- Opowiadanie: Gekikara - Biuro Zła Codziennego

Biuro Zła Codziennego

Zło może być wielkie. Epokowe. Niewyobrażalne. Wzbudzające trwogę i zachwyt swoim rozmachem. 

Zło może być dramatyczne, wstrząsające i odrażające, powodujące, że nasz moralny kompas nie pozwala nam się z nim zgodzić. 

... ale zdecydowanie częściej jest to proste, codzienne zło. 

I właśnie temu chciałem poświęcić moją historię, a przynajmniej jakąś jej część.

 

Dziękuję Outta Sewerowi za łapaneczke i opinię, która skłoniła mnie, by trochę znaków wykreślić, a w innych miejscach trochę dopisać. :) 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Biuro Zła Codziennego

 

Nikogo to nie obchodzi

 

Szpital w porze odwiedzin pełen był zatroskanych rodziców, zmartwionych małżonków i dzieci nie mogących usiedzieć na miejscu. To świetnie. Pielęgniarki nie kłopotały się zadawaniem pytań, kiedy obchodziłem piętro po piętrze. Nawet mnie nie zauważały – stałem się jedną z dziesiątek twarzy pojawiających się i znikających z zasięgu wzroku.

– Nie teraz, mama rozmawia – kobieta idąca z naprzeciwka zdyscyplinowała chłopca, którego ciągnęła za sobą. Ramieniem przyciskała telefon do policzka. Dzieciak jedną dłonią uczepił się matki, a w drugiej trzymał lizaka.

Kiedy ich minąłem, lizak zniknął z jego ręki i pojawił się w moich ustach, zanim dzieciak w ogóle się zorientował. Prosty akt codziennego zła poprawił mi humor i dodał pewności. Nikt nie zareagował, wszyscy zajęci byli swoimi problemami, albo udawali, że nic nie widzą.

Postępujący uczciwie myślą, że gdy tylko złamią zasady, zostaną naznaczeni piętnem. Że ludzie odsuną się od nich jak od trędowatego, że będą wytykani palcami. Nie czystość serca, tylko wstyd i strach prostują kręgosłupy moralne.

Zresztą, dzieciakowi strata wyjdzie na dobre. Uniknie próchnicy i na pewno będzie lepiej pilnować swoich rzeczy. W tamtej chwili tylko jęczał i szlochał, próbując wskazać mnie poirytowanej matce, ale na próżno, bo już skręciłem w boczny korytarz.

– Pani go uciszy, tu ludzie czekają! – zawołała emerytka w fioletowym berecie siedząca pod jednym z gabinetów.

Zaczęło się, pomyślałem rozbawiony.

Choć tak naprawdę zaczęło się dużo wcześniej. 

 

Jak dobrze być złym 

 

Był dwudziesty trzeci września. Chudy, przygarbiony urzędnik pocztowy w spranej błękitnej koszuli z przykrótkimi rękawami trudził się, by odnaleźć paczkę, a facet w okienku czekał, bębnił palcami o blat i klął pod nosem, jak to poczta schodzi na psy. 

Urzędnik drugi raz przeszukał wszystkie kąty. Bez skutku. I sam zaczął kląć pod nosem na swój los. Ten urzędnik to ja sprzed sześciu miesięcy.

– Nie możesz znaleźć? Może czas zrobić porządek na zapleczu? – kierownik specjalnie mówił tak głośno. 

– Pewnie któryś listonosz wziął przez pomyłkę – odparłem, ale tamten już stanął w okienku, już zaczął przepraszać za to, że moje szukanie tak długo trwa i prosić, by mężczyzna wrócił po południu. 

Zawsze mi to robił.

W zasadzie powinienem być mu wdzięczny.

Sprawdzałem paczki jedna po drugiej, wszystkie, bez względu ma rozmiar, pewien, że nie znajdę tej, której szukam. I rzeczywiście, nie znalazłem jej. Za to znalazłem inną, którą jakimś cudem wcześniej musiałem ominąć. To, co pierwsze rzuciło mi się w oczy, to brak znaczka. Później zauważyłem, że nie ma też adresata, a w miejscu adresu nadawcy ktoś wpisał tylko trzy słowa: Biuro Zła Codziennego.

Powinienem oddzielić ją od pozostałych, potem pokazać kierownikowi, żeby mógł wciskać mi kit o tym jak ciężko pracuje, a musi marnować czas na niezaadresowane przesyłki. Dobrze wiedziałem, co się wtedy stanie. Gdy tylko zamkną się drzwi, otworzy paczkę i jeśli będzie w niej cokolwiek wartościowego – zabierze to dla siebie. W innym wypadku zawartość wyląduje w koszu.

Miałem lepszy pomysł.

 

*

 

Do końca zmiany nie mogłem przestać myśleć o przesyłce.

Padało. Silnik samochodu znów nie odpalił, więc kopnąłem gniewnie w oponę i zostawiłem grata na parkingu. Kurczowo ściskając ukrytą pod płaszczem torbę, by przypadkiem ulewa nie zniszczyła jej zawartości, ruszyłem na przystanek.

Zająwszy jedyne wolne miejsce w autobusie obok pochrapującego menela w fioletowym szaliku, walczyłem z pokusą, by już teraz otworzyć przesyłkę. Czułem jednak na karku podejrzliwe spojrzenia ludzi za mną, śledzących każdy mój ruch. Teraz wiem, że to absurd, ale wtedy byłem innym człowiekiem.

Dopiero gdy przekręciłem klucz w zamku i oparłem się o frontowe drzwi, bezpieczny we wnętrzu wynajmowanego mieszkania, pozwoliłem sobie na rozpakowanie przesyłki.

„Jak dobrze być złym – podręcznik dla początkujących” informował napis na okładce książki. 

Zmarszczyłem brwi, przerzuciłem parę pierwszych stron. Wydawało się, że to nic specjalnego, ot, kolejny dziwny poradnik mający na celu wyciągnięcie kasy z kieszeni ludzi marzących o lepszym i szczęśliwszym życiu. Cisnąłem książkę na stolik i – nieco zawiedziony – zdjąłem płaszcz, a potem przeszedłem te cztery kroki dzielące przedpokój od kuchni kawalerki, by zagrzać wodę na herbatę.

Pojemnik był pusty. Ani jednej torebki.

No tak, miałem zrobić zakupy.

Zakląłem, nalałem sobie kranówki i padłem na kanapę. Tak się złożyło, że książka leżała tuż przede mną, więc sięgnąłem po nią z braku lepszego zajęcia.

„Czy potrafisz sam dać sobie własne zło i własne dobro, i swoją wolę zawiesić nad sobą jako prawo?” – cytat był początkiem przydługiego wstępu wypełnionego przypisami do niemieckich filozofów. Ciężkawe jak na piątkowe popołudnie, więc przewertowałem kilka stron, aż dotarłem do pierwszego rozdziału.

„Na początek, drogi czytelniku, chcielibyśmy przedstawić kilka głównych zasad dotyczących korzystania z podręcznika. Przede wszystkim nie omijaj rozdziałów. Każdy jest etapem na twojej drodze i bez odpowiedniego przygotowania istnieje ryzyko, że przerwiesz lekturę i zaprzepaścisz to, co już udało ci się uzyskać. Co najważniejsze – nie zaglądaj na ostatnią stronę przed czasem”, krzyczała do mnie książka pogrubioną czcionką, więc nie mogłem postąpić inaczej i od razu przeskoczyłem na koniec. 

„Jeśli przeniosłeś się tutaj w trakcie lektury, to chcemy złożyć ci najszczersze gratulacje! Oto pierwsza, mamy nadzieję, że nie ostatnia, zasada, którą złamałeś. Sam przyznaj jakie to było uczucie?”

Zaśmiałem się w duchu. Niby oczywista, do bólu ograna socjotechnika, a jednak zadziałała.

„Idziemy o zakład, że jesteś uczciwym, szanującym przepisy obywatelem, który nigdy nie ukradł batonika z marketu”.

Żebyście wiedzieli, pomyślałem. Czy tak łatwo było odgadnąć rys psychologiczny przeciętnego czytelnika poradników? Miałem kilka w swojej biblioteczce, więc może znajdowałem się w grupie docelowej, pomyślałem wówczas, bo jeszcze nic nie wiedziałem o podręczniku – teraz, z perspektywy czasu, jestem przekonany, że to nie był zwykły przypadek.

„Teraz pomyśl, jak wielu znasz uczciwych i przykładnych? Czy któryś z nich dostał coś od losu w zamian? A co z tymi, którzy na co dzień postępują tak, jak im się podoba, nie zważając na takich jak ty – czy otrzymali zasłużoną karę?”

To musiała być jakaś neuropsychologiczna sztuczka, może coś w kolorze i kształcie czcionki, może zapach papieru albo zaszyty między wierszami przekaz podprogowy, ale sugestia była tak mocna, że zobaczyłem przed oczami swojego przełożonego, który uśmiecha się arogancko.

„Więc teraz nie czekaj, tylko idź do sklepu i weź tego batonika!”

– Już lecę – prychnąłem i odłożyłem książkę na stół.

Włączyłem telewizor, przerzuciłem kilka kanałów nie znajdując niczego interesującego, a potem zerwałem się z miejsca, zarzuciłem płaszcz i wypadłem z mieszkania, jakbym miał jakieś niecierpiące zwłoki plany.

Najbliższy sklep był tuż za rogiem.

Za pierwszym razem tylko wszedłem i rozejrzałem się po półkach, ganiąc siebie za to, że w ogóle rozważałem tak głupi pomysł. Zawróciłem w połowie drogi do mieszkania, ale drugie podejście skończyło się na tym, że kupiłem paczkę fajek, chociaż rzuciłem palenie już tydzień temu. Wyszedłem na zewnątrz, zapaliłem jednego, potem następnego, potem zwymyślałem sobie od tchórzy.

Kiedy po trzeciej próbie wracałem do domu, przeżuwając kęs orzechowo-czekoladowej masy, czułem się jakbym odkrył nieznany wcześniej smak.

Tylko zapomniałem o herbacie.

 

 

Wszyscy są tacy sami

 

Zwiedzałem szpitalne korytarze od pół godziny, gdy trafiłem na chirurgię ogólną. Tak jak na innych oddziałach i tu nikogo nie było w recepcji. Chwała wiecznym niedostatkom personelu i przeładowanym grafikom pielęgniarek.

Zajrzałem do pierwszej z brzegu sali – podwójny pokój, w jednym łóżku staruszka, w drugim też staruszka, obydwie do siebie podobne jakby odciśnięte z tego samego wzorca wiekowych cierpiętnic. Pierwsza spała, druga otoczona była krewnymi.

Następna sala, kolejna i jeszcze jedna – podobny widok. Ludzie odbici na kalce, prowadzący takie same życia, przestrzegający tych samych reguł, tak samo ubrani, z takimi samymi wyrazami twarzy.

W piątej było zajęte tylko jedno łóżko, a na nim kobieta z kołnierzem stabilizującym kark, rękoma i jedną nogą w gipsie. Obok, na parapecie, stał wazon z kwiatami. Fioletowe tulipany. Lubię ten kolor. Mam wrażenie, że towarzyszy mi na każdym kroku. Podszedłem i wyjąłem bukiet.

Po przeciwnej stronie korytarza znalazłem tę, której szukałem.

– Alicja – wyszeptałem jej imię, podchodząc do łóżka.

Leżała nieprzytomna, podpięta do aparatury. Oddychała przez maskę. Ranę na klatce piersiowej skrywały bandaże. Alicja nie wyróżniała się urodą, ale i mnie nie sprawiało przyjemności spoglądanie w lustro. Nie miało to żadnego znaczenia.

 

 

Jak patrzeć, by nie być wypatrzonym

 

Kiedyś myślałem, że ludzie stają się źli pod wpływem traumatycznych przeżyć, trudnego dzieciństwa, albo choroby psychicznej. Może i tak jest. Moje życie nie wyróżniało się niczym szczególnym, dzieciństwo było równie kiepskie jak u większości tego pokolenia, chorób nie zdiagnozowano. Miałem za to podręcznik.

Pierwsze zadania i rozdziały przywodziły na myśl dziecinne figle albo proste złośliwości. Traktowałem je jak wyzwania. Niektóre były tylko punktami do odhaczenia na liście. Inne stanowiły prawdziwą przyjemność. Kiedy dodałem środka na przeczyszczenie do pocztowego dystrybutora wody, a kierownik napełnił z niego kubek, ledwo powstrzymałem triumfalny śmiech.

Okazało się, że małe codzienne zło jest przede wszystkim świetną zabawą. 

Nieraz zaskakiwała mnie szczegółowość wskazówek, co robić by nie dać się złapać – całkiem jakby ktoś opisał miejsca, które znałem i ludzi, których spotykałem. Im więcej zadań wypełniłem, tym bardziej chciałem zaliczyć kolejne. Podręcznik wciągnął mnie bez reszty, zawładnął moimi myślami. Nie liczyło się nic innego, tylko kolejne zadanie.

Ale nie zawsze wszystko szło dobrze.

Czasem gryzło mnie sumienie. Wtedy wracałem do rozdziału „Jak nie myśleć o innych” i czytałem go raz po raz, aż milkły oskarżycielskie głosy w mojej głowie. Ważne było, by potrafić usprawiedliwić przed sobą każdy czyn. „To tylko drobiazg", „na biednego nie trafiło", „sam się prosił", „nie ja, to kto inny" i tak dalej – podręcznik zawierał wymówkę na każdą okazję.

Kilka razy musiałem uciekać. Szybko sporządziłem w głowie mapę najlepszych kryjówek, nieznanych przejść oraz ślepych uliczek i dziękowałem losowi za nakaz noszenia maseczek, na który narzekałem przez ostatnie cztery lata.

Banda łysoli w dresach pobiła mnie do nieprzytomności, kiedy próbowałem jednemu z nich zwędzić portfel. Efekt – dwa tygodnie bólu, nauczka na przyszłość by rozsądniej wybierać cele, zapis na kurs samoobrony i scyzoryk stale goszczący w kieszeni płaszcza. Nie zdał się na wiele, gdy kolejnym razem sprawy poszły źle.

Miałem ukraść samochód. Przygotowałem się dobrze, ćwiczyłem na własnym aucie otwieranie go bez kluczyków i uruchamianie silnika przez krótkie spięcie. Podręcznik zalecał, by na pierwszy raz wybrać stary model, bez tony elektroniki. Nie przestrzegł jednak, by nie wybierać klasyków z drogimi felgami i płomieniami wymalowanymi po bokach. Facet zastał mnie gmerającego przy zamku i od razu sięgnął po broń. Nie byłem specjalnie wierzący, ale jeśli nie Bogu miałbym dziękować za to, że właśnie wtedy schyliłem się po wytrych, który wypadł mi z rąk, to komu?

Uciekłem. Schowałem się w śmietniku niedaleko mojego bloku i wypatrywałem przez dobrą godzinę, czy nikt mnie nie śledzi. Nie śledził. Wyszedłem, otrzepałem ubranie z odpadków i wróciłem do domu z postanowieniem, że kończę z tym. Wziąłem książkę i najpierw chciałem ją wyrzucić, ale coś mnie powstrzymywało. Jakaś niewidzialna siła nie pozwalała zwolnić uścisku, kiedy stanąłem przed zsypem na śmieci. Ukryłem ją głęboko na samym dnie szafy i postanowiłem o wszystkim zapomnieć.

Wtedy trafiłem na kolejną przesyłkę.

 

*

 

– Wojtek, posortujesz paczki? Wczoraj przed końcem były tłumy.

To nowa kierowniczka. Przysłali ją po aferze z dystrybutorem. Dostaliśmy szesnaście skarg. Nielicho.

Nowa dla odmiany była uprzejma, ale i tak skończyło się na tym, co wcześniej. Polecone, ekonomiczne, ponad gabaryty, priorytety, wszystkie przerzucałem we właściwe dla nich miejsca, aż natrafiłem na taki sam pakunek co przed czterema miesiącami. Od razu wiedziałem, co to. Ten sam papier, takie same wymiary i waga. Rzut okiem na nadawcę i nie było wątpliwości. Biuro Zła Codziennego.

Czym ono właściwie jest? Dziwne, ale wcześniej w ogóle mnie to nie interesowało!

Szybko coś innego przykuło moją uwagę.

Miejsce na dane adresata było zapełnione.

 

*

 

Nacisnąłem przycisk obok drzwi, ale nie usłyszałem dzwonka. Zerknąłem jeszcze raz na paczkę – adres się zgadzał. Zapukałem. Nic. Spróbowałem jeszcze raz.

– Kto tam? – odezwała się kobieta po drugiej stronie.

– Pani Alicja Wolniewicz? Mam dla pani przesyłkę.

Chwila ciszy. Potem dźwięk odsuwanej sztaby zamka i skrzypienie otwieranych drzwi. W progu stanęła trzydziestolatka z przetłuszczonymi włosami i w brudnym dresie. Prawie wyszarpała mi pakunek.

– Pokwitować?

– Nie trzeba – odpowiedziałem i drzwi już miały się zamknąć, ale zdołałem je przytrzymać. – Ale gdyby chciała pani…

– Dziękuję. – Alicja pchnęła mocniej i zaryglowała drzwi.

– Dostałem taką samą książkę. Jeśli chcesz porozmawiać… zostawię swój numer telefonu – wołałem, pukając raz po raz, aż otworzyły się drzwi na końcu korytarza i wyjrzała z nich kobieta w fioletowym szlafroku. Ulotniłem się.

Nie zostawiłem kartki z numerem.

W domu nie mogłem przestać myśleć o Alicji. Wyglądała nędznie. Na pewno musiała być już na samym dnie… Paczka była zaadresowana do niej. Dlaczego? Adres był spoza rewiru naszej poczty. Jak tam trafiła? W książce powinien być numer telefonu wydawnictwa.

Wygrzebałem podręcznik z szafy i zerknąłem na pierwszą stronę. Nic. Żadnego numeru, zero adresu. Był za to spis treści – dziwne, że wcześniej go nie zauważyłem – ale nie obejmował całej książki. Kończył się kilka stron za miejscem, na którym skończyłem.

„Jak patrzeć, by nie być wypatrzonym” brzmiał tytuł ostatniego wymienionego rozdziału.

 

*

 

Obserwacja to zajęcie, któremu trzeba oddać się bez reszty. Nie ma miejsca na pracę, na sen, na spokojny posiłek – w każdej minucie każdej godziny trzeba być skupionym na celu. Poznać jego rytm dnia, ulubione miejsca, znajomych, krewnych, mocne strony i – przede wszystkim – słabości. W ten sposób wejdziesz z obiektem w bliższy związek.

Od tego zaczął się rozdział i trochę mnie to przeraziło. To zadanie było… złowieszcze. Niepodobne do wcześniejszych. A jednocześnie pozwalało mi bliżej poznać Alicję. Czułem, że przynależymy do jednej grupy, że to nas łączy. Od lat byłem sam i nawet nie planowałem tego zmieniać, ale w tamtej chwili, gdy znalazłem drugi egzemplarz podręcznika, coś się zmieniło.

Przez tydzień nie mogłem się zdecydować. Czytałem rozdział, odkładałem książkę z niesmakiem albo chowałem ją do szafy, po czym znów wyjmowałem. Kiedy już podjąłem decyzję, przeszedłem do układania planu. 

 

*

 

Czternasty lutego. Dzień zakochanych. Tę datę wybrałem na początek obserwacji. Zaparkowałem pod blokiem Alicji około drugiej w nocy. Na dworze panował mróz, który zapuszczał swoje macki do rozgrzanego wnętrza auta, a gdy zgasiłem silnik, wziął mnie w swoje objęcia i tylko termos z gorącą kawą był dla mnie ratunkiem. Wokół brak żywej duszy. Dopiero po godzinie, kiedy – już przemarznięty – główkowałem, jak opróżnić pęcherz nie wychodząc z samochodu, samotny wędrowiec w fioletowej kurtce pojawił się opodal. Nie zwrócił na mnie uwagi i poszedł dalej, a ja czekałem, próbując zachować czujność. Nic przecież jeszcze nie wiedziałem o Alicji, więc istniało ryzyko, że prześpię moment jej wyjścia.

Cóż, porządne zło wymaga poświęceń.

Światło w oknie mieszkania zapaliło się przed czwartą, kiedy byłem w trakcie batalii z opadającymi powiekami. Ten widok natychmiast mnie rozbudził i w jednej chwili wszystkie pomysły, co robić dalej, wypadły mi z głowy, więc zaświeciłem latarkę i sięgnąłem po podręcznik. Odpowiedź była prosta i taka sama dla większości pytań: czekać. Okazało się, że to całe prześladowanie jest równie nudne co wędkarstwo.

W ciągu dziesięciu dni dowiedziałem się, że Alicja nie pracowała, kupowała tanie żarcie, nikt jej nie odwiedzał i ona nikogo nie odwiedzała, w ogóle rzadko wychodziła z domu, a jeśli już, to nocą lub nad ranem, by wykonywać zadania. I była w tym świetna. Szła jak burza przez kolejne rozdziały i obserwowanie jej dawało mi nie mniej satysfakcji, co bycie w centrum wydarzeń.

Później złapałem zapalenie płuc i musiałem przerwać obserwację. Druga naczelna zasada podręcznika mówiła, by nade wszystko przedkładać własne dobro. Jeśli tracisz przewagę, uciekaj, tylko zapamiętaj twarze swoich wrogów. Niestety, w tym przypadku wrogiem okazała się zima dziesięciolecia.

Śnieg ustąpił, nim udało mi się pozbierać i wyprosić jeszcze tydzień lipnego zwolnienia za symboliczną opłatą. Zaparkowałem blisko wcześniejszego miejsca, zgasiłem silnik i czekałem. Czekałem, czekałem, aż prawie nastał ranek, ale Alicja nie opuściła mieszkania. Żyjąc jeszcze chorobowym rytmem, nie miałem sił opierać się zmęczeniu, więc przymknąłem oczy. Tylko na chwilę, chwileczkę, parę sekund, jeden, dwa… Obudziło mnie pukanie w szybę. Po drugiej stronie okna zobaczyłem twarz Alicji.

– Stalkujesz mnie, prawda? – zapytała, nie oczekując odpowiedzi.

 

 

Nikt cię nie rozpozna 

 

W sali Alicji nie było wazonu, więc kwiaty złożyłem na pościeli, tuż obok jej dłoni. Była nieprzytomna, nie zareagowała, kiedy chwyciłem ją za rękę.

– Kiepsko wyglądasz – wyszeptałem, przysiadłszy na skraju łóżka. Poprawiłem kosmyk opadający na jej czoło.

Na korytarzu wybuchło zamieszanie. Pojawiły się pielęgniarki, łóżko na kółkach z terkotem przejechało przez korytarz, a za nim kolejne. Ostatnimi czasy szpitale miały co robić.

Podszedłem do telewizora, wrzuciłem monetę i włączyłem odbiornik, by sprawdzić co mówią w lokalnych wiadomościach.

– Chyba ci to nie przeszkadza? – zapytałem. Alicji nawet nie drgnęła powieka.

– …pięć osób zostało rannych. – Prezenterka prowadziła właśnie relację i choć nie usłyszałem początku, mogłem się domyślić, że mówiła o niedawnych wydarzeniach. – Jeden z mężczyzn zginął na miejscu, dwaj z ciężkimi ranami postrzałowymi zostali przewiezieni do szpitala. Jest z nami w studio komendant stołecznej policji, komisarz Remigiusz Prońko. – Kamera zrobiła najazd na gładko ogolonego łysola, którego twarz była tak okrągła, że przypominała tarczę księżyca. – Panie komisarzu, to już czwarte podobne wydarzenie w ostatnich dniach. Jak skomentuje pan ten wzrost przestępczości?

– Na tę chwilę policja nie łączy ze sobą poszczególnych incydentów i prowadzi oddzielne postępowania w każdej ze spraw. Nie mamy podstaw, by sądzić, że są one w jakikolwiek sposób powiązane, a ich zbieżność w czasie traktujemy jako przypadkową koincydencję.

– Nic nie wiecie – prychnąłem.

– Policja apeluje jednak – kontynuował komisarz – by w ciągu najbliższych dni w miarę możliwości nie opuszczać swoich mieszkań po zmroku, nie pozostawiać dzieci bez opieki, przynajmniej, dopóki część poszukiwanych przestępców nie zostanie złapana.

– Przypominamy – wtrąciła się prezenterka, a twarz policjanta została zastąpiona przez nagranie z kamer jednej ze stacji benzynowych – jeżeli ktokolwiek rozpoznaje sprawców wczorajszego napadu, proszony jest o kontakt z policją. Rysopis przestępców to: kobieta, biała, szczupła, około trzydziestki, blond włosy; mężczyzna, szczupły, biały, około trzydziestki, blond włosy. Jeżeli ktokolwiek posiada informacje…

Wyłączyłem telewizor, uśmiechając się do siebie.

Nagranie było takiej jakości, że nie rozpoznałaby mnie nawet własna matka. Zresztą nie było takiego ryzyka, już trzy lata minęły, odkąd udali się z ojczulkiem na wieczny odpoczynek. 

 

 

Jak zrobić komuś krzywdę

 

– Nic nie wiesz? Naprawdę nic? Nie interesowało cię to? Po prostu wykonywałeś po kolei zadania? Serio?

Mogłem tylko wzruszyć ramionami.

Okazało się, że Alicja nie tylko w szalonym tempie wypełniała zadania. Każdą wolną chwile poświęcała na próby dowiedzenia się czegokolwiek o Biurze Zła Codziennego. Niewiele jej to dało, więc liczyła na mnie, co nieuchronnie prowadziło do rozczarowania.

– Nic się nie działo z twoim? – zapytała, wyciągając książkę w czarnej okładce. – Na tyle dziwnego, by zacząć się zastanawiać?

– Nie – skłamałem.

– Pokaż swój podręcznik – nie poprosiła, rozkazała. – No pokaż.

– Masz własny – odparłem, ściskając okładkę. Jeszcze nie sięgnąłem po szklankę kranówki, którą mnie poczęstowała.

– Po prostu rozłóż go na stole. Porównamy je. Przecież niczym nie ryzykujesz!

Zrobiłem to, czego chciała, chociaż wcale nie miałem na to ochoty. Zdjęło mnie absurdalne uczucie, że przez to przestanie towarzyszyć mi szczęście przy wykonywaniu zadań z kolejnych rozdziałów, albo stanie się coś jeszcze gorszego.

– Mój to wydanie czterdzieste siódme, a twój… – Otworzyła podręcznik na pierwszej stronie.

– Sprawdzałem, nie ma tam nu…

– Dwudzieste pierwsze – dokończyła, wskazując informację u dołu kartki.

Przecież przeglądałem ją kiedyś, nic takiego nie było tam napisane! Wyrwałem jej swój egzemplarz i otworzyłem spis treści. Wyglądał tak, jak wcześniej. To mnie uspokoiło.

– Myślisz, że co to oznacza? Jest jeszcze czterdziestu pięciu ludzi z podręcznikiem? Albo więcej? – drążyła Alicja.

– Nie wiem. Muszę iść. – Już miałem wstawać, kiedy złapała mnie za rękę.

– Zaczekaj, proszę.

Co to za uczucie? Dlaczego nie mogłem się jej sprzeciwić?

– Zobacz, jak wygląda mój spis treści. – Odwróciła swój podręcznik, tak, bym lepiej widział. Pod rozdziałem o stalkingu miała jeszcze trzy inne wpisy.

– Widocznie jakiś błąd w druku.

– Nie! Wcześniej ich nie było. Pojawiają się stopniowo. Sprawdź, otwórz swój na stronie dwieście trzydziestej siódmej, zobaczysz, że będzie pusta – zaproponowała, a kiedy nie zareagowałem, spróbowała zrobić to sama. 

– Nie! – krzyknąłem odrobinę za głośno. – Nie chcę!

Alicja zabrała dłoń z mojej dłoni. Zapadła cisza. Mimo to, nie wstałem do wyjścia.

– Nie rozumiesz – zacząłem. – Obawiam się, że jeśli zobaczę, jeśli sprawdzę i tam nic nie będzie… to zwariuję… albo gorzej, już nic tam się nie pojawi. Dlatego robię zadanie po zadaniu i…

– Co wieczór szukam w darknecie jakichkolwiek informacji o Biurze – przerwała moje wyznanie, rozpoczynając własne. – Natrafiłam na kilka postów, ale ktoś szybko je usuwa. Później już ci ludzie się nie odzywają. Raz udało mi się skopiować wiadomość. Ktoś napisał, że gdy wykona się wszystkie zadania, zadzwoni do ciebie pracownik Biura. Podał nawet numer telefonu. Próbowałam się tam dodzwonić.

– I jak?

– Nikt nie odbiera. Jeśli chcesz, podam ci ten numer. – Spojrzała mi w oczy, a ja wiedziałem, że nie blefuje. – Ale musisz pomóc mi przy kolejnym zadaniu, ok?

Przytaknąłem, a potem się pieprzyliśmy.

 

*

 

Plan był prosty.

Odczekać, aż jeden z pracowników wyjdzie na przerwę. Zrobić kilka rundek po okolicy, by sprawdzić czy w pobliżu nie ma radiowozów ani żadnych ciekawskich oczu. Ja podjeżdżam pierwszy, tankuję, wchodzę do środka, płacę – to ważne dla zachowania pozorów – zamawiam hot-doga i czekam. Mam założoną maseczkę, ale to częsty widok, ludzie wciąż pamiętają pandemię.

Alicja podjeżdża druga. Wychyla się przez okno samochodu, rzuca cegłą w okno tuż przy kasjerze. Jeśli szyba jest mocna, rzuca drugą.

Facet woła dziewczynę z zaplecza i wybiega z budynku. Ja w tym czasie obrabiam kasę. Jeśli dziewczyna mnie zauważyła, używam gazu. Jeśli facet ma zamiar wrócić, kolejna cegła trafia w niego.

Uciekam, Alicja jedzie w moim kierunku i wskakuję do auta. Porzucamy je przy parku, idziemy razem do stacji metra. Ściągamy kurtki i wciskamy je do torby, wyjmujemy drugie, innego koloru, i zdejmujemy maski. Samochodami się nie przejmujemy, w końcu i tak je ukradliśmy.

Jasne, plan miał wiele luk, ale byliśmy pewni, że się uda.

I udało się, jak cholera.

Kiedy wracaliśmy przez park, każde bogatsze o kilka stów, czuliśmy się jak bohaterowie hollywoodzkiego filmu. Alicja złapała mnie pod ramię, śmialiśmy się, patrzyliśmy na nieliczne gwiazdy, widoczne mimo świateł miasta. Przytuliłem ją i wtedy wyczułem przedmiot, który miała wciśnięty za pasek.

– Skąd to masz? – zapytałem, pobladły, bo w jednej chwili zrobiło się poważnie. – Po co ci broń?

– To na wypadek, gdyby coś poszło nie tak.

– Chyba oszalałaś, to jest… – zamilkłem, bo zbliżał się do nas nocny biegacz.

Kiedy był już przy nas, wyciągnął nóż, pchnął Alicję pod żebra, wyrwał jej torbę i uciekł. W środku były tylko kurtki. Zauważyłem, że z kieszeni kamizelki wystaje mu książka w czarnej okładce. Nawet nie myślałem go gonić.

Alicja upadła, zaczęła krztusić się krwią, więc zamknąłem jej usta. Przecież wiedziałem, co chce powiedzieć. Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem po pomoc. Nie czekałem aż przyjadą. Trzecia naczelna zasada podręcznika mówiła, by nie mieszać się w cudze problemy.

 

*

 

Bezpieczny poczułem się dopiero wtedy, gdy zamknąłem frontowe drzwi mojego mieszkania na obydwa zamki i zasłoniłem wszystkie okna. Nie pokusiłem się o zapalenie świateł, choć to był irracjonalny strach, przecież nikt mnie nie śledził. Może już wtedy coś we mnie się zmieniło, że to nie w świetle, ale w ciemności czułem się pewniej. Sięgnąłem po małą latarkę, którą nosiłem w kieszeni. Nią oświetliłem drogę do salonu. Podręcznik leżał na stoliku, całe szczęście tej nocy nie zabrałem go ze sobą, choć ciężko przychodziło mi się z nim rozstawać.

Machinalnie otworzyłem spis treści, a gdy zerknąłem w dół, serce zabiło mi szybciej. Lista rozszerzyła się o cztery rozdziały. „Jak szybko zarobić”, „Jak zdobyć zaufanie” i „Jak zrobić komuś krzywdę” znałem z podręcznika Alicji. Pierwszy już zaliczyłem, nazwy pozostałych przekreślono. Nie zastanawiałem się dlaczego, bo ważniejsza była nazwa ostatniego z nich: „Jak dostać się do Biura”.

Nie myślałem już o tym, co wydarzyło się dzisiejszej nocy. Zacząłem czytać.

 

 

Nie możesz się wycofać

 

Kiedy tak patrzyłem na Alicję – znajdującą się u progu śmierci, nieświadomą, bezbronną – dostrzegłem w niej pewne piękno. Pogładziłem czule jej włosy, poprawiłem pogniecioną pościel i ułożyłem jej ręce na brzuchu, splecione tuż nad kwiatami.

– Myślałaś, że wszystko potoczy się inaczej? – zapytałem, patrząc na jej zamknięte powieki. – Myślałaś, że się nie dowiem? I nie dowiedziałbym się. Miałaś dobry plan. Ufałem ci do samego końca. Gdyby nie podręcznik, nadal bym ci ufał, nawet mimo wątpliwości… Ale teraz wszystko jest jasne. Wiem, czemu wypatrzyłaś mnie wtedy w aucie. Obserwowałaś mnie. Zgrywałaś potrzebującą pomocy i dałaś się przelecieć, żebym ci ufał. Nie wiem, kogo zastrzeliłaś, ale to też musiałaś przećwiczyć. A na końcu, kiedy już wykorzystałaś mnie podczas napadu, wystarczyło mnie zabić, tak? Po to była ci broń! Jedno zadanie i Biuro miało odezwać się do ciebie! Ty suko! – Plunąłem jej w twarz. Nie poruszyła się, jakby już była martwa.

– Radzę się pospieszyć. Niepotrzebne było to zamieszanie z lizakiem. Nadgorliwy ochroniarz, snujący niespełnione marzenia o pracy w policji, przejrzał monitoring i skojarzył cię z nagraniem ze stacji. Zaraz po ciebie przyjdą.

Odwróciłem się nerwowo. Zobaczyłem mężczyznę w garniturze i fioletowych butach. Stał tuż za mną. Nie usłyszałem, jak wchodził. W dłoni trzymał staromodny, okrągły zegarek.

– Kim jesteś? – zapytałem, ale przecież to było oczywiste. – Jesteś z biura, tak?

Mężczyzna przytaknął.

– Jeśli masz zamiar zrobić to, o czym myślałeś, to lepiej się pospiesz.

– Czym się zajmujecie? Co to za Biuro?

Mężczyzna skrzywił się i pokiwał głową.

– Nie czytałeś wstępu? Zło jest stałym i koniecznym elementem ludzkiego życia. Motorem postępu, katalizatorem zmian. Bez wojen nie byłoby lotów w kosmos, bez cierpienia nie byłoby sztuki, bez nieszczęść nie byłoby wzniosłych idei, bez rewolucji świat nie mógłby się zmienić na lepsze. Obecnie brakuje wojen, cierpienia i nieszczęść. Tym się właśnie zajmujemy. – Odwrócił się, nasłuchując kroków dobiegających z oddali. – Musisz się zdecydować. Stawialiśmy na Alicję, ale w świetle okoliczności… Awansowałeś walkowerem, to się prawie nie zdarza. Jeśli to zrobisz, zabiorę cię stąd. Jeśli nie, dostaniesz niewielki wyrok, niedługo wyjdziesz i wrócisz do zwyczajnego życia. Ale musisz wybrać teraz.

Dobrze jest być złym. Ale kiedy przekroczy się granicę, już nie można przestać. Podręcznik ostrzegał przed tym. Czerwoną czcionką na końcu ostatniego rozdziału. Jeśli przejdzie się na drugą stronę, trzeba wyzbyć się wszelkich zahamowań, w innym wypadku straci się wszystko.

Wiedziałem o tym.

Mogłem wybaczyć Alicji. Koniec końców nie strzeliła do mnie. Wzięła broń, ale nie zrobiła tego. Gdybyśmy spalili podręczniki, spróbowali być razem… To miało szansę się udać. 

– Jestem gotów – powiedziałem, wyłączając aparaturę podtrzymującą Alicję przy życiu. Tłumaczyłem sobie, że dla niej to akt łaski. 

 

 

Jak być złym – lepiej

 

Tłum napiera na policjantów, tworzących mur oddzielający protestujących od gmachu rządu. Ludzie niosą transparenty i wykrzykują hasła będące znakiem sprzeciwu wobec przegłosowywanych poprawek do konstytucji, które mają ograniczyć swobody obywatelskie i wprowadzić stałą godzinę policyjną.

Jestem częścią tego tłumu. Staram się stanąć na palcach i wypatruję swoich. Fioletowy szalik. Fioletowa kurtka. Fioletowy beret. Wszyscy są na pozycjach. Poprawiam fioletową czapkę i rzucam cegłą. Obrywa policjant w drugim szeregu. Inni wyciągają pałki, próbują klinem wbić się w protestujących, by mnie dorwać. Ludzie wokół nie wiedzą co robić. Kolejne cegły nadlatują z kilku stron. Jeden z mundurowych strzela w górę. Rzucam w niego drugą cegłą.

Zaczyna się chaos.

Właśnie tak powinno być. Pierwszy rozdział podręcznika „Jak być złym – lepiej: kurs dla zaawansowanych” uczy, że zniszczenie jest wstępem do tworzenia.

Policjanci są już o krok, gdy wyciągam zegarek. Nic już tu po mnie, więc naciskam przycisk z boku tarczy i obejmuje mnie fioletowa poświata. Pora znikać.

Koniec

Komentarze

Witaj. 

Fenomenalne opowiadanie. Trzyma czytelnika w nieustannych nerwach i niepewności do samego końca. A, co akapit, to kolejne zaskoczenie. Genialna sprawa! Wszystko napisane z humorem, lekkością, delikatnie nawet. A przecież opowiada o makabrycznych rzeczach! BRAWA! smileyyes

Już teraz wiem, że wszystko, czego uczyłam na lekcjach historii, to zwykłe oszustwo – zaczynam pojmować, skąd tyle wojen, okrucieństwa i bezeceństw w dziejach. :) Już jest jasne, co czytywał sobie do poduszki każdy morderca i krwiopijca, każdy szaleniec czy sadysta, zmieniający w obłędzie losy świata. :)

Osobne brawa dla koloru moich ulubionych kwiatów. laugh

 

Z technicznych:

część zdań nie ma kropki

najpierw chciałem ją wyrzucić, ale coś mnie powstrzymywało. Jakaś niewidzialna siła nie pozwalała zwolnić uścisku, kiedy stanąłem przed zsypem na śmieci. Ukryłem go (wydaje mi się, że albo” ukryłem JĄ, albo: ukryłem podręcznik, bo ostatnio mowa była o książce)

czteroma miesiącami

Każda wolną chwile poświęcała

przerwała moje Wyznanie, rozpoczynając własne.

Może już wtedy coś ze mnie się zmieniło (nie wiem, czy to celowy zapis, czy miało być WE mnie),

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

To z zegarkiem na końcu przypomniało mi wciąganie przez słuchawkę w matrix’ie :)

Bardzo ciekawie napisane. Nie wiem co dokładnie to sprawia ale jak zacząłem to nie mogłem przestać zupełnie jakbym zaczął ten poradnik :D

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Witajcie moi pierwsi czytacze. :) 

 

Bruce

Trzyma czytelnika w nieustannych nerwach i niepewności do samego końca. A, co akapit, to kolejne zaskoczenie

Eee, ogólnie chyba jest dość przewidywalne i mało w tym całym złu dramatyzmu. :P

 

Wszystko napisane z humorem, lekkością, delikatnie nawet. A przecież opowiada o makabrycznych rzeczach! BRAWA! smileyyes 

No, to był mój zamiar. Założyłem, że ludzie będą w konkursie epatować złem, albo wchodząc do głów złoczyńców, będą siłą rzeczy ich usprawiedliwiać zamierzenie lub niezamierzenie. 

Dlatego chciałem napisać coś innego. Zło przedstawić tak, jakby było ot po prostu elementem codzienności, oswoić je, ale nie dawać powodu do usprawiedliwienia go. 

 

Dzięki za uwagi, uwzględniłem je w tekście. :) 

 

Iluvathar

 

Bardzo ciekawie napisane. Nie wiem co dokładnie to sprawia ale jak zacząłem to nie mogłem przestać zupełnie jakbym zaczął ten poradnik :D

Stanowczo odradzam próbować opisanych rzeczy w realnym życiu. xD

Udało się znakomicie, zamierzenie wcieliłeś w życie z doskonałym efektem.

Podkreślam, że moje uwagi co do spraw technicznych to tylko moje własne domysły; sama nadal się uczę; możliwe, że się mylę, za co z góry przepraszam.

Pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia. :)

Pecunia non olet

Yo!

Nie będę się powtarzał, bo większośc już na becie powiedziałem.

Tutaj tylko dodam, że dopisanie tej wątpliwości bohatera w ostatniej szpitalnej scenie nieco rozwija to, o czym gadaliśmy na becie. Nie jest to konflikt taki, jakie lubię, bo jest jedynie wzmiankowany, zamiast być mocniej zaznaczony gdzieś wcześniej. Bohater ma wątpliwości, w jego głowie tworzy się jakaś wizja odmiennej przyszłości, może lepszej – i to jest dobre. Szkoda tylko, że odrzuca ją nagle, w zasadzie bezrefleksyjnie.

Ale, jak pisałem wcześniej, to jest dobre i ciekawe opowiadanie. Tylko nie wiem, czy rzeczywiście tak dobrze być złym w tym przypadku, bo gdyby bohater poszedł w drugą stronę i nie odrzucił ostatniej myśli, przed podjęciem decyzji o przystąpieniu do Biura, to może – ale tylko może – lepiej byłoby dla niego (i nawet dla Alicji) być dobrym.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Przyznam, że pomysł z książką spodobał mi się :). Niby prosty, ale wykonany ciekawie. Również przeplatanie się na pozór nieistotnych postaci wyszło na plus. Faktycznie często spotykamy się z takim małym złem, złośliwością, czy jak to tam nazwać. Daję klika :).

Yo, Outta!

Dzieki raz jeszcze za Twoja opinię, która przede wszystkim pozwoliła mi utwierdzic się w tym, co chciałem przekazać w tym opowiadaniu (stąd tez zmian nie było tak dużo, jakbys może chciał – drugim powodem był limit :P).

 

Tutaj tylko dodam, że dopisanie tej wątpliwości bohatera w ostatniej szpitalnej scenie nieco rozwija to, o czym gadaliśmy na becie. Nie jest to konflikt taki, jakie lubię, bo jest jedynie wzmiankowany, zamiast być mocniej zaznaczony gdzieś wcześniej.

Ten wzmiankowany konflikt jest specjalnie dla ciebie. :)

Wydaje mi się, że konflikt umiejscowiony wcześniej zepsułby to, co chciałem pokazać, czyli efekt “z wolna gotowanej żaby” – bohater kroczek po kroczku przekracza granice zła i nawet nad tym się mocno nie skupia. I czytelnik wraz z nim. I do tego właśnie dążyłem.

 

Szkoda tylko, że odrzuca ją nagle, w zasadzie bezrefleksyjnie.

Absolutnie nie bezrefleksyjnie – bohater ma wizję tego, jak może wyglądać jego życie, ale koniec końców wybiera tę drogę, którą już zna i którą szedł przez ostatnie miesiące.

 

Ale, jak pisałem wcześniej, to jest dobre i ciekawe opowiadanie. Tylko nie wiem, czy rzeczywiście tak dobrze być złym w tym przypadku, bo gdyby bohater poszedł w drugą stronę i nie odrzucił ostatniej myśli, przed podjęciem decyzji o przystąpieniu do Biura, to może – ale tylko może – lepiej byłoby dla niego (i nawet dla Alicji) być dobrym.

To mówi agent Biura. Bohater odsiedziałby mały wyrok i wrócił do swojego zwyczajnego życia. A przecież nie na tym mu zależało. Nawet nie na miłości mu zależało. Zło – od początku do końca – daje mu większe poczucie kontroli, daje mu poczucie satysfakcji.

 

Cześć, Monique, dzięki za wizytę i klika. :) Tak, starałem się każdy element umieścić po coś, nawet pierwsza scena ma potem znaczenie dla zakończenia.

Właśnie przeczytałem ponownie i zgadzam się z Outta Sewer – emocji nigdy za wiele, zwłaszcza kiedy można fajnie zobrazować różne, moralne konflikty. 

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Iluvathar. Moralne konflikty pojawią się w niejednym opowiadaniu na ten konkurs – chciałem więc pokazać coś innego. Jak odpowiednio przedstawione zło sprawi, że przyjmiesz je bez moralnego konfliktu. ;) 

Dzieki raz jeszcze za Twoja opinię, która przede wszystkim pozwoliła mi utwierdzic się w tym, co chciałem przekazać w tym opowiadaniu

Skoro tak, to pozostaje mi sie cieszyć, że moja opinia utwierdziła Cię w przekonaniu, że jest tak, jak chciałeś :)

 

Ten wzmiankowany konflikt jest specjalnie dla ciebie. :)

Dziękuję :)

 

czyli efekt “z wolna gotowanej żaby”

Może masz rację, a może nie masz :P No dobra, rzeczywiście chyba masz, bo bohater dochodzi do momentu, kiedy nie jest już w stanie wyskoczyć z tego garnka, bo przekroczył pewną granicę adaptacji, zza której nie sposób już wrócić.

 

Absolutnie nie bezrefleksyjnie – bohater ma wizję tego, jak może wyglądać jego życie, ale koniec końców wybiera tę drogę, którą już zna i którą szedł przez ostatnie miesiące.

Strasznie zwięzła ta refleksja, ale niech Ci będzie. Lepsza taka, niż żadna :)

 

Pozdro :)

Q

Known some call is air am

Gekikara W pełni się z tobą zgadzam. Przepraszam za reklamę :)

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Cześć!

Ciekawy pomysł na opowiadanie. W moim odczuciu pokazałeś zło jako uzależnienie, jak raz się spróbuje to trudno przestać. Duży plus za tytuły kolejnych rozdziałów poradnika. Podobała mi się też bezpośredniość opisu zjawisk społecznych i przemiana głównego bohatera.

Nie czystość serca, tylko wstyd i strach prostują kręgosłupy moralne.

To fajne i niestety prawdziwe.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Cześć Gekikara!

 

Pomysł przedni, wykonanie również. Limit wykorzystany co do znaku jak widzę, trzymało w napięciu prawie do samego końca. Biuro Zła Codziennego, już od samej nazwy włosy się na głowie jeżą (jeśli ktoś ma włosy). Zapowiadało się nieźle, a potem dojechałem do finału i tekst się skończył. I nie do końca wiem, o czym on było.

Historia przednia. Najpierw pięknie pokazujesz położenie bohatera, który zaczyna wypełniać coraz to gorsze zadania, poznaje nawet “towarzyszkę”, z którą ruszają siać postrach w mieście. Filmowe. A potem mamy spotkanie w szpitalu, kiedy to zjawia się tajemniczy przedstawiciel z czarodziejskim zegarkiem, bohater z miejsca ufa mu bezgranicznie i zabija Alicję (która zapewne chciał zrobić to samo, tak przynajmniej Wojtek zakłada) i wskakuje na kolejny poziom. Zostaje członkiem organizacji fioletowych, zyskuje nadnaturalne moce i … idzie rzucać cegłami w policję, podczas demonstracji.

O co chodzi? Gdzie tu jest zło? Co zyskuje bohater dzięki przejściu na ciemna stronę (jeżeli w ogóle na nią przechodzi), co dobrego go spotyka? Bo chyba tylko jego własna percepcja się zmienia.

Właśnie tak powinno być. Pierwszy rozdział podręcznika „Jak być złym – lepiej: kurs dla zaawansowanych” uczy, że zniszczenie jest wstępem do tworzenia.

Bo nadal jest trybem w maszynie (tylko już nie na poczcie), i ma ideologię, za którą podąża, bez świadomości czy refleksji po co i gdzie go to zaprowadzi. Jak dla mnie jest zagubiony, bez inicjatywy, przekonań i lubiący za kimś podążać. Byle mu ktoś pokazał, co ma robić. Nie jest zły imho.

Kurcze, a może to ja mam złą percepcję wizji na ten konkurs…?

 

W każdym razie 3P dla Ciebie: Pozdrawiam, Powodzenia w konkursie i Polecam do biblioteki. Za pomysł, za historię i za świetne wykonanie. Poczytam komentarze innych, może coś więcej skumam.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Krokus skończył czytać, wydął usta i pokiwał głową z uznaniem.

 

Hej, Gekikara!

 

Zbieram się do pisania w pierwszej osobie od jakiegoś czasu i Twój tekst zapisuję sobie jako przykład do naśladowania. Tym bardziej, że nie jest zbyt długi (znaki: 30000 – chirurgiczna precyzja :D ). Rozwój postaci (czy raczej zła), linia czasu, tajemnica – podobało mi się.

 

Tak siedzę i myślę: może do czegoś się przyczepić, gdzieś musiał popełnić błąd, coś musi być nie tak. Ale to chyba bezcelowe. Lepiej poświęcę ten czas na przeczytanie tekstu ponownie.

 

Pozdrawiam!

 

 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć, Geki,

podoba mi się przedstawienie tutaj zła jako coś potrzebnego, że ciężko przerwać robić coś, w czym zaszło się daleko, nawet jeśli początkowo miało się opory, że łatwo kogoś zmienić i że zło jest słodkie. Lubię to. Fajnie podszedłeś do tematu, choć nie wydaje mi się, że założenie konkursu zostało w pełni spełnione.

Bo w zasadzie dla bohatera lepiej by było, gdyby wcale nie był zły. Jasne, zabicie Alicji uratowało go od więzienia, ale jak sam pomyślał: “Gdybyśmy spalili podręczniki, spróbowali być razem… To miało szansę się udać”. I potem to tłumaczenie sobie, że to akt łaski. Znaczy, że miał wątpliwości, a więc czy faktycznie dobrze być złym? Bohaterowi było z tym dobrze, nadało to jego nudnemu życiu sens, ALE…

Mimo to czytało się naprawdę dobrze (jednym z powodów jest ten podział tekstu, uwielbiam to), lubię grupy zrzeszające ludzi w jakimś celu (nawet jeśli był zły, ale to jest takie dobre zło). Fajnie, że ich kolorem był fiolet, a nie np. czerń (ale jeszcze lepsza byłaby purpura!)

Trochę mało fantastyki. Dla mnie to nie problem, ale pewnie znajdą się i tacy.

Podsumowując: świetnie się bawiłam!

 

 

Włączyłem telewizor, przerzuciłem kilka kanałów[+,] nie znajdując niczego interesującego, a potem zerwałem się z miejsca (…)

 

Kiedy po trzeciej próbie wracałem do domu, przeżuwając kęs orzechowo-czekoladowej masy, czułem się[+,] jakbym odkrył nieznany wcześniej smak.

 

Jeszcze połknąłeś parę przecinków, ale znowu mi też gdzieś umknęły.

 

 

Powodzenia! 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Bardzo fajny pomysł na historię. Niby taka zwyczajna, prosta rzecz – poradnik. A tak fajnie pokazuje drogę od rzemyczka do koniczka.

A na końcu drogi – polityka. Niezłe, niezłe…

Babska logika rządzi!

Wszyscy chwalą więc dla odmiany postaram się o (w miarę) konstruktywą krytykę.

Pomysł ma potencjał, ale przyznam szczerze, że ta realizacja mnie strasznie wynudziła. Dwa razy do tego podchodziłem i dopiero za drugim razem przeczytałem do końca. To był materiał na szorta, który został rozciągnięty na 30000 znaków. Bohater nie miał w sobie niczego interesującego, co sprawiłoby, żeby zależało mi na śledzeniu jego losów. Fabuła była na tyle interesująca, żebym był ciekawy zakończenia, ale droga do niego była bardzo niesatysfakcjonująca. Wydarzenia, które po sobie następowały były ładnie opisane ale mało interesujące, a ja jestem z tych, których “ładne pisanie” samo w sobie nie grzeje. Musimy sobie uświadomić, że większość tego opowiadania to jest progresja bohatera przebiegająca w totalnie przewidywalny sposób. Pojawiają się oczywiście ciekawe nowe wątki, jak dziewczyna, czy zmieniająca się treść książek, ale jest ich za mało i są za daleko od siebie. Nie usprawiedliwiają długości całego tekstu.

Zakończenie też niezbyt mnie usatysfakcjonowało bo na czym się skończyło? Na byciu złym “tylko bardziej”? Nie pokazało mi wystarczająco świeżej perspektywy. Eskalacja zła do skali politycznej nawet nie jest żadnym twistem, tylko zwykłą konsekwencją progresji całego opowiadania, która nie bardzo wnosi cokolwiek nowego.

Także z mojej strony niestety czerwony X :( .

Łukasz Zaroda

Z nieudacznika w złola, coś w tym jest, bo droga niewątpliwie łatwiejsza. Jak się człowiek raz i drugi przełamie i ukradnie batonik, to potem już idzie coraz łatwiej. A przy tym miał smaczek adrenaliny w ustach i poczucie kontroli nad sytuacją, których pewnie nigdy wcześniej nie miał. Fajnie opisana ta droga, złożona początkowo z drobiazgów, by doprowadzić do zabójstwa. Element polityczny na końcu też niezły (pomijam już fakt, że patrząc na to, co dzieje się nad Wisłą przerażający), teraz ma jeszcze poczucie ważności i misji ;) Tekst o przydatności zła, bo bez wojny nie byłoby lotów kosmicznych – a to już my se tak tłumaczymy i relatywizujemy ;)

Polemizowałabym tylko, czy jest to proste, codzienne zło.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Bardzo podoba mi się, że historia zaczyna się od dość prozaicznego zajścia na poczcie, skutkiem którego Wojtek, drogą podwędzenia, wszedł w posiadanie pewnego szczególnego podręcznika. No a potem to już się potoczyło z górki i każde kolejne zło stawało się bardziej złe od zła wyrządzonego wcześniej. To zdumiewające i jednocześnie przerażające, że są tacy, którym czynienie zła sprawia tyle satysfakcji…

Szatański miałeś pomysł, Gekikaro, a opowiadanie czytało się znakomicie.

 

Zaj­rza­łem do pierw­szej z brze­gu sali – po­dwój­ny pokój… ―> Co to jest podwójny pokój?

A może miało być: Zaj­rza­łem do pierw­szej z brze­gu sali – dwuosobowy pokój

Za SJP PWN: podwójny 1. «złożony z dwóch jednakowych części, zawierający dwukrotną ilość czegoś lub taki, który powtórzył się dwa razy» 2. «zwiększony pod względem intensywności, natężenia» 3«występujący, istniejący jednocześnie w dwóch funkcjach, rolach, postaciach»

 

Lu­dzie od­bi­ci na kalce, pro­wa­dzą­cy takie same życia… ―> Lu­dzie od­bi­ci na kalce, pro­wa­dzą­cy takie samo życie

Życie nie ma liczby mnogiej.

 

Kiedy do­da­łem środ­ka na prze­czysz­cze­nie do pocz­to­we­go dys­try­bu­to­ra wody… ―> Kiedy do­da­łem środ­ek na prze­czysz­cze­nie do pocz­to­we­go dys­try­bu­to­ra wody

 

na­tra­fi­łem na taki sam pa­ku­nek co przed czte­re­ma mie­sią­ca­mi. ―> …na­tra­fi­łem na taki sam pa­ku­nek jak przed czte­re­ma mie­sią­ca­mi.

 

Rzut okiem na nadaw­cę… ―> Rzut oka na nadaw­cę

 

da­wa­ło mi nie mniej sa­tys­fak­cji, co bycie w cen­trum wy­da­rzeń. ―> …da­wa­ło mi nie mniej sa­tys­fak­cji, niż bycie w cen­trum wy­da­rzeń.

 

choć cięż­ko przy­cho­dzi­ło mi się z nim roz­sta­wać. ―> …choć trudno/ niełatwo było mi się z nim roz­sta­wać.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne to opowiadanie :) Zawsze mi się podobały takie, gdzie akcja działa się na zasadzie reakcji łańcuchowej. Pomysł z podręcznikiem jest bardzo ciekawy, zwłaszcza to, że był zmienny i każdy trochę inaczej go widział (był trochę jak pierścień Saurona). Fajny jest też pomysł na organizację, która zajmuje się “odpowiednim poziomem zła na świecie” – trochę szare eminencje naszego świata.

Bardzo przyjemnie się całość czytało. Było napisane płynnie, nie nużyło, tylko zachęcało, żeby dojść do końca. Główny bohater bardzo sprawnie został zaprezentowany – bez zbędnej paplaniny, w trakcie rozwoju akcji po prostu dowiadywaliśmy się o nim więcej, ale tyle, ile trzeba było.

Hej, bardzo fajny tekst. Super pomysł z ograniem zwyczajnego zła, które w sumie może być najstraszniejsze. Podoba mi się zastosowanie skrótów w narracji (zamiast rozbudowanych opisów popełnianego zła) i zaburzenia chronologii w narracji. Zakończenie dałoby chyba możliwość pociągnięcia historii?

Ale się komentarzy narobiło!

Przepraszam za późne odpowiadanie, ale z ledwością człowiek ostatnio na SB zajrzy, a co dopiero… ale do rzeczy.

 

Przede wszystkim witam szanowne żyri. :D

 

Alicella, bardzo dziekuję za wizyte i ciesze się, że znalazłaś w opowiadaniu to, co chciałem, żeby było w nim odnalezione. :)

 

krar85, witaj, stary druchu!

Fajnie, że masz uwagi i pytania, więc spieszę z odpowiedziami:

Zapowiadało się nieźle, a potem dojechałem do finału i tekst się skończył. I nie do końca wiem, o czym on było.

O co chodzi? Gdzie tu jest zło? Co zyskuje bohater dzięki przejściu na ciemna stronę (jeżeli w ogóle na nią przechodzi), co dobrego go spotyka? Bo chyba tylko jego własna percepcja się zmienia.

O czym to było, to między innymi Alicella wskazała, ale celowo obydwa pytania zacytowałem do jednej odpowiedzi, bo jedno z drugim powiązane:

To nie jest zło – przynajmniej nie od razu – takie hurr durr. Bohater się tego zła uczy. A gdzie ono jest? No jak najbardziej w uczynkach bohatera. Żeby być złym nie trzeba pragnąć władzy nad światem, albo snuć wielkich planów zagłady ludzkości – wystarczy być skupionym na własnej przyjemności, być znudzonym, albo mieć gdzieś los innych… albo po prostu nie znać czegoś lepszego.

I tu własnie dochodzimy do momentu, co go dobrego spotyka – ano, wszystko. Całe jego życie się zmienia. Z życia, które go nie zadowalało, w życie, które go satysfakcjonuje. To, że nie staje się szefem szefów, bogaczem albo kto wie kim jeszcze nie ma znaczenia – i w rzeczywistości mało który czyniący zło ma tyle szczęścia, by się na tym wybić. A mimo to ludzie je czynią.

 

nadal jest trybem w maszynie (tylko już nie na poczcie), i ma ideologię, za którą podąża, bez świadomości czy refleksji po co i gdzie go to zaprowadzi. Jak dla mnie jest zagubiony, bez inicjatywy, przekonań i lubiący za kimś podążać. Byle mu ktoś pokazał, co ma robić. Nie jest zły imho.

Czyli źli są tylko ci, co wydają rozkazy? ;)

Zauważ, że mu nikt nic nie kazał. Nie ma tez społecznego przymusu, by podejmować takie a nie inne decyzje. Jest w pewnej mierze ofiara okoliczności, ale… dokładnie takimi jest większość przestępców i ludzi złych. Czynią zło, bo muszą – a przynajmniej tak to sobie tłumaczą. I nawet nie jest to dla nich jakieś zło. A to historia opowiedziana z perspektywy takiego właśnie bohatera.

Niewielu jest w historii Hitlerów, ale wielu jest Kowalskich lejących swoje dzieci, bo sami byli lani przez swoich ojców.

 

Hej, Lana!

Cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu, a co do:

Bo w zasadzie dla bohatera lepiej by było, gdyby wcale nie był zły. Jasne, zabicie Alicji uratowało go od więzienia, ale jak sam pomyślał: “Gdybyśmy spalili podręczniki, spróbowali być razem… To miało szansę się udać”. I potem to tłumaczenie sobie, że to akt łaski. Znaczy, że miał wątpliwości, a więc czy faktycznie dobrze być złym? Bohaterowi było z tym dobrze, nadało to jego nudnemu życiu sens, ALE…

Tego, czy byłoby dla niego lepiej – nie wiemy. Ale to też nie jest istotne, bo happy end tej historii jest… na samym początku, kiedy bohater decyduje się iść tą drogą. A nawet nie tylko wtedy, on jest rozwleczony przez cały tekst.

Na końcu bohater ma wątpliwości i tu ścierają się dwie drogi – resztki moralności, która gdzieś głęboko w nim jest, i strach, przede wszystkim strach przed uśmierceniem kogoś; oraz dalsze podążanie drogą, która go przywiodła w tamto miejsce.

Bohater nie wie, czy Alicja się obudzi, w jakim będzie stanie, jak będzie między nimi. Może się tylko domyślać. Jego konkluzja na koniec wskazuje na to, że tłumaczy to sobie tak, że i tak Alicja by się ze swojego ciężkiego stanu nie wykaraskała.

 

Cześć, Finkla, dzieki za wizytę i ciesze sie, że opowiadanie przypadło. ;)

 

Luken – fajny ubikowy awatar przede wszystkim – bardzo dobrze, że wkladasz swoją łyzke dziegciu, bo takie opinie są bardzo cenne.

Musimy sobie uświadomić, że większość tego opowiadania to jest progresja bohatera przebiegająca w totalnie przewidywalny sposób.

Ależ oczywiście, że przewidywalne, bo droga bohatera ma być prawdopodobna. Kryterium zaskakiwalności nie jest czymś, czym zwykle się kieruję w pisaniu – i tak samo ostatni etap, jak wskazałes, jest konsekwencją wszystkich poprzednich. Rozumiem, co może się w tym nie podobać.

Ale w szorcie, to – niestety – bym tego tekstu nie zmieścił. ;)

 

Hej, Irka!

Element polityczny na końcu też niezły (pomijam już fakt, że patrząc na to, co dzieje się nad Wisłą przerażający), teraz ma jeszcze poczucie ważności i misji ;) Tekst o przydatności zła, bo bez wojny nie byłoby lotów kosmicznych – a to już my se tak tłumaczymy i relatywizujemy ;)

W sumie to nie nawet element polityczny, bo działania bohatera – jak i całego biura – nie skupiają się na poparciu tego lub owego ugrupowania, tylko na wprowadzaniu chaosu na jak największą skalę.

A czy zło jest przydatne… najszybciej technologia rozwija się w sektorze militarnym, więc jak byśmy się tak nałogowo nie zabijali, to pewnie bysmy teraz nie mieli jak toczyć naszej rozmowy na odległość. :)

 

Witaj, Reg. Przede wszystkim to wow, zaskoczony jestem, że pamiętasz imię bohatera – ja mam z tym zawsze problem, a w tym tekście pojawia sie tylko raz. :P

 

Szatański miałeś pomysł, Gekikaro, a opowiadanie czytało się znakomicie.

Pierwszy raz takie słowa od Ciebie słyszę, co jest tym bardziej miłe!

 

Poprawki uwzględnię po zakończeniu konkursu, bo no wiadomo, limit, a i wszyscy z jury już tekst przeczytali. :)

Dzięki za łapankę!

 

Zielony Groszku, miło mi, że tekst sie spodobał. Ciekawe porównanie podręcznika do pierścienia i kurcze, może nawet uzasadnione.

 

dantes, dzięki za wizytę i ciesze się, że spodobały ci się zabiegi narracyjne – jedne spowodowane tym, by sie w limicie zmieścić, drugie tym, że lubię troche namieszac, dla ciekawszego czytania. :)

Pierw­szy raz takie słowa od Cie­bie sły­szę, co jest tym bar­dziej miłe!

Gekikaro, bardzo się cieszę, że ten pierwszy raz okazał się dla Ciebie tak miły. ;)

 

…wow, za­sko­czo­ny je­stem, że pa­mię­tasz imię bo­ha­te­ra…

Radość sprawiła mi także pochwała pamięci – owszem, jeszcze na nią nie narzekam. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Geki.

 

Opowiadanie napisane bardzo dobrze technicznie.

W oczy rzuca mi się minimalna byłoza.

 

Żebyście wiedzieli, pomyślałem. Czy tak łatwo było odgadnąć rys psychologiczny przeciętnego czytelnika poradników? Miałem kilka w swojej biblioteczce, więc może znajdowałem się w grupie docelowej, pomyślałem wówczas, bo jeszcze nic nie wiedziałem o podręczniku – teraz, z perspektywy czasu, jestem przekonany, że to nie był zwykły przypadek.

Zdaje się, że pierwsze “było” można śmiało wywalić.

 

W domu nie mogłem przestać myśleć o Alicji. Wyglądała nędznie. Na pewno musiała być już na samym dnie… Paczka była zaadresowana do niej. Dlaczego? Adres był spoza rewiru naszej poczty.

 W sali Alicji nie było wazonu, więc kwiaty złożyłem na pościeli, tuż obok jej dłoni. Była nieprzytomna, nie zareagowała, kiedy chwyciłem ją za rękę.

Nagranie było takiej jakości, że nie rozpoznałaby mnie nawet własna matka. Zresztą nie było takiego ryzyka, już trzy lata minęły, odkąd udali się z ojczulkiem na wieczny odpoczynek. 

Kiedy był już przy nas, wyciągnął nóż, pchnął Alicję pod żebra, wyrwał jej torbę i uciekł. W środku były tylko kurtki.

Po to była ci broń! Jedno zadanie i Biuro miało odezwać się do ciebie! Ty suko! – Plunąłem jej w twarz. Nie poruszyła się, jakby już była martwa.

– Nie czytałeś wstępu? Zło jest stałym i koniecznym elementem ludzkiego życia. Motorem postępu, katalizatorem zmian. Bez wojen nie byłoby lotów w kosmos, bez cierpienia nie byłoby sztuki, bez nieszczęść nie byłoby wzniosłych idei, bez rewolucji świat nie mógłby się zmienić na lepsze.

To ostatnie – zakładam, że celowe.

 

Opowiadanie całkiem niezłe. Kilka pomysłów bardzo dobrych.

Faktem jest, że zło nie zawsze musi dawać władzę i bogactwo, ale tyci zabrakło mi celu. Minimalnie miałem wrażenie, jakby bohater zło czynił po prostu dla sportu. Wybacz, jeśli nie wyłapałem uzasadnienia tego.

Za dużo tekstów w ostatnie kilka godzin :) Ale jeśli ma się kilka godzin, to niuanse mogą ulatywać :)

 

Miałem kilka w swojej biblioteczce, więc może znajdowałem się w grupie docelowej, pomyślałem wówczas, bo jeszcze nic nie wiedziałem o podręczniku – teraz, z perspektywy czasu, jestem przekonany, że to nie był zwykły przypadek.

W moim odczuciu to zdanie jest nazbyt poplątane.

 

Hm, pomysł ciekawy, ale jego rozwinięcie według mnie takie sobie. Przede wszystkim nie wydaje mi się, żeby czyny bohatera miały charakter zła codziennego (chyba że nie chodziło o prostotę, tylko o to, iż codziennie ktoś je popełnia ;)). Patrząc po samym sobie, nigdy nie ukradłem batonika, ani nie dokonałem rozboju, za to wielokrotnie zdarzało mi się czegoś zaniedbać lub nie powstrzymać się od złośliwej uwagi w bardzo nieodpowiednim momencie. Tymczasem czynów z tej kategorii bohater właściwie nie popełnia. Przez to ciężko mi było się z nim utożsamić. Tym bardziej, że dość szybko przechodzisz od banałów do napadów, oszustw i zabójstw, co już jest jednak czynami grubszego kalibru.

Udanie zbudowana aura niesamowitości (nawet mimo niedostatków elementu fantastycznego), co prawda sprawia, że chce się czytać dalej, ale z drugiej strony ten element “codzienności” zostaje przez nią odsunięty na bardzo daleki plan. Zresztą ta ekscytacja nie zostaje niestety wynagrodzona, bo Biuro okazuje się ostatecznie dość nijakie (a w każdym razie nijakie jest rozwiązanie jego zagadki, czy raczej tego rozwiązania brak).

Wydaje mi się też, że można było więcej znaków poświęcić na sam element kuszenia bohatera. Wiem, że właściwe rozkładanie akcentów nie jest łatwe (przynajmniej dla mnie), szczególnie gdy ma się limit na szyi, ale obecnie bohater wydaje się, moim zdaniem, trochę zbyt zdeterminowany przez konieczność czytania książki i wypełniania zawartej w niej zadań. Podejrzewam, że jest to w pewnym stopniu zabieg celowy, jednak na mój gust mógłby zostać dodany mocny moment wahania, zanim wkroczy na drogę zepsucia. Bohater mógłby chociażby dostrzec, że pochwała zła, przy jednoczesnej konieczności jego ciągłego usprawiedliwiania (a więc przekonywania siebie, że nie jest złem) niezbyt się ze sobą logicznie kleją.

Mam wreszcie pewne wątpliwości, czy bohater rzeczywiście dąży ku dobremu zakończeniu. Raczej widzimy jak ulega właśnie coraz większemu zepsuciu. Z jednej strony odpowiada to paradoksalności tematyki konkursu, z drugiej ja bym upatrywał zbiorowego złego bohatera w Biurze, dla którego happy endem jest zwerbowanie nowego adepta.

No i na koniec zastanowiło mnie, czemu wstęp odwoływał się akurat do niemieckich myślicieli. Bo sprezentowana filozofia przypomina mi bardziej poglądy Sorela ;)

Wytłuszczone zdanie nie zaglądaj na ostatnią stronę przed czasem przypomniało mi stary dowcip, w którym właściciel antykwariatu mówi dzieciakowi “sprzedam ci tę książkę za 50 złotych, ale pod warunkiem, że nigdy, przenigdy nie spojrzysz na ostatnią stronę”. W miarę postępów czytania działy się różne dziwne rzeczy, a gdy dziecko wbrew zaleceniom księgarza spojrzało na ostatnią stronę zobaczyło napis “cena sugerowana – 9,99”

 

Opowiadanie czyta się jednym tchem, masz bardzo ciekawy pomysł wyjściowy i dobrze prowadzisz go do samego końca. Wbrew pozorom “złą” postacią nie jest tu główny bohater – on tylko czerpie ze zła największe korzyści. To ludzie, którzy go otaczają, tacy jak pani w fioletowym berecie czy dyrektor sprawiają, że bohater czuje satysfakcję z bycia złym. Ich złośliwe komentarze sprawiają, że gdzieś z tyłu głowy zapaliła mi się czerwona lampka.

 

Zastanawia mnie fiolet na końcu. Czy skoro to był znak rozpoznawczy organizacji to pani w fioletowym berecie, sąsiadka w fioletowym szlafroku i menel z fioletowym szalikiem też do niej należeli? 

Hej, hej

Napisane świetnie, ale do tego nas już przyzwyczaiłeś, wiec warsztatowi nie mogę nic zarzucić. Książka nakręcająca spiralę zła u czytelnika przypomniała mi film “13 grzechów”, w którym bohater ma wykonywać kolejne zadania, dostając za nie rosnące kwoty pieniędzy – zaczyna się od zabicia muchy, potem kradzieże, w końcu morderstwa. Postać Alicji wprowadza nieco głębi i rywalizacji zakończonej w jedyny możliwy sposób.

Nie wyjaśniłeś do końca celów tajemniczej organizacji, ale może to i dobrze? Wyjaśnienia usprawiedliwiają zło, dają mu wytłumaczenie i motyw. Czynienie zła bez żadnego rozsądnego tłumaczenia, prócz zwykłej chęci krzywdzenia innych jest bardziej porażające.

Myślę, że opowiadanie mogłoby się bronić nawet bez elementów fantastycznych.

Bardzo dobra lektura.

Cześć, Geki.

 

Miałem taki czas, że zapoznawałem się z tematyką niemieckich obozów zagłady na terenie Polski. Odkąd poznałem historie ludzi, którym w piekle obozów udało się zachować człowieczeństwo, ludzkie odruchy, litość i współczucie, jakoś spadła moja akceptacja dla literackich bohaterów i prawdziwych osób, którzy dopuszczają się okrucieństw wychodzących od życiowego niezadowolenia, paskudnego szefa czy ogólnego nieszczęścia. Nie jest to dla mnie żadne usprawiedliwienie do bycia podłym oraz egoistycznym ponad miarę (wiadomo, że zdrowy egoizm jest potrzebny), dlatego nawet przez chwilę nie przejąłem się losem Twojego bohatera. Z chęcią czytałem, co się dalej wydarzy, ale wyłącznie z ciekawości dokąd zaprowadzi go ta droga. Jak podróż skończy się dla niego interesowało mnie już mniej.

Lektura była bardzo przyjemna i, mówiąc szczerze, końcówka z Alicją zaskoczyła. Warsztatowo pojechałeś pięknie, bez dłużyzn, bez zbędnych wątków. Pochłonąłem tekst na raz.

Powodzenia w konkursie. :)

Pozdrawiam!

Hail Discordia

Ale się wciągnąłem. Przeczytane jednym tchem, równe 30k znaków minęło niepostrzeżenie.

Fajne wyszła przeplatana chronologia, często można się przy tym pogubić, ale tutaj jest to zrozumiałe i wywołuje kolejne pytania (w sensie pozytywnym, chęci dowiedzenia się, jak bohater znalazł się w tej sytuacji).

Te śródtytuły, stanowiące tytuły rozdziałów książki – dobry pomysł.

Fabuła ciekawa, chęć poznania tajemnicy książki i Biura zachęcała do dalszego czytania. Końcówka satysfakcjonująca.

Dobrze wykorzystałeś początkową scenkę z lizakiem do zbudowania presji czasu na końcu: 1. fajna klamra 2. nic tu nie jest dekoracyjne i wszystko ma swoją funkcję.

Bardzo przyjemna lektury :)

Hej, Gekikaro!

 

Martini wstrząśnięte, uczucia zmieszane. Tak bym określił moje wrażenia po lekturze. Opowiadanie jest bowiem ciekawe, profesjonalnie napisane i posiadające całkiem sporo smaczków. Czegoś mi jednak zabrakło. Chyba jakiegoś ogólnego wydźwięku. I ten końcowy wątek ze zmianami w konstytucji – kompletnie mi to nie siadło. Po prostu wydało mi się to mało to oryginalne i mało… subtelne. ;-) 

 

Pozdrawiam i życzę Ci powodzenia w konkursie! :-) 

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Nowa Fantastyka