- Opowiadanie: Oliada - Iskra

Iskra

Witajcie!

Chociaż z pisaniem mam styczność od kilku lat, jest to moje pierwsze opowiadanie publikowane na fantastyka.pl. Akcja dzieje się w niewielkim i spokojnym miasteczku... albo i nie takim spokojnym. 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Iskra

W pewnej mieścinie o nazwie Dikron, leżącej gdzieś na granicy Rillonu i Circii, w samym sercu suchego, jałowego pustkowia, słowem w okolicy gdzie żadni wędrowcy o czystych sumieniach i godziwych zamiarach się nie zapuszczali, stała karczma. Ktoś mógłby rzec, że w miejscowości liczącej z górą tysiąc mieszkańców nie może być porządnego zajazdu, świecącego radośnie światłami z szerokich okien i mile pachnącego piwem, że pewnie gospoda ta bardziej przypomina chłopską chatę lub myśliwski szałas. Kto by tak rzekł, nie pomyliłby się nawet w jednym detalu. Karczma z zewnątrz wyglądała jak rozwalająca się szopa na siano, w dodatku taka, do której nikt od kilku ładnych lat nie zaglądał. Wiszący nad drzwiami szyld miał wymalowaną nazwę, niestety litery starły się wskutek lat wystawienia na deszcz i promienie słoneczne. Jeżeli do tego wszystkiego dodać ponure i bandyckie gęby mieszkańców mieściny oraz to, że aby dotrzeć w te strony, trzeba było przejechać blisko trzydzieści stajań gołym i suchym pustkowiem, nie dziwił fakt, że przed gospodą nie widać było wiele koni. Przed wejściem, uwiązane do konowiązu, stały tylko dwa pokraczne stworzenia, przypominające zabiedzone i wychudzone chabety. Nie trzeba już więc chyba tłumaczyć, dlaczego mina stojącego przed zajazdem Swena nie wyrażała zachwytu. Chłopak zastanawiał się, czy na pewno dobrze trafił, jak wielu przed nim wziął karczmę za skład na siano. W końcu jednak głód zwyciężył. Pchnął drzwi i wszedł do środka. We wnętrzu budynku wbrew pozorom było dość sporo osób. Ostatecznie mieszkańcy Dikronu nie mieli zapewne innego miejsca do zbierania się popołudniami niż ten właśnie zajazd. Większość stolików była zajęta przez grających, pijących i gadających mężczyzn. Za zbudowanym z częściowo przegniłych desek szynkwasem stał karczmarz, potężny chłop o dość ponurej minie. Swen podszedł do niego.

– Chciałbym… – zaczął, ale gospodarz obcesowo mu przerwał, postawił na blacie kufel spienionego piwa i miskę z kaszą i kapustą. Swen spojrzał niechętnie na zawartość naczynia, ale nie krzywił się za bardzo – w miejscach takich jak to można było za podobną nieuprzejmość dostać nożem pod żebro lub pałką po głowie. Sięgnął do kalety, wydobył stamtąd sakiewkę i położył ją na blacie. Karczmarz szybko przykrył ją dłonią.

– Hej! – krzyknął Swen.

– Uważaj – syknął gospodarz, nachylając się do niego. – Uważaj dzieciaku, gdzie się pokazujesz z pieniędzmi. Jak któryś z tych obwiesiów – ruchem głowy wskazał siedzących przy stołach mężczyzn – zobaczy, że masz je przy sobie, za kwadrans możesz już nie żyć.

Sam wyciągnął z sakiewki kilka monet, potem ukradkiem oddał ją chłopakowi. Swen wziął swój obiad i usiadł przy wolnym stoliku w kącie izby. Jedząc przypatrywał się innym gościom lokalu. Określenie „obwiesie” charakteryzowało ich wręcz idealnie – byli brudni, zarośnięci, ich twarze przedstawiały zaś wszystko oprócz uczciwości, czystości intencji i pobożności. Jeśliby mimo to ktoś miał co do nich jakieś wątpliwości, rozwiewało je ich zachowanie, typowe dla niezbyt bogatych i wykształconych mieszkańców zapadniętych prowincji, leżących daleko od cywilizowanego centrum Rillonu – pili na umór, głośno rechotali i wrzeszczeli, do tego zaś podczas gry w kości kłócili się przy każdym niemal ruchu. Swen mocno żałował, że wypadło mu wjechać do tego miasta, niestety zapasy żywności, przewidziane na tydzień jazdy aż do serca Circii, skończyły mu się już po trzech dniach – mus był więc je uzupełnić, a w odległości przynajmniej trzydziestu stajań nie było żadnych innych ludzkich sadyb.

Swen czym prędzej dokończył posiłek. Nie chciał zbyt długą obecnością prowokować lokalnych patriotów i opryszków do prób mało pokojowego wywalenia go z ich ziemi, wstał tedy i nie zwracając niczyjej uwagi podszedł znów do szynkwasu. Karczmarz zmierzył go wzrokiem, nic jednak nie powiedział.

– Zgodnie z waszą radą – powiedział cicho chłopak – chciałbym czym prędzej wynieść się z tej okolicy. Do tego potrzeba mi jednak prowiantu na cztery, pięć dni. Możecie mi go sprzedać?

Karczmarz chwilę milczał, potem kiwnął głową i znikł za drzwiami na zaplecze. Swen oparł się o bufet, przezornie nie obracając głowy w kierunku izby i próbując nie zwracać na siebie uwagi. Nie udało mu się.

Poczuł walnięcie w plecy, aż się zakrztusił. Miał zamiar udawać kompletnie pijanego, teraz jednak poderwał głowę i spojrzał z oburzeniem na wielkiego, zarośniętego i śmierdzącego alkoholem bardziej niż gorzelnia mężczyznę.

– No paniczyku – wybełkotał pijak, opierając się o szynkwas tuż obok. – Nie bądź cham, postaw kolejkę mnie i kolegom. Nowy jesteś, obcy, tedy mus ci wkupne zapłacić.

Koledzy tamtego otoczyli Swena. Było ich trzech, wszyscy niezbyt trzeźwi ale za to nastawieni bojowo. Chłopak nie miał ochoty wszczynać awantury, rozejrzał się więc za karczmarzem, którego jednak nadal nie było w izbie.

– Widzicie panowie – uśmiechnął się z wymuszeniem – że nie ma gospodarza. Jak tylko wróci, dostaniecie swoje piwo.

– Dawaj pieniądze – warknął jeden z kolegów tego najbardziej zarośniętego. – My już sami sobie kupimy.

– Pieniędzy wam nie dam – odparł spokojnie chłopak.

Zarośnięty pochylił się do niego, odsunął opadające na twarz włosy.

– Nie dasz? – wycharczał wściekle. – Nie dasz!? Dalej chłopy! Zabrać mu sakiewkę, a dać przy okazji parę kuksańców, co by się uspokoił.

Swen zwinął się i chciał odskoczyć, nie zdążył. Jeden z kompanów kudłacza chwycił go za kark, przyparł do szynkwasu. Drugi uniósł w dłoni glinianą miskę, zamierzając się, by walnąć chłopca w głowę. Natychmiast też wypuścił naczynie z ręki, sam zaś zatoczył się w tył pod ciosem pałki. Trzymający Swena podobnie poleciał do tyłu, wpadł na jeden ze stołów.

– Bez burd – powiedział karczmarz, zawijając pałką. – Bez awantur. Nie w moim lokalu.

Zbóje cofnęli się. Było ich czterech, mimo to ich respekt przed gospodarzem musiał być spory, wyszli bowiem z karczmy, nie protestując nawet słowem. Karczmarz patrzył za nimi długo i dość ponuro.

– Teraz musisz naprawdę się spieszyć chłopcze – powiedział do Swena. – Tu masz jedzenie, siadaj czym prędzej na konia i jedź stąd co rychlej.

Swen kiwnął głową.

Plac przed karczmą, na jego szczęście, był pusty. Pijani zbóje albo nie mieli zamiaru mścić się na nim, albo też nie zdążyli jeszcze wrócić z domów z nożami i maczetami – dość, że odwiązującemu od konowiązu wierzchowca Swenowi nikt nie przeszkadzał. Kłopoty zaczęły się, gdy wyprowadził go na ulicę i miał zamiar wskoczyć na siodło. Spomiędzy chat wyłoniły się draby. Poza czwórką, która zaczepiła chłopaka w karczmie, było między nimi jeszcze trzech innych. Swen cofnął się o krok, z wiszącej przy siodle wierzchowca pochwy wydobył kord. Tamci zbliżyli się półkolem, otoczyli go. Nie bawili się w stawianie warunków ani inne ceregiele. Kudłaty olbrzym pierwszy zamachnął się trzymaną w ręku płotową sztachetą. Swen skoczył na niego a drab, zaskoczony takim posunięciem, przez moment nie zareagował. Swenowi to wystarczyło. Gardą uderzył przeciwnika w nos, z rozpędu wyrżnął go barkiem w pierś, wraził mu łokieć w splot słoneczny, na dobre zakończenie zaś kopnął go w nogę. Wielki mężczyzna bez jęku osunął się na ziemię, Swen zaś odskoczył na krok i obrócił się frontem ku reszcie napastników. Wszystko to stało się tak szybko, że tamci dopiero teraz ruszyli się z miejsc. Ich miny były jednak zacięte. Swen westchnął. Nie dał im się zbliżyć, sam zaatakował. Skoczył pomiędzy nich jak pantera, jak pantera począł zwijać się i rozdawać ciosy. Dla syna elfki i człowieka z północy ci pijacy i rabusie wydawali się wolni i bezradni jak dzieci. Walka nie trwała długo. Swen po chwili wyskoczył z ciżby i cofnął się na bezpieczną odległość. Dyszał ciężko, jednak tylko ze zmęczenia, nie był poważnie ranny. Dwukrotnie oberwał pałką, raz w lewy bark, drugi raz w plecy, żaden jednak cios nie był groźny. Ze zbójów natomiast jedynie trzech trzymało się wciąż na nogach. Swen zdziwił się, że nie atakują, choć w zasadzie powinni mieć już dosyć. Pijacy jednak nawet nie zwracali na niego uwagi, wszyscy trzej klęknęli obok jednego z powalonych kolegów. Chłopak ostrożnie zbliżył się, węsząc podstęp. W końcu stanął tuż obok nich, wtedy zobaczył, na co patrzą. Jeden z tych leżących miał rozpłatane gardło, krew powoli spływała na ziemię. Mężczyzna nie ruszał się, nie oddychał. Zbóje powoli wstali i odsunęli się od Swena. Wokół zbierał się już mały tłumek mieszkańców. Chłopak w milczeniu patrzył na pozbawione życia ciało. Po chwili obok pojawiło się kilku mężczyzn z mieczami przy bokach i ubranych w grube, mocne kurtki. Trzech zajęło się aresztowaniem zbójów, czwarty, o krótkiej, szczeciniastej, czarnej brodzie, podszedł do Swena i wyciągnął rękę.

– Kord – rozkazał. Chłopak bez protestów oddał mu broń.

– Jestem niewinny – powiedział. – Napadnięto mnie.

Strażnik miejski pokręcił głową.

– To już burmistrz rozstrzygnie – oświadczył sucho. – Idziesz z nami.

Chłopak westchnął i kiwnął głową.

 

***

 

Standardy zbudowanego w zastępstwie ratusza urzędu burmistrza nie różniły się wiele od standardów karczmy, w której Swen jadł obiad. Wzniesiono go z nieco tylko lepszego drewna i nielicznych cegieł, było tu też trochę bardziej czysto. Jedyne okno jedynej izby na piętrze budynku wychodziło na niewielki rynek miasteczka. Widok jednak nie był zbyt piękny. Plac był błotnisty i pełen kałuż po niedawnym deszczu, główną zaś jego atrakcję stanowiła dwuosobowa szubienica. Na samego burmistrza przyszło im trochę poczekać. W gabinecie siedzieli tylko Swen i brodaty strażnik miejski. Chłopak był dość markotny. Do zadawania śmierci nigdy się nie przywyka, zawsze ma się wyrzuty sumienia, jednak nawet nie o to chodziło. Chłopak przede wszystkim martwił się teraz o własną skórę. Nie znajdzie zapewne świadków, którzy potwierdziliby, że to on został napadnięty, bał się też, że burmistrz nie będzie chciał budzić złości mieszkańców miasteczka i uzna, że powieszenie włóczęgi mniej go będzie kosztowało.

“Głupio by było”, pomyślał, “zginąć w tak głupi sposób i z takiego głupiego powodu”.

Uniósł głowę słysząc skrzyp zawiasów. W drzwiach stał wysoki, chudy mężczyzna. Jego poorana zmarszczkami twarz nie była bynajmniej obliczem starca, raczej człowieka, którego życie pełne jest zgryzot. Nie był nawet w jednym detalu podobny do okrągłych, pucołowatych burmistrzów wielkich miast, jakich Swen miał okazję widywać do tej pory. Ten mężczyzna zdawał się być bardziej najemnikiem lub żołnierzem.

“W zasadzie nie ma się co dziwić”, stwierdził w duchu chłopak. “W takim miejscu burmistrz zapewne nie ma czasu by przesiadywać przesadnie długo za biurkiem. Częściej pewnie jest w siodle, niż na krześle”.

Burmistrz kilkoma krokami przemierzył niewielką odległość dzielącą go od stojącego pod ścianą stołu, usiadł przy nim, kiwnął głową brodatemu mężczyźnie. Na Swena nawet nie zerknął.

– Dziękuję ci Drego – rzekł do strażnika. – Jak zdążyłem już zasłyszeć, szybko zareagowaliście. Dziękuję ci, jesteś wolny.

Brodacz wstał, skłonił się lekko i wyszedł. Burmistrz chwilę siedział w milczeniu, potem wstał, podszedł do niewielkiego kominka i dorzucił doń szczapę drewna. Swen obserwował go, nie kwapił się jednak by zacząć pierwszy mówić.

– Urząd burmistrza, czy bardziej szeryfa, piastuję od bez mała trzydziestu lat – odezwał się niespodziewanie mężczyzna. – I przez cały ten czas widziałem ledwie kilkunastu ludzi spoza tej zapadłej mieściny. Owszem, dość często mamy tu burdy, jednak prawie nigdy nie padają trupy. Teraz zaś przyjeżdżasz ty, chłopcze, i w walce jeden przeciwko sześciu zabijasz tutejszego mieszkańca. Nie wiem czy powinienem bardziej gratulować ci umiejętności i brawury, czy też złościć za zburzenie spokoju w mieście.

Zamilkł. Swen nadał nie spieszył się z odzywaniem.

– Za zabójstwo w pojedynku grozi szubienica – ozwał się po chwili znów burmistrz. – Nijak mi jednak sklasyfikować jako pojedynek potyczki, w której sześciu pijaków napada jednego chłopaka. Domyślam się, jak sprawa faktycznie wyglądała. Mam jednak związane ręce młodzieńcze.

Zamilkł znowu, a Swen tym razem postanowił się odezwać.

– Jesteście tu stróżem prawa – przypomniał delikatnie.

– Jestem – przyznał mężczyzna. – Ale to nie jest moje miasto. Jeżeli uniewinnię cię i puszczę wolno, nie dojedziesz nawet do opłotków. Dorwą cię i zmasakrują w ramach samosądu. Mógłbym dać ci eskortę, ale wówczas prawdopodobnie przyszli by tutaj z nożami i pochodniami. Ci ludzie są dzicy, chłopcze, a ty zabiłeś jednego z nich. Tamten zmarły mężczyzna nazywał się Roki. Mało kto go lubił, większość życzyła mu stryczka, jednak teraz gdy to ty, obcy przybłęda, go zabiłeś, nie spoczną póki cię nie dostaną. Teraz rozumiesz?

– Rozumiem – kiwnął głową Swen. – Cóż więc pozostaje wam i mnie?

Szeryf milczał długo.

– Dam ci możliwość rehabilitacji – powiedział w końcu. – Tak by wilk, czyli mieszczanie, był najedzony, owca zaś, którą jesteś ty, przeżyła.

Zamilkł na chwilę, po czym kontynuował:

– Od jakiegoś czasu znikają u nas ludzie. Kilkanaście kobiet, mężczyzn i dzieci zniknęło z miasta w niewyjaśnionych okolicznościach. A raczej – okoliczności są niewyjaśnione, lecz znane. Wszyscy po prostu jakby się pod ziemię zapadli. Nie wymagam od ciebie ukarania sprawcy, ale musisz go odnaleźć. Jak ci się uda – odjedziesz wolno, jeszcze na drogę podaruję ci sakiewkę.

Swen westchnął.

– Jak miałbym się za to wziąć? Skoro jest tak niewiele informacji, śledztwo zajmie pewnie kilka tygodni, ja zaś nie mam tyle czasu.

– Są dwie osoby, które mogłyby ci udzielić pewnych informacji – odparł burmistrz. – Pierwsza to kapłan z naszej kapliczki. Twierdzi, że widział raz, jak coś porwało jedną kobietę która po zmroku wyszła przed dom. Druga osoba to nasza lokalna czarownica, ale z nią ostrożnie. Nie jest zbyt towarzyska i bardzo nie lubi mieszkańców naszego miasta. Wątpię czy zechce ci pomóc, ale wie dużo i kto wie, może coś od niej wyciągniesz.

Swen kiwnął głową.

– Cóż, dobrze. Jeśli to ma być cena mojej wolności…

Burmistrz kiwnął głową.

– Świetnie. Będziesz musiał zostawić u mnie konia, bym miał pewność, że nie uciekniesz. Idź do kapłana, to po drugiej stronie rynku, ja zaś ogłoszę ludziom nasz pomysł. Nienawidzą cię, ale bardziej jeszcze boją się tych tajemniczych zniknięć, ustąpią więc. Powodzenia chłopcze.

 

***

 

Kapłan dikrońskiej kaplicy prezentował się dość sympatycznie. Miał około sześćdziesięciu lat i poczciwą twarz prawdziwie wierzącego człowieka. Kaplica zdawała się być dla niego całym światem, kochał ją tak, jak starsi ludzie często kochają zamieszkiwane od dzieciństwa domy. Ciągle się też uśmiechał. Z uśmiechem powitał Swena, z uśmiechem wysłuchał z czym chłopak przychodzi.

– Niestety – westchnął. – Tak też sądziłem, że nie przychodzisz się pomodlić synu. W tym mieście naprawdę rzadko ktoś przychodzi w to święte miejsce by porozmawiać z bogami. No ale cóż, godzi się pomóc bliźniemu, tym bardziej, że chodzi o sprawę kryminalną, o śmierć niewinnych osób. Usiądźmy – gestem zaprosił chłopaka na stojącą pod ścianą ławkę.

– Nie wiem wiele – zaczął mówić kapłan. – Obawiam się, że nieco cię rozczaruję. Ale opowiem ci jak to było. Wyszedłem po zmroku z kaplicy, gdyż do późna sprzątałem w niej, i poszedłem do mojego domu, leżącego na skraju miasta. Gdy byłem już blisko, dostrzegłem przechadzającą się przy domu kobietę. Wtedy z ciemności wyskoczyło to coś, istny demon o którym mówi Księga Panów. Zęby miało długie na łokieć, szpony na dwa. Ucapiło w wielkie łapy kobietę i zniknęło w mroku. Jam z przerażenia zemdlał, gdy się ocknąłem, świtało już. Co tchu pobiegłem do burmistrza i opowiedziałem mu to wszystko. Wysłał zbrojnych, ale nie znaleźli żadnych śladów. Pewno by nikt mi nie uwierzył, gdyby nie to, że kobieta owa istotnie zniknęła.

Staruszek westchnął i zgarbił się.

– Twierdzicie – odezwał się niepewnie Swen – że w okolicy grasuje porywający i zjadający ludzi demon? Jeśli tak…

– Nadejdzie czas, gdy ludzie odwrócą się od wiary, szydzić z niej będą, a jej nauki za nic sobie mieć – zacytował kapłan. – Wówczas bogowie ześlą im demona, który szaleć będzie po ziemi przez dni pięć, aż niewierni znów oblicza swe ku Panom obrócą. Tak chłopcze, temu grzesznemu miastu pilnie potrzeba nawrócenia, a do tego każda droga jest dobra. Uważam wszelako, że demon ów to nie boży wysłannik, lecz potwór na usługach okolicznej wiedźmy. Mówią wszak, że baby takie jak ona ludzi mordują, skórę wieszają na ścianach, zaś kości i mięso gotują i warzą z nich swoje okropne eliksiry.

– Burmistrz radził mi do niej również zwrócić się po radę – powiedział Swen. Kapłan gwałtownie zamachał rękami.

– Nie! – krzyknął. – Jeśli w ogóle wyszedłbyś z jej chaty żywy, i tak byłoby to duże szczęście. Z całą pewnością zaś nie powiedziałaby ci nic, gdyż sama jest sprawczynią tych morderstw. Mówiłem to już burmistrzowi, nie chciał jednak mnie słuchać.

Swen wzruszył ramionami.

– Zależy mi na znalezieniu mordercy i to w możliwie krótkim czasie. Przedstawiasz mi jednak tutaj twoje prywatne zdanie i hipotezę. Mi to może wystarczyć, ale burmistrzowi nie wystarczy. Zażąda dowodów.

– Zdobędziemy je! – wykrzyknął podniecony starzec. – Obiecuję! Pojedź ze mną do jej domu a przyrzekam, że zdobędziemy dowody zdolne przekonać i burmistrza i całe miasto. W jej chacie muszą być jakieś ślady, szczątki, bogowie dopomóżcie, może nawet i żyjący jeszcze ludzie. Musimy ich uratować!

Kapłan tak zapalił się do tej misji, że zerwał się z ławki i czerwony na twarzy zaczął machać rękami. Swen, chociaż entuzjazmu okazywał zdecydowanie mniej, w duchu nie miał nic przeciwko eskapadzie. Ostatecznie, skoro nie miał tropów, mógł czas tracić równie dobrze w taki jak i inny sposób.

– Kiedy się tam wybierzemy? – zapytał.

– Wiem, że często wyjeżdża gdzieś w nocy – odparł kapłan. – Wraca o świcie. Jej chata jest dość daleko, musielibyśmy wyruszyć zaraz po zapadnięciu zmroku, by nie budzić niczyich podejrzeń. Jeśli jednak burmistrz zabrał ci konia, marsz zajmie nam większość nocy. Powinniśmy tedy dotrzeć na godzinę przed świtem. Wystarczy nam czasu na poszukiwania, ale będziemy się musieli stamtąd dość szybko zabierać później, by wiedźma nas nie dopadła.

– Zgoda – kiwnął głową Swen.

 

***

 

 

Noc była bardzo ciemna. Chmury całkowicie niemal zasłaniały niebo, gwiazdy nie świeciły, można było się bez mała potknąć o własne nogi. Szczęściem kapłan dobrze orientował się w okolicy, prowadził bezbłędnie. Jak na sześćdziesięciolatka poruszał się wyjątkowo żwawo, Swen ledwo mógł za nim nadążyć. Na szlaku, wśród przyjemnych przygód, przeżył też dużo nieprzyjemnych, nie pamiętał jednak równie przerażającej i okropnej jak ta nocna wędrówka. Kleiły mu się oczy, nogi plątały, co chwila potykał się o kamienie i wgłębienia w ziemi. Prowadzący kapłan był ledwo widoczny, nieraz niknął Swenowi z oczu, a wtedy chłopak miał wrażenie, że jest sam w nocnych ciemnościach. Wówczas włosy jeżyły mu się na głowie.

Nie wiedział ile trwał ten marsz, zatracił się w ciemnościach i strachu. Zdziwił się jednak, gdy kapłan niespodziewanie zatrzymał się i trącił go łokciem.

– To tutaj – szepnął.

– Już? – zdziwił się chłopak. Zdawało mu się, że maszerują góra godzinę, jednak majaczący w mroku zarys chaty nie mógł budzić wątpliwości.

– Dopiero – sprecyzował staruszek. – Jesteśmy bardzo późno. Spójrz, słońce niedługo będzie wschodziło. Musimy się spieszyć.

Swen spojrzał na wschód. Istotnie, jaśniały tam już pierwsze światła jutrzenki. Nie miał ochoty zostać nakrytym przez wiedźmę na myszkowaniu w jej domu, pospieszył więc za kapłanem, który już podchodził pod drzwi. Razem ostrożnie weszli do środka. Swen spodziewał się, że uderzy go odór rozkładających się zwłok, powitał go natomiast wcale miły zapach ziół. Rozejrzał się po izbie. Nie była duża i definitywnie nie było z niej żadnych innych wyjść, pomieszczenie musiało więc wypełniać całą chatę. W kącie stało łóżko, puste jednak, czarownicy ewidentnie nie było w domu. Siedzący na parapecie okna wielki, czarny kocur, zamiauczał przeraźliwie. Swen i kapłan wstrzymali oddech, nikt jednak nie odpowiedział na to zawołanie.

– Rozejrzyj się tu – powiedział normalnym już tonem starzec. – Ja obejdę okolicę, może znajdę jakąś piwniczkę, czy coś takiego.

Swen kiwnął głową i wziął się za myszkowanie. Zaczął od leżącej na podłodze dziczej skóry, służącej za dywan. Był absolutnie przekonany, że znajdzie pod nią klapę prowadzącą pod ziemię, był tego tak pewien, że jego zdziwienie, gdy napotkał zwykłe deski, nie miało granic. Wzruszył ramionami i podszedł do łóżka. Leżał pod nim niewielki kociołek a także wysłużona miotła, spleciona z wiklinowych pędów. Kociołek nie sprawiał jednak wrażenia, jakby niedawno coś w nim gotowano, przeciwnie, cały niemal był pokryty rdzą. Swen podszedł więc do stojącej przy ścianie wielkiej szafy. Czarny kocur obserwował go uważnie, siedzący na zwisającej z sufitu belce jastrząb wbijał w niego morderczy wzrok. Swen otworzył szafę. Jego oczom ukazały się półki, wypełnione całymi rzędami butelek, flakonów, fiolek i słoików. W naczyniach były płyny różnej barwy, a także zasuszone jaszczurki, zeschnięte liście, ciecz o barwie krwi oraz wiele, wiele innych, paskudnych rzeczy. Swen sięgnął po zielony eliksir w niewielkiej, zakorkowanej buteleczce.

– Ostrożnie – usłyszał za plecami drwiący, kobiecy głos. – Dostałbyś od niego straszliwego bólu brzucha.

 

***

 

Swen obrócił się powoli. Bardzo powoli. Nie zamierzał ryzykować, że ktoś stojący za jego plecami zbyt szybki ruch uzna za próbę ucieczki lub ataku. Stanął frontem do drzwi i oniemiał. Z opowieści burmistrza i kapłana, mówiących mu o wiedźmie, chłopak wyrobił sobie pewien obraz owej czarownicy, obraz niezwykle podobny do wiedźm z legend. Spodziewał się więc zgarbionej staruchy, ubranej w łachmany, z zakrzywionymi w szpony dłońmi i złośliwością w oczach. Z całą pewnością nie spodziewał się zaś tego co zobaczył. Czarownica była młoda, lub przynajmniej się taka wydawała. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia kilka lat. Jej jasna, może odrobinę zbyt chuda twarz, okolona była aureolą prostych, złotych jak żyto włosów. Figura wiedźmy była szczupła i zgrabna, prosta jak wierzba. W sumie dziewczyna bardziej przypominała wesołą dzierlatkę, szlachecką córkę, niż zgarbioną staruchę. Jedyne co w niej było z tego, czego oczekiwał Swen, to oczy. Ciemne, niemalże czarne, z błyszczącą w nich złośliwością. Cała postać wiedźmy tak zaskoczyła chłopaka, że dłuższą chwilę nie mógł dobyć głosu. Gdy w końcu otrząsnął się, szybko odstawił flakon na półkę i uniósł ręce. Dziewczyna roześmiała się. W jej głosie nie było ani cienia złośliwości, był to po prostu głos młodej, radosnej, wiejskiej dziewczyny.

– Spokojnie – powiedziała gdy przestała się śmiać. – Nie musisz się mnie bać, choć przyznaję, że myszkowanie w mojej szafie nie jest najlepszym sposobem na wywarcie dobrego pierwszego wrażenia. Ale niech tam, w gruncie rzeczy nie mam nic do ukrycia. O co chciałbyś mnie prosić? Ostrzegam, naparów na ból brzucha wzdętej krowy nie ważę, a zabiegi aborcyjne są drogie. Zresztą – przyjrzała mu się uważnie – nie wyglądasz mi na wieśniaka z niedalekiego miasteczka. Czyżbyś był zatem wędrowcem? Odpowiedzże wreszcie.

Swen znów zapomniał języka w gębie. Przez chwilę był pewien, że trafił do niewłaściwego domu. Cała ta dziewczyna tak kłóciła się z wizją złej, mordującej ludzi wiedźmy, że był pewny iż zbłądzili i są u jakiejś innej czarownicy.

– Aa… ty jesteś lokalną wiedźmą? – spytał kretyńsko i znów usłyszał jej perlisty śmiech.

– W rzeczy samej. Nie odpowiadam temu co opowiedzieli ci mieszczanie? Cóż, nie lubią mnie zbytnio, z wzajemnością zresztą.

Swen odetchnął z ulgą, słysząc przed drzwiami kroki kapłana. Starzec wszedł do chaty i stanął jak wryty. Dziewczyna na jego widok wyprostowała się i wbiła wzrok w jego oczy.

– Witaj kapłanie – przywitała go, ale tym razem jej głosowi wyraźnie brakowało serdeczności. – Przyznam, że ciebie się tu nie spodziewałam. Cóż sprowadza?

Starzec, zamiast odpowiedzieć, zwrócił się do Swena.

– Chłopcze – powiedział drżącym głosem. – Znalazłem czego szukaliśmy. Szczątki ciał tamtych pomordowanych w studni. To ona – gestem wskazał czarownicę. – To jej wina. Nie czekaj, ona nie pozwoli nam stąd odejść. Zabij ją.

Swena zaskoczyła nagła zmiana w tonie i sposobie mówienia starca, zdziwiła go także jego żądza krwi, nie drgnął więc nawet. Dziewczyna za to przemówiła.

– O co się rozchodzi kapłanie? O tych pomordowanych z miasta? Łżesz, twierdząc że w mojej studni znajdują się ich szczątki. Jeśli chcesz, możemy z owym chłopakiem pójść i się przekonać.

Zrobiła krok w stronę drzwi ale starzec zagrodził jej drogę. Swenowi wydało się, że w jego oczach coś przez moment się poruszyło, jakby przebiegła je iskra, po czym szybko zgasła. Wiedźma też to dostrzegła. I stanęła w miejscu.

– Nareszcie – powiedziała cicho, lekko drżącym głosem. – Nareszcie wiem. Widziałam znaki, ale sama nie wierzyłam w nie. Teraz wiem. To tyś zabił tych ludzi. Ty, kapłanie. Bo tyś wszak jest…

Swen patrzył w twarz dziewczyny niczego nie pojmując, ułowił kątem oka ruch. Spojrzał, ale już było za późno. Ręka starca, dzierżąca nóż, już opadała. Nim chłopak zdążył choćby krzyknąć, sześciocalowa klinga wbiła się w pierś dziewczyny. Krew bluznęła na podłogę. Czarownica zatoczyła się i wciąż brocząc krwią, upadła na łóżko. Czarny kocur zamiauczał przeraźliwie i skoczył w jej kierunku. Swen zaś stał jak skamieniały, patrząc na okrwawione ostrze noża. Powoli podszedł do kapłana, na którego twarzy, o dziwo, nie malowały się żadne uczucia. Spokojnie wycierał klingę podniesioną z podłogi szmatą.

– Dlaczego to zrobiłeś? – wychrypiał chłopak. Starzec spojrzał na niego przelotnie.

– Nie chciałeś ty, musiałem cię wyręczyć.

Swen wydobył zza pasa kord.

– Kim ty jesteś? – spytał, choć wydawało mu się, że wie. Kapłan odsunął się od niego lekko.

– Opanuj się młodzieńcze – rozkazał twardym głosem.

– Dlaczego!? – krzyknął rozpaczliwie chłopak. – Dlaczego zabiłeś ją? I dlaczego ona powiedziała, że zabiłeś i tych innych? Łotrze!

Z krzykiem natarł na kapłana. Starzec znów pokazał nadzwyczajną jak na swój wiek gibkość i siłę, odbił bowiem cios korda nożem i odskoczył. Swen natarł na niego z furią. W szale nie zważał na niebezpieczeństwo, chciał rozbroić kapłana i zmusić go do udzielenia odpowiedzi. Starzec, choć walczył dobrze, nie miał wielkich szans z wyszkolonym na północy szermierzem. Po chwili Swen wytrącił mu nóż, uderzył gardą w twarz i obalił na ziemię.

– Teraz odpowiesz mi – warknął, stając nad nim. Kapłan powoli uniósł się na klęczki i spojrzał na niego, a chłopak cofnął się o krok. Tym razem już w oczach starca nie przebiegały iskry, oczy te płonęły.

– Cóż – powiedział kapłan zupełnie nie swoim głosem, o wiele niższym i potężniejszym. – Pora na dogrywkę.

Metamorfoza nie była stopniowa. Nagle pękło na nim ubranie, wyłoniła się spod niego czarna skóra i zjeżona sierść. Postać urosła dobre dwa razy, jej głowa z ludzkiej zmieniła się na również porośniętą czarnym futrem, ze sterczącymi spiczastymi uszami i zębatym, wilczym pyskiem. Pulchne, zazwyczaj składane do modlitwy ręce, zmieniły się w upazurzone łapy potwora. Wilkołak wstał. Górował nad sparaliżowanym z przerażenia Swenem, przerastając go dobre dwa razy. Zawarczał i jednym ciosem łapy posłał chłopaka na ścianę. Swen osunął się po niej z jękiem, kord wypadł mu z ręki. Potwór podszedł powoli.

– Nie mam wiele czasu – warknął. – Ale odpowiem na twoje pytanie, niech to będzie ostatnim co usłyszysz. Wiedźmę zabiłem ponieważ dostrzegła moją prawdziwą naturę. I tak, ja zabiłem tych zaginionych, to ja stoję za ich zniknięciami.

– Dlaczego? – wyjęczał Swen. Czuł straszliwy ból w klatce piersiowej i w plecach, z pewnością cios potwora i uderzenie w ścianę uszkodziły mu kości. Wilkołak przeciągnął się.

– Ponieważ temu miastu – powiedział wolno i dobitnie swym złym, pełnym nienawiści głosem – potrzeba nawrócenia i każda droga jest do tego dobra. Próbowałem pokojowo, przyszedłem do nich w ludzkiej postaci i przyjąłem posadę kapłana. Nie przyciągnąłem jednak niemal nikogo do kaplicy, ludzie śmiali się ze mnie, wytykali palcami. To spróbowałem inaczej i zacząłem zabijać. I będę zabijał dalej, aż zrozumieją, że jedynym ich ratunkiem jest zwrócenie się do bogów z błaganiem o ratunek. Obawiam się jednak, że dla ciebie, chłopcze, nie ma już drogi prawdy, sam zamknąłeś ją przed sobą. Zaś ten świat trzeba oczyścić z chwastów, jak czyści się porośnięte zbożem pole. Żegnaj Swenie.

Pochylił się i uderzył chłopaka w głowę.

 

***

 

 

– Za podwójne morderstwo, dokonane na osobie lokalnej czarownicy oraz dobrego kmiecia Rokiego, a także za niewywiązanie się z umowy zawartej z naszym burmistrzem, skazuje się włóczęgę Swena na śmierć przez powieszenie!

Tłumek zebrany wokół szubienicy nie był duży. Zebrało się tu tylko kilkadziesiąt osób, które, spiesząc do pracy, przystanęły by popatrzeć. Swena bolały plecy i głowa. Mimo blisko doby, która minęła od czasu wydarzeń w chacie czarownicy, rany chłopaka nie zagoiły się. Zabandażowano mu je dość kiepsko, nie było ryzyka zakażenia, ponieważ chłopak i tak nie miał długiego życia przed sobą. Pilnujący jego celi strażnik był na tyle miły, by wyjaśnić mu co się stało. Znaleziono go ponoć nieprzytomnego w chacie wiedźmy, gdzie szukano go za radą kapłana. Starzec przedstawił mieszczanom wersję w sumie dość podobną do faktycznych wydarzeń, pominął tylko kwestię własnej lykantropii oraz zmodyfikował wydarzenia zabójstwa czarownicy. Skutek był taki, że to jego uznano winnym tego morderstwa, nie pozwolono mu nawet porozmawiać z burmistrzem ani nie pozostawiono szans na obronę. Wyrok zapadł, za jego wykonanie zaś wzięto się bardzo prędko.

Kat podszedł do dźwigni otwierającej klapę pod nogami Swena. Poranne słońce zaświeciło mu w oczy, oślepiło na moment, zaraz jednak schowało się za chmurą. Wzrok chłopaka przebiegł tłum. Zatrzymał się na pucołowatej, pooranej zmarszczkami twarzy kapłana. Starzec miał ręce złożone, mamrotał cichą modlitwę, zaś na jego twarzy malowała się troska. Swenowi jednak wydało się, że w jego oczach na moment coś błysnęło. Jakby przebiegła je iskra, po czym szybko zgasła.

 

Koniec

Komentarze

Ciekawa i zaskakująca historia, niewątpliwie spełniająca kryteria konkursu.

Znalazłam trochę błędów:

 

Przed wejściem, uwiązane do konowiązu, stały tylko dwa pokraczne stworzenia, przypominające zabiedzone i wychudzone chabety, których nawet najlepszy kupiec nie potrafiłby zachwalić jako rycerskich wierzchowców kopijniczych.

 

To były chabety. Czemu miały je przypominać?

 

Zarośnięty pochylił się do niego, odsunął opadające na twarz włosy.

Powinno być od nowego akapitu.

 

Spomiędzy chat wyłonili się drabi.

 

Według mnie: wyłoniły się draby.

 

Oprócz tych, którzy zaczepili chłopaka w karczmie, było między nimi jeszcze kilku innych – ewidentnie ściągnęli kolegów.

To zdanie jest brzydkie.

 

– To burmistrz rozstrzygnie

To już burmistrz rozstrzygnie

Lub

To już rozstrzygnie burmistrz.

 

 

Standardy zbudowanego w zastępstwie ratusza urzędu burmistrza nie różniły się wiele od standardów karczmy, w której Swen jadł obiad. Był on zbudowany z nieco tylko lepszego drewna i nielicznych cegieł, było tu też trochę bardziej czysto. Jedyne okno jedynej izby na piętrze budynku wychodziło na niewielki rynek miasteczka.

 

Zbudowanego/zbudowany

Jedyne/jedynej

 

– W zasadzie nie ma się co dziwić – stwierdził w duchu chłopak. – W takim miejscu burmistrz zapewne nie ma czasu by przesiadywać przesadnie długo za biurkiem. Częściej pewnie jest w siodle, niż na krześle.

Myśli zapisane są jak dialog.

 

Dorwą cię i zmasakrują w akcie samosądu.

Może akt zemsty. Bo akt samosądu brzmi dziwnie.

 

– Od jakiegoś czasu znikają ludzie.

Gdzie? Może chociaż tu…

 

Kaplica zdawała się być dla niego całym światem, Swen znalazł go bowiem nie w domu, lecz tam właśnie, zaś troska, z jaką zamiatał podłogę, przy której to czynności chłopak go zastał, dawała obraz jego prawdziwej miłości do kaplicy, takiej jaką starsi ludzie często żywią do swych od dzieciństwa zamieszkiwanych domów. Ciągle się też uśmiechał.

 

Te zdania do poprawy.

 

Obawiam się, że nieco rozczaruję twe oczekiwania.

Nie spełnię oczekiwań, albo rozczaruję Cię.

 

Skoro przeczytałem, to wypadałoby napisać jakiś mądry komentarz. A że żaden mądry mi do głowy nie przychodzi, napiszę Ci o subiektywnych odczuciach z lektury ;)

 

No więc, pierwsze co rzuciło mi się w oczy to styl, całkiem fajny, choć wiele zdań jest przeciągniętych, rozbudowanych o niepotrzebne szczegóły. Z jednej strony robi to klimat, z drugiej, na dłuższą metę męczy.

Fabuła z kolei jest prosta jak pewne narzędzie rolnicze, jakiego drzewiej używano. Cały tekst wygląda jak rozbudowany o opisy zapis sesji RPG. Z fabułą prowadzoną jak po sznurku, wedle erpegowych prawideł tak zwanego “railroadu”. No bo mamy gościa, który musi wypełnić quest, żeby się wydostać z tego miasteczka. Nie może odmówić, bo czeka go śmierć, więc pociąg rusza, prosto po torach, które prowadzą do dwójki świadków, o których mówi Swenowi burmistrz. Jest kapłan, opcje dialogowe prowadzą do oferty pomocy, na którą Swen się zgadza, wykonują kolejny etap questa, nawiedzają dom czarownicy, plot twist, final boss, zakończenie. Chcę przez to powiedzieć, że fabuła jest przewidywalna – do tego zaraz wrócę – ale jednocześnie jest dla mnie zajmująca, ponieważ włącza nutkę nostalgii, tęsknotę za czasami kiedy grywałem w dedeki, Młotka, Wampira i wiele innych systemów :)

A teraz wracam do przewidywalności fabuły. Już od początku rozmowy Swena z kapłanem, wiedziałem, że to on będzie mordercą. Pokazywałaś otoczenie w jakim znalazł się bohater jako bardzo brudne, zaniedbane, szpetne, za sprawą szpetnych mieszkańców, ich szpetnych zwyczajów oraz szpetnej okolicy. A tutaj nagle wyskoczyłaś z kapłanem, uśmiechniętym, pomocnym, do rany przyłóż, prawdziwie oddanym bogom, na przekór okolicznościom. I przedobrzyłaś, bo ten kontrast od razu staje się mocno podejrzany. I, wierz mi, również przewidziałem, że wiedźma będzie mało stereotypowa, rzekłbym nawet, że piękna.

Jest jednak i w tej przewidywalności jeden ogromny plus, przynajmniej dla mnie. Po prostu śmierć bohatera i wiedźmy tak się cholernie nie klei z typowo erpegowym heroic quest, że zdziwiłem się uśmierceniu tych postaci. I to pomimo tego, że tematyka konkursu zakłada tryumf zła :D:D Mój chory mózg do końca wierzył, że dowalisz happy end, w jakiś pokręcony sposób pokazując zarówno tryumf zła, jak i mało tragiczny koniec bohatera.

Reasumując: dla mnie styl całkiem przyjemny, fabuła nie powaliła, za to wywołała flashbacki, plot twist przewidywalny, a mimo to – dla próby złożonej z jednej osoby, czyli mnie – zaskakujący XD

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Więc tak: przede wszystkim dziękuję wam za krytykę, z całą pewnością pozwoli mi ona udoskonalić zarówno to opowiadanie, jak i przyszłe. 

Ambush pozwolę sobie nie odpowiadać na każdy z wypisanych przez Ciebie błędów z osobna, z większością bowiem Twoich uwag nie mogę się nie zgodzić. Z pewnością masz rację w każdym przypadku źle lub kiepsko zbudowanego fragmentu, wynika to niestety głównie z mojej miłości do długich i rozbudowanych zdań, w których łatwo o błędy. W dwóch jedynie wypisanych przez Ciebie kwestiach nie do końca się zgodzę. Akt samosądu wydał mi się odpowiedni, sprawdzę to jeszcze. Natomiast podczas opisu urzędu burmistrza powtórzenie słowa “jedyne” jest celowe, miało uwypuklić nieco biedę tego miejsca, ale jeżeli taka powtórka jest nieodpowiednia, to ją zmienię.

Outta Sewer może mój nick niezbyt to pokazuje, ale jestem płci męskiej :). Jeśli chodzi o mój styl pisarski to istotnie, masz racje, często buduję zdania zbyt rozbudowane, przez co można się w nich zgubić. Staram się to wyplenić. 

Co do fabuły to nijak nie mogę się nie zgodzić. Sam nawet miałem skojarzenia z RPG-owym questem podczas pisania tego opowiadania, pewnie taka jego forma wzięła się z tego, że jestem wielkim fanem Wiedźmina :). Niestety jednak nie za bardzo miałem jak ją nieco zrobić ciekawszą, ponieważ, ze względu na moją rozwlekłość pisarską, zacząłem się niebezpiecznie zbliżać do limitu słów. Jeżeli chodzi o przewidywalność postaci kapłana, to masz również całkowitą rację. Szczerze mówiąc jednak, nawet nie za bardzo starałem się ukryć kim on faktycznie będzie, wiedziałem, że będzie to przewidywalne, chociaż akurat o jego zbyt dużym kontraście względem otoczenia nie pomyślałem. Postać wiedźmy zaś, szczerze mówiąc, nie wiem jak przewidziałeś :). 

Ergo: w zasadzie ze wszystkim co powiedziałeś w mniejszym lub większym stopniu się zgadzam. Fabuły jednak teraz niestety już nie zmienię, jeżeli zaś zakończenie jest w jakimś tam stopniu zaskakujące, to zawsze coś :)

Dziękuję za wasze opnie i pozdrawiam

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

@Oliada – pierwsze primo, to wybacz, że zwracałem się do Ciebie jak do kobiety. Jakoś nie wyrobiłem sobie nawyku sprawdzania jaka płeć widnieje przy nicku.

 

Sam nawet miałem skojarzenia z RPG-owym questem podczas pisania tego opowiadania, pewnie taka jego forma wzięła się z tego, że jestem wielkim fanem Wiedźmina :)

Jasne, rozumiem :) Sam jestem fanem różnych erpegów, ale akurat za Wiedźminem nie przepadam :P

 

Postać wiedźmy zaś, szczerze mówiąc, nie wiem jak przewidziałeś :). 

Z powodu kontrastu właśnie. Skoro ten przefajny kapłan miał okazać się złolem, co przewidziałem, i Swen miał się o tym przekonać w którymś momencie, to wiedźma musiała być przekonująca, żeby Swen stanął po jej stronie. A żeby była przekonująca, nie mogła wyglądać stereotypowo :D Zresztą ostatnio dużo różnego rodzaju utworów jakie czytałem/widziałem bazuje na tym, że wiedźma wcale nie jest brzydka i odstręczająca. Taki mamy klimat, jest tendencja do uczłowieczania istoty, która od dawien dawna w popkulturze funkcjonuje pod etykietką “brzydka, z brodawką na nosie, stara, wredna”. I na początku to zaskakiwało, za pierwszym/drugim razem, ale teraz już spowszedniało. I stąd to podejrzenie – że wpiszesz się z postacia wiedźmy w aktualny trend :)

 

Fabuły jednak teraz niestety już nie zmienię

Oj, tam, niestety, stety, sretetety. Mnie się opowiadanie podoba, bo podobała mi się język, który dostosowałeś do opowieści, brak anachronizmów, spójność fabuły i realiów z zastosowanymi opisami.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Hej,

Długość przeskoczyła limit (pewnie kierowałeś się licznikiem wordowym, który nie uwzględnia enterów jako znaków). Zachęcamy do przycięcia, bo zasady są zasady, niestety.

Hail Discordia

Outta Sewer Bardzo dziękuję za miłe słowa :) Nawet nie wiedziałem o tym trendzie dotyczącym wiedźmy, ale jak tak się stało to niech tak będzie

japkiewicz dzięki za ostrzeżenie, postaram się to nieco skrócić

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

Hej!

 

Otóż przeczytałem i generalnie mógłbym napisać większość z tego, co OS już napisał. Z tym, że mi się długie zdania podobają i nie męczyłem się przy nich. :) Ale faktycznie, fabuła bardzo prosta, bohaterowie stereotypowi. Również udało mi się przewidzieć (właśnie na zasadzie kontrastu), że kapłan okaże się tym złym. Klimat heroic fantasy w tym wypadku na plus, choć nie jest to mój docelowy gatunek i dłuższych form pod tym szyldem unikam (jeśli nie liczyć powrotów do Władcy Pierścieni). Zgrzyta mi też informacja, że bohater jest półelfem i to, w połączeniu z nauką szermierki, sprawia że sześciu (jeśli dobrze pamiętam) chłopa nie ma z nim szans. To takie “eragonowskie”, że aż się skrzywiłem w duchu.

Z rzeczy godnych pochwalenia, to przede wszystkim opisy. Obrazowe, nieprzesadzone. Podobały mi się, podobnie jak wspomniany wcześniej klimat, którego tu nie brakuje. Tylko jedna drobnostka mi zawadziła, dokładniej w postaci…

 

– Jak miałbym się za to wziąć? Skoro jest tak niewiele danych, śledztwo zajmie pewnie kilka tygodni, ja zaś nie mam tyle czasu.

Te dane są zbyt współczesne, zupełnie nie pasują i wytrącają z lektury.

 

No i zakładam, że tworzyłeś świat w klimatach średniowiecza, a w tamtych czasach miasteczko na tysiąc osób to już niezła metropolia. ;) Taki Lublin po 1315 roku liczył około tysiąca dusz i był ważnym ośrodkiem handlowo-przemysłowymi. :) Ale to drobnostka, wiadomo. Fantastyczne światy i ich miasta mogły się rządzić swoimi prawami. :D

 

Podsumowując – nie ma wielkiego szału, ale nie ma też tragedii. Masz niezły warsztat, w tekście brak rażących bubli, błędów, literówek. Długie zdania to pułapka, w której łatwo się pogubić, ale poradziłeś sobie z nimi całkiem dobrze. Fabularnie trzeba popracować, ale dokładnie to samo mogę powiedzieć o sobie, więc dopinguję i życzę powodzenia w przyszłości. :D

 

Pozdrawiam!

Adek_W serdecznie ci dziękuję za komentarz. “Dane” zmieniłem już na “informacje”. Fabuła istotnie nie jest powalająca, nie miałem jednak innego pomysłu :). Generalnie jednak miło mi, że Ci się mój styl podoba, bo wiadomo, opowiadań będzie wiele, a warsztat pisarski jest tylko jeden.

Pozdrawiam serdecznie

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

Witaj.

Marzyłabym, aby takim tekstem zadebiutować na tym Portalu. :) Niestety, piszę ciągle jeszcze dużo gorzej. :)

Opowieść przypadła mi do gustu, trzymała w napięciu, pewne zwroty akcji były dla mnie całkiem zaskakujące; po lekturze można faktycznie zrozumieć pobudki, jakie kierowały Złym; chłopaka oczywiście bardzo mi żal, dziewczyny również. :)

Z technicznych – na pewno żądza jest do poprawy. 

Myślę, że także podział akapitów na nieco mniejsze sprawi, że tekst będzie bardziej czytelny. :)

 

Pozdrawiam i gratuluję Ci tutejszego debiutu, życząc powodzenia. :)

Pecunia non olet

Dziękuję bruce za miłe słowa :) i za opinię. Literówkę oczywiście już poprawiłem, zastanowię się nad akapitami, gdzie faktycznie można by zastosować ich większą liczbę. 

Pozdrawiam serdecznie

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

Ja także mam tendencję do przydługich akapitów, ale wiem, że zalecane są krótsze. :)

Powodzenia! 

Pecunia non olet

Odczucia po lekturze miałem podobne jak Outta Sewer. Fabuła opowiadania skojarzyła mi się z sesją RPG, a może raczej z izometrycznymi RPG-ami typu Baldur’s Gate czy Icewind Dale – takie oldschoolowe fantasy z prawdziwego zdarzenia. Niemal słychać było w tle grzechot kostek jak w Kolorze Magii Pratchetta. Niestety (dla Svena) na końcu wypadła jedynka.

Jeśli chodzi o inne wrażenia z lektury to na początku przeraził mnie blok tekstu bez podziału na akapity. Prowadzisz narrację na tyle płynnie i prześlizgujesz się z jednego obiektu na drugi, że jakoś po pierwszych kilku zdaniach przestało mi to przeszkadzać.

Fladrif dzięki za komentarz! 

Fabuła opowiadania skojarzyła mi się z sesją RPG, a może raczej z izometrycznymi RPG-ami typu Baldur’s Gate czy Icewind Dale – takie oldschoolowe fantasy z prawdziwego zdarzenia. Niemal słychać było w tle grzechot kostek jak w Kolorze Magii Pratchetta.

To dobrze? :D

Jeśli chodzi o inne wrażenia z lektury to na początku przeraził mnie blok tekstu bez podziału na akapity.

Zwrócono mi już na to uwagę, będę się starał jakoś to poprawić.

Prowadzisz narrację na tyle płynnie i prześlizgujesz się z jednego obiektu na drugi, że jakoś po pierwszych kilku zdaniach przestało mi to przeszkadzać.

Dzięki za komplement

Pozdrawiam

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

To dobrze? :D

Oczywiście. Aż chętnie bym do nich wrócił

A propos Icewind Sale – zainstalowałem sobie dwa tygodnie temu obie części z dodatkami i gram. Pewnie przejdę po raz trzeci :)

Known some call is air am

Fladrif a to się cieszę.

Outta Sewer nie kojarzę tytułu, ale życzę miłej rozgrywki :)

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

Hmm, trochę Ci się bohater majta między wojawnikiem a niezgułą. Z jednej strony rusza w podróż bez należytego przygotowania, nie potrafi obliczyć, ile żarcia mu trzeba na sześć dni drogi, z drugiej momentami, gdy pada propozycja śledztwa nie martwi się swoimi umiejętnościami, a czasem. Nie daje sobie rady z paroma nieuzbrojonymi pijaczkami w karczmie, ale bez problemu rozprawia się z sześcioma uzbrojonymi facetami, którym wściekłość zdążyła już pewnie wypalić alkohol. Jest momentami naiwny, a momentami prezentuje się, jak stary wyga. Nad postaciami warto by popracować.

Do tego wilkołak, który pragnie jedynie nawrócenia ludzi. Jakoś mi to do gatunku nie pasuje ;)

Wykonanie trochę chropowate, akapity przydałoby się porozbijać, bo za długie, ale generalnie nie jest źle :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Witaj Irka_Luz!

Hmm, trochę Ci się bohater majta między wojawnikiem a niezgułą.

Takie poniekąd było założenie, walczy dobrze ale nie w pełni umie jeszcze (i się raczej już nie nauczy) podejmować dobre decyzje.

Z jednej strony rusza w podróż bez należytego przygotowania, nie potrafi obliczyć, ile żarcia mu trzeba na sześć dni drogi

To istotnie świadczy o braku umiejętności i lekkiej naiwności, ale właśnie taką postać chciałem wykreować, tylko w 30 000 znaków niezbyt było na to miejsce, Swen jest nauczony walki, ale dość niedawno wyruszył na szlak. Piszę o nim per “chłopak” ponieważ jest (był) wciąż dość młody.

gdy pada propozycja śledztwa nie martwi się swoimi umiejętnościami, a czasem

A to prawda :)

Nie daje sobie rady z paroma nieuzbrojonymi pijaczkami w karczmie, ale bez problemu rozprawia się z sześcioma uzbrojonymi facetami, którym wściekłość zdążyła już pewnie wypalić alkohol

On z nimi w tej karczmie jeszcze nie zaczął walczyć, chociaż prawda, że kontrast między starciem w gospodzie a poza nią jest dosyć duży. 

Nad postaciami warto by popracować.

Możliwe, dzięki za sugestię.

Do tego wilkołak, który pragnie jedynie nawrócenia ludzi. Jakoś mi to do gatunku nie pasuje ;)

Prawda, chociaż właśnie przez to chciałem stworzyć postać nieco mniej szablonową. Gdyby po prostu chciał krwi, nikogo by to raczej nie zdziwiło. Zresztą nikt nie powiedział, że chciał jedynie nawracać ludzi, ale raczej nie powie wprost, że jest krwiożerczą bestią :D.

Wykonanie trochę chropowate, akapity przydałoby się porozbijać, bo za długie, ale generalnie nie jest źle :)

Święta prawda, zrobię to w końcu, bo jesteś chyba czwartą osobą która o tym mówi :)

Dzięki za komentarz!

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

Świetny styl. Bardzo dobrze opisujesz lokacje i postacie a także akcję, choć to ostatnie troszeczkę mniej. Oczywiście zdania można by było nieco skrócić ale klimat mimo prostej historii jest dosyć gęsty.

Brawo

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Iluvathar wielkie dzięki za takie miłe słowa! 

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

Siem. Nie jestem pewien, czy masz świadomość, ale nadal wykraczasz delikatnie poza limit. Japkiewicz zwrócił Ci już na to uwagę i wydaje mi się, że całość przycinałeś, jednak nadal jest nieco ponad sto znaków za dużo. Być może w Wordzie/Libre/Pages/cotammasz jest w porządku, ale kierujemy się licznikiem portalowym. Jest obok daty. Podrzucam skrina.

Edit: niestety niezależnie od tego, co zrobię, skrin nie chce się dodać. No nic, liczę na Twoją spostrzegawczość ;)

 

 

 

 

 

 

Więc to tutaj jest ten poszukiwany przeze mnie po całym świecie licznik… dzięki za informację, bo faktycznie przyciąłem i Word mi wyświetlił, że jest w porządku. Ale postaram się to skrócić najszybciej jak będę mógł. 

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

Wasza Rozlazłość ja nawet nieco więcej ponieważ kierowałem się licznikiem Wordowskim :). Postaram się niedługo przeczytać twoje opowiadanie. 

mortecius dzięki za grafikę i potwierdzenie że już jest okej :)

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

Cześć!

 

Pomysł na opowiadanie uważam za ciekawy. Zakładam, że zakończenie miało wstrząsnąć czytelnikiem, ale na mnie to nie zadziałało, bo prawie nic nie wiadomo o głównym bohaterze i trudno się do niego przywiązać. Po co jechał do Circii? Kto nauczył go walczyć? Czemu podróżował sam? Czemu miał takie nietypowe pochodzenie? Do tego bohater właściwie nie okazuje żadnych emocji. Nawet na szubienicy zachowuje się spokojnie. To wszystko sprawia, że trudno się przejąć jego losem. 

 

Poniżej kilka sugestii. 

Nie trzeba już więc chyba tłumaczyć, dlaczego mina stojącego przed zajazdem Swena nie wyrażała zachwytu.

Wybrałabym jedno. 

Sam wyciągnął z sakiewki kilka monet, potem ukradkiem oddał ją chłopakowi.

Moim zdanie “sam” jest zbędne. 

…Jak któryś z tych obwiesiów – ruchem głowy wskazał siedzących przy stołach mężczyzn – zobaczy, że masz je przy sobie, za kwadrans możesz już nie żyć.

To nie są didaskalia dialogowe. 

…Jak któryś z tych obwiesiów.Ruchem głowy wskazał siedzących przy stołach mężczyzn. – Zobaczy, że masz je przy sobie, za kwadrans możesz już nie żyć.

Jedząc[+,] przypatrywał się innym gościom lokalu.

– Chciałbym… – zaczął, ale gospodarz obcesowo mu przerwał, postawił na blacie kufel spienionego piwa i miskę z kaszą i kapustą. Swen spojrzał niechętnie na zawartość naczynia, ale nie krzywił się za bardzo – w miejscach takich jak to można było za podobną nieuprzejmość dostać nożem pod żebro lub pałką po głowie. Sięgnął do kalety, wydobył stamtąd sakiewkę i położył ją na blacie. Karczmarz szybko przykrył ją dłonią.

Zapisałabym to od nowego akapitu.

– Chciałbym… – zaczął.

Gospodarz obcesowo mu przerwał, postawił na blacie kufel spienionego piwa i miskę z kaszą i kapustą…

Jeśliby mimo to ktoś miał co do nich jakieś wątpliwości, rozwiewało je ich zachowanie, typowe dla niezbyt bogatych i wykształconych mieszkańców zapadniętych prowincji, leżących daleko od cywilizowanego centrum Rillonu – pili na umór, głośno rechotali i wrzeszczeli, do tego zaś podczas gry w kości kłócili się przy każdym niemal ruchu.

To zdanie kwalifikuje się do przeredagowania, bo można się pogubić. 

Swen mocno żałował, że wypadło mu wjechać do tego miasta, niestety zapasy żywności, przewidziane na tydzień jazdy aż do serca Circii, skończyły mu się już po trzech dniach 

Przydałoby się wyjaśnienie, dlaczego jedzenie mu się skończyło. 

Było ich trzech, wszyscy niezbyt trzeźwi [+,] ale za to nastawieni bojowo.

Brakuje przecinak, choć moim zdaniem lepiej pasowałoby “i”.

– Widzicie panowie – uśmiechnął się z wymuszeniem – że nie ma gospodarza. Jak tylko wróci, dostaniecie swoje piwo.

Błędny zapis. 

– Widzicie panowie.Uśmiechnął się z wymuszeniem.Że nie ma gospodarza. Jak tylko wróci, dostaniecie swoje piwo.

Było ich czterech, mimo to ich respekt przed gospodarzem musiał być spory, wyszli bowiem z karczmy, nie protestując nawet słowem.

Swen cofnął się o krok, z wiszącej przy siodle wierzchowca pochwy wydobył kord.

Wierzchowiec zbędny. 

Kudłaty olbrzym pierwszy zamachnął się trzymaną w ręku płotową sztachetą.

Określenie zbędne. 

Skoczył pomiędzy nich jak pantera, jak pantera począł zwijać się i rozdawać ciosy.

Dwie pantery, ale to jeszcze można by uznać za stylizację, gdyby druga część miała sens. Pantera nie pasuje do “zwijania się” i “zadawania ciosów”. 

Standardy[+,] zbudowanego w zastępstwie ratusza[+,] urzędu burmistrza nie różniły się wiele od standardów karczmy, w której Swen jadł obiad.

Moim zdaniem wtrącenie. 

Wzniesiono go z nieco tylko lepszego drewna i nielicznych cegieł, było tu też trochę bardziej czysto.

Jak wzniesiono budynek z nielicznych cegieł? 

– Rozumiem – kiwnął głową Swen. – Cóż więc pozostaje wam i mnie?

– Rozumiem. Kiwnął głową Swen. – Cóż więc pozostaje wam i mnie?

Twierdzi, że widział raz, jak coś porwało jedną kobietę[+,]która po zmroku wyszła przed dom.

Wątpię czy zechce ci pomóc, ale wie dużo i kto wie, może coś od niej wyciągniesz.

Ciągle się też uśmiechał. Z uśmiechem powitał Swena, z uśmiechem wysłuchał z czym chłopak przychodzi.

– Niestety – westchnął. – Tak też sądziłem, że nie przychodzisz się pomodlić synu. W tym mieście naprawdę rzadko ktoś przychodzi w to święte miejsce by porozmawiać z bogami. No ale cóż, godzi się pomóc bliźniemu, tym bardziej, że chodzi o sprawę kryminalną, o śmierć niewinnych osób. Usiądźmy – gestem zaprosił chłopaka na stojącą pod ścianą ławkę.

Nagromadzenie “chodzenia”.

Wtedy z ciemności wyskoczyło to coś, istny demon[+,] o którym mówi Księga Panów.

Chmury całkowicie niemal zasłaniały niebo, gwiazdy nie świeciły, można było się bez mała potknąć o własne nogi.

Świeciły, tylko nie było ich widać.

…Zresztą – przyjrzała mu się uważnie – nie wyglądasz mi na wieśniaka z niedalekiego miasteczka. Czyżbyś był zatem wędrowcem? Odpowiedzże wreszcie.

…Zresztą.Przyjrzała mu się uważnie.Nie wyglądasz mi na wieśniaka z niedalekiego miasteczka. Czyżbyś był zatem wędrowcem? Odpowiedzże wreszcie.

Cała ta dziewczyna tak kłóciła się z wizją złej, mordującej ludzi wiedźmy, że był pewny[+,] iż zbłądzili i są u jakiejś innej czarownicy.

Raczej wygląd dziewczyny albo zachowanie. 

…To ona – gestem wskazał czarownicę. – To jej wina. Nie czekaj, ona nie pozwoli nam stąd odejść.

…To ona.Gestem wskazał czarownicę. – To jej wina. Nie czekaj, ona nie pozwoli nam stąd odejść.

Zamieniłabym ten “gest” np. na “rękę”.

Zrobiła krok w stronę drzwi[+,] ale starzec zagrodził jej drogę.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Alicella bardzo dziękuję za tyle cennych uwag dotyczących ortografii. W większości przypadków masz rację, zwłaszcza w kwestii przecinków. Odniosę się do tych kilku, z którymi się nie do końca zgadzam. 

W didaskaliach dialogowych masz rację, ale, moim zdaniem, tylko w części. Bowiem gdy dzieli się zdanie w wypowiedzi bohatera na pół i między te dwie połówki wstawia wypowiedź narratora, to wówczas ta ostatnia jest z małej litery i bez kropki. Druga część wypowiedzi również jest z małej litery. Tak mi przynajmniej wiadomo. 

Dwie pantery, ale to jeszcze można by uznać za stylizację, gdyby druga część miała sens. Pantera nie pasuje do “zwijania się” i “zadawania ciosów”. 

W zasadzie chodziło mi o zwinność pantery, tylko tego nie napisałem :(

Jak wzniesiono budynek z nielicznych cegieł? 

Pomińmy to milczeniem. 

Świeciły, tylko nie było ich widać.

Zdaję sobie z tego sprawę, ale dla przykładu Sapkowski w Trylogii Husyckiej używa takiego określenia. 

Pomysł na opowiadanie uważam za ciekawy.

Miło mi

Zakładam, że zakończenie miało wstrząsnąć czytelnikiem, ale na mnie to nie zadziałało, bo prawie nic nie wiadomo o głównym bohaterze i trudno się do niego przywiązać. Po co jechał do Circii? Kto nauczył go walczyć? Czemu podróżował sam? Czemu miał takie nietypowe pochodzenie? Do tego bohater właściwie nie okazuje żadnych emocji. Nawet na szubienicy zachowuje się spokojnie. To wszystko sprawia, że trudno się przejąć jego losem. 

Mało informacji o nim podałem, ponieważ, primo, gonił mnie limit znaków (których ostatecznie i tak miałem zbyt dużo), secundo by przedstawić opowiadanie jako historię zwykłego wędrowca, celowo nie wnikając ani w jego przeszłość, ani w szczegóły świata przedstawionego. Zaś w sprawie emocji masz rację, faktycznie jest zdecydowanie zbyt “spokojny”. 

Jeszcze raz bardzo dziękuję za komentarz i uwagi dotyczące ortografii, poprawię je jak tylko będę mógł. 

Pozdrawiam

 

 

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

Hej,

Sporo z tego co zaobserwowałem już zostało napisane: czułem się jakbym oglądał zapis rozgrywki w grze RPG. Brakuje mi konfliktu w dialogach i bardziej wyrazistego głównego bohatera. W połowie tekstu przypomniałem sobie temat konkursu i w sumie wszystko było już jasne.

Mam wrażenie, że limit znaków zabił Ci treść, bo jak już zarysowałeś klimat, to kolejne sceny strzelały jak pociski z Magnum w Brudnym Harrym. Tekst mimo ubywającego mi z kufla piwa nie męczył, chociaż…

…początek mnie odrzucił. W pierwszej linijce jest “Dikron”, “Rillon” i “Circii” i wydawało mi się, że to ważne, a że jestem leniwy, to nie chce mi się tego spamiętywać. Ręka na myszce zadrżała, kursor był w okolicach krzyżyka karty w przeglądarce. Wytrzymałem. Nie żałuję.

Ogólnie: fajny styl, choć nieco przesycony szczegółami, ale brak napięć między bohaterami.

Oli,

 

W didaskaliach dialogowych masz rację, ale, moim zdaniem, tylko w części. Bowiem gdy dzieli się zdanie w wypowiedzi bohatera na pół i między te dwie połówki wstawia wypowiedź narratora, to wówczas ta ostatnia jest z małej litery i bez kropki. Druga część wypowiedzi również jest z małej litery. Tak mi przynajmniej wiadomo. 

Faktycznie, mój błąd, nie zastanowiłam się nad tym.

 

Co do reszty sugestii, to oczywiście uwzględniasz to, z czym się zgadzasz ;)

 

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Witaj Krokus

Mam wrażenie, że limit znaków zabił Ci treść

Prawda

W pierwszej linijce jest “Dikron”, “Rillon” i “Circii” i wydawało mi się, że to ważne, a że jestem leniwy, to nie chce mi się tego spamiętywać.

Moim zdaniem nazwy własne w tekstach fantasy są ważne bo dodają klimat, ale oczywiście co kto lubi :)

Wytrzymałem. Nie żałuję.

Miło mi 

Dziękuję za komentarz i pozdrawiam 

 

Alicella

Co do reszty sugestii, to oczywiście uwzględniasz to, z czym się zgadzasz ;)

Oczywiście :) 

Pozdrawiam 

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

Moim zdaniem nazwy własne w tekstach fantasy są ważne bo dodają klimat, ale oczywiście co kto lubi :)

Zgadzam się, ale dla mnie lepiej, żeby wychodziły z ukrycia pojedynczo, a nie całą bandą w pierwszym zdaniu ;) To trochę jak z łysymi w ciemnej uliczce: jak wyjdzie Ci taki naprzeciw, to zaciśniesz dłoń na rękojeści noża i pójdziesz, może się nawet okaże, że łysy zagada i będzie spoko. Ale jak wyjdzie od razu trzech, to kończą się kalkulacje i spie…. uciekasz :D

Hail Discordia

Zgadzam się, ale dla mnie lepiej, żeby wychodziły z ukrycia pojedynczo, a nie całą bandą w pierwszym zdaniu ;) To trochę jak z łysymi w ciemnej uliczce: jak wyjdzie Ci taki naprzeciw, to zaciśniesz dłoń na rękojeści noża i pójdziesz, może się nawet okaże, że łysy zagada i będzie spoko. Ale jak wyjdzie od razu trzech, to kończą się kalkulacje i spie…. uciekasz :D

Absolutnie genialne porównanie :D

Silvo, japkiewiczu (dobrze odmieniam?) dziękuję za odwiedziny.

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

Nowa Fantastyka