- Opowiadanie: Alicella - Ten, którego nazwali Upadłym

Ten, którego nazwali Upadłym

Cześć!

 

Za­pra­szam do lek­tu­ry mo­je­go pierw­sze­go opo­wia­da­nia. Za wszyst­kie uwagi i wska­zów­ki będę  wdzięcz­na. 

 

Ser­decz­nie dzię­ku­ję be­tu­ją­cym za pomoc. 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Irka_Luz, Użytkownicy II, Użytkownicy IV

Oceny

Ten, którego nazwali Upadłym

– No nie wim, Józek, jakoś tak strasz­no ta jama wy­glą­da. – Wło­dek wy­chy­lał się zza krza­ka, żeby le­piej wi­dzieć.

– Jama jak jama, niby co w niej strasz­ne­go? – za­py­tał Józek.

– Jak żeśmy ostat­nio tędy szli, to jej nie było.

– Pew­no­śmy nie za­uwa­ży­li.

Wło­dek za­sta­na­wiał się nad tym przez chwi­lę.

– A jak tam po­twór jaki sie­dzi? – za­py­tał.

– Po­two­rów już dawno ni ma. Wszy­skie po­zdy­cha­ły, gdy Wy­zwo­li­ciel po­ko­nał Upa­dłe­go. Jak tchó­rzysz, to zo­stań, sam pójdę. Jeno nie licz, że się rap­tu­cha­mi po­dzie­lę.

Wło­dek zmarsz­czył brwi, my­śląc in­ten­syw­nie. Wizja zdo­by­cia ma­gicz­nych grzy­bów zde­cy­do­wa­nie ku­si­ła, bo za jeden al­che­mi­cy pła­ci­li dwa­dzie­ścia te­ry­li. Wło­dek do­sko­na­le wie­dział, na co wy­dał­by pie­nią­dze, ale z dru­giej stro­ny coś w wy­glą­dzie ja­ski­ni przy­pra­wia­ło go o dreszcz.

– Może tam żad­nych rap­tu­chów ni ma – po­wie­dział.

– Na pewno są. One za­wsze w ta­kich ciem­nych, wil­got­nych ja­mach rosną.

Józek spoj­rzał na Włod­ka wy­nio­śle, uniósł po­chod­nię i ru­szył w stro­nę ja­ski­ni. Pod jego sto­pa­mi sze­le­ści­ły suche li­ście i trza­ska­ły ga­łąz­ki, ale poza tym nic nie za­kłó­ca­ło le­śnej ciszy. „Czemu tu pta­ków nie sły­chać?” – po­my­ślał Wło­dek. Sku­lił się za krza­kiem i cze­kał. Nigdy nie na­le­żał do od­waż­nych. Gdyby nie przy­jaźń z Józ­kiem to za­pew­ne spę­dzał­by czas, sie­dząc w cha­cie. Wizja ła­twe­go za­rob­ku nę­ci­ła coraz bar­dziej.

Wy­chy­lił się zza krza­ka i wy­tę­żył wzrok, ale w ja­ski­ni do­strzegł tylko ciem­ność. Ze­brał w sobie całą od­wa­gę i ru­szył za Józ­kiem. Ko­la­na lekko mu drża­ły, gdy za­trzy­mał się przed grotą.

– Józek! – za­wo­łał nie­pew­nie.

Od­po­wie­dzia­ła je­dy­nie cisza. Wło­dek prze­stą­pił z nogi na nogę, bijąc się z my­śla­mi. W gło­wie sły­szał ochry­pły głos babki opo­wia­da­ją­cej mu le­gen­dy Sta­ro­rze­cza. „To dawno było” – po­my­ślał. W gro­cie w naj­gor­szym razie sie­dział niedź­wiedź, a Wło­dek wie­dział z do­świad­cze­nia, że w takim wy­pad­ku zdoła uciec. Po chwi­li za­sta­no­wie­nia wszedł do jaskini, do­da­jąc sobie otu­chy w my­ślach. Czu­jąc przy­śpie­szo­ne bicie serca, roz­glą­dał się uważ­nie po nie­na­tu­ral­nie gład­kich ścia­nach, oświetlanych blaskiem pochodni. Nie rósł na nich ani jeden rap­tuch.

Po­now­nie za­wo­łał Józka, ale i tym razem nie do­cze­kał się od­po­wie­dzi. Po­dą­żył ko­ry­ta­rzem do sa­me­go końca. Do­strzegł trój­kąt­ne drzwi wy­ko­na­ne z lśnią­ce­go me­ta­lu i po­kry­te spi­ral­ny­mi sym­bo­la­mi. Ponad wszel­ką wąt­pli­wość po­wi­nien za­wró­cić, ale za­miast tego się­gnął klam­ki i po­wo­li ją na­ci­snął. Drzwi otwo­rzy­ły się ze zgrzy­tem i Wło­dek po­czuł za­tę­chłe po­wie­trze. Na­stęp­nie to nogi za­dzia­ła­ły jakby sa­mo­wol­nie i po­nio­sły go w głąb ko­ry­ta­rza.

Wło­dek do­tarł do nie­wiel­kiej groty i za­marł. Na środ­ku stał wy­so­ki męż­czy­zna o dłu­gich wło­sach bia­łych jak śnieg. Rękę trzy­mał wy­cią­gnię­tą przed sie­bie, a dłoń za­ci­skał na gar­dle Józka, który wła­śnie prze­stał się szar­pać. Męż­czy­zna od­rzu­cił ciało pod prze­ciw­le­głą ścia­nę groty i od­wró­cił się. W świe­tle po­chod­ni Wło­dek do­strzegł młodą twarz o ostrych ry­sach i czar­ne oczy, któ­rych wyraz zdra­dzał wiele prze­ży­tych wio­sen. Po­wi­nien ucie­kać, ale nogi od­mó­wi­ły mu po­słu­szeń­stwa. Pa­trzył, jak nie­zna­jo­my pod­cho­dzi, a długi, biały płaszcz od­chy­la się, od­sła­nia­jąc czar­ne spodnie i ka­mi­zel­kę ozdo­bio­ną złotą nicią.

– Który jest rok? – za­py­tał nie­zna­jo­my gło­sem po­zba­wio­nym emo­cji.

– Ty­siąc dwie­ście sie­dem­dzie­sią­ty szó­sty ery Prze­si­le­nia – od­po­wie­dział Wło­dek.

Zimne palce za­ci­snę­ły się na jego szyi, po­zba­wia­jąc po­wie­trza. Wło­dek wy­pu­ścił po­chod­nię z ręki, a upior­ne cie­nie za­tań­czy­ły na ścia­nach. Po krót­kiej i bez­sku­tecz­nej sza­mo­ta­ni­nie sko­nał, pa­trząc w czar­ne oczy.

 

***

Da­ge­ris el Karin spoj­rzał z po­gar­dą na ciała dwóch wie­śnia­ków, któ­rzy ja­kimś cudem do­sta­li się do ja­ski­ni, co ozna­cza­ło, że za­klę­cie pie­czę­tu­ją­ce znik­nę­ło. „Je­stem wolny” – po­my­ślał. Ro­zej­rzał się po ka­mien­nym wię­zie­niu po raz ostat­ni i głę­bo­ko za­czerp­nął tchu. Ru­szył w stro­nę wyj­ścia, czu­jąc, jak z każdą se­kun­dą za­le­wa­ją go wspo­mnie­nia po­nie­sio­nej klę­ski. Wi­dział swoją armię pa­lo­ną smo­czym ogniem i woj­ska Wy­zwo­li­cie­la prze­ta­cza­ją­ce się przez Sta­ro­rze­cze ni­czym na­wał­ni­ca. Od­ru­cho­wo do­tknął szyi, ale me­da­lio­nu wszech­mo­cy nie było, ode­bra­no mu go pod­stę­pem. To wspo­mnie­nie bo­la­ło naj­moc­niej. Tam­te­go po­ran­ka obu­dził się słaby i w ułam­ku se­kun­dy zdał sobie spra­wę z braku me­da­lio­nu na szyi i uko­cha­nej ko­bie­ty u boku. Na­tych­miast uj­rzał w wy­obraź­ni ciem­ne oczy, nie­sfor­ne rude włosy i do­łecz­ki w po­licz­kach. Nie wie­dział, co było gor­sze, fakt, że stra­cił moc, czy że ko­bie­ta, dla któ­rej zro­bił tak wiele, oka­za­ła się zdraj­czy­nią. Spę­dzi­li razem pra­wie dwa­dzie­ścia lat. Dał jej cząst­kę swo­je­go ist­nie­nia i uczy­nił nie­śmier­tel­ną, aby mogli cie­szyć się sobą przez wiecz­ność, a ona go okra­dła i opu­ści­ła. Może czuł­by nieco mniej­szy żal, gdyby ro­zu­miał, co nią kie­ro­wa­ło, a może nie. 

Da­ge­ris przy­mknął po­wie­ki, gdy sło­necz­ny blask po­ra­ził oczy. W końcu przy­zwy­cza­ił się do świa­tła i w pełni za­re­je­stro­wał ota­cza­ją­cy kra­jo­braz, po­czuł od­ra­zę. W dzień jego klę­ski ja­ski­nię ota­cza­ły chasz­cze i skały, a teraz roz­cią­gał się przed nią las pełen drzew o roz­ło­ży­stych ko­ro­nach. Wśród runa rosły krzaczki jagód ugi­na­ją­ce się pod cię­ża­rem owo­ców. Po­wie­trze prze­sy­cał za­pach wil­got­nej ściół­ki.

Szedł przez las, a zwie­rzę­ta umy­ka­ły przed nim w gę­stwi­nę. Nie spie­szył się, co rusz przy­sta­jąc, aby ze­rwać ja­go­dy. Nie lubił owo­ców, zde­cy­do­wa­nie wolał mięso, ale po dwu­stu sie­dem­na­stu la­tach gło­dów­ki po­sta­no­wił nie wy­brzy­dzać. Nie­ste­ty, nie­śmier­tel­ność nie ozna­cza­ła nie­od­czu­wa­nia głodu, o czym prze­ko­nał się bar­dzo bo­le­śnie. Do­tarł nad stru­mień, za­nu­rzył dło­nie w chłod­nej wo­dzie i z ulgą uga­sił pra­gnie­nie.

Za­mie­rzał od­zy­skać to, co mu ode­bra­no. Sta­ro­rze­cze na­le­ża­ło do niego, odkąd je pod­bił, i tak po­win­no zo­stać. Jakiś wy­mu­ska­ny chły­stek z po­łu­dnia nie miał prawa wtar­gnąć do kró­le­stwa wraz z całą armią i wsz­cząć wojny w imię idio­tycz­nej ide­olo­gii ra­to­wa­nia uci­śnio­nych. Da­ge­ris za­mknął oczy i mi­mo­wol­nie za­ci­snął dło­nie na tra­wie ro­sną­cej nad stru­mie­niem. W tej sy­tu­acji ktoś inny za­pew­ne za­niósł­by się pła­czem, ale on nie za­mie­rzał roz­pa­czać. Już raz udało mu się pod­bić Sta­ro­rze­cze, więc po pro­stu zrobi to po­now­nie.

Gwał­tow­nie otwo­rzył oczy. „Nie je­stem bez­sil­ny” – po­my­ślał. Bez me­da­lio­nu nie mógł zmie­niać ludzi w po­two­ry ani pa­no­wać nad ży­wio­ła­mi, ale nadal wła­dał magią, z którą się na­ro­dził. Spoj­rzał na wi­docz­ne mię­dzy li­sto­wiem słoń­ce i ru­szył na wschód, w stro­nę Pod­gó­rza, gdzie wzno­sił się jego zamek.

 

***

Przez las bie­gła droga, a wy­raź­nie wy­żło­bio­ne ko­le­iny wska­zy­wa­ły na in­ten­syw­ne użyt­ko­wa­nie. Da­ge­ris przy­sta­nął po­śród drzew i ro­zej­rzał się do­oko­ła. Nie chciał zbyt wcze­śnie się ujaw­nić. We­zwał ma­gicz­ną moc i na­ło­żył ilu­zję. W tej sztu­ce nie miał sobie rów­nych. Wy­star­czy­ło mu jedno ude­rze­nie serca, aby ukryć się pod po­sta­cią szczer­ba­te­go, ły­sie­ją­ce­go star­ca odzia­ne­go w sfa­ty­go­wa­ny, brą­zo­wy płaszcz. Pod­szedł do lesz­czy­ny i odła­mał długi kij, któ­rym za­mie­rzał się pod­pie­rać.

Wy­szedł na drogę i, zgar­bio­ny, ru­szył przed sie­bie. Jeśli do­brze się orien­to­wał, od Pod­gó­rza dzie­lił go nie­ca­ły dzień drogi. Nie miał po­ję­cia, co tam za­sta­nie. Zamek praw­do­po­dob­nie za­mie­nił się w ruinę, po­dob­nie jak cała osada. Wy­zwo­li­ciel pew­nie znisz­czył wszyst­ko, co mógł, aby pod­kre­ślić triumf.

Z roz­my­ślań wy­rwał Da­ge­ri­sa od­głos nad­jeż­dża­ją­ce­go wozu. Zgar­bił się moc­niej i oparł na kiju.

– Prrry, stój, Ce­bu­la! – za­wo­łał krępy męż­czy­zna i ścią­gnął lejce. – A co wy tu ro­bi­cie, dziad­ku, tak w środ­ku lasu?

Da­ge­ris mil­czał, wpa­tru­jąc się w woź­ni­cę tępym wzro­kiem.

– Dokąd idzie­cie, dziad­ku? – za­py­tał męż­czy­zna gło­śniej.

Uniósł rękę i wska­zał na wschód.

– Do Przy­piec­ka?

Po­krę­cił głową. Już dawno na­uczył się, że naj­lep­szym spo­so­bem na zdo­by­wa­nie in­for­ma­cji jest mil­cze­nie. Więk­szość ludzi uwiel­bia­ła gadać i gdy tylko zna­leź­li od­po­wied­nie­go słu­cha­cza, po­tra­fi­li opo­wia­dać bez końca.

– Czyli dalej? Do Pod­gó­rza?

Tym razem Da­ge­ris po­ki­wał głową, za­sko­czo­ny, że nadal uży­wa­no daw­nej nazwy. „Czyż­by osada nie zo­sta­ła znisz­czo­na?”.

– To się w nie lada po­dróż wy­bra­li­ście, dziad­ku. Wsia­daj­cie, pod­wio­zę was. – Woź­ni­ca wy­cią­gnął pulch­ną dłoń. 

Da­ge­ris nie­mra­wo wspiął się na sie­dze­nie, nie za­po­mi­na­jąc, aby przy tym stę­kać.

– Wio, Ce­bu­la. – Męż­czy­zna de­li­kat­nie sma­gnął ko­by­łę lej­ca­mi i spoj­rzał na Da­ge­ri­sa. – Nie­mo­wa je­ste­ście, dziad­ku?

Uda­wa­nie nie­me­go miało swoje za­le­ty, ale nie­ste­ty wy­klu­cza­ło moż­li­wość za­da­wa­nia pytań, więc Da­ge­ris za­prze­czył.

– Ro­zu­miem. – Woź­ni­ca po­ki­wał głową. – Ma­ło­mów­ni je­ste­ście, to tak jak ja. Za to moja żona to bez prze­rwy gada. Nawet przez sen gada, ale za to nie chra­pie. Cho­ciaż już bym wolał, żeby chra­pa­ła, bo to cią­głe ga­da­nie mnie wy­kań­cza. Ale po­wiedź­cie choć, jak macie na imię.

– Lu­cjan – po­wie­dział Da­ge­ris ochry­płym, drżą­cym gło­sem.

– Ja je­stem Mau­ry­cy. Z Wi­sien­ko­wa wra­cam, bo po tka­ni­ny jeź­dzi­łem. – Mau­ry­cy wska­zał ręką na tył wozu, gdzie le­ża­ły ko­lo­ro­we bele ma­te­ria­łów. – Żona mnie wy­sła­ła, bo jej na za­sło­ny i na­rzu­ty po­trzeb­ne. Ja to uwa­żam stare za jesz­cze cał­kiem dobre, ale jak się baba uprze, to nie prze­ko­nasz. Cią­gle tylko jedź po tka­ni­ny i jedź po tka­ni­ny, przez trzy mie­sią­ce mi tak truła, no to w końcu po­je­cha­łem, bo co zro­bić. – Mau­ry­cy po­krę­cił głową i wes­tchnął nad swoim cięż­kim losem.

Da­ge­ris słu­chał pa­pla­ni­ny woź­ni­cy i jed­no­cze­śnie za­sta­na­wiał się, jakie py­ta­nie może zadać bez wzbu­dza­nia po­dej­rzeń.

– W Pod­gó­rzu miesz­kasz? – za­py­tał.

– Ano tak, ro­do­wi­ty Pod­gó­rza­nin je­stem z dzia­da pra­dzia­da. – Mau­ry­cy na­chy­lił się w stro­nę Da­ge­ri­sa i zni­żył głos do szep­tu. – Moja ro­dzi­na miesz­ka­ła w Pod­gó­rzu, jesz­cze jak wła­dał Upa­dły.

– Kto? – Da­ge­ris wy­trzesz­czył oczy.

– No jak to kto, ta szu­mo­wi­na bez serca, co to ludzi w po­two­ry za­mie­nia­ła. – Woź­ni­ca splu­nął na drogę dla pod­kre­śle­nia swo­jej po­gar­dy.

„Upa­dły? Na­zwa­li mnie Upa­dłym!” – po­my­ślał Da­ge­ris. Nie mógł uwie­rzyć w tę znie­wa­gę. Był ostat­nim nie­śmier­tel­nym i naj­po­tęż­niej­szym czar­no­księż­ni­kiem, jako je­dy­ny okieł­znał me­da­lion wszech­mo­cy, wła­dał Sta­ro­rze­czem przez pięć­set lat, a oni na­zwa­li go Upa­dłym. Da­ge­ris oczy­wi­ście wie­dział, komu za­wdzię­cza ten ha­nieb­ny przy­do­mek. Ża­ło­wał, że nie uwol­nił się wcze­śniej, aby móc do­ko­nać ze­msty na Wy­zwo­li­cie­lu. Po­sta­no­wił od­na­leźć jego grób i zbez­cze­ścić szcząt­ki dla samej sa­tys­fak­cji. Wy­ko­pie kości, a potem rzuci je psom, ale naj­pierw od­zy­ska tron.

– Pa­mięć już nie ta, co kie­dyś – mruk­nął Da­ge­ris.

Kątem oka do­strzegł na twa­rzy Mau­ry­ce­go współ­czu­cie, tak jak się spo­dzie­wał.

– A ten co teraz włada… to kto? – za­py­tał Da­ge­ris, pa­trząc nie­obec­nym wzro­kiem na drogę.

– Al­me­rin de Iran­te, Wy­zwo­li­ciel.

Da­ge­ris po­czuł, jakby spa­dał, a na gar­dle za­ci­snę­ła się nie­wi­dzial­na pętla. Wy­zwo­li­ciel żył i w naj­lep­sze rzą­dził sobie Sta­ro­rze­czem. To nie miało sensu, Al­me­rin nie był nie­śmier­tel­ny, nawet nie wła­dał magią, był zwy­kłym, ża­ło­snym, nic nie­war­tym czło­wie­kiem, który po pro­stu miał szczę­ście. Gdyby nie zdra­da Me­lin­dy, to nigdy by nie wy­grał. Jakim cudem prze­żył ponad dwie­ście lat?

– Do­brze się czu­je­cie? – za­py­tał Mau­ry­cy.

– Tak.

– Bo tak nagle zbla­dli­ście. Może głod­ni je­ste­ście? Z tyłu za sie­dze­niem jest ko­szyk. Śmia­ło, czę­stuj­cie się. Bu­łecz­ki w Wi­sien­ko­wie ku­pi­łem. Zaraz przy rynku jest taka pie­kar­nia, mają tam naj­lep­sze bu­łecz­ki z kon­fi­tu­rą, jakie w życiu ja­dłem. Moja żona do­brze pie­cze, ale nie aż tak. W ogóle Wi­sien­ko­wo to się bar­dzo roz­wi­nę­ło ostat­nio…

Da­ge­ris prze­stał słu­chać mo­no­lo­gu woź­ni­cy i się­gnął po ko­szyk. Wy­cią­gnął bu­łecz­kę i wgryzł się w nią z przy­jem­no­ścią, jed­no­cze­śnie wy­obra­ża­jąc sobie naj­bar­dziej okrut­ne spo­so­by za­mor­do­wa­nia Wy­zwo­li­cie­la. 

 

***

Ko­by­ła z wy­sił­kiem wcią­gnę­ła wóz na szczyt wzgó­rza, z któ­re­go roz­cią­gał się widok na do­li­nę. Da­ge­ris wstrzy­mał od­dech. Roz­po­zna­wał ten pej­zaż, ale jed­no­cze­śnie wszyst­ko zda­wa­ło się obce. W dole pły­nę­ła po­tęż­na rzeka, nad którą biegł drew­nia­ny most. Dalej roz­cią­gał się za­gaj­nik, a za nim le­ża­ło Pod­gó­rze. W cen­trum osady stał zamek. Da­ge­ris po­czuł mdło­ści, wi­dząc, co zro­bio­no z jego sie­dzi­bą. Za­cho­wa­no strze­li­ste wieże i kształt murów, ale resz­ta wy­glą­da­ła zu­peł­nie ina­czej. Nie­gdyś szare, mrocz­ne ścia­ny po­ma­lo­wa­no na ró­żo­wo, a czar­ny dach zmie­nio­no na biały. Da­ge­ris nigdy nie wi­dział cze­goś rów­nie od­ra­ża­ją­ce­go. Samo Pod­gó­rze także prze­szło dia­me­tral­ne zmia­ny. Na miej­scu roz­pa­da­ją­cych się chat kry­tych strze­chą sta­nę­ły mu­ro­wa­ne domki po­ma­lo­wa­ne na pa­ste­lo­we ko­lo­ry.

– Pra­wie je­ste­śmy. Do­brze, że zdą­ży­li­śmy przed zmro­kiem, bo Ce­bu­la się boi ciem­no­ści – po­wie­dział Mau­ry­cy. – By­li­ście kie­dyś w Pod­gó­rzu?

– Dawno – po­wie­dział Da­ge­ris, wpa­tru­jąc się w zamek.

Mau­ry­cy o dziwo za­milkł, jakby wy­czuł jego wście­kłość. Ode­zwał się po­now­nie, do­pie­ro gdy do­tar­li do pierw­szych za­bu­do­wań.

– Gdzie was wy­sa­dzić? – za­py­tał.

– Wszyst­ko jedno.

Mau­ry­cy zmie­rzył go wzro­kiem i po­dra­pał się po gło­wie.

– A macie tu jakiś dom?

„Tak, ten ró­żo­wy zamek” – po­my­ślał Da­ge­ris, za­ci­ska­jąc zęby.

– Nie – od­po­wie­dział.

– Zna­czy nie macie się gdzie po­dziać?

Da­ge­ris mil­czał.

– No to za­pra­szam do sie­bie na miskę cie­płej stra­wy, a i miej­sce do spa­nia się znaj­dzie. Jutro coś wy­my­śli­my, bo tu u nas w Pod­gó­rzu to się nie zo­sta­wia ni­ko­go bez dachu nad głową – po­wie­dział Mau­ry­cy z dumą w gło­sie.

Woź­ni­ca skie­ro­wał wóz w bocz­ną ulicz­kę i Da­ge­ris stra­cił zamek z oczu. Do­tar­li do ma­łe­go domku z przy­bu­dów­ką, w któ­rej mie­ści­ła się staj­nia. Część po­dwó­rza zaj­mo­wał ogró­dek pełen kwia­tów. Mau­ry­cy za­trzy­mał wóz przed staj­nią i ze­sko­czył z kozła.

– Mamo, tata wró­cił! – Z domu wy­bie­gła na oko dzie­się­cio­let­nia dziew­czy­na i rzu­ci­ła się Mau­ry­ce­mu na szyję.

– Naj­wyż­szy czas, już się mar­twi­łam. – Pulch­na ko­bie­ta sta­nę­ła w drzwiach domu i pod­par­ła się pod boki.

– Oj, Julka, prze­cież wiesz, że do Wi­sien­ko­wa kawał drogi.

Ko­bie­ta prze­wró­ci­ła ocza­mi i spoj­rza­ła na Da­ge­ri­sa.

– A kogóż to przy­wio­złeś?

– A to jest Lu­cjan, spo­tka­łem go po dro­dze. Bie­dak nie ma się gdzie po­dziać, to po­my­śla­łem, że wy­pa­da udzie­lić mu go­ści­ny.

Ko­bie­ta zmarsz­czy­ła brwi, ale po chwi­li jed­nak ski­nę­ła głową.

– Niech bę­dzie, wchodź­cie.

Da­ge­ris zsu­nął się z kozła i wszedł do domu.

– Sia­daj­cie przed ko­min­kiem, Julka zaraz ko­la­cję przy­szy­ku­je. – Mau­ry­cy uśmiech­nął się do­bro­tli­wie i po­szedł za żoną do kuch­ni.

Da­ge­ris usiadł w fo­te­lu i ro­zej­rzał się po po­ko­ju. Drew­nia­ne meble no­si­ły ślady za­dra­pań, ale zo­sta­ły wy­ko­na­ne bar­dzo sta­ran­nie. W cen­tral­nej czę­ści po­miesz­cze­nia stał stół i sześć krze­seł. Da­ge­ris pa­trzył na mi­go­czą­ce w ko­min­ku pło­mie­nie, a z kuch­ni do­bie­ga­ły przy­ci­szo­ne głosy.

– Gdzieś ty go zna­lazł? – za­py­ta­ła Julka.

– W lesie za Przy­piec­kiem, szedł drogą. Po mo­je­mu to on ma w gło­wie tro­chę nie po kolei.

– I co z nim zro­bi­my?

– Jutro pójdę do zamku. Kró­lo­wa pew­nie go w przy­tuł­ku umie­ści. Do­brze mu tam bę­dzie. Stara Jagna już rok temu sama się prze­nio­sła i jest za­do­wo­lo­na.

– To chyba naj­lep­sze roz­wią­za­nie, bo my nie mamy miej­sca, żeby go przy­gar­nąć.

Da­ge­ris za­ci­snął dło­nie na po­rę­czach fo­te­la. „Nie po­trze­bu­ję wa­szej li­to­ści” – po­my­ślał. Jutro z sa­me­go rana pla­no­wał znik­nąć z tego domu, a potem ro­ze­znać się w sy­tu­acji. Na razie jed­nak za­mie­rzał zjeść cie­pły po­si­łek i po raz pierw­szy od dwu­stu sie­dem­na­stu lat po­rząd­nie się wy­spać.

 

***

– To bred­nie! Dynie się mie­rzy w po­przek! – Onu­fry Kap­ciuch stuk­nął laską w mar­mu­ro­wą po­sadz­kę sali tro­no­wej.

– Bo tobie tak wy­god­niej, co? Bo ci takie pla­ska­te rosną. – Bar­na­ba Kap­ciuch nie ustę­po­wał.

– Uwa­żaj na słowa! Moje dynie są praw­dzi­we, a te twoje to nie wia­do­mo co.

Kró­lo­wa Me­lin­da dys­kret­nie prze­sło­ni­ła twarz wa­chla­rzem, ukry­wa­jąc uśmiech. Co roku, po kon­kur­sie na naj­więk­szą dynię po­ja­wia­li się bra­cia Kap­ciu­cho­wie, to­cząc za­ja­dły spór. Kró­lo­wa spoj­rza­ła na męża, który nie­ste­ty nie dys­po­no­wał wa­chla­rzem, więc z ca­łych sił sta­rał się za­cho­wać po­wa­gę.

– Wy­star­czy – po­wie­dział król ła­god­nie. – Od tej pory o wy­gra­nej bę­dzie de­cy­do­wa­ła waga dyni.

Oby­dwaj star­cy na­bra­li tchu, aby za­pro­te­sto­wać, ale król nie dał im szan­sy.

– To wszyst­ko, mo­że­cie odejść.

Bra­cia Kap­ciu­cho­wie skło­ni­li się nisko i udali do wyj­ścia, szep­cząc coś do sie­bie z wi­docz­nym nie­za­do­wo­le­niem. Przy­naj­mniej w końcu się zga­dza­li.

– Nie masz cza­sem dość roz­strzy­ga­nia tych bez­sen­sow­nych kłót­ni? – za­py­ta­ła Me­lin­da, gdy zo­sta­li sami.

– Nie, bo to naj­lep­szy dowód, że lu­dzie są szczę­śli­wi. – Pod błę­kit­ny­mi ocza­mi Al­me­ri­na po­ja­wi­ły się zmarszcz­ki, gdy się uśmiech­nął.

– Co masz na myśli?

– Spie­ra­ją się o takie bła­host­ki, po­nie­waż nie mają więk­szych pro­ble­mów.

Król wstał z tronu i prze­cią­gnął się.

– Co po­wiesz na spa­cer? – za­py­tał, po­da­jąc jej dłoń.

Me­lin­da wsta­ła i ujęła męża pod ramię. Prze­szli ko­ry­ta­rzem do głów­ne­go wyj­ścia z zamku i zna­leź­li się na dzie­dziń­cu. Nie to­wa­rzy­szy­ła im straż, bo kto chciał­by skrzyw­dzić ubó­stwia­ne­go przez wszyst­kich króla. To dzię­ki niemu za­pa­no­wał pokój i do­bro­byt w całym Sta­ro­rze­czu. Me­lin­da po­pa­trzy­ła na Al­me­ri­na, który przy­mknął oczy i wy­sta­wił twarz do słoń­ca. Na czar­nych wło­sach za­tań­czy­ły fio­le­to­we re­flek­sy. Kró­lo­wa nie mogła uwie­rzyć w szczę­ście, jakie ją spo­tka­ło. Po­ślu­bi­ła naj­cu­dow­niej­sze­go męż­czy­znę na świe­cie, bo­ha­te­ra o sercu czy­stym jak krysz­tał. Ro­zu­mie­li się bez słów od sa­me­go po­cząt­ku. „Nie mo­gła­bym być szczę­śliw­sza” – po­my­śla­ła, ale w głębi serca za­wsze czułą odro­bi­nę smut­ku. Do dziś mie­wa­ła sny o cza­sach spę­dzo­nych u boku Da­ge­ri­sa. Ni­cze­go nie po­tra­fi­ła za­po­mnieć: ani jego głosu, ani za­pa­chu, ani do­ty­ku gład­kiej skóry. Mogła od­two­rzyć ich pierw­sze spo­tka­nie w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach.

Da­ge­ris od­na­lazł ją, gdy miała pięt­na­ście lat i błą­ka­ła się po opusz­czo­nej wio­sce, któ­rej miesz­kań­cy dawno zgi­nę­li. Pa­mię­ta­ła, że naj­pierw usły­sza­ła tę­tent kopyt, a potem zo­ba­czy­ła śnież­no­bia­łą ka­ro­cę za­przę­żo­ną w czte­ry czar­ne konie. Za po­wo­zem po­dą­żał od­dział po­two­rów. Bu­do­wą przy­po­mi­na­ły ludzi, ale za­miast wło­sów miały ostre, gu­zo­wa­te na­ro­śle za­koń­czo­ne kol­ca­mi, a twa­rze zmie­ni­ły się w wy­dłu­żo­ne pyski z wy­sta­ją­cy­mi po bo­kach zę­ba­mi. Całe ich ciała po­kry­wa­ła łuska, a dło­nie za­koń­czo­ne były szpo­na­mi. Ka­ro­ca za­trzy­ma­ła się, a ze środ­ka wy­siadł męż­czy­zna o dłu­gich bia­łych wło­sach.

– Co tu ro­bisz sama, dziew­czy­no? – za­py­tał.

– Miesz­kam – od­par­ła, wpa­tru­jąc się w czar­ne oczy.

– Wsia­daj.

Po­słu­cha­ła. Da­ge­ris nigdy nie wy­ja­śnił mo­ty­wów, jakie nim kie­ro­wa­ły. Za­brał ją do zamku i po­zwo­lił zo­stać. Ro­zu­mia­ła, kim był, ale mimo to przy­wią­za­ła się do niego. Im wię­cej czasu spę­dza­li razem, tym sil­niej­szą fa­scy­na­cję czuła. W końcu za­czę­li dzie­lić łoże. Gdy przez góry na po­łu­dniu prze­szła armia Wy­zwo­li­cie­la i wojna ogar­nę­ła Sta­ro­rze­cze, Da­ge­ris po­ka­zał peł­nię swo­je­go okru­cień­stwa. Zmie­niał w po­two­ry nie­mal wszyst­kich i rzu­cał do walki, choć nie miał szans na zwy­cię­stwo z do­sko­na­le wy­szko­lo­ną armią wspie­ra­ną przez smoki i wróż­ki. Wtedy Me­lin­da pod­ję­ła de­cy­zję, za­bra­ła me­da­lion i ucie­kła z zamku. Nikt jej nie za­trzy­my­wał, bo dla po­two­rów była nie­ty­kal­na. Przedar­ła się do obozu Wy­zwo­li­cie­la i zło­ży­ła mu ofer­tę. Od­da­ła me­da­lion w na­dziei na oca­le­nie Da­ge­ri­sa. Jej zda­niem zła moc tkwi­ła w me­da­lio­nie. Bar­dzo się w tej kwe­stii my­li­ła.

Wojna trwa­ła jesz­cze przez kilka mie­się­cy, które Me­lin­da spę­dzi­ła u boku Al­me­ri­na i zro­zu­mia­ła, że ist­nie­je inny świat. Nie zbli­ży­ła się do Pod­gó­rza do mo­men­tu, gdy Da­ge­ris zo­stał uwię­zio­ny. Pro­te­sto­wa­ła, gdy Al­me­rin po­sta­no­wił uczy­nić z zamku swoją sie­dzi­bę, wo­la­ła­by, aby go znisz­czył, ale on twier­dził, że lu­dzie muszą uwie­rzyć w zmia­nę, a nowe Pod­gó­rze sta­nie się sym­bo­lem od­ro­dze­nia. Miał rację.

Al­me­rin nie wy­py­ty­wał Me­lin­dy o życie z Da­ge­ri­sem. Zadał tylko jedno py­ta­nie i to w naj­mniej od­po­wied­nim mo­men­cie, bo pod­czas nocy po­ślub­nej. Le­że­li przy­tu­le­ni, gdy spoj­rzał jej w oczy i za­py­tał:

– Ko­cha­łaś go?

– Nie – od­po­wie­dzia­ła.

Ten jeden raz okła­ma­ła męża. Po­czu­ła wtedy, jak się roz­luź­nił, jakby ka­mień spadł mu z serca. Chciał wie­rzyć, że uko­cha­na zo­sta­ła znie­wo­lo­na przez Upa­dłe­go i nigdy nic do niego nie czuła. Ona sama wo­la­ła­by, aby tak wła­śnie było.

– Mam po­mysł. – Głos Al­me­ri­na wy­rwał Me­lin­dę z za­my­śle­nia. – Wy­bie­rze­my się na prze­jażdż­kę.

Przy­śpie­szył kroku i po­pro­wa­dził ją ku bra­mie, a potem alej­ką w stro­nę głów­ne­go placu. Po dro­dze witał się z każ­dym jak przy­ja­ciel, a nie jak król. Za­trzy­mał się przy fon­tan­nie na placu i za­gwiz­dał, wzy­wa­jąc smoka.

– A więc to taką prze­jażdż­kę mia­łeś na myśli? – Me­lin­da uśmiech­nę­ła się do męża.

Nagle po­czu­ła dreszcz i ro­zej­rza­ła się za­nie­po­ko­jo­na. Do­strze­gła mło­dzień­ca o ja­snych wło­sach, który przy­glą­dał się jej. Stał opar­ty o ścia­nę ta­wer­ny, z rę­ka­mi skrzy­żo­wa­ny­mi na pier­si. Me­lin­da nigdy wcze­śniej go nie wi­dzia­ła, ale nie po­win­no to dzi­wić, bo w Pod­gó­rzu cią­gle zja­wia­li się prze­jezd­ni. Mimo to czuła nie­po­kój.

Usły­sza­ła trze­pot skrzy­deł i na­tych­miast spoj­rza­ła w niebo. Złoty smok wy­ło­nił się zza bu­dyn­ków i z nie­zwy­kłą gra­cją wy­lą­do­wał na placu. Za­ma­chał łbem na po­wi­ta­nie i wy­cią­gnął pysk w stro­nę Al­me­ri­na, ocze­ku­jąc piesz­czot.

– Witaj, stary przy­ja­cie­lu – po­wie­dział król, gła­dząc smoka po nosie.

Po woj­nie w Sta­ro­rze­czu zo­stał tylko Ra­la­na­kir, inne smoki wró­ci­ły na po­łu­dnie, po­dob­nie jak więk­szość armii. Ci, któ­rzy po­sta­no­wi­li ina­czej, dawno już nie żyli. Me­lin­da nie są­dzi­ła, że dłu­go­wiecz­ność okaże się taka przy­gnę­bia­ją­ca. Na szczę­ście Al­me­rin przy­jął od niej cząst­kę nie­śmier­tel­no­ści, choć długo mu­sia­ła go na­ma­wiać. Mogła ob­da­ro­wać jedną osobę i nie wy­obra­ża­ła sobie, aby był to kto­kol­wiek inny.

Ra­la­na­kir za­ma­chał nie­spo­koj­nie łbem, a z jego noz­drzy wy­do­był się obłok dymu.

– Spo­koj­nie, przy­ja­cie­lu. Co się stało? – za­py­tał król.

Smok ro­zej­rzał się po placu i nawet Me­lin­da wy­czu­wa­ła jego nie­po­kój. Spoj­rza­ła w stro­nę ta­jem­ni­cze­go mło­dzień­ca, ale ten znik­nął. Skar­ci­ła się w my­ślach za zbyt­nią ner­wo­wość i po­de­szła do Al­me­ri­na, a potem oboje wdra­pa­li się na grzbiet smoka. Me­lin­da ob­ję­ła męża mocno w pasie i za­tra­ci­ła się w tej cu­dow­nej chwi­li. „Nie mo­gła­bym być szczę­śliw­sza” – po­my­śla­ła.

 

***

Da­ge­ris prze­szedł na tyły ta­wer­ny i oparł się ple­ca­mi o zimny mur, dy­sząc z wście­kło­ści. Wszyst­ko się wła­śnie wy­ja­śni­ło. Me­lin­da po­dzie­li­ła się z Wy­zwo­li­cie­lem nie­śmier­tel­no­ścią. Na myśl, że Al­me­rin po­sia­da cząst­kę jego isto­ty Da­ge­ri­sem wstrzą­snął dreszcz. Po­ża­ło­wał, że spo­tkał Me­lin­dę i za­brał do zamku. Le­piej by­ło­by, gdyby umar­ła.

Opa­no­wał emo­cje i za­czął ana­li­zo­wać sy­tu­ację. Pierw­szy pro­blem wią­zał się ze smo­kiem, który ewi­dent­nie go wy­czuł. Te la­ta­ją­ce jasz­czu­ry przy­wią­zy­wa­ły się do swo­ich panów ni­czym psy. Da­ge­ris nie wąt­pił, że po za­bi­ciu Wy­zwo­li­cie­la smok zrobi wszyst­ko, aby do­ko­nać ze­msty, a takie star­cie nie wcho­dzi­ło w grę bez me­da­lio­nu. W tym mo­men­cie do Da­ge­ri­sa do­tar­ło, że skoro Me­lin­da tu jest, to za­pew­ne me­da­lion także. Mu­siał się je­dy­nie do­stać do zamku.

Ob­szedł bu­dy­nek i zna­lazł się na placu. Spoj­rzał w stro­nę zam­ko­wej bramy, przed którą stało dwóch znu­dzo­nych straż­ni­ków nie­zbyt prze­ję­tych swoim za­da­niem. Nie są­dził, aby tak po pro­stu go prze­pu­ści­li. Skie­ro­wał wzrok na ta­bli­cę sto­ją­cą przed ta­wer­ną. Zbli­żył się do niej i z tru­dem po­wstrzy­mał uśmiech, gdy do­strzegł ogło­sze­nie: „Po­szu­ki­wa­na po­ko­jów­ka do pracy w zamku”. Ze­rwał kart­kę i scho­wał do kie­sze­ni. Znik­nął mię­dzy bu­dyn­ka­mi, by po chwi­li po­ja­wić się jako młoda dziew­czy­na o ja­snych wło­sach i prze­cięt­nej uro­dzie, odzia­na w pro­stą, be­żo­wą su­kien­kę i pe­le­ry­nę. Nie za­mie­rzał zwra­cać na sie­bie nie­po­trzeb­nej uwagi. Ru­szył alej­ką w stro­nę pa­ła­cu.

Za­trzy­mał się przed straż­ni­ka­mi i po­ka­zał im kart­kę.

– Zna­la­złam ogło­sze­nie – po­wie­dział – ale nie wiem, gdzie się zgło­sić.

Straż­ni­cy rów­no­cze­śnie spoj­rze­li na tek­st.

– No to chyba do Bry­gi­dy trze­ba ci iść – po­wie­dział niż­szy z nich.

– A gdzie ją znaj­dę? – Da­ge­ris za­trze­po­tał rzę­sa­mi.

– W za­chod­niej czę­ści zamku. Zaraz za wej­ściem skręć w lewo i idź do sa­me­go końca.

– Dzię­ku­ję. – Po­słał męż­czy­znom pro­mien­ny uśmiech.

Straż­ni­cy prze­pu­ści­li go i wró­ci­li do bez­myśl­ne­go wpa­try­wa­nia się w prze­strzeń. „Idio­ci” – po­my­ślał. Skrę­cił w ko­ry­tarz po lewej, ale nie za­mie­rzał iść do żad­nej Bry­gi­dy. Do­tarł do scho­dów i zszedł do lo­chów, które wy­glą­da­ły tak, jak je pa­mię­tał. Spod su­fi­tu zwi­sa­ły pa­ję­czy­ny, wska­zu­jąc, że od dawna nikt tu nie za­glą­dał. Da­ge­ris od­na­lazł ta­jem­ne przej­ście i wszedł do ukry­tej zbro­jow­ni. Ujął miecz w dłoń i przez chwi­lę de­lek­to­wał się jego cię­ża­rem, a potem za­ło­żył pas i po­rząd­nie się uzbro­ił. Po­zo­sta­wa­ło za­cze­kać do zmro­ku i zna­leźć me­da­lion.

Da­ge­ris zmie­nił nieco ilu­zję, przy­wdzie­wa­jąc strój po­ko­jów­ki i wy­szedł z lo­chów. Na miej­scu Wy­zwo­li­cie­la ukrył­by me­da­lion w skarb­cu, więc tam po­sta­no­wił się udać w pierw­szej ko­lej­no­ści. Przed po­tęż­ny­mi, dę­bo­wy­mi drzwia­mi z me­ta­lo­wy­mi oku­cia­mi peł­ni­ło straż dwóch zbroj­nych i wy­glą­da­li, jakby trak­to­wa­li swoje za­da­nie bar­dzo po­waż­nie. Da­ge­ris wy­szedł z bocz­ne­go ko­ry­ta­rza i po­dą­żył w ich kie­run­ku, roz­glą­da­jąc się nie­pew­nie.

– Stać! – po­wie­dział straż­nik.

Da­ge­ris zwol­nił, ale się nie za­trzy­mał.

– Ojej, prze­pra­szam, je­stem tu nowa. Cał­kiem się zgu­bi­łam.

Zbroj­ni wy­raź­nie się roz­luź­ni­li. Da­ge­ris stał już przy nich. Jeden ze zbroj­nych otwo­rzył usta, aby coś po­wie­dzieć, ale nie zdą­żył, bo z pod­cię­te­go gar­dła try­snę­ła krew. Ostrze szty­le­tu prze­cię­ło po­wie­trze ze świ­stem i se­kun­dę póź­niej drugi straż­nik padł mar­twy. Da­ge­ris ukląkł przy cia­łach i go­rącz­ko­wo szu­kał klu­czy. Za­drżał, gdy palce w końcu na­tra­fi­ły na zna­jo­my kształt. Prze­zor­nie za­ma­sko­wał zwło­ki ilu­zją i wszedł do skarb­ca. W środ­ku znaj­do­wa­ły się skrzy­nie pełne te­ry­li i klej­no­tów oraz kilka sztuk szty­le­tów ozdo­bio­nych ka­mie­nia­mi szla­chet­ny­mi, ale ani śladu me­da­lio­nu. Da­ge­ris czuł na­ra­sta­ją­cą fru­stra­cję. „Gdzie ta gnida go ukry­ła, prze­cież nie zdo­łał go znisz­czyć” – po­my­ślał i zdał sobie spra­wę, że ro­zu­mo­wał w błęd­ny spo­sób. Wy­zwo­li­ciel nie ukrył­by me­da­lio­nu, uczy­nił­by z niego sym­bol zwy­cię­stwa tak samo, jak z zamku. Da­ge­ris od­wró­cił się bły­ska­wicz­nie i skie­ro­wał do sali tro­no­wej.

Sta­nął przed drzwia­mi, de­lek­tu­jąc się każdą se­kun­dą. Wie­dział, że zbli­ża­ła się upra­gnio­na chwi­la ze­msty. Ro­zej­rzał się i wśli­znął do środ­ka. Wy­strój sali zo­stał dia­me­tral­nie zmie­nio­ny. Gład­kie nie­gdyś ścia­ny teraz zdo­bi­ły pła­sko­rzeź­by upa­mięt­nia­ją­ce zwy­cię­stwo Wy­zwo­li­cie­la. Mię­dzy ko­lum­na­mi pod­trzy­mu­ją­cy­mi strop stały rzędy krze­seł. Je­dy­nym, co za­cho­wa­no, był tron, choć usu­nię­to z niego zdo­bie­nia w kształ­cie głów po­two­rów, a czar­ne obi­cie zmie­nio­no na czer­wo­ne. Na ścia­nie za pod­wyż­sze­niem wi­siał herb przed­sta­wia­ją­cy gwiaz­dę, po któ­rej bo­kach wid­nia­ły syl­wet­ki dwóch smo­ków w locie. W środ­ku gwiaz­dy tkwił me­da­lion wszech­mo­cy.

Da­ge­ris gwał­tow­nie wcią­gnął po­wie­trze, nie mogąc uwie­rzyć w ten łut szczę­ścia. Pod­szedł do herbu i jed­nym szarp­nię­ciem ze­rwał go ze ścia­ny. Wy­cią­gnął szty­let, a potem wy­łu­skał me­da­lion z cia­snych obejm. Gdy palce do­tknę­ły zło­te­go splo­tu, moc ude­rzy­ła Da­ge­ri­sa ni­czym mor­ska fala. Wstał po­wo­li i zdjął ilu­zję. Przy­ci­snął na chwi­lę me­da­lion do pier­si, a potem scho­wał do kie­sze­ni.

Ryk smoka wstrzą­snął mu­ra­mi zamku. „Za późno” – po­my­ślał Da­ge­ris i za­śmiał się w głos. Nie­spiesz­nie pod­szedł do tronu i do­tknął obi­cia, zmie­nia­jąc kolor na czar­ny. Usiadł i z roz­ko­szą słu­chał do­bie­ga­ją­ce­go z ze­wnątrz ryku smoka i okrzy­ków zdez­o­rien­to­wa­nych ludzi. Cze­kał cier­pli­wie, wie­dząc, że w końcu sami do niego przyj­dą.

Nie mi­nę­ła nawet go­dzi­na, gdy drzwi do sali tro­no­wej otwo­rzy­ły się gwał­tow­nie i sta­nął w nich Wy­zwo­li­ciel z Me­lin­dą u boku i w oto­cze­niu zbroj­nych.

– Mu­si­my usta­lić, co… – Król za­marł w pół kroku, a jego ob­li­cze po­bla­dło.

Na twa­rzy kró­lo­wej za­go­ści­ło jesz­cze więk­sze prze­ra­że­nie, od­ru­cho­wo przy­lgnę­ła do męża. „Nie licz, że on cię ocali. Nie tym razem” – po­my­ślał Da­ge­ris i wstał. Magią za­trza­snął drzwi, od­ci­na­jąc drogę uciecz­ki. Zbroj­ni do­by­li mie­czy. Da­ge­ris uniósł dłoń, a z pal­ców wy­strze­li­ły czar­ne pro­mie­nie. Straż­ni­cy padli na pod­ło­gę z wrza­skiem, wijąc się w mę­czar­niach, gdy ich ciała ule­ga­ły prze­mia­nie. Po nie­speł­na mi­nu­cie król i kró­lo­wa zo­sta­li oto­cze­ni przez po­two­ry, które nie im były po­słusz­ne.

Da­ge­ris zszedł z pod­wyż­sze­nia i zbli­żył się do Wy­zwo­li­cie­la. Ten stał wy­pro­sto­wa­ny z wy­so­ko unie­sio­ną głową i dum­nym wy­ra­zem twa­rzy. Na nic zdały się te po­zo­ry, bo Da­ge­ris sły­szał ło­mo­ta­nie jego serca.

– Na­praw­dę my­śla­łeś, że to się uda? – za­py­tał.

– Dobro za­wsze zwy­cię­ża – od­po­wie­dział Al­me­rin i dobył mie­cza. – Nie oba­wiam się śmier­ci dla słusz­nej spra­wy.

– To świet­nie, bo zaraz jej za­kosz­tu­jesz.

Me­lin­da pu­ści­ła ramię męża i zna­la­zła się przed nim, za­sła­nia­jąc go wła­snym cia­łem.

– Da­ge­ri­sie, pro­szę, nie mu­sisz tego robić. Wiem, że w głębi serca tego nie chcesz. Oszczędź go, a będę twoja na za­wsze. – Po po­licz­kach kró­lo­wej spły­wa­ły łzy.

– Czemu mia­ło­by mi na tym za­le­żeć? To przez cie­bie spę­dzi­łem dwie­ście lat w nie­wo­li.

– Chcia­łam cię ura­to­wać.

– Bzdu­ra! Dałem ci nie­śmier­tel­ność, a ty mnie zdra­dzi­łaś.

– Nadal mnie ko­chasz. Widzę to w two­ich oczach. – Me­lin­da zro­bi­ła krok w jego stro­nę.

– Cie­bie nie ko­cha­łem nigdy. Ko­cha­łem tę, którą przy­po­mi­nasz. 

Da­ge­ris wy­cią­gnął dłoń, się­ga­jąc po to, co na­le­ża­ło do niego. Z pier­si kró­lo­wej wy­ło­nił się ma­leń­ki ognik i znik­nął.

– Nie! – wrza­snął król.

Chwy­cił żonę w ra­mio­na, ale jej ciało wiot­cza­ło i roz­pa­da­ło się na ka­wał­ki, aby za­le­d­wie po kilku se­kun­dach za­mie­nić się w pył. Al­me­rin wrza­snął i za­ata­ko­wał. Da­ge­ris odbił cios i za­śmiał się w głos. Do­sko­na­le się bawił, pa­trząc na łzy spły­wa­ją­ce po po­licz­kach króla. Gdy w końcu znu­dził się walką, jed­nym pro­stym ge­stem po­zba­wił Al­me­ri­na nie­śmier­tel­no­ści. Wy­zwo­li­ciel padł na po­sadz­kę i po­dzie­lił los żony. Na kilka se­kund za­pa­dła ab­so­lut­na cisza, a potem ryk smoka prze­szył po­wie­trze. Brzmia­ła w nim bez­gra­nicz­na furia i roz­pacz.

Da­ge­ris wy­szedł z sali tro­no­wej, a po­two­ry po­dą­ży­ły za nim. Nie oba­wiał się już smoka. Gdy tylko sta­nął przed zam­kiem, w jego stro­nę na­tych­miast po­le­ciał smo­czy ogień, który Da­ge­ris bez trudu po­słał w prze­ciw­nym kie­run­ku. Oczy­wi­ście ogień nie mógł zra­nić jasz­czu­ra, więc Da­ge­ris ci­snął w niego po­tęż­ny­mi lo­do­wy­mi so­pla­mi ostry­mi jak włócz­nie. Wi­dział, jak łuski pę­ka­ją, a z ran za­czy­na są­czyć się srebr­na krew. Smok nie ustę­po­wał, ale nie miał szans w tym star­ciu. Po dzie­sią­tej sal­wie lo­do­wych szpi­kul­ców runął na plac, ocie­ka­jąc krwią. Pró­bo­wał unieść łeb i po­now­nie zio­nąć ogniem, ale z pyska wy­do­był się za­le­d­wie obłok dymu. Da­ge­ris zbli­żył się i po­pa­trzył w złote, po­dłuż­ne źre­ni­ce, w któ­rych gasło życie. Smok kłap­nął zę­ba­mi po raz ostat­ni i sko­nał.

Da­ge­ris ro­zej­rzał się po po­grą­żo­nym w cha­osie Pod­gó­rzu. Uniósł dłoń i czar­ne pro­mie­nie wy­strze­li­ły w kie­run­ku ucie­ka­ją­cych w pa­ni­ce ludzi. Opa­no­wa­nie ca­łe­go Sta­ro­rze­cza było tylko kwe­stią czasu, ale nie za­mie­rzał na tym po­prze­stać. Po­pa­trzył na po­łu­dnie, w stro­nę gór, za któ­ry­mi roz­cią­ga­ła się oj­czy­zna Wy­zwo­li­cie­la.

Koniec

Komentarze

Alicello, w moim odczuciu napisałaś bardzo dobre opowiadanie – szczególnie w kontekście konkursu, choć temat ujęty jest dość klasycznie ;) Historia płynie, widać, że jest dopracowana, więc czytało się z dużą lekkością i przyjemnością. Z chęcią przeczytam Twoje kolejne teksty ;)

Jedyne, co wzbudziło moją wątpliwość, to to, z jaką łatwością Dageris dostał się na zamek, a potem swobodnie się po nim poruszał. Miałam wrażenie, że poszło mu zbyt łatwo ;)

Wyłapałam kilka drobnostek do poprawy, głównie przecinki i literówki ;)

 

W świetle pochodni Włodek dostrzegł młodą twarz o wyrazistych rysach i czarne oczy, których wyraz zdradzał wiele przeżytych wiosen. → lekkie powtórzenie.

 

Nie miał pojęcia co tam zastanie. → Nie miał pojęcia, co tam zastanie.

 

Wyzwoliciel pewnie zniszczył wszystko co mógł, aby podkreślić triumf. → Wyzwoliciel pewnie zniszczył wszystko, co mógł, aby podkreślić triumf.

 

Za to moja żona, to bez przerwy gada. → bez przecinka

 

Ale powiedźcie choć jak macie na imię. → Ale powiedźcie choć, jak macie na imię.

 

No jak to kto, ta szumowina bez serca co to ludzi w potwory zamieniała. → No jak to kto, ta szumowina bez serca, co to ludzi w potwory zamieniała.

 

– A ten co teraz włada… to kto? – zapytał Dageris, patrząc nieobecnym wzrokom na drogę. → wzrokiem

 

Gdyby nie zdrada Melindy to nigdy by nie wygrał. → Gdyby nie zdrada Melindy, to nigdy by nie wygrał.

 

Na miejscu rozpadających się chat krytych strzechą, stanęły murowane domki pomalowane na pastelowe kolory. → bez przecinka

 

– Nie, bo najlepszy dowód, że ludzie są szczęśliwi. → – Nie, bo to najlepszy dowód, że ludzie są szczęśliwi.

 

– Skoro kłócą się o takie błahostki, ponieważ nie mają większych problemów. → – Skoro kłócą się o takie błahostki, to znaczy, że nie mają większych problemów.

 

Rozumiała kim był, ale mimo to przywiązała się do niego. → Rozumiała, kim był, ale mimo to przywiązała się do niego.

 

Zamachał łbem na powitanie i wyciągnął pysk w stronę Almerian, oczekując pieszczot. → Almerina

 

Ralanakir zamachał niespokojnie łbem, a z jego nozdrzy wydobył się obłok dymy. → dymu

 

Te latające jaszczury, przywiązywały się do swoich panów niczym psy. → bez przecinka

 

W tym momencie do Dagerisa dotarło, że skoro Melinda tu jest to zapewne medalion także. → W tym momencie do Dagerisa dotarło, że skoro Melinda tu jest, to zapewne medalion także.

 

– Znalazłam ogłoszenie – powiedział – ale nie wiem gdzie się zgłosić. → – Znalazłam ogłoszenie – powiedział – ale nie wiem, gdzie się zgłosić.

 

Strażnicy równocześnie spojrzeli na teksty.

– No to chyba do Brygidy trzeba ci iść – powiedział niższy strażnik. → powtórzenie, po dialogu może być np. „niższy z nich”.

 

Zadrżał, gdy place w końcu natrafiły na znajomy kształt. → palce

 

Jedynym co zachowano, był tron, choć usunięto z niego zdobienia w kształcie głów potworów, a czarne obicie zmieniono na czerwone. Nad tronem wisiał herb przedstawiający gwiazdę, → Jedynym, co zachowano, był tron, choć usunięto z niego zdobienia w kształcie głów potworów, a czarne obicie zmieniono na czerwone. Nad nim wisiał herb przedstawiający gwiazdę,

 

– Musimy ustalić co… → – Musimy ustalić, co…

 

Pozdrawiam!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Cześć, Nati!

 

Bardzo dziękuję za komentarz i łapankę :). Twoja opinia wiele dla mnie znaczy. Zgadzam się, że opowiadanie jest klasyczne. Podeszłam do tematu wprost. Zło miało wygrać i to bezsprzecznie.

 

Jedyne, co wzbudziło moją wątpliwość, to to, z jaką łatwością Dageris dostał się na zamek, a potem swobodnie się po nim poruszał. Miałam wrażenie, że poszło mu zbyt łatwo ;)

Tak, poszło mu za łatwo, ale to było zamierzone. Morał z tej historii miał być taki, że zło ma znaczną przewagę w starciu z absolutnym dobrem. Kłamca łatwiej zwiedzie osobę do bólu prawdomówną niż oszusta. Podgórze to taka kraina szczęśliwości. Król zajmuje się rozwiązywaniem jakichś błahych sporów, a potem wraz z królową wychodzą z zamku bez żadnej ochrony. Strażnicy tak po prostu przepuszczają obcą dziewuchę. Nawet zbrojni przy skarbcu dają się oszukać jak dzieci. Nikt się zła nie spodziewa.

Zastanawiam się, czy nie powinnam dodać opisu Podgórza, żeby podkreślić ten efekt.

 

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Zastanawiam się, czy nie powinnam dodać opisu Podgórza, żeby podkreślić ten efekt.

Jeśli masz na to jakiś pomysł, to pewnie, można coś dodać ;) Ale rozumiem Twoją koncepcję. Swoją drogą, bardzo lubię ten zabieg, kiedy czytelnik stoi po stronie „tego złego”, bo „ten dobry” jest zbyt nudny i naiwny :P

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Witaj.

Wspaniałe, efektowne, pełne doskonałych opisów opowiadanie. Taki debiut to zapowiedź rewelacyjnego pisania, czego serdecznie Ci życzę. :)

 Sama historia ogromnie przypadła mi do gustu. W sumie współczuję każdemu bohaterowi: dwójce ciekawskich chłopaków, Dagerisowi, jego przeciwnikowi i ukochanej, smokowi, jak również Maurycemu i rodzinie, bo można łatwo przewidzieć, co teraz ich czeka. 

Literówki:

Bo ci taki plaskate rosną

że ludzi muszą uwierzyć w zmianę

Stężnicy przepuścili go

z wysoko uniesiona głową i dumnym wyrazem twarzy

 

Pozdrawiam i gratuluję. :). 

 

Pecunia non olet

Cześć, Bruce!

Nie śmiałam nawet marzyć o tak pozytywnym komentarzu. To dużo dla mnie znaczy. Dziękuję bardzo heart, cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu. Literówki oczywiście poprawiam. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

To ja bardzo dziękuję za wrażenia. :)

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Znalazłoby się w twoim opowiadaniu nieco banałów, dla przykładu jeżeli Dageris jest tak niebezpieczny, dlaczego zamknięto go w jakiejś grocie zamiast w świetnie strzeżonym więzieniu, gdzie z pewnością nie uwolniliby go zabłąkani wieśniacy? Dlaczego też zaklęcie trzymające go w owej jaskini było tak łatwe do złamania, że wystarczyło od zewnątrz otworzyć drzwi? Moim zdaniem też bardzo łatwo, zbyt łatwo, poszło mu włamanie się do zamku i wykradnięcie medalionu. Jeżeli faktycznie był on (medalion) tak potężny, czy naprawdę nikt go nie pilnował?

Nie zrażaj się jednak tym co napisałem, bo to są tylko szczegóły, ogólnie zaś stworzyłaś opowiadanie ciekawe i przyjemne do czytania, nawet mimo tego, że z powodu tematyki konkursu da się od niemal początku przewidzieć zakończenie. Twój tekst ma takie same plusy i minusy jak niedawny debiut na fantastyce: fabuła niezbyt rozbudowana, styl pisania bardzo fajny (właśnie skomplementowałem samego siebie :).

Pozdrawiam serdecznie

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

Cześć Oliada!

 

Dziękuję za przeczytanie opowiadania i komentarz. Cieszę się, że Ci się podobało. Na twoje wątpliwości postaram się odpowiedzieć.

jeżeli Dageris jest tak niebezpieczny, dlaczego zamknięto go w jakiejś grocie zamiast w świetnie strzeżonym więzieniu, gdzie z pewnością nie uwolniliby go zabłąkani wieśniacy?

Zamknięcie Dagerisa w więzieniu nie miałoby sensu z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze jest nieśmiertelny, a ludzie są podatni na wpływy, więc istniałaby duża szansa, że w końcu ktoś by go wypuścił. Po drugie Almerin chciał, aby Dageris został zapomniany, a istnienie ufortyfikowanego i strzeżonego więzienie mogłaby w tym przeszkodzić.

Dlaczego też zaklęcie trzymające go w owej jaskini było tak łatwe do złamania, że wystarczyło od zewnątrz otworzyć drzwi?

 W dialogu Włodka i Józka pojawia się informacja, że jaskini nie było i to jest właśnie kluczowe. Otworzenie drzwi nie spowodowało złamania zaklęcia, ale nie uznałam za stosowne rozwodzić się w tekście nad przyczynami magicznej fluktuacji, która otworzyła wejście do jaskini. Być może to zdanie, trochę zaciemnia obraz: Dageris el Karin spojrzał z pogardą na ciała dwóch wieśniaków, którzy jakimś cudem złamali zaklęcie. Zastanowię, czy mogę to jakoś poprawić.

 

Moim zdaniem też bardzo łatwo, zbyt łatwo, poszło mu włamanie się do zamku i wykradnięcie medalionu.

Poszło mu łatwo, ponieważ chciałam zderzyć złego bohatera z naiwnością ludzi, którzy nie spodziewają się żadnego zagrożenia. 

Jeżeli faktycznie był on (medalion) tak potężny, czy naprawdę nikt go nie pilnował?

Oj, ktoś tu nie czytał uważnie ;). Odpowiedź na to pojawia się w tekście wprost. 

Wyzwoliciel nie ukryłby medalionu, uczyniłby z niego symbol zwycięstwa tak samo, jak z zamku.

Był ostatnim nieśmiertelnym i najpotężniejszym czarnoksiężnikiem, okiełznał medalion wszechmocy, władał Starorzeczem przez pięćset lat, a oni nazwali go Upadłym.

To “okiełznał” jest kluczowe, może powinnam być mniej subtelna i napisać, że jako jedyny. Wtedy powinno stać się jasne, że dla wszystkich poza Dagerisem medalion to tylko błyskotka, bo nie potrafią z niego korzystać. Oczywiście nikt nie zakładał, że Dageris się uwolni, zwłaszcza po ponad stu latach. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Zamknięcie Dagerisa w więzieniu nie miałoby sensu z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze jest nieśmiertelny, a ludzie są podatni na wpływy, więc istniałaby duża szans, że w końcu ktoś by go wypuścił. Po drugie Almerin chciał, aby Dageris został zapomniany, a istnienie ufortyfikowanego i strzeżonego więzienie mogłaby w tym przeszkodzić.

Zgoda, więzienie to nie najlepszy pomysł. Ale sądzę, że znalazłby się bezpieczniejszy sposób na pozbycie się Dagerisa niż zamknięcie w jaskini (dla przykładu wrzucić go do dołu, zalać płynnym żelazem i poczekać, aż zastygnie). Być może nie jestem w stanie tego do końca zrozumieć ponieważ

Otworzenie drzwi nie spowodowało złamania zaklęcia, ale nie uznałam za stosowne rozwodzić się w tekście nad przyczynami magicznej fluktuacji, która otworzyła wejście do jaskini.

to jest moim zdaniem akurat dosyć istotne. Jeżeli jaskinię obłożono zaklęciem mającym uniemożliwić wydostanie się Dagerisa, nie powinno ono się dezaktywować czy osłabiać w skutek “fluktuacji”. 

Oj, ktoś tu nie czytał uważnie ;).

Starałem się ;)

Wyzwoliciel nie ukryłby medalionu, uczyniłby z niego symbol zwycięstwa tak samo, jak z zamku.

Nasuwają mi się dwa wnioski. Albo Wyzwoliciel jest (był w zasadzie) niezłym lekkoduchem, albo nikt w Starorzeczu nie traktuje Dagerisa poważnie. Rozumiem sam zamysł, że Almerin chciał użyć medalionu jako poniekąd korony, przypieczętowania i potwierdzenia zwycięstwa oraz jego prawa do władzy. Mimo wszystko jednak Dageris nie umarł (bo jest nieśmiertelny) lecz został uwięziony, to znaczy, że gdzieś wciąż istnieje i kiedyś może się wydostać, ponieważ żadne więzienie nie jest wieczne. Nawet jednak gdyby się to stało, to bez medalionu nie byłby w stanie ponownie przejąć Starorzecza, tak jak Sauron potrzebował pierścienia do władania Śródziemiem. Ergo trzymanie medalionu na widoku, bez straży, bez sejfu, jest nieco głupie. 

Pozdrawiam

Oli

 

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

Nie odniosłem się do Twojej ostatniej wypowiedzi, więc jeszcze jedna rzecz, co by nie było, że z Twojej wypowiedzi wyciągam tylko niektóre fragmenty.

To “okiełznał” jest kluczowe, może powinnam być mniej subtelna i napisać, że jako jedyny. Wtedy powinno stać się jasne, że dla wszystkich poza Dagerisem medalion to tylko błyskotka, bo nie potrafią z niego korzystać. Oczywiście nikt nie zakładał, że Dageris się uwolni, zwłaszcza po ponad stu latach. 

Wydaje mi się jednak, że Wyzwoliciel i jego małżonka wiedzą do czego służy ten medalion, oraz że jest Dagerisowi niezbędny.

Btw nie dało się go zniszczyć? Bo w sumie nikt nie powiedział, że medalion jest jak Jedyny Pierścień Saurona, pozostając już przy tym przykładzie, i można go zniszczyć tylko w Górze Przeznaczenia.

Z pozdrowieniami

Oli

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

Oli,

cieszy mnie, że moje opowiadanie tak bardzo Cię zaintrygowało i jeszcze do tego wywołała skojarzenia z Władcą Pierścieni. 

Ale sądzę, że znalazłby się bezpieczniejszy sposób na pozbycie się Dagerisa niż zamknięcie w jaskini (dla przykładu wrzucić go do dołu, zalać płynnym żelazem i poczekać, aż zastygnie). 

Zawsze można powiedzieć, że znalazłby się lepszy sposób. Z dołu można byłoby Dagerisa wykopać i stopić żelazo. Nie ma stuprocentowo skutecznej metody. Zaznaczę, że Dagerisa zamknięto we wnętrzu góry, którą zapieczętowano zaklęciem. Nie była to też zwykła jaskinia. Włodek zauważa, że ściany wyglądają nienaturalnie gładko.

 

Jeżeli jaskinię obłożono zaklęciem mającym uniemożliwić wydostanie się Dagerisa, nie powinno ono się dezaktywować czy osłabiać w skutek “fluktuacji”. 

Na tym polega piękno historii, że wydarza się coś, co było bardzo mało prawdopodobne. Niestety mam tylko 151 znaków do limitu, więc nie mogę się nad tym rozwodzić w opowiadaniu. Może fluktuacja to nieodpowiednie słowo, lepsze byłaby określenie anomalia pola magicznego wywołana w skutek niemożliwych do przewidzenia zaburzeń związanych z przelotem komety, innymi słowy wróżki pieczętujące grotę na to nie wpadły. 

Nasuwają mi się dwa wnioski. Albo Wyzwoliciel jest (był w zasadzie) niezłym lekkoduchem, albo nikt w Starorzeczu nie traktuje Dagerisa poważnie. Rozumiem sam zamysł, że Almerin chciał użyć medalionu jako poniekąd korony, przypieczętowania i potwierdzenia zwycięstwa oraz jego prawa do władzy. Mimo wszystko jednak Dageris nie umarł (bo jest nieśmiertelny) lecz został uwięziony, to znaczy, że gdzieś wciąż istnieje i kiedyś może się wydostać, ponieważ żadne więzienie nie jest wieczne. Nawet jednak gdyby się to stało, to bez medalionu nie byłby w stanie ponownie przejąć Starorzecza, tak jak Sauron potrzebował pierścienia do władania Śródziemiem. Ergo trzymanie medalionu na widoku, bez straży, bez sejfu, jest nieco głupie. 

Mieszkańcy Starorzecza traktują Dagerisa jak postać z mitów. Na początku Włodek przypomina sobie opowieści babki, a potem karci się w myślach, że to przecież było dawno. Nie nazwałaby Almerina lekkoduchem, po prostu stracił czujność. Tak naprawdę, to bez względu na lokalizację medalionu Dageris mógłby go odzyskać. 

 Btw nie dało się go zniszczyć?

Nie dało się, jest niezniszczalny. Wydawało mi się, że sama nazwa “medalion wszechmocy” już to sugeruje, ale może potrzebne jest jednak wskazanie tego faktu wprost. 

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Zawsze można powiedzieć, że znalazłby się lepszy sposób. Z dołu można byłoby Dagerisa wykopać i stopić żelazo. Nie ma stuprocentowo skutecznej metody. Zaznaczę, że Dagerisa zamknięto we wnętrzu góry, którą zapieczętowano zaklęciem. Nie była to też zwykła jaskinia. Włodek zauważa, że ściany wyglądają nienaturalnie gładko.

W porządku, odczepię się już od tej groty.

Na tym polega piękno historii, że wydarza się coś, co było bardzo mało prawdopodobne. Niestety mam tylko 151 znaków do limitu, więc nie mogę się nad tym rozwodzić w opowiadaniu. Może fluktuacja to nieodpowiednie słowo, lepsze byłaby określenie anomalia pola magicznego wywołana w skutek niemożliwych do przewidzenia zaburzeń związanych z przelotem komety, innymi słowy wróżki pieczętujące grotę na to nie wpadły. 

Z tym też nie będę polemizował.

Mieszkańcy Starorzecza traktują Dagerisa jak postać z mitów. Na początku Włodek przypomina sobie opowieści babki, a potem karci się w myślach, że to przecież było dawno. Nie nazwałaby Almerina lekkoduchem, po prostu stracił czujność.

Tu się natomiast będę dalej sprzeczał. Bo okej, faktycznie Dageris po stu latach może wydawać im się już legendą bądź nikim groźnym. Tyle że on przez pięćset lat władał Starorzeczem, zmieniał ludzi w potwory, dopiero nadejście Almerina z potężną armią zakończyło okres jego tyranii. To nie są wydarzenia które można by zapomnieć. Nie czepiam się nawet zwykłych ludzi, skoro większość z nich tego nie pamięta bo nie było ich na świecie. Ale Wyzwoliciel, skoro widział do czego zdolny był Dageris, powinien jednak traktować go moim zdaniem nieco poważniej. 

Tak naprawdę, to bez względu na lokalizację medalionu Dageris mógłby go odzyskać. 

Mógłby, ale jego zabezpieczenie dawałoby szansę albo na niedopuszczenie do tego, albo nawet na schwytanie uwolnionego Upadłego i zamknięcie go gdzieś z powrotem. Poważnie, niezabezpieczenie przedmiotu bez którego tyran Starorzecza nie może odzyskać władzy wydaje mi się kiepskim pomysłem. 

Nie dało się, jest niezniszczalny. Wydawało mi się, że sama nazwa “medalion wszechmocy” już to sugeruje, ale może potrzebne jest jednak wskazanie tego faktu wprost. 

Mi się wskazanie tego faktu wprost przyda, ponieważ to nie jest wcale oczywiste. Coś może dawać potężną siłę itd. ale jednocześnie być zniszczalne, nie jak wspominany przez mnie Jedyny Pierścień. 

Pozdrawiam

Oli

 

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

Oli,

Ale Wyzwoliciel, skoro widział do czego zdolny był Dageris, powinien jednak traktować go moim zdaniem nieco poważniej. 

Mógłby, ale jego zabezpieczenie dawałoby szansę albo na niedopuszczenie do tego, albo nawet na schwytanie uwolnionego Upadłego i zamknięcie go gdzieś z powrotem. Poważnie, niezabezpieczenie przedmiotu bez którego tyran Starorzecza nie może odzyskać władzy wydaje mi się kiepskim pomysłem. 

Almerin postępował tak, jak uważał za słuszne. Według jego wiedzy, Dageris nie miał szans się wydostać. Gdyby podejrzewał, że jest to możliwe, zapewne podjąłby jakieś dodatkowe środki ostrożności. 

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Almerin postępował tak, jak uważał za słuszne. Według jego wiedzy, Dageris nie miał szans się wydostać. Gdyby podejrzewał, że jest to możliwe, zapewne podjąłby jakieś dodatkowe środki ostrożności. 

Z tym dość ciężko dyskutować, dlatego poddaję partię. 

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

:P

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

Mortecius, dziękuję za odwiedziny. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Czuć w tym opowiadaniu klimat, czytało się fajnie. Humor też przypadł mi mocno do gustu.

Zastanawiam się na czym dokładnie polegała nieśmiertelność Dagerisa. Czy nie dało się go zabić ani realnie zranić w absolutnie żaden sposób, czy też może miał jakieś limity?

 

I jeszcze drobnostka:

Protestowała, gdy Almerin postanowił uczynić z zamku swoją siedzibę, wolałby, aby go zniszczył, ale on twierdził, że ludzie muszą uwierzyć w zmianę, a nowe Podgórze stanie się symbolem odrodzenia.

Literówka. No i ja bym to zdanie podzielił na dwa (kropkę bym postawił właśnie przed wolałaby), aczkolwiek to może być jedynie subiektywne odczucie.

Cześć, Bjkpsrz!

 

Dziękuję, za przeczytanie opowiadania i komentarz. Tak, Dagerisa nie da się zabić, dlatego próbowano go skutecznie uwięzić, niestety nie wyszło. Dzięki za wskazanie literówki. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Dageris przymknął powieki, gdy słoneczny blask poraził oczy. Gdy przyzwyczaił się do światła i w pełni zarejestrował otaczający krajobraz, poczuł odrazę.

– Dokąd idziecie, dziadku!? – zapytał mężczyzna głośniej.

Wydaje mi się, że ten wykrzyknik jest niepotrzebny. W końcu woźnica tylko trochę podniósł głos, zakładając, że starzec jest przygłuchy, a nie wydzierał się na niego.

Niegdyś szare, mroczne ściany pomalowano na różowo

xD

Biedny Dageris!

Po wojnie w Starorzeczu został tylko Ralanakir, inne smoki wróciły na południe, podobnie jak większość armii. Ci, którzy zostali, dawno już nie żyli.

Dageris gwałtownie wciągnął powietrze, nie mogąc uwierzyć w ten łut szczęścia. Podszedł do herbu i jednym szarpnięciem zerwał go ze ściany. Wyciągnął sztylet i wyłuskał medalion z ciasnych obejm. Ręce mu drżały, gdy po niego sięgał. Palce dotknęły złotego splotu i moc uderzyła w niego niczym morska fala. Wstał powoli i zdjął iluzję.

 

Nie odczułem, by Dagerisowi zbyt łatwo poszła penetracja zamku. Wziąłem to za celowy i bardzo dobry zresztą zabieg, mający ukazać kontrast między złym Dagerisem i żyjącym bezpiecznie, szczęśliwie i beztrosko Podgórzem. W mojej ocenie uzyskanie tego kontrastu, zbudowanego także poprzez początkową rozmowę wieśniaków, dobrotliwego Maurycego, kłócących się Kapciuchów i wreszcie sielankę Wyzwoliciela i jego żony, wyszło Ci bardzo udanie.

Muszę pomarudzić natomiast na inne elementy opowiadania. Po pierwsze, zdecydowanie za mało światła rzucasz na kwestię przyczyny uwolnienia Dagerisa. Gdzieś tam pada stwierdzenie, że zaklęcie wygasło. Gdyby minęło kilka tysięcy lat, po których wszyscy zapomnieliby zarówno o Wyzwolicielu, jak i Upadłym, byłoby to zrozumiałe. Ale w sytuacji, gdy Almerin wciąż żyje i czuwa nad swym królestwem, fakt, że nie doglądał zaklęcia, wydaje mi się mocno naciągany. Być może należałoby mocniej podkreślić, że to niefrasobliwość wieśniaków doprowadziła do uwolnienia Dagerisa. Z drugiej strony, co to za zaklęcie, które tak łatwo złamać? Może problem rozwiązałaby tu jakaś absurdalna scenka z wieśniakami na początku, która byłaby całkiem pasująca do mieszkańców Podgórza, a uzasadniałaby właśnie absurdalną konwencją złamanie przez dwóch chłopów potężnego czaru.

Kolejna kwestia to sam Dageris. Wydaje mi się trochę płaski. Paradoksalnie, bardziej niż Almerin, bo ten jest płaski, ale dlatego, że taki właśnie ma być. Tymczasem Dageris, który, jako główny bohater, powinien jednak jakoś pociągać czytelnika, jest dość sztampowym złolem. Przede wszystkim jego motywacja jest klasyczna i dość mało realistyczna, bo jednak myślę, że ludzie, którzy chcą władzy, bo chcą władzy (buhahaha!!!), należą do rzadkości. Oczywiście, bezpośrednio w tym opowiadaniu motorem Dagerisa jest zemsta, ale jednak głównym celem nadal pozostaje władza.

Nie twierdzę, że nie próbujesz zniuansować tego bohatera. Wydaje mi się jednak, że stanęłaś pod tym względem w rozkroku. Z jednej strony jest to bardzo zła istota, która czerpie przyjemność z zamieniania ludzi w potwory. Idąc jednak w tym kierunku oczekiwałbym po Dagerisie znacznie większej diaboliczności. Przykładowo, zapowiadasz, że zabije Wyzwoliciela w okrutny sposób, a tymczasem on po prostu zamienia go w proch. Prawdziwie zły złol raczej pozostawiłby Almerina nieśmiertelnym, aby zadawać mu wieczne, albo przynajmniej bardzo długie cierpienie (patrz Morgoth wypuszczający wprawdzie Húrina, ale dający mu własne spojrzenie na świat jako przekleństwo).

Z drugiej wszakże strony, nadajesz Dagerisowi pewne cechy ludzkie, przede wszystkim uczucie do Melindy i ból po jej zdradzie. Jeśli pchniemy go zatem w tę stronę z kolei, wydaje mi się, że powinien otrzymać bardziej rozbudowane, relatywizujące nieco jego postać motywy działania. Może więc nie zamienia ludzi w potwory tylko dlatego, że jest złym władcą ciemności, ale ma ku temu jakieś bardziej określone powody?

Wreszcie na koniec chciałbym pochylić się właśnie nad relacją Dagerisa z Melindą. Poświęcasz jej sporo miejsca, dwa czy trzy infodumpy, i jest ona jednym z najważniejszych wątków opowiadania. Moim zdaniem można było wycisnąć z niej więcej. Przede wszystkim jej początek wydaje się zbyt banalny. Ot, jechał sobie drogą i wpadła mu w oko. Dlaczego jednak w takim razie tak się do niej przywiązał? Być może należało uczynić z Melindy osobę dla Dagerisa ważniejszą, może np. stanowiącą ostatni relikt jego przeszłości z czasów zanim stał się zły, ostatnie żywe uczucie, jakie zachował z dawnych czasów przed zepsuciem. Wydaje mi się, że gdybyś zdecydowała się na coś takiego, obie postacie zyskałyby bardzo na głębi.

 

Mam nadzieję, że te moje wywody będą w miarę zrozumiałe i pomocne. Bez względu jednak na powyższe, opowiadanie mi się podobało i przeczytałem je z przyjemnością ;)

Cześć, Światowider! Bardzo dziękuję za komentarz. 

Muszę pomarudzić natomiast na inne elementy opowiadania.

Zobaczyć takie marudzenie pod swoim opowiadaniem, to prawdziwa przyjemność :)

 

Po pierwsze, zdecydowanie za mało światła rzucasz na kwestię przyczyny uwolnienia Dagerisa

Zgadzam się i już po wcześniejszych komentarzach próbowałam to poprawić, ale nadal nie jest dobrze. Chodzi o to, że wieśniacy nie złamali czaru. Mój zamysł był taki, że do zniknięcia zaklęcia doprowadza coś na kształt anomalii magicznej, a Włodek z Józkiem po prostu włażą do środka i ich rola ogranicza się właściwie do uświadomienie Dagerisowi, że jest wolny. Być może szczegółowy opis drzwi przyćmiewa fakt, że cała jaskinia pojawiła się znikąd. Przyszło mi do głowy, że Włodek mógłby wspomnieć o jakieś nietypowej burzy, trzęsieniu ziemi, komecie albo łunie, generalnie o czymś co wzbudza w wieśniakach trwogę i wydarzyło się niedawno. 

Może problem rozwiązałaby tu jakaś absurdalna scenka z wieśniakami na początku, która byłaby całkiem pasująca do mieszkańców Podgórza, a uzasadniałaby właśnie absurdalną konwencją złamanie przez dwóch chłopów potężnego czaru.

Pomysł świetny ;), taki w stylu: “oj, niechcący uwolniliśmy pradawne zło”. Niestety, jak na razie, nie mam dobrego pomysłu, co mogliby uczynić.

 

Przykładowo, zapowiadasz, że zabije Wyzwoliciela w okrutny sposób, a tymczasem on po prostu zamienia go w proch. Prawdziwie zły złol raczej pozostawiłby Almerina nieśmiertelnym, aby zadawać mu wieczne, albo przynajmniej bardzo długie cierpienie

Sprzeczność między zamiarami Dagerisa i ich realizacją faktycznie jest, nie zauważyłam tego, dziękuję :). Kiedy pisałam scenę walki Dagerisa z Almerinem to przyszło mi do głowy, czy nie powinien go uwięzić, ale potem sobie pomyślałam, że Dageris jest za cwany, żeby zaryzykować, iż wróg kiedyś się uwolni.

Żeby te dwie kwestia jakoś poprawić, to mogłabym zaznaczyć, że Dageris nie jest w stanie znieść faktu, iż Wyzwoliciel posiada cząstkę jego nieśmiertelności. W momencie, gdy się o tym dowiaduje diametralne zmienia plany. Mógł planować znęcanie się nad Almerinem, ale jak zobaczył, że Melinda podzieliła się darem to, delikatnie mówiąc, się wnerwił.

 

Kolejna kwestia to sam Dageris. Wydaje mi się trochę płaski.

Wreszcie na koniec chciałbym pochylić się właśnie nad relacją Dagerisa z Melindą. Poświęcasz jej sporo miejsca, dwa czy trzy infodumpy, i jest ona jednym z najważniejszych wątków opowiadania. Moim zdaniem można było wycisnąć z niej więcej.

Tak mi przyszło do głowy, że kwestię zbyt płytkiej osobowości Dagerisa i braku umotywowania jego relacji z Melindą mogłaby poprawić zmiana w ostatnim dialogu.

Melinda puściła ramię męża i znalazła się przed nim, zasłaniając go własnym ciałem.

– Dagerisie, proszę, nie musisz tego robić. Nie musi tak być. Wiem, że w głębi serca wcale tego nie chcesz. Błagam, oszczędź go, a będę twoja na zawsze. – Po policzkach królowej spływały łzy.

– Czemu miałbym tego chcieć? To przez ciebie spędziłem dwieście lat w niewoli.

– Chciałam cię uratować.

– Bzdura! Dałem ci nieśmiertelność, a ty mnie zdradziłaś.

– Proszę, wiem, że nadal mnie kochasz. Widzę to w twoich oczach. – Melinda zrobiła krok w jego stronę.

– Ciebie nie kochałem nigdy. Kochałem tę, którą przypominasz. 

Dageris wyciągnął dłoń, sięgając po to, co należało do niego. Z piersi królowej wyłonił się maleńki ognik i zniknął.

Nie wiem, poprawiam sprawę, czy pogarszam?

 

Nie odczułem, by Dagerisowi zbyt łatwo poszła penetracja zamku. Wziąłem to za celowy i bardzo dobry zresztą zabieg, mający ukazać kontrast między złym Dagerisem i żyjącym bezpiecznie, szczęśliwie i beztrosko Podgórzem.

Dziękuję. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Mój zamysł był taki, że do zniknięcia zaklęcia doprowadza coś na kształt anomalii magicznej

W mojej ocenie to dość ryzykowny krok, szczególnie w tak krótkim tekście. Żeby ten zabieg dobrze wypadł, musielibyśmy albo znać system magii w tym świecie, i przez to móc się zorientować w możliwości zaistnienia anomalii, albo nie wiedzieć nic o magii, ale mieć wokół niej zbudowaną atmosferę tajemniczości. Na obie te rzeczy nie ma tu rzecz jasna miejsca. A tak po prostu wstawiona anomalia (w dodatku w tym wypadku niezbyt jasno wyartykułowana) budzi uzasadnione podejrzenia, że autor był leniwy i nie potrafił wymyśleć lepszego rozwiązania ;)

Aż się prosi żeby popaść w ton ex cathedra i zacytować I prawo Sandersona: An author's ability to solve conflict with magic is directly proportional to how well the reader understands said magic. ;D

Żeby te dwie kwestia jakoś poprawić, to mogłabym zaznaczyć, że Dageris nie jest w stanie znieść faktu, iż Wyzwoliciel posiada cząstkę jego nieśmiertelności.

Można też dodać, że cząstka nieśmiertelności jest jednocześnie cząstką jestestwa Dagerisa, przez co zadając cierpienie Wyzwolicielowi, torturowałby jednocześnie samego siebie. Nie wiem tylko, czy nie byłoby to nadmierne zabrnięcie w skojarzenia z jedynym pierścieniem i horkruksami…

Nie wiem, poprawiam sprawę, czy pogarszam?

Dla mnie jest to zmiana zdecydowanie ma plus. Pogłębia bohatera i roztacza atmosferę tajemnicy wokół jego przeszłości. Jest materiał na prequel ;)

W mojej ocenie to dość ryzykowny krok, szczególnie w tak krótkim tekście. Żeby ten zabieg dobrze wypadł, musielibyśmy albo znać system magii w tym świecie, i przez to móc się zorientować w możliwości zaistnienia anomalii, albo nie wiedzieć nic o magii, ale mieć wokół niej zbudowaną atmosferę tajemniczości. Na obie te rzeczy nie ma tu rzecz jasna miejsca

To chyba jest główny problem, że nie ma miejsca, choć lenistwa nie wykluczam ;). Poza tym zaserwowanie na samym początku opowiadania teorii magii raczej nie jest dobrym pomysłem.

 

Można też dodać, że cząstka nieśmiertelności jest jednocześnie cząstką jestestwa Dagerisa, przez co zadając cierpienie Wyzwolicielowi, torturowałby jednocześnie samego siebie. Nie wiem tylko, czy nie byłoby to nadmierne zabrnięcie w skojarzenia z jedynym pierścieniem i horkruksami…

Sądzę, że byłaby to przesada, bo trzeba by też wyjaśniać dlaczego nie działa to w drugą stronę i Melinda nie odczuwała cierpień Dagerisa.

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Bardzo przyjemne opowiadanie. Lubię jak autor dokładnie opisuje lokacje i postacie. Brakowało mi tylko bardziej szczegółowego opisu mimiki i akcji … i może światła. (zakładam, że fabuła miała być raczej prosta z założenia) Podaje przykłady :

 

Np : “Światło wydobyło jego zmarszczki” , “miecz przeciął z warkotem powietrze”.

 

Oczywiście to tylko moje zdanie i gratuluje udanego opowiadania  :)

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Iluvathar, dziękuję za przeczytanie opowiadania i komentarz :). Nad tworzeniem opisów muszę popracować, ale mam nadzieję, że z czasem będą coraz lepsze. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Bardzo interesujące opowiadanie.

Przeczytałam jednym tchem. Piszesz lekko, ciekawie i płynnie.

Na pewno będę czytała Twoje następne teksty.smiley

 

 

Pozdrawiam ciepło – Goch.

Cześć, Goch.

Dziękuję. Bardzo się cieszę, że opowiadanie przypadło Ci do gustu. Kolejne dwa teksy już powstają ;). 

 

Iluvathar, z pewnością wkrótce zajrzę :) 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Cześć :)

 

Spodziewałem się czegoś słabego, jeśli mam być szczery, a dostałem coś… no, może nie dobrego, bo fabuła sztampowa jak jasna cholera, ale mimo to czytało się dobrze, więc opowiadanie złe nie jest. Warsztatowo całkiem w porządku, chociaż kilka razy potknąłem się o szyk zdań i dziwne sformułowania. Ale to jest do przepracowania, ważne, że piszesz całkiem nieźle i czytanie Twojego tekstu nie powoduje efektu WTF? :)

Co do fabuły, to pisałem że sztampowa. Początkowo lekko mnie rozdrażniła łatwość z jaką Dageris ogarnął sobie ponowne dojście do tronu, ale po namyśle stwierdzam, że ludzie żyjący w dobrobycie tracą czujność, więc przełknąłem to bez bólu. Szkoda tylko, że tyle miejsca poświęciłaś na wstęp, podróz Dagerisa z woźnicą i tak dalej, bo te postacie nie odgrywają żadnej ważnej roli w opowiadaniu. A potem lecisz na łeb, na szyję, goniąc główny zamysł, starając się zmieścić w limicie.

I to właśnie jest mój główny zarzut. Taki rozbudowany wstęp nie byłby żadnym uchybieniem w długim tekście, tutaj zdaje się jednak być przegadany. Zgubiłaś gdzieś proporcje.

Drugi zarzut to postać Wyzwoliciela i królowej, które spłaszczyłaś, pewnie też przez limit. Motywacji królowej nie kupuję w ogóle, a tym bardziej, że niby nadal Dagerisa kocha. Wyzwoliciel to z kolei jakiś kolo, postać w zasadzie trzecioplanowa, której poświęciłaś mniej miejsca niż woźnicy i jego rodzinie, choć to on powinien być ważniejszy.

Trzeci zarzut – i ostatni – to nielogiczność motywu uwięzienia Dagerisa i jego uwolnienia się. Pomyśl logicznie – skoro Dagerisa nie dało się zabić, tylko zamknąć na wieki gdzieś, to ja zamknąłbym go w lochu i ustanowił wieczną straż przed drzwiami. Na pewno nie zamykałbym go w jakiejś jaskinii cholera wie gdzie, bez nadzoru, gdzie może wleźć byle wieśniak i naruszyć glify. W lesie zakopuje się dowody, o których nie chcemy pamiętać i których chcemy się pozbyć, żeby nam nie bruździły. Dowody, a nie problem. Problemy trzyma się zamknięte tam, gdzie nikt ich nie znajdzie i gdzie będzie je można kontrolować, mając świadomość, że dostęp do nich jest chroniony.

Ale poza tymi trzema zarzutami, to całkiem, całkiem, jak na fantasy. Alergii na fantasy nie mam, jednak zawsze, kiedy zaczynam czytać, boję się, że znajdę kolejną kalkę z kalki, w dodatku napisaną źle, ale w przeświadczeniu autora odkrywczą. U Ciebie rzeczywiście jest kalka, ale napisana nieźle. Widzę po przeskanowaniu komentarzy, że też nie trzymasz się kurczowo swojej koncepcji i chcesz pisać lepiej, a to – biorąc pod uwagę wcale niezły IMHO warsztat – dobrze wróży :)

Do biblioteki nie poskarżę, bo jednak czegoś tutaj brakuje, jednak z chęcią zajrzę do Twoich kolejnych opowiadań.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Cześć, Outta Sewer! Dziękuję za komentarz. 

Warsztatowo całkiem w porządku, chociaż kilka razy potknąłem się o szyk zdań i dziwne sformułowania.

Przydałby się jakiś przykład, bo bez tego ta informacja nic mi nie daje. Czy dziwne oznacza niepoprawne?

Szkoda tylko, że tyle miejsca poświęciłaś na wstęp, podróz Dagerisa z woźnicą i tak dalej, bo te postacie nie odgrywają żadnej ważnej roli w opowiadaniu. A potem lecisz na łeb, na szyję, goniąc główny zamysł, starając się zmieścić w limicie.

I to właśnie jest mój główny zarzut. Taki rozbudowany wstęp nie byłby żadnym uchybieniem w długim tekście, tutaj zdaje się jednak być przegadany. Zgubiłaś gdzieś proporcje.

Woźnica odgrywa bardzo ważną rolę w opowiadaniu, bo Dageris w jakiś sposób musiał się dowiedzieć, jak wygląda świat. Można to było zrobić na kilka sposobów, ale wybrałam ten, który wydawał mi się najlepszy. Gdyby pominąć podróż i po wyjściu z jaskini od razu przenieść akcję do Podgórza, to i tak trzeba by dodać coś, co pozwoliłoby czytelnikowi zrozumieć mentalność mieszkańców. Uważam, że proporcje są właściwe, bo wydłużanie części związanej z wejściem do zamku i dodawanie dłuższych opisów walki wyszłoby sztucznie. Wszystko zależy od tego, co autor chce pokazać, dla mnie najważniejszy był motyw kontrastu pomiędzy cwanym złem, a naiwnym do obrzydliwości dobrem.

Drugi zarzut to postać Wyzwoliciela i królowej, które spłaszczyłaś, pewnie też przez limit. Motywacji królowej nie kupuję w ogóle, a tym bardziej, że niby nadal Dagerisa kocha. Wyzwoliciel to z kolei jakiś kolo, postać w zasadzie trzecioplanowa, której poświęciłaś mniej miejsca niż woźnicy i jego rodzinie, choć to on powinien być ważniejszy.

Nie spłaszczyłam postaci przez limit. Z założenia dobro miało zniechęcać swoją nijakością, więc właściwie ten zarzut to komplement ;).

A kto powiedział, że Melinda nadal kocha Dagerisa? No proszę Cię, przecież w ostatniej scenie ona łże, bo chce uratować Almerina. Owszem Melinda kochała Dagerisa dwieście lat temu, ale potem się jej oczy otworzyły i jedyne co pozostało to nostalgia i smutek. Ona raczej wstydzi się tego uczucia.

Wyzwoliciel to nie tylko kolo, ale “chłystek z południa”, który jest dobry do obrzydliwości. Dodatkowo nijakość potęguje pogarda, jaką darzy go Dageris. Nawet Melinda taka jest przy nim szczęśliwa, że aż sobie musi to powtarzać. 

Dlaczego uważasz, że Wyzwoliciel powinien być ważniejszy? Właśnie o to chodzi, że czytelnicy fantasy przywykli do dobrego bohatera w centrum uwagi, a ja go z tego pierwszego planu zepchnęłam celowo. Wskazujesz, że opowiadanie jest sztampowe, ale jednocześnie uznajesz za wadę to, co od normy klasycznego fantasy odbiega.

 

Trzeci zarzut – i ostatni – to nielogiczność motywu uwięzienia Dagerisa i jego uwolnienia się. Pomyśl logicznie – skoro Dagerisa nie dało się zabić, tylko zamknąć na wieki gdzieś, to ja zamknąłbym go w lochu i ustanowił wieczną straż przed drzwiami. 

Z tym zarzutem się zgadzam i nie zgadzam ;). Już po wcześniejszych komentarzach zauważyłam, że niewystarczająco jasno opisałam sposób uwięzienia Dagerisa, a wypowiedź Włodka wskazująca na to, że jaskini nie było to za mało, aby czytelnik się zorientował, że więzienie to tak naprawdę wnętrze góry, a wejścia nie było. Więc tu się zgadzam, mogłam to lepiej wyjaśnić.

Nie zgadzam się natomiast z tym zamknięciem w lochu i ustawieniem straży. To najgorszy plan z możliwych, bo opiera się na ludziach. Szybko znalazłby się ktoś, kto uznałby, że wypuszczenie zła da mu korzyści. Dageris miał zostać ukryty w miejscu, o którym nikt nie wiedział i zostać zapomniany. 

Może to byłby dobry wątek na HP: jak skutecznie uwięzić nieśmiertelne zło ;), bo widzę, że temat rzeka. 

Jeszcze raz dzięki za przeczytanie. Do zaglądania oczywiście zapraszam. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Lubię takie teksty – od pierwszych akapitów unosi się przyjemny, baśniowy klimat. To zasługa zarówno sympatycznych postaci, jak i przyjemnych nazw miejscowości. Jednocześnie, żeby nie było zbyt słodko, czarny charakter rozlewa się na narrację niczym plama czarnego atramentu na kolorowym płótnie.

 

Zasadniczo zatrzymałem się na fragmencie, w którym Włodek mówi, że zdoła uciec przed niedźwiedziem. Z tego co się orientowałem ucieczka przed niedźwiedziem nie jest taka prosta bo bestia jest bardzo szybka (w zeszłym roku miałem w Tatrach spotkanie i akurat wiałem aż się kurzyło, na szczęście mnie nie zauważył). Z drugiej strony Włodek mógłby nie wiedzieć o tym, jak postępować z niedźwiedziem, sam nie wiem.

 

To zniknięcie zaklęcia pieczętującego jakoś mi nie przeszkadzało. Przyjąłem sobie założenie, że czar po prostu puścił, wywietrzał. Równie dobrze mogła umrzeć osoba, która rzucała zaklęcie albo gołąb zapaskudził glif strażniczy :)

Hej :)

 

Przydałby się jakiś przykład, bo bez tego ta informacja nic mi nie daje. Czy dziwne oznacza niepoprawne?

No, na przykład

 

Po chwili zastanowienia zapalił pochodnię i dodając sobie otuchy w myślach, wszedł do jaskini.

To raczej niepoprawne nie jest, ale dziwnie brzmi. Jak sobie tej otuchy w myślach dodał? Zapalając pochodnię?

 

Albo:

Następnie to nogi zadziałały jakby samowolnie i poniosły go w głąb korytarza.

Po co “to” w tym zdaniu?

 

Woźnica odgrywa bardzo ważną rolę w opowiadaniu, bo Dageris w jakiś sposób musiał się dowiedzieć, jak wygląda świat. Można to było zrobić na kilka sposobów, ale wybrałam ten, który wydawał mi się najlepszy.

Rzeczywiście, uniknęłaś infodumpów w ten sposób, jednak forma podania mi nie do końca leży. Oczywiście to subiektywne odczucie, więc się nie przejmuj zanadto :) Chodzi mi o to, że ta część aż do miasta biegnie leniwie, wręcz się ciągnie, zapowiadając coś jakby dłuższego, potem przyspieszasz, ja sobie myślę “jaki plot twist dasz na koniec?”, a Ty mnie bez niego na koniec zostawiasz. Wszedł do zamku, dorwał amulet, po drodze zabił szybkościowo kilku gości, zabija królową, zabija króla i koniec. Ja widzę ogromny kontrast pomiędzy szybkością rozwoju fabuły i to mi nie do końca pasuje, bo gdy zobaczyłem, że za moment dotrę do końca, poczułem lekkie rozczarowanie, typu “to już?”.

 

Wszystko zależy od tego, co autor chce pokazać, dla mnie najważniejszy był motyw kontrastu pomiędzy cwanym złem, a naiwnym do obrzydliwości dobrem.

Jeśli chciałas pokazać naiwne dobro kontra wiekowe cwaniactwo, to Ci się udało. Ale ukazanie tego kontrastu nie musi przecież implikować szybkości wydarzeń i przyspieszania tempa przed finiszem.

 

Z założenia dobro miało zniechęcać swoją nijakością, więc właściwie ten zarzut to komplement ;).

Mnie jakoś nie zniechęciło :) Chciałbym żyć w świecie, w którym o popełnianiu zbrodni nikt nawet nie myśli.

 

A kto powiedział, że Melinda nadal kocha Dagerisa?

Ty. Poniżej cytat:

Do dziś miewała sny o czasach spędzonych u boku Dagerisa. Niczego nie potrafiła zapomnieć: ani jego głosu, ani zapachu, ani dotyku gładkiej skóry. Mogła odtworzyć ich pierwsze spotkanie w najdrobniejszych szczegółach.

I dalej:

 

Almerin nie wypytywał Melindy o życie z Dagerisem. Zadał tylko jedno pytanie i to w najmniej odpowiednim momencie, bo podczas nocy poślubnej. Leżeli przytuleni, gdy spojrzał jej w oczy i zapytał:

– Kochałaś go?

– Nie – odpowiedziała.

Ten jeden raz okłamała męża.

Skoro go kochała, Dagerisa znaczy, i nadal o nim myśli, to oznacza, że nadal go kocha. No sorry Winnetou, ale gdyby go nie kochała, to nie robiłaby sobie flashbacków z czasu nieudanego związku.

 

Owszem Melinda kochała Dagerisa dwieście lat temu, ale potem się jej oczy otworzyły i jedyne co pozostało to nostalgia i smutek. Ona raczej wstydzi się tego uczucia.

Ja w tekście widzę co innego, ale to może tylko ja. Tym pierwszym z podlinkowanych wyżej fragmentów nakierowujesz czytelnika na to, że ona nadal go kocha, może nie chce się do tego przyznać, wstydzi się, ale kocha. Tak to wygląda dla mnie i liczyłem na jakiś akcent z plot twistem zahaczonym o to uczucie, a go nie dostałem :/ ALe nie przejmuj się, to mój odbiór, inni czytelnicy mogą to widzieć zgoła inaczej :)

 

Wyzwoliciel to nie tylko kolo, ale “chłystek z południa”, który jest dobry do obrzydliwości. Dodatkowo nijakość potęguje pogarda, jaką darzy go Dageris. Nawet Melinda taka jest przy nim szczęśliwa, że aż sobie musi to powtarzać. 

Dlaczego uważasz, że Wyzwoliciel powinien być ważniejszy?

Z prostego powodu. Wcześniej piszesz, że woźnica jest ważny, bo dzięki niemu mogłaś wprowadzić nieco informacji. Więc jest ważny z punktu widzenia metatekstu a nie fabuły. Fabularnie nie odgrywa w zasadzie żadnej roli. Z kolei Wyzwoliciel jest postacią ważną fabularnie, taką, która spina ten łańcuszek fabuły – bez niego nie byłoby konfliktu, nie byłoby komu odbierać tronu, nie byłoby kogo Dagerisowi nienawidzieć. Wyzwoliciel też w metatekście pełni jakąś funkcję, ale to zasadnośc fabularna jest IMHO ważniejsza. Dlatego powinien mieć więcej miejsca.

 

Właśnie o to chodzi, że czytelnicy fantasy przywykli do dobrego bohatera w centrum uwagi, a ja go z tego pierwszego planu zepchnęłam celowo. Wskazujesz, że opowiadanie jest sztampowe, ale jednocześnie uznajesz za wadę to, co od normy klasycznego fantasy odbiega.

 

I tak i nie, nie odbiega. O ile klasyczne fantasy stawia w centrum uwagi i daje mu misję, która zaważy na losach świata. To, co zrobiłaś, to lustrzane odbicie tego klasycznego fantasy – w centrum jest zły, który ma misję, która zaważy na losach świata. W klasycznym fantasy często protagonista musi pozbawić władzy antagonistę, ale antagonista jakoś do tej władzy musiał dojść, więc Twój tekst mógłby być takim prequelem, pokazującym ścieżkę do tronu złola :) A to wcale nie jest taki rzadki motyw.

 

Nie zgadzam się natomiast z tym zamknięciem w lochu i ustawieniem straży. To najgorszy plan z możliwych, bo opiera się na ludziach. Szybko znalazłby się ktoś, kto uznałby, że wypuszczenie zła da mu korzyści.

Dla mnie nadal lepsze rozwiązanie, niż zamykać gdzieś i mieć nadzieję, że nikt tego miejsca nie znajdzie. Ale spoko, niech Ci będzie, że to kwestia wiary w środki, jakich się używa ;)

 

Dageris miał zostać ukryty w miejscu, o którym nikt nie wiedział i zostać zapomniany. 

Pozwól, że zacytuję fragment z opowiadania takiego jednego z Providence:

 

“Nie jest umarłym ten który spoczywa wiekami, nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami.”

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Fladrif, dziękuję za komentarz.

Zasadniczo zatrzymałem się na fragmencie, w którym Włodek mówi, że zdoła uciec przed niedźwiedziem. Z tego co się orientowałem ucieczka przed niedźwiedziem nie jest taka prosta bo bestia jest bardzo szybka (w zeszłym roku miałem w Tatrach spotkanie i akurat wiałem aż się kurzyło, na szczęście mnie nie zauważył). Z drugiej strony Włodek mógłby nie wiedzieć o tym, jak postępować z niedźwiedziem, sam nie wiem.

Współczuję bezpośredniego spotkania z niedźwiedziem, ale ciszę się, że wyszedłeś bez szwanku. 

To zniknięcie zaklęcia pieczętującego jakoś mi nie przeszkadzało. Przyjąłem sobie założenie, że czar po prostu puścił, wywietrzał. Równie dobrze mogła umrzeć osoba, która rzucała zaklęcie albo gołąb zapaskudził glif strażniczy :)

Dziękuję heart

 

Outta Sewer, myślę, że w kwestii kreacji bohaterów nie dojdziemy do porozumienia, więc pozostaje mi tylko zgodzić się, że się nie zgadzamy ;). 

 

Skoro go kochała, Dagerisa znaczy, i nadal o nim myśli, to oznacza, że nadal go kocha. No sorry Winnetou, ale gdyby go nie kochała, to nie robiłaby sobie flashbacków z czasu nieudanego związku.

Próbujesz sprowadzić kobiecą logikę do algorytmu. Poza tym związek był udany, przynajmniej tak jej się wydawało. Była szczęśliwa z Dagerisem, może nawet bardziej niż z Almerinem, ale po czasie zrozumiała, że kochała potwora. Miała w głowie dwa obrazy tej samej osoby i nie mogła się z tym pogodzić, stąd flashbecki. To nie znaczy, że nadal go kochała. 

Zobaczę, czy mogę coś poprawić, żeby jej uczucia były bardziej klarowne. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Rany, ależ się potwornie źle to Twoje opko czytało. Taki fajny świat, władca, którego aż chciałoby się u nas na tronie osadzić, miła królowa do tego, poddani, którzy właściwie nie mają problemów… i czytelnik z góry wie, że to wszystko zaraz szlag trafi ;)

Podobało mi się :) Fajnie udało Ci się pograć kontrastem między sielskością tej krainy, gdzie nawet artefakt, który może zostać użyty jako broń jest na wierzchu, a złem Dagerisa. Przyczepiłabym się jedynie do łatwości, z jaką się uwolnił.

Mam wrażenie, że limit trochę Cię cisnął, bo brakuje mi takiej swobody opowieści, widać, że skracasz, gdzie możesz. Czytało się dobrze, a raczej czytałoby się, gdyby nie ta wiedza, o której wspomniałam na początku :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Irka!

Bardzo dziękuję za przeczytanie opowiadania i komentarz.

Rany, ależ się potwornie źle to Twoje opko czytało.

Naprawdę się przestraszyłam. 

Przyczepiłabym się jedynie do łatwości, z jaką się uwolnił.

Tak, jest to zdecydowanie najsłabszy punkt opowiadania. 

Mam wrażenie, że limit trochę Cię cisnął, bo brakuje mi takiej swobody opowieści, widać, że skracasz, gdzie możesz.

Pisząc opowiadanie, nie czułam presji limitu, ale teraz niektóre wątki wydają mi się bardziej interesujące niż na początku. Jakoś się to wszystko skomplikowało i rozrosło. Przeszłość Dagerisa to właściwie materiał na osobną historię.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Outta Sewer, myślę, że w kwestii kreacji bohaterów nie dojdziemy do porozumienia, więc pozostaje mi tylko zgodzić się, że się nie zgadzamy ;). 

No to z mojej strony foch, bo EOT, a ja chciałem jeszcze się poprzekomarzać ;)

 

Próbujesz sprowadzić kobiecą logikę do algorytmu.

Jeśli zdrowy rozsądek, nakazujący porzucić przeszłość, żeby sobie rozterek i weltshmerzu nie fundować to część jakiegoś algorytmu, do którego logika nie przystaje, albowiem jest “logiką kobiecą”, to masz rację.

 

No nic, czas kończyć tę dyskusję, bo do konsensusu nie dojdziemy – Twój zamysł to jedno, mój odbiór to drugie. I dobrze, bo to Twój tekst, a że ktoś odbiera go nie według Twoich założeń, nie jest niczyją winą, a jedynie pokłosiem różnic w doświadczeniach i tego, jak postrzegamy otaczający nas świat.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Outta Sewer

No to z mojej strony foch, bo EOT, a ja chciałem jeszcze się poprzekomarzać ;)

Poprzekomarzamy się przy następnym opowiadaniu, poza tym zawsze mogę zawitać do Ciebie wraz ze swoją kobiecą logiką ;)

 

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

 

Known some call is air am

Hej, Alicella!

Faktycznie fabuła jest sztampowa, nie zostałem zaskoczony, ale skoro jest sztampowa, a doczytałem do końca to też znaczy, że pisać potrafisz :) Tekst jest przejrzysty, a gubiłem się tylko wtedy jak chciałem na raz czytać i łykać piwo z kufla – zawsze ze dwie linijki przeskakiwały, ale to już moja niezaprzeczalna wina.

Za łatwo poszły dwie rzeczy:

  1. Pozbawienie Almerina nieśmiertelności ograniczyło się jakby do pstryknięcia palcami.
  2.  W jaki sposób Włodek i Józek zapalili pochodnie, bo obaj zrobili to ot, tak. Zapalarką jakąś ;)

 

Cześć, Krokus!

Dziękuję za komentarz.

 

Tekst jest przejrzysty, a gubiłem się tylko wtedy jak chciałem na raz czytać i łykać piwo z kufla – zawsze ze dwie linijki przeskakiwały, ale to już moja niezaprzeczalna wina.

Cóż mogę rzec? Czytasz nie pij ;)

 

Pozbawienie Almerina nieśmiertelności ograniczyło się jakby do pstryknięcia palcami.

 Dageris z łatwością odbiera, to co podarował. Nie zamierzam niczego zmieniać, bo taki przebieg wydarzeń podkreśla potęgę Dagerisa.

 W jaki sposób Włodek i Józek zapalili pochodnie, bo obaj zrobili to ot, tak. Zapalarką jakąś ;)

A to coś nowego ;). Czy tak nudną czynność, jak zapalanie pochodni należy opisywać, nawet jeśli w czasach średniowiecznych stanowiłoby to trudność? Jedyne co mogę zrobić, to zmienić ten fragment tak, że pochodnie są już zapalone w momencie kiedy Włodek i Józek obserwują jaskinię.

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Hej, Alicella!

 

Cóż mogę rzec? Czytasz nie pij ;)

:(

 

Dageris z łatwością odbiera, to co podarował. Nie zamierzam niczego zmieniać, bo taki przebieg wydarzeń podkreśla potęgę Dagerisa.

Nawet nie chciałbym, żebyś mu kazała łamać Almerina kołem, czy gotować w smole, bo tu faktycznie wybrzmiała potęga złola. Może po prostu do tak spektakularnych efektów chciałem spektakularnych gestów ;) Nie każdemu czytelnikowi dogodzisz ;)

 

Czy tak nudną czynność, jak zapalanie pochodni należy opisywać, nawet jeśli w czasach średniowiecznych stanowiłoby to trudność?

Władek i Józek to łebskie chłopaki, na pewno by sobie poradzili, zresztą przygotowywali się do wyprawy, więc i o pochodniach pomyśleli, chociażby zapalając je wcześniej. Jakkolwiek czepialsko nie zabrzmiałem, to takie drobiazgi burzą fajnie zbudowany klimat.

 

A lubię klimat takich wstępów jak Twój, zgrabnie zresztą napisany :)

Cześć, Alicello ;) Wracam z komentarzem po becie. 

Historia jest prosta i niezbyt skomplikowana, ale nie mówię o tym w charakterze zarzutu. Przeczytałem gdzieś na portalu, że znacznie lepsza od opowieści dobrej, ale żenująco napisanej jest opowieść nawet mniej oryginalna i zaskakująca, ale przemyślana i sprytnie przekuta w słowo ;) Słowa te wbiły mi się mocno w pamięć i uważam, że warto je przytoczyć w kontekście Twojego dziełka, ponieważ masz lekkie pióro i niezły warsztat. Czytało się to naprawdę dobrze – wiem, co mówię, bo zdążyłem już przeczytać trzy razy.

Oczywiście wszystkie podnoszone zarzuty są zasadne, a zwłaszcza te dotyczące faktu, że Dagerisowi poszło zbyt łatwo. Mnie osobiście nie przeszkadzało to w odbiorze i nie odebrało przyjemności z lektury. To, o czym napisała czarująca Irka_Luz, że wiadomo, co się stanie – trudno, by było inaczej, skoro taką konwencję konkursu obrali sobie szlachetni jurorzy :D 

Bardzo spodobały mi się zmiany wizualne w opisywanym skrawku świata po zwycięstwie dobra! Bawisz się trochę stereotypami i zabieg ten znajduje moje uznanie.

Polecę do biblioteki. Życzę także powodzenia w konkursie ;)

Pozdrawiam!

 

PS. To Twoje pierwsze opowiadanie i uważam, że to naprawdę dobry i obiecujący zwiastun przyszłej twórczości. 

 

Hail Discordia

Cześć,

 

AmonRa, dzięki za boski komentarz ;)

 

Japkiewicz, dziękuję za wizytę.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Dość prosta historia z odwróceniem ról. Zazwyczaj spotykam opowieści, w których pokonany dobry bohater dąży do odzyskania tego, co stracił, a tu, na potrzeby konkursu, wręcz przeciwnie – okrutnik, kiedyś pozbawiony wolności i dóbr, teraz postanawia dokonać zemsty, po czy zamysł obraca w czyn.

Jednakowoż czytało się całkiem nieźle. ;)

 

uj­rzał w wy­obraź­ni ciem­ne oczy, nie­sfor­ne rude włosy i nie­odzow­ne do­łecz­ki w po­licz­kach. ―> Dlaczego dołeczki w policzkach były nieodzowne?

 

Wśród runa rosły ja­go­dzian­ki ugi­na­ją­ce się pod cię­ża­rem owo­ców. ―> Czy tam rosły bułki z jagodami, czy garnki z zupą jagodową?

A może miało być: Wśród runa rosły jagodziny i to one ugi­na­ły się pod cię­ża­rem owo­ców.

Za SJP PWN: jagodzianka  1. «słodka bułka nadziewana czarnymi jagodami» 2. pot. «zupa z czarnych jagód»

 

Da­ge­ris przy­sta­nął po­śród drzew i ro­zej­rzał do­oko­ła. ―> Chyba miało być: Da­ge­ris przy­sta­nął po­śród drzew i ro­zej­rzał się do­oko­ła.

 

Straż­ni­cy rów­no­cze­śnie spoj­rze­li na tek­sty. ―> Skoro ogłoszenie było jedno, to na ile tekstów spojrzeli strażnicy?

 

Da­ge­ris ukląkł przy cia­łach i go­rącz­ko­wo szu­kał klu­czy. ―> Kuriozalne wydaje mi się, że strażnicy mieli klucze do skarbca.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Reg.

Dziękuję za komentarz i wskazanie błędów.

 

Dlaczego dołeczki w policzkach były nieodzowne?

Chciałam podkreślić, że to najbardziej charakterystyczna cecha wyglądu postaci. Ale może faktycznie nie brzmi to najlepiej.

 

Czy tam rosły bułki z jagodami, czy garnki z zupą jagodową?

Tak, dokładnie to miałam na myśli ;)

A na poważnie to OMG, już poprawiam.

 

Kuriozalne wydaje mi się, że strażnicy mieli klucze do skarbca.

W Podgórzu wiele kwestii związanych z bezpieczeństwem zostało zaniedbanych, pierwotnie myślałam nawet o braku strażników i otwartym skarbcu, ale stwierdziłam, że to byłaby już przesada.

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Bardzo proszę, Alicello, i dziękuję za wyjaśnienia. Miło mi, że uznałaś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka