- Opowiadanie: nartrof - Utopia

Utopia

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Utopia

CZĘŚĆ I

 

Wybrane fragmenty z pamiętnika Sama.

 

 

Dzień 2 od przybycia.

Dopiero dziś wpadłem na pomysł i poprosiłem dystrybutor o notatnik oraz długopis, żeby spisywać moje wspomnienia z tego… dziwnego miejsca. Nawet nie wiem, jak je nazwać.

Ale po kolei, bo chciałem zacząć mój dziennik od momentu od kiedy tu jestem.

Tak więc drogi dzienniku, na moment cofnijmy się w czasie o jeden dzień. Pierwszego dnia przybyłem do… no właśnie, gdzie? Nie potrafię powiedzieć gdzie jestem ani jak tu trafiłem. Nie pamiętam praktycznie nic. Gdy staram sobie przypomnieć, cokolwiek sprzed przybycia tutaj, widzę w głowie tylko wielką pustkę.

Jedyne co wiem, to to, że mam na imię Sam i dwa dni temu ocknąłem się tu niedaleko, na plaży. Obok mnie leżeli pozostali. Tak, pozostali. Jest nas ośmioro. Igor, Mark, Kris, Anna, Kelly, Marta, Elaine i ja. Kobiety chyba są okej. Trzymają się trochę z boku. Są onieśmielone i lekko wystraszone. Faceci też wydają się spoko. Chyba widzimy się po raz pierwszy w życiu. Ale w sumie, kto wie? Wszyscy cierpimy na zanik pamięci. Nikt z naszej grupki, nie kojarzy co się działo przed dwoma dniami. Absolutnie zero, żadnych wspomnień. Dziwne.

 

Dzień 3 od przybycia

 

Właściwie to ostatnie trzy dni spędzamy na bezskutecznych próbach ustalenia kim jesteśmy, co to za miejsce i jak tu trafiliśmy. Snuliśmy różne teorie. Rozbitkowie z turystycznego rejsu lub samolotu. Komandosi na ściśle tajnej, lecz nieudanej akcji. Koloniści w nowym świecie. Ostatni z ludzi, wysłani aby zadbać o przedłużenie gatunku. Naukowcy, którym nie powiódł się eksperyment. Uczestnicy reality show. I tak dalej… Kiedy już myśleliśmy, że ta czy tamta wersja jest prawdopodobna, jakiś szczegół poddawał całą koncepcję pod wątpliwość.

Zmęczony już jestem tymi dyskusjami. Powoli odpuszczam ten temat, widząc jałowość naszych rozmów. Chcę się skupić na tym co robimy dalej. Od trzech dni tkwimy zadekowani w domu przy plaży. Tej samej, na której się wszyscy obudziliśmy pierwszego dnia. Dom wygląda jak gotowy do zamieszkania. Trzy pokoje, salon, kuchnia, dwie łazienki, łóżka, szafy i co najważniejsze, dystrybutor. Codziennie serwuje nam posiłki. Prawdziwy skarb w takim miejscu. Skąd się to wszystko tu wzięło? Licho wie. Ale jest. Działa. Jesteśmy bezpieczni, mamy co jeść i dach nad głową. To najważniejsze.

 

Dzień 4 od przybycia.

 

Nie wiemy co możemy spotkać w lesie. Na ile jest bezpiecznie. Trochę się obawiam co tam spotkamy. Dlatego cały wieczór spędziliśmy na próbach zmuszenia dystrybutora, aby stworzył nam broń, ale co najwyżej to wypluł nam nóż oraz kombinerki. Niepokoi mnie to.

 

Dzień 8 od przybycia

 

W końcu wyspałem się. Pierwsza taka noc, odkąd tu jestem. Widzę po twarzach innych, że też już powoli się przyzwyczajają do tego miejsca. To dobrze. Zbieramy się na odwagę, aby się gdzieś ruszyć.

 

Dzień 15 od przybycia.

 

Obok plaży rośnie las. Jakby tropikalny, dość gęsty. Z początku obawialiśmy się wejść w głąb, lecz ostrożnie, metr po metrze oddalaliśmy się od domu. Dotychczas nie spotkaliśmy niczego niebezpiecznego, żadnej dzikiej zwierzyny. Nawet w nocy, nie słychać, żeby coś krążyło w okolicy. Wydaje się bezpiecznie ale musimy być czujni. Nadal trzymamy warty w nocy.

W głębi lądu odkryliśmy osiedle złożone z kilkudziesięciu domków, identycznych jak nasz. Każdy ma swoje zasilanie z paneli słonecznych, magazyn energii i w każdym jest dystrybutor. Zgodnie stwierdziliśmy, że to miejsce jest lepsze niż nasz domek przy plaży i wczoraj przenieśliśmy się do nowego. Co ciekawe, oprócz naszego nowego miejsca zamieszkania, widzieliśmy kolejne osiedla w dalszej odległości. Wydawały się bardzo podobne do naszego. Ale jak na razie ani śladu innych ludzi.

 

Dzień 40 od przybycia

 

Na początku było trochę makabrycznie. Tyle pustych domów w okolicy. Gdy szedłem między budynkami to miałem gęsią skórkę. Czasem przebiegałem te odcinki, żeby szybko znaleźć się w zamkniętym pomieszczeniu. Tyle pustych okien wycelowanych we mnie. Czasem zdawało mi się, że gdzieś drgnęła firanka lub czułem na karku czyjś wzrok. Ale za każdym razem, gdy się oglądałem, to nikogo za mną było. Nie tylko ja się tak czuję ale inni też. Dlatego obejrzeliśmy wszystkie domy kilkukrotnie. Sprawdziliśmy wszystkie pomieszczenia. Nikogo. Żadnego pogniecionego papierka, niedopalonego papierosa, żadnego śladu ludzkiej obecności.

 

 

Dzień 86 od przybycia

 

Trochę się zadomowiliśmy. Nie wiem czy to może kwestia tego, że chcieliśmy trochę odreagować stres, czy coś innego… zamówiliśmy w dystrybutorze winko i super wyżerkę. Dziewczyny jak popiły to trochę się rozluźniły i… poznaliśmy się bliżej z Martą. Cóż pierwsze koty, za płoty. :)

 

 

Dzień 146 od przybycia.

 

Już prawie pół roku jesteśmy na wyspie. Tak, wyspie. Już wiemy na pewno, że to wyspa. Jej przejście wzdłuż zajmuje ponad dzień drogi. Dookoła, po plaży, pięć-sześć dni. Zależy jak szybko się idzie. A nie ma się co śpieszyć. Nic tutaj nie goni. Miło tu jest i przyjemnie. Jedzenia jest w bród. Na krzakach i drzewach zawsze można znaleźć świeże, soczyste i pachnące owoce. A w dystrybutorze można zamówić wszystko: pizze, makarony, chilli, zupy, czekolady, lody, sorbety, soki, sałaty a nawet grube, krwiste steki oprószone gruboziarnistą solą, z dojrzewającej wołowinki. Do tego piwerko i wylegiwanie na leżaczku. Jest przyjemnie ciepło. Ani za gorąco, ani nie za zimno. Na tyle, że mogę chodzić w podkoszulku, albo i bez, i nie marznę. Od czasu do czasu zdarza się odświeżająca mżawka. Jest cudnie.

 

Dzień 203 od przybycia.

 

Wyprowadziłem się do domu położonego w osiedlu za potokiem. Razem z Martą. Wkurzył nas Igor i reszta. Co on sobie wyobraża, że jest tutaj jakimś wodzem?! Chyba go porąbało! Nie będzie mi rozkazywał! Dość tego! Wyspa jest na tyle duża, że nie musimy go oglądać. Buc! Jakby doszło co do czego to… no cóż, on jest większy. Muszę zacząć ćwiczyć, żeby nadrobić różnicę. Niestety przytyłem trochę od przybycia tutaj.

 

Rok 2, dzień 36 od przybycia

 

Marta jest w ciąży. Przyznała się mi dzisiaj. Popłakałem się z radości. Potem przez kilka godzin rozmawialiśmy przytuleni.

O rety, będę ojcem! Sam, weź się w garść. Będziesz ojcem!

To najszczęśliwszy dzień w moim życiu!!!

 

Rok 3, dzień 1 od przybycia.

 

W poprzednim roku urodziła się naszej całej ekipie czwórka dzieciaków. Każda para ma dzieciaka mniej więcej w tym samym wieku. Rówieśnicy. Fajnie. Będą się razem wychowywały. To dobrze. Lepiej jak dzieci dorastają razem. Mają się z kim bawić i uczą się od siebie nawzajem, rozwijają umiejętności społeczne. A i miejsce do wychowania jest idealne.

Nie ma stresu, psycholi, wyżywających się nauczycieli. Nie musimy pracować, więc możemy poświęcić cały czas dzieciom, żeby wyrosły na ludzi. Nie ma idiotów szalejących na ulicach ani niebezpiecznych przejść przez jezdnię. Znamy rodziców, wiemy, że są odpowiedzialni, wiemy na co ich stać i znamy dobrze towarzystwo w jakim się będą wychowywały. Nie ma handlarzy dragów i menelstwa. To jest dobre miejsce. Czujemy się tu bezpieczni.

Ładna pogoda dziś. Idę na ryby.

 

Rok 4, dzień 48 od przybycia.

 

To jest cud na ziemi. To miejsce. Nie wyobrażam sobie lepszego miejsca do życia. Dzieci rosną. My już mamy trójkę. Pozostali po dwójce, ale widzę, że Elaine i Anna są znowu w ciąży. Ja chodzę na ryby. Jak się nudzę to proszę dystrybutor o jakąś muzykę do posłuchania albo dobrą książkę. Nie muszę pracować, użerać się z szefem, naprawiać cieknącego kranu, płacić podatków. Nic nie muszę. Ech to jest naprawdę raj na ziemi. Aż trudno uwierzyć, że takie coś istnieje. Chyba wybiorę się na ryby.

 

 

Rok 6, dzień 30 od przybycia.

 

Próby uruchomienia szkoły dla najstarszych dzieci po raz kolejny spełzły na niczym. Mark i Anna mieszkają za daleko, aby podsyłać do nas swoje dzieciaki. Kris i Elaine obrazili się na nas, gdy Marta dyscyplinowała maluchy Elaine. Były naprawdę nieznośne i nie chciały się słuchać. Krzyczały, wyrywały zeszyty i długopisy innym dzieciom. Rozwalały całą lekcję, więc Marta nie miała wyjścia. Niestety nie zdołaliśmy tego wytłumaczyć nadopiekuńczej matce. Igor stwierdził, że szkoła się im i tak do niczego nie przyda, bo dystrybutor każdy głupi potrafi obsłużyć. Umiejętność czytania książek dla przyjemności nie robi na nim wrażenia.

 

Rok 7, dzień 49 od przybycia.

 

Marta ostatnie narzeka, że często jestem poza domem. Co ją ugryzło? Nie rozumiem. A gdzie mam być jak jest taka pogoda? Mogłaby dołączyć do mnie, zwłaszcza teraz, jak rzuciła malarstwo i skrzypce. Mówiła mi, że zajmuje się dziećmi. Nie dociera do niej, że tu nie musi ich tak chronić. Że są bezpieczne. Trochę się posprzeczaliśmy. Powiedziała, że jestem nieodpowiedzialny a ja je na to, że jest przewrażliwiona i spina się za bardzo! Wkurzyłem się zdrowo i wyszedłem. Wychodząc zauważyłem jak bierze wino z dystrybutora. I dobrze, może wyluzuje trochę!

 

Rok,7,dzień 256 od przybycia.

 

Marta odeszła. Zostawiła mnie. Przeniosła się do Igora. Tego grubasa! Zamieszkała u niego razem z Ivonką, Tomem i Samem juniorem. Moimi dziećmi!!! Co zrobiłem nie tak?! Przecież wszystko było ok! Wszystko było idealnie!

Igor nie pozwala mi się zbliżać do swojej części wyspy. Nie zważa na moje prawo ojca do widzenia się z dziećmi.

Pobił mnie. Na oczach Marty. I moich maluchów. Próbowałem zrobić broń. Nie mogłem. Dystrybutor nie słucha. Ma jakąś blokadę czy co? Nieważne. Nie potrzebuję! Wezmę jakiś kij i jutro zatłukę gnoja!

 

 

Rok 10, dzień 18 od przybycia

 

Marta odeszła od Igora, ale nie chce do mnie wrócić. Powiedziała, że nie ma ochoty się z nikim wiązać. Nie mam ochoty już żyć. Leżałem na plaży przez trzy dni. Czekałem na śmierć. Nie przyszła. Może jutro…

 

Rok 16, dzień 168 od przybycia.

 

Moje narzędzia, którymi budowałem łódź, gdzieś zniknęły. Do tego ktoś uszkodził kadłub. Zostało mi niewiele do skończenia, ale bez narzędzi nie dam rady. Jak teraz stąd odpłynę? Nie chcę tu tkwić do końca życia! Mam dość tego przeklętego miejsca! Mam dość oglądania tej zasranej wyspy! Mam dość! Kto zabrał mi narzędzia?!!! No kto!!? Dlaczego!?

Pewnie dzieciaki mi je zwędziły. Gówniarze ledwo od ziemi odrośli a już rozpanoszyli się po wyspie i rozrabiają. A rodzicom to wisi. Nikt ich nie kontroluje. Nikt! Ja im pokażę, gówniarzom! Niech no który się tu zbliży!

 

Dzień xx

 

Straciłem rachubę czasu. Moje dwa poprzednie dzienniki zniknęły. Widocznie zgubiłem je przy przenosinach do nowego domu.

Wydaje mi się, że wczoraj widziałem moją córkę Ivonkę. Ładna dziewczyna z niej wyrosła. Chodziła z dwoma wyrostkami. Chichrali się ciągle i coś gadali. Nie chciałem się rzucać w oczy, ale usłyszeli mnie. Jej koledzy pogonili za mną z kijami a Ivonka….rzuciła kamieniem. Może to jednak nie była ona…

 

Dzień xx

 

Spotkałem na plaży małe dziecko. Żal mi się go zrobiło, takie było samotne i opuszczone, więc chciałem je wziąć ze sobą. Ale darło się wniebogłosy a do tego gryzło i drapało. Zostawiłem je. Wtedy się uspokoiło. Serce mi pękało ale ono nie chciało iść ze mną. Przecież ten maluch nawet nie wie jak obsłużyć dystrybutor!

 

Dzień xx

 

Elaine, Igor, Kris, Marta… wszyscy gdzieś zniknęli. Jest za to mnóstwo nieznanych mi dzieci i młodzieży na wyspie. Są niebezpieczni. Krzyczą, gryzą, plują i rzucają kamieniami. Zaatakowali mnie gdy chciałem podejść do jednego z dawnych domostw moich znajomych. Wycofałem się do mojego zakątka.

 

 

Dzień xx

 

To mój ostatni dzień na wyspie. Postanowione. Zrobiłem tratwę. Przez kilka lat, powoli gromadziłem materiały do jej skończenia. Znosiłem je w jedno miejsce, ale tak, żeby nikt nie skojarzył, że to elementy większej konstrukcji. Co miesiąc, co dwa, przynosiłem jeden element. Byłem bardzo ostrożny. W międzyczasie nosiłem też dużo materiałów w inne miejsca wyspy, aby oszukać moich obserwatorów. Tak, jestem obserwowany. Z całą pewnością. Wszyscy jesteśmy. Odkąd postawiliśmy stopę na tym lądzie. Nie wiem kto i nie wiem dlaczego. Ale czuję obcy wzrok na sobie w każdej chwili. Jestem pewny, że to Oni wcześniej zabrali moje stare dzienniki i zniszczyli moją łódź.

Lecz nie tym razem moi drodzy, nie tym razem. Teraz to Sam was przechytrzył. Teraz to Sam jest górą! Już za późno! Żegnaj przeklęta wyspo! Żegnaj więzienie!

 

 

 

Ekran zrobił się czarny.

 

– Światła proszę.

 

Blask lamp poraził oczy zgromadzonych w wypełnionej po brzegi sali słuchaczy. Kilkaset osób z zapartym tchem słuchało wykładu. Prelegent pociągnął łyk wody ze szklanki i kontynuował prezentację.

– Dla Sama to był rzeczywiście ostatni dzień na wyspie. Tak jak napisał, skrycie zrobił tratwę. Wsiadł na nią i wypłynął w morze. Wiatr nie był jednak pomyślny. Silne fale wywróciły tratwę a jego samego zepchnęły z powrotem na Utopię, gdzie leżał przez kilka godzin na piasku. Obrażenia okazały tak poważne, że zmarł przed końcem dnia.

 

Mówca zrobił pauzę:

 

– Ze względu na ograniczony czas prezentacji, widzieliście państwo tylko wybrane fragmenty jego dziennika. Osobiście muszę przyznać, że bardzo lubiliśmy Sama i z bólem przyjęliśmy wiadomość o jego śmierci. Obserwowaliśmy go przez długi czas. Był jedyną osobą na wyspie, która prowadziła dziennik, dlatego gdy dowiedzieliśmy się o tym, postanowiliśmy zaryzykować i zdobyć te zapiski. Wiedzieliśmy, że wartość naukowa zawarta w pamiętniku wynagrodzi nam ryzyko demaskacji, więc nie chcieliśmy czekać do końca eksperymentu. Zwłaszcza, że mógł on ulec zniszczeniu. Zaginione dzienniki, o których Sam wspominał w jednym z wymienionych fragmentów, zabraliśmy gdy wyszedł z domu na ryby. Nie pomyliliśmy się. Odnaleźliśmy tam wiele bardzo cennych informacji na temat tego co się wydarzyło na Utopii.

 

 

Po chwili milczenia profesor kontynuował:

 

– Pozwolę sobie podsumować całość badania. Założenia eksperymentu „Ludzka Utopia” były następujące. Umieszczamy cztery pary dorosłych osobników w ograniczonej przestrzeni jaką jest w tym przypadku sztuczna wyspa. Kasujemy im pamięć, aby nie pamiętali świata poza wyspą oraz zapewniamy im teoretycznie idealne środki do życia. To jest: jedzenie ile zechcą i jakie zechcą, wszelką rozrywkę możliwą do zrealizowania na wyspie, opiekę zdrowotną, żeby kolonia nie zginęła z powodu chorób, zero drapieżników i innych czynników zewnętrznych zagrażających wyginięciu populacji. W teorii, populacja ludzka powinna się szybko i bezproblemowo rozwinąć i zapełnić cały badany obszar jakim była wyspa. Natomiast w praktyce cała populacja wyginęła. Wynik ten powtórzył się w kilku badaniach.

Po sali przeszedł szmer zaskoczenia.

– Wyróżniliśmy cztery fazy w przebiegu eksperymentu. Pierwsza faza, najkrótsza, aklimatyzacja. Druga faza, rozrost kolonii. Liczba osobników osiąga maksymalną wartość zaledwie trzysta siedemdziesiąt osiem podczas gdy miejsca na wyspie, w wybudowanych przez nas domach, jest dla ponad dwóch tysięcy ludzi. Trzecia faza stabilizacja. Czwarta faza, najdłuższa, wymieranie populacji.

– Profesorze. – Uczestnik zgłosił chęć zadania pytania. – Co spowodowało wymarcie badanej populacji?

– Bardzo dobre pytanie. Otóż zaobserwowaliśmy, że w trzeciej fazie badane jednostki coraz częściej popadają w różnego rodzaju depresje i uzależnienia. Biologiczni rodzice coraz rzadziej zajmują się swoim potomstwem. Nie uczą ich nawet podstawowych zachowań społecznych. Nie mówiąc o czytaniu, pisaniu czy liczeniu a o wyższych naukach nie wspominając. Ludzie mają wszystko, czego teoretycznie potrzebują, a mimo to, a być może z tego powodu, stopniowo zanikają kontakty społeczne, a co za tym idzie relacje społeczne. Wzorce międzyludzkich zachowań nie są przekazywane kolejnym pokoleniom. Oczywiście młode osobniki szybko nabywają umiejętność obsługi dystrybutorów, więc ich przeżyciu nic nie grozi. W miejsce zachowań społecznych prezentowanych przez pierwszych kolonistów, wchodzi wszechobecna agresja zarówno ze strony osobników płci męskiej jak i żeńskiej. Agresja nie ma sprecyzowanego powodu. Dla przykładu, osobniki męskie nie walczą już między sobą o terytoria ani o kobiety, jak to miało miejsce u pierwszych kolonistów. Coraz częściej się wycofują, zajmują się pielęgnacją swojego ciała. Jest wyraźny spadek zainteresowania seksem. Rodzi się mniej dzieci a nowe pokolenie traci zdolność rozwiązywania problemów. W czwartej, ostatniej fazie, nowe dzieci się prawie nie rodzą. Starsze w naturalny sposób umierają. Badana populacja stopniowo zanika.

Ostatnie słowo prezenter specjalnie zaakcentował. Szmer zaskoczenia i podziwu wypełnił pomieszczenie. Profesor był z siebie dumny. Wiedział, że jego badanie było przełomowe. Czuł, że to jest coś, co może popchnąć jego karierę do przodu. Przechadzając się lekko wzdłuż tablicy, milczał jeszcze przez chwilę pozwalając napięciu na sali narastać.

– Eksperyment powtarzaliśmy kilkukrotnie i za każdym razem – Profesor zawahał się lecz nie dał tego po sobie poznać. – Za każdym razem – powtórzył pewniej – wyniki były odwrotne do tego, czego moglibyśmy się spodziewać na zdrowy rozum. Z tego co zaobserwowaliśmy na Utopii, możemy wyciągnąć ciekawe wnioski pomocne w budowaniu życia społecznego. Tak? – zwrócił się do słuchacza w pierwszym rzędzie zgłaszającego się do zadania pytania.

– Profesorze, chyba nie sugeruje pan, że wyniki eksperymentu na ludziach można przenieść jeden do jednego do naszego gatunku? Wszak nie zaprzeczy pan, że ludzie, mimo iż kwalifikujemy ich jako istoty myślące, są pod każdym względem gatunkiem bardziej prymitywnym niż my. Nieprawdaż?

Po sali rozszedł się złowrogi pomruk.

Profesor zamaskował zaskoczenie poprawiając kosmatą macką trinokl. Rzucił ukradkowe spojrzenie na rektora uniwersytetu i siedzącego obok przedstawiciela ministerstwa. Obaj wbili w niego groźny wzrok oczekując odpowiedzi. To samo zrobiło kilkuset uczestników prezentacji. Zawahał się.

– Ależ oczy….oczywiście że nie. Eksperyment „Ludzka Utopia” daje nam bardzo dużo ciekawego materiału aaale również pokazuje – Profesor mówił przeciągając poszczególne sylaby – że wymagane są dalsze badania, aby określić jak zachowania ludzi przekładają się na zachowania naszego gatunku. Liczę, że przedstawione tutaj wyniki moich eksperymentów przekonały państwa, iż należy dołożyć środków w celu umożliwienia ich kontynuacji.

 

 

 

CZĘŚĆ II

 

 

– Profesor kamrat Akkrt. – Osiłek bardziej stwierdził tożsamość wychodzącego z uniwersytetu niż zadał pytanie. – Został pan wezwany do ministerstwa, w trybie pilnym.

Profesor cały zesztywniał a włosy na mackach i nogach zjeżyły się mu z przerażenia. Zimny dreszcz przebiegł po całym ciele.

– Zapraszamy z nami – oznajmił drugi tajniak otwierając drzwiczki pojazdu.

Ani głos, ani postawa gości, nie pozostawiały złudzeń, że może odrzucić prośbę. Zresztą, każdy obywatel wiedział, że „zaproszeniom” z ministerstwa się nie odmawia. Nigdy. Akkrt, wsiadł do pojazdu. Tajniacy usiedli z nim na tylnej kanapie, jeden z lewej, drugi z prawej strony. Siedział tak ściśnięty i spięty przez całą podróż, nie mogąc się ruszyć. Gdy tylko zamknęli drzwiczki, pojazd uniósł się i cicho pomknął szarymi ulicami miasta. Niebo się chmurzyło a na szybach pojazdu pojawiły się pierwsze krople deszczu.

Gmach ministerstwa był niedaleko uniwersytetu, więc podróż trwała krótko. Podjechali od tyłu i weszli jednym z małych, niepozornych drzwi dla pracowników urzędu. Nie poprawiło to humoru profesorowi. Gdyby wchodzili głównym wejściem, znaczyłoby, że wizyta jest bardziej oficjalna oraz że… szanse na wyjście z ministerstwa są większe.

Przy drzwiach wejściowych stał tylko jeden ochroniarz, który zaraz po ujrzeniu legitymacji dwóch towarzyszy profesora upuścił niedojedzonego pączka, stanął na baczność i zasalutowawszy obiema mackami jednocześnie, wpuścił całą trójkę do środka. Wewnątrz panował półmrok.

Szybko i sprawnie przemierzali wąskie korytarze oraz kręte schody, nie zatrzymując się ani nie rozmawiając z nikim po drodze. Naukowiec zorientował się, że nie prowadzą go głównymi ciągami komunikacyjnymi, lecz trzymali się mniej uczęszczanych dróg. Mijali liczne drzwi, rozwidlenia korytarzy, schody oraz windy, zaułki i sale konferencyjne, aż doszli do szerokiego holu z kolumnami, bogato zdobionymi ścianami i sufitem. Na końcu korytarza znajdowały ogromne, równie bogato zdobione, drzwi.

Jeden z eskortujących dał znak, żeby profesor zaczekał przed wejściem a sam zapukał i wszedł do środka. Po chwili był z powrotem.

– Kamrat minister zaprasza.

Profesor Akkrt przełknął ślinę i wszedł do środka. Echo zamykanych drzwi przebiegło po długim korytarzu.

Profesor znalazł się w gabinecie Ministra. Pokój, jak na urzędnika tej rangi, był odpowiednio długi i szeroki. Ściany i sufit wręcz kipiały ozdobami. Pod sufitem wisiały dwa, wielkie żyrandole, rzucające jasne światło na cały pokój. W rogach pomieszczenia stały rzeźby osób zasłużonych dla państwa, obstawione bukietami kwiatów. Z lewej i z prawej strony wisiały portrety kolejnych wodzów państwa ozdobione zielonoczarnymi flagami, kolorami Wielkiej Kamrackiej Rewolucji.

Na ścianie na wprost wejścia wisiał największy portret zajmujący prawie całą centralną ścianę. Naukowiec rzucił okiem na lekko uśmiechnięte oblicze i troje oczu patrzących na niego z góry. W eleganckim zielono-czarnym mundurze, z licznymi medalami, z obiema mackami uniesionymi w geście tryumfu stał On. Lśniącoruda sierść pokrywała twarz, szyję oraz macki, obecnego przywódcy Wielkiej Kamrackiej Rewolucji. Obraz przedstawiał Najrówniejszego Pośród Równych, Wyzwoliciela Uciśnionych i Obrońcę Sprawiedliwości, Kamrata Ennwrrta. Tajemnicą poliszynela było, że jest on jednocześnie największym z tyranów jacy kiedykolwiek rządzili państwem. W imię obrony sprawiedliwości oraz wyzwolenia uciśnionych, Ennwrrt unicestwił setki milionów swoich pobratymców i miliardy istot myślących innych gatunków. Akkrt zadrżał na tę myśl.

Pod portretem Wielkiego Wodza stało ogromne, drewniane biurko, nad którym pochylał się sam Kamrat minister Uggrrt. Gruby urzędnik uniósł głowę znad papierów.

– Kamracie profesorze Akkrt, witam, witam.

– Dzień dobry – odparł skromnie gość.

– Proszę siadać, czekałem na pana kamracie. – Minister Uggrrt uśmiechnął się uprzejmie.

– Przybyłem jak tylko dostałem wez… zaproszenie.

– Tak wiem, wiem i cieszy mnie, że pan tak pośpieszył do nas. Bardzo mnie to cieszy. Pewnie zastanawia się kamrat profesor, co sprawiło, że ministerstwo zainteresowało się osobą naukowca tej klasy.

Profesor nie zdradził się, że myślał o tym przez całą drogę w towarzystwie dwóch tajniaków, rzekł tylko:

– Przyznam, iż to pytanie przemknęło mi przez głowę.

– Oczywiście, oczywiście. Śpieszę z wyjaśnieniami. Otóż, jak wiecie, naszemu ministerstwu podlega Komitet Główny Badań.

Akkrt zadrżał usłyszawszy nazwę tajnej policji zajmującej się inwigilacją naukowców. Sprawa była poważna.

– Nie będę ukrywał, że sprawa jest poważna – kontynuował Kamrat minister położywszy mackę na pliku papierów leżącym przed nim na biurku. – Otóż dostałem raport na temat waszych ostatnich badań nad ludźmi pod nazwą „Ludzka Utopia” i bardzo mnie one zaintrygowały.

Profesor rzucił okiem na plik papierów pod macką urzędnika. Raport Komitetu Głównego Badań wydawał się na oko trzy razy grubszy niż jego własne raporty z badań. Czegokolwiek szukali, wiedzieli dużo, bardzo dużo. Naukowiec z trudem przełknął ślinę.

– Czy jakiś element tych eksperymentów zainteresował was szczególnie, kamracie ministrze?

Grubas uśmiechnął się szerzej i pokiwał głową.

– Tak, oczywiście, że tak. Ale na początek przypomnijcie mi pokrótce założenia oraz wyniki waszych badań.

Profesor odchrząknął, aby odgonić zdenerwowanie.

– Oczywiście, już wyjaśniam. Założenia serii eksperymentów pod nazwą „Ludzka Utopia” były następujące. Umieszczamy cztery ludzkie pary, zdrowe i zdolne do rozmnażania, w środowisku teoretycznie umożliwiającym bezproblemowy rozwój populacji. Brak chorób, brak zagrożeń zewnętrznych, brak drapieżników. Dostarczaliśmy im jedzenia ile tylko potrzebowali i wszelkiej rozrywki jaka była możliwa. Ku naszemu zdziwieniu, tak zaopatrzona kolonia, zamiast rozrastać się, zanikała. Wymierała po trzech, czterech pokoleniach. Czasem szybciej. Za pierwszym razem, ja i mój zespół badaczy, pomyśleliśmy, że to jakaś anomalia w badaniu, że gdzieś popełniliśmy błąd. Więc powtórzyliśmy eksperyment. I potem znów, kolejny raz, i kolejny. Za każdym razem wynik był taki sam.

– Ile takich eksperymentów przeprowadziliście?

– Dwana… – profesor spuścił głowę. – Trzynaście.

– A no właśnie. A no właśnie. – Urzędnik rozparł się zadowolony w fotelu. – Zrobiliście trzynaście takich badań. A wasze oficjalne raporty mówią tylko o dwunastu. Dlaczego?

Naukowiec westchnął ciężko.

– Chcieliśmy już zakończyć eksperyment „Ludzka Utopia”. Mieliśmy dwanaście prób, statystyki porobione, raporty napisane i w finalnej redakcji. Lecz adiunkt Hrrt namówił mnie oraz innych, żebyśmy uruchomili jeszcze jedno badanie. Wyniki tego badania bardzo nas zszokowały. Odbiegały tak dalece od poprzednich dwunastu prób, że nie odważyłem się wspominać o tym badaniu komukolwiek poza zespołem bezpośrednio zaangażowanemu w test.

– Chcecie powiedzieć, że nikt, poza waszym zespołem, nie wie o tym ostatnim eksperymencie?

Profesor potwierdził ruchem głowy.

– To dobrze, bardzo dobrze. Postąpiliście bardzo mądrze profesorze. Bo gdy jeden eksperyment daje wyniki odmienne od pozostałych należy zachować czujność. Rzekłbym, rewolucyjną czujność. I wy postąpiliście bardzo czujnie profesorze. Bardzo czujnie – rzekł minister mrużąc oczy. – Ale powiedzcie mi, bo tego nie do końca rozumiem. Mieliście już dwanaście przeprowadzonych testów. Wyniki się powtarzały a wy kamracie profesorze, zgodziliście się na uruchomienie kolejnej próby. Dlaczego? Czego się spodziewaliście?

Profesor niepewnie wzruszył mackami.

– W sumie to sam nie wiem czego oczekiwałem. Chyba zdecydowało to, że dodatkowy test nie był dla nas żadnym kosztem. Stanowisko testowe stało nieużywane. Mieliśmy dostawę osobników do badań, z którymi i tak nie wiedzieliśmy co począć. Adiunkt Hrrt powiedział, że się wszystkim zajmie po godzinach i badanie nie będzie dla mnie kłopotem.

– Ciekawe, ciekawe. Co było dalej?

– Uruchomiliśmy eksperyment. Przekazałem prowadzenie badania adiunktowi Hrrt a po jakimś czasie, wyjechałem na dłuższy urlop, aby podreperować zdrowie. – Profesor odkaszlnął jakby chciał unaocznić swoje zdrowotne problemy.

– Nie baliście się zostawić takiego eksperymentu młodziakowi?

– Hrrt, to bardzo zdolny naukowiec, mimo młodego wieku. Miał już za sobą dwanaście takich samych eksperymentów. W większości z nich był osobą wspierającą ale kilka z nich poprowadził samodzielnie, a ja tylko konsultowałem. Zresztą, nie spodziewaliśmy się wtedy również takich niespodzianek.

– Interesujące, doprawdy interesujące. Mówcie, co wydarzyło się dalej – zachęcił minister.

– Po powrocie z urlopu, adiunkt Hrrt poprosił mnie, abym skonsultował z nim wyniki badania. Nie śpieszyłem się zbytnio, ponieważ nie spodziewałem się tam rewelacji. Miałem też dużo zaległości po długiej nieobecności, dlatego zgłosiłem się do niego dopiero po jakimś czasie. Gdy przybyłem, okazało się…– profesor urwał.

– No śmiało, śmiało.

– Okazało się, że nasi badani, na piasku na plaży ułożyli wielki napis.

– Napis? Co za napis?

– Napis brzmiał „Wiemy, że to tylko eksperyment. Wybaczamy Wam. Czekamy na Was. Niech Wam Bóg Błogosławi.”

Kamrat minister zmarszczył brwi. Profesor z trudem przełknął ślinę i kiwnął głową.

– Co należy dodać, napis… napis eee… był zrobiony w naszym języku.

Gruby zasępił się jeszcze bardziej.

– Skąd znali nasze pismo?

Akkrt zawahał się:

– Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

– Ktoś się z nimi spotykał? Kontaktował?

– Wykluczam tę możliwość – gwałtownie zaprzeczył profesor. – Jakikolwiek wpływ z zewnątrz na badane środowisko wypacza wynik eksperymentu. Mój zespół doskonale o tym wie i bardzo restrykcyjnie przestrzega ustalonych zasad. Osobiście przykładam do tego wielką uwagę.

– Osobiście? Osobiście? Jednak po prawdzie nie było was przy tym eksperymencie.

– To prawda. Lecz adiunkt Hrrt jest bardzo dokładny i profesjonalny w tych sprawach. Zresztą, po tym jak zobaczyliśmy napis byliśmy w szoku. Długo zastanawialiśmy się, co robić. Spędziłem z zespołem wiele godzin analizując co się działo od czasu przybycia ludzi na wyspę. Oglądaliśmy nagrania, minuta po minucie. Szukając gdzieś naszego błędu. Może robotnik upuścił moduł terenowy i go zapomniał, może nastąpiła awaria jakiegoś urządzenia, może sprzątając po ostatnim badaniu zostawiliśmy gdzieś kartkę papieru. Co prawda sama kartka z naszym pismem, nic by im nie dała, lecz szukaliśmy jakiegokolwiek tropu, co mogło pójść nie tak. Nie znaleźliśmy nic. Absolutnie nic. Żadnego śladu naszej, świadomej bądź nie, ingerencji w badanie.

– Nagrania trwają cały czas, bez przerwy?

– Tak.

– A jakakolwiek ingerencja w nagranie wchodzi w grę?

– Bardzo trudna lub wręcz niemożliwa do realizacji.

Minister odchyliwszy się w fotelu mlasnął z niezadowoleniem. Po twarzy widać było, że nie jest przekonany.

– Co więc według was się stało?

– Zanim opowiem, muszę podkreślić, że to co przedstawię to wynik naszych obserwacji, nie znaleźliśmy żadnych dowodów na potwierdzenie lub zaprzeczenie ich słuszności.

Minister kiwnął głową.

– Otóż, okazało się, że jeden z męskich osobników, nazwany Piotr Trzynaście, od samego początku zachowywał się inaczej niż inni przedstawiciele jego gatunku.

– Inaczej, możecie doprecyzować?

– Kilka razy dziennie stawał lub klękał z uniesionymi rękami i mamrotał, i śpiewał jakieś pieśni. Z początku, pozostali badani śmiali się z niego, drwili i często unikali go, nie traktując go poważnie. On się zdawał nie przejmować ich reakcją. Wszyscy ludzie wykazują silną potrzebę bycia akceptowanym przez stado i potrafią rezygnować z wielu swoich zachowań oraz potrzeb i dostosowywać się, aby być przyjętym do wspólnego grona. Niektóre osobniki potrafią zmienić swoje zachowania o sto osiemdziesiąt stopni, aby uzyskać aprobatę większości. Piotr Trzynaście jednak nie zaprzestał swoich praktyk. Myśleliśmy, że może ten konkretny osobnik oszalał lub doznał jakiejś innej, nieznanej nam choroby układu nerwowego. Zdarzało się to w poprzednich badaniach lecz nigdy nie wpływało na końcowe wyniki eksperymentu. Dlatego też Adiunkt Hrrt zignorował dziwne zachowania Piotra Trzynaście w początkowej fazie badania. Jednak po kilku miesiącach okazało się, że inne osobniki uczestniczące w eksperymencie zaczęły dołączać do praktyk stosowanych przez Piotra Trzynaście. Nie naraz, lecz raczej stopniowo, jeden po drugim. Sami i bez przymusu z jakiejkolwiek strony. Aż w końcu wszyscy, cała, malutka kolonia, wspólnie stawali z uniesionymi do góry rękoma, lub klękali, i wypowiadali jakieś formuły.

– Czyli chcecie powiedzieć, że wbrew waszym poprzednim doświadczeniom, to grupa dostosowała się do jednostki a nie jednostka do grupy?

– Tak, na to wygląda.

Doprawdy bardzo interesujące, bardzo interesujące. Jak to wytłumaczyliście?

– Że to nowa, nieznana nam, choroba umysłowa u ludzi, która jest zaraźliwa.

– Ciekawa teoria.

– Nie znamy ludzkiego gatunku tak dobrze, wtedy wydawała się to jedyna słuszna teoria – próbował tłumaczyć się naukowiec. – Dopiero później zrozumieliśmy, że chodziło o jakiegoś rodzaju religię, którą sobie wymyślili. To co braliśmy za bezsensowne mamrotanie i niezrozumiałe czynności, okazało się modlitwami i nabożeństwami na cześć ludzkiego bóstwa. Wszystkie te obrzędy i modły praktykowali pod dużym krzyżem z drzewa, który sobie postawili.

Minister skrzywił się z niesmakiem. Jego trzeci podbródek złowieszczo zafalował.

– Jak dalej potoczył się eksperyment?

– Właściwie, to od momentu, gdy wszyscy ludzie przyłączyli się do Piotra Trzynaście, kolonia zaczęła się rozwijać w sposób zupełnie odmienny niż w pozostałych dwunastu eksperymentach. Wszyscy ludzie w teście numer trzynaście zamieszkali razem. Odnosili się do siebie miło i z szacunkiem. Wszelkie spory, mimo że nadal się zdarzały, rozwiązywali, wcześniej czy później, polubownie. Codziennie rano oddawali się wspólnej modlitwie a potem wspólnie decydowali o różnych sprawach, następnie rozchodzili się do pracy. I robili różne rzeczy, których nie obserwowaliśmy w poprzednich badaniach. Skutecznie uruchomili szkołę dla swoich dzieci, co w innych eksperymentach się nie udawało. Z pomocą prymitywnych narzędzi, które wytwarzał dystrybutor, zbudowali warsztat, w którym wytwarzali bardziej skomplikowane narzędzia i rzeczy.

– Do czego im to było potrzebne? Do czego używali narzędzi?

– Do różnych prac. Generalnie byli bardzo pracowici. Właściwie, to zaczęli uprawiać swoje warzywa i zboża.

– Po co? Przecież mieli dystrybutory?

– Przestali ich używać gdy tylko mogli jeść swoje zbiory.

– Szaleństwo, po co pracowali skoro mieli jedzenia pod dostatkiem? Bez wysiłku.

– Powiem więcej, nie spotkaliśmy w tej badanej populacji osobników z nadwagą, co było normą we wszystkich poprzednich badaniach. Uzależnienia, lenistwo, agresja, tak powszechne w poprzednich badaniach, tu zdarzały się sporadycznie. Powiedziałbym że… – profesor zawahał się.

– Tak?

– Że członkowie tej grupy byli zwykle, w przeciwieństwie do innych eksperymentów, uśmiechnięci i spokojni. A cała kolonia rozwijała się, rzekłbym, wzorowo.

Minister prychnął gniewnie.

– Ten lider, on ich tak trzymał za gardło?

Profesor poczuł cień Wielkiego Wodza padającego z portretu na ścianie. Zadrżał.

– Nie sądzę, radości i pokoju nie da się wprowadzić tyranią i zamordyzmem. Zresztą po śmierci Piotra Trzynaście, naturalnej muszę dodać, kolonia nadal utrzymała swój styl oraz kulturę bycia.

– Piotr Trzynaście zmarł naturalnie?

– Wszystkie osobniki w tej kolonii, które nie przeżyły, zmarły z powodów naturalnych. Jak wspomniałem, sporadyczne kłótnie, nigdy nic poważnego.

Kamrat minister zamyślił się głęboko.

– Ale największe zaskoczenie zaskakujące spotkało nas na koniec – wtrącił nieśmiało profesor.

– Mianowicie?

– Po tym jak stworzyli napis na plaży, doszliśmy do wniosku, że nie ma co kontynuować eksperymentu. Widzieliśmy już, że kolonia rozwija się dobrze. Szkoda nam było to psuć. – Lewa brew ministra drgnęła niezauważalnie. – Lecz dalsze badanie straciło sens. Postanowiliśmy zakończyć eksperyment i pojechaliśmy po nich, aby ich zabrać z wyspy.

– My? Znaczy kto?

– Adiunkt Hrrt i obsługa laboratorium.

– A wy kamracie profesorze?

– Ja musiałem zostać na uczelni, przeprowadzałem egzamin dla czwartego roku.

– Co spotkał Hrrt na wyspie?

– Otóż, okazało się, że oni czekali na nasz przyjazd.

Minister aż podskoczył.

– Wiedzieli, że przybędziecie!? Skąd!?

– Nie potrafię tego wytłumaczyć. Lecz gdy Hrrt wylądował statkiem na plaży… wszyscy czekali na niego. Cała kolonia.

– I? Co zrobili? Napadli na was? Walczyli? Bronili się?

– Nie. Posłusznie weszli do statku, nie stawiając żadnego oporu. Dorośli i młode osobniki… Ale… Ale było coś jeszcze.

– Nie przestajecie mnie zaskakiwać kamracie profesorze. Mówcie, mówcie prędko!

– Uwierzcie mi kamracie ministrze, sam byłem wielce zaskoczony tymi wydarzeniami. Otóż, po tym jak zabraliśmy ludzi z wyspy, nasza ekipa poszła w miejsca, w których nasze obiekty badań mieszkały, spały, pracowały, spędzały wolny czas i… odprawiały religijne rytuały. Tam znaleźliśmy… dość dokładne rysunki przedstawicieli naszej rasy.

– Jesteście tego pewni?

– Bez cienia wątpliwości. Nie były to bynajmniej dziecięce bazgroły, lecz zrobionych wprawną ręką kilkanaście szkiców, doskonale i dokładnie odwzorowujących wszystkie nasze cechy anatomiczne.

– Chcecie powiedzieć, kamracie profesorze, że nie dość, że wasze króliki doświadczalne nie pozabijały się jak czynili to ich pobratymcy, to były w stanie zorientować się, że są częścią eksperymentu a do tego dokładnie określili kto ich obserwuje oraz kiedy po nich przyjedzie?!

– Na to wygląda.

– Jak to wytłumaczycie kamracie?

Naukowiec przygryzł wargę.

– Nie potrafię w tym momencie udzielić odpowiedzi na to pytanie.

– Zbyt często ta odpowiedź pada dzisiejszego wieczoru! – uniósł się minister. – A oni sami?! Co na to powiedzieli?! Przecież możecie ich przesłuchać!

Profesor wystraszył się i zciszył głos.

– Zrobiliśmy to, lecz ich odpowiedzi… budzą wiele wątpliwości.

– Co to znaczy?!

– Otóż, wszyscy ludzie zgodnie twierdzą, że w trakcie swoich religijnych rytuałów, niektórzy z nich doświadczali swego rodzaju wizji. Widzieli pewne rzeczy, słyszeli. Potem je spisywali i dokumentowali. Teee… swego rodzaju proroctwa, jak zapewniali, pochodziły od bóstwa, któremu oddawali cześć pod drewnianym krzyżem, o którym już wspominałem. To bóstwo pokazało im jak wyglądamy, że oni są obiektem eksperymentu jak również powiedziało, co i jak napisać na plaży oraz kiedy po nich przyjedziemy. Do tego wszelkie poczynania, które przedsięwzięli na wyspie, szkoła, warsztat, uprawa roli, było inspirowane przez to ich bóstwo.

– Tak powiedzieli?

– Tak – skwapliwie przytaknął profesor.

– A wy kamracie, galaktycznej sławy naukowiec, uwierzyliście w te… opowiastki?

– Cóż – nieśmiało westchnął profesor. – Niektóre badania pokazują, że cywilizacja gdy traci religię oraz związany z nią system wartości, upada, niezależnie od technologicznego zaawansowania. Takie rasy jak Minotaury, Krępacze czy choćby Skrzaty, które pierwotnie podbiły ludzi a potem ludzie ich sobie podporządkowali, wszystkie te państwa, niegdyś wielkie imperia, dziś już nie istnieją. Być może w tym przypadku dzięki swojej wierze, a właściwie systemowi wartości, którego się trzymali, ludzie zdołali uzyskać odwrotność tego, czyli zbudowali społeczność tam, gdzie bez tego czynnika nie mogła ona powstać.

Kamrat minister zmarszczył groźnie brwi a naukowiec ugryzł się w język.

– Kamracie Profesorze! Udam, że tego nie słyszałem. Ponieważ wiele razy pomagaliście nam usuwać z uniwersytetu elementy antyrewolucyjne. Zapamiętajcie sobie, to jest wasze prywatne zdanie i nigdy, przenigdy go więcej nie wypowiadajcie! Ani publicznie, ani prywatnie!

Profesor Arrkt zamarł z przerażenia.

– Religia jest narkotykiem dla prymitywnych ras! Dla prostaków i półzwierząt! Nie dla nas! Z religii nigdy nie wypływało ani nie będzie wypływać nic dobrego! Tak, przyznaję, my też kiedyś byliśmy jak ludzie. Mieliśmy swoje religie i bożków. Lecz to jest tylko i wyłącznie oznaka cy-wi-li-za-cyj-nej nie-doj-rza-ło-ści! Ciemnoty i zaściankowości! Dostrzegli to wodzowie Wielkiej Kamrackiej Rewolucji i skutecznie wytępili to zarzewie wszelkiego zła z naszego państwa. Od tego czasu nasza ojczyzna rozkwitła, nasze planety rozwinęły się do poziomu na jakim nigdy nie byliśmy. Dlatego dziś tym bardziej nie możemy i nie pozwolimy, aby jakieś bajdy i banialuki, odciągały naszych obywateli kamratów od budowania lepszej przyszłości. I proszę mi wierzyć profesorze. Nasza misja jest większa niż tylko nasze państwo. Musimy zanieść ten kaganek oświecenia na krańce naszej galaktyki. Również do tych… ludzi – ostatnie słowo minister wypowiedział z obrzydzeniem.

Naukowiec drżał ze strachu. Widząc to, gruby urzędnik uśmiechnął się niezauważalnie.

– Boicie się? I dobrze, że się boicie. Bo żeście nieźle narozrabiali kamracie profesorze. Nie pomyśleliście, że ktoś mógłby wziąć wasze nierozważne i nieprofesjonalnie przeprowadzone badania i wyciągnąć mylne wnioski. Ktoś mógłby powiedzieć, że nasi naukowcy dowiedli, że u ludzi wiara w siłę wyższą daje szczęście. Daje radość. Większą niż nasza rewolucja. A od tego chwila i zaraz mamy bunt i opór. Czy zdajecie sobie sprawę ile dziennie dostajemy informacji o nielegalnych kultach i obrzędach religijnych? Tyle lat od spalenia świątyń i rozgonienia kapłanów, a ciemnota wciąż siedzi w naszym społeczeństwie. To pokazuje jak wiele jeszcze pracy przed nami. Przed wami również profesorze.

– Przede mną?

– Tak, przed wami. Obowiązek walki z ogłupianiem społeczeństwa spoczywa na nas wszystkich. Na was, naukowcach szczególnie.

Profesor z trudem przełknął ślinę.

– Co mam zrobić?

– Trzeba tłumaczyć, edukować, dowodzić! Ale na początek, wy! – urzędnik wycelował w naukowca grubą mackę. – Musicie się nauczyć odróżniać prawdę od fałszu profesorze. Skupiliście się na badaniu naukowym, potem chwila nieuwagi i w czasie urlopu umknęły wam ważne rzeczy.

– Jak to? Nie rozumiem?

– Nie rozumiecie, bo byliście za blisko tego zjawiska. Nie zauważyliście pewnych istotnych faktów. Ano mówiliście, że nie wiadomo skąd ludzie mają tę wiedzę na temat naszego wyglądu i pisma. Ja wam powiem skąd. Adiunkt Hrrt.

Profesor otworzył szeroko oczy z zaskoczenia, minister zaś kontynuował:

– Przecież to on nadzorował ostatnie badanie od początku do końca. Poleciał na wyspę podczas waszej nieobecności. Przekazał wszystko ludziom. Pewnie bywał tam nieraz. Kto wie, może nawet sam zrobił napis na plaży.

Naukowiec chciał zaprzeczyć, lecz strach mu nie pozwolił, głos utknął w gardle.

– Młody ambitny naukowiec, chciał błysnąć przed przełożonymi i kolegami naukowcami. Chciał dokonać wielkiego odkrycia i sfingował dowody. Wpłynął na wynik eksperymentu, jak pan to ujął. Niestety przy okazji popełnił straszne przestępstwo. Propagowanie praktyk religijnych.

Po chwili urzędnik kontynuował odrobinę przyjemniejszym głosem.

– Profesor kamrat wśród serii błędów zrobił jedną poprawną rzecz, która dowodzi, że był w tej sytuacji bez winy. Skąd wiem? Taki już mam dar, że wiem. – uśmiechnął się okropnie zadowolony z siebie. – Dostrzegam prawdę tam gdzie czasami, szkiełko i oko naukowca zawodzi.

Wzrok naukowca mimowolnie przesunął się na akta spoczywające na biurku. Momentalnie domyślił się wszystkiego. Jego zespół liczył kilkanaście osób. Z pewnością przesłuchano ich wcześniej. On, jako główny odpowiedzialny, został przesłuchany jako jeden z ostatnich. Minister wiedział o wszystkim co mu profesor powiedział. Ale cały czas udawał zaskoczenie i wzburzenie. Po co? Aby sprawdzić jego prawdomówność. Czy czegoś nie ukryje, albo nie zwali winy na kogoś. Nie, nie musieli go przecież od razu torturować, wystarczyła rozmowa z ministrem.

– Co do was kamracie profesorze, to po każdym bałaganie, trzeba posprzątać. Inaczej narobicie jeszcze większego bałaganu a wtedy… – Minister zniżył głos. – Mogę już nie być taki wyrozumiały, rozumiemy się?

Przerażony profesor nie mogąc wykrztusić z siebie słowa skinął głową.

– Tak myślałem, tak myślałem. Oto co zrobicie. Zniszczycie wszelkie zapiski odnośnie eksperymentu numer trzynaście. Wszystkie! Z waszych prywatnych komputerów również! Rozbierzecie stanowisko testowe. Pozostałe przy życiu obiekty testowe zutylizujecie. Nigdy, przenigdy, ani wy, ani wasza ekipa badawcza, nikomu o tym eksperymencie nie wspomnicie. A jeśli wspomnicie… dowiem się. Wiecie, że się dowiem. I na koniec… nigdy już więcej nie będziecie przeprowadzać badań na ludziach. Czy to jasne?

Uczony kiwnął głową i mimowolnie odetchnął z ulgą. Gdyby rozmowa nie przyniosła pożądanych przez ministra efektów wtedy przesłuchanie przeniosłoby się w inne, mniej przyjemne miejsce. A wyglądało na to, że profesorowi się upiekło. Być może minister miał nawet przygotowane zeznanie do podpisania dla profesora.

– A… co… co się stanie z adiunktem Hrrt? – spytał nieśmiało profesor.

– Będzie miał dziesięć lat w kolonii karnej na Siódmym Księżycu, aby przemyśleć swój błąd. Taka sama kara grozi każ-de-mu kto mu pomagał! – powiedział z naciskiem minister, wyciągając w stronę naukowca mały plik kartek. – Na wasze szczęście wy nie wiedzieliście o niczym. Podpiszcie swoje zeznanie kamracie profesorze.

 

 

 

ZAKOŃCZENIE

 

Adiunkt Hrrt siedział do późna w nocy oglądając nagrania z ostatniego eksperymentu. Widział, jak ludzie na filmie skaczą i śpiewają przy ognisku. Adiunkt był zafascynowany postaciami, które trzymając się za ręce tańczyły radośnie.

Mimowolnie, na jego zmęczonej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Spojrzał w róg ekranu, odczytał datę i godzinę nagrania. Zatrzymał odtwarzanie zamyślając się na chwilę.

 

– Zupełnie tego nie rozumiem – mruknął do siebie. – Jak to jest możliwe?

Ciche pikanie zegarka uzmysłowiło mu jak jest późno. Postanowił przed położeniem się spać, spisać krótką notatkę dla profesora Akkrt.

 

Szanowny Panie Profesorze!

 

Dziś odkryłem kolejną zaskakującą rzecz w eksperymencie „Ludzka Utopia” badanie numer trzynaście. Rzecz, która mnie dziwi, chyba najbardziej ze wszystkich, jakie dotychczas zarejestrowaliśmy podczas całego eksperymentu. W trakcie analizy nagrań z wyspy, zauważyłem, że badane obiekty w swoim zachowaniu wykazywały wielką radość i spokój, które były niezależne od okoliczności. Nawet w momencie gdy odkryły, że są uczestnikami eksperymentu oraz że wyspa jest tak naprawdę poligonem badawczym, którego nie mogą opuścić, zarówno osobniki męskie, jak i żeńskie, nie wpadły w zdenerwowanie ani nie okazały lęku. To naturalna reakcja, która powinna się objawić u badanych w tej sytuacji. Jednak w naszym przypadku nie miała miejsca. Jestem przeświadczony o poprawności tej obserwacji. Gruntownie sprawdziłem ją wszelkimi możliwymi sposobami. Przejrzałem dokładnie nagrania oraz porównałem je z wywiadami przeprowadzonymi na badanych ludziach. Jak również zweryfikowałem wspomniane w raporcie wskazówki, które definitywnie pokazują, że badana populacja wiedziała o przeprowadzanym eksperymencie na długo przed wykonaniem napisu na plaży.

Jest to wielce, wielce zaskakujące. Budzi to we mnie wielki szacunek do tych istot, ale również smutek i… zazdrość. Panie Profesorze, oni, tam, w więzieniu, wyglądali na bardziej spokojnych i szczęśliwych niż my, tutaj, na wolności. Jak to możliwe? Skąd u nich to?

 

Z wyrazami szacunku

 

Adiunkt Hrrt

 

 

Młody naukowiec zwalczył w sobie silną pokusę dalszego oglądania nagrań z eksperymentu. Pasjonował się obserwacją ludzi z eksperymentu numer trzynaście. Był nimi mocno zaintrygowany. Sprawdził jeszcze raz, która jest godzina. Zdrowy rozsądek wygrał. Zgasił lampkę i położył się spać. Podekscytowany nowym odkryciem usnął dopiero po dłuższym czasie rozmyślając, co Profesor Akkrt powie na jego nowe odkrycie.

Adiunkt Hrrt nie wiedział, że jego notatka nigdy nie trafi na biurko profesora. Nad ranem, gdy zapadł w najgłębszy sen, do jego mieszkania wsunęło się bezszelestnie trzech członków tajnej policji Komitetu Głównego Badań.

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Dzięki DanielKurowski1 za betowanie.

Miłego czytania i czekam na komentarze.

Pozdrawiam

Troll przeczytać w całości, nawet fajnie się czytało. Jednak troll albo czegoś nie doczytać albo uczestnicy projektu trzynaście komunikować się z bytem nadprzyrodzonym, tedy trzeba opisać sposób komunikacji, albo zmienić opis z science-fiction na fantasy. Oprócz tego troll znaleźć jedna freudowska literówka( troll być urodzony paranoik. To nie pułapka na trolla?! ) jakieś powtórzenie wyrazu, ale to się troll nie czepiać troll. pozdrawiam :)

Troll mieć rację. Choć Fantasy mi tu nie pasować. Hmm. Zaznaczę “inne”.

Jakaś podpowiedź gdzie ta literówka? Teraz nie znajdę, zwłaszcza freudowskiej, bo sam pisałem.

Prawie jak Love Island;)

Tylko Sama szkoda.

Fajnie napisane. Ta część SF trochę mniej mnie przekonuje ale całość spoko.

Sorki ale troll się trochę zagotować i niechcieć mu się teraz szukać. Teza, antyteza, dialektyka.

Troll być dość mocno uprzedzony do wszelka religia poza buddyzmem. A opowiadanie być jak napisane pod teza że homo sapiens nie móc się rozwijać bez religii, bo albo wyginąć, albo skończyć w totalitaryzmie. Pod tym względem opowiadanie dość toporne.

 

 

Cześć!

 

To jest samodzielne opowiadanie czy fragment? Bo widzę napis “CZĘŚĆ I” na początku

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

@ Ambush – dzięki za odwiedziny. Love Island nie czytałem (nie widziałem?) Inspiracją do opowiadania był eksperyment Mouse Utopia z ubiegłego wieku. Niestety też się smutno skończył.

 

@speedygonzales – literówki znalazłem i poprawiłem. Z historii pamiętam, że wszelkie cywilizacje, od starożytności do dziś, miały swoje wierzenia i religie. Czy ludzie mogą rozwijać się bez religii? Nie wiem. Nie przeprowadzałem badań pod tym kątem. Inspiracją do drugiej części opowiadania,która o tym mówi, był wywiad z Juriim Bezmienowem, radzieckim agentem wywiadu, pod tytułem “Jak napaść na państwo?”.

Rozumiem, że wykonanie toporne, przyjmuję krytykę. Popatrzę pod tym kątem na przyszłość. Dzięki za wizytę i opinię.

 

@krar85 – To jest samodzielne opowiadanie. Ma dwie części i zakończenie, które znajdziesz tu razem.

Niestety, Nartrofie, nie porwało.

Początek, owszem, zaciekawił, ale przedstawiłeś rzecz tak oszczędnie, że zastanawiam się, dlaczego autor dziennika w ogóle nie opisał ani ludzi, z którymi przyszło mu żyć na wyspie, ani ich życia codziennego, żadnych rozmów.

Jako tako było jeszcze we fragmencie poświęconym omówieniu eksperymentu, ale po dowiezieniu profesora do ministerstwa straciłam całe zainteresowanie dla opowiadania. Postarałeś się bowiem o tak jaskrawe naśladowanie metod stosowanych przez komunistów i KGB (nie mogłeś sobie nawet odmówić nawiązania do tego akronimu), że ani macki, ani trzecie oko nie zdołały zatrzeć wrażenie, co było Twoją inspiracją. Wyłożyłeś całą kawę na ławę, a ja bardzo nie lubię łopatologii.

Wiem, że akcję umieściłeś na jakiej planecie, ale brakło mi bardziej szczegółowych wyjaśnień, gdzie to wszystko się dzieje i kim są istoty przeprowadzające eksperymenty. Zastanawiam się też, jak one długo żyją – skoro na potrzeby eksperymentu stworzono tylko jedną wyspę, a eksperymenty przeprowadzano kolejno, to ponieważ było ich trzynaście, z czego każdy trwał trzy do czterech pokoleń, to przedsięwzięcie musiało ciągnąć się kilka ładnych setek lat. Czy profesor Akkrt, współpracujący z nim naukowcy i inni mieszkańcy planety, byli faktycznie tak długowieczni?

Wykonanie, co stwierdzam z ogromnym smutkiem, pozostawia bardzo wiele do życzenia. W lekturze przeszkadzają różne błędy i usterki, sporo literówek, powtórzeń, miejscami nadmiar zaimków, nie zawsze poprawnie złożone zdania, źle zapisane dialogi, że o fatalnej interpunkcji nie wspomnę.

 

wspo­mnie­nia z tego…dziw­ne­go miej­sca. ―> Brak spacji po wielokropku. Ten błąd pojawia się wielokrotnie w całym tekście.

 

za­cząć mój dzien­nik od pierw­sze­go dnia od kiedy tu je­stem

Tak więc drogi dzien­ni­ku, na mo­ment cof­nij­my się do pierw­sze­go dnia. Pierw­sze­go dnia przy­by­łem―> Czy to celowe powtórzenia?

 

Nie­ste­ty, nie pa­mię­tam rów­nież in­nych rze­czy. Ani swo­jej ro­dzi­ny ani gdzie cho­dzi­łem do szko­ły, ani gdzie pra­co­wa­łem. Nie pa­mię­tam prak­tycz­nie nic. Gdy sta­ram sobie przy­po­mnieć, co­kol­wiek sprzed przy­by­cia tutaj, widzę w gło­wie tylko wiel­ką pust­kę. ―> Skoro nie pamięta praktycznie nic i ma w głowie wielką pustkę, to skąd wie, że miał rodzinę, chodził do szkoły, pracował?

 

Nie wiemy co jest tam dalej, w lesie. Na ile jest bez­piecz­nie. Tro­chę się tego oba­wiam co tam spo­tka­my. Wy­glą­da to tro­chę―> Nadmiar zaimków.

 

Gdy sze­dłem mię­dzy mię­dzy bu­dyn­ka­mi―> Dwa grzybki w barszczyku.

 

tro­chę się roz­luź­ni­ły i…. po­zna­li­śmy… ―> Wielokropek ma o jedna kropkę za dużo. Wielokropek ma zawsze trzy kropki. Ten błąd pojawia się także w dalszej części opowiadania.

 

Prze­szli­śmy ją wzdłuż i wszerz oraz do­oko­ła. Jej przej­ście wzdłuż zaj­mu­je około dnia, do­oko­ła po plaży―> Czy to celowe powtórzenia?

 

roz­ko­szu­ję się jak chłod­ne kro­ple chło­dzą moją roz­grza­ną skórę. Aaale roz­kosz. ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Kto za­brał mi na­rzę­dzia?!!!! ―> Czwarty wykrzyknik jest zbędny, wystarczą trzy.

 

Silne fale wy­wró­ci­ły jego tra­twę a jego sa­me­go ze­pchnę­ły… ―> Czy pierwszy zaimek jest konieczny, czy tam była jeszcze inna tratwa?

 

– Pro­fe­so­rze – uczest­nik zgło­sił chęć za­da­nia py­ta­nia. co spo­wo­do­wa­ło wy­mar­cie ba­da­nej po­pu­la­cji. ―> – Pro­fe­so­rze.Uczest­nik zgło­sił chęć za­da­nia py­ta­nia. Co spo­wo­do­wa­ło wy­mar­cie ba­da­nej po­pu­la­cji.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

Lu­dzie mają wszyst­ko co teo­re­tycz­nie po­trze­bu­ją… ―> Lu­dzie mają wszyst­ko, czego teo­re­tycz­nie po­trze­bu­ją

 

młode osob­ni­ki szyb­ko po­sia­da­ją umie­jęt­ność ob­słu­gi dys­try­bu­to­rów… ―> …młode osob­ni­ki szyb­ko nabywają umie­jęt­ność ob­słu­gi dys­try­bu­to­rów

 

wy­ni­ki były od­wrot­ne do tego, co mo­gli­by­śmy się spo­dzie­wać… ―> …wy­ni­ki były od­wrot­ne do tego, czego mo­gli­by­śmy się spo­dzie­wać

 

aaale rów­nież po­ka­zu­je, ―> Przed półpauzą nie stawia się przecinka.

 

Zo­sta­je pan we­zwa­ny do Mi­ni­ster­stwa… ―> Zo­sta­ł pan we­zwa­ny do mi­ni­ster­stwa

Dlaczego wielka litera?

 

Gmach Mi­ni­ster­stwa był nie­da­le­ko Uni­wer­sy­te­tu… ―> Dlaczego wielkie litery?

 

we­szli jed­nym z ma­łych, nie­po­zor­nych wejść dla pra­cow­ni­ków urzę­du. Nie po­pra­wi­ło to hu­mo­ru pro­fe­so­ro­wi. Gdyby we­szli głów­nym wej­ściem… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Na­uko­wiec po­znał tyle, że nie pro­wa­dzą go głów­ny­mi cią­ga­mi ko­mu­ni­ka­cyj­nym… ―> Raczej: Na­uko­wiec zorientował się, że nie pro­wa­dzą go głów­ny­mi cią­ga­mi ko­mu­ni­ka­cyj­nymi

 

roz­wi­dle­nia ko­ry­ta­rzy, scho­dy oraz windy, małe za­uł­ki i sale kon­fe­ren­cyj­ne, aż do­szli do sze­ro­kie­go ko­ry­ta­rza z ko­lum­na­mi, bo­ga­to zdo­bio­ny­mi ścia­na­mi i su­fi­tem. Na końcu ko­ry­ta­rza znaj­do­wa­ły ogrom­ne drzwi. Rów­nie bo­ga­to zdo­bio­ne co cały ko­ry­tarz. ―> Powtórzenia. Zbędne dopowiedzenie przy zaułkach – zaułki są małe z definicji.

 

– Kam­rat Mi­ni­ster za­pra­sza. ―> Dlaczego wielka litera?

 

Pod su­fi­tem wi­sia­ły dwa, wiel­kie kan­de­la­bry… ―> Kandelabry mogły być wielkie, ale nie mogły wisieć pod sufitem, bo kandelabry to duże, wieloramienne świeczniki stojące.

Pewnie miało być:  Pod su­fi­tem wi­sia­ły dwa, wiel­kie żyrandole

 

na cały pokój. W ro­gach po­ko­ju stały… ―> Powtórzenie.

 

ob­sta­wio­ne bu­kie­ta­mi z kwia­tów. ―> …ob­sta­wio­ne bu­kie­ta­mi kwia­tów.

 

Z lewej i z pra­wej stro­ny wi­sia­ły ob­ra­zy ko­lej­nych wo­dzów… ―> Czy dobrze rozumiem, że wisiały tam dzieła namalowane przez kolejnych wodzów?

Pewnie miało być: Z lewej i z pra­wej stro­ny wi­sia­ły portrety ko­lej­nych wo­dzów

 

z obie­ma mac­ka­mi unie­sio­ny­mi do góry w ge­ście pa­no­wa­nia stał On.  ―> Masło maślane – czy można coś unieść do dołu?

Co to jest gest panowania?

 

jacy kie­dy­ko­wiek rzą­dzi­li pań­stwem. ―> Literówka.

 

i mi­liar­dy istot my­ślą­cych in­nych ga­tun­ków. ―> …i mi­liar­dy istot my­ślą­cych in­nych ga­tun­ków.

 

Pod ob­ra­zem Wiel­kie­go Wodza stało wiel­kie, drew­nia­ne biurko… ―>Powtórzenie.

Proponuję: Pod portretem Wiel­kie­go Wodza stało ogromne, drew­nia­ne biurko

 

biur­ko, nad któ­rym po­chy­lał sam Kam­rat Mi­ni­ster Ug­grrt. ―> …biur­ko, nad któ­rym po­chy­lał się sam Kam­rat Mi­ni­ster Ug­grrt.

Dlaczego wielkie litery? Wcześniej pisałeś: – Pro­fe­sor kam­rat Akkrt.

 

za­in­te­re­so­wał was szcze­gól­nie, Kam­ra­cie Mi­ni­strze, szcze­gól­nie? ―> Dwa grzybki w barszczyku. Dlaczego wielkie litery?

 

Bo gdy jedne eks­pe­ry­ment daje wy­ni­ki od­mien­ne… ―> Literówka.

 

Mój ze­spół do­sko­na­le o tym wiem i bar­dzo re­stryk­cyj­nie prze­strze­ga… ―> Literówka.

 

Może może ro­bot­nik upu­ścił moduł te­re­no­wy… ―> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Kil­ku­krot­nie dzien­nie sta­wał z rę­ka­mi unie­sio­ny­mi do góry lub klę­kał i mam­ro­tał i śpie­wał ja­kieś pie­śni. ―> Kil­ka razy dzien­nie sta­wał z uniesionymi rę­ka­mi lub klę­kał i mam­ro­tał, i śpie­wał ja­kieś pie­śni.

 

Wszyst­kie te ob­rzę­dy i modły spra­wo­wa­li pod dużym krzy­żem z drze­wa… ―> Modłów i obrzędów nie sprawuje się.

Proponuję: Wszyst­kie te ob­rzę­dy i modły odprawiali/ praktykowali pod dużym krzy­żem z drze­wa

 

gdy cała ko­lo­nia przy­łą­czy­ła się do Pio­tra Trzy­na­ście, ko­lo­nia za­czę­ła się roz­wi­jać w spo­sób zu­peł­nie od­mien­ny niż po­zo­sta­łe dwa­na­ście ko­lo­nii z eks­pe­ry­men­tu. Wszy­scy lu­dzie w ko­lo­nii numer… ―> Powtórzenia.

 

za­miesz­ka­li bli­sko sie­bie. Od­no­si­li się do sie­bie miło… ―> Czy konieczne są oba zaimki?

 

za­czę­li upra­wiać swoje wa­rzy­wa i zboża. ―> Skąd wzięli nasiona zbóż i warzyw?

 

– Ale naj­bar­dziej za­ska­ku­ją­ce spo­tka­ło nas na ko­niec -wtrą­cił nie­śmia­ło pro­fe­sor. ―> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

Proponuję: – Ale największe zaskoczenie spotkało nas na koniec – wtrącił nieśmiało profesor.

 

-…lecz dal­sze ba­da­nie stra­ci­ło sens. ―> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

lecz zro­bio­ne wpraw­ną ręką kil­ka­na­ście szki­ców… ―> …lecz zrobionych wpraw­ną ręką kil­ka­na­ście szki­ców

 

gdy traci re­li­gię oraz zwią­za­ną z nią sys­tem war­to­ści… ―> …gdy traci re­li­gię oraz zwią­za­ny z nią sys­tem war­to­ści

 

Takie rasy jak Mi­no­tau­ry, Krę­pa­cze czy choć­by Skrza­ty, któ­rzy pier­wot­nie pod­bi­li ludzi… ―> Piszesz o rasach, a te są rodzaju żeńskiego, więc: Takie rasy jak Mi­no­tau­ry, Krę­pa­cze czy choć­by Skrza­ty, któ­re pier­wot­nie pod­bi­ły ludzi

 

a wła­ści­wie sys­te­mo­wi war­to­ści, któ­re­mu się trzy­ma­li… ―> …a wła­ści­wie sys­te­mo­wi war­to­ści, któ­re­go się trzy­ma­li

 

na­sze­go kraju. Od tego czasu nasz kraj roz­kwitł, nasze pla­ne­ty… ―> Czy to celowe powtórzenia?

 

Pew­nie bywał tam nie raz. ―> Pew­nie bywał tam nieraz.

 

Chciał do­ko­nać wiel­kie­go od­kry­cia i sfin­go­wał fakty. ―> Czy fakty można sfingować?

 

Pro­pa­go­wa­nia prak­tyk re­li­gij­nych. ―> Pro­pa­go­wa­nie prak­tyk re­li­gij­nych. Lub: Pro­pa­go­wa­ł prak­tyki re­li­gij­ne.

 

okrop­nie za­dow­lo­ny z sie­bie. ―> Literówka.

 

na­ro­bi­cie jesz­cze więk­sze­go ba­łą­ga­nu… ―> Literówka.

 

dzie­sięć lat w ko­lo­ni kar­nej… ―> …dzie­sięć lat w ko­lo­nii kar­nej…

Poznaj odmianę słowa kolonia.

 

trzy­ma­jąc się za ręce. Ad­iunkt za­pa­trzył się za­fa­scy­no­wa­ny w tań­czą­ce ra­do­śnie po­sta­cie. Mi­mo­wol­nie, uśmiech­nął się. Spoj­rzał w róg ekra­nu, od­czy­tał datę i go­dzi­nę na­gra­nia. Za­trzy­mał na­gra­nie i przyj­rzał się do­kład­niej. Za­my­ślił się na chwi­lę. ―> Siękoza.

 

„Sza­now­ny Panie Pro­fe­so­rze! […] Z wy­ra­za­mi sza­cun­ku Ad­iunkt Hrrt” ―> Sza­now­ny Panie Pro­fe­so­rze! […] Z wy­ra­za­mi sza­cun­ku Ad­iunkt Hrrt

Notatka adiunkta, skoro jest napisana kursywą, nie powinna być ujęta w cudzysłów.

 

wy­ka­zy­wa­ły wiel­ką ra­dość i pokój―> Jak wykazuje się pokój?

A może miało być: …wy­ka­zy­wa­ły wiel­ką ra­dość i spokój

 

u ba­da­nych w tej sytuacji.Jednak―> Brak spacji po kropce.

 

po­rów­na­łem je z wy­wia­da­mi prze­pro­wa­dzo­ny­mi na ba­da­ny­mi ludź­mi. ―> …po­rów­na­łem je z wy­wia­da­mi, prze­pro­wa­dzo­ny­mi na badanych ludziach.

 

Jak rów­nież zwe­ry­fi­ko­wa­łem wspo­mnia­ne w ra­por­cie wska­zów­ka­mi… ―> Jak rów­nież zwe­ry­fi­ko­wa­łem wspo­mnia­ne w ra­por­cie wska­zów­ki

 

Budzi to we mnie wiel­ki sza­cu­nek do tych isto­to… ―> Literówka.

 

Ob­ser­wo­wa­nia ludzi w eks­pe­ry­men­cie numer trzy­na­ście było jego pasją. ―> Literówka.

 

było jego pasją. Da­wa­ło mu wiel­ką ra­dość i in­try­go­wa­ło go. ―> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmm, to znaczy, że biorą jakiś nieznany gatunek i sprawdzają, jak będzie się zachowywał? A właściwie po co? I czemu akurat ludzi?

Na długowieczność ufoludków i niezwykłe podobieństwo ich ustroju do komunizmu zwróciła już uwagę Reg. Ja jestem ciekawa skąd przekonanie, że osoby wierzące będą się lepiej zachowywały. No dobra, Bóg do nich przemówił, ale po co w gruncie rzeczy. Tyle zachodu, tak się starał im pomóc, a na koniec jego wyznawcy zostaną zutylizowani.

No, nie przemówiło.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

@Irka_Luz

Hmm, to znaczy, że biorą jakiś nieznany gatunek i sprawdzają, jak będzie się zachowywał? A właściwie po co? I czemu akurat ludzi?

 

Według mnie, tak zwykle postępują naukowcy. Badają coś, co ich interesuje. To co opisałem jako eksperyment na ludziach, w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, naukowcy zrobili myszom. Po co i dlaczego? Nie wiem.

Rozumiem, że w opowiadaniu nie wyjaśniłem tego dostatecznie dobrze.

 

Ja jestem ciekawa skąd przekonanie, że osoby wierzące będą się lepiej zachowywały.

Czy mam w sobie przekonanie, że osoby wierzące będą się lepiej zachowywały? Nie. Chciałbym aby tak było. Staram się sam, jako osoba wierząca, być lepszym człowiekiem każdego dnia. Wychodzi to różnie.

Zaś inspiracją do drugiej części opowiadania był wykład byłego rosyjskiego agenta pod tytułem “Jak napaść na państwo?”. Wykładowca opowiada, przez około godzinę, jak zdobyć inny kraj bez armii i bez jednego wystrzału. Odnosi się w nim przez pięć minut do wiary i religii, co jest odrobinę zaskakujące w świetle tematu wykładu. Niezależnie od wiary i niewiary warto, aby każdy wykształcony człowiek go obejrzał. Łatwo znaleźć na youtubie.

No dobra, Bóg do nich przemówił, ale po co w gruncie rzeczy. Tyle zachodu, tak się starał im pomóc, a na koniec jego wyznawcy zostaną zutylizowani.

Hmm trochę jak w Piśmie Świętym. Możemy te same pytania stawiać za każdym razem gdy czytamy poszczególne historie z Biblii. Bynajmniej, mojej pracy nie chcę porównywać do Pisma Świętego. Po prostu, Bóg działa tak jak chce, a my Go często nie rozumiemy.

Gdybym rozumiał wszystkie działania Istoty Wszechmogącej, jakkolwiek ją pojmuję, to czy ta Istota nadal byłaby Bogiem?

Ale to trochę filozoficzna odpowiedź, poniżej konkret.

Rozumiem, że tu, w tym konkretnym przypadku, jakim jest moje opowiadanie, powinienem był opisać tę część historii to bardziej zrozumiale i w sposób nie budzący wątpliwości u czytelnika. Przyjmuję.

 

@regulatorzy & Irka_Luz

Przykro słyszeć komentarze, że się nie podobało.

Jednak przyjmuję te uwagi, bo widzę, że szczere i bez złośliwości, oraz pokazują mi na co zwrócić uwagę w kolejnych pracach.

Dziękuję za szczegółowe wypisanie błędów w interpunkcji i gramatyce. Poprawię w najbliższych dniach.

 

Pozdrawiam

 

Wgrałem wersję, zawierającą poprawki wymienione powyżej przez regulatorów.

Miło mi, Nartrofie, że uznałeś uwagi na przydatne. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka