- Opowiadanie: Mordoc - Najgorszy z najgorszych

Najgorszy z najgorszych

Witam Szanowne Jury i Szanownych Czytelników.

To moje pierwsze opowiadanie zamieszczone na stronie, dlatego proszę o wyrozumiałość :) 

 

Końcówka trochę spłycona ze względu na limit.

 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Najgorszy z najgorszych

 

Dawno, dawno temu, istniały dwa równie potężne, co przeciwstawne byty. Nosiły one różne imiona – Dobro i Zło, Światło i Ciemność tudzież Pokój i Wojna. Różniło je prawie wszystko, prócz kilku szczegółów. Pierwszą wspólną cechą było miano – Antonimowie, drugą natomiast pragnienie kształtowania rzeczywistości. Jednak żaden z nich nie mógł tego czynić, gdyż ten drugi zawsze mu się sprzeciwiał.

W końcu obaj stracili cierpliwość i rzucili się na siebie z morderczymi intencjami. Ich bój trwał wiele lat, lecz nie wyłonił zwycięzcy. Obaj zdali sobie wówczas sprawę, że kolejną łączącą ich cechą jest poziom mocy, którą dysponują. Wtedy dotarło do nich, że albo walka będzie trwała w nieskończoność, albo zginą w niej obaj.

Żadna z tych opcji nie wchodziła w rachubę, więc zgodzili się tymczasowo zawiesić broń i pójść na kompromis. Wiedzieli, że siłą niczego nie wskórają, dlatego zdecydowali się na pojedynek intelektualny jakim była gra. Wspólnymi siłami stworzyli jej planszę i figury. Niektóre z elementów swojego dzieła wykreowali razem, a pozostałe indywidualnie.

Kiedy szachownica została ukończona, podobnie jak wzory bierek, Antonimowie stanęli przed trudnym dylematem – ilość czy jakość? Żaden z nich nie mógł wlać całej swojej mocy w tylko jedną wybraną jednostkę, ponieważ ponownie walka trwałaby w nieskończoność. Tworzenie niezliczonej armii o minimalnych parametrach, także nie wchodziło w grę, gdyż poszczególni osobnicy mogliby nie przetrwać warunków panujących na tej szachownicy, zmniejszając swój jedyny atut – liczebność.  Twórcy gry musieli zatem zadbać o balans, wprowadzając do rozgrywki istoty o zróżnicowanym poziomie. W końcu znali zasadę rozwoju i promocji, więc nawet najsłabszy byt mógł stać się o wiele potężniejszy, tak jak pionek, po dojściu do końca szachownicy, może stać się hetmanem.

W ten sposób powstał świat, wypełniony wieloma rozumnymi rasami, różnymi bestiami, magią, tajemniczymi lokacjami i zaginionymi artefaktami. Który z Antonimów wybrał właściwe proporcje, nie wiadomo do dziś. Jedno jest jednak pewne – z każdym dniem ich rozgrywka staje się coraz bardziej zacięta i ryzykowna, gdyż obaj starają się przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.

Do przełomowych wydarzeń, które rozpętały reakcję łańcuchową, doszło dwieście lat temu. Właśnie wtedy narodził się heros, który postanowił pokonać wszystkie potwory i wyplenić całe zło tego świata. Jednak miał on przeciwnika, którego cele były zupełnie inne, gdyż planował podbić świat i pogrążyć go w chaosie.

Kiedy protagonista szczerze i otwarcie głosił swoje poglądy, antagonista żył tuż obok, podstępnie udając przyjaciela i ukrywając prawdziwe intencje. Gdy bohater wstąpił do zakonu rycerskiego z dnia na dzień przybliżając się do tytułu najpotężniejszego rycerza, jego nemezis udał się do akademii magii by zostać najpotężniejszym z czarodziei. Jednak to nie był koniec ich wspólnej drogi. Przeznaczenie sprawiło, że w końcu stanęli przeciwko sobie w spektakularnym pojedynku. Heros posiadał wówczas tytuł i miecz Mistrza Zakonu Rycerskiego, dający możliwość używania potężnych technik, należących do wielkich wojowników, którzy dzierżyli to ostrze w przeszłości. Arcywróg bohatera dysponował natomiast zakazaną magią, dzięki której z łatwością zabił najsilniejszego z czarodziei akademii, zyskując przydomek Mrocznego Maga.

 Obaj starli się zatem w spektakularnym pojedynku, którego przebiegu jak i rozstrzygnięcia nikt nie miał odwagi oglądać. Po nim żaden z nich nie był już nigdy widziany, dlatego rozgłoszono zwycięstwo bohatera i koniec tyranii Mrocznego Maga. To z kolei zmotywowało następne pokolenia, do dokończenia tego, co zaczął Wielki Heros. W ten sposób rozpoczęła się era bohaterów.

Z racji, że już od małego wszystkim opowiadano mocno podkolorowane i moralizowane historie na temat zwycięstwa bohatera, to dzieci bawiły się najczęściej w ratowanie świata. A skoro większość chciała być herosem, to trzeba było zmieniać się w odgrywaniu ról. A przynajmniej tak czyniły rozsądniejsze grupy. Występowały jednak przypadki, w których silniejsze lub bogatsze dzieci zmuszały te słabsze i biedniejsze do wcielania się w postacie czarnych charakterów. Często wtedy podczas zabawy dochodziło do nadużyć w postaci przemocy, dlatego przyjemność czerpała tylko jedna strona odgrywanego konfliktu.

 Właśnie taką przeszłość w dniu swoich osiemnastych urodzin wspominał Ben. Był to szczupły chłopak o dużych niebieskich oczach i schludnie uczesanych blond włosach. Miał na sobie czystą białą koszulę, beżowe, eleganckie spodnie z brązowym, skórzanym pasem i błyszczące buty na płaskim obcasie.

Stał teraz na podeście wygłaszając swoje przemówienie przed specjalnie wyselekcjonowaną widownią.

– Zebrałem was tutaj, żeby ogłosić przełom jaki nastąpił właśnie dzisiaj. Przez lata znosiłem przytyki ze strony rówieśników. Patrzyłem na ich satysfakcję, kiedy w dzieciństwie zmuszali mnie do odgrywania mało znaczącego przydupasa czarnego charakteru, ale nie wiedzieli, że smutek w moich oczach był udawany. Już od dawna marzyłem i planowałem by zniszczyć ten świat idąc w ślady Mrocznego Maga. Dlatego tak jak on zamierzałem rozpocząć nauki w akademii magii, jednak wtedy moje plany zostały pokrzyżowane, ponieważ okazało się, że nie ma we mnie za grosz energii magicznej. Wówczas byłem wyśmiewany jeszcze bardziej, zwłaszcza, że przez moje zbyt wątłe ciało nie mogłem wstąpić do zakonu rycerskiego. Dlatego zostałem zmuszony wybrać inną szkołę oraz zawód i tak zostałem bibliotekarzem – po tych słowach chłopak roześmiał się złowieszczo z satysfakcją. – Prawdę mówiąc nie płacą mi zbyt dobrze, a dostałem tę pracę głównie dlatego, że nikt inny się nie zgłosił, ale nieważne. Już dziś kończę osiemnaście lat, a to oznacza, że nie będę musiał więcej słuchać rodziców – po tych słowach ponownie wybuchnął nikczemnym śmiechem.

– Ben, niebawem przyjdą goście, więc mam nadzieję, że się wyszykujesz do tego czasu. O pomoc to cię nawet nie śmiem prosić – zabrzmiał kobiecy głos dochodzący gdzieś z dołu.

– Już schodzę, mamo! – odkrzyknął chłopak wciąż stojąc na drewnianej skrzynce. Po chwili zrobił krok, by z niej zejść. Następnie przyłożył palec do ust i spojrzał na zebraną w swoim pokoju widownię. Składała się z czterech pluszowych zabawek: psa w brązowe ciapki, szarego, pręgowanego kota, beżowego misia i czarnego królika. – Kieł, Pazur, Paker, Skoczek, po pierwsze bądźcie cicho i nie wydajcie naszego planu, choćby was torturowali, a po drugie trzymajcie kciuki, bo poczyniłem przygotowania i niebawem wcielę naszą intrygę w życie.

Zgodnie z obietnicą chłopak udał się na dół, by pomóc rodzicom w nakryciu stołu. W centralnym punkcie postawiono pieczoną dziczyznę, obok niej pokrojone warzywa w salaterkach, a między nimi szklane dzbanki wypełnione wodą i sokami i butelki z winem. Dookoła gospodarze rozstawili talerze oraz sztućce. Ledwo skończyli, a już rozległo się pukanie do drzwi, zwiastujące pojawienie się pierwszych gości. Po chwili przybyli kolejni, aż w końcu na miejscu zgromadzili się wszyscy zainteresowani. Po wzniesieniu toastu i życzeniu pomyślności solenizantowi, goście zasiedli do stołu.

Ben zajął honorowe miejsce w skórzanym, wiśniowym fotelu. Po jego prawej zasiadła matka, po której odziedziczył kolor włosów i oczu. Miała na sobie błękitną sukienkę i takież pantofle, włosy splotła w warkocz. Obok siedzieli jej rodzice, czyli siwy, szczupły mężczyzna z krzaczastymi brwiami i siwa kobieta, o miłej aparycji oraz włosach upiętych w kok. Dalej z małżonką i synem siedział wuj Bena. Cała trójka prezentowała się dość zwyczajnie. Nieco dalej, a właściwie naprzeciwko solenizanta, usadowił się grubszy, czarnowłosy mężczyzna z cieniutkim wąsikiem. Ubrany był w czerwoną koszulę w kwiaty oraz krótkie białe spodenki i sandały. Obok siedziała jego dużo młodsza, rudowłosa partnerka i jednocześnie ciotka Bena. Jej brat, czyli rudy, łysiejący człowiek siedział po lewej stronie solenizanta i syna w jednym. Zaraz obok usadowił się otyły i pozbawiony włosów dziadek, razem z krótko obciętą, siwą żoną. Poza człowiekiem w czerwonej koszuli większość mężczyzn ubrana była podobnie jak Ben, nie licząc czarnego koloru spodni. Kobiety z kolei wybrały stroje o barwie pasującej do włosów lub oczu.

W towarzystwie najbardziej wyróżniał się osobnik w czerwonej koszuli, który nie czekając na innych, zabrał się do jedzenia, więc jego partnerka go skarciła.

– Nie rób mi wstydu.

– No co? Jest podane, to jem – odpowiedział, a babcia od strony matki, postanowiła zainterweniować, odwracając uwagę od niewychowanego gościa.

– Ale nam kawaler wyrósł, pewno wszystkie panny się za im oglądają.

– Miał dużo szczęścia, że mu się nie trafiły włosy po moim mężu i synu – odezwała się druga seniorka.

Miałem wystarczająco upokorzeń i bez ich fryzury – pomyślał chłopak, ale postanowił ten fakt przemilczeć.

– A właśnie młody, czym ty się w ogóle zajmujesz, żeś taki szczypior? – spytał, z pełnymi ustami, człowiek w czerwonej koszuli, nie mając pojęcia jak wielką niechęcią darzy go solenizant.

– Ben jest obecnie bibliotekarzem – wyjaśniła matka chłopaka.

– Bibliotekarz?! – powtórzył grubas z kpiną w głosie. – A to ci dopiero. Nie wiedziałem, że jest taki zawód. I co on tam niby robi? Siedzi na tyłku cały dzień? To musi być nudne i dobijające tak siedzieć i patrzeć na lepszych od siebie, albo o nich czytać. Kowal to jest porządny zawód. Ja przynajmniej wiem, że wykuty przeze mnie oręż się komuś przydaje. I mogę być dumny, że moje dzieła biorą udział w bitwach, więc pośrednio przyczyniam się do tej walki z potworami.

– Ale sam to masz spasły bebech – zirytował się dziadek chłopaka od strony ojca.

– A tatuś niby lepszy? – zakpił kowal.

– Założę się, że to gówno, które robisz nie chroni lepiej niż papier – wtrącił drugi dziadek.

– Może lepiej zmieńmy temat – zasugerowała babcia od strony matki.

– Masz może dziewczynę? – spytała rudowłosa ciocia.

– Ben jeszcze nie myśli o tego typu sprawach – wyjaśniła matka.

– Haha, przegryw! Ja w jego wieku byłem już z trzecią dziewczyną – zakpił nieznośny grubas.

– Co?! To ile ich w sumie miałeś? Mi mówiłeś o dwóch! – spytała jego zaskoczona partnerka.

– Eee… no trzy, bo ta pierwsza to wiesz, w sumie taka ta no… szkolna! – tłumaczył się kłamliwie kowal, który nawet nie zauważył, że Ben odszedł od stołu. Następnie udał się do swojego pokoju by ponownie zamienić słowo ze swoimi maskotkami.

– Wszystko idzie zgodnie z planem, ale teraz najważniejsza część, żeby stać się geniuszem zła, to na początek potrzebne jest czarne ubranie – po tych słowach Ben rozczochrał sobie włosy, a następnie wtarł w nie jakąś czarną, barwiącą substancję nieznanego pochodzenia. Kiedy jego fryzura przyjęła barwę mazi, włożył strój w tym samym odcieniu.

Była to koszula, spodnie z pasem i skórzane buty za kostkę, na które wydał całą swoją wypłatę. Gdyby nie one oraz płaszcz z kapturem narzuconym na głowę, jego strój od poprzedniego różniłby się tylko kolorem. Dlatego na koniec bohater przymocował do głowy dwa jelenie rogi z zabranego wcześniej trofeum ojca. Kiedy był gotowy spojrzał na maskotki.  

– Przydałyby mi się jeszcze rękawice, ale nie było już mnie stać… W każdym razie szanujący się czarny charakter ma pomocnika… w sumie są też tacy, co działają sami, ale ja wolę nie. Niestety mogę wybrać tylko jednego z was, a będzie to Skoczek. Pozostali muszą mi wybaczyć, ale jesteście potrzebni na miejscu. Waszą rolą będzie polegać na pilnowaniu naszej bazy pod moją nieobecność. A teraz życzcie mi… Wybacz Skoczek, jeszcze raz. Życzcie NAM powodzenia – po tych słowach Ben wepchnął królika do kieszeni tak, że wystawała mu głowa, a następnie udał się do gości.

– Szanowni państwo, wróciłem!

– Co on na siebie włożył? – powiedziała zdębiała matka, chwytając się za głowę.

– Ale żeby nosić kaptur w domu, czyżby dach wam przeciekał? – spytała babcia.

– Aaa, to ja wreszcie wiem, gdzie podziało się moje trofeum, a myślałem, że to ty, kochanie je wyrzuciłaś – powiedział ojciec, w momencie kiedy Ben podszedł do stołu by chwycić butelkę z winem i wylać jej zawartość na głowę kowala.

– Posrało cię?! – oburzył się grubas.

– Właśnie Ben, dlaczego zrobiłeś coś takiego wujkowi? – spytała rudowłosa ciocia.

– To, że ktoś sypia z moją ciocią, nie czyni go jeszcze moim wujkiem. I nie nazywam się Ben. Ben umarł, a narodziłem się ja. Dlatego macie zwracać się do mnie per Władca Ciemności! I żeby była jasność… to znaczy ciemność, koniec imprezy! Można się rozejść! 

Goście byli zszokowani, a niektórzy z nich szeptali coś między sobą, inni bez słowa wstali i wyszli. Rodzice chłopaka próbowali jeszcze wszystkich przepraszać, kiedy on sam oddalał się do swojego pokoju w glorii i chwale, z dumą wypisaną na twarzy.

– Melduję wykonanie zadania. Nasz wielki plan zniszczenia bohaterów właśnie rozpoczął swój bieg. Dokonałem zemsty na moim wrogu, ośmieszając go i niszcząc psychicznie. Po takim ciosie na pewno się nie pozbiera, a to odbije się na jakości zbroi i broni, które będzie wykuwał. Co za tym idzie więcej bohaterów będzie ginąć, a to wszystko dzięki mnie, Władcy Ciemności! – po tych słowach Ben wybuchnął diabolicznym śmiechem. – Ale nie ma czasu do stracenia. Pora na kolejną zbrodnię. Doszedłem do wniosku, że skoro jestem zły, to nie muszę płacić za rzeczy, które mogę ukraść. Dlatego wyruszam do sklepu, ale na tego typu wyprawę, potrzebne będzie odpowiednie zaopatrzenie. A skoro jestem i zły i pełnoletni, to będą to słodycze!

Po tym jak ponownie w całym domu rozbrzmiał złowieszczy śmiech, Władca Ciemności wypchał sobie kieszenie łakociami do tego stopnia, że dla Skoczka ledwo starczyło miejsca. Gdy był gotowy, opuścił dom w pełni zmotywowany do działania. Po przejściu kilku metrów stało się nieuniknione – maskotka wypadła z kieszeni, a wówczas nastąpiło coś, czego genialny umysł Bena nie był w stanie przewidzieć. Nadleciał ptak, który porwał w szpony królika, by wraz z nim wylądować na drzewie. Po chwili zwierzę zorientowało się, że jego zdobycz nie składa się z mięsa, więc odleciało pozostawiając biednego pluszaka na gałęzi.

Ben zastanawiał się, kto kontrolował tę dziką bestię, która dopuściła się ataku na jego pomocnika, jednak w chwili obecnej ważniejsze było znalezienie sposobu na uratowanie towarzysza. Nie potrafił wspinać się na drzewa, więc ten pomysł odpadał. Na szczęście w okolicy zobaczył bawiącego się chłopca i podszedł do niego.

– Hej mały, masz tu siedem cukierków, możesz je zachować jeśli wejdziesz na to drzewo i ściągniesz mojego p…przyjaciela – po tych słowach Władca Ciemności wręczył dziecku garść słodyczy i wskazał palcem na gałąź, na której uwięziony został Skoczek.

– Nie ma sprawy – odpowiedział chłopiec i ruszył w kierunku drzewa, natomiast czarny charakter zaśmiał się cicho, mrucząc coś pod nosem.

– Zapamiętaj Skoczek, wybitny czarny charakter musi potrafić odpowiednio manipulować ludźmi… a no tak on tego nie usłyszy.

 Po chwili chłopiec wrócił, więc Ben podziękował, a następnie schował królika do kieszeni, w której zrobiło się nieco więcej miejsca.

– Słuchaj Skoczek, być może wiesz, ale może nie, więc ci powiem. Podziękowanie to część manipulacji. Wszyscy muszą myśleć, że jestem dobry, żeby łatwiej mi było działać i oddalać od siebie podejrzenia. Bo dobry… znaczy się zły, ale wybitny czarny charakter ma przewagę nad wrogami dzięki swoim intrygom. A przy okazji, udało mi się dokonać kolejnej zbrodni, okłamałem dzieciaka, że dam mu siedem cukierków, a w rzeczywistości dałem mu tylko sześć, hahaha, to się szczeniak zdziwi.

Choć niektórzy ludzie wytykali Władcę Ciemności palcami, inni odwracali wzrok, udając, że go nie widzą, to dotarcie do sklepu odzieżowego przebiegło bez większych incydentów. Tam Ben namierzył swój cel, jakim były czarne, wełniane, a przede wszystkim ekstrawaganckie rękawiczki. Następnie by odwrócić uwagę sprzedawcy, położył kawałek od niego garść słodyczy. Po czym udał, że rozgląda się po sklepie.

– To dla mnie? – spytał sklepikarz, wskazując w stronę cukierków.

– Tak, tak. Za miłą obsługę.

– Dziękuję bardzo – odpowiedział mężczyzna, kierując się w stronę prezentu. Wtedy nastał moment, kiedy Władca Ciemności znajdował się poza jego wzrokiem, dlatego wykorzystał okazję by zwinąć rękawiczki i na tyle nieumiejętnie upchnąć je do kieszeni, że aż wystawały. Nie umknęło to uwadze sprzedawcy, który tylko westchnął ciężko. Ben powiedział, że dzisiaj jednak nic nie kupuje i opuścił sklep. W drzwiach minął się z kolejnym klientem, który aż się za nim odwrócił.

– Stary, przecież on ci wyniósł towar.

– Wiem, widziałem, ale i tak nikt by tego nie kupił.

– Może i nie, ale to wciąż kradzież!

– Może tak, ale widać, że chłopak przechodzi teraz trudny okres. Poza tym słyszałem, że w dzieciństwie nie miał lekko, więc ten jeden raz bądźmy dla niego wyrozumiali.

– Skoro tak uważasz…

Ben nie usłyszał tej rozmowy, dlatego po powrocie do domu był bardzo dumny z siebie. Nie powiedział rodzicom, skąd u niego taki dobry nastrój, a oni zresztą i tak nie mieli odwagi zapytać. Dlatego jedynymi, którzy usłyszeli raport z misji były pluszaki.

Gdy nastał wieczór Władca Ciemności zastanawiał się, czy zgodnie z zasadami iść wcześnie spać, by rano wstać wypoczętym do pracy, czy może po raz kolejny dokonać zbrodni i zarwać nockę. Z racji, że w tym dniu dokonał już wielu przestępstw, a także z powodu, że chciał sobie zostawić kilka pomysłów na później, postanowił wybrać opcję pierwszą i porządnie wypocząć. W końcu tylko w pełni sprawny umysł czarnego charakteru tworzy najlepsze intrygi.

Następnego dnia Władca Ciemności, w czarnym stroju i nowych rękawiczkach wraz ze Skoczkiem w kieszeni, udał się do pracy.

Była to ogromna wielopiętrowa biblioteka zagospodarowana labiryntem regałów wypełnionych po brzegi książkami. Legenda głosiła, że gdyby ktoś odłożył jakiś tom na niewłaściwe miejsce, to potrzeba byłoby wielu lat, by go odnaleźć i to wtedy, gdyby zatrudnić kilka ekip poszukiwawczych.

Ben jednak nie miał takich zmartwień, gdyż doskonale pamiętał, gdzie odkładać książki i gdzie ich szukać. Było tak głównie dlatego, że większość czasu spędzał na czytaniu i poszukiwaniu interesujących go lektur. Zatem układ książkowych korytarzy znał jak własną kieszeń – tę, w której zwykle przebywał Skoczek.

Władcę Ciemności głównie interesowały wszelkie historie, związane z Wielkim Bohaterem oraz Mrocznym Magiem, ale także wszelkie legendy i mity opisujące tajemnicze miejsca tego świata.

– O, czyli bohater miał na imię Conor, a Mroczny Mag Drake – mruczał do siebie pod nosem Ben na tyle zaabsorbowany lekturą, że nawet nie zwrócił uwagi na przyglądających mu się mężczyzn.

– Czy nie wydaje ci się, ze jego wygląd jest krótko mówiąc, niepokojący?

– Daj spokój, przecież to bibliotekarz. Oni zawsze są trochę wycofani.

– Ale żeby aż tak? Ja bym na twoim miejscu z nim pogadał?

– Ale po co? Swoją pracę wykonuje dobrze.

– Dobrze? Myślałem, że przez cały dzień tylko siedzi i czyta książki.

– Bo trochę tak jest, ale dzięki temu, jak ktoś czegoś szuka, to on zawsze wie, gdzie to znaleźć. Poza tym od dawna nie było chętnych na tę posadę.

– Skoro tak, to rzeczywiście powinniśmy się cieszyć z tego, co mamy…

Tymczasem Ben dalej wertował zebrane księgi. Początkowo robił to w rękawiczkach, w myśl tego, że każdy szanujący się czarny charakter musi dbać o swój wizerunek, jednak po kilku minutach zrezygnował, zgodnie z zasadą, że wybitny antagonista nie może pozwolić sobie na marnowanie czasu.

– Patrz na to, Skoczek – powiedział Władca Ciemności, chwytając maskotkę i przysuwając ją do konkretnej strony. – Tu jest napisane,  że istnieje wiele potężnych artefaktów rozrzuconych po całym świecie. Zostały one starannie poukrywane w wielu różnych lokacjach takich jak świątynie, ruiny, lochy, czy jaskinie. Gdybyśmy znaleźli jeden z takich artefaktów, stalibyśmy się potężniejsi. A ja może w końcu mógłbym używać magii, mimo iż urodziłem się bez choćby krzty. Ale tu się pojawia problem. Wejście do miejsc z magicznymi przedmiotami jest utrudnione, gdyż przed każdym stoi jakiś strażnik. Ale zobaczmy, może będzie jakiś słaby – po tych słowach chłopak posadził królika na stole, tak by patrzył na strony, które sam zaczął wertować dokładnie analizując. – Żywiołak ognia, to nie. Wielki trzygłowy pies też odpada. Sphinx, który zna tysiąc zagadek jest raczej kłopotliwy. O! Jest także jakiś żonaty facet, który nawet w cyrku się nie śmieje! Ale też odpada, bo warunkiem jest rozśmieszenie go, a ja jestem z natury raczej mroczny i ponury. Znalazłem! Tajemnicza grota, przed którą nie ma żadnego strażnika. Z opisu wynika, że każdy może do niej wejść, ale jeszcze nikt stamtąd nie wyszedł. Istnieją teorie, że to miejsce przenosi do świata marzeń, które potem okazują się tylko iluzją, ale są też bardziej krwawe wersje. Trzeba to sprawdzić, bo to może być nasza jedyna szansa.  

Po skończeniu pracy, Władca Ciemności zabrał książkę z opisem lokacji i mapą, a następnie wrócił do domu by udać się do swojej kryjówki i omówić plan działania z towarzyszami.

– Słuchajcie moi drodzy, już jutro jest wielki dzień i każdy z was będzie mieć w nim rolę do odegrania. Wyruszę na wyprawę, na którą zabiorę dwóch z was. Zdecydowałem, że będzie to tradycyjnie Skoczek, a dołączy do niego Paker. Z opisu wynika, że cel naszej wędrówki znajduje się jakieś dwie godziny stąd, więc w ciągu czterech godzin powinniśmy tam dotrzeć. Jedzeniem nie musimy się przejmować, bo lodówka rodziców jest zawsze dobrze zaopatrzona. Problemem może okazać się lina, która jest mi niezbędna w tej wyprawie, ale mam pomysł jak ją zdobyć. Skoczek, Pazur, wy idziecie ze mną do sklepu żeglarskiego!

Po jakimś czasie Ben ze swoją obstawą (upchnięta w kieszeniach) znalazł się przed obliczem sprzedawcy lin. Był to dobrze zbudowany, brodaty marynarz.

– Chciałbym wypożyczyć jedną z pańskich lin.

– Generalnie to jest sklep, a nie wypożyczalnia.

– Niech pan nie będzie taki, dam panu cukierki i życie mojego sojusznika w zastaw.

– A do czego pan potrzebujesz tę linę?

– Chcę obwiązać nią jednego z moich towarzyszy.

– Masz pan na myśli te maskotki?

– Proszę ich nie obrażać, to moi zaufani sprzymierzeńcy!

– Zwał jak zwał, grunt, że małe obciążenie. Niech będzie, żona w domu zabrania mi jeść słodycze, a sklepu muszę cały dzień pilnować, żeby nie przegapić klientów, bo konkurencja nie śpi, a czasy niełatwe. Możesz pan sobie wypożyczyć jedną linę, a nawet zostawić mi na przechowanie tego swojego pluszowego towarzysza, w zamian za kilka cukierków.

– Tak myślałem, że się dogadamy. Obiecuję, że oddam, gdy tylko wrócę z wyprawy – powiedział Władca Ciemności, a następnie wyciągnął z kieszeni słodycze i kota, by przekazać je marynarzowi.

– W porządku, trzymam za słowo – powiedział sprzedawca, a jego klient wybrał sobie ze sklepu jeden ze sznurków, następnie pożegnał się i wyszedł. – Ha! Kolejna zbrodnia. On nie wie, że tej wyprawy możemy nie przeżyć, a wtedy nie zwrócimy mu liny… Gorzej, że Pazur musiał się poświęcić, ale myślę, że jest wystarczająco sprytny by uciec – powiedział Władca Ciemności drapiąc się po brodzie.

Po powrocie do domu chłopak zdał kolejny raport swoim towarzyszom.

– Przygotowania skończone, dzięki bohaterskiej tfu, dzięki podstępnej postawie Pazura, udało nam się zdobyć linę. Dlatego wyruszamy dziś, długo przed świtem. Trochę martwi mnie, że się mogę spóźnić do pracy, ale jest to poświęcenie, na które jestem gotów. Tak jak mówiłem Skoczek i Paker idziecie ze mną, natomiast ty, Kieł zostajesz. Ale twoja misja jest równie ważna i odpowiedzialna. Będziesz bronić naszej kryjówki przed wrogami. Liczę, że sprostasz temu zadaniu jak należy.

Kiedy nastał czas, napchany słodyczami Ben wraz ze swoją świtą byli zwarci i gotowi na wyprawę. W jej trakcie ze względu na wątłe ciało, chłopak musiał robić po drodze więcej odpoczynków niż przeciętny człowiek, ale w końcu po ponad czterech godzinach, udało mu się dotrzeć na miejsce.

Ukrywał się teraz w krzakach zza których wyglądał, by przyjrzeć się jaskini. Była to z pozoru zwyczajna grota wydrążona w formacji skalnej. Jej wielkość pozwalała przeciętnemu dorosłemu człowiekowi na swobodne poruszanie się w środku bez potrzeby schylania głowy.

Ben obwiązał misia sznurkiem, a następnie ostrożnie zbliżył się do wejścia do pieczary.

– Powodzenia Paker! – wykrzyknął, a chwilę później wrzucił pluszaka do środka, trzymając sznurek. Przez chwilę wpatrywał się w leżącą nieruchomo maskotkę, nie zdając sobie sprawy, że ktoś lub coś pojawiło się za jego plecami i teraz z zażenowaniem wymalowanym na twarzy, przygląda się jego poczynaniom.

– Jaja sobie robisz z ta maskotką!? – wykrzyknął męski głos, a Ben omal zawału nie dostał. Gdy się obrócił ujrzał przezroczyste, niebieskie widmo brodatego mężczyzny, odzianego w ciężką zbroję płytową.

– No co? Musiałem się dowiedzieć, co się stanie, a nie chciałem ryzykować.

– Głupi śmiertelniku, obszar mojej mocy sięga kilka metrów od wejścia. Gdy tylko spróbujesz go opuścić, bariera pochłonie całą twoją energię magiczną, a następnie za jej pomocą cię przeklnie i zerwie twoje ubranie.

– Ale ja nie mam energii magicznej.

– Jeśli spróbujesz wynieść kryształ lub zdradzić komukolwiek sekret tej jaskini, to nagi, kompromitujący wizerunek twój i twoich poprzedników trafi do crystalnetu… Jak to nie masz energii magicznej?! – zdziwił się duch.

– Taki się urodziłem.

– Wybacz mi zatem brak dyskrecji, ale po co ci w takim razie artefakt zwiększający kilkukrotnie moc magiczną? – spytał strażnik, a Ben wyciągnął swoją książkę i zaczął przeglądać.

– A rzeczywiście, nie doczytałem, co robi ten skarb, ale to nic, zawsze mogę go komuś sprzedać, czy coś – odpowiedział Władca Ciemności, po czym wszedł do jaskini, zabrał stamtąd błyszczący amulet i jak gdyby nigdy nic wyszedł poza teren bariery, ignorując obserwującego go z bezradnością ducha.

Wtedy spotkał na swej drodze niewyspanego, wychudzonego, bladego mężczyznę, na oko w okolicy trzydziestki. Jego twarz zdobiły okulary i kilkudniowy zarost. Ubrany był w biały szlafrok i bambosze, natomiast w dłoni trzymał kubek z kawą.

 – Witaj przybyszu, właśnie zdobyłeś artefakt, który jest mi bardzo potrzebny.

– A ty coś za jeden? I skąd wiedziałeś, żeby przyjść tutaj akurat teraz?

– A, ściągnąłem sobie z crystalnetu apkę, która mówi mi, kiedy ktoś wejdzie na teren próby i uda mu się ją ukończyć lub nie.

– Apkę z crystalnetu?

– Nie mów, że nie słyszałeś. To w takim razie, jak dowiedziałeś się o tym miejscu?

– Z książek.

– Z książek?! W jakich czasach ty żyjesz? Nieważne. Widziałeś kiedyś taki kryształ? – spytał mężczyzna, demonstrując, błyszczącą spłaszczoną sześcienną bryłę niewiele mniejszą od dłoni.

– A, widziałem, ale nigdy nie było mnie na niego stać.

– No tak, rozumiem. W każdym razie te kryształy mają różne funkcje, można między innymi komunikować się z innymi i udostępniać im różne rzeczy i takie tam. A tym co to umożliwia jest taka jakby niewidzialna sieć, czyli właśnie crystalnet.

– A więc o to chodzi, chyba kapuję.

– To świetnie, a co do mojej tożsamości, to jestem Mrocznym Magiem, być może czytałeś o mnie lub słyszałeś?

– Coś młodo wyglądasz jak na gościa, który ma dwieście lat.

– A dzięki, staram się zdrowo odżywiać i trochę ćwiczę w wolnym czasie. No i regularny sen też robi robotę.

– No w sumie. 

– To jak? Oddasz mi artefakt?

– No nie wiem, nieco inaczej wyobrażałem sobie Mrocznego Maga.

– Zasada numer jeden: jeśli jesteś światowej sławy łotrem, to robisz wszystko by mieć choć odrobinę prywatności. W końcu musisz uważać na bohaterów pragnących mieć trofeum z twej głowy lub co gorsza na niedających ci żyć, fanów. Ale jeśli nadal mi nie wierzysz, to proszę bardzo – po tych słowach nieznajomy pstryknął palcami by zmienić swój wygląd. Miał teraz na sobie czarny płaszcz z kapturem spowijającym cieniem całą twarz, dlatego widoczny był tylko czerwony poblask oczu. Chwilę po przemianie zakaszlał i osłabł.

– Coś mało mocy masz jak na Mrocznego Maga.

– Posłuchaj, gdy walczyłem z Conorem, czyli z Wielkim Herosem, to obaj użyliśmy ataku o takim samym efekcie. Była to technika pieczętująca moc magiczną.

– To rycerze używają magii?

– Tak, ale zwykle korzystają z niej w inny sposób niż magowie, najczęściej wzmacniają nią swoje ciało i takie tam. Ej nie przerywaj mi! Nasze ataki się zderzyły, a w wyniku tego zderzenia trochę osłabły i odbiły się od siebie. Skutek był taki, że obaj oberwaliśmy własnymi czarami, tracąc większość mocy magicznej. Stałem się tak słaby, że aż żałosny, ale jak dasz mi ten artefakt, to będę mógł stopniowo odbudowywać moją potęgę.

 – Stój! Nie oddawaj mu tego! – wykrzyknął blondwłosy umięśniony mężczyzna na oko także w wieku około trzydziestki.

– Conor?! Skąd się tu wziąłeś? – spytał Mroczny Mag.

– Pewnie też ściągnął tę aplikację.

– No w sumie… – zamyślił się Drake, drapiąc po brodzie. – Mniejsza z tym. To jak? Dasz mi ten amulet?

– Proszę.

Kiedy Ben wręczył Magowi artefakt, Conor wyciągnął miecz i rzucił się do ataku, ale uformowana z czarnej energii ręka, chwyciła go w powietrzu, a następnie wyrzuciła na teren jaskini.

 – Witaj śmiertelniku – rozbrzmiały słowa widma, rozpoczynające jego monolog. Kiedy dobiegł on końca, głos zabrał Drake.

– Słyszałeś ducha, Conor. Jeśli jeszcze raz wejdziesz mi w drogę, to rozpowiem o sekrecie tej jaskini, a wtedy ty i inni bohaterowie zostaniecie skompromitowani w crystalnecie. A wówczas upadnie wizerunek Wielkiego Herosa i skończy się ta cała moda na bohaterów. A co do ciebie młody, co powiesz na współpracę? Myślę, że znajdzie się jakiś artefakt odpowiedni dla ciebie. Na początek możemy spróbować ze sfinksem. Część jego zagadek krąży po crystalnecie, więc spróbujemy poznać i rozwiązać pozostałe. Jeśli coś pójdzie nie tak, to zanim zostaniemy pożarci, przeniosę nas poza jego strefę. Dzięki amuletowi mam wystarczająco mocy na taki manewr. To jak będzie, zostaniesz moim pomocnikiem i uczniem?

– Oczywiście! Wchodzę w to! – odpowiedział Władca Ciemności z ekscytacją w głosie, a następnie w towarzystwie Mrocznego Maga udał się na podbój świata.

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Witaj.

Co do przyjęcia urodzinowego, opisałeś dość charakterystyczne cechy podobnych, niczym w muzycznej “Osiemnastce”.laugh

Co do wstępu, przyznam szczerze, całkiem zaskoczyłeś mnie rozwinięciem i zakończeniem. 

Pozazdrościć tak wyrozumiałych: sklepikarza czy choćby pracodawców. :)

Sama postać chłopaka i jego wyobraźnia, przemyślenia, argumentacje oraz przemowy – niesamowite, zaskakujące, nie do uwierzenia. 

Opowiadanie na pewno zapada w pamięć niezwykłością pomysłu, której Ci gratuluję. :)

 

Z technicznych:

nie mam pewności, czy można w jednym tekście raz pisać: czarodziei, a raz: czarodziejów, czy też tu wymagana jest konsekwencja; jeśli można, to przepraszam

dysponował natomiast zakazana magią – literówka

potem całe to zdanie trzeba zakończyć kropką,

opowiadano mocno podkolorowane i moralizowane historię na temat zwycięstwa bohatera – literówka

 Właśnie taka przeszłość w dniu swoich 18 urodzin wspominał Ben – też

Wtedy byłem wyśmiewany jeszcze bardziej, zwłaszcza, że przez moje zbyt wątłe ciało nie mogłem wstąpić do zakonu rycerskiego. Dlatego zmuszony byłem wybrać inną szkołę oraz zawód i tak zostałem bibliotekarzem – powtórzenie

Już schodzę, mamo! – Odkrzyknął – O małą

Po jego prawej zasiadła jego matka, – powtórzenie

– No co? Jest podane, to jem. – Odpowiedział jej – brak kropki i O małą

po moim mężu i synu. – Odezwała się – podobnie (i dalej te same sprawy do poprawy w dialogach, których poprawne zapisy i ja nadal mozolnie ćwiczę)

Po przejściu kilku metrów stało się nieuniknione – maskotka wypadła z kieszeni, a wówczas stało się coś, czego genialny umysł Bena nie był w stanie przewidzieć – powtórzenie.

Po chwili zwierze zorientowało się – literówka

Po tych słowach chłopak posadził swojego królika na stole, tak by patrzył na strony, które samemu zaczął wertować dokładnie analizując. – wydaje mi się, że końcówka zdania do poprawy

tajemnicza grota, przed która nie ma żadnego strażnika. – literówka

Istnieją teorie, że to miejsce, które przenosi do świata marzeń, które potem okazują się tylko iluzją, ale są też bardziej krwawe wersje. – powtórzenie (i podobne dalej, prześledź sobie pod tym kątem cały tekst)

Kiedy nastał czas, napchany słodyczami Ben wraz ze swoją świtą był zwarty i gotowi na wyprawę. – znów literówka, pod tym kątem także przeczytaj na spokojnie całość, bo literówek jest tu nieco

Jest też trochę interpunkcji, część przecinków niepotrzebna, zatem może wtedy nawet limit zmaleje. :)

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Mordoc – limit jest limit niestety, po drugie, zawsze konkursy są liczone według licznika portalowego. (widoczne obok daty opublikowania, na górze).

Natomiast przy takiej długości tekstu można łatwo to osiągnąć.

Dlatego wyruszamy dziś w nocy długo przed świtem.

Lepiej: Dlatego wyruszamy dziś, długo przed świtem.

Dlatego, że jak przed świtem, to wiadomo, że w nocy, więc to zbędne dopowiedzenie.

Ja dokonałem zemsty na moim wrogu, ośmieszając go i niszcząc psychicznie.

„Dokonałem” już wskazuje na to, kto to dokonał, więc „ja” bym wyrzucił.

Nadleciał ptak, który porwał w swoje szpony królika, by wraz z nim wylądować na drzewie.

„Swoje” zbędne – przecież nie chodzi o szpony królika, prawda? ;)

Te trzy, losowo wybrane z tekstu już skracają limit na tyle, że mieści się w kryteriach konkursowych.

Popieram rady Sagitta, wiele zdań możesz spokojnie skrócić, bez żadnego uszczerbku. 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

BruceSagitt bardzo dziękuję za opinie :)

Zaraz wprowadzę zmiany.

 

PS

Chciałem Was oznaczyć, ale nie zadziałała żadna z opcji, które przyszły mi do głowy (@nick @”nick”)

:) Pozdrawiam i także dziękuję. :)

Pecunia non olet

Poprawki naniesione, jeśli ktoś jeszcze zauważy jakieś nieścisłości, to jestem otwarty na nie, a także ogólnie na wszelką krytykę :D

Cześć!

Przyznam się, że mam zagwozdkę, jak to opowiadanie skomentować. Bohater ma jakieś zaburzenia psychiczne, co uważam za bardzo ciekawy pomysł i szczerze mówiąc nie narzekałabym, gdyby to był główny motyw. Wstęp o historii świata nieco mi się dłużył, ale zakończenie pokazało jego zasadność, choć można by go nieco skrócić. Kiedy po wprowadzeniu pojawił się Ben przemawiający do zabawek, to poczułam się, jakbym wpadła do króliczej nory (żeby było jasne, to nie jest zarzut). W moim odczuciu całe opowiadanie ma mocno surrealistyczny klimat. Z jednej strony jest to jakby średniowieczny świat, ale połączony ze współczesnymi obyczajami i crystalnetem. Ogólnie mogę powiedzieć, że zaintrygowała mnie ta historia. 

Do kilku kwestii odniosę się bardziej szczegółowo. Jeśli dobrze rozumiem to celem sceny przy stole miało być pokazanie relacji Bena z rodziną i to, że zdecydowanie nie darzy ich sympatią. Generalnie scena jest trochę nurząca, bo opisujesz bardzo dużo szczegółów, a do tego dialog właściwie nic nie wnosi, choć wrażenie absurdu się pogłębia. 

Ben zajął honorowe miejsce w skórzanym, wiśniowym fotelu. Po jego prawej zasiadła matka, po której odziedziczył kolor włosów i oczu. Głowę kobiety zdobił warkocz, a ciało błękitna suknia i pantofle w tym samym kolorze. Obok niej siedzieli jej rodzice, czyli siwy, szczupły mężczyzna z krzaczastymi brwiami i siwa kobieta, o miłej aparycji oraz włosach zaczesanych w kok. Dalej z małżonką i synem siedział brat matki Bena. Cała trójka prezentowała się dość przeciętnie. Nieco dalej, a właściwie naprzeciwko solenizanta, usadowił się grubszy, czarnowłosy mężczyzna z cieniutkim wąsikiem na twarzy. Ubrany był w czerwoną koszulę w kwiaty oraz krótkie białe spodenki i sandały. Obok niego siedziała jego dużo młodsza, rudowłosa partnerka i jednocześnie siostra ojca Bena. Ten rudy, łysiejący człowiek siedział po lewej stronie swojego syna. Zaraz obok przebywał jego otyły i pozbawiony włosów rodzic razem z krótko obciętą, siwą żoną. Nie licząc człowieka w czerwonej koszuli większość mężczyzn ubrana była podobnie jak Ben, nie licząc czarnego koloru spodni.

Opisanie tak statycznej sceny nie jest łatwe i zwykle najlepszym sposobem jest dawkowanie informacji poprzez wplatanie w narrację dialogową. Inna sprawa to czy taka szczegółowość jest konieczna. Jak dla mnie wystarczyłaby informacja ile jest osób i podanie jakiejś charakterystycznej cechy plus zawarcie relacji między postaciami w dialogach. Odniosę się jeszcze do kwestii, które zaznaczyłam. 

Za dużo “siedzenia”. Raz użyłeś “przebywał”, ale to z kolei nie pasuje znaczeniowo. 

Cała trójka prezentowała się dość przeciętnie. Taka informacja nic nie mówi czytelnikowi. 

Wąsik rośnie tylko na twarzy. 

“Krótko obcięta” brzmi źle. 

Przy dialogu posługujesz się określeniami takimi jak: “spytał, z pełnymi ustami, człowiek w czerwonej koszuli”, “spytała rudowłosa ciocia”. Zastanawiam się czy to, że nie podajesz imion krewnych Bena, jest zabiegiem celowym? 

Kobiety z kolei wybrały stroje o barwie pasującej do włosów lub oczu.

Zapewniam Cię, że wybór stroju jest procesem dużo bardziej złożonym ;)

 

Zastanawia mnie zachowanie postaci drugoplanowych. Sprzedawca lin tak po prostu oddaje towar. Rodzina Bena prawie nie reaguje na jego dziwactwa, a on sam utrzymuje pracę pomimo całkowitego oderwania od rzeczywistości. Fajnym zabiegiem było pokazanie Bena z perspektywy sprzedawcy i kierownika biblioteki. Myślę, że sporo wniosłaby tego typu scena z udziałem jego rodziców.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Alicell

Scena z rodziną miała pokazać, jak mniej więcej wyglądało życie Bena, jak był odbierany i to, że jego krewni są po prostu zwyczajni. Tego typu osoby można znaleźć niemal w każdej rodzinie. Babcia, która dąży do zgody, młoda dziewczyna, która nie ma szczęścia do facetów, dziadkowie, którzy bronią wnuka, a także ten najmniej lubiany i niekoniecznie mądry członek rodziny, który zwykle ma najwięcej do powiedzenia i zwykle nie rozumie innego podejścia niż jego własne. No i jest też bohater, który woli spędzać czas w swojej “jaskini”, a ludzie go nie rozumieją, ale odbierają inaczej, niż jest w rzeczywistości. Biorą go za lekko wycofanego, introwertycznego i aspołecznego, ale jak widać jego psychika jest dużo bardziej skomplikowana niż im się wydaje. Są też ci członkowie rodziny, którzy nie wyróżniają się niczym szczególnym (prezentują się przeciętnie), ani nikomu nie wadzą ani nie są duszami towarzystwa. Ben przez ludzi z zewnątrz także był odbierany jako nieodstający zbytnio od normy. 

 

Pewnie, że mógłbym wywalić wszystkie osoby i zostawić tylko tego “wujka”, który byłby wrogiem Bena, ale wtedy tło byłoby bardziej ubogie, a z kolei nie nadałem postaciom imion, gdyż bardziej chodzi o ukazanie pewnych schematów zachowań, niż o rozbudowanie członków rodziny, którzy pojedynczo nie są istotni dla fabuły. A pamiętanie wielu zbędnych imion byłoby dla czytelnika utrudnieniem w odbiorze. Liczebność krewnych dobrałem celowo w taki sposób, żeby wyglądało to naturalnie biorąc pod uwagę różne pokolenia. Są dziadkowie, typowy Janusz, rodzice dorosłego chłopaka, młodzi rodzice z dzieckiem, młoda ciocia i w końcu młodzieniec, który wkracza w dorosłe życie.

 

Zapewniam Cię, że wybór stroju jest procesem dużo bardziej złożonym ;)

To zależy, czy w świecie rzeczywistym, czy fikcyjnym wink

 

Zastanawia mnie zachowanie postaci drugoplanowych. Sprzedawca lin tak po prostu oddaje towar. Rodzina Bena prawie nie reaguje na jego dziwactwa, a on sam utrzymuje pracę pomimo całkowitego oderwania od rzeczywistości.

Sprzedawca lin – pożycza linę w zamian za cukierki, których tak bardzo mu brakuje, bo w domu go żona pilnuje, a w trakcie pracy nie ma czasu by wyjść i sobie kupić.

Podejrzewam, że chodziło o sprzedawce ubrań. Z dialogu wynika, że znał Bena przynajmniej z widzenia i nigdy wcześniej nie zdarzyły się żadne odpały. Zwłaszcza, że chłopak nadal jest kulturalny nawet jako Władca Ciemności, a i samych rękawiczek nikt nie chce kupić. Fakt tutaj powinienem dopisać, że są dziwaczne lub ekstrawaganckie. Trochę znaków jeszcze mi zostało, to wcisnę ;)

No i generalnie chodziło też o to, żeby nadać scenie nieco komizmu – z jednej strony Ben, który myśli, że dokonał spektakularnej zbrodni, a z drugiej sprzedawca, który tak naprawdę o wszystkim wiedział i przyzwolił.

 

Scena z udziałem rodziców jest niepotrzebna. Wystarczy, że zostało pokazane jak wyglądało ich zachowanie w scenie z rodziną i przy nakrywaniu do stołu. 

 

Rodzina nie dostrzega dziwactw Bena, bo jego dziwactwa wyszły na jaw dopiero wtedy, gdy pokazał im się ubrany na czarno i przedstawił jako Władca Ciemności. A nawet wtedy mogli uznać, że to jednorazowy wyskok lub przejaw buntu.

 

Co do kierownika biblioteki, co niby takiego zrobił Ben w bibliotece, żeby być uznanym za bardzo oderwanego od rzeczywistości? Ubieranie się na czarno i mamrotanie do siebie nie jest czymś aż tak nadzwyczajnym. Chłopak dobrze wykonuje swoją pracę, na którą od dawna nie było chętnych, a w dodatku bibliotekarze w świecie rzeczywistym często także mają swój świat. Bibliotekarz to nie bankier, który musi zakładać garnitur i szczerzyć się do klientów.

 

 

 

 

Mordoc.

Rozumiem, czyli to po prostu moja wybujała wyobraźnia sprawiła, że doszukiwałam się drugiego dna w zachowaniu postaci drugoplanowych. Dzięki za wyjaśnienia.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Luz, dzięki za uwagi :)

Nie czytałem jeszcze tego typu powieści ale śmiechłem :D Brawo, czyta się bardzo dobrze

 

 

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Dzięki za miłe słowa. Na pewno przeczytam, gdyż z pozostałymi pracami konkursowymi uczyniłem to samo :)

 

Czy wszystkie przygody toczę się jedynie w głowie bohatera? Czy też naprawdę spotyka Mrocznego Maga, Conora i widmo?

Nie wiem, co sądzić o Twoim opku, nie przepadam za wykorzystywanie chorób psychicznych, szczególnie w taki, nieco jajcarski sposób.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dzięki za odwiedziny Mortecius.

 

Irka takte przygody dzieją się naprawdę, a nie w głowie bohatera. Ale to chyba dobrze, że ludzie doszukują się podwójnego sensu, może nawet w przyszłości to wykorzystam.

 

Raczej nie nazwałbym tego chorobami psychicznymi, a swego rodzaju dziwactwami.

Siema.

 

Oj, niedobrze, panie, niedobrze. Początek to jeden wielki infodump, a potem robi się coraz dziwniej. Przez ponad połowę opowiadania nie wiedziałem, czy to się dzieje współcześnie, czy to świat fantasy. Postać Władcy Ciemności jest tak nieporadna i oderwana od rzeczywistoście, że aż komiczna. Styl masz toporny, ale cały czas myślałem, że taką przyjąłeś z jakiegoś powodu konwencję – żeby napisac opowiadanie naiwne, w naiwny sposób.

Bo co dajesz po wstępie? Jakiegoś dziwnego chłopaka lat osiemnaście (w opowiadaniach liczebniki zapisujemy słownie), jego rodzinę – ten fragment, który ją opisuje ylko przeskanowałem, bo był nudny i przeładowany niepotrzebnymi szczegółami – i pluszaki. Osiemnastolatek gadający z pluszakami, geez, ja wciąz myślałem, że Ty sobie jaja robisz, albo – jak Irka – próbujesz pokazać postać w jakimś stopniu upośledzoną, mozliwe, że społecznie.

Postacie epizodyczne i ich zachowanie zdaje się to potwierdzać, bo są dla niego wyrozumiali i odpuszczają kradzież, albo dają mu coś za cukierki. Ten surrealizm i absurd nadal kazały mi myśleć, że to opowiadanie to jakiś pokręcony żart.

Potem bohater znajduje cztery godziny od domu jaskinię z artefaktem, chronioną przez ducha, który nie może powstrzymać bohatera. Później pojawia się antagonista z infodumpowego wstępu, załatwia herosa i bierze bohatera na ucznia.

To jest jedno wielkie WTF dla mnie.

Nie wiem co myśleć o tym opowiadaniu. Bo jesli Ty tak serio, to jest nie najlepiej. A jesli to rzeczywiście jest jakiś żart, to chyba za gruby i zbyt nieoczywisty, żebym ogarnął zamysł, który leżał u jego podstaw.

 

Niezaleznie jednak od wszystkiego, pisz dalej i rozwijaj się, bo ciekaw jestem Twoich kolejnych tekstów.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Outta Sewer

Zamysł był taki, żeby napisać poważny wstęp z klimatem fantasy, nastawić odpowiednio czytelnika, a następnie pójść w stronę parodii gatunku. Komizm polega właśnie na postaci głównego bohatera, który wyobraża sobie, że dokonuje ogromnych zbrodni, a tak naprawdę jest nieporadny, ale ludzie przymykają na niego oko. On jest beznadziejny i dosłownie najgorszy, bo nawet urodził się zupełnie bez energii magicznej, a mimo to jego wybujałe ego i wyobraźnia dają o sobie znać. Pod koniec jednak okazuje się, że nawet jego beznadziejność się na coś przydała, bo jako jedyny może wejść do tej jaskini i zdobyć amulet. Z kolei ten właśnie amulet rozwiązuje problemy Mrocznego Maga, który pod koniec opowiadania wygrywa ze swoim rywalem. W dodatku dochodzi do refleksji, że działanie solo niekoniecznie popłaca, a także że czasem warto dawać szansę tym, których świat przekreślił, bo nawet niepozorna osoba może czymś zaskoczyć. 

 

A jeśli chodzi o czasy, to akcja dzieje się w świecie fantasy, więc mam prawo zbudować sobie go według mojej własnej wizji. Uznałem, że umieszczanie fantasy tylko w jednych ramach czasowych (np. w średniowieczu) już się przejadło, więc wole pobawić się konwencją.

 

Tytuł najgorszy z najgorszych ma dwa znaczenia. Pierwsze najgorszy jako beznadziejny, ostatni, a drugie to łotr nad łotrami, czyli cel, do którego dąży główny bohater. 

Ok, Twoje tłumaczenie nieco rozjaśnia, ale mój odbiór pozostaje taki sam. Twoje opowiadanie jest zbyt dziwne jak dla mnie, ale, hej, każdemu nie dogodzisz :)

Known some call is air am

Hej, Mordoc!

Miałem trochę problem ze wstępem – trochę się wystraszyłem, że spróbowałeś zmieścić fabułę dziesięciotomowej sagi w 30k zzs., a potem Ben zaczął przemawiać przed “wyselekcjonowaną widownią” i mnie złapałeś na haczyk. Czytałem z ciekawości, bo dobrze czasem zanurzyć się w absurdzie, aczkolwiek przy niektórych fragmentach ziewałem i nic z nich nie wynosiłem:

 Właśnie taką przeszłość w dniu swoich 18 urodzin wspominał Ben. Był to szczupły chłopak o dużych niebieskich oczach i schludnie uczesanych blond włosach. Ubrany był w czystą białą koszulę, beżowe, eleganckie spodnie spięte brązowym, skórzanym pasem. Na stopach zaś nosił  brązowe, błyszczące buty na płaskim obcasie.

Był, był – nie lubimy tego czasownika ;) 

A poza tym to na takim opisie się zawsze wyłączam, tzn. czytam i nic nie zapamiętuję. Podobnie się zrobiło przy stole, dostaliśmy mnóstwo niepotrzebnych informacji.

 

Podobały mi się sceny, gdzie ktoś patrzył na Bena z boku i żałuję, że nie ma ich więcej.

 

Spodobało mi się też, że w finałowej scenie wykorzystałeś jego totalny brak magii i pokonałeś Drake’a dość nowoczesną metodą: szantażem nagimi zdjęciami w necie.

 

Natomiast jeśli chodzi o podsumowanie, to… nie do końca potrafię wyrazić swoją opinię. Nie rozgryzłem Bena, nie poczułem jakiejś z nim relacji. Czytałem głównie ciekawy konceptu, doczytałem do końca, niby jakaś satysfakcja jest, ale… nie wiem…

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Outta Sewer, Krokus

Dzięki za opinię :)

Ta scena przy stole miała pokazać zwyczajność rodzinną, ale większość osób ocenia ją negatywnie, więc chyba będę musiał coś z nią zrobić.

Hail Discordia

Dzięki za odwiedziny Japkiewicz :)

Początek jest straszliwie rozwleczony i zawiera taką masę całkiem zbędnych informacji – mam na myśli dokładne opisanie wyglądu i ubioru gości, co dla opowiadania nie ma żadnego znaczenia – że powoli traciłam cierpliwość. Dalszy ciąg historii już jakoś się toczył, ale niezmiernie trudno mi przyjąć do wiadomości, że osiemnastoletni młodzieniec ma tak niewielki rozum. Chyba że naczytał się fantastycznych książek i przesiąknął ich treścią do tego stopnia, że zaczął żyć w całkiem innym świecie. No ale wtedy zastanawia brak reakcji rodziców na ekstrawagancje Bena.

Wykonanie, co stwierdzam z ogromną przykrością, pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

Pierw­szą wspól­ną cechą było miano – An­to­ni­mo­wie… ―> Czy tu aby nie miało by: Pierw­szą wspól­ną cechą było miano – antonimy

Antonim nie jest nazwą własną, więc wielka litera jest zbędna. Uwaga dotyczy użycia tego słowa także w dalszej części tekstu.

Tu znajdziesz odmianę słowa antonim.

 

za­dbać o ba­lans, wpro­wa­dza­jąc do swej roz­gryw­ki… ―> Zbędny zaimek – wiadomo, że to nie była cudza rozgrywka.

 

naj­słab­szy byt mógł stać się o wiele po­tęż­niej­szym… ―> …naj­słab­szy byt mógł stać się o wiele po­tęż­niej­szy

 

W ten spo­sób po­wstał świat, wy­peł­nio­ny wie­lo­ma ro­zum­ny­mi ra­sa­mi, róż­ny­mi be­stia­mi, magią, ta­jem­ni­czy­mi lo­ka­cja­mi i za­gi­nio­ny­mi ar­te­fak­ta­mi. ―> Jak artefakty, które właśnie powstały, mogły być zaginione?

 

do­szło 200 lat temu. ―> …do­szło dwieście lat temu.

Liczeniki zapisujemy słownie.

 

pod­stęp­nie uda­jąc jego przy­ja­cie­la i ukry­wa­jąc swoje praw­dzi­we in­ten­cje. ―> Zbędne zaimki.

 

jego ne­me­zis udał się do aka­de­mii magii by zo­stać naj­po­tęż­niej­szym z cza­ro­dziei. ―> Nemezis / nemezis jest rodzaju żeńskiego, więc: …jego ne­me­zis udała się do aka­de­mii magi, i by zo­stać naj­po­tęż­niej­szą z cza­ro­dziejek.

 

uży­wa­nia po­tęż­nych tech­nik, na­le­żą­cych do wiel­kich wo­jow­ni­ków… ―> Czy techniki mogą należeć do kogoś?

Proponuję: …uży­wa­nia po­tęż­nych tech­nik, stosowanych przez wiel­kich wo­jow­ni­ków

 

zy­sku­jąc przy­do­mek Mrocz­ne­go Maga ―> Brak kropki na końcu zdania.

 

To z kolei zmo­ty­wo­wa­ło ko­lej­ne po­ko­le­nia… ―> Brzmi to fatalnie.

Proponuję: To z kolei zmo­ty­wo­wa­ło następne po­ko­le­nia

 

to chłop­cy i dziew­czyn­ki ba­wi­li się naj­czę­ściej w ra­to­wa­nie świa­ta. ―> A może wystarczy: …to dzieci ba­wi­ły się naj­czę­ściej w ra­to­wa­nie świa­ta.

 

w dniu swo­ich 18 uro­dzin… ―> …w dniu swo­ich osiemnastych uro­dzin…

 

ele­ganc­kie spodnie spię­te brą­zo­wym, skó­rza­nym pasem. ―> Spodnie zapina się suwakiem lub guziczkami. Można założyć pasek do spodni, ale nie wydaje mi się, aby mógł on je spinać.

Proponuję: …ele­ganc­kie spodnie, z brą­zo­wym skó­rza­nym pasem.

 

Na sto­pach zaś nosił  brą­zo­we, błysz­czą­ce buty na pła­skim ob­ca­sie. ―> Czy konieczny jest tak szczegółowy opis – czy istniała możliwość, aby rzeczone buty nosił w innym miejscu, nie na stopach? Czy mężczyźni noszą buty na wysokich obcasach?

 

Stał teraz na po­de­ście wy­gła­sza­jąc swoje prze­mó­wie­nie przed zgro­ma­dzo­ną i spe­cjal­nie wy­se­lek­cjo­no­wa­ną wi­dow­nią. ―> Czy dobrze rozumiem, że widownia została zgromadzona, a potem wyselekcjonowana? A skoro widownia/ publiczność była, to znaczy, że się zgromadziła. Zbędny zaimek.

Proponuję: Stał teraz na po­de­ście, wy­gła­sza­jąc prze­mó­wie­nie przed spe­cjal­nie wy­se­lek­cjo­no­wa­ną wi­dow­nią.

 

do od­gry­wa­nia mało zna­czą­ce­go… ―> …do od­gry­wa­nia roli mało zna­czą­ce­go

 

do­sta­łem tę pracę głów­nie dla­te­go, bo nikt inny się nie zgło­sił… ―> …do­sta­łem tę pracę głów­nie dla­te­go, że nikt inny się nie zgło­sił

 

Już dziś koń­czę 18 lat… ―> Już dziś koń­czę osiemnaście lat

 

Skła­da­ła się z czte­rech plu­szo­wych za­ba­wek psa w brą­zo­we ciap­ki, sza­re­go, prę­go­wa­ne­go kota, be­żo­we­go misia i czar­ne­go kró­li­ka. ―> Przed wyliczaniem używamy dwukropka, nie półpauzy.

Skła­da­ła się z czte­rech plu­szo­wych za­ba­wek: psa w brą­zo­we ciap­ki, sza­re­go prę­go­wa­ne­go kota, be­żo­we­go misia i czar­ne­go kró­li­ka.

 

a mię­dzy nimi szkla­ne dzban­ki wy­peł­nio­ne za­rów­no wodą i so­ka­mi, jak i winem. ―> Wina raczej nie podaje w dzbankach. Powinno pozostać w butelkach. Domowe wino można podać w karafkach.

 

juz roz­le­gło się pu­ka­nie… ―> Literówka.

 

aż w końcu na miej­scu zgro­ma­dzi­li się wszy­scy za­in­te­re­so­wa­ni. ―> Zbędne dopowiedzenie. Proponuję: …aż w końcu zgro­ma­dzi­li się wszy­scy zaproszeni.

 

Głowę ko­bie­ty zdo­bił war­kocz, a ciało błę­kit­na suk­nia i pan­to­fle w tym samym ko­lo­rze. ―> Rozumiem, że warkocz nie zdobił kobiety, a wyłącznie jej głowę, za to pantofle zdobiły ciało.

Proponuję: Miała na sobie błękitną sukienkę i takież pantofle, włosy splotła w warkocz.

 

Obok niej sie­dzie­li jej ro­dzi­ce… ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

oraz wło­sach za­cze­sa­nych w kok. ―> …oraz wło­sach upiętych w kok.

 

Dalej z mał­żon­ką i synem sie­dział brat matki Bena. ―> Wystarczy: Dalej, z mał­żon­ką i synem, sie­dział wuj Bena.

 

męż­czy­zna z cie­niut­kim wą­si­kiem na twa­rzy. ―> Zbędne dopowiedzenie – czy istniała możliwość, aby miał wąsik w innym miejscu?

 

Obok niego sie­dzia­ła jego dużo młod­sza, ru­do­wło­sa part­ner­ka i jed­no­cze­śnie sio­stra ojca Bena. ―> Pierwszy zaimek zbędny.

Można krócej: Obok sie­dzia­ła jego dużo młod­sza, ru­do­wło­sa part­ner­ka, ciotka Bena.

 

Ten rudy, ły­sie­ją­cy czło­wiek sie­dział po lewej stro­nie swo­je­go syna. Zaraz obok prze­by­wał jego otyły i po­zba­wio­ny wło­sów ro­dzic razem z krót­ko ob­cię­tą, siwą żoną. ―> Bardzo niezrozumiały i nic niemówiący fragment.

 

Naj­bar­dziej z to­wa­rzy­stwa wy­róż­niał się męż­czy­zna w czer­wo­nej ko­szu­li… ―> W towarzystwie najbardziej wyróżniał się mężczyzna w czerwonej koszuli

 

nie cze­ka­jąc na in­nych za­brał się za je­dze­nie… ―> …nie cze­ka­jąc na in­nych, za­brał się do je­dze­nia

 

– No co? Jest po­da­ne, to jem – od­po­wie­dział jej… ―> Zbędny zaimek – wiadomo komu odpowiedział.

 

– Miał dużo szczę­ścia, że mu się nie tra­fi­ły włosy po moim mężu i synu.Ode­zwa­ła się druga se­nior­ka. ―> – Miał dużo szczę­ścia, że mu się nie tra­fi­ły włosy po moim mężu i synu – ode­zwa­ła się druga se­nior­ka.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi.

 

– Mia­łem wy­star­cza­ją­co upo­ko­rzeń i bez ich fry­zu­ry – po­my­ślał chło­pak, ale po­sta­no­wił ten fakt prze­mil­czeć. ―> Myśli nie zapisuje się tak jak dialogu.

Proponuję: Mia­łem wy­star­cza­ją­co upo­ko­rzeń i bez ich fry­zu­ry – po­my­ślał chło­pak, ale po­sta­no­wił ten fakt prze­mil­czeć.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli.  

 

jak wiel­ką nie­chę­cią darzy go obec­ny so­le­ni­zant. ―> Zbędne dopowiedzenie, tam nie ma innego solenizanta.

 

– Ben jest obec­nie bi­blio­te­ka­rzem… ―> Wystarczy: – Ben jest bi­blio­te­ka­rzem

 

– Ale sa­me­mu to masz spa­sły be­bech… ―> – Ale sa­m to masz spa­sły be­bech

 

ubrał strój w tym samym od­cie­niu. ―> W co ubrał strój???

Stroju się nie ubiera. Strój można włożyć, założyć, przywdziać, odziać się weń, ubrać się weń, ale stroju nie można ubrać.

Za ubieranie stroju, tak jak za ubieranie każdej odzieży, grozi surowa kara – trzy godziny klęczenia na grochu, w kącie, z twarzą zwróconą ku ścianie i rękami w górze!

Winno być: …włożył strój w tym samym od­cie­niu.

 

Była to ko­szu­la, spodnie spię­te pasem… ―> Była to ko­szu­la, spodnie z pasem

 

bo­ha­ter do­cze­pił do ka­po­cy dwa je­le­nie rogi… ―> Pojedyncze poroże jelenia może ważyć trzy do czterech kg. Obawiam się, że próba doczepienia poroża do kaptura spełzłaby na niczym – tego się zwyczajnie nie da zrobić.

Domyślam się, że kapoca to slangowa nazwa kaptura.

 

Kiedy był go­to­wy spoj­rzał w kie­run­ku swo­ich ma­sko­tek. – Przy­da­ły­by mi się jesz­cze rę­ka­wi­ce, ale nie było już mnie stać… ―> Wypowiedź dialogową zaczynamy w nowym wierszu. Proponuję nieco krócej:

Kiedy był go­to­wy spoj­rzał na maskotki.

– Przy­da­ły­by mi się jesz­cze rę­ka­wi­ce, ale nie było już mnie stać…

 

W każ­dym razie każdy sza­nu­ją­cy się… ―> Brzmi to fatalnie.

Może wystarczy: W każdym razie szanujący się

 

Ben we­pchnął kró­li­ka do kie­sze­ni tak, że wy­sta­wa­ła mu głowa, a na­stęp­nie razem z nim udał się do gości. ―> Czy istniała możliwość, aby, wsadziwszy królika do kieszeni, udał się do gości bez niego?

Wystarczy: Ben we­pchnął kró­li­ka do kie­sze­ni tak, że wy­sta­wa­ła mu głowa i udał się do gości.

 

Ben pod­szedł do stołu by chwy­cić bu­tel­kę z winem… ―> Wcześniej napisałeś, że wino było podane w szklanych dzbankach.

 

I żeby była ja­sność… tzn. ciem­ność… ―> I żeby była ja­sność… to znaczy ciem­ność

Nie używamy skrótów.

 

Wspi­nać na drze­wa się nie po­tra­fił… ―> Nie potrafił wspinać się na drzewa

 

Na szczę­ście w oko­li­cy zo­ba­czył ba­wią­ce­go się chłop­ca i udał się do niego. ―> A może krócej: Na szczę­ście zo­ba­czył ba­wią­ce­go się chłop­ca i podszedł do niego.

 

– Hej mały, masz tu 7 cu­kier­ków… ―> – Hej mały, masz tu siedem cu­kier­ków

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

że dam mu 7 cu­kier­ków, a w rze­czy­wi­sto­ści dałem mu tylko 6… ―> …że dam mu siedem cu­kier­ków, a dałem tylko sześć

 

Choć nie­któ­rzy lu­dzie wy­ty­ka­li Wład­cę Ciem­no­ści pal­cem… ―> Choć nie­któ­rzy lu­dzie wy­ty­ka­li Wład­cę Ciem­no­ści pal­cami

 

Wład­ca Ciem­no­ści, w swoim czar­nym stro­ju wraz z no­wy­mi rę­ka­wicz­ka­mi na rę­kach… ―> Wład­ca Ciem­no­ści, w czar­nym stro­ju i no­wy­ch rę­ka­wicz­ka­ch

 

bi­blio­te­ka na­sy­co­na la­bi­ryn­tem re­ga­łów… ―> Czy regały na pewno nasycają bibliotekę?

 

 …po­wie­dział Wład­ca Ciem­no­ści, chwy­ta­jąc swoją ma­skot­kę… ―> Zbędny zaimek.

 

po­sa­dził swo­je­go kró­li­ka na stole… ―> Jak wyżej.

 

na stro­ny, które sa­me­mu za­czął wer­to­wać… ―> …na stro­ny, które sa­m za­czął wer­to­wać

 

że tej wy­pra­wy mo­że­my nie prze­żyć, a wtedy nie zwró­ci­my mu tej liny… ―> Powtórzenie.

 

po ponad 4 go­dzi­nach… ―> …po ponad czterech go­dzi­nach

 

i ze­rwie wszyst­kie twoje ubra­nia. ―> …i ze­rwie twoje ubra­nie.

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą mamy na sobie, to ubranie.

 

– Wy­bacz mi zatem brak dys­kre­cji, ale po co ci… ―> Raczej: – Wy­bacz mi zatem ciekawość, ale po co ci

 

Jego twarz zdo­bi­ły oku­la­ry i kilku dnio­wy za­rost. ―> Jego twarz zdo­bi­ły oku­la­ry i kilkudnio­wy za­rost.

 

Ubra­ny był w biały po­ran­nik i bam­bo­sze… ―> A może zwyczajnie: Ubra­ny był w biały szlafrok i bam­bo­sze

SJP PWN nie zawiera słowa porannik.

 

– Za­sa­da numer jeden – jeśli je­steś świa­to­wej sławy ło­trem… ―> – Za­sa­da numer jeden: jeśli je­steś świa­to­wej sławy ło­trem

Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach, bo sprawiają, że zapis staje się mniej czytelny.

 

w wieku około 30. ―> …w wieku około trzydziestki.

 

zanim nas zje, prze­nio­sę nas poza jego stre­fę. ―> Powtórzenie.

 

– Oczy­wi­ście! Wcho­dzę w to! – Od­po­wie­dział Wład­ca Ciem­no­ści… ―> – Oczy­wi­ście! Wcho­dzę w to! – od­po­wie­dział Wład­ca Ciem­no­ści

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pierwszą wspólną cechą było miano – Antonimowie… ―> Czy tu aby nie miało by: Pierwszą wspólną cechą było miano – antonimy

 

Nie, Antonimowie to moja autorska nazwa tej dwójki, która nawiązuje do wyrazu antonimy.

 

W ten sposób powstał świat, wypełniony wieloma rozumnymi rasami, różnymi bestiami, magią, tajemniczymi lokacjami i zaginionymi artefaktami. ―> Jak artefakty, które właśnie powstały, mogły być zaginione?

Chodziło mi o to, że dla ras (pionków, figur) żyjących w tym świecie te artefakty są zaginione, gdyż z założenia zostały ukryte. Wiadomo, że zostały stworzone i zakodowano w świadomości, że są zaginione, ale nikt nie wie jak powstały.

 

Liczeniki zapisujemy słownie.

Dzięki jesteś drugą osobą, która mi o tym pisze, więc jak będę mieć czas, to postaram się naprawić.

 

jego nemezis udał się do akademii magii by zostać najpotężniejszym z czarodziei. ―> Nemezis / nemezis jest rodzaju żeńskiego, więc: …jego nemezis udała się do akademii magii by zostać najpotężniejszą z czarodziejek

Ale tu piszę o mężczyźnie, a nie o kobiecie i miałem w zamyśle określenie nemezis jako największy wróg. W polskim jeszcze nie jest to aż tak rozpowszechnione.

https://www.dictionary.com/e/enemy-vs-nemesis/

 

używania potężnych technik, należących do wielkich wojowników… ―> Czy techniki mogą należeć do kogoś?

Proponuję: …używania potężnych technik, stosowanych przez wielkich wojowników

Chodzi o ich unikalne, autorskie techniki, a nie stosowane przypadkowo. Tak jak wiedzę można posiadać, tak samo techniki, ale pomyślę jeszcze nad tym określeniem.

 

czy istniała możliwość, aby rzeczone buty nosił w innym miejscu, nie na stopach?

Mógł je nosić na uszach, w końcu to dość dziwna postać.

 

Czy mężczyźni noszą buty na wysokich obcasach?

W dzisiejszych czasach można się z takimi przypadkami spotkać. Zresztą bohater mógł mieć buty na płaskiej, sportowej podeszwie.

 

Wina raczej nie podaje w dzbankach

Zaskoczę Cię, ale gdy byłem w pewnej restauracji, na wigilii firmowej bodaj 2 lata temu, to wino właśnie było zaserwowane w takim samym dzbanku jak sok pomarańczowy, więc myślałem, że to sok wiśniowy, ale w porę się zorientowałem i zrezygnowałem :)

 

– Ben jest obecnie bibliotekarzem… ―> Wystarczy: – Ben jest bibliotekarzem

To kwestia dialogowa, więc postać mogła tak powiedzieć. Zwłaszcza, że Ben może być osobą, która może dość szybko tracić/zmieniać pracę i trudno za nim nadążyć.

 

Stroju się nie ubiera. Strój można włożyć, założyć, przywdziać, odziać się weń, ubrać się weń, ale stroju nie można ubrać.

Hańba mi, bo czytałem kiedyś na ten temat, a i tak powtórzyłem ten błąd :(

 

bohater doczepił do kapocy dwa jelenie rogi… ―> Pojedyncze poroże jelenia może ważyć trzy do czterech kg. Obawiam się, że próba doczepienia poroża do kaptura spełzłaby na niczym – tego się zwyczajnie nie da zrobić.

Domyślam się, że kapoca to slangowa nazwa kaptura.

Brakowało mi synonimu, a nie chciałem zrobić powtórzenia, a co do doczepiania, to wyobraziłem sobie, że sobie zrobił taką ramkę.

 

– Wybacz mi zatem brak dyskrecji, ale po co ci… ―> Raczej: – Wybacz mi zatem ciekawość, ale po co ci

Ten fragment użyłem w taki sposób, bo się z nim już wcześniej spotkałem w jakiejś serii i uznałem, że zabrzmi zabawnie.

 

 

 

Bardzo dziękuję za tak wnikliwe wypunktowanie błędów i pozdrawiam :)

 

 

 

 

Bardzo proszę, Mordocu, i dziękuje za wyjaśnienia. :)

Milo mi, jeśli w czymkolwiek pomogłam, ale chciałabym, abyś wiedział, że wszystkie moje uwagi to tylko sugestie i propozycje. To jest Twoje opowiadanie i będzie napisane takimi słowami, które uznasz za najwłaściwsze.

 

Odniosę się tylko do Twojej wypowiedzi:

Ale tu piszę o mężczyźnie, a nie o kobiecie i miałem w zamyśle określenie nemezis jako największy wróg. W polskim jeszcze nie jest to aż tak rozpowszechnione.

Mordocu, piszesz po polsku i publikujesz opowiadanie na polskim portalu, więc powinieneś używać pisowni właściwej dla języka polskiego.

Dołączony link na nic mi się zdał, albowiem nie znam angielskiego.

 

Zaskoczę Cię, ale gdy byłem w pewnej restauracji, na wigilii firmowej bodaj 2 lata temu, to wino właśnie było zaserwowane w takim samym dzbanku jak sok pomarańczowy…

Nie zaskoczyłeś. W restauracji najprawdopodobniej podano wino dostarczone w beczkach, nie w butelkach (jest z reguły tańsze, ale i pośledniejszego gatunku). Wtedy owszem, można podać je w dzbanku. Na użytek domowy kupuje się zazwyczaj wino butelkowane, a tego nie przelewa się do dzbanka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Milo mi, jeśli w czymkolwiek pomogłam, ale chciałabym, abyś wiedział, że wszystkie moje uwagi to tylko sugestie i propozycje. To jest Twoje opowiadanie i będzie napisane takimi słowami, które uznasz za najwłaściwsze.

Jeszcze raz dziękuję, na pewno większość wykorzystam :)

 

Mordocu, piszesz po polsku i publikujesz opowiadanie na polskim portalu, więc powinieneś używać pisowni właściwej dla języka polskiego

Problem jest taki, że brakowało mi konkretnego słowa wyrażającego moje myśli, a w dodatku chciałem uniknąć powtórzenia. Z określeniem Nemezis jako wielki arcywróg i za razem główny rywal protagonisty, spotkałem się w języku polskim, ale niestety nie udało mi się znaleźć odpowiedniego źródła prócz jednej wypowiedzi na jakimś forum internetowym. 

 

Nie zaskoczyłeś. W restauracji najprawdopodobniej podano wino dostarczone w beczkach, nie w butelkach (jest z reguły tańsze, ale i pośledniejszego gatunku). Wtedy owszem, można podać je w dzbanku. Na użytek domowy kupuje się zazwyczaj wino butelkowane, a tego nie przelewa się do dzbanka.

Nie pijam alkoholu, więc nie jestem w nim obyty, więc jedynie mogę napisać żartem, że rodzina Bena także się na tym nie zna :) Podejrzewam jednak, że skoro dalej w tekście napisałem o wylewaniu zawartości butelki, to prawdopodobnie po prostu wcześniej niedokładnie opisałem układ na stole. W każdym razie dziękuję za zwrócenie uwagi :)

Dzięki za odwiedziny Silva :)

Cześć, Mordoc!

 

Niestety, ale początek mocno zniechęcił, gdyż miałem wrażenie czytania jakiegoś streszczenia lub średnio ciekawej kroniki. Wprowadzenie było zbyt rozwlekłe i po prostu nudne. 

Kolejne fragmenty nie były wiele lepsze, choć na pewno bardziej pomysłowe. Nie przepadam za nadmiarem opisów, aczkolwiek być może są amatorzy czytania o tym, jak dokładnie wyglądał każdy z biesiadników. Jeżeli nie ma to większego znaczenia dla fabuły lub nie jest to potrzebne jako środek wyrazu (żeby przykładowo uniknąć powtórzeń lub nie zarzucać czytelnika mnogością nazw własnych), to lepiej z tego zrezygnować. To oczywiście tylko moja skromna opinia. Liczba wprowadzonych postaci również przytłacza, nie mniej niż ich koligacje, które po prostu pomijałem.

Przez chwilę (gdy Ben wylewa wino na głowę tego kowala i wygłasza swoją przemowę) stężenie absurdu osiąga zadowalający poziom, jednak dalsze wydarzenia nie porwały. Rozumiem, że chciałeś nadać swojemu bohaterowi, jak i całemu opowiadaniu, karykaturalny rys, ale moim zdaniem trochę zabrakło lekkości. Wszystko jest nieco zbyt łopatologiczne, zbyt dosłowne. Pomysł miałeś mimo wszystko niezły. Nie była to sztampowa historia i za to plus.  

Wykonanie nie rzuciło na kolana, ale nie było też jakieś przesadnie złe.  

 

Pozdrawiam i oczywiście życzę powodzenia w konkursie!

 

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Dzięki za opinię FilipWij :)

To jest opinia, którą napisałem przed wrzuceniem obrazka potwierdzającego przeczytanie. Nie śledziłem tego, czy w tekście zachodziły później jakieś zmiany. Nie czytałem komentarzy innych użytkowników przed spisaniem własnych uwag.

Powiem szczerze, że nie za bardzo wiem, w jaki sposób skomentować to, co napisałeś.

Nie do końca jestem pewien, czy bohater miał być w zamierzeniu śmieszno-żałosny, czy miałeś inny zamysł, ale wyszło w taki sposób. Kilka razy zastanawiałem się, czy główna postać nie ma po prostu ostrych zaburzeń; właściwie taka interpretacja najbardziej do mnie przemawia, bo zachowanie Bena zdecydowanie nie pasuje do jego wieku. Chorobliwa chęć zemsty na całym świecie, rozmowy z maskotkami, podejście do "mrocznego" ubioru i ostre uwielbienie do słodyczy wskazują raczej na pewne upośledzenie (albo realny wiek w okolicach 10-11 lat; zresztą poboczni bohaterowie traktują Bena, jakby był małym dzieckiem).

W świetle takiej interpretacji ciężko mówić o złu jako takim, bo nie wynika z charakteru, tylko z choroby. Zresztą, zło jest rozumiane przez bohatera w bardzo dziecięcy sposób: kradzież, wylanie na kogoś wina, drobne oszustwo.

Zastanawiam się, czy tekst spełnia wymogi konkursu i jego temat, ale to już dość subiektywna sprawa.

Na pewno opowiadanie mogło być napisane o wiele staranniej, uważam też, że można całkowicie zrezygnować z przydługiego wstępu, który właściwie nic nie wnosi. Zakończenie jest nieco dziwne, pojawia się praktycznie znikąd. Zresztą Drake też zachowuje się dziwnie jak na złą postać – skoro dostał już od Bena to, czego chciał, to po co ma mu w ogóle w czymś pomagać?

Przelewam swoje myśli na kolejne litery i słowa, ale nadal nie do końca potrafię opisać uczucie, jakie towarzyszyło mi podczas czytania. Niedowierzanie? Z nutką irytacji? Zakłopotanie? Skonfundowanie? Na pewno w takim kierunku.

Na pewno nie spodziewałem się takiego tekstu tutaj i chociaż ciężko mi odnaleźć tu jakieś zdecydowanie jasne czy mocne strony, to muszę Ci podziękować za to, że bardzo mnie zaskoczyłeś i dałeś powód do rozmyślań ;)

Dziękuję pięknie za udział w konkursie, życzę miłego dnia ;)

Mortecius 

Moim zamysłem było pójść w stronę parodii gatunku i stąd także głupkowaty, fajtłapowaty bohater, skrajny pod tym względem aż do granic możliwości.

Cieszę się, że zaskoczyłem, bo to było jedno z założeń, między innymi dlatego właśnie ten długi wstęp brzmiący jak w wielkim fantasy z patosem. Bodaj Franz Kafka powiedział, że nie chce swoimi tekstami sprawiać ludziom przyjemności, ale ich szokować, więc można powiedzieć, że szedłem w tym kierunku.

Jeśli chodzi o wymagania konkursu, to złym, który wygrywa tak naprawdę jest Drake. Co do pomocnika, to po prostu można uznać, że potężny zły jeszcze nie odzyskał pełni swoich mocy, a w dodatku nie jest powiedziane, że czarne charaktery nie potrzebują pomocników. Skoro beznadziejność Bena (brak magii) przydał się do przejścia jednej próby, to równie dobrze może on się przydać także w inny sposób ( chociażby dlatego, że ludzie patrzą na niego z politowaniem, więc może robić niecne rzeczy bez podejrzeń). Ale oczywiście większość to już moje dopowiedzenia, więc rozumiem, że czytelnik może na to nie wpaść. Myślałem też o napisaniu kontynuacji, ale tekst się słabo przyjął, więc raczej odpuszczę sobie publikację na stronie. 

 

Dziękuję za opinię i również życzę miłego dnia :)

Jeśli chodzi o wymagania konkursu, to złym, który wygrywa tak naprawdę jest Drake.

Przyjmuję wyjaśnienie, chociaż w takim wypadku szkoda, że pojawia się dopiero na sam koniec ;)

Podczas lektury towarzyszyły mi różne odczucia, ale skupię się na tych końcowych. Po przeczytaniu wykrystalizowało mi się wrażenie, że celowałeś w tekst całkowicie karykaturalny, w parodię. Tyle, że to tylko wrażenie, bo dobra parodia musi spełnić jeden podstawowy warunek: nie pozostawiać żadnych wątpliwości, że nie jest na poważnie. A tutaj czytelnik dowiaduje się, że osiemnastoletni główny bohater przemawia do maskotek, próbuje kupić cokolwiek cukierkami, a na przyjęciu rodzinnym przedstawia się jako Władca Ciemności. Wszystko to opisane dość poważnym tonem, więc można pomyśleć tylko jedno – że robisz sobie z czytelnika jaja. I tak właśnie uważałam, choć cytat Farquaada ze Shreka naprowadził mnie na myśl, że po prostu idziemy w kreskówkowe, przerysowane klimaty.

I kiedy wyobraziłam sobie opowiadanie jako kreskówkę, to się nawet sprawdzało. Wciąż wiek bohatera uważam za grubo zawyżony, ale jakoś już tam mogłam przymknąć oko na różne dziwactwa tekstu. Jedynym elementem humorystycznym, który w mojej opinii tutaj działa, jest crystalnet ze swoją apką. No nie powiem, ten fragment:

– Conor?! Skąd się tu wziąłeś? – spytał Mroczny Mag.

– Pewnie też ściągnął tę aplikację.

mnie rzeczywiście rozbawił. No dobra, duch w jaskini ze swoją groźbą „straszliwej” kompromitacji też jest całkiem niezły.

Przedstawiony świat mocno zbija z tropu. Niby serwujesz nam na początku typowe fantasy, ale później mamy spotkanie rodzinne rodem ze współczesności, by to wrażenie znów rozbiło się o fakt, że wujek bohatera jest kowalem. Czyli znów fantasy. A niedługo później wzmianka o lodówce. Może w czasach takich produkcji jak Naprzód nie powinno mnie to dziwić, ale jeśli to świat, który od magii i miecza przeszedł do elektryczności, wypadałoby to jakoś zręczniej zaznaczyć.

Wstęp do opowiadania jest po prostu nie do przebrnięcia. Gdyby nie obowiązek jurorski, nie przeczytałabym więcej, niż dwa akapity. Za dużo mówienia czytelnikowi zamiast pokazywania. Na domiar – nomen omen – złego ten wykład się ciągnie i ciągnie, i tylko potwornie nuży czytającego.

Technicznie – widać, że jesteś początkujący, aczkolwiek jest w miarę poprawnie. Liczebniki zapisujemy słownie. Gdzieś tam zabrakło kropki na końcu akapitu. Myśli nie zapisujemy od półpauzy, by nie mylić z częścią dialogu. Opisy, w co kto był ubrany, w lwiej części przypadków były całkowicie zbędne.

To opowiadanie, gdyby faktycznie towarzyszył mu zamysł stuprocentowej parodii, przy dobrej realizacji mogłoby wypalić. W obecnej postaci budzi raczej dezorientację i zdziwienie.

Cześć, Silva, dzięki za komentarz. 

po prostu idziemy w kreskówkowe, przerysowane klimaty.

O to mi chodziło, kreskówkowy, przerysowany klimat, połączony z parodią.

 

Jeśli chodzi o wstęp, to miał on na celu przywalić klimatem fantasy z patosem, żeby zaskoczyć czytelnika przejściem własnie na parodię.

 

Co do świata, to nie przepadam za utartymi schematami, dlatego lubię bawić się konwencją, podobnie jak we wspomnianym przez Ciebie “Naprzód”. Aczkolwiek Crystalnet miał w zamyśle opierać się na magicznych kryształach i być po prostu nawiązaniem do współcześnie znanego internetu. W końcu skoro w jakimś świecie istnieje magia, to prawdopodobnie również w przyszłości ludzie będą z niej korzystać w dużym stopniu.

 

Technicznie – widać, że jesteś początkujący, aczkolwiek jest w miarę poprawnie. Liczebniki zapisujemy słownie. Gdzieś tam zabrakło kropki na końcu akapitu. Myśli nie zapisujemy od półpauzy, by nie mylić z częścią dialogu. Opisy, w co kto był ubrany, w lwiej części przypadków były całkowicie zbędne.

Staram się stopniowo eliminować te błędy i prawdopodobnie w kolejnych popełnionych przeze mnie opowiadaniach jest już pod tym względem lepiej. Zapraszam do przeczytania Potęgi Czasu (https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/27113).

 

W obecnej postaci budzi raczej dezorientację i zdziwienie.

Chciałem zaskoczyć i zdziwić czytelnika, aczkolwiek podejrzewam, że w tym wypadku wyszło w negatywnym tych słów znaczeniu.

 

Dzięki za rady i opinię. Pozdrawiam :)

 

Hmmm. Nie mogłam się zdecydować, co czytam: parodię czy poważny tekst. Czasy współczesne czy quasiśredniowiecze (są lodówki, ale żołnierze walczą bronią wykuwaną przez kowala). Bohater jest przedszkolakiem czy dorosłym? Jakoś nie sklejają mi się te elementy.

Też mi się wydaje, że opisy rodziny (gdzie kto siedział, jak był ubrany) można spokojnie wyciąć. A jeśli już, stroje kolorem dobrane do oczu lub włosów? Nieee, nie chciałabym świata kobiet w różnych odcieniach brązu. Chyba że nieźle szalały z fryzjerami i szkłami kontaktowymi.

Osiemnastolatek pracuje w bibliotece. OK, ale czy do tego nie trzeba mieć matury?

Babska logika rządzi!

Cześć Finkla, dziękuję za opinię.

Co do lodówki, to faktycznie bezpieczniej byłoby użyć określenia spiżarnia, aczkolwiek na przykładzie crystal netu jest pokazane, że magia może zastąpić technologię. 

OK, magia może wyrabiać, co chce. Ale armia będzie używać najnowszej broni, a nie czegoś wykutego przez kowala, raz lepiej zahartowanego, raz gorzej.

Babska logika rządzi!

Ale armia będzie używać najnowszej broni, a nie czegoś wykutego przez kowala, raz lepiej zahartowanego, raz gorzej.

Kowal także może posiadać specjalne magiczne przedmioty ułatwiające mu pracę. 

Ale magiczny karabin zabija z większej odległości niż magiczny miecz. :-)

Babska logika rządzi!

Ale magiczny karabin zabija z większej odległości niż magiczny miecz. :-)

Tak samo jak pocisk magiczny, a jednak są wojownicy, którzy lubią walczyć przy użyciu mięśni :)

A wojny wygrywają sportowcy i pojedynkowicze czy sprawne armie? ;-)

Babska logika rządzi!

A wojny wygrywają sportowcy i pojedynkowicze czy sprawne armie? ;-)

W uniwersach fantasy armie padają od potęgi pojedynczych herosów :p

Nowa Fantastyka