- Opowiadanie: ANDO - Idealny świat

Idealny świat

Po­dzię­ko­wa­nia dla be­tu­ją­cych:

Asy­lum, Ba­se­ment­Key, Mor­te­cius, So­na­ta

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Idealny świat

Mart

Cy­ber-raj

 

“Uro­dzi­łem się w ide­al­nym świe­cie, na stówę!” – do­cie­ra do mnie, gdy wer­tu­ję książ­kę o daw­nych cza­sach. Stary pa­pier sze­le­ści pod pal­ca­mi. Wojny, głód, pro­ble­my spo­łecz­ne, bieda. Mam szczę­ście, że u nas żyje się le­piej.

Za­trza­sku­ję książ­kę i wsta­ję z wy­god­ne­go łóżka z opcją ko­ły­sa­nia do snu. Prze­cho­dzę przez ob­szer­ny salon mo­je­go wła­sne­go domu, mięk­ki dywan tłumi od­głos kro­ków, au­to­ma­tycz­nie do­sto­so­wu­jąc gę­stość wło­sia do na­ci­sku stóp. Na cy­fro­wej ta­pe­cie po­kry­wa­ją­cej ścia­ny plu­ska­ją się ko­lo­ro­we rybki, fale wir­tu­al­ne­go oce­anu szu­mią cicho.

Wciąż myślę o tym, jak kie­dyś było dziw­nie. Kom­plet­nie nie ro­zu­miem, dla­cze­go lu­dzie mu­sie­li mę­czyć się w pracy, pła­cić za miesz­ka­nie i za­ku­py. Teraz po pro­stu do­sta­je się dom i inne rze­czy, które wy­star­czy za­mó­wić przez in­ter­net, a w bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych spra­wach na­pi­sać do Pre­zy­den­ta.

Wci­skam przy­cisk w ścia­nie, półka ob­ni­ża się na tyle, że bez pro­ble­mu od­kła­dam książ­kę. Bied­ni ci moi pra, pra, pra… Po co wy­my­śli­li pie­nią­dze? Prze­cież wy­mia­na usług jest lep­sza! W na­szej Wspól­no­cie faj­nie to dzia­ła: ja sko­pię są­siad­ce ogró­dek, ona po­czę­stu­je mnie cia­stem.

Wy­świe­tlam w vi­de­ofo­nie listę zajęć, którą uło­ży­łem na dzi­siaj. Rano bie­ga­nie w parku, śnia­da­nie i prysz­nic, potem film w te­le­wi­zji, czy­ta­nie hi­sto­rii przod­ków, to wszyst­ko już za­li­czo­ne. Póź­nym po­po­łu­dniem mam ba­da­nia u dok­to­ra Ar­ko­va. Nie­dłu­go czas na basen, apli­ka­cja przy­po­mi­na, że umó­wi­łem się tam ze zna­jo­my­mi.

Otwie­ram lo­dów­kę, się­gam po sok mul­ti­wi­ta­mi­no­wy, który piję po­wo­li, pro­sto z bu­tel­ki z bio­ma­te­ria­łu przy­po­mi­na­ją­ce­go szkło. Uwiel­biam ten lekko kwa­śny smak. Przez vi­de­ofon za­ma­wiam na­stęp­ną por­cję, dla od­mia­ny tym razem wezmę sok mar­chwio­wy. Jesz­cze coś na ko­la­cję, może plac­ki? W końcu wy­bie­ram za­pie­kan­kę z bro­ku­ła­mi i serem. Wrzu­cam na listę świe­ży chleb, sa­mo­my­ją­cy się kubek, żel po­pra­wia­ją­cy ja­kość snów. Ozna­czam czas do­sta­wy na wie­czór.

Pa­trzę na elek­tro­nicz­ny zegar, do spo­tka­nia na ba­se­nie wciąż zo­sta­ło mnó­stwo czasu. Wy­grze­bu­ję z szaf­ki spor­to­wą torbę, pa­ku­ję ręcz­nik o pod­wyż­szo­nym wchła­nia­niu wody i ką­pie­lów­ki z pian­ki utrzy­mu­ją­cej pły­wa­ka na po­wierzch­ni.

Włą­czam ro­bo­ta sprzą­ta­ją­ce­go, po czym wy­cho­dzę z domu. Wita mnie cie­pły dzień. Pa­trzę w górę, pół­prze­zro­czy­sta ko­pu­ła prze­pusz­cza pro­mie­nie słoń­ca, na­da­jąc im nie­bie­ski kolor, po­dob­ny do morza na mojej ta­pe­cie.

Przy wej­ściu czeka hu­laj­no­ga elek­trycz­na, ale dzi­siaj wolę pójść na pie­cho­tę. Bar­dzo lubię włó­czyć się ulicz­ka­mi na­szej osady, roz­ma­wiać z ludź­mi i wdy­chać za­pach tych wszyst­kich buj­nych ro­ślin, któ­rych nazw nie spo­sób za­pa­mię­tać.

Idę ścież­ką przez ogród pełen kwia­tów. W ga­łę­ziach drzew owo­co­wych cyber fi­gur­ki pta­ków śpie­wa­ją jak sza­lo­ne. Ści­szam vi­de­ofo­nem te kon­cer­ty, po czym zry­wam wiel­kie, czer­wo­ne jabł­ko. Wy­da­je się ide­al­ne, bez żad­nej plam­ki czy nie­rów­no­ści. Nie mogę wy­trzy­mać, muszę go spró­bo­wać. So­czy­sty owoc roz­pły­wa się w ustach.

Otwie­ram furt­kę, która skrzy­pi cicho. Wę­dru­ję alej­ką wzdłuż szpa­le­ru ma­łych, drew­nia­nych dom­ków, oto­czo­nych barw­ny­mi ogród­ka­mi. W nie­któ­rych za­in­sta­lo­wa­no oczka wodne, w in­nych po­sta­wio­no huś­taw­ki i pia­skow­ni­ce dla dzie­ci.

Sze­ro­ki chod­nik bie­gnie wzdłuż szu­tro­wej ulicy, po któ­rej mkną hu­laj­no­gi i ro­we­ry. Czy­ta­łem, że kie­dyś lu­dzie jeź­dzi­li sa­mo­cho­da­mi, ale wtedy nie mu­sie­li cho­wać się we Wspól­no­tach, pod ko­pu­ła­mi po­wstrzy­mu­ją­cy­mi mor­der­cze pro­mie­nio­wa­nie i zmu­to­wa­ne owady po­lu­ją­ce na ludzi. Wi­dzia­łem w in­ter­ne­cie film z ta­kie­go ataku, do tej pory ciar­ki prze­cho­dzą mi po ple­cach na samo wspo­mnie­nie!

– Dzień dobry! – Głos ja­kie­goś fa­ce­ta wy­ry­wa mnie z za­my­śle­nia. Znam tego czło­wie­ka tylko z wi­dze­nia, ale w na­szej Wspól­no­cie wszy­scy trak­tu­je­my się jak bra­cia i sio­stry.

– Dzień dobry – od­po­wia­dam z uśmie­chem.

Wy­mie­niam jesz­cze kilka ta­kich po­wi­tań i za­li­czam parę roz­mów, zanim do­cie­ram do ulicz­ki, przy któ­rej stoi wiel­ki, po­dłuż­ny gmach z me­ta­lu i szkła.

Pa­trzę na zegar vi­de­ofo­nu, je­stem tro­chę spóź­nio­ny. Pew­nie Gref i Elva już pła­wią się w ba­se­nie. Ale co to? Kum­pel sie­dzi na ławce przy wej­ściu. Wy­glą­da dziw­nie, jakby wła­śnie zo­ba­czył zmu­to­wa­ne­go ro­ba­ka.

– Hej, ziom! – Kle­pię go po ra­mie­niu.

Mil­czy, kiwa tylko głową, pa­trząc nie­obec­nym wzro­kiem gdzieś w dal.

– Co tam? Gdzie Elva?

Gref wzdy­cha, po czym mówi cicho:

– Za­gi­nę­ła.

– Serio? Kiedy?! – wołam, nie do­wie­rza­jąc. Sio­stra Grefa nie mogła znik­nąć. Nie ona!

– Rano po­szła na korty te­ni­so­we i znik­nę­ła. Zero śla­dów, jakby roz­pły­nę­ła się w po­wie­trzu.

Przy­ja­ciel ma zbo­la­łą minę.

– Chodź, po­szu­ka­my jej! – wołam.

– Jak chcesz… – Wzru­sza ra­mio­na­mi.

Żaden z nas nie mówi tego gło­śno, ale obaj wiemy, co ozna­cza znik­nię­cie. Co jakiś czas to się zda­rza. Pre­zy­dent mówi, że ban­dy­ci cza­sem wdzie­ra­ją się do Wspól­no­ty i po­ry­wa­ją na­szych ludzi. Po­dob­no pot­rze­bu­ją ich do armii wal­czą­cej ze zmu­to­wa­ny­mi owa­da­mi, albo za­bie­ra­ją do in­nych osad.

Gdyby dało się po­szu­kać Elvy przez in­ter­net! Nie­ste­ty, nie dzia­ła ko­mu­ni­ka­cja mię­dzy Wspól­no­ta­mi, bo wred­ne owady do spół­ki z ban­dy­ta­mi cią­gle psują masz­ty i kable sie­cio­we.

Pre­zy­dent bar­dzo przej­mu­je się na­szym losem, ale i on jest bez­sil­ny przy za­gi­nię­ciach. Sły­sza­łem tylko o dwóch oso­bach, które wró­ci­ły. Kom­plet­nie nie pa­mię­ta­ły, co się z nimi dzia­ło.

Mój ide­al­ny świat szpe­ci ta jedna rysa.

***

 

Bie­gnę w kie­run­ku prze­szklo­ne­go bu­dyn­ku przy­chod­ni, który przy­po­mi­na kształ­tem od­wró­co­ną miskę. Je­stem już spóź­nio­ny na ba­da­nia, a nie chcę, żeby dok­tor cze­kał. On tyle robi dla nas wszyst­kich, czuwa nad zdro­wiem całej Wspól­no­ty. Miesz­kań­cy na­zy­wa­ją go do­brym du­chem.

Przez roz­su­wa­ne drzwi do­sta­ję się do ob­szer­ne­go holu, czuję ostrą woń środ­ków do czysz­cze­nia. W re­cep­cji po­da­ję imię i numer iden­ty­fi­ku­ją­cy.

Uśmiech­nię­ta dziew­czy­na wstu­ku­je dane do kom­pu­te­ra, po czym wska­zu­je mi ga­bi­net.

Dok­tor Arkov już na mnie czeka. Kiedy wcho­dzę do środ­ka, prze­sta­je pa­trzeć w ekran lap­to­pa. Po­pra­wia oku­la­ry na nosie.

– Mart, wresz­cie! Coś się stało?

W oczach ko­lo­ru roz­wod­nio­ne­go błę­ki­tu widać smu­tek i tro­skę.

– Znik­nę­ła sio­stra Grefa! Szu­ka­li­śmy wszę­dzie! Ban­dy­ci mu­sie­li ją po­rwać! – mówię z prze­ję­ciem.

– Zgło­si­li­ście to Pre­zy­den­to­wi?

– Pew­nie! Ale pan wie, jak to jest z tymi za­gi­nię­cia­mi…

Dok­tor mil­czy. Znów ten wzrok, pełen smut­ku i tro­ski.

– Trze­ba cze­kać i nie tra­cić na­dziei – mówi, po­bie­ra­jąc mi krew.

Wier­cę się na krze­śle, do głowy przy­cho­dzi mi ry­zy­kow­ny, ale ge­nial­ny po­mysł.

– Ja i Gref mo­że­my po­szu­kać jego sio­stry na ze­wnątrz – mówię pod­eks­cy­to­wa­ny myślą, że wresz­cie zo­ba­czę świat za ko­pu­łą. Wielu z nas o tym marzy, ale nie wy­pa­da przy­zna­wać się gło­śno. Pre­zy­dent po­wta­rza, że to głu­pia i bar­dzo nie­bez­piecz­na za­chcian­ka.

– A mu­tan­ty? Ska­że­nie?

– Dla przy­ja­ciół za­ry­zy­ku­ję.

– Zo­staw po­szu­ki­wa­nia pro­fe­sjo­na­li­stom, sam nie prze­trwasz na ze­wnątrz ani jed­ne­go dnia – od­po­wia­da dok­tor, za­glą­da­jąc mi do gar­dła. – Masz ja­kieś bóle? Inne pro­ble­my?

Kręcę prze­czą­co głową. Roz­pie­ra mnie ener­gia, chciał­bym dzia­łać od razu.

– Jak można zdo­być prze­pust­kę? – Nie ustę­pu­ję. – Po­mo­że mi pan?

– Prze­cież nie… – za­czy­na dok­tor. – W sumie, zo­ba­czę, co da się zro­bić. Cze­kaj cier­pli­wie, ale nic ni­ko­mu nie mów. Nawet Gre­fo­wi. I ni­cze­go nie rób sam. Obie­cu­jesz?

– Jasne.

***

 

Wra­cam sze­ro­ką aleją po­mię­dzy klom­ba­mi z krza­ka­mi róż. Mijam pi­jal­nię wód zdro­wot­nych i bi­blio­te­kę, ale dzi­siaj nie mam ocho­ty tam za­glą­dać. Wezmę prysz­nic, potem po­ło­żę się spać. Padam z nóg, a pusty żo­łą­dek bur­cze­niem do­ma­ga się je­dze­nia.

Do­brze, że dok­tor Arkov obie­cał pomóc z prze­pust­ką. Wie­dzia­łem, że na niego można li­czyć! I Pre­zy­dent ma ro­ze­słać ry­so­pis Elvy do in­nych Wspól­not. Mu­si­my ją zna­leźć!

Póź­niej trze­ba coś zro­bić, żeby ban­dy­ci nie za­kra­da­li się wię­cej do na­szej osady. Może dy­żu­ry przy bra­mie? Mo­ni­to­ring? Trze­ba spraw­dzić, któ­rę­dy ci dra­nie do nas wcho­dzą. Pre­zy­dent mówił, że bar­dzo trud­no ich zła­pać, ale prze­cież jest nas tu tylu, mło­dych i sil­nych, wy­my­śli­my coś! Nie po­zwo­li­my ze­psuć na­sze­go ide­al­ne­go świa­ta.

 

 

Dok­tor Arkov

Ciem­niej­sza stro­na raju

 

Mart i te jego po­my­sły! Chło­pak wy­da­je się by­strzej­szy od in­nych. Te jego mądre, ja­sno­nie­bie­skie oczy. Py­ta­nia, przez które czuję się dia­bel­nie winny. Mart uważa mnie za przy­ja­cie­la. Nawet nie przy­pusz­cza…

Mógł­bym mu po­wie­dzieć, dla­cze­go Elva mu­sia­ła znik­nąć. Prze­cież do­sko­na­le wiem. Ba, sam ją ode­bra­łem od ochro­nia­rzy Pre­zy­den­ta i uśpi­łem do trans­por­tu. Ale gdyby Mart po­znał praw­dę, pod­pi­sał­by na sie­bie wyrok.

Wra­cam do domu na pie­cho­tę. Lu­dzie po­zdra­wia­ją mnie co chwi­lę, cie­szą się z ide­al­ne­go życia. Nie wie­dzą, że tkwią po uszy w czymś znacz­nie gor­szym, niż mogą przy­pusz­czać w naj­śmiel­szych snach. Od­po­wia­dam na po­zdro­wie­nia, usi­łu­ję się uśmie­chać, ma­rząc o tym, by jak naj­szyb­ciej za­szyć się w domu. Z dala od całej cho­ler­nej Wspól­no­ty.

Nawet nie mogę za­mó­wić bu­tel­ki wódki. Od razu by mnie wy­rzu­ci­li, a ja za wszel­ką cenę muszę tu zo­stać. Po­trze­bu­ję czasu.

Jesz­cze ten ju­trzej­szy pik­nik u Pre­zy­den­ta! Dosyć mam uda­wa­nia ra­do­ści. Ide­al­ny świat. Aku­rat! Pre­zy­den­to­wi per­fek­cyj­nie wy­cho­dzi ta gra, ja czuję się śmier­tel­nie zmę­czo­ny.

Jutro Pre­zy­dent pew­nie za­wo­ła mnie na mów­ni­cę, żebym ogło­sił nowe ba­da­nia. Wtedy mógł­bym wy­krzy­czeć praw­dę miesz­kań­com Wspól­no­ty. Ale nie uwie­rzą, będą wo­le­li dalej śnić swój ide­al­ny sen. A mnie od razu cze­ka­ła­by kulka w łeb.

Pod­cho­dzę do ra­ba­ty, czer­wo­ne róże rosną w ide­al­nie wy­kre­ślo­nych rzę­dach. Czuję odu­rza­ją­cą, in­ten­syw­ną woń. Do­ty­kam pal­ca­mi krwi­stych płat­ków. Przy­wo­dzą na myśl wspo­mnie­nia, wy­ry­te na dnie duszy. Wspo­mi­nam dawne chwi­le, które zmie­ni­ły się w pył.

War­kot sil­ni­ka wy­ry­wa mnie z roz­my­ślań.

– Dok­to­rze! – Sły­szę zna­jo­my głos.

Od­wra­cam się. Pulch­ny, si­wo­wło­sy męż­czy­zna w bia­łym gar­ni­tu­rze sie­dzi za kie­row­ni­cą ma­łe­go, elek­trycz­ne­go auta. Za nim za­trzy­mu­je się dwóch ochro­nia­rzy na hu­laj­no­gach.

Pod­cho­dzę do niego.

– Prze­je­dzie­my się – stwier­dza gło­sem nie zno­szą­cym sprze­ci­wu. Jego oczy i wyraz twa­rzy ko­ja­rzą się z przy­ja­ciel­skim spa­nie­lem, ale to tylko po­zo­ry.

– Do­brze, panie Pre­zy­den­cie – przy­ta­ku­ję, wsia­da­jąc do sa­mo­cho­du. Za­sta­na­wiam się, czy to mój ostat­ni kurs.

Pre­zy­dent kie­ru­je auto w stro­nę lasu. To nie wróży do­brze.

– Co tam sły­chać u pa­cjen­tów? – Mój roz­mów­ca pierw­szy prze­ry­wa ciszę.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku – od­po­wia­dam, sta­ra­jąc się za­cho­wać spo­kój.

Pre­zy­dent uśmie­cha się lekko.

– Jutro fe­styn, po­da­ru­ję miesz­kań­com nową roz­ryw­kę. Za­cznie­my bu­do­wę parku zabaw ze zjeż­dżal­nia­mi, li­na­mi, huś­taw­ka­mi i kinem. Co ty na to?

– Świet­ny po­mysł.

– Praw­da? Stwo­rzy­łem wam praw­dzi­wy raj na ziemi.

Ledwo po­wstrzy­mu­ję się od ko­men­ta­rza.

Pre­zy­dent włą­cza radio, leci nowy prze­bój o mi­ło­ści do ca­łe­go świa­ta. On mil­czy, ale at­mos­fe­ra w aucie gęst­nie­je. Czuję, że dło­nie mi się pocą.

Za­trzy­mu­je­my się na mało uczęsz­cza­nym par­kin­gu pod lasem.

– Obie­ca­łeś dziecia­ko­wi prze­pust­kę, mo­ni­to­ring wszyst­ko za­re­je­stro­wał – mówi Pre­zy­dent bez ogró­dek.

– Po­wie­dzia­łem, że spró­bu­ję. Chło­pak po­cze­ka, bę­dzie miał inne roz­ryw­ki, za­po­mni o spra­wie.

– Bo wiesz, gdy­byś pla­no­wał… – Głos pre­zy­den­ta brzmi jak groź­ba. I ten świ­dru­ją­cy wzrok.

– No, co pan! Tyle lat pan mnie zna, nigdy nie za­wio­dłem – bro­nię się. – A lu­dzie wiele razy pró­bo­wa­li wyjść na ze­wnątrz. Te za­gi­nię­cia za­wsze ich nie­po­ko­iły.

– Lu­dzie! – syczy z po­gar­dą wódz na­szej Wspól­no­ty. – Uwa­żaj, dok­tor­ku, żebyś nie po­peł­nił błędu.

– Będę pa­mię­tał – od­po­wia­dam, za­sta­na­wia­jąc się, kiedy Pre­zy­dent wci­snął mi do ga­bi­ne­tu nową plu­skwę. Prze­cież uniesz­ko­dli­wi­łem wcze­śniej­szy pod­słuch. No nic, muszę być ostroż­niej­szy.

– Na pewno sły­sza­łeś, co stało się z twoim po­przed­ni­kiem? Okrop­na hi­sto­ria. Wy­sła­łem go do są­sied­niej Wspól­no­ty, żeby prze­my­ślał swoje winy. Nie­ste­ty, po dro­dze pe­cho­wo na­tknął się na zmu­to­wa­ne żuki. Wierz mi, nie było co zbie­rać, po­sie­ka­ły go na pla­ster­ki.

Pa­trząc na jego uśmiech, za­sta­na­wiam się, czy wi­dział eg­ze­ku­cję oso­bi­ście.

– Nie za­wio­dę – mówię zde­cy­do­wa­nym gło­sem.

Pre­zy­dent kiwa głową, po czym od­pa­la sil­nik. Stres opada, bo widzę, że je­dzie­my w stro­nę mo­je­go domu.

Znów myślę o krwi­sto­czer­wo­nych ró­żach. Przy­po­mi­na­ją mi, dla­cze­go tu je­stem i co jesz­cze muszę zro­bić.

 

 

Mart

Drze­wo do­bre­go i złego

 

Wy­cią­gam z szafy ostat­nio za­mó­wio­ne dżin­sy i zieloną bluzę, za­kła­dam ubra­nie pach­ną­ce świe­żo­ścią. Kiedy cze­szę krót­kie włosy przed lu­strem, przy­po­mi­nam sobie, jak mama lu­bi­ła je gła­skać, gdy byłem dziec­kiem. Mó­wi­ła, że przy­po­mi­na­ją iskier­ki ognia.

Dziw­ne, ode­szła trzy lata temu, a nadal pa­mię­tam każdy jej gest, uśmiech, wyraz twa­rzy. Nie mogę na­rze­kać, że je­stem sam, prze­cież mam sporo kum­pli, a są­sie­dzi trak­tu­ją mnie jak ro­dzi­nę. Ale to nie to samo. Odkąd pa­mię­tam, za­wsze miesz­ka­li­śmy w tym domu tylko we dwoje: ja i mama.

Jak po­wie­dział Pre­zy­dent na jej po­grze­bie, życie toczy się dalej. Mama nie chcia­ła­by, żebym był smut­ny.

***

 

Kiedy do­cie­ram na pik­nik, na placu pod lasem tłum miesz­kań­ców bawi się w naj­lep­sze. Sły­chać śmie­chy i gło­śne roz­mo­wy.

– Cześć, dzień dobry! – pada co chwi­lę.

Na sce­nie kon­cer­tu­je ze­spół "We­so­łe chło­pa­ki", lu­dzie pod­ska­ku­ją w rytm skocz­nych dźwię­ków. Inni roz­ma­wia­ją, jedzą cia­sta i kieł­ba­ski, albo ob­le­ga­ją sto­isko z lo­te­rią fan­to­wą.

Pre­zy­dent prze­cha­dza się mię­dzy nimi, roz­da­je dzie­ciom ko­lo­ro­we wia­tracz­ki.

Uśmie­cham się do niego, po czym pod­cho­dzę do stołu ugi­na­ją­ce­go się od owo­ców i sma­ko­wi­cie wy­glą­da­ją­cych prze­ką­sek. Doj­rza­łe, ciem­ne wi­no­gro­na sma­ku­ją jak cu­kier­ki, a cy­try­no­wa le­mo­nia­da wspa­nia­le gasi pra­gnie­nie.

Do­strze­gam Grefa, który sie­dzi ze smut­ną miną na zwa­lo­nym pniu drze­wa. Sa­do­wię się obok niego.

– Hej, ziom! Coś wia­do­mo o Elvie? – pytam.

– Nic, nie­ste­ty.

– Jak tylko prze­mó­wie­nia się skoń­czą, le­ci­my jej szu­kać. Może coś prze­oczy­li­śmy? Może ktoś coś wi­dział!

– To bez sensu – wzdy­cha Gref, po czym od­cho­dzi z rę­ka­mi w kie­sze­niach.

– Nie od­pusz­czaj! Nie wolno ci, sły­szysz?! – wołam za nim, ale nawet się nie oglą­da.

– Mart, opanuj się i prze­stań krzy­czeć. – Obok mnie siada dok­tor Arkov. – Daj spo­kój, po pro­stu.

Pa­trzę na niego zdzi­wio­ny. Wy­da­wał się przy­ja­cie­lem, prze­cież po­wi­nien ro­zu­mieć, że od­na­le­zie­nie sio­stry Grefa to teraz naj­waż­niej­sza rzecz na świe­cie.

– Służ­by już za­ję­ły się za­gi­nię­ciem. Nic wię­cej nie zdzia­ła­cie – mówi Arkov.

– To co, mam sie­dzieć z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi?! – de­ner­wu­ję się.

– Pa­mię­tasz hasło Wspól­no­ty? Carpe diem, ko­rzy­staj­my z życia, zanim prze­mi­nie. I ufaj­my, że ta dziew­czy­na się od­naj­dzie.

– Są w ogóle ja­kieś szan­se?

– Być może, ale na to po­trze­ba czasu – od­po­wia­da dok­tor. – Sam nic nie rób, do­brze ci radzę.

Czuję, jak dok­tor dys­kret­nie ści­ska mój nad­gar­stek, mocno, aż jego palce wbi­ja­ją się w skórę. Jakby mnie ostrze­gał. Ale przed czym?

– A prze­pust­ka? Obie­ca­łeś.– Przy­po­mi­nam mu.

– Na razie nic nie mogę zro­bić, trze­ba cze­kać – po­wta­rza dok­tor po­waż­nym tonem, po czym pusz­cza moją rękę.

Chciał­bym za­py­tać, o co cho­dzi, ale Pre­zy­dent woła go ze sceny:

– Drogi dok­to­rze, pro­szę opo­wie­dzieć o pla­no­wa­nych ba­da­niach. Cze­ka­my nie­cier­pli­wie!

Arkov pa­trzy mi w oczy, w jego spoj­rze­niu widzę strach. Od­cho­dzi bez słowa.

Nie wiem, nie ro­zu­miem, ale nie mam czasu za­sta­na­wiać się nad tym. Zna­jo­mi po­ry­wa­ją mnie do za­ba­wy.

 

 

Dok­tor Arkov

Przed­sio­nek pie­kła

 

Mart prosi się o kło­po­ty. Po co drąży? Głupi dzie­ciak! Prze­cież nigdy nie do­sta­nie prze­pust­ki, bo do­wie­dział­by się, że świat za mu­ra­mi Wspól­no­ty wy­glą­da zu­peł­nie ina­czej, niż wpie­ra­li mu od uro­dze­nia. Nie ma żad­ne­go ska­że­nia ani krwio­żer­czych mu­tan­tów, za mu­ra­mi życie bie­gnie nor­mal­nym ryt­mem. To nie­praw­da, że ktoś psuje urzą­dze­nia sie­cio­we, po pro­stu ko­mu­ni­ka­cja mię­dzy Wspól­no­ta­mi by­ła­by ry­zy­kow­na.

Mart nie wie, w jakie bagno się pa­ku­je. Po­wi­nien cze­kać, aż przyj­dzie in­for­ma­cja o umo­rze­niu śledz­twa w spra­wie Elvy.

Wiem, że nic nie znaj­dą. Prze­cież serce tej dziew­czy­ny bije już w innym ciele, po­bra­li jej też siat­ków­kę, nerki, wą­tro­bę. Cała po­szła na czę­ści. Jak mam po­wie­dzieć Mar­to­wi, że żyje w ho­dow­li?

Jeśli Pre­zy­dent znów coś za­uwa­ży, Mart znaj­dzie się w na­stęp­nej turze za­gi­nio­nych. Wtedy nawet kiep­skie wy­ni­ki badań nie zwol­nią go z trans­por­tu. Mam na­dzie­ję, że zro­zu­miał sens na­szej ostat­niej roz­mo­wy.

***

 

Po po­łu­dniu Pre­zy­dent oso­bi­ście zja­wia się w moim ga­bi­ne­cie. Prze­czu­cie pod­po­wia­da mi, że szy­ku­je się coś groź­ne­go.

– Kiedy przy­ja­dą nowi do wy­mia­ny ge­ne­tycz­nej? – za­czy­na roz­mo­wę.

– We wto­rek. Wszy­scy po­cho­dzą z ho­dow­li w trze­cim okrę­gu.

– Wy­bor­nie, już na­szy­ko­wa­li­śmy domy dla na­szych zwie­rzą­tek. Sami mło­dzi, będą z nich dobre czę­ści – uśmie­cha się lekko. Znów ten świ­dru­ją­cy wzrok, który z tru­dem zno­szę.

– Na pewno – od­po­wia­dam, my­śląc, że nie je­stem w ni­czym lep­szy od Pre­zy­den­ta. Pa­mię­tam twa­rze tych wszyst­kich ludzi, któ­rych nie mo­głem ura­to­wać. Wolno mi je­dy­nie uśmie­rzać ich ból.

Pre­zy­dent roz­glą­da się po ga­bi­ne­cie. Stu­diu­je jeden z zyg­za­ko­wa­tych, pa­ste­lo­wych ob­ra­zów, któ­ry­mi ozdo­bio­no ścia­ny.

Oba­wiam się, że to nie ko­niec.

– Ten chło­pak, Mart, zdro­wy jest? – za­czy­na Pre­zy­dent.

– Znów ma bardzo słabe wy­ni­ki – od­po­wia­dam. Czuję zimny dreszcz na karku. Żeby tylko nie do­wie­dział się, że pod­mie­ni­łem krew do ba­da­nia. Nie, nie boję się o sie­bie, ale o to, czego nie zdą­żył­bym zro­bić.

– Taa. A wy­da­wa­ło­by się, że taki młody, zdro­wy ten Mart – mru­czy Pre­zy­dent.

– Cóż, nie za­wsze widać cho­ro­bę. Muszę go jesz­cze pod­le­czyć, żeby opła­ca­ło się prze­szcze­pić or­ga­ny – tłu­ma­czę. – Poza tym, to wy­jąt­ko­wy eg­zem­plarz; wy­ka­zu­je cechy nie­ty­po­we dla rasy ho­dow­la­nej. Bę­dzie po­trzeb­ny do badań.

Pre­zy­dent marsz­czy czoło.

– Wra­caj do pracy! – roz­ka­zu­je, kie­ru­jąc się w stro­nę drzwi.

Od­wra­ca się, gdy do­cie­ra do wej­ścia i mil­czy przez chwi­lę.

– Wiesz, Arkov, w nosie z ba­da­nia­mi. Chło­pak ma tra­fić do uty­li­za­cji jak naj­szyb­ciej.

– Ale…

– Po­wie­dzia­łem! To moje ostat­nie słowo! – war­czy, po czym wy­cho­dzi.

Sta­ram się za­cho­wać obo­jęt­ną minę, żeby nie po­ka­zać kłę­bo­wi­ska emo­cji, które prze­ta­cza­ją się przez moje ciało.

Prze­kli­nam dzień, w któ­rym jako bied­ny stu­dent przy­ją­łem sty­pen­dium od Pre­zy­den­ta. W gło­wie ko­ła­cze myśl, czy rze­czy­wi­ście nie mia­łem wy­bo­ru i mu­sia­łem zgo­dzić się na pracę w ho­dow­li.

Wy­glą­dam przez okno, głasz­czę wzro­kiem rzędy krwi­sto­czer­wo­nych róż. Ze wsty­dem zdaję sobie spra­wę, że drugi raz wy­brał­bym tak samo.

 

 

Mart

Owoc po­zna­nia

 

Nad ko­pu­łą zro­bi­ło się ciem­no jak w piw­ni­cy. Świa­tła la­tar­ni przy­po­mi­na­ją małe ogni­ska, bły­ska­ją­ce w mroku. Ulice pra­wie opu­sto­sza­ły, nic dziw­ne­go, w te­le­wi­zji wy­świe­tla­ją teraz naj­lep­sze filmy.

Prze­ję­ty jak przed prze­mó­wie­niem na fe­sty­nie, prze­my­kam drogą w stro­nę je­zio­ra. Wy­glą­dam, jak­bym wy­bie­rał się na wie­czor­ne bie­ga­nie, ale idę na spo­tka­nie z dok­to­rem. Czuję, że to coś waż­ne­go, Arkov nie chciał roz­ma­wiać w ga­bi­ne­cie.

Kiedy mijam opu­sto­sza­łą wy­po­ży­czal­nię ka­ja­ków, widzę po­stać wy­ła­nia­ją­cą się z mroku. Roz­po­zna­ję dok­to­ra, który ge­stem po­ka­zu­je, żebym nic nie mówił i pro­wa­dzi mnie do środ­ka.

Wcho­dzi­my do ma­łe­go, za­gra­co­ne­go po­miesz­cze­nia, które oświe­tla słabe świa­tło lamp­ki. Nagle ktoś za­rzu­ca mi worek na głowę. Szar­pię się, ale prze­ciw­ni­cy trzy­ma­ją mocno. Pró­bu­ję krzy­czeć, bra­ku­je mi tchu. Co się dzie­je?! Dla­cze­go dok­tor mi nie po­ma­ga?!

Czuję igłę wbi­ja­ną w ramię. Bar­dzo chce mi się spać, nogi dziw­nie mięk­ną, osu­wam się na ko­la­na. Ostat­kiem świa­do­mo­ści sły­szę głos dok­to­ra:

– Po­łóż­cie go na nosze.

Za­le­wa mnie ciem­ność.

 

 

Dok­tor Adam Arkov

Zie­mia

 

Dzień uty­li­za­cji Marta. Umó­wi­łem się z nim w opusz­czo­nej wy­po­ży­czal­ni ka­ja­ków. Czu­łem się podle, pa­trząc w jego pełne uf­no­ści oczy, kiedy usta­la­li­śmy spo­tka­nie.

Pa­mię­tam słowa Pre­zy­den­ta, kiedy za­czy­na­łem pracę w ho­dow­li: "Wy­obraź sobie, Arkov, że tra­fi­łeś do la­bo­ra­to­rium, a ci tutaj to kró­li­ki i szczu­ry".

Razem z dwoma ochro­nia­rza­mi sto­imy przy­cza­je­ni w pół­mro­ku. Mi­nu­ty wloką się ni­czym ocze­ki­wa­nie na za­po­mi­nal­skich pa­cjen­tów. Każda cząst­ka mo­je­go ist­nie­nia wzdry­ga się przed tym, co za chwi­lę na­dej­dzie.

“Je­stem po­two­rem? Czy ofia­rą?” – roz­wa­żam bez końca.

Wresz­cie do­strze­gam szczu­płą syl­wet­kę Marta. Chło­pak idzie szyb­kim kro­kiem, roz­glą­da się do­oko­ła, jakby pod­świa­do­mie czuł, że coś mu grozi.

“Wy­bacz, mu­sia­łem” – myślę.

Zwa­biam Marta do wnę­trza wy­po­ży­czal­ni. Ochro­nia­rze za­rzu­ca­ją mu worek na głowę, trzy­ma­ją mocno, kiedy wbi­jam igłę w ramię chło­pa­ka. Mart wiot­cze­je jak szma­cia­na lalka.

– Po­łóż­cie go na nosze! – roz­ka­zu­ję ochro­nia­rzom.

Wy­ko­nu­ją za­da­nie szyb­ko, chło­pak nie waży zbyt dużo. Póź­niej prze­cho­dzi­my do po­ko­ju obok. Otwie­ram tajne przej­ście, który służy do wy­no­sze­nia "za­gi­nio­nych". Tunel wita nas chło­dem i wonią świe­żej ziemi.

Wątłe świa­tła na ścia­nach gasną na­tych­miast, gdy mi­ja­my jeden ko­ry­tarz i prze­cho­dzi­my do na­stęp­ne­go. Nie lubię tego miej­sca, ko­ja­rzy mi się z gro­bow­cem.

Wresz­cie wy­do­sta­je­my się na po­wierzch­nię, świe­że po­wie­trze nie przy­no­si ulgi. Czuję na­pię­cie, każdy mię­sień gra pod skórą.

“To nie po­win­no się stać” – Prze­bie­ga mi przez głowę. Cóż, wi­dzia­łem już tak wiele nie­szczę­ścia, że jedno wię­cej nie zrobi żad­nej róż­ni­cy.

Po dru­giej stro­nie ko­pu­ły ota­cza­ją­cej ho­dow­lę roz­po­ście­ra się sze­ro­ki pas gołej ziemi, który ota­cza­ją nie­wiel­kie pa­gór­ki po­ro­śnię­te kar­ło­wa­ty­mi krza­ka­mi Nie do­strze­gam żad­nych domów. Na tym końcu świa­ta ist­nie­ją tylko ho­dow­le.

Przed nami stoi nie­wiel­kie pan­cer­ne auto la­ta­ją­ce. W nor­mal­nej rze­czy­wi­sto­ści nawet nie­zbyt za­moż­ni oby­wa­te­le bez trudu mogą po­zwo­lić sobie na po­dob­ne cacko.

Ochro­nia­rze pa­ku­ją nosze z Mar­tem z tyłu auta. Sły­szę trzask za­my­ka­nych drzwi. W tej samej chwi­li pod­cho­dzę do kie­row­cy.

– Coś tu się wbiło. – Po­ka­zu­ję pal­cem przed­nie koło.

Kie­row­ca wy­sia­da. Wiem, że zo­sta­ło tylko kilka se­kund. Bły­ska­wicz­nie wy­cią­gam pi­sto­let, mrużę oczy, gdy na­ci­skam spust. Męż­czy­zna upada na zie­mię, wokół jego tu­ło­wia ro­śnie czer­wo­na plama.

Wska­ku­ję na miej­sce kie­row­cy w ka­bi­nie i za­trza­sku­ję drzwi. Szyb­ko wci­skam blo­ko­wa­nie zam­ków, uru­cha­miam sil­nik. Do­brze, że mój oj­ciec miał kie­dyś po­dob­ny sa­mo­chód.

Ochro­nia­rze krzy­czą, szar­pią klam­ki, wy­ma­chu­ją bro­nią. Nie zwa­żam na nich. Pod­ry­wam po­jazd do lotu.

Widzę w lu­ster­ku wstecz­nym, że za­wa­dzi­łem kołem jed­ne­go z męż­czyzn. Leży na ziemi bez ruchu. Drugi strze­la, ale nie ma żad­nych szans w star­ciu z ku­lo­od­por­ną szybą.

Do­sko­na­le to wiem, lecz ad­re­na­li­na w moim ciele osią­ga apo­geum. Spo­co­ny­mi rę­ka­mi ste­ru­ję kie­row­ni­cą, zmie­niam biegi. Auto pędzi po pod­nieb­nym szla­ku w stro­nę gra­ni­cy. Zanim za­rzą­dzą pogoń, bę­dzie­my już na innym kon­ty­nen­cie.

Do­trze­my do Re­pu­bli­ki, która po­tę­pia ho­dow­le. Azyl sta­nie się tylko kwe­stią czasu – pla­nu­ję.

Nie mogę się po­wstrzy­mać.

– Ju­hu­uu! – wy­ry­wa mi się z gar­dła.

Wy­gra­łem z Pre­zy­den­tem? Nie. Pa­mię­tam o wszyst­kich lu­dziach, któ­rych nie udało się ura­to­wać. Tak, lu­dziach.

Drżę na myśl, co bę­dzie, kiedy Mart otwo­rzy oczy. Jak przyj­mie wia­do­mość, że świat wy­glą­da zu­peł­nie ina­czej, niż uczo­no go w ho­dow­li?

***

 

Sie­dzę na krze­śle w szpi­ta­lu Re­pu­bli­ki. Obok, na łóżku, Mart za­czy­na się bu­dzić.

Przy­po­mi­nam sobie za­pach krwi­sto­czer­wo­nych róż. Matka chło­pa­ka, Eva, po­sa­dzi­ła je i zaj­mo­wa­ła się nimi przez całe życie. Przy­wo­łu­ję w my­ślach dzie­siąt­ki sfał­szo­wa­nych badań, żeby tylko nie tra­fi­ła na czę­ści. Ani ona, ani jej syn.

Do­sko­na­le pa­mię­tam dzień śmier­ci Evy, kiedy pa­trzy­łem bez­rad­ny, jak ga­śnie z każdą mi­nu­tą z po­wo­du nie­ule­czal­nej cho­ro­by. Obie­ca­łem jej wtedy, że nigdy nie po­zwo­lę skrzyw­dzić chło­pa­ka.

Wie­dzia­łem, jak mówić do niej, żeby nikt się nie do­my­ślił. Opa­no­wa­li­śmy to oboje do per­fek­cji przez te wszyst­kie lata. Coś szar­pie mnie od środ­ka, pali ni­czym tru­ci­zna, ale na ronię ani jed­nej łzy. Już nie po­tra­fię.

Mart zdą­żył się obu­dzić, pa­trzy wokół ocza­mi okrą­gły­mi ze zdzi­wie­nia. Uśmie­cham się do niego i mówię:

– Witaj na wol­no­ści, synu.

Koniec

Komentarze

Hej, ANDO

Historia jest całkiem interesująca, a największym atutem jest tu stopniowe odkrywanie prawdy o tym rzekomo utopijnej wspólnocie, Choć szczerze powiedziawszy postać Marta wypada nieco szaro. Tzn. nie sprawia wrażenia osoby na tyle dociekliwej ani interesującej by podejrzewać swoją wspólnotę. Tożsamość doktora jednak zaskakuje i nie licząc „tajemnicy” to uważam go za główną atrakcję. Jest jeszcze mały problem – koncepcja trochę za bardzo przypomina film „Wyspa” z 2005. Mało tego, powiedziałbym że to prawie to samo, tylko w innym wykonaniu. Niestety przez ten fakt, nie czuję jakbym poznał nową opowieść.

Konradzie, cieszę się, że historia wydała Ci się interesująca.

Filmu "Wyspa" nie widziałam. Po Twoim poście przeczytałam streszczenie i widzę, że tam pomysł był znacznie prostszy. U mnie kluczem są odwołania do Raju, postać doktora i jego konflikt wewnętrzny. W opowiadaniu nie ma hollywoodzkiej fabuły, Mary Sue czy błyskawicznego rozwiązania problemu całej wspólnoty. W Republice doktora nie oblegają tłumy dziennikarzy, bo ludzie już dawno znają prawdę.

Mart nie może być inny, skoro został wychowany w takim świecie. Poza tym, jest nastolatkiem, trochę naiwnym idealistą. Dopiero ma szanse czegoś się dowiedzieć, ale prezydent już na tym etapie widzi w nim zagrożenie.

Przeklejam część mojej opinii z bety, aby dać klika :)

Ciekawe opowiadanie. Wciągnęło. Prezentujesz tu rzeczywiście świat, który na pozór wydaje się idealny, a skrywa mroczną tajemnicę. Uderzyło mnie to, że Prezydent nazywał ludzi z hodowli “zwierzątkami”, a o ich częściach ciała mówił “części” jakby były częściami samochodowymi – to było mocne. Sam motyw “idealnego świata, który skrywa mroczną tajemnicę” jest według mnie trochę już zbyt ograny, ale to niekoniecznie musi być wada, mnóstwo ludzi przecież lubi takie motywy. Obudowałaś go ciekawymi elementami i to jest na plus. Mart jest uroczo naiwny, tak samo ludzie żyjący w hodowli, wierzący we wszystko, co im powiedzą, nawet w takie głupotki, jak zmutowane owady. Wszyscy starają się być szczęśliwi, mają przecież wygodne życie w idealnym świecie, a jednak czuć taką atmosferę “że coś jest nie tak”. 

 

ANDO, przy czytaniu Twojego opowiadania miałem podobne skojarzania jak Konrad – ja również oglądałem film “Wyspa”. Zgadzam się również, co do stopniowania napięcia.

Bardzo podobało mi się za to kompozycja tekstu. Historia opowiedziana z różnych punktów widzenia jest ciekawsza, nabiera rumieńców. Zaskoczyła mnie też końcówka. Nie spodziewałem się, że Mart jest synem doktora. 

Ogólnie opowiadanie na plus, czytałem z przyjemnością. 

Dołączam do widzów „Wyspy” ;)

Na szczęście, jest tu więcej niż tylko podobny zarys fabularny. Nic nie zaskoczyło mnie tak zupełnie, ale zrobiłaś dobre danie ze znanych składników. Dobrze, że skoncentrowałaś się na przeżyciach doktora, zdecydowanie najlepiej wychodzi w tym opowiadaniu, szczególnie w porównaniu do mało ciekawego Marta. Napisane trochę prostym stylem, może przypadkiem, może, aby podkreślić sielankę „Raju”, ale nic nie wadziło podczas lektury. Podobały mi się zmiany punktów narracji.

Pozdrawiam

Sonato, dziękuję za klika. Dokładnie takie były moje zamierzenia odnośnie tekstu, jak napisałaś w komentarzu.

 

Lupusie, fajnie, że stopniowanie napięcia wyszło. Miały być zwroty akcji.

 

Zanais, dzięki za odwiedziny. Styl miał być prosty, zwłaszcza w relacji doktora. Temat organów jest chwytliwy, podejrzewam, że istnieje kilka filmów i książek na ten temat. Dla mnie inspiracją stał się dokument paradziennikarski, lekcja polskiego mojego syna na temat Raju. Pomyślałam, że podtytuły kolejnych fragmentów plus imiona Adama i Ewy spowodują, że czytelnik będzie porównywał opowiadanie z Rajem z Biblii. A taką wirtualną tapetę, jak u Marta w domu, zawsze chciałam mieć. ;)

Witaj.

Trudno ubrać w słowa moje odczucia. Padłam! heart

Uwielbiam takie opowieści, które – jak ja to sama nazywam – bolą do granic możliwości. Makabryczny jest ten idealny świat. Ten, którego początkowo nawet można było pozazdrościć żyjącym w nim, przeszczęśliwym pozornie ludziom. 

Porwania przez zmutowane potwory, nieco jak z nowszej wersji “Wehikułu czasu”. Tyle, że tam one faktycznie istniały.

Walorem opowiadania jest nie tylko cała, doskonale przez Ciebie opisana fantastyka, ale i psychologia postaci. W warunkach, w jakich żyją bohaterowie, zatraca się pewna subtelna granica. 

W sumie do ostatniego momentu czytelnik nie wie, jak zakończy się to opowiadanie, nie wie, co zrobi cudem ocalały chłopak, nie wie, czy lekarza należy potępić czy jednak nie, bo w końcu jakaś cząstka człowieczeństwa jeszcze w nim pozostała. 

Odbiór całości jest dla mnie mocno przygnębiający. I mam wrażenie, że w skrajnych sytuacjach, np. podczas wojny, opisane tu wydarzenia nie byłyby odosobnione, nawet w chwili obecnej, aktualnie. A to mocno boli. 

 

Pozdrawiam, gratuluję Ci naprawdę wspaniałego opowiadania. smiley

 

Pecunia non olet

Ciekawy pomysł i niezłe wykonanie, to tak w skrócie.

Szczególnie urzekł mnie pomysł, utopijny początek niesamowicie kontrastuje z mroczną tajemnicą, którą pokazujesz w trakcie opowiadania. Postać doktora również na plus, jak i pokazanie akcji z dwóch perspektyw.

Nie spodobał mi się za to Mart. Nie jest napisany bardzo źle, ale jest taki… nijaki. Tak właściwie jedynie wyróżnia go to, że został uratowany i nie zginął, tak jak reszta osób z tego świata. Z charakteru jest trochę bez wyrazu.

Mam również dziwne, bardzo subiektywne wrażenie, że momentami dialogi nie oddają w pełni dramatyzmu sytuacji. Po prostu czegoś im zabrakło.

Ale, pomimo tych wad, czytało mi się świetnie i opowiadanie bardzo mi się spodobało.

Pozdrawiam

 

'Cause nothin' lasts forever even cold november rain

Interesujący pomysł, przez motyw trochę ograny. Podobało mi się stopniowanie napięcia, prowadzenie fabuły przez dwie osoby. 

Resztę mojego zdania znasz z bety. ;-)

Poskarżę, ponieważ widzę że wszystkie bety to robią, a poza tym gdybym pierwszą wersję przeczytała na portalu – kliknęłabym. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Bruce, właśnie to chciałam przekazać: kontrast między niby-rajem a rzeczywistością. Niestety, podczas researchu natrafiłam na materiały z realnego świata. Ludzie wyjeżdżają do super pracy, a bywa, że trafiają do wiadomo jakich przybytków lub na stół operacyjny. A miało być tym razem optymistycznie…

SaraWinter, witam Jurorkę.

Simeone, dzięki za miłe słowa. Mart był produktem opisanego świata, dlatego właśnie taki sposób zachowania chłopaka wydał mi się realny. Nie miał szans rozwinąć dojrzałej osobowości.

Asylum, ta wersja opowiadania jest wypadkową wcześniejszych pomysłów. Z niektórych zrezygnowałam. Dzięki za klika i komentarz. Ostatnio mam dużo spraw związanych z prozą życia, ale przeczytam Twoje opowiadanie.

Spokojnie, mojego czytać nie musisz, bo jest nudne. Już żałuję wstawienia, choć cieszę się z poprawienia i skorygowania go. Kiedyś może się przyda. Tak, widziałam w Twoim wybory i decyzje. Pisanie jest trudne.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Jak dla mnie sielankowy obraz Wspólnoty od razu robi wrażenie zdegenerowanego, gdyż jest całkowicie wolny od jakiejkolwiek wyższej działalności umysłowej, jak również pracy zarobkowej. Mam wątpliwości, czy ludzie potrafią żyć w takim konsumpcyjnym raju i nie oszaleć. Ludzie mogą marzyć o takiej beztrosce, ale nie mogą w niej żyć ciągle. Ludzie mający zbyt dużo wolnego czasu albo będą zbyt dociekliwi, albo dostaną szału. Jak na mnie realizm zachowań ludzkich tutaj trochę kuleje.

Po przeczytaniu kilku akapitów już tylko czekałem, kiedy wylezie jakaś potworność, chociażby dlatego, że za tym całym wypasem zieje pustka. Spodziewałem się raczej Wellsowkiej wehikułu czasu, a okazało się coś bliższego współczesnej rzeczywistości.

Wątek z ojcostwem jest dobry. Chyba najbardziej udany w całym opowiadaniu. Można byłoby jeszcze go dopieścić.

Zgadzam się z opinią, że Mart jest trochę przygłupi. Rozumiem, że jest produktem hodowli, ale jednak. Być może wzbogaciłby go bardziej emocjonalny stosunek do doktora, w którym wyczuwa instynktownie kogoś bliskiego.

Asylum, przeczytam z przyjemnością. Zadzam się, pisanie jest trudne, trzeba pamiętać o mnóstwie rzeczy, a i tak końcowy wynik pozostaje niewiadomą. Na szczęście, pisanie ma też sporo plusów.

 

Nikolzollernie, miło Cię widzieć.

Jak dla mnie sielankowy obraz Wspólnoty od razu robi wrażenie zdegenerowanego, gdyż jest całkowicie wolny od jakiejkolwiek wyższej działalności umysłowej, jak również pracy zarobkowej. Mam wątpliwości, czy ludzie potrafią żyć w takim konsumpcyjnym raju i nie oszaleć.

Myślałam o tym w czasie pisania, pomysły przychodziły różne. Nie chciałam pokazywać zbyt szerokiego tła społecznego, to by było nudne. Postawiłam na akcję i przeżycia wewnętrzne doktora.

Typowej pracy zarobkowej nie było we Wspólnocie, mieszkańcy zajmowali się domem, rodziną i hobby. Wiele osób uprawiało ogródki, robili też różne rzeczy na rzecz Wspólnoty, np. matka Marta sadziła róże, inni śpiewali w zespole, pomagali w przychodni, organizowali festyny. Nastolatek Mart sądził, że nikt we Wspólnocie nie pracuje, ale wspomniana przez niego wymiana usług to w rzeczywistości rodzaj pracy.

We Wspólnocie funkcjonowała biblioteka, mieszkańcy umieli czytać i obsługiwać komputery, jednak celowo nie rozwijano nauki. Prostymi ludźmi łatwiej było sterować.

 

Początkowo chciałam opisać świat podobny do sekty, z obudową religijną, ale to już wymyśliło wiele osób przede mną.

Prezydent ustalał wszystkie reguły, był monitoring i rozbudowana propaganda. Ludzie cieszyli się, że mieli schronienie w bezpiecznej Wspólnocie, z daleka od zmutowaych owadów i bandytów. Strach trzymał ich w karności.

Stan psychiczny mieszkańców utrzymywała rozbudowana opieka medyczna. Nastrój można wyregulować lekami, zachowania też. Zauważ, jak dostarczana jest żywność, a na festynach przekąski i owoce leżą na szwedzkich stołach. Poza tym, jeśli ktoś zaczynał zadawać niewygodne pytania lub źle się zachowywać, trafiał do transportu.

Z drugiej strony, dla współczesnego człowieka Wspólnota opisywana z punktu widzenia Marta może wydać się rajem, przynajmniej na początku opowiadania.

 

Zgadzam się z opinią, że Mart jest trochę przygłupi. Rozumiem, że jest produktem hodowli, ale jednak.

Mart jest naiwny i taki miał być, ta postać pokazuje punkt widzenia młodego mieszkańca hodowli.

Poza tym, dzieci bywają dalekie od ideału, mają wady. Doktor zostawił całą Wspólnotę, nie zrobił nic dla mieszkańców, oprócz własnego dziecka, które prawdopodobnie nie będzie nadawało się do życia w zewnętrznym świecie. Postać doktora ma skłaniać do refleksji, jak każdy z nas postąpiłby w podobnej sytuacji i czy mamy prawo go osądzać.

 

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cześć, ANDO ;) Ja z kolei “Wyspy” nie widziałem, ale za to Twoje opowiadanie skojarzyło mi się z “Dawcą pamięci” z 2014 roku, gdzie grała Meryl Streep :D

Prezentujesz wizję “idealnej” rzeczywistości i od pierwszego zdania czytelnik wie, że nie może być tak pięknie i na pewno szafa skrywa jakieś trupy :P Przewidywalne jest również zakończenie i “nawrócenie” doktorka, jego próba podarowania wolności chłopakowi na skutek obietnicy złożonej matce oraz dręczących go wyrzutów sumienia. Mimo jednak braku zaskoczeń, czytało się bardzo dobrze i tak, jak napisał Zanais – “Nic nie zaskoczyło mnie tak zupełnie, ale zrobiłaś dobre danie ze znanych składników.”

Zwróciłem uwagę na fakt, że bohaterowie nie są bezpłciowi, a zwłaszcza wspomniany doktorek. Żałuje decyzji podjętych w przeszłości, nie pasuje mu układ z Prezydentem, no i te różne uczucia i emocje wiodą go w końcu do decyzji o ucieczce. Uważam, że można byłoby jeszcze trochę popracować nad dialogami bohaterów, zwłaszcza podczas rozmowy doktorka z Prezydentem, żeby wydała się trochę mniej lakoniczna, a bardziej niepokojąca. 

Swoją drogą zastanawiam się, czy w społeczności, która nie jest obarczona obowiązkiem pracy, nie musi się starać, by cokolwiek zyskać faktycznie byłoby tak idealnie. Stawiam swój słoneczny rydwan za to, że bardzo szybko z byle powodu wybuchłyby poważne zamieszki, ponieważ energia poszczególnych jednostek, jak i ich sumy musi znaleźć jakieś ujście :D A ludzie, którzy nie mają co robić, to ludzie niezadowoleni. 

Warsztat przyjemny i wielkich zarzutów praktycznie nie mam.

Nil wylał nieźle, więc polecę do portalowej biblioteki :D 

Pozdrawiam!

CM, witam Jurora.

 

AmonieRa, dzięki za odwiedziny i klika. Cieszę się, że opowiadanie dobrze się czytało.

Problem pracy do rozważenia. Jak pisałam przy komentarzu dla Nikolzollerna, namiastka pracy istniała we Wspólnocie, a niezadowolone jednostki szybko były eliminowane.

Nie wierzę w raj, więc ta idealna społeczność od razu wydała mi się podejrzana. Do tego naiwny bohater. Tylko czekałam, co pójdzie nie tak. No i poszło ;)

Pomysł nie nowy, jakiś film kiedyś oglądałam z hodowlą ludzi dla organów, tylko że tam to było spersonalizowane. Tytułu oczywiście nie pamiętam. Tutaj bronisz się postacią doktora, pokazujesz sytuację od strony tego złego. Choć u Ciebie to zło nie jest wyraźne, nie robisz z niego potwora. Zabija, ale mu żal, żal mu, ale nadal zabija. Trzeba dopiero osobistej sytuacji, żeby go z tego błędnego koła wyrwać. Może bym i zrozumiała, gdyby nie to, że on najwyraźniej wiedział, w co się pakuje. Nie ma tutaj nieświadomego uwikłania się w coś, co go potem przerosło, wręcz przeciwnie miałam wrażenie, że podejmując pracę pod kopułą, dokładnie wiedział, co będzie robił. I tu moje zrozumienie się kończy.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Och, od samego początku miałam w głowie pytanie, kiedy w końcu ta idealna wizja się zepsuje. Bardzo kłujące pytanie. I nie zawiodłam się. Nie jest to wybitnie oryginalne opowiadanie, ale podoba mi się, że pokazujesz perspektywę dwóch osób – jednej, która doskonale wie, co się dzieje i drugiej, zakochanej w raju.

Jeśli chodzi o sam styl i język, części Marta wydają mi się znacznie bardziej wiarygodne. U doktora niektóre fragmenty brzmią delikatnie sztywno i mam wrażenie, że powinny nieść ze sobą więcej emocji. A tu jego tragedia jest niezbyt wyczuwalna. Za to powiedziałabym, że nie ma tu wielkich wątpliwości czy był ofiarą, czy oprawcą. Jako że sam przyjął stypendium – więcej, przyznał, że zrobiłby to ponownie – odpowiedź zdaje się być oczywista. Nie rozumiem więc za bardzo, jak może się nad tym zastanawiać.

Podsumowując, tekst czytało się bardzo dobrze, był ciekawy i pozostawiał w trakcie lektury sporo miejsca na zgadywanki, nie tworząc przy tym u czytelnika wrażenia, że zupełnie nie wiadomo, co się właściwie dzieje i o czym czytamy. Trochę rzeczy jest do poprawki, ale generalnie całość na plus. :D

Zostaw ten żyrandol.

Opko dobre, choć początkowa poranna rutyna jest bardzo przegadana. W gimnazjum na polskim nauczycielka włączyła nam film o dokładnie takim samym motywie. Tylko, że tam dzieci wychowywały się bez rodziców w szkołach.

Domyśliłem się też niestety dość szybko, o co będzie w tym chodzi… choć może taki właśnie był cel. To propagowanie zdrowego życia dało dobry trop. Generalnie z lektury jestem zadowolony, czytało się bardzo płynnie i szybko. Emocjonalnie też bardzo ładnie to wyważyłaś. :)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Irko, dziękuję za komentarz i klika.

Masz rację, postać doktora można oceniać w różny sposób. Najpierw skusiło go stypendium, później znajomość z Ewą, chęć ochrony jej i syna.

 

Verus, cieszę się, że spodobała Ci się narracja z punktu widzenia dwóch osób. Doktor mówi, że drugi raz zrobiłby to samo z powodu znajomości z Ewą.

 

MaSkrol, miło, że jesteś zadowolony z lektury. Pewnie sporo filmów powstało o pozyskiwaniu organów, bo temat wydaje się ważny i, niestety, realny.

Złożyłaś tekst ze znanych klocków, ale czytało się dobrze. Wiadomo, że taki idylliczny świat nie może być prawdziwy.

Nie oglądałam filmów o hodowaniu ludzi na organy, więc kojarzyło mi się tylko z “Matriksem”. ;-)

Dla mnie Mart był dobrze dopasowany do warunków świata, w którym wyrastał. Nie od dziś wiadomo, że głupimi łatwiej rządzić. Nikt nie uczy żadnych sztuczek kurczaków hodowanych na nuggetsy.

Dziwne, że matka chłopaka pożyła tak długo.

Babska logika rządzi!

Dostajemy tu dość znany z literatury koncept idealnego, cukierkowego świata, który z rzeczywistości wcale taki idealny nie jest. Który pod płaszczem tej cukierkowości i idylli skrywa masy paskudztw. Zarazem dostajemy tu też taki pomysł prezentacji świata, który ukazuje nam go z różnych perspektyw. Mamy bohatera nieświadomego rzeczywistej konstrukcji świata. Drugiego, który tej konstrukcji jest świadomy i bezwolnie ją współtworzy. A także trzeciego, który nad funkcjonowaniem owej konstrukcji czuwa z zaciśniętą pięścią i fałszywym uśmiechem. Jak to wszystko prezentuje się w praktyce?

Wprowadzenie.

We wprowadzeniu, w moim odczuciu, zbyt usilnie podkreślasz tę idealność świata. W różnej formie dostajemy to raz, drugi, piąty. Częściowo jest to uzasadnione, bo poprzez owe wzmianki przemycasz kilka obrazków tego idealnego świata. Natomiast ogólnie bije z tego wprowadzenia taka chęć podkreślenia czegoś bardzo mocno i wręcz nieco na siłę. Nawet jeśli przyjąć, że jest to w jakiś sposób potrzebne, bo mocno próbujesz tu grać kontrastami (płaszcz idealności i paskudztwa ukryte pod nim), to jednak odrobina subtelności dobrze by temu wprowadzeniu zrobiła.

Tempo.

Bardzo szybkie. Aż momentami ma się poczucie, jakbyś strasznie się gdzieś spieszyła.

Szybkie tempo ma tu oczywiście swoje wady i zalety. Na pewno trudno się nudzić. Opowiadanie „pochłaniamy” szybko. Jest przystępne. Próżno też szukać scen mających niewielkie znaczenie dla całego opowiadania.

To szybkie tempo jest więc w pewien sposób atrakcyjne dla czytelnika. Kto z nas lubi, kiedy tekst się snuje? Tutaj od początku do samego końca fajnie, równo płyniemy z lekturą, bez wielkiej szkody dla zrozumiałości zdarzeń, bo przecież wszystko w Twoim opowiadaniu jest jasne.

Jednocześnie, jak wspomniałem, ma się takie poczucie, jakbyś strasznie się tutaj spieszyła. Te sceny generalnie wydają się być bardzo oszczędne. Jest w nich zawarte to, co niezbędne dla historii, na minimalnej przestrzeni znaków. Brakuje tam jednak jakichś prób przełamania historii, wprowadzenia ewentualnego zawahania u czytelnika odnośnie rozwoju wydarzeń w danej scenie. To wszystko idzie jak gdyby równo po wytyczonej z góry linii. Wypowiedzi bohaterów zdają się jednakowo krótkie. No na tym poziomie czegoś tu ewidentnie zabrakło. Mamy pozornie idealny świat kryjący w sobie różne paskudztwa, a jednocześnie te wszystkie próby buntu przeciw temu są jakieś niewyraźne, zdawkowe. A kiedy znów dostajemy na końcu próbę zdecydowanego sprzeciwu, wszystko udaje się zaskakująco łatwo. Słowem, brakło mi tu trochę jakiegoś mocniejszego wypełnienia tych scen.

Świat i fabuła.

Te dwa elementy postanowiłem omówić razem, bo i bardzo się ze sobą w tym Twoim opowiadaniu przenikają. W dodatku jeden z tych elementów ma ogromny wpływ na konstrukcję drugiego.

Jeżeli chodzi o świat, wybierasz w swoim tekście taką drogę, by zamiast ekspozycji obrazów postawić bardziej na prezentację konstrukcji, warunków i realiów. To nie jest droga ani lepsza, ani gorsza. Po prostu inna. Zresztą, takiej właśnie różnorodności form prezentacji świata niejako po tym konkursie oczekiwaliśmy.

Oczywiście, jak pisałem wcześniej, tych obrazów trochę jest. Natomiast są one w mniejszości, mniej istotna jest też ich rola w porównaniu z realiami, więc to na tym kluczowym aspekcie zamierzam się skupić.

Jak pisałem, sięgasz tu po taki zabieg, by niejako poprzez losy poszczególnych bohaterów pokazać tu różne odsłony świata i nakreślić odmienne perspektywy postrzegania tego świata. Jednocześnie wybierasz tu taki typ opowiadania „bez głównego bohatera”, bo chociaż to Mart trochę narzuca nam się jako postać pierwszoplanowa, to jednak mamy tu taki typ konstrukcji (swoją drogą jakże dobrze mi znany ;)), w którym to na barkach różnych bohaterów ten ciężar ciągnięcia opowiadania rozkłada się w miarę równomiernie.

Oczywiście taka decyzja (jak każda) ma swoje wady i zalety. Na pewno cierpi na tym fabuła, która przez pewną skokowość opowieści musi być siłą rzeczy dość ograniczona. Natomiast jest to też typ opowiadania, który zazwyczaj stawia na inne elementy kosztem fabuły i trzeba mieć to na uwadze definiując oczekiwania wobec tekstu. Słowem, złożoność fabuły nie powala, ale wynika to nie z Twojego błędu, ale z konstrukcji tekstu, więc nie uważam tego za wadę.

Istotne natomiast jest to, by należycie wyeksponować poprzez bohaterów świat i pokazać go w różnych ujęciach. To się częściowo udaje. Z jednej strony faktycznie dostajemy różne perspektywy, więc to miejsce, które niejako zostało odebrane fabule, zagospodarowałaś jak należy, zgodnie z założeniami tego typu historii.

Z drugiej strony w tym świecie dużo jest jednak elementów typowych i już dość dobrze znanych, co w jakiś sposób wpływa (bo i musi) na odbiór. Postawy poszczególnych bohaterów wpisują się trochę w jakieś utarte schematy. Świat jest zbudowany na kontraście: idealne – paskudne (czy wręcz ciut dystopijne), ale mało jest tego, czego nie można określić ani jako białe, ani jako czarne. A jeśli jest już jakaś część pomiędzy (perspektywa doktora) to ona znów jest jakoś tak typowo szara. Brakło mi tutaj jakiegoś zaskoczenia, większej indywidualności świata, szerszej palety barw, której ów świat potrzebował.

Trochę podobną sytuację mamy z bohaterami. Każdy z nich wpisuje się w swoją rolę rzetelnie i sumiennie odwala swoją „robotę” na rzecz tego opowiadania. Tyle że brakuje im jakiegoś mocniejszego wyjścia poza schemat czy to samej konstrukcji postaci czy jej roli w opowiadaniu.

I znów, z jednej strony jest to wszystko dość mocno uzasadnione pomysłem na świat i tekst, więc w sumie trudno czepiać się o to, że jesteś konsekwentna. Z drugiej, poza konsekwencją, poszczególne elementy opowiadania muszą być odpowiednio atrakcyjne czytelniczo, a tutaj takim, a nie innym pomysłem, parę dróg do czytelnika sobie zamykasz.

Świat ma być bezwzględny dla tych, którzy próbują się przeciwstawić jego konstrukcji i taki właśnie jest. Niemal w każdym calu. Bohaterowie mają być niejako „przykuci” do swoich ról i tacy właśnie są. Tyle że czytelnik, widząc taką konstrukcję świata, chciałby się trochę poprzez któregoś z bohaterów poszarpać, powalczyć. Niechby na końcu ta walka miała zakończyć się klęską. Tutaj te postaci są trochę jednak spętane, a czytelnik siłą rzeczy wraz z nimi. Jasne, mamy zryw doktora, ale on jest jednak mocno spóźniony i strasznie na skróty.

Podsumowując. Solidne opowiadanie z fajnym tempem, gdzie każdy element solidnie spełnia swoje zadania i założenia tekstu, ale jednocześnie żaden z nich nie robi wystarczająco dużo, by wyjść poza pewien schemat i stać się wartością dodaną opowiadania.

Podziękował za udział w konkursie.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Nowa Fantastyka