- Opowiadanie: Krokus - Tam, gdzie każdy kogoś ma

Tam, gdzie każdy kogoś ma

Witajcie,

 

To drugi mój tekst na forum i... drugi krążący wokół podobnego problemu.

 

Uprzedzam, że w opowiadaniu występują wulgaryzmy.

 

Zapraszam do lektury!

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy II, Użytkownicy V, Użytkownicy IV

Oceny

Tam, gdzie każdy kogoś ma

Michał zaraz po przebudzeniu ujrzał przed sobą wielkie, blade oczy, ogromny nos i wyszczerzone zęby na fioletowej twarzy.

– Co to, kurwa, Buka?! – wrzasnął, a resztki snu uleciały w niebyt.

Wszystkimi kończynami chaotycznie odpychał się do tyłu, jak spłoszony rak, aż wyrżnął potylicą w ścianę. Ze wszystkich stron zagrzmiały głuche śmiechy, a przed chłopakiem wciąż stała Buka.

– Już dobrze – powiedział łysy mężczyzna w czarnym ubraniu, który pojawił się pomiędzy Michałem, a potworem. – Już dobrze. A teraz przywitaj się z Miśką.

Łysy wyciągnął do niego rękę i pomógł wstać.

– M-m-miśką?

– Tak, to Miśka. – Poklepał Bukę po cielsku. – Jest trochę chłodna w obyciu, ale tutaj – powiódł ręką dookoła – taka przyjaciółka to prawdziwy skarb.

Dopiero teraz Michał śmielej podniósł głowę i rozejrzał się po pomieszczeniu. Całym ciałem wstrząsnął dreszcz, a chłopak bezwiednie otworzył usta i się zgarbił. Poczuł się jak plastikowy żołnierzyk, jeden z wielu, które jako dziecko wysyłał na zabójcze misje i uśmiercał plastikowymi pociskami z armaty plastikowego czołgu. Po bokach piętrzyły się regały, rozmiarami przypominające drapacze chmur, ale nie sięgały obłoków sunących po niebie, a niknęły w cieniu pod skośnym sufitem. Samotna żarówka w oprawce remontowej, o mocy zdecydowanie zbyt małej na metraż pomieszczenia, wydobywała z cienia szarości i brązy oraz wpatrzone zewsząd w Michała twarze. Ich spojrzenia sprawiły, że poczuł się jeszcze mniejszy i coś przydusiło mu płuca, z trudem wdychające duszne powietrze.

– Co cię do nas sprowadza? – zapytał Łysy.

– Spro… Mnie? Ale… – dukał.

Mężczyzna roześmiał się i klepnął go w plecy.

– Jak zawsze, jak zawsze. Każdy tu jest zdziwiony na początku. Cóż, witaj, Michale, na Strasznym Strychu Ani.

Michał odsunął się o pół kroku.

– Skąd…

– Dokonaliśmy identyfikacji – przerwał mu Łysy, jakby tylko czekał na to pytanie – zanim się obudziłeś. O, tam – wskazał na przeciwległą ścianę – te urocze panie rozpoznały w tobie swojego dawnego ucznia.

Michał zamrugał, przetarł oczy nadgarstkami i wlepił wzrok w pochłonięte rozmową trzy kobiety, które co chwila zerkały na niego, niby ukradkiem, ale na tyle ostentacyjnie, by pogardliwe spojrzenia nie umknęły jego uwadze. Trzy największe koszmary chłopaka z podstawówki: polonistka, na którą mówili Urszulka, katechetka Sodoma i Dolores – dyrektorka we własnej, otyłej osobie.

– Ta gruba nawet stwierdziła, że mogła się tu ciebie spodziewać. – Łysy zerkał na Michała zaciekawiony.

Chłopak odpowiedział pytającym spojrzeniem.

– Spokojnie, spokojnie. Już tłumaczę. Ania Żak, pamiętasz ją?

Michał zmarszczył brwi, ale po chwili wzruszył ramionami i pokręcił głową.

– Szczupła, ciemnowłosa dziesięciolatka, tego wzrostu. – Łysy przyłożył rozprostowaną dłoń do swojego mostka. – Oczy niebieskie, buzia okrągła… Nadal nic?

Chłopak wzruszył ramionami.

– No cóż, w takim razie pewnie jesteś tylko sezonowcem.

– Jakim sezonowcem? – Poirytował się Michał.

– Jesteś tu tylko na chwilę, pewnie Ania zobaczyła cię gdzieś, może na spacerze i… ach! Przepraszam, zacznijmy od podstaw. Przejdźmy się.

Objął chłopaka ramieniem i powolnym krokiem ruszyli w prawo, w stronę wysokiego regału z książkami o kolorowych, acz wyblakłych oprawach.

– Widzisz – powiódł ręką dookoła – wszystkich na tym strychu łączy jedno: strach Ani. Ania boi się każdego z nas. Przez chwilę była tu nawet lalka Barbie. Zresztą popatrz tam.

Wskazał na ubranego w białą szatę starca, grającego w szachy ze Świętym Mikołajem.

– Gandalf? – zapytał zdezorientowany Michał.

Łysy roześmiał się.

– Lepiej, lepiej, kolego. Sam Pan Bóg katolicki. Nawiasem mówiąc – ściszył głos – mów mu „Wielebny”.

Michał potknął się o łeb gwoździa wystającego z drewnianej podłogi. Czuł się, jakby świat uciekał mu spod nóg, brakowało choćby jednej prostej informacji, od której mógłby zacząć układać klocki w głowie, a tak wszystko zdawało się rozmywać, jak mgiełka oddechu w mroźny wieczór.

– Także – kontynuował Łysy – pewnie gdzieś na ulicy spotkałeś dziewczynę, może groźnie spojrzałeś, może nakrzyczałeś, że na ciebie wlazła, wiesz, jak jest z dziećmi. Niewiele im trzeba, żeby narobiły w gacie. Przeczekasz chwilę, dziewczyna zapomni i tyle cię będziemy widzieć. Bo co tu dużo mówić, ten strych – umilkł na chwilę – to więzienie. Jedyna rozrywka jest wtedy, jak pojawia się ktoś nowy.

– Tak jak dzisiaj?

– Tak jak dzisiaj.

Stanęli przy regale z kolorowo oprawionymi bajkami. Michał spojrzał w górę i zrobił krok w tył, chowając się nieco za Łysym. Skronie zadudniły pulsującymi żyłami, serce załomotało w piersi. Zgarbił się i poczuł jeszcze mniejszy niż wcześniej. Patrzyły na niego najgorsze koszmary z dzieciństwa: Wiedźma z Królewny Śnieżki, Skaza i Hieny z Króla Lwa, Cruella de Mon i… Shrek z Osłem.

– A ci tu skąd? – zapytał.

Łysy wzruszył ramionami.

– To dziecko, różnych rzeczy się boi – odpowiedział. – Chodź, tutaj każdy czuje się nieswojo. – Objął go i pociągnął w drugą stronę.

Szli spokojnym krokiem, a Łysy jakby czekał na kolejne pytanie. Michał patrzył w podłogę i powoli uspokajał myśli. Gdy zwolniły na tyle, że mógł złapać choć jedną z nich, w końcu zapytał:

– Mówiłeś, że zapomni o mnie i… właściwie co?

– Nic. – Wzruszył ramionami. – Zrobisz się trochę niewyraźny i tyle. Po prostu koniec.

Michał chwycił się za głowę. Koniec. Jak to koniec?

– Umrę?

Łysy zaśmiał się, zatrzymał i spuścił wzrok, uśmiechając się pod nosem.

– Będziesz wolny.

Michał żałował, że w ogóle zapytał. Koniec i wolność. Co jeszcze?

– A jeśli jednak mnie nie zapomni?

– To by znaczyło, że musiałeś jej mocno zapaść w pamięć. Ale to byś chyba pamiętał, co? Naprawdę nie wiesz, czym mogłeś ją wystraszyć?

W głowie Michała zaiskrzyła myśl, ale wyuczony nawyk kazał mu trzymać język za zębami. Pokręcił przecząco głową.

– Cóż, w tej, nazwijmy to, „ludzkiej części”, niektórzy oskarżają się nawzajem za to, że się tu znaleźli. Masz czas, rozejrzyj się i może znajdziesz swojego winowajcę. Sam Wielebny twierdzi, że jest tu przez tę katechetkę, a Święty Mikołaj, tak jak choćby Dyrektorka i jeszcze kilka innych osób, obwiniają ojca małej. Ja również jestem tu przez niego, choć dałem sobie spokój z wyrzutami. Przyzwyczaiłem się do wizyt na takich strychach.

– A, przepraszam, kim ty jesteś?

– Ja? Ja jestem Zły Pan.

***

Gdy Łysy skończył wprowadzanie nowego gościa do społeczności, zostawił go samego i drapiąc się po szpicbródce, polecił się na przyszłość. Michał podziękował wymuszonym uśmiechem, chwilę stał, rozglądając się dookoła, po czym podszedł do najbliższego regału, wdrapał się na pierwszą półkę i wcisnął za stojące na niej pudło. Zdążył się wcześniej zorientować, że ubrany jest jak co dzień do pracy: popielata bluza z kapturem naciągnięta na biały T-shirt, czarne bojówki i równie czarne „najki” na stopach. Musiał się jeszcze upewnić, czy wszystkie fanty ma na swoim miejscu.

Kucnął w swojej kryjówce i sięgnął rękami do końców nogawek, gdy poczuł na sobie czyjś wzrok. Podniósł głowę i spojrzał w żółte, świecące w cieniu ślepia. Nie w dwa, a w dwadzieścia. Wrzasnął i rzucił się do ucieczki. Wybiegł zza pudła i spadł na podłogę z głośnym plaśnięciem. Całe powietrze wyleciało mu z płuc, ale nie czekając, aż dojdzie do siebie, rękami i nogami odepchnął się do przodu o jeszcze kilka kroków, wyglądając przy tym, jak pijana jaszczurka. Odwrócił się, szybkimi oddechami próbując złapać jak najwięcej dusznego powietrza. Ślepia wciąż patrzyły na niego, ale nie wyszły dalej, jak sięgał cień. Po chwili leniwie, para po parze, wróciły do swej wcześniejszej kryjówki.

Michał zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Cisza. Dookoła panowała dzwoniąca w uszach cisza. Szarpnął się z podłogi i nerwowo rozejrzał po strychu. Zewsząd obserwowały go Strachy, z wyrazem politowania wymalowanym na bajkowych i ludzkich twarzach. Wyprostował się, obrał kurs na kolejny regał i ruszył przed siebie sztywnym krokiem, mającym w zamyśle zamaskować drżące nogi.

Ciszę przerwał szept. Potem kolejny i jeszcze jeden. Michał zatrzymał się i rozejrzał. Nikt już na niego nie patrzył. Strachy rozmawiały ze sobą, rozproszone po całym strychu w grupkach po dwa albo trzy, a te bajkowe nawet się bawiły. Jednak wszyscy trzymali się w ryzach, w jakich dorośli najchętniej nieprzerwanie trzymaliby swoje dzieci: wszyscy byli spokojni, jakby gdzieś w kącie chował się szkolny woźny z ogarem i kijem w ręku, by tępić przejawy nadmiernej radości. A do tego to pomieszczenie wchłaniało wszystkie dźwięki. Żaden się nie niósł, nie odbijał od gołych ścian, pokrytych łuszczącą się farbą, słowo raz powiedziane trafiało do uszu i tam już zostawało, a rozmowy zamieniały się w szepty i pełzły po podłodze z biletem w jedną stronę.

Michał przełknął ślinę i doszedł do kolejnego regału: półka wydawała się niezamieszkała. Podskoczył, łapiąc krawędź i podciągnął się na rękach. Sapiąc i stękając, wdrapał się na półkę, stanął, podniósł głowę i zobaczył Łysego w pozycji lotosu. Znów wrzasnął, zrobił krok w tył, ale noga trafiła w pustkę. Plasnął o podłogę, tym razem potylicą, aż pociemniało mu przed oczami. Gdy otrzeźwiał, Łysy stał nad nim z szerokim uśmiechem.

– Spokojnie, spokojnie, młody. Wielu tak ma na początku, zwłaszcza sezonowcy.

Wyciągnął do Michała rękę i pomógł wstać.

– Chciałeś się gdzieś skryć? ­– ciągnął dalej Łysy. – Tutaj wszystko i wszędzie na ciebie patrzy, ale… – przeciągnął ostatnią głoskę. – Ale może idź tam, do Miśki.

Łysy wskazał leżące na boku pudełko, na drugim końcu półki, na której medytował.

– Do M-m-miśki? – zapytał chłopak.

– Tak, tak! Spróbuj, Miśka się ucieszy.

Michał poszedł ślepo za radą Łysego i chwilę później zajrzał do pudełka-siedliska. Chociaż wiedział czego się spodziewać, to i tak poczuł, że nogi ma stabilne jak galarety, a on sam wzdrygnął się zauważalnie. Miśka pozostała niewzruszona. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami i szczerzyła zęby w smutnym grymasie.

– M-m-miśka, ja… mógłbym tu, u ciebie…

Ani drgnęła.

– Łysy, mówił… to znaczy Zły Pan mówił, że u ciebie można chwilę odsapnąć w spokoju.

”Miśka, no nie bądźże świnią, no” błagał w głowie, ale przezornie zachował te myśli dla siebie.

Wtem Miśka powoli, acz zauważalnie skinęła twierdząco, ani trochę nie zmieniając wyrazu twarzy. Michał uśmiechnął się i zdziwił reakcją własnego ciała: wszystkie do tej pory spięte mięśnie rozluźniły się, aż musiał oprzeć się o ściankę pudełka.

Przecisnął się obok cielska Miśki i usiadł w niewielkiej przestrzeni za jej plecami. Skrył twarz w dłoniach, a jego ciałem wstrząsnął stłumiony płacz. Tutaj nie słyszał już szeptów, z ciemności nie patrzyły na niego żółte oczy i nikt nie mierzył go pogardliwym spojrzeniem. Był sam ze sobą. No prawie. Zerknął na plecy Miśki i poklepał ją przyjacielsko.

Wziął kilka głębszych oddechów, przetarł twarz ręką. Sięgnął do końców nogawek, wymacał wewnętrzną ich część: są. Po cztery woreczki w nogawce. Michał nie wiedział nawet co z tym zrobić: ani się tutaj przydadzą, ani je gdzieś schować, bo zaraz ktoś je znajdzie i będzie pierwszym podejrzanym, a nie wiadomo jakie konsekwencje by mu groziły. Przyzwyczaił się już do życia z brzemieniem tajemnicy, ale teraz skryte woreczki nie mogły mu przynieść żadnych korzyści – były jedynie źródłem nerwów.

Wciągnął tyle powietrza, ile zdołał, by wypuścić je ze świstem. Poczuł, jak w eter ulatuje nie tylko życiodajny gaz, ale też nerwy, strach i siły. Położył dłoń na plecach Miśki i chwilę wpatrywał się w nieruchomą górę. Nie biło od niej chłodem, tak jak się spodziewał.

– Miśka… dobranoc – wyszeptał i położył się, wtulając głowę w fioletowe cielsko.

Nie mógł tego widzieć, ale kąciki ust Miśki powoli powędrowały do góry.

***

Obudził się w tej samej pozycji, w jakiej zasnął, gdy wyjrzał na zewnątrz pudła, przez strych wciąż pełzały szepty, a pojedyncza żarówka dawała tyle samo światła co wcześniej. Nie wiedział ile spał, szybko też przestał się zastanawiać. Wszystko przecież było takie samo: bezcelowe. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z jednej różnicy: już się nie bał. Przez jakiś czas siedział na krawędzi półki i machał nogami w przód i w tył, w przód i w tył. Obserwował.

Próbował znaleźć jakąś wskazówkę, jakiś haczyk, który wyjaśni mu, skąd właściwie się tu wziął. Nie był świętoszkiem, to prawda, ale czym mógł wystraszyć taką małą dziewczynkę? Gdzieś z tyłu głowy zakiełkowała mu jedna myśl, zaczęła szukać swojej drogi do wspomnień, ale wtedy wszystko ucichło.

Michał drgnął, gdy strych zamarł. Gdzieś spod podłogi dobiegł go stłumiony, męski krzyk. Rozejrzał się dookoła: wszystkie Strachy zastygły, a w oczach błyszczał im… strach. Pod strychem rozległy się kroki. Coraz głośniejsze i głośniejsze. Huknęły drzwi, pisnął dziewczęcy głos. Mężczyzna wydarł się.

Na najwyższym regale podskoczyła drewniana skrzynka zamknięta zasuwką. Michał spojrzał na nią, po czym potoczył wzrokiem dookoła. Spod zgarbionych sylwetek Strachy rzucały na skrzynkę pełne nienawiści spojrzenia.

Z dołu usłyszał uderzenie. Coś gruchnęło o ścianę, aż podłoga strychu zadrżała. Kolejne dwa kroki. Cios. Krzyk mężczyzny. Następne kroki, cichnące. Płacz dziewczynki.

Z ciszy wyrwał Michała Łysy.

– Widzisz, kolego – żachnął się i pokręcił głową. – Mała Ania ma ojca potwora, a wciąż boi się, że Zły Pan przyjdzie i ją zabierze.

***

Michał stracił poczucie czasu. Na Strychu, gdzie nie dochodziło światło słoneczne, nie obowiązywały pory dnia, więc chodził spać, kiedy naszła go ochota i spał tyle ile akurat chciał. Z pozoru sytuacja, o której zawsze marzył, jednak szybko mu się znudziła, tym bardziej że wcale nie odczuwał potrzeby snu, podobnie jak głodu, pragnienia, potrzeb fizjologicznych, czy seksualnych.

„I dobrze. Wszyscy byśmy się tu pozabijali” – pomyślał.

A czasu na rozmyślanie miał mnóstwo. Najczęściej przesiadywał na półce obok pudełka Miśki i obserwował zatopiony w nieustającym szepcie strych. Niejednokrotnie zawieszał wzrok na drewnianej skrzynce pod sufitem. Śledził trasę, którą musiałby pokonać, żeby się do niej dostać. Przyciągała go tajemnicą, a jednocześnie czuł, że jeśli na tym strychu da się popełnić błąd, to największym będzie otwarcie tej skrzyni.

Od jakiegoś czasu próbował znaleźć Łysego i wypytać o pojemnik na najwyższym regale, ale Zły Pan, jak na złość, zniknął. Gdy czekanie stało się już nie do wytrzymania, postanowił udać się do ludzkich Strachów i podpytać. Nigdy nie był typem społecznym, ale może rozmowa będzie dobrym remedium na nudę? Dobrze będzie zacząć od znajomych twarzy.

Jak tylko podszedł bliżej, trzy nauczycielki ucięły rozmowę i zaczęły się wpatrywać w byłego ucznia. Michał poczuł, jak język mu drętwieje, a nogi miękną i gubią rytm kroku. Wiedział jak im dopiec, ale jak poprowadzić pokojową rozmowę ze swoimi koszmarami?

– Dzień dobry – zaczął z przesadną grzecznością.

Nie odpowiedziały, a jedynie ponownie zlustrowały od stóp do głów, sypiąc iskrami z oczu. Zatrzymał się i już miał się skłonić i pożegnać, gdy Dolores zaatakowała:

– Jak się tu znalazłeś?

– Tu? Ale tu – wskazał palcem swoje stopy – czy…

– No, na strychu, tępaku! – syknęła.

– Nic się nie zmienił. – Urszulka pokręciła głową.

– Co jej zrobiłeś? – dopytywała Dolores. – Uderzyłeś? Okradłeś? A może… zgwałciłeś?

Michała pod ogniem pytań zamurowało. Chciał zrobić krok do tyłu, ale nogi wbetonowały się w podłogę.

– Długo tu już jesteś, jak na sezonowca – wtrąciła się Sodoma, mrużąc oczy i sycząc jak żmija.

Nastała cisza i Michał spróbował jeszcze nawiązać rozmowę.

– Ja chyba tylko przez przypadek. Nie wiem…

– Przypadek? – przerwała mu Urszulka. – Przez przypadek, to ty szkołę skończyłeś!

– Nie chciałbym pielęgnować dawnych żali. – Wysilił się na spokojny ton. – Ale jedziemy chyba na tym samym wózku…

– My tu jesteśmy z winy tego chuja Żaka, ojca Ani! ­– wrzasnęła Sodoma. – To nie ten sam wózek co twój, zakało!

Katechetka dyszała ciężko. Michał rozluźnił się. Nie widział sensu w kopaniu się z koniem, zobojętniał na krzyki i zastanowił się, na ilu jeszcze strychach siedzą te wywłoki.

– Całymi godzinami się gapisz w skrzynię pod sufitem – wysyczała Dolores. – Myślisz, że tego nie widać? Kolejny zafascynowany złem zwyrodnialec, tym właśnie jesteś!

– A co jest w skrzyni? – zapytał.

Dyrektorka drgnęła. Zorientowała się, że powiedziała więcej, niż chciała. Wszystkie trzy milczały.

– Nic godnego uwagi ­ – wysyczała po chwili Dolores przez zaciśnięte zęby.

Michał zadarł głowę, uśmiechnął się najpaskudniej, jak tylko potrafił i popatrzył na nie z wyższością.

– Nic tu po mnie, miłe panie. – Rozłożył ręce. – Do widzenia. Proszę pozdrowić Wielebnego przy wieczornej modlitwie – dodał, zwracając się do Sodomy.

Gdy odchodził, słyszał jak katechetka sączy najplugawsze przekleństwa, jakie kiedykolwiek słyszał.

***

Gdy dotarł na szczyt najwyższego regału, ręce miał zdrętwiałe z wysiłku. Skrzyżował palce i rozciągnął zbolałe ścięgna. Podszedł do skrzyni.

– Zostaw to tak jak stoi. – Usłyszał głos Dolores.

Pod regałem zebrała się grupa gapiów i patrzyła na niego mało przyjaźnie. Nauczycielki stały wściekłe, Święty Mikołaj patrzył groźnie spode łba, jakby miał zaraz wyciągnąć rózgę, minę policjanta trudno było ocenić przez wielkie okulary przeciwsłoneczne, za to Shrek z osłem wyraźnie nie pałali zachwytem nad wyczynem Michała. Łysy stał nieco z boku ze skrzyżowanymi rękami i ciekawskim uśmiechem.

Nie, nie mógł zrezygnować. Nie, gdy był tak blisko. Chwycił zasuwkę, odblokował i, uchylając wieko, zajrzał do środka. A tam siedział brodaty mężczyzna w podkoszulce. Michał od razu rozpoznał jego twarz i zapytał:

– Ty się nazywasz Żak?

***

Czarny fiat panda, z logiem miejscowej pizzerii na drzwiach, wjechał na wyłożony betonowymi płytami podjazd. Dostawca wyciągnął izolujący pokrowiec, roztaczając dookoła zapach mozzarelli i oregano, w podskokach podbiegł do drzwi, wcisnął przycisk dzwonka i po chwili otworzył mu mężczyzna z brodą. Chłopak wyciągnął kartonowy pojemnik z pokrowca i oddał zamawiającemu, za co dostał plik banknotów.

– Ma pan może sos tysiąca wysp ekstra? – Brodacz wypowiedział umówione hasło i gestem zaprosił gościa do wiatrołapu.

– Tak, brakuje dyszki – odpowiedział dostawca, przeliczając pieniądze.

Gdy został sam, pochylił się jakby miał wiązać but, sięgnął ręką do wnętrza nogawki czarnych bojówek i wyrwał z mocowania niewielki woreczek z białym proszkiem. Wtedy poczuł na sobie czyjś wzrok. Szybko podniósł głowę. W drzwiach stała dziewczynka o ciemnych włosach i przyglądała mu się z otwartymi ustami. Woreczek z towarem zacisnął w garści, a rękę schował za plecami.

– Bu! – wystękał.

„Bu. No, kurwa, bu!” – karcił się w myślach – „Idioto, nie jesteś duchem”.

– Gdzieś tam gówniaro polazła? – krzyknął jej ojciec z głębi domu.

Dziewczynka, szybko się odwróciła i wbiegła do środka, a dostawca wykorzystał moment, by włożyć towar do leżącego w wiatrołapie buta.

Brodacz wrócił z dziesięciozłotówką i podał chłopakowi, a ten przyjął banknot, cały drżąc i trącił nogą but z woreczkiem. Nie wiedział, dlaczego tak zrobił, bo przecież zawsze wkładał do tego samego.

***

Kordon Strachów szczelnie okrążył regał, z którego schodził Michał. Chłopak próbował poukładać sobie w głowie wszystko, czego się dowiedział, ułożyć jakiś plan. Do tego bał się linczu.

– Chcę rozmawiać ze Złym Panem. Na osobności – zawołał, póki jeszcze znajdował się poza zasięgiem rąk tłumu.

Urszulka prychnęła teatralnie.

– Gadaj, co zrobiłeś Ani! – krzyknęła Dolores.

– I po co lazłeś do góry?! – wtórowała Urszulka.

– Co to ma do rzeczy? Co mi zrobicie? – odpowiedział.

Nauczycielki zmieszały się, widocznie takiej odpowiedzi nie przewidziały.

– Co zrobiłeś małej Ani, chamie! – krzyknęła Sodoma.

– Chcę rozmawiać ze Złym Panem! – Nie zrażał się Michał.

Szmer w tłumie nabrał siły.

– Wiem, jak możemy się stąd wydostać – powiedział chłopak.

„Przynajmniej niektórzy z nas” – dodał w myślach.

Zapadła cisza. Po chwili znów zaszemrało, a potem wszyscy wlepili wzrok w Łysego.

– Jestem do dyspozycji – powiedział i wyszczerzył zęby.

***

– Niezły blef – pochwalił Zły Pan Michała, gdy schowali się w pudle, za plecami Miśki.

– Nie blefowałem – zaprzeczył.

– Jesteś tu od tygodnia, nie masz pojęcia, co się da, a co nie, a wyskakujesz z rozwiązaniem problemu, nad którym inni główkują od lat.

Michał opuścił wzrok i westchnął.

– Możemy tam zejść? – zapytał po chwili, wskazując palcem w dół.

– Do pokoju? – Łysy zamyślił się. – W zasadzie tak, nawet do całego domu, ale ani kroku dalej. To znaczy chyba tak.

– Chyba?

– Nikt nie próbował. Ani tu, ani na żadnym strychu, na jakim byłem.

– To skąd w ogóle to wiesz?

Łysy uśmiechnął się szeroko.

– Wielebny może nie jest tu wszechmogący, ale wiedzę wciąż ma rozległą. Trzeba tylko wiedzieć jak zagadać, bo staruszek jest strasznie sfrustrowany tą sytuacją.

Michał spojrzał z uznaniem na Złego Pana i pokiwał głową.

– W takim razie jak zejść na dół?

– Jest klapa w podłodze, trzeba będzie kilku osób i droga otwarta.

– I jak już tam zejdę, to będę taki jak tu?

– Hola, hola, nikt nie próbował, brak danych do wyciągania wniosków. – Uspokoił chłopaka i zawiesił na chwilę głos. – Ale teoria Wielebnego głosi, że będziesz normalnych rozmiarów.

– Dobra, a jeśli usunę źródło strachu, to…

– Możesz tam zejść tylko, jak nikogo nie ma w domu. Zatem żadnego wbijania noży w plecy.

Michał skinął głową.

– A jak ktoś jednak będzie w domu?

Łysy milczał przez chwilę.

– To wciąż tylko teoria, ale… wrócisz tu jako warzywko.

***

Gdy usłyszeli zamykające się drzwi frontowe, a potem hałas starego forda, odjeżdżającego spod domu, rozpoczęli wdrażanie planu w życie. Shrek okazał się nieoceniony przy dźwiganiu klapy, z kolei Osioł chodził dookoła i głosem Jerzego Stuhra wydawał chaotyczne rozkazy. Za linę, po której Michał miał zejść na dół, posłużyć miała szpula nici, którą znaleźli na jednej z półek. Jeśli Zły Pan się nie mylił, to zagadką był powrót, bo w którym właściwie momencie podróżnik zmieni swój rozmiar? Jednak według kalendarza był piątek i Michał nie chciał tracić czasu na rozważania. Jak nie dzisiaj, to dopiero w poniedziałek, a to mu się ani trochę nie uśmiechało.

Michał przewiązał się nicią w pasie, drugi koniec przyczepił do szafki, a wymierzoną, zwiniętą nić dał do rąk Shrekowi. Wymienił porozumiewawcze spojrzenia z wszystkimi spiskującymi Strachami i tyłem, jak komandos, zaczął opuszczać się ze strychu. Gdy tylko znalazł się poniżej sufitu, jego ciało urosło do normalnych rozmiarów, nić pękła, a Michał runął w dół na plecy. Kość ogonowa, obie łopatki i potylica: w tej kolejności uderzyły w podłogę i choć pokryta była włochatym dywanem, to Michałowi zgasło światło.

***

Obudziła go wylana na twarz zimna woda i klepanie po policzku. Otworzył oczy, ale natychmiast je zamknął, gdy promienie popołudniowego słońca wpadły w rozszerzone źrenice.

– Wstawaj, wstawaj, kolego – powiedział kucający nad nim Łysy.

Widocznie zszedł za nim z większą ostrożnością.

Michał w końcu otworzył oczy, zasłaniając je ręką, po czym roztarł tył głowy i z pomocą Złego Pana powoli wstał, czując się jak starzec z artretyzmem, który spędził noc na zbyt miękkim materacu.

– Czekaliśmy chwilę, z nadzieją, że się obudzisz, ale stary może wrócić w każdej chwili. Lepiej mi teraz powiedz co mam robić, bo nie wyglądasz na takiego, co w podskokach wszystko opędzluje.

Michał popatrzył na niego zdziwionym wzrokiem, ale zaraz wszystko sobie przypomniał.

– Przedsionek. Chodźmy do przedsionka.

– Może ja sam tam pobiegnę, tylko powiedz co mam zrobić.

Michał pokiwał przecząco głową i spojrzał w dół, na końcówki własnych nogawek. Teraz gdy ledwie stał, wydawały się odległe jak drugi brzeg jeziora. Łysy zauważył, gdzie chłopak skierował wzrok.

– Co? ­– Pochylił się u jego stóp.

– Wewnątrz nogawek – wychrypiał.

Łysy wymacał ukryte woreczki i po chwili odczepił jeden z nich. Przyjrzał mu się i zwrócił pytający wzrok na Michała.

– Jeszcze jeden. Albo nie. Dwa. I chodźmy do przedsionka.

– Po prostu powiedz co mam zrobić i pójdę sam. – Ton Łysego był nerwowy.

– Nie, muszę zobaczyć. Tam jest tyle butów… Nie wytłumaczę ci, który to.

Zły Pan niewiele się zastanawiał. Chwycił Michała za rękę, przerzucił ją sobie przez kark i biorąc jak największą część jego ciężaru na siebie, ruszył w stronę wyjścia z domu. Znaleźli schody i rozpoczęli mozolne schodzenie. Michał jęczał z bólu na każdym stopniu, a Łysy sapał z wysiłku. W końcu znaleźli się na parterze, ale każdemu zdawało się, że minęła już wieczność. Zły Pan czujnie nadstawiał uszu. Wyszli do wiatrołapu.

– Do wyjścia. Podprowadź mnie do wyjścia ­– wystękał Michał.

Łysy doprowadził go i oparł o drzwi frontowe. Ten rozejrzał się po rozłożonych na podłodze butach i chwilę analizował.

– Do tego. – Wskazał palcem but, do którego zawsze wkładał towar – Te woreczki. Do tego.

Łysy posłusznie wykonał polecenie. Jak tylko opakowania z białym proszkiem zniknęły w bucie, Zły Pan znów oparł Michała na sobie i zaczęli powrotną wspinaczkę po schodach.

– Przećpie ­– wystękał w trakcie Michał. – Zobaczysz, że przećpie.

Łysy nie drążył tematu.

Dotarli do szczytu schodów, gdy usłyszeli warkot zdezelowanego forda. Przyspieszyli ruchy, weszli do pokoju. Warkot silnika zgasł. Zły Pan szybko przesunął biurko Ani pod klapę od strychu.

Gruchnęły zamykane drzwi garażu.

Wgramolili się na mebel i Michał sięgnął rękami do krawędzi otworu w suficie.

Z dołu doszło ich uderzenie w drzwi i przekleństwo.

– Na trzy – powiedział Łysy. – Raz, dwa, TRZY!

Michał tak mocno, jak mógł, odbił się nogami od biurka, a Zły Pan, chwytając go za biodra, podrzucił z całych sił. Chłopak wleciał na strych i momentalnie znów zmniejszył się do rozmiarów plastikowego żołnierzyka. Usłyszał przekręcany w drzwiach klucz i uchwycił ostatnie spojrzenie Łysego. „To była nadzieja” – pomyślał, gdy jego towarzysz nagle zniknął. Pozostałe strachy odciągnęły Michała i zatrzasnęły klapę strychu nad pustym biurkiem. Nikt nic nie mówił. Osioł siedział obok i patrzył tępo w podłogę.

***

Znaleźli go szybko. Jeden z tych starobaśniowych Strachów, zilustrowany jeszcze za komuny, krzyknął na cały strych: „Tu jest!”. Kto mógł, ruszył w kąt, skąd dobiegł głos. Łysy leżał na wznak, na podłodze, ale oczami nie mógł zobaczyć kręgu, jaki się wokół niego utworzył, nie mógł też zobaczyć, jak Michał z wysiłkiem przedziera się przez kordon. Chłopak pochylił się nad Złym Panem. Oczy tkwiły nieruchomo w czaszce, powieki nie chciały drgnąć, rysy twarzy wygładziły się, ust nie wykrzywiał już cwany uśmieszek.

Michał uklęknął, oparł czoło o jego pierś i głęboko westchnął. Gdy znów się wyprostował, zaczął mówić, kierując słowa do Złego Pana, ale tak, by każdy mógł usłyszeć.

– Ojciec Ani przećpie. Dziś jak co piątek, przyjadę do niego z pizzą i działką, żarcie dam do rąk, a towar wsunę do tego samego buta, do którego włożyłeś wcześniej trzy woreczki. Ma słabą wolę, dlatego nigdy nie zamawiał więcej niż jedną działkę. Serce i wątroba też już nie te. Sam mi powiedział.

Michał odwrócił się w stronę najwyższego regału i zobaczył, że ojciec Ani wyszedł ze skrzyni i stał oparty o nią, wpatrując się w to, co działo się na dole. Uśmiechał się.

– Jeszcze dziś Ania znajdzie ojca martwego – kontynuował Michał. – A potem zaczniemy znikać. My, wszyscy, którzy trwają tu przez niego. Ty jesteś tu przez niego, prawda?

Michał mógłby przysiąc, że Łysy mrugnął, ale nie wiedział, czy to nie jego pobożne pragnienia.

– Przynieście coś, żeby go okryć – zawołał do zgromadzonych, ale w tym momencie z dołu doszedł ich pisk Ani.

Michał spojrzał w górę, na jej ojca-stracha. Widział na jego twarzy tryumf, pomieszany z ulgą. Chwilę później obok skrzyni z zasuwką nie było już nikogo.

Koniec

Komentarze

Cześć Krokus!

 

Nie będę tutaj dywagował nad poprawną składnią, pisownią czy budową dialogów. Sam mam jeszcze we własnym warsztacie sporo do poprawy wink rady na razie przyjmuję, a nie ich udzielam cheeky

 

Opowiadanie bardzo mi się spodobało. Mocniej serce zabiło, gdy okazało się, że porusza ono relację małej córeczki z patologicznym ojcem (przynajmniej takie odniosłem wrażenie). Sam jestem ojcem dwójki małych księżniczek, a tu taka sytuacja, aż mi puls podbiło przez chwilę.

 

Sam pomysł przedstawienia strachów, z jakimi muszą zmierzyć się dzieci, bardzo trafiony.

 

Pozdrawiam

Witaj.

Podoba mi się pomysł miejsca, bohaterowie i mieszkańcy Strychu Ani są świetnie dobrani i początkowo opowiadanie wydaje się klasyczną komedią. Niestety, jak w przysłowiu o lesie – im głębiej, tym więcej drzew, i tutaj, im więcej szczegółów podajesz, tym straszniejszą staje się ta z początku niewinna opowieść. I chociaż fantastyka jest tutaj mocno uwydatniona, na pierwszy plan wysuwa się wieloletnia tragedia dziecka. Dziecka z premedytacją i okrucieństwem krzywdzonego. Myślę, że każdy czytelnik zastanawia się, co (lub kto) znalazłoby się na jego strychu oraz od razu wpada na dołującą myśl, że każde dziecko ma taki swój prywatny strych i niestety na wielu z nich najwyższą półkę zajmują jego rodzice lub – ogólniej – krewni. 

Sprawa Łysego także nie napawa optymizmem, można się domyślić, że niekoniecznie jest on tam z powodu ojca. Do tego parokrotnie wspomniane się w opowiadaniu, że był on na wielu strychach. 

Niewyobrażalny żal w stosunku do bezbronnej, małej Ani (i w ogóle – każdego dziecka) mimowolnie pojawia się podczas lektury. 

 

Z technicznych trochę spraw trzeba by jeszcze poprawić. Podobnie dobrze by było, aby wcześnie zaznaczyć użycie wulgaryzmów, które – jak rozumiem – podkreślają przekazywane, niezwykle przykre i zarazem brutalne treści.

 

Mnie osobiście ciągle przypominał się “Forrest Gump” i bolesna historia jego przyjaciółki. 

 

Edit. A, i jeszcze tytuł. Mocno przykry. Wskazuje przekornie na pozytywny zakątek, jakąś bajkową “samotnię", w której dziecko lubi się bawić, a tymczasem dotyczy zupełnie innego aspektu. crying Mocny tytuł. Brawa! 

 

Pozdrawiam. :)

 

 

 

 

Pecunia non olet

Dziękuję za wizytę!

 

Przemek, sam też jestem ojcem i może dlatego takie tematy się mnie trzymają. Cieszę się, że tekst się spodobał, pozdrowienia dla Księżniczek!

 

Bruce, dodałem już wstęp o użyciu wulgaryzmów. Pierwszego chyba nie da się zastąpić żadną “cholerą”, czy innym przecinkiem – to słowa półprzytomnego gościa z półświatka przestępczego, w silnym stresie. Drugi jest celowo wsadzony w usta osoby, którą z pozoru najmniej byśmy o to posądzali. Sam nie lubię wulgaryzmów, gdzie się dało zostały wyrzucone.

 

Jak myślałem nad Strachami, to zorientowałem się, że Zły Pan, którym straszy się dzieci (”Bądź grzeczny, bo Zły Pan przyjdzie i cię zabierze”) jest chyba jedynym Strachem, którego nigdzie się nie przedstawia, nie występuje w bajkach, nikt go nigdy nie opisał, ale jednocześnie każdy jako dziecko się go boi. Pewnie każde dziecko wyobraża go sobie inaczej. Z racji tego miał być takim podróżnikiem po strychach, w końcu dzieci z tego strachu wyrastają, wtedy Zły Pan ze strychu znika, pojawia się na następnym.

 

Cieszę się też, że zasiałem Ci w głowie te pytania o strych każdego dziecka. Choć sądzę, że strych niejednego dorosłego jest znacznie bardziej zatłoczony ;) Stąd wziął się tytuł i również cieszę się, że odpowiednio wybrzmiał.

 

Dziękuję za wizytę!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej, cała przyjemność po mojej stronie. :)

Tak, tekst powinien trafić do niejednego serca. :) Zły Pan to taki ogólnik, że rzeczywiście pojawia się na prawie każdym strychu. Także – dla dorosłych. :)

Zgadzam się, strychy dorosłych pękają zazwyczaj w szwach. 

Wulgaryzmów nie usuwaj ani nie zastępuj, bo mają wybrzmieć właśnie tak, jasne, a za uprzedzenie o nich dziękuję. :)

 

Pozdrawiam. ;)

Pecunia non olet

Nie za wiele mogę powiedzieć o składni, bo wchłonęłam całość nawet nie wiedząc kiedy.

Opowiadanie jest ekstra, zabawne ale ma drugie głębsze dno.

Jak na razie (chociaż nie mam żadnej mocy sprawczej) dla mnie lider w tym konkursie.

Hej, Ambush!

 

Dziękuję i cieszę się niezmiernie, że się podobało i dobrze się czytało!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej

 

Po wielu trudach, znojach i trzech dniach udało mi się przeczytać (zawsze jak siadałem ktoś/coś mi przeszkadzało)

 

Opowiadanie smutne ale przyjemne.

 

Edit:

Na początku piszesz że nie ma tam pór dnia i ciężko jest mierzyć czas w jakikolwiek sposób. Pożniej piszesz że jest tam już tydzień.

Czegoś chyba tu nie łapie.

 

pozdrawiam

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Hej, aKuba!

 

Dziękuję za wizytę i komentarz.

 

To Michał stracił poczucie czasu, w końcu to żółtodziób, ale Łysy, który mówi o tym, że minął tydzień, a potem uczestniczy w przygotowaniu planu desantu – to co innego. Zły Pan ogarnia temat od zarania dziejów ;) Znalazł sposób na ogarnięcie daty i godziny.

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej, Mortecius!

 

Miło Cię tu widzieć!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć Krokus :)

 

Fajne opowiadanie Ci wyszło. Czytałem tutaj już kilka o relacji dziecka z patologicznym ojcem i choć opowiadanie “Spij, dziecino, śpij” autorstwa kasjo jest o wiele mroczniejsze, bardziej przytłaczające i lepiej napisane, to nie wciąga tak, jak Twoje. Bo Ty masz tutaj tajemnicę. Niestety moja ciekawość nieco spadła, kiedy odkryłeś już w zasadzie wszystkie karty, a do końca zostało jeszcze trochę znaków. Początkowo to tajemnica napędzała moją ciekawość co do Twojego opowiadania, później już tylko chęć dowiedzenia się, czy moje podejrzenia co do zakończenia okażą się słuszne. I okazały się słuszne – woreczki Czechowa musiały się wysypać. Po prostu zabrakło mi napięcia pod koniec tekstu, pomimo, że użyłeś chwytu typu “we running out of time”, który napięcie buduje. Ale czyta się szybko i w miarę przyjemnie – dlaczego w miarę, to za chwilę, bo najpierw będę musiał Ci powiedzieć o jedynym naprawdę poważnym zarzucie, jaki mam do Twojego tekstu. Gotowy? ;)

Dziewczynka boi się różnych rzeczy, ja to rozumiem. Boi się z powodu ojca potwora, który znęca się nad nią, to też rozumiem. I Ty sugerujesz, że kiedy ojciec zniknie, znikną również jej strachy – i tego nie rozumiem. To dziecko ma już mocno wykręconą psychikę, jest pełne strachu, pewnie słabo zsocjalizowane, nabite po brzegi traumami. Znalezienie martwego ojca nie jest remedium na strach, a raczej IMHO asumptem do pogłębienia się traum. Skoro istoty nie istniejące realnie znajdują swoje miejsce na strychu, bo wywołują strach, to dlaczego projekcja ojca znika w momencie jego śmierci? Sugerujesz, że zgon rodziciela likwiduje strach przed nim, czego konsekwencją jest zniknięcie projekcji – to tak nie działa. Ten strach przecież pozostaje, cholera wie, czy się nawet nie pogłębi. Może z czasem, jeśli dziecko będzie miało odpowiednią opiekę i poczuje się kochane, ten strach zostanie zepchnięty głęboko do podświadomości, ale nie zniknie. I właśnie dlatego, pomimo, że opowiadanie mi się podoba, nie kupuję rozwiązania, które serwujesz mi w zakończeniu.

 

Poniżej kilka usterek, przez które tekst czyta się “w miarę przyjemnie” a nie po prostu przyjemnie. Oprócz tych wypisanych poniżej, zdarzają Ci się też jakieś dziwne konstrukcje, przeciągnięte zdania albo zaburzony szyk, jednak to są rzeczy do doszlifowania, bo warsztat masz wcale niezły, trzeba go tylko trochę poukładać. Jeśli przejrzysz tekst i zlikwidujesz te usterki, wówczas polecę tekst do biblioteki, bo to naprawdę ciekawa opowieść.

 

Michał zamrugał powiekami, przetarł oczy nadgarstkami

A czym miał zamrugać? ;) Usuwając usuniesz też rym.

 

– Lepiej, lepiej, kolego. Sam Pan Bóg katolicki. Nawiasem mówiąc – ściszył głos – mów mu „Wielebny”.

To dookreślenie też bym odpuścił.

 

Kucnął w swojej kryjówce i sięgnął rękami do końców nogawek, gdy poczuł na sobie czyiś wzrok.

Czyjś.

 

Całe powietrze wypadło mu z płuc

Raczej uciekło, niż wypadło, bo to dziwnie brzmi.

 

półka wydawała się niezamieszkała. Podskoczył, łapiąc krawędź półki i podciągnął się na samych rękach.

Powtórzenie i po co tych “samych”?

 

Przyzwyczaił się już, żeby trzymać to w tajemnicy, ale teraz nie mógł czerpać z tego korzyści, a jedynie mogło to być źródłem nerwów.

To, tego, to – okropnie to się czyta. Chcesz żeby było tajmeniczo, bez określania o co chodzi, a wychodzi straszny potworek z tego zdania.

 

Kolejne dwa korki.

Kroki.

 

Brodacz wrócił z dziesięciozłotówką i podał chłopakowi, a ten przyjął banknot, cały drżąc i trącił nogą buta z woreczkiem. Nie wiedział, dlaczego tak zrobił, bo przecież zawsze wkładał do tego samego.

Tutaj się zatrzymałem, bo nie wiedziałem o co chodzi z tym butem. Nie określiłeś, że nie chodzi o but tego chłopaka, tylko o jeden z butów, które stoją w wiatrołapie. Inna sprawa, że to dziwna taktyka, chowania w bucie worka z amfą – skoro dostarczał mu pizzę, to worek mógł być juz zawczasu przygotowany w pudełku z pizzą. Cała procdura przekazania materiału też jakaś koślawa jest i nie przystaje do rzeczywistości, tak jakby diler i kupiec byli dwójką paranoików, obawiających się, że ktoś ma ich na celowniku i ich obserwuje.

 

Hola, hola, nikt nie próbował, brak danych do wyciągania wniosków. – Uspokoił chłopaka i zawiesił na chwilę głos. – Ale teoria głosi, że będziesz normalnych rozmiarów.

– Dobra, a jeśli usunę źródło strachu, to…

Możesz tam zejść tylko, jak nikogo nie ma w domu. Zatem żadnego wbijania noży w plecy.

Michał skinął głową.

A jak ktoś będzie w domu?

Łysy milczał przez chwilę.

Wrócisz tu jako warzywko.

Logicznie Ci się tutaj sypie. Bo skoro brak danych do wyciągania wniosków, ponieważ nikt nie próbował, to skąd wiadomo, że można zejść tylko kiedy nikogo nie ma w domu, a kiedy ktoś będzie to śmiałek zamieni się w warzywko? To ze sobą nie gra, a szczególnie, że jest tak blisko siebie – to jest coś, co koniecznie trzeba naprawić, bo psuje odbiór.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

Known some call is air am

Hej, Outta!

 

Dziękuję za wizytę i wnikliwą analizę!

 

Gotowy? ;)

Gotowy!

Podpisuję się pod tym zarzutem ;) Takie rozwiązanie to oczywiście uproszczenie, mające na celu zamknąć opowieść w niewielkich ramach czasowych. Z kolei pomysł, że jeśli zginie ojciec, to Strachy, które są tam przez niego, również znikną, to rzecz podsunięta Michałowi przez ojca Ani. Diler uwierzył, ale pewności nie ma. Ja też nie mam pewności, ale obstawiam, że to się nie uda ;)

 

Pan Bóg katolicki

To słowa Złego Pana, wskazujące, może bywał też na strychach wierzących w inne religie. Sam Zły Pan też miał mówić na swój sposób. Zatem jeśli chodzi tylko o odrzucenie zbędnego przymiotnika to zostawię tak jak jest, chyba że ktoś jeszcze zwróci na to uwagę.

 

Cała procdura przekazania materiału też jakaś koślawa jest i nie przystaje do rzeczywistości, tak jakby diler i kupiec byli dwójką paranoików, obawiających się, że ktoś ma ich na celowniku i ich obserwuje.

Tu wyszedł mój brak researchu w tej kwestii, ale owszem, obaj są nieco przesadnie ostrożni. Poprawiłem nieco z tym butem.

 

skąd wiadomo, że można zejść tylko kiedy nikogo nie ma w domu, a kiedy ktoś będzie to śmiałek zamieni się w warzywko?

Łysy mówi o teoriach Wielebnego. Podkreśliłem to w taki sposób:

Ale teoria Wielebnego głosi, że będziesz normalnych rozmiarów.

i

– To wciąż tylko teoria, ale… wrócisz tu jako warzywko.

 

Jeszcze raz dzięki za przejrzenie tekstu. Cieszę się, że wciągnął, a po to właśnie tu jestem, żeby warsztat szlifować.

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Ciekawy pomysł, trochę jak Toy Story, ale zakończenie jakoś mi nie zaskoczyło – czy rzeczywiście dziewczynka mogła natychmiast przestać się bać ojca (tu zgadzam się z Outta Sewerem)? Czy można tu faktycznie mówić o jego triumfie, skoro się zaćpał?

Z fajnych rzeczy – nie wyobrażam sobie, żeby Osioł nie mówił głosem Jerzego Stuhra :D

 

Pozdrawiam! 

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Skoro poprawiłeś, to polecam do biblioteki :)

Known some call is air am

Hej, Silva!

Miło Cię tu widzieć!

 

Hej, Outta i Ambush!

Dziękuję za polecajki!

 

Hej, Nati!

Jak już pisałem, rozwiązanie natychmiastowe jest naciągnięte, żeby zamknąć opowieść w krótkich ramach czasowych. Także tu się w żaden sposób nie usprawiedliwię.

Celem od początku było opuszczenie strychu ;)

O Toy Story nie pomyślałem, ale w sumie coś z tego jest…

Dzięki za wizytę!

 

Trzymajcie się!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Pomysł i początek opowiadania bardzo mi się podobały, a potem niestety mój zachwyt słabł. Nie przekonuje mnie pomysł zabicia ojca dziewczynki. Michał znalazł się na strychu ponieważ przestraszył Anię, więc twierdzenie, że to wina ojca niezbyt mi się tu spina. Pytanie, co z matką dziewczynki? Gdyby śmierć ojca oznaczała dla małej i jej matki nowe życie, to teoria o zniknięciu strachów byłaby bardziej przekonująca.

Duży plus za ocieplenie wizerunku najstraszniejszego potwora w dziejach.

 

 

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Hej, Alicella!

 

Dziękuję za wizytę i lekturę! Rozumiem wątpliwości, bo sporo zostało naciągnięte i uproszczone w dość złożonej psychologicznie sytuacji ;)

 

Michała umieściłem na strychu z nieco innego powodu: Ania nie wystraszyła się “Bu!”, a raczej zorientowała, że to Michał przywozi ojcu dragi i jego wizyta jest swoistym prologiem do kolejnego koszmaru. Chcąc spiąć historię w krótkiej formie zrezygnowałem też z pisania o matce. Prawdę mówiąc nie wiem nawet co z nią jest – czy nie żyje, czy siedzi zastraszona w innym pokoju, może uciekła, albo ćpie w piwnicy?

 

A co do Buki… Buka rulezzz! :D

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Imponujący zestaw dziecięcych strachów znalazł się w opowiadaniu. Opisałeś je ze znawstwem i należytym rozeznaniem. Strych w domu mojego dzieciństwa zawsze napawał mnie lękiem, więc bardzo rozumie, że  okazał się doskonałym miejscem dla Twoich bohaterów-strachów.

Mimo że w tekście zostało jeszcze kilka potknięć, czytało się naprawdę nieźle i mam nadzieję, Krokusie, że poprawisz usterki, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki.

 

Całe ciało wstrzą­snął dreszcz… ―> Całym ciałem wstrzą­snął dreszcz

 

nie umknę­ły jego uwa­dze. Jego trzy naj­więk­sze… ―> Czy oba zaimki są konieczne?

Proponuję: …dały się zauważyć. Jego trzy największe

 

bluza z kap­tu­rem na­cią­gnię­ta na biały t-shirt… ―> …bluza z kap­tu­rem na­cią­gnię­ta na biały T-shirt

 

Sa­piąc i stę­ka­jąc, wdra­pał się do góry, sta­nął na nogi… ―> Masło maślane – czy można wdrapać się do dołu? Czy można stanąć inaczej, nie na nogach?

 

”Miśka, no nie bądź że świ­nią, no” ―> ”Miśka, no nie bądźże świ­nią, no”

 

Po 4 wo­recz­ki w no­gaw­ce. ―> Po cztery wo­recz­ki w no­gaw­ce.

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

minę po­li­cjan­ta cięż­ko było oce­nić… ―> …minę po­li­cjan­ta trudno było oce­nić

 

Chwy­cił za za­suw­kę, od­blo­ko­wał… ―> Chwy­cił za­suw­kę, od­blo­ko­wał

 

Czar­ny Fiat Panda… ―> Czar­ny fiat panda

Nazwy pojazdów piszemy małymi literami: http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

roz­ta­cza­jąc za­pach moz­za­rel­li i ore­ga­no do­oko­ła… ―> …roz­ta­cza­jąc dookoła za­pach moz­za­rel­li i ore­ga­no

 

jakby miał wią­zać buta… ―> …jakby miał wią­zać but

 

„Bu. No, kurwa, bu! – Kar­cił się w my­ślach Idio­to, nie je­steś du­chem”. ―> „Bu. No, kurwa, bu! – kar­cił się w my­ślach. „Idio­to, nie je­steś du­chem”.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: Zapis myśli bohaterów

 

i trą­cił nogą buta z wo­recz­kiem. ―> …i trą­cił nogą but z wo­recz­kiem.

 

Wska­zał pal­cem buta… ―> Wska­zał pal­cem but

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, Reg!

 

Dziękuję za wizytę i cieszę się dobrze się czytało. I oczywiście dziękuję za łapankę – podziwiam za pracę włożoną w analizę poprawności tekstu i za stosowaną wiedzę!

 

Poprawki wprowadziłem z rumieńcem wstydu przy kilku z nich ;)

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Krokusie, skoro usterki usunięte, a rumieniec, mam nadzieję, już nie barwi Twojego oblicza, mogę się udać do klikarni. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, pąs zszedł już z lica, kłaniam się z wdzięcznością ;)

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

A ja dygam wdzięcznie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A ja chylę czoła na powitanie :)

 

Podpisuję się pod komentarzami – czyli bardzo nieźle :)

Nieco psychicznie – na tyle ile trza.

Nie podoba mi się to, co wypunktował Outta.

Traumy po psych rodzicach zostają “dzieciom” do późnych lat. Często bez psychoterapii nie da się ich pozbyć.

 

Rzeknę jeszcze słowo o tytule – zostawiłem już dziś podobny komentarz.

 

Strasznie nie lubię sugerujących tytułów. Twój może nie jest jeszcze bardzo zły (ale jestem łaskawy! :D), niemniej konstrukcje tego rodzaju odrzucają mnie od tekstu bardzo prędko – zwykle sporo szybciej, niż do tekstu zdążę sięgnąć.

“Ten, którego nazwali Upadłym”

“To, co powinniśmy”

“Ta, która nas uratowała”

“Tak, jak należy”

“Tam, gdzie on czeka”

…itd.

 

To moja własna fanaberia, nie przejmuj się nią zbytnio.

No i nie żałuję, że się przełamałem i do tekstu sięgnąłem ;)

Hej, Silvan!

 

Dzięki za wizytę i komentarz.

Outta, jak i później Nati, a teraz i Ty, słusznie prawicie o traumach po rodzicach. Zdecydowałem się na hmm… Hollywood’zkie uproszczenie dla dynamicznego zakończenia ;) Inaczej ojciec na końcu podrapałby się w głowę i mruknął “No, k***a, miało wyjść inaczej”.

A tytuł, jak kto woli. Chciałem, żeby sugerował coś zupełnie innego niż w rzeczywistości i np. Bruce to chwyciła, Ty zupełnie odwrotnie – just writer things… :D

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć!

miałeś bardzo ciekawy pomysł – dziecięce strachy upchane na strychu, zły ojciec, bohater: kurier/diler… Fajnie to wszystko połączyłeś i wyszło naprawdę wciągające opowiadanie. O warsztacie się nie wypowiem, bo sama mam z tym problem, plus dla mnie i tak liczy się fakt, czy po prostu dobrze się to czytało i tak było. 

Przyczepię się do paru rzeczy, aby nie było tak kolorowo:

– Trochę za mało wiemy o bohaterze, ciężko było mi się do niego jakoś przywiązać, szczególnie, że na początku zastanawiałam się, czy on Ani czasem jednak nie skrzywdził.

– Przedawkowanie trochę jest tutaj dla mnie naciągane – dostarczał co piątek narkotyki, ojciec ani nie był więc człowiekiem, który wpadał w kilkudniowe ciągi. Nie jestem przekonana, że od tak wziąłby wszystko.

Powodzenia!

 

@Shanti – duże prawdopodobieństwo, że wziąłby. Ćpunów często hamuje kasa, dlatego nie pozwalają sobie na większe ilości, bo może nie wystarczyć na następny strzał. A jak masz na raz więcej i za darmoszkę, to czemu by nie przyćpać więcej?

Known some call is air am

Hej, Shanti!

 

Dziękuję za wizytę i szczególnie cieszę się, że czytało się dobrze.

 

Trochę za mało wiemy o bohaterze, ciężko było mi się do niego jakoś przywiązać, szczególnie, że na początku zastanawiałam się, czy on Ani czasem jednak nie skrzywdził.

Rozumiem wątpliwości. To fakt, że ciąży na nim łatka kogoś kto skrzywdził Anię. Celowo jednak nie chciałem (czy wręcz nie mogłem) podawać więcej informacji, żeby utrzymać jak najwięcej tajemnicy.

 

Przedawkowanie trochę jest tutaj dla mnie naciągane – dostarczał co piątek narkotyki, ojciec ani nie był więc człowiekiem, który wpadał w kilkudniowe ciągi. Nie jestem przekonana, że od tak wziąłby wszystko.

Zamawiając dragi gość jest świadomy, że już na haju najdzie go głód kolejnego strzału. Dlatego nie zamawia na zapas. Jakby nie patrzeć ta część planu wyszła od samego ojca, który wie czego się może spodziewać. I tak jak napisał Outta, jak jest: bierzemy!

 

Dziękuję jednak za wzięcie tych kwestii pod lupę – szczególnie pierwsza z uwag będzie dla mnie cenna na przyszłość.

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hail Discordia

Hej, Japkiewicz!

 

Miło Cię tu widzieć!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

 

Przyznaje, że po tym jak zjechałeś moje arcydzieło, pałałem żądzą rewanżu. ;-) Co jednak mogę poradzić, skoro napisałeś bardzo interesujące opowiadanie. I żeby była jasność. W literaturze czy filmach podstawowe znaczenie ma dla mnie albo wylewający się z każdego zakamarka klimat, albo sprytnie zaserwowany, niegłupi przekaz.

 

Twoje opowiadanie jest zaś klimatyczne i jakiś tam przekaz oczywiście posiada. Nie przeszkadza mi ta trochę nielogiczna końcówka. Tak się skończyło, jak chciał autor, aczkolwiek fabułę oceniam jako mocno pretekstową. Przede wszystkim brakuje bardziej szczegółowego zarysowania relacji ćpającego ojca z jego latoroślą, a także samej postaci ojca. Nie ma tu właściwie żadnego dopełnienia. Jest sobie ojciec, który krzywdzi córkę, a także trochę daje po nosie (zaś przy zwiększonej podaży od razu ładuje złoty strzał) i bierzemy to za dobrą (a właściwie złą) monetę. Klimat opowiadania i towarzysząca lekturze aura tajemniczości sprawiają jednakże, że czyta się to dobrze. I być może wprowadzenie większej ilości informacji wykastrowałoby opowiadanie z tej zagadkowości. :-)

 

Trafiłem też na jakąś tam literówkę:

 

– Jeszcze dziś Ania znajdzie ojca martwego (-.) – kontynuował Michał.

 

 Pozdrawiam!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Witaj, znienawidzony (jeszcze przez 56 godzin) WijuFilipie!

 

Dziękuję za wizytę i wyrażenie opinii. Walczyłem o klimat opowiadania i cieszę się, że przypadł do gustu. W relacja Ania-ojciec nie wchodziłem, bo chciałem się skupić na samej akcji opuszczenia strychu przez Michała.

 

Z tym kontynuowaniem w dialogach miałem problem, ale chyba faktycznie powinno pójść małą literą. Zaraz edytuję.

 

Przyznaje, że po tym jak zjechałeś moje arcydzieło

Jeśli wyszło mi “zjechanie”, to nie taki był zamysł ;) Może za mało napisałem o tym co mi się podobało, a skupiłem się na wytknięciu niedoskonałości. Na przyszłość popracuję nad tym balansem ;)

 

A czas leci… tik, tak… tik, tak…

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Nie no, żartowałem z tym „zjechaniem”, a przede wszystkim z „arcydziełem”. ;-) Nie ma co pracować nad balansem, tylko trzeba jechać szczerze i równo z trawą.

 

Pozdrawiam!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Nowa Fantastyka