- Opowiadanie: adam_c4 - Nawiedzenie

Nawiedzenie

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Nawiedzenie

Kiedy Charlie wspomniał mi, że Martin Folliero pomoże rodzinie w sprawie ,,Wielkiej Inwestycji”, uznałem jego słowa za żart.

Pamiętam, że chwilę później przerwaliśmy rozmowę; któryś z chłopaków zwalił się pod stół, skupiając na sobie uwagę otoczenia. Trwał jeden z ,,piątkowych koktajli” – tak nazywaliśmy całonocne popijawy w barze.

Byłem osobą z zewnątrz, znajdą. Rodzina Salieri nie przyjęła mnie z otwartymi ramionami, długo musiałem pracować na swoją pozycję. Osiągnąłem ją po latach, na przestrzeni których wielokrotnie odznaczyłem się lojalnością. Niektórzy Włosi, którzy daliby sobie uciąć rękę za dalszego, trefnego kuzyna, ufali mi bardziej niż rodzonym braciom.

Mimo to nie brakowało mi pokory i zawsze byłem gotów przyznać się do błędu. W głębi serca zrobiłem to kilka dni po rozmowie w barze. Biorąc pomysł z Folliero za żart, wykazałem się krótkowzrocznością.

Telefon obudził mnie w środku nocy. Dzwonił Charlie.

– Przekonaliśmy Folliero. – Ton jego głosu brzmiał zaskakująco rześko jak na tak nieludzką porę. – Polecisz do Austin i przywieziesz go tutaj. Spiesz się, masz samolot za dwie godziny. Zadzwoń, kiedy będziesz w drodze, powiem ci, co i jak.

Błyskawicznie się spakowałem, zamówiłem taksówkę i ruszyłem w stronę lotniska. Połączyłem się z Charliem. Miałem kilka ważnych pytań, których nie musiałem zadawać; mój rozmówca był osobą przerażająco wręcz skrupulatną i zapobiegliwą, więc w jego półgodzinnym monologu znalazłem wszystkie odpowiedzi. Fakt, że ktoś tak staranny w czynach i słowach jak Charlie zdradził mi ściśle tajny plan w trakcie popijawy, na krótki czas wbił mnie w dumę. Szybko jednak zrozumiałem, że w ten sposób oswoił mnie z zadaniem – od początku musiano mnie widzieć w roli szofera.

Podróż odbyła się planowo, przed dziewiątą byłem na miejscu. W hali przylotów bezimienny facet przekazał mi kluczyki oraz informację o tym, gdzie zaparkowany jest samochód.

Nie wiem, co drzemało pod maską czarnego mercedesa E180, ale wóz był prawdziwym potworem. Gdybym był młodszy i odrobinę głupszy, pewnie znalazłbym jakieś miejsce, gdzie przetestowałbym jego możliwości.

Czy się bałem? Nie. Wyjechałem na szerokie ulice Austin, nie czując zupełnie niczego. Obrałem kierunek na miasteczko Cedar Park. Nawigacja wskazywała, że od celu dzieli mnie dwadzieścia minut drogi, plus kwadrans przewidziany na korki. Pół godziny później zaparkowałem przed niewyróżniającym się domem jednorodzinnym. Folliero nie kazał na siebie czekać; kiedy spojrzałem ku werandzie, szedł już w moją stronę. Nie kłopotał się nawet zamykaniem drzwi – zostawił je otwarte na oścież.

Zajął miejsce z tyłu, na samym środku, w związku z czym nie musiałem się odwracać. Spoglądając w lusterko, widziałem go wyraźnie.

Według mojego wyobrażenia powinien być ciut wyższy i szczuplejszy. Wyglądał na swoje czterdzieści lat. Miał na sobie dwuczęściowy, szary garnitur i tym ubiorem przywodził na myśl pozbawionego skrupułów urzędnika albo przedsiębiorcę pogrzebowego. To wrażenie zatarło się jednak, kiedy zlustrowałem bladą, gładko ogoloną twarz. Uchodził za przystojnego. Mocno zarysowane kości policzkowe, nadto wyrazisty, ale nie dominujący twarzy nos. Szczególną uwagę zwracały usta i oczy. Wargi tworzyły cienką linię, jakby nieustannie je przygryzał, z kolei oczy… Przez kolejne dwa dni niemal bez przerwy widziałem w nich coś podobnego do zmęczenia, ale też determinację, pomieszaną z wyraźną złością. Było to spojrzenie, jakim rodzic mógł obdarzyć dziecko, które zawiodło go po raz kolejny, wyczerpując tym samym rezerwę ojcowskiej cierpliwości.

Przywitałem się i przedstawiłem, patrząc tylko na jego odbicie. Nie odezwał się ani słowem.

– Do Nowego Jorku dotrzemy jutro wieczorem – oznajmiłem. – Po drodze zatrzymamy się na nocleg, chciałbym też kilka razy stanąć na posiłek. Czy to panu odpowiada?

Skinął głową. Nie pozostało mi nic innego, jak wrzucić bieg i rozpocząć podróż w stronę Wschodniego Wybrzeża.

Wstawał piękny, majowy dzień, warunki na trasie były idealne. Drogą międzystanową numer trzydzieści pięć ruszyliśmy ku Dallas, gdzie planowałem zatrzymać się na śniadanie, choć czułem, że mogę mieć problemy z przełknięciem czegokolwiek. Całe szczęście, że jakaś dobra dusza zostawiła na siedzeniu pasażera butelkę z wodą; miałem wrażenie, że pustynny kurz oblepia mi gardło.

– Waco.

Folliero wypowiedział to słowo cicho i spokojnie, ale na tyle głośno, abym je usłyszał. Musiałem jednak być zdenerwowany, bo w pierwszej chwili przyszła mi do głowy absurdalna myśl, że właśnie nazwano mnie wariatem.

– Słucham?

– Waco – powtórzył. – Wiesz, że Koresh jest jednym z nas?

W tamtej chwili mój mózg wskoczył na wyższe obroty: zbliżaliśmy się do Waco, o czym mówiły tablice informacyjne. Pojąłem też, co mój pasażer miał na myśli, wspominając, że Koresh, który okrył to miasto niesławą, jest ,,jednym z nich”.

– Nie wiedziałem. – W moim głosie pobrzmiewało szczere zdumienie. Folliero uniósł brwi i wydął wargi. W ciągu najbliższych kilkunastu godzin miałem się przekonać, że w ten sposób okazuje satysfakcję.

– Spotkałem go kiedyś – ciągnął Folliero pozbawionym emocji głosem. – Ależ z niego kawał pojeba.

Olbrzymim wysiłkiem woli zachowałem kamienną twarz. Przyganiał kocioł garnkowi.

Nie kontynuowaliśmy rozmowy. Po kolejnej godzinie to ja przerwałem ciszę:

– Panie Folliero, chciałbym wkrótce się zatrzymać. Przyznam, że nie jadłem dziś jeszcze śniadania.

Skinął głową.

Chwilę później wjechałem na parking restauracji Mollie’s. Z zewnątrz wyglądała zachęcająco; mały budynek z piaskowca kryty czerwonym dachem. Zaparkowałem pod drzwiami i tym razem postanowiłem odwrócić się do mojego pasażera.

– Czy… – zacząłem, wykręcając tułów.

– Idę z tobą. – Folliero odgadł treść pytania.

Wewnątrz panował spory ruch, usiedliśmy przy stoliku nieopodal baru. Sięgnąłem po jednostronicowe, tekturowe menu i starając się ignorować huczące radio, przebrnąłem przez wąski wybór dań. Zjawiła się kelnerka odziana w czerwony fartuszek; jego kolor zlewał się z barwą obrusów. Przekrzykując lokalną gwiazdę country, która za pośrednictwem fal radiowych opiewała zalety swej wybranki, zamówiłem jajecznicę i mały stek.

– Kawy? – zapytała dziewczyna.

– Oczywiście! – odparł głośno Folliero. Dużo głośniej, niż było to konieczne. Kelnerka posłała mi pytające spojrzenie, szukając potwierdzenia.

– Tak, prosimy – odparłem zakłopotany. Mój towarzysz nie wyglądał na obrażonego. Milczał.

– Nie rozumiem tej muzyki – zagadnąłem.

– Nawet nie wiesz, jak wielu rzeczy byś nie zrozumiał, gdybyś trochę pomieszkał wśród tych wieśniaków. – Jadowita treść zdania nie współgrała ze spokojnym tonem głosu. W lokalu, mimo wysiłków huczącej klimatyzacji, było bardzo ciepło. Mimo to poczułem na plecach dreszcze. Rozmowa utknęła w martwym punkcie.

Na szczęście już po kilku minutach podano talerz z moim zamówieniem, pojawiły się też dwa kubki czarnej kawy. Nie mogłem się przemóc, by po nią sięgnąć. Nawet nie próbowałem domyślać się powodu, dla którego Folliero zamówił napój dla siebie. Jedzenie było smaczne, ale bez fajerwerków – właśnie tego się spodziewałem.

– Nie wierzę.

Podniosłem głowę znad talerza. Folliero wpatrywał się w coś ponad moim ramieniem. Spojrzałem w tamtym kierunku i nie dostrzegłem niczego nadzwyczajnego.

– O co chodzi? – zapytałem.

– Zaraz wracam.

Wstał i niespiesznie ruszył ku wyjściu. Nagle doskoczył do jednego ze stolików, sięgnął po leżący na blacie telefon i cisnął nim o podłogę. Jego właściciel – dwudziestoletni, na oko, chłopak – poderwał się na równe nogi, a wtedy Folliero, ku mojemu przerażeniu, chwycił go za gardło i przyciągnął do siebie.

– Taki jesteś sprytny? – wrzasnął.

Przy stoliku zaczęli gromadzić się ludzie. Sam nie wiem kiedy, też się przy nim znalazłem.

– Spokój!

Szpakowaty koleś, wyglądający na gliniarza z długim stażem, wyciągnął z kabury rewolwer. Mierzył w sufit, zginając rękę w łokciu.

Folliero odepchnął chłopaka, który stracił równowagę i upadł, po czym zwrócił się ku rewolwerowcowi i w pięciu krokach pokonał dzielący ich dystans. Tamten znieruchomiał i nie był w stanie zareagować nawet w chwili, w której furiat oburącz ścisnął jego dłoń i zacisnął wargi na lufie.

Wrzask przerażenia mnie otrzeźwił. Przepchnąłem się przez gapiów, chwyciłem Folliero za kołnierz i pociągnąłem go za sobą ku wyjściu. Sporo ryzykowałem. Nieruchomy chyba-jednak-nie-gliniarz, choć nie odbezpieczył broni, mógł spanikować i nafaszerować mnie ołowiem.

Nie tylko nie próbowano nas zatrzymać, ale też nikt, najwidoczniej, nie ośmielił się wezwać policji. Wiem, dlaczego nam się upiekło. Pieprzony paranoik zaatakował chłopaka, bo ubzdurał sobie, że ten potajemnie zrobił mu zdjęcie. Tak naprawdę, kiedy pochylałem się nad stekiem, nikt nie zdążył zwrócić na nas większej uwagi, przez co niesławny gangster, którego facjata gościła tu i ówdzie na pierwszych stronach gazet, mógł cieszyć się anonimowością. Po jego wybryku goście restauracji musieli ustalić, kim był awanturnik, i zbiorowo przystać na to, aby o incydencie jak najszybciej zapomnieć.

Z parkingu restauracji odjechałem z piskiem opon. Byłem przestraszony i wściekły, a głośne pretensje Folliero, którego przed chwilą bezceremonialnie wepchnąłem do wozu, nie pozwalały mi się uspokoić.

– Mały gnojek, powinienem mu ten telefon wepchnąć w dupę i wytargać przez gardło… – To jedno zdanie dobrze zapamiętałem z całej przydługiej tyrady.

Kiedy w końcu się zamknął, poczułem ulgę. Nie na długo.

– Zatrzymaj się przy następnej – rzucił, jak gdyby nigdy nic.

– Co? – Rżnąłem głupa, choć dobrze wiedziałem, o co mu chodzi.

– Zatrzymaj się przy następnej – powtórzył.

– Nie.

Kategoryczna odmowa bardziej zaskoczyła mnie samego, niż Folliero. On, prawdę mówiąc, nie wyglądał na zdziwionego.

– Zatrzymaj się przy następnej, chłoptasiu, bo nasza podróż zaraz się skończy i będziesz musiał tłumaczyć się swoim przyjaciołom.

Zaciskając szczęki, starałem się opanować drżenie rąk. Gardło wyschło mi na wiór, krople potu spływały po czole. Zjechałem na pobocze, wzbijając w powietrze kłęby kurzu.

– Odsuń szybę – padł rozkaz.

Tak zrobiłem. Dziewczyna była młoda i ubrana właśnie tak, jak sobie wyobrażacie – krótka bluzka z gigantycznym dekoltem i dżinsowe szorty. Kołysząc biodrami, zbliżyła się do samochodu, a potem, opierając ramiona na drzwiach, wsunęła głowę do środka.

– Fajne autko – rzuciła, odsłaniając zęby w uśmiechu. – Może byśmy…

Pasażer na tylnej kanapie pochylił się do przodu, zaznaczając swoją obecność.

– Chodzi o twojego kolegę? – Nie wyglądała na zbitą z tropu.

– Owszem, cukiereczku. – Głos Folliero brzmiał dokładnie tak samo jak przed chwilą, kiedy kazał mi się zatrzymać. Wtedy dziewczyna zrozumiała, że coś jest nie tak; przestała żuć gumę, ściągnęła łokieć z drzwi. Gdybym nie wstydził się modlić, w tamtej chwili z pewnością zwróciłbym się do Boga o pomoc.

– Popatrz.

Folliero złapał się za kołnierz i odciągnął koszulę.

Dwie okrągłe rany, jedna przy drugiej, zasklepione były czarnymi strupami. Rozległy siniak pokrywał odsłonięty fragment torsu.

– Jestem dumny z moich dziurek. – Folliero skrzywił wargi w czymś na kształt uśmiechu. – A ty?

Dziewczyna odskoczyła od samochodu, wykrzykując przekleństwo. Odeszła szybko, niemal biegnąc, nie spuszczając z nas oczu. Kiedy znalazła się w odległości, którą oceniła jako bezpieczną, pokazała nam środkowy palec.

Wrzuciłem bieg i włączyłem się do ruchu.

– Nie uważasz, że straszenie kurew powinno być dyscypliną olimpijską? – zapytał Folliero, wyglądając przez okno. A potem, co przeraziło mnie tak bardzo, że tylko cudem nie zjechałem na przeciwległy pas ruchu, wybuchnął śmiechem. Kiedy uspokoił się na tyle, że był w stanie mówić, wyznał:

– Ja bym to oglądał.

 

***

 

Ograniczyłem postoje do niezbędnego minimum; zatrzymywałem się tylko na stacjach paliw, w celu zatankowania żarłocznego pojazdu i wrzucenia czegoś na ząb. Folliero załamywał ręce nad tym, że wcinam fast-foodowe przekąski, zamiast zjeść jak człowiek w porządnej knajpie. Ignorowałem go. Na szczęście nie inicjował rozmów w trakcie podróży. Siedział nieruchomo, oparty o siedzenie, snując myśli, których nie byłem ciekaw.

Kiedy światła mijanych samochodów zaczęły dwoić mi się w oczach, postanowiłem zajechać pod motel. Nie przypuszczałem, że pierwszego dnia podróży uda nam się dotrzeć niemal do samego Nashville.

Zatrzymałem się na skraju parkingu. Chciałem mieć tę noc jak najszybciej za sobą. Wierzyłem, że kiedy wstanie nowy dzień, wszystko pójdzie z górki.

Zgasiłem silnik i nie mogąc przemóc się, by spojrzeć na pasażera, zapytałem:

– Ma pan jakieś preferencje co do pokoju?

– Nie chcę pokoju.

Odwróciłem się.

– Idź spać, ja sobie poradzę – powiedział Folliero.

– Ale… mam…?

– Możesz zamknąć mnie w środku.

Udałem się do recepcji. Ginący w mroku budynek sprawiał ponure wrażenie. Noc była ciemna.

Kobieta za kontuarem bez pytania wręczyła mi klucz i poinformowała, że przyjmuje płatność z góry. Kiedy ruszyłem do pokoju, wraz ze zmęczeniem spadły na mnie wszystkie wrażenia z dzisiejszego dnia. W końcu mogłem dopuścić do siebie strach i wątpliwości.

Do dzisiaj nie wiem, ile prawdy miały w sobie historie o sadystycznych wybrykach Folliero. Czy faktycznie nakarmił psy swoim przyjacielem, który publicznie go znieważył? Czy grzebał żywcem, okaleczał, pił krew z otwartych tętnic? W niejedną przedziwną pogłoskę – zwłaszcza w świetle tego, co miało dopiero nastąpić – byłem w stanie uwierzyć.

Rodzina, którą z dumą nazywałem ,,swoją”, poszła na układ z szaleńcem. Kiedy ułożyłem się na twardym łóżku, cały plan znów wydał mi się żartem. Sądziłem, że gonitwa myśli nie pozwoli mi zasnąć, ale odpłynąłem błyskawicznie.

Nie pamiętam, co mnie obudziło. Huk uderzenia? Krzyk? Trzask drzwi w pokoju obok? Spojrzałem na stojący przy telewizorze zegarek. Czerwone cyfry wskazywały trzecią dwadzieścia. Dopadłem do okna, odchyliłem żaluzje.

Kilka osób, niektóre w samych podkoszulkach i bieliźnie, spieszyło przez parking w stronę jezdni. Wrzuciłem na siebie ubranie i już miałem pobiec za nimi, ale wiedziony złym przeczuciem sięgnąłem po walizkę, zgarnąłem do niej moje rzeczy i wziąłem ją ze sobą. To była dobra decyzja.

W bladym świetle ulicznych lamp najpierw zobaczyłem kampera – leżał w rowie, przewrócony na bok. Spod zmiażdżonej maski unosił się dym. Następnie, kierując spojrzenie ku gromadzie gapiów, ujrzałem stojącą w poprzek jezdni osobówkę. Strefa zgniotu sięgała kabiny, co, wnioskując z reakcji zgromadzonych przy wraku kobiet, nie skończyło się dobrze dla pasażerów.

– Nocna przechadzka?

Podskoczyłem, wypuszczając walizkę z dłoni. Folliero, z wypisanym na twarzy znużeniem, przyglądał się skutkom wypadku.

– Jedziemy – wydyszałem.

Teraz wyglądał na zdziwionego.

– Już? W środku nocy?!

– Do samochodu! – Dopiero później dotarło do mnie, jak słabo i niepoważnie musiałem wtedy wyglądać i jak wielką satysfakcję sprawiło to temu pieprzonemu czubkowi.

Wrzuciłem walizkę do bagażnika i usiadłem za kierownicą. Wcisnąłem przycisk zapłonu i właśnie wtedy drzwi z tyłu się otwarły. Folliero zajął swoje miejsce. Znów wyglądał jak strudzony, owładnięty narastającym gniewem rodzic.

Zabił sobie parę osób, to teraz pewnie będzie grzeczny – tragikomiczne zdanie, które wpadło mi do głowy, sprawiło, że parsknąłem śmiechem.

– Co? – Pasażera zainteresował krótki wybuch wesołości.

– Pomyślałem sobie, że skoro zabił pan parę osób, to teraz będzie pan grzeczny aż do Nowego Jorku.

Utkwiłem spojrzenie w jego odbiciu. Ani drgnął. Dopiero po chwili zwrócił głowę w stronę okna, westchnął i rzekł:

– Tego, niestety, nie mogę obiecać.

 

***

 

– Zatrzymajmy się.

– Po co?

– Jesteś głodny.

– Dam sobie radę, panie Folliero.

– Widziałeś znak? Za dwie mile będziemy przy Naleśnikarni Bena.

– Nie…

– Chcę zobaczyć pierdoloną Naleśnikarnię Bena, więc łaskawie się tam zatrzymaj.

Zbliżaliśmy się do Harrisonburga, od celu dzieliło nas jakieś sześć czy siedem godzin drogi. Marzyłem o kąpieli i butelce whisky, która czekała na mnie w lodówce. Naleśniki były ostatnim, na co miałem w tamtej chwili ochotę, jednak nie chciałem dawać mojemu pasażerowi pretekstu do zachowań, które mogły wykoleić plan na ostatniej prostej.

Przy wejściu do restauracji ustawiono wyciętą z blachy sylwetkę podstarzałego okularnika, trzymającego talerz pełen naleśników.

– Ale heca! – Po raz pierwszy ujrzałem szczery uśmiech na twarzy Folliero. – To pewnie szanowny pan Ben! Super to sobie wymyślili, zajebista sprawa!

Osobiście nie uważałem kiczowatej ,,ozdoby” za coś ,,zajebistego”. Prawdę mówiąc, sprawiała ona dość upiorne wrażenie.

Pewnie dlatego przypadła Martinowi Folliero do gustu.

Wnętrze naleśnikarni zdominowały róż i błękit. Nawet gdybym miał apetyt, wystrój skutecznie by mi go odebrał. Zdecydowałem się na ,,Złociste Naleśniczki” serwowane w liczbie pięciu sztuk. Do picia zażyczyłem sobie wodę.

Folliero siedział bez ruchu, nie rozglądając się po lokalu, którego rzekomo tak był ciekaw.

– Dzisiaj bez kawy? – Sam nie wiem, czemu zdecydowałem się na tę złośliwość.

Adresat taniej prowokacji spojrzał mi prosto w oczy.

– Pewnie masz mnie za frustrata, co?

Kiedy nie odpowiedziałem, wydął wargi i zmrużył powieki.

– Tak, jestem frustratem – przyznał. – Za każdym razem, kiedy pomyślę sobie, że już nigdy nie napiję się kawy, trafia mnie szlag. Ale spójrz na siebie, chłopcze. Myślisz, że wygrałeś los na loterii, bo przygarnęli cię makaroniarze od Salieriego? Dla nich jesteś nikim. Dlaczego właśnie ty musisz się ze mną męczyć? Co? Gdyby nasza eskapada zakończyła się jakimś nieszczęśliwym wypadkiem, błyskawicznie znaleźliby kogoś na twoje miejsce. Jak się z tym czujesz… chłopcze?

Milczałem. Gdybym był wystarczająco lekkomyślny, aby wystosować ripostę, myślę, że brzmiałaby ona mniej więcej tak:

,,Myli się pan. Nie pełnię roli nadwornego popychadła, wręcz przeciwnie. Powierzono mi to zadanie, bo tylko ja jestem wystarczająco godny zaufania, opanowany i twardy, aby wytrzymać dwie doby z osobą pańskiego pokroju. Rodzina Salieri, co chyba oczywiste, różni się od pańskiej. Nie wyobrażam sobie, aby któregokolwiek z nas, choćby najprostszego żołnierza, postanowiono odstrzelić tak, jak pana. Ale trudno się dziwić, że został pan potraktowany jak wściekły pies, dla którego jedynym wybawieniem, aktem łaski, była ołowiana kula. Pańską postać utożsamia się z bezwzględnym terrorem i szaleństwem. Ilu ludzi, i nie mam na myśli zatraconych dusz z konkurencyjnych rodzin, ale przypadkowych cywili, zginęło z pańskich rąk? Ile strzelanin, podpaleń i zamachów bombowych można zapisać na pańskie konto? Współczuję pańskiemu stryjowi, ale wierzę, że kiedy wydał wyrok, po raz pierwszy od wielu lat mógł zasnąć spokojnie. Cóż za potworna ironia losu, że powrócił pan jako widmo. Prawdziwy psikus Boga, natury, czy innej siły, która sprawia, że istnieje pan w obecnej formie, czyniąc tym samym świat gorszym miejscem”.

Folliero nie wyglądał na zadowolonego tym, że połknąłem język. Na zawiedzionego też nie. Znów popadł w obojętność.

 

***

 

– Pierdolę to, młody. Zmiana planów. Zróbmy sobie wycieczkę po Stanach, co?

 Byliśmy na trasie numer siedemdziesiąt osiem, godzinę drogi od Nowego Jorku. Zapadał wieczór. Podbite różem chmury zapowiadały ciepłą noc, którą miałem nadzieję spędzić na balkonie mojego mieszkania, osuszając butelkę dobrego alkoholu. Musiałem jednak porzucić fantazje i pozostać czujnym mimo zmęczenia, które narastało we mnie tym silniej, im bliżej byłem domu. Przypuszczałem, że Folliero spróbuje zakończyć naszą podróż jakimś mocnym akcentem. Nie wierzyłem w to, że faktycznie się rozmyślił; to było sztubackie paplanie. Czułem jednak coś na kształt pokory wobec jego nieprzewidywalności.

Zwłaszcza że mój pasażer mógł w każdej chwili szarpnąć kierownicę i wpakować nas pod ciężarówkę. To nieprawda, że dla rodziny byłem ,,nikim". Gdyby Folliero ukatrupił mnie dla zabawy, na pewno usłyszałby parę gorzkich słów z ust Marco Salieriego, który sprawiał wrażenie, jakby naprawdę mnie lubił.

Tak, kilka gorzkich słów. A potem dwaj Włosi z konkurencyjnych rodzin przeszliby do interesów.

– To kiepski pomysł, panie Folliero.

– Niby czemu?

– Dobrze pan to sobie wszystko przemyślał. Mam na myśli układ z moją rodziną. Szczerze mówiąc, sądzę, że czekał pan na okazję, która się panu trafiła. Proszę darować tupet, ale bez pomocy Salieriego nie dostanie pan tego, czego pan pragnie.

– A czego pragnę?

– Zemsty. Sprawiedliwości.

Folliero uśmiechnął się.

– Daruj sobie. Przecież tu nie chodzi o sprawiedliwość, prawda?

Nie wiedziałem, jak się do tego odnieść. Gdybym miał mówić szczerze, oczywiście przyznałbym mu rację. Na szczęście nie musiałem wybierać między prawdomównością a kulawym kłamstwem.

– Nie odpowiadaj. Nie trzeba.

Gangster, który za życia terroryzował całe Wschodnie Wybrzeże, by po śmierci stać się skazanym na frustrację widmem, głośno westchnął i pokręcił głową.

– Nie mogę się doczekać, kiedy w końcu zostanę sam na sam z tym tłustym skurwielem.

 

***

 

Cyngla, który wykonał na nim egzekucję, Folliero zdołał dorwać osobiście, dawno temu. Przez lata polował na kilku członków swojej rodziny, którzy – jak wierzył –  z cichym lub głośnym entuzjazmem zaakceptowali pomysł, by odstrzelić ,,Szalonego Martina”.

Niedoszłe ofiary zawsze były o krok przed ścigającym je duchem. Nic dziwnego, że Folliero porzucił marzenie o zemście i rozpoczął bezcelową tułaczkę po Stanach. Jego nieśmiertelne życie znów nabrało sensu, kiedy rodzina Salieri zaproponowała mu pomoc w dokonaniu zemsty.

W ciągu kilku miesięcy naszym ludziom udało się dostarczyć Martinowi Folliero wskazane przez niego osoby. Nie chcę nawet myśleć, co się z nimi stało.

Czego chcieliśmy w zamian?

Dla prokuratora generalnego Johnsona punktem honoru było to, aby Makaroniarze z Nowego Jorku nie otworzyli sobie hotelu, który służyłby im do prania forsy i zbijania kapitału na dalszą, szemraną działalność. Podczas rozmowy z naszym wysłannikiem Johnson przyznał wprost, że dopóki żyje on i jego akolici, możemy zapomnieć o ,,Wielkiej Inwestycji”. Dał do zrozumienia, że ma pół stanu w kieszeni i że bez jego osobistej zgody piękna górska działka, należąca do rodziny Salieri, pozostanie niezbrukana.

Johnson inaczej spojrzał na kwestię ,,Wielkiej Inwestycji” po rozmowie z Martinem Folliero, którą odbyli późną nocą, w sypialni pana prokuratora, kiedy ten układał się już do snu u boku żony.

Trzy lata po tym, jak odstawiłem Martina Folliero pod drzwi naszej restauracji na Bronksie, rodzina Salieri otwarła hotel Overlook. To, co przez długi czas zwaliśmy po prostu ,,Wielką Inwestycją”, zmaterializowało się jako wspaniały górski kurort, przynoszący krociowe zyski.

Jak jednak doszło do tego, że niegdyś świetnie prosperujący obiekt jest teraz opustoszałą, nawiedzoną ruiną?

Pewnie wiecie, że Martin Folliero nigdy już nie znalazł się sam na sam z owym ,,tłustym skurwielem”. Jego stryja ostatecznie powalił zawał serca, co okazało się olbrzymim zawodem dla tego, który miał nadzieję osobiście wysłać go w zaświaty.

Dla Folliero było to równoznaczne ze złamaniem warunków umowy.

 

***

 

Nikomu nie zdradziłem szczegółów mojej podróży z Martiem Folliero. To nakręcało spiralę domysłów oraz budziło złość tych, których rozsadzała plotkarska ciekawość. W ramach odwetu uczyniono mnie obiektem niewinnych szyderstw; w rodzinie zaczęto zwracać się do mnie z udawaną rewerencją, sugerując, jakobym osobiście odpowiadał za sukces ,,Wielkiej Inwestycji”. W ironii kryło się jednak uznanie – każdy, kogo znałem, był gotów przyznać, że Folliero go przeraża. A ja przejechałem z nim pół kraju.

Członkowie rodziny byli mile widziani w Overlook. Chętnie korzystałem z tej gościnności. W hotelowym kasynie odkryłem w sobie żyłkę hazardzisty; co tydzień meldowałem się przy stole do blackjacka.

Pamiętam chwilę, w której ujrzałem go wchodzącego przez szerokie drzwi, nad którymi zawieszono tandetny neon z dwiema wisienkami. Usiadł przy stole z ruletką i rozejrzał się po sali. Chyba mnie nie rozpoznał.

– Ja pierdolę, to on, to on… – mamrotał mi do ucha siedzący obok Victor. Odgoniłem go jak namolną muchę.

– Widzę. Co z tego?

Młodziutki Vic Salieri, który nie uchodził za szczególnie lotnego, wykazał się niespotykaną u siebie bystrością:

– Mamy problem – uznał.

Dokończyliśmy grę i przeszliśmy do lobby, gdzie zgromadziła się już reszta chłopaków. Dla wszystkich wizyta Folliero była zaskoczeniem, nie anonsował się. Charlie, pewien tego, że niespodziewany gość zechce się u nas zatrzymać, błyskawicznie zorganizował dla niego królewski apartament.

Kiedy w niedzielny wieczór wracałem do Nowego Jorku, Folliero w najlepsze oddawał się uciechom kasyna. Wieść o jego pobycie w Overlook rozniosła się błyskawicznie. Wyprzedano wszystkie pokoje, co było dla mnie dobrym pretekstem, aby w kolejny weekend się tam nie pojawiać. Nie miałem ochoty oglądać bladej, beznamiętnej gęby upiora.

Równocześnie zaczęło towarzyszyć mi poczucie, że coś mnie omija. Nie mogłem pozbyć się niepokoju, który wzmagał się za każdym razem, kiedy któryś z chłopaków zdawał mi relację z tego, co dzieje się w kasynie. Folliero spędzał tam całe dnie, przyciągając tłumy graczy.

Zaklepałem pokój na następny weekend.

 

***

 

Tuż po przybyciu skierowałem kroki do kasyna. Folliero opierał się o stół do blackjacka, jego grę obserwowały dziesiątki osób. Ci gapie traktowali go jak atrakcję turystyczną, egzotyczny okaz w zoo. Nie miałem wątpliwości, że jest tego świadom. I że wcale mu się to nie podoba.

Czemu więc na to pozwalał? Odpowiedź dostałem kilka minut później.

Po skończonej partii, która okazała się dla niego pechowa, Folliero wyciągnął bladą dłoń do krupiera. Ten wyraźnie się zawahał, jednak ją uścisnął. Wtedy duch przyciągnął go do siebie, sięgnął po leżącą na brzegu stołu szklankę i uderzył nią mężczyznę w twarz. Szkło roztrzaskało się, krew trysnęła na zielone sukno.

Wybuchła panika – część gości rzuciła się do drzwi, inni czmychnęli w odległe kąty pomieszczenia. Ja stałem jak wryty, kiedy Folliero spojrzał na mnie i krzyknął:

– Gówniany ten hotel, młody. Niepotrzebnie się fatygowałeś.

A potem ruszył do apartamentu, w którym zdążył na dobre się rozgościć.

 

***

 

Pula ryzykantów, którzy nad zdrowie i życie przedkładali dreszczyk emocji, szybko się wyczerpała. Co ciekawe, poza wspomnianym incydentem, niechciany gość zachowywał się poprawnie. Mimo to w ciągu kilku miesięcy Overlook zaczął świecić pustkami.

Sam Marco Salieri udał się do hotelu, żeby uprosić dawnego partnera w interesach, by ten nie obracał w ruinę inwestycji, której realizacja kosztowała tak wiele trudu. Folliero odparł, że w ramach rekompensaty za niedopełnienie umowy żąda wiecznego prawa do królewskiego apartamentu.

Nie wiem, czy duchy zaczęły przybywać na jego życzenie, czy postanowiły się wprosić. W każdym razie hotel szybko stał się miejscem widmowej – rozumianej dwojako – rozpusty. Można go było spisać na straty.

Czy nie kusiło nas, aby puścić ,,Wielką Inwestycję” z dymem? Pewnie, że tak. Marco Salieri odgrażał się, że zrobi to osobiście. Ostatecznie zdrowy rozsądek wziął górę; powściągnęliśmy chęć odwetu, aby nie narażać się na gniew Folliero i jego przeklętych koleżków, z Davidem Koreshem na czele.

Czemu dzielę się z wami tą historią? Cóż, mam już swoje lata i niewykluczone, że wkrótce udam się na tamten świat. Albo, jeśli będę miał pecha, powrócę jako duch. Wielokrotnie, jak pewnie każdy z was, zastanawiałem się nad tym, co wtedy pocznę. Nie zamierzam dołączyć do ,,Kościoła Żywych Świętych” czy innej pociesznej komuny. Udam się prosto do hotelu Overlook. Kto wie. Może Martin Folliero ponownie zaproponuje mi tournee po Stanach.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie jest przede wszystkim dobrze napisane – nie było ani jednego momentu, na którym się zaciąłem. Historię prowadzisz płynnie i w sumie mógłbyś w taką narrację wpleść cokolwiek, a i tak by się dobrze czytało, a zwłaszcza, gdyby to były wstawki z przestępczego życia, bo to jakoś ludzi interesuje, choć niewiele ma wspólnego z moralnością.

Fabuła sama w sobie dość prosta, ale tu raczej nie o fabułę chodziło, tylko o ukazanie szaleńca – i to wyszło. Kiedy zrozumiałem, że ten szaleniec jest przy tym duchem (chociaż nie do końca, bo ma ciało, pije kawę i przemieszcza się jak człowiek – czym on właściwie był? I ważniejsze – skąd się wziął?), reszta mi się poukładała. 

Zakończenie fajnie domknęło całość.

Jedyne, co mnie zastanawia, to czemu nikt nic nie zrobił, kiedy Folliero rozbił szklankę na głowie krupiera? Czemu ludzie przestali odwiedzać hotel? Przecież nie z powodu samej zjawy, bo wcześniej ich przyciągała. A taki akt agresji? Nie takie rzeczy widują hotelowe mury. 

Interesujący pomysł na złola – taki facet, którego boi się nawet mafia. Nie pomyślałabym, że zemsta dla Folliero może być taka trudna. Wydawałoby się, że ma sporo atutów. A tu taka klapa ze stryjem. Może trzeba ją było serwować na zimno? ;-)

Babska logika rządzi!

Hej, Adam!

 

Już pisałem “Ej, koleżko, zapomniałeś o fantastyce”, ale nie zapomniałeś. Nie było to opowiadanie akcji, ale czytało się spokojnie, klimatycznie. Dobrze spędzony czas.

Przypomniało mi się trochę “Chłopców z ferajny”, szczególnie Tommy grany przez Joe Pesci’ego.

 

Pozdrawiam!

 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć!

 

Miałem jeszcze coś napisać na becie, ale nie wymyśliłem już konstruktywnego, więc tylko raczej powtórzę opinię z bety. Dobra gawęda łotrowska, z pozoru banalne zadanie okazuje się być nie lada wyzwaniem. Perspektywa diabelskiego szofera. Czuć klimat drogi i włoskiego półświatka. To zdecydowanie bardzo dobrze wyszło. Wieje też całkiem mocno grozą, milczący pasażer jest z piekła rodem i widać to po samym podejściu bohatera. Zwłaszcza scena ze śmiechem spodobała mi się, wtedy kiedy mówi, dlaczego się śmieje. Dzieli się swoim strachem, a jego rozmówca docenia szczerość i śmiałość w pewnym sensie. Nie każdy zdobyłby się na taką otwartość.

Jak na mój skill to dobry tekst, bardzo porządnie napisany. Nie za prosty, ale spójny i ciekawy. Styl pasuje do klimatu opowieści. Początkowo miałem trochę problem ze złapaniem historii. Kim jest tajemniczy gość i jaka relacja łączy go z bohaterem, po co jedzie do NY, ale to tylko zaostrzało apetyt. Narrator nie od razu odkrywa wszystkie karty i zmusza do szukania logiki, co pasuje do łotrowskiej opowiastki. Taka trochę zabawa w detektywa.

Podsumowując 3P dla ciebie: Pozdrawiam, Powodzenia w konkursie i Polecam do biblioteki!

 

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Wstyd mi, bo na prawdę późno pojęłam, że stary łotr jest duchem.

Ale czytało mi się znakomicie.

Witajcie, witajcie!

 

Geki,

Opowiadanie jest przede wszystkim dobrze napisane – nie było ani jednego momentu, na którym się zaciąłem.

To mnie bardzo, bardzo cieszy.

ten szaleniec jest przy tym duchem (chociaż nie do końca, bo ma ciało, pije kawę i przemieszcza się jak człowiek – czym on właściwie był? I ważniejsze – skąd się wziął?)

Podczas bety też zwrócono mi uwagę na to, że mamy tu do czynienia z duchem-nie duchem. A ja jeszcze odpuściłem sobie tłumaczenie tego, czym (i dlaczego) Folliero stał się po śmierci. Z początku myślałem, że umieszczę w tekście jakieś wyjaśnienie, ale ostatecznie odpuściłem.

Jedyne, co mnie zastanawia, to czemu nikt nic nie zrobił, kiedy Folliero rozbił szklankę na głowie krupiera? Czemu ludzie przestali odwiedzać hotel? Przecież nie z powodu samej zjawy, bo wcześniej ich przyciągała. A taki akt agresji? Nie takie rzeczy widują hotelowe mury.

To prawda, ale wydaje mi się, że zła renoma Folliero zrobiła swoje. Dopóki po śmierci zachowywał się nienagannie, można było wierzyć, że stał się inną istotą, złagodniał. Ale jeden wybryk, przejaw bezprzykładnej agresji, rozsławiony najpewniej przez stugębną plotkę, kazał zwątpić w tę przemianę. Okazało się, że to ten sam potwór i psychopata. A teraz, pod postacią ducha, nie obowiązywały go dodatkowo żadne normy i zasady. Mógł bezkarnie robić to, co chciał. Sądzę, że raczej niewielu chciałoby przebywać w jego towarzystwie.

 

Finklo,

Wydawałoby się, że ma sporo atutów. A tu taka klapa ze stryjem. Może trzeba ją było serwować na zimno? ;-)

Myślę, że stryj i tak swoje przeżył, kiedy stało się jasne że poluje na niego szalony duch :) A kiedy się okazało, że w tym polowaniu pomaga konkurencyjna rodzina… nic dziwnego, że staruszek wyzionął ducha.

 

Krokusie,

cieszę się, że dobrze spędziłeś czas przy lekturze opowiadania.

Przypomniało mi się trochę “Chłopców z ferajny”, szczególnie Tommy grany przez Joe Pesci’ego.

O, narwaniec grany przez Pesci'ego z pewnością był dla mnie inspiracją. Folliero jest może bardziej metodyczny i wyrachowany, ale wyraźne podobieństwa są.

 

https://www.youtube.com/watch?v=yL9rSwrsMHw – Można oglądać w nieskończoność :) 

 

Krarze,

cieszę się, że kolejny raz pomogłeś mi w becie! Dzięki za wszystko.

 

Ambush,

Wstyd mi, bo na prawdę późno pojęłam, że stary łotr jest duchem.

Starałem się dozować informacje bardzo małymi dawkami :)

Ale czytało mi się znakomicie.

Trudno o milsze słowa dla autora :)

 

 

Dziękuję Wam wszystkim!

Cześć!

Dobrze napisane opowiadanie, pomysł na widmo gangstera ciekawy, choć sama postać nie zaskakuje. Folliero jest okrutny i właściwie nie posiada innych cech. Mnie historia nie trzymała w napięciu. 

Czy się bałem? Nie. Wyjechałem na szerokie ulice Austin, nie czując zupełnie niczego.

Bardziej bym się przejęła, gdyby jednak bohater choć trochę się stresował. Wiadomo, że gangster ma większą wytrzymałość, ale jednak widmo to rzecz niespotykana. 

 

Myślę, że opowiadanie bardziej by mnie urzekło, gdybym bohater nie znał tak dobrze historii Folliero i dowiadywał się o niej z wypowiedzi widma. W mafii był chyba dość nisko w hierarchii więc, można by jego niewiedzę uzasadnić fabularnie. Mógłby sobie dopiero w trakcie podróży zdać sprawę, że ma do czynienie z duchem i dopiero połączyć pewne fakty. To oczywiście tylko takie moje przemyślenia :).

Ogólne wrażenia po lekturze mam pozytywne. 

 

Jego właściciel – dwudziestoletni, na oko, chłopak – poderwał się na równe nogi, a wtedy Folliero, ku mojemu przerażeniu, chwycił go za gardło i przyciągnął do siebie.

“Na oko” chyba jest nie w tym miejscu co trzeba. 

 

PS. Zapomniałeś wyjustować tekst. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Tekst napisany bardzo dobrze. Po prostu. Nie mogłem dopatrzyć się jakichś rażących błędów czy dziwnych konstrukcji, czytało się bardzo przyjemnie.

Fabularnie może nieco brakuje napięcia, ale na pewno nie klimatu. I to tym klimatem w dużej mierze stoi. Na początku włoska mafia, potem drogi Stanów, a na koniec świat widmo. To wszystko “czuć”, a całość jest przyjemna w odbiorze.

 

Cześć, Alicello!

Szkoda, że lektura nie trzymała w napięciu, ale cieszę się, że Twoje ogóle wrażenia są pozytywne. Twój pomysł, aby kierowca nie był świadom od początku tego, że ma do czynienia z duchem, uważam za ciekawy, choć realizacja bez wątpienia byłaby trudniejsza :)

Bardziej bym się przejęła, gdyby jednak bohater choć trochę się stresował. Wiadomo, że gangster ma większą wytrzymałość, ale jednak widmo to rzecz niespotykana. 

Narrator pisze to z perspektywy lat, myślę, że tak naprawdę czuł jakiś rodzaj niepokoju.

PS. Zapomniałeś wyjustować tekst. 

Faktycznie, już poprawione.

Dziękuję Ci za wizytę i wszelkie uwagi!

 

Witaj, bjkpsrzu!

Fajnie, że ,,czułeś” rzeczy, o których piszesz, bo zależało mi na tym, aby opowiadanie miało swój klimat. Dziękuję za wizytę i miłe słowa.

 

Witam jurora!

Kupiłeś mnie już pierwszym zdaniem. Ukonstytuowałeś nim klimat całego tekstu, a że był to klimat mafijny, to dla mnie już miodzio. A jak dodałeś do tego jeszcze motyw drogi przez USA to miodzio razy dwa ;)

Fantastykę wplotłeś w dobry sposób, niespiesznie. W momencie, w którym właśnie zacząłem się zastanawiać, co fantastycznego tu będzie, pojawiła się scena z prostytutką. Fajna, obrazowa scenka, zabawnej, jak na klimat mafijnych opowieści rzecz jasna. No i sam motyw fantastyczny też oczywiście niezły, odpowiednio dobrany do mafijnego klimatu (chodzi mi tu przede wszystkim o motyw zemsty “zza grobu”).

Folliero uniósł brwi i wydął wargi. W ciągu najbliższych kilkunastu godzin miałem się przekonać, że w ten sposób okazuje satysfakcję.

Pochwalę za wykorzystanie mowy ciała.

Rozmowa utknęła w martwym punkcie.

To fajne, takie życiowe i pasujące do opowiadania. Nie ma tu dialogów o niczym, takie postacie nie prowadzą small talków, a jeśli już to robią, to takie rozmowy bardzo szybko kończą w tym właśnie martwym punkcie.

No podobało się i to bardzo. Spieszę zgłosić do biblioteki :)

Cześć, PanDomingo!

W momencie, w którym właśnie zacząłem się zastanawiać, co fantastycznego tu będzie, pojawiła się scena z prostytutką.

Przyznam, że na to liczyłem – aby właśnie w tym momencie historii czytelnik, któremu nagromadziło się już trochę pytań, zdał sobie sprawę z tego, że Folliero jest duchem.

 

Dziękuję za miłe słowa i zgłoszenie tekstu do biblioteki! Pozdrawiam!

Chwilkę trwało zanim się zorientowałam, że Folliero jest duchem, ale to akurat dobrze, bo to lepsze niż tak od razu kawę na ławę ;)

Opko ma klimacik, a to piekielnie ważne. Taki rodem ze starych filmów gangsterskich. Do tego jest świetnie napisane. Fabuła niby prosta, ale wciąga. Miałam wrażenie, że Folliero z jednej strony przeraża bohatera, ale z drugiej go fascynuje. I to była chyba tajemnica tego, że jakoś sobie radził w kontaktach ze złolem.

Dobry tekst. Daję ostatniego kopa :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Siema :)

 

Motyw drogi, doprawiony mafijną gangsterką old fashion style wciągnął mocno. Bardzo dobrze napisane opowiadanie, które raz mnie tylko zatrzymało, ale z powodu literówki:

Wybuchał panika – część gości rzuciła się do drzwi, inni czmychnęli w odległe kąty pomieszczenia. Ja stałem jak wryty, kiedy Folliero spojrzał na mnie i krzyknął:

W bardzo ciekawy i konsekwentny sposób pokazujesz szaleńca, ktory kojarzyć się może wyłącznie z postaciami chaotycznymi pokroju Jokera. Ma to swój niezaprzeczalny urok i budzi zainteresowanie, bo czytelnik chce wiedzieć jak się zachowa ta nieprzewidywalna postać. Ciężko cokolwiek przewidzieć, jak to się skończy, więc plus dla Ciebie.

Fantastyki tutaj nie za wiele, a postać ducha nie do końca dla mnie zrozumiała. Czy duchy w tej rzeczywistości to zjawisko egzotyczne, budzące sensację, ale nie uznawane za jakiś cud? Tutaj moja niewiara została mocno przetestowana, bo ten duch ma fizyczną formę i w dodatku jest znanym gangsterem, którego nie ściga żadna policja, budzi zainteresowanie, ale jednocześnie nie jest traktowany jako coś nienaturalnego. Dziwny ten świat, który przeszedł nad istnieniem duchów i upiorów do porządku dziennego. A z drugiej strony jest przez to zagadkowy, dla mnie trochę noir, dzięki czemu ma gęsty klimat.

Gdybym musiał, poleciłbym do biblioteki, ale już nie trzeba :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Bardzo zacna to próba opowiedzenia historii traktującej o mafii, wzbogacona nietuzinkową postacią Folliero, którego działalność, a nawet sama tylko obecność w tym środowisku, wypadła całkiem przekonująco i strasznie. Zła jest tu pod dostatkiem, a przytoczone jego „próbki” dają niezłe pojęcie o pełnych możliwościach Twojego złola.

Gdy przeczytałam, jak nazwano „Wielką Inwestycję” wzniesioną w górach, nasunęło mi się nieodparte skojarzenie z hotelem z Lśnienia Kinga. Skojarzenie chyba uzasadnione, jeśli weźmie się pod uwagę, jaki był koniec „Wielkiej Inwestycji”.

 

czy­niąc tym samym świat gor­szym miej­scem.” ―> …czy­niąc tym samym świat gor­szym miej­scem”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

mel­do­wa­łem się przy stole do Blac­kjac­ka. ―> …mel­do­wa­łem się przy stole do blac­kjac­ka.

 

Fol­lie­ro opie­rał się o stół do Blac­kjac­ka… ―> …Fol­lie­ro opie­rał się o stół do blac­kjac­ka

 

się­gnął po le­żą­cą na brze­gu stołu szklan­kę…―> …się­gnął po stojącą na brze­gu stołu szklan­kę

 

Szko­ło eks­plo­do­wa­ło, krew try­snę­ła na zie­lo­ne płót­no. ―> Literówka. Czy szklanka na pewno eksplodowała, czy może raczej: Szk­ło roztrzaskało się, krew try­snę­ła na zie­lo­ne sukno.

O ile mi wiadomo, stoły do gier pokrywane są zielonym suknem, nie płótnem.

Za SJP PWN: eksplodować 1. «o pocisku lub materiale wybuchowym: rozrywać się z hukiem» 2. «o zjawiskach, uczuciach itp.: pojawiać się nagle, z wielką siłą»

 

Wy­bu­chał pa­ni­ka… ―> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pierwsze zdanie:

Kiedy Charlie wspomniał mi, że Martin Folliero pomoże rodzinie w sprawie ,,Wielkiej Inwestycji”, uznałem jego słowa za żart.

Masz tu dwa obco brzmiące imiona i nazwisko, które na tym etapie absolutnie nic dla czytelnika nie znaczą, podobnie jak “Wielka Inwestycja”. Do tego Charlie i Folliero brzmią podobnie, więc nawet czytając po cichu, plącze się jezyk.

Ten początek nie jest najlepszy.

 

Pierwsze dwa akapity:

Kiedy Charlie wspomniał mi, że Martin Folliero pomoże rodzinie w sprawie ,,Wielkiej Inwestycji”, uznałem jego słowa za żart.

Pamiętam, że chwilę później przerwaliśmy rozmowę; któryś z chłopaków zwalił się pod stół, skupiając na sobie uwagę otoczenia. Trwał jeden z ,,piątkowych koktajli” – tak nazywaliśmy całonocne popijawy w barze.

Tu masz znowu bardzo podobne konkstrukcje zdań. Złożone, z wtrąceniami, brzmiące w podobny sposób. A wytłuszczone fragmenty wręcz są konstrukcyjnie bliźniacze. Wystrzegaj się tego. Zwłaszcza na początku. Tutaj aż się prosi o wariację szykiem lub jakieś krótkie zdanie, które rozbije tę powtarzalność.

Dalej jest już lepiej i poza tym, że gdzieniegdzie nadużywasz imiesłowów, to w sumie nie dajesz wielu powodów do czepialstwa.

 

Opowiadanie ma swój klimat, jest w nim coś z Ojca Chrzestnego, jest coś z Irlandczyka (film), taka amerykańska gengsterka z włoską otoczką.

Miejscami jest niezłe, bo fajnie budujesz tajemnicę, miejscami słabsze, gdzie okazuje się że z tej akcji niewiele wynika.

 

Konstrukcja utworu kuleje. Snujesz opowieść o podróży przez USA, która zajmuje niemal pół opowiadania, a która na dobre do nieczego nie prowadzi.

Bo jakie znaczenie dla fabuły mają te scenki w restauracji czy w motelu, poza pozakazniem że Folliero jest świrem?

Co gorsza, całe zbudowane w trakcie tej przydługawej podróży napięcie rozmieniasz na drobne poniższym akapitem:

Cyngla, który wykonał na nim egzekucję, Folliero zdołał dorwać osobiście, dawno temu. Przez lata polował na kilku członków swojej rodziny, którzy – jak wierzył –  z cichym lub głośnym entuzjazmem zaakceptowali pomysł, by odstrzelić ,,Szalonego Martina”.

Niedoszłe ofiary zawsze były o krok przed ścigającym je duchem. Nic dziwnego, że Folliero porzucił marzenie o zemście i rozpoczął bezcelową tułaczkę po Stanach. Jego nieśmiertelne życie znów nabrało sensu, kiedy rodzina Salieri zaproponowała mu pomoc w dokonaniu zemsty.

W ciągu kilku miesięcy naszym ludziom udało się dostarczyć Martinowi Folliero wskazane przez niego osoby. Nie chcę nawet myśleć, co się z nimi stało.

Czego chcieliśmy w zamian?

Dla prokuratora generalnego Johnsona punktem honoru było to, aby Makaroniarze z Nowego Jorku nie otworzyli sobie hotelu, który służyłby im do prania forsy i zbijania kapitału na dalszą, szemraną działalność. Podczas rozmowy z naszym wysłannikiem Johnson przyznał wprost, że dopóki żyje on i jego akolici, możemy zapomnieć o ,,Wielkiej Inwestycji”. Dał do zrozumienia, że ma pół stanu w kieszeni i że bez jego osobistej zgody piękna górska działka, należąca do rodziny Salieri, pozostanie niezbrukana.

Johnson inaczej spojrzał na kwestię ,,Wielkiej Inwestycji” po rozmowie z Martinem Folliero, którą odbyli późną nocą, w sypialni pana prokuratora, kiedy ten układał się już do snu u boku żony.

Trzy lata po tym, jak odstawiłem Martina Folliero pod drzwi naszej restauracji na Bronksie, rodzina Salieri otwarła hotel Overlook. To, co przez długi czas zwaliśmy po prostu ,,Wielką Inwestycją”, zmaterializowało się jako wspaniały górski kurort, przynoszący krociowe zyski.

Jak jednak doszło do tego, że niegdyś świetnie prosperujący obiekt jest teraz opustoszałą, nawiedzoną ruiną?

Pewnie wiecie, że Martin Folliero nigdy już nie znalazł się sam na sam z owym ,,tłustym skurwielem”. Jego stryja ostatecznie powalił zawał serca, co okazało się olbrzymim zawodem dla tego, który miał nadzieję osobiście wysłać go w zaświaty.

Dla Folliero było to równoznaczne ze złamaniem warunków umowy.

 

Ten akapit to jeden wielki infodump. A właściwie streszczenie sceny finałowej tego opowiadania. Przecież cała ta podróż miała prowadzić do tej właśnie sceny. Tu czytelnik powinien znaleść wszysktie odpowiedzi. Ale powienieneś to pokazać, nadając scenie odpowiedniego napięcia, a nie streścić po łebkach co się stało. Jest bardzo zaburzona równowaga między powolnym początkiem, a pospieszną i urwaną końcówką.

Zakończenie równie rozczarowujące. Właściwie jakby go nie było. Ot, jest gdzieś w górach hotel dla upiorów i tyle.

 

Moja ocena: 4.6/6

 

Stylistycznie, poza drobnymi niuansami jest dobrze, ale konstrukcja utworu ma poważne wady.

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Cześć, Adam!

 

Opowiadanie jest klimatyczne. Momentami nawet bardzo. Podobała mi się przede wszystkim część wykorzystująca stary, dobry motyw drogi i układ: ważny ekscentryczny pasażer versus zdecydowanie mniej „skomplikowany” szofer. Szczerze, to całość opowiadania mogłaby dla mnie grać na tym motywie, zaś nadnaturalne właściwości Folliero można by sprzedać na końcu podróży (jako swoistą przemianę bohatera ;-)). Być może przez takie oczekiwania, sceny w hotelu spodobały mi się nieco mniej. ;-)

Napisane zostało zaś świetnie. Wszystko podane obrazowo i starannie, a żaden fragment nie wywołał uczucia nudy.

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie!

 

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Witam wszystkich!

 

Irko,

dzięki za posłanie opowiadania do biblioteki :) Cieszę się, że Ci się podobało i że uważasz je za sprawnie napisane. Cieszy mnie również to, że dostrzegłaś fascynację, którą narrator czuje względem gangstera – zależało mi na tym, żeby, obok niechęci i poirytowania, była ona widoczna.

 

Outta,

Czy duchy w tej rzeczywistości to zjawisko egzotyczne, budzące sensację, ale nie uznawane za jakiś cud?

Miałem na myśli właśnie coś takiego – w tej rzeczywistości nie spotykasz duchów codziennie, ale jednak kręcą się one po świecie. 

(…) i w dodatku jest znanym gangsterem, którego nie ściga żadna policja, budzi zainteresowanie, ale jednocześnie nie jest traktowany jako coś nienaturalnego.

W pierwotnej wersji tekstu miałem nawet krótką wzmiankę o tym, że Folliero przez pewien czas był pod obserwacją FBI, ale ostatecznie wyrzuciłem to z tekstu.

Dziwny ten świat, który przeszedł nad istnieniem duchów i upiorów do porządku dziennego.

Ano. Chodziło mi po głowie, żeby napisać coś więcej o realiach, ale w końcu doszedłem do wniosku, że zdradzę o tym świecie tak mało, jak tylko możliwe, zostawiając pole na domysły.

 

Dziękuję za lekturę!

 

Reg,

bardzo się cieszę się, że ,,kupiłaś" mojego złola. Wielkie dzięki za łapankę, za chwilkę wszystko poprawiam.

A co nazwy hotelu, to przytoczę tutaj z grubsza proces myślowy, który towarzyszył mi podczas pisania:

,,Pasuje nadać temu przybytkowi jakąś nazwę. O, można go nazwać tak samo, jak ten nawiedzony hotel w Lśnieniu Kinga. Jak on… google, Lśnienie, wikipedia… o, no tak, Overlook. Ciekawe, czy ktoś zauważy tę zbieżność. Reg. Pewnie Reg zauważy"

:)

 

Chrościsko,

bardzo dziękuję za wizytę i wszystkie wskazówki! Z pewnością wyciągnę z nich wnioski.

Co do końcówki opowiadania, to muszę przyznać, że i tak je zmodyfikowałem – betujący bili na alarm, że trąci ona streszczeniem, więc dodałem trochę akcji, zostawiając jednak przytoczony przez Ciebie fragment.

Bo jakie znaczenie dla fabuły mają te scenki w restauracji czy w motelu, poza pozakazniem że Folliero jest świrem?

Kiedy teraz się nad tym zastanawiam, to myślę, że zależało mi tylko na tym – aby cała historia służyła jako tło do wyeksponowania ,,tego złego". Fabuła jest prosta, na co zwracają też uwagę czytelnicy, ale cieszy mnie to, że klimat i sama postać spotkały się z generalnie dobrym przyjęciem. Gdybym pokusił się o bardziej rozbudowaną historię, myślę, że tekst by na tym zyskał. Pytanie, czy po drodze czegoś bym nie popsuł :)

Dzięki raz jeszcze!

 

Filipie,

Szczerze, to całość opowiadania mogłaby dla mnie grać na tym motywie, zaś nadnaturalne właściwości Folliero można by sprzedać na końcu podróży (jako swoistą przemianę bohatera ;-)

 

Nie tylko Ty to zasugerowałeś – historia rzeczywiście mogłaby zyskać, gdyby narrator dopiero na końcu podróży dowiedział się, że jego pasażer jest duchem.

Dziękuję Ci za miłe słowa, cieszę się, że opowiadanie czytało się wartko.

 

 

Pozdrawiam wszystkich!

I ja, Adamie, cieszę się, że nie zawiodłam Twoich nadziei, zarówno w sprawie odebrania złego Folliero, jak i w kwestii skojarzenia “Wielkiej Inwestycji” z hotelem z Lśnienia. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem, ale nie porwało.

Hej, Koalo! Dzięki za wizytę. Szkoda, że nie porwało, może następnym razem :)

 

Witam jurorkę!

Hail Discordia

AHAHAHAH jabłkiewicz :D:D::D:DD:D:D:D:

To jest opinia, którą napisałem przed wrzuceniem obrazka potwierdzającego przeczytanie. Nie śledziłem tego, czy w tekście zachodziły później jakieś zmiany. Nie czytałem komentarzy innych użytkowników przed spisaniem własnych uwag.

Podoba mi się sposób narracji, który wykorzystałeś. Jest raczej niespieszny, przywodzi mi na myśl gawędę wspominającej swoje życie starszej osoby, co zresztą podkreślasz pod sam koniec. Taki sposób opowiadania jest jednak obarczony pewnymi minusami – bywa, że jest pozbawiony napięcia. I tu właśnie tak jest. Czyta się dość płynnie, chociaż miejscami coś zazgrzytało. Udało mi się wpaść w całkiem przyjemny flow, zupełnie jakbym miał obok siebie snującego całą historię staruszka. Tym wspomnieniom brakowało jednak trochę emocji.

Teraz napiszę coś, co może wydawać się mocno sprzeczne względem siebie. Główny bohater i narrator wydawał mi się dość przezroczysty, bezbarwny. W połączeniu z jego gawędą i narracją pierwszoosobową było mi łatwiej spojrzeć na wszystko jego oczami, czułem się, jakbym siedział w fotelu obserwatora w jego głowie i spoglądał na wszystko wygodnie. Jasne, mam świadomość, że on czasem reaguje (bo musi), ale było to dla mnie lekko pretekstowe, jak gdyby miało na celu tylko podążanie za Folliero. I ta przezroczystość/brak wyrazistości mi nawet pasuje. I pasowałaby jeszcze bardziej, gdyby główny zły był na tyle charyzmatyczny, żeby w pełni otrzymać moją uwagę.

I tu zaczyna się problem. Martin Folliero to postać zła i szalona, bo jest zła i szalona. Kropka. Był taki za życia, jest taki za śmierci. Jak mu się nudzi to robi raban, ale czasem jak mu się nudzi to nie robi rabanu. Właściwie nie musi się przejmować nikim z rodziny Salieri, ale jednak się przejmuje. Jego charakter albo zachowanie zmienia się w zależności od etapu i miejsca w historii, którą sobie wymyśliłeś. Jest to bardzo niekonsekwentne w moim odczuciu. Z jakiegoś powodu Folliero lubi robić rozwałkę w restauracjach, ale na stacjach benzynowych już nie. Co on, zainwestował w akcje Orlenu? Poza tym za jego okrucieństwem nic się nie kryje. Jest zepsuty do szpiku kości (czy tam ektoplazmy) w sposób, który niestety emocji nie budzi. Właściwie jest bardziej archetypiczno-kliszowy, niż faktycznie dobrze napisany. A strasznie szkoda! Naprawdę liczyłem tu na jakieś konkretniejsze strzały, tym bardziej, że bardzo umiejętnie porozmieszczałeś podpowiedzi o jego naturze i byciu duchem. Niestety, jako główna postać mi nie zagrał.

Zakończenie podoba mi się w kontekście tej historii, ale nie do końca odpowiada mojemu wyobrażeniu o happy endzie dla złej postaci. Nie dostał swojej zemsty, siedzi w swoistym limbo dla duchów. Czy to na pewno szczęśliwe zakończenie? Jest to dla mnie mocno dyskusyjne.

Na koniec odniosę się nieco do wykorzystania przez Ciebie postaci Davida Koresha. Uważam, że wykorzystanie go w roli punktu odniesienia jest strasznym pójściem na łatwiznę (szczególnie, że go jeszcze zlinkowałeś we wstępie). Gdyby robił tylko jako jakiś daleki smaczek, nie miałbym problemu. Tu wyszło trochę za dużo. Dodatkowo (o ile się orientuję, a mogę się mylić) w świetle niektórych publikacji (mam na myśli te niefoliarskie) konkretny przebieg oblężenia Waco oraz działań Koresha to nadal dość niejasna kwestia. Nie czuję się jednak dość silny w temacie, żeby polemizować – jeśli znasz sprawę na wylot i jesteś wszystkiego pewien, koniecznie mi o tym napisz. To jest akurat bardziej dyskusyjna część mojej opinii, chociaż pewnego niesmaku wywołanego pojawieniem się tego bohatera raczej nie zmienisz ;)

Ogółem całość zdecydowanie broni się klimatem. Jest to bardzo, bardzo mocny element opowiadania, który przyćmiewa moje czepianie się ;)

Dziękuję pięknie za udział w konkursie, życzę miłego dnia ;)

Witaj, morteciusie! Dziękuję za obszerny, jurorski komentarz. Chętnie odniosę się do niektórych kwestii:

I tu zaczyna się problem. Martin Folliero to postać zła i szalona, bo jest zła i szalona. Kropka. Był taki za życia, jest taki za śmierci. Jak mu się nudzi to robi raban, ale czasem jak mu się nudzi to nie robi rabanu. Właściwie nie musi się przejmować nikim z rodziny Salieri, ale jednak się przejmuje. Jego charakter albo zachowanie zmienia się w zależności od etapu i miejsca w historii, którą sobie wymyśliłeś. Jest to bardzo niekonsekwentne w moim odczuciu. Z jakiegoś powodu Folliero lubi robić rozwałkę w restauracjach, ale na stacjach benzynowych już nie. Co on, zainwestował w akcje Orlenu?

Martin Folliero jest bez wątpienia istotą skrajnie spatologizowaną i niemoralną. Czynione przez niego zło wykraczało nawet poza normy obowiązujące w rodzinie mafijnej. Tak dalece, że jego własny stryj podjął decyzję o tym, aby go wyeliminować. Kreśląc tę postać, wychodziłem z założenia, że chwiejność i nieracjonalność jest wpisana w jej istotę. Chciałem jednak, aby w szaleństwie Martina Folliero widać było pewną konsekwencję.

Myślę, że samą decyzję o tym, aby skorzystać z pomocy rodziny Salieri, podjął bardziej z nudów niż z palącej żądzy zemsty. Chciałem, aby z tej postaci przebijało głównie znudzenie i frustracja i aby zło, którego dopuszcza się podczas podróży, było ich pochodną. Wybuch w restauracji mógł być spowodowany tym, że duch po raz kolejny zdał sobie sprawę z tego, że tak prozaiczne i przyjemne czynności jak jedzenie leżą poza jego zasięgiem (później zresztą wprost przyznaje się do tego, że odczuwa frustrację). Podobnie chęć wystraszenia prostytutki wynikać musiała z podobnych pobudek.

Równocześnie Folliero prowadzi rodzaj gry z narratorem – podpuszcza go, prowokuje, bada reakcje… ale robi to na pół gwizdka, bez przekonania i wyraźnego zaangażowania. Dla Folliero nic nie ma większego znaczenia. 

Zgodzę się z Tobą, że w tym konktekście nie wybrzmiał w tekście mocny, jednoznaczny ,,happy-end". Co prawda zło na końcu zatriumfowało, i to w spektakularnym stylu, ale czy złoczyńcy było z tym naprawdę dobrze? Może tak, może nie.

 

Dodatkowo (o ile się orientuję, a mogę się mylić) w świetle niektórych publikacji (mam na myśli te niefoliarskie) konkretny przebieg oblężenia Waco oraz działań Koresha to nadal dość niejasna kwestia. Nie czuję się jednak dość silny w temacie, żeby polemizować – jeśli znasz sprawę na wylot i jesteś wszystkiego pewien, koniecznie mi o tym napisz.

 

Przyznaję, że nie jestem ekspertem w temacie, moja wiedza na temat oblężenia Waco daleka jest od szczegółowej. Koresh jednak sam mi się tutaj nasunął – ironią losu było to, że ten, który przypisywał sobie boskie moce, faktycznie stał się nieśmiertelny. A jeszcze większą ironią to, że w związku z tym nie przyciągnął do siebie nowych wyznawców, a przynajmniej nie w tej liczbie, która pozwoliłaby mu stać się rozpoznawalnym (narrator nie wiedział nawet, że Koresh żyje po śmierci).

 

Ogółem całość zdecydowanie broni się klimatem. Jest to bardzo, bardzo mocny element opowiadania, który przyćmiewa moje czepianie się ;)

 

To miłe :)

 

Dzięki raz jeszcze za komentarz i jurorzenie w konkursie. Pozdrawiam!  

Przyznaję, że nie jestem ekspertem w temacie, moja wiedza na temat oblężenia Waco daleka jest od szczegółowej. Koresh jednak sam mi się tutaj nasunął – ironią losu było to, że ten, który przypisywał sobie boskie moce, faktycznie stał się nieśmiertelny. A jeszcze większą ironią to, że w związku z tym nie przyciągnął do siebie nowych wyznawców, a przynajmniej nie w tej liczbie, która pozwoliłaby mu stać się rozpoznawalnym (narrator nie wiedział nawet, że Koresh żyje po śmierci).

Podczas omawiania Twojego tekstu rozmawialiśmy trochę o tym, że przywołanie Koresha całkiem nieźle działa pod kątem nie przywołania konkretnej postaci historycznej, a powiązanej legendy. Wygląda na to, że Twoje wyjaśnienie również nieco idzie w tym kierunku (a przynajmniej tak to zrozumiałem). Tej ironii niestety nie wyłapałem podczas czytania, ale faktycznie wygląda to nieźle ;)

Część Adam_c4,

ciekawy tekst słusznie wykorzystujący motyw włoskiej mafii. Przyznam się bez bicia, że dość długo nie docierało do mnie, że Foliero to duch. Reakcja innych ludzi na jego postać zbiła mnie z tropu. Ale w sumie czytałem tekst w przerwach od pracy, więc nie łyknąłem go w całości, tylko na raty. A teraz postanowiłem zostawić komentarz.

Myślę, że fajny byłby motyw, gdyby tylko wybrani widzieli ducha Foliero, a ludzie jego zbrodnie tłumaczyliby sobie w inny sposób. Np. gdyby przeciął jakąś linę utrzymującą słup, to świadkowie myśleliby, że sama pękła od przeciążenia.

Zastanawia mnie też, czy motyw Davida Koresha (swoją droga słabo znany przeze mnie) był konieczny?

Fajna pierwszoosobowa perspektywa Charliego, charakterystyczna dla tego typu gatunków.

Nie wiem, czy moja opinia się na coś przyda, ale nie chciałem zostawiać tekstu bez jakiegokolwiek feedbacku z mojej strony.

Pozdrawiam :)

Witaj, Mordoc! Dziękuję za wizytę, komentarz i sugestie :)

Nie wiem, czy moja opinia się na coś przyda, ale nie chciałem zostawiać tekstu bez jakiegokolwiek feedbacku z mojej strony.

Pozwolę sobie odpowiedzieć nie tylko za siebie, ale i za resztę współportalowiczów – każda opinia jest cenna i mile widziana :)

Pozdrawiam!

Sprawnie napisane, żadne większe babolki nie wybijały mnie z rytmu czytania. Była to bardzo przyjemna lektura, niespieszna i klimatyczna. Ze wszystkich Twoich tekstów, które do tej poznałam, ten uznaję za najbardziej warsztatowo dopieszczony.

Zacznę od rzeczy, które uznaję za mniej udane. Konstrukcyjnie nie do końca wszystko mi tutaj gra; rozpoczynasz opowieścią drogi, by w połowie znienacka streścić końcówkę podróży i przeskoczyć do innych wydarzeń. Miałam poczucie, jakbyś zmienił koncepcję na tekst albo zorientował się, że znaków przybywa, a do założonego końca wciąż daleko. I choć pierwszą połowę czyta się dobrze, to przez owo załamanie miałam poczucie, jakby rozmył się gdzieś sens i cel tamtych fragmentów. W moim odczuciu także obiecujesz czytelnikowi więcej, niż naprawdę dostaje, zwłaszcza jeśli chodzi o Folliero. Bardziej mówisz i upewniasz mnie, że to świr, niż rzeczywiście pokazujesz. Szczerze mówiąc – postraszenie prostytutki, spowodowanie wypadku czy rozbicie butelki na czyjejś głowie to nie są rzeczy szczególnie szokujące (jakkolwiek to brzmi). Jak na takie zapowiedzi, że mamy do czynienia ze Złym przez duże Z, trochę mało.

Co natomiast bardzo mi zagrało: leniwe tempo, nasuwające filmowe skojarzenia, tożsamość Folliero jako zjawy i mafijna otoczka w scenerii USA. A przede wszystkim klimat, którym mnie oczarowałeś, nawet jeśli potrzebował trochę czasu, aby „chwycić”. Przyznam, że opowiadanie nie ujęło mnie z miejsca i od razu, ale pozostawiło po sobie takie wrażenie, że chciałam do niego jeszcze raz wrócić (co zresztą zrobiłam).

W moim odczuciu czasem nieco balansujesz na krawędzi, jeśli chodzi o powagę. Z mojej perspektywy jest to spowodowane właśnie obietnicami, które nie do końca spełniasz: budujesz hajp, który rozchodzi się gdzieś po kościach.

Złego nakreśliłeś charakterystycznie, nawet jeśli nieco niespójnie, jak już wspominałam. Za to daje radę w dialogach.

Całościowo, mimo zarzutów, opowiadanie do mnie trafiło. Został mi po nim konkretny obraz i konkretne wrażenie, a na dodatek – chętka na więcej.

Pokonkursowo: gratuluję podium!

Nowa Fantastyka