- Opowiadanie: Silva - Zniszcz świat, ocal świat

Zniszcz świat, ocal świat

Miałam już więcej nie żyć na krawędzi, ale krawędź uzależnia.

 

Dziękuję krarowi za pomoc last-minute!

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Zniszcz świat, ocal świat

Żałobnicy w bezbarwnych jak popiół szatach zapełniali plac. Po całym mieście niosło się głębokie bicie dzwonów, zagłuszając szepty zebranych i dźwięcząc echem w pustych zaułkach. Ich brzmienie tego dnia zdawało się cięższe niż zwykle, jakby mosiężne i srebrne dzwony na swój sposób opłakiwały to, co miało odejść.

Na samym środku placu stały Wrota.

Aya pierwszy raz widziała tak wyraźne oznaki choroby. Misternie splątane pręty obu skrzydeł pokrywała rdza, a jasne światło, którym zwykle lśniły każde z Wrót, zauważalnie przygasło. To, co było widoczne w prześwitach, w niczym nie przypominało słonecznego, pełnego życia świata – jedynie wyschniętą skorupę spowitą czarną mgłą.

Tłum poruszył się, gdy od strony pałacowej alei nadeszła postać odziana w biel. Jasne włosy Pani Wrót okalały bladą, poważną twarz. U boku, w przypiętej do pasa pochwie tkwił miecz.

Zebrani milczeli, dzwony biły bez chwili przerwy. Kobieta w bieli stanęła przed Wrotami. Spojrzała w górę, na sam szczyt bramy sięgającej ponad najwyższą z dzwonnic, po czym położyła dłoń na rękojeści. Aya poczuła znajomy chłód i mrowienie skóry. Odwróciła wzrok, by nie patrzeć na wysuwającą się klingę. Skrzydła Wrót pokryły się szronem.

Ze wszystkich stron naparła ciemność, choć na placu wciąż było jasno, a w górze świeciły bliźniacze słońca. Nad Miastem Dzwonów zawsze rozpościerała się czerń Pustki, w której pływały wszystkie światy. Teraz wydawała się jeszcze bliższa: napierała na budynki, liżąc iglice najwyższych wież.

Pani Wrót przemówiła. Jej wzmocniony magią głos niósł się po placu, ale Aya nie mogła skupić się na słowach. Drżała – choć nie z chłodu – marząc tylko o tym, aby wszystko się już skończyło.

A później ostry dźwięk, podobny do zniekształconego krzyku, zagłuszył dzwony, gdy ostrze wykute z Pustki wchłonęło konający świat.

 

*

 

Kiedyś sprawy wyglądały inaczej.

Przynajmniej tak mówili ludzie. Choroba zaczęła przenosić się pomiędzy Wrotami przed narodzinami Ayi, więc sama nie wiedziała, jak było wcześniej. Jedynie słyszała, że przedtem światy umierały, gdy nadchodził ich koniec.

Umierały, a nie trzeba było ich dobijać.

Aya wchodziła po śnieżnobiałych schodach prowadzących do pałacu. W rękach niosła szeroką misę pełną wody, na powierzchni której dryfowały lilie. Ostrożnie stawiała kroki, w zamyśleniu przyglądając się płatkom.

– Może dzięki wam w pałacu będzie trochę milej.

Dotarła na szczyt stopni, po czym weszła do rozległej sali zatopionej w półmroku. Echo jej kroków rozbrzmiewało pod kopułą. Skierowała się ku wschodniej ścianie; tam, u stóp ogromnego malowidła, znajdowała się wmurowana w posadzkę sadzawka.

Klęknęła przy brzegu. Kolorowe ryby, do tej pory krążące leniwie pod powierzchnią, od razu podpłynęły bliżej. Aya pogłaskała palcem śliski bok jednej z nich i uśmiechnęła się.

– Nie przyniosłam wam jedzenia. Niedługo będziecie tak grube, że nie dacie rady pływać.

Ostrożnie wyjęła z misy pierwszy z kwiatów.

– Ciekawe, z którego ze światów pochodzisz?

Może ze świata, któremu już odprawiono pogrzeb, pomyślała.

Aya w czasie pracy nabrała zwyczaju, aby mówić do siebie. Pałac był ogromny – wewnątrz jeszcze większy niż na zewnątrz – a służby niewiele. Cichy gmach tak naprawdę nie wymagał zbyt częstego doglądania, bo o jego świetność dbała magia, ale zgodnie z tradycją kilku zaufanych służących zawsze przemierzało sale i korytarze. Dziewczyna czasem całymi miesiącami nie widywała żywej duszy; jedynie podczas zebrań z główną pokojową albo w trakcie rzadkich wyjść do miasta… lub pogrzebów. Dlatego mówiła – aby usłyszeć ludzki głos, chociażby własny.

Czasem marzyła po cichu, aby zostać awansowaną na pokojową. Nie musiałaby już oglądać wciąż tych samych pustych dziedzińców, a razem z paroma innymi dziewczętami usługiwałaby samej Pani Wrót. Albo chociaż na kuchenną – przynajmniej nie jadłaby posiłków w samotności. Nawet praczki miały więcej towarzystwa.

Ułożyła kwiat na powierzchni sadzawki. Ryby ocierały się o jej dłoń, krążąc wokół lilii i skubiąc listki pyszczkami. Aya przez dłuższą chwilę im się przyglądała, nim podniosła wzrok na fresk na ścianie.

Dumna postać trzymała w skrzyżowanych rękach dwa miecze skierowane czubkami ku szczytowi kopuły. Jedno z ostrzy odmalowano białą farbą; blask jasnej klingi promieniował na całą południową stronę sklepienia. Północną połowę zaś zalewała czerń, wypływająca podobnymi do błyskawic zygzakami z drugiej broni.

Pierwsza Pani Wrót. I stworzone przez nią dwa miecze: Gwiazda wykuta z serca prawdziwej gwiazdy oraz Pożeracz, dziecko Pustki.

– Spodziewałaś się, że kiedyś do tego dojdzie? – zwróciła się do postaci na fresku. – Światy chorują i nikt nie może z tym nic zrobić…

– Ayo.

Dziewczyna drgnęła i obejrzała się za siebie gwałtownie. Na środku sali, w plamie światła stała Pani Wrót – już bez miecza, lecz wciąż tak samo poważna jak podczas niedawnej ceremonii. Ayi zrobiło się strasznie głupio; miała tylko nadzieję, że długowieczna nie słyszała jej słów. Czuła się, jakby popełniła bluźnierstwo.

– Wybacz, Pani, nie wiedziałam… nie widziałam… – Dla pewności szybko skłoniła się czołem do posadzki.

– Wstań, Ayo.

Serce waliło jej w piersi. Co Pani tutaj robiła? Kiedy nie odwiedzała światów, to z reguły przebywała w swoich komnatach. Wysoka, jasnowłosa kobieta zbliżyła się, bez zainteresowania spoglądając na nowy kwiat w sadzawce. Jej blada, nienaznaczona upływem czasu twarz pozostała nieruchoma.

– Skąd przyniosłaś te lilie?

– Z ogrodów w Srebrnym Skrzydle. Pomyślałam, że… że trochę ożywią salę…

Pani patrzyła na samotny kwiat. Ryby zdążyły się już przekonać, że nie mogą go zjeść i krążyły po sadzawce, szukając innego pożywienia.

Aya stała ze spuszczoną głową, choć nie potrafiła powstrzymać się, by nie zerkać ukradkiem na kobietę. Nigdy wcześniej nie znalazła się tak blisko Pani Wrót. Od kobiety bił blask, cała jej postać była dumna i pełna godności. Aya w głębi ducha marzyła, aby samej być kiedyś tak wspaniałą.

Nie spodziewała się, że ta będzie pamiętać jej imię.

– Szukałam cię – odezwała się Pani po chwili milczenia.

– Mnie, Pani? Czy… czy nie dopełniłam obowiązków? – zapytała Aya niepewnie.

– Nic z tych rzeczy. Mam dla ciebie ważne zadanie, Ayo.

Dziewczyna nie dowierzała własnym uszom. Pani Wrót miała zadanie dla niej, zwykłej służącej?

– Może zdarzyć się tak, że za jakiś czas odejdę – kontynuowała długowieczna. – Muszę pozostawić po sobie kogoś, kto będzie mógł pełnić… część moich obowiązków. Wybrałam ciebie.

Aya miała wrażenie, że na dnie jej żołądka osiadła bryła lodu. Zdumienie mieszało się z przerażeniem. Przecież Pani Wrót strzegła światów od setek lat!

– Wybacz, Pani, ale nie rozumiem…

– Czy wiesz, dlaczego światy chorują?

Zerknęła na kobietę; ta przyglądała się malowidłu z tym samym nieprzeniknionym wyrazem twarzy, co zawsze. Zastanowiła się, czy Pani kiedykolwiek się uśmiechała.

– Ponieważ… nie umierają? – odpowiedziała niepewnie.

Powiedziała to, co wiedział każdy. Żadne źródło nie mogło płynąć bez końca, żadne życie nie trwało wiecznie. Nawet życie świata. A jeżeli świat nie mógł umrzeć…

– Lecz dlaczego nie umierają? – Na to pytanie Aya już nie znała odpowiedzi. Kobieta wciąż patrzyła na fresk. – Pożeracz i Gwiazda. Jedno miało dawać życie, drugie je odbierać. Miecz, aby stworzyć świat, i miecz, aby zrobić dla niego miejsce.

– Słyszałam… – Aya przełknęła ślinę. Nie wiedziała, jak wiele może powiedzieć w obecności Pani. – Słyszałam, że Gwiazda została skradziona.

Po raz pierwszy dostrzegła poruszenie na twarzy długowiecznej. Zaledwie drgnięcie, przebłysk, cień w oczach, ale w końcu to kamienne oblicze ożyło, choćby tylko na krótką chwilę.

– Gwiazda nie tylko dawała światom życie. To ona tworzyła Wrota. Pożeracz jest kluczem do każdych z Wrót, ale to Gwiazda jest zamkiem. – Na parę sekund zamilkła. – Samym Pożeraczem nie mogę otworzyć przejścia do większości skażonych światów. Ale to się zmieni.

Opuściła głowę i spojrzała Ayi prosto w oczy.

– Przywrócę porządek. A wtedy będzie potrzebna nowa Pani Wrót.

– Pani! – Aya w panice podniosła głos. – Nie możesz myśleć o mnie. Przecież nie wiem nic o światach, nie jestem nikim ważnym, ja… ja jestem tylko zwykłą służącą! Jak mogłabym…

Kobieta położyła dłoń na ramieniu dziewczyny. W jej spojrzeniu nie było ani krztyny ciepła, jedynie chłód i smutek.

– Obiecuję, że w odpowiednim momencie dowiesz się wszystkiego.

 

*

 

Aya nie rozumiała, czemu została wybrana, ale wiedziała jedno: takiej decyzji nie mogła się sprzeciwić.

Przeniosła się do Złotego Skrzydła, gdzie Pani Wrót miała osobiste komnaty. Nowy pokój był dwa razy większy od poprzedniego, pełen słonecznego światła, pięknych mebli z białodrzewu i kwiatowych zapachów, napływających z ogrodu przez wysokie okna. Dziewczęta, z którymi wcześniej na zebraniach służby rozmawiała i dowcipkowała, teraz traktowały ją z milczącym szacunkiem. Cisza więc dalej pozostawała najbliższą towarzyszką Ayi.

Rozpoczęto przygotowania do jej nowej roli, choć dziewczyna wciąż nie wierzyła, że Pani Wrót naprawdę odejdzie.

Zamiast więc przemierzać pałacowe sale, przebywała głównie w prywatnej bibliotece Pani, chłonąc wiedzę o światach. Zgromadzone tam księgi różniły się od wszystkich, jakie widziała do tej pory. Zapisywały je poprzednie Panie Wrót; miały puste stronice, ale wpatrując się w papier dostrzegała obrazy i słyszała myśli autorek, jakby mówiły do niej poprzez czas i przestrzeń. Na początku odbierała te wrażenia niewyraźnie i słabo, jakby docierały poprzez mgłę; później nauczyła się skupiać na owych wizjach, tak że zyskiwały na ostrości. Wciąż jednak liczyła na to, że w pewnym momencie po prostu się ocknie, a wszystko okaże się tylko złym snem.

Pierwszy raz zobaczyła pałacowe stajnie. Teraz musiała przychodzić tam każdego ranka, aby pod okiem stajennej, starszej i surowej kobiety, uczyć się jazdy. Wybrano dla niej wierzchowca; nie rozumiała, czym kierowano się w tej decyzji, bo złocisty gryf budził w niej wyłącznie strach. W kłębie sięgał jej niemal do ramienia, a orli łeb spoglądał z wysoka.

Raz zobaczyła też Pożeracza. W sali bez okien, na samotnym podeście pośrodku posadzki, spoczywała pochwa z mieczem wykutym z Pustki. Kopulaste sklepienie pokrywał szron, a oddech zamieniał się w obłok pary. Gdyby zależało to od Ayi, nigdy więcej by tam nie poszła, ale wiedziała, że nie będzie miała takiego luksusu.

– Nie nadaję się – szeptała czasem w noc, patrząc na Pustkę ponad miastem. – To niemożliwe.

Niestety, Pani Wrót nie zmieniała zdania.

Jednak to wszystko było niczym w porównaniu do pogrzebów światów. Te zdarzały się coraz częściej, a jako następczyni musiała stać za Panią, kiedy ta zadawała ostateczny cios. W takich momentach dziewczynie żołądek podchodził do gardła. Pożeracz, gdy nie był ukryty w pochwie, gasił światło dnia, sprawiał, że gęstniał czas, a niewidzialna siła napierała zewsząd z taką mocą, że Aya z trudem utrzymywała się na nogach.

– Dlaczego? – zapytała pewnego dnia, gdy razem z Panią Wrót przebywały w pałacowym ogrodzie. – Skoro światy chorują, bo nie umierają… To czemu choroba nie znika, chociaż je… dobijamy?

Długowieczna pokręciła głową.

– To zaledwie leczenie objawów. Istnieją światy zapieczętowane mocą Gwiazdy, od wieków martwe w środku, z wierzchu podtrzymywane przy życiu mocą miecza. To z nich sączy się zepsucie. Póki Gwiazda blokuje drogę, nie mogę przyzwać ich Wrót.

– Kto ma Gwiazdę? Dlaczego to robi?

Ale Pani tylko potrząsała głową na takie pytania. Wtedy Aya nie zdawała sobie z tego sprawy, ale już wkrótce miała poznać odpowiedzi.

 

*

 

To zdarzyło się w nocy po pierwszym podwójnym pogrzebie, w którym uczestniczyła Aya.

Nie mogła zasnąć. Nie pierwszy raz, ale po tej ceremonii była wyjątkowo roztrzęsiona. Skupienie, którego nauczyła się dzięki księgom z biblioteki, pozwoliło jej dostrzec w zagładzie światów więcej niż wcześniej. Wcześniej – słyszała tylko hałas, krzyk, wrzask.

Teraz widziała. Widziała eksplodujące gwiazdy, które pochłaniały światy, i ogień pożerający skażone życie na ich powierzchni. Dostrzegała fale ogromne jak góry, zmiatające z ziemi całe miasta. Oglądała siłę Pożeracza rozrywającą świat na strzępy.

I czuła mdłości. Była blada jak ściana, kiedy po uśmierceniu pierwszego ze światów Pani zwróciła się ku niej. Sądziła już, że dostanie Pożeracza do ręki i będzie musiała to zrobić… to, co długowieczna czyniła od stuleci.

Teraz rozumiała ból widoczny na jej twarzy.

Ale Pani odwróciła się i sama dokończyła ceremonię. Aya nie miała pojęcia, czy rzeczywiście planowała przekazać jej miecz. Nie chciała wiedzieć.

Nie chciała tego robić. Chciała pójść i błagać, aby Pani pozwoliła jej wrócić do poprzedniego życia. Albo uciec, ale tutaj nie istniało nic poza Miastem Dzwonów, więc szybko zostałaby odnaleziona. Może, gdyby zhańbiła się tchórzostwem, Pani Wrót poszukałaby innej następczyni…

Rozważała tę wizję, gdy nagle za rzędem okien rozległ się szelest piór, a wielki kształt przesłonił skąpe światło nocy. Na zewnątrz pojawiła się Pani Wrót na grzbiecie skrzydlatego konia. Sierść zwierzęcia i szata długowiecznej lśniły trupio w blasku księżyców.

– Naprawię wszystko – rzekła Pani. – Wkrótce zrozumiesz.

Coś trzymała w dłoni. Aya nie mogła dostrzec, co, bo było zbyt drobne, ale błysnęło między palcami odbitym światłem. Długowieczna spojrzała na nią smutniej niż zwykle.

– Przepraszam.

Pani uniosła rękę, wypowiadając słowa zaklęcia. Dziewczynę otoczyła ciepła ciemność, pogrążając w głębokim śnie.

 

*

 

W pałacu nikt nie zauważył odejścia Pani Wrót. Aya nie przyznała się do tego, co zaszło w nocy, i jak każdego ranka udała się do stajni. Z jakiegoś powodu czuła, że tamto wydarzenie było przeznaczone tylko dla jej oczu i uszu.

Pomyślałaby, że to jedynie szalony sen, ale o świcie znalazła na parapecie coś, czego wcześniej na pewno tam nie było: niewielką, zakorkowaną fiolkę wypełnioną ciemnoniebieskim płynem. Nie dołączono żadnej karteczki. Aya nie była pewna, co powinna zrobić z buteleczką, ale nie chciała jej otwierać, póki ktoś był w pobliżu.

Cierpliwie zniosła poranną naukę i przelot nad miastem. Czekała, aż będzie mogła ukryć się w bibliotece pod pretekstem zgłębiania ksiąg. Upewniła się, że w sali nie ma nikogo poza nią, a następnie zamknęła dokładnie wszystkie drzwi.

A potem wyciągnęła korek z fiolki.

Przez szklaną szyjkę ulatywała smużka niebieskawego dymu. Aya wstrzymała oddech. Skupiła się; na krawędzi widzenia zaczynała dostrzegać niewyraźny obraz.

– Więc nie tylko księgi tak działają – szepnęła do siebie. Zerknęła raz jeszcze, czy na pewno nikt nie próbował wejść do biblioteki. – Co chcesz mi pokazać?

Wahała się tylko chwilę. Pochyliła głowę, po czym nabrała w nozdrza dym.

 

*

 

Obraz natychmiast pojawił się przed jej oczami, ostry i tak jaskrawy, jakby niewidzialna siła wyrwała ją z biblioteki i przeniosła do pałacowych ogrodów.

Ciepło dwóch słońc spowijało pełne zieleni i kwiatów ogrody. Pszczoły fruwały nad rabatami, w drzewach śpiewały ptaki, nisko nad ziemią latały motyle. Strumienie fontann błyszczały w słonecznym blasku.

Pani Wrót siedziała na trawie; jasne włosy połyskiwały w świetle dnia jak białe złoto. Wyglądała… inaczej; twarz miała więcej koloru, oczy błyszczały, a usta… Usta się uśmiechały.

Obok niej ktoś siedział. Splatała palce z palcami towarzysza.

– Ciągle podróżujesz po światach – powiedział mężczyzna, który siedział obok niej. Również się uśmiechał. – A ja tylko słucham opowieści. Chciałbym jakiś zobaczyć na własne oczy!

– Widziałeś. Mało tego, przecież pochodzisz z jednego z nich!

– Wielkie pocieszenie! – fuknął z rozbawieniem. – Dobrze wiesz, co miałem na myśli, Lenyo.

– To nie aż tak fascynujące, jak sądzisz. Wiele światów jest niebezpiecznych…

Mężczyzna nachylił się i coś wyszeptał jej do ucha. Pokręciła głową z uśmiechem.

– No, dobrze. Przyznaję, myślałam już o tym. Chciałabym zabrać cię na kolejną wyprawę… ale ostrzegam, że może ci się nie spodobać!

– Nie spodobać? Chyba żartujesz! Jak mogłoby mi się nie spodobać oglądanie innych światów?

– Bo pierwszy jest Sithaan. Niewiele tam do oglądania… tylko piaski i niebo. Nie chciałabym cię rozczarować.

Znów się nachylił. Słowa nie były słyszalne, ale Pani Wrót uśmiechnęła się szerzej…

 

*

 

…a wizja się skończyła.

Aya zamrugała parę razy, by pozbyć się wrażenia piasku pod powiekami. Przełknęła ślinę.

Co właśnie widziała?

Nigdy nie spotkała w Mieście Dzwonów kogoś podobnego do tego mężczyzny. Różnił się od tutejszych mieszkańców. Nie umiała dokładnie określić, w jaki sposób, ale było w nim coś obcego, choć jednocześnie znajomego. Pani Wrót powiedziała, że pochodził z jednego ze światów… Aya nie słyszała, aby kiedykolwiek pojawił się w Mieście ktoś, kto się w nim nie urodził.

Ostrożnie włożyła korek z powrotem do buteleczki i schowała ją do kieszeni. Przyłożyła dłonie do oczu, próbując zatrzymać obrazy z wizji, jakby usiłowała pochwycić sen. Mężczyzna nazwał długowieczną Lenyą… Dopiero teraz Aya uświadomiła sobie, że dotąd nie znała imienia Pani Wrót. A kim był on i skąd wziął się w Mieście? Kiedy to wszystko się działo?

Czy to było prawdziwe wspomnienie?

– Dlaczego mi to pozostawiła? – powiedziała do siebie.

Sithaan. Tak nazywał się pierwszy świat, który mieli odwiedzić.

 

*

 

Wiatr targał ubranie i włosy związane w supeł. Pod palcami Aya czuła ciepło piór; miała nadzieję, że siodło nie zsunie się z barków gryfa. Latała już wcześniej na jego grzbiecie, ale pierwszy raz zapuściła się poza Miasto Dzwonów, w jasną przestrzeń, nad którą rozpościerała się Pustka.

Gryf wydał z siebie przenikliwy orli krzyk. Dziewczyna aż wtuliła głowę w ramiona, żałując, że nie może oderwać dłoni od ptasiej szyi, aby zatkać uszy.

– Na pewno lecimy w dobrą stronę?

Wierzchowiec odpowiedział kolejnym świdrującym krzykiem. Aya uznała to za potwierdzenie. Wszystkie zwierzęta ze stajni Pani Wrót, jeśli wierzyć stajennej, rozumiały ludzką mowę – a także znały drogi poprzez Pustkę. Bez Wrót i Pożeracza, który by je otworzył, tylko w taki sposób można było dotrzeć do światów. Jednak od lat mało kto opuszczał miasto; wszyscy obawiali się drążącej światy choroby.

Ayi przypomniał się mężczyzna z wizji. Przystojny, uśmiechnięty… Szczęśliwy. Tak, jak Pani Wrót. Aya nigdy nie słyszała, aby Pani miała towarzysza. Nawet skora do plotek służba nie wspominała nic na ten temat.

Czy to on zabrał Gwiazdę?

– Co chcesz mi powiedzieć? – zapytała cicho, patrząc na gwiazdy i światy krążące po Pustce.

 

*

 

Pani Wrót trafnie opisała Sithaan w wizji, którą pozostawiła Ayi. Piasek i niebo. Z samotnego słońca lał się żar, któremu bliźniacze gwiazdy nad Miastem Dzwonów nie miały szans dorównać. Powietrze drgało od gorąca, przez co odległe wydmy zdawały się poruszać jak fale na płowym morzu.

Gdzie nie sięgnąć okiem, rozpościerała się pustynia. Aya widywała podobne w księgach w pałacowej bibliotece. Daleko na horyzoncie ciągnął się górski łańcuch, gdzie indziej rosła kępa suchych, kolczastych krzewów. Dziewczyna odetchnęła, skupiając się tak, jak nad stronami tomów; choć świat nie należał do przyjaznych, wyczuwała tętniące w nim życie. Sithaan wciąż jeszcze był młody. Może dlatego nie nosił oznak choroby.

– Musiała pozostawić mi jakąś wskazówkę – powiedziała Aya ni to do siebie, ni do gryfa, który zajęty był czyszczeniem piór. – Ale jak mam ją znaleźć?

Przecież nie miała czasu ani środków, aby przeszukiwać cały świat i przetrząsać ziarnko po ziarnku. Pani Wrót musiała zadbać, aby to, co pozostawiła – czymkolwiek to było – Aya mogła szybko odnaleźć.

Z namysłem wsunęła dłoń do kieszeni. Pod palcami wyczuwała chłód szkła.

Powoli wyciągnęła fiolkę. W ostrym świetle sithaańskiego słońca płyn zdawał się lazurowy.

– A może…? – szepnęła do siebie.

Odkorkowała naczynie. Tak, jak miało to miejsce w bibliotece, ze środka zaczęła sączyć się pojedyncza nitka dymu. Po chwili jednak Aya zauważyła różnicę.

Dym skręcał jak niesiony podmuchem, choć nie było żadnego wiatru.

– Chodź! – zawołała gryfa.

Wdrapała się na jego grzbiet. Ostrożnie trzymała otwartą fiolkę w obu dłoniach; choć szybciej byłoby lotem, gryf musiał iść, aby wywołany zbyt szybkim ruchem podmuch nie rozwiewał dymu.

Po paru godzinach krajobraz znienacka uległ zmianie. Dotarła na szczyt wydmy; u jej stóp rozciągały się skały poznaczone ciemnymi bruzdami szczelin. Niektóre z pęknięć były szersze od pozostałych, być może oznaczając wejścia do jaskiń.

Aya zeskoczyła z siodła i ruszyła dalej na własnych nogach, a gryf truchtał w ślad za nią. Smużka dymu prowadziła do niskiego wejścia do tunelu wydrążonego przez wodę, która niegdyś musiała tutaj płynąć. Z ulgą dziewczyna wkroczyła w cień. Skalny korytarz szybko przeszedł w grotę, oświetloną kryształami wyrastającymi wprost z kamienia; pulsowały wewnętrznym, mdłym blaskiem.

Zakorkowała buteleczkę i schowała z powrotem do kieszeni, bo wiedziała już, że osiągnęła cel. Na spłaszczonym głazie stała kolejna fiolka. Gdy Aya podeszła, dostrzegła, że naczynie unosiło się na grubość palca ponad kamieniem.

Chwyciła fiolkę. Naczynie mimo chłodu jaskini było ciepłe. Do połowy wypełniała je srebrzysta ciecz.

Wyciągnęła korek – i zanurzyła się w następną wizję.

 

*

 

Znów świeciło słońce, dookoła ciągnęła się bezkresna pustynia. Pani Wrót owinęła włosy białą chustą, której długi koniec trzepotał na wietrze. Szła u boku tego samego mężczyzny, z którym siedziała w pałacowych ogrodach.

– Nie rozumiem. Na czym polegają twoje obowiązki? – zapytał, osłaniając dłonią oczy przed słońcem. – Czemu musisz odwiedzać takie miejsca?

– Zadaniem Pani Wrót jest utrzymywanie wszelkiego istnienia w równowadze. Aby sprowadzać nowe światy… żegnać stare. Strzec przed katastrofami, które mogłyby zniszczyć je przedwcześnie. Sithaan jest młody – rzekła z uśmiechem. – Co jakiś czas przybywam na światy takie jak ten, by sprawdzić, czy prawidłowo się rozwijają.

– To brzmi bardzo… odpowiedzialnie. – Mężczyzna popatrzył w stronę horyzontu. – A gdyby nie rozwijał się… prawidłowo?

Pani Wrót nie odpowiedziała od razu. Biała chusta powiewała za nią niczym drugie włosy.

– Nawet Pustka nie jest nieskończona. Odchodzące światy pozostawiają miejsce dla tych, które dopiero się narodzą. Jeśli cokolwiek zagrozi temu porządkowi, zagrozi również wszystkim światom.

Zatrzymał się i odwrócił w stronę kobiety, chwytając jej dłonie.

– Czy dobrze rozumiem? Czyli takie światy… skoro są zagrożeniem, to czy ty je…

Pani spojrzała w bok, wodząc po wydmach nieobecnym spojrzeniem, jakby myślami była daleko stąd.

– Nie mówmy o tym, Moranie. Chciałeś zobaczyć inny świat, prawda? Czy nie cieszysz się z tego?

Mężczyzna uśmiechnął się, a wcześniejszy, stroskany wyraz jego twarzy ustąpił wesołości.

– Oczywiście! Nigdy bym nie pomyślał, że stanę kiedykolwiek na powierzchni innego świata. A dokąd wybierzemy się dalej?

– Już ci się spieszy do drogi? – zaśmiała się. – Laesz powinien ci się spodobać.

– Dziękuję, że zabrałaś mnie ze sobą, Lenyo – rzekł ciszej i nachylił się, składając pocałunek na jej ustach.

 

*

 

Panowała noc, gdy Aya przybyła na Laesz.

Gryf szybował pomiędzy strzelistymi drzewami tak wielkimi, że ziemia ginęła w mroku daleko w dole, a korony sięgały samego nieba. Wokół grubych pni wiły się schodki, rampy i tarasy, na których przycupnęły domki równie czerwone jak kora. Latarnie i lampiony błyszczały pośród liści jak setki miniaturowych gwiazd. Aya mogłaby przysiąc, że w oddali słyszała pomruki smoków.

Na Laeszu Aya po raz pierwszy na własne oczy zobaczyła oznaki choroby, która trawiła światy.

Schnące gałęzie. Resztki drewnianych konstrukcji, wyglądających tak, jakby się zawaliły i odpadły od pnia. Kora krwawiąca czarną żywicą. Porosty o jaskrawych, nienaturalnych barwach, wżarte w całe drzewa. Pojedyncze, niepokojące zmiany, które dopiero miały przybrać na sile.

– Wylądujmy – zwróciła się do gryfa.

Miała wrażenie, że jej głos niesie się po całej okolicy, odbija echem po mrocznym lesie. Coś mówiło Ayi, że nie powinna zwracać na siebie uwagi. Czuła, że obserwują ją dziesiątki oczu, choć w ciemnościach nocy widziała tylko iskry lampionów.

Gryf przysiadł na konarze, załopotał skrzydłami i zaczął poprawiać sobie pióra. Aya sięgnęła po fiolkę znalezioną na Sithaanie. Uwalnianie wspomnień sprawiało, że płynu w naczyniu ubywało; buteleczka z pierwszym wspomnieniem, ta, którą pozostawiła jej osobiście Pani Wrót, była już niemal pusta. Dziewczyna miała nadzieję, że druga zadziała w podobny sposób.

Srebrzysty dym płynął leniwie przez powietrze. Aya odczekała dłuższą chwilę. Jeśli dobrze widziała, smuga kierowała się ku ciemnej dziupli w jednym z drzew.

Skierowała wierzchowca w tamtą stronę. Po krótkim locie gryf przysiadł na krawędzi otworu; Aya zsunęła się z jego grzbietu i stanęła na miękkim, pleśniejącym podłożu.

Wrażenie, że ktoś ją obserwował, jeszcze się nasiliło.

Przełknęła ślinę. Wewnątrz panowały nieprzeniknione ciemności, więc sięgnęła do bagażu przytroczonego do siodła i wyjęła lampę. Po chwili zapłonęło ciepłe światło; dziewczyna nabrała powietrza i ruszyła przed siebie, z początku stawiając kroki powoli i ostrożnie, a później coraz pewniej.

Trzecia fiolka, podobnie jak druga, unosiła się w powietrzu, tym razem na wysokości twarzy. Światło latarni padło na naczynie. Wewnątrz było niewiele czarnego płynu i Aya przestraszyła się, że dymu nie wystarczy na to, aby obejrzeć wizję i odnaleźć kolejną buteleczkę…

Chyba, że to ostatnia, pomyślała. Przeszedł ją dreszcz.

Chwyciła buteleczkę w palce i skrzywiła się, bo miała wrażenie, że zacisnęła w garści sopel lodu. Nie traciła czasu; odstawiła latarnię i po raz ostatni wyjęła korek…

 

*

 

– …nie rozumiesz tego. Nie potrafisz zrozumieć. To mój świat! Nie mogę patrzeć, jak umiera!

Rozległy, drewniany taras wisiał nad przepaścią, przytulony do pnia drzewa. Nieco dalej znajdowały się schodki prowadzące do jednego z leśnych domów, a dookoła stały małe pieńki do siedzenia i leżały poduszki. Krople bębniły o daszek, cały las szumiał od deszczu.

Otulona mokrym płaszczem Pani Wrót patrzyła na mężczyznę, który stał naprzeciwko niej. Na Morana. Jej twarz nie wyrażała niczego, ale zdradzały ją dłonie zbyt mocno zaciśnięte na brzegu okrycia.

– Nadszedł jego czas, Moranie. Nie mogę nic zrobić.

– Nie możesz czy nie chcesz? – zarzucił jej z rosnącą złością w głosie. – Powiedz, czym dla ciebie jest świat? Niczym więcej niż pyłem, prawda? Zniszczyłaś takich setki…

– Moranie! – przerwała mu ostro, a w jej oczach błysnęło ostrzeżenie. – Rozmawialiśmy już o tym.

Mierzyli się spojrzeniami, aż w końcu mężczyzna jako pierwszy odwrócił wzrok. Jego rysy złagodniały.

– Tak… Tak, wiem, że nie powinienem mówić o tym w ten sposób. – Milczał przez chwilę, nim znów spojrzał na kobietę. – Lenyo… Wiem przecież, że możesz uratować Kaar. Mówiłaś mi o tym mieczu. Mogłabyś…

– Nie – powiedziała, choć jej twarz drgnęła. – Nie do tego służy Gwiazda. Nigdy nie miała ożywiać umierających światów…

Urwała, bo Moran podszedł bliżej i położył dłonie na ramionach kobiety. Próbowała wciąż zaciskać usta, jednak drżały jej wargi.

– Jeśli mnie kochasz – zaczął cicho – ocal mój świat. Tylko o to proszę.

Patrzyła na niego, próbując zachować poprzedni wyraz twarzy, stanowczy i zdecydowany. Ale nie potrafiła. Na wierzchach zaciśniętych dłoni widoczne były delikatne linie napiętych żył.

Smutek zmiękczył jej rysy, nim opuściła głowę.

 

*

 

Wizja skończyła się. Aya stała z mocno bijącym sercem. Dopiero po chwili przypomniała sobie o fiolce i zakorkowała ją, nim resztka płynu zdążyła wyparować.

Z odrętwienia wyrwał ją ostry krzyk gryfa. Poderwała głowę; w ciemnościach naokoło zobaczyła przyglądające się zewsząd pary ślepi połyskujących czerwienią.

Zaraz potem z mroku wyskoczył na nią hałaśliwie jakiś kształt. Zdążyła tylko krzyknąć, ale na szczęście gryf był szybszy; przeleciał tuż nad jej głową i ciął szponami. Istota warknęła i z łopotem uciekła z powrotem w głąb pnia.

– Odlatujemy stąd! Na Kaar! – zawołała Aya, wskakując na siodło.

Gryf odpowiedział jej ptasim okrzykiem. Rozłożył skrzydła i poderwał się do lotu. Za nimi z hukiem podobnym do grzmotu wodospadu wyleciała chmara nietoperzy, ogromnych, zniekształconych i zdeformowanych chorobą, w oczach których czaiło się szaleństwo.

– Szybciej! – jęknęła dziewczyna, oglądając się na ścigające ich potwory.

Przebijali się przez liście i gałęzie; Aya pochyliła głowę, próbując osłonić twarz. Gryf młócił skrzydłami powietrze, wzbijając się coraz wyżej i wyżej.

Nagle wszystko się skończyło, gdy wzlecieli ponad korony drzew. Dziewczyna spojrzała w dół, na zielone morze, którym z góry zdawał się Laesz. Teraz dostrzegła ciemną plamę, narastającą od strony horyzontu jak fala zagarniająca brzeg plaży.

Choroba światów. Aya odwróciła wzrok.

Kaar. Była pewna, że to ostatni ze światów, który miała zobaczyć.

 

*

 

Pierwszy ze światów, którego śmierć hamowała Gwiazda. Źródło zatrucia. Dopiero na jego widok Aya zrozumiała, do czego prowadziła choroba.

Kaar nie był już całością. Jego powierzchnia pękła na części, jakby pozostała z niego tylko pusta i wysuszona skorupa. Rozrzucone fragmenty dryfowały wokół skamieniałego serca świata; to wciąż połyskiwało wewnętrznym ogniem, ale przypominało raczej dogasające popioły.

Z jednej z części rozczłonkowanego świata wyrastała kolumna jasnego, białego światła. Ayę opadły złe przeczucia.

– W tamtą stronę! – zawołała, obejmując ptasią szyję.

Gryf tym razem nie wydał z siebie dźwięku. Zapikował ostro. Aya poczuła chłód; jej oddech zamieniał się w parę, na dłoniach poczuła zimno. Nie patrzyła na nie, ale wiedziała, że porasta je szron, tak samo jak pióra gryfa.

– Nie – szepnęła. – Nie!

Kolumna światła rosła coraz bardziej. Aya nigdy wcześniej nie widziała tak czystej bieli, tak intensywnego blasku, a mimo to jasność wcale nie oślepiała.

Z drugiej strony narastała ciemność. Mrok głębszy niż dno Laeszu, głębszy nawet niż czerń Pustki. Aya zaczynała już dostrzegać sylwetki, spostrzegła jaśniejszą plamkę skrzydlatego konia.

Postaci w dole stały tak blisko siebie, jakby trzymały się nawzajem w ramionach. Aya widziała, jak koń stanął dęba.

Czuła, że wydarzyło się coś strasznego.

Gryf wreszcie wydobył z siebie przenikliwy, głośny krzyk; jedna z osób w dole uniosła głowę. Wierzchowiec przechylił skrzydła i wyhamował gwałtownie, by wylądować.

To był Moran. Aya ledwie go poznała; skóra mężczyzny pociemniała, jakby i jego pożerała ta sama choroba, która toczyła światy. Oczy miał nabiegłe czerwienią, choć nie widziała w nich szaleństwa. Rzeczywiście trzymał w ramionach Panią Wrót. Tyle, że…

Na białej szacie rosła plama krwi.

– Nie!

Aya zeskoczyła z siodła. Ledwie zwróciła uwagę na źródła mocy, które szalały dookoła: skalny podest za plecami Morana, gdzie spoczywał miecz o ostrzu ze światła, i leżąca u stóp Pani pochwa z wysuniętym do połowy Pożeraczem. Patrzyła na krew na plecach kobiety – i nie mogła drgnąć.

Moran opuścił powoli ciało na ziemię. Gdy się wyprostował, w jednej ręce trzymał zwykły, żelazny miecz zbroczony krwią, a w drugiej Pożeracza, którego skrył na powrót w pochwie. Jasne włosy Pani Wrót rozsypały się wokół śmiertelnie bladej twarzy; zamknięte oczy nadawały jej pozoru snu.

– A ty kim jesteś?

Podniosła wzrok. Uderzył ją wyraz, który zobaczyła na twarzy Morana – taki sam, jaki zawsze widziała u Pani Wrót. U Lenyi.

Zamrugała, czując wilgoć pod powiekami. Sięgnęła do kieszeni. Nie myślała nad tym, co zamierzała zrobić, ale czuła, że to jedyna rzecz, która jej pozostała.

Czarna fiolka z Laeszu. Otworzyła ją, pozwalając, by resztki wspomnienia uciekły z naczynia.

Dym skierował się ku ciału. Aya podeszła, nie zważając na zdumionego mężczyznę, który obserwował ją w milczeniu. Przyklękła; na szyi Pani Wrót, na drobnym łańcuszku wisiała fiolka. Gdy jej dotknęła, ogniwa rozsypały się w pył.

Na samym dnie naczynia znajdowała się cienka warstwa złocistej substancji.

Wyprostowała się. Tyle straconych światów. Tyle bólu, aby ocalić to, co nie mogło dalej żyć. Pani Wrót musiała niszczyć całe światy, ale nie potrafiła odebrać tego jednego życia.

Patrzyła Moranowi w oczy, tak jak i on patrzył na nią. Wyciągnęła ku niemu fiolkę.

– To jej wspomnienie – odezwała się, próbując panować nad głosem. – To chciała ci pokazać. Ale nie potrafiła.

Tak cienka warstwa wspomnienia. Jak wiele razy Pani musiała je oglądać? Aya wiedziała, że to wspomnienie nie było dla Morana. Pani Wrót wzięła Pożeracza, aby pochłonąć dawnego ukochanego razem z konającym światem Kaaru, być może spodziewając się, że sama zginie w zniszczeniu.

Wspomnienie było dla niej. Ayi. Miało być pamiątką. Wyjaśnieniem. Jedyną oznaką bliskości, jaką mogła jej okazać.

Aya żałowała, że nie zjawiła się szybciej. Żałowała, że Pani Wrót nie powiedziała jej tego, co próbowała pokazać poprzez wizje.

Żałowała, że musiała zrezygnować z tego wspomnienia – ale czuła, że Moran bardziej go potrzebował.

Moran spojrzał na nią z cieniem podejrzenia w oczach. Być może już się domyślał prawdy. Spuścił wzrok na fiolkę; po chwili wahania odłożył miecze i wziął naczynie z jej palców.

I otworzył.

 

*

 

Gdy złoty dym rozwiał się do końca, Aya zobaczyła w jego oczach łzy.

– Wyznaczyła mnie na swoją następczynię – powiedziała cicho. – Pragnąłeś ocalić światy przed śmiercią, ale one i tak konają, choć nie mogą umrzeć. Nie może narodzić się na nich nowe życie. Gwiazda musi wrócić do Miasta Dzwonów, aby to szaleństwo się skończyło.

Zbliżyła się – i wyciągnęła rękę, dotykając jego dłoni.

– Proszę.

On też umierał. Widziała to w jego oczach; żaden śmiertelnik nie mógł władać bronią Pani Wrót i nie ponieść konsekwencji.

– Ayo – szepnął.

Dotknął policzka dziewczyny; jego palce były ciepłe. Wodził wzrokiem po jej twarzy, jakby chciał dobrze zapamiętać rysy. Też na niego patrzyła. Chciała mieć po nim wspomnienie. Prawdziwe. Własne.

Opuścił w końcu rękę.

– Zabierz je – rzekł cicho.

Opadł powoli na kolana, biorąc w ramiona Lenyę. Aya znów zamrugała, otarła policzek wierzchem dłoni i schyliła się po Pożeracza. Już nie napawał jej takim przerażeniem, jak w pałacu.

Potem zabrała Gwiazdę. Wsunęła ją do pochwy, która leżała przy podeście.

– Ja…

Nie wiedziała, co powiedzieć. Moran spojrzał na nią i pokręcił ze smutkiem głową; w objęciach trzymał Lenyę, która wyglądała na pogrążoną we śnie.

– Światy znów będą żyły – obiecała. – Pojawią się nowe, jeszcze wspanialsze od tych, które odchodzą.

Dosiadła gryfa i po raz ostatni na nich spojrzała. Przełknęła ślinę; ściskało ją w gardle. Obok zarżał cicho skrzydlaty koń.

– Żegnajcie – szepnęła Aya.

Gryf nie potrzebował polecenia. Zamachał skrzydłami i wzbił się, a w ślad za nim pofrunął koń. Oddalali się, aż Moran był nie większy od plamki.

Aya wiedziała, co musi zrobić. Wspomniała malowidło ze ściany pałacu.

Wyciągnęła Gwiazdę i Pożeracza, unosząc je.

Rozbłysk światła i fala ciemności ogarnęły Kaar. Świat odchodził z cichym szumem, nie krzykiem, jak światy, które musiała unicestwiać Pani Wrót. Przypominało to raczej ostatni oddech zmarłego.

A w jego miejscu żarzyła się świetlista iskra.

Rodził się nowy świat…

Koniec

Komentarze

Silva Piękna opowieść o przemijaniu, jego nieuchronności. Gdyby nie asteroida zagłady nie siedział bym teraz przed kompem.  Dwa zdania zgrzytają: a nie trzeba było je dobijać– raczej ich, że siodło nie zsunęło się z barek gryfa, litości chyba barku ew. barków? 

Cześć!

 

Doczytałem końcówkę, i jeszcze to wpadło mi w oko:

Aya podeszła, nie zważając na zdumionego mężczyznę, który obserwował ja w milczeniu. → Aya podeszła, nie zważając na zdumionego mężczyznę, który obserwował w milczeniu.

Wieczorem, jak będę miał chwile odniosę się do fabuły.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Ładny, efektowny światotwórczy pomysł. Koncepcyjnie ten tekst jest naprawdę bardzo dobry, oryginalny i ciekawie pomyślany. Idea zabijania światów i robienia miejsca nowym – pomysłowa, taka nieco filozoficzna, bardzo ładnie ograna. Postacie z kolei odrobinę bardziej przewidywalne, zarówno w swoich motywacjach, jak i w charakterze. Niewiele mi brakuje w tym tekście, żeby zasługiwał na piórkową nominację – trochę bardziej złożone charaktery, jaśniejsza motywacja wyboru Ayi na następną Panią, może nieco mniej tradycyjna narracja zrobiłyby z tego tekstu małe arcydziełko. Ale i tak jest naprawdę dobrze.

Witaj.

Przejmujące, pełne wzruszeń i bólu opowiadanie. Wyjątkowo dużo w nim smutku, łez, żalu, bezradności, powolnego acz nieuniknionego umierania. 

Według mnie jest to wzorcowe opowiadanie, zasługujące na najwyższe miejsce na podium konkursowym. Gdybym miała wyobrazić sobie (co niemożliwe, bo nie mam takiej wyobraźni) klasyczny przykład doskonałego tekstu na ten konkurs, byłby nim właśnie ten.

Przy opisach wyglądu Pani Wrót w czasie teraźniejszym, mimowolnie ciągle miałam przed oczami Freyę z filmu “Łowca i Królowa Lodu” – tak mi jakoś idealnie pasowała do jej charakterystyki. :)

 

Pozdrawiam i dziękuję za niepowtarzalne wrażenia. :) 

 

Pecunia non olet

Pięknie opisane przemijanie wszystkiego ale również ciekawie opisana samotność.

Cieszę się, że narodziło się nowe. To tchnęło w opowiadanie nadzieję.

Cześć, perełko :D

Monumentalny, oryginalny pomysł w dobrym wykonaniu. Bardzo pięknie opisałaś motyw przemijania – coś musi umrzeć, by mogło narodzić się nowe. Opowiadanie odbieram niemal metaforycznie. Niezgoda na odejście skutkuje poważnymi konsekwencjami i potrafi nawet rozedrzeć świat/światy ;) 

Z plusów dodatnich: bardzo przypadły mi do gustu opisy, które nie są rozwlekłe, ale za to mocno oddziałują na wyobraźnię, na przykład Laesz i drzewa krwawiące żywicą. Worldbuilding stoi na bardzo wysokim poziomie i praktycznie wszystkie elementy światotwórcze, które wprowadziłaś, sprawiały radość i rozbudzały ciekawość w trakcie lektury. I wreszcie, klimat bardzo ponury i przygnębiający, bo przecież jest dużo o eliminowaniu światów, ale uzupełniony iskrą nadziei na sam koniec. Fajnie jest też pokazana metamorfoza samej Ayi, która z początku wzbrania się przed postawionymi przed nią obowiązkami, przerażają ją, ale na samym końcu, doświadczywszy wszystkich tych wizji i wspomnień, po prostu wypełnia przykrą powinność. 

Z plusów ujemnych: trochę niejasny jest dla mnie powód wyboru Ayi na Panią Wrót. Dlaczego akurat ona? Czyżby poprzednia Pani zobaczyła w dziewczynie młodszą siebie? 

Wykonanie bardzo przyzwoite i robi to ogromne wrażenie jeśli uwzględnić fakt, w jakim tempie powstawało opowiadanie :)

Z wielką przyjemnością idę polecić do biblioteki. Bardzo mi się podobało.

Amon

 

PS. Ukradnę Sarze robotę.

 

Cześć :]

 

W drugim zdaniu Ci się trochę chyba końcówki rozjechawszy :

 

Po całym mieście niosło się głębokie bicie dzwonów, zagłuszające szepty zebranych i dźwięczące echem w pustych zaułkach.

Za to przez resztę testu płynie się jak po toni górskiego jeziora bladym świtem :P.  Świetne światowórstwo, opowieść w którą się wsiąka i bardzo wiarygodnie przedstawiona bohaterka. Podoba mi się, jak stopniowo podbijałaś tempo i odkrywałaś kolejne rąbki tajemnicy.

 

Przeczytałem z przyjemnością :D

 

pozdro

M.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Za horyzontem, cieszę się, że się spodobało :) I dzięki za wyłapanie błędów! Straszne babolki, już je poprawiłam.

 

krarze, poprawiłam. I czekam niecierpliwie na wrażenia ;)

 

ninedin, dziękuję za miłe słowa. Pewnie gdybym napisała tekst w normalnym terminie, gdyby zdążył trochę odleżeć, a może i załapać się na prawdziwą betę… ale sama jestem sobie winna ;D Tak czy inaczej – bardzo miło, że wpadłaś!

 

bruce, przyznam, że wspomnianego filmu nie oglądałam, ale cieszę się, że tekst wywarł takie wrażenie. Bardzo chciałam jak najpełniej wykorzystać konkursowy temat i sądzę, że całkiem nieźle mi się to udało. Bardzo Ci dziękuję za wizytę i opinię :)

 

Ambush, dzięki za lekturę i podzielenie się wrażeniami! Nie miałabym serca nie zakończyć takiego tekstu promyczkiem nadziei.

 

A skoro o promyczkach mowa… miło cię widzieć, Amonie :D Rozpisałeś się, że hej! Bardzo mnie cieszy, że tak spodobało się światotwórstwo. I tak, jak na tekst, który powstał ekspresowo, chyba całkiem, całkiem mi poszło ;) I w końcu ktoś, kto nie pożałował kliczka do biblioteki XD

Obrazek bardzo w klimat!

 

MordercoBezSerca, co do wyłapanego zdania, przyznam, że sama nie wiem – czy zagłuszają dzwony, czy ich bicie. Może ktoś jeszcze się wypowie na ten temat. Wielkie dzięki za wizytę i opinię – dobrze cię widzieć :)

Cześć!

 

Jestem pod wrażeniem, jak szybko to napisałaś. Ja tak nie umiem (albo mam inny plan dnia, który mi to utrudnia), bo z tego co rozumiem to zaczęłaś w sobotę, i skończyłaś kilkanaście min. przed terminem. Wow!

Świetny pomysł na świat. Dużo fantastyki, dużo tajemnic i obawy, strachu przed jakimś wiszącym nad światami zagrożeniem. Motyw z mieczami klasyczny, ale ładnie pokazany. A do tego latanie miedzy światami, nietoperze, gryf i wrota. Oraz światy umierające przy akompaniamencie dzwonów. Jest fantasy!

Historia niby prosta, ale ciekawie pokazana. Zwłaszcza, że wprowadzasz pewna przemianę bohaterki. Do całości zabrakło mi tylko informacji, dlaczego to ona została wybrana, a nie ktoś inny. Ale o tym będzie później.

Poza drugim dnem związanym z refleksją nad przemijaniem, tak z perspektywy patrząc, to widzi mi się to jako przypowieść o komunikacji międzyludzkiej ;-) Bo co by o Pani Wrót nie powiedzieć, to prosta i jasna komunikacja nie była jej mocną stroną. I się przez to narobiło ;-) To zdecydowanie na plus.

A co na minus? Powiem krótko: deadline. Pomysł super, wykonanie niezłe (zwłaszcza, jak na taki timing)… Ale gdyby to dojrzało, przeszło dokładniejszą betę, to wartość tekstu by wzrosła. Jak wczoraj czytałem to wyraźnie odniosłem wrażenie, że czas goni, bo im bliżej końca tym częściej brakowało finezji czy klimatu.

Początek nastrojowy, potem trochę przydługie (imho) kino drogi, a w końcu zakończenie… Niezłe (byłem ciekaw, co się wydarzy, ale musiałem iść spać i doczytać dzisiaj), ale pisane na czas. Zabrakło w nim napięcia i nastroju porównywalnego z początkiem.

Podsumowując 3P dla Ciebie: Pozdrawiam, Powodzenia w konkursie i Polecam do biblioteki (za pomysł, za klimat, za dużo fantastyki i za czas w jakim to stworzyłaś jak rozumiem – choć też rzutuje to na sam tekst)

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

heart

Pecunia non olet

Cześć, Silvo!

Miałaś super pomysł, który wykonany został też całkiem w porządku. Bierzesz tu garść znanych motywów fantasy i przetwarzasz w sposób nie do końca oczywisty, ale bardzo obrazowy, ładny i zgrany jako całość. Coś mi jednak nie do końca zaskoczyło w związkach między bohaterami, a może w warstwie emocjonalnej ich motywacji… Ujmijmy to tak, że jest zrozumiała, do mnie nie do końca trafia. Zgodzę się z Ninedin, że to dobry tekst, który byłby w sumie wart piórka, gdyby coś tu jeszcze podkręcić. Do biblioteki jednak zdecydowanie powinien trafić. 

Miałam parę czepów typowo słówkowo-językowych, ale skasował mi się komentarz, więc wrzucę jedyny, który pamiętam. Tam jest coś o tarciu ryb o dłonie, hm… Ryby są zbyt śliskie, by trzeć, pasowałoby bardziej jakieś muskanie czy coś delikatniejszego w wymowie 

Pozdrawiam!

Piękne.

Wspaniała opowieść o przemijaniu. Z każdego zakamarka wygląda poczucie nieuchronności śmierci, a jednocześnie chęć zachowania choć odrobiny piękna. Czuć brzemię, które niesie za sobą decyzja o zabijaniu światów, widać to nie tylko w zachowaniu głównej bohaterki, ale również całym wątku wspomnień Pani Wrót. To smutna i jednocześnie piękna opowieść, która z pewnością zostanie mi w pamięci.

Witam kolejnych czytelników :)

Jestem pod wrażeniem, jak szybko to napisałaś. Ja tak nie umiem (albo mam inny plan dnia, który mi to utrudnia), bo z tego co rozumiem to zaczęłaś w sobotę, i skończyłaś kilkanaście min. przed terminem. Wow!

Praktycznie tak. Miałam wcześniej, co prawda, napisane parę zdań, ale raptem to było jakieś 500 znaków, więc można nie liczyć. Ale w niedzielę to na zmianę przeżywałam fale zwątpienia i zdeterminowania ;) Ostatecznie napisałam…

 

…ale jakim kosztem.

Poza drugim dnem związanym z refleksją nad przemijaniem, tak z perspektywy patrząc, to widzi mi się to jako przypowieść o komunikacji międzyludzkiej ;-) Bo co by o Pani Wrót nie powiedzieć, to prosta i jasna komunikacja nie była jej mocną stroną. I się przez to narobiło ;-) To zdecydowanie na plus.

Oj, tak. Cieszy mnie bardzo zwrócenie uwagi na takie niuanse :D

Dzięki, krarze, za opinię i szybciutką łapaneczkę. Obym się ogarnęła i już więcej nie pisała na ostatnią chwilę (oj, tak, kogo ja próbuję oszukać xD).

 

oidrin, i Tobie również dziękuję za wizytę i komentarz! Szkoda, że łapanka zaginęła w otchłaniach internetu (też mi raz wcięło, dlatego od tamtej pory kopiuję komentarz przed wysłaniem, a nawet w trakcie, jeśli jest dłuższy). Hm, może i coś jest z tymi rybami. Zobaczę, co tam mogę podmienić :) Fajnie, że oceniasz opowiadanie prawie piórkowo.

 

Fladrifie, bardzo się cieszę, że tak przypadło do gustu.

To smutna i jednocześnie piękna opowieść, która z pewnością zostanie mi w pamięci.

Największy komplement, jaki mogę dostać :D Dziękuję za lekturę i podzielenie się wrażeniami!

Lekko pandemiczne fantasy. Nie moja bajka, ale bardzo ładnie i porządnie napisane. Fabuła prosta, linearna, na osi życia i śmierci. Trochę podobne Drakainowemu opowiadaniu, lecz silniej osadzone w klasycznej fantasy. Odnoszę też wrażenie (przez porównanie), że mniej się dzieje, w warstwie klimatycznej, słownej, fabularnej i u Ciebie jakby troszkę bardziej przegadane, choć to raczej chyba tylko dla mnie.

Naturalnie, skarżę, bo chyba brakuje ostatniego klika. ;-)

 

Z zatrzymań:

,Aya pogłaskała palcem śliski bok

Pogłaskanie ryby niesie jej śmierć.

,Porosty o jaskrawych, nienaturalnych barwach, wżarte w całe drzewa. Pojedyncze, niepokojące zmiany, które dopiero miały przybrać na sile.

Porosty są naturalnym elementem przyrody i nie oddziałują negatywnie na rośliny. Rozwijają się na dojrzałej korze drzew oraz krzewów i w żaden sposób im nie szkodzą. Nie pobierają bowiem składników pokarmowych ani wody z organizmów, na których rosną.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dziękuję, Asylum, za lekturę i komentarz. I klika, rzeczywiście brakującego, bo ninedin mi go poskąpiła ;D (Oj tak, musiałam się poskarżyć, hehe.) Tak byłam ciekawa, co powiesz, bo jednak jest to fantasy pełną gębą, a wiem, że nie przepadasz. A ja, niestety, wręcz odwrotnie ;)

Pogłaskanie ryby niesie jej śmierć.

Jak to? Nic mi nie wiadomo, aby ryby ginęły od dotyku.

Od samego dotyku – nie. Kiedyś buszowałam na forach ekologiczno-wędkarskich. z tego co pamiętam dłoń musi być zwilżona, ważny jest czas – przeciętnie 0,5-1 min., nietrzymanie jej tzw. chwytem śmierci i parametry temperatury i powietrza. Ty piszesz o pogłaskaniu w wodzie, więc pewnie wszystko bez znaczenia, acz głaskanie rybek akwariowych – dziwne. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ach, w takim sensie – takie, hm, głaskanie z trzymaniem ;D Tutaj miałam na myśli coś takiego, jak na przykład przydomowy staw – podchodzę, wkładam palucha do wody i musnę rybkę, nic więcej. Dla mnie kwalifikuje się jako głaskanie ;)

Leslie Nielsen próbował takiej sztuczki wink

 

 

A tak na poważnie, rzeczywiście mam w pamięci podobne sceny filmowe – wkładanie dłoni, aby lekko musnąć rybkę, w stawie czy akwarium nawet. Nie pamiętam tytułów, lecz kojarzę same sceny. 

Pecunia non olet

Hej, Imienniczko ;) Ponieważ wróciełem wlaśnie z z 12godzinnej delegacji i padam na pysk, rozwodzić się nie bede (mam nadzieje :D). Piszę z tel, bo na ten czytalem w przerwach podrozy i nie dam rady kompa już odpalić. Bardzo udane opko, szkoda, ze ostatni klik już poszedl ;) Lubie Twoje swiatotworstwo, podobnie jak w Imperatorze, przekonalo mnie. Jedyne negatywne (zbyt wielkie slowo, ale mozg odmawia posluszenstwa) odczucie, to jakby koncowka zostala zjedzona. A jakze, przez limit. Natomiast wg mnie i tak drobnostka ;) Pozdrawiam i dobranoc!

Hej, hej, silvanie! Dzięki, że Ci się chciało po długiej delegacji jeszcze smażyć dla mnie komcia. Jestem poruszona :D Fajnie, że wpadłeś, no i zapowiadam się, że ja wkrótce wpadnę do Ciebie, jak zacznę szturm na tajemnicowe opka. Wyśpij się dobrze ;D

Ładnie napisane opko. Podoba mi się spokojny, nieco dłuższy wstęp i krótsze, wyraziste sceny w dalszej części. Światotwórstwo na wysokim poziomie – sama konstrukcja świata zmusza do refleksji.

Jakbym miał się do czegoś przyczepić to do motywacji postaci. Niewiele o nich wiemy i ich wybory nie są do końca jasne. Ale to już trochę czepianie się na siłę.

Gratulacje i wyrazy podziwu za napisanie tak dobrego opowiadania, w tak krótkim czasie :)

Bardzo dziękuję, PanDomingo, i cieszę się, że lektura przypadła do gustu :)

Opis ceremonii na samym początku bardzo mi się spodobał, mogłam wyraźnie zobaczyć oczyma wyobraźni całą scenerię i Panią Wrót, poczuć napięcie. Generalnie opisy Miasta i poszczególnych światów plastyczne i tworzyły niezwykłą atmosferę. Pomysł z dowma mieczami, tworzeniem i niszczeniem również intrygujący i hej, poczytałabym o tym więcej! Tylko faktycznie, moją uwagę jakoś bardziej przyciągał los światów niż bohaterowie, chociaż mam wrażenie, że gdyby opowiadanie było dłuższe, o wiele ciekawiej by się rozwinęli, bo zwłaszcza Pani Wrót ma spory potencjał.  

Fajnie, że poszczególne sceny dobrze wypadły, no i że spodobał się przedstawiony świat. Dziękuję za wizytę i podzielenie się wrażeniami, adanbareth :)

Chciało się ;) Dop dziś dochodzę do siebie. Może, jak jutro odżyję, napisze kilka słów więcej. Tymczasem zapraszam serdecznie :) Jak juz obiecalas, to aie nie wymigasz ;)

Przeczytałam z zaciekawieniem. Zwłaszcza ta scena z bramą była dobra, a pomysł z flakonikami, jako drogowskazami świetny:). Napisane ładnie.

Brakuje mi tylko wyjaśnienia dlaczego to główna bohaterka została wybrana na następczynię (choć rozumiem, że w tak krótkim czasie autor nie musiał jeszcze wszystkiego wymyśleć ;). Nie wiem czy jeszcze potrzebujesz, ale na wszelki wypadek klikam :)

 

Powodzenia w konkursie :)

Masz przepiękne ilustracje :). Dodają konkursowi dodatkowego smaczku.

Dzięki, Monique, fajnie, że wpadłaś :) Powód to ja miałam wymyślony, ale wychodzi na to, że chcąc uniknąć dosłowności, przegięłam w drugą stronę ;) No i dziękuję za kliczka!

 

Saro, byłam bardzo ciekawa, jaki obrazek mi dobierzesz. Jestem zachwycona, że tak niemal idealnie pasuje do treści :D

A to zdradź rąbka tajemnicy w komentarzu :).

Silva, wybacz, ale nie potrafię się powstrzymać od porównywania naszych koncepcji. Czytając to opowiadanie zauważyłem pewne podobieństwa do mojego multiwersum. Od razu mówię, że to nie to samo, bardziej jak dwie rzeki, płynące z jednego źródełka, ale do innych krajów. Chyba myślimy podobnie.

Dobrze, ale wróćmy do ciebie.

Opowiadanie jest przesiąknięte ideą, która mi się podoba. Tylko moim zdaniem za bardzo skupiłaś się na tym całym niszczeniu. Trochę to wyglądało. jakby narodził się nowy świat, istniał sobie trochę, a niedługo później trzeba go było zniszczyć. Chciałbym w tym miejscu myśleć, że te światy naprawdę przeżyły swoje, że miały swoje czasy świetności i że było czego żałować, używając miecza. Tego wrażenia mi zabrakło. Niby jest tu postać Morana, ale i tak widać, że pani wrót chodziło o niego, a nie o świat.

Z miastem dzwonów jest trochę dziwna sprawa. Koncepcja mi się podoba, ale żeby istniał świat, który ogranicza się do murów jednego miasta? Ładne, ale osobiście nie chciałbym tam mieszkać. Za ciasno.

Podsumowując, podoba mi się twoja wizja. Specem nie jestem, ale tekst wygląda na dobrze napisany. Zadziwia mnie też, że nie tylko koncepcje są podobne, ale nawet morały z naszych opowiadań konkursowych się poniekąd uzupełniają. Czytałaś moje. Też to zauważyłaś?

No, kurna, podobało mi się :) Cudne światotwórstwo, nieśpiesznie opowiedziana historia. Może trochę przewidywalna, kiedy w opowieści pojawił się Moran, domyśliłam się, co się stało z Gwiazdą, ale i tak rozgrywałaś tę historię tak, że nie mogłam się od niej oderwać. Miłość kontra obowiązek, ech, trudna sprawa ;)

Czego mi trochę zabrakło, to wyjaśnienia dlaczego Pani Wrót wbrała akurat bohaterkę.

Daję ostatniego kopa :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Monique, z tym poczekam, aż będzie po konkursie ;)

 

Zadziwia mnie też, że nie tylko koncepcje są podobne, ale nawet morały z naszych opowiadań konkursowych się poniekąd uzupełniają. Czytałaś moje. Też to zauważyłaś?

Konradzie, przyznam, że przy czytaniu twojego opowiadania przemknęła mi taka myśl. Później to wrażenie przeszło – myślę, że o ile źródła są podobne, to cele okazały się inne. Choć tak, na pierwszy rzut oka zauważa się zbieżność. Jak wymyśliłam swoje, to tak myślałam, że ktoś może wpaść na coś podobnego.

Trochę dużo niszczenia, choć to ma powiązanie z faktem, że sytuacja światów w opowiadaniu jest niewesoła. Trwają dłużej niż powinny, chorują, gniją żywcem i nie jest im dane naturalnie odejść. No, ale iskierka nadziei też jest ;D

Fajnie, że wpadłeś. Dzięki za opinię :)

 

Irko, dobra kobieto, dzięki ci za ostatecznego kliczka :D Fajnie, że się podobało! I chyba nic więcej mądrego nie mam do odpisania, ale zawsze się cieszę z Twoich wizyt ;)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Aż mi się przypomina, jak pierwszą wiadomość napisałam do ciebie aby zapytać, co ty tam masz w avatarze ;D

Przeczytałem z ciekawością. Początek mnie zbytnio nie zachęcił fabularnie, ale koncepcja kobiety niszczącej światy i tworzącej nowe była obietnicą czegoś dobrego i się nie zawiodłem. Od momentu odejścia Pani Wrót podobało i się o wiele bardziej. Rozwiązanie fabuły nie było zbyt zaskakujące, ale zrobiłaś całość z dużym wyczuciem i umiejętnie. Na końcu aż mi się przypomniał film Heavy Metal, miałem podobne odczucia klimatu.

Za najsłabszy punkt uznałabym główną bohaterkę, bo jest właściwie tylko biernym obserwatorem wydarzeń. Na szczęście, nie przeszkadzało to za bardzo.

Pozdrawiam

Aż żałuję że nie mogę odnieść się do skojarzenia z filmem, bo tytułu zupełnie nie kojarzę. Polecasz, czy powinnam się obrazić za porównanie? XD

Dzięki za opinię, Zanaisie!

Animowany, stary i bardzo polecam. Doprecyzuję, że chodzi o ostatnią opowieść (ten film to antologia). Po prostu klimat lecącej na dziwnym świcie dziewczyny na gryfie jakoś wydobył mi z otchłani pamięci pewne sceny ;)

O, to już drugi raz, gdy mój tekst przywodzi komuś na myśl animację. Ciekawe ;) To, co piszesz brzmi bardzo zachęcająco. Jak nie zapomnę, poszukam sobie.

Cześć Silva ;)

Zostawiłem sobie Twój tekst na koniec obowiązkowego limitu. :D

Bardzo ładny tekst. Szczerze, to tego napisania na ostatnią chwilę nie czuć. ;)

Opisy dobrze obrazowały mi to, co aktualnie się działo. Pojęcie dwóch przeciwstawnych mieczy nadawało pewnego mistycyzmu i podobało mi się, jak tu został wpleciony wątek życia i śmierci. Fabuła była w porządku, nawet pomimo dość smutnego zakończenia wkradł się w to wszystko jakiś promyk nadziei.

Co do bohaterów – po przeczytaniu widziałem w komentarzach, że to było poruszone – motywacje bohaterów. O ile motywacje i rozterki Pani były odczuwalne, tak fakt wybrania Ayi na jej następczynię został gdzieś zagubiony. Była zwykłą służącą, a potem lata gryfem. Może nie jakby robiła to od zawsze, ale fajnie byłoby zobaczyć jakiś proces.

Nie mniej jednak, bardzo mi się podobało, więc powodzenia w konkursie! ;)

Bardzo dziękuję, Sagicie! Czuję się w pewien sposób zaszczycona, że zostałam pozostawiona na deser :D Życzenie powodzenia się przydało. I fajnie, że nie czuć pisania na ostatnią chwilę.

O ile motywacje i rozterki Pani były odczuwalne, tak fakt wybrania Ayi na jej następczynię został gdzieś zagubiony.

Kiedy Sara i CM wrzucą swoje komentarze jurorskie, przyznam się, co mi chodziło po głowie ;)

Bardzo ładny tekst o konieczności przemijania. Ma w sobie coś z baśni – słynne na cały świat (nawet niejeden) miecze, piękne kobiety, wielkie uczucia…

Opisy obrazowe, widać rozmach w światotwórstwie. Urokliwe podchody z flakonikami.

Jestem bardzo ciekawa, dlaczego Pani Wrót wybrała akurat tę służącą na następczynię.

Gratuluję wyróżnienia.

wokół skamieniałego serca świata; te wciąż połyskiwało wewnętrznym ogniem,

To serce, te serca.

Babska logika rządzi!

Silvo, nie mogę odmówić Ci pomysłu na światy, ale też nie chcę taić, że nieco znużyła mnie ich prezentacja. Nie potrafiłam się zbytnio wczuć w zabijanie kończących się światów, a nowe światy nie zdołały ucieszyć mnie swoim powstaniem, skoro i tak były skazane na zarazę i zagładę.

Brakuje mi sensownego wytłumaczenia, co skłoniło Panią Wrót, by na swoją następczynię wybrać służącą Ayę.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Ża­łob­ni­cy w bez­barw­nych jak po­piół sza­tach za­peł­nia­li plac. ―> Popiół nie jest bezbarwny.

 

wy­so­ko w górze świe­ci­ły bliź­nia­cze słoń­ca. ―> Masło maślane – czy coś może znaleźć się wysoko w dole?

 

po czym wkro­czy­ła do roz­le­głej sali za­to­pio­nej w pół­mro­ku. Echo jej kro­ków… ―> Nie brzmi to najlepiej i jeszcze przytrafił się rym.

 

pod za­wie­szo­ną wy­so­ko w górze ko­pu­łą. ―> Kolejne masło maślane.

Kopuła nie jest zawieszona, kopuła opiera się na murze lub bębnie.

 

Aya w cza­sie pracy na­bra­ła zwy­cza­ju, aby mówić sama do sie­bie. ―> Zbędny zaimek.

 

trzy­ma­ła w skrzy­żo­wa­nych rę­kach dwa mie­cze skie­ro­wa­ne czub­ka­mi ku szczy­cie ko­pu­ły. ―> …ku szczy­towi ko­pu­ły.

Tu znajdziesz odmianę słowa szczyt.

 

a orli łeb spo­glą­dał wy­so­ko z góry. ―> Chyba miało być: …a orli łeb spo­glą­dał z wy­so­ka. Lub: …a orli łeb spo­glą­dał z góry.

 

A wizja się skoń­czy­ła. ―> Jeśli to jest dokończenie poprzedniego zdania, to raczej: a wizja się skoń­czy­ła.

 

Wiatr tar­gał ubra­niemwło­sa­mi zwią­za­ny­mi w supeł. ―> Wiatr tar­gał ubra­niewło­sy zwią­za­ne w supeł.

 

Po­wie­trze fa­lo­wa­ło od go­rą­ca, przez co od­le­głe wydmy zda­wa­ły się po­ru­szać jak fale na pło­wym morzu. ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

dziew­czy­na we­szła w cień. Skal­ny ko­ry­tarz szyb­ko prze­szedł w grotę… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

dziew­czy­na na­bra­ła od­de­chu i ru­szy­ła przed sie­bie… ―> Raczej: …dziew­czy­na na­bra­ła powietrza i ru­szy­ła przed sie­bie… Lub: …dziew­czy­na głęboko odetchnęła i ru­szy­ła przed sie­bie

 

…Nie ro­zu­miesz tego. ―> Albo bez wielokropka, albo mała litera.

 

Za nimi z hu­kiem po­dob­nym do grzmo­tu wo­do­spa­du wy­le­cia­ła chma­ra nie­to­pe­rzy… ―> Nietoperze, o ile mi wiadomo, latają bezszelestnie, ale być może w tym świecie robią mnóstwo hałasu.

 

ska­mie­nia­łe­go serca świa­ta; te wciąż po­ły­ski­wa­ło… ―> …ska­mie­nia­łe­go serca świa­ta; to wciąż po­ły­ski­wa­ło

 

Za­pi­ko­wał ostro w dół. ―> Masło maślane – czy mógł zapikować w górę?

 

 Za­mach­nął skrzy­dła­mi i wzbił się… ―> Za­mach­ał skrzy­dła­mi i wzbił się… Lub Mach­nął skrzy­dła­mi i wzbił się

 

Wy­cią­gnę­ła Gwiaz­dę i Po­że­ra­cza, uno­sząc je do góry. ―> Jeszcze jedna paczka masła maślanego.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finklo, bardzo dziękuję – za wizytę, komentarz i gratulacje ;) I wyłapany babolek, który zaraz poprawię, razem z listą od Reg.

 

regulatorzy, szkoda, że znużyło. Natomiast co do choroby światów i zagłady – ta pierwsza jest zażegnana poprzez powrót Gwiazdy w odpowiednie ręce, a zatem nie jest już zagrożeniem dla rodzącego się świata. Natomiast co do faktu, że jest skazany na zagładę… Cóż, poniekąd z niezgody na taki stan rzeczy wynika główny konflikt w opowiadaniu :)

Bardzo dziękuję za łapankę. Mam skłonność do “dokierunkowywania” czynności, które same w sobie ten kierunek wskazują, muszę nad tym popracować.

Z kolei do bezbarwnego popiołu mam słabość, pozwolę go sobie zostawić.

Dzięki za lekturę i opinię!

 

Dobrze, jednak nie poczekam na jurorów (wyróżnienia chyba mi nie cofną :P). Czemu Aya została wybrana? Otóż – jest córką Pani Wrót. Moran, kiedy widzi ją po raz pierwszy, dziwi się, kim ona jest, ale po zobaczeniu ostatniego wspomnienia już wie, ponieważ to wspomnienie dotyczyło Ayi oczami jej matki.

Hmmm. W życiu bym na to nie wpadła.

Babska logika rządzi!

Widzisz, Finklo, a mi się w trakcie pisania wydawało, że to dość jasno widać. A jednak za bardzo poszłam w subtelność ;)

Silvo, cieszę się, że uznałaś łapankę za przydatną. ;)

 

Z kolei do bezbarwnego popiołu mam słabość, pozwolę go sobie zostawić.

Nie ulegaj słabościom, zwłaszcza kiedy nijakość stroju można opisać całkiem obrazowo, nie używając dziwnych, by nie rzec nieprawdziwych, określeń.

Jednakowoż to Twoje opowiadanie i będzie napisane słowami, które uznasz za najlepsze.

 

Czemu Aya została wybrana? Otóż – jest córką Pani Wrót.

Cóż, w życiu bym się tego nie domyśliła.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Też bym na to nie wpadł, nawet nie szukałem rozwiązania w pobliżu takiego tropu. ;) 

To na przyszłość wiem, aby nie polegać aż tak na swoim poczuciu zrozumiałości ;)

Ech, tak żeś to napisała, że nawet nie wiem, od czego zacząć. Tak sobie siedzę, patrzę na swój zeszyt, w którym męczę konkursowe komentarze i tak nie bardzo wiem, z którego punktu wyjść. A świadomość, że to ostatnia opinia, jaką mam do sklecenia, wcale mi nie pomaga. :)

I nie, wbrew pozorom to nie jest odwet za tę zapowiedź zemsty z Twojej strony. :P

Obiecałem sobie, że w komentarzach jurorskich będę grzeczny i wyjątkowo rzetelny. I z jednym wyjątkiem nawet mi się do tej pory udawało. ;-)

Zastanawiasz się pewnie, kiedy skończę pisać o niczym i przejdę w końcu do opinii.

Cóż…

Ja też się zastanawiam. ;)

No nic, próbujmy.

Opowiadanie daje mi ten komfort przy pisaniu opinii, że stosunkowo łatwo pozwala się podzielić na elementy, które mógłbym sukcesywnie omawiać. Jednocześnie powoduje też pewien dyskomfort, bo ocena wyciągnięta z takiej analizy będzie myląca i niemiarodajna.

Zacznijmy od bohaterów.

Żaden z nich, jeśli chodzi o charakter czy osobowość, nie rzucił mnie na kolana. Każdy z nich ma określony zestaw cech, każdy jest „jakiś”. To oczywiście wystarczy na potrzeby historii, ale też nie będę ukrywał, że gdyby kilka dni po lekturze ktoś kazał mi scharakteryzować poszczególnych bohaterów to moja pamięć wywiesiłaby białą flagę.

Zacznijmy od Ayi. Swoją drogą, fajne imię. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem zwrot „Ayo” to zabrzmiało mi to jak jakaś wstawka raperska w opowiadaniu.

Aya wydaje się być taka cicha, wycofana. W dodatku, poprzez panią Wrót, zrzucasz na nią bardzo poważne zadanie. A jednak na przestrzeni opowiadania, chociaż niejako „ciągnie” tutaj historię do przodu, można odnieść wrażenie, jakby bez przerwy chowała się w cieniu. Historia nie do końca pozwala jej powalczyć i to zarówno dosłownie (ona bardzo często wygląda tutaj na dość bierną, co przede wszystkim wynika z tego, że wybrałaś taki, a nie inny koncept na tekst) jak i bardziej w przenośni, kiedy mamy na myśli walkę o zbudowanie jakiegoś przywiązania czytelnika do bohatera. Ayi pozornie niczego nie brakuje. Mimo to ani fabuła, ani charakter nie dają jej większych szans, by stworzyć jakąś poważniejszą więź z czytelnikiem. Swoją drogą Aya to robi bardzo podobne wrażenie jak ta kobita z Twojego awatara. ;)

Trochę podobnie rzecz ma się z Panią Wrót. Oczywiście jej przypadek jest nieco inny, ale prowadzi do podobnych konkluzji. Pani Wrót wydaje się być niejednoznaczna. Tajemnicza. Pilnujesz, byśmy za dużo o niej nie wiedzieli. Bo pojawiała się przy niej jakaś wątpliwość. I to się bardzo fajnie sprawdza, jeśli chodzi o jej rolę dla historii. Tylko z drugiej strony weź tu wyrób sobie zdanie na temat kogoś, kto wydaje się tajemniczy i o kim nie wiesz wszystkiego. ;)

Trzeba natomiast w kontekście bohaterów (niby wymieniłem tylko bohaterki, ale już trzymajmy się perspektywy całego tekstu, nie tylko mojego komentarza) dwie rzeczy.

Pierwszą jest to, o czym wspomniałem przy okazji Pani Wrót. Każdy ma tutaj swoją rolę, jeśli chodzi o budowę całej opowieści. Te role, podobnie jak charaktery, są zróżnicowane. I chociaż nie ma tutaj jakiejś mocnej wyrazistości, albo jakichś jej pokrewnych (jak choćby przerysowania), co zazwyczaj pozwala zapaść w pamięć na dłużej, to jednak każdy sumiennie i wręcz mrówczo odwala swoją robotę na rzecz opowiadania jako całości. I chociaż teraz może brzmieć to jak jakiś bełkot, to jednak jakiś zamysł w takiej dziwacznej ocenie jest.

Druga sprawa to wprowadzenie bohaterów do tekstu. Świat jest obcy, imiona postaci z naszej perspektywy również. Masz tu także świat o którym trzeba trochę opowiedzieć. Dlatego bardzo mądrze dobrałaś liczbę bohaterów do historii. Mądrze też ich w tym tekście prowadzisz. Nie mylą się, jesteś nieco powściągliwa w pełnym przedstawianiu postaci, co jakoś wpisuje się w ogólną atmosferę opowiadania. A jednocześnie, poprzez tych bohaterów (a właściwie, w przypadku tej uwagi, głównie bohaterki) fajnie udaje Ci się sprzedać świat jako całość.

I tak, motywem przewodnim tego komentarza są okrągłe zdania trącące bełkotem. Inna rzecz, że mimo tej pozornej okrągłości każdą z tych uwag uważam za szalenie ważną.

Światowtwóstwo.

Ze światem (a właściwie po części i światami) jest trochę tak, jak z bohaterami. To znaczy to światotwórstwo jest generalnie sprawne, a jednocześnie nie ma tu zbyt wielu takich elementów, o których mógłbym powiedzieć: O! To mi zostanie w pamięci na długo! Bywały w konkursie światy nietypowe i efektowne. Bywały światy pisane bardziej „technicznie”, które próbowały się mierzyć z wymaganiami science-fiction, a także takie, gdzie wyobraźnia autorów puszczała wszelkie hamulce. To Twoje plasuje się gdzieś pomiędzy. Ono jest takie… rzetelne. Dobrze pasuje zarówno do pomysłu jak i do bohaterów. Przede wszystkim ładnie uzupełnia się z tym pomysłem na światy, które chorują, bo nie umierają – swoją drogą chwilę mi zabrało przyzwyczajenie się do tego konceptu, bo brzmiał mi on jakoś dziwnie absurdalnie.

W opisach tego miejsca (w sumie miejsc) jesteś konsekwentna. Zapraszasz czytelnika do owego świata nie wypuszczasz go nawet na moment. W przypadku tego opowiadania naprawdę ma się poczucie obcowania z solidnym światotwórstwem. Takim, które może nie zachwyci poszczególnymi obrazami. Które nie porwie tutaj efektownością, mocno nietypowymi regułami czy wyjątkowymi postaciami. Jednocześnie ten świat okazuje się być bardzo konsekwentną konstrukcją, spójną z innymi elementami opowiadania. Pasującą do gatunku. No i przede wszystkim odpowiednio obrazową, co zaraz jeszcze krótko rozwinę.

No właśnie, obrazowość. O języku w opowiadaniu mógłbym i powinienem chyba nawet pisać długo. Przynajmniej tak długo, jak o pozostałych elementach. Mógłbym, ale tego nie zrobię.

Słuchaj, Ty doskonale zdajesz sobie sprawę, że obrazowe opisy to Twój duży atut. Wiesz o tym, robisz z tego użytek i nawet konstrukcja opowiadania pokazuje, że starasz się maksymalnie wykorzystać swoje możliwości i umiejętności. To widać. I bez wątpienia owe opisy są wartością dodaną opowiadania. I zamiast rozwodzić się nad tym dalej, zwyczajnie podkreślę, że ten element został przeze mnie zauważony i doceniony.

Fabuła.

Solidna. Solidna, bo chociaż nie ma tu jakichś wielkich fajerwerków, to wszystko ma ręce i nogi. A nawet głowę. ;-)

To nie będzie jedna z tych opowieści, do których można w przyszłości wracać pamięcią. Ona jednak nie ma wystarczająco dużo atutów. Jednocześnie ta fabuła jest złożona bardzo solidnie, tak, by stworzyć ładny kawałek historii, która jednocześnie pozwoli wyeksponować pozostałe elementy jak miejsce akcji, inne światy czy obrazowe opisy.

Główną cechą fabuły jest to, że ona zdaje się u Ciebie „walczyć na dwa fronty”. Pierwszy to samo opowiedzenie jakiejś historii. Drugim z kolei jest wskazana wyżej ekspozycja innych elementów.

Ten kawałek historii to motyw chorych światów i jego rozwinięcie. Motyw Pani Wrót i jej lekkiej tajemniczości (a zarazem dość sporej władzy, zważywszy na to, czym się zajmuje). Wreszcie Aya, której przydzielasz w tej opowieści ważne zadanie. I nie chodzi tu tylko o przejęcie części zadań Pani Wrót, które (że tak to ujmę) nad nią wisi i niejako próbuje też tę postać zbudować. Ważne zadanie Ayi polega również na tym, że to właśnie niejako poprzez nią rozwijasz poszczególne wątki. Czyli pisząc wprost: poprzez Ayę pchasz całą historię do przodu. Wątków nie ma bardzo dużo, nie są też jakoś mocno złożone. To oczywiście sprawia, że (jak już wspomniałem) tekstowi brakuje trochę argumentów, by stać się jedną z tych niepowtarzalnych opowieści, które zapadną nam w pamięć na długo.

Z drugiej strony należy przyznać, że fabuła jest mądrze dobrana do pomysłu na tekst. Nie ma wielu wątków, ale każdy z nich sukcesywnie rozwijasz. Wszystkie też zamykasz. Jednocześnie pilnujesz, by fabuła była zrozumiała, rozwój zdarzeń jasny i harmonijny, a pozostałe elementy dostają odpowiednio dużo miejsca dla siebie. To jest właśnie ten drugi „front” – ekspozycja. Gdy tylko masz okazję, pilnujesz, by przy okazji danego zdarzenia opisać przestrzeń, opowiedzieć coś o koncepcji chorujących światów. No i przede wszystkim dbasz o to, by poprzez fabułę odpowiednio eksponować świat, tak, by czytelnik czuł w każdym akapicie, że naprawdę jest w środku świata. I owo „w środku” jest tu niezmiernie istotne.

Zostało tempo.

Tempo jest wolne. Natomiast, jeśli chcesz zrobić użytek z tych obrazowych opisów, ono nie może być szczególnie szybkie. Dość mądrze wybrałaś tu fabułę, no ona akurat szybkiego tempa nie wymaga, ale jest to nawet taki rodzaj historii, który ową powolność uzasadnia. To nie jest opowiadanie wartkiej akcji. Raczej taka dość subtelna, wręcz „cicha” historia, która niezbyt pospiesznie opowie o problemie chorych światów, także (a może przede wszystkim) o bohaterach, a przy okazji odpowiednio nakreśli miejsce akcji. Powolne tempo jest więc zrozumiałe, natomiast strasznie brakuje tutaj przełamań. Ze dwóch scen, które ewidentnie przyspieszą, które wprowadzą do opowiadania trochę wartkiej akcji i przede wszystkim ożywią tę historię. Tutaj masz takie pojedyncze próby, ale one szybko gasną. Są to raczej takie krótkotrwałe zrywy. Efekt jest taki, że ze wszystkich opowiadań to właśnie przy tym miałem wrażenie, że czytam je zdecydowanie najdłużej, choć kilka innych było przecież dłuższych o parę tysięcy znaków. Słowem, tak, jak samo tempo jest uzasadnione, tak kilka przyspieszeń by się jednak temu tekstowi przydało.

No i przechodzimy do podsumowania. Jak widzisz, było trochę marudzenia. Mało można też znaleźć w tej mojej opinii elementów, które chwalę bez żadnego „ale”. Które jednoznacznie oceniam jako wartość dodaną opowiadania. Dużo za to było tych trochę dziwnych, okrągłych zdań, trącących bełkotem. Nie będę nawet ukrywał, że wszystko to zrobiłem celowo i z premedytacją. I nie, nie po to, żeby się z Tobą drażnić. ;-)

Były opowiadania, które chwaliłem za pomysł. Za świat. Za tempo. Ciebie z kolei mogę pochwalić za… opowiadanie. Całe. Bo widzisz, choć nie ma tu może jakiegoś elementu, który ewidentnie wybijałby się ponad inne, to też wszystko trzyma określony poziom i świetnie się ze sobą uzupełnia. Jest obcy świat, są obrazowe opisy, jest pomysł na chorujące światy, są bohaterowie z określonymi cechami, jest tempo dopasowane do tekstu, jest w końcu kawałek fabuły z pozamykanymi wątkami. Wszystko świetnie do siebie pasuje, wszystko fajnie się ze sobą uzupełnia. To jest po prostu dobre opowiadanie, które w zależności od preferencji czytelniczych podejdzie oczywiście lepiej lub gorzej. Zwykle przy pisaniu opinii zadawałem sobie pytanie, czego powinienem oczekiwać od danego opowiadania. Tutaj też sobie zadałem. I wyszło mi, że… wszystkiego. Od fabuły, przez światotwóstwo, opisy i bohaterów, aż po problem wyjściowy w opowiadaniu. Muszę więc wymagać wszystkiego i tutaj w sumie wszystko jest. W dodatku trzyma dość równy poziom. I właśnie to ujęło mnie w tym Twoim tekście najbardziej. W innych komentarzach często chwaliłem jakiś element, wskazując przy okazji na braki w innych, co nie ujmowało danym tekstom powabu. U Ciebie żaden element nie wysuwa się mocno na pierwszy plan, ale każdy ma swoją rolę i sumiennie pracuje, by złożyć się na dobre opowiadanie jako całość. Dlatego oceniam ten tekst wysoko. I dlatego też w tym komentarzu musiały się pojawić te bełkotliwe ogólniki o dopasowaniu, solidności, rzetelnym wypełnianiu swojej roli. Na końcu zawsze oczekujemy dobrego opowiadania. Nie tylko poszczególnych elementów. I tym Twoje opowiadanie wygrało bardzo dużo. Zwłaszcza, że i oczekiwać, jak wspomniałem, należało sporo, bo to tekst, który ze względu na swoją konstrukcję musiał mieć bohaterów o określonej charakterystyce, świat, fabułę, koncept. Ten tekst ma swoje wady i niedociągnięcia, ale skoro wszystko to było, to i ocena musi być dobra.

Podziękował za udział w konkursie.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Nowa Fantastyka