiem świadomie. Dopiero Pszemek, tuż przed Tobą zwrócił mi na to uwagę, wytłumaczę zatem tak samo:

Nie może chwycić ręki rozmówcy, nie może wyciągnąć papierosa z paczki, ale może tchnąć na niego chłodem ze swych płuc. Duch, to nie tylko zwid, ten potrafił również zastukać podeszwami butów (albo przynajmniej dodać taki efekt dźwiękowy :D). A skoro może tchnąć, to czemu nie mógłby pójść w drugą stronę i nie zaciągnąć się ;) Oczywiście łapię, że nie wszystkich może to przekonać, ale podjąłem to ryzyko z pełną świadomością.

Dziękuję za wizytę i komentarz!

 

A na koniec jeszcze zapytam: to jak tam jest?

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć, Krokusie!

 

Nieźle się czytało. Zatrzymałem się kilka razy, ale to są drobiazgi na tyle subiektywne, że postanowiłem ich nie wymieniać.

Czytając początek opowiadania, nie sądziłem, że będzie ono aż tak poważne. Natknąłem się na kilka, moim zdaniem, elementów komicznych. Najpierw zagadka komisarza. Ludzie mają różne zagwozdki, ale akurat ta nie jest zbyt trudna. Emerytki i rencistki pewnie też jadą do lekarza, na zakupy, do znajomej emerytki bądź rencistki, na działkę, do córki zająć się dziećmi, itd. Po prostu uznałem to za żart. Cyganka i magiczny proszek, to jak dla mnie, wprawdzie delikatny, ale jednak element komiczny. Potem Kazimierz robi duchowi Witolda wyrzuty, że ośmielił się ot tak umrzeć na zwał. I na końcu wypalasz jak z armaty. Niektórzy lubią, jak się im zaaplikuje taki elektrowstrząs, ale ja nie przepadam.

Poruszasz temat motywacji do życia, dotyczy on każdego z nas i zawsze będzie aktualny, ale nie jestem w stanie – jak już dojdę do siebie po szoku – wydestylować z tekstu jakąś konkretną myśl. Zbudowałeś klimatyczną scenerię, rozmowa Kazimierza z duchem Witolda ma swój urok, ale chyba poświęciłeś zbyt mało uwagi głównemu bohaterowi. Właściwie go nie znam i nie wiem, co spowodowało, że postanowił wykonać taki krok.

Hej, Palaio! 

 

Starsze panie w komunikacji miejskiej to dość zwyczajowy wk**w, szczególnie studentów, ale też dojeżdżających tak do pracy ;) mają jednak tu swoją rolę podsumowaną stwierdzeniem:

Może jedyne bliskie im osoby są właśnie tu, na cmentarzu? Wściekłość minęła (…) 

A z humorem tak już jest – każdy odbiera to inaczej. 

Nieuzasadniona decyzja komisarza to powtarzający się zarzut, jak widać bez foreshadowingu wyszedł zduping ;) 

Jeśli nie wyciągasz z tego żadnej myśli, to cóż: Twój pech, moja porażka. 

 

Dzięki za wizytę i komentarz! 

 

Pozdrawiam! 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Nowa Fantastyka