- Opowiadanie: Selmir - Przez żołądek do grobu

Przez żołądek do grobu

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Przez żołądek do grobu

– Piętnaście tanarów? Chyba żartujesz! Skóra tej wielkości jest warta przynajmniej dwadzieścia!

– Może… gdyby była w doskonałym stanie… – Kupiec zmarszczył czoło, uważnie oglądając rozłożone na stole futro. – A tej zdecydowanie do tego daleko. Popatrz chociażby na te otarcia tu i tu…

– Przecież to ledwie widać! – Medard westchnął i pokręcił głową. – Czy ty potrafisz sobie w ogóle wyobrazić, jak ciężko było ubić tego niedźwiedzia?

Handlarz uśmiechnął się sceptycznie.

– Taaa, jeśli faktycznie sam go zatłukłeś, a nie złapałeś w sidła i poczekałeś, aż zdechnie.  

– Ach tak? To co powiesz na to?!

Mężczyzna zdjął tunikę, po czym zbliżył się do rozmówcy, podsuwając mu pod nos ciąg blizn na swym lewym ramieniu.

– Prawie straciłem rękę przez tego bydlaka, a ty chcesz mi zapłacić za jego skórę piętnaście tanarów?!

Kupiec skrzywił się i cofnął o krok, odwracając oczy od przykrego widoku.

– Dobra, dobra! Niech będzie. Mogę ci zapłacić osiemnaście.

– Dziewiętnaście i umowa stoi.

Handlarz zazgrzytał zębami, ale wyciągnął sakiewkę i zaczął odliczać monety. Na szczęście dla Medarda nie znał się wystarczająco dobrze na rzeczy, by rozpoznać, że blizny pochodziły od wilka.

Dopełniwszy transakcji, myśliwy przeszedł pod płachtą przesłaniającą wejście, wydostając się na ruchliwy plac. Uszy wnet wypełnił mu gwar targowiska, a w nozdrza uderzyła ostra woń przypraw. Wokół jak okiem sięgnąć wyrastały z ziemi dziesiątki straganów, ciasno poupychanych między budynkami. Na ulicach ledwie starczyło miejsca dla tłumów kupujących, z których wielu musiało nieźle napracować się łokciami, by dotrzeć do poszukiwanych towarów.

Wkraczając w ten wypełniony ludzkimi okrzykami chaos, trudno było nie czuć się przytłoczonym, a jeszcze trudniej skupić na czymś uwagę, gdy zewsząd przyciągały ją kuszące zapachy i jaskrawe kolory. Na szczęście mężczyzna dobrze wiedział, dokąd zmierza. Nie ulegając zachętom kramarzy i błyskowi biżuterii, przedzierał się przez ciżbę ze wzrokiem utkwionym w szyldzie, na którym namalowany był zielony alembik.

Przekroczywszy próg sklepiku, został przywitany wonią siarki i gryzącym oczy dymem. Natychmiast cofnął się i zasłonił twarz rękawem, tłumiąc w gardle kaszel, podczas gdy z głębi izby dało się słyszeć wołanie:

– To nie jest najlepszy moment!

Zmrużył powieki, spoglądając przez mleczne opary na przedzielającą pomieszczenie ladę, zza której wychynęło oblicze posiwiałej staruszki.

– Ach, to ty Medardzie. Bądź tak dobry i zostaw drzwi otwarte, niech się tu trochę przewietrzy.

– Mam przyjść później?

Mężczyzna podszedł do kontuaru, wachlując ręką powietrze przed sobą.

– Zostań, jak już jesteś – odparła kobieta, z powrotem znikając pod blatem. Po chwili zaczęło dochodzić stamtąd ciche syczenie, a dym wypełniający sklep nieco się przerzedził, odsłaniając półki zawalone dziesiątkami flakonów i słojów.

– Uff, teraz już powinno być dobrze…

Staruszka wyprostowała się, tym razem w pełni wyłaniając się zza lady i ujawniając, że tylko nieznacznie ustępuje myśliwemu wzrostem. Jej ubrudzoną jakimś białym nalotem twarz rozjaśnił dziurawy, ale szczery uśmiech.

– Cóż cię do mnie sprowadza? Byłam pewna, że zobaczę cię najwcześniej na wiosnę.

– Pomyślałem, że wpadnę jeszcze zapytać, czy nie masz jakichś specjalnych zamówień.

– Niech się zastanowię… – Kobieta zerknęła w stronę drzwi za plecami, pocierając dłonią podbródek. – Na pewno kończą mi się bobrze ogony i kora żółtego dębu. Gdybyś zdobył też jakoś wątrobę gryfa, to byłoby cudnie, ale…

– Wątroba, oba żołądki, na wiosnę dostaniesz wszystko – przerwał jej Medard, po czym z dumą oznajmił – dopadłem jednego krótko przed swoim odejściem. Jego wnętrzności suszą się już w chacie.

Oczy staruszki zaświeciły się.

– Wyśmienicie! Duży był?

– Gigantyczny! Na własne oczy widziałem, jak jednym dziabnięciem ubił niedźwiedzia.

Kobieta zagwizdała.

– Ileż bym dała, żeby to zobaczyć! Słowo daję, gdyby nie wiek, już dawno przyłączyłabym się do jednej z twoich wypraw. Ale cóż, pozostaje mi cieszyć się tym, co z nich przynosisz.

Nagle zmarszczyła czoło.

– Nie boisz się, że pod twoją nieobecność coś włamie się do chaty i ci wszystko porozkrada?

Mężczyzna uśmiechnął się i stanowczo zaprzeczył.

– Nie ma szans. Zadbałem o to, żeby żadna bestia, duża czy mała, nie dała rady wedrzeć się do środka. A znalezienie tego miejsca przez kogoś innego graniczy z cudem. Najbliższa osada znajduje się kilkadziesiąt mil dalej.

– To dobrze. Wściekłabym się, gdyby jakieś bydlę zeżarło moje składniki. – Kobieta uścisnęła podaną jej rękę swoją równie krzepką dłonią. – Cóż, w takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć ci udanych łowów.

***

Po ośmiu godzinach intensywnego marszu nic nie mogło uradować go bardziej, niż sylwetka chaty wyłaniająca się zza drzew. Doczłapawszy do celu, rzucił plecak na ziemię i spoczął na pniaku naprzeciwko drzwi, pozwalając nogom wreszcie trochę odpocząć. Przez jakiś czas po prostu siedział tak z zamkniętymi oczami, podczas gdy ostatnie promienie słońca ogrzewały mu plecy, a wiatr bawił się rąbkiem wełnianego płaszcza.

Ta chwila wytchnienia została gwałtownie przerwana, gdy z wnętrza chaty dobiegł łomot. Myśliwy rozchylił powieki, wbijając czujne spojrzenie w drzwi. Nadstawiwszy uszu, powoli dźwignął się do pionu, sięgając po włócznię, która w drodze służyła mu za podporę. Nie wierzył, by mysz, kuna lub inne małe zwierzę mogło spowodować taki hałas. Wyglądało na to, że jakimś cudem do jego domu wdarło się coś większego.

Ostrożnie stawiając kroki, by nie zdradzić się żadnym dźwiękiem, zbliżył się do chałupy. Drzwi nie nosiły żadnych oznak włamania, podobnie jak wykonane z grubych bali ściany. Cały czas nasłuchując, zaczął obchodzić budynek dookoła, ale nigdzie nie natrafił na żadne nowe szczeliny czy dziury.

Znalazłszy się z powrotem przed wejściem, przyłożył policzek do wytartych desek, jednak cokolwiek kryło się po ich drugiej stronie, milczało. Świadom, że nie pozostało mu już dużo czasu do zapadnięcia ciemności, przestał silić się na skrytość. Przekręciwszy klucz w zamku, otworzył drzwi solidnym kopnięciem. Skrzypienie zawiasów poprzedziło huk, z jakim odrzwia uderzyły o ścianę. Do wnętrza wdarły się promienie zachodzącego słońca, padając na znajdujący się naprzeciwko kominek. Większość chaty wciąż kryła się jednak w mroku, z którego, zanim mężczyzna zdążył chociaż przekroczyć próg, wnet rzucił się na niego jakiś blady kształt.

Kształt ten okazał się być rudowłosą kobietą. Pierwszą rzeczą, jaką zauważył myśliwy, było to, iż nie miała ona żadnego odzienia. Drugą, że trzymała jeden z oszczepów, które przechowywał w chacie i zdradzała wyraźne zamiary przebicia go nim.

Uskoczył do tyłu, ledwo unikając wymierzonego w trzewia pchnięcia. Wciąż pospiesznie się cofając, uniósł w obronnym geście dłoń.

– Hej! Spokojnie!

– Zdychaj, padalcu!

Tym razem nieznajoma spróbowała przebić mu rękę. Medard zdążył w porę się odsunąć, ale nie zniechęciło to niewiasty, która z niezłomną zawziętością kontynuowała natarcie, cały czas obrzucając go wyzwiskami.

– Zaczekaj! Co ty…

– Gnido! Gadzie! Parszywcu! Sukin… synu! – Każdej obeldze towarzyszył kolejny cios i choć na razie żaden nie sięgnął celu, było to jedynie kwestią czasu.

Sytuacja uległa dalszemu pogorszeniu, gdy mężczyzna potknął się na sterczącym przed chatą pniaku. Na szczęście upadając zdążył jeszcze przekrzywić głowę, przez co oszczep wbił się w ziemię, zamiast przeszyć mu oczodół. Przeturlawszy się na bok, myśliwy schwycił upuszczoną podczas upadku włócznię i czym prędzej dźwignął się na nogi. Jego cierpliwość dobiegła końca.

Gdy nieznajoma wyprowadziła kolejny atak, odtrącił grot oszczepu na bok, po czym zdzielił ją długim drzewcem po kostkach. Kobieta zwaliła się z krzykiem na ziemię, ale nie wypuściła broni, więc Medard cofnął się jedynie poza jej zasięg, mierząc końcem drewnianego styliska w zaczerwienioną z gniewu twarz.

– Dość! – wykrzyknął. – Kim jesteś i co tu robisz?!

– Ja?! – oburzyła się rudowłosa, podnosząc się chwiejnie z ziemi. – Kim ty jesteś, draniu?! I dokąd mnie zabrałeś?!

– Pierwszy raz cię widzę na oczy!

– Akurat! Może powiesz mi jeszcze, że to nie twoja chata? Słyszałam, jak przekręcałeś klucz w zamku!

– To moja chata, ale nie było mnie w niej od tygodni! – Mężczyzna zmarszczył brwi. – Gadaj, jak się tu dostałaś! Nikt inny nie wie o tym miejscu.

– Aha! Czyli przyznajesz, że to ty mnie tu zamknąłeś!

– Nie! Ja… – Medard przestąpił z nogi na nogę, cały czas wbijając czujne spojrzenie w wymierzony w siebie oszczep.

– Przestań się na mnie gapić, zboczeńcu! – ofuknęła go kobieta, z marnym skutkiem starając się zasłonić, nie puszczając jednocześnie broni.

– Zapomnij! – odwarknął. – Jak tylko odwrócę wzrok, znowu spróbujesz mnie zabić.

– A żebyś wiedział! Już ja wiem, co ci chodzi po głowie, pieprzony porywaczu. Tylko spróbuj mnie tknąć!

Znów zaszarżowała, ale tym razem myśliwy nie ustąpił, utrzymując ją na dystans szerokim machnięciem.

– Dość! Bo będę musiał zrobić ci krzywdę!

– Zobaczymy, kto tu komu zrobi krzywdę! – odparła hardo rudowłosa. Nie potrafiła jednak ukryć tego, że drżą jej dłonie, co nieco zepsuło efekt.

Mężczyzna westchnął.

– Dobra, może zacznijmy od tego…

Rozpiął broszę płaszcza, pozwalając mu opaść na ziemię, po czym cofnął się o kilkanaście kroków. Kobieta zmrużyła oczy, mierząc go podejrzliwym spojrzeniem, ale w końcu dała susa naprzód, chwyciła płaszcz i szybko się nim owinęła. Oboje wciąż spoglądali na siebie nieufnie i trzymali broń w pogotowiu, ale czuło się, że po tym ugodowym geście napięcie odrobinę zelżało.

– Zapytam jeszcze raz – zaczął Medard, siląc się na jak najspokojniejszy ton. – Kim jesteś i co robiłaś w mojej chacie?

– Chyba widać, że nie znalazłam się tam z własnej woli! – żachnęła się kobieta. – Ktoś mnie ogłuszył, a potem obudziłam się w środku.

Ściągnęła gniewnie brwi.

– Daję słowo, jeśli to ty zabrałeś moje rzeczy, urżnę ci męskość, jeżeli mi ich nie oddasz.

– Mówię ci, że nie mam z tym nic wspólnego. – Myśliwy zerknął w stronę drzwi. – Może są w środku. Odsuń się, to rozpalę ogień i ich poszukam.

Uczynił krok w stronę chałupy, ale rudowłosa nie ruszyła się z miejsca.

– Nic z tego – oznajmiła. – Nie wejdziesz tam sam. Jeszcze je przede mną schowasz.

– Powtarzam, że to nie ja cię porwałem. A gdybym to zrobił, to nie byłbym na tyle głupi, by zostawić cię niezwiązaną koło sterty broni.

– Tak? To skąd wiedziałeś, że ktoś jest w środku? Ewidentnie spodziewałeś się, że ktoś cię zaatakuje, inaczej nie wyważałbyś drzwi z dzidą w ręku.  

– Słyszałem raban, jakiego narobiłaś w środku.

Nagle mężczyzna zmartwiał, myśląc o swym dobytku.

– Pozwolisz mi w końcu wejść do własnego domu, czy nie? – spytał niecierpliwie, po czym dodał – I przestań wreszcie celować mi w twarz tym cholerstwem.

Po chwili wahania kobieta opuściła oszczep i odeszła na bok. Medard minął ją szybkim krokiem i wparował do chaty, od razu zabierając się do wzniecania ognia. Mając ręce zajęte hubką i krzesiwem, kątem oka stale obserwował stojącą w wejściu postać.

– Z góry uprzedzam, że jeśli znowu mnie zaatakujesz, to się nie zawaham – ostrzegł.

Kiedy płomienie zaczęły już wesoło buzować, usunął deskę przesłaniającą wylot komina i powiódł wzrokiem po izbie. Większość rzeczy spoczywała tam, gdzie je zostawił, za wyjątkiem stołu, który leżał przewrócony pod ścianą. Po podłodze walało się więcej oszczepów, więc czym prędzej wziął się za ich podnoszenie, nie chcąc skończyć z żelaznym grotem w stopie. Kobieta podeszła tymczasem do spoczywającej w kącie skrzyni i zaczęła przetrząsać jej zawartość. Nie znalazłszy tam nic ze swojego dobytku, zatrzasnęła wieko i obejrzała się przez ramię.

– Nie ma – oznajmiła ponuro.

– Hmm… dziwne – mruknął mężczyzna, przyglądając się zwisającym z sufitu pękom ziół i zasuszonych wnętrzności. – Wszystkie moje rzeczy wydają się być na swoim miejscu.

– Cóż za wygodny zbieg okoliczności! – stwierdziła z przekąsem rudowłosa. – Czyli co, ktoś włamał się do ciebie tylko po to, by mnie tu zamknąć i niczego nie ukradł, chociaż mnie ograbił nawet z pieprzonych skarpet?!

– Też nie widzę w tym żadnego sensu – przyznał Medard, po czym skierował się do drzwi, dodając przez ramię – Możesz sobie wziąć jakieś ubrania ze skrzyni, ja pójdę po swoje rzeczy.

Powróciwszy do chaty z plecakiem w ręku, zastał kobietę odzianą już w nieco za dużą wełnianą tunikę i workowate spodnie. Czując na sobie jej baczne spojrzenie, siadł przy stole i zabrał się do oprawiania kuropatwy, którą upolował w drodze.

– Więc? Wciąż nie powiedziałaś mi, kim jesteś – odezwał się po długiej ciszy.

– I tak zostanie, dopóki nie upewnię się, czy to nie ty odpowiadasz za to, co mnie spotkało – odparła sucho rudowłosa.

Mężczyzna westchnął.

– Posłuchaj, mnie również nie podoba się obecna sytuacja. Ale jestem gotów podzielić się z tobą kolacją i nawet pozwolę ci tutaj spać, więc mogłabyś nieco spuścić z tonu. – Spojrzał na nią z ukosa. – Zdradzisz mi chociaż swoje imię?

– Raisa. – Kobieta oparła się o ścianę przy kominku, krzyżując ręce na piersiach. – Ty?

– Medard. – Myśliwy skończył oskubywać ptaka z piór i wziął się za jego patroszenie. – Co zapamiętałaś jako ostatnie?

Raisa zmarszczyła czoło.

– Podróżowałam. Sama. Konno. Niedawno minęło południe. Jechałam gościńcem przez puszczę, więc wiatr nie dawał mi się mocno we znaki, ale za to strasznie hałasował. Pewnie dlatego ktoś zdołał się do mnie podkraść i zdzielić w tył głowy. Potem obudziłam się w chacie i tkwiłam tu jakiś czas, aż zjawiłeś się ty.

– Czyli nie masz najmniejszego pojęcia, kto mógł cię zaatakować? Nikt cię wcześniej nie ścigał ani nie śledził?

Kobieta zmierzyła go wrogim spojrzeniem.

– Na razie jest tylko jeden podejrzany.

– Tak, tak, oczywiście. – Mężczyzna machnął umorusaną krwią ręką. – A nie słyszałaś może, czy przed moim przybyciem ktoś kręcił się w pobliżu?

Niewiasta pokręciła głową.

– Niczego nie słyszałam. Ciebie zresztą też nie, dopóki nie wyważyłeś drzwi.

– Cóż, ktokolwiek ci to zrobił, nie wygląda na to, by zamierzał tu wrócić. Inaczej pewnie by cię związał. Miał czym. – Medard skinął w stronę skrzyni, wewnątrz której spoczywało kilka zwojów sznura. – Mimo to trzeba będzie zachować czujność, skoro zna położenie chaty.

– Wierz mi, nie planuję długo tu zabawić – prychnęła kobieta.

Myśliwy przerwał wykonywaną czynność, zerkając bacznie na Raisę.

– No co? Chyba nie sądziłeś, że tu zostanę?! – Piegowata twarz wykrzywiła się w gniewnym grymasie.

– To dokąd niby się udasz? – spytał Medard, szczerze zdziwiony.

– A co ci do tego?! – Raisa zacisnęła palce na oszczepie, znowu celując nim w twarz rozmówcy. – Wiedziałam! Chcesz mnie tu zatrzymać, ty cholerny porywaczu!

Mężczyzna pokręcił głową, wzdychając ciężko.

– Nie rozumiesz. Lada dzień nadciągnie zima. Minie pół roku, zanim podróż przez góry będzie możliwa.

– Myślisz, że jestem głupia? Do zimy jeszcze mnóstwo czasu! A zresztą co to ma do rzeczy? Za górami jest wyłącznie dzicz!

– No właśnie. Jesteśmy za górami.

– Co ty bre…

Nagle kobieta zbladła.

– Łżesz – wyszeptała.

– Rano sama zobaczysz. Góry są na wschó…

Myśliwy wzdrygnął się i sięgnął po włócznię, kiedy Raisa poderwała się gwałtownie z miejsca, lecz ona minęła go, wypadając biegiem na zewnątrz. Niepewny, czy ją jeszcze, zobaczy, wpatrywał się przez jakiś czas w drzwi, ale gdy już miał do nich podejść, ponownie przekroczyła próg.

– Księżyce… – wymamrotała, wyraźnie wstrząśnięta. – Zmieniły się.

Zamknąwszy drzwi, wróciła pod ścianę, po czym wbiła wzrok w podłogę.

– Musiało minąć mnóstwo czasu – powiedziała w końcu, wciąż nie spoglądając na rozmówcę.

– Dni?

– Raczej tygodnie. – Wsparła dłoń na podbródku. – Jak daleko jest stąd do najbliższego miasta?

– Ja zazwyczaj docieram tam w jakieś dwadzieścia dni. Bez znajomości drogi trwałoby to znacznie dłużej. Przełęcze będą zasypane, zanim pokonasz chociaż połowę trasy.

– Jakieś wioski?

– Jak mówiłaś, po tej stronie gór jest wyłącznie dzicz. Może paru innych myśliwych pomieszkuje w podobnych chatach, ale nie potrafię ci powiedzieć, gdzie dokładnie.

Raisa zaklęła siarczyście.

– Czyli jestem tu uwięziona?

– To nie do końca słowo, którego bym użył. Możesz stąd odejść, jeśli chcesz.

– Ale wtedy zginę?

– Zgadza się.

– Dla mnie to brzmi jak bycie uwięzioną.

Medard wzruszył ramionami.

– Na wiosnę możesz się ze mną zabrać do miasta. Nawet przyda mi się pomoc w noszeniu części rzeczy.

Kobieta skrzywiła się.

– A do tego czasu co mam z sobą począć? – wymamrotała, kierując to pytanie nawet bardziej do siebie niż do rozmówcy.

– Nie próbować mnie więcej zabić, żebym nie był zmuszony cię stąd wywalić.

Spojrzała na niego z ukosa.

– I tak po prostu pozwolisz mi tu zamieszkać?

– Pozostawienie cię samej sobie teraz, tuż przed nadejściem zimy, byłoby zwykłym morderstwem. A poza tym chcę się dowiedzieć, kto i jak znalazł tę chatę. Moje własne przetrwanie może od tego zależeć. A z twoich wcześniejszych słów miarkuję, że też chcesz dopaść tego, kto cię okradł, więc przynajmniej ten cel mamy wspólny.

Raisa skinęła poważnie głową.

– Ano. Muszę odzyskać swoje rzeczy – oznajmiła, po czym dodała – Tylko nie myśl sobie, że tak łatwo ci zaufam! Wciąż jesteś głównym podejrzanym!

Myśliwy uśmiechnął się krzywo.

– Ja z kolei jestem gotów zaufać twojej chęci przetrwania. Wiedz, że w tej chacie nie ma dość jedzenia, żebyś przetrwała zimę beze mnie. Tak że lepiej, żebyś miała po temu dobry powód, kiedy następnym razem wycelujesz we mnie broń.

Prawie nie odzywając się przez resztę wieczoru, wspólnie zjedli kuropatwę (Medard musiał zacząć jeść pierwszy, by udowodnić kobiecie, że nie próbuje jej otruć), po czym udali się na spoczynek. Wziąwszy po kilka grubych futer, zajęli przeciwległe kąty chaty, wykorzystując stół jako prowizoryczną barierę. Oboje spędzili noc z bronią w ręku i twarzą zwróconą ku środkowi izby. Mężczyzna nie był pewien, czy Raisa w ogóle spała, bo ilekroć budził się z płytkiego snu, miał wrażenie, że niewiasta czujnie go obserwuje.

***

Upewniwszy się rankiem, że naprawdę znalazła się po zachodniej stronie gór, Raisa nie miała wyboru, jak zaakceptować swój los. Ewidentnie nie przychodziło jej to jednak łatwo, gdyż kilka następnych dni spędziła nie wypowiadając ani słowa i obdarzając swego towarzysza co najwyżej ponurym spojrzeniem. Ani na chwilę nie rozstawała się też z oszczepem i natychmiast nerwowo się spinała, gdy mężczyzna zanadto się zbliżył.

Medardowi nie przeszkadzał taki stan rzeczy. Przyzwyczajony do przebywania w samotności, nie miał problemu z tym przedłużającym się milczeniem i na dobrą sprawę starał się ignorować kobietę. Pozostawienie inicjatywy całkowicie w jej rękach wydawało mu się najlepszym sposobem na uniknięcie konfliktów. Większość dnia zazwyczaj i tak spędzał w puszczy, zastawiając sidła, zbierając zioła i sprawdzając, co zmieniło się w okolicy, gdy go tu nie było. Szczególnie wytrwale szukał wszelkich śladów ludzkiej aktywności, ale długo nie natrafił na nic, czego nie dałoby się wytłumaczyć działalnością zwierząt bądź żywiołów. Kiedy zaś niespełna tydzień później pojawiły się pierwsze śniegi, wszelka nadzieja na odkrycie nowych poszlak przepadła.

Wraz z nadejściem zimy zaczął coraz bardziej doceniać fakt, że ktoś stale dbał o to, by ogień w kominku nie gasł, co czyniło powroty po wielogodzinnym przebywaniu na mrozie znacznie przyjemniejszymi. Nawet po tym, jak wykonał dla swej towarzyszki chodaki z kory, ta nie oddalała się za bardzo od chałupy, najwyraźniej świadoma, jak łatwo mogłaby się zgubić w okolicznej puszczy. Teraz natomiast oboje siłą rzeczy spędzali tu większość czasu i nie upłynęło wiele zimowych wieczorów, aż bezustanna cisza i zamknięcie w czterech ścianach przełamało niechęć kobiety do rozmowy.

– Sam zbudowałeś ten dom? – spytała niespodziewanie pewnego dnia, siedząc przed kominkiem, podczas gdy mężczyzna zajęty był pleceniem grubego sznura.

– Razem z moim ojcem – odpowiedział, nie odrywając wzroku od pracy. – Wszystko, co tu widzisz, zostało wykonane moją albo jego ręką.

– Gdzie jest teraz twój ojciec?

– Kilka stóp pod tym dużym głazem naprzeciwko drzwi.

– Aha. – Raisa skrzywiła się i popatrzyła kątem oka na myśliwego. – Od dawna?

– Będzie już z pięć lat – stwierdził beznamiętnie Medard. – Wyciągnąłem to, co z niego zostało z wnętrza niedźwiedziego żołądka – dodał po chwili, wywołując kolejny grymas na twarzy kobiety. Najwyraźniej jednak jego komentarz aż tak jej nie zraził, bo wkrótce zadała kolejne pytanie.

– I od tego czasu mieszkasz tu sam?

– Zgadza się. Raz w roku wybieram się do najbliższego miasta, żeby kupić i sprzedać parę rzeczy, ale poza tym siedzę tutaj.

– I nie nudzi ci się to?

– Mam co robić – odparł, wzruszając ramionami.

– Chodziło mi o to, czy nie brakuje ci przebywania z innymi ludźmi.

– Czasami – przyznał. – Ale nie na tyle, żebym chciał coś zmienić.

– Naprawdę?

– Naprawdę.

Kobieta zmierzyła go bacznym spojrzeniem, po czym skrzyżowała ręce na piersiach, z powrotem spoglądając w płomienie.

– Dziwak z ciebie – uznała. – Ja bym w życiu nie chciała utkwić na stałe w takim miejscu.

Z tymi słowami ich rozmowa dobiegła końca. Była to najdłuższa wymiana zdań, jaka miała miejsce od ich pierwszego spotkania. Do kolejnej nie doszło jeszcze przez jakiś czas, ale w miarę jak dni wciąż się skracały, podobne pogawędki robiły się coraz dłuższe i częstsze. Zazwyczaj to mężczyzna więcej mówił, choć rzadko sam inicjował rozmowę. Raisa wciąż stroniła bowiem od wyjawiania czegokolwiek o sobie, wypytywała go natomiast o różne aspekty życia, jakie tu prowadził, kierując się nawet nie tyle szczerą ciekawością, co po prostu nudą. Opowiadał zatem, wbrew swoim zapewnieniom nie mając często żadnego lepszego zajęcia.

Nie potrwało długo, aż kobieta wyraziła chęć wzięcia udziału w jednej z jego wypraw. Medard nie widział żadnego powodu, by odmówić, więc następnego ranka wspólnie wkroczyli w okrytą śniegiem puszczę.

Maszerując bez słowa po skrzypiącej pod nogami bieli, nawet teraz zachowywali pewien dystans. Mężczyzna prowadził, pewnym krokiem zmierzając przed siebie i tylko okazjonalnie zerkając, czy jego towarzyszka nie zgubiła się pośród rozłożystych jodeł i świerków. Po raz pierwszy oddaliwszy się od chaty bardziej, niż na odległość strzału z łuku, Raisa chłonęła chciwym wzrokiem wszystko dookoła, nierzadko przystając, by bliżej się czemuś przyjrzeć. Nie napotkawszy żadnych zwierząt poza wiewiórkami, których ogony wielokrotnie migały im w koronach drzew, dość szybko dotarli do jednej z pułapek Medarda. Nie byli tam jednak pierwsi.

– Ojoj. – Myśliwy stanął jak wryty, gdy po wyjściu zza hałdy śniegu napotkał oczyma ślepia sporego rysia. Zwierz trzymał w zębach zająca, wokół szyi którego wciąż owinięta była wąska linka. Na widok człowieka drapieżnik również znieruchomiał, ale nie wypuścił zdobyczy z pyska. Nie zdradzał też wcale chęci do ucieczki, wpatrując się tylko czujnie w intruza.

Zanim którykolwiek z dwóch łowców zdołał uczynić jakiś ruch, na scenę wkroczyła Raisa. Wytrzeszczywszy oczy, wydała zaskoczony, choć bynajmniej nie wystraszony okrzyk.

– Kot!

– Ryś – doprecyzował szeptem Medard. – I to cholernie wielki. Lepiej zostawmy go w spokoju.

Jego towarzyszka popatrzyła nań ze zdziwieniem.

– Przecież to tylko duży kot. Masz minę, jakbyśmy wpadli na wilka.

– Wolałbym już wpaść na wilka – stwierdził. – Uwierz mi, te pazury mogą nam w okamgnieniu zrobić z twarzy sieczkę, jeśli go sprowokujemy.  

– Chyba ci rozum odjęło, jeśli boisz się tego puchatego kociaka.

Zanim zdążył ją powstrzymać, kobieta zaczęła zbliżać się do zwierza. Ryś zastrzygł uszami, wprawiając w ruch wieńczące je pędzelki, ale poza tym w ogóle na nią nie zareagował, ku zaskoczeniu mężczyzny pozwalając jej podejść na wyciągnięcie ręki.

Dopiero, kiedy przypadkowo podrzuciła stopą trochę śniegu, kot zjeżył się gwałtownie, niemal podwajając tym swą wielkość. Upuścił też zająca, a zza jego wyszczerzonych kłów dobył się przeraźliwy, niemalże ludzki wrzask.

Kobieta gwałtownie się cofnęła, o mało się nie wywracając.

– Dobra, przekonałeś mnie – stwierdziła, chowając się za towarzyszem. – Zostawmy go w spokoju.

Przy następnych sidłach znaleźli wciąż jeszcze żywego bażanta, który szybko wylądował w plecaku Medarda. Zadowolony ze zdobyczy, mężczyzna początkowo nie zauważył, że w miarę jak oddalali się od pułapki, Raisa robiła się coraz bardziej niespokojna. Stopniowo spoglądała na otoczenie z coraz większym lękiem, a każdy kolejny krok wydawał się kosztować ją coraz więcej wysiłku. W końcu zatrzymała się pośrodku ścieżki, sztywno wyprostowana i śmiertelnie blada.

– Musimy zawrócić.

Obejrzawszy się przez ramię, myśliwy zmarszczył czoło, widząc jej przerażoną minę. Powiódł dookoła czujnym wzrokiem, zaciskając dłonie na trzonku włóczni.

– Co się stało? Zobaczyłaś coś?

– Musimy zawrócić.

– Czemu?

– Nie wiem – oznajmiła zatrwożonym głosem Raisa. – Ale nie zrobię ani kroku dalej.

Medard zerknął na nią dziwnie, ale nic nie powiedział. Nakazawszy jej gestem milczenie, przez długą chwilę starał się przeniknąć oczyma otaczający ich gąszcz, uważnie nasłuchując. W końcu musiał jednak przyznać, że nie ma najmniejszego pojęcia, co mogło wywołać u niej tak gwałtowną reakcję. Wokół panowała kompletna cisza, a jedynym, co się poruszało, była biała mgiełka wydostająca się z jego ust przy każdym oddechu.

Podszedł do towarzyszki, która tym razem pozwoliła mu się zbliżyć, zbyt wystraszona, by pamiętać o swej nieufności. Wyraźnie widział, że była na skraju histerii i choć nie przyznałby tego nawet przed samym sobą, jej niepokój zaczynał mu się udzielać.

– Niech będzie – powiedział cicho. – Wracajmy.

Raisa obróciła się na pięcie, natychmiast wznawiając marsz i szybko zostawiając kompana w tyle. Mężczyzna podążył za nią, ale po kilku krokach przystanął, uświadomiwszy sobie, że kobieta nie cofa się po własnych śladach, mocno zbaczając z ich dotychczasowej trasy. On sam dobrze znał tę okolicę, więc wiedział, że chata znajduje się właśnie w tym kierunku, ale Raisa nie powinna być tego świadoma.

Przez jakiś czas pozwolił towarzyszce iść przodem, cały czas bacznie obserwując ją i otoczenie. Raisa wręcz przeciwnie, ciągle patrzyła prosto przed siebie, jakby bała się tego, co mogłaby zobaczyć, spojrzawszy na boki. Narzucała też takie tempo, że chwilami gubił ją z oczu i musiał gwałtownie przyspieszać.

Dopiero gdy już mocno oddalili się od miejsca, gdzie owładnął nią ten nagły strach, kobieta zaczęła zwalniać, aż w końcu zatrzymała się i obejrzała przez ramię.

– Eeee… Nie powinieneś przypadkiem ty nas prowadzić? Bo ja nie mam najmniejszego pojęcia, dokąd idziemy.

Z jej twarzy zniknęło wcześniejsze przerażenie, a głos brzmiał już trochę pewniej, ale nie ulegało wątpliwości, że wciąż była oszołomiona. Medard bez słowa wysforował się naprzód i w niecałą godzinę doprowadził ich z powrotem do chaty. Oboje przekroczyli jej próg z poczuciem głębokiej ulgi, jakby udało im się umknąć przed czymś okropnym. Mężczyzna od razu zabrał się do rozpalania ognia, natomiast Raisa opadła z westchnieniem na krzesło, wyraźnie wyczerpana.

– Powiesz mi, co się tam stało? – spytał, zerkając na nią badawczo.

– Naprawdę nie wiem… – Kobieta wsparła czoło na dłoni. – Od któregoś momentu zaczęłam czuć się dziwnie, aż w końcu miałam wrażenie, że jeśli pójdę dalej, stanie się coś strasznego. Jakbym miała umrzeć…

Wzdrygnęła się lekko, po czym objęła się ramionami, milknąc aż do wieczora.

Na kolację Medard przyrządził rosół ze złapanego parę dni wcześniej bażanta. Zabrał się do tego od razu po ich powrocie, ale potrawa była gotowa dopiero na krótko przed zmierzchem. Do tego czasu całą chatę już od dawna wypełniał cudowny aromat, przemieniający chwile długiego oczekiwania w istną męczarnię.

Kiedy w końcu oboje przypadli do żeliwnego kociołka, myśliwy nieco zbyt gorliwie przystąpił do nalewania zupy i przez przypadek wylał niemal całą zawartość chochli na dłoń kobiety. Uświadomiwszy sobie swój błąd, zaklął głośno, pospiesznie cofając ramię. Raisa, która akurat w tym momencie patrzyła gdzieś na bok, zwróciła zaskoczony wzrok najpierw na niego, a potem na swoją rękę. Dopiero wtedy jej twarz skrzywiła się w grymasie bólu i kobieta wybiegła z krzykiem na zewnątrz, gdzie prędko wetknęła palce w śnieżną zaspę.

Medard skulił się pod spojrzeniem, jakie mu posłała, wracając do chaty, ale wyglądało na to, że nie poparzył jej aż tak dotkliwie. Nie chowała bowiem długo urazy i po skończonym posiłku pogawędziła z nim trochę na temat rysia, którego spotkali.

Następnego dnia mężczyzna wrócił w miejsce, gdzie Raisę opanował ten niewyjaśniony lęk i dokładnie przetrząsnął całą okolicę. Tym razem podkradł się tam od innej strony i bardzo dbał o zachowanie ciszy, jakby tropił płochą zwierzynę. Spodziewał się znaleźć ślady człowieka lub jakiegoś dużego drapieżnika, którego zapach mógł obudzić w kobiecie pewne głęboko zakorzenione instynkty. Natrafił jednak tylko na tropy samotnego lisa i, dużo starsze, stada jeleni.

***

Mijał już jedenasty dzień zamieci. Medard wychodził na zewnątrz tylko po to, by przynieść więcej drewna ze znajdującej się przy południowej ścianie sterty. Za każdym razem musiał tworzyć wtedy nową ścieżkę, z trudem przekopując się przez zmrożony śnieg. Raisa zazwyczaj towarzyszyła mu w tych wypadach, będących jedyną okazją na wyrwanie się chociaż na chwilę z chaty.

Z czasem noce zaczęły zlewać im się z krótkimi dniami. Nawet jeśli słońce wyłaniało się zza ciężkich od śniegu chmur, rzadko mieli okazję je zobaczyć. Jego rolę w ograniczonym do czterech ścian świecie przejął kominek, wyznaczający rytm ich funkcjonowania, związany z koniecznością ciągłego uzupełniania opału.

Zapasów ubywało wolniej, niż myśliwy początkowo się obawiał. Szybko zdał sobie jednak sprawę, iż powodem tego był fakt, że Raisa z każdym dniem jadła coraz mniej. Zrobiła się też bardziej małomówna, choć obecnie prawie nie mieli innych zajęć poza właśnie rozmawianiem. Wiedząc, jak niebezpieczne było popadanie w melancholię, gdy tak wiele zależało od zachowania woli przetrwania, mężczyzna starał się podtrzymać ją na duchu, samemu stając się nad wyraz gadatliwym. Pewnego wieczoru zaryzykował nawet próbę dowiedzenia się czegoś więcej o towarzyszce, póki co wciąż unikającej wyjawiania czegokolwiek na swój temat.

– Miałaś ze sobą coś cennego, gdy cię napadnięto? – spytał, sadowiąc się po przeciwnej stronie kominka, co siedząca ze skrzyżowanymi nogami kobieta.

Raisa skierowała na niego nieprzytomny wzrok.

– Czemu o to pytasz?

– Zastanawiam się, czy ten, kto cię zaatakował szukał czegoś konkretnego, czy był to raczej przypadkowy rabunek.

Wzruszyła ramionami.

– Żadnych bogactw nie przewoziłam. Moją najcenniejszą własnością był koń. Poza tym miałam metalową broszkę, którą złodziej mógł uznać za srebro, ale jeśli tak, to się przeliczył. Posiada wartość tylko jako pamiątka. – Zmarszczyła brwi. – A jemu przyjdzie jeszcze słono zapłacić za to, że mi ją zabrał.

Wcześniejsza apatia w oczach kobiety została zastąpiona przez iskierki gniewu, co Medard uznał mimo wszystko za pozytywną zmianę. Wstrzymał się jednak z kolejnymi pytaniami i przez jakiś czas oboje siedzieli w milczeniu, zasłuchani w trzask ognia i wycie wichru na zewnątrz.

– Dostałam ją od siostry – oznajmiła nagle Raisa. – Mówiła, że jeśli będę stale nosić ją przy sobie, ochroni mnie przed śmiercią. – Uśmiechnęła się lekko. – Śmieszne, wiem, ale to moja jedyna pamiątka po niej. Dlatego zamierzam ją odzyskać, nawet jeśli reszta moich rzeczy już przepadła.

– To może być trudne – zauważył myśliwy. – W końcu złodziej będzie mieć nad tobą przynajmniej pół roku przewagi.

– Wiem – stwierdziła zrezygnowanym tonem. – Właśnie dlatego takie bezczynne siedzenie tutaj jest szczególnie frustrujące.

Posłała mężczyźnie niechętne spojrzenie.

– Pod tym względem sprawa byłaby prostsza, gdybyś to jednak ty nim był. Oszczędziłoby mi to szukania.

Medard skrzywił się, ale zauważył, że na przekór nieufności, jaką wyrażała twarz i słowa kobiety, oszczep, z którym dotąd nigdy się nie rozstawała, spoczywał na stole w kącie, daleko poza zasięgiem jej rąk.

***

Po niespełna trzech tygodniach zamieć dobiegła końca, ustąpiwszy równie nagle, jak się zaczęła. Z morza bieli, które pozostawiła po sobie, wystawał tylko szczyt chaty i górne partie otaczających polanę drzew. Rankiem po otwarciu drzwi Medard ujrzał jedynie sięgającą nadproża białą ścianę, ale przed zmierzchem udało mu się wykopać tunel wiodący do lasu. Tym razem nie zniknął on przez noc, co pozwoliło mężczyźnie wyruszyć na pierwsze od wielu dni polowanie.

Nie zabrał ze sobą Raisy, obawiając się, że mogłaby mu spłoszyć zwierzynę, lecz kobieta i tak skorzystała z okazji, by pospacerować po okolicy. Gdy wracał, obładowany zdobyczą, pomachała mu z dachu chaty, z którego zeszła dając po prostu susa w okoliczne zaspy. Widząc to, myśliwy wytrzeszczył oczy, ale jakimś cudem zapadła się tylko po kolana i bez żadnych trudności dołączyła do niego na ścieżce.

– Ile jeszcze do końca zimy? – spytała podczas kolacji, której główny element stanowił upolowany przez Medarda jelonek.

– Trudno ocenić – odpowiedział między kęsami. – To była największa zamieć, jaką tu przeżyłem, więc niewykluczone, że mróz jeszcze trochę się utrzyma. Ale raczej nie będziemy musieli długo czekać, aż zaczną się roztopy.

– I wtedy wyruszymy?

Pokręcił głową.

– Nie od razu. Może minąć jeszcze parę tygodni, zanim to samo stanie się w górach. A zdecydowanie lepiej spędzić ten czas tutaj niż w jakiejś przypadkowej grocie.

Kobieta westchnęła, spuszczając wzrok.

– Czyli jeszcze co najmniej kilka tygodni?

– Zgadza się. Normalnie wyruszyłbym jeszcze później, ale wiem, że zwłoka nie jest ci na rękę, więc nie będę odwlekać podróży bardziej, niż to konieczne.

Ich spojrzenia skrzyżowały się i Raisa skinęła krótko głową.

– Dziękuję.

***

Wbrew oczekiwaniom Medarda pierwsze oznaki wiosny pojawiły się dość szybko i już po kilkunastu dniach mogli zacząć przysposabiać się do wędrówki. Jako że wszystko wskazywało na to, że ktoś obcy znał teraz położenie chaty, myśliwy planował zabrać ze sobą większość rzeczy, które w niej przechowywał, co czyniło przygotowania wyjątkowo pracochłonnymi. Wiele zgromadzonych przezeń ziół musiało być trzymanych w osobnych pojemnikach, które należało dopiero sporządzić z drewna, a część ingrediencji wymagała specjalnej obróbki przed transportem. Tylko w niektórych spośród tych czynności Raisa mogła mu służyć jakąkolwiek pomocą, więc dla odmiany to on spędzał więcej czasu w chacie, podczas gdy kobieta wyprawiała się na coraz dalsze przechadzki, wyraźnie nie mogąc się doczekać wyruszenia w drogę. Ostatniego dnia przed planowaną podróżą, kiedy zabrał się do preparowania najcenniejszych zdobyczy, Medard poprosił ją jednak o zostanie, na wypadek gdyby potrzebował dodatkowej pary rąk.

– A to co? – spytała, gdy wyłożył na stół kolejny poszarzały organ, mimo zasuszenia mający wielkość ludzkiej pięści.

– Żołądek gryfa.

– Zaraz, zaraz. Poprzednia rzecz to też był żołądek gryfa. Mówiłeś, że udało ci się upolować jednego.

– Ano. Tylko że gryfy mają dwa żołądki.

– Aha… – Kobieta uniosła brwi. – Aż tyle jedzą?

Medard uśmiechnął się.

– Najwyraźniej. Wiem tylko, że kamienie, które czasami można znaleźć w tym mniejszym, są bardzo cenne.

– Kamienie? Teraz to już na pewno zmyślasz.

– Czyżby? Chodź i sama zobacz.

Zaciekawiona, Raisa dźwignęła się z krzesła i stanęła po drugiej stronie stołu, przyglądając się, jak myśliwy sięga po świeżo naostrzony nóż. Rozciąwszy pomarszczony narząd, schwycił jedną z połówek i ostrożnie rozdzielił zlepione ściany żołądka, by w końcu wytrząsnąć jego zawartość niczym monety ze starej sakiewki. Kobieta wytrzeszczyła oczy, gdy na blat faktycznie wysypało się kilka różnej wielkości kamyków. Schyliła się, by obejrzeć je z bliska, po czym wskazała palcem jeden z obłych kształtów.

– Chyba dopadłeś go krótko po posiłku – stwierdziła, wykrzywiając usta na widok sczerniałego fragmentu żuchwy, w którym wciąż tkwiło kilka zębów. – Potrafisz rozpoznać, co to za zwierzę?

– Dzik – skłamał beznamiętnie Medard, nie dając po sobie poznać, jak bardzo wstrząsnęło nim to znalezisko. Szybkim ruchem odsunął je na bok, a następnie powtórzył całą czynność z drugą częścią żołądka, podczas gdy Raisa podniosła największy z kamieni, oglądając go ze wszystkich stron. Z zasuszonego wnętrza znów wypadło kilka rzeczy, lecz tym razem pośród fragmentów kości i skały znajdowało się coś więcej.

Mężczyzna zmrużył oczy, spoglądając na skrzący się w świetle kominkowych płomieni przedmiot. Jego uwagę wnet odciągnął jednak zduszony okrzyk Raisy. Uniósłszy wzrok, ujrzał iż ona również dostrzegła już srebrną broszę. Westchnął.

– Wybacz, ale skłamałem z tym dzikiem – przyznał. – Obawiam się, że mamy tu do czynienia z gryfem ludojadem…

– To jest moja brosza – stwierdziła sztywnym głosem kobieta, sprawiając wrażenie, jakby w ogóle nie usłyszała jego słów.

Myśliwy zmarszczył czoło.

– Co?

– To jest moja brosza – powtórzyła, sięgając po spiralnie zakręcony skrawek metalu. Jej palce zatrzymały się jednak kilka cali przed nim, a widoczne dotąd na pobladłej twarzy zdumienie ustąpiło miejsca przerażeniu. Mężczyzna poczuł przechodzący wzdłuż kręgosłupa dreszcz, natychmiast rozpoznawszy ekspresję, która pojawiła się na obliczu Raisy tego dnia, kiedy po raz pierwszy wziął ją ze sobą do lasu.

– Medard… – wyjąkała cichutko. – Mógłbyś mi to podać?

Nie odrywając od rozmówczyni bacznego wzroku, chwycił zaskakująco ciężką broszkę, po czym upuścił ją na wyciągniętą w oczekiwaniu dłoń. Wzdrygnął się i cofnął o krok, gdy Raisa odsunęła prędko ramię, pozwalając ozdobie upaść. Powodem jego reakcji nie był wszakże ten niespodziewany ruch, lecz to, że przez moment wyraźnie widział, jak ręka kobiety staje się przezroczysta.

Skrzyżowali spojrzenia, od razu dostrzegając w swych oczach potwierdzenie, że oboje zauważyli, co się stało. Medard bez słowa podniósł przedmiot i znów jej go podał, tylko po to, by Raisa w ostatniej chwili ponownie zabrała dłoń.

– Nie robię tego specjalnie! – zapewniła histerycznie. – Nie rozumiem, co się dzieje!

– Jesteś pewna, że to ta brosza, którą dostałaś od siostry, a nie jakaś podobna? – zapytał, marszcząc brwi.

– Absolutnie. Zrobiła ją specjalnie dla mnie. Jest unikatowa.

Mruknąwszy coś cicho pod nosem, zaczął oglądać świecidełko ze wszystkich stron, by nagle bez ostrzeżenia rzucić nim w stronę kobiety. Raisa krzyknęła i ze zdumiewającą szybkością znalazła się w przeciwległym kącie izby, dysząc ciężko i drżąc jak osika. Spojrzała z wyrzutem na mężczyznę, który tym razem miał już całkowitą pewność, że przez okamgnienie całe jej ciało było przezroczyste.

Opadł ciężko na krzesło, zamykając oczy i opierając czoło na dłoni.

– Czy opowiadałem ci o tym, co się stało z moim ojcem? – zapytał po chwili ciszy, nie podnosząc wzroku na kobietę, która wciąż spoglądała nań nieufnie.

– Tak… – potwierdziła z lekkim wahaniem, wyraźnie zbita z pantałyku. – Mówiłeś, że zabił go niedźwiedź.

Pokiwał głową.

– Zgadza się. Nie było w tym nic dziwnego, biorąc pod uwagę, gdzie żyliśmy i czym się zajmowaliśmy. Dziwne było natomiast to, w jaki sposób dowiedziałem się o jego śmierci. – Westchnął ciężko. – Otóż widzisz, ojciec sam mi o niej opowiedział.

Zamilkł na moment, spodziewając się prychnięcia lub innej oznaki niedowierzania, lecz Raisa nie odezwała się ani słowem. Nie słyszał nawet jej oddechu.

– Przyszedł do chaty w środku nocy, twierdząc, że zaatakował go niedźwiedź. Po chwili zaczął błagać mnie, żebym odzyskał jego szczątki i je pochował. Myślałem, że jest w szoku i majaczy, dopóki nie pokazał mi rany na swojej szyi. Dopiero wtedy zrozumiałem, że rozmawiam z duchem.

Uśmiechnął się krzywo.

– Do dziś nie wiem, czy to był sen, czy jawa. Ale gdy w końcu dopadłem tego niedźwiedzia i rozprułem mu brzuch, znalazłem tam kości ojca.

Popatrzył w kąt, w którym wciąż kryła się Raisa. Na oblicze kobiety powrócił paniczny strach, oznaka tego, że nie tylko mu uwierzyła, ale że zaczęła już przeczuwać, do czego Medard zmierza. Kiedy wskazał porozrzucane na stole fragmenty czaszki, zaczęła kręcić energicznie głową, a w kącikach jej oczu pojawiły się łzy.

– To są ludzkie kości – zdążył powiedzieć, zanim przerwała mu zbolałym głosem.

– Nie! Kłamiesz! To jest dzik! Sam mówiłeś, że to dzik!

Mężczyzna nie potrafił wytrzymać jej rozpaczliwego spojrzenia. Wbił wzrok w podłogę.

– Przykro mi, Raisa.

Zdążył usłyszeć jeszcze jeden żałosny lament, po którym rozległ się huk zatrzaskiwanych z impetem drzwi.

***

Znalazł Raisę niedaleko chaty, siedzącą na głazie koło ciernistego krzewu tarniny, wypuszczającego właśnie pierwsze tegoroczne liście. Nie zareagowała w żaden sposób, gdy zbliżył się do niej niepewnym krokiem, niezdolny dojrzeć twarzy skrytej za burzą rudych włosów. Nie wiedział, czy w ogóle zauważyła jego obecność, dopóki nie odezwała się ochrypłym głosem.

– Wiesz, kiedy ocknęłam się w tej ciemnej chacie, naga i ogłupiona, bardzo długo nie byłam w stanie nawet się poruszyć. A przynajmniej tak mi się wydawało, bo nie mogłam niczego dotknąć. Miałam wrażenie, jakbym tkwiła tam całymi dniami, ślepa i głucha, otoczona zewsząd pustką. – Jej głos załamał się. – W końcu zaczęłam bać się, że umarłam i że tak właśnie wygląda śmierć. Więc kiedy wyważyłeś drzwi, przez chwilę czułam ogromną ulgę.

Pociągnąwszy nosem, uniosła głowę, odsłaniając błyszczące linie pozostawione na policzkach przez potoki łez. Upewniwszy się, że Medard ją obserwuje, zamknęła oczy i pochyliła się w stronę krzewu, wyciągając przed siebie rękę. Początkowo gałęzie ugięły się lekko, niczym poruszone łagodnym wiatrem, ale wkrótce dłoń kobiety zagłębiła się bez oporu w kolczasty gąszcz, jakby był on jedynie obłokiem mgły. Rozchyliwszy powieki, Raisa nie potrafiła powstrzymać bolesnego stęknięcia i odruchowo cofnęła ramię, ale długie ciernie nie pozostawiły na jej ciele żadnego śladu. Poruszając trzymanymi przed twarzą palcami, wpatrywała się w nie tak, jak gdyby miały lada chwila rozpłynąć się w powietrzu.

– Moja siostra twierdziła, że potrafi rozmawiać z duchami – stwierdziła z wyraźną nutą goryczy. – Ja nigdy jej nie wierzyłam, ale inni już tak. Spalili ją za to na stosie. Była młodsza ode mnie, więc domyślam się, że dała mi tę broszkę, żebyśmy mogły sobie pogawędzić nawet po mojej śmierci. – Westchnęła, kręcąc głową. – Sama nie wiem, czy powinnam być jej wdzięczna, czy ją przeklinać…

***

Drzwi Zielonego Alembiku otwarły się na oścież, wpuszczając pierwszego porannego klienta. Oblicze siedzącej za ladą właścicielki rozjaśniło się na widok znajomej twarzy.

– O, to ty, Medard! I…

Staruszka zawahała się i zamrugała kilkukrotnie, wyraźnie zbita z tropu.

– Z moim wzrokiem musi być już gorzej, niż myślałam. Głowę bym dała, że ktoś wszedł tu razem z tobą.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko, po czym złożył na blacie opasły worek, który natychmiast zawładnął całą uwagą kobiety.

– Widzę, że miałeś owocny sezon – stwierdziła wesoło, przystąpiwszy do przeglądania jego zawartości.

– Bardzo – przyznał. – Ale zatęskniłem za ludzkim towarzystwem, więc tym razem chyba zostanę w mieście trochę dłużej.  

Koniec

Komentarze

Selmir bardzo fajne opowiadanie, jest pomysł, który rozwiązuje się dopiero na końcu. Tak się zastanawiałem jak opowiadanie się zakończy i szczęka mi opadła bo się takiego pomysłu w ogóle nie spodziewałem.

 

Pozdrawiam.

 

PS.

Fajny był pomysł z tym żołądkiem :) Tzn. fajnie to opisałeś

Jestem niepełnosprawny...

dawidiq150, dziękuję za życzliwy komentarz.

Cieszę się, że opowiadanie się podobało i że udało mi się Ciebie zaskoczyć :D

 

Pozdrawiam!

Cześć.

Przyjemne opowiadanie, w miarę lekko napisane, więc i czyta się dobrze. Może tylko momentami trochę się dłużyło, ale do przełknięcia. Plus za naturalność w opisach oraz dialogach. Udało Ci się mnie zaskoczyć jeśli chodzi o końcówkę. Dawałeś jakieś poszlaki, za sprawą których wiadomo było, że coś się wydarzy. Takiego obrotu sprawy jednak się nie spodziewałem. Fajnym uzupełnieniem tej historii jest decyzja bohatera o chęci pozostania dłużej wśród ludzi. Jedynie ostatnia wymiana zdań z kobietą-duchem wydaje mi się niedopieszczona. Nie poczułem w niej emocji, które powinny w tym momencie kipieć i być kulminacyjną sceną całego opowiadania. 

Jedna uwaga (może błędna):

Co prawda nie znam się na niedźwiedziach, ale o ile taki gryf może i mógłby pożreć człowieka w całości, o tyle wydaje mi się, że misiu, jak bardzo wygłodzony by nie był, raczej kości by pominął. Więc z tymi szczątkami w żołądkach to już takie fantasy pełną gębą :)

Generalnie opowiadanie nie wywołało w żadnym momencie efektu WOW, jednak jest przemyślane, całkiem zgrabnie napisane, z zaskakującym zakończeniem. Na klika tyle w mojej ocenie wystarcza, więc polecę.

Pozdrawiam!

Cześć Realuc.

Miło mi słyszeć, że dobrze Ci się czytało i że tekst zdołał Cię zaskoczyć zakończeniem.

Pomyślę jeszcze nad potencjalnym dopracowaniem ostatniej rozmowy z duchem, bo to rzeczywiście powinna być najbardziej emocjonalna scena. 

Przyznam że z tym niedźwiedziem to celna uwaga, sam pod koniec pisania zdałem sobie sprawę z tej potencjalnej nieścisłości i ciekaw byłem, czy ktoś zauważy, czy też ujdzie mi to na sucho :D

Gryf bez problemu połknąłby czaszkę tak małej ofiary, ale niedźwiedź chyba faktycznie musiałby być bardzo wygłodzony żeby zjeść większe fragmenty kości (ale z tego co udało mi się dowiedzieć zdarzały się takie przypadki, choć zdecydowanie nie są one normą). 

Dziękuję serdecznie za uwagi i polecenie tekstu innym!

Fajne opowiadanie, ekstra zwrot akcji na końcu. Kompletnie się nie spodziewałam takiego zakończenia. No i ciekawe z tym żołądkiem. 

Pozdrawiam :) 

JN

Dziękuję za komentarz i ocenę :)

Cieszę się, że tekst przypadł do gustu. 

Hej, Selmir!

 

Na początek łapanka:

Sukin-synu!

Sukinsynu.

 

Przestać się na mnie gapić, zboczeńcu!

Przestań

 

– Czyli nie masz najmniejszego pojęcia, kto mógł się zaatakować?

kto mógł cię

 

– To nie do końca słowo, którego był użył.

bym

 

Myśliwy uśmiechnął się krzywo. – Ja z kolei jestem gotów zaufać twojej chęci przetrwania.

Kwestia dialogowa od nowej linijki:

Myśliwy uśmiechnął się krzywo.

– Ja z kolei jestem gotów zaufać twojej chęci przetrwania.

 

Mijał już jedenasty dzień zamieci. Medard wychodził na zewnątrz tylko po to, by przynieść więcej drewna ze znajdującej się przy południowej ścianie sterty. Za każdym razem musiał tworzyć wtedy nową ścieżkę, z trudem przekopując się przez zmrożony śnieg. Raisa zazwyczaj towarzyszyła mu w tych wypadach, będących jedyną okazją na wyrwanie się chociaż na chwilę z chaty.

To zapytam tak: jak srali?

Wybacz, to oczywiście czep ;) Chyba wręcz nie chcę tego wiedzieć ;)

Edit po skończeniu czytania: Jak on srał i czy jest jednym z tych, co myślą, że kobiety nie srają, a zamiast bąków wypuszczają motylki?

 

Opowiadanie bardzo sprawnie napisane. Dialogi, które zajmują większą część tekstu wyszły naturalnie, nie zanotowałem rażących infodumpów. Podobało mi się!

Gdzieś tam podejrzewałem, że umieszczenie Raisy w domku wiąże się z Gryfem, ale na to nie wpadłem.

Trochę mnie ukłuł tylko fakt, że nagle, gdy rozmawiają o cenie kamieni z żołądka gryfa, nagle Medard ochoczo rozcina ten żołądek. Dlaczego nie wyciągnął drogocennych kamieni wcześniej, tylko dopiero, gdy zapytała o to Raisa? Wyszło tak. jakby wcale nie zamierzał wcześniej tego robić, a tu nagle “o-ho! rozetniemy ten drogocenny żołądek, czemu nie?”

 

Natomiast wszystkie moje czepy są marginalne względem odbioru treści, to było naprawdę fajne!

Idę szepnąć użytkownikom, że warto to opko pokazać w bibliotece.

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Bardzo fajne opowiadanie, a twist na końcu pozytywnie mnie zaskoczył i od razu wszystko wydało się jakieś poważniejsze i mroczniejsze. Początek trochę mi przypominał “Nienawistną ósemkę”, a ja w ogóle lubię takie motywy, że jest zima w górach, jakaś chatka i trzeba w niej czekać na poprawę pogody. Rozwijało się powoli, ale to bardzo pasowało do treści, naprawdę super. Mogłabym przyczepić się tam do paru słów (”ewidentnie” i “niewiasta” mi m.in. mniej pasowały), ale z drugiej strony nie siliłeś się na jakąś archaizację, więc to tak naprawdę nie przeszkadza w odbiorze i czytaniu.

Napisane było bardzo zgrabnie, dobrze się to czytało i udało ci się zbudować klimat, pomimo małych i ograniczonych “lokacji”, że tak powiem. Ale łatwo było wsiąknąć i poczuć się trochę, jakby człowiek siedział przy palenisku razem z bohaterami.

Hej, Krokus!

 

Dziękuję Ci bardzo za uważną lekturę.

Literówki już poprawiłem, natomiast przy fragmencie 

– Gnido! Gadzie! Parszywcu! Sukin-synu! – Każdej obeldze towarzyszył kolejny cios

myślnik przedzielający ostatnią obelgę wstawiłem po to by pokazać, że ostatniej obeldze towarzyszyły dwa ciosy. Zmieniłem myślnik na trzykropek, może w ten sposób będzie to bardziej czytelne. 

 

Kwestia wypróżniania się – początkowo w przywołanym przez Ciebie fragmencie o wychodzeniu podczas zamieci był dopisek, że bohater szedł po drewno i żeby opróżnić wiaderko z nieczystościami. Ostatecznie uznałem to za nieistotny dla czytelnika szczegół, co może jednak było błędem ;)

I nie, bohater raczej nie należy do takich ignorantów w zakresie kobiecej fizjologii, ale myślę że mógł nie zauważyć, że Raisa nie korzysta z wiaderka albo że powinno ono mieć więcej zawartości. 

 

W scenie z rozcinaniem żołądka rzeczywiście może nie jest to wystarczająco zaznaczone, ale Medard od początku planował rozciąć żołądek w ramach “obróbki” przed transportem. Także rozmowa na ten temat z Raisą pojawia się przy okazji, a nie jest przyczyną całego zabiegu. 

 

Cieszę się, że opowiadanie się podobało i pozdrawiam!

 

Zielony Groszek

Cieszy mnie, że spodobała Ci się atmosfera opowiadania. Tak się składa, że krótko po skończeniu pisania obejrzałem “Nienawistną ósemkę” i miło mi słyszeć, że pomimo dużo mniejszej ilości akcji i wolniejszego tempa moja historia też przypadła Ci do gustu.

Ze słówka “niewiasta” pamiętam że korzystałem aby uniknąć za częstego powtarzania “kobieta”, bo powtórzenia są moją główną zmorą przy pisaniu :)

 

Dziękuję bardzo za komentarz i pozdrawiam!

Dość wcześnie nabrałam podejrzeń, że dziewczyna chyba nie jest osóbką z krwi i kości i z pewnym zaciekawieniem czekałam, co z tego wyniknie. No i wyniknęło pewne zaskoczenie, ale raczej takie średniej wielkości.

Opowieść jest niezła, choć miejscami zdawała mi się nieco rozwleczona, ale cóż, sroga zima i wielka śnieżyca sprawiają, że czas dłużył się nie tylko mieszkańcom chaty, ale i czytelnikowi. ;)

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia. Dodam jeszcze, że raziły niektóre słowa, moim zdaniem zbyt współczesne, aby mogły zostać użyte w opowiadaniu, m.in.: zboczeniec, pieprzony porywacz, cholerstwo, trasa, frustracja, że na tym poprzestanę.

 

twarz roz­ja­śnił dziu­ra­wy, ale szcze­ry uśmiech. ―> Dziurawe mogła mieć zęby, nie uśmiech.

 

– Wą­tro­ba, oba żo­łąd­ki, na wio­snę do­sta­niesz wszyst­ko – prze­rwał jej Me­dard, po czym z dumą oznaj­mił – Do­pa­dłem jed­ne­go krót­ko przed swoim odej­ściem. ―> – Wą­tro­ba, oba żo­łąd­ki, na wio­snę do­sta­niesz wszyst­ko – prze­rwał jej Me­dard, po czym z dumą oznaj­mił – do­pa­dłem jed­ne­go krót­ko przed swoim odej­ściem.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

– Gnido! Ga­dzie! Par­szyw­cu! Su­kin…sy­nu! ―> Brak spacji po wielokropku.

A może: – Gnido! Ga­dzie! Par­szyw­cu! Su­kinsy­nu!

 

po­tknął się na ster­czą­cym przed chatą pnia­ku. Na szczę­ście wy­wra­ca­jąc się zdą­żył jesz­cze prze­krzy­wić głowę, przez co oszczep wbił się w zie­mię, za­miast prze­szyć mu oczo­dół. Prze­tur­law­szy się na bok, my­śli­wy schwy­cił upusz­czo­ną pod­czas upad­ku włócz­nię i czym prę­dzej dźwi­gnął na nogi. Skoń­czy­ła mu się cier­pli­wość. ―> Siękoza.

 

schwy­cił upusz­czo­ną pod­czas upad­ku włócz­nię i czym prę­dzej dźwi­gnął na nogi. ―> Czy dobrze rozumiem, że dźwignął włócznię na nogi?

 

– Kim TY je­steś, dra­niu?! ―> Czy ona powiedziała to wielkimi literami?

 

– Sły­sza­łem raban, jaki na­ro­bi­łaś w środ­ku. ―> – Sły­sza­łem raban, jakiego na­ro­bi­łaś w środ­ku.

 

od razu za­bie­ra­jąc się za wznie­ca­nie ognia. ―> …od razu za­bie­ra­jąc się do wzniecenia ognia.

 

i za­brał się za opra­wia­nie ku­ro­pa­twy… ―> …i za­brał się do oprawiania ku­ro­pa­twy

– Po­słu­chaj, mi rów­nież nie po­do­ba się… ―> – Po­słu­chaj, mnie rów­nież nie po­do­ba się

 

Potem obudziłam się w chacie i tkwiłam tam jakiś czas… ―> Potem obudziłam się w chacie i tkwiłam tu/ w niej jakiś czas

 

Mężczyzna machnął swą umorusaną krwią ręką. ―> Zbędny zaimek – czy mógł machnąć cudzą ręką?

 

Myśliwy przerwał wykonywaną czynność, zerkając na nią bacznie. ―> Czy dobrze rozumiem, że zerkał bacznie na przerwaną czynność?

 

wróciła pod ścianę, po czym wbiła wzrok w ziemię. ―> Skoro rzecz dzieje się w chacie, to raczej: …wróciła pod ścianę, po czym wbiła wzrok w podłogę.

Chyba że w chacie nie było podłogi, jeno klepisko.

 

Także lepiej, żebyś miała po temu dobry powód… ―> Tak że lepiej, żebyś miała po temu dobry powód

 

spędzali tu większość swojego czasu… ―> Zbędny zaimek – czy mogli spędzać cudzy czas?

 

nie zgubiła się pośród rozłożystych jodeł i świerków. ―> Obawiam się, że drzewa w puszczy rosną wysokie i smukłe, i nie są rozłożyste.

 

te pazury mogą nam w okamgnieniu zrobić z twarzy sieczkę… ―> Czy z twarzy na pewno można zrobić sieczkę?

 

dobył się przeraźliwy, niemalże ludzki wrzask.

Kobieta gwałtownie się cofnęła, o mało się nie wywracając.

– Dobra, przekonałeś mnie – stwierdziła, chowając się za towarzyszem. ―> Lekka siękoza.

 

od razu wziął się za rozpalanie ognia… ―> …od razu zabrał się do rozpalania ognia

 

Na kolację Medard przyrządził rosół ze złapanego bażanta. ―> Z tego co wiem, mięso dzikiego ptactwa musi skruszeć – nie przyrządza się go tego dnia, kiedy ptak został upolowany.

 

Zabrał się za to od razu po ich powrocie… ―> Zabrał się do tego od razu po powrocie…

 

przystąpił do nakładania zupy… ―> Zupę się nalewa, nie nakłada.

 

Uświadomiwszy sobie swój błąd… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Uświadomiwszy sobie własną niezdarność

 

– Trudno powiedziećodpowiedział między kęsami. ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

– To była najcięższa zamieć… ―> – To była największa/ najdłuższa/ najsroższa zamieć

 

pojemnikach, które należało dopiero wyrzezać w drewnie… ―> Raczej: …pojemnikach, które należało dopiero sporządzić z drewna

Za SJP PWN: wyrzezać «wyciąć coś, np. z kamienia, lub wyryć na czymś ornament»

 

kiedy zabrał się za preparowanie najcenniejszych zdobyczy… ―> …kiedy zabrał się do preparowania najcenniejszych zdobyczy

 

wysypało się kilka różnej wielkości kamyków. Schyliła się, by przyjrzeć się im z bliska… ―> Lekka siękoza.

 

Skrzyżowali wzrok… ―> Raczej: Skrzyżowali spojrzenia

 

Kiedy wskazał porozrzucane po stole… ―> Kiedy wskazał porozrzucane na stole

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy,

Widzę, że dobrze zrobiłem rezygnując z paru dodatkowych scen, które rozwlekłyby opowiadanie jeszcze bardziej.

Dziękuję za wnikliwe uwagi, dowiedziałem się dzięki nim paru nowych rzeczy (w tym o kuchni – ponoć bażant kruszeje najkrócej, ale i tak trwa to 2-3 dni laugh). Zaraz zabiorę się za poprawę błędów i na pewno zapamiętam, że zabieramy się do czegoś, a nie za coś :)

Pozdrawiam!

Bardzo proszę, Selmirze, i ogromnie się cieszę, że uznałeś uwagi na przydatne.

 

Zaraz zabiorę się za poprawę błędów i na pewno zapamiętam, że zabieramy się do czegoś, a nie za coś :)

Mam wrażenie, że ćwiczenie pamięci pewnie jeszcze trochę potrwa, albowiem początek zdania winien brzmieć: Zaraz zabiorę się do poprawy błędów;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ale wstyd… Nawet nie próbuję udawać, że był to celowy błąd. Cóż, uwalnianie się od złych przyzwyczajeń nie jest takie proste. 

Dobrze, że są tu czujne osoby wspierające przyszłych pisarzy :D

Zaraz tam wstyd… Ot, zwykła zabawna wpadka, dzięki której – mam nadzieję – lepiej zapamiętasz, żeby porządnie zabierać się do poprawek. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Selmir,

normalnie rzadko czytam teksty dłuższe niż 30k, ale tutaj dobrnęłam do końca. Słowo “dobrnęłam” nie jest może zbyt dobre, ale po prostu twoje opowiadanie nie wyróżnia się, ale mimo to utrzymywało mnie do końca. To już coś, bo ja się łatwo zniechęcam. Troszkę przegadane, momentami mi się dłużyło, ale spodobał mi się główny bohater (szczególnie że traktował Raisę jak człowieka, nie miał wobec niej żadnych zapędów, choć spędzili ze sobą dużo czasu sami – na plus) oraz sama fabuła. Z narracją, jak już wspomniałam, było gorzej, ale ciekawość świata podtrzymywała moją uwagę.

Samo zakończenie bardzo fajne, choć z początku nie połapałam się, co właściwie zaszło. Albo raczej zrozumiałam je zupełnie inaczej.

Tak czy siak, uważam tekst za udany, a tytuł miodzio.

 

 

Na szczęście dla Medarda nie znał się wystarczająco dobrze na rzeczy[+,] by rozpoznać, że blizny pochodziły od wilka.

 

– Tak[+,] tak, oczywiście. 

 

– Zastanawiam się, czy ten[+,] kto cię zaatakował[+,] szukał czegoś konkretnego, czy był to raczej przypadkowy rabunek.

 

– Trudno ocenić – odpowiedział między kęsami. – To była największa zamieć, jaką tu przeżyłem, więc niewykluczone[+,] że mróz jeszcze trochę się utrzyma.

 

 

Powodzenia w dalszym pisaniu!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Cześć, LanaVallen

cieszę się, że opowiadanie wciągnęło Cię na tyle, byś przeczytała całość (i że tytuł się spodobał). 

Dziękuję za komentarz i uwagi, zaraz powstawiam te pogubione przecinki :)

Fajne, nawet nie zauważyłam, że długie. Choć przyznam, że były momenty, w których nieo się dłużyło, ale to chyba wina dość minimalistycznej scenerii. Podoba mi się pomysł i podoba mi się tytuł, dobrze napisane. Może na bardzo długo w głowie nie zostanie, ale miło spędziłam czas.

Klik :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irka_Luz,

miło mi słyszeć, że lektura była przyjemna :)

Dziękuję serdecznie za klika!

Cześć!

 

Opowiadanie, czytało się całkiem przyjemnie, choć jak na ponad 40 tys. znaków, to niewiele się tu wydarzyło. Jak dla mnie styl jest zbyt ozdobny i przyznaję się, że momentami pomijała opisy. Zakończenie mnie zaskoczyło, bo spodziewałam się, że kobieta okaże się raczej czarownicą niż duchem. Dało się wyczuć, że coś jest z nią nie tak, ale nie było wiadomo o co dokładnie chodzi. Była też duchem nietypowym, bo materialnym, skoro zapadała się w śniegu i mogła założyć płaszcz. Jedna rzecz mi trochę zgrzytnęła. Ojciec Medard jako duch miał widoczną ranę, ale Raisa już nie, choć zginęła w podobny sposób. Dialogi są w porządku, poza pierwszą rozmową Raisy i Medarda, bo za dużo było tam przepychanki słownej. Duży plus za intrygujący tytuł :).

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Hej, hej

Kameralnie, romantycznie, spokojnie. Czułem się, jakbym czytał część książki, bo akcja leciała powoli (dołączam do grona komentujących, którym niektóre momenty się dłużyły). Potrafiłeś jednak utrzymać moje zainteresowanie, mimo że dziewczyna od początku wydawała się podejrzana.

Zdziwiły mnie później te palce przechodzące przez krzak, bo przez wiele dni Raisa nie miała problemu, aby wykonywać domowe obowiązki, czy próbować zabić bohatera oszczepem. Ubranie też się na niej trzymało.

Końcówka wydaje mi się trochę urwana, zarówno ostatnia rozmowa z Raisą, jak i późniejsze odwiedziny u staruszki. Nie wiem, co planuje Medard, nie wiem, co ustalił z Raisą itd.

Podobał mi się język – prosty, płynny, ale nie trywialny.

Ogólnie jestem zadowolony z lektury, więc klikam. Miłe fantasy.

Kiedyś napiszę coś z fantasy...

Cześć Alicella!

Dziękuję za komentarz. Cieszy mnie, że lektura była dla Ciebie przyjemna, nawet jeśli styl nie do końca odpowiadał. 

Raisa funkcjonuje na trochę innych prawach niż “zwykły” duch, co jest oczywiście skutkiem magii zawartej w broszy. Początkowo planowałem zawrzeć w ostatniej scenie z nią odkrycie, że kobieta ma pod włosami z tyłu głowy ranę po dziobie gryfa, ale ostatecznie z tego zrezygnowałem, może niesłusznie. 

 

Hej, Zanais

Przy scenie z krzakiem chciałem pokazać, że Raisa jest w stanie wchodzić w interakcję tylko z tym, czego jest świadoma (czy może raczej z tym, co widzi). Dlatego np. jak Medard polał ją wrzątkiem, to zareagowała z opóźnieniem. 

Zakończenie było jednym z wielu elementów, które w ostatecznej wersji uległy skróceniu. Uznałem, że lepiej będzie zostawić część rzeczy niedopowiedzianych, niż jeszcze bardziej wydłużyć tekst. Ale rozumiem potrzebę, żeby wszystko było jasno wytłumaczone :)

Dziękuję bardzo za komentarz i klika! 

 

Nowa Fantastyka