- Opowiadanie: Outta Sewer - B.L.An.K.E.T.

B.L.An.K.E.T.

Przyszło do głowy podczas lektury pewnego artykułu. I się samo tak jakoś napisało.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

B.L.An.K.E.T.

Przybyli, kiedy byłem jeszcze młody.

W czasach, w których lataliśmy nie dalej niż na okrążające planetę stacje kosmiczne, w erze niewygodnych skafandrów i marzeń o dalekiej eksploracji kosmosu.

Pojawili się nagle, bez wcześniejszych zapowiedzi. Ogromny statek przybyszów wszedł na orbitę stacjonarną i przejął kontrolę nad satelitami komunikacyjnymi. Cały świat wstrzymał oddech. Tego samego dnia obcy nadali otwarty komunikat we wszystkich językach, żywych i martwych, jakich używano na planecie:

Przybywamy w pokoju.

Uwierzyliśmy ich zapewnieniom tym łatwiej, że przybysze byli podobni do nas, choć nieco wyżsi, mocniej zbudowani i o większych oczach.

Opowiedzieli nam o wędrówce przez gwiazdy w poszukiwaniu innych, rozumnych istot. Twierdzili, że jesteśmy pierwszą napotkaną przez nich rasą, której udało się dojść na tak wysoki szczebel zaawansowania cywilizacyjnego. Mieli zamiar pomóc nam się rozwinąć, a złożone deklaracje poparli czynami. Przekazali nam technologie, do których, przy odrobinie szczęścia, sami doszlibyśmy dopiero za kilkanaście pokoleń.

Z dnia na dzień życie stało się prostsze, czystsze, pozbawione wielu przykrych aspektów. Urządzenia zbudowane dzięki obcej myśli technicznej pozwoliły w krótkim czasie wyeliminować problem związany z emisją spalin i gazów cieplarnianych. Kolejne technologie były wprowadzane masowo, za każdym razem ze zbawiennym skutkiem dla ekologii. Wszyscy pokochaliśmy przybyszów. Nawet ci, którzy początkowo byli sceptyczni co do pokojowych zamiarów obcych.

W ciągu kolejnych lat współpracy zdołaliśmy dotrzeć na pozostałe ciała niebieskie rodzimego układu. Zakładaliśmy na nich kolonie, stacje badawcze oraz kompleksy wydobywcze. Jednak tak daleko jak obcy podróżować nie mogliśmy. Przybysze twierdzili, że nasze ciała nie są przystosowane do znoszenia ekstremalnych przeciążeń, których doświadcza się w trakcie lotu pojazdem o napędzie szybszym od światła.

Mijały lata, w trakcie których nad planetą pojawiło się więcej obcych statków. Kolejni goście, kolejne zapewnienia o współpracy i przyjaźni pomiędzy naszymi gatunkami. Mieliśmy poczucie, że jesteśmy częścią czegoś większego, czegoś co do niedawna było nie do pomyślenia. Poczucie partnerstwa z rasą, która dawno pokonała granicę swojego świata, a teraz chce również nam dać tę możliwość.

Byliśmy niecierpliwi, gotowi ruszyć do gwiazd, zrealizować snute od wielu pokoleń marzenia. Prosiliśmy o tę szansę coraz natarczywiej, więc obcy w końcu ulegli. Sama technologia napędu FTL była podobno zaskakująco prosta, lecz problem tkwił w naszych zbyt wątłych ciałach. Według przybyszów najlepszym wyjściem była ingerencja w geny. Odezwały się wówczas echa dawno zapomnianych wątpliwości co do intencji obcych, lecz zostały skutecznie zakrzyczane przez rządową propagandę ekspansji. Przystaliśmy na ten pomysł.

Aby rozpocząć badania, przybysze potrzebowali stacjonarnych kompleksów naukowych na powierzchni planety. Wszystkie światowe rządy chciały partycypować w przewidywanym sukcesie, nie było więc kraju, który nie złożył propozycji budowy ośrodka na własnym terytorium. Oprócz placówek naukowych obcy potrzebowali jeszcze obiektów do testów.

Zgłosiłem się jako jeden z setek milionów chętnych. Żeby dołożyć swoją cegiełkę do tworzonej właśnie historii.

Rozpoczęto pobieranie materiału genetycznego, testy, próbki, obserwacje, nic ponadto. Aż wreszcie nadeszła długo wyczekiwana informacja – przybysze uzyskali serum przystosowujące. Nazwali je Amherst, podobno na cześć postaci z historii ich planety. Miałem zaszczyt zostać jednym z pierwszych, którym je podano.

Spełnienie marzeń na wyciągnięcie ręki… Cieszyliśmy się czekającymi nas odkryciami, więc szok był tym większy, gdy pojawił się wirus. Zaatakował nagle, infekując w krótkim czasie większość populacji. Nie było przed nim ucieczki. Stuprocentowa śmiertelność, tempo rozprzestrzeniania tak duże, że nawet nie zdążyliśmy się porządnie wystraszyć. Na obcych nie działał.

Przeżyło niecałe dwa procent mieszkańców planety. Tylko ci, którzy przyjęli serum. Amherst uodpornił nas na wirusa, a jednocześnie sprawił, że staliśmy się jego nosicielami. Pacjentami zero.

Mogłem na własne oczy zobaczyć tysiące punkcików, które pewnej nocy pojawiły się na niebie nad usłaną trupami planetą. Zapalały się jeden po drugim, kiedy kolejne statki obcych zatrzymywały się na orbicie stacjonarnej. Wszystkie zapełnione kolonistami, przybywającymi z przeludnionych światów, aby nas najechać, a niedobitki rdzennych mieszkańców obwołać gorszą rasą, gatunkiem służebnym.

Obcy przybyli na gotowe i przejęli nasz świat. Brutalnie obudzili ze snu, depcząc nasze marzenia. Kłamali od samego początku, od pierwszego dnia kontaktu realizując własny plan. Są kosmiczną zarazą, plagą, która rozwinęła się technologicznie kosztem wyjałowienia macierzystej planety. Rasą istot niszcząca napotkane cywilizacje, by zająć ich miejsce i nadal się mnożyć, infekować swoim istnieniem coraz większe połacie kosmosu.

Zrobili z nas niewolników. Tych, którzy nie okazują posłuszeństwa najeźdźcy zsyłają na swoją kolebkę – martwą planetę, o której nie potrafią zapomnieć. Zniszczyli własny świat, a teraz chcą go odbudować. Obcymi rękami przywrócić do życia, gdy sami są zajęci nurzaniem własnych dłoni w krwi tysięcy cywilizacji.

Kiedyś byłem pokorny, słuchałem nowych panów, bo co innego mogłem zrobić? Ale przestałem słuchać. A teraz jestem tutaj.

Nienawidzę tej planety. Ale nie dlatego, że jest martwym śmietniskiem, toksycznym pustkowiem, żmudnie oczyszczanym przez takich jak ja zesłańców z setek światów. Nie dlatego, że to miejsce jest cmentarzyskiem, z którego się nie wraca.

Nienawidzę tej planety, ponieważ zrodziła zarazę, która zabiła mój świat – Ziemian.

Koniec

Komentarze

Skusiłam się na lekturę przy porannej kawie i przygnębiłam się na początek dnia.

Trochę brakuje mi wyjaśnienia czym objawił się brak pokory, no ale szort ma swoje prawa.

A może, skoro nie jest już pokorny, to pojawi się ciąg dalszy?;)

 

Outta Sewer, to jest najlepszy szort, jaki czytałam na tym portalu. Może powinno Ci się częściej pisać tak jakoś samo :). Myślę, że tego pomysłu spokojnie mogłoby powstać opowiadanie piórkowe. Jedyne co mi w tej historii zazgrzytało to fakt, że Ziemianie uciekali się do tak szeroko zakrojonego podstępu. Mieli rozwiniętą technologię, więc z łatwością mogli podbić planetę. Jedyne wyjaśnienie jakie mi przyszło do głowy to fakt, że nie chcieli niszczyć planty tylko wybić mieszkańców. Przydało by się też podkreślenie faktu dlaczego potrafili poprawić stan środowiska innych planet, ale nie mogli uratować już Ziemi i jak mieliby to zrobić zesłańcy. Czy w tytule nie brakuje kropki?

 

Technicznie można by dopracować.

Twierdzili, że jesteśmy pierwszą napotkaną przez nich rasą, której udało się dojść na tak wysoki szczebel zaawansowania cywilizacyjnego.

Jak dla mnie zbyt skomplikowana konstrukcja.

 

Aby rozpocząć badania[+,] przybysze potrzebowali stacjonarnych kompleksów naukowych na powierzchni planety.

Ja bym to zdanie odwróciła.

Wszystkie światowe rządy chciały być jak najbliżej przewidywanego sukcesu, nie było więc kraju, który nie złożył przybyszom propozycji budowy ośrodka na własnym terytorium. Oprócz placówek naukowych potrzebne też były obiekty do testów.

Byłoza. Przybysze się powtarzają. I ten “przewidywany sukces” można by zastąpić czymś lepszym, mocniejszym.

 

Byłem jednym z pierwszych, którym je podano.

Byliśmy już tak blisko… Cieszyliśmy się czekającymi nas odkryciami, więc szok był tym większy, gdy pojawił się wirus. Nie było przed nim ucieczki

Byłoza

 

Mogłem na własne oczy zobaczyć tysiące punkcików, które pewnej nocy pojawiły się na niebie nad usłaną trupami planetą.

Zdrobnienie osłabia grozę zdania.

 

Kiedyś byłem pokorny, słuchałem nowych panów, bo co innego mogłem zrobić? Ale przestałem słuchać.

Powtórzenie

 

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Hej :)

 

@Ambush

 

Skusiłam się na lekturę przy porannej kawie i przygnębiłam się na początek dnia.

Wybacz, nie chciałem Cię przygnębiać. To co powyżej zostało spisane jest IMHO smutną prawdą o nas, jako gatunku. Nic więcej.

 

Trochę brakuje mi wyjaśnienia czym objawił się brak pokory, no ale szort ma swoje prawa.

A może, skoro nie jest już pokorny, to pojawi się ciąg dalszy?;)

Czym jest brak pokory? Niegodzeniem się na bycie pod czyimś butem. Czasem wystarczy się odezwać, a stajesz się wrogiem numer jeden. I nie wydaje mi się, żebym kiedyś chciał to rozwinąc w dłuższą formę, to i tak jest przegadane. Próbowałem ciąć ten tekst, skracać, ale nie chciało wyjść nic z tego, więc wrzuciłem jak napisałem :)

 

Dzięki za odwiedziny i czas poświęcony na lekturę.

 

@Alicella

 

Przede wszystkim chciałbym podziękować za łapankę, już naprostowałem byłozę :) Ale punkciki zostają, a zdanie, które chciałaś odwrócić, było początkowo odwrócone tak jak Ty byś to zrobiła :D Tyle, że je odwróciłem, żeby znów nie zaczynać od podmiotu.

 

Mieli rozwiniętą technologię, więc z łatwością mogli podbić planetę. Jedyne wyjaśnienie jakie mi przyszło do głowy to fakt, że nie chcieli niszczyć planty tylko wybić mieszkańców.

Nie do końca. Powiedz, co lepsze:

  1. Najazd na planetę, poniesienie strat, przystosowanie jej do własnych potrzeb własnymi rękami
  2. Przekonanie mieszkańców, że jest się przyjacielem, wspomożenie ich technologią, dzięki której odwalą lwią część roboty, potem wybicie mieszkańców i wkroczenie na gotowe, przy minimalnym wysiłku własnym.

rzydało by się też podkreślenie faktu dlaczego potrafili poprawić stan środowiska innych planet, ale nie mogli uratować już Ziemi i jak mieliby to zrobić zesłańcy.

 

Są uszkodzenia, których naprawić się szybko nie da. Jeśli proces degradacji zastaje się gdzieś tak w połowie, to można przeciwdziałać, jakoś zaradzić, zminimalizować straty. Kiedy ten sam proces jest na ukończeniu – niewiele już mozna zrobić. Ludzkośc niszczyła swoją planetę, płacąc ogromną cenę za dojście do mozliwości podróżowania do gwiazd. A kiedy już osiągnęła ten poziom, okazało się, że Zeimia jest nie do odratowania – a przynajmniej nie do odratowania bez poniesienia ogromnych kosztów i nakładu pracy rozciągniętego na stulecia. I zesłańcy w tych fatalnych warunkach pracują, masowo ginąc przy procesie odbudowy ekosystemu planety. Oczywiście Ziemianie wyposażają ich w sprzęt do tego niezbędny – to tak jak w przeszłości z niewolnikami, budującymi warownie, zamki czy eksplorującymi kopalnie. Śmierć niewolnika to niewielka strata, zawsze można sprowadzić nowych, a szkoda, żeby “wartościowi” obywatele się tak trudzili. Tak nasz gatunek działał przez stulecia, a nawyków cięzko się wyzbyć.

 

Czy w tytule nie brakuje kropki?

Nie :)

 

Basic Lifeform Anihilation – Key Expansion Tactic

I skrót taki, bo utworzony od słowa “blanket”, czyli “koc”. Możesz wyguglać Amherst, wtedy wszystko stanie się jasne ;)

 

Dziękuję za odwiedziny, czas, który poświęciłaś na lekturę i podzielenie się wrażeniami :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Nie do końca. Powiedz, co lepsze:

a. Najazd na planetę, poniesienie strat, przystosowanie jej do własnych potrzeb własnymi rękami

b. Przekonanie mieszkańców, że jest się przyjacielem, wspomożenie ich technologią, dzięki której odwalą lwią część roboty, potem wybicie mieszkańców i wkroczenie na gotowe, przy minimalnym wysiłku własnym.

To wersja b. lepsza, ale może w tekście przydałoby się mocniej pokazać to przystosowanie planety dla Ziemian. Te kompleksy badawcze mogłyby się rozrastać w całe osiedla. Taka sugestia ;)

 

Nie :)

Basic Lifeform Anihilation – Key Expansion Tactic

I skrót taki, bo utworzony od słowa “blanket”, czyli “koc”. Możesz wyguglać Amherst, wtedy wszystko stanie się jasne ;)

Tak czułam, że to ja nie ogarniam przekazu, ale lepiej się upewnić.

Są uszkodzenia, których naprawić się szybko nie da. Jeśli proces degradacji zastaje się gdzieś tak w połowie, to można przeciwdziałać, jakoś zaradzić, zminimalizować straty. Kiedy ten sam proces jest na ukończeniu – niewiele już mozna zrobić. Ludzkośc niszczyła swoją planetę, płacąc ogromną cenę za dojście do mozliwości podróżowania do gwiazd. A kiedy już osiągnęła ten poziom, okazało się, że Zeimia jest nie do odratowania – a przynajmniej nie do odratowania bez poniesienia ogromnych kosztów i nakładu pracy rozciągniętego na stulecia. I zesłańcy w tych fatalnych warunkach pracują, masowo ginąc przy procesie odbudowy ekosystemu planety. Oczywiście Ziemianie wyposażają ich w sprzęt do tego niezbędny – to tak jak w przeszłości z niewolnikami, budującymi warownie, zamki czy eksplorującymi kopalnie. Śmierć niewolnika to niewielka strata, zawsze można sprowadzić nowych, a szkoda, żeby “wartościowi” obywatele się tak trudzili. Tak nasz gatunek działał przez stulecia, a nawyków cięzko się wyzbyć.

Niech będzie, że tak. W końcu podbijanie nowych światów jest ciekawsze niż mozolne odnawianie własnej planety. Czyli ciąg wydarzeń był właściwie taki, że Ziemianie najpierw opanowali sposób podróżowania, a technologię proekologiczne odkryli później, gdy Ziemi nie dało się już uratować? Tu mi się jeszcze nasunęło takie spostrzeżenie, że mało zróżnicowany ten wszechświat pod względem ekosystemów. Rasy są do siebie podobne i mogą żyć na różnych planetach. Może przydałaby się jakaś wzmianka, że najeźdźcy wybierali konkretne planety, a te zbyt odmienne od Ziemi zostawiali w spokoju?

 

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Hej, Outta :)

Zgrabny i przyjemny szorcik, ale nie doznałem jakiegoś większego zachwytu. Gdyż ponieważ:

 

Sama forma, którą zastosowałeś, należy zwyczajnie do tych, za którymi nie przepadam. Opowieść w stylu: A było to wtedy i wtedy, gdy byłem taki i taki. Przyszli, zobaczyli itd. Wiesz, chodzi o opowieść bez akcji, dialogów, w formie przeszłej. Owszem, poniekąd sprawdza się w tekście o takiej długości, ale mnie opowiadanie tak napisane nie potrafi zaangażować emocjonalnie. A to dla mnie bardzo ważny aspekt podczas lektury. Tę uwagę traktuj jednak jako całkowicie subiektywną.

 

Generalnie od samego początku wiadomo, że ta opowieść nie zakończy się dobrze. Czytając po prostu czeka się na to, w jaki sposób obcy zrobią kuku Ziemianom. Od tego zdania:

Według przybyszów najlepszym wyjściem była ingerencja w geny.

Jest już to pewne. I w zasadzie od tego momentu myślałem, że przez ingerencje w geny zwyczajnie przejmą kontrolę na Ziemianami. I trochę, a nawet bardzo mnie zdziwiło, że niemal wszystkich wytłukli wirusem, zostawiając marne 2% na niewolników. Skoro byli tak mocno rozwinięci i owinęli sobie ludzi wokół paluchów, to nie mogli wszystkim wszczepić to i owo? Rozumiem, że chcieli przejąć planetę, więc może potrzebowali ją wyczyścić aby zwolniło się miejsce, ale rasie, która wędruje po wszechświecie, niewolnicy mogliby chyba przydać się na inne sposoby.

 

Obcy przybyli na gotowe i przejęli nasz świat. Brutalnie obudzili ze snu, depcząc nasze marzenia. Kłamali od samego początku, od pierwszego dnia kontaktu realizując własny plan.

Nigdy nie byli naszymi przyjaciółmi. To kosmiczna zaraza, plaga, która rozwinęła się technologicznie kosztem wyjałowienia macierzystej planety. Rasa istot niszcząca napotkane cywilizacje, by zająć ich miejsce i nadal się mnożyć, infekować swoim istnieniem coraz większe połacie kosmosu.

Cały ten fragment, a w szczególności pogrubione zdania, rażą mnie niemiłosiernie takim tłumaczeniem oczywistych oczywistości. Aż muszę wstawić ten obrazek:

 

Reasumując:

Przyjemny szorciak, ale przez formę nie zdołał mnie w żaden sposób głębiej zaangażować, a sama fabuła była dla mnie na tyle przewidywalna, że tylko czekałem czy pójdziesz w stronę A, czy może B. Mimo, że wybrałeś C, nadal mnie to w żaden sposób nie zaskoczyło. Bo wiesz, to tak jakbym od początku tekstu wiedział, że ukatrupią na końcu głównego bohatera stawiając na to, że obetną mu łeb albo przebiją mieczem, a tu jednak spłonął na stosie. Otoczka inna, ale niewiele zmieniająca.

No, to dziś ja trochę ponarzekałem :P

Pozdrawiam!

,

 

bardzo dobrze napisany szort. Z satysfakcją powiem, że prawie od początku spodziewałem się, skąd przybyli pokojowo nastawieni obcy. I czym się to skończy.

Dodam jeszcze offtopowo: Pod wpływem Twojej historii przyszło mi do głowy, że gdyby podczas napaści na sowiecką Rosję, Niemcy, zamiast używania bezsensownego okrucieństwa, przedstawiali się jako przyjaciele niosący masom wyzwolenie od komunizmu i nadzieję na normalność, prawdopodobnie podbiliby kraj po Pacyfik i to z wielką pomocą samych Rosjan. Na szczęście nie byli na tyle wyrafinowani.

“Kiedy ludzie mówią ci, że coś jest nie tak albo im się nie podoba, prawie zawsze mają rację. Kiedy mówią ci, co dokładnie według nich jest źle i jak to naprawić, prawie zawsze się mylą”. Neil Gaiman

Yo!

 

@Alicella

 

Te kompleksy badawcze mogłyby się rozrastać w całe osiedla.

A wiesz, że pierwotnie chciałem dać obcym cały wielki teren wielkości małego państewka, ogrodzony i niedostępny dla rodowitych mieszkańców :) Ale zmieniłem koncepcję i zostaje jak jest.

 

Czyli ciąg wydarzeń był właściwie taki, że Ziemianie najpierw opanowali sposób podróżowania, a technologię proekologiczne odkryli później, gdy Ziemi nie dało się już uratować?

Mnie więcej w tym samym czasie, ale Ziemia nie była już do odratowania. Załóżmy, że Ziemianie powoli dobijają do cywilizacji Typu I według Skali Kardaszowa.

 

Tu mi się jeszcze nasunęło takie spostrzeżenie, że mało zróżnicowany ten wszechświat pod względem ekosystemów. Rasy są do siebie podobne i mogą żyć na różnych planetach.

Masz rację, ale skoro nie przeszkadza to w takich Star Warsach, Star Trekach, Ekumenach czy innych Valerianach, to uznałem, że takie małe zróżnicowanie w szorcie mojego autorstwa zbrodnią nie będzie ;)

 

@Realuc

 

Sama forma, którą zastosowałeś, należy zwyczajnie do tych, za którymi nie przepadam. Opowieść w stylu: A było to wtedy i wtedy, gdy byłem taki i taki. Przyszli, zobaczyli itd. Wiesz, chodzi o opowieść bez akcji, dialogów, w formie przeszłej. Owszem, poniekąd sprawdza się w tekście o takiej długości, ale mnie opowiadanie tak napisane nie potrafi zaangażować emocjonalnie.

I tutaj nie sposób się nie zgodzić, Realucu. Mnie też męczy taka narracja i w dłuższej niż 6-8k znaków formie na pewno odpadłbym. Dlatego nawet zastanawiałem się, już po napisaniu, czy nie zacząć od nowa w inny sposób, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że to męczy. Mój pierwszy tekst na tym portalu był w takiej formie, ale był impresją, tym razem impresji nie ma i ostatecznie zostawiłem jak jest.

 

I trochę, a nawet bardzo mnie zdziwiło, że niemal wszystkich wytłukli wirusem, zostawiając marne 2% na niewolników. Skoro byli tak mocno rozwinięci i owinęli sobie ludzi wokół paluchów, to nie mogli wszystkim wszczepić to i owo? Rozumiem, że chcieli przejąć planetę, więc może potrzebowali ją wyczyścić aby zwolniło się miejsce, ale rasie, która wędruje po wszechświecie, niewolnicy mogliby chyba przydać się na inne sposoby.

W tekście jest taki fragment:

 

Obcymi rękami przywrócić do życia, gdy sami są zajęci nurzaniem własnych dłoni w krwi tysięcy cywilizacji.

 

Niewolników mają dostatek, bo nie tylko z tego świata ich czerpią. Załozyłem, że ta cywilizacja jest na naszym obecnym etapie i populacja wynosi circa 7mld istnień – dwa procent to 140 milionów. Żeby zachować tożsamość etniczną wystarczy. To nawet za dużo, bo przy takiej liczbie prawdopodobieństwo buntu lub jakichś zrywów wyzwoleńczych jest całkiem spore. Dlatego nie więcej. Całkowite wyniszczenie też złe, bo zostawienie sobie niewielkiej populacji pozwala łatwiej zagłuszyć sumienie, zarówno tych odpowiedzialnych za ludobójstwo, jak i zbiorowe sumienie opinii publicznej. Oparłem się tutaj na podboju ameryki przez kolonistów i tego, w jaki sposób doprowadzili indian na skraj wymarcia.

 

Cały ten fragment, a w szczególności pogrubione zdania, rażą mnie niemiłosiernie takim tłumaczeniem oczywistych oczywistości.

Hmm, chyba masz rację, ale to pasuje do konwencji opowiadania snutego przez istotę, która poczuła się zdradzona. Zastanowię sie jeszcze nad tym.

 

No, to dziś ja trochę ponarzekałem :P

:D Raz ja u Ciebie, raz Ty u mnie. Seems legit ;)

 

@Andy

 

Dzięki za miłe słowa :)

 

Z satysfakcją powiem, że prawie od początku spodziewałem się, skąd przybyli pokojowo nastawieni obcy. I czym się to skończy.

Bo i jakoś specjalnie się z tym nie kryłem, ale miałem nadzieję, że jednak kilka osób w jakimś stopniu zaskoczę. Cieszę się, że wśród czytelników są zarówno osoby, które dały się podejść, jak i osoby, ktore od początku wiedziały – to dla mnie ważne, bo skoro zaskoczenia się nie spodziewasz, a mimo to czytasz alej, by potwierdzić swoje podejrzenia, to znaczy, że tekst nie jest do bani :)

 

Dodam jeszcze offtopowo:

 

Myślę, że masz rację z tym offtopem. prawie już stuletni kuzyn mojego dziadka opowiada czasem historie z czasów IIWŚ i kilka razy wpomniał, że kiedy z wehrmachtem szli na ruskich, początkowo ludność z terenów wiejskich traktowała ich jak zbawców, przyjmowała z otwartymi rękami, mając nadzieję wyrwać się spod czerwonego buta Stalina. A potem Kurt – tak się nazywa ten kuzyn – wlazł na minę i odesłali go rannego z powrotem, dzięki czemu przeżył :)

 

Dziękuję Wam za odwiedziny, lekturę i podzielenie się opinią :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Powierzchniowo wszystko ładnie się czyta i klei. Ludzkość jako kosmiczni opresorzy i kolonizatorzy światów – znając naturę człowieka, jak najbardziej do uwierzenia. Tylko że jak trochę bliżej się przyjrzeć to już nie jest tak przekonująco. Cała podbudowa do twista, która sprawia że jest zaskakujący (no, w miarę;-)) jest jednocześnie powodem, dla którego tekst traci wiarygodność. Obcy są bardzo ludzcy, a ludzie bawiący się w długie podchody, żeby przejąć planetę, choć dysponują zaawansowaną technologią, już mniej. Trochę jest tak jakby twist dyktował to, co i jak działo się wcześniej. Bardzo szybko też wiadomo, że skończy się źle.

Tekst nie zostanie ze mną na dłużej, ale czytało się przyjemnie :-).

Dream big.

Hej Outta Sewer.

 

Szort napisany jest sprawnie, ale niestety niezbyt mnie porwał. :(

 

“Uwierzyliśmy.” – to krótkie, efekciarskie zdanie, sprawiło na mnie wrażenie, że to intro text do jakiegoś generycznego filmu sci-fi. To nie jest dobre skojarzenie. Odebrałem to jako dosyć siłowe budowanie atmosfery. Moim zdaniem warto byłoby zastanowić się nad tym, jakby można było uniknąć tej kliszy, bo rzuca się w oczy.

Pomysł jest, moim zdaniem, trochę za miałki na szorta. Nie jest niczym więcej niż starym “Evil all along” widocznym z kilometra. Przydałby się tam jakiś drugi twist na końcu. Serum jest tu ciekawym, potencjalnym obosiecznym mieczem, bo z jednej strony zamienia ludzi w Obcych, ale umożliwia też… zinfiltrowanie Obcych przez ludzi. Można byłoby na tej bazie zbudować drugiego twista, nadającego mu oryginalność i prawdziwy element zaskoczenia. W obecnej formie tekst jest po prostu trochę za płytki.

Łukasz Zaroda

Cześć dogs, Luken :)

 

Cieszę się, że poświęciliście chwilę na lekturę. Co do Waszych wątpliwości, cóż, z większością się zgadzam. Jak napisałem w przedmowie tekst powstał pod wpływem impulsu, po przeczytaniu artykułu na temat Jeffry Amhersta i zainfekowanych VARV kocy, które trafiły w ręce indian – pierwszy przypadek uzycia broni biologicznej. I pomyślałem, że w podobny sposób my, ludzie, zachowalibyśmy się względem obcych ras, chcąc przejąć ich ziemie i zawłaszczyć zasoby naturalne.

 

Obcy są bardzo ludzcy, a ludzie bawiący się w długie podchody, żeby przejąć planetę, choć dysponują zaawansowaną technologią, już mniej. Trochę jest tak jakby twist dyktował to, co i jak działo się wcześniej. Bardzo szybko też wiadomo, że skończy się źle.

Owszem, są ludzcy, bo to, że będą podobni do nas jest równie mozliwe jak to, że będą całkowicie odmienni, co już nie raz było wałkowane w sf. I rzeczywiście podchody są długie, ale lepiej zbudować sobie lepsze warunki obcymi rękami, niż walczyć, potem sprzątać po walkach i dopiero własnym nakładem sił zaczynać przystosowywanie terenu pod siebie. Założyłem również, że ludzie musieliby opracowac najpierw odpowiedniego wirusa, który zabijałby rdzennych mieszkańców, jednocześnie nie mając wpływu na ludzi i oszczędzając tych, których zaszczepiono, by w przyszłości zrobić z nich niewolników, a stworzenie takiego wirusa pewnie trochę czasu trwałoby.

 

Przydałby się tam jakiś drugi twist na końcu. Serum jest tu ciekawym, potencjalnym obosiecznym mieczem, bo z jednej strony zamienia ludzi w Obcych, ale umożliwia też… zinfiltrowanie Obcych przez ludzi. Można byłoby na tej bazie zbudować drugiego twista, nadającego mu oryginalność i prawdziwy element zaskoczenia. W obecnej formie tekst jest po prostu trochę za płytki.

Serum nie zamienia ludzi w obcych, tylko uodparnia obcych na sztucznie stworzonego wirusa. Ale krytykę przyjmuję na klatę, bo tekst powstał pod wpływem chwili i niespecjalnie przemyśliwałem co by mozna jeszcze dorzucić, tylko go napisałem tak, jakby obcy byli indianami, którym ludzie podarowali zainfekowane koce (blankets), roztaczając przed nimi wizje współpracy i dobrobytu.

 

Dziekuję Wam raz jeszcze za zostawienie po sobie śladu i za Wasz czas.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Q

Known some call is air am

Przepraszam za to zamienianie ludzi w Obcych. Wiedziałem że to nie jest to jeszcze podczas pisania, ale że jestem aktualnie chory i mózg mi słabo pracuje, to nie miałem siły na wymyślenie lepszego określenia ;) .

Łukasz Zaroda

Chillin, mon.

 

Zdrowiej szybko :)

Known some call is air am

Owszem, są ludzcy, bo to, że będą podobni do nas jest równie mozliwe jak to, że będą całkowicie odmienni, co już nie raz było wałkowane w sf.

Dlaczego od razu całkowicie odmienni? Wystarczy, że nie są ludźmi – czyli różnice muszą istnieć. Jasne, nie musisz ich uwzględniać w tekście, ale dużo bardziej byłoby przekonujące, gdybym po poznaniu twistu mogła spojrzeć na tekst wstecz i stwierdzić “a rzeczywiście! to i to mogłoby wskazywać, że to jednak nie są ludzie”. A tak, twist wyskakuje trochę z kapelusza, a ja zostaję z poczuciem, że miałeś tezę i pod nią napisałeś tekst, niekoniecznie przywiązując wagę do tego, żeby poszczególne elementy grały ze sobą. I gwoli wyjaśnienia/dopowiedzenia – nie próbuję być upierdliwa, tylko możliwie jasno przedstawić mój punkt widzenia :P

Dream big.

Cześć!

 

Krótkie i z pomysłem. Niezły twist w końcówce. “Mały chłopiec” mi się przypomniał. Tam też ostatnie słowa zmieniały punkt widzenia (w pewnym sensie). Kosmiczna zaraza, wędrująca pod przykrywką niesienia oświecenia.

Bardzo przyjemnie napisane, choć to gawęda, ale nie maiłem problemu ze skupieniem uwagi. Wciąga!

Jedna tylko rzecz rzuciła mi się w oczy (uwaga, zboczenie techniczne):

Ogromny statek przybyszów zawisnął na orbicie stacjonarnej

Na orbicie się nie wisi, bo przebywanie na orbicie z definicji wiąże się z ruchem. Można wejść na orbitę. Albo zawisnąć nad jakimś miejscem.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

@dogs

 

Jasne, nie musisz ich uwzględniać w tekście, ale dużo bardziej byłoby przekonujące, gdybym po poznaniu twistu mogła spojrzeć na tekst wstecz i stwierdzić “a rzeczywiście!

Masz całkowitą rację. Tekst się napisał w moment. Ale kiedy już był, zacząłem myśleć, czy by nie dodać jakichś naprowadzaczy, wymyślić coś, co odróżniałoby ich od nas. No i wyszło moje lenistwo, bo machnąłem ręką i zarzuciłem przemyślenia na ten temat, dałem publikuj, a teraz masz babo klops. Focus, Outta, focus harder, goddamit…

 

I gwoli wyjaśnienia/dopowiedzenia – nie próbuję być upierdliwa, tylko możliwie jasno przedstawić mój punkt widzenia :P

Te, ja nie primadonna, którą trzeba zapewniać, że się niczego złego nie ma na myśli, bo się jeszcze obrazi ;) A tak serio, dogs, to przecież ja wiem, jestem już tutaj dostatecznie długo, a poza tym, Wasze komentarze uważam za wartościowy feedback, który pozwala mi się uczyć. Więc chillin, chillin, jak mawiają hamerykańskie rapery i spokojnego wieczoru :)

 

@krar

 

Siemano :)

 

Dzięki za miłe słowa. Wspomnainy przez Ciebie tekst miał jednak więcej niedopowiedzeń, a jednocześnie w zawoalowany sposób naprowadzał na twist. Tutaj, jak wspomniała już dogs, poszedłem bardziej na łatwiznę i pominąłem ukryte kierunkowskazy, tekst prawie całkowicie ich pozbawiając. Z tym statkiem zaraz naprawię, dzięki wielkie za zwrócenie uwagi :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

No, mogłoby tak być. Pewną wprawę już mamy. Jeszcze tylko opracować FTL, podciągnąć ekologię i załatwione. Cortezów to my nigdy nie wyplenimy…

Dotykasz ciekawego problemu. Właśnie nie poruszasz, tylko dotykasz.

Zgadzam się, że początek jest z bardzo dużym dystansem – streszczenie historii. IMO, przydałby się jakiś najazd kamery od czasu do czasu, żeby pokazać tu szczegół, tam fabularny kwiatek.

Babska logika rządzi!

lataliśmy nie dalej niż

Lataliśmy nie dalej, niż. Ingliszowate ciutkę.

językach, żywych i martwych, jakich używano na planecie

Chyba lepiej "których".

innych, rozumnych istot

Bez przecinka, bo parsuje się trochę niejednoznacznie.

 napotkaną przez nich rasą

Niby się przyjęło w SF, ale "rasa" w sensie "gatunek" to anglicyzm, który zawsze mnie zdumiewa. Taka dygresyjka.

 Mieli zamiar pomóc nam się rozwinąć

Trochę to sztywne, ale ta sztywność, mam wrażenie, coś zapowiada. Zobaczymy.

 Przekazali nam technologie

Kolejna językowa klisza SF.

 pozbawione wielu przykrych aspektów

Hmm.

 problem związany z emisją spalin i gazów cieplarnianych

Zdawało mi się, że tych problemów jest więcej…

 Kolejne technologie były wprowadzane masowo, za każdym razem ze zbawiennym skutkiem dla ekologii.

Hmm.

 byli sceptyczni co do pokojowych zamiarów obcych.

Nie wiem, czy nie dałabym tu przecinka.

 Jednak tak daleko jak obcy podróżować nie mogliśmy.

Przeczytaj na głos?

ekstremalnych

Wrr.

 Mijały lata, w trakcie których nad planetą pojawiło się więcej obcych statków.

Mijały lata, nad planetą pojawiło się więcej obcych statków.

 czegoś co do niedawna było nie do pomyślenia

Czegoś, co. A czemu było nie do pomyślenia?

 Byliśmy niecierpliwi, gotowi ruszyć do gwiazd, zrealizować snute od wielu pokoleń marzenia.

Jakoś… propagandowo brzmią te zdania. Tak ma być? Kojarzy mi się luźno z "Końcem dzieciństwa".

 lecz problem tkwił w naszych zbyt wątłych ciałach

Hmm.

 zakrzyczane przez rządową propagandę ekspansji

Jaasne, zwalmy wszystko na rząd :P

 partycypować w przewidywanym sukcesie

To już jawna propaganda.

 Rozpoczęto pobieranie materiału genetycznego, testy, próbki

Rozpoczęto próbki?

 informacja

Rym z "obserwacje".

 Cieszyliśmy się czekającymi

Przeczytaj na głos?

 Amherst uodpornił nas na wirusa, a jednocześnie sprawił, że staliśmy się jego nosicielami. Pacjentami zero.

No, właśnie nie pacjentami zero, bo oni chorują. Nosiciel nie ma objawów, tylko przenosi chorobę. Zdanie ciut ściśnięte.

 przybywającymi z przeludnionych

Przeczytaj.

niedobitki rdzennych mieszkańców obwołać gorszą rasą, gatunkiem służebnym

Dobra, ale po co? Nie byłoby sensowniej wysterylizować planetę do końca? Przecież mają roboty, a skoro jest u nich przeludnienie, to i własny plebs. Po co zostawiać miejscowych i ryzykować Spartakusów? I to takich, którzy się raczej nie poddadzą?

 Kłamali od samego początku, od pierwszego dnia kontaktu realizując własny plan.

Cały akapit dość purpurowy i patetyczny.

Tych, którzy nie okazują posłuszeństwa najeźdźcy zsyłają

Wtrącenie: Tych, którzy nie okazują posłuszeństwa, najeźdźcy zsyłają.

 Obcymi rękami przywrócić do życia, gdy sami są zajęci nurzaniem własnych dłoni w krwi tysięcy cywilizacji.

Patetyczne.

 takich jak ja zesłańców

Takich, jak ja, zesłańców.

 Nienawidzę tej planety, ponieważ zrodziła zarazę, która zabiła mój świat – Ziemian.

OK… urczę.

 

Gdyby nie ostatnie zdanie, powiedziałabym: niezłe ćwiczonko albo początek czegoś większego. Niestety, w tymże ostatnim zdaniu postawiłeś na terapię szokową. Nie jesteś w tym pierwszy, i na pewno nie ostatni. Muszę pochwalić "Amherst" jako zapowiedź rozwiązania (nie wiedziałam, ale sprawdziłam) – nie każdy złapie od razu, ale widać wyraźnie, że to ziemska nazwa. Poza tym – jest trochę purpurowo i patetycznie, nie wiem, czy to dobry pomysł. W czymś dłuższym raczej by się nie sprawdził, choć może dobrze, że budujesz pewien dystans do narratora. Sporo streszczasz. Ten pomysł powinien chyba pooddychać.

 To co powyżej zostało spisane jest IMHO smutną prawdą o nas, jako gatunku.

Częścią prawdy, tak. Polecam Lafferty'ego "Podróż w blaszanej puszce".

 Czym jest brak pokory? Niegodzeniem się na bycie pod czyimś butem.

Nie. Pokora i uległość – to nie to samo. Oczywiście, najeźdźcy będą je zrównywać, dopóki i na nich nie przyjdzie kryska.

I nie wydaje mi się, żebym kiedyś chciał to rozwinąc w dłuższą formę, to i tak jest przegadane.

Zdaje mi się, że nie tyle przegadane, co purpurowe miejscami. Ale zależy, czy chciałeś przekazać tylko tę konkretną obserwację (wtedy nie ma co przedłużać), czy coś więcej.

 Przekonanie mieszkańców, że jest się przyjacielem, wspomożenie ich technologią, dzięki której odwalą lwią część roboty, potem wybicie mieszkańców i wkroczenie na gotowe, przy minimalnym wysiłku własnym.

Owszem, sensowne. I nie ma ryzyka zniszczenia infrastruktury, jak w czasie wojny. Ale też – jak mówiłam – gdybym ja była Złą Lordessą, wytrułabym potem wszystkich.

 okazało się, że Zeimia jest nie do odratowania – a przynajmniej nie do odratowania bez poniesienia ogromnych kosztów i nakładu pracy rozciągniętego na stulecia

 Cały ten fragment, a w szczególności pogrubione zdania, rażą mnie niemiłosiernie takim tłumaczeniem oczywistych oczywistości.

Ano. Bohater zapłacił za tę wiedzę – ale my nie. Nam się ją rzuca przed wieprze.

 Całkowite wyniszczenie też złe, bo zostawienie sobie niewielkiej populacji pozwala łatwiej zagłuszyć sumienie, zarówno tych odpowiedzialnych za ludobójstwo, jak i zbiorowe sumienie opinii publicznej.

Hmm… No, nie wiem. Co z oczu, to z serca. Niewolnicy jednak przypominają, jak drzazga (i za to się ich, między innymi, nienawidzi…), a wymarłych można żałować, można walczyć o pamięć o nich, można urządzać rekonstrukcje i inne cyrki, ale naprawdę nikogo nie obchodzą. Są już tylko obrazkiem, idealizacją. Najwyżej symbolem.

 to pasuje do konwencji opowiadania snutego przez istotę, która poczuła się zdradzona

Ano, tak.

 skoro zaskoczenia się nie spodziewasz, a mimo to czytasz alej, by potwierdzić swoje podejrzenia, to znaczy, że tekst nie jest do bani :)

Yup ^^

I pomyślałem, że w podobny sposób my, ludzie, zachowalibyśmy się względem obcych ras, chcąc przejąć ich ziemie i zawłaszczyć zasoby naturalne.

Może tak, może nie. Nie Ty pierwszy, powtarzam, miałeś to skojarzenie, i na pewno nie ostatni. Nic w tym złego – po prostu krąży w noosferze taka idea, i akurat Tobie wpadła do głowy.

 Założyłem również, że ludzie musieliby opracowac najpierw odpowiedniego wirusa, który zabijałby rdzennych mieszkańców, jednocześnie nie mając wpływu na ludzi

Wirusy nie przeskakują między gatunkami tak znowu łatwo. To pasożyty, są wyspecjalizowane. Między biocenozami całych planet już na pewno się nie przenoszą – żeby wybić jakiś gatunek, lepiej zmodyfikować wirusa, który już go atakuje. Zresztą, zawsze zdarzą się osobniki odporne (po to, miedzy innymi, rozmnażamy się płciowo, żeby być różnorodni, bo monokulturze wystarczy drobiazg, żeby wyzdychała).

jestem aktualnie chory i mózg mi słabo pracuje, to nie miałem siły na wymyślenie lepszego określenia ;) .

 Dotykasz ciekawego problemu. Właśnie nie poruszasz, tylko dotykasz.

No, mówiłam. Krótkie.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Co do formy i dyskusji z @Realuc – wydaje mi się, że właśnie opisanie takiej historii w formie szorta mogło się odbyć tylko w takiej narracji.

I już chyba nawet wiem, jakie to opowiadanie mogło być inspiracją tego tekstu.

Czyżby “Inne niebo” ?

Pozdrawiam i polecam do biblioteki!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Dantes, być może masz rację. Nie zmienia to jednak faktu, że taka forma nie jest w stanie zaangażować mnie emocjonalnie, niezależnie czy jest koniecznością, czy też nie ;)

Przyleciała mucha i będzie brzęczeć.

Ciekawe, Q. :-) Czytało się dobrze, sprawnie napisane. Szkoda, że fabuły pełnokrwistej nie ma zbyt wiele. Po prawdzie raczej wspomnienie. Twist zauważony. xd

Urządzenia zbudowane dzięki obcej myśli technicznej pozwoliły w krótkim czasie wyeliminować problem związany z emisją spalin i gazów cieplarnianych. Kolejne technologie były wprowadzane masowo, za każdym razem ze zbawiennym skutkiem dla ekologii.

Przy tych urządzeniach eliminujących – bez założenia zmiany poziomu eksploatacji – spora niewiara mi się uruchomiła.

Ostatnio oglądałam film "Piąta fala", chyba klasy B/C, miał zmyślnie poprowadzonych bohaterów, ukrywała się w nim podobna – w pewnym sensie – zagadka.

 

Z tym Amherstem miałam kłopot, bo dla mnie jest przede wszystkim miejscem życia Emily Dickinson. Psiakostka, znam dwie poetki na krzyż, a Ty mi się wpasowujesz. :P Koc wydatnie spomógł, choć początkowo w głowę zachodziłam, jak się wiąże z poezją, lecz na szczęście szybko dałam temu spokój.

A tak w ogóle interesujące odniesienie do lorda Jeffa A.! Lubię zagadki. Tu, jest mocne, znamienne dla działalności człowieka. Ale, ale, czasami coś dałoby radę nadbudować, fabularnie, znaczy się. Jednak, wiesz, może nie zawsze jest to potrzebne. ;-)

 

Poniżej – odreagowanie dokumentu o oblężeniu politechniki w Hongkongu w listopadzie 2019. Wczorajszą nocką obejrzałam.

'Zaczął się piąty dzień oblężenia. Wszystkim puszczały emocje. Nie było dowództwa. Nikt nie chciał się go podjąć. Ja też. Trzy próby sforsowania barykady policji i wojska nie powiodły się, na kolejną nikt nie miał już siły. Kończyło się jedzenie. Grupa dyrektorów szkół weszła na teren uczelni jako negocjatorzy i przekonała część osób, aby się poddali najeźdźcom i wrócili do słodkich domów albo do… – nie wiem, jakie są ich areszty, o innym wolałem nie myśleć.

Silniej nakryłem się kocem, likwidując najmniejsze szczeliny. Ostatnia osłona i bezpieczeństwo.

Zbliżali się. Nie usłyszałem kliku, trzasku, szmeru otwierania drzwi, ale wiedziałem, że już weszli do auli. Ich oczami zobaczyłem kilkadziesiąt osób starannie owiniętych kocami. Potem syk odblokowanej rakietnicy. Zostałem sam. Po piętnastu minutach odrzuciłem koc. Wstałem i wraz z innymi udałem się do wyjścia, bo było po wszystkim. Bardzo chciałem zostać przemienionym właśnie teraz, a nie wcześniej. Niestety, nie było mi to dane.'

 

Udaję się uprawiać skarżypyctwo, bo fajne skojarzenia i poprawnie (dla mnie) zapisane. 

 

Edytka

PS. Doczytałam komentarze i tak sobie dumam:

Historycznie rzecz ujmując, raczej bardziej prawdopodobne jest dla "rasy" ludzkiej zagarnianie, czyli przejmowanie i zawłaszczanie obcych ziem i zasobów.

Z przenoszeniem, "przeskakiwaniem" wirusów nie byłabym taka pewna, bardzo szybko się zmieniają, to dla nich być albo nie być. A życie znajduje się nawet na “zaschłych” meteorytach. Nasza różnorodność jest mizerna, Tarnino, jeśli chodzi o szybkie dostosowanie do środowiska i koegzystencję. Przewagą jest rozum i w dodatku zagregowany przez zbiorowość.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hej, Outta!

 

Dla mnie szort, jeśli jest pisany w takiej formie, to musi się zakończyć wgnieceniem w cokolwiek, na czym akurat spoczywam. Zbliżając się do końca liczyłem na to jedno, końcowe zdanie, które zostanie ze mną na dłużej, że je zapamiętam. Trochę się jednak zawiodłem, pomyślałem “hmm, no ok” i tyle.

Technicznie, co tu dużo mówić, przeczytałem bez wysiłku, ale tego akurat się spodziewałem – widziałem kto jest autorem.

Podsumowując: ładnie napisane, ale bez fajerwerków przy odbiorze. W głowę weszło, ale obawiam się, że wkrótce wyjdzie.

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej,

 

fajna i porządnie napisana historia, jak zwykle u Ciebie. Poprawnie (dobrze) budujesz napięcie, układasz hisotrię, w którą wplatasz narratora i którą okraszasz twistem, który może dla niektórych być nieco mniej, a dla innych nieco bardziej zaskakujący. Jest dobrze, porządnie, wszystko się spina i jest okej.

 

Ale dla mnie nie jest świetnie, brakuje czegoś, jakiegoś takiego rysu geniuszu, tajemniczej przyprawy ;) Bo tu jest potencjał na urwanie tyłka, a mi z jakiegoś powodu nie urwało.

Powtórzę tutaj opinię Realuca i Lukena, niektóre zdania są nieco łopatologiczne, lub niezgrabne. Dla mnie takie zdanie, to także zdanie ostatnie, kluczowe dla całej historii:

Nienawidzę tej planety, ponieważ zrodziła zarazę, która zabiła mój świat – Ziemian.

Mi to nie brzmi, ja widzę tutaj szwy narracyjne, to zdanie jest ewidentnie skierowane do czytelnika.

 

Dodatkowo kilka tematów można by pociągnąć – motyw wirusa, na fali tego co obecnie się dzieje, motyw ekologii i wyniszczenia planety, technologia podróżowania szybciej niż światło (co samo w sobie mogłoby być tematem na oddzielnego szorta).

 

I jeszcze na koniec, nawiązując do tego co napisał Andyql, historia nas nauczyła, że rzadko kiedy systemy które głoszą pomoc, równość i powszechny dobrobyt naprawdę do tego dążą. Podporządkowanie nowej planety poszło ciut za łatwo. Dodatkowo podarowanie nowej technologii, stanowi pewien czynnik ryzyka, dlaczego by nie zainfekować wirusem od razu?

 

Pozdrawiam!

Martwe liście i brudna ziemia

Żeby najpierw tubylcy oczyścili planetę i można było przyjść na gotowe.

Babska logika rządzi!

Podobało mi się, jak prowadzisz narrację. Do samego końca byłam przekonana, że opisujesz inwazję obcych na Ziemię. Ładnie pokazujesz, że nasze lęki przed tymi złymi Obcymi są jedynie projekcją tego, co sami byśmy zrobili, gdybyśmy tylko mogli.

Z czepów: obawiam się, że zniszczymy naszą planetę, zanim osiągniemi poziom technologiczny, pozwalający na takie loty.

Kopniaczek :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

UWAGA SPOILERY!

 

Zacznę od strony merytorycznej, że się tak wyrażę, potem przejdę do technicznej. Fabuła Twojego szorta jest niestety przewidywalna. I nie zmienia tego twist w finale, którego w sumie domyślamy się od pewnego czasu pomimo w sumie nieuczciwych (o tym później) zmyłek Autora.

Pod opowiadaniem Edwarda Pitowskiego “Obca dusza” pisałem niedawno: (…) pokojowa inwazja obcych, którzy ofiarują ludziom spokój/pokój (…), ale ich prawdziwe zamiary pozostają nieznane i być może wcale nie są przyjazne. Zdajesz sobie na pewno sprawę, że to motyw kojarzący się z wieloma klasykami science-fiction. Począwszy (przede wszystkim) od „Końca dzieciństwa” Clarke'a (…), a kończąc na przykład na znanym u nas w latach 80.tych serialu „Najeźdźcy z kosmosu” („Invaders”), a także poniekąd nowszej jego wersji „V” („Goście”). Pozornie pokojową inwazję mieliśmy i na portalu, chociażby w opowiadaniu Wybranietz pt. „Illicium". I jak widać mogę część tego komentarza wkleić także tutaj.

Sięgasz po bardzo klasyczny motyw, który próbujesz ograć, proponując nam “zaskoczenie” w finale, gdy odkrywasz karty i dowiadujemy się, że to ludzie są w Twojej opowieści owymi zdradzieckimi obcymi. W ogólnym zarysie bardzo podobne historie już przerabialiśmy w fantastyce wielokrotnie. Nie tylko w opowieściach o agresji czy wyższości technologicznej Ziemian-przybyszów wobec cywilizacji innych planet (szukając niedaleko, bo w polskiej fantastyce, chociażby u Lema w “Fiasku”, częściowo Grzędowicza w “Panie Lodowego Ogrodu”, Dębskiego w “Ramieniu Perseusza”, a ostatnio poniekąd Pawlaka w “Podarować gwiazdy”. Na zachodzie są tego tabuny – począwszy od filmowego “Avatara”, przez np. “Przybysza” Cherrych, “Nie wolno zabijać człowieka” Martina, “W dół, do ziemi” Silverberga, po Endera w “Ksenocydzie” itd.), ale również w podobnej formie, gdy na inwazję Ziemian patrzymy oczami obcych tubylców (wspomniany “Avatar” czy np. animacja “Terra”) lub nawet gdy tożsamość najeźdźców jest przed czytelnikiem ukrywana i stanowi pewien twist (poszukam tekstów, w którym spotkałem taki zabieg, bo pamiętam, że spotkałem, a nie mam na podorędziu w pamięci). 

Wspomniana wcześniej nieuczciwość Twojej zagrywki to zastosowanie bardzo ziemskich realiów w przedstawieniu obcej cywilizacji, które mają zamaskować Twój trick finałowy. Już w drugim zdaniu mamy więc: W czasach, w których lataliśmy nie dalej niż na okrążające planetę stacje kosmiczne, w erze niewygodnych skafandrów i marzeń o dalekiej eksploracji kosmosu.  A potem: Ogromny statek przybyszów wszedł na orbitę stacjonarną i przejął kontrolę nad satelitami komunikacyjnymi. Cały świat wstrzymał oddech. Tego samego dnia obcy nadali otwarty komunikat we wszystkich językach, żywych i martwych, jakich używano na planecie. A dalej na przykład: Urządzenia zbudowane dzięki obcej myśli technicznej pozwoliły w krótkim czasie wyeliminować problem związany z emisją spalin i gazów cieplarnianych. Kolejne technologie były wprowadzane masowo, za każdym razem ze zbawiennym skutkiem dla ekologii. itp.: Aby rozpocząć badania, przybysze potrzebowali stacjonarnych kompleksów naukowych na powierzchni planety. Wszystkie światowe rządy chciały partycypować w przewidywanym sukcesie, nie było więc kraju, który nie złożył propozycji budowy ośrodka na własnym terytorium. 

Na dodatek narrator/obcy posługuje się w swojej opowieści całkiem ziemskimi zwrotami, charakterystycznymi dla człowieka i jego kultury/historii np.: spełnienie marzeń na wyciągnięcie ręki; depcząc nasze marzenia; pacjentami zero itd.itp.

To mało wyrafinowana zmyłka, sam przyznasz, bo w zasadzie stworzyłeś na obcej planecie, wyłącznie na potrzeby swojego “zaskoczenia” i podbudowy pod puentę, cywilizację praktycznie identyczną z ziemską. A bohater, żebyś mógł ukrywać jego tożsamość jak najdłużej, gada zupełnie jak człowiek z Ziemi.

Zwyczajnie nie podoba mi się ta zagrywka i takie uproszczenie. Nawet w szorcie. I chociaż doceniam ekologiczne przesłanie ukryte w tle, a także aspekt moralny, czyli napiętnowanie człowieka jako agresora bezwzględnie i podstępnie wykorzystującego swoje przewagi wobec słabszych (nawet pochodzących z własnego gatunku jak swego czasu Indianie, Afrykanie, Aborygeni itd. na Ziemi), to jednak nie kupuję takiego chwytu. No i ogólne przesłanie tego tekstu to również nic nowego, nic odkrywczego i nic nadzwyczajnego. Sztampa. Ludzie są źli, ludzie są podli, ludzie niszczą swoją planetę i pewnie sięgną po inne w tym samym celu nie oglądajac się na innych. Jak nie podrzucą autochtonom koca z ospą (tytułowego) albo wodę ognistą to wykombinują specjalnego wirusa.

W przeciwieństwie do poprzedników, nie będę się zagłębiał w sens podobnej “inwazji”. Moim zdaniem jest nieco nielogiczna ale pewnie jakoś ją Autor może wybronić. Rozumiem, że obcy/ludzie potrzebowali czasu do opracowania tego specjalnego wirusa, wykorzystali do tego naiwność i pomoc nieświadomych niczego autochtonów. Ok. Nie będę w to wnikał zbytnio. Skoro jednak latają do innych systemów planetarnych olbrzymimi statkami (całą flotą) to i pewnie stać ich na bardziej dosadne i metody, bez tych wszystkich podchodów i darów itd.. Ale to da się obronić, jak wspomniałem.

Strona techniczna tekstu też mnie niestety nie porywa. Mamy tu kolejne streszczenie, suchą relację, sprawozdawczą opowiastkę o tym co było i co się wcześniej wydarzyło, napisaną prostym językiem. Takie raporty z inwazji niestety nie porywają, nie wzbudzają u mnie żadnych emocji. Jedno ostatnie zdanie nie wystarczy i nie zastąpi całej warstwy, powiedzmy, literackiej (emocje postaci, zwroty akcji, ciekawi bohaterowie, kulminacje, oryginalny świat przedstawiony, interesująca intryga itd. – to wszystko lub chociaż część naprawdę może się pojawić w szorcie na 5 tys. znaków). 

Przylecieli, okłamali, potem wyszło szydło z worka. Bo to byli źli Ziemianie. Widać przecież, że cała ta uproszczona i skrótowa narracja ma prowadzić do naiwnego twista w finale. Podejrzewamy jednak ten podstęp gości już wcześniej (bo znamy podobne historie) i możemy domyślić się również tożsamości najeźdźców, a sam przebieg “inwazji” jest bardzo uproszczony i standardowy, gdy porównamy go do wspomnianych wcześniejszych fabuł. Zdobycie zaufania, oferta nowych technologii i pomoc w rozwiązaniu problemów, potem pokazanie prawdziwego oblicza, zniewolenie, eksterminacja itd.. Nie ma tu niczego naddanego, niczego extra, niczego nowego. Zarówno w fabule jaki i w formie. Opowiastka jakich wiele widziałem w zinach lat 80-tych. A twist dosyć rachityczny i taki jakiś bardzo młodzieńczy w wymowie.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, użycz mi nieco swojej siły :)

Asylum, kochanie, czy to nie Ty pytałaś, czym się różnią robaki od gąsienic? Zanim przybędzie jakiś biolog z prawdziwego zdarzenia, musi Ci wystarczyć absolwentka klasy biologiczno-chemicznej:

Z przenoszeniem, "przeskakiwaniem" wirusów nie byłabym taka pewna, bardzo szybko się zmieniają, to dla nich być albo nie być. A życie znajduje się nawet na “zaschłych” meteorytach.

Wirusy nie myślą. One nie wiedzą, że korzystnie by było przeskoczyć z gatunku na gatunek. A nawet, gdyby wiedziały, ewolucja tak nie działa. Ewolucja jest procesem historycznym, jeżeli masz już płuca, wcale niełatwo jest sobie wyrobić skrzela. Jeżeli masz otoczkę przystosowaną do przyczepiania się do określonych białek w błonach komórkowych, które ma tylko jeden, konkretny gatunek, i to nie cała jego populacja, to nie może Ci się nagle odwidzieć, że wolisz infekować inny. Oczywiście, są wirusy, które infekują wiele gatunków, ale nie zaczynają tego robić, ot, tak. Patrz tu: https://pl.wikipedia.org/wiki/Wirusy#Gospodarze_wirus%C3%B3w Niektóre wirusy atakują np. tylko konkretne tkanki! Wirusy innych gromad (owadzie, roślinne) nie przeskakują na ludzi, co dopiero wirusy kosmiczne.

Nasza różnorodność jest mizerna, Tarnino, jeśli chodzi o szybkie dostosowanie do środowiska i koegzystencję.

A ja mówiłam tylko o układzie odpornościowym… i zdawało mi się, że w miarę jasno.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

A życie znajduje się nawet na “zaschłych” meteorytach.

Tego wpisu nie zauważyłem, Asylum. Proszę, proszę, czyli odkryłaś życie na meteorytach? To przecież epokowe odkrycie, czemu jeszcze Nobla nie dostałaś? ;P Oczywiście żartuję.

Owszem, słyszałem, że w meteorytach znaleziono pewne związki chemiczne (dosyć powszechne w kosmosie), np. aminokwasy, cukry (całkiem niedawno) czy nawet zasady azotowe nukleotydów. Ale to są póki co związki chemiczne, które mogą być budulcami życia (jak na Ziemi), ale nie są przecież żadną formą życia. Na odkrycie jakichkolwiek pozaziemskich form życia wciąż czekamy z utęsknieniem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Wybaczcie, że nie odpowiadam Wam na bieżąco, ale jestem aktualnie na rodziny wypadzie pod Rabką, na wygwizdowie pod Turbaczem, gdzie ciężko o zasięg. Dzięki za komentarze i krytykę, postaram się Wam odpowiedzieć, kiedy warunki będę miał bardziej sprzyjające. PS. Marasie, tylko na szybko do Twojego komentarza się odniosę: masz rację, że twist rachityczny i trochę naiwny, ale, jak już wspominałem, tekst pojawił się w głowie, w ciągu pół godziny został przelany w literki i niedługo później opublikowany. Taki głupi poryw weny :/ Kolejne rzeczy będę pisał, zostawiał do leżakowania i dopiero po czasie publikował. Ale tego katiować nie będę, bo to niegrzeczne, przede wszystkim względem Was, osób którym się chciało. Raz jeszcze dziękuję za Wasze komentarze i czas, który poswieceilisie ma lekturę. Pozdrawiam serdecznie – Q

Known some call is air am

Outta,

 

Ja tylko lekko zaktualizuję swój komentarz: dziś czytałem wydane drukiem opka s-f i też były pisane w tym stylu. Także wykazałem się nieznajomością tematu, bo tak się to po prostu pisze, ale też jestem chyba po prostu Realuc-type.

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Ukłony, Tarnino, mr.marsie. :-) 

Uważacie, że jeśli dzisiaj czegoś nie wiemy, to będzie tak na wieki wieków amen? Stan obecnej wiedzy jest ciagle jeszcze limitowany, a może zawsze taki będzie, gdyż miliony zagadek czekają na rozwiązanie, a wszechświat, ten wielki i obok nas , okrywa tajemnica.

Q, sam się obroni moim zdaniem doskonale, więc nie będę go zastępowała. Odniosę się tylko do swojej zaczepki.

Przez chwilę rozważałam, czy bronić Częstochowy (tak się chyba mówi) i wrzucać tysiące linków, ale stwierdziłam, że nie, gdyż nie w tym "pies jest pogrzebany". Zatem będzie tylko jeden link na koniec, za to czterdziestominutowy, rozmowa z astrobiolożką. Hi, hi, zaczynam używać feminatywów. xd

 

Tak, Tarnino, przed rokiem miałam zagwozdkę z rozróżnianiem robaków od glist. Pewien użyszkodnik zarzucił mi brak precyzji. Uczę się powoli, ale jednak. ;-) Ale, ale… minął rok, a ostatnio pojawiło się opko Finkli, więc trochę się przyłożyłam i zakochałam w temacie. Jest naprawdę inspirujący. Co więcej, z dzisiejszej perspektywy użycie słowa “robal zamiast glisty” w opowiadaniu nie było błędem, ponieważ potoczne i zrozumiałe.

Wirusy nie myślą. One nie wiedzą, że korzystnie by było przeskoczyć z gatunku na gatunek.

Tak, naturalnie, wirusy nie myślą, w ogóle ewolucja darwinowska nie jest celowa, nie ma planu. Czy życie może transferować z planety na planetę. Tak. Może. Przynajmniej jest taka koncepcja – panspermia i raczej bardziej prawdopodobna niźli życie człowieka w wiralu, choć nie wiem i orzechów bym na nią nie postawiła. 

Ewolucja jest procesem historycznym, jeżeli masz już płuca, wcale niełatwo jest sobie wyrobić skrzela.

Bardzo silnie siedzicie w klasycznym darwinizmie, jest szereg procesów odpowiadających za przystosowanie. Ich duża część – obecnie to tzw. neodarwinizm, a ciągle pojawiają się nowe pomysły i ustalenia. Genetyka to jedno, a w niej mutacje, których jest multum. Drugim, niemniej potężnym czynnikiem jest środowisko. W przypadku tak prostych, multiplikujących się organizmów może być łatwiej. Życie naprawdę jest mocarne, jeśli np. taki człowiek nie stawia mu barier i nie wyjaławia. Chociaż nawet i wtedy się krzewi, pytanie – czy go nie zniszczymy dokumentnie, a wraz z nim samych siebie. Popatrz na pokruszony beton, na plastiki w lasach, które porastają mchem i roślinkami, na ptaki i inne organizmy, które przyszły do miejskich enklaw.

A ja mówiłam tylko o układzie odpornościowym… i zdawało mi się, że w miarę jasno.

Hmm. Może i jasno, ale słowo o odporności się nie pojawiło. Pewnie dlatego, że dla mnie osobnik odporny jest pojęciem bardzo szerokim. Nie oznacza silnego układu odpornościowego, bo to bardzo skomplikowane procesy, a gdy wspomniałaś o rozmnażaniu płciowym i monokulturach, to się pogubiłam. Mamy genom, to prawda, ale jednostkowo wszystko zależy od środowiska i nas samych, chyba że mówimy o determinujących mutacjach i wieku poza okres rozmnażania.

 

mr.marasie, Nobla nie dostanę – z pewnością. xd Może kiedyś, jak czas i bogi pozwolą dochrapię się piórka na nf, bo byłoby poręczne ze względu na klikalność tekstów użyszkodników. Tak, różne związki życia znajduje się na meteorytach i bardzo silnie próbuje się stawiać bariery, aby nie przenieść życia w kosmos. 

Zobaczcie, jak dywaguje o tym astrobiolożka.

 

https://www.youtube.com/watch?v=xcALE_nj6Rc

 

Ogólnie rzecz ujmując, weryfikujecie nie myśl Autora, lecz bardziej wyobrażenie jej i przykrawanie do rzeczy wiadomych. Kasujecie wyobraźnię.

W opku Q. nie ma niemożliwości i grubych zaprzeczeń. Jest za to przeczucie i groza wystrychnięcia na dudka przez bezwględnych przybyszów&naiwność tubylców. Powielanie znanego schematu, którego ciągle jeszcze nie przyswoiliśmy sobie w wystarczającym stopniu. Wzór ludzkiej ekspansji i tłumaczenia tejże. Zdziwienie, że Inni robią tak samo? Boimy się samych siebie i chcemy wygrać. 

Dzisiaj obejrzałam przedziwny dokument o relacjach konkretnych ludzi z naturą "Nature Is My homeland". Rośliny żyją, zwierzęta nie są agresywne (jeśli najedzone). Perspektywa. Nasze zmysły bardzo nas ograniczają. 

Wytaczanie takich dział lekko mnie rozbawiło i wnerwiło. A gdzie fantazja i poszukiwanie?

 

Baw się dobrze na wypadzie, Q. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Buziaki, Outta. heart Nie wiem, jak maras, ale ja też nie bardzo mam teraz czas. Zaczekamy.

 Uważacie, że jeśli dzisiaj czegoś nie wiemy, to będzie tak na wieki wieków amen?

Nie. Ale schodzisz z tematu. Nie możemy przyjmować, że coś jest prawdą, tylko dlatego, że nie wiemy, ani dlatego, że chcemy, żeby prawdą było. Rychtyk tak samo ktoś próbował mi wmawiać homeopatię – skoro nie wiesz, jak działa, to jak możesz twierdzić, że nie działa? Ano, mogę, z dużą pewnością, bo to “działanie” opiera się na zmyślonych prawach fizyki.

 Czy życie może transferować z planety na planetę. Tak. Może.

Jasne, że może, ale nie o tym mówiłam. Przeczytaj jeszcze raz, co napisałam i proszę, bardzo, bardzo Cię proszę, polemizuj z tym, co dyskutant powiedział, nie z tym, co Ty chcesz, żeby powiedział. Bo to nie jest produktywne.

 Bardzo silnie siedzicie w klasycznym darwinizmie, jest szereg procesów odpowiadających za przystosowanie

I znowu – nie mówiliśmy o mechanizmach jako takich (przytoczyłam przykład czy dwa, żeby zilustrować tezę), ale o tym, że ewolucja nie działa skokowo.

Drugim, niemniej potężnym czynnikiem jest środowisko.

Mutacje dają materiał. Środowisko selekcjonuje. Lamarc nie miał racji.

 inne organizmy, które przyszły do miejskich enklaw.

Tak, do tych, które im odpowiadały. Weź takiego kopciuszka – sto lat temu rzadki, górski ptak, teraz fruwa sobie po Trójmieście i ćwierka, zadowolony. Czy to znaczy, że nastąpił skok? Nie. Górskie ptaki całkiem nieźle sobie radzą w mieście, które pod wieloma względami przypomina góry.

 Pewnie dlatego, że dla mnie osobnik odporny jest pojęciem bardzo szerokim

Mowa była o odporności na choroby wirusowe – myślałam, że to wystarczy.

 A gdzie fantazja i poszukiwanie?

Asylum, po raz ostatni powtarzam – trzeba mieć otwarty umysł, ale nie na tyle, żeby coś wypadło.

Wzdych. Nie mam siły na kłótnie, a i tak Cię nie przekonam. Za bardzo brniesz w szczegóły.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Cóż jeszcze, Outto, mogę dodać po tak licznych I treściwych komentarzach… Chyba tylko szczere wyznanie, że podoba mi się i pomysł i wykonanie, więc sugeruję, abyś częściej korzystał z podszeptów Pani Weny, nachodzącej Cię po lekturze pewnych artykułów. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Streszczenie pomysłu w formie szorta. Fajne, ale nie broni się niczym szczególnym. Twist jest klasyczny, a cały szort zbudowany pod niego. Ludzie jako Ci źli kosmiczni najeźdźcy to żadna nowość, ale wydaje mi się, że jest to temat jeszcze nie wyeksploatpwany w literaturze do cna, więc można z niego jeszcze sporo wycisnąć. Ale otarłeś się o powierzchnię i co. I nic. Znaczy jest okej, ale nie czuć żadnego związania z bohaterem. Nie dałeś nigdzie zbliżenia kamery.

 

Pozdrawiam!

 

Edit: Dobiłem bibliotekę, bo napisane sprawnie i spójnie.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Tarnino, odnoszę wrażenie, że Ciebie uraziłam. Jeśli tak, przepraszam! Nie mam potrzeby przekonywania wszystkich wokół i odnoszenia pyrrusowych zwycięstw. Chciałam tylko trochę sprostować, może rozszerzyć, taki fact-checking. Przeczytaj ostatni art. Dukaja z GW. (sobotnia), mogę podrzucić na priv., ciekawe myśli, z niektórymi bym polemizowała, ale on nadąża i kombinuje. Podzielam jego zdanie o szczególnym sposobie porozumiewania się na portalach.

 

Wpis będzie długi, gdyż chcę się odnieść do "swojego dyletantyzmu" i nieuważności podczas czytania komentarza.

 

Odnosiłam się tylko do tej wypowiedzi:

…Wirusy nie przeskakują między gatunkami tak znowu łatwo. To pasożyty, są wyspecjalizowane. Między biocenozami całych planet już na pewno się nie przenoszą – żeby wybić jakiś gatunek, lepiej zmodyfikować wirusa, który już go atakuje. Zresztą, zawsze zdarzą się osobniki odporne (po to, miedzy innymi, rozmnażamy się płciowo, żeby być różnorodni, bo monokulturze wystarczy drobiazg, żeby wyzdychała)…

TvTrops nie jest dla mnie autorytetem naukowym, zwłaszcza że głównie odnosi się do wątków książkowych i filmowych. Za wiarygodne uznaję tylko art. podpisane (autor lub ośrodek, platforma zdecydowanie naukowa lub popularno-naukowa), z datą publikacji i odniesieniami nie do własnych materiałów lecz niezależnych.

Aczkolwiek, ten art. jest generalnie ok., dużych przekłamań nie ma, za wyjątkiem wirusów zoonotycznych i innych drobiazgów, tu, raczej poglądy z końcówki dwudziestego wieku, choć nie wiem, kiedy autor go napisał. Bardziej ten link pasowałby do opka Gekiego – w gruncie rzeczy – lecz też bym się nie czepiała, bo sam blob jest strasznie fajny (ekscytująca postać-zagadka i przyprawia o ból głowy, bo ani bakteria, ani grzyb, roślina czy zwierzę), zwłaszcza, że ma odniesienie i do filmu o potworach (taki sobie, ale na tamte czasu chyba dawał radę) oraz, co ważniejsze, do BLOB (Binary Large Object).

 

Wirusy przeskakują pomiędzy gatunkami, większość chorób wirusowych jest odzwierzęca (zoonotyczne wirusy). Kilka przykładów: wścieklizna, grypa ptasia, świńska, SARS, choroba Ebola, Denga, żółta gorączka, kleszczowe zapalenie mózgu i opon rdzeniowych, wirusowe zapalenie wątroby typy E i wiele innych, w tym gorączki krwotoczne i wiele innych). O, jeszcze mi się przypomniała popularna "hiszpanka" i doniesienie o AIDS – szympansy z Kamerunu (nabyte upośledzenie odporności SIV). A w poprzednim roku w listopadzie, szpital w Berlinie:

’Jak poinformowali badacze z Charité oraz FLI w czwartek (12.11.2020), materiał genetyczny wirusa jest identyczny u pacjentki i szczura. "To dowód na transmisję patogenu ze zwierzęcia na człowieka” – powiedział Jörg Hofmann, szef laboratorium w Charité, wiodącego w badaniach hantowirusów’. W tym ostatnim przypadku to w ogóle ciekawa sprawa, bo szczur został przetransportowany na statku.

 

Odnośnie specjalizacji – tak, wirusy są wyspecjalizowane. Mamy w sobie i wokół siebie ich miliony i z nimi żyjemy. Większość wirusów jest w stanie wejść, ale jak wejdą – nic się nie dzieje, ot, podkradają nam trochę energii. Jednak obecnie zmieniliśmy tryb życia, przemieszczamy się na potęgę (globalizacja). Opuszczamy swoje naturalne środowiska i wtedy zdarzają się niespodzianki. Ponadto, sprawdź sobie, jak silnie się sterylizuje i zabezpiecza przed sprowadzeniem na Księżyc, Marsa jakiejkolwiek materii żywej, choć niedoskonale.

 

Wracając do wirusów. Ani żywe, ani martwe. Mamy grupy wirusów RNA i DNA. Pierwsze tłumaczą rybosomy w cytoplazmie, drugie muszą wniknąć do jądra (kolejna przeszkoda). Nasz SARS-CoV– 2 jest typu RNA. Liczba genów wirusów: 10-14 (skala, w porównaniu z jednym z najmniejszych genomów komórki bakteryjnej – mycoplasma genitalium pozbawionej błony – ok. 480 genów). Nasz SARS ma 9 genów. Rzeczywiście wiriony są pasywne, nie mają formy aktywności i degenerują się pozbawione gospodarza, bo nie mają metabolizmu, ale potrafią przetrwać w formie utajonej – hibernacja (niezwykłe było doniesienie dotyczące patogenu z syberyjskiej zmarzliny, chyba 2014 rok. Co prawda, ludzi nie atakował lecz ameby, ale…)

 

Z modyfikacją wirusa nie mam zdania, jak to by było dalej, ale na jego genomie będzie zauważalne cięcie, jeśli został zmodyfikowany przez człowieka (CRISPR). Gdyby śledzić modyfikacje obecnego koronawirusa – hm, jest ich sporo.

 

Fazy namnażania wirusów: przyczepienie się, wniknięcie (przez uwpuklenie lub zrobienie szczeliny), namnożenie (przyskakuje rybosom i proces translacji białek), zmontowanie (przy pomocy enzymów lub samoistne połączenie), wydostanie się z komórki i "apiać" od nowa.

 

Jeszcze zejdźmy niżej, czyli co z czym może się połączyć. Weźmy model Sars-CoV-2 i białko Spike stworzone przez grafików (ta kulka z wypustkami – kapsyd – błona lipidowa z białkami, osłaniająca genom RNA lub DNA). To obraz typu "surface", możemy przejść na wstążki, wtedy zobaczymy, jak się zwijają (to ciekawe, białka osłaniają i uniemożliwiają zlepianie się, pełnią funkcję separatorów) i wreszcie na poziom reakcji biochemicznych, co z czym może się połączyć. Z rybosomu wychodzi ciąg aminokwasów i natychmiast nić zaczyna się zwijać. Nie ma możliwości przewidzenia, jak się to białko ułoży, czyli jaka będzie struktura białka na podstawie zapisu jego aminokwasów. Pojawiają się spiralki, w którym miejscu – who knows? A to dopiero pierwszy, jeszcze łatwy krok.

Jest taka aplikacja/gra Foldit, gdzie się gra, przewidując ułożenie. Problem zgoła nietrywialny. Zaprzęga się do jego rozwiązania "SI", ale nie zaszkodzi sprawdzić, co gracze są w stanie intuicyjnie i na oko zaproponować.

Dalej jest jeszcze trudniej – co to będzie robić? Jak taka struktura będzie się wiązać? Od wielu rzeczy zależy. Duża zabawa, na poważnie i nie na darmowych narzędziach.

Trochę szukałam, czegoś fajnego, zrozumiałego i znalazłam: Łukasz Łamża, jest świetnym popularyzatorem. Krótki cykl z ubiegłego roku. Powtórka z genetyki i kondensat dot. bieżących kwestii, czyli pandemicznego wirusa.

Koronawirus pod lupą

 

Na koniec, nie mylmy przekrojów mikro i makro. Ewolucja i dobór jest makro, a więc płciowość, odporność większa lub mniejsza, "wychodzenie ryb na ląd" W przypadku wirusów, wnikania, poszczególnych atomów schodzimy na poziom mikro. To tak, jak byśmy "kwantowość" chcieli zrozumieć przez pryzmat (nie istniejącej jeszcze i nie wiadomo, czy możliwej) teorii wszystkiego łączącej ogólną teorię względności Einsteina z fizyką kwantową. Na poziomie szczególnej teorii względności ostatnio ciekawe doniesienie profesorów Dragan&Ekert o tym, że nie ma sprzeczności. :-) O, już widzę, że schodzę na inny wątek, znaczy pora na telesfora, znaczy koniec.

 

Kłaniam się i pozdrawiam srd. :-)

a.

PS. Nie lubię odnosić się do poszczególnych wypowiedzi i je punktować, dla mnie ważny jest ciąg, całość i myśl, stojąca za nim, więc i teraz nie uczyniłam tego do ostatniego komentarza. Rozmowa jest dialogiem, przynajmniej chciałabym, aby taką była.

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cóż jeszcze, Outto, mogę dodać po tak licznych I treściwych komentarzach… Chyba tylko szczere wyznanie, że podoba mi się i pomysł i wykonanie, więc sugeruję, abyś częściej korzystał z podszeptów Pani Weny, nachodzącej Cię po lekturze pewnych artykułów. ;)

Wow, Outta, ale zostałeś doceniony przez Reg, zazdroszczę yes

 

Martwe liście i brudna ziemia

Tarnino, odnoszę wrażenie, że Ciebie uraziłam.

Asylum, uraz urazem (ostatnio w ogóle bez kija do mnie nie podchodź – dłuższa historia), ale mam dziwne wrażenie, że mówimy obok siebie. Nie tylko z Tobą, zresztą, ale w ogóle. No, bo zobacz:

 TvTrops nie jest dla mnie autorytetem naukowym

Dla mnie też nie jest, i byłam jak najdalsza od takiej sugestii. Natomiast jako szybkie i bardzo popularyzatorskie wyjaśnienie TVTropes bywa nieocenione. Szybkie, popularyzatorskie i nie brnące w dygresje, co i mnie, i Tobie się zdarza (a czas nie guma…).

 Ponadto, sprawdź sobie, jak silnie się sterylizuje i zabezpiecza przed sprowadzeniem na Księżyc, Marsa jakiejkolwiek materii żywej, choć niedoskonale.

Tak, żeby jej tam nie zawlec, bo nie wiemy, co się wtedy stanie. Na 99,9% – nic. Ale chodzi o ten jeden promil (widzisz? Znowu dygresja.)

 Ewolucja i dobór jest makro, a więc płciowość, odporność większa lub mniejsza, "wychodzenie ryb na ląd" W przypadku wirusów, wnikania, poszczególnych atomów schodzimy na poziom mikro.

Ano, nie. Po pierwsze, ja powiedziałam:

 po to, miedzy innymi, rozmnażamy się płciowo, żeby być różnorodni

To nie wirusy się rozmnażają, tylko my. Eukarioty. Po drugie, w skali mikro życie i zjawiska pokrewne też ewoluują. To jeden z tych "prostych" (nic nie jest proste…) systemów, które dają takie fantastyczne bogactwo form: każda jednostka żyje jakiś czas i wytwarza jednostki podobne do niej. Jeśli jest przystosowana do środowiska, ma większe szanse pożyć dłużej i wytworzyć więcej jednostek podobnych do niej, które (jako podobne do tej przystosowanej) też będą dobrze przystosowane. A jeśli nie, to mniejsze. Wszystko. To się sprawdza równie dobrze w kropli wody, jak w oceanie, właśnie dlatego, że jest takie proste, czyli ogólne. Skala ma znaczenie, kiedy zajmujemy się konkretami, tym, co ten organizm faktycznie robi. Ale nawet, jeśli jest makroskopowy, zjawiska w skali mikro mają znaczenie. Makro nabudowuje się na nich. W skali mikro wirus wnika do komórki, a w skali makro człowiek dostaje kataru. Wszystko to jest powiązane.

 O, już widzę, że schodzę na inny wątek, znaczy pora na telesfora, znaczy koniec.

No, właśnie. I tu jest pies pogrzebany.

 

Ja też tak mam, więc nie będę się za bardzo czepiać, ale z tym walczę, bo uniemożliwia komunikację. Otóż, Asylum, Ty próbujesz w jednej wypowiedzi zawrzeć wszystko, co wiesz, rozumiesz, uważasz, przypuszczasz i przeczytałaś, nie dobierając tego pod temat. Burza mózgu. Nawałnica. Dziesięć w skali Beauforta. W rezultacie dyskusja z Tobą wygląda tak:

 

Jako się rzekło, ja też tak mam. Też chcę powiedzieć wszystko teraz, bo jeszcze zapomnę albo wpadnę pod ciężarówkę. I w rezultacie moje pisanie wygląda tak:

 

To chyba niedobrze. I dlatego:

 Nie lubię odnosić się do poszczególnych wypowiedzi i je punktować, dla mnie ważny jest ciąg, całość i myśl, stojąca za nim, więc i teraz nie uczyniłam tego do ostatniego komentarza. Rozmowa jest dialogiem, przynajmniej chciałabym, aby taką była.

Niestety, (co za bzdury gadam, bardzo stety!) ale dialog polega na tym, że jeden mówi, drugi słucha i usiłuje zrozumieć, a potem się zamieniają. Jeżeli ten drugi nie zrozumiał, co usłyszał, i zamiast poprosić o wyklarowanie, zaczyna od razu krzyczeć swoje, to to nie jest dialog, tylko przepychanka.

 

OK?

 

Łapankę tę poświęcam marasowi.

dialog polega na tym, że jeden mówi, drugi słucha i usiłuje zrozumieć, a potem się zamieniają.

Opisujesz techniczny aspekt dialogu. Aby doszło do rozmowy potrzebne jest przyzwolenie na przyjęcie innej perspektywy, dopuszczenie do siebie myśli, że spotkana osoba może mieć coś ciekawego do powiedzenia, co wzruszy moje przekonania. Nie będę rozwijała myśli, od czego owo przyzwolenie zależy.

Oprócz warunków podanych przez Ciebie i dyspozycji, o której ja wspomniałam, potrzebny jest również czas, który, jak rozumiem, nie jest nam dany.

Jeżeli ten drugi nie zrozumiał, co usłyszał, i zamiast poprosić o wyklarowanie, zaczyna od razu krzyczeć swoje, to to nie jest dialog, tylko przepychanka. 

Drugi odnosi się do konkretnych zwrotów i stojącej za nimi opinii oraz próbuje wyjaśnić, dlaczego sądzi, że przykładany schemat jest pośpieszny i falsyfikowalny. 

 

Dużo znaków nasmarowałam pod opkiem Q. Offtop stał się zbyt długi. 

 

Do zobaczenia, gdzieś, kiedyś. <serce>

PseudoBanksy.

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Może zacznę od tego, że tekst całkiem fajny.

(Sięgnąłem do mojego wewnętrznego gimnazjalisty, żeby wyrazić emocje ;)

Ale…

Czy mnie jakoś szczególnie poruszył?

Warsztat masz, to nie nowina.

Historia w stylu ‘Przybyli obcy i [tu wstaw pierwsze słowo, jakie wyczytasz na pasku telewizji informacyjnej]”.

Coś tam zawsze z tego wyjdzie. Nic złego w tym, że pomysł nie nowy. Filmów o wojnie i/lub miłości też jest całkiem sporo i pewnie będzie jeszcze więcej, a mimo to niektóre są całkiem dobre.

Taki dajmy na to Orwell zrobił na podobnym pomyśle sporo zamieszania niegdyś.

Tutaj widzę taki referat nieco filozoficzny. Czy zatrzymuje? Trochę jak wystawa nowych telewizorów, na których lecą filmy promocyjne. Jak mam trochę czasu to czemu nie. Niby nic, ale kolorki fajne.

Przeczytane. Jest już sporo komentarzy, więc nie napiszę pewnie niczego odkrywczego. ;-)

 

Czytało się nieźle, szczególnie jak na taki rodzaj narracji. 

 

Podoba mi się natomiast przede wszystkim to, że zgrabnie przeniosłeś historię barona Amhersta w warunki kosmiczne. Po prostu lubię tego rodzaju sprytne nawiązania, ponieważ obrazuje to, z jak uniwersalnym zdarzeniem mamy do czynienia.

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Przeczytałem, ale jakoś mnie nie porwało. Sam dopiero wkraczamy w swiat pisania opowiadań i jest ciężko. Ale mogłem przeczytać dzieki temu, ten tekst jako zwykły mol książkowy. Niestety , wyglada ladnie, jak dobre leczo na talerzu, ale przypraw mało. Pozdrawiam :)ważniejsi jednak ciebie docenili, za to szacun.

Hej :)

 

Wróciłem i mam chwilę, więc…

 

@Finkla

 

Dotykasz ciekawego problemu. Właśnie nie poruszasz, tylko dotykasz.

Zgadzam się, że początek jest z bardzo dużym dystansem – streszczenie historii.

Tak, masz rację, to bardziej streszczenie, a problemu to ja nawet nie dotknąłem. Cóż, muszę lepiej ogarniać przenoszenie porywów weny w tekst.

 

@Tarnina

 

Gdyby nie ostatnie zdanie, powiedziałabym: niezłe ćwiczonko albo początek czegoś większego. Niestety, w tymże ostatnim zdaniu postawiłeś na terapię szokową.

Dzięki za link, ciekawych rzeczy się dowiedziałem :)

 

Częścią prawdy, tak. Polecam Lafferty'ego "Podróż w blaszanej puszce".

 

Muszę gdzieś dopaść tego Lafferty’ego, bo przeczytałem właśnie reckę tomu wydanego w ramach serii Artefakty. Na pewno kupię i przeczytam, bo poczułem się wielce zainteresowany.

 

Owszem, sensowne. I nie ma ryzyka zniszczenia infrastruktury, jak w czasie wojny. Ale też – jak mówiłam – gdybym ja była Złą Lordessą, wytrułabym potem wszystkich.

< teraz boi się Tarniny jeszcze bardziej >

 

Hmm… No, nie wiem. Co z oczu, to z serca. Niewolnicy jednak przypominają, jak drzazga (i za to się ich, między innymi, nienawidzi…), a wymarłych można żałować, można walczyć o pamięć o nich, można urządzać rekonstrukcje i inne cyrki, ale naprawdę nikogo nie obchodzą. Są już tylko obrazkiem, idealizacją. Najwyżej symbolem.

To też ma sens, i to chyba większy niż moja wypowiedź. Chociaż, patrząc na nas i to co nas otacza, to po wymarłych społeczeństwach jakoś nie płaczemy, nie bijemy się w piersi, że imperium Majów szlag trafił, natomiast problem potraktowania północnoameykańskich indian przez osadników jest wciąż przytaczany ze skruchą i niejakim wstydem, ponieważ przedstawiciele plemion nadal żyją. I to przemawia za logiką Twojej wypowiedzi, jednak my chyba nie jesteśmy, jako gatunek, logiczni, bo zostawiamy sobie te dowody zbrodni, żeby po latach móc sobie znaleźć sposób na umartwianie własnych sumień pamięcią przewin naszych przodków. Chyba miewamy skłonność do podejmowania decyzji, za które wstydzić się będą dopiero kolejne pokolenia.

 

@krar

 

I już chyba nawet wiem, jakie to opowiadanie mogło być inspiracją tego tekstu.

Właśnie nie, ale się mocno zdziwiłem, kiedy po napisaniu tego tekstu przeczytałem “Inne niebo” bo istnieją pewne zbieżności :)

 

@Asylum

 

Psiakostka, znam dwie poetki na krzyż, a Ty mi się wpasowujesz. :P Koc wydatnie spomógł, choć początkowo w głowę zachodziłam, jak się wiąże z poezją, lecz na szczęście szybko dałam temu spokój.

O! To ciekawa koincydencja ;)

 

@Krokus

 

Dla mnie szort, jeśli jest pisany w takiej formie, to musi się zakończyć wgnieceniem w cokolwiek, na czym akurat spoczywam. Zbliżając się do końca liczyłem na to jedno, końcowe zdanie, które zostanie ze mną na dłużej, że je zapamiętam. Trochę się jednak zawiodłem, pomyślałem “hmm, no ok” i tyle.

Jasne, rozumiem. Też w szortach oczekuję mocnej puenty, tutaj dałem… ciała. Ale ciekaw jestem Twojego odbioru tego szorta (perfidna autoreklama mode on).

 

@BK

 

Mi to nie brzmi, ja widzę tutaj szwy narracyjne, to zdanie jest ewidentnie skierowane do czytelnika.

Racja. Cóż, narracja pierwszoosobowa mi tutaj nie wyszła na dobre. Może następnym razem, bo na wyzwanie Gekiego mam taki pomysł… :)

 

Dodatkowo podarowanie nowej technologii, stanowi pewien czynnik ryzyka, dlaczego by nie zainfekować wirusem od razu?

Jak pisałem wcześniej: Przekonanie mieszkańców, że jest się przyjacielem, wspomożenie ich technologią, dzięki której odwalą lwią część roboty, potem wybicie mieszkańców i wkroczenie na gotowe, przy minimalnym wysiłku własnym.

 

@Irka

 

Podobało mi się, jak prowadzisz narrację.

A widzisz, większości się to nie podoba, albo jest takie se :) Choć sam również uważam, że mogłem to zrobić lepiej, zamiast iść na łatwiznę i upodabniać obcych do ludzi w tak duzym stopniu.

 

Dziękuję Wam za odwiedziny i pozostawienie po sobie sladu, krytyki, komentarza, opinii.

Reszcie odpowiem później, bo muszę teraz znikać.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Dzięki za link, ciekawych rzeczy się dowiedziałem :)

A mówiłam, że pożyteczne? :) Wszystko jest pożyteczne, tylko nie do wszystkiego heart

 Muszę gdzieś dopaść tego Lafferty’ego, bo przeczytałem właśnie reckę tomu wydanego w ramach serii Artefakty. Na pewno kupię i przeczytam, bo poczułem się wielce zainteresowany.

Dobry un jest, nie pożałujesz!

 < teraz boi się Tarniny jeszcze bardziej >

 jednak my chyba nie jesteśmy, jako gatunek, logiczni, bo zostawiamy sobie te dowody zbrodni, żeby po latach móc sobie znaleźć sposób na umartwianie własnych sumień pamięcią przewin naszych przodków

Nie jesteśmy, ale czy to akurat dobry przykład…

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Bardzo przyjemny tekst – w sam raz na poprawę nastroju, bo w końcu nasi górą! Miło poczytać jak chytrze kopiemy metaforyczne tyłki. Miła odmiana.

Jestem nikim, będę nikim.

Oby nie było to prorocze.

Dobrze napisane, w trakcie czytania towarzyszyła mi atmosfera ponurej grozy (cokolwiek to znaczy, nie wiem jak dokładniej mógłbym opisać swoje wrażenia z lektury). Mam jednak pewną wątpliwość: czy tak bardzo zaawansowana cywilizacja musiała czekać wiele lat, może nawet wiele pokoleń – to nie jest jasne, aby zająć miejsce tej mniej zaawansowanej? Czy nie mogła posiadać szybszych sposobów opanowania planet, zwłaszcza, że robi to od dawna?

Hej. Wrażenia po lekturze mam co najmniej mieszane. Po pierwsze nie rozumiem tytułowego akronimu. Po drugie, nie specjalnie lubię teksty typu relacja. Po trzecie i chyba najważniejsze, im krótsza forma, tym pomysł musi być lepszy. Czy tu jest aż tak dobry? Hmm… Prowadzisz nas do finałowej przewrotki w atmosferze lukrowanej naiwnością nadziei hollywoodzkiego blockbustera s-f i zderzasz to z obrazem nas samych – potworów. Czy to zaskakuje? Czy mówi coś o ludzkości? Cóż, i tak i nie. Na pewno nie jest to rzecz trafiająca oczytanego odbiorcę między oczy, pomysł nie kąsa czytelniczej duszy tym miłym sercu niepokojem, że coś z nami, ludźmi, jest nie tak, w stosunku do planu niebiańskiego stworzenia.

Poza tym w przypadku podobnych szortów nachodzi mnie myśl, że tekst zyskałby, gdyby podać pomysł jako drabbla. Zagęszczenie formy, nasycenie jej, to zawsze jest trampolina pozwalająca wznieść się pomysłowi wyżej. Czasem nawet wyżej, niż na to zasługuje.

Nowa Fantastyka