- Opowiadanie: CM - Aspołeczny gulasz

Aspołeczny gulasz

Fabuły mało.

Sensu jeszcze mniej.

Za to czarny charakter...

...też niezbyt złożony. ;)

 

Przepraszam jury za ten tekst, ale... Hej! Organizując konkurs trzeba być przygotowanym na wszystko. ;-)

 

Dziękuję MaSkrolowi za szybką betę (o której już zapewne dawno zdążył zapomnieć ;)).

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Aspołeczny gulasz

Na początku był wielki wybuch. Później zaczęła drżeć podłoga. Miarowy łomot z impetem zgniótł ciszę i niósł się, stopniowo wzbierając na sile.

Był coraz bliżej. Brzmiał coraz głośniej. Wreszcie drzwi gabinetu otwarły się z hukiem.

Pierwszy wleciał dym. Czarny, gryzący kłąb śmierdział spalenizną oraz czymś, co przy dobrych chęciach można było uznać za gulasz.

Później wparował Alessio. Jego twarz przedstawiała spektakl mimiczny „Ujrzałem zagładę”.

– Mamma mia! Tragedia! – wołał kucharz, energicznie machając rękami. Wyglądało to jak tyrada połączona z tańczeniem macareny. – Gar esplosione! Arrivederci nudlle! Gullasz boom boom!

Alessio był wysoki jak dąb, szeroki jak szafa i potulny niczym żelkowy miś. Jego wielki brzuch falował rytmicznie, gdy, przerwawszy relację, usiłował złapać oddech.

– Co się właściwie stało? – Boss spoglądał na kucharza z niezmąconym spokojem.

– Alessio dodać nowa miksturra! Gar esplosione! Gullasz uciekać! Grande demolizione!

Włoch podbiegł do okna i wskazał palcem ulicę. Wściekły gulasz dewastował hydrant.

– Drogi Alessio. – Boss pogładził się po brodzie. – My nie mamy żadnych polepsz… mikstur.

– No?

– Jestem pewien, że chodziło ci o wór z solą. – Szef spojrzał na kucharza z miną belfra, który ciągnie słabego ucznia ku dwójce.

– Si? Ach… Si! – Mózg Alessia przerwał operację „Zagłada” i przystąpił do wyciągania wniosków. – Podmienili? – Spojrzał z nadzieją.

– Z całą pewnością. – Boss zaaprobował skinieniem głowy. – Ta dzisiejsza konkurencja: żyć człowiekowi nie dadzą! Zgaduję, że nikogo nie widziałeś?

Włoch pokręcił głową, bo tak podpowiadała intuicja.

I szef.

– Boss! Co my zrobimy?! Gullasz terrorista! Grande scandalo!

– Jesteśmy restauracją. Zrobimy interes.

Kucharz czekał, aż spłynie na niego łaska zrozumienia.

Nie doczekał się.

Alessio słabo mówił po polsku, sporo za to rozumiał. Czasem odnosił jednak wrażenie, że istnieje jakiś specjalny rodzaj języka, znany jedynie wybranym jednostkom. Na przykład bossowi, dla którego skandal oznaczał ostry marketing i trzysta procent marży.

Ponieważ najlepszym sposobem na niewiedzę jest milczenie, kucharz spoglądał na szefa i czekał na rozwój wydarzeń. Ten doliczył do dziesięciu i przeskoczył na „TV Italia”.

– Alessio! Mamma mia! – wołał, łapiąc się za głowę. – Trzeba gotować! Talerze puste! Goście głodne! Nie ma na pensja! Eksmisja boom boom!

Kucharz wytrzeszczył oczy. Zerwał się do biegu, na moment zaklinował w przejściu, by wreszcie ruszyć ku pobojowisku, uznawanym w restauracji za kuchnię.

Boss wziął kalkulator i zabrał się do liczenia strat. Jako nowoczesny biznesmen znał oczywiście różne formy motywacji. Dawno już odkrył, że hasło „premia” działa jedynie na krótką metę*. Znacznie lepiej sprawdzają się zaległe rachunki.

* Naukowcy potwierdzają słuszność tej teorii. Jak wynika z analiz, premia powtórzona trzykrotnie staje się częścią pensji zasadniczej.

 

***

 

Komisarz Marek Wrzeć szukał w pamięci co bardziej wymyślnych obelg, którymi nie zdążył jeszcze obrzucić losu.

Wrzeć miał rzadki dar trafiania na dziwne sprawy, co zwykle oznaczało świetne kwalifikacje do roli ofiarnego kozła. W kiepskim filmie dostałby taką sprawę na krótko przed emeryturą. W kryminale szukałby dzięki niej odskoczni od kielicha. Ponieważ jednak komisarz był zwykłym Markiem Wrzeciem, nosił na swoich barkach znacznie poważniejszy bagaż.

Miał żonę i dziecko*.

I był na diecie**.

W dodatku teraz ktoś kazał mu się uganiać za chuligańskim gulaszem.

* W mowie niektórych plemion miejskich „Ten, który przynosi kasę”.

** „Ten, który chodzi wściekły”.

Wziął głęboki wdech, wypuścił powietrze i wrócił do przesłuchania.

– Więc twierdzi pan, że ten… specyfik podrzuciły panu złośliwe gnomy kapeluszniki.

– Jest mi wstyd za ich niegodną postawę. – Boss zmarszczył brwi i pokręcił głową.

– I to one, jak mniemam, są odpowiedzialne za ataki gulaszu?

– Niech im fiskus w kontroli wynagrodzi.

– Panie Kluska… – Wrzeć urwał, czekając, aż słowa wgryzą się w dumę.

Tylko kilka osób zwracało się tak do Grzegorza Kluski i żadnej z nich nie darzył on szacunkiem. Głównie dlatego, że należały do rodziny*. Dla innych od zawsze był bossem**. Kluska nie irytował się słysząc swoje nazwisko. Prawdziwy biznesmen nigdy nie ulega emocjom, bo przeszkadza to w robieniu interesów. Ograniczył się więc do zwykłej nieradości, która podobne zdarzenia umieszcza w przegrodzie „napluć do zupy przy najbliższej okazji”.

* „Ci, którzy żerują”.

** „Ten, który płaci za mało”.

– Jest pan absolutnie pewien, że nigdy nie widział tego specyfiku? – Wrzeć utkwił w Klusce wściekłe spojrzenie głodnego policjanta.

– Rękę dałbym sobie uciąć, że nic podobnego na fakturach nie widziałem – odparł boss z miną chodzącej niewinności.

– Cóż. Wobec tego przejdzie pan teraz do mojego podwładnego i powtórzy wszystko celem spisania zeznań. Zeznania spiszemy ręcznie, bo padł nam komputer.

Boss skinął uprzejmie głową i zanotował w pamięci „robak do szarlotki”. Nie szukał szybkiej zemsty. W końcu w całej zabawie w odwet chodzi o to, by wyczuć moment desperacji i przyjść z ofertą pomocy*.

* Jak głosi „Wielka księga zemst i kąsań”, nic nie boli bardziej niż przyjacielska pomoc wroga.

Asystentem był szczupły chłystek o bogatej kolekcji piegów i dziur w zębach. Studencik*, jak na świeżaka przystało, posiadał dogłębną wiedzę o wszystkim poza łapaniem przestępców. Wykazywał się też typową w tym wieku inicjatywą i ambicją, co zwykle oznacza synonim bezproduktywnych działań.

* „Ten, który łata dziury po redukcji etatów”.

Wrzeć wbił wzrok w okno, odganiając myśli o frytkach. Co jakiś czas dochodził go nerwowy pomruk: „gdzie ten cholerny długopis?!”.

Komisarz nie potrafił zmusić się do uśmiechu. Burczało mu w brzuchu, na drugie śniadanie miał kiełki, zaś po ulicach grasował wściekły gulasz. A że nieszczęścia, wbrew pozorom, nie chodzą parami, lecz tworzą zgromadzenia, za chwilę gulasz zdemolował radiowóz.

 

***

 

Kuchnia Alessia emanowała swojskością. Panował w niej naturalny rozgardiasz, a podłogi i ściany pamiętały jeszcze menu z zeszłego roku. Próżno było tam jednak szukać myszy czy szczurów. Żadne z nich nie chciało skończyć na talerzu.

Kucharz biegał od patelni do garów, jakby na czas pracy gubił gdzieś swoją słuszną wagę. Garów było mnóstwo. Boss, jak każdy dobry restaurator, stawiał na różnorodne menu. Na przystawki „to jeszcze nie takie zielone”, dania pierwsze „było dziś na promocji” i dania główne „co znalazłem na dnie zamrażarki”.

Alessio kochał pracę w restauracji. Dzięki bossowi mógł realizować swoją pasję, a przynajmniej po kilku winach skłonny był w to uwierzyć.

Gdy wszystko miał już gotowe, podbiegł do zlewu, wybrał co czystsze talerze i przepłukał w pośpiechu. Nie znał pojęcia mycia. Preferował raczej szybki prysznic, pozwalając, by resztki stały się naturalną dekoracją dania.

Kilka szybkich ruchów ręcznikiem, chochla w dłoń i na każdym z talerzy znalazła się starannie odliczona porcja. Mówią, że prawdziwy kucharz zawsze gotuje z sercem.

Zawodowy kucharz gotuje z kalkulatorem.

– Alessio! Szybciej! – zawołał boss, wpadłszy do kuchni. – Ludzie czekają! Zaraz przyjdą następni!

– Santo Dio! – Włoch złapał się za głowę. – Da cui, boss?! Skąd one się brać?!

– Ty nie pytaj skąd, tylko ile zapłacą…

…i jaką dostaniesz premię – dodałby nierozsądny szef. Boss tego nie pochwalał. Uważał, że pracownik powinien mieć prawo głosu, dlatego zawsze czekał, aż to sam kucharz upomni się o premię*.

* A ponieważ cenił sobie również dialog, w końcu dochodzili do wniosku, że ich firmy nie stać na podobną rozrzutność.

– Boss, a gullasz?! – Gorączkował się Włoch. – Pływa po miasto! Hydrrante demolito! Grande piekło!

Boss uśmiechnął się pod nosem. Rasowy biznesmen znał tylko jeden rodzaj piekła. Mieściło się w księgach podatkowych pod pozycją „koszty”.

Szef spojrzał z litością na kucharza, poklikał coś na komórce i podsunął mu przed oczy.

– Co widzisz, Alessio?

– Kurra. – Melodyjny głos wypełnił wnętrze kuchni.

– I co byś zrobił z ta kurra? – zapytał boss w wersji dla Włochów.

– Rossol!

– Ano widzisz – powiedział szef tonem belfra. – Dla ciebie to składnik na rossol, którym wykarmisz kilka osób. Dla mnie to dostawca jajek, którymi wykarmię pół miasta. Podobnie jest z gulaszem, rozumiesz?

– No – odparł kucharz z miną dziecka w świecie dorosłych.

– I właśnie dlatego to ja prowadzę ten biznes – wyjaśnił boss i przeszedł na salę.

 

***

 

Komisarz Wrzeć wspinał się po szczeblach frustracji. Minął już złość, wściekłość, furię, obecnie zaś dobijał do żądzy mordu. Uciekała mu głupia potrawa, której nie obejmował żaden kodeks. Nie mógł prosić o wsparcie, bo oddział goniący gulasz stanie się przedmiotem drwin. W dodatku wspomagał go człowiek gotów siedzieć całą noc nad sprawą, by zasnąć nad ranem, zapomniawszy wniosków.

Oczywiście był też GŁÓD!

„Jak złapać gulasz?” – spojrzał na zapisane kredą pytanie.

Tablica stała w pomieszczeniu odkąd odkrył, że wraz z wagą, dieta równie skutecznie obniża koncentrację.

– Myśl! – powiedział przez zęby do studencika.

– A dlaczego ja?! – oburzył się chłopak.

– Bo w przeciwieństwie do mnie możesz myśleć o robocie, a nie o schabowych!

Niechby i mielone – rozmarzył się Wrzeć. Zerknął do pudełka z drugim śniadaniem. Oczywiście! Chleb razowy z ogórkiem.

– Może go wysadzimy?

– A coś, za co nie wywalą mnie z roboty? – wycedził Wrzeć, WCALE NIE MYŚLĄC O BURGERZE. – Opis sprawcy!

– No… gulasz.

– Który demoluje miasto! – Komisarz walnął pięścią w biurko. – No, dalej!

– Agresywny, zbuntowany, atakuje bez powodu…

– Znaczy, permanentny chuligan. – Wrzeć zapisał na tablicy. – Co na to kodeks wykr…

– Ma rozum?!

– Gorzej. – Komisarz usiadł na krześle i wgryzł się w kromkę chleba. – Nie ma rozumu.

Za to ma osobowość – dodał w myślach.

ŁUP!

I zdemolował drugi radiowóz.

 

***

 

Boss spojrzał na nowe menu. To będzie dobre. Naprawdę dobre. Więcej! Będzie rentowne, co w języku biznesu jest synonimem euforii.

Boss słyszał o teoriach, że jakość i świeżość stanowią podstawę popytu, lecz dawno już uznał je za zwykłe androny. Znacznie lepiej sprawdzały się nowe nazwy.

W końcu świeżość bywa fanaberią kapryśnych. Nowość działa skutecznie na wszystkich.

 

***

 

Komisarz Wrzeć przyglądał się zabazgranej kartce. Tak. Góra powinna być zadowolona.

Dobry raport jest podstawą pracy gliniarza. Co prawda, nikt dotąd nie słyszał, by jakiś raport złapał przestępcę, za to bardzo często potrafił pozbawić premii.

Niezły gliniarz uprawiał sport i regularnie odwiedzał strzelnicę.

Ci najlepsi uczęszczali na kursy pisarstwa.

 

Raport z postępów w sprawie (wersja robocza)

 

Dzięki zaangażowanej pracy oraz wzorowej koordynacji działań dokonaliśmy przełomu w sprawie. Jak wskazują analizy, gulasz jest tworem sfrustrowanym, aspołecznym oraz psychicznie upośledzonym. Jego niepohamowana agresja i potrzeba destrukcji wynikają z budowy wewnętrznej (znaczne ilości pieprzu, ostrej papryki oraz intensywnych przypraw*), a także trudnego okresu dojrzewania, które gulasz spędzał w mroku, pod wpływem wysokich temperatur, więziony w garze ze stali nierdzewnej.

Pozorna opieszałość w łapaniu sprawcy stanowi element wieloetapowych działań, mających na celu wykrycie twórców tego samobieżnego narzędzia destrukcji. Bierzemy pod uwagę hipotezy gulaszu jako broni biologicznej oraz formy ataku terrorystycznego.

Wyklucza się winę podejrzanego Kluski, który, jako obywatel o nieskazitelnej opinii, padł ofiarą podstępu**.

W najbliższym czasie przewiduje się dalsze postępy mające na celu rozbicie grupy przestępczej stojącej za atakami. Zatrzymanie gulaszu może być na tym etapie szkodliwe dla prac nad rozpracowywaniem gangu***.

 

* Najlepsze restauracje chwali się zwykle za smak. „U Bossa” najwyższym szczęściem jest brak smaku.

** A przynajmniej tak przedstawi się w mediach, co wyklucza go z grona osób wartych oskarżenia.

*** Co brzmi na tyle przekonująco, bo komisarz Wrzeć gotów był w to uwierzyć.

 

***

 

Gulasz pruł przez miasto, demolując wszystko na swojej drodze. Ponieważ był bezrozumny, nie musiał, wzorem sobie podobnych, szukać wymyślnych powodów jak: „ten śmietnik mnie sprowokował”, „samochód straszył klaksonem” czy „gość w berecie dopingował Barszcz Piła”.

Gulasz nie musiał też brać za siebie odpowiedzialności, a ponieważ był kretynem, osiągnął poziom euforii niedostępny dla ludzi rozsądnych.

Wpłynął na główną ulicę.

Później rozległ się krzyk.

Komisarz wyjrzał przez okno i dostrzegł gęstą ciecz zmierzającą w stronę posterunku. Na jej wierzchu miotał się żywy pomnik rozpaczy i nędzy. Był to studencik ujeżdżający gulasz na klapie od śmietnika.

– RATUNKU! – wrzeszczał chłopak, trzymając się siodła. – JA CHCĘ ZEJŚĆ!

– To po coś tam wlazł?! – krzyknął komisarz.

– COOOO?!

– PO COŚ TAM WLAZŁ?!

– TO BYŁ WYPADEK! – wołał studencik, podskakując na wierzgającym gulaszu. – WRZUCIŁEM PETARDĘ, PIEPRZNĘŁO I BYŁEM NA GÓRZE.

Wrzeć wychylił się przez okno.

– PRZECIEŻ MÓWIŁEM: MASZ GO JESZCZE NIE WYSADZAĆ!

– JA ZROZUMIAŁEM: CZAS GO WRESZCIE WYSADZAĆ!

Komisarz chwycił miotłę i wysunął ją w stronę studencika. Ten wyciągnął się jak długi, próbując dosięgnąć wsparcia.

Gulasz jakby tylko na to czekał. Wierzgnął raz, a dobrze, podbił chłopaka do góry i ten wpadł do pobliskiego kontenera.

Później potrawa ruszyła z natarciem.

– Chwała poległym – szepnął Wrzeć.

 

***

 

RESTAURACJA „U BOSSA”

 

MENU NA CZAS TERRORU

 

PRZYSTAWKI:

 

Tajemniczy ogród (1)

 

Głodny rybak i czara ognia (2)

 

Zemsta piewcy pożogi (3)

 

Szybki przemarsz przez pola Azji (4)

 

ZUPY:

 

Leśny wywar przetrwania (5)

 

Odsiecz ze Wschodu (6)

 

Niezłomny jarosz i waza tajemnic (7)

 

Napęd wojskowy (8)

 

Posiłki z północy (9)

 

DANIA GŁÓWNE:

 

Jadło z gara zagłady (10)

 

Rekonstrukcja bitwy pod Borodino (11)

 

Strawa walecznego chłopa (12)

 

Strawa ubogiego chłopa (13)

 

Strudzony wędrowiec w krainie osobliwości (14)

 

Miks dla odważnych (15)

 

Zwiastun pokoju krwią naznaczony (16)

 

Klęska wodza (17)

 

Mięsny partyzant (18)

 

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

(1) Sałatka z puszki

(2) Śledź na ostro

(3) Tatar

(4) Ryż z warzywami

(5) Grzybowa

(6) Barszcz ukraiński

(7)Jarzynowa

(8) Grochówka

(9) Chłodnik litewski

(10) Gulasz

(11) Flaki

(12) Góra kartofli + kefir

(13) Góra starych kartofli + kefir

(14) Bigos

(15) Kotlet mielony

(16) Gołąbki w sosie pomidorowym

(17) Klops

(18) Kotlet bez panierki

 

***

 

Komisarz Marek Wrzeć przedstawiał rzeźbę człowieka strapionego w zimny, deszczowy dzień.

– Tamy z piasku? – rzucił bez większej nadziei.

– Było! – odparł studencik, próbując drapać się pod gipsem.

– Barykady?

– Było!

– Napuszczanie trzody chlewnej?

– Było!

– Trzeba będzie kończyć to opowiadanie, bo wyczerpują mi się pomysły. – Komisarz zwiesił głowę i raz jeszcze pomyślał nad raportem.

Nic.

Nawet pół słowa.

Bywały takie dni, gdy nawet najbardziej kreatywny pisarz miewał kryzys twórczy.

I chęć na zapiekankę!

Wrzeć sięgnął po notes, przerzucił kilka kartek i wrócił do początków wydarzeń.

 

Wpis I:

 

Wybuch w restauracji „U Bossa”. Na ulicy pojawia się niezidentyfikowany obiekt płynący. Jest agresywny. Przejawia tendencje do destrukcji.

 

Wpis II:

 

Gulasz ignoruje pouczenie. Nie posiada też dowodu osobistego. Próba wręczenia mandatu zakończona klęską. Koszula i spodnie do prania.

W domu karczemna awantura o ignorowanie diety. Dowodem plamy po gulaszu.

 

Wpis III:

 

Przesłuchiwany Grzegorz K. obwinia złośliwe gnomy.

Na obiad kotlet sojowy. :-(

Radiowóz na złom.

 

Wpis IV:

 

Próba zatrzymania gulaszu doprowadza do konfrontacji. Kolejna koszula do prania.

Przesłuchiwany studencik zaprzecza, jakoby oskarżony Marek W. stołował się na mieście.

 

Wpis V:

 

Nie udaje się zapobiec ustawce. Gulasz rozbija dwustu „fanów” Metropolii Wygwizdów.

Na obiad kalafior na parze. Kanalie z drogówki zamówiły pizzę.

 

Wpis VI:

 

Deszcz…

Chleb z ogórkiem…

Drugi zniszczony radiowóz.

 

Wpis VII:

 

Leje jak z cebra.

W brzuchu burczy jak w niedźwiedziej pieczarze.

 

Wpis VIII:

 

W wyniku załamania pogody dochodzi do ewolucji. Gulasz zmienia się w zupę gulaszową. Jest szybszy. I nauczył się strzelać mięsem.

Obiady bez zmian. Zielono mi.

 

Wpis IX:

 

Fala gulaszu rozbija pielgrzymkę. Proboszcz grzmi o pomiocie szatana. Sprawa zawieszona do czasu oficjalnego stanowiska kościoła.

 

Wpis X:

 

Akcja dywersyjna lokalnej społeczności. W godzinach porannych gulasz został zbombardowany jajkami. Nie zrobiło to na nim wrażenia. Stał się gęstszy i zwiększył objętość.

Na obiad będą szaszłyki!!!

 

Wpis XI:

 

Operacja „Alleluja”. Proboszcz próbuje egzorcyzmować gulasz. Szatański pomiot pozostaje niewzruszony. Za to studencik się nawrócił.

Na odchodne gulasz ustrzelił proboszcza jajkiem. Kościół obwieszcza, że sprawca nie pochodzi z piekła.

Szaszłyki oczywiści owocowe. :’-(

 

Wpis XII:

 

Gulasz się zbroi. Rozbił dwie masarnie, sklep z przyprawami, kurzą fermę oraz oczko wodne. Strzela makaronem i skorupkami od jajek. Próbujemy tam z piasku i barykad. Wszystko rozbite w puch.

Śniły mi się chipsy.

 

Wpis XIII:

 

Operacja „Wybuch”. Studencik podejmuje próbę wysadzenia zbiega petardą. Gulasz wściekł się jak cholera. Chłopak złamał rękę. Gulasz napada na hurtownię przypraw. Prawdopodobnie narkotyzuje się pieprzem.

Komisarz Wrzeć przyłapany na próbie przemytu. W lewej nogawce znaleziono kabanosa.

Wyrok: niedzielne oglądanie zdjęć u mamusi.

Bez prawa do odwołania.

 

Wpis XIV:

 

Akcja „Dywersja”. Podejmujemy zdecydowane działania zbrojne. O świcie napuszczono na gulasz oddział trzody chlewnej.

Trzoda dopuszcza się zdrady i dołącza do gulaszu. Zdemolowano pięć ubojni.

W raporcie napiszę, że to forma protestu rolników.

 

Wpis XV:

 

Góra domaga się natychmiastowych działań. Zielone światło na pojmanie gulaszu.

Zielone brokuły na obiad.

 

Wpis XVI:

 

 

Komisarz gapił się na pustą kartkę w notesie. W końcu chwycił długopis.

 

Czekam na cud…

…i normalny obiad.

 

Wkrótce potem przyszedł boss. Przyniósł żurek! Z wkładką!

I szarlotkę!

 

***

 

– To ma być żart?! – Komisarz gapił się gniewnie na bossa, z trudem utrzymując resztki koncentracji. Zapach żurku powoli szturmował nozdrza. Za nim nadciągała woń białej kiełbasy. I szarlotki!

– Nie jestem znany z poczucia humoru – wyjaśnił boss.

– Człowieku, przecież to nienormalne! – krzyczał Wrzeć, usiłując zagłuszyć głód.

– Zdaje się, że i przeciwnik do normalnych nie należy. Zgaduję, że konwencjonalne metody nie przyniosły jak dotąd efektu?

– To jeszcze nie znaczy… – Komisarz zawiesił głos, spoglądając w mękach na żurek. Kiełbasa zdawała się do niego uśmiechać.

– Panie komisarzu… – zaczął boss, dyskretnie przeciągając męki rozmówcy. – Szalone problemy wymagają szalonych rozwiązań. Nie obiecuję skuteczności, ale biorę za wszystko pełną odpowiedzialność. Dogodne warunki, nieprawdaż? – zapytał tonem człowieka, który oferuje dostawę zszywaczy w niezwykle korzystnej cenie.

Wrzeć poczuł, jak zapach żurku rozbija ostatni bastion silnej woli.

Pomartwisz się później – szepnął poległy rozsądek.

– A niech tam… – Komisarz machnął ręką i rzucił się na kiełbasę.

Wtedy zjawiła się żona.

 

***

 

ALESSIO! ALESSIO!

ALESSIO! ALESSIO!

ANNOUNCER: Making his way to the fight

From Calabria, Italy

The Gummybear!

ALLLLEEEEEEEEEEEESSSIIIIIOOOOOOOOO!

KOMENTATOR: Czy to będzie ten dzień? Alessio zmierza już na plac bitwy. Po glorię! Po chwałę! Po uwielbienie tysięcy ludzi, którzy wierzą, że dziś skończy się terror gulaszu! Posłuchajmy tej wrzawy!

ALESSIO! ALESSIO!

ALESSIO! ALESSIO!

KOMENTATOR: Walka oglądana przez miliony ludzi! Każdy dopinguje kucharza z Calabrii, który rzuci dziś absolutnie wszystko, co ma!

EKSPERT: Może rzucić wszystko, ale pamiętajmy, że ta mordercza bestia rozbiła dwustu chuliganów!

ALESSIO! ALESSIO!

ALESSIO! ALESSIO!

KOMENTATOR: Czy ludzie dostaną dziś swojego bohatera? Boss, trener Alessia i organizator tej walki, wierzy w zwycięstwo Włocha. W trakcie przygotowań znaleźli ponoć sposób na rozbicie gulaszu. To będzie więcej niż zwykła walka! Czeka nas wojna! Alessio dźwiga na swych barkach nadzieję tysięcy ludzi! Nadzieję, że dziś nadszedł ten piękny dzień, kiedy gulasz wreszcie zniknie.

EKSPERT: Gulasz jest niepokonany! Alessio zejdzie w tej walce do dziewiątego kręgu piekła!

KOMENTATOR: Posłuchajmy hymnów.

ANNOUNCER: The national anthem of Italy.

Fratelli d'Italia,

L'Italia s'è desta…

ANNOUNCER: The national anthem of Hungary.

Isten, áldd meg a magyart

Jó kedvvel, bőséggel…

KLAP! KLAP! KLAP! KLAP!

ALESSIO! ALESSIO!

ALESSIO! ALESSIO!

KOMENTATOR: Gulasz wpływa już na plac walki!

BUUUUUUU!!!

KOMENTATOR: Ależ to będzie bitwa! Nie mrugajcie, bo to może się skończyć w każdej chwili!

EKSPERT: Spójrz, jaki spięty jest Włoch.

KOMENTATOR: Sztywny jak bita śmietana. Zaczęli! Ależ ruszył do ataku Alessio!

EKSPERT: Dwa szybkie prawe chochlowe i hak! I jeszcze jeden!

KOMENTATOR: Żadnego rozpoznania! Naciera szybciej niż wrzące mleko! Jeszcze jeden prawy! BOOM!

EKSPERT: Świetnie taktycznie walczy Alessio. Skraca dystans! Gulasz nie ma przestrzeni do wyprowadzenia ataku!

KOMENTATOR: Kolejny prawy chochlowy! I hak tłuczkiem na wieprzowinę! Rozbija rywala jak mięso na schabowe! Słuchaj tej wrzawy!

ALESSIO! ALESSIO!

ALESSIO! ALESSIO!

KOMENTATOR: To jest pandemonium! Ludzie klaszczą, biją w bębny, dopingują z okien i dachów!

EKSPERT: A boss liczy przyszłe zyski.

KOMENTATOR: Seria obszernych chochlowych. Wystrzelił teraz gulasz z wieprzowiny, ale zbił to Alessio pokrywą od gara! Świetnie! Gulasz jest zagubiony jak grzyb w barszczu!

EKSPERT: Zwróć uwagę, jak mądre są ataki Włocha. Nabiera wyłącznie sos. Nie musi gryźć, przez co jego ataki są szybsze. Aby się tylko nie zapomniał!

KOMENTATOR: Gulasz łatwo nie odpuści! Wystrzelił teraz krótkim wieprzowym! Odczuł to Alessio!

EKSPERT: Ale już odpowiada obszernym prawym!

KOMENTATOR: Co to jest za bitwa! Strzelają jak boczek na rozgrzanym tłuszczu!

EKSPERT: Alessio nie może się podpalić! Tempo jest mordercze! Musi zachować energię!

ALESSIO! ALESSIO!

ALESSIO! ALESSIO!

KOMENTATOR: Dwa prawe tłuczkowe! I kontra gulaszu z nudla! Co tu się dzieje?!

EKSPERT: Włochowi zaczyna brakować sił. Gulaszu jest mniej, ale ciągle ma czym uderzać. Alessio musi robić swoje! Pamiętajmy, że gulasz to kretyn. On nie będzie w stanie zmienić taktyki. Trzeba trzymać wysoko pokrywę od gara! I nie wdawać się w bójkę!

KOMENTATOR: Prawy chochlowy! Lewy nudlowy! Tłuczek na wieprzowe! I podbródkowy z ziela angielskiego! Szaleństwo na widowni!

FORZA ALESSIO!

KLAP! KLAP! KLAP!

FORZA ALESSIO!

KLAP! KLAP! KLAP!

KOMENTATOR: Kolejny prawy Alessia, ale skontrował to gulasz nudlem! I jeszcze raz! Z trudem oddycha Gummybear! Ewidentny kryzys!

EKSPERT: Za szybko chciał skończyć! Musi teraz szukać oddechu. Przetrwać!

KOMENTATOR: Seria wieprzowych na wątrobę! Próbuje odpowiadać Włoch, ale wolny jest jak fura z kapustą!

EKSPERT: Musi szukać klinczu! Pokrywa wyżej!

KOMENTATOR: Trafił z jajka gulasz! Jeszcze raz! I seria krótkich skorupkowych! Wzmaga się wsparcie dla Włocha!

ALESSIO! ALESSIO!

ALESSIO! ALESSIO!

EKSPERT: Nie może się tylko cofać Gummybear! Musi reagować!

KOMENTATOR: Próbuje odpowiadać, ale tych ciosów jest mniej niż mięsa w parówkach! Ależ potężny prawy wieprzowy! Zachwiał się Włoch!

ALESSIO! ALESSIO!

ALESSIO! ALESSIO!

KOMENTATOR: Nogi ma jak z waty cukrowej! On już z tego nie wyjdzie!

EKSPERT: Jeszcze jeden prawy wieprzowy! Pada Alessio!

KOMENTATOR: To koniec! Koniec! Koniec!

EKSPERT: Nie?!

KOMENTATOR: To przecież Mamma! Signora Francesca wkracza na pole walki!

EKSPERT: Mówił boss o specjalnym sposobie!

FORZA FRANCESCA!

KLAP! KLAP! KLAP!

FORZA FRANCESCA!

KLAP! KLAP! KLAP!

KOMENTATOR: Ależ okłada gulasz za syna! Nabiera go całymi wiadrami!

EKSPERT: Ona ma świetne warunki fizyczne! Spójrz na pojemność brzucha!

KOMENTATOR: Cała seria cepów wiadrowych! Gulasz stawia opór jak mięso maszynce do mielenia!

EKSPERT: To nie jest dobre technicznie, ale niezwykle skuteczne! Gulasz niknie w oczach!

KOMENTATOR: A dokładniej w przełyku. Zostały go może ze dwa wiadra!

FRANCESCA! FRANCESCA!

EKSPERT: Już tylko jedno!

FRANCESCA! FRANCESCA!

KOMENTATOR: Koooooooonieeeeeeeeeec!

 

***

 

Alessio zmierzał wolnym krokiem w kierunku restauracji. Bardzo wolnym. Choć od walki z gulaszem minął miesiąc, jego ciało wciąż nie potrafiło dojść do siebie. Na tyłach budynku, gdzie dawniej walały się sterty śmieci, teraz stały trzy duże wanny w kształcie ringu. Przy wejściu do restauracji zbierały się tłumy. Alessio spojrzał na zegarek. Do otwarcia jeszcze prawie godzina.

Kucharz przemknął do bocznego wejścia, nie bez trudu otworzył stare drzwi i wszedł do kuchni. W środku czterech kucharzy obijało się o siebie, goniąc w rytm pokrzykiwań bossa.

– Szybciej, panowie! Szybciej! – Kluska przyklasnął kilkukrotnie. – Za moment pierwsze pojedynki.

– Boss… – zaczął nieśmiało Włoch.

– Ach, Alessio! – Szef uśmiechnął się szeroko. – Buongiorno! Jak zdrowie?

– To… To… – Włoch wskazał na rząd białych worków. – Mikst…

– Worki z solą – poprawił szef.

– T-t-tam… – Kucharz z lękiem spoglądał na kilkanaście garnków z podskakującymi pokrywkami.

– Gulasz. Teraz każdy marzy o tym, by zmierzyć się z bezlitosną bestią. Ludzie walą drzwiami i oknami. Kimże ja jestem, by odmawiać im rozrywki?

– Ale boss! Gullasz to… to… TO ZŁO!

– Być może, Alessio. Być może. – Szef podszedł do Włocha i poklepał go po plecach. – Ważne, że rentowne.

Koniec

Komentarze

Troll objedzony. Makaron z gulaszem pycha!

Witaj.

Boss, niczym Pan Krab z kultowej kreskówki nie tylko dla Milusińskich – ciągnie kasę, z czego może! :)

Opowiadanie mogłoby nosić tytuł “Tortury Komisarza Wrzecia”. :D

Ubawiłam się świetnie! :)

Rewelacyjny humor, oryginalne zmiany charakteru opowiadania, szybka akcja. Do tego – niesamowity pomysł na fabułę. Brawa! :)

Drobiazgowo analizując zasady serwowania posiłków gościom przez Bossa, dochodzę do jedynego słusznego wniosku, że przynajmniej przez najbliższe kilkadziesiąt lat nie zjem niczego restauracyjnego. :))

Aha, byłabym zapomniała – dziękuję, że zaoszczędziłeś czytelnikom wrażeń po wyjaśnieniu, jaki robak trafił ostatecznie do szarlotki. laugh

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Przeczytałam i nie wiem jak to skomentować. Ogólnie absurd lubię, ale to… Przez większość tekstu zadawałam sobie pytanie: co ja czytam, ale nie mogłam przestać. To opowiadanie jest tak złe, że aż dobre. Za najsłabszy element uważam opis walki, który częściowo ominęłam, ale za to wpisy z notesu czytało się nawet przyjemnie. 

Bardzo chciałabym zobaczyć zrobioną przez Silvę grafikę, na której będzie zły z tego opowiadania. 

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Nie ma fabuły, całkiem bez sensu natomiast smakowite to jest jak gulasz;)

Definicje rozbawiały mnie do łez, podobnie jak zagadnienie odroczonej zemsty.

 

Powitał pierwszych przybyłych!

 

Speedy, cześć!

Cieszę się, że gulasz okazał się strawny. ;)

 

Bruce, witam!

Boss faktycznie okazji do zarobku nie przepuści. Dlatego jest bossem. :D

Dziękuję za poświęcony czas, komentarz i gratuluję dzielnego przebrnięcia przez ten niekoniecznie normalny tekst. ;-)

Fajnie, że opowiadanie przypadło do gustu. Przede wszystkim cieszę się, że dostarczyło rozrywki, bo na to głównie było nastawione.

Drobiazgowo analizując zasady serwowania posiłków gościom przez Bossa, dochodzę do jedynego słusznego wniosku, że przynajmniej przez najbliższe kilkadziesiąt lat nie zjem niczego restauracyjnego. :))

Może znajdą się gdzieś jacyś pasjonaci, którzy nieco inaczej podchodzą do tematu gotowania. ;-)

 

Alicello, powitał!

 

Tobie również bardzo dziękuję za poświęcony czas oraz opinię. I gratuluję przebrnięcia przez tekst. Taki z gatunku “dla odważnych”. ;-)

To opowiadanie jest tak złe, że aż dobre.

I właśnie dla takich opinii powstał ten tekst. :P

Wiem, że on szczególnie normalny nie jest, ale czasem trzeba poszukać jakiegoś urozmaicenia. Zdaję sobie sprawę, że w tekście, ze względu na jego konstrukcję, można się gubić, ale ciężko przy takiej zabawie formę wyczuć złoty środek i odpowiednio wszystko wyważyć.

Szkoda, że opis walki rozczarował, pewno mnie trochę poniosło, ale uznałem, że skoro już szaleję, to nie będę się hamował. ;-)

 

Ambush, hej!

 

Cieszę się, że gulasz smakował i to nawet bez dodatku dwóch głównych składników jak sens i fabuła. ;-)

Również i Tobie bardzo dziękuję za poświęcony czas, opinię i… odwagę, której niewątpliwie podejście do tego opowiadania wymagało. ;)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Sztampowe opowiadanie o… ee… o czym to ja właściwie przeczytałem?!?!?! W każdym razie sztampowe, bo jest komisarz, szalony Włoch, opętany gulasz…

Eee…

No dobra. To było opowiadanie.

Przeczytałem.

Mam banana na ustach.

Nie, banan nie ożył – żadnej soli nie sypałem, nie będę się z bananem bił.

 

A zły to tu chyba… zgniły kapitalizm ;)

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Złolem równie dobrze mogłaby być premia oferowana przez bossa, przewija się z taką samą częstotliwością jak gulasz.

Odnośnie opowiadania sama nie wiem. Dla mnie jest zbyt urozmaicone. Pewnie są osoby, które lubią przeglądać memy lub czytać książki z dowcipami, anegdotami. Nawet sama znam kilka takich, które kupują sobie nawet książki z nimi, codziennie sprawdzają miejsca w necie, a nawet niektóre z nich subskrybują. Jednakże są również inni, mi podobni, którzy oczekują historii. Mam nadzieję, że tych jest ciągle jeszcze większość, choć jaki pożytek z większości na piedestale? Słaby, bo nie o to chodzi.

Jest haczyk na początek i zaangażowałam się, choć scena raczej ograna przez filmy. Czekałam. Zobaczymy, co będzie dalej, myślałam, pasąc się na pastwiskach nadziei. Cóż, mieliśmy ponowny początek, wprowadzający drugą postać, ale upieram się – myślę sobie ok, jeszcze chwila. No, i nagle zaczęłam przeskakiwać wzrokiem kolejne konkluzje. Pojawił się dla mnie kolejny schodek.

Zorientowałam się, że właściwie mam do czynienia z błyskotliwymi bon motami. Nawet się z nimi zgadzałam, ale co z tego? Jak tu się śmiać, gdy każde zdanie jest wnioskiem/obserwacją rzeczywistości, lecz nie ma odzwierciedlenia w opowieści, bo niejako samo się nią staje.

Powtarzano mi – „pokazuj, a nie mów”, myślę, że chyba przehandlowałeś fabułę za bon moty. Ich zbiór ma zastąpić opowieść. Moim zdaniem, tak się nie da. Nawet przy niezbyt długim tekście wystąpi przesyt. Właściwie mamy dwie osobne historie, ktore spina postać bossa i gulasz. Moim zdaniem robią to za słabo, właśnie przez bon moty.

 

Funkcji „Menu na czas terroru” oraz – w mniejszym stopniu – wywiadu/relacji z walki nie rozumiem.

Żal mi, że nie zawalczyłeś o konstrukcję i pewną ciągłość w tym tekście, w gruncie rzeczy wszystko jedno z czyjego punktu widzenia. Może dlatego, że wtedy przestało by być tak zabawne, prześmiewcze? Zabawne jest absurdalne spojrzenie, wyściśnięcie z jakiegoś zjawiska czy zachowania ekstraktu jak soku z cytryny.

W tekście jest sporo powtórzeń fraz pełniących rolę łącznika/spoiwa zamiast fabuły.

Napisane poprawnie, wszystkie przecinki, kropki i inne znaki zajmują przynależne im miejsca, choć prawdę powiedziawszy wolałabym kiksy i opowieść. Jednak to ja.

 

Prawdziwy pörkölt. Ja jeszcze nie mam własnego przepisu na te potrawę, a nawet nie podjęłam próby przyrządzenia go. Gdzie mi tam do mistrzów kuchni w rodowym gnieździe. Musi być papryka rozpuszczona w smalcu, raczej wołowina, żadnego wina – sama woda, żadnych pomidorów czy innych dodatków jak marchewka, długie gotowanie, aby wydobyć z kilku produktów smaki. Do już gotowego idealna jest kwaśna śmietana. :-)

Składniki już masz CMie, za to połączenie nie dość jedwabiste, a niekiedy zmysły podpowiadają, że komponenty się jeszcze ze sobą nie przegryzły. xd

 

 

pzd srd

a.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Krokusie, cześć!

Podziękował za wizytę i komentarz.

Cieszę się, że pojawił się banan na ustach. Wiem, że bohaterowie szczególnie nie zaskakują, ale… tacy mi akurat pasowali do opowiadania. ;-)

 

Asylum, hej!

Tobie również dziękuję za poświęcony czas i opinię.

Wiem, że forma jest specyficzna, że brakuje tej historii, ale chciałem poszukać czegoś innego. Miałem taki pomysł, żeby gulasz był tu fundamentem opowiadania. Żeby poprzez niego rozwijały się różne wątki, niejako niezależnie i później zamknęły na sam koniec. Liczyłem, że może tempo tekstu i jego niekonwencjonalność ten brak fabuły skompensują. Że “inność” tego tekstu i pewne urozmaicenie, jeśli chodzi o konstrukcję, zapunktują. Najwyraźniej się przeliczyłem. ;-)

Z fabułą masz rację – przehandlowałem. Nigdy się nie lubiliśmy, więc nawet nie było mi jej szkoda. :P

Dziękować jeszcze raz za szybkie przybycie i obszerny komentarz. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

 

Absurdu to tu na pewno nie brakuje. Wyszło sympatycznie, trochę zwariowanie. Postawiłeś na humor. Pewnie dla niektórych jego stężenie jest za duże, ale ja nie znam górnego limitu (tak, lubię czytać książki z dowcipami).

Kilka fajnych motywów – nazwy w menu, wizja studenta surfującego na gulaszu…

Kurcze (panierowane…), trochę zgłodniałam od tej lektury.

Babska logika rządzi!

Hm, hm, patrzę na ten układ graficzny i od razu czuję siłę przyciągania. Wrócę szybko.

Miałem taki pomysł, żeby gulasz był tu fundamentem opowiadania. Żeby poprzez niego rozwijały się różne wątki, niejako niezależnie i później zamknęły na sam koniec.

Pomysł dobry, tylko gulaszu mało. ;-)

 

Skarżę za absurd, humor i poprawne pisanie, bo ten gulasz – zapamiętam. 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Powitał jurora!

 

Powitał i Finklów!

Dziękować za przybycie, komentarz i klika.

Nom, absurdu nie brakuje. Plan na ten tekst, jeśli chodzi o absurd, był prosty: zero hamulców i ani kroku wstecz. ;-) Pewnie w ogólnym odbiorze wyjdzie, że się na tym planie przejadę, ale trudno. Najchętniej pisałbym same takie teksty. ;-)

Stężenie humoru faktycznie bardzo duże. Ja wyszedłem z założenia, że tekst humorystyczny ma przede wszystkim bawić, więc starałem się, żeby było zabawnie. On w sumie nie miał ambicji, żeby zapewnić coś więcej niż odrobinę uśmiechu. Na przyszłość będę się musiał bardziej pilnować, żeby przy okazji coś opowiedzieć, a nie tylko atakować humorem, ale żeby się uczyć na błędach, to trzeba je najpierw popełnić.

Czasem wielokrotnie. XD

Kurcze (panierowane…), trochę zgłodniałam od tej lektury.

Musisz się uczyć od NoWhereMana. On takie rzeczy czyta zawsze do obiadu. :P

 

Oidrin, hej!

No to czekam z niecierpliwością. ;)

 

Asylum:

Pomysł dobry, tylko gulaszu mało. ;-)

Bo to skromny gulasz jest. XD

Skarżę za absurd, humor i poprawne pisanie, bo ten gulasz – zapamiętam. 

Dziękować. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Musisz się uczyć od NoWhereMana. On takie rzeczy czyta zawsze do obiadu. :P

Ale ile obiadów dziennie człowiek da radę zjeść? Dwa, góra trzy… ;-)

Babska logika rządzi!

Hej, CMie!

No, powiem, że nieźle się uśmiałam. Pogrywasz sobie z formą i treścią tak, że do niewielu rzeczy można się przyczepić. Zacznę więc od tego, a potem wyliczę to, co smakowało mimo soli. Tej w gulaszu oczywiście. 

Początek chyba można by tutaj nieco ciachnąć dla dobra płynności konstrukcji. Ekspozycja bossa i Alessio w sumie jest ważna, ale dajesz dużo szczegółów później. Ale to taki czep z cyklu: w którą stronę lepiej przechylić antenkę beretu, żeby było bardziej stylowo? Dla każdego jest trochę inna odpowiedź.

Co się podobało? Zmiksowanie paru różnych konwencji absurdu i podanie niby powszechnie znanego dania, ale w interesującej aranżacji. Przypadek czy celowe podkręcenie treści? Kto wie. W każdym razie taki czysty absurd chyba najlepiej Ci służy, więc fajnie, że zdecydowałeś się powrócić w tej formie. 

Tak, że miło było i pozdrawiam.

Ale ile obiadów dziennie człowiek da radę zjeść? Dwa, góra trzy… ;-)

Albo przeciągać jedzenie obiadu na cały dzień. :P

 

Oidrin, hej!

 

Przede wszystkim dziękuję za odwiedziny i komentarz. Gratuluję przebrnięcia przez tekst. :P

Fajnie, że tekst dostarczył uśmiechu i że generalnie odbiór jest całkiem pozytywny, bo ja liczę się z tym, że to nie musi być tutaj reguła. ;-)

Wiesz, tej ekspozycji bossa i Alessio jest tutaj dużo, bo… jak zaczynałem, to kompletnie nie wiedziałem, jak ten początek napisać. :D Zresztą, ja tu w ogóle trochę przekombinowałem, bo próbowałem się bawić słowem właściwie w każdym zdaniu i chyba też przez to trochę mi się ten początek przeciągnęło. W każdym razie w pełni się z Twoją uwagą zgadzam.

W każdym razie taki czysty absurd chyba najlepiej Ci służy, więc fajnie, że zdecydowałeś się powrócić w tej formie. 

Wiesz, z tym absurdem jest tak, że to chyba zależy od jego stężenia. Im większe, tym bardziej się boję o odbiór, bo też łatwo przeszarżować, a i każdy te granice dla absurdu stawia w innym miejscu. Ten tekst powstał prawie rok temu i dzisiaj już bym się pewnie na coś takiego nie odważył. :)

Ale fajnie, że tak uważasz, bo bardzo lubię ten tekst. Jeżeli piszemy po to, żeby czuć frajdę, to żadne inne opowiadanie nie przyniosło mi tyle radości przy pracy nad jego powstaniem. I już pewnie żadne nie przyniesie. :-)

Dziękuję jeszcze raz za poświęcony czas. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

 

To opowiadanie jest tak CMowe, że mi marchew na ogrodzie zaczyna śpiewać jakieś stadionowe szlagiery, a kurz sypie się z półek, układając się drobinkami na podłodze w deklarację niepodległości ;)

 

Jak zwykle u Ciebie, w tej przygotowanej potrawie masz kilka smakowitych kąsków, będących niby trywialnymi i oczywistymi, a jednak ciekawymi oraz odkrywczymi spostrzeżeniami na temat otaczającego nas świata. To są takie rzeczy, z których człowiek zdaje sobie sprawę ale o nich nie myśli, dopóki Ty nie podajesz ich w ciekawej formie, nierzadko zabawnej i ironicznej. To jest mocno CMowe, charakterystyczne i u mnie zawsze w cenie.

Niestety te smaczne kąski nie wystarczają, żebym uznał tę potrawę za wybitną. Owszem jest dobra, zjadłem z apetytem, ale znam umiejętności szefa kuchni. To przecież człowiek, którego sałatka marchwiowo kartoflana zachwyciła wielu rappaz wannabe, cholerny soul kitchen, prima sort. To ten sam koleś, który potrafi stworzyć potrawę z tego co można znaleźć pod dywanem; nie kto inny, ale kucharz, który przygotował wegetariańską, bo złożoną z samych liści, a mimo to smaczną potrawę ( ;P ) na miarę wygranej w pojedynku z pewną Zimową Sarą. Więc spodziewałem się czegoś więcej, czegoś co rozpieści moje kubki smakowe. I powtórzę się, żeby była jasność, że ta potrawa była smaczna, ciekawa, podana w taki sposób, że niejeden instagramer z plemienia Foodpornów chętnie cyknąłby jej zdjęcie, a jednak czegoś w niej zabrakło.

I kiedy tak myślę, czego ten gulasz nie ma, to nasuwa mi się myśl, że chyba ostrości. Żarty są… no, są. Tyle można o nich powiedzieć. Przy jednym kąciki moich ust powędrowały w górę, wyczuwając ostrość, ale to za mało. Wiadomo, humor rzecz indywidualna, tak jak zamiłowanie do kapsaicyny. Ja bym wolał jej jednak w gulaszu nieco więcej.

Troszkę się też zdziwiłem, że gdy zostało mi zaledwie kilka ostatnich łyżek do dokończenia posiłku, na dnie ukazał mi się niespodziewany ochłap Deus Ex Francesca. Skąd on się tam wziął i dlaczego na samym dnie zaległ? Chyba nieco niedogotowany był i nazbyt zbity, czekał na samym dole, miast bardziej rozdrobniony pływać w potrawce, chociażby zapowiadając swoją obecność jakims delikatnym akcentem smakowym.

Reasumując: smakowało, ale nie urwało tego, z czego robi się też jesień średniowiecza. Do chefa na pewno jeszcze wpadnę, ale po to by spróbować jakiejś innej, nowej potrawy, w nadziei, że znów dane i będzie spróbować potrawy na miarę eklektycznego szlagieru, za który oberwało się warsztatow… tfu… lokalowi szanownego piórkiem Michelin… tfu, tfu… Loży ;)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Powitał Outtę,

podziękował za wizytę i obszerny komentarz. :)

Moja odpowiedź będzie krótsza, bo jednak łatwiej mi pisać długie opinie niż długie odpowiedzi. :)

Wiesz, ja zdaję sobie sprawę, że coś mi tu do końca w tym tekście nie pykło. Żeby było śmieszniej pisałem to dokładnie tak samo, jak opowiadanie o marchwi (a może lepiej napisać, że to marchew pisałem tak samo, jak gulasz, bo ona powstała później). Najwyraźniej tak to już musi być z opowiadaniami, że raz wyjdzie, a raz niekoniecznie. :-)

Chociaż pozytyw jest taki, że już mniej więcej widzę, gdzie przegiąłem. :P

Francesca miała być taką ucieczką przed przewidywalnym końcem. Wiesz, jak to jest, ten tekst jest tak absurdalny, że nawet się za bardzo nie przejmowałem, wyciągając takiego królika z kapelusza. :)

No nic, może następny tekst wyjdzie lepiej. :-)

Dziękuję jeszcze raz za poświęcony czas i opinię. Swoją drogą, ekstremalna ta godzina komentarza. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Spoko, chef, oczekuję na kolejne potrawy, może skręcające gdzieś w fusion albo molekularną ;) A co do godziny komentarza, to nie pozostaje mi nic innego, jak przyznać się do nocnego podjadania :D

Known some call is air am

Moja odpowiedź będzie krótsza, bo jednak łatwiej mi pisać długie opinie niż długie odpowiedzi. :)

Psiakitka, muszę to zapamiętać i przytoczyć, kiedy znowu skomentujesz mój tekst. ;-)

Babska logika rządzi!

Może do tej pory nauczę się komentować zwięźlej. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Oooo, to mam mnóstwo czasu. ;-)

Babska logika rządzi!

Ej, ja się pilnie uczę! ;-)

Zobaczysz: dwa, trzy miesiące i będę jak Anet. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Pamiętaj, że postępy są coraz mniejsze. To trochę jak z przycinaniem tekstu – pierwszy tysiąc znaków w miarę łatwo wyrzucić. Ale w końcu zaczynasz rzeźbić po kościach. ;-)

Babska logika rządzi!

No, no, CM-ie.

 

Pierwsze zdanie… Co ja mówię. Pierwszy akapit… I co?

 

Na początku był wielki wybuch. Później zaczęła drżeć podłoga. Miarowy łomot z impetem zgniótł ciszę i niósł się, stopniowo wzbierając na sile.

I nic, do cholery :D

I nie, to żadna złośliwość, raczej ciekawość. Dałem sobie pierwsze zdanie, później akapit, później pierwszą połowę, aby poszukać baboli, ale słabo, bardzo słabo, fatalnie wręcz :D

 

Jakby już chciał się uprzeć, to może:

Na początku był wielki wybuch. Później zaczęła drżeć podłoga. Miarowy łomot z impetem zgniótł ciszę i niósł się, stopniowo wzbierając na sile.

Był coraz bliżej. Brzmiał coraz głośniej. Wreszcie drzwi gabinetu otwarły się z hukiem.

Pierwszy wleciał dym. Czarny, gryzący kłąb śmierdział spalenizną oraz czymś, co przy dobrych chęciach można było uznać za gulasz.

Jednakże to osobne akapity, więc już milknę :D

 

Fanem absurdu nie jestem, nie jestem także fanem przekombinowanych form. To oczywiście mój problem.

Twój absurd był zabawny, forma jednak nie podeszła mi jakoś szczególnie.

Nie powiedziałbym też, żeby mnie odrzuciła.

Jako fan choreografii i walk… Cóż. No miałem pewne wyobrażenie :D

Trochę z “Zanaisowskim” Lowinem z dojo mi się kojarzyło i całkiem się pośmiałem :)

 

 

Pozdrawiam!

Niemniej

Pamiętaj, że postępy są coraz mniejsze. To trochę jak z przycinaniem tekstu – pierwszy tysiąc znaków w miarę łatwo wyrzucić. Ale w końcu zaczynasz rzeźbić po kościach. ;-)

Jej, aż mi traumatyczne wspomnienia z “Powiernika” wróciły. :P

Ale ja już wiem, jak to obejść. Będę pisał uwagi od myślników, tak, żeby każdy element omówić w jednym zdaniu. To się musi sprawdzić. ;-)

 

Silvanie, cześć!

 

Podziękował za wizytę i komentarz.

Dałem sobie pierwsze zdanie, później akapit, później pierwszą połowę, aby poszukać baboli, ale słabo, bardzo słabo, fatalnie wręcz :D

Zawołaj Tarninę, ona na bank coś znajdzie. :D

I zapewne będzie to cztery razy więcej cosiów, niż bym sobie życzył. :-)

Fanem absurdu nie jestem, nie jestem także fanem przekombinowanych form. To oczywiście mój problem.

Twój absurd był zabawny, forma jednak nie podeszła mi jakoś szczególnie.

Ja wiem, że ten tekst do każdego nie trafi. A sam też sobie nie pomogłem, bo w pisaniu tego tekstu puściłem wszelkie hamulce, jeśli chodzi o absurd, a przy okazji zgubiłem fabułę. :D

W każdym razie bardzo się cieszę, że zechciałeś poświęcić czas na to opowiadanie. I że dotarłeś do końca. ^^

Daruj krótką odpowiedź, ale (jak już pisałem Finklom) łatwiej mi pisać długie komentarze niż długie odpowiedzi. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Obawiam się, CM-ie, że Twoje opowiadania przestały zaskakiwać, albowiem, tradycyjnie już, można tu znaleźć odjechany pomysł, zacne wykonanie, mnóstwo absurdu i specyficzny humor. I to się powtarza w kolejnych opowiadaniach, i to wszystko można znaleźć także w Aspołecznym gulaszu.

A jednak, co tu dużo mówić, opowiadanie czytało się znakomicie. Gulasz, choć aspołeczny, okazał się naprawdę niezły. ;)

PS

Szczerze wzruszyły mnie męki przeżywane przez będącego na diecie Wrzecia.

 

Wy­glą­da­ło to jak ty­ra­da po­łą­czo­na z tań­cem ma­ca­re­ny. –> Wy­glą­da­ło to jak ty­ra­da po­łą­czo­na z tań­cem ma­ca­re­na. Lub: Wy­glą­da­ło to jak ty­ra­da po­łą­czo­na z tań­czeniem ma­ca­re­ny.

 

– Chwa­ła po­le­głym – szep­nął Wrzeć, zdej­mu­jąc czap­kę. –> Czy Wrzeć siedział w komisariacie w czapce?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, dzień dobry!

 

Dziękuję za wizytę i komentarz.

No cóż, ja zdaję sobie sprawę, że to, co raz czy drugi było świeże, teraz pewnie zaczyna być wtórne. Gorzej, że ja jakoś mocno tego swojego pisania nie zmienię, bo zwyczajnie nie jestem w stanie. :-)

Trzeba będzie poszukać solidniejszej fabuły, ciut okroić eksperymenty i zobaczymy, na ile takie teksty będą w stanie się bronić.

Tym nie mniej cieszę się, że czytało się dobrze, a i błędów nie było dużo, bo to fajna baza do pracy nad kolejnymi opowiadaniami. :)

I w końcu udało mi się wzruszyć jakimś bohaterem! ;-)

Dziękuję jeszcze raz za poświęcony czas. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Bardzo proszę, CM-ie. I ja się cieszę, że błędów niemal nie było, bo dobrze napisany tekst, niewymagający łapanki, czyta się znacznie lepiej. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, hej CM-ie

W komiksie „Laury Cezara” Asteriks i Obeliks próbują sprawić, aby rzymska bogata rodzina sprzedała ich jako niewolników. W tym celu przygotowują „wstrząsającą” potrawą. Do gara wsadzają wszystko, co znajdują w spiżarni, łącznie z mydłem i nieoskubanym kurczakiem, ale, o dziwo, potrawa wychodzi całkiem, całkiem (na dodatek leczy kaca).

Zasiadłem do stołu z takim wrażeniem. Tekst jest unikalny i niektóre kawałki smakowały wybornie, inne zaś stawały kością w gardle. Wstęp i menu wywołały niestrawność, za to po dzienniku wydarzeń oblizywałem usta. Wisienką na torcie okazał się pojedynek bokserski – za często słyszałem komentujących walkę, abym nie docenił wprawy w oddaniu morderczej walki.

Najadłem się, gwiazdki Michelin bym nie dał, ale pochlebna opinia o restauracji się należy. Biorę więc komórkę w dłoń i KLIKAM. 

Reg, to teraz jeszcze tylko wymyślić historię, którą można czytać z zainteresowaniem i będzie już pełnia szczęścia. :-)

 

Zanaisie, cześć!

 

Podziękował za odwiedziny, komentarz i klika.

Fajnie, że niektóre kawałki zasmakowały. Cieszę się też, że udało Ci się dobić do końca, bo to jednak specyficzny (delikatnie rzecz ujmując) tekst. :)

Wiem, że nie wszystko w tym tekście musiało podejść. Tyle mojego szczęścia, że już mi Asylum postawiła fajną diagnozę (nie pierwszy raz zresztą ;)), więc będzie na przyszłość co korygować. W każdym razie tym bardziej doceniam, że chciało Ci się przeczytać, bo ja wiem, że to tekst, od którego wielu się odbije. Zwłaszcza przy braku fabuły.

To chyba u Ciebie pisałem, że strasznie trudno wymyślić fabułę do humoru. Jak widzisz, próbowałem to obejść, w ogóle z niej rezygnując. :P

Dzięki jeszcze raz za odwiedziny i komentarz.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM-ie, masz wyobraźnię godną pozazdroszczenia, więc nie wydaje mi się, aby wymyślenie zajmującej historii stanowiło dla Ciebie jakąkolwiek przeszkodę w dążeniu do osiągnięciu pełni szczęścia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To trochę taki Monty Python – skecz, “a teraz coś z zupełnie innej beczki, skecz, “a teraz…”.

Czasem trafiały się lepsze, czasem gorsze, ale ogólnie na plus ;)

To chyba u Ciebie pisałem, że strasznie trudno wymyślić fabułę do humoru.

To może trzeba wymyślać humor do fabuły? Ale ja nie jestem autorytetem, bo u mnie humor wymyśla się i pisze sam.

Babska logika rządzi!

To może trzeba wymyślać humor do fabuły?

Też długi czas tak myślałem, ale od pewnego czasu ni cholery mi to nie wychodzi. Są takie sceny i pomysły, gdzie humor robi tylko krzywdę. I czasem naprawdę jest problem, bo cały tekst masz humorystyczny, do ostatniej sceny pasuje tylko powaga i albo jednak na siłę idziesz w humor (i wychodzi scena karkołomna i groteskowa), albo stawiasz na powagę i czytający Cię tłuką za niekonsekwencję. ;-)

 

Dzień dobry niezmordowanej jurorce Silvie!

Widzę, że już masz bliżej niż dalej…

…do momentu, w którym Cię przysypią kolejną stertą tekstów przed deadlinem. :-)

Powodzenia w dalszej walce. :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Czyżbyś też cierpiał na diecie? Bo komisarz Wrzeć wyszedł Ci doskonale i niezwykle realistycznie ;)

Bawiłam się nieźle, czytało się dobrze, absurd wysokiego lotu i uśmiechnęło mi się, więc humor też jest. Wyobraźnia Ci dopisuje, przyznam, że czegoś tak pokręconego bym nie wymyśliła. Kto tu jest złolem – gulasz czy boss? Bo mnie wygląda bardziej na to drugie :)

Z minusów: Tylko trochę przestajesz zaskakiwać. Nie w fabule, ale w środkach wyrazu. Może następnym razem coś innego zamiast przypisów?

Na razie jednak daję ostatniego kopa do Biblio :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej!

 

Przede wszystkim dziękować za poświęcony czas, komentarz i bilet do biblioteki. :-)

Czyżbyś też cierpiał na diecie?

Ja jadę zwykle takim rocznym cyklem: dziesięć miesięcy zbijam wagę i dwa miesiące przybieram to, co zbiłem. :P

W każdym razie, nie powiem, żebym miał kłopot, by w problemy Wrzecia wczuć. :D

Bawiłam się nieźle, czytało się dobrze, absurd wysokiego lotu i uśmiechnęło mi się, więc humor też jest

O widzisz. I to jest bardzo miły fragment komentarza. :-)

Wyobraźnia Ci dopisuje, przyznam, że czegoś tak pokręconego bym nie wymyśliła

Momentami to chyba dopisuje aż za bardzo. :D

Kto tu jest złolem – gulasz czy boss? Bo mnie wygląda bardziej na to drugie :)

Pierwszy jest oficjalny, a drugi zakamuflowany. Można sobie wybrać. ;-)

Z minusów: Tylko trochę przestajesz zaskakiwać. Nie w fabule, ale w środkach wyrazu.

Wiem, ja to w ogóle źle robię, bo za dużo tego pcham do jednego tekstu. To powinien być jeden, dwa elementy, nie więcej. W każdym razie ja już od pewnego czasu czułem, że przyjdzie taki moment, gdzie się z tymi zaskoczeniami wystrzelam. Najwyraźniej właśnie nadszedł. ^^

Może następnym razem coś innego zamiast przypisów?

Kiedy widzisz, z nimi akurat jest taki problem, że… ja już nie umiem bez nich pisać. ;-) One się generalnie bardzo przydają, jak chcę przemycić jakąś informację o świecie, a z drugiej strony nie chcę przeciągać opisów czy danego akapitu. Tutaj na pewno z nimi przedobrzyłem, ale generalnie z przypisów to ja się za diabła nie mogę wyleczyć. :-)

Na razie jednak daję ostatniego kopa do Biblio :)

Dziękować jeszcze raz. :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Jutro zaryzykuję i zrobię sobie domowy oswojony gulasz, może się nie zbiesi :D

 

Byle nie dodawać miks… soli i wszystko powinno być dobrze. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Hail Discordia

Cześć, CM!

 

Bardzo smaczne danie. Przede wszystkim ugotowane ze świeżych, oryginalnych składników. Jednak finalnie trochę mi się przejadło. Jesteś oczywiście mistrzem słowa i czyta się to doskonale, ale w którymś momencie po prostu odczułem przesyt. Muszę jednak sprawdzić Twoje pozostałe opowiadania, bo samo wykonanie gulaszu jest perfekcyjne, z zastrzeżeniem zdania następnego. ;-) Kompletnie nie podeszły mi bowiem przypisy. Ani grzały, ani ziębiły, ani bawiły, natomiast zaburzały rytm czytania. Zerknąłem na kilka pierwszych, potem odpuszczałem. ;-)

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie!

 

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Powitał ostatniego z jurorów. :-)

 

Powitał i Filipa!

Cześć!

Dziękować za odwiedziny i komentarz.

Fajnie, że danie smaczne. W sumie z tym, że się przeje, powinienem się liczyć. Jak gdzieś pisałem wyżej, tutaj obowiązywało hasło: ani kroku wstecz i chyba mi się poszło o jeden krok za daleko. ;-)

Nom, z tymi przypisami tak jest, że one nie wszystkim podchodzą, zwłaszcza, że trudno je wcisnąć w tekst. Tutaj pewnie mogłem ich dać mniej, bo całkowicie to ja się z nich nie potrafię wyleczyć. ;)

Dzięki jeszcze raz za poświęcony czas.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Nowa Fantastyka