- Opowiadanie: bruce - Zakup w sieci

Zakup w sieci

Po merytorycznych dyskusjach i wielu drogocennych radach moich wspaniałych Betujących, zdecydowałam się zamieścić na Portalu ten skromny tekst, oparty (jak większość moich) na wydarzeniach autentycznych. Serdeczne dzięki za poświęcony czas i doskonałą betę dla: DANIELKUROWSKI i VARG (:serce:). Dziękuję także za tak surowe oceny Vrann Kheryer, wystawione mi podczas bety, bo i one dały wiele do myślenia. :) Zapraszam do lektury i pozdrawiam. :)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Zakup w sieci

Ha­li­na prze­ję­ła sklep w spad­ku po śmier­ci męża, gdyż Zbyszek, prze­ko­na­ny o opła­cal­no­ści tak kar­ko­łom­nej in­we­sty­cji, miesiąc przed śmiercią prze­zna­czył większość wspólnych oszczędności na zakup ogrom­nych ilo­ści ko­lo­ro­wych fa­ta­łasz­ków.

Sklep był mały, do­pie­ro co za­ło­żo­ny, i miał sta­no­wić do­dat­ko­we źró­dło do­cho­du. Zby­szek, jako bar­dziej obe­zna­ny ze spra­wa­mi fi­nan­so­wy­mi, za­mie­rzał go pro­wa­dzić jednoosobowo, szcze­gól­nie że ona nie miała bla­de­go po­ję­cia o han­dlu. Los zde­cy­do­wał jed­nak ina­czej.

Na pewno dużym uła­twie­niem był fakt dzia­łal­no­ści je­dy­nie online, w internecie. Dawał Ha­li­nie moż­li­wość pracy w skle­pie głów­nie no­ca­mi, gdyż za dnia pró­bo­wa­ła jakoś utrzy­mać ro­dzi­nę, ogar­nąć dom, opła­cić wszyst­kie za­le­głe po­dat­ki oraz po­za­ła­twiać kwe­stie zwią­za­ne ze śmier­cią męża. A tych było co nie­mia­ra.

Por­tal, na któ­rym Zby­szek wy­sta­wił dzie­cię­ce ubra­nia, po­bie­rał ma­ka­brycz­nie wy­so­ką pro­wi­zję, ale za to nie trze­ba było co­dzien­nie otwie­rać skle­pu o okre­ślo­nej go­dzi­nie i uże­rać się z kapryśnymi klientami dotykającymi towarów spoconymi dłońmi. To były te dobre stro­ny. Nie­ste­ty, po­ja­wi­ły się i złe.

Dwa dni przed Wi­gi­lią ku­rier przy­wiózł ko­lej­ne trzy pacz­ki. Zwro­ty. Niby nor­mal­na rzecz, cza­sem się prze­cież zda­rza­ły, choć ostat­nio jakby nieco czę­ściej, ale po spoj­rze­niu na nie Ha­li­nie na mo­ment za­par­ło dech. Wszyst­kie były pacz­ka­mi po­bra­nio­wy­mi, wiel­ko­ga­ba­ry­to­wy­mi, kosz­to­wa­ły ją nie­ma­ło. Nie li­cząc sa­mych ma­te­ria­łów na opa­ko­wa­nie tych rze­czy tak, aby nie ule­gły znisz­cze­niu w trans­por­cie, opła­ta za po­bra­nie wy­nio­sła bar­dzo dużo, a firma prze­wo­zo­wa aku­rat nie tak dawno pod­wyż­szy­ła dra­stycz­nie ceny wszyst­kich prze­sy­łek.

Od­bior­ca, jak się oka­za­ło, ta sama osoba, z nie­zna­nych po­wo­dów od­mó­wi­ła ich przy­ję­cia. Widać było po śla­dach oraz pie­cząt­kach i na­pi­sach na na­kle­jo­nych ety­kie­tach, że kil­ka­krot­nie po­dej­mo­wa­no bez­sku­tecz­ne próby ich do­star­cze­nia, rzu­ca­jąc pacz­ka­mi po zmo­czo­nych, za­śnie­żo­nych miej­scach. 

Tych ubrań na pewno nikt już nie za­ku­pi jako nowe, peł­no­war­to­ścio­we, a ta­ki­mi prze­cież jesz­cze do nie­daw­na były.

Za­ła­ma­na ko­bie­ta zde­cy­do­wa­ła, że tym razem nie zo­sta­wi tak spra­wy i bę­dzie in­ter­we­nio­wać. Zbyt wiele pie­nię­dzy stra­ci­ła ostat­nio przez po­dob­ne zwro­ty. Za­dzwo­ni­ła naj­pierw do ku­pu­ją­ce­go, który wresz­cie ode­brał. Głos mło­de­go męż­czy­zny wy­ra­żał za­sko­cze­nie po­łą­czo­ne z nie­za­do­wo­le­niem, kiedy wy­ja­śni­ła mu powód roz­mo­wy.

– Nie wiem, o czym pani mówi, ale spraw­dzę i od­dzwo­nię.

Od­cze­ka­ła czte­ry go­dzi­ny, sta­ra­jąc się zająć do­mo­wy­mi obo­wiąz­ka­mi i wy­ko­nu­jąc inne połączenia, po czym po­now­nie wy­bra­ła jego numer.

– Ko­bie­to, zbli­ża­ją się świę­ta! Wszy­scy życzą sobie zdro­wia i szczę­ścia. Nie masz więk­szych pro­ble­mów? – za­py­tał zde­ner­wo­wa­ny.

– Obie­cał pan, że się dowie i od­dzwo­ni. – Uda­wa­ła, że nie usły­sza­ła nie­grzecz­ne­go tonu. – Czy mo­gła­bym po­znać powód nie­ode­bra­nia tylu za­mó­wio­nych pa­czek?

– No, do­wie­dzia­łem się, tylko za­dzwo­nić nie zdą­ży­łem. Je­stem za­ję­ty – pra­wie wrza­snął do słu­chaw­ki. – Pacz­ki nie zo­sta­ły ode­bra­ne.

– Tyle wiem. To ja pana o tym po­in­for­mo­wa­łam. Po co je pan ku­po­wał?

– To nie ja. Byłem za gra­ni­cą i do­pie­ro dziś wró­ci­łem do kraju. Ktoś inny lo­go­wał się i sko­rzy­stał z moich da­nych. – Ton głosu wcale nie brzmiał prze­ko­nu­ją­co.

– W jakim celu?

– Po­ję­cia nie mam!

– A zatem nie po­znam po­wo­du nie­ode­bra­nia tylu za­mó­wio­nych przez pań­stwa pa­czek?

– Nie.

– Czemu?

– Co za lu­dzie! – krzyk­nął znowu ze zło­ścią. – O co ci cho­dzi, wa­riat­ko?! O głu­pie kil­ka­na­ście zło­tych? Bo chyba wię­cej taka pacz­ka nie kosz­tu­je, co? Mogę ci je oddać! Za­do­wo­lo­na?! – dodał z szy­der­stwem. – Toż to skan­dal! – Rzu­cił słu­chaw­ką.

Ha­li­na wes­tchnę­ła cięż­ko i wy­bra­ła numer od­bior­cy pacz­ki, jaki od­czy­ta­ła na stro­nie por­ta­lu sprze­da­żo­we­go. Był inny, zatem naj­praw­do­po­dob­niej, jeśli wie­rzyć po­przed­nie­mu roz­mów­cy, to ta druga osoba lo­go­wa­ła się na cudze konto pod­czas in­ter­ne­to­wych za­ku­pów. 

W te­le­fo­nie usły­sza­ła ro­ze­śmia­ny głos mło­dej ko­bie­ty, dro­czą­cej się ze śmie­ją­cym w tle męż­czy­zną.

– Cii… to ona! Tak, słu­cham? – do­da­ła, uda­jąc po­wa­gę.

– Dzień dobry. Roz­ma­wia­łam już z ku­pu­ją­cym, panem Mar­kiem No­wa­kiem, ale on twier­dził, że nie wie o ni­czym. Su­ge­ro­wał, abym spy­ta­ła panią, Maję Ko­wal­ską, bo to pani lo­go­wa­ła się na jego konto, aby do­ko­nać za­ku­pu, wska­zu­jąc sie­bie jako odbior­cę. Czy to pani za­mó­wi­ła ty­dzień temu w na­szym skle­pie ubra­nia dzie­cię­ce na łącz­ną kwotę dwóch ty­się­cy sied­miu­set zło­tych w trzech prze­sył­kach po­bra­nio­wych, kosz­tu­ją­cych w sumie do­dat­ko­wo pra­wie sto zło­tych?

– Aha – po­twier­dzi­ła tamta.

– Czy mo­gła­bym po­znać powód od­mo­wy ode­bra­nia ich od ku­rie­ra?

– Wie pani, to nie tak – za­czę­ła kłam­li­wie dziew­czy­na, z tru­dem tłu­miąc śmiech. – Ja je za­mó­wi­łam dla dziec­ka na świę­ta i Nowy Rok. Ku­rier mnie nie za­stał, a potem to już nie wiem, czemu nie przy­wiózł ich po­now­nie.

– Py­ta­łam w fir­mie prze­wo­zo­wej. Po­wie­dzia­no mi, że ku­rier przy­wo­ził je pod wska­za­ny adres kil­ka­krot­nie i za każ­dym razem za­sta­wał od­bior­cę, lecz kon­se­kwent­nie nie zga­dza­ła się pani na za­de­kla­ro­wa­ne wcze­śniej opła­ce­nie i przy­ję­cie pa­czek.

– Cóż, ani nie po­twier­dzę, ani nie za­prze­czę – wy­gło­si­ła roz­ba­wio­na dziew­czy­na.

– Ro­zu­miem, że pani nie jest już za­in­te­re­so­wa­na tym za­ku­pem?

– Po­wie­dzia­łam chyba wy­raź­nie, że to na świę­ta, nie?! – stwier­dzi­ła opry­skli­wie Maja. – Ku­pi­łam w mię­dzy­cza­sie ład­niej­sze, więc tamte mi nie­po­trzeb­ne – do­da­ła jesz­cze zło­śli­wie i za­koń­czy­ła roz­mo­wę.

Ha­li­na na mo­ment chwy­ci­ła się za serce i za­czę­ła szyb­ciej od­dy­chać, pa­trząc na trzy po­roz­ry­wa­ne, zwró­co­ne prze­sył­ki. Potem prze­nio­sła wzrok na spa­ko­wa­ne sta­ran­nie ubrania, w któ­rych Zby­szek uto­pił wszyst­kie ich oszczęd­no­ści. Jak tak dalej pój­dzie, za­miast li­czyć zyski, bę­dzie­my po­no­si­li same stra­ty – po­my­śla­ła

Uspo­ko­iła się do­pie­ro po ja­kiejś go­dzi­nie.

 

***

– Chodź tu do mnie, stę­sk­ni­łem się… – po­wie­dział, mru­żąc oczy.

Maja ze śmie­chem przy­tu­li­ła się do jego ra­mie­nia.

Był wi­gi­lij­ny ranek i za oknem sypał ob­fi­cie śnieg. Te­le­fon wy­rwał ją z pół­snu, w jaki za­czę­ła z przy­jem­no­ścią za­pa­dać.

– Dzień dobry – usły­sza­ła głos star­szej ko­bie­ty.

Przez mo­ment wy­da­wa­ło jej się, że kie­dyś go już sły­sza­ła, ale nie miała czasu, aby za­sta­no­wić się dłu­żej.

– Dzień dobry. O co cho­dzi? – za­py­ta­ła ze śmie­chem, bo Marek na­mięt­nie ca­ło­wał jej szyję.

– Czy pani na pewno nie chce tych prze­sy­łek? – głos nie­zna­jo­mej wy­da­wał się drę­twy i bez wy­ra­zu.

– Dasz mi wresz­cie spo­kój z tymi pacz­ka­mi, chora jędzo?! – za­wo­ła­ła roz­wście­czo­na do te­le­fo­nu. – Odwal się ode mnie!

– Pro­szę tak się do mnie nie zwra­cać. Mo­gła­bym być pani babką! – po­wie­dzia­ła star­sza ko­bie­ta z cie­niem groź­by.

– Wypad! – krzyk­nę­ła Maja, zry­wa­jąc się z łóżka.

Marek, zo­rien­to­waw­szy się, kto dzwo­ni, wy­rwał z ręki dziew­czy­ny te­le­fon.

– Odwal się, stara wa­riat­ko, bo po­pa­mię­tasz! – za­wo­łał do słu­chaw­ki.

– Coś pani po­wiem, Maju… – kon­ty­nu­owa­ła spo­koj­nie Ha­li­na.

– Cze­kaj, dam gło­śniej… – Marek roz­ba­wio­ny na­ci­snął sto­sow­ny przy­cisk.

– Uro­cza ta pani ja­sno­wło­sa, błę­kit­no­oka dziew­czyn­ka, Zuzia – po­wie­dział po­wo­li głos ko­bie­cy. Brzmiał lo­do­wa­to i zło­wro­go.

Oboje po­pa­trzy­li po sobie, prze­sta­jąc się uśmie­chać.

– Co ta­kie­go?

– I chłop­czyk też ład­nie się za­po­wia­da – mówiła z szy­der­stwem. – A to do­pie­ro pierw­szy mie­siąc. Już wy­bra­ła pani imię. Ma­te­usz, praw­da? Ślicz­ne imio­na dla ślicz­nych dzie­ci.

– Chłop­czyk? Je­steś w ciąży? – za­py­tał szep­tem zszo­ko­wa­ny Marek.

– Mia­łam ci po­wie­dzieć pod­czas uro­czy­stej wie­cze­rzy dziś wie­czo­rem – po­wie­dzia­ła z nie­pew­nym uśmie­chem Maja, rów­nie za­sko­czo­na sło­wa­mi nie­zna­jo­mej.

– Tak… – brzmiał dalej głos z te­le­fo­nu. – We­so­łych świąt zatem życzę i dużo zdro­wia dla ma­lu­chów, bo z pew­no­ścią bę­dzie im teraz bar­dzo, bar­dzo po­trzeb­ne!

– Co?! Coś ty po­wie­dzia­ła, jędzo? – za­wo­łał roz­wście­czo­ny Marek, wi­dząc bladą twarz dziew­czy­ny, ale wła­ści­ciel­ka skle­pu za­koń­czy­ła roz­mo­wę.

– Niech ją szlag! – krzyk­nę­ła roz­ju­szo­na Maja i rzu­ci­ła z całą siłą te­le­fo­nem, roz­bi­ja­jąc go o ścia­nę. – Skąd ona wie­dzia­ła o ciąży? I o płci? I o wy­bra­nym imie­niu? Wczo­raj zro­bi­łam test, nie byłam jesz­cze u żad­ne­go le­ka­rza, to do­pie­ro pierw­szy mie­siąc. Do­pie­ro mie­siąc… – po­wta­rza­ła, jak w tran­sie.

Zanim zdą­ży­li ochło­nąć, usły­sze­li cichy płacz do­cho­dzą­cy z po­ko­iku Zuzi. Po­bie­gli tam.

Dwu­lat­ka stała w łó­żecz­ku, cała za­la­na krwią. Trzę­są­ce się ciał­ko było sine. Prze­ra­żo­na Maja do­sko­czy­ła do có­recz­ki, bio­rąc ją ostroż­nie na ręce i za­wo­ła­ła do part­ne­ra:

– Dzwoń po ka­ret­kę!

Pod­no­sząc córkę, po­czu­ła nagle silny, prze­szy­wa­ją­cy ból. Krzyk­nę­ła i mi­mo­wol­nie upu­ści­ła pła­czą­cą Zuzię na dywan, ła­piąc się za brzuch. Wrzask małej to ostat­nia rzecz, jaką pa­mię­ta­ła. Upa­da­jąc, stra­ci­ła przy­tom­ność.

***

Obu­dzi­ła się w szpi­ta­lu. Była noc. Obok na są­sied­nim łóżku spał ktoś, mia­ro­wo od­dy­cha­jąc. Z są­sied­niej sali do­bie­ga­ły ko­bie­ce łka­nia.

Maja pró­bo­wa­ła się pod­nieść lub cho­ciaż po­ru­szyć, ale prze­szy­wa­ją­cy ból brzu­cha unie­moż­li­wił to, nie wspo­mi­na­jąc o spę­ta­nych kro­plów­ka­mi rę­kach. Kil­ka­krot­nie bez­sku­tecz­nie sta­ra­ła się we­zwać pie­lę­gniar­kę. Wo­ła­niem zbu­dzi­ła je­dy­nie nie­za­do­wo­lo­ną są­siad­kę, która de­mon­stra­cyj­nie za­kasz­la­ła, wsta­ła, za­pa­li­ła świa­tło, wło­ży­ła nie­dba­le szla­frok i wy­szła, za­my­ka­jąc za sobą szczel­nie drzwi.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach wró­ci­ła, po czym po­ło­ży­ła się, a zaraz za nią przy­by­ła młoda pie­lę­gniar­ka.

– Jak się pani czuje? – za­py­ta­ła Maję, do­ty­ka­jąc jej czoła.

– Boli mnie – wy­szep­ta­ła, pła­cząc. Łzy spły­wa­ły na po­dusz­kę.

– Musi pani teraz od­po­czy­wać.

– Co z dziec­kiem?

– Spo­koj­nie, rano po­roz­ma­wia pani z le­ka­rzem.

– Ja muszę wie­dzieć teraz! – krzyk­nę­ła nagle, uno­sząc głowę.

Pie­lę­gniar­ka cięż­ko wes­tchnę­ła.

– Dziec­ko stra­ci­ła pani, pod­no­sząc córkę. Nie po­win­na pani dźwi­gać ni­cze­go cięż­kie­go, prze­cież pani wie­dzia­ła, że każda ko­lej­na ciąża bę­dzie za­gro­żo­na. Le­karz, pro­wa­dzą­cy po­przed­nią, uprze­dzał panią jesz­cze tu, w szpi­ta­lu.

Maja za­czę­ła gło­śno pła­kać. Nagle uświa­do­mi­ła sobie, że nie wie nic o dziew­czyn­ce.

– Gdzie jest Zuzia?

– Pro­szę wy­po­czy­wać.

– Niech mi pani powie, co z córką!

– Tata jest przy niej.

– Marek?

Pie­lę­gniar­ka kiw­nę­ła głową i szyb­ko wy­szła, ga­sząc świa­tło.

Maja nie mogła spać. Cią­gle my­śla­ła o te­le­fo­nach tam­tej ko­bie­ty i jej sło­wach do­ty­czą­cych dzie­ci. Wy­obra­ża­ła ją sobie jako starą, szka­rad­ną wiedź­mę, sto­ją­cą przy bul­go­czą­cym kotle ni­czym baj­ko­wa Baba Jaga.

Świt przy­szedł późno. Było Boże Na­ro­dze­nie.

Ob­chód le­kar­ski odbył się szyb­ko, po­nie­waż każ­de­mu z per­so­ne­lu szpi­ta­la spie­szy­ło się po noc­nym dy­żu­rze do domu.

Maja do­wie­dzia­ła się tylko, że dziec­ko stra­ci­ła już wcze­śniej, kiedy upa­dła i ze­mdla­ła. Marek we­zwał po­go­to­wie, lecz naj­pierw za­ję­to się ra­to­wa­niem małej. Potem do szpi­ta­la za­bra­no i ją. Teraz miała cze­kać na za­bieg.

Tym­cza­sem koło po­łu­dnia ko­bie­tę z są­sied­nie­go łóżka od­wie­dzi­li krew­ni. Śmia­li się i ca­ło­wa­li ją, gra­tu­lu­jąc świet­nie roz­wi­ja­ją­cej się ciąży i pa­trząc z po­li­to­wa­niem na le­żą­cą obok dziew­czy­nę, która nadal była sama.

Wy­py­ty­wa­ne pie­lę­gniar­ki od­po­wia­da­ły nie­chęt­nie, nikt nie chciał udzie­lić jej in­for­ma­cji o córce ani part­ne­rze. Pró­bo­wa­ła za­snąć. Py­ta­ła sama sie­bie, czy to moż­li­we, aby nagle ich szczę­śli­wą ro­dzi­nę znisz­czył jeden te­le­fon od nie­zna­jo­mej. Czy to jej klą­twa za­koń­czy­ła ra­dość świą­tecz­ną, która jesz­cze kil­ka­na­ście go­dzin wcze­śniej pa­no­wa­ła w ich domu? Czy w ogóle re­al­nym jest takie zda­rze­nie? A może to obłęd, w jakim zna­la­zła się po upad­ku? 

W drugi dzień świąt Maję cze­kał za­bieg ope­ra­cyj­ny oczysz­cze­nia, jak na­zwał go dy­żu­ru­ją­cy le­karz, pro­wa­dzą­cy jej po­przed­nią ciążę. Po nim sa­mo­po­czu­cie było coraz gor­sze. Wpa­dła w ja­kieś odrę­twie­nie.

Szu­ka­jąc te­le­fo­nu przy­po­mnia­ła sobie, że znisz­czy­ła go. Nie pa­mię­ta­ła nu­me­ru do Marka, bo nie­daw­no go zmie­nił. Nie wie­dzia­ła, jak skon­tak­to­wać się z kim­kol­wiek bli­skim. Py­ta­ła per­so­nel o Zuzię, ale po­wie­dzia­no jej tylko, że córka zo­sta­ła za­wie­zio­na do szpi­ta­la dzie­cię­ce­go.

***

Po ty­go­dniu Maja do­sta­ła wypis. Zdaw­ko­we słowa na kart­ce pa­pie­ru wska­zy­wa­ły na jed­no­znacz­ną przy­czy­nę po­ro­nie­nia.

Do­staw­szy się do domu tak­sów­ką, ze zdu­mie­niem zo­ba­czy­ła otwar­te drzwi wej­ścio­we. We­szła nie­pew­nie. Marek spał na łóżku, od­wró­co­ny ple­ca­mi do drzwi. Obok na mocno po­pla­mio­nym dy­wa­nie le­ża­ło chyba z dwa­dzie­ścia bu­te­lek po piwie i wódce. Wszę­dzie śmier­dzia­ło al­ko­ho­lem i potem.

Kroki Mai zbu­dzi­ły go na tyle, że od­wró­cił głowę.

– O, je­steś – wy­mam­ro­tał.

– Czemu nie byłeś u mnie? – po­wie­dzia­ła zszo­ko­wa­na z pre­ten­sją w gło­sie.

– Co? – za­py­tał, jakby nie ro­zu­mie­jąc.

– Stra­ci­łam syna! – po­wie­dzia­ła, pła­cząc. – Nie po­ja­wi­łeś się tam ani razu! Jak mo­głeś?! To prze­cież było także twoje dziec­ko!

– Serio? – za­py­tał, pod­no­sząc się lekko i pa­trząc na nią z wy­rzu­tem. – Moje?

– Jak mo­żesz w ogóle o to pytać? – po­wie­dzia­ła, sia­da­jąc na krze­śle i pła­cząc.

– Nie wiem, co mam my­śleć. Nic mi nie po­wie­dzia­łaś.

– Prze­cież chcia­łam. Przy­się­gam ci, że i Zuzia, i Ma­te­uszek… Zaraz. Gdzie jest Zuzia?! – Ro­zej­rza­ła się nagle z prze­stra­chem.

– Jest na OIOM-ie. Jak po­wie­dział or­dy­na­tor: Na tym eta­pie ni­cze­go wię­cej zro­bić nie mo­że­my.

– Na… Na OIOM-ie?! Co się stało? – Pod­bie­gła do niego i za­czę­ła szar­pać za ra­mio­na.

– Krwo­tok we­wnętrz­ny i wstrząs mózgu. Po­wie­dzia­no mi, że to tęt­niak. Za­sła­bła i do­dat­ko­wo ude­rzy­ła się pod­czas upad­ku.

Maja opa­dła bez­wład­nie na łóżko obok sie­dzą­ce­go Marka.

– To nie­moż­li­we. Prze­cież Zuzia nie miała tęt­nia­ka – wy­szep­ta­ła cicho.

– A jed­nak.

– Muszę do niej je­chać!

– Nie ma sensu. Byłem przy niej przez kilka dni. Stan kry­tycz­ny, le­ka­rze dają jej naj­wy­żej parę go­dzin. Nie po­zna­je już ni­ko­go.

– To ta ko­bie­ta – po­wie­dzia­ła nagle zde­cy­do­wa­nym gło­sem. – Mu­si­my ją od­na­leźć. Pro­sić o cof­nię­cie uroku. Ona rzu­ci­ła klą­twę na naszą ro­dzi­nę!

– Od­bi­ło ci? Nie bądź śmiesz­na! Nie ma cze­goś ta­kie­go, jak klą­twa! – po­pa­trzył na nią, jak na obłą­ka­ną. – To nie śre­dnio­wie­cze! 

– Opo­wia­da­ła o Zuzi, jakby ją wi­dzia­ła. Znała wy­bra­ne imię nie­na­ro­dzo­ne­go dziec­ka. A nawet płeć. Wie­dzia­ła o nim, choć ni­ko­mu nie mó­wi­łam o ciąży. Po­wie­dzia­ła, że zdro­wie bę­dzie dzie­ciom teraz bar­dzo po­trzeb­ne. Sam to sły­sza­łeś. Jej głos. Mści się za swoje prze­klę­te pacz­ki! Musi być złym du­chem.

– Czy ty sie­bie sły­szysz? Złe duchy są w baj­kach, nie w życiu! – krzyk­nął, spo­glą­da­jąc na nią zim­nym wzro­kiem.

– Daj mi swój te­le­fon!

– Po co?

– Tam jest za­pi­sa­ny ten numer. Za­dzwo­nię do niej.

Zanim zdą­żył za­re­ago­wać, Maja po­chwy­ci­ła ko­mór­kę Marka, le­żą­cą na po­bli­skiej szaf­ce. 

– Od­da­waj! – Rzu­cił się ze zło­ścią.

Po­pa­trzy­ła na niego obu­rzo­na, od­wró­ci­ła się i za­czę­ła szu­kać nu­me­rów z za­pi­sa­nych roz­mów.

– Dziw­ne… – prze­glą­da­ła szyb­ko pa­mięć w te­le­fo­nie, prze­su­wa­jąc pal­ca­mi wers za wer­sem. – Wszyst­kie roz­mo­wy i nu­me­ry sprzed Wi­gi­lii są wy­ka­so­wa­ne.

– Nie­moż­li­we. – Wziął te­le­fon. – A nawet gdyby tak było, jakie to ma zna­cze­nie? Nie ma cze­goś ta­kie­go, jak klą­twa! – po­wtó­rzył moc­nym gło­sem.

– Znaj­dę ją. – Maja pod­bie­gła do kom­pu­te­ra. – Ku­po­wa­łam ubran­ka dla Zuzi kilka ty­go­dni temu. Muszą być za­pi­sa­ne te dane.

Szu­ka­ła go­rącz­ko­wo przez ponad pół go­dzi­ny.

– Wszyst­ko znik­nę­ło. – Spoj­rza­ła oszo­ło­mio­na na Marka z wy­ra­zem oszołomienia na bladej twa­rzy. – Jakby ten zakup nigdy nie do­szedł do skut­ku. Jakby tego skle­pu ani moich trzech za­mó­wień wcale nie było. Nic nie ro­zu­miem. Gdy­bym tylko mogła raz jesz­cze skon­tak­to­wać się z tą ko­bie­tą… Pro­sić o szan­sę… Od­da­ła­bym wszyst­ko, aby móc jesz­cze raz zo­ba­czyć te pacz­ki. – Za­czę­ła znowu pła­kać.

Nagle za­dźwię­czał te­le­fon chło­pa­ka. Marek ode­brał:

– Tak, słu­cham? Tak, to ja. Przy te­le­fo­nie. – Męż­czy­zna chwi­lę na­słu­chi­wał, po czym za­marł i wbił oczy w part­ner­kę. – To ze szpi­ta­la – po­wie­dział do niej za­ła­ma­nym gło­sem, ocie­ra­jąc po­ja­wia­ją­ce się bły­ska­wicz­nie łzy. – Zuzia…

***

Maja obu­dzi­ła się zde­ner­wo­wa­na. Dzwo­nek wy­rwał ją z kosz­ma­ru. Scho­dząc na dół, czuła dziw­ne mdło­ści. Nie zdą­ży­ła jed­nak za­sta­no­wić się nad tym dłu­żej, bo zo­ba­czy­ła sto­ją­ce­go w otwie­ra­nych drzwiach ku­rie­ra, trzy­ma­ją­ce­go pod pa­cha­mi trzy po­kaź­ne pacz­ki. 

– Ostat­nia szan­sa, pani Ko­wal­ska. W przy­pad­ku od­mo­wy od­bio­ru i opła­ce­nia prze­sy­łek, dziś wrócą do nadaw­cy. 

Dziew­czy­na spoj­rza­ła nie­przy­tom­nie na adres: 

 

Ha­li­na Le­śniew­ska

Ubran­ka dla Mi­lu­siń­skich

 i numer te­le­fo­nu.

– Biorę! – krzyk­nę­ła, za­ska­ku­jąc tonem nawet sie­bie.

Nagle popatrzyła uważniej na kuriera. Nad prawą kieszenią służbowego stroju zauważyła napis CZAS.

– Pan chyba jest tu pierwszy raz, prawda? Nasz stały dostawca wygląda inaczej.

– Rzeczywiście. – Starszy pan uśmiechnął się i spojrzał w oczy zdezorientowanej dziewczyny. – Los dał ci wyjątkową szansę, Maju – powiedział, poważniejąc. – Tylko jeden raz w życiu. Nie zmarnuj tego. Wiemy o tym tylko my dwoje, nikt inny – dodał szeptem.

Kobieta znieruchomiała i spoglądała niepewnie na staruszka, który znowu przybrał pogodny wyraz twarzy i układał starannie przesyłki na progu. 

– Mamo, kto to? – Za­spa­na Zuzia wy­bie­gła z po­ko­iku i w pi­żam­ce scho­dzi­ła ze scho­dów. 

– Zuziu, moja ko­cha­na! Pan przy­wiózł ci ślicz­ne ubran­ka. – Za­pła­ka­na Maja pró­bo­wa­ła wziąć ją na ręce, jakby chcia­ła za­trzy­mać jak naj­dłu­żej tę chwi­lę, nie wie­rząc jesz­cze w nie­praw­do­po­dob­ne szczę­ście, które otrzymała. 

– Ejże, ostroż­nie, pani mamo – po­wie­dział słod­ko sto­ją­cy za có­recz­ką Marek, pod­no­sząc dwu­lat­kę na swe bar­czy­ste ra­mio­na. – Pro­szę nie za­po­mi­nać o dru­gim po­tom­ku! – dodał żar­to­bli­wie.

Maja do­tknę­ła brzu­cha. Był więk­szy. Za­mknę­ła oczy i z ulgą po­wie­dzia­ła szep­tem:

Dzię­ku­ję! 

 

Koniec

Komentarze

Cześć Bruce!

Stworzyłaś opowiadanie z przestrogą. Niektórym piekielnym klientom przydałby się porządny koszmar o konsekwencjach aroganckiego zachowania. Spodobała mi się ta historia. Na prawdę przejęłam się losem Haliny, niesamowicie było mi jej szkoda. Zabrakło jakiegoś elementu wskazującego, jak zakończyła się historia Haliny. Nie wiem, czy dobrze się domyślam, że postanowiła wysłać paczki ponownie. 

Odniosłam wrażenie, że niepotrzebnie komplikujesz zdania, podając nadmiar informacji. Postaram się pokazać na paru przykładach o co mi dokładnie chodzi. 

Halina przejęła sklep jako część spadku decyzją sądu pół roku po śmierci Zbyszka.

Moim zdaniem informacja o decyzji sądu jest zbędna. Poza tym jeśli mówimy o spadku to wiadomo, że po czyjejś śmierci. Pytanie, czy dokładny czas też jest tu niezbędny. Najprościej byłoby: Halina przejęła sklep w spadku po mężu. Najpierw użyłabym określenie mąż, a dopiero w następnym zdaniu podała imię. 

Mąż, będąc przekonanym o opłacalności tak karkołomnej inwestycji, przeznaczył mnóstwo długo odkładanych przez nich oboje pieniędzy na sprowadzone w ogromnych ilościach z wielu hurtowni kolorowe fatałaszki.

większość wspólnych oszczędności; na zakup ogromnych ilości. To oczywiście tylko sugestie i można tę treść przekazać na wiele sposobów. 

 

Sklep był mały, dopiero co założony, i miał stanowić dla nich dodatkowe źródło dochodu do niskiej pensji.

Portal, na którym Zbyszek wystawił dziecięce ubrania, pobierał wprawdzie makabrycznie wysoką prowizję, ale za to nie trzeba było codziennie fizycznie otwierać sklepu o określonej godzinie i użerać się do późnego wieczora z kapryśnymi klientami, spoconymi dłońmi dotykającymi towarów.

Ta końcówka jakoś nie brzmi dobrze. Trudna sprawa, może: z kapryśnymi klientami dotykającymi towarów spoconymi dłońmi. 

 

Niby normalna rzecz, czasem się przecież zdarzały, ostatnio tylko jakby nieco częściej, ale po spojrzeniu na nie Halinie na moment zaparło dech.

choć ostatnio jakby

 

Potem przeniosła wzrok dalej, na spakowane starannie w kartonach i na półkach tony ubrań, w których kilka miesięcy temu Zbyszek utopił wszystkie ich oszczędności. 

Czy na pewno tony? Trudno mi sobie wyobrazić, ile miejsca zajmuje tona ubrań, ale wydaje mi się, że sporo, a przecież sklepik był mały. 

Dzwonek wyrwał ją z przerażającego koszmaru.

Koszmar z definicji jest przerażający. 

– Oddawaj! – rzucił się ze złością.

Dziewczyna spojrzała nieprzytomnie na adres: 

Halina Leśniewska

Ubranka dla Milusińskich

a pod spodem adres i numer telefonu.

Maja dotknęła brzucha. Był większy. Zamknęła oczy i z ulgą powiedziała szeptem:

Dziękuję! 

– Dziękuję! 

 

 

 

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Witaj, Alicello, dziękuję za tak miły komentarz oraz wskazówki; zaraz wszystko popoprawiam.

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

,

 

czytając, miałam momentami gęsią skórkę na rękach. Nigdy dotąd nie wróciłam przesyłki, a teraz to już na pewno się nie odważę. Dobrze budowałaś nastrój, emocje nasilały się wraz z płynącą akcją.

 

Interesujące opowiadanie.heart

 

 

Pozdrawiam ciepło – Goch.

 

 

Cześć, GOCHAW, dziękuję Ci bardzo za tak pozytywny komentarz i ciepłe słowa. 

Pozdrawiam także. :) 

heart

Pecunia non olet

Cześć,

Początek trochę mnie zraził. Nie lubię ciężkawych obyczajówek. Już myślałem, że tekst jest do końca “taki”, ale znienacka okazało się, że zakończenie wynagrodziło mi wszystkie trudy i znoje :D.

Fajnie przemyślana fabuła, która nagle skręca zupełnie na inny tor i nabiera całkiem odmiennej dynamiki. Dobra robota! Lubię takie plot-twisty. 

Językowo wg mnie jest poprawnie – widać betę i nie zahaczyłem o żadną zadrę w tekście. Ale muszę przyznać szczerze, że nie zwracałem uwagi na łapankę :/. Mae culpa. Usprawiedliwiam się poprzednim akapitem :P. Po prostu wciągnęło i leciałem z fabułą na szybko. 

Warsztat narracyjny też masz coraz lepszy. Kaliber i ilość niezręczności wyraźnie spada :D.

 

Dzięki za fajne opowiadanie. 

pozdrawiam

M.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Witaj, MordercoBezSerca, cudny komentarz, ogromnie mnie cieszy, wielkie dzięki. Jeszcze sporo pracy przede mną, wiem, ale będę ją wykonywać konsekwentnie. Betujący naprawdę mega mi pomogli, przy okazji raz jeszcze bardzo Im dziękuję. smiley

Koniec tekstu pierwotnie był drastyczniejszy, to wpływ oglądanych w dzieciństwie krwawych horrorów. devillaugh

 

Pozdrawiam. ;)

Pecunia non olet

Nieźle się czytało, było napięcie i zaciekawienie tym, co tam się działo, jednak skończywszy lekturę nie bardzo iem, co myśleć o opowiadaniu, więc zapytam – Bruce, co tam się wydarzyło?

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Zby­szek, będąc prze­ko­na­nym o opła­cal­no­ści tak kar­ko­łom­nej in­we­sty­cji… ―> Raczej: Zby­szek, prze­ko­na­ny o opła­cal­no­ści tak kar­ko­łom­nej in­we­sty­cji

 

Zby­szek, jako bar­dziej obe­zna­ny ze spra­wa­mi fi­nan­so­wy­mi, za­mie­rzał go pro­wa­dzić… ―> Skoro założył sklep, to chyba oczywiste, że miał zamiar go prowadzić.

 

– Nie wiem, o czym pani do mnie mówi, ale spraw­dzę i od­dzwo­nię. ―> – Nie wiem, o czym pani mówi, ale spraw­dzę i od­dzwo­nię.

 

zająć do­mo­wy­mi obo­wiąz­ka­mi i wy­ko­nu­jąc inne te­le­fo­ny… ―> Telefony wykonuje się w fabryce produkującej telefony. Halina mogła telefonować.

 

po czym po­now­nie wy­bra­ła jego numer; ―> Zamiast średnika powinna być kropka.

 

W telefonie usłyszała roześmiany głos młodej kobiety, droczącej się ze śmiejącym w tle mężczyzną: ―> Dlaczego zdanie kończy dwukropek, a nie kropka?

Za SJP PWN: dwukropek «znak interpunkcyjny (:) stawiany przed przytoczeniem czyichś słów lub przed wyliczeniem czegoś»

 

– Czy pani na pewno nie chce tych prze­sy­łek? – Głos nie­zna­jo­mej wy­da­wał się drę­twy i bez wy­ra­zu. ―> – Czy pani na pewno nie chce tych prze­sy­łek? – głos nie­zna­jo­mej wy­da­wał się drę­twy i bez wy­ra­zu.

 

Marek, zo­rien­to­waw­szy się, kto dzwo­ni, wy­rwał z ręki dziew­czy­ny te­le­fon: ―> Zamiast dwukropka powinna być kropka.

 

tamta cią­gnę­ła dalej z szy­der­stwem. ―> Masło maślane – czy mogła ciągnąć, nie mówiąc dalej?

 

Dwu­lat­ka stała w swoim łó­żecz­ku, cała za­la­na krwią. ―> Zbędny zaimek – czy mogła stać w cudzym łóżeczku?

 

Przy­się­gam ci, że i Zuzia, i Ma­te­uszek…. ―> Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

Spoj­rza­ła oszo­ło­mio­na na Marka z bla­dym wy­ra­zem twa­rzy. ―> Jak wygląda blady wyraz twarzy?

Proponuję: Spojrzała na Marka z wyrazem oszołomienia na bladej twarzy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witam serdecznie, Regulatorzy.smiley

Dziękuję za komentarz oraz wskazówki, zaraz popoprawiam wszystko. heart

skończywszy lekturę nie bardzo wiem, co myśleć o opowiadaniu, więc zapytam – Bruce, co tam się wydarzyło?

laugh

Rozbroiłaś mnie. laughblush

Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć, ponieważ chciałam do końca pozostawić jako swego rodzaju niedomówienie ostateczny koniec opisywanych zdarzeń – doprowadziłam do sytuacji, w której los dał dziewczynie jeszcze jedną szansę, o którą prosiła, przekonana o nieuchronności pasma nieszczęść. Uznałam (idąc tu nieco za wskazówką nader niskiej oceny, wystawionej mi podczas bety/czyt.: dwója minuslaugh), że zakończenie, polegające na zamordowaniu dzieci tylko z powodu straty pieniędzy, to zbytnia przesada. smiley Jednak pozostawiłam czytelnikowi nieco miejsca na własne dopowiedzenie, bo w sumie sen może być… snem o innym śnie i wówczas do końca nie wiadomo, czy dziewczyna wygrała z klątwą, czy też nie. A może wcale tej klątwy nie było? 

Pewnie, jak to zwykle u mnie, niedostatecznie jasno to wyraziłam. blush

 

Pozdrawiam serdecznie. :)

 

Pecunia non olet

Ech, Bruce, muszę powiedzieć, że Twoje niedomówienia i oczekiwanie, że czytelnik sam sobie dopowie to, czego nie napisałaś, nie wpływają korzystnie na odbiór opowiadania.

Zbyt realistycznie opisujesz tydzień z życia Mai i za wiele osób bierze w tym udział, bym mogła pomyśleć, że to wszystko jej się śniło.

Chyba wolałabym, aby Halina jakimś fantastycznym sposobem nabyła szczególnych mocy i np. napoiła Maję stosownym wywarem, po którym dziewczyna miałaby te przerażające wizje, sprawiające wrażenie koszmaru dziejącego się w rzeczywistości. A potem, kiedy ustałoby działanie mikstury, Maja zapragnęłaby nabyć jeszcze więcej ubranek dla dzieci, nie tylko własnych ale także obcych, będących w potrzebie. Mogłaby też polecić sklep Haliny innym, a wtedy Halina-wiedźma nie tylko nie miałaby strat, ale jej interes kwitłby. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ech, Bruce, muszę powiedzieć, że Twoje niedomówienia i oczekiwanie, że czytelnik sam sobie dopowie to, czego nie napisałaś, nie wpływają korzystnie na odbiór opowiadania.

Wiem, wiem, muszę to zmieniać… blush

 

Myślisz? Napoiłaby? laugh (oczywiście mam przed oczami mnóstwo podobnych scen z różnych horrorów). blush

Na razie przyszła mi do głowy nieco inna wersja zakończenia. Może spróbuję pójść tą drogą.

 

Pozdrawiam serdecznie, Regulatorzy i dziękuję! heart

Pecunia non olet

Ciekawa jestem, Bruce, jaką drogą zamierzasz pójść. ;)

Nie wiem czy Ci się spodoba, ale polecam jedno z dawniejszych opowiadań Bemik. Również traktuje o zemście, choć powód do niej był zgoła inny. https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/56842573

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj, dziękuję Ci bardzo, Regulatorzy, zerknę na pewno do tego tekstu. heartsmiley :padam:

Na razie wybrałam wersję z powrotem do przeszłości przy zapamiętaniu poprzednich wydarzeń przez główną bohaterkę, cos jak w pierwszym “Jumanji”. Zobaczymy, czy miałam rację.

 

PS Przeczytałam opowiadanie. Mocne. Doskonałe. Rozliczenia z przeszłością bywają bardzo trudne. 

Czasem odnoszę wrażenie, Regulatorzy, że masz rzadki dar postrzegania ludzi w ich myślach, przynajmniej mnie – na pewno. Bardzo Ci za to dziękuję, ten niepozorny link otworzył mi oczy na skomplikowane sprawy i dodał potrzebnej odwagi, aby napisać kilka słów, skrywanych latami głęboko w sercu. :)

Pozdrawiam serdecznie. :)heart

Pecunia non olet

Zapewniam Cię, Bruce, że nie mam żadnego, jak to określiłaś: daru po­strze­ga­nia ludzi w ich my­ślach i nawet nie wiem, co miałoby to znaczyć.

Jeśli jednak lektura opowiadania Bemik dodała Ci odwagi i pozwoliła dojrzeć skomplikowane sprawy, to mam nadzieję, że pomoże Ci to tworzyć coraz lepsze opowiadania.

Powodzenia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

bruce, ciekawe opowiadanie. Zaskoczył mnie finał. Dobrze, że to się tak kończy. Chociaż… Jako osoba nadzorująca wysyłki setek przesyłek pobraniowych z pewnością miałem nieco mniej współczucia dla Marka i Mai :)

 

“Kiedy ludzie mówią ci, że coś jest nie tak albo im się nie podoba, prawie zawsze mają rację. Kiedy mówią ci, co dokładnie według nich jest źle i jak to naprawić, prawie zawsze się mylą”. Neil Gaiman

Już kilka wersji tego opowiadania widziałem, ale powiem jedno – mnie się konstrukcja bardzo podobała. Odebrałem ją jako w pewnym sensie impresjonistyczną, skoncentrowaną na wywołaniu pewnych uczuć, takiej gęsiej skórki, nie zaś na spójności fabuły. Dlatego nie uważam, by nadmierne drążenie w tej spójności było wskazane. Może związku wcale nie ma? Może to niezależne epizody, podobne, ale dziejące się w równoległych światach? To coś jakby z filmów Lyncha. Pierwsza część usypia, wskutek czego druga uderza z niespodziewanego kąta (a ten i tak jest już nieco złagodzony), a przez całość przewija się pewne budzące niepokój Coś.

W każdym razie, Bruce, nie rzucałbym się na zmienianie, tylko dlatego, że jeden czytelnik – choćby i najznamienitszy – coś powiedział. Zawsze ktoś powie, że wolałby inaczej. Ale to oczywiście już Twój wybór :)

Cześć, Andyql. Dziękuję za sympatyczny komentarz oraz zrozumienie. wink

 

Hej, Varg. smiley Fakt, zamęczałam Was podczas bety wieloma zmianami i nowymi wersjami, ciągle nie będąc pewną, czy w dostatecznym stopniu przekazałam wszystko tak, jak zamierzałam. Serdecznie raz jeszcze Wam dziękuję za cierpliwość, wspaniałą betę, wyrozumiałość oraz bardzo mądre wskazówki, udzielane mi wielokrotnie kosztem Waszego czasu i wypoczynku. heart

Zdaję sobie sprawę, że mam tendencję do tworzenia opowiadań, przedstawiających jedynie przysłowiowy czubek góry lodowej, większość treści umieszczając poza tekstem, w mojej wyobraźni, co nie ułatwia oczywiście odbioru Czytelnikom. blush Muszę nam tym pracować, skoro chcę, aby moje teksty czytano i rozumiano. :)

 

Pozdrawiam serdecznie i raz jeszcze dziękuję za komentarze. heart

Pecunia non olet

Normalnie tego nie robię w przypadku betowanych przeze mnie tekstów, uważam, że jest tu pewien konflikt interesów… Ale tak mało osób zajrzało, a z tych większa część zostawiła niezłe opinie, lecz punkciku to już nikt. Więc mimo wszystko zgłosiłem do bib. Myślę, że tekst na to zasługuje. 

Varg, dziękuję, naprawdę, przemiło z Twojej strony, ale mam duże wyrzuty sumienia…blush Właśnie kilka godzin temu w innym komentarzu wspomniałam, że moim zdaniem jeszcze nie zasługuję na takie wyróżnienia. blush Tyle czasu już poświeciłeś i tyle życzliwości okazałeś, wielkie dzięki.heartsmiley

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Cześć, bruce. :-)

Opowiadanie podobało mi się!

Co mnie ujęło? Realizm, z którym opisujesz pewien ciąg wydarzeń, bo nie jest łatwo tak kreślić słowa. Bardzo dobra, oszczędna szkoła. Postaci – fajnie przedstawione. Fabuła – pozornie prosta, lecz wciąga – przynajmniej ze mną tak było – i zaskakuje w dodatku. :-)

Dla mnie zakończenie było zrozumiałe, miałam dwie alternatywne myśli, kim mógł być ów posłaniec, ale nie będę się rozgadywać, aby nie spojlerować.

Podobnie jak Varg uważam, że biblioteka jest zasłużona i jestem zdziwiona, że opko nie ma jeszcze żadnego punkciku zatem, skarżypytuję.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Witaj, Asylum, bardzo dziękuję za tak miłe słowa i polecenie, tekst w obecnej postaci to nade wszystko wielka zasługa moich Wspaniałych Betujących oraz Komentujących; pozdrawiam serdecznie. heart

Pecunia non olet

Cześć, bruce,

dziwne opowiadanie. Z pewnością fajnie napisane, ale dziwne. Mimo to podobało mi się, choć wolę wersję Reg, że Halina była wiedźmą, niż że to był sen. Po pierwsze – występuje wtedy element fantastyczny, a po drugie jest to dużo ciekawe i wręcz groźne. Motyw snu jest zbyt oklepany ;) Ja w ogóle nie odebrałam “przygody” Mai jako snu właśnie. Kompletnie o tym nie pomyślałam (to dobrze!)

Cały czas dziwiło mnie zachowanie Haliny. Rozumiem, że była rozgoryczona, ale normalnie sklepy chyba nie dzwonią do ludzi z pretensjami, że nie odebrali przesyłki? Choć ona była sklepem jednoosobowym, to może wtedy tak, nie mam w tym doświadczenia, ale zwyczajnie wydawało mi się to przesadzone. 

 

 

Sugerował, abym spytała panią, Maję Kowalską, bo to pani logowała się na jego konto, aby dokonać zakupu, wskazując siebie jako obiorcę

 

– Chodź tu do mnie, stęskniłem się… – powiedział[+,] mrużąc oczy.

 

 

Powodzenia w dalszym pisaniu!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Witaj, LanaVallen. :)

Dziękuję za kolejny przemiły komentarz. :)

Sen dodałam później, nanosząc poprawki podczas bety, aby “uratować” dzieci, bo mimo wszystko uznałam, że działania Haliny byłyby uznane tu podczas komentowania za zbyt okrutne. :)

Co do kontaktu telefonicznego z kupującym, problem polegał na fakcie wyboru przez niego opcji paczek pobraniowych, które są bardzo drogie i w razie ich nieodebrania koszty spadają zawsze na sprzedającego, mimo że on dopełnił wszelkich formalności. Niestety, sporo osób właśnie tak oszukuje konkurencję. 

 

Dziękuję bardzo, zaraz usterki poprawiam. ;)

Pozdrawiam. :)

 

Pecunia non olet

Teraz zakończenie wyszło strasznie słodkie, jak do świątecznego moralitetu. Ale niech Ci będzie.

Fajnie, kiedy karma wraca, a jeszcze fajniej, kiedy można cofnąć czas i naprawić błędy.

Babska logika rządzi!

Rzeczywiście, Finklo, przesłodziłam. Akurat dziś częstuję wirtualnym tortem, zatem nadmiar słodkości zbiegł się w czasie. :)

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Halina przejęła sklep w spadku po śmierci męża. Zbyszek, przekonany o opłacalności tak karkołomnej inwestycji, przeznaczył większość wspólnych oszczędności na zakup ogromnych ilości kolorowych fatałaszków.

No powiem, że się pogubiłam zaraz na początku, bo w moim odczuciu z pierwszego zdania wynika, że po śmierci męża Halina dostała w spadku (po kim?) sklep. W następnym zdaniu piszesz, że Zbyszek był do tej inwestycji przekonany i wydał ich wspólne oszczędności na zakup ciuchów. Tylko kim był Zbyszek? Mężem raczej nie, bo mąż już nie żył, a poza tym podreślasz, że wydał ich wspólne oszczędności, małżeństwo z zasady ma wspólne oszczędności, głupio tak by było oszczędzać osobno. Krótko mówiąc wywaliłabym “w spadku”, bo tylko zaciemnia obraz. Nie mówiąc już o tym, że skoro oszczędności były wspólne, to Halina było współwłaścicielką, więc nie mogła przejąć sklepu w spadku.

 

Na pewno dużym ułatwieniem był fakt działalności jedynie w sieci. Dawał Halinie możliwość pracy w sklepie głównie nocami, gdyż za dnia próbowała jakoś utrzymać rodzinę, ogarnąć dom, opłacić wszystkie zaległe podatki oraz pozałatwiać kwestie związane ze śmiercią męża.

Eee tego, zamówienia i użeranie się z dostawcami, wysyłanie zamówionych towarów nocami? Taka działalność to robota na pełny etat. Sklep kajarzy się… no… ze sklepem; witryna, dobre miejsce i te sprawy. Przypuszczam, że w tym wypadku Zbyszek wynajął tylko magazyn, bo zwyczajnie tańszy. Dałabym zaraz na początku, że sklep był internetowy, wtedy czytelnik nie będzie miał przed oczami zwykłego sklepu, do którego można wejść. Pamiętaj też, że stwierdzenie, iż sklep działał w sieci, można odczytać dwojako, nie tylko jako sklep internetowy. Mogła to być sieciówka: C&A, H&M albo coś w tym guście.

Nie do końca wiem, co się właściwie wydarzyło, i kto ukarał Maję i Marka. Sama kara wydaje mi się nieco nieadekwatna do czynu. Zabijać dzieciaka, żeby dać nauczkę rodzicom?! Halina straciła moją sympatię po takiej karze i nawet druga szansa nie zdołała jej przywrócić.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Witaj, Irka_Luz, dziękuję za komentarz. Zaraz uzupełnię niejasności.

Co do przejęcia w spadku i odziedziczenia, można tak przejąć po śmierci współmałżonka, ponieważ jego część wspólnoty majątkowej za życia należała tylko do niego. To on sam siebie ustanowił właścicielem tego sklepu, zatem był jego wyłącznym właścicielem, mimo poświęcenia pieniędzy obojga. Halina za jego życia nie miała do sklepu praw. 

 

To prawda, Halina, wyprowadzona z równowagi po kolejnej poważnej stracie finansowej i potraktowaniu jej chamsko, dając jeszcze szansę na zmianę decyzji kupujących, ostatecznie zdecydowała się na straszną zemstę, uderzając w najbardziej czuły punkt, aby mocniej zabolało. :)

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Dobra, mocna historia, bardzo porządnie napisana. Dobrze uwypuklasz, jak małe decyzje mogą mieć gdzieś bardzo duże skutki – nawet jeśli te skutki dotyczą kogoś innego. Czytało się płynnie, emocje dobrze grają. Mogę wyobrazić sobie frustrację i zdenerwowanie Haliny, a także tragedię Majki i nawet współczuć jej, choć z początku wydawała się gburowata.

Musisz jeszcze, jak na mnie, nieco popracować nad płynnością opisów, bo miejscami wydawały się nieco drętwe. Ale tak poza tym, podobało mi się.

Zostaw ten żyrandol.

Bardzo ciekawy tekst. Niby prosty – w treści i postaciach – ale potem zaczynasz mocno kręcić. Przyznaję, że jak Reg niemal wypadłem wtedy z karuzeli tekstu, ale zdołałem się utrzymać :) Zrozumiałem więc zakończenie, a oszczędność samego opowiadania pomogła też w skupieniu się na tym, co w nim najważniejsze.

Technicznie napisane porządnie, większych zgrzytów nie zarejestrowałem :)

Tak więc koncert fajerwerków na plus.

 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Hej, Verus, serdeczne dzięki za komentarz. :) Jeszcze sporo ćwiczenia dobrych opisów przede mną. :)

 

Przemiło mi to czytać, NoWhereMan, dziękuję. :)

 

Pozdrawiam Was! heart

 

 

Pecunia non olet

Spodobało się, zwłaszcza zakończenie , ale jako całość też :)

Dziękuję, Koala75, za miłe słowo. W ogromnej mierze to zasługa moich Wspaniałych Betujących oraz Komentujących, ponieważ pierwotnie tekst był dużo gorszej jakości. :)

 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Cześć, Bruce!

 

Pomimo pewnych niedostatków opowiadanie ma w sobie moc.

Przede wszystkim nie klei mi się reakcja Haliny, która z uwagi na stratę kilku złociszy dokonuje na Mai srogiej pomsty w zapalczywym gniewie. ;-) Jednak scena, kiedy groźby zaczynają się spełniać, jest naprawdę rewelacyjna. Wzbudziła u mnie spore emocje, być może dlatego, że jestem rodzicem, natomiast to jest po prostu bardzo dobrze zaserwowane.

Wolałabym też bez happy endu, lecz to oczywiście tylko moja subiektywna opinia.

 

Pozdrawiam!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Witaj, FilipWij, dzięki za komentarz; happy end jednak ocala dzieci, a to i dla mnie, jako rodzica, rzecz pierwszoplanowa. :) Przyznam, że pierwotnie zakończenie było znacznie ostrzejsze w wyrazie. :)

Co do reakcji Haliny, strata była dużo wyższa i – co istotne – kolejna (co dla samotnej matki nie jest rzeczą błahą), zatem po prostu tym razem nie podołała już tylu problemom/stratom jednocześnie. 

 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Całościowo opowiadanie mi się spodobało :) Posypało się już trochę komentarzy, ale kilka rzeczy mi się ciśnie na klawiaturkowe usta. Nie przeszkadza mi niedopowiedziane zakończenie. Fakt, bardziej precyzyjna mechanika snu/magii sama w sobie jest dobrym pomysłem, ale wprowadzenie jej w tym opowiadaniu zmieniłoby je w coś zupełnie innego. A krytyka fantastyki za sam fakt braku jasnej granicy między rzeczywistością a snem – to dla mnie to zbyt cyniczne :P W filmie The VVitch postać wiedźmy zaprezentowano z podobną dozą niedopowodzeń, przez co działała ona na wyobraźnię jak płachta na byka. W Twoim opowiadaniu nie jest to zbudowane równie skrupulatnie, ale uzyskujesz podobny efekt. Zmieniłbym bajkową Babę Jagę na baśniową Babę Jagę. Bajka w tym kontekście wypada trochę dziecinnie (i, zdaje mi się, historycznie mniej poprawnie). Z drugiej strony, pod koniec – w dialogu z Markiem – jest fajna repetycja słowa bajka. Brakuje mi jakiegoś dyskretnego foreshadowingu na początku tekstu. Czegoś, co nie potwierdziłoby wiedźmowatości Heleny, ale zapowiedziałoby przyszłą zmianę tonu/gatunku. Ostatnie wspomniane rzeczy to – oczywiście – mikroszczegóły. Pozdrawiam :) Ps: Gdy będę przy komputerze, dodam entery do tego komentarza.

Cześć, Bartosz Janiszek, i Tobie dziękuję bardzo za komentarz. Oczywiście entery nie są konieczne, ja i tak czytam bez nich, bo tak łatwiej. :)

Nawiązanie do jednego z moich ulubionych horrorów odbieram jako wielki zaszczyt.

Nie chciałam czynić z Haliny aż wiedźmy, chciałam pokazać zachowanie wykończonego życiem i nieszczęściami człowieka, na którego spadło zbyt wiele i akurat w tym momencie, w tej konkretnej sytuacji, człowiek ten poczuł, że nie da rady dłużej, przysłowiowo wyszedł z siebie i stanął obok. 

Podczas rozmów o tym tekście w jego pierwotnej postaci usłyszałam, że opisane zdarzenie to szopka/farsa, że to nie do pomyślenia, aby zabijać dzieci za coś takiego/tak błahego. Najwidoczniej nie udało mi się podkreślić, że nie zamierzałam opisać farsy, że Halina spokojnie i z anielską wręcz cierpliwością czekała na poprawę sytuacji rodzinnej, jakiś pozytywny przełom, jakiś cud i po prostu po kolejnej stracie finansowej oraz zachowaniu kolejnych upokarzających ją ludzi nie wytrzymała. 

Cóż, nadal dzięki temu Portalowi uczę się trudnej sztuki przekazywania na piśmie tego, co zamierzam, w sposób jasny i klarowny. :)

 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Ja akurat nie odebrałem Heleny jako doszczętnie złej. W porównaniu miałem na myśli jedynie fakt, że nie widzimy, co się dzieje w jej głowie na różnych etapach historii. Podobnie jak nie widzimy, w jaki sposób doprowadza do całej tragedii. Co do farsy – faktycznie się uśmiechnąłem w pewnym momencie, lecz nie zniszczyło to dramatyzmu całości :)

To dla mnie najważniejsze, bardzo raz jeszcze dziękuję za tak budujące słowa. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka