- Opowiadanie: AleksyWit - Laleczka

Laleczka

Za wsparcie mentalno-człowiecze dziękuję mess_uncleaned.

Dodatkowe podziękowania należą się użytkowniczkom: drakaina (za pierwsze porady i zasłużony “opiernicz” ;D ), a także Ambush (za wskazanie nowych ścieżek treningu i rozwoju)

 

Z góry dziękuję za wszystkie porady, opinie, komentarze.

 

Miłego czytania!

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Laleczka

Spojrzała przez ulicę mętnymi oczami.

Wybarwione chlorem szkliły się nienaturalnym dla wzroku jasnym błękitem. Nie czerwieniły się już i nie ściągały konwulsyjnie przy każdym ruchu. Tak jak ona były już obojętne. Nie wysyłały do mózgu informacji o wielkim bólu, który tępo przyjmowały na swe barki.

Cud, lub przekleństwo, że wciąż widziała ten nieszczęsny świat.

Było przed południem.

Rozświetlona blaskiem ulica tonęła w przelewającej się w obie strony palecie barw.

Fale zieleni, błękitów, żółci i czerwieni.

Interesanci przechadzali się w kaftanach wyszywanych złotą i srebrną nicią. Nić skrzyła się i błyszczała, więc wyglądali na spętanych bogactwem więźniów świata. Brodzili w morzu ludzi, mijając się obojętnie.

Wypatrywali kawiarni, dla których nadchodziła pora otwarcia. Szczęk otwieranych okiennic już niósł się z oddali. Zapraszały klientów gdy tylko poczuły krwawo-metaliczną woń srebrnych denarów. Zwabiały przechodniów jak świeża krew rekiny. Wodzeni pragnieniem cienia deptali sobie po stopach i nie dostrzegali niedoli rozgrywającej się pod ich nosami.

Jakby ta nie istniała.

Grzejący niemiłosiernie Hegemon rozpychał się na niebie, jakby chciał jasno zakomunikować kto tu rządzi. Rozpalał skronie i karki coraz mocniej. Słony pot spływał po twarzach, a turbany ciążyły bardziej z każdą sekundą.

Nie zaszczycali nawet chwilą uwagi, czy pojedynczym błądzącym chociaż spojrzeniem, dziewczyny posadzonej na okrągłym taborecie, który niknął w warstwach jej sukni.

Mocny turkus był podobny do wód Północnego Morza tak, że możnaby utopić w nim dziewczynę, a nikt nie zauważyłby jak idzie na dno.

Choć dawno już przepadła w toni wstydu, cierpienia, odczłowieczenia.

Wystawiona, jak bezbronne stworzenie w cyrku, nie czuła nawet upokorzenia, choć jej godność spływała wraz z tonami falbanek. Wielka wstęga, zawiązana w nienaturalnie wielką kokardę z tyłu, oplatała jej nogi jak łańcuchy. Filigranowe pantofelki nie dotykały wcale ziemi, dlatego też sprawiała wrażenie jakby lewitowała.

Laleczka miała piękną buzię.

Małe usteczka, duże oczy pozbawione błysku świadomości, długie czarne rzęsy i porcelanową cerę. Była tak nieskazitelna, że przeglądając się w rumianych policzkach wyglądało się korzystniej, niż w zwierciadle.

Gliceryna, jaką potraktowano jej skórę, równie piękną naturalnie, skuła ją na wieki chemiczną pokrywą.

Miała takie samo powołanie co wazon na sklepowej wystawie.

Mistrz chloru stał przy niej i nie odstępował ani na krok. Był to jeden z tych tajemniczych kupców, których widać czasem na skrzyżowaniach, jak nawołują do obejrzenia ich osobliwych towarów. Lepiej było nie znać ich pochodzenia. Nawet stróże prawa udawali, że niczego nie widzą, nie słyszą.

Serdecznymi gestami zapraszał bliżej każdego przechodnia.

Większość szła dalej, nie oglądając się nawet. Długo stali tak, pod ścianą dawnego sierocińca. Miejsce to zdawało się Laleczce niepokojąco znajome. Wśród rzeszy ludzi znaleźli się wreszcie tacy, których skusił połyskujący brokat i zapach lawendy.

Mała dziewczynka kurczowo ściskała dłoń ojca.

Wystraszona nieznanym wyglądała zza jego bogato zdobionej szaty. Przekręcała głowę, by dostrzec oczy Laleczki. Chciała zobaczyć co się w nim odbije. Spodziewała się pogody życia taką, jaką dysponowała ona sama. Chciała by razem oglądały ten wspaniały świat.

A w oczach Laleczki był tylko żal i rezygnacja.

Fizyczne były podobne aż do bólu.

Nad obydwiema rozwodzono się bez umiaru. Niekończące się pochlebne komentarze pochodziły z damskich ust. Raz podziwiały uliczną wystawę, by później rozmiłowywać się nad herbatą, podawaną przez przybyłą właśnie dziewczynkę, w jej rodzinnej rezydencji.

Zazwyczaj zaczynały od bystrości.

''Jaka bystra… a jaka piękna!'' – dodawały.

Lecz bystrość ulegała urodzie.

Tym rumianym policzkom zgrzanych od komplementów – różu. Pięknym oczom po matce – wybarwionym. Delikatnej cerze od krycia się pod parasolką – traktowania chemikaliami.

Jedwabne sukienki od najprzedniejszych krawców.

Wychwalały te cechy i przymioty bez umiaru.

– Ile za tę lalkę? – Ojciec powiedział to takim tonem, jakby wcale nie zapytał o cenę bo i tak będzie go stać.

Ogromny brylant wprawiony w jedwabny turban i pas pokryty sproszkowanym szafirem również zabierały głos.

– Ta laleczka, wielmożny panie, nie jest na sprzedaż. – nie pozwolił, by klient się zniechęcił i błyskawicznie przeszedł do kontrataku. – Ale za to w moim sklepie mamy pełen asortyment. – Ukłonił się do ziemi.

Mężczyzna przegryzł wargę. Nie takiej odpowiedzi się spodziewał.

– Myślę, że moja córka chciałaby tę lalkę. – Zaakcentował z nutą jadu i stanowczości.

Dziewczynka nieznacznie skinęła głową. Zapomniała o zawstydzeniu towarzyszącym przy rozmowie z dorosłymi. Skoncentrowała się na budowaniu pierwszej więzi z Laleczką, wciąż cieńszej od nici. Ważnej jak rodzinna pamiątka.

– Jeśli odwiedzą Wielmożni Państwo nasz sklep przyrzekam, iż znajdziemy odpowiedni model. – Kolejnym ukłonem ukorzył się przed nimi i ich sakiewkami.

– Cena nie gra roli. – Zastrzegł.

Dziewczynka coraz śmielej zaglądała Laleczce w twarz. ''Zabawka'' była rozpromieniona słońcem, a lśniące włosy wywierały duże wrażenie. Córka bogacza zaczęła szukać czegoś, o czym mogłyby już zaraz mówić. Przyglądnęła się materiałowi sukni i uznała że będzie to wspaniały temat ich pierwszej rozmowy. Zapyta się kto ją dla niej uszył i czy lubi bawić się na skakance.

Nawet podaruje jej swoją pudrowo różową wstążkę do włosów!

– Och widzę wielmożny panie, ale ten model… Wyszedł już z mody. – Wykręcił się krzywym uśmiechem, odsłaniając złotą dwójkę. – Teraz mamy takie szyte według najlepszych wzorów z odległej krainy. Światowa stolica szyku! Pokazy bez przerwy! Dom mody na każdej ulicy! – kreślił na nieboskłonie piękny obraz.

– Wydaję mi się, że jedwab zawsze jest w modzie. – Spuścił z pogardą wzrok.

– Tak! To znaczy naturalnie, ale właśnie sprowadziliśmy jedwab ziel… eee… szmaragdowy. Bardzo zyskuje na popularności. – Wtrącił zmyślnie jak akwizytor.

– To co jest popularne ma każdy. – Wzgardził machnięciem ręki, jak gdyby odpędzał się od żebrzącego gminu.

– Więc może żółty? – szukał kompromisu.

Córka pogłębiała jednostronną więź. Wciąż nie ujrzała oczu Laleczki, lecz poznała już jej dłonie nie znające pracy fizycznej i długie gęste rzęsy o jakich zawsze marzyła. Nachylała się ku niej. Spoglądała pod najróżniejszymi kątami pod i przeciw słońcu.

Pragnęła zakazanego owocu – tylko jednego wejrzenia w oczy.

– Tak, tak. Zastanowię się. – Odpędził irytację i zaczął kierować się w inną stronę.

– Córeczko będziesz chciała inną lalkę?

Wreszcie.

Ich wzrok się spotkał.

Chciała ujrzeć tam chęć zabawy. Może zobaczyć samą siebie, albo siebie wraz z nią na niekończącej się zabawie.

Zieleń.

Chciała zobaczyć zielone oczy. Muszą być zielone. – Myślała.

Chłód trafił ją w serce. Przeszył dreszczem po całym ciele. Skuł myśli szronem, a zmarznięty dech zatrzymał w płucach. Wystraszył. W życiu nie widziała tyle żalu, smutku, rozpaczy co w tych oczach.

Prawdziwego bólu.

Bez jakiejkolwiek nadziei.

Laleczka uśmiechnęła się ledwo dostrzegalnie.

Był to najbardziej gorzki uśmiech jaki dziewczynka widziała w swym krótkim i beztroskim życiu.

Przestraszona schowała się za ojca.

Ten ujął ją za policzek i przycisnął do kaftana, który chwyciła mnąc chaotycznie. Drżała w jego objęciach. Kryła wzrok przed światem.

– Żegnam. – Odwrócili się gwałtownie.

Córka przerażona, a ojciec zmieszany.

Odeszli pośpiesznym krokiem w opustoszałą już ulicę.

Dziewczynka nie obejrzała się już ani raz.

– Nigdy cię nie wypuszczę – szepnął do Laleczki sprzedawca – Nigdy.

 

***

 

Wobec braku dalszego zainteresowania skromne stoisko: Laleczkę, stoliczek i plakacik z reklamą sklepu, zebrano wraz z początkiem zachodu słońca.

Siedziba tak zachwalanego składu mieściła się trzy przecznice dalej w bocznej uliczce, gdzie dzienne promienie prawie nigdy nie docierały. Panował więc na niej wieczny półmrok. Wychodziło jej to na dobre, gdyż nikt tam skuszony nie chciałby oglądać niepozamiatanej ulicy, nad którą zawsze unosił się rdzawobrązowy pył, i powybijanych, lub w najlepszym przypadku brudnych, szyb witryn.

Drobne sklepiki przytulały się do siebie wytartymi czasem drewnianymi szyldami, na których ostały się tylko reszki farby i napisów. Stojąc przed nimi należało się dobrze zastanowić co na nich się znajdowało, by nie wejść na przykład z rozprutym szwem do sklepu z szamańskimi preparatami.

Każdy budynek, skąpany w kurzu i pyle, wyglądał niemal identycznie: na piętrze magazyny, na parterze sklepy. Wszystkie wystawały jedynie wąskimi drzwiami i witrynką, od której biła ciemność porywająca ku wnętrzu.

Nikt już tu praktycznie nie przychodził.

To było jedno z tych miejsc gdzie rodzice zabraniali dzieciom przychodzić. Zawsze straszono je, że gdy będą niegrzeczne czeka je sierociniec. Stamtąd natomiast, jak wyszczególniali, prosta droga do sklepu z zabawkami, choć dzieci te nie do końca rozumiały dlaczego to ma być takie złe. Lubiły zabawki, a jak jeszcze ktoś miałby je im kupić, albo w ogóle zostawić tam by mogły bawić się do woli? Nie widziały żadnych przeciwskazań by udać się do sierocińca. Czasem nawet specjalnie broiły coraz więcej. Wtedy rodzice nie mieli wyboru i kierowali ich do placówki, bez żalu.

Wtedy dzieci były jeszcze bardziej przekonane, że skoro mamusia i tatuś oddają ich bez uronienia łzy, to na pewno spotkają je same najlepsze rzeczy.

Podobno była taka kobieta, która strasznie płakała po oddaniu, ale jej postać szybko urosła do miana miejskiej legendy.

Rodzice mówili potem, że dziecko zaginęło. A bo to raz się tak zdarzało?

One mają różne pomysły. Zabawy przy rwącej rzece. Wycieczki po starych kopalniach. Zawsze mogły wpaść pod koła powozu. Nikt nie szukał. Nikt nie pytał.

Jednym z takich sklepów z zabawkami był ten, mieszczący się dokładnie w połowie długości owej ulicy.

Pomieszczenie, na planie kwadratu, niemalże w całości zajmował dębowy blat. Zarysowany pod wszelkimi możliwymi kątami i wyblakły do granic możliwości. Jego honor ratowała tylko ciemność, która zwracała mu odrobinę szlachetnego brązu. Mimo to był w tak złym stanie, iż praktycznie niewyobrażalne było, że kiedykolwiek było to piękne i lśniące drewno. 

Długie półki ciągnęły się przez ściany i jedynie po nich można było się dowiedzieć co oferuje ten sklep, gdyż napis na szyldzie starł się wyjątkowo do szczętu.

Obsadzane przez małą armię, trwającą tak na straży jak terakotowi żołnierze. Były marzeniem wielu dzieci, w które zwyczajowo wlepiały maślany wzrok, a dłonie składały jak do modlitwy. Wszystko w nadziei, że ich determinacja zostanie dostrzeżona przez rodzica, który nie będzie miał serca odmówić dziecku zabawki.

Były tam pajacyki w zakurzonych strojach, pluszaki o poszarpanych futrach, koniki ze zmierzwionymi grzywami. Do tego inne zwierzęta i rozstrojone pozytywki. Akurat do wspólnego koncertu z miniaturowymi instrumentami: bębenkami, cymbałkami, fletami. Tak wesoło przygrywałyby szmacianym pacynkom rzuconym niedbale w kąt. Prowadziły całe zastępy żołnierzyków w przestarzałych mundurach naprzeciw koczownikom, którzy zajęli półkę naprzeciwko.

Każda z zabawek miała mniej, lub bardziej widoczne defekty.

Duszący kurz unosił się wszędzie. Zaczerpnięcie nieskrępowanego wdechu graniczyło z cudem i było cięższe od znalezienia nieuszkodzonej zabawki. Ciemność znalazła tu swą ostoję i obsiadła wszystko co się dało. Całkiem zmętniała szyba nie pozwalała dojrzeć niczego na zewnątrz, co tworzyło atmosferę odcięcia tego miejsca od świata.

To sprawiało, iż nikt nie był w stanie dowiedzieć się o tym, co działo się za muślinową kotarą.

Wąski korytarz, przez który nawet człowiek miało problemy się przecisnąć, na pierwszy rzut oka nie skrywał żadnego przejścia. Proste cztery ściany zamykały się pod prostymi kątami. Jednostajna toń nie pozwalała ocenić ani wysokości, ani szerokości przejścia.

W związku z tym każda ściana została uderzona już wiele razy. Tak właśnie na kruczoczarne ściany muśnięto złoty i srebrny pył, który pochodził z bogato zdobionych pasów. W całkowitym mroku nie miał nawet odrobiny światła, które mógłby odbijać. Tak, zamiast zjawiskowo migotać i prowadzić ku wyjściu, zanikał całkowicie niezauważony.

Tylko on mógł ukazać prawdę.

Gdzieś tu powinno być wejście na górę.

Tego właśnie zbłąkany wędrowiec szukałby w pierwszej kolejności. Magazyny na piętrze skupiały się nad każdym sklepem kolekcjonując zastany asortyment zaniedbanych sklepików.

Wyglądało na to, że nie było tu nic cennego. Już na pewno nic takiego, co należałoby kryć za muślinową zasłoną, będącą cenniejszą niż wyimaginowany ''skarb''.

Ale skarb był.

Tajemnica była.

A strzegł przełącznik.

Nie trójgłowy pies.

Nie niebiański ptak.

Wtopiony w ścianę przełącznik.

 

***

 

Cela była całym jej światem.

Tym bezpiecznym, ciepłym i miłym azylem. Tak łaskawie darował jej cień wolności. Ten mały pokoik bez okien i drzwi. Ukrywał ją przed światem, którego nie chciała oglądać. Te cztery nagie ściany. Odgradzały ją od każdego niebezpieczeństwa. Ta woń stęchlizny. Nie narażała jej na pokusy pięknych zapachów.

Zwyczajnie dbał by nie było jej tęskno, ani przykro.

Zawsze, gdy ją w nim zamykano, wszystkie wspomnienia w popłochu opuszczały jej umysł. Nie rozumiała tego specjalnie, ale nie protestowała. Przecież i tak by ich nie złapała. Poza tym uważała to za niemiłe, by trzymać kogoś przy sobie na siłę.

One i tak nie chciały zostać zamknięte razem z nią. 

Pragnęły krążyć nieskrępowanie między ludźmi za pomocą słów i gestów. Ulatywały przez tę ostatnią szparę zamykanego przejścia nawet się nie oglądając na dziewczynkę, pozostającą w kącie. Za każdym razem wymazywały obraz świata zewnętrznego. Wszystko dla niej.

Nie pamiętała, by kiedykolwiek przyszło jej żyć gdzieś indziej. Od zawsze tu tkwiła. Nie potrafiła umiejscowić żadnej daty na kalendarzu. Nie miała lustra, więc na znała własnego odbicia. Nie wiedziała kim była i czy się zmieniła.

Jej pierwsze wspomnienie, było takie jak ostatnie.

Siedziała z podkulonymi nogami w tej ciemnej celi z bólem głowy, który nie ustępował jej już na krok.

Choć…

Czasem z tył głowy majaczył jej obraz. Jak przez mgłę. Pochylającą się nad nią osobę o twarzy, której nie widziała dokładnie. Jakiś delikatny śpiew, jakby kołysankę, nie potrafiła jednak odtworzyć ani melodii, ani słów. I senne bujanie lewo-prawo.

Potem były jeszcze słowa.

Wypowiadane przez ten sam słodki głos. Strasznie roztrzęsiony, przerywany… łkaniem?

Przeprosiny? Coś o oddaniu? Że tak będzie lepiej?

Dla kogo?

Już dawno uznała, że był to sen, więc nie poświęcała mu uwagi. Jej życie było takie jak widziała je teraz. Jej dusza od zawsze obijała się o te cztery ściany. Łapała powiewy wolności. Jeden metr, drugi.

Koniec.

Odbicie.

Jeden metr, drugi.

Koniec.

Odbicie.

Niby słyszała czasem, łapiąc strzępy rozmów, gdy trzymano ją jako żywą reklamę, o jakiś pokojach, sypialniach i salonach. Zachwycano się nad barwami, o których nie słyszała. Jak dla niej ludzi Ci zatracali się w swoich wizjach i wymysłach.

Jakie pałace?

A to ktoś wspomniał o tym, że zauważone właśnie poduszki pasowałyby do kanapy, a karnisze z pobliskiego składu idealnie oświetlałyby kwiatowe tapety.

Musiały być przez to identycznie blade?

A w tych ciemnościach jak w jej celi?

Przecież nie byłoby ich widać.

Nawet jedwab jej sukni skrył się w mroku. Kokarda starała się przebić, a i tak wyglądała jak księżyc zasnuty chmurami. W oczach klientek był taki błysk, że coś musiało się za nim kryć. Coś pięknego i pociągającego. Tak barwnego że odbierało dech i tak wspaniałego, że własne odbicie było nędzną imitacją urody świata.

Nie wierzyła w to.

Dla jej umysłu zbyt abstrakcyjnym była wizja ozdób na ścianach, podłogach i sufitach. Ozdoby są po to, by zakładać je na siebie. Takie twierdzenia powtarzała za każdym razem, gdy niezrozumienie zajmowało jej umysł.

Przecież są pasy, kaftany, turbany, spinki, pierścienie, naszyjniki i kolie.

One nie mają im służyć. Przecież jedyne co mają zrobić to wzbudzić zazdrość i pożądanie. Mają sprawić, by właściciel był dostrzeżony, a nie zapamiętany. Służą jednej chwili równej zdawkowemu pozdrowieniu, czy minięciu na ulicy.

Więc po co stroić wnętrza? Czemu mają nudzić jedną i tą samą szatą?

Ile postronnych osób je zobaczy?

Niewiele.

Komu serce podejdzie do gardła i zaprze dech w piersiach, gdy będzie siedział drugą, czy trzecią godzinę wśród tych samych zdobień, a każdy element wryje mu się w pamięć? Wrażenie przygaśnie. Złocenie zrobi się monotonne i blade. Powoli odejdzie wraz z upływającym czasem, później budząc bardziej wstręt, niż podziw.

Zaczną ciążyć.

Najpierw ostentacyjnie zwrócą na siebie uwagę, by potem przeganiać w irytacji. Zrobią wszystko, by odpędzić intruza. Zakręcą mu w głowie i wymęczą oczy. Wyproszą, gdy tylko znudzą się ugaszczaniem mniej ozdobnej istoty.

Takie przemyślenia, nigdy nie wypowiadane głośno, miała Laleczka.

Nie dopuszczała do wiadomości, że może być inaczej. Nie miała żadnych racjonalnych podstaw by sądzić inaczej. Nie miał kto wyprowadzić jej z tego błędu. Rujnował jej umysł, choć ona sam o tym nie wiedziała. Nikt nie miał w tym interesu.

Taki był to świat, gdzie nawet pomoc była wyceniana.

 

***

 

Nieliczący na te dukaty szczur zakradał się do niej każdego popołudnia.

Znalazł do niej dojście przez stare kanały i na wpół zawalone piwnice zrujnowanych domostw.

Nie szukał jej.

Przynajmniej tak mu się zdawało. Poszukiwał zwyczajnie drogi ucieczki, gdy wpadł w zasadzkę i musiał ratować życie przed kocimi kłami i pazurami. Biegł na oślep przed siebie. Ogłuszony drapieżnym sykiem. Przebił się przez rozkruszoną cegłę i tak ujrzał ją.

Powinien się przerazić. Potencjalnie nawet bardziej od osaczenia przez koty. Ludzie wymyślili tyle sposobów eksterminacji szczurów. Miał uciec w gotowości do podarowania ugryzienia, gdyby sięgnięto po jego życie.

Żałość nie pozwoliła.

Skraj rozpaczy, nad jakim stanął gdy zbliżył się do Laleczki, odciągnął go od jego zmartwień. Poczuł że są tacy sami. Dwa serca pompowały jednakową krew. Ich losy splotły się, choć nikt nie mógł tego przewidzieć. Jedna sekunda i jeden ruch. Błąd i zasadzka sprowadziły jego, ją, może ich obu, do…

Przecież był tylko szczurem. – Tak odsunął od siebie te myśli.

Pokręcił się chwilę przy niej.

Zajrzał w oczy.

Coś jakby bezkresne i martwe morze. Trochę jakby studnia bez dna i tunel bez końca. Bez światła. Jak wołanie bez krzyku. Jak wdech bez powietrza.

Utonął w nich jak po odurzeniu.

Dwa klejnoty… on też zaczął ich pożądać.

Spojrzał dalej. Takich jedwabiów nie widział nawet, gdy zakradł się wprost do sułtańskiego pałacu. Zastanawiał się czy są jadalne. Ta cera… takiej nie posiadała nawet sułtanka, która przerażona cisnęła wtedy w niego karafką. Popadł w zadumę, czy aby nie pokryto jej lukrem. Włosy lśniły tak mocno, że ich czerń przeradzała się w biel.

W kompletnych ciemnościach.

Tak nie błyszczało nawet jego mokre futro. Nie przejmując się niczym dobiegł do rąbka sukni. Pokręcił wąsami identycznie, jak w ten pierwszy raz.

Laleczka ocknęła się z letargu.

Ujrzała cień. Znajomy cień w kompletnych ciemnościach.

Odciągnęła się od studiowania końcówki wstążki, co przyszło jej z obojętnością. Zaglądnęła nieśmiało w jego szare oczy. Jak zwykle znalazła w nich ciekawość i oddanie. Nie stanowiły żadnej ozdoby, a jednak czuła przyjaźń, jaką nie darzył ją nikt inny.

Przysiadła na nogach. Wyciągnęła dłoń, którą rozcięła się wcześniej przy niefortunnym potknięciu. Żarzyła się krwawą rysą. Znowu będą ją szyć.

Szczur poczuł zwietrzałą woń krwi i zbliżył się. Wyblakłą raną pokrywała nowa skóra, bledsza o dwa tony od malowanej reszty. Szkarłat przemienił się w siny fiolet i ostygł.

Od Laleczki biło ciepło, które czuł tylko on. Było jak źródełko po całym dniu ciężkiego marszu. Dawało mu chwilę wytchnienia, nim znów miał ruszyć w świat przepełniony mordem.

Uciekał do niej… sam nie wiedział.

Z egoizmu, czy altruizmu?

Poświęcał jej swój czas, zupełnie jak ona jemu. Tylko, że Laleczka nie miała wyboru, więc znaku równości nie było. Nawet szum wiatru, chlupot podziemnego potoku, czy zabłąkany promień światła nie chciał być tu z nią. Ceglane ściany i metalowe drzwi skutecznie odstraszały każde towarzystwo.

Laleczka sięgnęła po szczura. Oplotła go smukłymi palcami. Dotyk miękkiego futra zatrzymał w piersiach dech. To była jedyna istota jaką dotykała. Nie chciała z nikim, ani z niczym dzielić się w tym momencie swoim jedynym wtedy uczuciem – troską.

Pochłaniała ją zazdrość.

I to było jej drugie uczucie.

Pogładziła go za uszami.

Szczura przeszył miły dreszcz, a opuszki Laleczki jakby zajęły się skaczącymi ognikami. Zwierzę pogrzebało się we wszystkie strony i dopasowało ułożenie ciała. Znalazł idealne legowisko, które było tylko jego. Wszystko co dawał to tylko obecność. W zamian otrzymywał i ciepło i schronienie i troskę.

Był z siebie wręcz dumny.

Który szczur tyle osiągnął? Który wsławiał się takimi czynami?

Pozwalał jej czuć bliskość.

Utulony zaczął po chwili przysypiać.

Idealnie wypielęgnowane rzęsy i malowane powieki laleczki zamykały się. Mimo, że miały wykonywać tylko mechaniczne ruchy góra-dół. Przesłaniały śliczne oczy, dając im wytchnienie. Dech stawał się płytki i ledwo wyczuwalny. Bronił się przed pleśnią w powietrzu. Powoli osuwała się na brudną posadzkę, ślizgiem po jedwabiach.

Perfumami zleje ją znów dopiero jutro. I tak da jej nową suknię. Obudzi jak zaśpi.

Jak możną panienkę.

Pozwoliła by sen zabrał jej świadomość.

 

***

 

Kwitnące wiśnie zasnuwały niebiosa.

Otulały ją pięknymi kwiatami i kojącym cieniem. Kryła się wśród nich przed Hegemonem Niebios, który co i rusz szukał dojścia do bladej skóry. Chciała uciekać, gdy wyłaniał się zza śnieżnobiałych obłoków, ale rozumiała, że nie kieruje nią strach, tylko chęć zabawy. Dziecinnej igraszki z własnym cieniem.

Kwiaty wiśni falowały na wietrze jak wzburzone morze. Tańczyły w rytm śpiewu słowików. Sennie wpadały w wir, potem załamanie i efektowny zwrot.

Wolno, szybciej, stop.

Kończyły niespiesznym powrotem na swoje miejsce.

Była jednym z nich.

Bujała się na powiewach zgodnie z szarpnięciami całej gałązki. Wciąż nie miała własnej woli, złączona z całym drzewem, lecz korzystała z namiastki wolności. Z prawie nieskrępowanych ruchów i bujania w obłokach.

Czy tak nie mogłoby być zawsze?

Zapomniała o szczurze i swej celi. O upokorzeniu i beznadziei. O płaczącej kobiecie. Oddala się egoizmowi i pozwoliła sobie pomyśleć, że to drzewo rośnie dla niej, ptaki śpiewają dla niej, wiatr szumi dla niej…

Wsłuchała się w obcy świat i odpływała głęboko w dziurawą świadomość. Pachniała kwitnącymi kwiatami, a nie nachalną i ostrą perfumom.

Wszystko jej i dla niej.

Chciała wyjrzeć dalej. Czuła, że może wszystko. Łaknęła ujrzeć co jest dalej, ale rozrośnięte drzewo na to nie pozwalało. Odejmowało jej wszystkich trosk, a jej istnienie składało dobrodusznie na swe barki. Mimo wszystko ośmieliła się ponarzekać na nie. Czyżby była niewdzięczna?

Ciekawa, choć o to nikt jej nie prosił.

Sad ciągnął się za horyzonty. Niknął rozmyty granicą widoczności, zatopiony w zielonej falującej trawie. Obmywały brzegi drzew, a te na przekór całemu światu opierały się prądom. Czasem tylko zanurzały koniuszki gałązek. Szybko rezygnowały gdy traciły płatki, a potem całe kwiaty.

Widziała to wszystko jak przez całun, który stawał się coraz bardziej nieprzejrzysty, aż zostawił ledwo poblask tego wspaniałego świata. Przyciszone dźwięki i udobruchany wiatr.

Mocniejsze szarpnięcie wyrwało ją z rozkoszy.

Zaczęła wirować.

Straciła podparcie. Poczuła się jak w łódce na środku wzburzonego morza. Zostawiono ją samej sobie zdaną na łaskę świata. Zerwała całun, który owinął się wokół niej i ciągnął w dół… jak do grobu. Śpiewy ptaków wzmogły się i stały melancholijne. Śpiewały chorały ostatniej drogi.

A ona spadała.

Kołowała, kołowała… coraz wolniej, coraz ciszej. Huragan minął.

A świat o niej zapomniał.

Lekkie muśnięcia źdźbeł trawy przywitały ją. Ciągnęły każdy w swoją stronę. Niby coraz dalej od mroku, jaki panował tam głęboko, a jednak coraz bliżej. Już niemal dotykała niepokoju, jaki wywoływał. Szukał już jak go w nią przelać.

Tonęła.

Brakowało jej tchu.

Myśli zataczały koło i wpadały na siebie. Przekrzykiwały się nawzajem, próbując przejąć absolutną kontrolę. Tylko ona wiedziała, że kontroli nie ma już wcale. Tak musiało być.

Zawsze wolność była ułudą. Najstraszniejszą z mar, która daje nadzieję i poczucie bezpieczeństwa, by w chwilę później je odebrać. Pozostawić nago, bez jakiejkolwiek ochrony i wystawić na pośmiewisko jako naiwnego. Odbiera coś, czego się już posmakowało więc, oprócz goryczy braku, dodaje tęsknotę straty. Rozdaje je jak świąteczne prezenty w sierocińcu. Pławi się w spaczonej dobroczynności.

Tyle ile tylko jest w stanie.

Śniąca laleczka dotknęła ziemi.

Spędziła tam spokojnie kilka sekund, podczas których zawirowania ustały. Powiedziała sobie, że to jest jej nowy dom. Te cztery ściany wysokiej trawy. Ciemna i zimna klitka. Bez dostępu do światła i świeżego powietrza, które tu nie docierało.

Znowu to samo.

Tak musiało być.

Znów spróbowała znaleźć spokój, gdy ciche drżenie zadźwięczało w uszach. Przebudzona ziemia zaczęła się trząść. Bóg Podziemi najwyraźniej upominał się o świat ponad jego głową. Góra-dół, lewo-prawo i tak wszystko na raz.

Skłócone myśli rozbiły się jak zwierciadła. Rezonujące wdechy stały się nierównomierne. Ziemia zaczęła pękać i deformować się. Źdźbła padały jak drzewa kładzione piłą. Traciły oparcie i z łoskotem zwalały się na siebie. Pękały w pół, wyrwane wręcz z gleby.

Tętent miliona kopyt. Zastępów kwadryg. Legionu śmierci.

Posuwał się miarowo do przodu, pędząc jak uwolniony z piekieł. Tratował wszystko na swej drodze. Nic nie było w stanie uciec, a tam gdzie nastąpił zostawała wypalona ziemia i garść popiołu. Ten rozwiewał się w tumanach jakie wzbijały stukoczące podkowy. Znikał w końskich nozdrzach, a w zamian opuszczały je jako kłęby pary, identyczne jak z hutniczych pieców. Reszta osiadała na skórze pomarszczonej jak pergamin. Oczy martwe jak dwa opale.

Znikały w obłokach, a wyprzedzała je jedynie trwoga trafiające wprost w serca tych, którym zostały sekundy.

– Co teraz ze mną będzie? – pomyślała.

Zobaczyła.

Wzburzoną grzywę i uniesione kopyto.

To ostatnie co ujrzała, nim świat spowiły ciemności.

 

***

 

Mrok zelżał. Ukazały jej cztery ściany. Majaczyły na nich kolonie grzybów i ukruszone cegły. Budulec powoli sypał się rudym pyłem. Wzrok oswajał się z ciemnością i z wolna zdradzał jej coraz więcej sekretów. Pokazywał coraz więcej szczegółów, które znała na pamięć. Niemniej jednak odkrywanie ich na nowo zawsze było równoznaczne z miłym odciągnięciem od rutyny samego istnienia.

Choć zdarzało jej się narzekać, że ta leciwa cegła mogłaby się już oderwać i wreszcie coś zmienić. Sama nie sięgała do niej, więc nie mogła też narzucić jej swojej woli, co przyjmowała z rezygnacją.

Szczura już nie było.

Zniknął znowu. Odszedł. Zapewne pojawi się niebawem, o ile nie skończy w paszczy jakiegoś kota, czy pod miotłą z przetrąconym karkiem.

Laleczka wzruszyła ramionami.

Cichy szmer zza ukrytych drzwi wywabił jej myśli, które wciąż łapały dech po śnie. Ona nie czuła nic. Ani wyrwania na jawę. Ani kołatania w sercu. Ani mrowienia pod paznokciami. Ani pierwszego wdechu, porządkującego organizm.

Jej rezygnacja była silniejsza.

Głos mówił o niej, lecz nawet nie myślał poprosić jej bliżej.

– Tylko nie laleczka! – Nie znała go, a może nie poznała bo był tak roztrzęsiony.

– Trzeba było spłacać długi. – Drugi był znacznie bardziej opanowany, wręcz zimno pragmatyczny.

– Dajcie mi jeszcze dzień! – tracił kontrolę nad barwą i tonem.

Usłyszała huk. Padnięcia na kolana i błagania. Każdym wdechem, każdą myślą.

– Znowu to samo. Dzień i dzień. – Zdawał się już być znudzony. – Żyjesz w tej szczurzej dziurze już tak długo, że nie odróżniasz dnia od nocy!

– Ale…

– Laleczka.

– Nie!

– To tylko przedmiot.

– Przedmiot, ale…

Nie usłyszała końca zdania.

Ogłuszyło ją.

Czemu szarpnęło ją w miejscu serca? Czemu czuła jakąś moc, która opuszczała jej ciało? Upokorzenie. Nie mogła nic czuć! Jakiś płaszcz, który mimowolnie ciążył nad nią, opadł. Jak kurtyna w teatrze, która pokazał niegotowych aktorów.

Wystąpili w pięknej charakteryzacji, z perfekcją gestów i dykcji, lecz publiczność wciąż widziała tylko niepowiązanie kostiumy i niedokończone makijaże.

Jedna łza skropiła posadzkę. Zaczęła się sączyć, jak ropa z rany, i nim wyparowała z sykiem wypaliła w niej dziurę.

Cały krwiobieg zaczął buzować krwią. Krążyła od skroni do dłoni i z powrotem. Porywała ze sobą siły witalne i płonęła… żywym ogniem wypalającym od środka. Emocje uwolniły się z więzów. Pragnęła tylko jednego. Tego, czego słodko-gorzki smak czuła już na końcu języka.

– Zemścisz się?

Laleczka w przestrachu obróciła się i upadła rażona obcym głosem. Pierwszy raz usłyszała jak ludzkie dźwięki, prócz ''jego'', odbijają się od tych ścian. Uformowały się w echo, po czym powoli zaniknęły.

– Nie bój się dziecko… Chodź. – Zachęciła.

Dobra wróżka wyciągnięta prosto z baśni. W niebieskiej spódnicy i pantofelkach. Z jasnymi upiętymi włosami, w których skrzyły się gwiazdy, imitowane przez cekiny i brokat, których nie brakowało też na bufiastych rękawach i marszczonych rąbkach. Miała rumianą cerę, jakby całe życie wpatrywała się w ogień buchający w kominku. Na palcu połyskiwał pierścień z szafirem, a ze smukłej szyi spływał sznur pereł.

Brakowało jedynie różdżki, ale laleczka była jej to w stanie wybaczyć.

Odczytała przecież jej szalone myśli.

– Chcesz się zemścić? – spytała z nutą ekscytacji.

Brakowało jeszcze, by klasnęła w dłonie i pisnęła z podniecenia, odsłaniając śnieżnobiałe zęby.

Skinienie.

– Za co?

Wzruszenie ramion.

– Za złe traktowanie?

Przytaknięcie.

Dopytywała życzliwie, aż nie uzyskała słownej odpowiedzi. Nie pytała, czy jest niemową, czy się boi. Beznamiętnie przyjmowała ten fakt. Przeszła dalej:

– Ty w ogóle wiesz, jak to być dobrze traktowaną? – spróbowała zerknąć jej w oczy.

Laleczka niepewnie pokręciła głową.

Dobrze? Źle? Tak jak zawsze. Czuła się jak na przesłuchaniu, ale pokornie odpowiadała jak najlepiej potrafiła. Koncentrowała się i wybierała najbardziej odpowiadający słowom gest… Ale ten pierścień. Ten szafir… Zupełnie jak jej oczy.

– Rozumiem. – Przytaknęła i ściszyła głos. – Mam Ci pomóc w zemście?

Musiała zastanowić się przez chwilę. Rozważyła szybko za i przeciw. W końcu zdecydowała się na zrezygnowane skinięcie.

– Nie.

Zaparło jej dech w piersiach.

Wróżka zaczęła bawić się pierścieniem. W jednym momencie okazywała jej zrozumienie, by w następnym zignorować ją i odmówić. Odebrać nadzieję.

– Nie wiesz czym jest zemsta. Nie możesz wiedzieć. Nigdy nie zaznałaś dobra, więc nie wiesz co to zło.

Właściwe za co chciała go ukarać? Za to, że musiał ją oddać? Płakał bo do niej coś czuł, czy dlatego, że straciłby reklamę? Jakby nie patrzeć nie mógła mu znowu nic takiego zarzucić. Karmił ją i odziewał. Nigdy nie przemęczała się. Miała dach nad głową.

Same pozytywy.

A jednak coś ją drażniło. Te sny, po których zawsze czuła niechęć do swojej celi i handlarza. Jakby jakaś inna osoba dobijała się do niej łkając o swym straconym życiu. Majaczyła jej kobieta i żelazna brama. Walizka i kręte schodki. Mały pokoik na poddaszu i stara kobieta. A potem tylko długi i bolesny sen, po którym zastało ją pierwsze wspomnienie, jakiego była pewna.

Ciemna cela i jedwabna suknia.

Już nawet nie łączyła faktów, tylko upraszała wróżkę jak tylko mogło. Machała rękoma i splatała je jak do modlitwy. Powstrzymywała oddychanie, by zsinieć na jej oczach. Mrugała spazmatycznie. Podchodziła do wróżki szantażem. Proszę, proszę, proszę – jak małe dziecko.

– Po co ci się mścić? – zakręciła pierścieniem na palcu – Chcesz usunąć z tego świata tego człowieka?

Przytaknięcie.

– Nie szkoda ci fatygi? – skrzywiła się.

Gwałtowne pokręcenie głową.

Odnosiła wrażenie, że ta zaraz jej odpadnie, ale gorączkowo nie chciała znów stracić już raz skupionej uwagi. Więcej determinacji. Choćby miała złapać wróżkę za gardło i przymusić do pomocy, w zamian za jeden wdech.

– A co to zmieni? Jeden zły człowiek? – kpiła. – Czy morze bez kropli jest kałużą?

Wzdrygnięcie.

– Zemsta. Cóż… żeby dokonać zemsty trzeba oddać człowieczeństwo.

Mmmm…

– Ty go nie masz! – klasnęła wesoło.

Trudno. Twój problem.

Laleczka złapała ją za rękaw, byleby zatrzymać w tym świecie. Brokat posypał się, a cekiny zastukały i wyścieliły podłogę migotliwymi blaskami. Materiał sukni poszedł w szwach, a srebrne nitki spłynęły na zdobienia dekoltu.

– Ale… skoro i tak nie masz prawdziwych uczuć, a jedynie ich nędzną imitację, to nie dokonasz zemsty. Ale zgładzić zawsze możesz.

MMMMMM. Przytakiwała i przytakiwała.

– Weź to. – Wcisnęła jej w dłoń narzędzie. – Wiesz co robić. – Zniknęła z jadowitym uśmiechem.

W dłoni Laleczki spoczywał kilkucentymetrowy nóż.

Idealny, by sięgnąć do serca.

 

***

 

Kulista kolba bulgotała złowieszczo.

Przeglądała się w niej stara i brzydka kobieta. Wypukłość szkła tylko uwydatniała jej pociętą głębokimi zmarszczkami twarz i dwa otwory w których osadzały się oczy o zimnym spojrzeniu.

Bujne srebrne włosy były rozpuszczone. A właściwie to co z nich zostało, czyli kilka przerzedzonych mysioszarych kosmyków. Korale, nie wiadomo jak, zaszły rdzą. Cekiny i brokat zniknęły, ustępując brązowym plamom po wywarach. Świeży seledyn zgnił w ciemną zieleń. Rąbki poszarpały się, a cała suknia była jak pozszywana ze strzępów różnych tkanin.

Była szmatka w kratkę, odrobina muślinu, wstążka aksamitu, biała bawełna i mdły len.

Jedyne co nie uległo zmianie był pierścień. Szafir oprawiony w złoto wciąż pysznił się, jak paw wśród przepiórek.

Kobieta wyglądała jak stare drzewo, wymęczone wichurami i piorunami. Już dawno poobgryzane przez dzikie zwierzęta i pokłute przez myśliwych. Każdy kto chciał ostrzył sobie na korze kły, pazury i ostrza.

Starucha powłóczyła nogami. Śledziło ją skrzypienie podłogi. Z zaciekawieniem stanęło z nią przed zakurzonym regałem i wsunęło się pod nóżki. Wyglądało zza nich ruchów wiedźmy. Skrzywiły się, gdy poczuły terpentynę i wywar z szałwii, ale czekały cierpliwie.

Regał miał kolor ciemnego kasztanu i idealnie wtapiał się w półmrok pomieszczenia. Rozpościerał po sobie barwne łuny wrzących w kotłach wywarów. Do granic możliwości zapchany starymi księgami dusił się wonią moli i starego papieru. Barwione oprawy kruszyły się, więc na każdej półce zbierała się mieszanina tęczowych odprysków. Niektóre z ksiąg pogubiły już część stron, a klej stracił lepkość. Choć wyglądały żałośnie, całość wciąż mogła posłużyć do czynów niewybaczalnych.

Ciężko wybaczać po unicestwieniu.

Kościsty palec powiodła ku jednej z wyższych półek. Wodziła nim chwilę w obie strony. Jakby myślami odczytywała treść ksiąg. Zawężała krąg poszukiwań coraz mocniej. Uważnie wyławiała ofiarę.

Stop.

Stanęło na wielkim szkarłatnym woluminie. Kiedyś prawdopodobnie była to krwista czerwień, lecz zazdrosny czas zabrał ze sobą tę barwę. Była bezimienna. Na brzegu brakowało jakichkolwiek liter, zdradzających tytuł czy autora. Nie było ich nigdy, lub może starły się na zawsze czyniąc tę księgę anonimową.

– Ależ ona głupia. – Wyszarpnęła pozycję z całej siły, większej niż można było się spodziewać po wiotkiej ręce.

Cisnęła księga bezceremonialnie o blat stołu. Kilka kolejnych nitek posypało się. Cały blok rozluźnił więzy i w każdej chwili groził rozsypaniem.

– Myślisz, że to ja sama przyszłam.

Tląca się świeczka szeptała do probówki, relacjonując co widzi.

– Błąd!

Wzdrygnęły się.

– To ty mnie wezwałaś!

Uderzyła z zamachem okładkę. Odskoczyła jak poparzona i poleciała z trzaskiem wprost między mosiężne kociołki. Karty poprzerzucały się jak porwane przez wiatr. Wezbrany kurz opadł mgiełką na rozdział, na którym księga się zatrzymała.

– Człowieczeństwo jest w każdym. A to uśpione jest głodne! A zemsta?… zemsta odbiera człowieczeństwo. Przybyło Ci krągłości odkąd ostatnio się widziałyśmy – szeptała do siebie.

Zaciągnęła się kurzem, zmieszanym z zapachem wywarów.

– A jak wyrosłaś! Ładnie cię umalowali i ubrali. Wreszcie będzie z ciebie śliczna zabaweczka. – Zajrzała głębiej w treść.

Należało się spodziewać tekstu płynącego przez wszystkie akapity. Wychodzącego z brzegów i porwanego przez półpauzy. Z pyszniącymi się dialogami. Rozdziałami poszeregowanymi pokolei, opieczętowanymi przez numery stron.

Tymczasem wnętrze uderzało schludnością. Pismem ciągniętym kursywą, przez cieniutkie pióro maczane w kruczoczarnym inkauście. Tabelki jak armijne szeregi stawiały się gotowe do służby. Wskazywały każdą możliwe informacje, jak na musztrze, zebrane w jasne do odczytania liczby. Poszczególne kolumny jeżyły się ściśniętym tekstem, które na pierwszy rzut oka powtarzał się od góry do dołu.

Dopiero po uważniejszym przyjrzeniu dostrzegało się skromne różnice w stawianiu kropek i pętli, diametralnie zmieniając znaczenie.

Nie była to księga zaklęć, czy zbiór mitów. Tylko spis.

Wiedźma zatrzymała się na dziale:

''Laleczki''

 

***

 

To był ten dzień.

Choć nie widziała słońca to duchota, bijąca od murów, zdradzała ten sekret. Za chwilę wszystko miało dobiec końca. Całe jej życie oparte na wegetacji w celi i wychodzeniu na światło dzienne jako żywa reklama. Nigdy nie zastanawiała się co jest po końcu, ale jeśli to coś więcej, coś przyjemniejszego niż woń pleśni i paląca wilgoć, to warto było tego spróbować.

Nie zasnęła już. Wciąż czekała na szczęk drzwi i ciężkie kroki, przerywane przekleństwami. Zawsze budziły w niej lęk, który zagłuszała wstrętem. Przyczajona w kącie odliczała sekundy.

Minuty.

Godziny.

Wpatrywała się w drzwi z utęsknieniem.

Ten pierwszy raz.

W połowie myśli ją otrzeźwiło.

Ten moment wreszcie nadszedł. Poczuła wypity galon wina i tanie perfumy tak mocne, by nie sposób było rozwodzić się nad ich składem, czy pochodzeniem. Miały być po prostu krzykliwe. Uwodzić przesyconym wdziękiem. Zupełnie jak ona.

Oprawca zbliżył się. Cień padł na nią. Ujrzała błyszczące ślepia i strużkę śliny, ściekającą z wydatnych ust. Niezadbany zarost brzydził ją ilekroć, choćby przypadkiem, jej sztucznie wypielęgnowana skóra go dotykała.

Nie mogła już tego znieść.

Już nie.

– Mmmmm. Ubrudziłaś się – burknął, gdy ujrzał wysmarowany brudem jedwab sukni.

Jeszcze chwila.

Starała się dostrzec w nim odrobinę żałości, czy smutku, ale najwyraźniej zapił oba te uczucia.

Siąknął i podrapał się po głowie. Schylił się ku niej. Oddech przesycony zapachem wina skrzywił jej usta i pomieszał zmysły. Wstrzymała oddech by nie zemdleć od oparów.

Jedną rękę wciąż trzymała schowaną za plecami. Ściskała w niej jakże poręczny nóż.

– Zaraz coś wymyślimy. O. – Potknął się i przyszpilił kolanem koniec wstążki, spływającej z poluzowanej kokardy. – Ja też muszę coś ze sobą zrobić.

JESZCZE CHWILA.

– Chodź musimy cię jeszcze… Musimy… muss…

Ostatnie słowo spłynęło krwią.

Zaraz po tym jak wbiła nóż wprost w jego trzewia. Usłyszała pęknięcie, a po chwili ostrze ześlizgnęło się z jakiejś kości, może żebra, i powędrowało głębiej. Zatopiło się całe.

Handlarz zadygotał. Każde spazmatyczne dotknięcie w talii było jak ukłucie szpilką. Przez serce przetoczyła się fala ciepła, gdy ujrzała jej jego oczy zachodzą mgłą. Wargi zaczęły mu drgać, ale nie opuściło ich żadne słowo.

Już nigdy nie dowie się co chciał powiedzieć.

Odbiła się od niego i upadła. Niespokojny wdech znów stał się miarowy. Zewnętrzne bodźce powróciły.

Mężczyzna padł martwy.

Laleczka pierwszy raz była z siebie zadowolona.

– Głupia!!! Ty głupia!!! – Przeraźliwy jazgot naśmiewał się do woli.

Szukała go. Wypatrywała. Ale ten przeskakiwał z kąta do kąta i nieuchwytnie latał pod sufitem. Raz nawoływał spod drzwi, by potem szarpać z każdej ze stron. Raz był miły i kpiący. Innym razem wybrzmiewał z wyrzutem i pogardą.

Znała ten głos.

I to ją przeraziło.

Nie mogła się ruszyć. Zmroziło ją od stóp do głów. Wzdłuż i wszerz. Przez serce, płuca i umysł. Skóra zaszkliła się i ściągnęła. Oczy straciły ostrość widzenia. Włosy poszeregowały się w sztywne pukle. Głos uwiązł w gardle.

– Ty głupia!!! – Krzyk rozsadził skronie.

Zakryła je dłońmi, ale filigranowe rączki przepuszczały każdą sylabę.

Żaden dźwięk nie chciał jej usłużyć, by mogła chociaż krzyknąć.

Kurczyła się i mdlała, aż wreszcie została z niej śliczna laleczka.

 

***

 

Prosta półka kurzyła się coraz bardziej.

Spoczywało na niej multum zabawek, którymi nikt nigdy się nie bawił. Nie przyniosły ani cienia szczęścia. Po prostu pojawiały się tam i trwały.

Jak w czyśćcu za popełnione grzechy, tak one dążyły do odkupienia swych win.

Żadna z nich nie dochodziła wzajemnie kto, co, gdzie i jak, lecz każda miała własną historię i własny sklep z zabawkami, w której dokonały się zemsty.

Wpatrywały się monotonnie w dębowy zegar ścienny odliczający mijający czas. Wstrząs dochodził do nich co uderzenie. Prócz zegara wszystko we wnętrzu milczało i czekało wybawienia.

Na jej końcu schronienie znalazła mała laleczka.

Ani pajacyk bez błazeńskiej czapki, ani słonik o ułamanych kłach, ani dobosz bez bębenka…

Nikt nie wiedział skąd się wzięła.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Miałeś pomysł na – zgaduję – trochę horror, trochę dramat psychologiczny, trochę metaforę, trochę prozę poetycką – i może by to zagrało, gdybyś nie postanowił dramatycznie wręcz udziwnić tekstu. Nie zrozum mnie źle: eksperyment literacki jest ok, indywidualny styl też, nawet te szarpane akapity z pojedynczych zdań można by przełknąć, gdyby ta proza była poprawna po polsku i trochę mniej “purpurowa”. Silisz się na stylistyczne dziwactwa, ale niestety język Ci się wymyka i zamiast tworzyć nowe metafory, zbyt często ześlizgujesz się w niepoprawne sformułowania, które brzmią patetycznie, ale i niezamierzenie komicznie. Wszystko to sprawiło, że poza tym, że chciałeś opowiedzieć smutną historię dziewczynki-laleczki, nie bardzo zrozumiałam, o co w tej historii chodzi, jakie są relacje między bohaterami, co właściwie stało się z właścicielem sklepu i dlaczego. Tajemniczość też jest okej, ale jakąś satysfakcję, że coś zrozumiał, musisz czytelnikowi dać, dopóki nie piszesz radykalnego weirda czy bizarro ;)

Ogólnie szkoda, bo jest coś intrygującego w tej opowieści.

Źle jest też z interpunkcją i zapisem dialogów. Poradniki tego ostatniego znajdziesz w linku w poradniku, który Ci jako świeżynce podrzucam: Portal dla żółtodziobów

 

Który szczur tyle osiągnął? Który wsławiał się takimi czynami?

Tu pytanie z ciekawości: celowe nawiązanie do Krasickiego? Jeśli tak, to plusuje :)

 

Łapanka tylko częściowa, bo za dużo tego, mam nadzieję, że z tych wyrywkowych uwag wysnujesz ogólniejsze wnioski. A pewnie przyjdzie tu ktoś, kto wyłapie resztę. Nie desperuj, oczywiście, ale spróbuj popracować nad stylem i warsztatem. Powodzenia!

 

Rozświetlona blaskiem ulica tonęła w[-,] przelewającej się w obie strony[-,] kanonadzie barw.

To nie jest wtrącenie, ale określenie. Nie jestem też przekonana do kanonady barw – takie synestezyjne określenie jest ok, ale średnio mi jakoś pasuje do tej codziennej sceny i określenia “przelewająca się”. Zbyt patetyczne w zestawieniu z bardzo potocznym. To się da, ale trzeba być mistrzem języka.

 

Interesanci przechadzali się w lekkich kaftanach, wyszywanych złotą i srebrną nicią.

Jeśli to rzeczywiście był haft metalową, złotą i srebrną nicią, to kaftany nie miały szans być lekkie, wierz mi ;)

 

Nić skrzyła się i błyszczała, więc wyglądali na spętanych bogactwem więźniów świata. Brodzili w morzu ludzi, każdy sam, plącząc się we własne szarawary.

To właśnie jest bardzo purpurowe. Za dużo tych metafor, a potem ten potoczny obraz ludzi zaplątanych w obszerne portki ;)

 

Rozglądali się za kawiarniami, których szczęk otwieranych okiennic i szuranie odryglowywanych drzwi zanosił się z oddali.

W tym zdaniu wszystko jest nie tak. Dobiegał/dochodził/niósł się z oddali, to przede wszystkim. Na pewno nie zanosił się. Zanosić się można w zasadzie wyłącznie płaczem, ewentualnie śmiechem, ale rzadziej. Natomiast ta konstrukcja zdania podrzędnego jest przekombinowana i nie zdaje egzaminu. Do remontu.

 

Same otwierały się, gdy tylko poczuły krwawo-metaliczną woń srebrnych denarów. Zwabiały ich jak świeża krew rekiny i zarzucały płachtę na oczy. Wodzeni wonią deptali po stopach i nie dostrzegali niedoli rozgrywającej się pod ich nosami, jakby ta nie istniała.

Zwabiały kogo? Kolejny purpurowy akapit, przekombinowany składniowo.

 

Słony pot spływał im po twarzach, a jedwabie wiązanych turbanów rozżarzyły się jak sztaba żelaza w piecu.

Jedwabie jak sztaba żelaza?

 

Nie zaszczycali nawet chwilą uwagi, czy pojedynczym spojrzeniem błądzącym fatamorganą[-,] dziewczyny posadzonej na okrągłym taborecie, który niknął w warstwach jej sukni.

Fatamorgana, inaczej miraż, jest to zjawisko optyczne, więc spojrzenie nie może nią błądzić. Nawet jeśli chcesz tworzyć poetycki język i nowe związki frazeologiczne, muszą się one jakoś trzymać kupy. Paradoksalnie lepiej szukać dalszych skojarzeń.

 

(…)

 

– Ile za tę lalkę? – powiedział to takim tonem, jakby wcale nie pytał o cenę[+,] bo i tak będzie go stać.

Raczej: zapytał.

 

– Ta laleczka, Wwielmożny Ppanie, nie jest na sprzedaż[+.] – nNie pozwolił[+,] by klient się zniechęcił i błyskawicznie przeszedł do kontrataku[+.] – Ale za to w moim sklepie mamy pełen asortyment[+.] – uUkłonił się do ziemi.

 

Dziewczynka nieznacznie skinęła głową.

Skinąć w 99% przypadków wymaga dopełnienia

 

Dziewczynka coraz śmielej zaglądała Laleczce w twarz. Jej rozpromieniona słońcem twarz i lśniące włosy wywierały wrażenie.

 

Czyja twarz? Podmiotem poprzedniego zdania jest dziewczynka, więc na logikę “jej” w następnym zdaniu odnosi się właśnie do niej. Uważaj na podmioty i zaimki, to wredne i zdradzieckie bestie.

 

pudroworóżową → pudrowo różową

 

Wyszedł już z mody[+.] – wWykręcił się krzywym uśmiechem, odsłaniając złotą dwójkę[+.] – Teraz mamy

Błędów w zapisie dialogów masz mnóstwo, wypisałam tylko przykładowe.

 

(…)

 

Do tego inne zwierzęta i pozytywki, a czasem razem jak słoń z rozstrojoną pozytywką.

 

To zdanie z kolei sprawia wrażenie, jakbyś nie przeczytał tekstu przed publikacją, bo po pierwsze powtórzenie, po drugie dlaczego “jak słoń”?

 

Każda z zabawek miała mniej[-,] lub bardziej widoczne defekty.

 

(…)

 

 

Mrok zelżał. Ukazały jej cztery ściany i majaczące na nich kolonie grzybów i ukruszone cegły, sypiące się rudym pyłem.

Tu się coś całkiem posypało.

krwioobieg → krwiobieg

Stanęło na wielkim bordowym woluminie.

W przypadku fantasy i innych światów zawsze mam problem z takimi określeniami, bo “bordowy” pochodzi od francuskiego miasta Bordeaux, którego raczej nie ma w Twoim fantasylandzie ;) Podobny problem z siedzieć po turecku, bajońskimi sumami, szampanem, adamaszkiem itd.

 

Cisnęła bezceremonialnie o blat stołu.

Czym cisnęła? Cisnąć to kolejny czasownik, który wymaga dopełnienia – ciskamy zasadniczo przedmiotami, to synonim rzucania. Cisnąć bez dopełnienia to mogą ciasne spodnie albo buty.

 

Na jej końcu schronienie zastała mała laleczka.

Znalazła.

 

Aha, wcześniej jest coś o Hegemonie (zgaduję, że tak nazywają tu Słońce – skądinąd dajesz przebłyski ciekawego świata, ale w zasadzie on nie gra w tej historii żadnej roli, a szkoda) w zenicie. Jeśli to nie dzieje się w strefie zwrotnikowej, to słońce nie sięga zenitu.

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję drakaina za wszystkie poprawki. Jest mi bardzo miło, że przeczytałaś mój tekst i poświęciłaś swój czas na opinię i wyszczególnienie fragmentów. Oczywiście biorę się do poprawek. Tekst ten napisałem pod wpływem chwili i przyznaję, że zdarza mi się udziwniać. Czasem jak wpadnę wciąg metafor to nie mogę z niego wyskoczyć ;D A patetyczność i wzniosłość to mnie po prostu prześladuje w moim warsztacie i tu problem, bo nawet ją lubię XP

Ale cóż… praca, praca, praca. Na pewno zajrzę w ten poradnik.

Dziękuję Ci raz jeszcze :D

Miło mi, Aleksy, że uwagi na coś się przydadzą – pamiętaj jednak, że to tylko część problemu, spróbuj te techniczne (przecinki, dialogi) rozszerzyć na całość tekstu. W poradniku jest link do drugiego poradnika z samymi przydatnymi linkami :)

 

patetyczność i wzniosłość to mnie po prostu prześladuje w moim warsztacie i tu problem, bo nawet ją lubię

Nie mam nic przeciwko patosowi i wzniosłości (w odpowiednich proporcjach), ale i one – zwłaszcza one! – muszą być napisane poprawnie i sprawnie językowo, inaczej staczają się w niezamierzoną śmieszność i to jest największy ich problem devil

http://altronapoleone.home.blog

Czyli pacjent do odratowania? ;D

A! I jeszcze jedno. Czy za jakiś czas, jak nad nim popracuję byłabyś tak miła i jeszcze raz na niego zerknęła? :)

Czy za jakiś czas, jak nad nim popracuję byłabyś tak miła i jeszcze raz na niego zerknęła? :)

Postaram się. Możesz go też wycofać do kopii roboczych, poprawić i ujawnić z powrotem później, ale data publikacji się nie zmieni, więc lepiej zrobić poprawki w miarę szybko

Polecam na przyszłość betalistę (jest dokładny opis, co to, w poradniku) oraz – przede wszystkim – altruizm wzajemny. Komentuj innych, przyjdą komentować Ciebie :)

 

http://altronapoleone.home.blog

Dzięki za wszystko jeszcze raz.

Ja tu jeszcze wrócę ;D

Zauważyłam że Laleczka ponownie pojawiła się w poczekalni.

Kiedy czytałam opowiadanie pierwszy raz, nie wzbudziło we mnie korzystnego wrażenia. Przejrzałam tekst dzisiaj i skonstatowałam, że łapanka z blisko stu uwagami, którą przesłałam Ci na priv, na niewiele się zdała, a cała historia wcale nie prezentuje się lepiej. Cóż, Twój wybór – to Twoje opowiadanie i wygląda na to, że będzie napisane słowami, które uznałeś za najwłaściwsze. Czy to była dobra decyzja…? Pewnie ocenią to kolejni czytelnicy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A z ciekawości, Reg, wrzuć tu te uwagi? Bo widzę, że jakiś tam ułamek moich się załapał, ale istotnie styl nadal pozostał purpurowy.

http://altronapoleone.home.blog

Drakaino, zaspokajam Twoją ciekawość.

Część uwag została chyba uwzględniona, ale nie chce mi się już sprawdzać które z nich znalazły uznanie Aleksego, więc wrzucam wszystko.

 

Spoj­rza­ła przez ulicę męt­ny­mi ocza­mi. ―> Można patrzeć np. przez okno, przez okulary, ale jak można patrzeć przez ulicę?

 

Wy­bar­wio­ne chlo­rem szkli­ły się nie­na­tu­ral­nym dla wzro­ku ja­snym błę­ki­tem. ―> A jakie oczy są naturalne dla wzroku i co to znaczy, że oczy są naturalne dla wzroku?

 

Nie czer­wie­ni­ły się już i nie ścią­ga­ły kon­wul­syj­nie przy każ­dym ruchu. ―> Na czym polega ściąganie się oczu?

 

Nie wy­sy­ła­ły do mózgu in­for­ma­cji o wiel­kim bólu, który tępo przyj­mo­wa­ły na swe barki. ―> Czy dobrze rozumiem, że oczy miały barki?

 

Roz­świe­tlo­na bla­skiem ulica to­nę­ła w, prze­le­wa­ją­cej się w obie stro­ny, ka­no­na­dzie barw. ―> Jak można tonąć w kanonadzie?

 

szu­ra­nie od­ry­glo­wy­wa­nych drzwi za­no­sił się z od­da­li. ―> Czy tu aby nie miało być: …szu­ra­nie od­ry­glo­wy­wa­nych drzwi dobiegał z od­da­li.

 

czy po­je­dyn­czym spoj­rze­niem błą­dzą­cym fa­ta­mor­ga­ną… ―> Co to znaczy, że spojrzenie błądzi fatamorganą?

 

Gli­ce­ry­na, jaką po­trak­to­wa­no jej skórę… ―> Gli­ce­ry­na, którą po­trak­to­wa­no jej skórę

 

Miała takie po­wo­ła­nie co wazon na skle­po­wej wy­sta­wie. ―> A jakie powołanie ma wazon na wystawie?

 

Mistrz chlo­ru stały przy niej i nie od­stę­po­wał ani na krok. ―> Literówka.

Kim jest mistrz chloru?

 

Prze­krę­ca­ła głowę, by do­strzec oczy La­lecz­ki. Chcia­ła zo­ba­czyć co się w nim od­bi­je. ―>> Chcia­ła zo­ba­czyć co się w nich od­bi­je.

 

Spo­dzie­wa­ła się po­go­dy życia taką, jaką dys­po­no­wa­ła ona sama. ―> Spo­dzie­wa­ła się po­go­dy życia, takiej, jaką dys­po­no­wa­ła ona sama.

 

A w jej oczach tylko żal i re­zy­gna­cja. ―> Czyich oczach – dziewczynki czy Laleczki?

 

Były po­dob­ne aż do bólu. ―> Kto do kogo był tak boleśnie podobny?

 

Tym ru­mia­nym po­licz­kom zgra­nym od kom­ple­men­tów – różu. ―> Co to znaczy, że policzki były zgrane od komplementów? I co do komplementów ma róż?

 

De­li­kat­nej cerze od kry­cia się pod pa­ra­sol­ką… ―> Krycie się pod parasolką nie zapewni delikatnej cery; chronienie jej przed słońcem, tak.

 

– Ta la­lecz­ka, Wiel­moż­ny Panie, nie jest na sprze­daż – nie po­zwo­lił by klient się znie­chę­cił i bły­ska­wicz­nie prze­szedł do kontr­ata­ku – Ale za to w moim skle­pie mamy pełen asor­ty­ment – ukło­nił się do ziemi. ―> – Ta la­lecz­ka, wiel­moż­ny panie, nie jest na sprze­daż.Nie po­zwo­lił, by klient się znie­chę­cił i bły­ska­wicz­nie prze­szedł do kontr­ata­ku.Ale za to w moim skle­pie mamy pełen asor­ty­ment.Ukło­nił się do ziemi.

Formy grzecznościowe piszemy wielkimi literami, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

Męż­czy­zna prze­gryzł wargę. ―> Czy tu aby nie miało być: Męż­czy­zna przy­gryzł wargę.

 

– Jeśli od­wie­dzą Wiel­moż­ni Pań­stwo nasz sklep… ―> – Jeśli od­wie­dzą wiel­moż­ni pań­stwo nasz sklep

 

Dziew­czyn­ka coraz śmie­lej za­glą­da­ła La­lecz­ce w twarz. Jej roz­pro­mie­nio­na słoń­cem twarz… ―> Powtórzenie.

 

Przy­gląd­nę­ła się ma­te­ria­ło­wi sukni… ―> Raczej: Przyjrzała się ma­te­ria­ło­wi sukni

 

Za­py­ta się kto ją dla nie uszył i czy lubi bawić się na ska­kan­ce. ―> Za­py­ta, kto ją dla nie uszył i czy lubi bawić się ska­kan­ką.

 

Nawet po­da­ru­je się swoją pu­dro­wo­ró­żo­wą wstąż­kę do wło­sów! ―> Co to znaczy podarować się wstążkę?

 

– Och widzę Wiel­moż­ny Panie, ale ten model… ―> – Och widzę wiel­moż­ny panie, ale ten model

 

od­pę­dził iry­ta­cję i za­czął kie­ro­wać za­miar kroku w inną stro­nę. ―> Na czym polega kierowanie zamiarem kroku?

 

Stoją przed nimi na­le­ża­ło się do­brze za­sta­no­wić… ―> Literówka.

 

 Ob­sa­dza­ne przez małą armię, trwa­ją­cą tak na stra­ży jak te­ra­ko­to­wi żoł­nie­rze, kryli praw­dzi­wy skarb, znaj­du­ją­cy się we wnę­trzu. ―> Zakładam, że piszesz o półkach, więc: …kryły praw­dzi­wy skarb

Półki nie mają wnętrza, więc nie wiem, czego wnętrze kryło skarb.

 

a cza­sem razem jak słoń z roz­stro­jo­ną po­zy­tyw­ką. ―> Co to znaczy?

 

będąc cięż­szym od zna­le­zie­nia nie­usz­ko­dzo­nej za­baw­ki. ―> …będąc trudniejsze od zna­le­zie­nia nie­usz­ko­dzo­nej za­baw­ki.

 

co dzia­ło się za mu­śli­no­wą ko­ta­rą. ―> Jeśli muślinowa, to nie kotara.

Za SJP PWN: muślin «lekka, przezroczysta tkanina o luźnym splocie» kotara «zasłona z grubej tkaniny»

 

nawet czło­wiek miało pro­ble­my się prze­ci­snąć… ―> Literówka.

 

Tak wła­śnie na kru­czo­czar­ne płasz­czy­zny mu­śnię­to zło­tym i srebr­nym pyłem, po­cho­dzą­cym z bo­ga­to zdo­bio­nych pasów. ―> Jakich pasów?

Muska się coś, nie na coś, więc: Tak wła­śnie kru­czo­czar­ne płasz­czy­zny mu­śnię­to zło­tym i srebr­nym pyłem

 

jakiś po­ko­jach, sy­pial­niach… ―> …jakichś po­ko­jach, sy­pial­niach

 

Za­chwy­ca­no się nad bar­wa­mi… ―> Za­chwy­ca­no się bar­wa­mi

Zachwycamy się czymś, nie nad czymś.

 

kar­ni­sze z po­bli­skie­go skła­du ide­al­nie oświe­tla­ły­by kwia­to­we ta­pe­ty. ―> Czy tu aby nie miało być: …kinkiety z po­bli­skie­go skła­du ide­al­nie oświe­tla­ły­by kwia­to­we ta­pe­ty.

Za SJP PWN: karnisz «drążek albo listwa nad drzwiami lub oknem, służące do zawieszania firanek lub zasłon»

 

Jak mogły nie być iden­tycz­nie blade? ―> Identycznie jak co?

 

Dla jej umy­słu zbyt abs­trak­cyj­nym była wizja… ―> Dla jej umy­słu zbyt abs­trak­cyj­na była wizja

 

Takie prze­my­śle­nia, nigdy nie wy­po­wia­da­ne gło­śno… ―> Takie prze­my­śle­nia, nigdy niewy­po­wia­da­ne gło­śno

 

Nie do­pusz­cza­ła do wia­do­mo­ści, że może być ina­czej. ―> Chyba miało być: Nie do­pusz­cza­ła do świa­do­mo­ści, że może być ina­czej. Lub: Nie przyjmowała do wia­do­mo­ści, że może być ina­czej.

 

choć ona sam o tym nie wie­dzia­ła. ―> Literówka.

 

Błąd i za­sadz­ka spro­wa­dzi­ły jego, , może ich obu… ―> Piszesz o szczurze i o Laleczce, więc: Błąd i za­sadz­ka spro­wa­dzi­ły jego, ją, może ich oboje

 

Po­krę­cił wą­sa­mi iden­tycz­nie, jak w ten pierw­szy raz. ―> A jak pokręcił pierwszy raz?

 

Od­cią­gnę­ła się od stu­dio­wa­nia koń­ców­ki wstąż­ki… ―> Raczej: Oderwała się od stu­dio­wa­nia koń­ców­ki wstąż­ki

 

a jed­nak czuła przy­cią­ga­nie, jakim nie da­rzy­ło ją nic in­ne­go. ―> Jak można darzyć kogoś przyciąganiem?

 

Przy­sia­dła na no­gach. ―> Jak ona to zrobiła?

A może miało być: Przy­sia­dła na piętach.

 

Zwie­rzę po­grze­ba­ło się we wszyst­kie stro­ny… ―> Co to znaczy?

A może miało być: Zwie­rzę pokręciło się we wszyst­kie stro­ny

 

Dech sta­wał się płyt­ki i ledwo wy­czu­wal­ny. ―> Raczej: Oddech sta­wał się płyt­ki i ledwo wy­czu­wal­ny.

 

Bu­ja­ła się na po­wie­wach z god­nie z szarp­nię­cia­mi… ―> Bu­ja­ła się na po­wie­wach zgod­nie z szarp­nię­cia­mi

 

Od­da­la się ego­izmo­wi i po­zwo­li­ła sobie po­my­śleć… ―> Literówka.

 

gdy drze­wo odej­mo­wa­ło jej wszyst­kich trosk… ―> …gdy drze­wo odej­mo­wa­ło jej wszyst­kie troski

 

Choć o to nikt jej nie pro­sił. ―> Choć o to nikt nie pro­sił.

 

Zo­sta­wio­no ją samej sobie zdaną na łaskę świa­ta. ―> Zo­sta­wio­no ją samą sobie, zdaną na łaskę świa­ta.

 

Lek­kie mu­śnię­cia źdźbeł trawy przy­wi­ta­ły ją. Cią­gnę­ły każdy w swoją stro­nę. ―> Piszesz o źdźbłach, a te są rodzaju nijakiego, więc: Przywitały ja lek­kie mu­śnię­cia źdźbeł trawy. Cią­gnę­ły, każde w swoją stro­nę.

 

pró­bu­jąc prze­jąc ab­so­lut­ną kon­tro­lę. ―> Literówka.

 

Po­wie­dzia­ła oso­bie, że to jest jej nowy dom. ―> Jakiej osobie?

A może miało być: Po­wie­dzia­ła so­bie, że to jest jej nowy dom.

 

Prze­bu­dzo­na zie­mia za­czę­ła się trząść. Bóg Pod­zie­mi prze­bu­dził się… ―> Powtórzenie.

 

Gó­ra-dół, le­wo-pra­wo i tak wszyst­ko na raz. ―> Gó­ra-dół, le­wo-pra­wo i tak wszyst­ko naraz.

 

Zie­mia za­czę­ła pękać i de­for­mo­wać. ―> Co deformowała?

 

Pę­ka­ły w pół, wy­rwa­ne wręcz z gleby. ―> Pę­ka­ły wpół, wy­rwa­ne wręcz z gleby.

 

Resz­ta osia­da­ła na skórę po­marsz­czo­ną jak per­ga­min. ―> To nie jest dobre porównanie – gdyby pergamin był pomarszczony, nie byłby używany do pisania.

 

wy­prze­dza­ła je je­dy­nie trwo­ga tra­fia­ją­ce wprost w serca tych… ―> Literówka.

 

– Co teraz ze mną bę­dzie? – po­my­śla­ła. ―> Co teraz ze mną bę­dzie? – po­my­śla­ła.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli.

 

Uka­za­ły jej czte­ry ścia­ny… ―> Pewnie miało być: Uka­za­ły jej się czte­ry ścia­ny

 

Wtedy uroz­ma­ici­ła by życie i sobiejej. Sama nie się­ga­ła do niej, więc nie mogła też na­rzu­cic jej swo­jej woli… ―> Wtedy uroz­ma­ici­łaby życie i sobie i jej.

Powtórzenia. Nadmiar zaimków. Literówka.

 

czy pod mio­tłą z prze­krę­co­nym kar­kiem. ―> Czy dobrze rozumiem, że miotła może mieć przekręcony kark?

 

jej myśli, które wciąż ła­pa­ły dech po śnie. ―> Oddychające myśli?

 

Jak kur­ty­na w te­atrze, która po­ka­zał nie­go­to­wych ak­to­rów. ―> Literówka.

 

Cały krwio­obieg za­czął bu­zo­wać krwią. ―> Literówka. Brzmi to fatalnie.

 

z wię­zów. obie pra­gnę­ły tylko jed­ne­go. ―> {Postawiwszy kropkę, kolejne zdanie rozpoczynamy wielką literą.

 

Z nie­bie­skiej spód­ni­cy i pan­to­fel­kach. ―> Chyba miało być: W nie­bie­skiej spód­ni­cy i pan­to­fel­kach.

 

na bu­fia­stych rę­ka­wach i marsz­czo­nych rąb­kach. ―> Raczej: …na bu­fia­stych rę­ka­wach i falbankach.

 

po­kor­nie od­po­wia­da­ła jak naj­le­piej po­tra­fi­ła. ―> …po­kor­nie od­po­wia­da­ła, naj­le­piej jak po­tra­fi­ła.

 

– Mam Ci pomóc w ze­mście? ―> – Mam ci pomóc w ze­mście?

 

– Chcesz usu­nąć z tego świa­ta tego czło­wie­ka? ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

wbiła wzrok w czu­bek pan­to­fel­ków. ―> …wbiła wzrok w czu­bki pan­to­fel­ków.

 

Ku­li­sta kolba bul­go­ta­ła zło­wiesz­czo. ―> Bulgotała kolba, czy raczej jej zawartość?

 

otwo­ry w któ­rych osa­dza­ły się szklą­ce się mgłą zimne oczy. ―> Nie brzmi to najlepiej. Mgła nie szkli się.

Może: …otwo­ry, w któ­rych tkwiły zachodzące mgłą zimne oczy.

 

Bujne srebr­ne włosy były roz­pusz­czo­ne. A wła­ści­wie to co z nich zo­sta­ło, czyli kilka prze­rze­dzo­nych my­sio­sza­rych ko­smy­ków. ―> To miała bujne włosy, czy raczej ich resztki?

 

Je­dy­ne co nie ule­gło zmia­nę w tym ob­ra­zie był pier­ścień. ―> Je­dy­ne, co nie ule­gło zmia­nie w tym ob­ra­zie to pier­ścień. Lub: Je­dy­nym, co nie ule­gło zmia­nie w tym ob­ra­zie, był pier­ścień.

 

Cięż­ko wy­ba­czać po uni­ce­stwie­niu. ―> Trudno wy­ba­czać po uni­ce­stwie­niu.

 

była to krwi­sta czer­wień, lecz za­zdro­sny czas za­brał ze sobą tę barwę. Była bez­i­mien­na. Na brze­gu bra­ko­wa­ło ja­kich­kol­wiek liter, zdra­dza­ją­cych tytuł czy au­to­ra. Nie było ich nigdy… ―> Lekka byłoza.

 

tek­stem, które na pierw­szy rzut oka po­wta­rzał się od góry do dołu. ―> Literówka.

 

Po­czu­ła galon wina i tanie per­fu­my… ―> Jak można poczuć galon wina?

 

Wstrzy­ma­ła od­dech by nie ze­mdleć od opa­rów. ―> Raczej: Wstrzy­ma­ła od­dech, by nie ze­mdleć od wyziewów.

 

-Chodź mu­si­my cię jesz­cze… ―> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

gdy uj­rza­ła jej jego oczy za­cho­dzą mgłą. ―> Tu chyba miało być: …gdy uj­rza­ła, jak jego oczy za­cho­dzą mgłą.

 

Włosy po­sze­re­go­wa­ły się w sztyw­ne pukle. ―> Raczej: Włosy po­sze­re­go­wa­ły się w sztyw­ne strąki.

Pukle to pasma miękkich, wijących się włosów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka