- Opowiadanie: Andyql - Transmisja Część 1 Rozdział 3 (3/47)

Transmisja Część 1 Rozdział 3 (3/47)

Oceny

Transmisja Część 1 Rozdział 3 (3/47)

Dowodzący, z czym chętnie zgodzą się matematycy, że nie tylko kobieta zmienną jest, sport zagraża życiu, a czerwona Kia nie zawsze wozi wyłącznie pieczywo.

 

Adam przebudził się przed szóstą rano i natychmiast poczuł, że coś się zmieniło. Nie chodziło nawet o to, że nie bolała go głowa, bo nie wypił dużo. To było coś innego – kompletnie irracjonalne wrażenie, że kiedy spał, ktoś potasował karty i wszystko wokół niego uległo przemianie, jakby znany mu fragment rzeczywistości nagle zmienił właściwości i zaczął działać w oparciu o inne dane…

Rozejrzał się wkoło. Przestronne mieszkanie z którego był kiedyś taki dumny, teraz wyglądało jak kryjówka nielegalnych emigrantów. Podłogę zaścielała warstwa splątanych ze sobą części garderoby, gdzieniegdzie poniewierały się puste butelki i resztki pizzy. W lodówce znalazł gnijące pomidory, puszkę po piwie i resztki sera. Odszukał plastikowe worki i bez żalu umieścił w nich wszystkie dające się wyrzucić elementy czasu przeszłego. To, że po odejściu Karoliny trochę mniej dbał o porządek, nie podlegało dyskusji, ale tutaj wszystko wyglądało jakby ostatnio był w mieszkaniu ze dwa miesiące temu. Potwierdzała to nawet data na opakowaniu sera.

Umył się i ogolił, zastanawiając się, jak długo rower z przebitą oponą przebywał w wannie i obiecał sobie jeszcze dzisiaj naprawić koło. A potem wybrał się na zakupy, kompletnie ignorując stoisko z alkoholem. Zrobił śniadanie, później nastawił pralkę i pomyślał, że dobrze mu zrobi parę kilometrów biegania w pobliskim parku. Z butami był problem, ale jakoś je znalazł. Dawno nie biegał, dlatego uznał, że na początek wystarczą cztery okrążenia, równe osiem kilometrów.

Płuca bolały go niemal od razu, a po dwustu metrach zasapał się tak, że musiał się zatrzymać, by uspokoić oddech. I dopiero wtedy dotarło do niego, jak bardzo się pogubił w ostatnim czasie. Przypomniał sobie, z jaką łatwością pokonywał kiedyś kolejne okrążenia parkowej trasy. A teraz stał, kompletnie rozbity, jakby przybyło mu dobre pięćdziesiąt lat. A jeśli w nowej pracy w Stanach czeka go test sprawnościowy, wróci do domu pierwszym samolotem, na swój koszt, a kontrakt trafi do kosza. Ponieważ był wrakiem.

Zacisnął zęby. Nie było już mowy o kilometrach. Dobiegnie do pobliskiego drzewa, to było ambitne wyzwanie… I niewykonalne. Serce biło mu tak szybko, że spanikował i zawrócił w stronę kręcących się w pobliżu ludzi. Po chwili, wściekły na siebie, ponowił próbę. Pokonanie czterech okrążeń zajęło mu niemal półtorej godziny. Miał trochę ponad dwa tygodnie, żeby skrócić czas na tym samym dystansie przynajmniej o połowę. I zamierzał to zrobić.

Na drżących z wysiłku nogach dowlókł się do domu. Wziął prysznic a potem zabrał się za rower.

W łazienkowej szafce odnalazł jeszcze prawie całą butelkę whisky. Postanowił ją zatrzymać. „Zapas nienaruszalny. Otworzyć w przypadku wojny lub prohibicji", nabazgrał markerem w poprzek etykiety.

Resztę dnia spędził na siłowni i basenie. Szału nie było, jednak wyraźnie poczuł przypływ energii. Wieczór spędził jak kultowy Kevin – sam w domu. Tyle, że nikt mu nie przeszkadzał. Nastawił budzik na szóstą i poszedł spać z mocnym postanowieniem, że rano przeleci całe okrążenie bez zatrzymywania.

*

Płuca tym razem zmieściły na tyle dużo tlenu, że przebiegł dwukilometrową pętlę bez strachu, że konieczny będzie telefon stawiający na nogi najbliższy oddział kardiologii. Co prawda był daleki od nazwania ślimaczego tempa bieganiem, ale oficjalnie jego nowa życiówka na osiem kilometrów wynosiła już tylko sześćdziesiąt pięć minut. Nogi bolały jak wszyscy diabli, ale czuł się o niebo lepiej niż wczoraj i miał wrażenie, jakby z zalewającym go podczas wysiłku potem pozbywał się toksyn nie tylko z organizmu, ale również z duszy. Świat nabrał kolorów i sensu. Pomyślał sobie, że może za parę dni zadzwoni do Karoliny, nie żeby wróciła, ale rozstali się w tak idiotyczny sposób, że może jej coś wyjaśni, przeprosi. Czuł, że zwyczajnie jest jej to winien.

Sięgnął do kieszeni, żeby wydobyć klucze otwierające drzwi klatki schodowej i wtedy ktoś go zawołał. Odwrócił się, zdziwiony. To był profesor!

– Cześć Michał, co tu robisz? Jak mnie w ogóle znalazłeś? – był pewien, że nie podawał mu swojego adresu.

– Jak to jak? Przecież przyjechaliśmy do ciebie w nocy taksówką, wysiadłeś a ja pojechałem dalej, nie pamiętasz? – profesor wzruszył ramionami – Myślałem, że wpadniesz wczoraj na kolejkę, czekałem, a ponieważ chciałem ci coś pokazać, pomyślałem, że może warto by się do ciebie wybrać. Zadzwoniłbym, ale nie przyszło nam do głowy, żeby się wymienić numerami telefonów. Wczoraj wieczorem pomyślałem, że skoro nie przyszedłeś, to znalazłeś sobie wreszcie atrakcyjniejsze towarzystwo ode mnie, wyrwałeś jakąś szprychę i lepiej ci nie przeszkadzać.

Słownictwo profesora chwilami wywoływało w Adamie mieszane uczucia, nie zdziwiłby się, gdyby Zieliński przyznał się do nałogowego słuchania hip – hopu.

– Z tą szprychą to prawie trafiłeś. Pół dnia naprawiałem rower. Daj mi chwilę na szybki prysznic i zaraz zrobię kawę – powiedział, prowadząc gościa do salonu.

– Spokojnie, zwiedzę sobie tymczasem twoje małe muzeum – profesor podszedł do ściany wypełnionej fotografiami przedstawiającymi mężczyzn w mundurach w otoczeniu śmiercionośnych gadżetów.

Adam zniknął w łazience, skąd zaraz dobiegły odgłosy lejącej się wody i wesołe pogwizdywanie.

– O, ten facet podłożył ci haszysz – zawołał profesor, stukając palcem w jedną z fotografii.

– Czekaj, co mówisz? – odpowiedział z łazienki Adam. Woda przestała się lać.

– No, Piasecki, major, on ci podłożył narkotyki do samochodu – powtórzył głośniej profesor.

Adam wyskoczył z łazienki, w ręczniku, nie tracąc czasu na wytarcie muskularnego ciała.

– Co ty mówisz? Wróć! Kto? Dałbym sobie za niego głowę uciąć, to absurd – wyrzucił z siebie Adam – Ani trochę w to nie wierzę. I skąd znasz to nazwisko? – zapytał podejrzliwie.

– Może najpierw się ubierz – zaproponował mężczyzna – zaraz ci wszystko opowiem.

– Nie. Powiesz mi teraz – warknął niemal rozkazująco Cisowski – Proszę – dodał już łagodniej, sięgając po koszulkę.

– Dobra. Słuchaj. Naprawdę myślę, że uratowałeś mi życie wtedy w nocy pod barem – spojrzenie profesora wyrażało wdzięczność tak dosłownie, że Adam poczuł się mocno zażenowany – Dlatego kiedy usłyszałem o twoich kłopotach, postanowiłem trochę powęszyć.

– Jasne. Zadzwoniłeś do Bejrutu i Piasecki, wzruszony moją dolą, przyznał się do wszystkiego – kpiąco podsumował Adam.

– Nie. Nie mogę ci zdradzić moich źródeł, ale posiadam znajomych mających naprawdę kolosalne możliwości. Byli mi winni pewną przysługę i poprosiłem, żeby przyjrzeli się twojej aferze, bo jakoś mi nie wyglądałeś na handlarza narkotyków. Może w ten sposób będę mógł się tobie chociaż trochę odwdzięczyć – cierpliwie tłumaczył profesor. – Jest tylko jeden minus. Nie dostaniesz niczego na piśmie. Żadnych dowodów w postaci dokumentów czy zdjęć. Ręczę ci własną profesorską głową, że to nie jest mistyfikacja. Narkotyki podłożył Piasecki, nie znam jeszcze dokładnie powodów, sam rozumiesz, moje śledztwo trwało tylko kilka godzin, ale ma to na pewno związek z Twoim pobytem w Iranie, niemal dokładnie rok temu…

Cisowski jak oparzony wyskoczył z fotela.

– Kim ty jesteś, co? – spytał, podchodząc do Zielińskiego. – O wyjeździe do Iranu nikt w moim otoczeniu nie miał prawa wiedzieć, a już na pewno nie Piasecki.

– Czekaj, hold your horses, -uspokoił go gestem dłoni, jakby naprawdę powstrzymywał narowistego konia – myślę że w ciągu najdalej tygodnia poznamy więcej szczegółów. Wspominałeś mi, że dużo byś dał, żeby się dowiedzieć, kto ci wykręcił ten numer. No i masz odpowiedź. Major Franciszek Piasecki. We własnej osobie. A narkotyki wjechały do bazy czerwoną Kią krótko po szóstej rano, ukryte w jednym z koszy z pieczywem. To wiemy na pewno.

– Kurcze, faktycznie jeździła tam jakaś Kia. Tylko za cholerę nie rozumiem, jakie mieli motywy. Ten major wydawał mi się na wskroś kryształowy i w ogóle nie związany z aferą. Spodziewałbym się, że to ktoś powiązany z jednym takim pułkownikiem. Dochodziło między nami do regularnych spięć. Albo Irlandczycy – też mieliśmy ze sobą na pieńku. Ale Piasecki?

– Mówiłem, powoli. Masz jeszcze dwa życzenia, dowiemy się wszystkiego zanim polecisz do Stanów. Swoją drogą, przemyśl to, bo może mógłbyś się zaczepić przy naszym projekcie. Stany są przereklamowane – dodał profesor.

– Chętnie, o ile zapłacisz mi dwadzieścia tysięcy baksów co miesiąc – zgasił go w jednej chwili. Zieliński posmutniał.

– Chciałbym, ale cały mój instytut ma niewiele większy budżet. Zrobimy tak, postaram się w ciągu kilku dni dostarczyć wszystko, co uda się wydobyć w tej sprawie. Ale wiedz jedno, to nie jest tak, że ktoś tam podejrzewa Piaseckiego o te narkotyki. On jest sprawcą i już. To nie podlega dyskusji. Zdzwonimy się natychmiast jak wyjdzie coś więcej. O ile podasz mi swój numer – dodał – wyjmując wizytówkę. Cisowski wklepał w swój telefon numer profesora.

Dopili kawę. Profesor z niejakim trudem podniósł się z kanapy i skierował do wyjścia. Podał Adamowi dłoń.

– No to do zobaczenia, najchętniej w naszej knajpie. Podobno podają tam nowy gatunek coli, whisky free – mrugnął łobuzersko i poszedł.

Cisowski obserwował przez okno, jak profesor niezgrabnie mości się za kierownicą i dłuższy czas nie może sobie poradzić z zapięciem pasa. W końcu odjechał. Adam podszedł do telefonu. Kolejny raz pogratulował sobie decyzji o zainstalowaniu aplikacji uruchamiającej dyktafon za każdym razem, kiedy wypowiadał hasło. Aktualne brzmiało: wróć.

Nagrało się każde słowo. Tyle, że wciąż niewiele z tego rozumiał.

 

Koniec

Komentarze

Zero komentarzy! Czyli chyba jest dobrze? cheeky

Nowa Fantastyka