- Opowiadanie: Nikolzollern - Zostać lepszym mężem

Zostać lepszym mężem

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Zostać lepszym mężem

– Jesteś… Jesteś z… nich!

Karl spojrzał w rozszerzone oczy kobiety, z którą, na Boga, żył ostatnie dwa lata, mając jej dość już po pierwszym tygodniu. Zabić ją teraz? Spojrzał na starą stal pięćsetletniej klingi. Nie tym mieczem. W ogóle zabijanie kobiet, choćby takich wścibskich, irytująco głupich i bezużytecznych jak ta, odbierało szacunek do samego siebie. Schował broń do pochwy, usiadł na schodku i zaczął wciągać buty z cholewami. Schody były z drewna – jedyne w tym szklano-metalowym akwarium. Wciąż stała dwa kroki od niego. Spojrzał na nią raz jeszcze.

– Owszem, jestem – rzekł. Czuł potrzebę rozmowy, by zająć dłużący się czas, obojętnie z kim, choćby z kozą.

– I co teraz będzie? – spytała.

– Zobaczysz.

– Z nami… – uściśliła.

Karl zatrząsł się ze śmiechu. Jej głupota jest wręcz epicka! Może rozwalić jej łeb o szklaną ścianę tego obrzydliwego domu i zobaczyć czy ma mózg? Miał na to wielką ochotę. Zamiast tego powiedział:

– Jestem żonaty.

To była prawda. Był żonaty. Co więcej, nawet tęsknił za żoną. Za swoją natrętną, zazdrosną i na zabój zakochaną w nim Luitgardą. Przynajmniej była inteligentna, dobrze wychowana, oczytana i nie miała na ciele idiotycznych tatuaży i wetkniętych gdzie popadnie kolczyków.

– Wrócisz do niej? – Wargi kobiety zadrżały.

„W miasto zaraz walnie impuls z armaty grawitacyjnej, a ona myśli o tym, czy z nią zostanę i pewnie wierzy, że to możliwe” – pomyślał mężczyzna, patrząc w migocące w oddali ognie metropolii.

– Przyznam się, że krzywdziłem swoją małżonkę, nie doceniałem. Zdradzałem z czystej złośliwości, by popatrzeć jak będzie cierpiała. Na tę misję zgłosiłem się, by od niej uciec, ale myślę, że po powrocie z niej będę lepszym mężem niż przed wyruszeniem.

Stała mrugając. Oczywiście nie mogła tego ogarnąć.

– Tak się składa, że nie mogę się rozwieść. Zawdzięczam jej życie.

To małżeństwo było ceną jego poniekąd niechcianego ocalenia. Było ratunkiem i karą jednocześnie. Sophie nie powinna zostać księżną! Uknuł taki dobry spisek, by oddać koronę jej kuzynowi, a ją samą jedynie zmusić do popełnienia mezaliansu. Schemat był zgrabny i elegancki, ale wystarczył jeden zakochany w jaśnie pani gagatek i wszystko runęło.

Odwiedziły go w więzieniu – Sophie, rozgniewana i zawiedziona zdradą towarzysza dziecięcych zabaw, i nieodłączna Luitgarda z wzdymającą się od nadmiaru uczuć piersią i palącym spojrzeniem czarnych oczu.

– Nie ty powinnaś zasiąść na tronie, Sophie! – powiedział wtedy, wraz przekreślając wszystkie szanse na ocalenie, które miałby, gdyby zechciał przeprosić.

Lodowa iskra rozbłysła w błękitnym oku młodziutkiej księżnej. Zofia Frederika obróciła się i wyszła bez słowa. Może jednak się mylił i Sophie nadawała się na władczynię? Jej towarzyszka przywarła na moment do grubo kutej kraty a potem pobiegła za swoją panią.

Melodramatyczny wątek ocalenia obudził ciekawość kobiety tak silną, że zapomniała o przerażającym odkryciu jego tożsamości.

– Jak to się stało? – zapytała przysiadając na wysokim taborecie.

Karl zerknął na kuchenny zegar. Do wielkiego boom zostawało jeszcze ze dwadzieścia minut.

– Zostałem skazany na ścięcie. Wszedłem na szafot i miałem już uklęknąć przed pieńkiem, kiedy ona wbiegła za mną. Objęła mnie i krzyknęła, żem jej narzeczony i katu mnie nie odda. A ponieważ istnieje w naszym księstwie dawny zwyczaj, że dziewica może w ten sposób zbrodniarza od kaźni wybawić, jeśli go zaraz poślubi, to i uratowała. Nie sądziłem, że w swoje trzydzieści lat i przy takiej urodzie jest jeszcze dziewicą.

Uśmiechnął się krzywo. Pamiętał zaskoczenie przechodzące w nieznośną żenadę, jakie wywołała w nim ta operetkowa akcja. Tak dobrze przygotował się na śmierć! Nawet się wyspowiadał, choć nie czuł żadnej skruchy, o czym też powiedział kapelanowi więziennemu. Doświadczony klecha, który zęby zjadł na różnych osobliwych przypadkach, podrapał się w głowę i rzekł, że skoro nie czuje skruchy, musi chociażby rozumem uznać, że jego działania były niewłaściwe, inaczej nici z rozgrzeszenia. Karl zastanowił się i zgodził. Kapelan udzielił mu absolucji, zaznaczając, że niczego nie gwarantuje. Od tego momentu skazaniec nie bez zainteresowania oczekiwał owego przejścia na tamtą stronę. A tu – masz!

W pierwszej chwili zupełnie zbaraniał, dlatego też nie uczynił nic, by przeciwdziałać nieproszonej interwencji. Ponadto, gdyby przeciwstawił się patetycznej akcji Luitgardy operetka zamieniłaby się w groteskową farsę w stylu Comedia del Arte. Teraz przynajmniej nikt się nie śmiał, no może prawie nikt. Niektórzy prostaczkowie, zwłaszcza płci niewieściej, ronili łzy wzruszenia. Panowie i damy patrzyli z niedowierzaniem, zaś jaśnie pani przyciskała do ust chusteczkę, a jej ramiona lekko się trzęsły. W końcu księżna otarła łzy i machnęła chustką na znak, że ułaskawia skazańca. Jej zemsta, musiał to przyznać, była doskonała. Niespodziewana narzeczona, bez przerwy gadając, ciągnęła go w dół po stopniach szafotu, na deski którego z głuchym łoskotem zaczęły spadać głowy pozostałych spiskowców – ośmiu mężczyzn i trzech kobiet.

– Męczyłeś ją, bo cię uratowała?! – oburzyła się słuchaczka.

„Jeśli zacznie truć o krzywdzeniu kobiet przez mężczyzny, to ją jednak zatłukę, choćby młotkiem do mięsa” – postanowił.

Nie zaczęła. Więc wzruszył ramionami.

– W sumie Luitgarda, wyszła na tym najgorzej – przyznał – postąpiła szlachetnie, nawet naraziła się śmieszność, a została wykorzystana przez najlepszą przyjaciółkę jako narzędzie dla ukarania zdrajcy i dostała męża, który jest niezdolny do kochania i nosi w sobie urazę za to, że stał się uczestnikiem melodramatycznego przedstawienia. Zagadałem się.

Spojrzał na zegar. Już czas. Włożył na jedwabną koszulę dublet, zapiął pas z mieczem i wyszedł na balkon. Mógłby powiedzieć, że znowu był sobą, choć szczerze powiedziawszy nie musiał przez te dwa lata specjalnie udawać. Być szpiegiem potęgi, której istnienia nikt nie podejrzewa, było śmiesznie łatwo. Aby dostać się do odpowiednich serwerów musiał zatrudnić się w odpowiedniej firmie, co dla białego mężczyzny tradycyjnej orientacji seksualnej mogło stanowić pewien problem, ale na szczęście w tego rodzaju zakładach potrzebni byli fachowcy i żadna polityka różnorodności nie mogła tego odwołać. Odpowiednie umiejętności posiadał od lat młodzieńczych, miejscowy język opanował przy wsparciu cyberlingwistyki przed lądowaniem. Trudniej było przyzwyczaić się do tutejszych absurdalnych obyczajów. Miał wrażenie, że świat stoi na głowie, a wszystkie pojęcia mają odwrócone znaczenie. To dotyczyło nie tylko słów, ale samych ludzi: stłamszonych, biernych, pozbawionych naturalnej godności, tchórzliwych i słabych mężczyzn, agresywnych, bezwstydnych, i jednocześnie zagubionych kobiet. Większość tych ludzi sprawiała wrażenie nieszczęśliwych, gdyż była zmuszona do odgrywania niewłaściwych ich naturze roli, zresztą z samą naturą tu również mieli problem. Szczególnie zabawne było to, że za najwyższą wartość tu uważano wolność jednostki i szczęście osobiste, a na porządku dziennym było narzucanie ludziom absurdalnych reguł, zwariowanych standardów, a nawet równie zboczonych poglądów pod groźbą wykluczenia i zbiorowego szczucia. Wytrzymać tę presję można było tylko przez dobrowolną marginalizację, albo przez poddanie się całej tej obróbce propagandowej, wspieranej przez armię fałszywych spowiedników-terapeutów.

Wracając myślą do spowiedników Karl przypomniał sobie słowa kapelana więziennego, wypowiedziane przed jego niedoszłym straceniem: „Masz, synu, zaburzone naturalne poczucie dobra i zła, ale jesteś inteligentny i spostrzegawczy, więc gdybyś miał przed sobą więcej niż te kilka godzin życia, radziłbym ci przyjąć te pojęcia na wiarę i przyswoić rozumowo, żeby rozum zastąpił ci sumienie. Rozsądek jest narzędziem zawodnym i ograniczonym, ale lepszym niż nic”. Rozum potrzebuje godnych zaufania współrzędnych. A jeśli ich brak? Kim by został tutaj, bez wpojonej religii i kodeksu rycerskiego? Zdawał sobie sprawę, że jedno i drugie traktuje czasem dość osobliwie, ale jednak…

Rozległ się odległy huk wybuchu i równie odległy ryk burzy ogniowej. Pocisk z orbity trafił w magazyny paliwowe bazy US Air Force. Nad zasłaniającym obiekt wzgórzem pojawiła się pomarańczowa luna. Karl nie zatrzymał na niej spojrzenia, zapatrzony w miasto. Przez jakiś czas wydawało się, że nic się nie dzieje. Z tej odległości nie widział, jak drżą i gną się pręty i profile armatury, jak strzela beton i pęka szkło pod wpływem zwielokrotnionej wagi budowli, na jakie się składały. Nie słychać było zgrzytu i pisku deformowanych konstrukcji, wystrzałów pękających lin i skrzących się kabli. Światła wciąż migotały i gasły, gdy nieludzko wielkie i nienaturalnie gładkie wieżowce zaczęły składać się i zapadać w sobie. Impuls grawitacyjny już ustał, ale miasto waliło się nadal. Świateł było coraz mniej, aż wszystko pogrążyło się w mroku, tylko gdzieniegdzie przypadkowe pożary czy snopy iskier eklektycznych oświetlały wielokilometrowe rumowisko.

Gdzieś tam, w zawalonym podziemnym garażu, zakneblowany i z połamanymi kończynami konał wepchnięty do bagażnika menedżer Parky, jedyna osoba, którą Karl załatwił tutaj własnoręcznie. Parky awansował dzięki polityce różnorodności i czuł się absolutnie nietykalny. Do takiego stopnia, że próbował podrywać Karla. Pozostawienie go przy życiu plamiłoby honor w nie mniejszym stopniu, niż zamordowanie bezbronnej kobiety. Musiał długo zwlekać z pozbyciem się tej plamy, żeby nie zaszkodzić misji. Gdy wreszcie ta planeta usłyszała nadany przez siły imperialne ultimatum, Karl zwabił Parkyego do podziemnego parkingu (Ha, nawet wyszedł kalambur!), zakleił mu gębę taśmą i powiedział:

– Taki zboczeniec, jak ty, powinien zginać stawy w przeciwną stronę.

Nie miał pewności, czy skruszone kończyny przyprawią tego grzesznika o skruchę, ale dał mu taką szansę. Spełnił wobec niego obowiązek. Teraz należało spełnić obowiązek wobec kobiety.

Miała na imię TJ. Takie kretyńskie imię nadali jej rodzice. Nigdy nie nazywał jej w ten sposób. Kiedy chciał wykazać tak zwaną czułość, mówił do niej Tessi, jak do swojej młodszej siostry Teresy, najczęściej w ogóle nie używał imion, a w myślach nazywał po prostu kobietą.

Odwrócił się od dymiących ruin miasta.

Kobieta stała u drzwi balkonu zakrywając usta dłońmi.

– Posłuchaj… – zaczął, robiąc krok w jej stronę. Wyciągnął rękę, chcąc jej dotknąć, ale cofnęła się, kręcąc głową i nadal zasłaniając usta.

„Jestem dla niej kimś w rodzaju diabła” – pomyślał i poczuł jak podłoga zawibrowała pod nogami. Spodziewał się tego – po użyciu armaty grawitacyjnej nieuchronnie następowało trzęsienie ziemi. Szklana ściana pękła obok drzwi balkonowych z ogłuszającym trzaskiem. Kobieta krzyknęła i wyskoczyła na balkon prosto w objęcia Karla.

– Posłuchaj – powiedział rycerz raz jeszcze, trzymając ją za nadgarstki i patrząc w oczy, czego zwykle nie robił – posłuchaj uważnie, bo nie będę miał czasu powtarzać. Wasz świat się zaraz zmieni nie do poznania, na lepsze, czy na gorsze, nie powiem, jak dla kogo. Zmieni radykalnie. Mnie tu nie będzie, więc zrobiłem coś, żebyś miała lepszy początek. Włamałem się na twoje konto bankowe i wyciągnąłem stamtąd wszystko. Sprzedałem też wszystkie twoje akcje Tesli. Kupiłem za te pieniądze dwa rancza i wszystkie konie, jakie mogłem dostać w okolicy, również trochę krów, kóz i osłów. To najlepsza inwestycja na dzień dzisiejszy. Nająłem też uzbrojonych ludzi do pilnowania. Są tam również domy z cegły. Resztę kasy zainwestowałem w srebrne dolarówki, bo papier i bitcoiny zaraz stracą wartość, a srebro wymienisz na nowe monety według wagi. Leżą w samochodzie. Jedź osiemnastką na północ trzydzieści pięć mil. Tam jest pierwsze ranczo. Przewiozłem tam twoją matkę. Przeczekacie tam chaos, który się teraz zacznie. A dalej… jesteś obrotna, dasz sobie radę. Tylko lepiej się ochrzcij z jakimś normalnym imieniem i wyjdź za mąż. Żegnaj.

Puścił ją i zbiegł po schodach. Wytoczył z garażu motocykl. Gdy szarpnął nogą pedał, pęknięta szklana ściana runęła z łoskotem. Nie spojrzał w tę stronę. Burzenie jeszcze się nie skończyło, a należało już zacząć budować. Czekało go spotkanie z dwiema grupami „rekonstruktorów”, które stworzył przed rokiem i szkolił w posługiwaniu się białą bronią i wpajał wiarę w słuszność stosunków feudalnych. Do jednej zwerbował jasnowłose bestie z radykalnej prawicy, a do drugiej młodych osiłków z dzielnicy murzyńskiej. Wiedzieli o sobie nawzajem dopiero od wczoraj, a dzisiaj mieli połączyć się z trzecią – z rezerwatu Indian, skąd pochodził przyszły pan tych ziem. Jego Karl szkolił od samego początku.

Łatwiej byłoby stworzyć seniorię dla siebie, ale Karl w pewnym momencie zdał sobie sprawę, że nie chce spędzić życie w świecie przypominającym dom w stanie kapitalnego remontu. Wszędzie kurz, gruz, wiadra i klnący robotnicy. Owszem, przygód tu starczy na lata, lecz zbliżając się do czterdziestki rycerz pojął, że wcale ich tak bardzo nie pragnie, tylko tęskni do bardziej przewidywalnego, uporządkowanego świata starych planet Rzeszy, być może dlatego, że w tych turbulencjach bał się zgubić pion i poziom, chwiejne koordynaty dobra i zła.

„Czy jestem zły? Czy jesteśmy źli? – myślał, pędząc szosą – Czy świat, który wywracamy do góry nogami, jest zły? Nie wiem czy zły, ale chory z pewnością. Należało go porządnie skopać, póki choroba nie weszła w fazę letalną. Widzieliśmy już światy, wymierające bez widocznych przyczyn, po prostu tracąc rację bytu, a przez to i wolę istnienia. Kiedy wolna wola, dana przez Stwórcę człowiekowi zawodzi, czy bliźni nie może mu pomóc kilkoma kopniakami? Rzecz w tym, że sami często nie wiemy, co jest słuszne. W każdym razie ja nie wiem. Luitgarda powinna wiedzieć. Powie mi, kiedy wrócę”.

Koniec

Komentarze

Hej, Nikolzollern!

 

Przeczytałem i nałapałem kilka rzeczy:

Schował broń do pochwyusiadł na schodkuzaczął wciągać buty z cholewami.

Zamiast pierwszego “i” wystarczy przecinek i będzie ok.

myślę, że wrócę z niej lepszym mężem niż wyruszyłem.

Może “będąc lepszym mężem”, albo “wrócę z niej jako lepszy mąż”

 

powiedział wtedy, wraz przekreślając wszystkie szanse na ocalenie, które miałby, zechciej on przeprosić.

Pogubiłem się w tym zdaniu i chyba rozumiem o co chodzi, ale wyszedł trochę koszmarek.

 

O tego momentu skazaniec

“Od tego…”

 

Kobieta stała u drwi balkonu

“…drzwi…”

 

Wytoczył z garażu motor.

Zachęcam do pisania “motocykl”. “Motor” to “silnik”.

 

Gdy szarpnął noga pedał,

“nogą”

 

Muszę jeszcze sobie ułożyć w głowie kilka rzeczy i pewnie przeczytam jeszcze raz – wtedy sklecę jakąś opinię o samej treści.

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Witaj.

Technicznie musisz przejrzeć i poprawić sporo, ale widzę już wypisane usterki w komentarzu powyżej.

Co do treści, opowiadanie odebrałam niejednoznacznie. Jest mocno zagadkowe. Z jednej strony, wobec zachowania bohatera, dość przewrotnie brzmi mi cały tytuł oraz jego trzymanie się pewnych zasad, z drugiej – czytając ciągle miałam wrażenie, że w końcu zamorduje on “kobietę”, ponieważ bez przerwy o tym myślał i to sobie wyobrażał, a jednak ostatecznie tego nie zrobił, co więcej – nawet zadbał o jej przyszłość i przetrwanie. To mocno mnie zaskoczyło. Myślę, że słynnym “meritum” jest tu jego własne rozważanie znaczenia terminu: zło i wewnętrzne rozterki. Jak się okazuje, granica między pojęciami dobra i zła bywa dość nikła i wielce niewyraźna.

 

Pozdrawiam. ;)

Pecunia non olet

 

Krokusie, dziękuję za czujne oko i czekam na uwagi do treści.

 

Bruce, dziękuję za przeczytanie. Myślę, że właściwie odczytałeś moje intencje. To, że Karl nie zabił kobietę, choć nieraz miał na to ochotę, a nawet o nią zadbał, wynika z jego feudalnego wychowania, które nie pozwala porzucić swego “człeka” w potrzebie, choćby nie miało się o nim najlepszego zdania. Irytujące cechy, które w niej dostrzegał w myśl wyznawanego przezeń kodeksu nie stanowią wystarczającego powodu do zabijania. Poza tym, efekt zaskoczenia był zamierzony i bardzo się cieszę, że się udał.

Miło mi bardzo, Nikolzollern, dziękuję i pozdrawiam. ;)

Pecunia non olet

W miasto zaraz walnie armata grawitacyjna

Armaty, czy wystrzelony pocisk, czy czym tam to strzela?

 

że po powrocie z niej będę lepszym mężem niż przed wyruszeniem.

Wywaliłabym z niej.

 

– Nie ty powinnaś zasiąść na tronie, Sophie! – powiedział wtedy, wraz przekreślając wszystkie szanse na ocalenie, które miałby, zechciej on przeprosić.

A tu się coś zdrowo posypawszy.

 

Generalnie baboli masz sporo i przecinki szaleją.

On jest zły, bo uknuł wcześniej spisek, czy jest zły, bo pochodzi od tych złych? Sympatii Twój bohater nie wzbudził, mam wrażenie, że pochodzi ze świata, w którym przesada idzie w drugą stronę. Trochę tego mało, scenka zaledwie, zamiast porządnej historii.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, dzięki za uwagi. Wzbudzanie sympatii chyba nie jest zadaniem w tym konkursie. Może faktycznie tego trochę mało, za późno zdecydowałem się napisać coś na ten konkurs.

Nowa Fantastyka