- Opowiadanie: PanDomingo - Dziś pełnia

Dziś pełnia

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Dziś pełnia

– Jesz­cze raz, imię!

– Nic wam nie po­wiem, ła­chu­dry! – za­skrze­czał nie­wy­so­ki bro­dacz, po czym szarp­nął, jed­nak jego ruch krę­po­wa­ły ma­gi-kaj­da­ny, przy­ku­wa­ją­ce go do krze­sła. – Wal­cie się na ryj, straż­ni­cze faj­fu­sy!

Bro­dacz za­czął blu­zgać w nie­zro­zu­mia­łym ję­zy­ku. Robił to tak gło­śno, jakby pró­bo­wał spraw­dzić wy­trzy­ma­łość bę­ben­ków prze­słu­chu­ją­cych go de­tek­ty­wów.

– Pra­vin – rzekł de­tek­tyw do part­ne­ra – podaj na­sze­mu kra­sno­lud­ko­wi coś na uspo­ko­je­nie.

– Tylko nie kra­sno­lud­ko­wi, ty ciem­ny ch… – Bro­dacz nie zdo­łał do­koń­czyć, gdyż Pra­vin wle­wał mu już do gar­dła jeden z pod­ręcz­nych elik­si­rów.

– No, imię!?

– Jo-jo-jo-k-k-k…

– Szlag! Pra­vin, coś ty mu dał! Jąkać nam się bę­dzie?

– W al­che­micz­nym prak­ty­kan­ci mu­sie­li coś po­pie­przyć. Nie moja wina, Vilko.

Vilko wes­tchnął. Spoj­rzał na sie­dzą­ce­go przy nie­wiel­kim sto­licz­ku w kącie mło­de­go pro­to­ko­lan­ta. Ten wbił wzrok w le­żą­cy przed nim ar­kusz pa­pie­ru.

– Za­pi­szesz to wszyst­ko z po­mi­nię­ciem tego jo-jo-ją­ka­nia?

Chło­pak przy­tak­nął. Wy­szep­tał kilka for­mu­łek. Pióro wy­fru­nę­ło z ka­ła­ma­rza i za­sty­gło nad kart­ką w po­zy­cji go­to­wej do pro­to­ko­ło­wa­nia.

 

***

 

Pro­to­kół prze­słu­cha­nia aresz­to­wa­ne­go w spra­wie na­pa­du na Jał­mac­ki Skład Me­dycz­no-Al­che­micz­ny “Medal” w Jał­ma­ku Zach., ul. Gu­ślar­ska 3 w nocy z 21/22 msc. je­mio­łusz­ki VI r. rzą­dów burm. Theo Ru­xe­vi­ca, LXII r. od oba­le­nia ty­ra­nii.

Prze­słu­chi­wa­ny: Jokum “Za­pał­ka” bn. (J).

Prze­słu­chu­ją­cy: det. Josif Vilko (V), det. Iblan Pra­vin (P).

Pro­to­ko­lant: Mark­ko Olus.

I Straż­ni­ca Miej­ska Jał­ma­ku Zach., 9:00-10:30, 22 jem. VI T. Ru­xe­vic/LXII o.o.t.

Uwagi: prze­słu­chi­wa­ny pod wpły­wem elik­si­ru uspo­ka­ja­ją­ce­go. Prze­słu­chi­wa­ny jąka się. Ją­ka­nie po­mi­nię­to w pro­to­ko­le.

 

V: Imię?

J: Jokum.

V: Dalej?

J: Z bi­du­la je­stem, sie­ro­ta.

V: Prze­zwi­sko, pseu­do­nim…?

J: Za­pał­ka.

P: Cie­ka­we.

J: Bo się lubię dra­pać za…

[Prze­słu­chi­wa­ny otrzy­mał po­ucze­nie od­czu­wal­ne, by od­po­wia­dał je­dy­nie na py­ta­nia prze­słu­chu­ją­cych.]

V: Noc na­pa­du. Ilu was było, jak do­sta­li­ście się do skła­du, kto wam po­ma­gał, jak do­sta­li­ście się do we­wnętrz­ne­go ma­ga­zy­nu? Każdy detal i na­zwi­sko może ozna­czać mie­siąc od­siad­ki mniej.

J: Trój­ka. Ja, Gel­l­ja i Yechez.

P: Na­zwi­ska?

J: Nie znam.

V: Twoja rola?

J: Piro… jakoś tak, nie wiem, jak to po wa­sze­mu. Kłód­ki prze­pa­lam, zamki wy­ła­mu­ję.

P: Gór­nik?

J: Bo niski i z brodą to od razu do ko­pal­ni? Ste­reo­ty­py za­sra­ne.

[Prze­słu­chi­wa­ny splu­nął, za co otrzy­mał dru­gie po­ucze­nie od­czu­wal­ne.]

P: Ani na miej­scu, ani przy łupie nie zna­le­zio­no żad­nych kłó­dek.

J: Bo pro­fe­sjo­nał za­bie­ra swe dzie­ło ze sobą…

P: Wiemy. Py­ta­my, gdzie są?

J: Tu i tam. Po dro­dze roz­rzu­ca­li­śmy.

V: Brama głów­na miała nie tylko zamek, ale i ma­gicz­ną ba­rie­rę z ilu­zją. Jak ją prze­szli­ście?

J: Za­pał­ka je­stem, ja kłód­ki palę, nie szy­fru­ję. Nie do mnie z tym.

P: W takim razie zamek. Jak?

J: Pro­szek, za­pał­ka i nie ma zamka.

V: Bu­jasz, kra­sna­lu.

[Prze­słu­chi­wa­ny za­czął prze­kli­nać w nie­zro­zu­mia­łym dia­lek­cie, praw­do­po­dob­nie w któ­rymś z dia­lek­tów Wschod­nie­go Przed­gó­rza. Otrzy­mał upo­mnie­nie ustne.]

V: Proch po­wo­du­je wy­buch. By­ły­by ślady na drzwiach.

[Prze­słu­chi­wa­ny mil­czy.]

V: Wró­ci­my do tego. Je­ste­ście w środ­ku. Skąd wie­cie, co brać?

J: Bra­lim, co po­pad­nie.

P: Cie­ka­we. Skrzy­nie są pod­pi­sa­ne ma­ga­zy­no­wy­mi sy­gna­tu­ra­mi Me­da­lu i na­uko­wy­mi na­zwa­mi mik­stur. Albo mie­li­ście kogoś we­wnątrz, albo był z wami al­che­mik.

J: Bra­lim, co po­pad­nie.

V: Tak? I aku­rat w ręce wam wpa­dły naj­bar­dziej war­to­ścio­we mik­stu­ry?

J: Far­tow­nie.

V: We­wnętrz­ny skar­biec. Jak się do­sta­li­ście?

J: Prze­pa­li­łem.

V: Far­ma­zon wci­skasz.

J: Było, jak mówię.

V: Cały wóz to­wa­ru mie­li­ście. Jak zdą­ży­li­ście to wy­nieść?

J: A jak mie­li­śmy? Rę­ko­ma!

V: Po­ścig. Wtedy roz­rzu­ca­li­ście kłód­ki?

J: Tia.

V: Skle­pik, spo­żyw­czak pana Aloj­da Gar­du­za. Pla­no­wa­li­ście tam wbić i wziąć za­kład­ni­ka?

J: Do­pie­ro ja­ke­śmy ba­ry­ka­dy na dro­dze zo­ba­czy­li.

P: Wzię­li­ście za­kład­ni­ka i czego ocze­ki­wa­li­ście?

J: Że ma dru­gie wyj­ście z tego skle­pi­ku. A nie miał.

V: A potem?

J: Potem to nas zwi­nę­li­ście.

V: W wa­szym łupie bra­ku­je jed­nej skrzy­ni.

J: Wszyst­ko było na wozie.

V: Medal mówi, że bra­ku­je.

J: To niech mówi. Jak za­pa­ko­wa­li­śmy towar, tak go nie ru­sza­li­śmy.

V: Nie mam wię­cej pytań.

P: Ja też. Przy­naj­mniej na razie.

 

***

 

– Go­ście z Me­da­lu chcą jak naj­szyb­ciej od­zy­skać za­gu­bio­ną skrzy­nię. – Pra­vin wziął Vilka na bok, z dala od cie­kaw­skich uszu ru­chli­we­go ko­ry­ta­rza straż­ni­cy.

Vilko do­pie­ro teraz za­uwa­żył, że Pra­vin utyka.

– A ja chcę spę­dzić eme­ry­tu­rę na Pa­pu­żych Wy­spach, po­pi­ja­jąc trzci­nów­kę z cy­tryn­ką w oto­cze­niu pięk­nych dziew­cząt, a bę­dzie mnie stać co naj­wy­żej…

– Nie ro­zu­miesz – prze­rwał mu Pra­vin.

– Co z twoją nogą?

– Nie­waż­ne. Medal wie już, co jest w skrzy­ni.

Vilko spoj­rzał py­ta­ją­co.

– Śro­dek na li­kan­tro­pizm.

– I co z tego? Do tej pory nie prze­szka­dza­ło im za­trzy­ma­nie łupu jako do­wo­du.

– Bo to CAŁY zapas an­ty­li­kan­tro­pów w mie­ście.

– W jed­nej skrzy­ni?

– Jest ak­tyw­ny już w ma­łych daw­kach.

– Nie mają za­pa­sów?

– Warzą go na bie­żą­co.

– A inni?

– Medal ma mo­no­pol.

– Kiedy peł­nia?

– Dziś.

– Szlag.

– Szlag – przy­tak­nął Pra­vin.

Zo­rien­to­wa­li się, że za­trzy­mał się przy nich młody straż­nik.

– Druga z aresz­to­wa­nych jest już w prze­słu­chal­ni, de­tek­ty­wi. – Mło­dziak wy­pro­sto­wał się dum­nie.

 

za 13 go­dzin peł­nia

 

Pro­to­kół prze­słu­cha­nia aresz­to­wa­nej w spra­wie na­pa­du na Jał­mac­ki Skład Me­dycz­no-Al­che­micz­ny “Medal” w Jał­ma­ku Zach., ul. Gu­ślar­ska 3 w nocy z 21/22 msc. je­mio­łusz­ki VI r. rzą­dów burm. Theo Ru­xe­vi­ca, LXII r. od oba­le­nia ty­ra­nii.

Prze­słu­chi­wa­ny: Gel­l­ja “Czuj­ka” bn. (G).

Prze­słu­chu­ją­cy: det. Josif Vilko (V), det. Iblan Pra­vin (P).

Pro­to­ko­lant: Mark­ko Olus.

I Straż­ni­ca Miej­ska Jał­ma­ku Zach., 11:00-12:00, 22 jem. VI T. Ru­xe­vic/LXII o.o.t.

Uwagi: brak.

 

V: Imię?

G: Mogę za­pa­lić?

V: Nie. Imię?

G: Gel­l­ja.

V: Na­zwi­sko?

G: Brak. Mówią na mnie Czuj­ka.

V: Twoja rola w na­pa­dzie?

G: Czuj­ka.

V: Wy­ja­śnij.

G: Wy­czu­wam ma­gicz­ne ba­rie­ry.

V: Tylko?

G: A to mało?

V: Mało. Przy­da­ło­by się je roz­szy­fro­wać.

G: To roz­szy­fro­wu­ję.

P: Ilu was było?

G: Sama byłam.

V: Nie igraj, pa­nien­ko.

G: [Nie­zro­zu­mia­łe. Za­pew­ne prze­kleń­stwa w ję­zy­ku obcym.]

V: Pro­szę się zwra­cać “panie de­tek­ty­wie” albo “de­tek­ty­wie”. Przy blu­zga­niu zwłasz­cza.

P: Ilu was było?

G: Za każdą in­for­ma­cję żądam…

P: Nie je­steś w po­zy­cji do ne­go­cja­cji.

G: Nie? To wam pali się grunt pod no­ga­mi. Ja i tak za to beknę.

P: Od cie­bie za­le­ży jak długi bę­dzie to bek.

V: I czy nie bę­dzie to bek z po­rzy­giem.

G: Trój­ka. Tyle nas było.

V: Daj jej za­pa­lić.

[det. Pra­vin uwol­nił jedną rękę prze­słu­chi­wa­nej, po­zo­sta­wia­jąc na niej bran­so­le­tę prze­ciw­ma­gicz­ną. Prze­słu­chi­wa­na za­pa­li­ła pa­pie­ro­sa wrę­czo­ne­go przez det. Pra­vi­na.]

V: Jak prze­szli­ście bramę głów­ną?

G: Roz­szy­fro­wa­łam. Ba­nal­ny mag­bar.

V: I tyle?

G: Z mojej stro­ny tyle.

V: We­dług czego łu­pi­li­ście?

G: Tro­chę cha­otycz­nie, tro­chę na czuja.

V: Wy­czu­wasz też war­tość mik­stur?

G: Ile od­siad­ki mi odej­mie­cie, jeśli po­wiem, że tak, de­tek­ty­wie?

V: Drugi fajek wy­star­czy?

P: Dalej. Jak do­sta­li­ście się do skarb­ca? Miał coś wię­cej niż ba­nal­ny mag­bar.

G: Dwa pro­ste mag­ba­ry.

V: Coś dużo tego to­wa­ru mie­li­ście. Jak go wy­nie­śli­ście?

G: Ja tylko roz­szy­fro­wu­ję. Nie znam się na magii ki­ne­zyj­nej.

V: Więc?

G: Rę­ko­ma, de­tek­ty­wie.

P: Potem do­szło do po­ści­gu. Żadne pudło, skrzyn­ka czy choć­by mik­stu­ra wam nie wy­pa­dły?

G: Cały towar był przy­pię­ty do wozu.

V: Sklep Aloj­da Gar­du­za. Pla­no­wa­li­ście to?

G: Nie.

V: Dla­cze­go tam ucie­kli­ście?

G: Tylko tam pa­li­ło się świa­tło. Li­czy­li­śmy, że bę­dzie otwar­te.

V: Co potem?

G: Szu­ka­li­śmy tyl­ne­go wyj­ścia. Nie było. Dalej zna­cie.

V: Nie mam pytań.

P: Także.

 

za 11 go­dzin peł­nia

 

– Skąd wie­dzia­ła, że pali nam się grunt pod no­ga­mi? – Dym z cy­ga­ra Vilka ogar­nął cały, ledwo miesz­czą­cy dwa biur­ka, ga­bi­net. – I to jesz­cze przed py­ta­niem, czy nic im nie wy­pa­dło?

– Może strze­la­ła? – za­pro­po­no­wał nie­mra­wo Pra­vin, do­pra­wia­jąc już drugą czarę czaju za­war­to­ścią pier­siów­ki. – A może… no wiesz, jest czuj­ką?

– Że niby nas wy­czu­ła? – prych­nął Vilko.

Roz­le­gło się po­spiesz­ne pu­ka­nie i zaraz potem otwo­rzy­ły się drzwi. Duża szafa na akta, pa­mię­ta­ją­ca co naj­mniej dziad­ka ostat­nie­go ty­ra­na, za­trzy­ma­ła drzwi w po­ło­wie. Do ga­bi­ne­tu we­pchnął się młody straż­nik, a Pra­vin wy­ćwi­czo­nym ru­chem scho­wał pier­siów­kę gdzie jej miej­sce.

– De­tek­ty­wi… – za­czął in­truz. Wy­glą­dał jakby sam miał się przy­znać do współ­pra­cy z szaj­ką. – Jest pro­blem z trze­cim…

– Wy­słów się – wy­ce­dził Vilko ga­sząc jed­no­cze­śnie cy­ga­ro. Już wie­dział, że pro­blem wy­rwie go z ga­bi­ne­tu.

– O-o-on jest chyba niemy…

W sali prze­słu­chań do krze­sła przy­ku­ty był krót­ko ostrzy­żo­ny młody męż­czy­zna. Był szczu­pły, ale ręce miał silne, przy­wy­kłe do pracy fi­zycz­nej. Wyraz jego twa­rzy był trud­ny do od­gad­nię­cia. Coś mię­dzy spo­ko­jem a tę­po­tą.

– Świra je­dzie, a nie żaden niemy – za­wy­ro­ko­wał Vilko, oglą­da­jąc z bli­ska głowę chło­pa­ka.

– Zba­dać go trze­ba – za­pro­te­sto­wał Pra­vin.

– Luvic go wi­dział? – rzu­cił Vilko.

– Dok­tor Luvic po­wie­dział – młody straż­nik po­czuł się wy­wo­ła­ny do ta­bli­cy – że to wy­kra­cza poza jego kom­pe­ten­cje.

– Ko­no­wał… – mruk­nął Vilko, po czym zwró­cił się do Pra­vi­na: – Kra­sna­lek mówił, że jak on się wabi?

– Yechez.

Nie­mo­wa spoj­rzał wy­zy­wa­ją­co na Vilka. De­tek­tyw od­wza­jem­nił wzrok. Zła­pał go mocno za szczę­kę i spoj­rzał głę­bo­ko w oczy. Yechez ni­czym do­świad­czo­ny by­wa­lec bied­nych jał­mac­kich po­dwó­rek wy­strze­lił ślinę wprost w oczy śled­cze­go. Pra­vin chciał zła­pać rękę ko­le­gi, jed­nak nagły zryw spo­wo­do­wał roz­dzie­ra­ją­cy ból w ran­nej nodze. Pięść Vilka zo­sta­wi­ła krwa­wy ślad na po­licz­ku nie­mo­wy.

– Aleś się urzą­dził, brat­ku – Vilko prze­niósł wzrok na wciąż sto­ją­ce­go w drzwiach mło­dzia­ka – pod­czas aresz­to­wa­nia, co nie?

Straż­nik lekko przy­tak­nął, uni­ka­jąc wzro­ku de­tek­ty­wa.

– To co, chyba trze­ba spro­wa­dzić me­dy­ka? – za­pro­po­no­wał Pra­vin roz­cie­ra­jąc nogę.

– Ta, bę­dzie tu za parę go­dzin i gówno powie – żach­nął się Vilko. – Pa­mięt­ni­ka tu trze­ba. Leć po Leg­gia­ho­va, młody.

 

za 9 go­dzin peł­nia

 

Do sali nie­spiesz­nie wszedł otyły wą­sacz, w stro­ju war­tym co naj­mniej pen­sję jał­mac­kie­go de­tek­ty­wa. Całą swoją mową ciała wy­ra­żał non­sza­lanc­kie obu­rze­nie za tak nagłe we­zwa­nie w porze obia­do­wej.

– Leg­gia­hov. – Wy­cią­gnął tłu­stą rękę. – Mne­mo­wi­zje, mne­mo­tech­ni­ki, sy­ne­ste­zje…

Vilko uści­snął mu nie­dba­le dłoń i po­sa­dził na krze­śle obok nie­mo­wy.

– Za­czy­naj­my.

– Je­stem zmu­szo­ny przy­po­mnieć, że mne­mo­wi­zja jest sztu­ką nie­do­sko­na­łą i może za­wie­rać za­kłó­ce­nia, przed­sta­wia­ją­ce inny obraz niż rze­czy­wi­sty i nie jest do­zwo­lo­ne, by jej efek­ty sta­no­wi­ły wia­ry­god­ny dowód w śledz­twie, we­dług Ko­dek­su Praw…

– Wiemy – prze­rwał Vilko. – Za­czy­naj pan.

– W moim obo­wiąz­ku jest przed­sta­wić…

– To nie ro­dzin­ne wspo­min­ki, a straż­ni­ca miej­ska, do cho­le­ry – wark­nął znie­cier­pli­wio­ny de­tek­tyw.

– Mój ko­le­ga chciał tylko po­wie­dzieć, że to spra­wa naj­wyż­szej wagi, liczy się każda mi­nu­ta – za­ła­go­dził Pra­vin. – Jeśli byłby pan ła­skaw, pro­szę za­cząć.

Mne­mo­wi­zor, by­naj­mniej nie prze­stra­szo­ny, a za to jesz­cze bar­dziej ob­ra­żo­ny niż na wej­ściu, jedną dłoń po­ło­żył na czole Yeche­za, drugą na stole. Do­tknę­li ją de­tek­ty­wi.

Za­czę­ła się wizja.

 

***

 

Ciem­ność.

W ciszy sły­chać tylko skrzy­pie­nie wozu i stu­kot koń­skich kopyt o bruk.

Dźwięk ustał. Ktoś zszedł z wozu. Jedna osoba cięż­ko spa­dła na chod­nik. Po niej druga, zu­peł­nie lekko, sły­chać było tylko skrzyp­nię­cie wozu.

Chwi­la ciszy.

Nie­wiel­ki, nie­bie­ska­wy roz­błysk roz­świe­tlił na se­kun­dę oto­cze­nie. Przy bra­mie Me­da­lu stała dwój­ka ludzi. Niski i bar­czy­sty oraz wy­so­ki i smu­kły.

Spod bramy do­bie­gło ja­kieś ciche prze­kleń­stwo za­sy­cza­ne mę­skim gło­sem. Mo­men­tal­nie uci­szy­ła go druga osoba, praw­do­po­dob­nie ko­bie­ta.

Brama skrzyp­nę­ła. Nic nie widać, ale znów przez chwi­lę sły­chać stu­kot kopyt.

Cisza.

Sły­chać kroki kilku osób bie­gną­cych po sta­rych de­skach ma­ga­zy­nu. Ktoś za­pa­lił nie­wiel­ki ka­ga­nek. Widać cie­nie osób no­szą­cych skrzy­nie do wozu.

W od­da­li znów dało się zo­ba­czyć nie­bie­ska­wy roz­błysk. I zaraz po nim ko­lej­ny. Roz­legł się me­ta­licz­ny dźwięk wrót do skarb­ca.

Sły­chać pręd­kie kroki, bieg i przy­spie­szo­ne od­de­chy kilku osób nio­są­cych łup na po­jazd.

I znów stu­kot kopyt. Ob­ła­do­wa­ny wóz ru­szył.

Zza chmur wy­szedł księ­życ, roz­świe­tlił ulicę. Nadal nie­wie­le było widać. Do­biegł krzyk zza ple­ców: Stać, za­trzy­mać się! Ktoś obok mę­skim gło­sem za­wo­łał: Szyb­ciej Yachez, szyb­ciej!

W od­da­li za­mi­go­ta­ło świa­tło. Zdą­ża­li ku niemu. Ktoś obok, innym gło­sem po­wie­dział: Tutaj!

Wóz za­trzy­mał się przed wi­try­ną skle­po­wą.

Z tyłu sły­chać krzy­ki.

Kilka osób ze­szło z wozu i wbie­gło do skle­pu. Sły­chać bie­gną­cych ku nim straż­ni­ków.

Widać prze­ra­żo­ną twarz skle­pi­ka­rza.

Sły­chać czyjś krzyk: Nie ma wyj­ścia!

Do skle­pu wbie­ga­ją straż­ni­cy. Jaśnieją liczne rozbłyski, rozlegają się okrzyki. I jęki bólu.

Straż­ni­cy krzy­czą: Pu­ścić go! Już! Już!

Widać kaj­da­ny an­ty­ma­gicz­ne.

Skle­pi­karz dzię­ku­je.

Ciem­ność.

 

za 8 go­dzin peł­nia

 

– Pie­przo­na mne­mo­wi­zja – po­wie­dział Pra­vin i po­cią­gnął wprost z pier­siów­ki. – Za­wsze kręci mi się po niej w gło­wie.

Vilko od­pa­lił cy­ga­ro, za­mknął oczy i roz­siadł się w fo­te­lu.

– Co są­dzisz? – spy­tał go Pra­vin po ko­lej­nym łyku.

– Coś kryje – od­parł Vilko. – Sta­rał się nie pa­trzeć na ko­le­gów.

– Zwy­kłe kry­cie toż­sa­mo­ści?

– Może. Albo coś wię­cej. Ile na­li­czy­łeś róż­nych gło­sów?

– Szlag, Vilko. My­ślisz, że nie wszyst­kich zła­pa­li­śmy?

– Kto wie – burk­nął Vilko, po czym zwró­cił się do cza­ją­ce­go się pod drzwia­mi ga­bi­ne­tu straż­ni­ka: – Jest już Alojd Gar­duz?

– Nie sta­wił się.

– Stary jest, może się jesz­cze wle­cze? – za­su­ge­ro­wał Pra­vin.

– Sta­rzy są za­wsze go­dzi­nę przed cza­sem – od­pa­ro­wał Vilko.

– Po­je­chać po niego, de­tek­ty­wie? – za­pro­po­no­wał straż­nik.

– Sam to zro­bię. Albo cze­kaj. Je­dziesz ze mną. Zgar­nij paru chło­pa­ków, weź wy­kry­wa­cze. Oba­da­my ten skle­pik. Pra­vin?

– Zo­sta­nę. – Wska­zał na nogę. – Spraw­dzę łup i pro­to­ko­ły. Przy­nie­śli jakąś kłód­kę ze śmiet­ni­ka, może to dzie­ło kra­sna­la.

 

za 7 go­dzin peł­nia

 

Drzwi do spo­żyw­cza­ka Gar­du­za były otwar­te. Sklep nie zmie­nił się od ze­szłej nocy. Na pod­ło­dze wciąż wa­la­ły się wa­rzy­wa, roz­sy­pa­na mąka, szkło z roz­bi­tych bu­te­lek. Wła­ści­cie­la brak.

De­tek­tyw zaj­rzał na za­ple­cze. Pusto. Do­słow­nie. Żad­nych skrzy­nek z mar­chwią, kor­ców ziar­na, wor­ków z przy­pra­wa­mi, nawet flasz­ki po­pi­ja­nej po kry­jo­mu. Gołe ścia­ny i war­stwa kurzu na pod­ło­dze.

Vilko wró­cił do głów­ne­go po­miesz­cze­nia. Się­gnął po pierw­szy lep­szy towar na re­ga­le. Tra­fi­ło na ka­pu­stę.

– No tak… – mruk­nął wi­dząc pust­kę za nią.

Spraw­dził ko­lej­ne. Tylko pierw­sze rzędy były za­peł­nio­ne. Na pokaz.

– Macie coś? – ode­zwał się do straż­ni­ków ba­da­ją­cych sklep amu­le­ta­mi wy­kry­wa­ją­cy­mi dzia­łal­ność ma­gicz­ną.

– Żad­nych cza­rów, śla­dów mik­stur czy ilu­zji. Ale za to mamy krew.

– Krew?

Straż­nik po­ka­zał za­schnię­tą plam­kę na pod­ło­dze.

– Tuż za ladą – po­wie­dział straż­nik.

– Tam, gdzie się skry­li – przy­tak­nął Vilko. – Zo­bacz­cie czy się da wy­eks­tra­ho­wać i sprawdź­cie zgod­ność z aresz­to­wa­ny­mi.

De­tek­tyw wy­szedł na ze­wnątrz. Przyj­rzał się ma­lo­wa­ne­mu szyl­do­wi nad drzwia­mi “Gar­duz – wa­rzy­wa, chleb, przy­pra­wy”. Chle­ba w środ­ku nie wi­dział.

– Miesz­ka tu pani? – zwró­cił się do star­szej ko­bie­ty, ga­pią­cej się na pracę straż­ni­ków.

– Tuż obok.

– Co może pani po­wie­dzieć o Aloj­dzie Gar­du­zie, wła­ści­cie­lu skle­pu?

– Nic nie mogę po­wie­dzieć.

– Pro­szę współ­pra­co­wać…

– Nie mogę po­wie­dzieć, bo tu żad­ne­go skle­pu do wczo­raj nie było!

 

za 6 go­dzin peł­nia

 

Vilko wró­cił do straż­ni­cy. Od prze­kro­cze­nia progu rzu­cił się na niego tłum jał­mac­kich dzien­ni­ka­rzy i żur­na­li­stów.

– Czy kra­dzież w Me­da­lu ma zwią­zek ze śmier­cią straż­ni­ka?

– Czy to praw­da, że wśród skra­dzio­nych to­wa­rów był cały zapas an­ty­li­kan­tro­pów?

– Czy jał­mac­kiej stra­ży za­le­ży na wzbu­dze­niu pa­ni­ki, by potem po­lep­szyć sta­ty­sty­ki?

– Jak da­le­ko to sięga? Czy ka­pi­tan wie? Co na to bur­mistrz?

– Czy to praw­da, że de­tek­tyw Pra­vin był w spi­sku ze zło­dzie­ja­mi?

– Jak to się stało, że zło­dzie­je ucie­kli z aresz­tu?

W końcu udało mu się przejść do czę­ści nie­do­stęp­nej dla ludzi z ze­wnątrz. Ko­ry­tarz pełen był bie­ga­ją­cych go­rącz­ko­wo straż­ni­ków. Vilko za­trzy­mał jed­ne­go z nich.

– Szlag! Co tu się dzie­je? Co ma zna­czyć ta zgra­ja pi­sma­ków? Gdzie jest Pra­vin?

– Mar­twy. Zna­le­zio­no go w miesz­ka­niu. Po­dej­rze­wa­ją, że nie żyje od co naj­mniej rana, jeśli nie od nocy.

– Co? Prze­cież… cały dzień z nim prze­słu­chi­wa­łem… ga­da­łem z nim go­dzi­nę temu! Szlag!

– Ba­da­ją go w ła­pi­dusz­ce na Błot­nej, de­tek­ty­wie.

Straż­nik po­biegł dalej.

– De­tek­ty­wie Vilko! – Za­wo­łał z od­da­li jakiś chło­pak. – Zło­dzie­je z Me­da­lu ucie­kli! Ktoś ich wy­pu­ścił.

– Szlag! Do­wiedz się, w któ­rym kie­run­ku mogli uciec! Już! – roz­ka­zał i za­wo­łał jesz­cze za nim. – In­for­muj mnie! Na Błot­nej w kost­ni­cy będę!

 

za 5 go­dzin peł­nia

 

Vilko wszedł do kost­ni­cy. Nad cia­łem part­ne­ra zo­ba­czył zna­jo­me­go ana­to­mo­pa­to­lo­ga, Gerk­ki­sa. Zwró­cił się do niego bez zbęd­nych for­mal­no­ści.

– I?

– Mar­twy od pa­ru­na­stu go­dzin. Co naj­mniej pięt­na­stu, ra­czej nie wię­cej niż dwu­dzie­stu.

– Czyli tuż po na­pa­dzie… Przy­czy­na?

– Udu­sze­nie. – Po­ka­zał krtań Pra­vi­na. – Dość zręcz­ne i pro­fe­sjo­nal­ne.

– A noga?

– Noga?

– No ja­kieś rany, za­dra­pa­nia, zwich­nię­cia?

Gerk­kis przyj­rzał się nodze.

– Nic – od­rzekł. – Nic wi­docz­ne­go przy­naj­mniej. Żad­nych obec­nych zła­mań. Mu­siał­bym go ciąć, żeby zo­ba­czyć, czy były ja­kieś w prze­szło­ści.

– Nie trze­ba.

– Słu­chaj – pa­to­log ści­szył głos. – Wiem, że to… źle wi­dzia­ne, ale jak chcesz mogę za­ła­twić post­mor­tem­wi­zo­ra. Zo­ba­czył­byś jego ostat­nie chwi­le.

– Ne­kro­man­cja? Dzię­ki, nie sko­rzy­stam.

– Jak sobie chcesz, ale pełna dys­kre­cja. Gość nie jest nie­za­wod­ny, ale jest nie­zły… 

– Szlag, Gerk­kis. Nawet nie pytam. Poza tym, jeśli był udu­szo­ny to praw­do­po­dob­nie od tyłu. Spraw­cy nie zo­ba­czę.

Do po­miesz­cze­nia wdarł się chło­pak w mun­du­rze I Straż­ni­cy.

– Na wschod­niej bra­mie mówią, że mogli wi­dzieć zbie­gów ja­kieś czter­dzie­ści minut temu!

– Przy­szy­kuj­cie cały sprzęt, wozy, ekipę. Ruszę przo­dem, zba­dam roz­wi­dle­nia. Zo­sta­wię wam wia­do­mość na roz­sta­ju Ron­ko­vni­ku. Jeśli wy­je­cha­li na za­chód, mu­sie­li tam­tę­dy prze­je­chać.

 

8 go­dzin po pełni

 

“RA­BU­NEK, MAR­TWI DE­TEK­TY­WI I LI­KAN­TRO­PIA – CHAOS NA ULI­CACH JAŁ­MA­KU”.

– Już o nas piszą? – spy­tał uty­ka­ją­cy męż­czy­zna wy­cią­ga­jąc ku czy­ta­ją­ce­mu bu­tel­kę z męt­nym pły­nem.

Drugi męż­czy­zna przy­tak­nął, odło­żył Po­ran­ny Ku­rier Nad­brzeż­ny na stół i łyk­nął z flasz­ki. Skrzy­wił się.

– Trzci­nów­ka z cy­tryn­ką to nie jest – uśmiech­nął się pierw­szy – ale to naj­lep­sze, co zna­la­złem na tej łaj­bie.

– Przy­naj­mniej są pięk­ne dziew­czę­ta – od­parł gło­śno to­wa­rzysz – No, jedna.

– Pieprz się – od­po­wie­dzia­ła mu Gel­l­ja, wy­pusz­cza­jąc dym pa­pie­ro­sa przy sto­li­ku obok.

– Chcia­łaś po­wie­dzieć: pieprz się, de­tek­ty­wie Vilko – za­szy­dził męż­czy­zna, przy­bie­ra­jąc na chwi­lę fi­zjo­no­mię jał­mac­kie­go śledz­cze­go. – Poza tym, mia­łem na myśli Jo­ku­ma. Lubię łyse, ni­skie i bro­da­te.

– Ha! – za­śmiał się męż­czy­zna o wy­glą­dzie kra­sno­lu­da, ba­wią­cy się za­pał­ka­mi przy są­sied­nim stole. – Dawaj fla­kon, nie za­trzy­muj ko­lej­ki.

Jokum przy­ssał się do butli, aż sie­dzą­cy obok Yechez wy­rwał mu ją z ust i za­czął spi­jać reszt­ki.

– Też chcia­łeś? – Wy­ra­ził uda­wa­ne za­nie­po­ko­je­nie bro­dacz. – To czego nic nie mó­wi­łeś?

Nie­mo­wa w od­po­wie­dzi zro­sił jego ro­ze­śmia­ne oczy pa­lą­cym al­ko­ho­lem ze swo­ich ust. Jokum ze­rwał się z krzy­kiem, pró­bu­jąc na oślep ude­rzyć Yeche­za. Gel­l­ja wy­pu­ści­ła dymka, sy­cząc prze­kleń­stwo pod nosem. Po­li­morf uda­ją­cy Vilka wy­cią­gnął się za­do­wo­lo­ny na krze­śle.

– To co? Jesz­cze tylko dwa mie­sią­ce atrak­cji i nuda na Pa­pu­żych Wy­spach?

– À pro­pos atrak­cji – drugi z po­li­mor­fów wy­cią­gnął z kie­sze­ni ko­lej­ną flasz­kę.

Koniec

Komentarze

Czytało się wyśmienicie ale niedosyt tego co działo się w momencie pełni już ze mną zostanie;)

 

– Nic wam nie powiem, łachudry! – zaskrzeczał niewysoki brodacz, po czym szarpnął, jednak jego ruch krępowały magi-kajdany, przykuwające go do krzesła. 

– Walcie się na ryj, strażnicze fajfusy! – wykrzyknął i zacząć bluzgać w niezrozumiałym języku.

 

Skoro to wypowiedź jednego bohatera, to czemu jest podzielona na dwa akapity?

Ambush, w czasie pełni bohaterowie byli już hen daleko, echa tych wydarzeń docierają jedynie przez prasę :) Dziękuję za komentarz, miło słyszeć, że czytało się wyśmienicie. Dzięki też za zwrócenie uwagi na ten fragment dialogu, tyle razy go przeredagowywałem, że w końcu zostało z błędem :P Akapity połączę.

Struktura opowiadania robi świetną robotę. Zaczynasz od przysłowiowego trzęsienia ziemi, zawartego już w pierwszych akapitach, a następnie kolejne odkrywane karty, incydenty i niespodzianki potęgują zainteresowanie. Z kolei "za x godzin pełnia" stale obiecuje nadchodzący wielkimi krokami climax.

Przepychanki słowne w dialogach czyta się bardzo przyjemnie :)

Lubię minimalistyczny styl, ale ten tekst wydaje mi się napisany nieco zbyt oszczędnie. Kilka dodatkowych zdań dokładniej opisujących okoliczności i – tym samym – uściślających, co dokładnie się dzieje, mogłoby zwiększyć komfort czytania.

Pozdrawiam :)

Hej

 

ładne fajne i przyjemne ale raz ci się noga powineła:

Wóz się zatrzymał się przed witryną sklepową.

Pozdrawiam.

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Cześć, Panie Domingo!

 

Świetna kompozycja, dzięki której czyta się lekko i przyjemnie. Opuszczone zostały te części, które czytelnicy zazwyczaj pomijają i to mi się podoba. Nie ma zbędnego bajania, tylko konkret. Sporo niezłych dialogów, bo i dialogami opowiadanie stoi. Całość jest zadowalająca, czytałem z zaciekawieniem, a na końcu pokiwałem głową z uznaniem.  

Interesujące są te specjalizacje Leggiahova (wylicza je jak nie przymierzając „,młodzi wilcy”), choć po cóż tam „synestezje”, to nie mam pojęcia. ;-).

 

Jak mniemam przypałętała się literówka:

 

Słychać kroki kilku osób biegnących po starych deskach magazynu.

 

Zresztą w tym fragmencie występuje całkiem sporo bieganiny:

 

Słychać kroki kilku osób biegnących po starych desek magazynu. Ktoś odpalił niewielki kaganek. Widać cienie osób biegnących ze skrzyniami do wozu.

W oddali znów dało się zobaczyć niebieskawy rozbłysk. I zaraz po nim kolejny. Rozległ się metaliczny dźwięk wrót do skarbca.

Słychać szybkie kroki, bieg i przyspieszone oddechy kilku osób niosących łup na pojazd.

 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie życzę!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Bartosz Janiszek, chciałem właśnie sprawdzić jak zadziała taki oszczędny styl, więc dzięki za opinię.

 

aKuba139, cieszę się, że fajne i przyjemne. Dzięki za czujne oko :)

 

FilipWij, dobrze czytać, że było lekko i przyjemnie. Cieszy mnie też, że podobały ci się dialogi – w końcu przez większość opowiadania postacie siedzą i rozmawiają. To końcowe pokiwanie głową z uznaniem też jest dla mnie ważne, bo obawiałem się, że finał nie zagra. Ale widocznie wyszło okej :) Przy specjalizacjach Leggiahova trochę miałem “młodych wilków” w głowie. A że synestezje, czemu nie? Jeśli są na to klienci… ;) Dzięki za łapankę!

Fajna, wartka fabuła.

Spodobał mi się pomysł z protokołem. Bardzo skondensowany, mnóstwo informacji, a przy okazji przemycasz jakieś dane o świecie.

Słychać biegnących ku nim strażnicy schodzą z wozów.

Coś tu się posypawszy.

Babska logika rządzi!

Lekki i przyjemny tekst, bez zbędnych dłużyzn i opisów. Forma protokołu bardzo trafiona :)

Kilka drobnych literówek:

Ktoś obok męskim głos zawołał:

Widać przerażona twarz sklepikarza.

Co ma znaczyć za zgraja pismaków?

I jeszcze jedna rzecz:

Kilka osób schodzi z wozu i wbiega do sklepu.

W tym fragmencie wizji przechodzisz nagle z czasu przeszłego na teraźniejszy, trzeba by ujednolicić ;)

 

Pozdrawiam!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Finklo, cieszę się, że się podobało. Pomysł z protokołem pomógł mi też ominąć problem dwóch bliźniaczych scen. Oczywiście nadal są one podobne, ale przynajmniej można przez nie szybko przebrnąć :) Dziękuję za zwrócenie uwagi na posypany fragment. I dzięki też za klika!

nati-13-98, dzięki za opinię i łapankę!

Eee, dobre to było, a muszę przyznać, że w pierwszym momencie, gdy zobaczyłam ten zapis protokołów, to się skrzywiłam i pomyślałam, że będą trudne do przebycia. Rozegrałeś to jednak bardzo fajnie i przeleciałam gładziutko :) Są dobrze napisane, skondensowane, ale zrozumiałe.

Fabuła też niczego sobie, choć chętnie dowiedziałabym się po cholerę był im cały zapas lekarstwa.

Generalnie mi się :)

Klik :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

No, prawda, fajnie byłoby się dowiedzieć, co działo się podczas pełni. Budowałeś napięcie, budowałeś, a potem przeniosłeś akcję gdzieś indziej.

Babska logika rządzi!

Irko_Luz, to super, że się :) i dziękuję za klika! Cały zapas lekarstwa był im potrzebny do wywołania zamieszania: pełnia + brak leków na likantropię + wścibscy dziennikarze = chaos murowany = względnie łatwa droga ucieczki ze szczególnie wartościowym łupem.

Finklo, przyznam, że mogłem dać nieco większy wgląd na wydarzenia w mieście, choćby paroma zdaniami więcej niż prasowy nagłówek w końcowej scenie. Ale z drugiej strony chciałem trzymać akcję przy bohaterach, a po opuszczeniu miasta całe to zamieszanie obchodziło ich tyle, co nagłówek w gazecie.

morteciusie, witam jurora!

Hej, PanieDomingo!

 

Przyjemne to było, krótki kryminał, ciekawa struktura.

Do jednego mógłbym się przyczepić: kulawy Pravin śmierdział od samego początku. W kryminale fajnie jest trochę pozgadywać, zwątpić, przerzucić podejrzenia, a tutaj nie dostaliśmy żadnego fałszywego tropu. Ta noga była w sumie jedynym tropem, więc już wiadomo było kto, a do końca pchała mnie ciekawość “jak?”.

Niemniej jednak tekst bardzo udany, dziękuję za ciekawe opko.

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Krokusie, dzięki za spostrzeżenie braku fałszywego tropu, na przyszłość będę o tym pamiętał. Dobrze jednak, że cały czas była ta ciekawość “jak?”, trochę też na to stawiałem w tym opku. Cieszę się, że i tak się podobało.

Również pozdrawiam!

Cześć!

Niestety, nie była to dla mnie interesująca lektura. Konstrukcja tekstu jest ciekawa, ale nie czułam presji czasu, którą sugerowały nagłówki. Fragmenty z protokołów okazały się nużące. Cały wątek z niemym więźniem i mnemowizją wydaj się niewiele wnosić (albo coś mi umknęło). Nie przekonuje mnie też logika działania polimorfów. Opowiadanie jest dobrze napisane, ale po prostu nie wciągnęło.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Alicello, szkoda, że nie wciągnęło, ale dziękuję za opinię i wskazanie słabości opka. Będę miał to na uwadze w pracy nad kolejnymi tekstami.

Cześć, PanieDomingo,

jakoś tak średnio wciągają mnie teksty z tego konkursu (to pewnie dlatego, że nie lubię jak obrzydliwie złe postacie mają dobre zakończenie), ale tutaj nie tylko doczytałam, ale bawiłam się przednio. Lekkie, bawiące się formą opowiadanie, w którym źli nie są właśnie “obrzydliwie źli”, nie gwałcą, nie niszczą świata, i choć niewątpliwe nie są postaciami pozytywnymi, można im nawet kibicować. To lubię. Bo generalnie lubię czarne charaktery, ale muszą mieć w sobie to coś. 

Spodobały mi się, i to bardzo, te przesłuchania wplecione w tekst. Fajne, naturalne dialogi.

Przejrzałam teraz komentarze i zgadzam się z nimi. Bez zbędnych opisów, a jednak bez akcji non stop. Rolę “odsapnięcia” od akcji mogą więc pełnić nie tylko opisy, ale też dialogi.

 

 

Dobiegł krzyk zza pleców: Stać[+,] zatrzymać się!

Albo też kropka, bo jakoś trzeba je oddzielić.

 

Jeśli wyjechali na zachód[+,] musieli tamtędy przejechać.

 

 

Powodzenia w konkursie!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

LanoVallen, dziękuję za komentarz! Właśnie nie chciałem robić “obrzydliwych złych”. Jasne, kogoś zabili, narobili trochę zamieszania, ale jednak nie jest to skala zbrodniarzy wojennych. Cieszy mnie też, że podobała ci się forma, a dialogi traktowałaś jako formę odsapnięcia. Dzięki też za czujne oko!

Fajnie się czytało. Protokół był bardzo zajmujący. Zwłaszcza pouczenia odczuwalne. Wprawdzie czarne charaktery wyszły jak na mój gust niezbyt soczyste. Bardziej zadymiarze niż zbrodniarze. Do środka nie zaglądasz, co uważam powinno mieć miejsce w historii o czarnych charakterach.

Nikolzollernie, cieszy mnie, że zwróciłeś uwagę na protokoły i pouczenia odczuwalne zwłaszcza. Dziękuję za opinię o postaciach. Trochę miałem problem z ich wnętrzem, gdyż jakbym odsłonił zbyt dużo, to końcowy twist byłby już zbyt oczywisty. Ale rozumiem, że może być to poczytane jako pewien brak. Mimo wszystko dobrze, że czytało się fajnie.

PanieDomingo, bardzo fajny i ciekawy eksperyment. Świetna, minimalistyczna forma, co do której po pierwszym rzucie oka miałem spore obawy, ale koniec końców stwierdziłem, że ładnie udźwignąłeś temat. Mimo niewielkiej liczby znaków, tekst zawiera zastanawiającą zagadkę i trochę światotwórstwa. Opko wywołuje to, co kryminał powinien wywoływać, czyli uczucie “WTF”. Zdołałeś mnie zaintrygować i sprawić, bym wyczekiwał wyjaśnienia :D

Spodobały mi się techniki kryminalistyczne w postaci postmortemwizji i mnemowizji. Lekki humor tlący się w opowiadaniu dodaje mu smakowitości :)

Pochwalić muszę także wykonanie, stojące na wysokim poziomie!

Ponieważ opowiadanie ma wszystko, co mieć powinno, udaję się czym prędzej do Biblioteki!

Pzdr!

O AmonieRa, dzięki ci składam za twą opinię i boskie polecenie do biblioteki! Trochę chciałem poeksperymentować w tym tekście i fajnie, że usatysfakcjonowałem tym eksperymentem bóstwo ;)

Fajny pomysł, ale obawiam się, że nie wszystko do mnie trafiło. Akcja pędzi tu na złamanie karku, co rozumiem, bo przecież zbliża się pełnia, i być może coś mi umknęło, bo mimo że nieźle się czytało, pozostałam z pewnym niedosytem i chyba nie mogę mówić o pełnej satysfakcji.

 

za­skrze­czał nie­wy­so­ki bro­dacz, po czym szarp­nął, jed­nak jego ruch krę­po­wa­ły ma­gi-kaj­da­ny… ―> Co szarpnął?

 

V: Z wa­sze­go łupu bra­ku­je jed­nej skrzy­ni. ―> V: W waszym łupie bra­ku­je jed­nej skrzy­ni.

 

Mne­mo­wi­zor, by­naj­mniej prze­stra­szo­ny, a za to jesz­cze bar­dziej ob­ra­żo­ny niż na wej­ściu… ―> Chyba miało być: Mne­mo­wi­zor, by­naj­mniej nie prze­stra­szo­ny, a za to jesz­cze bar­dziej ob­ra­żo­ny niż na wej­ściu

 

znów na chwi­lę sły­chać stu­kot kopyt. ―> …znów przez chwi­lę sły­chać stu­kot kopyt.

 

Ktoś od­pa­lił nie­wiel­ki ka­ga­nek. ―> Ktoś za­pa­lił nie­wiel­ki ka­ga­nek.

 

Roz­le­ga­ją się licz­ne roz­bły­ski i okrzy­ki. ―> W jaki sposób rozlega się rozbłysk?

Proponuje: Widać/ Jaśnieją licz­ne roz­bły­ski, rozlegają się okrzy­ki.

 

CHAOS NA ULI­CACH JAŁ­MA­KU.” ―> …CHAOS NA ULI­CACH JAŁ­MA­KU”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy, dziękuję za komentarz i łapankę. Szkoda, że lektura nie była w pełni satysfakcjonująca, ale to sygnał dla mnie, by dogłębnie przeanalizować tekst i poszukać przyczyn takiego stanu rzeczy.

PanieDomingo, pozostaję z nadzieją, że w przyszłości zaprezentujesz świetne opowiadania, a ich lektura sprawi mi mnóstwo przyjemności. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy, też żywię taką nadzieję :)

:D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć!

 

Ciekawy pomysł na opowiadanie. Kryminał detektywistyczny w świecie fantasy. Forma przesłuchań nieco męcząca z początku, ale potem można się w tym odnaleźć. Zgrabnie to poskładałeś i prosta z pozoru sprawa okazała się nie taka błaha, a zło zwyciężyło. Sprytnie wplotłeś to odliczanie do pełni, choć nie do końca zrozumiałem, jaki miało ono wpływ na wydarzenia.

W ostatniej części byłem trochę zagubiony, ale chyba wszystko zrozumiałem i stanowi to logiczna całość. Nie jestem pewien, kto przeżył a kto zginął, ale rozumiem, że było dwoje zmieniających postać i to oni bruździli. Ciekawy pomysł z tym sklepem od wczoraj, coraz bardziej śmierdział i bum, wyszło szydło z worka.

Napisane dobrze, czytało się płynnie, bez większych zgrzytów imho, choć jakoś też nie porwało specjalnie.

 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

krar85, w zamyśle odliczanie do pełni miało budować napięcie, gdyż nieodnalezienie leków przeciw likantropii przed pełnią równałoby się panice w mieście. Szkoda, że to nie wybrzmiało.

Dobrze, że wszystko jakoś połączyło się to w logiczną całość, mimo pewnych niejasnych fragmentów.

Dzięki za komentarz!

Silvo, miło mi powitać jurorkę :)

Czuć presję, która towarzyszy zmaganiom strażników, aż szkoda że nie mogliśmy być świadkami tego, co stanie się podczas pełni. Dobrze zagrało przeplatanie narracji z protokołem, to świetny sposób na przekazanie jak największej ilości informacji w stosunkowo krótkiej formie. Końcowego twistu w ogóle się nie spodziewałem, choć od początku nie pasowało mi tłumaczenie, że włamywacze wybrali sklep pod wpływem impulsu i dali się tak głupio złapać.

Mam jednak problem z mnemowizją. Moim zdaniem to zbyt potężna umiejętność, szczególnie w kontekście tego opowiadania. Przecież można było jej użyć na wszystkich bez potrzeby przesłuchiwania, żeby potwierdzić ich zeznania i wyszukać ewentualne nieścisłości. Z drugiej strony wygląd Leggiahova sugeruje, że całkiem nieźle mu się wiodło, więc pewnie usługi też nie należały do najtańszych.

Fladrifie, dzięki za wypunktowanie elementów, które dobrze wyszły. Co do mnemowizji trafiłeś w sedno – tego typu usługi były drogie, a do tego trzeba było poczekać na mnemowizora (a tu czas był ważny) oraz nie było to coś idealnego. Bardziej pokaz slajdów niż film, który bazuje na pamięci, a pamięć jest zawodna i wybiórcza. Dlatego też, jak próbował zaznaczyć Leggiahov, prawo nie dopuszczało tego jako dowód w sprawie – mogło służyć jako wskazówka, ale ze sporą dozą ostrożności.

Hail Discordia

japkiewicz, witam jurora :)

Lubię dawać ostatnie kliczki :) A kliczek ode mnie przede wszystkim za protokół :) w którym zgrabnie przemyciłeś dużo treści i muszę przyznać, że był wciągający. Poza tym fajny pomysł na połączenie fantastyki z przesłuchaniem. I na plus wartka akcja. Dobrze się czytało :)

katio72, cieszę się, że się podobało i moje pomysły wyszły zgrabnie. I dziękuję za ostatniego kliczka :)

To jest opinia, którą napisałem przed wrzuceniem obrazka potwierdzającego przeczytanie. Nie śledziłem tego, czy w tekście zachodziły później jakieś zmiany. Nie czytałem komentarzy innych użytkowników przed spisaniem własnych uwag.

Bardzo dobre opowiadanie.

Podoba mi się pomysł z protokołem – w inteligentny sposób pominąłeś sporo opisów i dodatków, ale została sama esencja. Przejście między sposobami narracji były bardzo płynne. Pomimo sporej liczby wspominania różnych przeszłych wydarzeń nie miałem wrażenia, że mam do czynienia z twardą ekspozycją albo infodumpem ;)

Bohaterowie są zarysowani na tyle, że każdy z nich ma jakąś bardziej oryginalną lub charakterystyczną cechę. Jeśli dobrze rozumiem, mamy tu zbiorowość/drużynę złych, którzy dla własnej rozrywki oraz korzyści (Papuże Wyspy) wzniecają konkretny chaos w różnych miejscach. Przyznam, że takie podejście do tematu mnie przekonuje ;)

Fabuła nie jest jakoś mocno skomplikowana, ale robi robotę. Podoba mi się finałowy twist – niby powinienem się spodziewać, ale jednak nieco mnie zaskoczył. Świat też jest w porządku, ma trochę indywidualnych rysów i zdecydowanie odróżniasz go tym od takich bardzo typowych śródziemiów, faerunów i innych takich.

Nie wiem, co jeszcze dodać – nie stwierdziłem elementów, których mógłbym się czepiać. Są takie miejsca, gdzie można było delikatnie rozwinąć, ale w moim odczuciu tekst tworzy dobrą, zwartą całość i czytało mi się bardzo przyjemnie ;)

Dziękuję pięknie za udział w konkursie, życzę miłego dnia ;)

morteciusie, dziękuję za opinię. Wymieniłeś wszystkie elementy, nad którymi szczególnie pracowałem, czyli protokół, zarysowanie postaci i świat.

Dzięki za zorganizowanie konkursu!

A ja ponownie gratuluję ;)

A mi się nie podoba.

Znaczy, podoba mi się – problem w tym, że w momencie, jak pomyślałem “no, pionki na planszy rozstawione, teraz to fabuła ruszy z kopyta”, to nagle przeskakujemy do właściwie epilogu.

 

Mamy wstęp, z przesłuchaniami i oględzinami miejsca zbrodni, potem mamy pierwszy rozwój akcji, bo okazuje się, że detektyw to nie detektyw, a sprawcy uciekli, i człowiek się szykuje, że teraz to się zacznie właściwe śledztwo, znajdywanie i wiązanie ze sobą tropów, dowiemy się kto co jak dlaczego i po co, to przeskakujemy bezpośrednio do epilogu, jak sprawcy sobie piją drinki z palemką.

 

A ja dalej nie wiem, po co ta akcja z fałszywym sklepem, skąd szajka wiedziała co ukraść, co miała na celu ta akcja z infiltracją policji i jak dorwali detektywa, co właściwie miał na celu ten plan – bo skoro prawie cały łup przejęła policja, a kradzież antylikantropów była po to, żeby wywołać zamieszanie, żeby mogli łatwiej uciec, to to się nie klei.

Odpryskowy, czyli, jak rozumiem, zabrakło ci klasycznego wyjaśnienia “sprytnego” planu. Wiem, że tego typu historie zawsze mają wyjaśnienie planu – niezależnie, czy są opowiadane z perspektywy detektywów czy rabusiów. Świadomie zerwałem z tym schematem. Chciałem opowiedzieć historię z perspektywy rabusiów i trochę poudawałem przed czytelnikiem, że protagonistą jest detektyw. Jak detektyw, to i dochodzenie, wyjaśnianie zagadek itd. Ale gdy detektyw zmienił się w rabusia, zmieniły się także działania i motywacje postaci. Co może interesować rabusia, po wypełnieniu planu? No, według mnie, to już wyłącznie przyjemności ;)

Co do ostatniego akapitu, to dla mnie bardzo cenne, co piszesz. Dzięki temu wiem, co nie wybrzmiało w samym tekście. Wyjaśniam:

Rabusie wiedzieli, że i tak nie uciekną prosto z miejsca, więc dali się złapać – fałszywy sklep to po prostu część planu, przygotowana scena, w której jeden z rabusiów gra napadniętego sklepikarza.

Skąd szajka wiedziała, co ukraść? W jednym z przesłuchań wspomniano opcję “posiadania człowieka wewnątrz” – jak się na koniec dowiadujemy, ze zdolnościami polimorfii mogli zinfiltrować policję, a więc mogli zinfiltrować wszystko, co by chcieli.

Po co zinfiltrowali policję? To nieodzowna część planu, jeśli niepolimorficzna część gangu miała zostać złapana, to musieli mieć też pewność, że ich wyciągną. A do tego dochodzi kwestia panowania nad planem – jeśli sami prowadzą własne śledztwo to minimalizują prawdopodobieństwo nieoczekiwanych sukcesów ze strony policji. Sami mogą przeciągać śledztwo, aż wybuchnie zamieszanie i na komisariacie, i w całym mieście.

Jak dorwali detektywa? Nawet miałem to opisywać, ale uznałem, że nie za wiele by to wniosło. Raczej sposób dorwania nie wpływa zbytnio na fabułę.

A co do antylikantropów, zamieszanie, jakie wywołał ich brak, mówi nam o ich wartości – w danej chwili były cenniejsze niż cały wóz tego towaru.

Dziękuję za opinię. Chyba za dużo gram niedopowiedzeniami :)

Czytało się płynnie, z ciekawością. Postacie przestępców nawet budzące sympatie. Tekst niedługi, a treści sporo. Fajne

Koalo75, dzięki za wizytę ;)

Jak dla mnie – rewelka! Czytało się ciekawie, uśmiałem się z dialogów. Dopiero pod koniec, pod presją ciągłego zbliżania się do północy, opanowało mnie leciuuutkie znużenie formą… a tu nagle… epilog. Oczekiwałem czegoś większego, bardziej barwnego w tym miejscu. Może bardziej opisowego, a może finałowego dialogu ala Sherlock/Watson. Ale to tylko takie prywatne odczucie subiektywne (no bo jakież inne mogłoby być?). Z chęcią poczytam inne twoje teksty. Dzięki za dobrą zabawę. 

patetronusie, miło mi, że dobrze się bawiłeś przy lekturze. Dzięki za komentarz :)

Hej :)

Czytałam kilka dni temu ale zupełnie nie było czasu na komentarz, więc obawiam się, że pewnie coś przeoczę/o czymś nie wspomnę.

Dawno nie wsiąknęłam tak w opowiadanie, naprawdę nie czuło się znaków i rzadko mi się to zdarza jak czytam na telefonie/ekranie. Bardzo lekko napisane, fajne dialogi, ciekawy twist – nie dziwi mnie wygrana :)

 

To czego mi zabrakło to wyjaśnienia kilku kwestii – sklepikarza, środka antylikantropii itp. Widziałam wyżej, że zrobiłeś to celowo ale mimo wszystko, brakuje mi tutaj jednak pewnego zamknięcia .

 

Gratulacje!

Shanti, fajnie, że się podobało, dzięki za komentarz!

A co do zamknięcia – dzięki, że o tym wspomniałaś. Tu było to celowe, ale uwzględnię to przy następnych opkach ;)

Cześć Panie Domingo!

Czyta się to lekko i z przyjemnością, i z zainteresowaniem. Nie przesadzasz z formą, a i jest trochę treści. Bohaterów przedstawiasz w ich wypowiedziach i jest to super. Są plastyczni, barwni i chciałoby się przeczytać z nimi jakąś zamkniętą całość, gdzie wszystkie wątki znajdą swoje rozwiązanie.

No właśnie, kompozycja wydaje się być zachwiana, dużo miejsca poświęcasz na wprowadzenie bohaterów, członków szajki i detektywów. Przecież przesłuchania mają na celu prezentację protagonistów (antagonistów?), a nie zbudowaniu obrazu zbrodni. A później, prawie od razu, przechodzisz do zakończenia – gdyby początek i koniec utrzymały swoje proporcje, myślę, że opowiadanie podobałoby mi się bardziej.

Nie wiem, czy do końca zrozumiałam, kto zginął i dlaczego. Przypuszczam, że brak pewnej klarowności, którą się dało odczuć przy lekturze, jest spowodowany tematem konkursu, który chcąc nie chcąc wymusza pewne rozwiązania i twisty. Na przykład: wydaje się najpierw, że motywem przewodnim jest odliczanie do pełni (napięcie ciągle rośnie), a przy końcu widzimy, że ten motyw się już nie liczy, a w zamian mamy metamorfosis, tak jakby znikąd.

Więc ogólnie podobało mi się i była to przyjemna rozrywka, ale piszę ten komentarz z pewnym niedosytem z powodu niewykorzystanych okazji :)

Pozdrawiam!

Cześć, chalbarczyk!

Cieszę się, że dobrze się czyta.

Do bohaterów na razie nie planuję wracać, ale kto wie…

Dzięki za uwagi do kompozycji, będę brał je pod uwagę przy następnych tekstach.

Z tą klarownością już wyżej tłumaczyłem, że to tak specjalnie chciałem trochę przełamać schematy, ale dzięki. Wiem, żeby na przyszłość pisać jaśniej :)

Dzięki za komentarz i pozdrawiam!

Nowa Fantastyka