- Opowiadanie: Zanais - Mike chce grać

Mike chce grać

Wielkie podziękowania za betę dla Oidrin i Verus.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Mike chce grać

Gęsta mgła dusiła dom żar­łocz­nym ob­ło­kiem, su­nę­ła przez ganek, na­pie­ra­ła na szyby okien, obej­mo­wa­ła ścia­ny wil­got­nym do­ty­kiem.

John, John, John… bawi cię to?

Wsze­dłem po skrzy­pią­cych schod­kach, ski­ną­łem im głową, jak sta­rym zna­jo­mym i trzy­krot­nie za­pu­ka­łem w białe drzwi.

Po co, spy­ta­cie, skoro John nigdy nie za­my­ka? Och, ależ to wy­jąt­ko­we od­wie­dzi­ny! Świe­żut­ki po­mysł, nowa kon­cep­cja, zmia­na stra­te­gii w środ­ku meczu. Dziś za­gram tę scenę na nowo od po­cząt­ku do końca. Ca­lu­sień­ki te­atrzyk mi­ło­ści.

Zdą­ży­łem wyjąć z kie­sze­ni gar­ni­tu­ru po­sre­brza­ną za­pal­nicz­kę i schy­lić się z pa­pie­ro­sem w stro­nę pło­mie­nia – potem skrzyp­nę­ły za­wia­sy.

– Mike – po­wie­dział moje imię, jakby wła­śnie zdia­gno­zo­wał nie­ule­czal­ną cho­ro­bę.

Cały on.

– Cześć, John – od­par­łem, wy­pusz­cza­jąc dym w jego kie­run­ku.

Nosił ten sam co za­wsze idio­tycz­ny pod­ko­szu­lek z na­pi­sem „Ho­li­day ‘79” i wy­tar­te spodnie od dresu. Nigdy nie przej­mo­wał się wy­glą­dem, i tak mu zo­sta­ło. W prze­ci­wień­stwie do mnie był nie­ogo­lo­ny, a dłu­gie włosy za­cze­sał do tyłu i zwią­zał w kucyk. W mojej bran­ży osią­gnął­by rów­nie wiel­ki suk­ces co bez­zęb­ny śmie­ciarz.

– Kto tam, ko­cha­nie? – Z wnę­trza do­biegł ko­bie­cy głos.

– Otóż to, John. Kto tam? Mogę wejść?

– Od kiedy py­tasz? – od­parł.

– Wła­śnie za­czą­łem.

John uniósł brwi, ski­nął głową i za­brał rękę z fu­try­ny. To w nim lubię: spo­kój i ela­stycz­ność. Wierz­cie mi – nie znaj­dzie­cie bar­dziej opa­no­wa­ne­go go­ścia. 

Po­cze­kał, aż wejdę, po czym za­trza­snął drzwi, uci­na­jąc mgli­ste kłęby, które wpeł­za­ły już przez próg; roz­wia­ły się w środ­ku.

Salon wy­glą­dał jak za­wsze; żyw­cem wy­ję­ty z daw­nej, ame­ry­kań­skiej bro­szur­ki. Prze­sze­dłem po ciem­nych pa­ne­lach, mi­ja­jąc cuch­ną­cy che­micz­ną czy­sto­ścią aneks ku­chen­ny, przez roz­ło­żo­ną w kącie matę pełną ko­lo­ro­wych za­ba­wek, aż do stołu na­kry­te­go bia­łym ob­ru­sem. Po­ki­wa­łem głową z uzna­niem. Ste­ryl­ne wnę­trze cze­ka­ło na mnie jak świe­że płót­no na pierw­sze po­cią­gnię­cie pędz­la. Praw­dę mó­wiąc, spe­cja­li­zo­wa­łem się w ar­ty­stycz­nych im­pro­wi­za­cjach – po­rów­nał­bym sie­bie do Pol­loc­ka, albo… Spo­koj­nie. Dziś obie­ca­łem sobie nie ma­lo­wać. Nic a nic. Dziś tylko… roz­ma­wiam.

Ze scho­dów pro­wa­dzą­cych na pię­tro ze­szła wy­so­ka blon­dyn­ka owi­nię­ta błę­kit­nym szla­fro­kiem; nio­sła rocz­ne­go dzie­cia­ka w samej pie­lusz­ce. Sara i Andy, Andy i Sara, krew, flaki, mięso, tra­la­la la… Chłop­czyk pa­trzył na mnie z mar­so­wą miną. Dzie­ci widzą wię­cej, a może pa­mię­ta­ją? Co za róż­ni­ca?

– Dzień dobry – po­wie­dzia­ła i z nie­mym py­ta­niem kiw­nę­ła głową w kie­run­ku Johna.

– Dzień dobry, Saro – od­rze­kłem z uśmie­chem.

– Pan zna moje imię?

– To mój stary zna­jo­my, ko­cha­nie – wy­ja­śnił John. – Mike Pott.

Sara po­ło­ży­ła syna na macie. Ma­luch od razu chwy­cił czar­no-bia­ły ra­dio­wóz i za­czął gryźć koło.

– Miło mi po­znać, panie Pott. – Ru­szy­ła drob­ny­mi kro­ka­mi w stro­nę anek­su. – Zo­sta­nie pan na ko­la­cję?

– Z przy­jem­no­ścią. – Od­su­nąłem krze­sło, usia­dłem i wes­tchną­łem z ulgą, jed­no­cze­śnie kie­ru­jąc w stro­nę po­nu­re­go Johna sze­ro­ki uśmiech. – I pro­szę, Saro, po pro­stu Mike.

John usiadł na­prze­ciw­ko i pchnął w moją stro­nę krysz­ta­ło­wą po­piel­nicz­kę. Pa­trzył mi w oczy, po­cie­ra­jąc dło­nią za­ro­śnię­ty pod­bró­dek.

– Co ty kom­bi­nu­jesz? – szep­nął.

– Ja? – Sta­ra­łem się zro­bić ura­żo­ną minę. Strzep­ną­łem po­piół. – Od­wie­dzam zna­jo­me­go. Nie cie­szysz się?

– Skar­bie, zo­sta­ły dwa ostat­nie! – krzyk­nę­ła Sara, po­chy­lo­na przy otwar­tej lo­dów­ce. Wy­pro­sto­wa­ła się, trzy­ma­jąc oszro­nio­ne bu­tel­ki, otwo­rzy­ła je i postawiła mię­dzy mną a Joh­nem. – Bę­dziesz mu­siał jutro sko­czyć po za­ku­py. Bra­ku­je też pa­pry­ki. – Wró­ci­ła do anek­su, pod­śpie­wu­jąc pod nosem nie­zna­ną mi pio­sen­kę.

Wło­ży­łem nie­do­pa­łek do po­piel­nicz­ki, na­stęp­nie jed­no­cze­śnie z Joh­nem chwy­ci­li­śmy po bu­tel­ce. W mil­cze­niu po­cią­gnę­li­śmy dłu­gie łyki.

– I? – spy­ta­łem. – Jak ci się tu żyje?

Wargi Johna od­kle­iły się od szkła i, słowo daję, unio­sły lekko w naj­krót­szym mi­gnię­ciu uśmie­chu. Niech mnie szlag! Wy­do­być coś z tego fa­ce­ta, to jak rzeź­bie­nie w mar­mu­rze za po­mo­cą łyżki, ale nowe po­dej­ście już przy­no­si­ło efek­ty.

– Wi­dzisz, abym chciał coś zmie­nić?

– Daj spo­kój. – Po­sta­no­wi­łem od razu usta­lić bazę do ne­go­cja­cji, sko­rzy­stać z prze­ło­mu i za­ata­ko­wać. Opar­łem ło­kieć o blat i pal­cem wska­za­łem na Johna. – To nie je­steś ty. Bierz Sarę, dzie­cia­ka i wra­caj.

– Nie – od­parł z tym swoim iry­tu­ją­cym spo­ko­jem. – Dla­cze­go nie po­tra­fisz zro­zu­mieć, Mike? Ile razy bę­dziesz pró­bo­wał?

– Do skut­ku – za­pew­ni­łem.

– Lu­bisz pizzę, Mike?! – Sara trzy­ma­ła jasny pla­cek w dło­niach.

– Jasne!

Szczęk­nę­ły drzwicz­ki pie­kar­ni­ka, po czym Sara po­de­szła do stołu. Na­tych­miast wsta­łem i od­su­ną­łem dla niej krze­sło.

– Dzię­ku­ję – od­par­ła zdzi­wio­na, po czym usia­dła. – Rzad­ko spo­ty­ka się dżen­tel­me­nów – do­da­ła z nutą na­ga­ny w gło­sie, zer­ka­jąc na Johna.

– Ach, daj spo­kój. – Wy­szcze­rzy­łem zęby. – John jest po pro­stu zdzi­wio­ny moją wi­zy­tą. Kie­dyś ro­bi­li­śmy razem u jego sta­rusz­ka, ale potem za­ło­ży­łem wła­sny biz­nes i tak jakoś nasze drogi się ro­ze­szły.

– My­śla­łam, że znam wszyst­kich przy­ja­ciół Johna.

– Pew­nie wy­pa­dłem mu z głowy. – Unio­słem brwi. – Szcze­rze mó­wiąc, nawet nie wie­dzia­łem, że się oże­nił. Czym sku­sił taką pięk­ność? Chyba nie po­czu­ciem hu­mo­ru?

Oboje wy­buch­nę­li­śmy śmie­chem. Bied­ny John sie­dział z po­nu­rą miną – żadna nie­spo­dzian­ka – i są­czył piwo, jed­no­cze­śnie stu­ka­jąc pal­cem o blat. Sara czym prę­dzej za­mknę­ła jego dłoń w swo­jej.

– John ma dobre serce. – Po­pa­trzy­ła na niego, a potem znów na mnie. – Szko­da, że nie byłeś na na­szym ślu­bie.

– Przy­znam, Saro, że po­dró­że służ­bo­we czę­sto gnają mnie w naj­dal­sze re­jo­ny świa­ta i nie wiem, czy dał­bym radę się zja­wić. In­te­re­sy idą świet­nie, firma się roz­wi­ja, ale wszyst­kie­go trze­ba oso­bi­ście do­pil­no­wać. Choć dla Johna, myślę, zro­bił­bym wy­ją­tek.

– Kiedy się ostat­nio wi­dzie­li­ście?

– Wy­da­je się, że wczo­raj. Jak my­ślisz, John?

Wzru­szył ra­mio­na­mi i dopił piwo.

Cały on.

– Mogę? – Po­ka­za­łem Sarze zmię­tą pacz­kę pa­pie­ro­sów. Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, wy­do­by­łem jed­ne­go, wło­ży­łem do ust i za­pa­li­łem.

Po­szu­ka­ła wzro­kiem po­mo­cy u Johna, ale ten dalej mil­czał.

– Nie dmu­chaj w stro­nę Andy’ego, do­brze? – po­pro­si­ła nie­pew­nie. – Więc je­steś prze­jaz­dem, Mike?

– Mniej wię­cej. Mam w po­bli­żu spra­wę do za­ła­twie­nia.

– Cią­gle praca?

– Praca. Cza­sem mam wra­że­nie, że nigdy się nie koń­czy.

– Mike robi w mar­ke­tin­gu – wtrą­cił John. – I jest w tym cho­ler­nie dobry.

Mach­ną­łem dło­nią, roz­wie­wa­jąc sznu­ry dymu.

– Kwe­stia do­świad­cze­nia. Wiesz, co jest naj­waż­niej­sze w sprze­da­ży, Saro?

– Cena?

– Naj­prost­sza od­po­wiedź, praw­da? Muszę cię roz­cza­ro­wać. Cho­dzi o obiet­ni­cę. Gdy stary czło­wiek ku­pu­je sa­mo­chód, to wy­bie­ra ten, w któ­rym znów po­czu­je się mło­dzie­niasz­kiem; gdy szuka na­szyj­ni­ka dla żony, to ma na­dzie­ję, że za pre­zent do­sta­nie coś z na­wiąz­ką: uśmiech, po­ca­łu­nek, albo… – Mru­gną­łem do niej okiem, co spra­wi­ło, że za­chi­cho­ta­ła. – Pro­blem po­le­ga na od­gad­nię­ciu, czego klient tak na­praw­dę szuka. A żeby ci to po­wie­dział, mu­sisz go zmo­ty­wo­wać. W tym cała sztu­ka. Lu­dzie po­trze­bu­ją za­chę­ty, aby się uze­wnętrz­nić, opo­wie­dzieć o sobie, za­grać w otwar­te karty. Po­trze­bu­ją przy­ja­ciel­skie­go, do­bre­go szep­tu albo… jak to się na­zy­wa? – Po­krę­ci­łem pal­cem – Mar­chew­ki. Wła­śnie, mar­chew­ki. A ja? Za­wsze mam naj­lep­sze, naj­śwież­sze, ide­al­ne mar­che­wecz­ki! Ale to nadal nie takie pro­ste… – Po­pa­trzy­łem na Johna. – Naj­czę­ściej klient się wzbra­nia, myśli: „nie po­trze­bu­ję tego”, albo „do­brze jest, jak jest”. I wtedy trze­ba go prze­ko­nać, wy­do­być czy­stą, nie­ska­żo­ną uprze­dze­nia­mi żądzę, za­wal­czyć z uprze­dze­nia­mi, upo­rem, a cza­sem, przy­znam, z mo­ral­no­ścią. Potem to już tylko try­wial­na spra­wa z do­ga­da­niem ceny.

– To brzmi jak gra, Mike. – Sara pa­trzy­ła na mnie błysz­czą­cy­mi ocza­mi. Miała cza­ru­ją­ce do­łecz­ki w po­licz­kach.

Uwa­żaj, John, bo jesz­cze przy­pra­wię ci rogi!

Po­chy­li­łem się nad sto­łem i szep­ną­łem:

– Naj­pięk­niej­sza gra, Saro.

– I te mar­chew­ki, ten spo­sób… dzia­ła­ją na każ­de­go?

– Naj­czę­ściej tak! Cza­sem, bar­dzo rzad­ko, ale jed­nak się zda­rza, że muszę użyć po­rząd­ne­go… kija!

Znów ro­ze­śmia­li­śmy się oboje. 

– Pro­ściej mó­wiąc, Mike – wtrą­cił John. – Wci­skasz lu­dziom bzdu­ry.

– A jed­nak za­zdro­ści­łeś mi tego daru, praw­da, John?

Za­pa­dła cisza, jeśli nie li­czyć we­so­łe­go ma­lu­cha i jego iry­tu­ją­cych za­ba­wek. Z Joh­nem pa­trzy­li­śmy na sie­bie jak dwa niedź­wie­dzie przed po­je­dyn­kiem. Kątem oka wi­dzia­łem, że zdez­o­rien­to­wa­na Sara spo­glą­da raz na mnie, raz na niego.

– Coś mi umknę­ło? – spy­ta­ła.

Oby­dwaj ją zi­gno­ro­wa­li­śmy.

– Racja, Mike – burk­nął John. – Muszę przy­znać, że praw­dzi­wy z cie­bie pro­fe­sjo­na­li­sta. Za­wsze wci­śniesz naj­gor­szy towar za naj­wyż­szą cenę. Czy każ­de­mu? – Wzru­szył ra­mio­na­mi. – Nie­kie­dy spo­ty­kasz go­ścia, który od­rzu­ca mar­chew i ma za twar­de plecy, żeby przej­mo­wać się twoim kijem. Co wtedy ro­bisz? Da­jesz za wy­gra­ną, czy cho­dzisz za nim jak za­gu­bio­ny kun­del, po­grą­ża­jąc się coraz bar­dziej w swo­jej pie­przo­nej nie­udol­no­ści?

Sara od­chy­li­ła się i wy­trzesz­czy­ła oczy.

– John…

Za­chi­cho­ta­łem.

– Uwiel­biam two­je­go męża, Saro – Trza­sną­łem otwar­tą dło­nią w blat, aż pod­sko­czy­ła. Oczy­wi­ście, John ani drgnął. – Kurwa, ko­cham go! – wrza­sną­łem, aż za­drża­ły szyby. – Każdy ma słaby…

Smar­kacz wszedł mi w słowo roz­dzie­ra­ją­cym pła­czem. Cho­ler­ny, mały szkod­nik. Jesz­cze nie skoń­czy­łem gadać! 

Sara fuk­nę­ła:

– Panie Pott!

Wsta­ła, pod­bie­gła do Andy’ego i wzię­ła go na ręce. Za­czę­ła cho­dzić tam i z po­wro­tem, śpie­wa­jąc pio­sen­kę o we­so­łym pie­sku, ale dzie­ciak upar­cie wrzesz­czał. Pisk z lewej, trzy kroki, pisk z pra­wej, i tak w kółko, aż mi­mo­wol­nie za­ci­sną­łem pię­ści.

– Na­praw­dę, John? – Pod­nio­słem głos. – To twój raj? – Pisk. Tup, tup, tup. Pisk. – Słu­cha­nie roz­wrzesz­cza­ne­go…

John dotknął ucha, pokręcił głową i dalej spo­koj­nie sie­dział, wpa­trzo­ny we mnie obo­jęt­ny­mi ocza­mi.

Są pewne rze­czy, któ­rych nie lubię, jak na przy­kład zimno. Tutaj nie krę­po­wał­bym się nosić swe­tra; dało radę wy­trzy­mać, choć do mojej ulu­bio­nej tem­pe­ra­tu­ry sporo bra­ko­wa­ło. Po­dob­nie nie zno­szę ludzi bez am­bi­cji, ta­kich, któ­rzy ni­cze­go nie chcą, tylko trwa­ją w ego­istycz­nym sa­mo­za­do­wo­le­niu. Oczy­wi­ście, nie mówię o Joh­nie. John to John, spe­cy­ficz­na jed­nost­ka, koleś jak żaden inny… Ale naj­bar­dziej, tak bez odro­bi­ny wa­ha­nia, po­wie­dział­bym, że nie tra­wię dzie­ci. Ich ma­śla­nych oczu, try­wial­nych po­trzeb i wiary we wła­sną nie­śmier­tel­ność. No, i ha­ła­su… o, tak! Tego roz­hi­ste­ry­zo­wa­ne­go wo­ła­nia o pomoc w wy­ko­na­niu ka­pe­li Wkur­wiaj wszyst­kich do­oko­ła! Dziś za­gra­ją dla pań­stwa: wiel­kie łzy, gluty z nosa, czer­wo­ne po­licz­ki i, po­wi­taj­my ją bra­wa­mi, roz­dar­ta morda!

Dobre sto dwa­dzie­ścia de­cy­be­li wdzie­ra­ło się do moich uszu, świ­dro­wa­ło je pneu­ma­tycz­nym mło­tem i wbi­ja­ło w mózg igły. Zga­si­łem pa­pie­ro­sa, wsta­łem i od­wró­ci­łem się po­wo­li.

Ba­chor aż się trząsł. Małe ró­żo­we plec­ki za­czer­wie­ni­ły się jak od po­ra­że­nia sło­necz­ne­go. Sara trzy­ma­ła go przo­dem do sie­bie i teraz sy­cza­ła mu w twarz „ćśśś” czy ja­kieś inne nie­dzia­ła­ją­ce gówno. Spoj­rza­ła na mnie prze­lot­nie i z wy­rzu­tem w oczach. Od­po­wie­dzia­łem uśmie­chem, a potem bły­ska­wicz­nie po­ło­ży­łem dło­nie na po­licz­kach dzie­cia­ka i prze­krę­ci­łem jego głów­kę do sie­bie.

Chrup­nę­ło i Andy już nie pła­kał.

Po­wie­ki za­trze­po­ta­ły mu parę razy, z ust wy­pły­nę­ła stru­ga śliny. Za­do­wo­lo­ny z ciszy, po­kle­pa­łem go po po­licz­ku i wzią­łem po­piel­nicz­kę ze stołu. Z do­świad­cze­nia wie­dzia­łem, że mam ja­kieś trzy se­kun­dy, zanim mózg Sary prze­two­rzy, co się wła­śnie wy­da­rzy­ło, a ona sama na­bie­rze pełen haust po­wie­trza.

Spóź­ni­łem się o se­kun­dę czy dwie.

Wle­pia­jąc sze­ro­ko otwar­te oczy w mar­twe­go synka, Sara wrza­snę­ła, aż za­dzwo­ni­ły mi zęby. Widać, po kim Andy odzie­dzi­czył silne płuca. Za­chwia­ła się, zbla­dła. Wtedy rąb­ną­łem ją po­piel­nicz­ką po­wy­żej skro­ni. Oba ciała upa­dły bez­wład­nie, kro­pel­ki krwi obry­zga­ły mi gar­ni­tur. Sara jesz­cze pró­bo­wa­ła się pod­nieść. Szkli­ste oczy wo­dzi­ły po su­fi­cie.

– Jo… hn… – wy­char­cza­ła.

O, nie, sło­necz­ko! John od­po­wia­da w na­praw­dę wy­jąt­ko­wych sy­tu­acjach, a to? To nic – zwy­kła śmierć, ja­kich wi­dział wię­cej niż kto­kol­wiek. Wiesz, ile razy po­mógł?

Klęk­ną­łem i ude­rzy­łem Sarę w czoło. Prze­sta­ła się ru­szać, ale po­tra­fię do­strzec, kiedy w czło­wie­ku jesz­cze zo­sta­ło coś z życia, więc po­pra­wi­łem raz, drugi i trze­ci, do­pó­ki jej twarz nie za­mie­ni­ła się w do­li­ny czer­wo­nych rzek i pa­gór­ki wy­sta­ją­cych kości. To tyle z uj­mu­ją­cych do­łecz­ków. Obej­rza­łem wzór lśniących kro­pel na gar­ni­tu­rze – Pol­lock, słowo daję!

Rę­ka­wem star­łem z po­licz­ka ka­wa­łek Sary i wró­ci­łem na krze­sło. John sie­dział nie­wzru­szo­ny, bęb­nił pal­ca­mi o blat i są­czył piwo z nowej bu­tel­ki.

Cały John.

Uśmie­cha­jąc się, prze­cze­sa­łem włosy i od­chrząk­ną­łem. Mia­łem dziś nie ma­lo­wać, a wy­szło jak zwy­kle…

– Wy­bacz, John. Tro­chę mnie po­nio­sło. – Strzep­ną­łem z po­piel­nicz­ki reszt­ki ciała i krwi, na­stęp­nie od­sta­wi­łem ją na blat i splo­tłem dło­nie. – Przy­naj­mniej teraz mo­że­my spo­koj­nie po­roz­ma­wiać.

John ski­nął głową w kie­run­ku mojej bu­tel­ki. Znów była pełna. Cza­sem jest praw­dzi­wym sztuk­mi­strzem.

– Kiedy przy­sze­dłeś – za­czął – tak spo­koj­nie, to uzna­łem, że w końcu dałeś sobie spo­kój. Że coś się po­prze­sta­wia­ło w twoim za­ku­tym łbie. Ale ty za­wsze bę­dziesz sobą. Nie zmie­nisz się nawet odro­bi­nę. Choć­byś pró­bo­wał, do­bie­rał sztucz­ki, uda­wał kogoś in­ne­go… re­zul­tat wy­cho­dzi taki sam.

Skrzy­wi­łem się i za­pa­li­łem pa­pie­ro­sa. Ostat­nie­go. Przez parę minut za­sta­na­wia­łem się, co po­wie­dzieć. Żaden z nas się nie spie­szył – nie było do czego.

– Po dro­dze wpa­dłem do ojca. Po­my­śla­łem sobie: „On na pewno na­mó­wi Johna”.

– I co sły­chać u sta­rusz­ka?

– Nie wiem. Pu­ka­łem i pu­ka­łem, ale nie było go w domu, a może spał? Albo pra­co­wał nad czymś nowym? W końcu otwo­rzył Ga­briel. Pa­mię­tasz go jesz­cze?

– Pa­mię­tam.

– No więc Ga­briel prze­ka­zał mi wia­do­mość od sta­re­go.

– Hm?

– Nie je­stem mile wi­dzia­ny i le­piej, żebym ru­szał w drogę. Tylko za­warł to wszyst­ko w jed­nym sło­wie.

– Cały oj­czu­lek. – John po­ki­wał głową.

– O, o! Wła­śnie! – Przy­tak­ną­łem. – Ty nigdy mnie nie wy­go­ni­łeś, John. Nawet kiedy mor­do­wa­łem ci żonę i dzie­cia­ka, raz za razem, raz za razem. Dla­cze­go, John? No, wła­ści­wie nigdy nie po­zwo­li­łeś, abym ją… – Mru­gną­łem do niego.

– To moja żona, Mike. Gdzieś muszą być gra­ni­ce – od­rzekł, po czym wło­żył pa­pie­ro­sa do ust. Skąd go wziął? Z Joh­nem nigdy nie wia­do­mo, co wy­cią­gnie z rę­ka­wa.

– Gra­ni­ce, ha! – Na­chy­li­łem się i po­czę­sto­wa­łem go ogniem. – Nie wie­dzia­łem, że pa­lisz.

– Wła­śnie za­czą­łem.

– Po­wiedz, John. Czemu nigdy nie ka­za­łeś mi się wy­no­sić?

– Może li­czy­łem na twój roz­są­dek? Taka na­dzie­ja głup­ca. Cza­sem się na nią sam na­bie­ram.

We­tkną­łem nie­do­pa­łek w czer­wo­ną plamę we­wnątrz po­piel­nicz­ki. Za­sy­czał.

– Ty chcesz mnie uczyć roz­sąd­ku? Ty? Sie­dzi­my w pie­przo­nym domku jako Mike i John, bo tak zde­cy­do­wa­łeś i ok, ok – unio­słem dło­nie – jak chcesz, pro­szę bar­dzo, mogę za­ba­wiać się w ak­to­ra opery my­dla­nej. Tylko nie mów, że to roz­sąd­ne. Cie­ka­we? Tak, daje pewną per­spek­ty­wę. Za­baw­ne? Ow­szem, ale…

– Śmie­szy cię to? – wtrą­cił i wska­zał głową Sarę oraz dziec­ko.

Wy­wró­ci­łem ocza­mi.

– John… pro­szę! Nie rób scen. Przy­sze­dłem do sta­re­go zna­jo­me­go, za­pa­lić, napić się piwa, ob­ga­dać co nieco. W ciszy! Zresz­tą – unio­słem brwi i wska­za­łem pal­cem w dół – mo­gli­śmy się spo­tkać w moim domu. Tylko ty nigdy nie wy­cho­dzisz! W ogóle nie wy­cho­dzisz. Je­steś guru in­tro­wer­ty­ków, bo­żysz­cze ago­ra­fo­bów, gość, który wy­piął się na świat. Zo­sta­wi­łeś mnie sa­me­go, John! Tak się nie robi przy­ja­cie­lo­wi…

– Nie je­steś moim kum­plem, Mike.

Zro­bi­łem zbo­la­łą minę.

– Zra­nio­ny w samo serce! Za­po­mnia­łeś, kto ci za­pew­niał roz­ryw­kę w chłod­ne wie­czo­ry? Mnie się z tobą ba­wi­ło wręcz wy­bor­nie, przy­naj­mniej do­pó­ki nie od­sze­dłeś od plan­szy.

– A dla­cze­go by nie? – Prych­nął i łyk­nął piwa. – Obaj znamy wynik, praw­da?

– Tak… – mruk­ną­łem. – Tylko że ja wciąż chcę grać, a ty sie­dzieć w domku wraz z Sarą i roz­wrzesz­cza­nym smar­ka­czem. Sa­me­mu to już nie to samo… – Roz­ło­ży­łem ręce. – Na­praw­dę spra­wia ci to przy­jem­ność?

– Po­wi­nie­neś spró­bo­wać.

Ha! Mówił zu­peł­nie po­waż­nie. Cza­sem John za dużo… Skrzy­wi­łem nos.

– Czu­jesz?

John zmru­żył oczy.

– Pizza go­to­wa.

Na twa­rzy nie czu­łem już za­sy­cha­ją­cej krwi, a brze­gi po­piel­nicz­ki lśni­ły w bla­sku ża­ró­wek. John wy­czy­ścił płót­no, zma­zu­jąc mój obraz.

Sara ze­szła z Andym na rę­kach. Malec pa­trzył na mnie z mar­so­wą miną.

– Wsta­wi­łem pizzę, kiedy spa­łaś, ko­cha­nie – po­wie­dział John.

– Dzię­ki. – Ziew­nę­ła i po­ło­ży­ła dzie­cia­ka na matę, a na­stęp­nie drob­ny­mi kro­ka­mi ru­szy­ła do pie­kar­ni­ka. – Jak tam, Mike? John cię nie za­nu­dził?

– Ależ skąd! Bra­ko­wa­ło mi jego hu­mo­ru.

Sara par­sk­nę­ła i wy­ję­ła pizzę, ja tym­cza­sem się­gną­łem po piwo.

John… to twoja de­fi­ni­cja szczę­ścia?

Prze­ły­ka­jąc gorz­kie piwo, spró­bo­wa­łem po­czuć pie­przo­ny raj Johna, zro­zu­mieć jego mały świat.

Za­mkną­łem oczy.

Chło­piec bawił się z tyłu, po­pi­sku­jąc cicho i klasz­cząc, co pe­wien czas wy­bu­chał śmie­chem przy trza­sku rzu­ca­nych za­ba­wek albo cien­kich draż­nią­cych uszy elek­tro­nicz­nych gwiz­dach. Sara kro­iła pizzę, nóż śli­zgał się po desce, uno­sił i znów śli­zgał, ciął ka­wa­łek za ka­wał­kiem. Ża­rów­ka w lamp­ce nad sto­łem ci­chut­ko sy­cza­ła. Za­pach piwa krą­żył do­oko­ła, cierp­ki, roz­rze­dzo­ny pa­pie­ro­so­wym dymem i aro­ma­ta­mi pi­kant­ne­go pep­pe­ro­ni oraz pie­czo­ne­go sera, two­rząc oso­bli­wą, pełną tę­sk­no­ty mie­szan­kę.

Po­zwo­li­łem, aby to wszyst­ko wlało się we mnie ni­czym w pustą szklan­kę, wy­peł­ni­ło ca­łe­go i odu­rzy­ło. Wzdrygnąłem się od przebłysku zapomnianego uczucia, które za­mro­żo­ne głę­bo­ko w moim wnę­trzu od­ta­jało od cie­pła domu Johna. Zniknęło w mgnieniu oka.

Wie­cie co? Wcale mi się to nie spodo­ba­ło.

– Tak mogło być, Mike – szep­nął John, jakby wie­dział.

Otrzą­sną­łem się i skrzy­wi­łem na myśl, że zo­ba­czył chwi­lę mojej sła­bo­ści.

– Gówno praw­da – burk­ną­łem. Spu­ści­łem wzrok. – To ja, John. Ja. Cały ko­smos nie­czy­sto­ści wpa­ko­wa­ny w jedną sko­ru­pę. Może gdzieś tam… gdzieś głę­bo­ko zo­stał strzęp daw­ne­go mnie, ale uto­nął i już nigdy nie wy­pły­nie.

Wie­dzia­łem, że John na mnie pa­trzy i poczu­łem drże­nie gór­nej wargi. Nie­na­wi­dzę tych po­włok, tych cie­li­stych wor­ków krwi i mięsa, które zdra­dza­ją każde uczu­cie, myśl i pra­gnie­nie. Mia­łem dość tej szop­ki, tego spek­ta­klu z trze­cio­rzęd­ny­mi ak­to­ra­mi. 

– Nie mąć mi w gło­wie, John. Co chcesz osią­gnąć? My­ślisz, że wy­znam grze­chy, ty wspa­nia­ło­myśl­nie wy­ba­czysz i po­bie­gnie­my w stro­nę za­cho­dzą­ce­go słoń­ca, trzy­ma­jąc się za ręce? Wal się, John! Wszyst­ko spie­przy­łeś!

– Nie, Mike. Sam je­steś sobie wi­nien. Zro­bi­łeś to, co po­tra­fisz naj­le­piej: wpro­wa­dzi­łeś chaos.

– Bo mi na to po­zwo­li­łeś! Zo­sta­wi­łeś ich, od­da­łeś bez walki. Cią­gnę­li­śmy świat każdy w swoją stro­nę, ale ty nagle pu­ści­łeś i zo­sta­łem z nim w rę­kach! Nie tak sta­ru­szek sobie wy­my­ślił! Zgłu­pia­łeś, John? My­śla­łeś, że co się wtedy sta­nie z całym tym pie­przo­nym baj­zlem? Że skie­ru­ję ludzi na drogę prawa i mi­ło­ści? Zro­bi­łem to, co po­tra­fię naj­le­piej.

– Bre­dzisz, Mike – od­parł, wło­żył mię­dzy wargi pa­pie­ro­sa i za­cią­gnął się głę­bo­ko.

– Ja? Cho­dzi­łem wśród nich, po­zna­łem ich żądze i pra­gnie­nia, te, o któ­rych mó­wi­li i te praw­dzi­we, o któ­rych my­śle­li. Ta róż­no­rod­ność! – Cmok­ną­łem. – Speł­nia­łem je i przy­znam, że ba­wi­łem się wy­śmie­ni­cie. Oni też… do czasu. A ile tobie za­wdzię­cza­ją, John? Hm? – Po­chy­li­łem się do niego. – Wiel­kie nic!

Sara po­de­szła z ta­le­rza­mi pa­ru­ją­cej pizzy.

– Ko­niec roz­mo­wy, czas na…

Przez se­kun­dę za­sta­no­wi­ło mnie, co sły­szy Sara? Wy­ni­ki spor­to­we? Prze­chwał­ki Johna o nowej im­pa­li albo moje na­rze­ka­nia na klien­ta z Fi­la­del­fii? To kró­le­stwo Johna i on tu rzą­dzi. Mógł spra­wić, aby wcze­śniej Andy nie pła­kał tak gło­śno albo, żeby w ogóle nie usły­szał mo­je­go krzy­ku. Mógł zro­bić wszyst­ko, a nie zro­bił nic. Po­dej­rze­wa­łem, że chciał mnie spraw­dzić, wy­sta­wić na próbę. Czy go wi­ni­łem? Oczy­wi­ście, że nie! Każdy ma swoje zbo­cze­nia za­wo­do­we.

Za­trzy­mał czas i już wiem, że zro­bi­łem wyłom pod jego mu­ra­mi. Chce po­słu­chać, a potem udo­wod­nić, że to on ma rację, by na ko­niec wró­cić do piwa i pizzy, do swo­je­go pięk­ne­go ide­al­ne­go raju.

Nic z tego. Jesz­cze nie po­da­łem głów­ne­go dania. 

Więc Sara za­sty­gła z sze­ro­kim uśmie­chem, za moimi plecami umilkł śmiech Andy’ego, kłęby pary bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­ły od­kle­ić się od pizzy i ule­cieć. John zga­sił pa­pie­ro­sa i splótł dło­nie ni­czym pro­fe­sor roz­po­czy­na­ją­cy wy­kład.

– My­lisz się, Mike. To ty za­mie­ni­łeś wszyst­ko w ruinę.

– A wiesz dla­cze­go? Bo to ja! – Po­ło­ży­łem rękę na sercu i buch­ną­łem pa­te­tycz­nym tonem: – Wier­ny sobie do sa­me­go końca. Tak jest! Wci­sną­łem świa­tu gaz do dechy, ale nie wie­dzia­łem, że mój to­wa­rzysz po­dró­ży, John, który trzy­mał nogę na ha­mul­cu, wy­siadł i zro­bił sobie wolne. I wy­szło, jak wy­szło. 

Skrzy­wił się, ale nie za­prze­czył, więc kon­ty­nu­owa­łem.

– Wszyst­kich, któ­rzy chcie­li spier­do­lić sobie wiecz­ność, wi­ta­łem z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi, bu­ziacz­kiem i klep­nię­ciem w plecy. Uto­ną­łem w ro­bo­cie. A ty, John, ile razy wy­słu­cha­łeś ich bła­gań? Ilu przy­wró­ci­łeś do życia jak Sarę i Andy’ego? Ilu po­mo­głeś? A wiesz, co mnie naj­bar­dziej śmie­szy? Szu­ka­li cię i szu­ka­li, a kiedy wy­sta­wia­łeś łeb z nory, tak raz na sto lat, to i tak nie po­tra­fi­li uwie­rzyć. John coś zro­bił? Nie­moż­li­we!

– Kto chciał, ten uwie­rzył. Kto chciał, po­dą­żał za mną. Kto…

– W końcu nikt nie chciał! – prze­rwa­łem mu, zanim wpadł w sa­mo­za­chwyt. Teraz była moja kolej. – Prze­stań uda­wać, że było ina­czej! Scho­wa­łeś się i cze­ka­łeś, aż sami przyj­dą. A Mike, nie! Mike pra­co­wał! Tutaj szep­ty, tam obiet­ni­ce, gdzie in­dziej prze­bły­ski ge­niu­szu. Tak, panie Nobel, dy­na­mit to cu­dow­ny wy­na­la­zek, co złego może się stać? Wspa­nia­ły po­mysł panie Adol­fie, ho­lo­caust z pew­no­ścią wzmoc­ni ducha na­ro­du. Ech, stare dobre czasy. Co wtedy ro­bi­łeś, John? Ja­dłeś pizzę? Pie­przy­łeś Sarę? – Po­chy­li­łem się do niego. – W końcu wraz z ojcem by­li­ście ni­czym! Ubo­gim mitem, pu­stym slo­ga­nem, ba­jecz­ką dla wiej­skich głup­ków! Zo­sta­łem sam i, w końcu, to ja, JA byłem ich Bo­giem!

Stół, piwo i po­piel­nicz­ka – znik­nę­ły w mgnie­niu oka. Mu­sia­łem przy­znać Joh­no­wi, że jest szyb­ki. Jego pięść wy­lą­do­wa­ła na mojej twa­rzy z mo­krym chrzę­stem łamanego nosa.

Cu­dow­nie, John!

Ru­ną­łem do tyłu wraz z krze­słem, prze­tur­la­łem po pod­ło­dze i pod­nio­słem się na czwo­ra­ka. Cho­ler­ne ciała – w ustach czu­łem smak krwi, nos piekł i szczy­pał, pra­wie nic nie wi­dzia­łem przez za­łza­wio­ne oczy. But trza­snął mnie w brzuch, aż się na mo­ment unio­słem. Zdła­wi­łem nagłą chęć wy­mio­tów i wy­lą­do­wa­łem pod ścia­ną. Roz­ma­za­na syl­wet­ka Johna nad­cho­dzi­ła w mil­cze­niu. Mach­ną­łem nogą, pró­bu­jąc go przewrócić, ale od­su­nął się, pod­biegł, i znów za­ro­bi­łem kop­nia­ka, tym razem pro­sto w żebra.

Stra­ci­łem dech i usły­sza­łem trzask kości.

Wiel­ka szko­da, bo za­mie­rza­łem się po­rząd­nie ro­ze­śmiać – John, dobry, spo­koj­ny John oka­zał się ła­twiej­szy do spro­wo­ko­wa­nia, niż śmia­łem przy­pusz­czać!

Za­chi­cho­ta­łem, plu­jąc krwią, pod­czas gdy John klęk­nął i za­czął ło­mo­tać pięścią w moją twarz.

– Jesz­cze… – zdo­ła­łem wy­du­sić mię­dzy jed­nym cio­sem a dru­gim.

– Nie…

Czer­wień z rozciętych łuków brwiowych za­la­ła oczy.

– Czas…

Wy­plu­łem zła­ma­ny ząb.

– Na­za­rej­czy­ku.

Nie było wię­cej ude­rzeń. Może i szko­da? Ból mi nie prze­szka­dza, za­da­wa­łem sobie o wiele więk­szy, a mia­łem już dość tego sła­bo­wi­te­go ciała. Od­dech świsz­czał mi w gar­dle i ledwo da­wa­łem radę prze­ły­kać lub splu­wać na­pły­wa­ją­cą krew.

Nie­źle, John. I po­my­śleć, że brali cię za uoso­bie­nie ła­god­no­ści. 

Otwo­rzy­łem oczy. Ból znik­nął, zagoiły się rany, kości znów były całe. To kró­le­stwo Johna, a z niego praw­dzi­wy sztuk­mistrz.

– Wynoś się, Mike – szep­nął. Stał od­wró­co­ny z za­ci­śnię­ty­mi pię­ścia­mi.

– Jesz­cze nie. – Wsta­łem, pod­pie­ra­jąc się ścia­ną. – Chodź. Mam dla cie­bie pre­zent.

Otwo­rzy­łem drzwi i wy­sze­dłem na ganek za­mro­żo­ne­go w cza­sie domku. Na­tych­miast oto­czy­ła mnie mgła.

– Zo­bacz. Cho­ciaż zer­k­nij. Potem mo­żesz wró­cić do sie­bie, zjeść tę cho­ler­ną pizzę i siedzieć na tyłku resztę wiecz­no­ści. Roz­wiej mgłę.

Od po­cząt­ku mia­łem na­dzie­ję, że to zrobi. Iro­nia losu – całe ist­nie­nie ko­rzy­sta­łem z na­dziei głup­ców, a na ko­niec sam się jej pod­da­łem.

Mgła za­czę­ła rzed­nąć.

Może na­praw­dę czuł się winny losu świa­ta, może chciał mi udo­wod­nić, że ni­czym go nie prze­ko­nam… albo miał swoje po­wo­dy, któ­rych na­tu­ry nigdy nie po­znam. Dość, że sta­nął koło mnie na skrzy­pią­cym drew­nia­nym ganku i zo­ba­czył.

Za­dba­ny traw­nik przed domem koń­czył się po­szar­pa­ną linią spa­lo­nej ziemi i pyłu. A dalej, do­oko­ła i nad nami, jakby roz­po­star­ci na wiel­kiej nie­wi­dzial­nej ko­pu­le le­że­li lu­dzie. Ka­za­łem ich tu spro­wa­dzić z miej­sca, któ­re­go tak się bali za życia. Spa­le­ni, po­roz­ry­wa­ni, bez prze­rwy krwa­wią­cy i umie­ra­ją­cy, by zaraz znów wró­cić do nie-ży­cia i cier­pieć po sam kres. Mło­dzi, sta­rzy, męż­czyź­ni, ko­bie­ty, dzie­ci. Mia­łem wszyst­kich. Re­lik­ty umar­łe­go świa­ta.

Kopuła z cierpiących dusz przy­kry­wa­ła domek Johna.

– Gdy pierw­szy raz za­bi­łem Sarę i Andy’ego, my­śla­łem, że ru­szysz za mną i od­bu­du­jesz ludz­kość, choć­by po to, aby się ze­mścić. W końcu, który facet bez­czyn­nie pa­trzy, gdy mor­du­ją mu ro­dzi­nę? – wes­tchną­łem. – Nie po­wstrzy­ma­łeś mnie ani nie po­sze­dłeś za mną. Więc zro­bi­łem to jesz­cze raz. I znów, i znów. Wszyst­ko na nic. Po­wiedz mi, John, czu­łeś coś, gdy ich za­bi­ja­łem? W ogóle coś czu­jesz?

Od­wró­ci­łem się do niego i spoj­rza­łem w te nie­ru­cho­me obo­jęt­ne oczy.

– Zde­tro­ni­zo­wa­łeś mnie, zbu­rzy­łeś usta­lo­ny po­rzą­dek. Dla­te­go to wy­glą­da, jak wy­glą­da.

– To twoje dzie­ło, Mike.

Po­wio­dłem ręką do­oko­ła.

– To moja na­tu­ra, isto­ta mego trwa­nia. Sta­no­wić dla cie­bie kon­trast. Gdy­byś po­zwo­lił sobie usłyszeć tych nieszczęśników, John. Wiesz, co krzy­czą? Nie bluź­nią na mnie. O nie! Prze­cież robię to, co do mnie na­le­ży. To ty je­steś gwoź­dziem pro­gra­mu i gwiaz­dą wie­czo­ru ich re­per­tu­aru wrza­sków. Do cie­bie mają pre­ten­sje, cie­bie ob­wi­nia­ją i bła­ga­ją jed­no­cze­śnie. Zo­sta­wi­łeś stado na pa­stwę wilka. Więc po­wiedz, John… kto tu tak na­praw­dę jest zły?

– Już za późno, Mike – szep­nął. – Nic nie zo­sta­ło. Świat jest martwy, a oj­ciec ma co in­ne­go na gło­wie. 

– Nie po­trze­bu­jesz go! Wy­star­czy, że ze­chcesz, a razem wszyst­ko na­pra­wi­my. Stwórz no­wych ludzi, stwórz Ogród!

– To nie zmie­ni wy­ni­ku…

– Wiem! – Po­ło­ży­łem mu dło­nie na bar­kach. – Cho­dzi o po­rzą­dek wszech­świa­ta i o grę, John! Ja się nudzę. Nu­uudzę! Nie zo­sta­ło nic. Cały świat to cmen­ta­rzy­sko ruin i kości. Po­peł­ni­łem błąd, całą masę błę­dów i nie ma dnia, abym nie ża­ło­wał. Spró­buj­my jesz­cze raz. Wróć na swoją stro­nę stołu i znów graj bia­ły­mi! Prze­cież i tak wy­grasz. John! Bła­gam cię, ro­zu­miesz? Tym razem bę­dzie ina­czej. John! Zmi­łuj się nade mną!

Nic. Pust­ka. Ręce stra­ci­ły opar­cie.

Znik­nął John, znik­nę­ły oka­le­czo­ne dusze i wie­dzia­łem, że w środ­ku nie znaj­dę także Sary i Andy’ego. Po­zo­stał zwy­kły dom w sta­rym ame­ry­kań­skim stylu, zbi­tek desek i farby.

John nie próż­no­wał. Spa­lo­ną zie­mię za­stą­pi­ła bujna trawa i zie­lo­ne lasy. Byłem pe­wien, że tak jest wszę­dzie. Wróciło życie w głębinach i na lądach; zniknęły ruiny wymarłej ludzkości, wszystkie puste trofea moich starań. Prócz tego ostatniego. To John zostawił dla mnie.

Wsze­dłem do sa­lo­nu. Nogi ugię­ły się pode mną i klęk­ną­łem. Zro­bi­łem to! Po tylu pró­bach, w końcu wzru­szy­łem serce ka­mie­nia. Dla­cze­go zmie­nił zda­nie? Może kie­dyś się do­wiem, ale teraz nie miało to naj­mniej­sze­go zna­cze­nia.

John za­cznie wszyst­ko na nowo i tym razem będę się ha­mo­wał. Tym razem po­zwo­lę lu­dziom wzle­cieć aż do gwiazd, sko­lo­ni­zo­wać od­le­głe świa­ty, postawić pion­ki na innych plan­szach. Mam sporo czasu. Zanim prze­gram wśród umie­ra­ją­cych gwiazd i ga­sną­ce­go wszech­świa­ta, wy­cią­gnę z tej gry, ile się da.

Pod­nio­słem jeden z roz­rzu­co­nych, wciąż go­rą­cych ka­wał­ków pizzy. Od­gry­złem kęs. Po­czu­ję ten smak do­pie­ro za wiele, wiele lat. To nic. Mam czas.

Się­gną­łem myślą i wszyst­ko sta­nę­ło w pło­mie­niach. Ogień po­że­rał drew­no, matę i po­rzu­co­ne za­baw­ki, peł­zał po scho­dach i su­fi­cie.

Gdzieś da­le­ko wła­śnie roz­kwi­ta Eden, a w nim wiel­kie drze­wo za­czy­na pusz­czać pąki. Będę w li­sto­wiu, owi­nię­ty wokół ga­łę­zi, by szep­tać, kusić i roz­po­cząć wiel­ką grę. 

Sto­jąc pośród płomieni, ostat­ni raz roz­pro­sto­wa­łem ra­mio­na Mike’a.

Za­czy­na­my od zera.

 

Koniec

Komentarze

Witaj.

Opowiadanie z pewnością wstrząsające. Jeżeli miałeś zamiar wywołać szok u czytelników, w moim wypadku zapewniam, że cel ten został osiągnięty.

Podczas pierwszego zabójstwa byłam tak zaskoczona, że z niedowierzaniem czytałam dalej. Kolejne fragmenty wyjaśniły bardzo wiele. W sumie wydźwięk całości jest przykry. Daje do myślenia. Pozwala wyciągnąć zaskakujące wnioski. Nie do końca wiadomo, kto jest bardziej perfidny, nieczuły, zły. Tu nie bardzo klarowne i wyraźne są granice między bielą a czernią. Szarości pokrywają świat. A gra dalej trwa!

Pozdrawiam i gratuluję niezwykłego pomysłu.

Pecunia non olet

Bardzo fajnie się to czytało. Od samego początku podejrzewałem prawdziwą tożsamość głównego bohatera, jednak dalsze twisty zrobiły mocne wrażenie – zwłaszcza ten pierwszy, który spowodował, że szerzej otworzyłem oczy w zdumieniu, a to zdarza się u mnie nieczęsto nawet podczas lektury dzieł autorów wychwalanych i nagradzanych. Dialog wyszedł bardzo… naturalnie? Może nie jest to dobre określenie, prędzej powiedziałbym – przekonująco. Wszelkie minusy tekstu w moim odczuciu wynikają z tego, że nie przepadam za poruszaniem tematów religii monoteistycznych w tego typu utworach, ale to bardzo subiektywna kwestia.

Chciałbym poddać tekst bardziej merytorycznej analizie, jednak wciągnąłem się tak bardzo, że wszelkie usterki, jeśli takowe były, po prostu zostały przeze mnie niezauważone.

Hej, Bruce

Dzięki wielkie. Pierwsza śmierć miała być swego rodzaju twistem i cieszę się, że u Ciebie się sprawdziło :) Co do szarości, to w końcu taki jest świat – bez absolutów w jedną czy w drugą stronę. No i bohaterowie – który gorszy? Ten, co czyni zło, czy ten, kto na nie przyzwala.

Pozdrawiam serdecznie

 

Hej, Bjkpsrz

Miło mi, że się podoba, a tekst zdołał Cię zaskoczyć pomimo odgadnięcia tożsamości bohatera. Opowiadanie stoi głównie dialogiem, mam nadzieję, że dla wszystkich wyjdzie przekonująco. Co do minusów, to rozumiem, religia jest zawsze grząskim gruntem, ale lubię dawać ją do opowiadań.

Dziękuję za lekturę i komentarz :)

Doskonale to ująłeś i mistrzowsko zaprezentowałeś w opowiadaniu, wielkie brawa! 

Pozdrawiam. ;)

Pecunia non olet

Bardzo ciekawe opowiadanie. W takiej odsłonie odwiecznej walki dobra ze złem jeszcze nie widziałam. Właściwie przedstawiłeś jedną rozmowę, ale zrobiłeś to w sposób bardzo wciągający. W sumie wyszło na to, że to zło motywuje dobro do działania.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Hej, Alicello

Dzięki za lekturę i komentarz. miło mi, że wciągnęło. Właściwie to racja, że opowiadanie przypomina jeden dialog i jest raczej kameralne, ale myślę, że cała obsada wystarczająco odgrywa swoje role.

W sumie wyszło na to, że to zło motywuje dobro do działania.

Bez dobra zło przestaje być złem. Według Mike’a trochę to burzy porządek świata ;)

Pozdrawiam

Najlepszy dialog jaki chyba w życiu przeczytałem :D Poważnie. 

Pozdrawiam

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Hej, Iluvathar

Biorę to za komplement. Dzięki.

Najlepszy dialog jaki chyba w życiu przeczytałem :D Poważnie. 

Pozdrawiam

A to najkrótszy komentarz, jaki w życiu napisałeś? ;)

Pozdrawiam

Zanais

 

Brak mi po prostu kompetencji do wytykania błędów, a że czytałem mało książek o podobnej tematyce (teologiczne, filozoficzne z rozbudowanymi, przemyślanymi dialogami) więc napisałem krótko :D Ale tak na poważnie to owszem, po prostu mi się podobało.

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Hej, Zanais!

 

Więc Sara zastygła z szerokim uśmiechem, za moimi umilkł śmiech Andy’ego, kłęby pary bezskutecznie próbowały odkleić się od pizzy i ulecieć. Johna zgasił papierosa i splótł dłonie niczym profesor rozpoczynający wykład.

“…za moimi plecami umilkł…”

“John”

 

To wyłapałem, gdzieś pod koniec jeszcze coś mi mignęło, ale teraz nie umiem tego znaleźć.

 

Rzuciłeś gniazdo os w tłum walczących o karpia w lidlu przed Bożym Narodzeniem ;) Przedstawiłeś opozycyjne (w dużej mierze) względem mnie stanowisko, więc w treść nie będę wchodził, ale za formę chylę czoła do samej ziemi. Pojedyncza scena rozmowy, konflikt, który wisi od początku do samego końca, odsłanianie kart bez zbędnej ekspozycji. Jeśli kiedyś będę chciał napisać tego typu scenę, to wrócę tu i będę czerpał garściami (ale nie kopiował :D)

 

Chapeau bas!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Ciekawe, wciągające i zaskakujące – niby znany motyw, ale udało Ci się wprowadzić jakąś świeżość ;)

Pozdrawiam!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Hej, Krokus

Dzięki za łapankę, poprawione. W kolejce mam Regulatorkę i Tarninę, więc cokolwiek przegapiłeś (i jeszcze więcej) one z pewnością znajdą ;)

Rzuciłeś gniazdo os w tłum walczących o karpia w lidlu przed Bożym Narodzeniem ;

Nowatorskie porównanie :)

Jeśli kiedyś będę chciał napisać tego typu scenę, to wrócę tu i będę czerpał garściami (ale nie kopiował :D)

Dzięki, bierz, ile chcesz ;) Wyłożenie całej fabuły za pomocą dialogu było całkiem zabawne i cieszę się, że dobrze wyszło.

Pozdrawiam serdecznie

 

Hej, Nati-13-98

Dziękuję za wizytę. Owszem, nie przeczę, motyw oklepany, ale lubię go i aż się prosił o podciągnięcie do fabuły konkursowej.

Pozdrawiam 

 

Hail Discordia

Interesująca koncepcja. Jest coś nowego w przedstawieniu tych starych motywów i bytów. I prowadzi do ciekawych pytań, już poruszonych w komentarzach.

Ciekawe, dlaczego akurat amerykański styl umeblowania i pewnie życia w ogóle. Skąd takie preferencje?

Oboje znamy wynik, prawda?

Obaj, to dwaj faceci. A przynajmniej tak się przyjmuje.

Babska logika rządzi!

Hej Mortecius, Japkiewicz, Silva

Obrazki przyjęte :)

 

Hej, Finklo

Dzięki za odwiedziny. Chciałem tym razem napisać coś mądrzejszego od Cess i Lowina.

A co do amerykańskiego sposobu bycia, to według mnie pasował do sceny. Choć ta scena w np. Kongo mogłaby być równie ciekawa ;)

Łapanka poprawiona (ten błąd mnie prześladuje).

Dziękuję za klika i pozdrawiam!

Jest tu dużo zła, ale pokazanego w jakże odmienny i zaskakujący, a jednocześnie, zdawałoby się, prosty sposób – ot, wymiana zdań, ale ile w niej mocy i treści! W jakże nietypowej sytuacji pokazałeś bohaterów, jakże inaczej można postrzegać to, co nimi powoduje.

Jestem pewna, że poprawisz usterki, więc mogę udać się do klikarni. ;)

 

– Z przy­jem­no­ścią – Od­su­nąłem krze­sło… ―> Brak kropki po wypowiedzi.

 

Wy­pro­sto­wa­ła się, trzy­ma­jąc oszro­nio­ne bu­tel­ki, otwo­rzy­ła je i po­ło­ży­ła mię­dzy mną a Joh­nem. ―> …otwo­rzy­ła je i postawiła mię­dzy mną a Joh­nem.

Gdyby położyła otwarte butelki, ich zawartość wylałaby się.

 

Oboje znamy wynik, praw­da? ―> Piszesz o dwóch mężczyznach, więc: Obaj znamy wynik, praw­da?

Oboje to mężczyzna i kobieta. Oboje to także dęte instrumenty drewniane.

 

po­pi­sku­jąc cicho i klasz­cząc. co pe­wien czas wy­bu­chał śmie­chem… ―> Zamiast kropki powinien być przecinek.

 

Wzdry­gną­łem się prze­bły­sku za­po­mnia­ne­go uczu­cia… ―> Chyba miało być: Wzdry­gną­łem się od/ z powodu prze­bły­sku za­po­mnia­ne­go uczu­cia

Można wzdrygnąć się na skutek czegoś, ale nie można wzdrygnąć się czymś.

 

 – Gdy pierw­szy raz za­bi­łem Sarę i Andy’ego, my­śla­łem, że ru­szysz za mną i od­bu­du­jesz ludz­kość, choć­by po to, aby się ze­mścić. W końcu, który facet bez­czyn­nie pa­trzy, gdy mor­du­ją mu ro­dzi­nę? – Wes­tchną­łem. ―> wes­tchną­łem.

 

Prócz tego ostat­nie­go. Te John zo­sta­wił dla mnie. ―> Piszesz o ostatnim trofeum, więc: To John zo­sta­wił dla mnie.

 

po­sta­wić pion­ki na inne plan­sze. ―> …po­sta­wić pion­ki na innych plan­szach.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, Regulatorzy

Bardzo dziękuję za lekturę i łapankę :)

Twoją opinię zawsze cenię wysoko, więc bardzo mnie cieszy, że przypadło Ci do gustu. Opowiadanie wyszło kameralne i opiera się głównie na dialogu, dlatego nie byłem pewien, jak wyjdzie.

Usterki, oczywiście, poprawiam i dzięki za klika :)

Pozdrawiam serdecznie

Bardzo proszę, Zanaisie. No i więcej pewności siebie – opowiadanie, choć kameralne, prezentuje się nader zacnie. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O, Zanaisie, jakie to jest dobre, to ja nie…

Twój Mike wyszedł wyjątkowo przekonująco, jest zły, ale w taki prosty, trywialny, obdarty z mistycyzmu i motywacji sposób – jeden z najlepszych socjopatów, jakich spotkałem w opowiadaniach, serio. Cały dialog miód, również przekonujący, naturalny, dopasowany do charakterów postaci, bez zbędnych elementów. Otoczenie w jakim rozgrywa się opowiadanie też Ci wyszło – i uważam, że ten dialog w Kongo nie byłby tak ciekawy, bo sceneria robi tutaj robotę, jest niby obca, a jednocześnie swojska, pachnąca amerykańskim lajfstajlem sprzed lat a jednocześnie przywołująca obrazy z dziesiątek filmów zagramanicznej produkcji, których chyba większość z nas się sporo naoglądała. Podejrzewam, że użyłeś jej, aby wyeksponować nieco hipisowski wygląd Johna.

Co do Johna – równie dobra postać co Mike, zobojętniała, znudzona ale też zadowolona z tego jak żyje, bo po co się martwić światem, skoro można wykreować swój własny, zamknięty, w którym dobrze się czujesz.

Nie do końca tylko przekonuje mnie gniew Johna, a raczej to, co go spowodowało. Słowa Mike’a o tym, kto został bogiem dla ludzi? Przecież John musiał sobie z tego zdawać sprawę, wiedzieć o tym, tylko o tym nie myśleć i nie zastanawiać się nad prawdą. Wypowiedzenie tych słów nie mogło więc Johna uświadomić… Kurde, tutaj ma problem. Ale, w sumie problem znika dzięki ostatnim słowom Mike’a – tej prośbie, temu “zmiłuj się”. Bo John się zmiłował, zrobił to, czego każdy porządny katolik oczekuje od swojego boga. A że zlitował się nawet nad szatanem, cóż, to powinno nam o czymś mówić. Ale czy powinno nam mówić o nieograniczonej miłości i wierze w obdarzonych wolna wolą ludzi? Czy może o tym, że skoro wynik jest z góry przesądzony, to nie o zmiłowanie chodzi i o wiarę, ale o nadzieję, że wygrana objawi się nie porażką adwersarza, a zaakceptowaniem tej porażki przez niego; nadzieją Johna, że ten zatopiony kawałek Mike’a wypłynie i partia nie zostanie rozstrzygnięta, bo po drugiej stronie planszy zabraknie kogoś, kto będzie chciał się mierzyć; kogoś, kto już nie będzie chciał dalej grać.

Skłania do przemyśleń. Idę do klikarni.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Q

Known some call is air am

Nie do końca jestem odbiorcą docelowym Twojego opowiadania, więc komentarz jakoś szczególnie długi nie będzie, tym nie mniej tekst z pewnością zasługuje na klika, więc choć parę zdań postaram się napisać.

Przede wszystkim odważny tekst. Masz tu dialog na prawie 30k znaków, a taką jednorodną formą łatwo zmęczyć. Tutaj dużo robisz, żeby jednak tego zmęczenia uniknąć. Budujesz bohaterów w taki sposób, by czytelnik powoli domyślał się kim oni dokładnie są, nie odkrywasz wszystkich kart od razu. Mamy tu też w trakcie rozmowy takie naprawdę mocne łupnięcie w postaci zabójstwa. To zdarzenie przychodzi tak nagle i jest tak wyraziste, że potrafi czytelnika “uderzyć”. Ładnie też próbujesz szukać refleksji o sprawach, na temat których napisano i powiedziano już wiele.

Jak wspomniałem, ja nie do końca jestem tu odbiorcą docelowym, więc trudno po moim komentarzu oczekiwać zachwytów, natomiast wynika to głównie z moich preferencji czytelniczych, nie z Twoich błędów. Uczciwie oceniając, całkiem dobry tekst z interesującym pomysłem na przedstawienie w jakiś świeższy sposób starych motywów oraz ryzykowną formą, która wymagała sporo wysiłku, by bez jej przełamań stworzyć odpowiednio ciekawą historię.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Hej, Outta Sewer

Dzięki za miłe słowa :)

Mike, John i amerykańskie przedmieścia łączą się w jedno. Chciałem oddać mały kawałek tego wyidealizowanego klimatu beztroski z telewizyjnych oper mydlanych, po czym zburzyć go pierwszym twistem. Co do dialogu, cieszę się, że uznajesz go za naturalny i dobry. Cała scena jest kameralna – jedno pomieszczenie, cztery osoby i tyle. Przynajmniej tym razem nie miałem problemu zmieścić się w limicie znaków :)

Gniew Johna – no to już można wchodzić w różne interpretacje. Mike nie wie, czemu John się zgodził (i nie bardzo go to obchodzi), dlatego nie wchodzę w głębsze wyjaśnienia. Wyobraziłem sobie ich obu jako dwa krańce spektrum, które nigdy nie mogą zostać osiągnięte. Dlatego ani Mike nie może zniszczyć tego ostatniego domku na Ziemi, ani John nie potrafi zrezygnować z miłosierdzia. Są niewolnikami ról, które mają do odegrania. John próbuje się zbuntować, ale nie potrafi. Wpadł w gniew, bo nadal pragnie być dla ludzi kimś ważnym? Albo zrozumiał, że Mike nigdy nie odpuści? Może paliły go wyrzuty sumienia, podsycane przez Mike’a, aż do wybuchu? 

Przecież John musiał sobie z tego zdawać sprawę, wiedzieć o tym, tylko o tym nie myśleć i nie zastanawiać się nad prawdą.

John zdawał sobie sprawę, wiedział o wszystkim. Dlatego mgła, odgrodzenie się i próba ucieczki, ale z góry skazana na niepowodzenie. Ludzie mają wolną wolę, ale Jezus i Szatan? Trudno oczekiwać od faceta w dresie zajadającego się pizzą w domku, aby pokonał zło podczas ostatniej rozgrywki. Mike też to wie i zamiast czekać na zniszczonym (z własnej winy) świecie, chce „miło” spędzić czas przed porażką.

W swoim opowiadaniu miałeś, jeśli dobrze pamiętam, podobny motyw. Gdy wiesz, że przegrasz, ważna jest zabawa, a o to trudno, gdy już nie ma z kim się bawić.

Trochę dużo wpakowałem w to opowiadanie, ale jakoś wyszło ;)

Dzięki za klika i pozdrawiam 

 

 

Hej, CMie

Wiem, że to nie Twój typ opowiadania – wyobraź sobie, że jak pisałem pierwsze przekleństwo, akurat o Tobie pomyślałem :P

Lubię pisać dialogi i tutaj starałem się poćwiczyć rozmowę nieograniczoną rozwojem fabuły, a jednocześnie interesującą. Przyznaję, że przerabiania było mnóstwo, wczucie się w bohaterów nie przychodziło łatwo, w końcu to absoluty zamknięte w ludzkich ciałach.

Mamy tu też w trakcie rozmowy takie naprawdę mocne łupnięcie w postaci zabójstwa. To zdarzenie przychodzi tak nagle i jest tak wyraziste, że potrafi czytelnika “uderzyć”.

A dziękuję, to moja ulubiona scena (choć źle to brzmi) ;)

Dzięki za klika i lekturę :)

 

Chciałem oddać mały kawałek tego wyidealizowanego klimatu beztroski z telewizyjnych oper mydlanych, po czym zburzyć go pierwszym twistem

I się udało, bo mogę się podpisać pod słowami CM-a, że ta scena zabójstwa “uderza”, powoduje sprzeciw, ale potem ją łagodzisz rezurekcją, czy tam inną insurekcją ;P

 

Albo zrozumiał, że Mike nigdy nie odpuści?

Albo ma nadzieję, że Mike tym razem bardziej będzie uważał i jednak w pewnym momencie odpuści. To byłoby bardziej takie po jezusowemu.

 

W swoim opowiadaniu miałeś, jeśli dobrze pamiętam, podobny motyw. Gdy wiesz, że przegrasz, ważna jest zabawa, a o to trudno, gdy już nie ma z kim się bawić.

Tak. Szatan jest w tradycji chrześcijańskiej postacią złą, ale również tragiczną – bo jak to jest żyć, istnieć, ze świadomością, że niezależnie od podjętych działań, od tego jak dobrze pozornie idzie, to na końcu i tak czeka nieunikniona porażka? Mike kupił sobie czas, doprowadził do dogrywki, ale finalnie i tak stoi na straconej pozycji.

 

Trochę dużo wpakowałem w to opowiadanie, ale jakoś wyszło ;)

Wyszło bardzo dobrze.

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Hej, Zanais,

To ja tu przycupnę z komentarzem po becie.

Fajnie, że szukasz nowych pomysłów na siebie, bo eksperymenty są zawsze rozwijające. Ciekawie przerabiasz tu klasyczny motyw walki dobra i zła oraz tak zwaną poetykę amerykańskiej pulpy w stylu Tarantino i filmów klasy B. Mieszanka niecodzienna, ale zaskakująco smaczna jak guacamole z ananasem.

Pozdrawiam

"ja wciąż chce grać"

e -> ę

 

Smutny diaboł wrócił z ogrodu, tak by to wyglądało w skrócie. Fajnie pokombinowałeś – niby na standardowych historiach, a jednak ze zmyłkami, kilkukrotnymi, które jednak cały czas pasują do tego, co okazuje się na końcu. Pomyśleć, ze zaczęło się od tego, ze kojarzyło się z Twardowskim.

 

Hej, Oidrin

Czasem trzeba napisać coś bez humoru (choć moją żonę to opowiadanie bawiło :P ). Tarantino był jednym z inspiracji tego opowiadania, a dokładniej pierwszy dialog z “Bękartów Wojny”. Cieszę się, że wyszło strawnie i jeszcze raz dziękuję za betę :)

Pozdrawiam

 

Hej, Wilku-zimowy

Smutny diaboł wrócił z ogrodu, tak by to wyglądało w skrócie.

Jednozdaniowe streszczenie książek/opowiadań to dobry pomysł na konkurs.

 

Miło, że przypadło Ci do gustu. Bohaterowie i historia trochę oklepane, ale mam nadzieję, że udało się wycisnąć jeszcze parę kropel świeżości.

Pomyśleć, ze zaczęło się od tego, ze kojarzyło się z Twardowskim.

A tego się nie spodziewałem ;)

Dzięki za lekturę i komentarz.

Pozdrawiam 

Dzień dobry!

Moją opinię już znasz, siłą rzeczy, acz przychodzę zostawić publiczny komentarz.

To świetny tekst. Bierzesz na tapet niby dość oklepany temat – rezygnację Boga – i robisz z niej coś niezwykłego. Uważam, że sporo w tym zasługi Mike’a i Johna, którzy są bardzo dobrze zbudowanymi postaciami. Lucyfer jako domokrążca? Zdecydowanie to widzę.

Przypadł mi również do gustu styl, jakim się posługujesz – nieco ciemny, mroczny, ale z drugiej strony całkiem lekki. Bardzo pasuje do opowieści.

Zostaw ten żyrandol.

Hej, Verus

Dziękuję za betę, uwagi i komentarz. Mike’a i Johna polubiłem i dobrze widzieć, że spodobali się też czytelnikom. Lucyfer jako domokrążca – w końcu jest mistrzem marketingu ;)

Pozdrawiam serdecznie

Hej, świetne opowiadanie :) Pewnie powinienem się do czegoś przyczepić ;) , ale na razie nie potrafię znaleźć niczego. Gratulacje!

Hej, dantes

Dzięki, na siłę przyczepek nie szukaj ;)

Bardzo się podobało, bardzo.

Dopiero po chwili zorientowałem się, kim są bohaterowie i zrobiło to na mnie jeszcze większe wrażenie, jak wszystko tu pasuje od samego początku (do samego końca rzecz jasna).

Motyw niby znany, wielokrotnie wykorzystywany, ale tutaj wyszło to bardzo świeżo.

Bardzo dobre dialogi (czy też jeden dialog długości opowiadania). Nie czułem żadnych zgrzytów, a wręcz przeciwnie, wszystko było bardzo zgrane. Gdzie było trzeba się rozgadać to się rozgadałeś, gdzie było trzeba powiedzieć mało, to powiedziałeś mało, a gdzie potrzebne było milczenie to milczałeś.

Umiejscowienie akcji w domku z amerykańskich przedmieść ma tu bardzo dużo sensu, w końcu USA to mityczna “kraina dobrobytu i szczęścia”, Eden niemalże. Można niby ten dialog przeprowadzić w Kongo, Rosji czy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, ale wyglądałby on zgoła inaczej i niósłby za sobą odmienne znaczenia.

Napisałeś bardzo dobrego humorystycznego Lowina, teraz napisałeś bardzo dobrego poważnego Mike’a – świadczy to o sprawnym warsztacie, którego ci gratuluję.

Hej, PanDomingo

Dzięki wielkie za rozbudowany i miły komentarz. Ukrywanie tożsamości nie było celowym zabiegiem, bo nagła odsłona mogłaby nieco zaburzać odbiór – chciałem, aby pewność była już przy rozmowie na temat marketingu.

Co do miejsca, to tak, amerykańskie domki jednorodzinne, na przedmieściach, w dobrej dzielnicy, to w końcu kwintesencja sitcomów, gdzie wszystko jest piękne i cudowne aż do mdłości.

Napisałeś bardzo dobrego humorystycznego Lowina, teraz napisałeś bardzo dobrego poważnego Mike’a – świadczy to o sprawnym warsztacie, którego ci gratuluję.

Dzięki, pierwszy Lowin dobry, drugi mniej ;) Czasem trzeba jednak napisać coś na poważnie (choć tutaj trochę humoru nadal jest, chyba że tylko moja żona go widzi)

Dzięki za lekturę i pozdrawiam!

Zanaisie, humor oczywiście dostrzegam. W Lowinie był humor komediowy, ale tu był to bardziej taki naturalny “humor życia codziennego”, który przyczynił się do wysokiej jakości dialogu. Nawet w najpoważniejszym dziele szczypta humoru nie dość, że nie zawadzi, to jeszcze wzniesie utwór na wyższy poziom ;)

Cześć!

 

Z uwag – bardzo niewiele:

 

– Racja, Mike – burknął John. – Muszę przyznać, że prawdziwy z ciebie profesjonalista. Zawsze wciśniesz najgorszy towar za najwyższą cenę. Czy każdemu? – Wzruszył ramionami. – Niekiedy spotykasz gościa, który odrzuca marchew i ma za twarde plecy, żeby przejmować się twoim kijem. Co wtedy robisz? Dajesz za wygraną, czy chodzisz za nim jak zagubiony kundel, pogrążając się coraz bardziej w swojej pieprzonej nieudolności.

Jak dla mnie – to pytanie, więc powinno kończyć się “?”.

 

I tyle z technikaliów :P

Czyli – niezwykle dobrze.

 

 

Treść.

Czułem narastające zaciekawienie.

Morderstwo – wielki plus, niezłe zaskoczenie.

I co…? Parę chwil później wskrzeszenie :|

No to mnie rozczarowało :P

Zabrało sens temu morderstwu, zabrało nawet sens obojętności Johna. Gdyby miał nową żonę, nowe dziecko, musiał / chciał od nowa… A tak, pstyk palcami, więc czemu w sumie przejmować się tym morderstwem?

Sam John ogólnie mnie przekonywał, Mike w ogóle.

Jako geniusz zła, mistrz zbrodni, kuszenia, wściekał się, bo dziecko płakało? To go wyprowadzało z równowagi? Tego właśnie nienawidził najbardziej? Hałasu? Było to dla mnie niepojęte i jakieś nadmiernie upraszczające moje wyobrażenia samego sedna zła.

Z kolei obojętność Johna (poza kwestią wskrzeszenia) była w jakiś sposób świetna.

I co? I na końcu role się odwróciły.

To Mike finalnie mnie przekonał (choć dalej ciężko mi wierzyć, że takie rzeczy jak płacz dzieciaka go rozpraszały). Miał plan, gadał co gadał, wydawał się być, jaki wydawał, aby ten plan zrealizować.

Z to John, w swym wybuchu jakoś mnie mnie przekonał.

Bo bardziej pasował mi właśnie taki obojętny.

Podsumowując – mnóstwo mieszanych emocji.

A to dobrze :)

Bardzo udane opowiadanie, choć przyznaję, że już od bójki czysto dialogowe opko zaczęło mnie delikatnie nużyć. Zwyczajnie, ciągły dialog wymusza duże skupienie. Narracja czasami pozwala nieco od tego odpocząć.

 

Pozdro!

 

PS. Czytając tytuł, miałem niezłe wyobrażenie :D

Zdawało mi się, że to jakieś wielkie, ciemnoskóre amerykańskie dziecko, chcąc grać w koszykówkę, z którego śmieją się inne dzieci i ten się mści :D

Sam tytuł, a jest pomysł na opko xD

Hej, Silvan

Odniosę się po kolei :)

I co…? Parę chwil później wskrzeszenie :|

No to mnie rozczarowało :P

Zabrało sens temu morderstwu, zabrało nawet sens obojętności Johna. Gdyby miał nową żonę, nowe dziecko, musiał / chciał od nowa… A tak, pstyk palcami, więc czemu w sumie przejmować się tym morderstwem?

To nie jest zwykłe morderstwo. Nie ma też “zwykłego” sensu, a John wcale się nie przejął morderstwem. Akurat śmierć rodziny Johna nie rusza, w końcu to nie pierwszy raz. 

Jako geniusz zła, mistrz zbrodni, kuszenia, wściekał się, bo dziecko płakało? To go wyprowadzało z równowagi? Tego właśnie nienawidził najbardziej? Hałasu? Było to dla mnie niepojęte i jakieś nadmiernie upraszczające moje wyobrażenia samego sedna zła.

Są różne płacze dzieci – kto ma dziecko z silnymi płucami, ten wie (ja wiem ;) ). Mike jest w ciele i inaczej odbiera świat, lubi zapalić i wypić, odczuwa ból i może też lubić/nie lubić pewne bodźce. Poza tym Mike w Piekle ma całą ludzkość, której wrzasków musi słuchać przez wieczność – może po prostu ma tego dość? Na miejscu Mike’a znalazłbym sobie domek na uboczu Piekła i zostawił dręczenie dusz w rękach załogi :P

Z to John, w swym wybuchu jakoś mnie mnie przekonał.

Bo bardziej pasował mi właśnie taki obojętny.

Ogólnie wepchnięcie absolutów w ramy naszej moralności, rozsądku i zachowań jest niemożliwe, wiec zawsze trzeba przyjąć jakąś wersję. Mike nie wie, czemu John w końcu się zgadza na nowo grać, nie wie, czemu go zaatakował, nie wie, czy nowa strategia przyniesie efekty. Dlatego nie tłumaczę tego w tekście – niech czytelnik sam wybierze swoją interpretację. Ja swoją mam, ale to tylko moja.

Wolałem pisać Mike’a i Johna jako byty popełniające błędy, w końcu cały problem Mike’a zaczął się właśnie od tego, że przedobrzył.

Podsumowując – mnóstwo mieszanych emocji.

A to dobrze :)

Bardzo udane opowiadanie, choć przyznaję, że już od bójki czysto dialogowe opko zaczęło mnie delikatnie nużyć. Zwyczajnie, ciągły dialog wymusza duże skupienie. Narracja czasami pozwala nieco od tego odpocząć.

Dzięki :)

Dialog, hmm, ja uwielbiam :P Kwestia gustu, nie lubię wielkich bloków narracji i opisów, więc rozumiem Twoje znużenie, ale nie wpadłbym na to, że po bójce było aż tyle dialogu ;)

PS. Czytając tytuł, miałem niezłe wyobrażenie :D

Zdawało mi się, że to jakieś wielkie, ciemnoskóre amerykańskie dziecko, chcąc grać w koszykówkę, z którego śmieją się inne dzieci i ten się mści :D

Sam tytuł, a jest pomysł na opko xD

Tytuł miał niewiele sugerować, a jednocześnie mieć sens. Ale Twój pomysł jest całkiem dobry. Na końcu sam gra w kosza, biegając między zakrwawionymi ciałami prześladowców xD

Dzięki za lekturę i pozdrawiam :)

Zanais,

bardzo ciekawe opowiadanie, tylko gratulować pomysłu. Nie ukrywam jednak, że po całości mam mieszane odczucia.

Postać Mike i Johna jest zarysowana świetnie, choć od początku wiedziałam, że Mike kogoś zabije, dawałeś tutaj dość jasne wskazówki. Mike tak w ogóle skojarzył mi się trochę z Mad Men, nie wiem czy to tylko ja, czy z tyłu głowy gdzieś ci się kręcili. Motyw z malowanym płótnem bardzo fajny, ale dalej zastanawia mnie, czemu John nigdy nie obronił żony i syna. Kim oni tak naprawdę byli? W ogóle to byli prawdziwi, czy to tylko wytwory jego głowy? A jak prawdziwi, to są ludzimi którzy kiedyś żyli, czy stworzył ich według własnego upodobania? Tak wiele pytań.

Rozczarowałam się momencie, gdy ujawniłeś wątek religijny. I choć naprawdę kłaniam się pod wizją Szatana jako znudzonego kusiciela, który zniszczył świat i chce na nowo “grać”, to jednak rozczarował mnie taki obrót spraw. Ciężko mi jednak określić dlaczego, wykorzystanie wątków religijnych w żaden sposób mnie nie razi. Może to dla mnie zbyt wyświechtany motyw? Albo liczyłam na coś bardziej nowego, oryginalnego? Nie wiem.

To naprawdę świetne opowiadanie, ale pozostał we mnie jakiś niedosyt, lekkie rozczarowanie finalnym odkryciem wątku. 

 

Ciekawe. Nie jest to kolejna, sztampowa historia o walce dobra ze złem. Czy dobro, które podejmuje walkę ze złem tylko wtedy, kiedy zło się o to doprasza, ciągle jest dobrem? Ładnie nakreśliłeś to starcie dwóch postaci, z których jedna wprost pali się do działania, a druga marzy tylko o świętym spokoju. Wielkim plusem tekstu jest to, że powoli odkrywałeś karty, czemu sprzyjało obsadzenie akcji w takim a nie innym miejscu. Bo w sumie – czemu nie?

Podsumowując – podobało mi się :)

Pozdrawiam!

Hej, Shanti

Dzięki za odwiedziny. Mad Men nie miałem przyjemności oglądać, więc na pewno się nimi nie sugerowałem :) Co do obrony żony i syna – są prawdziwi, a John nie broni ich, bo nie widzi takiej potrzeby. Wystarczy, że zechce i są znów żywi. 

Motyw religijny był podwaliną historii i ani razu nie miałem wizji tego opowiadania z innymi bohaterami, więc tu nie pomogę z wyjaśnieniem. Czy to stary motyw? Tak. Co nie znaczy, że nie miałem chęci ubrać go w coś nowego :)

Pozdrawiam serdecznie

 

Hej, Adam_c4

Miło mi, że się spodobało. O dobru i złu napisano całe tomy i pewnie zawsze się będzie pisać, po prostu dodałem coś małego od siebie. Ukrywanie tożsamości bohaterów nie wyszło może do końca tak, jak planowałem, ale też nie dawać żadnych poszlak/wskazówek, bo jednak pierwszoosobowa narracja narzuca myśli bohatera, a w tym przypadku nie mogą wyglądać zupełnie “normalnie”. 

Dzięki za odwiedziny i pozdrawiam :)

Cześć!

 

Herezja! I niezłe opko, ale… :D

Pomysł i wykonanie bardzo dobre imho, tekst wciąga i zaskakuje momentami, zgrzytów specjalnych nie stwierdziłem. Niby spotkanko przy browarze, paplanina o pracy, starych czasach, a tu nagle morderstwo. I to bardzo obrazowo opisane. Zwłaszcza te kawałki, które strzepnął, miodzik. Aż musiałem przerwać lekturę i ochłonąć. Niby był wcześniej sygnał, co się z tym dzieckiem zaraz stanie, ale mimo wszystko wyszło bardzo mocno imho.

Mike bardzo obrazowo przedstawiony, tak nowocześnie. Subtelnie naprowadzasz na to, kim może być (w dół, ulubiona temperatura). Pomysłowe. Z kolei John jest taki, jakby to powiedzieć, powszednio-pierdołowaty. Ma też żonę i dziecko, i mocno zastanawiam się nad symbolika tych postaci. Ale wróćmy do Johna. Wpuści do domu, każe podać browary. Jak dziecko płacze to tyłka ruszyć nie raczy. Elokwencja też nie jest jego mocną stroną, woli stoicko siedzieć. Za to jak już się wścieknie… Strach się bać, ragnarok z apokalipsą, najazdem KS i PIP w jednym.

Jak rozumiem, w końcówce John uznaje argumenty Mike’a za słuszne, wpada w gniew i wbrew ojcu (który zajął się aktualnie czymś innym) postanawia zacząć od nowa, taki reset. Mike stawia na swoim, bo choć wie, że w końcu przegra, to działa na czas. Po drodze mamy jeszcze kilka sugestii złego, że ojciec odszedł, nie interesuje się, albo – o zgrozo – nie interweniuje na każde zawołanie, kiedy igrające z dynamitem owieczki się poparzą. A John łyka to wszystko bez jakiejkolwiek reakcji, z browarem w dłoni.

Początek super, scena morderstwa bardzo obrazowo pokazana i przygotowana, natomiast później już przeradza się to w dialog, lub w zasadzie monolog Mike’a, który mnie jakoś szczególnie nie porwał. Postawy i reakcji Johna nie rozumiem. Nie wiem czemu ma służyć, co ją spowodowało? Mnogość nawiązań sugeruje niby, że bohaterowie są postaciami chrześcijańskiego uniwersum (jakiś tam ojciec; Mike wie, że przegrał; piekło ogniste…). Jednak obraz ich wzajemnej relacji, roli czy motywów postępowania jest diametralnie różny i od chrześcijańskiego daleki imho. Bliższy chyba religiom dalekowschodnim.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Hej, krar85

Dzięki za długi komentarz. Jak w każdym opowiadaniu są rzeczy dobre i złe, cieszy mnie, że znalazłeś dobre, a do złych spróbuję się ustosunkować. Od razu powiem, że nie znam stosunków między bóstwami dalekowschodnich religii, więc ewentualne podobieństwa wystąpiły zupełnie przypadkowo.

Widzę, że główny problem jest z postacią Johna. Krótko mówiąc – Mike chce grać, a John nie. John chce spokoju i starałem się, aby jego podstawa była jednocześnie odzwierciedleniem reakcji an niechcianego gościa, który mu wypoczynek zakłóca oraz braku ambicji. John wie, że wygra, nie ma już ochoty walczyć o ludzi, nie odczuwa potrzeby obrony rodziny, bo i tak pstryknie palcami i żona wraz z dzieckiem znów żyją. Może wszystko i przez to nic mu się już nie chce. Czy jest z tego powodu zadowolony? Jak widać… ;)

Właściwie widzisz go dokładnie takim, jakim chciałem go pokazać :)

Pozdrawiam serdecznie

Przeczytałem

Cześć, Zanais!

 

Narracja dość niespieszna i to budowało fantastyczny klimat. Ta amerykańska sceneria doskonale wpisuje się w styl opowiadania. Amerykańscy są bowiem także bohaterowie oraz ich wypowiedzi. Dialogi bardzo dobre, choć w którymś momencie odczułem lekki przesyt i historia pewnie niewiele by straciła, gdyby było ich nieco mniej.

Podobała mi się postać szatana, przedstawionego jako niezłomnego wojownika, świadomego przegranej sprawy. Jezus troszkę zbyt zblazowany (takie było oczywiście założenie, ale zabrakło mi jakiegoś przełamania), nie dostał moim skromnym zdaniem wystarczająco dużo przestrzeni, aby choć trochę się odgryźć. ;-)

Bardzo dobrze się czytało, ponieważ wykonanie stoi na najwyższym poziomie, w szczególności świetne, rozbudowane opisy (których co do zasady aż tak nie lubię).

 

Powodzenia w konkursie!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Cześć, FilipWij

Narracja dość niespieszna i to budowało fantastyczny klimat. Ta amerykańska sceneria doskonale wpisuje się w styl opowiadania. Amerykańscy są bowiem także bohaterowie oraz ich wypowiedzi.

A dzięki, mam za bardzo amerykański styl. Nie mów Tarninie, bo jak przyjdzie i wypisze anglicyzmy, to się nie pozbieram ;)

Dialogi bardzo dobre, choć w którymś momencie odczułem lekki przesyt i historia pewnie niewiele by straciła, gdyby było ich nieco mniej.

Nie przeczę. Z drugiej strony, wszystko wydawało mi się ważne, więc cóż…

Podobała mi się postać szatana, przedstawionego jako niezłomnego wojownika, świadomego przegranej sprawy.

Niezłomnego? W sumie upartego, ale z własnych aroganckich powodów.

Jezus troszkę zbyt zblazowany (takie było oczywiście założenie, ale zabrakło mi jakiegoś przełamania), nie dostał moim skromnym zdaniem wystarczająco dużo przestrzeni, aby choć trochę się odgryźć. ;-)

Uznałem, że spuszczenie łomotu Szatanowi było wystarczającym przełamaniem ;) To opowieść Mike’a, więc John nie odgrywał tam głównych skrzypiec, a jego rozbudowa nie mieściła się w limicie.

Bardzo dobrze się czytało, ponieważ wykonanie stoi na najwyższym poziomie, w szczególności świetne, rozbudowane opisy (których co do zasady aż tak nie lubię).

Dzięki. Tam są jakieś opisy? Bo już czytałem, że to opowiadanie to sam dialog :P

 

Pozdrawiam serdecznie

 

Hej, Zanais!

 

Niech wypisuje, jeżeli faktycznie jest ich nadmiar. ;-) W takiej konwencji powinna to być zaleta, bo klimat oddałeś świetnie. 

 

A kilka zacnych opisów się jednak znalazło (choćby ten zaczynający się krojeniem pizzy – to mi się bardzo spodobało). :-)

 

Widzę, że masz tu sporo udanych opowiadań, więc gdy ogarnę wszystkie z konkursu o złych, to z pewnością poczytam. :-) 

 

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Nowa Fantastyka